Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Dlaczego antykoncepcja nie powinna być prawnie zakazana?

Moja publicystyka nieraz błędnie kojarzy się z tezą, jakoby wszelkie grzechy powinny być prawnie zakazane przez władze cywilne. Jest to oczywiście mylne, choć jednak zrozumiałe wrażenie, jakie niektórzy ludzie odnoszą z czytania mych tekstów, gdyż prawdą jest, że częściej piszę o tym, co powinno być zakazane przez prawo, aniżeli o tym, co nie powinno być w ten sposób represjonowane. Sam jednak fakt częstotliwości poruszania przeze mnie takiej tematyki nie oznacza, iż uważam, że rzeczywiście wszystkie bądź choćby zdecydowana większość grzechów powinna być kryminalizowana. Istnieją wszak grzechy, których szkodliwość społeczna jest niska, albo których zakazanie w danych okolicznościach społeczno-kulturowych spowodowałoby by więcej zła niż ich tolerowanie. Tego rodzaju nieprawości władze cywilne nie powinny penalizować. W poniższym tekście zamierzam dłużej pochylić się nad uzasadnieniem tezy, dlaczego tak używanie, jak i rozprzestrzenianie środków antykoncepcyjnych (mimo że takowe w małżeństwie są wewnętrznie i poważnie złe) nie powinno stać się przedmiotem karnych represji ze strony władz cywilnych.

***

Po pierwsze zatem: nie jest wcale pewne, czy sztuczne ubezpładnianie wszelkich seksualnych aktów jest wewnętrznie złe i samo w sobie stanowi materię grzechu. Owszem takowe działanie jest wewnętrznie złe i obiektywnie grzeszne wobec aktów małżeńskich, ale już niekoniecznie wobec aktów pozamałżeńskich. We wszystkich magisterialnych wypowiedziach Kościoła, jakie na ten temat czytałem (np. “Humanae Vitae” Pawła VI, “Casti Connubii” Piusa XI, Katechizm Jana Pawła II) potępiano używanie antykoncepcji w odniesieniu do stosunków małżeńskich, a nie jakichkolwiek aktów seksualnych. To więc, że małżonkowie nigdy nie powinni sztucznie ubezpładniać swych aktów seksualnych jest w świetle tradycyjnego nauczania Kościoła jasne. To jednak, czy np. prostytutki albo osoby współżyjące poza małżeństwem popełniają dodatkowy grzech, używając przy swej i tak już złej aktywności seksualnej, dajmy na to prezerwatyw, nie jest już takie jasne i nawet przed Soborem Watykańskim II opinie teologów moralnych i hierarchów były tu podzielone. Przykładowo biskup diecezji Linz Józef Calasanz Fließer latem 1945 roku pouczał podległych sobie księży, by poszkodowane przez gwałt kobiety udawały się natychmiast po zdarzeniu do lekarzy, aby ci nie dopuścili do poczęcia w ten sposób dziecka (Patrz: Erna Putz, Boży dezerter. Franz Jägerstätter 1907-1943, Warszawa 2008, s. 265). Oczywiście, jest to przykład skrajny, ale i on pokazuje, że sztuczne ubezpładnianie pozamałżeńskiego aktu seksualnego (w tym wypadku: gwałtu) nie było i przed Vaticanum II uważane powszechnie za wewnętrznie złe. Skoro zaś, nie ma jasności, czy takowe działanie jest wewnętrznie złe, to otwiera to dyskusję odnośnie moralnej dopuszczalności stosowania środków antykoncepcyjnych w innych niż zgwałcenie formach pozamałżeńskiej aktywności seksualnej. Na przykład, czy prostytutkom – jeśli nie da się ich nawrócić – należałoby doradzać stosowanie prezerwatyw? Osobiście sądzę, że tak. Jeśli bowiem taka kobieta się nie nawróci, to poczęcie przez nią w owych okolicznościach dziecka skutkowałoby w zdecydowanej większości wypadków większym złem, czyli jego zabiciem. Ponadto, w tych przypadkach, w których prostytutki zdecydowałyby się jednak urodzić poczęte dziecko, to najczęściej takowa istota ludzka byłaby narażona na wykorzystywanie seksualne, wdrażano by ją w arkana profesji jej matki, etc.

