Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: Sobór Watykański II

  1. Czy heretycy mogą być karani śmiercią?

    Możliwość komentowania Czy heretycy mogą być karani śmiercią? została wyłączona

    Prawdopodobnie, najbardziej kontrowersyjnym doktrynalnie dokumentem Soboru Watykańskiego II jest deklaracja “Dignitatis humanae”, która ogłasza naturalne prawo ludzi do wolności religijnej. Krytycy owego soborowego nauczania przywołują różne wypowiedzi “przedsoborowego” Magisterium, które mają być przynajmniej bardzo trudne do pogodzenia z zasadą wolności religijnej. Jednym z takich magisterialnych aktów jest wydana dnia 15 czerwca 1520 roku przez papieża Leona X bulla „Exsurge Domine”, w której odrzucone zostało 41 tez Marcina Lutra. Pośród nich znalazła się opinia nr 33 o treści:

    „Palenie heretyków jest przeciwko woli Ducha”1.

    Potępienie przez Leona X tych i innych tez Lutra kończy się cenzurą teologiczną o następującej treści:

    „Wszystkie wyżej wymienione artykuły i każdy z osobna, jak już jest to powiedziane, heretyckie lub skandaliczne, lub fałszywe lub obrażające pobożne uszy, lub zwodzące umysły ludzi prostych i sprzeciwiające się katolickiej prawdzie, potępiamy, obalamy i całkowicie odrzucamy”2.

    Czyż nie wydaje się więc, że papież Leon X potępiając tezę Lutra o niegodziwości karania śmiercią heretyków de facto i to jeszcze w sposób nieomylny, nie odrzucił też promowanej przez Sobór Watykański II doktryny o wolności religijnej? Wszak jeśli owa bulla sugerowałaby poprawność odwrotności opinii Marcina Lutra, a więc, iż heretycy powinni być karani przez spalenie na stosie, to stanowiłoby to wręcz skrajną sprzeczność z omawianym z deklaracją „Dignitatis humanae” Soboru Watykańskiego II. Z jednej strony wszak Leon X uczyłby w ten sposób, że herezja zasługuje nawet na karę śmierci, z drugiej zaś Sobór Watykański głosi – iż poza pewnymi ograniczeniami – również wyznawcy fałszywych religii nie powinni być niepokojeni przez władze cywilne. Czy można wyobrazić sobie większą opozycję pomiędzy tymi dwoma doktrynami?

    ***

    Otóż, wbrew pozorom, omawiany dokument papieża Leona X niekoniecznie zakłada nieomylność, a co za tym idzie nieodwołalność potępienia wszystkich zawartych w nich tez. A zatem nie wiąże on też przyszłym papieżom rąk co do zreformowania pewnych aspektów owej bulli. Problemem bowiem w przypadku cytowanej powyżej bulli „Exsurge Domine” jest szeroka cenzura jej towarzysząca. Owa cenzura wymienia pięć kategorii potępienia opinii autorstwa Marcina Lutra („heretyckie”, „skandaliczne”, „fałszywe”, „obrażające pobożne uszy”, „zwodzące umysłu ludzi prostych i sprzeciwiające się katolickiej prawdzie”) bez precyzowania, które z owych cenzur dotyczą której z potępionych opinii. Nie wszystkie zaś z tych teologicznych cenzur muszą być dla siebie synonimami. Na przykład określenie „heretyckie” nie jest tym samym co „obrażające pobożne uszy”. W efekcie zatem owego braku rozróżnienia przez Leona X, które z tez podpadają pod którą cenzurę, nie mamy zatem pewności, czy aby np. odrzucenie Marcina Lutra godziwości karania heretyków śmiercią zostały potępione jako „heretyckie” czy może jako „obrażające pobożne uszy”. Gdyby zaś przyjąć hipotezę, iż opinia „Palenie heretyków jest przeciwko woli Ducha” była potępiona jako „obrażająca pobożne uszy”, to jeszcze by nie oznaczało, że jest ona w sposób konieczny co do swej istoty fałszywa. Jak wyjaśnia to jeden z katolickich teologów, ks. Benedict M. Ashley OP:

    „Pewne wyrażenia mogą także <źle brzmieć> (male sonans), gdy oddają prawdziwy sens, ale sprzeciwiają się powszechnemu użyciu lub są <obraźliwe dla pobożnych uszy> (piis auribus offensivum), choć nie są fałszywe”3.

    Gdyby zaś przyjąć, iż opinia o treści „Palenie heretyków jest przeciwko woli Ducha” nie jest heretycka, ale właśnie np. „obrażająca pobożne uszy” to oznaczałoby, iż owo papieskie jej potępienie nie wykluczało jeszcze możliwej prawdziwości tej opinii – jednak ganiło ją na zasadzie ostrożności oraz obawy, iż może być ona w łatwy sposób źle zrozumiana. Ujmując tę kwestię jeszcze inaczej: nieomylne deklaracje Biskupa Rzymu mają to do siebie, iż w ostateczny i nieodwołalny sposób rozstrzygają daną doktrynalną kwestię. Takim ostatecznym i definitywnym wyrokiem w zakresie doktryny jest stwierdzenie przez papieża, iż np. dana teza jest objawioną przez Boga prawdą albo też, że dane opinie są „heretyckie”, „błędne” czy „fałszywe”. Uznanie jednak już danych tez np. za „obrażające pobożne uszy” nie wydaje się w nieodwołalny sposób rozstrzygać danej kwestii i w związku z tym nie jest ono objęte papieską nieomylnością. Skoro zaś, omawiany dokument Leona X nie precyzuje, które z potępionych tez Marcina Lutra są „heretyckie”, a które np. „obrażające pobożne uszy”, to co najmniej kontrowersyjne jest zaliczane go do stricte nieomylnych wypowiedzi Kościoła.

