Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: Sobór Watykański II

  1. Czy objawienia Alicji Lenczewskiej pochodzą od Boga?

    Leave a Comment

    Gdy pewien czas temu opublikowałem umiarkowanie krytyczny artykuł na temat niektórych wątków zawartych w pismach i objawieniach nieżyjącej już pani Alicji Lenczewskiej (można go przeczytać pod tym linkiem:
    https://salwowski.net/2019/03/07/bledy-doktrynalne-w-pismach-i-objawieniach-alicji-lenczewskiej/ ) szybko pojawiły się głosy, których istotę można streścić w słowach: „Skoro, te pisma i objawienia uzyskały Imprimatur ze strony władz kościelnych, to nie można ich krytykować„. W poniższym mym tekście chciałbym szerzej odpowiedzieć na to zastrzeżenie, przy okazji przyglądając się nieco szczegółowiej kwestii zatwierdzonych przez władze kościelne objawień prywatnych.

    Czy aby na pewno „Imprimatur”i/lub „Nihil obstat”?

    Zacznę więc od tego, iż w przypadku pism i objawień pani Lenczewskiej mamy do czynienia co najwyżej z czymś co można by nazwać „lżejszą” formą „Imprimatur”. Nie mamy zaś w ich przypadku do czynienia z tzw. „Nihil obstat”. Wyjaśnijmy pokrótce, iż „Imprimatur” oznacza zgodę władzy kościelnej na publikację danej książki, zaś „Nihil obstat” jest potwierdzeniem danej zgody, gdyż formuła to oznacza, że upoważniony przez biskupa danego miejsca teolog zapoznał się z treścią tych czy innych pism i stwierdził on, iż nie ma nich błędów przeciwnych wierze bądź moralności katolickiej. Tymczasem na początku książek będących zbiorem pism i objawień Alicji Lenczewskiej czytamy następujące pismo autorstwa biskupa Henryka Wejmana z diecezji szczecińsko-kamieńskiej skierowane do ks. Mieczysław Piotrowskiego, redaktora naczelnego pisma „Miłujcie się” (który odpowiada też za wydawanie publikacji pani Lenczewskiej):

    W odpowiedzi na prośbę Przewielebnego Księdza z dnia 12 czerwca 2015 r., przekazaną mi przez Księdza Arcybiskupa Metropolitę Andrzeja Dzięgę, po zapoznaniu się z przedstawianą mi publikacją oraz po zasięgnięciu opinii teologicznej ks. dr. Andrzeja Trojanowskiego SChr, wyrażam zgodę na druk pism Alicji Lenczewskiej Świadectwo i Słowo pouczenia, jako publikacji o charakterze mistyczno-duchowym, przeznaczonej do studiowania i medytacji prywatnej.

    Z błogosławieństwem w Panu (następnie załączone zostają odpowiednie podpisy – przypomnienie moje MS).

    Co więc widzimy w powyższym wpisie? Owszem, jest tu zgoda biskupa Henryka Wejmana na druk omawianych pism, ale mają być one przeznaczone do „studiowania i medytacji prywatnej„. W tym sensie jest to „Imprimatur” jednak dopisek o tym, iż mogą być one studiowane i medytowane w sposób prywatny nie podnosi rangi tych objawień. W różnych bowiem książkach mających „Imprimatur” – również tych zawierających objawienia i wizje prywatne – najczęściej nie ma takiego uściślenia.

    W piśmie zezwalającym na druk pism pani Lenczewskiej nie ma też bezpośredniego stwierdzenia, iż w ich treści nie znaleziono niczego przeciwnego wierze i moralności katolickiej. Owszem jest sformułowanie, iż zgoda została wydana po zasięgnięciu opinii teologicznej ks. Andrzeja Trojanowskiego co sugeruje, że ów duchowny nie znalazł tam żadnych błędów, ale na płaszczyźnie bezpośrednich stwierdzeń takiej deklaracji w piśmie biskupa Henryka Wejmana po prostu nie ma. A więc owe pismo nie stanowi w sensie ścisłym i prawno-kanonicznym formuły „Nihil obstat” dla treści autorstwa pani Alicji Lenczewskiej.

    Czy „Imprimatur” i/albo „Nihil obstat” zobowiązują katolików do posłuszeństwa?

    Rozumiem jednak, że ktoś może upierać się przy twierdzeniu/sugestii, iż w rzeczywistości pisma pani Lenczewskiej otrzymało nie tylko „Imprimatur” ale też „Nihil obstat” wyciągając z tego wniosek, że w takim razie żaden katolik nie powinien krytykować owych pism i objawień. Czy to jest jednak prawidłowa konkluzja? Otóż nie. Ani „Imprimatur” ani nawet „Nihil obstat” nie zobowiązuje katolików do zgadzania się z treścią objętych nimi pism i/lub objawień. Te akty władzy kościelnej nie są bowiem aktami ani nadzwyczajnego ani zwyczajnego Magisterium Kościoła.

    Nie są to akty nieomylnego nauczania Papieży, gdyż nawet jeśli ten czy inny Papież potwierdza swym autorytetem autentyczność danych objawień prywatnych to czyni on to w tym sensie, iż nie widzi w nich błędów przeciwnych doktrynie katolickiej oraz, że pozwala w nie wierzyć. Jednak nieomylne stwierdzenia papieży mają to do siebie, iż nie tyle pozwalają one w coś wierzyć, ale nakazują wszystkim chrześcijanom w daną prawdą wiary lub moralności wierzyć. Tymczasem, objawienia prywatne ze swej natury nie mogą być nakazane do wierzenia, a co za tym idzie ich akceptacja ze strony choćby tego czy innego Papieża nie może mieć charakteru nieomylnego aktu Magisterium. Oczywiście, dodajmy, że w przypadku pism pani Lenczewskiej są to tylko jak na razie teoretyczne rozważania, gdyż uzyskały one póki co aprobatę tylko jednego z lokalnych biskupów – nie zaś Papieża czy którejś z rzymskich kongregacji.