Po drugie: władze cywilne powinny tolerować te z grzechów, co do których można roztropnie przewidywać, iż ich prawne zakazanie spowodowałoby więcej zła, lub też utrudniałoby osiągnięcie większego dobra. O tej zasadzie nauczał chociażby papież Leon XIII w encyklice “Libertas praestantissimum”:

Niemniej jednak okiem matki ocenia Kościół wielkie ciążenie słabości ludzkiej: i nie jest nieświadomy, dokąd ten prąd umysłów i spraw unosi wiek nasz. Z tych przyczyn, nie przyznając atoli prawa jak tylko temu, co prawdziwe i co uczciwe jest, nie wzbrania jednak, iżby publiczna władza tolerowała coś prawdzie i sprawiedliwości obcego, a to dlatego, aby albo jakieś większe zło ominąć, albo dobro osiągnąć lub zachować. Sam najopatrzniejszy Bóg, choć jest nieskończoną dobrocią i choć wszystko może, dozwala jednak złemu istnieć na świecie, już to, aby nie przeszkodzić wzrostowi dobrego, już to, aby większe zła nie wynikły. Godzi się w sterowaniu państwami naśladować sternika świata: co więcej, gdy władza ludzka nie może wszystkiego złego wzbronić, winna wiele dopuścić i bezkarnie pozostawić, dosięgnie tam już tego sprawiedliwie opatrzność Boża.

Gdyby więc nawet uznać sztuczne ubezpładnianie wszelakich aktów seksualnych (nie tylko małżeńskich) za wewnętrznie złe to z tej konkluzji nie wynikałby jeszcze w sposób konieczny słuszność kryminalizacji używania i rozpowszechniania środków antykoncepcyjnych. Zanim poparłoby się taki postulat, należałoby zatem wpierw zastanowić się nad prawdopodobnymi skutkami jego wprowadzenia. Czy zmniejszenie dostępu do antykoncepcji skutkowałoby np. większą częstotliwością większego zła, jakim jest zabijanie nienarodzonych dzieci? Czy dzieci poczęte wskutek braku antykoncepcji byłyby częściej wychowywane w dobrych tak moralnie, jak i materialnie warunkach? Cóż, możliwa odpowiedź na oba pytania skłania mnie do tezy, iż władze cywilne powinny jednak tolerować tak używanie, jak i rozpowszechnianie środków antykoncepcyjnych. Co więcej, przypuszczam, że takowa tolerancja może być tu bardziej uniwersalnym, niż tylko czasowo ograniczonym sposobem działania. Większość (a przynajmniej znaczna część) ludzi – niezależnie od czasów i kultur – prawdopodobnie czyniła, czyni i będzie czynić – seks przedmałżeński. To oczywiście jest poważnie złe, ale taka jest najpewniej rzeczywistość, którą to należy przyjąć do wiadomości. Powstaje więc pytanie: jeśli tej większości (lub znacznej) części ludzi, odebrałoby się, lub poważnie ograniczyło dostęp do środków antykoncepcyjnych, to efektem tego byłaby większa czy mniejsza liczba prenatalnych lub postnatalnych dzieciobójstw? Obawiam się, że jednak mielibyśmy wówczas do czynienia z większą liczbą tych zbrodni. Poza tym, niechciane, a jednak poczęte poza małżeństwem dzieci (nawet jeśli się narodzą) najczęściej są bardzo zaniedbywane na różnych płaszczyznach. I odnośnie tego aspektu można się pytać, czy coś takiego jest czymś lepszym niż użycie środka antykoncepcyjnego. Powracając zaś jeszcze na chwilę do przykładu prostytutki, która nie używałaby prezerwatyw, to spróbujmy sobie wyobrazić los poczętych w ten sposób dzieci. Powiedzmy, że taka prostytutka 10 razy zaszłaby w ciążę. 8 na 10 tych ciąż skończyłoby się aborcją. Na 2 urodzonych dzieci 1 zostałoby oddane do sierocińca, a 1 trafiło w ręce “opiekuna” prostytutki, który by je molestował, a kiedy by ono już podrosło, nakazałby jej (powiedzmy, że byłaby to dziewczynka) przejąć zawodową schedę po matce. Czy naprawdę, biorąc pod uwagę, taki możliwy scenariusz wydarzeń można rozsądnie twierdzić, że tolerowanie przez władze cywilne antykoncepcji nie miałoby tu na celu zapobieganie większemu złu?