    Ponadto, w bulli Leona X brakuje formuły, która w wyraźny i bezpośredni sposób zobowiązuje wszystkich chrześcijan/cały Kościół do przyjęcia za słuszne owych potępień – a zastosowanie takiego sposobu wyrażania się jest jednym z pewniejszych znaków, iż mamy do czynienia z nieomylną wypowiedzią papieską. Poza tym, nawet gdyby Leon X istotnie uważał za słuszne karanie śmiercią za herezję (co jest mocno prawdopodobne), to forma, jaką on wybrał dla zasugerowania słuszności takiego podejścia, sprawiła, iż nie należy ono do nieomylnej części nauczania Kościoła i może być skorygowane przez późniejsze magisterialne wypowiedzi na ów temat. O ile bowiem – wedle doktryny i teologii katolickiej – nieomylne nauki nie mogą być reformowalne czy korygowane (w sensie późniejszego im zaprzeczania), o tyle nie wszystkie z wypowiedzi Magisterium niosą za sobą gwarancję nieomylności i choć nawet takie nie-nieomylne doktryny powinny być przyjmowane przez katolików z tzw. religijną uległością ducha4, to bywa, iż tego rodzaju magisterialne nauczania są korygowane przez historycznie późniejsze deklaracje papieży i biskupów. Zatwierdzone zaś przez papieża wypowiedzi soboru powszechnego wydają się mieć większą rangę doktrynalną5 niż choćby papieska bulla potępiająca dane tezy – ale potępiająca je w taki sposób, iż nie ma się żadnej pewności, które ze zganionych opinii są fałszywe, a których treść może odpowiadać prawdzie, lecz problem z nimi polega raczej na niebezpieczeństwie ich błędnego zrozumienia albo też innych okolicznościach.

    Warto zresztą w tym miejscu dodać, iż chociaż w historii katolickiego chrześcijaństwa nie brakowało ważnych teologów w całkowicie otwarty sposób głoszących, że istotnie heretycy powinni być karani śmiercią – do takowych zaliczali się np. św. Tomasz z Akwinu6, Franciszek Suarez, ks. Jakub Wujek – to nie we wszystkich wiekach była to powszechna albo choćby popularna opinia. Na przykład, Ojciec i Doktor Kościoła, św. Jan Chryzostom był zwolennikiem zgoła przeciwnego poglądu. W jednej ze swych homilii objaśniających Ewangelię św. Mateusza mówił on wszak:

    „Nie zabrania (nasz Pan Jezus Chrystus – przyp. moje MS) udaremniania (skuteczności działania) heretyków, zmuszania ich do milczenia, odbierania im swobody przemawiania, unieważniania ich synodów i przez nich uchwalanych dokumentów, ale zabijania ich i mordowania”7.

    Inny ze starożytnych pisarzy kościelnych, Laktancjusz pisał z kolei:

    „Religii należy bowiem bronić nie zabijaniem, lecz umieraniem, nie prześladowaniem, tylko cierpliwością, nie przestępstwem, ale wiarą, gdyż to pierwsze należy do złych, a drugie – do dobrych. Konieczne jest, aby w religii działo się dobro, a nie zło. Jeśli chcesz bronić religii krwią, torturami, złem, już nie jest ona broniona, ale plamiona oraz gwałcona. Nic bowiem nie jest tak dobrowolne, jak religia, w której jeśli umysł składającego ofiarę, doznaje odrazy, już ona odeszła i już nie istnieje” (Divinae Institutiones, Lib. V, 20)8.

    Znana jest też postawa biskupów św. Marcina z Tours (316 – 397) oraz św. Ambrożego z Mediolanu (340-397), którzy apelowali do cesarza Maksymusa by ten nie karał śmiercią heretyka Pryscyliana.

    Przede wszystkim zaś, doktryna o słuszności karania śmiercią heretyków nie wydaje się mieć dostatecznego poparcia w Biblii. Choć bowiem prawdą jest, iż sam Bóg do Przymierza Mojżeszowego wprowadził karę śmierci również za kilka grzechów tyczących się sfery ściśle religijnej, to żadne z tych mających być tak surowo represjonowanych nadużyć nie było odpowiednikiem tego, co w ramach tradycyjnej teologii katolickiej nazywa się mianem „herezji”. Owszem, herezja może nieraz łączyć się z tymi wykroczeniami, ale nie są one z nią równoważne. Tak więc Prawo Mojżeszowe polecało karać śmiercią za: przekonywanie innych do czczenia pogańskich bóstw (Pwt 13, 7-16); bałwochwalstwo (Pwt 17, 3); bluźnierstwo (Kpł 24, 16-23); fałszywe prorokowanie (Pwt 18, 20); znieważenie szabatu (Wj 31, 14), zbieranie drewna w szabat (Lb 15, 32-36); dawanie swych dzieci na ofiarę dla pogańskiego bóstwa Molocha (Kpł 20, 2); praktykowanie czarów (Wj 22, 17). Wszystkie z tych rzeczy mogą łączyć się z herezją, ale nie są same w sobie herezją. Poza tym, w Biblii mamy przykłady tego co odpowiadałoby tradycyjnie katolickiej definicji herezji, np. zaprzeczający istnieniu aniołów, demonów i życia wiecznego, saduceusze – ale nic nie wiadomo nam z tej świętej Księgi, by mieli być oni karani śmiercią.