    Nie są to też akty zwyczajnego i autentycznego (choć samego w sobie nie wolnego od omyłek) nauczania Kościoła. Owszem, poszczególni biskupi mogą formułować tego rodzaju Magisterium Kościoła, ale jest bardzo wątpliwe, by wydawane przez nich „Imprimatur” bądź „Nihil obstat” należało do tego rodzaju aktów nauczania Kościoła. Po pierwsze bowiem, nie jest bezpośrednie nauczanie biskupów. „Nihil obstat” oznacza np., iż dane pismo przeczytał upoważniony przez lokalnego biskupa teolog i zgodnie ze swoją wiedzą ocenił, iż nie ma tam błędów przeciwnych doktrynie katolickiej. W sensie więc bardziej bezpośrednim to ten teolog, a nie biskup ręczy za prawowierność takich czy innych treści. Po drugie: nauczanie biskupów, które obowiązuje katolików znajduje się swój wyraz w wydawanych przez nich publicznych listach, deklaracjach, oświadczeniach, nie zaś w treści wszystkich – pośrednio – przez nich aprobowanych książek. Jeśli już, za pewnego rodzaju wyjątek od tej reguły można uznać zatwierdzane przez lokalnych biskupów katechizmy, których ścisłym zadaniem jest przekazywanie wiernym obowiązującej doktryny katolickiej. Trudno jest jednak stosować ten wyjątek do książek zawierających treści prywatnych objawień, gdyż te ze swej natury nie obowiązują żadnego katolika.

    Czy w objawieniach prywatnych mogą znajdować się błędy (również doktrynalne)?

    Jeszcze inną sprawą jest to, iż nawet te z objawień prywatnych, które zostały przez władze kościelne uznane za autentyczne nie mają przez to gwarancji wolności od jakichkolwiek błędów czy omyłek. Tylko bowiem Objawienie Publiczne (czyli Pismo święte i Tradycja Apostołów) jest wolne od jakichkolwiek błędów – również tych tyczących się historii, biologii, geografii, etc.. Objawienia prywatne nie mają jednak tej samej rangi co np. Pismo święte i nie powinno się im przypisywać tego samego w co wierzymy odnośnie Publicznego Objawienia. W przypadku objawień prywatnych nie mamy absolutnej gwarancji, iż dany wizjoner obok słów rzeczywiście pochodzących od Pana Jezusa, Maryi, Aniołów czy Świętych, nie umieścił – choćby mimowolnie – pewnych błędów wynikających np. z własnego niezrozumienia danej kwestii, swych prywatnych nadinterpretacji, kłopotów z pamięcią, itp. Co więcej, nie można w sposób bardzo kategoryczny zaprzeczyć możliwości pomieszania w ramach objawieniach prywatnych autentycznych Bożych wizji nawet z szatańskimi mamieniami. Wszak to bodajże św. Faustyna Kowalska wspominała, że na pewnych etapie swych objawień rozpoznała, iż szatan podszywał się w nich pod Pana Jezusa i dopiero po pewnym czasie zorientowała się ona co do ich fałszywości (niszcząc te ze swych pism, co do których rozpoznała, iż maczał w nich palce diabeł). Kwestię możliwych błędów w zatwierdzonych przez Kościół objawieniach prywatnych tak ujmował ks. Franciszek Spirago:

    „(…) osoby, obdarzone objawieniem prywatnym, mogły to objawienie mylnie pojąć, niedokładnie podać. Mogły uważać coś za boskie oświecenie, było tylko wytworem ich wyobraźni. Niektórzy przypuszczają, że możliwe były także podszepty i złudzenia szatańskie. Ta jednak ostatnia okoliczność u osób świętych jest prawie wykluczoną (podkreślenie moje – MS) (…) Benedykt XIV mówi, że Bóg z ważnych powodów dopuszcza w pryw. objawieniach błędy, aby wierni prywatnych objawień nie cenili wyżej nad Pismo św. i naukę Kościoła. Niedostatki te w w prywatnych objawieniach wyzyskują niektórzy krytycy i całą ich wartość poddają w wątpliwość i odrzucają. A przecież nikt nie wpadnie na pomysł, wyrzucić cały kosz pięknych jabłek, dlatego że są między niemi 2 lub kilka nadgniłych. Zwróćmy uwagę, że i Doktorowie Kościoła jedną i tą samą rzecz nieraz odmiennie pojmują, a jednak pisma ich Kościół zatwierdził [1].

    Jak powyższe stwierdzenia mają się do pism i objawień pani Alicji Lenczewskiej i mej fragmentarycznie krytycznej ich oceny? Otóż, jak już o tym wspomniałem w swym pierwszym artykule na ów temat, ja osobiście nie wykluczam, iż objawienia pani Lenczewskiej ogólnie rzecz biorąc mogły pochodzić od Boga. Jak wszak o tym pisałem:

    Czy więc pisma i objawienia pani Alicji Lenczewskiej w całości pochodzą od szatana, albo też są wykwitem jej wyobraźni? Daleki jestem od takiego wniosku, gdyż nie jest wykluczona możliwość, że w prywatnych objawieniach danej osoby autentyczne wizje i słowa od Boga mieszają się z szatańskimi mamieniami albo osobistymi interpretacjami danego człowieka. Objawienia prywatne to bowiem nie Pismo święte, które jest w sposób absolutny pozbawione jakichkolwiek błędów i pomyłek.” (…) [2].

