Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: papież Franciszek

  1. Papież Franciszek a prawa osób homoseksualnych

    Możliwość komentowania Papież Franciszek a prawa osób homoseksualnych została wyłączona

    W ostatnim czasie mass media informowały o – nie mającej rangi magisterialnej – wypowiedzi papieża Franciszka, w której ten miał stwierdzić:

    Osoby homoseksualne mają prawo do bycia w rodzinie; są dziećmi Boga; mają prawo do rodziny. Nikogo nie można wyrzucić z rodziny, ani sprawić, by jego życie było z tego powodu niemożliwe. To, co musimy stworzyć, to prawo do wspólnego pożycia. One mają prawo do tego, by być prawnie chronionymi”.

    Szybko wyodrębniły się dwie interpretacje powyższych słów Franciszka. Zwolennicy pierwszej z nich twierdzą, że obecny Biskup Rzymu poparł w ten sposób prawną instytucję związków partnerskich dla osób homoseksualnych. Zwolennicy drugiej interpretacji utrzymują, iż wypowiedź Franciszka tyczyła się sytuacji, w których dzieci o tendencjach homoseksualnych są wyrzucane z domu przez swych rodziców i w ten sposób papież sprzeciwił się takiej praktyce, sugerując przy tym, że powinna być ona prawnie zakazana.

    Osobiście uważam, że niezależnie od tego, którą wykładnię słów Franciszka przyjąć, tak czy inaczej stawiają one formację doktrynalną aktualnego papieża w podejrzanym świetle. Poniżej postaram się wyjaśnić, skąd bierze się taka, a nie inna ma opinia na ów temat.

    ***

    Po pierwsze: samo pojęcie praw osób homoseksualnych jest dwuznaczne. Owszem, homoseksualiści i lesbijki mają swe prawa. Jednakże są to prawa naturalne przysługujące im jako ludziom, a nie jako osobom z zaburzeniami seksualnymi. Innymi słowy, jeśli dane działanie osoby homoseksualnej nie tyczy się w bardziej bezpośredni czy bliski sposób realizacji jej dewiacyjnych skłonności i jest ono zgodne z moralnością, to władze cywilne powinny je chronić. Na przykład osoba homoseksualna ma prawo do własności prywatnej (posiadania domu na własność), działalności gospodarczej (prowadzenia dajmy na to piekarni). Jednakże osoby homoseksualne nie mają żadnego naturalnego prawa do praktykowania swych ohydnych czynów (choćby i prywatnie) ani tym bardziej do ich propagowania w sferze publicznej. Wielką zuchwałością jest zatem domaganie się od władz cywilnych ochrony i uznawania tak rozumianych „praw” osób homoseksualnych. Pozwolę sobie przypomnieć w tym miejscu, iż Kongregacja Nauki Wiary w swym liście „Homosexualitatis problema” z dnia 1 października 1986 roku stwierdzała, że aktywność homoseksualna jest zachowaniem „dla którego nikt nie może domagać się jakiegokolwiek prawa” krytykując przy tym wprowadzanie prawodawstwa cywilnego biorącego w obronę takową aktywność (patrz: tamże, n. 10). Z kolei Leon XIII w encyklice „Immortale Dei” uczył:

    tego co się prawdzie i cnocie sprzeciwia, nie godzi się na jaw wydobywać i przed oczy ludziom stawiać, a tym mniej opieką prawa godzi się popierać

    Warto też wspomnieć, iż mówienie czy sugerowanie w odniesieniu do aktywności homoseksualnej, że powinna ona cieszyć się opieką ze strony władz cywilnych, jest po prostu niezgodne z Pismem świętym. Nowy Testament poucza nas bowiem o tym, iż zadaniem władz cywilnych jest karanie zła oraz złoczyńców (patrz: Rz 13, 3-4; 1 P 2, 14). W Starym Testamencie zaś mężczyźni współżyjący ze sobą mieli być z Bożego rozkazu karani nawet śmiercią (patrz: Kpł 20, 13). I choć starotestamentowe prawa karne nie obowiązują już w ścisłym sensie chrześcijan sprawujących rządy nad narodami, to nie można powiedzieć, iż taka sankcja karna była wewnętrznie zła, gdyż Stwórca jako absolutnie dobry i święty nigdy nie rozkazuje ludziom grzeszyć (por. Syr 15, 19-20).

    Po drugie: nawet gdyby rozumieć przez prawa osób dopuszczających się czynów sodomskich np. domniemane prawo do bycia niewyrzuconym przez rodziców z domu, to również w tym wypadku trudno mówić o jakichś bardziej uniwersalnych czy tym bardziej absolutnych zasadach. Rodzice mają po prostu prawo karać swe dzieci za popełnianie takich występków (zresztą władze cywilne też mają prawo je karać) i jeśli nie widać nadziei na poprawę, a dalsza bytność takich osób pod jednym dachem może deprawować np. pozostałe dzieci, to wyrzucenie z domu sodomity czy lesbijki nie wydaje się w żaden sposób działaniem „per se” złym, ale jawi się jako jedna z moralnie uprawnionych metod karcenia. Można to porównać z wyrzuceniem narkomana z domu. Jeśli pomimo wcześniejszych łagodniejszych sankcji ktoś taki nadal to czyni, a jeszcze dodatkowo próbuje namawiać do zażywania narkotyków swych braci i siostry, to wyrzucenie takiej osoby z domu może być moralnie w porządku. Myślę, że takie podejście jest zgodne przynajmniej z duchem nauczania św. Pawła Apostoła (które jest jednocześnie nauczaniem Pana Jezusa – por. Łk 10, 16), który w jednym ze swych listów dawał następujące pouczenie:

    Dlatego pisałem wam wówczas, byście nie przestawali z takim, który nazywając się bratem, w rzeczywistości jest rozpustnikiem, chciwcem, bałwochwalcą, oszczercą, pijakiem lub zdziercą. Z takim nawet nie siadajcie wspólnie do posiłku. Jakże bowiem mogę sądzić tych, którzy są na zewnątrz? Czyż i wy nie sądzicie tych, którzy są wewnątrz?  Tych, którzy są na zewnątrz, osądzi Bóg. Usuńcie złego spośród was samych (1 Kor 5, 11-13).

    Powyższe oczywiście nie oznacza, że wyrzucony z rodzinnego domu sodomita czy narkoman nie powinien już mieć żadnej możliwości powrotu doń. Rzecz jasna, jeśli w pewnym momencie taka osoba zadeklaruje chęć walki ze swym grzechem i pewne zewnętrzne oznaki będą wskazywały na to, że nie jest to tylko pozorowana i udawana deklaracja, to należy wtedy kogoś takiego ponownie przyjąć do domu.

    ***

    Reasumując: jakkolwiek by nie interpretować niemagisterialne słowa papieża Franciszka o potrzebie prawnej ochrony dla osób homoseksualnych, to nie mają one podstawy ani w Piśmie świętym ani w Tradycji Kościoła. Jest czymś bardzo smutnym, że Franciszek kolejny raz miesza katolikom w głowach.