    ***

    Podsumowując zatem: doktryna o słuszności karania śmiercią za herezję nie wydaje się być poparta ani przez Pismo święte, ani przez większość Ojców Kościoła. Ponadto nie była ona prawdopodobnie nieomylna na mocy bulli „Exsurge Domine” papieża Leona X. A zatem zebrani na powszechnym soborze i pozostający w jedności z papieżem biskupi (chodzi oczywiście o Sobór Watykański II) nie byli w absolutny i ślepy sposób związani tym nauczaniem i mieli prawo je zreformować oraz skorygować. To nie znaczy, iż wszystkie aspekty soborowej deklaracji “Dignitatis humanae” na pewno są do pogodzenia z pewnymi nieomylnymi wypowiedziami “przedsoborowego” Magisterium, jednak akurat w aspekcie tego konkretnego tematu – czyli karania śmiercią heretyków – owa trudność nie wydaje się zachodzić.

    Mirosław Salwowski

    Przypisy:

    1 Cytat za: „Breviarium Fidei. Wybór doktrynalnych wypowiedzi Kościoła” (pod redakcją ks. Ignacego Bokwy), Księgarnia Świętego Wojciecha, Poznań 2007, s. 176.

    2 Cytat za: „Breviarium Fidei”, jw., s. 177.

    3 Cytat za: Benedict M. Ashley OP, „Żyć Prawdą w Miłości. Biblijne wprowadzenie do teologii moralnej”, Wydawnictwo „W drodze”, Poznań 2008, s. 112.

    4 O takim obowiązku okazywania posłuszeństwa również nie-dogmatycznemu nauczaniu Kościoła uczy chociażby punkt numer 892 Katechizmu Kościoła Katolickiego: Boska asystencja jest także udzielona następcom Apostołów, nauczającym w komunii z następcą Piotra, a w sposób szczególny Biskupowi Rzymu, pasterzowi całego Kościoła, gdy – nie formułując definicji nieomylnej i nie wypowiadając się w “sposób definitywny” – wykonuje swoje nauczanie zwyczajne, podaje pouczenia, które prowadzą do lepszego zrozumienia Objawienia w dziedzinie wiary i moralności. Nauczaniu zwyczajnemu wierni powinni okazać “religijną uległość ich ducha”, która różni się od uległości wiary, a jednak jest jej przedłużeniem.

    Inne dokumenty kościelne, w których jest mowa o takim posłuszeństwo to np. Sobór Watykański II konst. Lumen Gentium 25; Pius XII, enc. Humani Generis, n. 20.

    5 Choć nie ma jasności czy większa lub istotna część wypowiedzi Soboru Watykańskiego II była nauczaniem per se nieomylnym, to jednak wedle papieża Pawła VI akty owego zgromadzenia kościelnego posiadają wysoką rangę doktrynalną. Ten Biskup Rzymu mówił wszak: “Niektórzy ludzie zadają pytanie, jaki jest autorytet, jaka jest teologiczna kwalifikacja, jaką sobór zamierzał nadać swojemu nauczaniu, zważywszy, że uchylił się od podawania uroczystych dogmatycznych definicji angażujących nieomylne Magisterium Kościoła? Każdy, kto odniesie się do soborowej deklaracji z 6 marca 1964 roku, powtórzonej następnie 16 listopada 1964 roku, wie jaka jest odpowiedź. Zważywszy na duszpasterski charakter soboru uniknął on ogłaszania w nadzwyczajny sposób dogmatów mających znamię nieomylności. Jednakże Sobór przypisał swym naukom rangę najwyższego zwyczajnego magisterium, które jest w tak oczywisty sposób autentyczne, że musi zostać przyjęte przez wszystkich wiernych zgodnie ze wskazaniami podanymi przez Sobór, biorąc pod uwagę naturę i cel każdego dokumentu” (Cytat za: Ks. Noël Barbara, „Papieska nieomylność a dzisiejszy kryzys w Kościele”, Ultramontes.pl, Dostęp: 01. 02. 2023).

    6 Tomasz z Akwinu uczył na ten temat: Ze strony heretyków popełniają oni grzech, którym zasłużyli sobie nie tylko na to, by zostali karą klątwy wyłączeni z Kościoła, lecz także usunięci ze świata karą śmierci. O wiele bowiem cięższą zbrodnią jest psuć wiarę, która daje życie dla duszy, niż fałszować pieniądze, które służą życiu doczesnemu. Skoro więc świeccy władcy z miejsca sprawiedliwie karzą fałszerzy pieniędzy i innych złoczyńców karą śmierci, tym bardziej heretyków można z miejsca, skoro tylko udowodni się im winę herezji, nie tylko ukarać klątwą, ale także sprawiedliwie ukarać. Ze strony zaś Kościoła jest miłosierdzie troszczące się o nawrócenie błądzących: stosownie do nauki Apostoła, nie potępia ich od razu, lecz dopiero: „po pierwszym i drugim upomnieniu”; po tym zaś, skoro heretyk nadal trwa w uporze, straciwszy nadzieję w jego nawrócenie, mając na uwadze zbawienie innych, Kościół karą klątwy wyklucza go ze swojego łona i następnie zostawia go sądownictwu świeckiemu, by przezeń był usunięty ze świata karą śmierci. Mówi przecież Hieronim: „Trzeba odciąć zgangrenowane członki i usunąć z trzody parszywą owcę, aby cały dom nie spłonął, nie popsuła się cała masa, nie zaraziło się całe ciało, nie zginęła cała trzoda. Ariusz z Aleksandrii był tylko iskrą; a że nie stłumiono jej zawczasu, jej ogień cały świat spustoszył”. (Cytat za: Św. Tomasz z Akwinu, „Suma Teologiczna”, t. 15, „Wiara i nadzieja”, zagadnienie 11, tłum. o. Pius Bełch OP, Londyn 1966).