    Jak to zostało już jednak wyżej zasygnalizowane nawet w ogólnie prawdziwych prywatnych objawieniach mogą znajdować się pewne błędy. i osobiście znajduję takie błędy w pismach pani Lenczewskiej. Nie są to jednak błędy, które byłyby tam częste, gdyż na kilkaset stwierdzeń tam zawartych za błędne doktrynalnie można uznać zaledwie dwa z nich. Co innego, gdyby tychże błędów znalazłoby się więcej i byłyby one tam regularnie powtarzane. Wówczas to rzeczywiście należałoby się bardzo poważnie zastanawiać nad autentycznością objawień pani Lenczewskiej w ich ogólnym kształcie.

    Ktoś może jednak w tym miejscu powiedzieć, że należy odróżnić błędy w objawieniach prywatnych tyczące się np. historii lub geografii od błędów przeciwko doktrynie katolickiej. Tak, to prawda, że obecność tego drugiego rodzaju błędów czyni sprawę bardziej poważną, jednak jest faktem, iż nawet w uznanych przez władze kościelne prywatnych objawieniach znajdują się co najmniej dwuznaczne i mniej lub bardziej trudne do prawowiernej interpretacji stwierdzenia.

    Przykładowo, w objawieniach w La Salette Matka Boża ma mówić w odniesieniu do niedzieli:

    „Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie i nie chcą mi go przyznać.”[3]

    Tymczasem, Najświętsza Maryja Panna po prostu w chwili ustanawiania Dekalogu na Górze Synaj jeszcze nie istniała. Dziesięć Przykazań zostało ustanowionych przez Boga w Trójcy Jedynego, a nie jakiekolwiek, choćby i najświętsze oraz najbardziej wywyższone stworzenie. Poza tym, gwoli ścisłości, to siódmy dzień w Dekalogu oznaczał nie niedzielę, ale sobotę i dopiero pod rządami Nowego Testamentu Bóg zmienił sobotę na niedzielę, jako dzień odpoczynku i czasu, który w szczególny sposób ma być poświęcony na chwalenie Boga. Warto przy tym jeszcze zauważyć, iż z objawieniami w La Salette wiąże się jeszcze inny poważny problem. Otóż, chociaż kult Matki Bożej z La Sallete został przez Kościół zatwierdzony to jednak treść tzw. Sekretu, który Matka Boża miała jednej z tamtejszych wizjonerek, czyli Melanii Calvat znajdowała się na Indeksie Ksiąg Zakazanych oraz była ona uznawana przez św. Oficjum za fałszywą [4].

    Innym przykładem możliwego błędu doktrynalnego zawartego w uznanych objawieniach prywatnych są wizje św. Katarzyny ze Sieny. Otóż, wedle cenionego duchownego, ks. Benedicta J. Groeschela w owych objawieniach Matka Boża miała powiedzieć tej Świętej, iż nie cieszy się przywilejem Niepokalanego Poczęcia [5]. Takie stwierdzenie oczywiście byłoby sprzeczne z dogmatycznym nauczaniem bł. Piusa IX, co jednak nie zmienia faktu, iż ogólnie rzecz biorąc objawienia św. Katarzyny ze Sieny zostały uznane przez Kościół za autentyczne.

    Przykładem zaś może nie jawnego błędu, ale dość daleko idącej dwuznaczności jest z kolei stwierdzenie, które pada w objawieniach św. Brygidy Szwedzkiej, gdzie czytamy:

    Papież ówczesny zarządził wówczas w całym Kościele, że kapłani chrześcijańscy, mając tak święte i najszlachetniejsze zadanie, jakim jest sprawowanie najdroższego sakramentu, w żaden sposób nie mogą żyć w hańbiącej małżeńskiej przyjemności cielesnej” (podkreślenie moje – MS) [6].

    Można się jednak spytać, czy określenie aktów seksualnych dokonywanych w ramach małżeństwa jako „hańbiącej przyjemności” zgadza się z językiem, jakim w tej sferze posługuje się doktryna katolicka wyrażona choćby przez ojców Soboru Watykańskiego II:

    Akty… przez które małżonkowie jednoczą się z sobą w sposób intymny i czysty, są uczciwe i godne; a jeśli spełniane są prawdziwie po ludzku, są oznaką i podtrzymaniem wzajemnego oddania się, przez które małżonkowie ubogacają się sercem radosnym i wdzięcznym” (patrz: Konstytucja „Gaudium et spes”, n. 49).

    Jeśli więc we wszystkich powyższych uznanych przez Kościół za autentyczne objawieniach i wizjach znajdują się rzeczy – co najmniej – trudne do pogodzenia z doktryną katolicką, to nie widzę większego powodu, by objawienia pani Lenczewskiej miały zostać uznane za wolne od jakiegokolwiek błędu. Choćby i nawet owa niewiasta miałaby być w przyszłości przez Kościół wyniesiona do chwały ołtarzy – ku czemu nie widzę większych trudności czy przeciwskazań.

    A zatem reasumując treść powyższego artykułu w punktach:

    1. Pisma i objawienia pani Alicji Lenczewskiej nie mają „Nihil obstat”.

    2. Ani „Imprimatur” ani „Nihil obstat” nie są aktami Magisterium Kościoła przez co nie zobowiązują żadnego katolika do podzielania zdania danego cenzora kościelnego na temat całkowitej poprawności doktrynalnej danej książki.

    3. Objawienia prywatne – nawet te uznane przez Kościół – to nie jest Pismo święte i w związku z tym nie muszą być one wolne od jakichkolwiek błędów.