    Mirosław Salwowski

  2. Pytania o roztropność uniwersalnego zniesienia kary śmierci

    Możliwość komentowania Pytania o roztropność uniwersalnego zniesienia kary śmierci została wyłączona

    Papież Franciszek w swej ostatniej encyklice „Fratelli tutti” kolejny raz potwierdził swój sprzeciw wobec kary śmierci, czym samym ponownie postawił duży znak zapytania odnośnie do prawowierności swych przekonań na ten temat. Osobiście nie kryję, iż uważam wypowiedzi Franciszka o karze śmierci za co najmniej sugerujące, że jest to sankcja karna o charakterze wewnętrznie złym, a przez to ma być ona w jego oczach zawsze moralnie niedozwolona. W ten sposób aktualny papież niestety sugeruje jednak poparcie dla doktryny o charakterze heretyckim, gdyż sprzeciwiającej się jasnemu wykładowi Pisma świętego na ów temat wyrażonemu przez zwyczajne i powszechne nauczanie Kościoła. Niektórzy katoliccy przeciwnicy kary śmierci twierdzą jednak, że papież Franciszek nie twierdzi czy nie sugeruje, iż owa sankcja karna ma charakter wewnętrznie zły, przez co miałaby być ona zawsze moralnie niedozwolona. Osoby takie utrzymują, iż Franciszek po prostu utwierdził wcześniejsze nauczanie Jana Pawła II o tym, że w aktualnych okolicznościach historyczno-kulturowych kara śmierci jest zbędna, gdyż rozwój systemu penitencjarnego pozwolił na skuteczne izolowanie najgroźniejszych przestępców bez potrzeby ich uśmiercania. Na potrzeby tego artykułu załóżmy teoretycznie, że rację mają wskazani przeze mnie katoliccy przeciwnicy kary śmierci, a więc, iż jest ona potępiana przez Franciszka nie dlatego, że jawi się ona mu jako wewnętrznie zła, ale z powodu rozeznania uniwersalnego braku konieczności wymierzania takiej kary. W takim wypadku rodziłyby się następujące pytania o roztropność powyżej nakreślonego poglądu:

    1. Czy w krajach takich jak np. Meksyk można mówić, iż system więzienny choćby z „grubsza” rzecz biorąc, skutecznie izoluje najgroźniejszych przestępców od społeczeństwa? Oczywiście mam tu ma myśli nie tylko formalne osadzenie takich ludzi w więzieniu, ale chodzi mi o maksymalne ograniczenie możliwości ich kontaktu ze swymi ziomkami przebywającymi na wolności, a co za tymi idzie przesyłanie im rozkazów, poleceń, sugestii tyczących się tego, kogo należy zabić, okaleczyć, zranić?
    2. Czy aktualnie na świecie w żadnym kraju nie toczą się wojny domowe i rewolucje, przez które to system więziennictwa jest mocno niestabilny (a więc istnieje poważne ryzyko uwolnienia osadzonych przestępców z danego zakładu karnego np. w wyniku rozruchów zbrojnych obejmujących teren, na którym znajduje się dane więzienie)?
    3. Skąd niby ten czy inny papież ma mieć dokładną wiedzę na temat szczelności systemów więziennictwa w każdym kraju na świecie? Czy pośród natłoku rozmaitych obowiązków ciążących każdego dnia na Biskupie Rzymu miałby on jeszcze czas analizować dane na ów temat tyczące się wszystkich aktualnie istniejących państw? A nawet, gdyby – czysto teoretycznie uznać – że byłoby możliwe dla papieża nabycie takiej wiedzy, to niby skąd pewność, iż „szczelność” sytemu więziennictwa w tym czy innym kraju nie zmieniłaby się na gorsze w ciągu kilku miesięcy od deklaracji typu „Aktualnie, kara śmierci jest niepotrzebna, gdyż mamy dobre – jeśli chodzi o skuteczną izolację groźnych przestępców od społeczeństwa – więzienia„?
    4. Czy dajmy na to papież Franciszek gotów jest wziąć na siebie moralną odpowiedzialność za wszystkie ofiary brutalnej przestępczości zaistniałe w skutek rezygnacji bądź utrzymywania braku kary śmierci w krajach o bardzo skorumpowanym i/lub niestabilnym systemie więziennictwa?

    ***

    Powyższe pytania wykazują, iż nawet przyjmując bardzo optymistyczne założenie o tym, iż Franciszek nie potępił kary śmierci jako wewnętrznie złej, ale uznał ją za niepotrzebną w dzisiejszych czasach, to i tak jego stanowisko w tej sprawie (a wcześniej Jana Pawła II) byłoby skrajnie nieroztropne. Nie da się bowiem choćby i z większym prawdopodobieństwem stwierdzić, iż aktualnie na całym świecie więzienia są na tyle dobre i skuteczne pod względem izolacji groźnych bandytów od reszty społeczeństwa, że nie zachodzi już potrzeba wymierzania kary śmierci. Stan taki być może – kolokwialnie mówiąc – z „grubsza” rzecz biorąc istnieje w krajach należących do cywilizacji zachodniej – ale, delikatnie mówiąc, zbyt dalekim wnioskiem, byłoby wysuwać tego rodzaju twierdzenie w odniesieniu do szeregu innych państw, w których systemy penitencjarne są mało skuteczne, nawet jeśli chodzi tylko o ich poziom izolacji przestępców. To raczej zaś do władz cywilnych danego kraju aniżeli Biskupa Rzymu należy roztropna ocena warunków więziennictwa panujących na danym terenie. Po prostu sprawujący władze posiadają w tej sferze więcej kompetencji niż ten czy inny papież, gdyż z bliska mogą oceniać i rozeznawać, czy nie zachodzi w ich państwie potrzeba wymierzania kary śmierci względem najgroźniejszych złoczyńców.

    Mirosław Salwowski

  3. Dziewięć powodów dla których czczenie figurek Pachamamy było złem

    Możliwość komentowania Dziewięć powodów dla których czczenie figurek Pachamamy było złem została wyłączona

    Upłynęło już kilka miesięcy od czasu, gdy w Watykanie za aprobatą papieża Franciszka kłaniano się do samej ziemi przed figurkami mającymi przedstawiać tzw. Pachamamę. Jako że emocje narosłe wokół tego wydarzenia zdążyły już opaść, warto w nieco spokojniejszy sposób przedstawić kilka argumentów na rzecz twierdzenia, iż takie potraktowanie tychże przedmiotów było czymś złym, obrzydliwym oraz skandalicznym.

    Po pierwsze zatem: żaden papież nie ma przywileju bezgrzeszności bądź bezbłędności swego postępowania. Ta uwaga nie traci na swej słuszności, nawet jeśli złe moralnie postępowanie danego Wikariusza Chrystusa jest publicznie znane albo, gdy on sam je nagłaśnia. Historia Kościoła zna wszak przypadki papieży, których ewidentnie niegodziwe postępki były publicznie znane (np. Jan XII, Aleksander VI). Co więcej, wiemy też o pewnych wątpliwych moralnie zachowaniach, które stawały się czymś w rodzaju może nieoficjalnego, ale publicznie znanego zwyczaju kościelnego, czego przykładem było przyjmowanie do kościelnych chórów chłopców specjalnie w tym celu okaleczanych za pomocą kastracji. Na ową praktykę zezwolił w 1599 roku papież Klemens VIII, a zakazał jej dopiero Leon XIII pod koniec XIX wieku. Mimo jednak, że coś takiego działo się z przyzwoleniem papieży przez prawie 300 lat, nikt dziś raczej nie twierdzi, że było to coś godnego pochwały. Podobnie fakt publicznego wsparcia papieża Franciszka dla czczenia figurek Pachamamy w Watykanie nie musi przesądzać o moralnej godziwości tej praktyki.