    7 Patrz: Św. Jan Chryzostom, „Homilie na Ewangelię według św. Mateusza (część druga: homilie 41-90)”, Wydawnictwo WAM, Kraków 2001, s. 61.

    8 Cytat za: „Christianitas” nr 48-49.2012, s. 194.

    —-
    Przeczytaj też:

    Tekst, w którym znajdziesz bardziej dokładne informacje na temat tego czym jest wedle tradycyjnie katolickiego nauczana herezja: Czy Joe Biden jest katolikiem?
    Artykuł wysuwający tezę, iż karanie przez władze cywilne bałwochwalstwa i politeizmu nie musi być sprzeczna z nauczaniem Soboru Watykańskiego na temat prawa do wolności religijnej: Politeizm i bałwochwalstwo powinny być kryminalizowane
    —-
    Źródło grafiki dołączonej do artykułu:
    https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_people_burned_as_heretics

  2. O dobrym moralnie wykluczaniu grzeszników

    Możliwość komentowania O dobrym moralnie wykluczaniu grzeszników została wyłączona

    Najpewniej każdy świadomy katolik słyszał o tych fragmentach Nowego Testamentu, w których napisane jest, iż nasz Pan Jezus Chrystus spotykał się i jadał “z grzesznikami oraz celnikami” (np. Marek 2: 15), co – w domyśle ma – uwiarygadniać popularną dziś w chrześcijaństwie narrację o tym, że “w Kościele nikogo nie można wykluczać”. Znacznie rzadziej jednak słyszy się o tych wersetach Nowego Testamentu, w których natchnieni przez Ducha Świętego autorzy wzywają do unikania pewnego rodzaju osób. I tak np. w Ewangelii św. Mateusza 18: 17 czytamy słowa Pana Jezusa o tym, iż “ten kto nie posłucha Kościoła ma być jak poganin i celnik”. W 2 liście do Tesaloniczan 3: 6 w “imię Jezusa Chrystusa” poleca się chrześcijanom, by “stronić od każdego brata, który postępuje wbrew porządkowi, a nie zgodnie z tradycją …”. Z kolei św. Jan Apostoł pisze, by tych, którzy nie podzielają prawdy o tym, iż Chrystus “przyszedł w ciele”: “nawet nie pozdrawiać” oraz “nie przyjmować do domu”, gdyż ten kto takowego człowieka pozdrawia “staje się współuczestnikiem jego złych uczynków” (por. 2 Jan 1: 7 -11). Wreszcie w 1 Liście do Koryntian 5: 9-13 czytamy takie o to słowa św. Pawła Apostoła na temat unikania pewnego rodzaju grzeszników:

     „Napisałem wam w liście, żebyście nie obcowali z rozpustnikami. Nie chodzi o rozpustników tego świata w ogóle ani o chciwców i zdzierców lub bałwochwalców; musielibyście bowiem całkowicie opuścić ten świat. Dlatego pisałem wam wówczas, byście nie przestawali z takim, który nazywając się bratem, w rzeczywistości jest rozpustnikiem, chciwcem, bałwochwalcą, oszczercą, pijakiem lub zdziercą. Z takim nawet nie siadajcie wspólnie do posiłku. Jakże bowiem mogę sądzić tych, którzy są na zewnątrz? Czyż i wy nie sądzicie tych, którzy są wewnątrz? Tych, którzy są na zewnątrz, osądzi Bóg. Usuńcie złego spośród was samych.

    Czy zatem nasz Pan Jezus Chrystus popadał w sprzeczność z samym Sobą, gdy przy pewnych okazjach jadał z “grzesznikami i celnikami”, a przy innych okazjach sugerował, by ludzi nieposłusznych Kościołowi unikać? A może to święci apostołowie Paweł i Jan nauczali rzeczy sprzecznych z przykładem, jaki dał nam Chrystus Pan, wówczas gdy polecali by z niektórymi ludźmi nie tylko nawet nie jadać, ale i ich nie pozdrawiać ani nie wpuszczać do swych domów? W niniejszym artykule zamierzam wykazać, iż ani Chrystus nie popadał tu w sprzeczność z samym Sobą, ani Apostołowie nie sprzeciwiali się nauce jaka płynęła z Jego przykładu jadania z “grzesznikami i celnikami”. Apostołowie zresztą nie mogliby popadać w taką sprzeczność z Panem naszym i Zbawcą, gdyż sam Jezus Chrystus utożsamił ich nauczanie ze swoim nauczaniem:

    Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał” (Łukasz 10: 16).

    Ponadto, całe Pismo święte jest natchnione, nieomylne i pożyteczne ku zbudowaniu dusz – a więc nie tylko Ewangelie, w których bezpośrednio zostały spisane czyny oraz słowa Jezusa Chrystusa. To natchnienie i nieomylność tyczy się dokładnie całej Biblii, a więc również listów spisanych przez świętych apostołów:

    Wszelkie Pismo od Boga natchnione [jest] i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości – aby człowiek Boży był doskonały, przysposobiony do każdego dobrego czynu (2 Tm 3, 16 – 17).