    4. Uznawanie przeze mnie, iż w pismach pani Alicji Lenczewskiej znajdują się błędy doktrynalne nie musi negować Bożego charakteru większej części jej pism oraz objawień.

    Mirosław Salwowski

    Przypisy:

    [1] Cytat za: Ks. Franciszek Spirago, „Katolicki katechizm ludowy. Część Pierwsza: Nauka wiary”, Mikołów, 1927 r., s. 51 – 52.

    [2] Patrz: salwowski.net, „Błędy doktrynalne w pismach i objawieniach Alicji Lenczewskiej”.

    [3] Cytat za: Wikipedia, hasło „Matka Boża z La Salette”,
    https://pl.wikipedia.org/wiki/Matka_Bo%C5%BCa_z_La_Salette , Data dostępu: 16. 01. 2020.

    [4] Więcej na ten temat można przeczytać w artykule autorstwa ks. Rafała Trytka pt. „Stolica Apostolska a <Sekret z La Sallete>”,
    http://www.legitymizm.org/stolica-apostolska-sekret-la-salette , Data dostępu: 16. 01. 2020.

    [5] Ks. Benedict J. Groeschel pisze o tym w swej książce pt. „A Still, Small Voice: A Practical Guide on Reported Revelations” (wydawnictwo „Ignatius Press”, Rok wydania: 1993).

    [6] Cytat za: Św. Brygida Wielka, „Objawienia i inne dzieła”, Kraków 2004. s. 293.

  2. Czy Żydzi są narodem morderców Chrystusa?

    Leave a Comment

    Sobór Watykański II w deklaracji „Nostra Aetate” uczy na temat odpowiedzialności narodu żydowskiego za mękę i śmierć Pana naszego Jezusa Chrystusa między innymi:

    A choć władze żydowskie wraz ze swymi zwolennikami domagały się śmierci Chrystusa, jednakże to, co popełniono podczas Jego męki, nie może być przypisane ani wszystkim bez różnicy Żydom wówczas żyjącym, ani Żydom dzisiejszym“.

    Z kolei, opublikowany w 1992 roku Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie numer 598 stwierdza:

    Uwzględniając fakt, że nasze grzechy dotykają samego Chrystusa, Kościół nie waha się przypisać chrześcijanom największej odpowiedzialności za mękę Jezusa, którą zbyt często obciążali jedynie Żydów.

    Część tradycjonalistycznych katolików (zwłaszcza tych skupionych wokół Bractwa św. Piusa X) krytykowało powyższe „soborowe” oraz „posoborowe” nauczanie Kościoła, jako rzekome zerwanie z tradycyjną teologią katolicką, w ramach której nieraz obdarzano Żydów mianem „narodu bogobójców”. Czy te zarzuty są uzasadnione?

    Zacznijmy od tego, iż naprawdę trudno jest widzieć coś błędnego lub zwodniczego w przytoczonym wyżej nauczaniu Vaticanum II o tym, iż nie można przypisywać takiej samej odpowiedzialności za śmierć Pana Jezusa ani wszystkim Żydom żyjącym w tamtym czasie ani tym bardziej Żydom dzisiejszym. Takie odrzucone przez Sobór Watykański II twierdzenie nie jest bowiem umocowane ani w Piśmie świętym, ani nawet w zdrowym rozsądku. Po pierwsze bowiem, Biblia nie wspomina o tym, by w czasie procesu i ukrzyżowania Chrystusa wszyscy Żydzi popierali zabicie Jezusa. Owszem, za zbrodnią bogobójstwa opowiedziały się władze religijne narodu żydowskiego czyli Sanhedryn oraz liczne zgromadzenie Żydów obecne na placu umiejscowionym przed siedzibą rzymskiego namiestnika Piłata. Pomijając jednak już zaś nawet tak oczywiste wyjątki Żydów, którzy nie popierali w tamtym czasie i miejscu skazania Pana Jezusa na śmierć, a więc np. Najświętszej Marii Panny, Nikodema, Józefa z Arymatei, Apostołów (nie licząc Judasza), to i tak nie sposób założyć, iż dokładnie wszyscy inni członkowie narodu żydowskiego byli obecni w tłumie wołającym do Piłata: „Ukrzyżuj Go!„. Owszem, na tym haniebnym zgromadzeniu było obecnych wielu Żydów, jednak nie wiemy jakiego dokładnie procentu ówczesnej nacji żydowskiej to dotyczyło. Nawet jeśli była to duża część spośród ówcześnie żyjących Żydów to i tak nie byli to wszyscy Żydzi.

    Stwierdzenie Soboru Watykańskiego II o tym, iż nie można „bez różnicy” (czyli inaczej mówiąc: w takim samym stopniu) obciążać wszystkich żyjących w czasie ukrzyżowania Chrystusa czy tym bardziej istniejących współcześnie Żydów jest więc tak zdroworozsądkowe, jak i biblijne. Czy w takim razie należy potępić często używane w tradycyjnej teologii katolickiej sformułowanie nazywające Żydów mianem „narodu bogobójców”? Cóż, odpowiedź na to pytanie nie należy do bardzo łatwych. Z jednej bowiem strony nie wszyscy Żydzi popierali skazanie na śmierć Pana Jezusa, z drugiej zaś strony wielu z nich właśnie tak uczyniło. Warto też zauważyć, iż ogół Żydów został w relatywnie krótkim czasie ukarany przez Boga zburzeniem światyni w Jerozolimie a następnie ich wygnaniem z Palestyny co uprawdopodabnia tezę o tym, że rzeczywiście duża część narodu żydowskiego mogła solidaryzować się z posunięciem swych władz (czyli Sanhedrynu), które zdecydowały się wydać Zbawiciela na śmierć.