    Po drugie: nawet gdyby te figurki miały przedstawiać Najświętszą Maryję Pannę (co w zasadzie jest bardzo niewiarygodne), to i tak niezwykle dyskusyjne byłoby kłanianie się im aż do ziemi. Taki bowiem gest jest w sensie fizycznym wyrazem najgłębszego rodzaju czci oraz uniżenia się, co na płaszczyźnie religijnej oznacza kult adoracji, który to kult należy się tylko i wyłącznie Bogu jako naszemu Panu, Stwórcy, Zbawcy i Odkupicielowi. Owszem, Najświętszej Pannie Maryi należy się cześć szczególnego rodzaju, jako Matce Bożej i najwierniejszej służebnicy Pana w historii, jednak nie przysługuje Jej kult, który miałby być równy czci oddawanej Bogu. Warto w tym kontekście zauważyć, że katolicka liturgia w swej odmianie zwanej popularnie „trydencką” znała rozróżnienie również na płaszczyźnie zewnętrznej, czyli powiedzmy „fizyczno-cielesnej” pomiędzy czcią należną Bogu i Panu naszemu Jezusowi Chrystusowi – na którego imię miano w niej wykonywać tzw. głęboki pokłon, a czcią oferowaną Maryi – na której imię powinno się czynić tzw. pokłon głowy „mierny”. Nie od rzeczy będzie też przypomnienie w tym miejscu nauczania papieża św. Grzegorza Wielkiego, który w liście do jednego z biskupów na temat obrazów chwaląc obecność religijnych wizerunków w kościołach, stwierdzał jednocześnie, iż: „padać na twarz winno się jedynie podczas adoracji Trójcy Świętej„.

    Po trzecie: nawet gdyby uparcie się trzymać przy niezwykle mało wiarygodnej interpretacji owych figurek jako wyobrażeń Maryi to i tak przedstawianie Matki Bożej jako całkowicie nagiej kobiety jest haniebne oraz godne potępienia. Choć bowiem nie jest tak, że nagość w sztuce kościelnej stanowi coś absolutnie nagannego, to nie ma żadnych powodów, by przedstawiać Najświętszą Maryję Pannę jako całkowicie nagą niewiastę. Żadne z wydarzeń przywoływanych w Piśmie świętym nie opisuje wszak nagości Maryi ani też w żadnych z uznanych przez Kościół objawień maryjnych Matka Boża nie pokazywała się w ten sposób. Po grzechu pierworodnym ludzie powinni raczej zakrywać swą nagość niż ją całkowicie bądź częściowo odkrywać, gdyż takowa od grzechu Adama wiąże się w dużym stopniu ze wstydem oraz nieuporządkowaną pożądliwością. Dlatego, jeśli już w pewnych wytworach kultury i sztuki przedstawia się nagość, to zawsze powinno się to robić bardzo ostrożnie i jeśli jest uzasadnione kontekstem. Choć Maryja Panna na mocy Bożego przywileju została uwolniona od winy i zmazy grzechu pierworodnego, nie ma żadnych uzasadnionych powodów, by pokazywać ją całkowicie bądź częściowo nagą (może poza sceną karmienia małego Jezusa, gdzie jednak owa nagość jest bardzo niewielka).

    Po czwarte: mało, kto to publicznie podnosił, jednakże co najmniej podejrzany charakter wizerunków Pachamamy w Watykanie podkreśla jeszcze jeden fakt. Otóż w czasie pamiętnej uroczystości kłaniania się w watykańskich ogrodach aż do ziemi przed tymi figurkami oprócz wizerunków nagich kobiet były tam też obecne inne pomniejsze figurki. Jedna z tych figurek była usadowiona z pozycji leżącej i przedstawiała obnażonego mężczyznę z penisem w stanie wzwodu. To rodzi uzasadnione pytania o to, czy czczenie Pachamamy w Watykanie oprócz swych pogańskich konotacji nie zawierało w sobie też elementów fallicznych i orgiastycznych – zresztą również przecież nierzadkich dla religii politeistycznych.

    Po piąte: wielu obrońców i popleczników omawianego wydarzenia przyznaje otwarcie, iż figurki nagiej kobiety miały przedstawiać nie Maryję, ale właśnie tzw. Pachamamę. A Pachamama jest czczoną nie tylko niegdyś, ale też obecnie pogańską boginią. Oddawanie zaś pokłonów wizerunkom pogańskich bożków jest bałwochwalstwem i czczeniem demonów, a więc czymś, przed czym wielu chrześcijan wzdragało się z obrzydzeniem aż do męczeńskiego przelewu własnej krwi.

    Po szóste: cała sprawa wygląda na synkretyczne pomieszanie z poplątaniem. A więc pokazuje się figurki dwóch nagich kobiet w ciąży: jedni mogą to próbować interpretować jako swoistą interpretację sceny nawiedzenia św. Elżbiety przez Maryję; z drugiej jednak strony scena ta jest jednak przedstawiona w sposób typowy dla różnych pogańskich wyobrażeń (nagość, a nawet wulgarność i obsceniczność, skojarzenia z Pachamamą, itp.). Zaryzykowałbym więc przypuszczenie, iż ludzie stojący za całą tą aranżacją chcieli ją przedstawiać tak, by zarówno chrześcijanie, jak i poganie mogli ją – przynajmniej po części – interpretować na swój własny sposób.

    Po siódme: nawet gdyby próbować tłumaczyć owe wydarzenia w kategoriach inkulturacji to przecież istnieją pewne tak doktrynalne, jak i choćby zdroworozsądkowe jej granice. Inkulturacja nie powinna np. oznaczać inkorporacji stricte pogańskich wierzeń do religii chrześcijańskiej. Dajmy na to tłumaczenie poganom prawdy o czci należnej Świętym Pańskim, nie powinno przeradzać się w swego rodzaju mruganie do nich okiem i mówienie im: „No wiecie, nasi święci to byli goście podobni do waszych bogów i oni też lubili się od czasu do czasu ostro zabawić„. Podobnie, przekroczeniem zdroworozsądkowej granicy inkulturacji byłaby np. próba przedstawiania Maryi na podobieństwo jednej z pogańskich bogiń, która ukazywana jest jako karmiąca wieloma piersiami.

    Po ósme: zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej – a więc w rejonie, z którego przywiezione zostały wizerunki Pachamamy – istnieje duży problem synkretyzmu wśród katolików, czego przykładem są rozpowszechnione wśród nich kulty w rodzaju voodoo, macumba czy santeria. Publiczne eksponowanie figurek, które w najlepszym razie łaczą ze sobą motywy chrześcijańskie i pogańskie, stanowi więc de facto wsparcie dla owej złej i obrzydliwej wobec Boga mentalności dużej części katolików z Ameryki Łacińskiej.