    Warto w tym miejscu podkreślić, iż również Sobór Watykański II nauczał o tej nieomylności całego Pisma świętego:

    Ponieważ wszystko, co twierdzą autorzy natchnieni, czyli hagiografowie, powinno być uważane za stwierdzone przez Ducha Świętego, należy zatem uznawać, że księgi biblijne w sposób pewny, wiernie i bez błędu uczą prawdy, jaka z woli Bożej miała być przez Pismo święte utrwalona dla naszego zbawienia” (patrz: Tamże, Konst. Dei verbum, n. 11).

    ***

    Wyjaśnienie nakreślonej wyżej pozornej – i raczej lekkiej – sprzeczności nie wydaje się czymś trudnym. Otóż, jadanie Chrystusa z “z grzesznikami i celnikami” z jednej strony, z drugiej zaś nowotestamentowe wezwania co tego, by z pewnymi ludźmi “nawet nie jadać” i nawet ich nie pozdrawiać – najpewniej tyczą się dwóch zgoła odmiennych kontekstów sytuacyjnych. Gdy wszak Pan nasz jadał z grzesznikami i celnikami nie było jeszcze ustanowionego Kościoła (w sensie ścisłym), sakramentów Nowego Przymierza i religii chrześcijańskiej. Poza tym, być może owi “grzesznicy i celnicy” nie byli osobami, które miały wiele okazji do gruntownego zaznajomienia się z prawdami i zasadami – na tamten czas jeszcze prawdziwej – religii mojżeszowej. Owi “grzesznicy i celnicy” prawdopodobnie też nie pretendowali do tego, by w oczach innych Żydów uchodzić za osoby pobożne i bogobojne. Okazywana zatem im przez Pana Jezusa serdeczność, która przejawiała się we wspólnym zasiadaniu z nimi do posiłków, była ze strony Zbawiciela ukierunkowana na ich leczenie oraz nawrócenie (por. Łukasz 5: 31-32).

    Z drugiej strony pierwszymi adresatami listów apostolskich byli członkowie młodziutkiego Kościoła, a ich treść często tyczyła się niejako wewnętrznych problemów owej ledwie co narodzonej chrześcijańskiej wspólnoty. W cytowanym zaś 1 Liście do Koryntian 5: 9-13 św. Apostoł Paweł wyraźnie wskazuje, iż zasada “aby nawet nie jadać” z grzesznikami nie tyczy się ogółu grzeszników, ale obejmuje tych z nich, którzy utożsamiają się z Kościołem i chrześcijańską religią (vide: “który nazywając się bratem”). Warto w tym miejscu zaś przypomnieć, iż wspólnoty kościelne do których pisali apostołowie były społecznościami, w których bardzo żywe były wspomnienia tak nauczania i cudów samego Pana Jezusa Chrystusa, jak i wielu cudownych wydarzeń dokonywanych przez samych apostołów. Trudno więc porównać jakichś prawdopodobnie słabo obeznanych z judaizmem “grzeszników i celników” na co dzień żyjących na marginesie żydowskiej społeczności z chrześcijanami, którzy pomimo życia w pełnych pasji oraz cudów, wspólnotach kościelnych, i tak postanowili trwać w pewnych ciężkich nieprawościach i/lub herezjach. Ci pierwsi w naturalny sposób zasługiwali na więcej życzliwości, cierpliwości oraz wyrozumiałości. Tym drugim należała się zaś surowa dyscyplina przejawiająca się nawet w stosowaniu wobec nich broni ostracyzmu i wykluczenia. Oczywiście i w wypadku tych drugich owa surowość nie miała służyć ich absolutnemu potępieniu, ale jej celem było doprowadzenie ich do opamiętania, skruchy i nawrócenia. Jak wszak pisał w tym kontekście św. Paweł Apostoł:

    (…) wydajcie takiego szatanowi na zatracenie ciała, lecz ku ratunkowi jego ducha w dzień Pana Jezusa [patrz: 1 Koryntian 5: 5].

    Myślę, iż dość trafną analogią będzie tu przywołanie z jednej strony osoby jakiejś prostytutki, która nie odebrała gruntowniejszej edukacji religijnej, z drugiej zaś postaci jakiegoś “pobożnego” członka włoskiej mafii, który co niedziela chodzi do kościoła, nosi sztandary na religijnych procesjach i jeszcze udziela się w rozmaitych pobożnościowych bractwach. Czy aby na pewno sprawiedliwe byłoby jednakowe – czy to łagodne czy surowe – potraktowanie tych dwóch osób? Myślę, że nie byłoby to sprawiedliwe i przypuszczam, że różne do nich podejście jest zgodne z duchem apostolskiego nauczania. Łagodność wobec takiej prostytutki byłaby zatem zgodna z przykładem Pana Jezusa Chrystusa, który po to by leczyć oraz nawracać grzeszników jadał z nimi nawet wspólnie posiłki. Jednakże podobna łagodność względem “pobożnego mafiosa” raczej tylko utwierdzałaby go w jego grzechach, hipokryzji oraz obłudzie. Raczej właśnie tym podobnych ludzi powinna spotykać ze strony innych chrześcijan surowa kara ostracyzmu i wykluczenia.