    Czy może więc błędne i sprzeczne z Tradycją Kościoła jest stwierdzenie punktu 598 „posoborowego” Katechizmu Kościoła Katolickiego o tym, iż to chrześcijanie ponoszą największą odpowiedzialność za mękę Jezusa? Cóż, owe sformułowanie może być uznane za lekko dwuznaczne, gdyż brakuje w nim dodania słowa, iż to „źli” chrześcijanie są większymi od żydów mordercami Chrystusa. Albowiem na płaszczyźnie nadprzyrodzonej to grzechy wszystkich ludzi przyczyniły się do śmierci Pana Jezusa. Im zaś kto ma większy dostęp do łask, tym jego wina jaką ponosi za popełniane przez siebie akty nieposłuszeństwa Bogu jest większa. Chrześcijanie zaś mają danych więcej łask niż żydzi, a co się z tym wiąże popełniane przez nich grzechy są większe aniżeli żydów. Im więc dany chrześcijanin więcej grzeszy tym większym też – w sensie nadprzyrodzonym – jest mordercą Chrystusa. Gdyby więc uściślić i doprecyzować punkt 598 Katechizmu Kościoła Katolickiego poprzez dodanie doń dopowiedzenia, iż to źli chrześcijanie ponoszą większą od Żydów odpowiedzialność za mękę Pana Jezusa to nie byłoby w tym stwierdzeniu jakiejkolwiek, choćby i lekkiej dwuznaczności. Warto zresztą odnotować co na ten temat nauczał Katechizm Soboru Trydenckiego:

    Musimy uznać za winnych tej strasznej nieprawości tych, którzy nadal popadają w grzechy. To nasze przestępstwa sprowadziły na Pana naszego Jezusa Chrystusa mękę krzyża; z pewnością więc, ci, którzy pogrążają się w nieładzie moralnym i złu, <krzyżują … w sobie Syna Bożego i wystawiają go na pośmiewisko> (Hbr 6,6). Trzeba uznać, że nasza wina jest w tym przypadku większa niż Żydów. Oni bowiem, według świadectwa Apostoła, <nie ukrzyżowaliby Pana chwały> (1 Kor 2,8), gdyby go poznali. My przeciwnie, wyznajemy, że Go znamy. Gdy więc zapieramy się Go przez nasze uczynki, podnosimy na niego w jakiś sposób nasze zbrodnicze ręce“.

    Nie od rzeczy będzie zresztą przypomnienie tego co na temat odpowiedzialności złych chrześcijan za śmierć Chrystusa uczył św. Jan Maria Vianney, patron wszystkich proboszczów:

    Źli chrześcijanie będą kiedyś w piekle ponosili straszniejsze męczarnie, niż niewierni… Chrześcijanom, gdy tylko dojdą do wieku, w którym mogą już korzystać z rozumu, przyświeca niczym wspaniałe słońce pochodnia wiary. W sposób wystarczający mogą więc poznać swoje obowiązki względem Boga, względem samych siebie, względem bliźniego. Jakie straszne, jakie okropne będzie piekło chrześcijan! Jak niebo oddalone jest od ziemi, tak potępienie chrześcijanin będzie daleko cięższe od potępienia niewiernych. Bo sprawiedliwy Bóg surowiej ukarze tego, kto otrzymał więcej łask, ale wzgardził nimi, zamiast z nich korzystać i wiernie służyć Panu… Jak z trupów potopionych Egipcjan wypływa woda, tak z ust potępieńców przez całą wieczność będą płynęły narzekania, że nie chcieli wykorzystywać Bożych łask, że za życia znieważali Ciało i Krew Jezusową w Komunii Świętej. Na wieki – wedle słów św. Bernarda – stać im będą przed oczyma cierpienia i męka Jezusa Chrystusa, które zniósł także dla ich zbawienia… nie zniknie im nigdy sprzed oczu obraz łez, które przelał Boski Zbawiciel, obraz Jego pokuty… Będą Go widzieli w Ogrodzie Oliwnym, gdzie krwawymi łzami opłakiwał ich grzechy. Zobaczą go w śmiertelnej agonii, zobaczą włóczonego po ulicach Jerozolimy. Będą słyszeli uderzenia młotów, które Go krzyżowały na Kalwarii (…)” (Cytat za: Św. Jan Maria Vianney, „Kazania Proboszcza z Ars”, Warszawa 1999, ss. 337, 340).

    Po raz pierwszy powyższy artykuł ukazał się na portalu Fronda.pl: https://www.fronda.pl/a/z-ambony-strzeleckiej-salwowskiego-czy-zydzi-sa-narodem-mordercow-chrystusa,125493.html