    Po dziewiąte: jedną z zasad moralnych jest unikanie zgorszenia, a więc działania lub zaniechania, które w danych okolicznościach w realistyczny sposób mogłoby zachęcić naszych bliźnich do grzechu lub też sprawić, iż pomyślą oni, by takiego występku się dopuściliśmy. Jeśli np. żonaty mężczyzna musi wybrać się ze swą koleżanką z pracy w służbową podróż, to nie powinien dzielić z nią jednego pokoju hotelowego, choćby i były w nim dwa odrębne łóżka i ów mężczyzna nie miałby zamiaru czynić z nią niczego nieczystego. Czy w takim przypadku mielibyśmy pretensje żony tego mężczyzny za nieuzasadnione niczym podejrzenia? Podobnie, czy można mieć pretensje wobec tych, którzy podejrzewają pogaństwo i/lub synkretyzm w oddawaniu pokłonów wizerunków nagich kobiet nazywanych imieniem jednej z czczonych do dziś przez pogan bogiń?

    Mirosław Salwowski

  4. Czy papież Franciszek uczynił dobrze pomagając transseksualnym prostytutkom?

    Możliwość komentowania Czy papież Franciszek uczynił dobrze pomagając transseksualnym prostytutkom? została wyłączona

    Kilka dni temu w mass mediach pojawiła się wiadomość, iż papież Franciszek wspomógł materialnie transseksualne prostytutki, które ze względu na bardzo trudną sytuację, w jakiej znalazły się one/oni z powodu epidemii koronawirusa, zwróciły się do niego o pomoc. Pełniący funkcję papieskiego jałmużnika kardynał Krajewski miał wspomóc te osoby paczkami żywnościowymi. Można zadać pytanie, czy całe to wydarzenie należy ocenić pozytywnie, czy negatywnie?

    ***

    Ogólnie rzecz biorąc, należy dawać jałmużnę w miarę możności tym wszystkim, którzy znajdują się w rzeczywiście trudnej sytuacji materialnej, niezależnie od tego, czy zwracające się do nas osoby są dobrymi, czy złymi ludźmi. Co więcej, naszą powinnością jest pomaganie materialne nawet tym ludziom, którzy są do nas nastawieni w nieprzychylny lub wręcz wrogi sposób. O tej prawdzie i zasadzie uczył choćby sam nasz Pan Jezus Chrystus oraz św. Paweł Apostoł:

    Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych” – Mt 5. 44 – 45.

    „(…) Jeżeli nieprzyjaciel twój cierpi głód – nakarm go. Jeżeli pragnie – napój go! Tak bowiem czyniąc, węgle żarzące zgromadzisz na jego głowę.” – Rz 12, 19-20.

    Tak więc ogólną i podstawową zasadą jest w tej kwestii udzielanie jałmużny również tym ludziom, którzy są bardzo grzeszni i/lub źle do nas nastawieni. Czy to jednak oznacza, iż materialne pomaganie złoczyńcom jest zasadą absolutną i nieznającą żadnych wyjątków, albo czy też należy to czynić przynajmniej zawsze wtedy, gdy ma się ku temu „fizyczną” okazję lub możliwość? Oczywiście, że nie. Inne fragmenty Pisma świętego nauczają nas wszak o pewnych sytuacjach, w których nie powinno się pomagać materialnie złoczyńcom. I tak na przykład Mądrość Syracha uczy:

    Jeśli chcesz dobrze czynić, zważ, komu masz czynić, a będą ci wdzięczni za twe dobrodziejstwa. Czyń dobrze bogobojnemu, a otrzymasz nagrodę, jeśli nie od niego, to na pewno od Najwyższego. Dobroczynność nie jest dla tego, kto trwa w złu, ani kto nie udziela jałmużny. Dawaj bogobojnemu, a nie wspomagaj grzesznika. Dobrze czyń biednemu, a nie dawaj bezbożnemu, odmów mu chleba swego i nie użyczaj mu, aby przypadkiem nie wziął góry nad tobą. Znajdziesz w dwójnasób zło za wszystko dobro, które byś mu wyświadczył. Gdyż i u Najwyższego budzą odrazę grzesznicy, wymierzy On też karę bezbożnym. Dawaj dobremu, a nie pomagaj grzesznikowi.
    Syr 12, 1-7.

    Z kolei św. Paweł Apostoł w jednym ze swych listów pisał w następujący sposób:

    Albowiem gdy byliśmy u was, nakazywaliśmy wam tak: Kto nie chce pracować, niech też nie je! Słyszymy bowiem, że niektórzy wśród was postępują wbrew porządkowi: wcale nie pracują, lecz zajmują się rzeczami niepotrzebnymi. Tym przeto nakazujemy i napominamy ich w Panu Jezusie Chrystusie, aby pracując ze spokojem, własny chleb jedli.” – 2 Tes 3, 10 – 12.

    Widzimy więc, iż zgodnie z natchnionym przez Ducha Świętego nauczaniem św. Pawła Apostoła nie powinno się materialnie pomagać tym, którzy w uporczywy sposób uchylają się od podjęcia uczciwej oraz dostosowanej do ich sił pracy. Z kolei słowa z Mądrości Syracha 12, 1-7 wydają się wskazywać na to, by nie pomagać złoczyńcom w sytuacji, gdy takowa pomoc miałaby obrócić się przeciwko nam („aby przypadkiem nie wziął góry nad tobą„). Można więc chyba z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, iż duch nauczania tak św. Pawła Apostoła, jak i księgi Mądrości Syracha wskazuje nam, że należy unikać pomagania uporczywym grzesznikom wówczas, gdy taka pomoc pomaga im tylko trwać w praktykowanych przez nich występkach.

    Warto zresztą zauważyć, iż również wypowiedzi zawarte w rozmaitych pomnikach starożytnej chrześcijańskiej Tradycji pouczają o pewnych ograniczeniach w obowiązku dawania jałmużny potrzebującym:

    Pracujcie bez wytchnienia; kto zubożał przez występki, ten nie zasługuje na wsparcie” – Konstytucje apostolskie [1].

    „Niechaj nie żyje z wami chrześcijanin próżniak! Kto nie chce pracować, ten Chrystusem kupczy. Takich się strzeżcie! (…) Niech potnieje twoja jałmużna w rękach twoich, jeśli nie poznasz komu masz dać! (…) Jeśli przychodzący nie posiada rzemiosła, wedle rozpoznania waszego obmyślcie, żeby niepracujący pomiędzy wami nie żył! Jeśli zaś nie chce pracować, ten Chrystusem kupczy. Strzeżcie się takich ludzi! ” – Didache, czyli nauka dwunastu apostołów [2].

    Bezwstydnym żebrakom nie należy dawać, bo to należy tylko prawdziwemu ubóstwu” – św. Ambroży [3].

    ***

    Pozostaje więc próbować odpowiedzieć sobie na pytanie, czy wspomniana na początku tego artykułu pomoc dla transseksualnych prostytutek mogła naruszać nauczane przez Pismo święte i chrześcijańską Tradycję ograniczenia tyczące się dawania jałmużny złoczyńcom?

    Otóż w sensie bardziej bezpośrednim z pewnością danie paczek żywnościowych cierpiącym poważne niedostatki prostytutkom nie utwierdzało ani nie zachęcało ich w czynionym przez siebie złu. Była to bowiem zwykła, doraźna pomoc mająca zaradzić najbardziej podstawowym ludzkim potrzebom. Gdyby np. tym ludziom zaoferowano pieniądze na pokrycie wydatków bezpośrednio związanych z kontynuowaniem takiej nikczemnej pracy to byłaby inna sytuacja. Jednakże w omawianym wypadku nie mieliśmy z niczym takim do czynienia.