    ***

    Na sam koniec pozwolę sobie na pewnego rodzaju osobiste świadectwo tego, w jaki sposób sam realizuję nakreślone wyżej zasady i rozróżnienia w podejściu do różnego rodzaju złoczyńców. Otóż, choć np. mam dość “rygorystyczne” podejście do grzechu sodomii – uważam, że takowa powinna być kryminalizowana i to nawet wówczas, gdy dzieje się ona prywatnie – nie mam większych problemów z tym by okazywać serdeczność tym ludziom. Raz, nawet zdarzyło mi się z takowymi – w pewnym sensie “biesiadować” – to znaczy siedzieć z nimi przy jednym stole i popijać soczek. W tym swym podejściu wychodzę bowiem z założenia, że wielu z nich w silniejszy sposób nie utożsamia się z chrześcijaństwem, a być może dewiacyjne skłonności niektórych z nich są efektem jakichś krzywd wyrządzonych im przez osoby duchowne (np. seksualnego molestowania). Z drugiej strony zdarzyło mi się już raz w sposób definitywny zerwać jakąkolwiek znajomość z kimś kogo określiłbym jako “religijnego grzesznika”. Człowiek ten łączył bowiem intensywność różnych religijnych praktyk (Msza, Komunia, stosowanie pobożnych formuł przy powitaniach i pozdrowieniach) z nie tylko trwaniem przy pewnych ciężkich nieprawościach, ale jeszcze przy jednych okazjach ich usprawiedliwianiem, przy innych zaś czymś co można by nazwać próbą ich obłudnego pomniejszania. Z biegiem czasu dojrzałem więc do – motywowanej nauczaniem Nowego Testamentu – decyzji o zerwaniu wszelkich towarzyskich relacji z tym człowiekiem.

    Mirosław Salwowski

  3. Politeizm i bałwochwalstwo powinny być kryminalizowane

    Możliwość komentowania Politeizm i bałwochwalstwo powinny być kryminalizowane została wyłączona

    Sobór Watykański II w chyba swym najbardziej kontrowersyjnym dokumencie “Dignitatis humanae” nauczał, iż ludzie mają naturalne prawo do bezkarności ze strony władz cywilnych w sferze religijnej (tak prywatnej, jak i publicznej), nawet gdy błądzą oni w tym zakresie i nie realizują moralnego obowiązku szukania Prawdy. Oczywiście, tenże sobór nie głosił przy tym, iż owo prawo do tak rozumianej wolności religijnej winno mieć charakter absolutny i nieograniczony. Jednym z ograniczeń dla owej wolności, o którym wspomina Sobór Watykański II, jest zachowywanie “sprawiedliwego ładu publicznego” (patrz: Dignitatis humanae”, n. 2). Innymi ze słusznych ograniczeń “prawa do wolności religijnej”, o których uczy deklaracja “Dignitatis humanae”, są: “normy prawne dostosowane do obiektywnego porządku moralnego”; “należyte strzeżenie moralności publicznej” (tamże: n. 7).

    O tym podobnych słusznych i sprawiedliwych ograniczeniach wolności religijnej wspomina też Katechizm Jana Pawła II w swym 2109 punkcie:


    Prawo do wolności religijnej nie może być w sobie ani nieograniczone (Por. Pius VI, breve Quod aliquantum), ani ograniczone tylko przez “porządek publiczny” pojmowany w sposób pozytywistyczny lub naturalistyczny (Por. Pius IX, enc. Quanta cura). Przynależny mu “słuszny zakres” powinna dla każdej sytuacji społecznej określać roztropność polityczna zgodnie z wymaganiami dobra wspólnego, a władza cywilna powinna go zatwierdzać według “norm prawnych dostosowanych do obiektywnego porządku moralnego” (Por. Sobór Watykański II, dekl. Dignitatis humanae, 7).

    W miarę oczywiste dla zdroworozsądkowo myślącego człowieka jest to, iż wolność religijna powinna być ograniczana w przypadku, gdy wykorzystywana jest ona np. do mordowania niewinnych, okradania czy gwałcenia swych bliźnich – z tym zgodzą się również liberałowie i libertarianie. Soborowa i posoborowa doktryna wydaje się jednak sugerować dalej idące – niż ochrona wolności poszczególnych jednostek – ograniczenia wolności religijnej, gdyż mówi ona o tym, że takowa musi być regulowana w sposób dostosowany do obiektywnego porządku moralnego, zaś porządek publiczny ją temperujący nie może być rozumiany na sposób pozytywistyczny i naturalistyczny. Można więc słusznie pytać, co w praktyce mogą oznaczać – owe aprobowane przez Sobór Watykański II i Katechizm Jana Pawła II sprawiedliwe ograniczenia wolności religijnej? Czy pewne formy religijności i duchowości na podstawie samych swych założeń nie powinny być przedmiotem ograniczeń, a nawet prawnych zakazów – nawet jeśli uznaje się za słuszny postulowany przez aktualne nauczanie Kościoła szeroki zakres wolności religijnej? W tym artykule zamierzam pokazać argumenty przemawiające za tym, iż wierzenia oraz kulty o charakterze politeistycznym (wiara w istnienie wielu bogów) i/lub bałwochwalczym (oddawanie boskiej czci martwym przedmiotom, zwierzętom, siłom natury lub ludziom) mogą być przedmiotem słusznym represji ze strony władz cywilnych i to nawet przy założeniu, iż deklaracja Soboru Watykańskiego II “Dignitatis humanae” jest w całej swej rozciągłości prawowierna oraz pozbawiona doktrynalnych błędów.