  3. Kim są prawdziwi Żydzi?

    Leave a Comment

    Powszechnie i potocznie rzecz biorąc mianem „Żydów” określa się tych z ludzi, którzy: 1. Mają żydowskie pochodzenie w sensie etnicznym (to znaczy ich bliscy przodkowie byli Żydami); 2. Wyznają i praktykują współczesną religię judaizmu. Czy jednak takie rozumienie owego terminu jest aby na pewno w pełni uzasadnione? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że tak, gdyż jeśli spojrzeć na historyczne, czyli starotestamentowe rozumienie narodu żydowskiego to można powiedzieć, iż mniej więcej odpowiada ono powyżej zarysowanym dwóm cechom żydowskości. W Starym Testamencie jako Żydów określało się wszak potomków Abrahama, którzy wierzyli w obietnicę przyjścia Mesjasza oraz praktykowali prawa i przykazania objawione przez Boga Mojżeszowi. Jeden z najbardziej charakterystycznych obrzędów Prawa Mojżeszowego, przez które dany człowiek utożsamiał się z byciem Żydem stanowiło obrzezanie, czyli w przypadku mężczyzn usunięcie za pomocą ostrego narzędzia części napletka. W czasach Starego Zakonu Żydem można było zostać nie tylko przez fakt urodzenia się w rodzinie żydowskiej, ale także poprzez dobrowolną deklarację, iż wierzy się w obietnice, jakie Bóg dał starotestamentowym prorokom oraz pragnie się w swym życiu stosować przepisy i przykazania Prawa Mojżeszowego. W czym więc problem? Otóż, gdyby Chrystus jeszcze nie przyszedł na tę ziemię, to można by współczesnych wyznawców judaizmu spokojnie nazywać „Żydami”. Jednak wraz z wcieleniem Pana Jezusa, Jego męką, śmiercią i zmartwychwstaniem nastąpiło pewnego rodzaju pogłębienie rozumienia żydowskości. Od dokonania się tych tajemnic i prawd Nowego Testamentu prawdziwymi Żydami nie są już ci, którzy oczekują na przyjście Mesjasza, ale są nimi ci, którzy zgodnie z zapowiedziami dawnych proroków uznali, że Mesjasz już w osobie Pana Jezusa przyszedł. Od tego też czasu Żydami nie są ci, którzy zostali obrzezani w sposób cielesny, ale są nimi ci, którzy dali się obrzezać na sposób duchowy, a więc uwierzyli w Chrystusa i przyjęli chrzest. Mówiąc zaś w skrócie prawdziwymi Żydami są chrześcijanie, nowym Izraelem jest Kościół, a wyznawcy współczesnego judaizmu są tymi, których niesłusznie nazywa się „Żydami”.

     

    Wszystko powyższe nie jest jakimiś moim wymysłem czy daleko posuniętą osobistą koncepcją teologiczną. Mówi o tym  jasno tak Pismo święte, jak i nauczanie Kościoła.

    I tak np. w Apokalipsie św. Jana Apostoła jest mowa o prześladowaniu lokalnych kościołów przez tych „którzy zwą się Żydami, lecz nimi nie są”:

    Znam twój ucisk i ubóstwo – ale ty jesteś bogaty – i [znam] obelgę wyrządzoną przez tych, co samych siebie zowią Żydami, a nie są nimi, lecz synagogą szatanaAp 2, 9.

    Oto Ja ci daję [ludzi] z synagogi szatana, spośród tych, którzy mówią o sobie, że są Żydami – a nie są nimi, lecz kłamią.  Oto sprawię, iż przyjdą i padną na twarz przed twymi stopami, 
    a poznają, że Ja cię umiłowałem
    – Ap 3, 9.

    To, że w powyższych słowach chodziło o tych Żydów, którzy nie przyjęli wiary w Pana Jezusa jest jasne z następujących powodów: 1. W czasach, kiedy pisana była Apokalipsa wyznawcy judaizmu prześladowali chrześcijan i sami siebie zwali „Żydami”; 2. Co prawda w czasach spisywania Apokalipsy św. Jana Kościół był też nękany przez władze Imperium Rzymskiego, ale Rzymianie nie rościli sobie pretensji do nazywania siebie „Żydami” (przeciwnie odnosili się oni do Żydów dość niechętnie, a czasami nawet pogardliwie i wrogo); 3. Istnieje tylko jedna religia, której wyznawcy określają swe obiekty sakralne mianem synagog, a jest nią właśnie judaizm.

    Taka też była interpretacja starożytnych chrześcijan. W jednym z wczesnych chrześcijańskich dokumentów czytamy:

    Tak samo ci, którzy fałszywie nazywają siebie Żydami, po sześciu dniach przerywają pracę i siódmego dnia zbierają się w swych synagogach, a nigdy nie opuszczają ani nawet nie lekceważą swego odpoczynku i zgromadzenia; z powodu braku wiary pozbawieni zostali jednak mocy Słowa oraz imienia Judy, którym się sami określają. Juda znaczy „wyznanie”, oni zaś nie są wyznawcami Boga, skoro bezprawnie umęczyli Chrystusa, choć uznając to mogliby zostać zbawieni – Konstytucje Apostolskie II, 60: 3.

     

    O tym zaś, że chrześcijanie są prawdziwymi Żydami i nowym Izraelem Pismo święte wspomina w kilku miejscach. Tak więc np. św. Piotr Apostoł pisze do wyznawców Jezusa następujące słowa:

    Wy zaś jesteście wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem [Bogu] na własność przeznaczonym, abyście ogłaszali dzieła potęgi Tego, który was wezwał z ciemności do przedziwnego swojego światła, 10 wy, którzyście byli nie-ludem, teraz zaś jesteście ludem Bożym, którzyście nie dostąpili miłosierdzia, teraz zaś jako ci, którzy miłosierdzia doznali – 1 P 2, 9-10.

    Św Paweł Apostoł zaś w swych listach pisał o tych, którzy uwierzyli w Chrystusa, iż to właśnie ci są ludem prawdziwie obrzezanym i autentycznym potomstwem Abrahama:

    Strzeżcie się psów, strzeżcie się złych pracowników, strzeżcie się okaleczeńcówMy bowiem jesteśmy prawdziwie ludem obrzezanym– my, którzy sprawujemy kult w Duchu Bożym i chlubimy się w Chrystusie Jezusie, a nie pokładamy ufności w ciele – Flp 3, 2-3.

    Zrozumiejcie zatem, że ci, którzy polegają na wierze, ci są synami Abrahama. I stąd Pismo widząc, że w przyszłości Bóg na podstawie wiary będzie dawał poganom usprawiedliwienie, już Abrahamowi oznajmiło tę radosną nowinę: W tobie będą błogosławione wszystkie narody. I dlatego tylko ci, którzy polegają na wierze, mają uczestnictwo w błogosławieństwie wraz z Abrahamem, który dał posłuch wierze – Ga 3:7-9.