    Można by jednak zapytać, czy taka pomoc nie była sprzeczna z duchem nauczania św. Pawła Apostoła zakazującym dawania jałmużny osobom uporczywie uchylającym się od uczciwej pracy? Cóż, trudno powiedzieć, czy owe transseksualne prostytutki, które wspomógł Franciszek uchylają się od uczciwej pracy w uporczywy sposób. Najpierw trzeba by wszak dokładniej zbadać ich życiową sytuację. Trzeba by się ich zapytać, czy miały propozycje innej pracy? Czy jeśli tak to takowe propozycje odrzuciły? Czy są gotowe pracować inaczej, jeśli będzie im dana taka możliwość, itp.?

    Nie wydaje się więc, by pomoc Franciszka dla transseksualnych prostytutek wywoływała jakieś poważniejsze wątpliwości natury etycznej. Jeśli już to, jako na najmocniejszą z takowych wątpliwości można by wskazać nagłośnienie całego tego wydarzenia. Biorąc wszak pod uwagę pewne inne mniej lub bardziej dwuznaczne gesty oraz wypowiedzi aktualnego papieża względem dewiantów, ktoś mógłby próbować je interpretować w kluczu wsparcia dla owych prostytutek właśnie specjalnie z powodu ich specyficznych skłonności. Jeśli zaś Pan Jezus doradzał, by raczej ukrywać swe miłosierne uczynki, aniżeli je eksponować (patrz: Mt 6, 1-4 ) to tym bardziej wydaje się, że w tej nietypowej sytuacji dyskrecja byłaby tym bardziej roztropna i wskazana. Jednakże i w tym wypadku, nie wiemy czy inicjatywa publicznego nagłośnienia całego tego wydarzenia wyszła ze strony transseksualnych prostytutek czy też samego papieża Franciszka i/lub jego otoczenia.

    Mirosław Salwowski

    Przypisy:

    [1] Cytat za: Ks. Wojciech Andersz, „Nauki katechizmowe ułożone na podstawie różnych autorów”, Tom III, Poznań 1909, s. 155.

    [2] Cytat za: jw., s. 155.

    [3] Cytat za: jw., s. 155.

  5. Jeszcze o zmianie katechizmowego nauczania w sprawie kary śmierci

    Leave a Comment

    Niniejszym chciałbym odnieść się do kilku wątpliwości, jakie pojawiły się w związku z mym poprzednim artykułem na temat niedawnych zmian w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Przypomnijmy, z inicjatywy i inspiracji aktualnego papieża (Franciszka) paragraf numer 2267, który dotychczas przynajmniej w rzadkich okolicznościach uznawał karę śmierci za moralnie dozwoloną, został przeredagowany w taki sposób, iż wspomniana sankcja jest tam już stanowczo napiętnowana bez jakiejkolwiek wzmianki, iż mogą istnieć jakieś sytuacje, które czyniłyby ją wciąż usprawiedliwioną. Osobiście, uznałem nowe katechizmowe sformułowanie za co najmniej bardzo dwuznaczne i sprzyjające herezji głoszącej wewnętrzne (a więc absolutne i nie znające żadnyh wyjątków) zło kary śmierci.

     

    Czy kwestionowanie tradycyjnie katolickiego nauczania o karze śmierci jest herezją?

    Nie waham się twierdzić, iż opinia kwestionująca orzekanie i wykonywanie kary śmierci jako zachowanie z samej swej natury złe stanowi herezję. Herezją jest bowiem: uporczywe, po przyjęciu chrztu, zaprzeczanie jakiejś prawdzie, w którą należy wierzyć wiarą Boską i katolicką, albo uporczywe powątpiewanie o niej (vide: Kodeks Prawa Kanonicznego, kanon 751). Sobór Watykański I deklaruje zaś:

    wiarą boską i katolicką należy wierzyć w to wszystko, co zawiera się w słowie Bożym spisanym lub przekazanym, i jest do wierzenia przedkładane przez Kościół – albo uroczystym orzeczeniem, albo zwyczajnym i powszechnym nauczaniem – jako objawione przez Boga (Patrz: „Konstytucja dogmatyczna o wierze katolickiej”, Rozdział III, p. 34) .

    Herezją jest zatem uporczywe kwestionowanie tych prawd, które:

    – zostały przez Boga objawione w Piśmie świętym lub ustnym podaniu przekazanym przez apostołów.

    – są podawane przez Kościół jako objawione przez Boga albo przez uroczyste orzeczenie (czyli definicję dogmatyczną) albo przez zwyczajne i powszechne nauczanie (czyli jednomyślne nauczanie wszystkich biskupów w łączności z Papieżem).

    Prawda o tym, iż kara śmierci może być w niektórych okolicznościach moralnie usprawiedliwiona została objawiona przez Boga w Piśmie św. i stanowi przynajmniej powszechne i zwyczajne nauczanie Kościoła. Bóg w Swym Słowie wielokrotnie polecał i nakazywał karanie śmiercią niektórych ze złoczyńców, a Magisterium Kościoła jednomyślnie i powszechnie od mniej więcej IV wieku aż do XX stulecia uczyło, że sankcja ta może być moralna oraz sprawiedliwa. Nauczali o tym papieże, a także biskupi czyniąc to choćby za pośrednictwem zatwierdzanych przez siebie katechizmów. Kwestionowanie tej doktryny stanowi zatem herezję.

     

    Czy aktualne nauczanie Katechizmu propaguje herezję?

    Aktualne brzmienie paragrafu numer 2267 Katechizmu Kościoła Katolickiego jest co najmniej bardzo dwuznaczne doktrynalnie i znacznie łatwiej rozumieć je na sposób heretycki aniżeli prawowierny i tradycyjnie chrześcijański. Nie ma tam bowiem jakiejkolwiek wzmianki o tym, że mogą istnieć okoliczności usprawiedliwiające karę śmierci. Nie przytacza się tam też w sposób aprobatywny wcześniejszego nauczania Kościoła o tym, iż takie okoliczności istniały – a jedynie wspomina się (niejako w charakterze suchego faktu historycznego), że takie podejście miało miejsce. Uzasadnienia zaś sprzeciwu wobec kary śmierci są bardzo stanowcze, gdyż powoływana jest w nich Ewangelia oraz nienaruszalność i  godności osoby ludzkiej.

    W nowej wersji punktu 2267 owszem wskazane jest też to, iż: wprowadzone (zostały) skuteczniejsze systemy ograniczania wolności, które gwarantują należytą obronę obywateli, co może dawać niektórym teologom asumpt do twierdzenia, że w takim razie katechizmowa poprawka ciągle otwarta jest na bardziej tradycyjną wykładnię wedle której w innych okolicznościach historycznych kara śmierci byłaby moralnie dozwolona. Taka interpretacja jest jednak słaba, gdyż:

    1. Większa część z uzasadnień zawartych w omawianej poprawce odwołuje się do wartości uniwersalnych i niezmiennych czyli Ewangelii oraz godności osoby ludzkiej. Ewangelia wszak i godność ludzka były takie same, dajmy na to w XV wieku, jak i aktualnie.

    2. W żadnym miejscu nie wspomina się o tym, iż przynajmniej w dawnych czasach (gdy było mniej środków karnych ograniczających niebezpieczeństwo ze strony brutalnej przestępczości) kara śmierci była moralnie usprawiedliwiona.