    ***

    Po pierwsze zatem zauważmy, iż gdy mowa jest o “obiektywnym porządku moralnym” to jego najbardziej oczywistym przejawem są normy Prawa Naturalnego. Te normy zaś są wypisane w sercach i rozumach wszystkich ludzi i nawet nie musiałyby być przedmiotem pouczeń ze strony zewnętrznego Boskiego Objawienia. Każdy człowiek wszak w swym sercu i rozumie rozpoznaje takie zasady moralne jak to, iż złe są kradzież, kłamstwo, zabijanie niewinnych, cudzołożenie albo zoofilia. Taka jest po prostu naturalna – wlana nam ludziom – przez Boga wiedza. I pewne, najbardziej podstawowe prawdy o charakterze religijnym zostały przez Boga zapisane w ludzkich sercach i rozumach. Do tychże poznawanych w sposób naturalny i rozumowy religijnych prawd należą zaś właśnie te, które sprzeciwiają się politeizmowi oraz bałwochwalstwu – a więc to, iż istnieje jeden Bóg i Stwórca, oraz że temu jedynemu Bogu i Stwórcy należy się najwyższa cześć. O tej naturalnej dla ludzi wiedzy pisał choćby św. Paweł Apostoł:

    To bowiem, co o Bogu można poznać, jawne jest wśród nich, gdyż Bóg im to ujawnił. Albowiem od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty – wiekuista Jego potęga oraz bóstwo – stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła, tak że nie mogą się wymówić od winy (Rzymian 1: 19-20).

    Idąc za tym apostolskim nauczaniem Sobór Watykański I w rozdziale 2 Konstytucji “Dei filius” nauczał na ów temat:

    Ta sama święta Matka Kościół utrzymuje i naucza, że Boga, początek i cel wszystkich rzeczy, na pewno można poznać z rzeczy stworzonych naturalnym światłem rozumu ludzkiego, „albowiem od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła” (por. Rzymian 1, 20).

    Skoro zatem wiedza o istnieniu jednego Boga jest naturalna, to jej zaprzeczanie (np. w postaci wiary w istnienie wielu bogów) jest sprzeczne z Prawem Naturalnym na tej samej zasadzie co zabijanie niewinnych, kłamstwo, cudzołożenie, oszustwo albo kradzież. Politeizm nie stanowi zatem występku w rodzaju herezji, która to polega na zaprzeczaniu niektórych prawd pochodzących z zewnętrznego Boskiego Objawienia (nikt wszak nie rodzi się z wiedzą np. o Prymacie Piotrowym, Rzeczywistej Obecności Jezusa w Eucharystii albo wieczystym dziewictwie Maryi Panny). O ile więc herezja też wiąże się z pewnego rodzaju niemoralnością, o tyle jej wyznawanie nie jest sprzeczne z naturalnym prawem moralnym. Politeizm oraz bałwochwalstwo jako takie i same w sobie nie zgadzają się z naturalną moralnością, z czego logicznym wnioskiem jest to, iż władze cywilne mają moralne prawo je ograniczać, zakazywać i represjonować na podobnych zasadach jak karze i zabrania się kradzieży, morderstwa, oszustwa, zoofilii i – niestety coraz rzadziej – cudzołóstwa oraz sodomii.

    Warto w tym miejscu zresztą zacytować uważanego przez niektórych za “prekursora wolności religijnej” Pawła Włodkowica, który choć bronił pewnych naturalnych swobód przysługujących również niechrześcijanom, to jednocześnie pisał na temat pogan:

    (…) “papież nie może ich karać, jeżeli nie grzeszą przeciw prawu naturalnemu, za przykładem Pana karzącego Sodomę i Gomorę, co omawia Innocenty i ogólnie uczeni (w c. 8 X Quod super hijs, 3, 34) i tam wyliczone są pewne wypadki, w których są przez papieża godziwie karani, mianowicie jeśli zajmują ziemie chrześcijan, jeśli przeszkadzają chrześcijanom w czczeniu prawdziwego Boga albo uciskają ich, jeśli nie dopuszczają kaznodziejów Ewangelii, albo jeśli między sobą nie pozwalają chrześcijanom żyć w spokoju, jeśli czczą bałwany, gdyż naturalne jest czcić jedynego Boga, Stworzyciela wszystkich, nie stworzenia” (patrz: Ludwik Ehrlich, “Pisma Wybrane Pawła Włodkowica”, Tom II, Instytut Wydawniczy PAX, 1966, s. 226-227. Podkreślenia moje – MS).

    Nie od rzeczy będzie też wspomnieć o tym, iż papież św. Grzegorz I Wielki, choć bronił dość daleko posuniętej swobody dla wyznawców judaizmu, to zarazem optował nawet za pośrednim przymuszaniem pogan do przyjęcia religii chrześcijańskiej. W jednym ze swych listów pisał on wszak:

    Do tego dochodzi inna jeszcze sprawa, nader smutna. Oto przez niedbałość, Czcigodny Bracie, dopuściłeś do tego, że wieśniacy, jakich ma kościół, dotychczas trwają w niewierności. I po cóż będę was zachęcał, byście obcych pociągali do Boga, skoro nie dbacie o to, by swoich odciągać od niedowiarstwa? Przeto musicie wszelkimi sposobami czuwać nad ich nawróceniem. Albowiem surowo będę karać tego biskupa na wyspie Sardynii u którego znajdę wieśniaka poganina. Jeśliby się znalazł wieśniak tak wiarołomny i uparty, że nie będzie chciał przyjść do Boga, należy go obłożyć tak wielką opłatą, aby przez jej ściąganie za karę zmuszony był wejść na prawą drogę” (List do Januariusza, biskupa miasta Calaris. Podkreślenie moje – MS).