    Nie ma już żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie. Jeżeli zaś należycie do Chrystusa, to jesteście też potomstwem Abrahama i zgodnie z obietnicą – dziedzicami – Ga 3:28 – 29.

     

    Co ciekawe, wiarę w to, iż to Kościół jest nowym Izraelem i nowym Ludem Bożym podziela też nauczanie Soboru Watykańskiego II, którego wszak Ojców trudno byłoby podejrzewać o antysemityzm albo też zbytni antyjudaizm. Nawet w deklaracji „Nostra Aetate”, której istotna część poświęcona jest odparciu pewnych przesadnych i niesprawiedliwych zarzutów, jakie w ciągu wieków narosły wśród chrześcijan względem wyznawców judaizmu, czytamy:

    Chociaż Kościół jest nowym Ludem Bożym, nie należy przedstawiać Żydów jako odrzuconych ani jako przeklętych przez Boga, rzekomo na podstawie Pisma świętego (tamże, n. 4).

    Z kolei konstytucja dogmatyczna „Lumen Gentium” tegoż soboru uczy:

    W każdym wprawdzie czasie i w każdym narodzie miły jest Bogu, ktokolwiek się Go lęka i postępuje sprawiedliwie (por. Dz 10,35), podobało się jednak Bogu uświęcić i zbawiać ludzi nie pojedynczo, z wykluczeniem wszelkiej wzajemnej między nimi więzi, lecz uczynić z nich lud, który by Go poznawał w prawdzie i zbożnie Mu służył. Przeto wybrał sobie Bóg na lud naród izraelski, z którym zawarł przymierze i który stopniowo pouczał, siebie i zamiary woli swojej objawiając w jego dziejach i uświęcając go dla siebie. Wszystko to jednak wydarzyło się jako przygotowanie i jako typ owego przymierza nowego i doskonałego, które miało być zawarte w Chrystusie, oraz pełniejszego objawienia, jakie dać miało samo Boże Słowo, stawszy się ciałem. „Oto dni nadchodzą, mówi Pan, i zawrę z domem izraelskim przymierze nowe… Położę zakon mój we wnętrznościach ich i na sercu ich napiszę go, i będę im Bogiem, a oni będą mi ludem… Bo wszyscy poznają mnie, od najmniejszego do największego, mówi Pan” (Jr 31,31-34). Chrystus ustanowił to nowe przymierze, a mianowicie nowy testament we krwi swojej (por. 1 Kor 11,25), powołując spośród Żydów i pogan lud, który nie wedle ciała, lecz dzięki Duchowi zróść się miał w jedno i być nowym Ludem Bożym. Albowiem wierzący w Chrystusa, odrodzeni nie z nasienia skazitelnego, lecz z nieskazitelnego przez słowo Boga żywego (por. 1 P 1,23), nie z ciała, lecz z wody i Ducha Świętego (por. J 3,5-6), ustanawiani są w końcu „rodzajem wybranym, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem nabytym…, co niegdyś nie był ludem, teraz zaś jest ludem Bożym” (1 P 2,9-10). (…)

    A jak Izrael wedle ciała, wędrujący przez pustynię nazwany już jest Kościołem Bożym (2 Ezd 13,1, por. Lb 20,4, Pwt 23,1 nn), tak nowy Izrael, który żyjąc w doczesności szuka przyszłego i trwałego miasta (por. Hbr 13,14), również nazywa się Kościołem Chrystusowym (por. Mt 16,18), jako że Chrystus nabył go za cenę krwi swojej (por. Dz 20,28), Duchem swoim go napełnił i w stosowne środki widzialnego i społecznego zjednoczenia wyposażył. Bóg powołał zgromadzenie tych, co z wiarą spoglądają na Jezusa, sprawcę zbawienia i źródło pokoju oraz jedności, i ustanowił Kościołem, aby ten Kościół był dla wszystkich razem i dla każdego z osobna widzialnym sakramentem owej zbawczej jedności. Mając rozprzestrzenić się na wszystkie kraje, Kościół wchodzi w dzieje ludzkie, wkraczając równocześnie poza czasy i granice ludów. Idąc zaś naprzód poprzez doświadczenia i uciski krzepi się Kościół mocą obiecanej mu przez Pana łaski Bożej, aby w słabości cielesnej nie odstąpił od doskonałej wierności, lecz pozostał godną oblubienicą swego Pana i pod działaniem Ducha Świętego nieustannie odnawiał samego siebie, póki przez krzyż nie dotrze do światłości, która nie zna zmierzchu (tamże: n. 9).

     

    A zatem podsumowując:

    1. Ci, których powszechnie nazywa się Żydami, tak naprawdę nie są autentycznymi Żydami.

    2. Prawdziwymi Żydami i nowym Izraelem są chrześcijanie.

    3. Ktoś kiedyś pogardliwie powiedział o protestantach, iż są „Żydami jedzącymi wieprzowinę”. To powiedzenie należy jednak w sposób aprobatywny odwrócić i powiedzieć: „Chrześcijanie są Żydami, którzy jedzą wieprzowinę, nie obrzezują się w sposób cielesny i święcą niedzielę zamiast soboty”, gdyż jak to słusznie stwierdził papież Pius XI: „chrześcijanie są duchowymi semitami”.