    3. Jak to zostanie jeszcze wskazane poniżej, przemówienie papieża Franciszka na które powołują się katechizmowa korekta zawiera jawnie heretyckie uzasadnienia sprzeciwu wobec kary śmierci

     

    Czy wypowiedzi papieża Franciszka na temat kary śmierci są jawnie heretyckie?

    Tak, niestety są one jawnie heretyckie, przynajmniej jeśli rozumie się je w normalny i dosłowny sposób. Przemówienie Franciszka z dnia 11 października  2017 roku (na które powołuje się w przypisie aktualne brzmienie 2267 punktu Katechizmu) zawiera bowiem frazę o tym, iż kara śmierci „sama w sobie jest przeciwna Ewangelii”. Z kolei, w przesłaniu do uczestników obradującego w Oslo VI Światowego Kongresu Przeciw Karze Śmierci Franciszek stwierdził: Przykazanie nie zabijaj ma wartość absolutną i obowiązuje zarówno w przypadku niewinnych, jak i winnych”.

    Jeśli coś, jednak jest same w sobie złe czy „sprzeczne z Ewangelią” to nie ma od jego moralnego zakazu żadnych, ale to żadnych wyjątków. Jeśli przykazanie „Nie zabijaj” ma wartość absolutną także w stosunku do osób winnych, to kara śmierci była i jest niedopuszczalna zawsze i wszędzie, niezalażnie od jakichkolwiek okoliczności historycznych oraz kulturowych. Takich twierdzeń nie da się jednak w żaden sposób pogodzić z Pismem świętym oraz wielowiekową i powszechną nauką Kościoła.

    Czy można wytłumaczyć owe heretyckie sformułowania papieża Franciszka jakąś językową niezręcznością, brakiem znajomości katolickiej teologii, używaniem przesadnych sformułowań w celu podkreślenia zasadniczo słusznej prawdy i zasady postępowania? Owszem, można, ale w przypadku papieża żyjącego na początku XXI wieku, będą to tłumaczenia dość słabe, gdyż:

    1. Zdarza się, iż mniej wykształceni ludzie używają pewnych dosłownie heretyckich sformułowań niekoniecznie mając na myśli istotnie heretycką treść. Na przykład, niektórzy ludzie mówią o „rozwodach kościelnych”, ale mogą mieć wtedy na myśli uprawnione moralnie i kanonicznie „stwierdzenia nieważności”. Inne osoby twierdzą, iż czasami „kłamstwo jest moralnie dopuszczalne” jednakże, gdy spytać się owych osób o szczegóły ich stanowiska to niekiedy (choć nie zawsze) wychodzi na to, że mają one na myśli nie tyle dopuszczalność rzeczywistych kłamstw, co usprawiedliwienie dla milczenia albo używania dwuznaczników w pewnych sytuacjach (co w odróżnieniu od kłamstwa jest niekiedy dozwolone).

    Tym podobne sformułowania, które w swym dosłownym brzmieniu są heretyckie, lecz niekoniecznie skrywają za sobą heretycką treść, są jednak bardziej zrozumiałe w przypadku mniej wykształconych osób, które słabo znają się na katolickiej teologii i doktrynie. Niepokojąca byłaby jednak sytuacja, gdy podobnych niezręczności i językowych lapsusów dopuszczał się sam papież. Tak czy inaczej zaś, podobne heretyckie sformułowania trzeba korygować, aby usuwać wszelkie dwuznaczności co do katolickiego nauczania.

    2. Kłopot z wypowiedziami Franciszka na temat kary śmierci polega nie tylko na używaniu przez niego pojedynczych heretycko brzmiących fraz. Niestety szerszy kontekst jego wypowiedzi w tej kwestii wskazuje na to, że najprawdopodobniej wyznaje on w owej sprawie heretycką doktrynę o wewnętrznym złu kary śmierci. W swym przemówieniu z dnia 11 października 2017 roku Franciszek tak naprawdę nie aprobował, ale poddawał krytyce wcześniejsze tradycyjnie katolickie podejście do kary głównej:

    W minionych wiekach, mając do dyspozycji ubogie narzędzia do obrony, gdy dojrzałość społeczna nie zaznała jeszcze pozytywnego rozwoju, użycie kary śmierci wydawało się logiczną konsekwencją zastosowania sprawiedliwości, za którą należało podążać. Niestety, nawet Państwo Papieskie uciekało się do tego krańcowego i nieludzkiego środka, pomijając prymat miłosierdzia nad sprawiedliwością. Przyjmujemy odpowiedzialność za przeszłość i przyznajemy, że środki te były podyktowane przez mentalność bardziej legalistyczną niż chrześcijańską. Troska o zachowanie w całości władzy i bogactw materialnych doprowadziła do przecenienia wartości prawa, nie pozwalając na zagłębienie się w zrozumienie Ewangelii [1].

    Z kolei, w homilii wygłoszonej 11 maja 2017 roku w Domu św. Marty aktualny papież porównał dawne podejście do kary śmierci ze sposobem w jaki traktowano niegdyś niewolnictwo i niewolników:

    „Pomyślmy o niewolnictwie: gdy chodziliśmy do szkoły, mówiono nam, co czyniono z niewolnikami, biorąc ich z jednego miejsca, aby sprzedać w innym. W Ameryce Łacińskiej sprzedano, kupowano niewolników… To grzech śmiertelny. Tak dziś mówimy. Ale wówczas sądzono co innego, że jest to dopuszczalne, ponieważ osoby te miały być pozbawione duszy! Ale trzeba było pójść naprzód, aby lepiej zrozumieć wiarę, aby lepiej zrozumieć moralność. «Ach, Ojcze, dziękuję Bogu, że już nie ma dziś niewolnictwa!». Jest dziś więcej niewolników! Ale przynajmniej wiemy, że jest to grzech śmiertelny. Poszliśmy naprzód. Podobnie z karą śmierci, która kiedyś była czymś normalnym. A dziś mówimy, że kara śmierci jest niedopuszczalna” [2].

    Tak więc papież Franciszek wcale nie twierdzi, iż przynajmniej w minionych czasach kara śmierci mogła być dobra, moralna i sprawiedliwa. W jego odrzuceniu tej sankcji nie chodzi o historyczne okoliczności, ale o jej moralność jako taką.

     

    3. Czy przynajmniej list Kongregacji Nauki Wiary wyjaśniający przyczyny zmiany w Katechizmie jest ortodoksyjny?

    W liście z dnia 1 sierpnia 2018 roku Kongregacja Nauki Wiary zawarła – między innymi – takie wyjaśnienie katechizmowej zmiany nauczania na temat kary śmierci:

    To uprzednie nauczanie można wyjaśnić w świetle podstawowych obowiązków władzy publicznej, by chronić dobro wspólne w sytuacji społecznej, w której sankcje karne są różnie rozumiane i zachodziły w środowisku, w którym trudniej było zapewnić, aby przestępca nie mógł ponownie popełnić swej zbrodni. 