Po trzecie: chociaż władze kościelne niektórych krajów (np. Włoch i Irlandii) w nieformalny sposób wpływały na rządy, by te zakazywały rozpowszechniania środków antykoncepcyjnych, to jednak nie znam żadnych oficjalnych magisterialnych wypowiedzi Kościoła na ów temat. Póki zaś dana teza nie jest przedmiotem oficjalnego nauczania Kościoła, powszechnej opinii teologów albo jednomyślnej doktryny Ojców Kościoła, póty nie zobowiązuje ona do posłuszeństwa serca i rozumu katolików. W nieformalny zaś sposób władze kościelne mogły wpływać na rządy państw w różnych sprawach i to nie zawsze słusznie. Na przykład można się zastanawiać, dlaczego w krajach z większością katolicką tak rzadko dopuszczający się przestępstw seksualnych księża trafiali do więzień? Czy hipoteza o tym, że taka daleko posunięta łagodność organów ścigania wobec nich nie odbywała się bez pewnych nieformalnych nacisków ze strony władz kościelnych jest aby na pewno błędna?

***

Być może niektórzy z Czytelników byliby skłonni zgodzić się z mymi powyższymi wywodami pod warunkiem, że tyczyłyby się one prezerwatyw, a nie antykoncepcji hormonalnej, która ma mieć działanie również wczesnoporonne, a więc bezpośrednio niszczące niewinne, a nienarodzone ludzkie życie. Cóż odpowiem na ten argument? Otóż przyznam się w tym momencie otwarcie, że nie wiem, czy antykoncepcja hormonalna rzeczywiście działa tak, iż w razie gdy nie uda się za jej pomocą w sztuczny sposób ubezpłodnić aktu seksualnego, to następnym jej etapem jest koniecznie uśmiercenie poczętego już życia. Nawet jednak gdyby właśnie takie było konieczne działanie owego rodzaju antykoncepcji, to i tak nie zrównywałbym go z bezpośrednią aborcją (która oczywiście powinna być zawsze zakazana przez władze cywilne). Tak czy inaczej, podstawowym działaniem antykoncepcji hormonalnej jest bowiem niedopuszczenie do poczęcia się nowego życia, a nie jego przerwanie. Jak już więc przerwanie takiego życia należałoby tu traktować w kategoriach czegoś, co tradycyjna teologia moralna nazywała “skutkiem ubocznym”. Poza tym, o ile zasada, iż nigdy nie ma się moralnego prawda do bezpośredniego niszczenia nienarodzonego życia jest jasna, o tyle nie jest jednak oczywiste, kiedy dokładnie następuje wlanie ludzkiej duszy do poczętego już płodu. Może następuje ono w pierwszej chwili poczęcia, a może następuje ono później. Nie wiemy tego z całą pewnością, a Katechizm Soboru Trydenckiego nauczał na ten temat rzeczy następującej:

(…) kiedy się człowiek poczyna w żywocie matki swojej, dusza bywa wlewana, ale za czasem, kiedy ciało zupełnie człowiecze będzie. (…) [Cytat za: „Katechizm rzymski z wyroku św. Soboru Trydenckiego ułożony, z rozkazu Piusa V. Papieża wydany, i od Klemensa XIII szczególniej zalecony. Tom I”, Warszawa 1827, s. 42).

Gdyby zatem dusza nie była wlewana do ludzkiego płodu z pierwszą chwilą jego poczęcia, to tym bardziej (i tak uboczne) wczesnoporonne działanie antykoncepcji hormonalnej trudno by było postawić na jednej płaszczyźnie z bezpośrednim zabiciem niewinnej osoby ludzkiej. Jeszcze raz podkreślam, nie chodzi mi w tym miejscu u rzekomą moralną dopuszczalność jakiejkolwiek bezpośredniej aborcji – rzecz w stosowaniu pewnych rozróżnień, które mają też swoje znaczenie dla oceny, czy dane działanie powinno, czy nie powinno być przedmiotem kryminalizacji ze strony władz państwowych.

***

Reasumując zatem: sztuczne ubezpładnianie aktów małżeńskich jest z pewnością wewnętrznie i poważnie złe. Dlatego też stanowi materię ciężkiego grzechu. Nie jest jednak już pewne, czy wewnętrznie złe jest sztuczne ubezpładnianie wszelakich aktów seksualnych. A i tak nie każdy grzech powinien być zakazany, oraz karany przez władze cywilne. Jednym z ważnych powodów dla którego dane grzechy powinny być tolerowane przez prawo i państwo jest to, że ich kryminalizacja mogłaby przynieść gorsze efekty od zamierzonych. Można zaś zdroworozsądkowo przypuszczać, iż w większości wypadków zakazanie używania i rozpowszechniania antykoncepcji przyczyniałoby się do szerzenia jeszcze większego zła w postaci prenatalnych i postnatalnych dzieciobójstw. A zatem nie wydaje się, by prawny zakaz antykoncepcji winien być czymś doradzanym większości tak aktualnie, jak i niegdyś rządzących.

Mirosław Salwowski