     

  4. Dlaczego popieram prawa wyborcze dla kobiet?

    Leave a Comment

    Do dziś wśród co bardziej zdecydowanych konserwatystów popularnością nie cieszy się poparcie dla powszechnego prawa wyborczego. Tym bardziej więc w tych kręgach odzywają się głosy kwestionujące zasadność nadawania takich praw kobietom. Ktoś może się zatem dziwić, iż ja będąc konserwatystą i zwolennikiem zasadniczo patriarchalnego modelu rodziny i społeczeństwa popieram udzielanie tak czynnych, jak i biernych praw wyborczych kobietom. W niniejszym artykule pragnę więc pokrótce wyjaśnić, jak łączę swój „pro-patriarchalizm” z ideą praw wyborczych dla kobiet.

    Jest prawdą, iż najlepszy modelem funkcjonowania rodziny to dom, w którym głową i kierownikiem jest mąż i ojciec, czyli mężczyzna. Mówi o tym tak Pismo święte (np.  Efez 5, 22-23; Tt 2, 5; 1 P 3, 1-2; 1 P 3, 5-6) , jak i tradycyjne nauczanie Kościoła (np. Pius XI, „Casti connubii”; Leon XIII, „Arcanum divanae sapientiae”). Społeczeństwo jest zaś – choć nie w 100 procentach – czymś w rodzaju rodziny. A więc, analogicznie rzecz biorąc i w społeczeństwie rola kierownika i głowy powinna należeć do mężczyzny. Jednak taki patriarchalny model rodziny i społeczeństwa nie musi i nie powinien zakładać tego, iż w takim razie kobieta nie ma nic do gadania i że w żaden sposób nie może ona brać udział w zarządzaniu domem i społeczeństwem. Mąż i ojciec może mieć ostatnie zdanie w kluczowych sprawach tyczących się życia rodziny, ale to nie jest równoznaczne z tym, iż nie powinien on uważnie wsłuchiwać się i brać sobie do serca, to co na ten temat ma do powiedzenia jego żona. Podobnie, w społeczeństwie, różne kierownicze funkcje mogą sprawować mężczyźni, ale to nie powinno oznaczać, iż w takim razie kobiety nie mają mieć nic do powiedzenia w sprawach zarządzania państwem. Można pogodzić kierowniczą rolę mężczyzn w państwie i społeczeństwie z dopuszczeniem kobiet do współzarządzania państwem. Ba, nie trzeba nawet w tym celu zakazywać płci pięknej kandydowania na kierownicze urzędy w państwie. Wystarczy do tego kobiet szczególnie nie zachęcać przez różnego rodzaju parytety i przywileje, a wówczas w naturalny sposób kobiet na wysokich stanowiskach publicznych nie będzie zbyt wiele. Po prostu przedstawicielki płci pięknej zwykle nie są zbyt chętne do zajmowania się aktywną polityką i sprawowania wysokich funkcji publicznych. By więc zachować zasadniczo patriarchalny model społeczeństwa nie trzeba zakazywać kobietom aktywnego udziału w polityce, a wystarczy ich do tego szczególnie nie zachęcać.

     

    Drugim powodem dla którego jestem za biernymi i czynnymi prawami wyborczymi dla kobiet jest to, że po prostu takie jest nauczania Kościoła. Przykładowo Sobór Watykański II naucza:

    „Na pochwałę zasługuje postępowanie tych narodów, w których jak największa część obywateli uczestniczy w sprawach publicznych w warunkach prawdziwej wolności” („Gaudium et Spes”, n. 31).

    Z kolei, papież, bł. Paweł VI w liście apostolskim Octogesima adveniens uczył:

    „W wielu krajach czyni się starania, a nieraz stawia ostre żądania, aby prawnie określić status kobiety, znieść istniejącą dyskryminację płci i ustanowić równouprawnienie kobiet z zachowaniem należnej im godności osobistej. Nie mówimy tu o jakiejś fałszywej równości, która przekreślałaby różnice ustanowione przez samego Stwórcę, i sprzeciwiałaby się wypełnianiu szczególnej, ważnej roli kobiety w intymnym współżyciu domowym i w społecznościach pośrednich. Prawodawstwo z biegiem czasu powinno być tak udoskonalone, by chroniło ową szczególną rolę kobiety, do której z natury jest powołana, a równocześnie przyznawało jej należną wolność osobistą oraz równe prawa do udziału w życiu kulturalnym, gospodarczym, społecznym i politycznym”.

    Być może ktoś teraz powie, iż to „soborowe” oraz „posoborowe” nauczanie jest sprzeczne z „przedsoborową” doktryną Kościoła, ale autor takiego stwierdzenia nie będzie miał tu racji. Magisterium Kościoła nigdy nie potępiło bowiem ani demokratycznego sposobu wyłaniania władz ani przyznawania praw wyborczych kobietom. Pius XI w encyklice „Casti connubii” potępił tylko absolutne i bezwarunkowe równouprawnienie mężczyzn i kobiet we wszelkich dziedzinach życia, nie zaś jakiekolwiek przejawy równości obu płci.

     

    Ostatnim z argumentów, które wysunąłbym za postulatem praw wyborczych dla kobiet jest to, iż przy mądrze prowadzonych kampaniach politycznych istnieje możliwość uczynienia z niewiast silnego członu wyborczego partii o charakterze konserwatywnym i chrześcijańskim. Nie od dziś wszak wiadomo, iż zwykle to kobiety są bardziej religijne od mężczyzn, a ponadto takie z tradycyjnie katolickich postulatów jak delegalizacja pornografii, obsceniczności i cudzołóstwa tak naprawdę chronią ich godność oraz prawa przed zachciankami i swawolą mężczyzn. Owszem, trudniej jest przekonać większość kobiet do całkowitego zakazu aborcji, ale i w tym wypadku odwołując się do ich macierzyńskich uczuć nie powinno to być zbyt trudne.