    Czy jest to aprobata dla tradycyjnie katolickiego nauczania w sprawie kary śmierci z jednoczesnym stwierdzeniem, iż skoro zmieniły się okoliczności wymierzania tej represji, to w pewnym sensie zmieniła się doktryna na ów temat? Cóż, można tak przytoczony wyżej ustęp rozumieć, ale nawet on nie deklaruje wprost, że dawniejsze podejście Magisterium Kościoła do sankcji głównej było w pełni słuszne i właściwe. Można wszak te słowa rozumieć w stylu: „Niegdyś Kościół jeszcze w pełni nie rozumiał, że kara śmierci jest niemoralna i trzeba mu to wybaczyć, zwłaszcza, że nie było jeszcze tylu innych środków karania i zapobiegania przestępczości, co dziś”. Cytowany list Kongregacji Nauki Wiary z dnia 1 sierpnia 2018 roku zatem tylko w niewielkiej mierze – jeśli w ogóle – łagodzi ogrom dwuznaczności i zamętu, który został wywołany zmianą punktu 2276 Katechizmu Kościoła Katolickiego.

     

    WNIOSKI I KONKLUZJE

    Cała sprawa ze zmianą katechizmowego nauczania o karze śmierci jest zatem pełna dwuznaczności, niejasności i pomieszania.

    W samej treści punktu 2267 Katechizmu nie ma herezji, ale nie ma tam też aprobatywnego przyznania, iż przynajmniej w niektórych okolicznościach kara śmierci mogła być dobra. Są tam za to dwuznaczne doktrynalnie sformułowania i powoływanie się na te z wypowiedzi papieża Franciszka, które po uważnej lekturze okazują się być zerwaniem z tradycyjną doktryną katolicką.

    W wypowiedziach Franciszka, które poprzedziły aktualną zmianę Katechizmu są sformułowania, które zawierają nie tylko pojedyncze heretyckie frazy, ale w szerszym swym kontekście sugerują, iż tak naprawdę kara śmierci była zawsze zła, ale niegdyś społeczeństwa i Kościół z powodu pewnych historycznych i kulturowych okoliczności, nie były w stanie tego jeszcze dostrzec i zrozumieć.

    W liście Kongregacji Nauki Wiary wyjaśniającym przyczyny zmiany Katechizmu nie ma herezji, ale nie ma też otwartego przyznania słuszności tradycyjnie katolickiemu nauczaniu na temat kary śmierci.

     

     

    Przypisy:

    [1] „Strzec” i „kontynuować”, https://papiez.wiara.pl/doc/4243915.Strzec-i-kontynuowac/2

    [2] Franciszek: wiarę i moralność traktujemy w trakcie pielgrzymowania, https://papiez.wiara.pl/doc/3880343.Franciszek-wiare-i-moralnosc-pojmujemy-w-trakcie-pielgrzymowania

  6. Za co KONKRETNIE chce przepraszać „gejów” i lesbijki papież Franciszek?

    Leave a Comment

    Wyobraźmy sobie sytuację, iż któryś z papieży pewnego dnia mówi: „Kościół powinien przeprosić morderców, pedofilów i złodziei, gdyż nieraz chrześcijanie ich dyskryminowali i znieważali„. Mimo, iż tego rodzaju wypowiedź można by zrozumieć – choć z pewnym trudem – w sposób zgodny z tradycyjnym nauczaniem katolickim, to z drugiej strony nie należałoby się dziwić, iż wywołałaby ona powszechne oburzenie. Pierwszymi wszak skojarzeniami z takim postawieniem sprawy nie byłoby  stwierdzenie, iż pewni chrześcijanie mogli niesprawiedliwie oraz niemiłosiernie traktować morderców, pedofilów i złodziei np. odmawiając im prawa do nawrócenia (twierdząc, że Bóg na pewno nie wybaczy im grzechów, choćby i ci żałowali), albo też nie patrząc na sądowy wymiar sprawiedliwości dokonywali na nich samosądów (nie przekazując ich policji, ale samemu ich zabijając). Taka interpretacja owej teoretycznej papieskiej wypowiedzi byłaby zgodna z tradycyjną doktryną, jednak w oczywisty sposób powszechnie przyjęto by inną jej wykładnię, a więc, że papież wzywając do przepraszania takich osób za okazywaną im przez chrześcijan dyskryminację, gani w ten sposób to, iż mordercy, pedofile i złodziei byli np. wsadzani do więzień, albo, że ktoś ośmielał się krytykować ich występki w nieco ostrzejszych słowach niż „To jest grzech, ale cóż wszyscy jesteśmy grzesznikami i kim ja jestem aby sądzić swego bliźniego„.  I nie ma co się łudzić, że prawdopodobnie bliższa intencjom papieża, który by wypowiedział takie słowa byłaby ta druga interpretacja, nawet wówczas, gdyby ów papież nie skonkretyzował, co dokładnie miał na myśli, mówiąc o dyskryminacji sprawców morderstw, kradzieży i pedofilii, za którą chrześcijanie winni przepraszać.

    Tymczasem, podobne słowa padły z ust papieża Franciszka, co prawda, nie odnośnie morderców, złodziei i pedofilów, ale w stosunku do homoseksualistów i lesbijek. W czasie bowiem swych słynnych już „pokładowych konferencji prasowych” Franciszek odnosząc się do słów kardynała Marxa o tym, iż katolicy winni przeprosić za „marginalizowanie” i „dyskryminowanie” społeczności homoseksualnej,  nie skrytykował jego słów lecz odrzekł, iż Kościół powinien przeprosić homoseksualistów „których znieważył„, a także, iż według nauczania Katechizmu Kościoła Katolickiego „nikogo nie powinno się dyskryminować„. Aktualny papież dodał przy tym, iż przez wyrażenie „Kościół powinien przeprosić” rozumie chrześcijan, którzy wszak ów Kościół tworzą.

    Wielka szkoda jednak, iż Franciszek nie sprecyzował co konkretnie i bardziej szczegółowo miał na myśli mówiąc o „dyskryminacji”i „znieważaniu” homoseksualistów za które chrześcijanie „powinni przepraszać”? Oczywiście bowiem, że istnieją pewne formy niesprawiedliwego i niemiłosiernego traktowania osób homoseksualnych, za które należy wyrażać skruchę i których trzeba unikać. Można nawet powiedzieć, iż obok jak najbardziej uprawnionych i sprawiedliwych form dyskryminacji homoseksualistów i lesbijek  istnieją niegodziwe i niesprawiedliwe odmiany dyskryminacji takich osób. Tytułem przykładu – podchodzi do mnie żebrak, o którym skądinąd wiem, że ów jest „gejem” i prosi mnie o jedzenie, gdyż nie jadł on kilka dni. Niesprawiedliwą dyskryminacją byłoby, gdybym odmówił nakarmienia takiego głodnego kierując się tym, iż jest on homoseksualistą. Jednak, gdyby jakiś „gej” poprosił mnie o pieniądze, po to by mógł on za nie poszaleć w jakimś klubie dla sodomitów, moja odmowa byłaby „sprawiedliwą dyskryminacją”. Przechodząc zaś na  płaszczyznę stricte prawną „niesłuszną dyskryminacją osób homoseksualnych” byłoby np. zakazywanie takim ludziom posiadania własności prywatnej, budowania domu, prowadzenia samochodu, itp. Wszystkie te rzeczy są albo realizacją naturalnych praw ludzkich, albo też nie mają ścisłego związku z nieuporządkowanymi skłonnościami takich osób. Słuszną dyskryminacją „osób homoseksualnych” byłoby już jednak utrudnianie im możliwości pracy z młodzieżą tej samej płci, uniemożliwianie oficjalnego sankcjonowania ich związków,  zakazywanie promowania ich dewiacji, czy nawet prawne karanie prywatnych aktów homoseksualnych.  Homoseksualiści i lesbijki mają bowiem prawa bardziej jako ludzie, a nie jako osoby pragnące realizować swe zboczone skłonności. Istnieją naturalne prawa należne wszystkim ludziom, ale żaden człowiek nie ma prawa czynić zła, a jeśli już czyni coś sprzecznego z wolą Boga, to państwo nie ma obowiązku otaczania ochroną owych jego konkretnych złych czynów. Sam zresztą kardynał Joseph Ratzinger, który jest „pierwotnym” autorem słów o „unikaniu oznak niesłusznej dyskryminacji wobec osób homoseksualnych”  musiał znać i rozumieć to rozróżnienie, skoro już jako Benedykt XVI zatwierdził tzw. Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego, gdzie w punkcie numer 494 naucza się, że „władze cywilne powinny stosownymi prawami zakazywać rozprzestrzeniania się ciężkich wykroczeń przeciw czystości” (wśród których wymienione również czyny homoseksualne). Wcześniej zresztą, kardynał Ratzinger, w dokumencie Kongregacji Nauki Wiary „Omosessualit” precyzował rozróżnienie pomiędzy sprawiedliwą i niesprawiedliwą dyskryminacją homoseksualistów i lesbijek: „Istnieją dziedziny, w których nie jest przejawem niesprawiedliwej dyskryminacji uwzględnienie skłonności seksualnej, na przykład gdy chodzi o adopcję dziecka lub powierzenie go opiekunom, zatrudnienie nauczycieli lub trenerów sportowych, służbę wojskową. Osoby homoseksualne, jako osoby ludzkie, mają te same prawa co wszyscy ludzie, w tym prawo do takiego traktowania, które nie uwłacza ich godności osobistej. Obok innych praw wszyscy ludzie mają prawo do pracy, mieszkania itd. Nie są to jednak prawa absolutne. Mogą zostać słusznie ograniczone ze względu na obiektywne nieuporządkowane zachowania zewnętrzne. Jest to nie tylko dopuszczalne, ale konieczne. Co więcej, zasada ta dotyczy nie tylko przypadków zachowań zawinionych, ale także działań osób chorych fizycznie lub umysłowo. Jest zatem przyjęte, że państwo może ograniczyć możliwość korzystania z pewnych praw, na przykład osobom cierpiącym na chorobę zakaźną lub umysłową, by chronić dobro wspólne” (tamże: n. 11-12).

    Oczywiście jest prawdopodobne, iż w historii Kościoła setki milionów chrześcijan mogło miliardy razy grzeszyć w ten czy inny sposób przeciwko osobom homoseksualnym. Działo się tak choćby wtedy, gdy ktoś zamiast modlić się o łaskę skruchy dla takich osób wyzywał je knajackimi określeniami w rodzaju: „Ciota” czy „cwel”. Miało to miejsce wtedy, gdy ktoś mówił o takich ludziach: „Oni już są straceni, nie ma co się starać o ich nawrócenie” albo też w niewybredny sposób żartował sobie o nich: „Czy robicie to z wazeliną czy bez wazeliny?„.  Inni z chrześcijan mogli zaś nie pomóc komuś w jego godziwej potrzebie (czyli odziać, nakarmić, napoić, opatrzyć rany) dlatego, że ów potrzebujący był akurat homoseksualistą czy lesbijką. Jeszcze inni chrześcijanie mogli dopuszczać się aktów samosądu przeciw takim ludziom, raniąc, okaleczając lub zabijając ich nie mając do tego upoważnienia ze strony władz cywilnych, czyniąc to na własną rękę bez przeprowadzenia procesu sądowego, etc.  Znając życie, takich obiektywnie grzesznych czynów w wykonaniu chrześcijan mogło być w historii wiele. Na czym więc polega problem z wypowiedziami papieża Franciszka na temat potrzeby przepraszania homoseksualistów za ich „dyskryminowanie” i „znieważanie” przez chrześcijan? Otóż, jak już wskazałem powyżej, Franciszek nie skonkretyzował tego, za co w sensie bardziej szczegółowym należy przepraszać homoseksualistów. Mówiąc więc np. że „nikogo nie powinno się dyskryminować” nie dodał, iż dyskryminacja raz może niesprawiedliwa, a innym razem sprawiedliwa. Dlatego też w bardzo łatwy sposób jego słowa na ten temat mogą być rozumiane w zupełnie błędnym i zaprzeczającym tradycyjnemu nauczaniu i praktyce Kościoła duchu. Setki milionów katolików oraz niekatolików słysząc i czytając takie słowa nie zrozumie ich jako ganienia tylko postaw w rodzaju: „Nie dam ci chleba, choć jesteś głodny, bo jesteś homoseksualistą” (co było złe), ale wrzuci do tego również fakt, iż nawet święci papieże zachęcali władze cywilne do surowego karania czynów homoseksualnych (co nie było złe). Podobnie, przez „znieważanie” homoseksualistów wielu katolików i niekatolików nie będzie rozumieć tylko słów w rodzaju: „pedały”, „cioty” czy „cwele”, ale zinterpretuje to sobie również jako np. ganienie nazywania tej dewiacji „obrzydliwością„, „grzechem wołającym o pomstę do Nieba” nie mówiąc już o takich używanych przez niektórych świętych sformułowaniach jak: „Cóż jest wstrętniejszego od męskiej nierządnicy? Co bardziej przeklętego?” (św. Jan Chryzostom); „przeklęta sodomia„, „zboczona żądza bliska szaleństwu” (św. Bernardyn ze Sieny); „nieszczęśni” (św. Katarzyna ze Sieny).

    I niestety, niewiele albo wręcz zgoła nic, będzie wskazywało na to, iż interpretujący w ten sposób rzeczone wypowiedzi papieża Franciszka będą to czynili wbrew jego rzeczywistym intencjom. Owszem, powie ktoś, że Franciszek przecież jeszcze jako kardynał Bergoglio piętnował pomysł wprowadzania homoseksualnych „małżeństw” do prawodawstwa Argentyny albo też wyrażał krytyczne sugestie wobec niektórych publicznych manifestacji LGBT. To jednak jest zdecydowanie za mało, by twierdzić, iż Franciszek zgadza się np. również z papieżem św. Piusem V, który polecił wydawanie czynnych homoseksualistów władzom cywilnym, by te ich surowo karały albo pod pojęciem „znieważania” osób homoseksualnych nie uważał nazywania ich praktyk mianem „zboczonej żądzy bliskiej szaleństwa„, „przeklętej sodomii„, etc. I choć nie sądzę, by Bóg dopuścił do tego, aby papież Franciszek w bardziej autorytatywny sposób niż za pośrednictwem swych „samolotowych konferencji” (czyli np. w swej encyklice) jednoznacznie odciął się od tradycyjnego nauczania i praktyki Kościoła na temat homoseksualizmu, to efekt medialny jego słów o „przepraszaniu za dyskryminację i znieważanie homoseksualistów” będzie właśnie taki jak opisałem go wyżej.

    Zważając na to wszystko, niestety coraz mniej absurdalny wydaje się żart, jaki swego czasu dopuścił się jeden z profili facebookowych, a mianowicie, że dojdzie do sytuacji, w której Franciszek przeprosi społeczność LGBT za zniszczenie Sodomy i Gomory…