    ***

    Po drugie: w Starym Testamencie Bóg niejednokrotnie nakazał sprawującym władzę karać właśnie grzechy politeizmu i bałwochwalstwa. Stwórca nakazywał zatem Żydom przykładowo: spalenie ogniem posągów bożków (Powtórzonego Prawa 7: 25-26); spustoszenie “świętych” gajów (Liczb 33: 51 – 52); zburzenie bałwochwalczych ołtarzy, potłuczenie pogańskich pomników, spalenie “świętych” drzew (Powtórzonego Prawa 12: 2- 3). Izraelscy zaś królowie, którzy w praktyce realizowali owe Boże nakazy, są przez autorów Pisma świętego nazywani tymi którzy “czynili to co prawe w oczach Pana” (np. Asa, Jozjasz).

    Fakty te są bardzo znamienne, gdyż mimo tego, że starotestamentowe prawa cywilne i karne nie obowiązują w sensie ścisłym chrześcijańskich władców, to już sam fakt istnienia w ich ramach Bożych nakazów represjonowania politeistów i bałwochwalców wskazuje na to, iż takie represje nie mogły być wewnętrznie złe, a co za tym idzie prawo do wolności religijnej nie może przysługiwać zwolennikom tego rodzaju błędów. Gdyby tak wszak miało być, to sam Bóg nakazywałby coś per se złego i niegodziwego, a to z jest z natury swej niemożliwe. Jak bowiem mówi Pismo święte: „Nikomu  nie przykazał On być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć” (Syrach 15: 19-20). Pius XII wykładał tę prawdę w następujący sposób:

    Przede wszystkim trzeba jasno stwierdzić, żadna ludzka władza (…) nie może wydać pozytywnego upoważnienia do nauczania lub czynienia tego, co byłoby wbrew religijnej prawdzie lub dobru moralnemu (…) Nawet Bóg nie mógłby dać takiego pozytywnego przykazania lub upoważnienia, gdyż stałoby to w sprzeczności z Jego absolutną prawdą i świętością” (Przemówienie „Ci resce”, podkreślenie moje – MS).

    ***

    Trzecim powodem dla którego należy uznać represjonowanie bałwochwalstwa i politeizmu za słuszne ograniczenie wolności religijnej jest to, iż sam Bóg swymi cudami potwierdzał słuszność np. niszczenia pogańskich bożków. Widać to na przykładzie św. Marcina z Tours, w którego żywocie czytamy o następującym zdarzeniu:

    Opowiem też, co się zdarzyło w wiosce Eduów, gdzie rozszalały wielki  tłum pogańskich chłopów napadł na Marcina podczas burzenia tamtejszej świątyni, a jeden z pogan, zuchwalszy od innych, dobywszy miecza zmierzał w jego stronę. On, odrzuciwszy płaszcz, nadstawił temu, który chciał go zabić, obnażoną szyję. Poganin nie zawahał się go uderzyć: lecz gdy podniósł wyżej prawicę, upadł przegięty do tyłu i porażony Bożym lękiem błagał o przebaczenie. Podobnym do tego było wydarzenie następujące: w czasie niszczenia bożków, ilekroć ktoś chciał go zranić nożem, w tym samym momencie broń była mu wytrącona z ręki i znikała. Wieśniakom zaś mówiącym mu, aby nie niszczył ich przybytków, pobożnym kazaniem zazwyczaj tak uśmierzał pogańskiego ducha, że po ukazaniu im prawdy oni sami wywracali swoje świątynie (Patrz: Sulpicjusz Sewer, “Pisma o św. Marcinie z Tours. Żywot, listy, dialogi“, Tyniec, s. 75 – 76; 79).

    W tej historii widzimy więc, iż Bóg w cudowny sposób ochraniał św. Marcina z Tours, gdy ten burzył pogańskie bałwany. Bóg jako będący samą Prawdą i Świętością nie mógłby jednak poświadczać swymi cudami działań będących wewnętrznie złymi. Wniosek jaki zatem płynie z tej historii jest taki, że represjonowanie politeizmu i bałwochwalstwa może być słuszne, godziwe oraz sprawiedliwe.

    ***
    Czwartą przesłanką pozwalającą przypuszczać, że ograniczenia oraz zakazy wymierzone w politeistów i bałwochwalców mogą mieścić się w soborowej doktrynie o prawie do wolności religijnej, jest fakt, iż pogaństwo bardzo często prowadzi do przeróżnych wynaturzeń w tych moralnych relacjach, które tyczą się relacji międzyludzkich. Jeśli spojrzymy na samą treść politeistycznych wierzeń, to stanowią one najczęściej wielką lekcję perwersji, zboczeń i innych wynaturzeń. Opowieści o pogańskich bogach obfitują wszak o tym, jak te czy inne bóstwo cudzołożyło, mordowało, gwałciło, uprawiało seks ze zwierzętami, dokonywało aktów masturbacji, itp. Trudno się zatem dziwić, że nasiąknięci tym podobnymi chorymi fantazjami poganie naśladowali później swych bogów poprzez takie społeczne praktyki jak: składanie ofiar z ludzi, rytualna prostytucja, sakralne orgie, kanibalizm, wyrafinowanie tortury, krwawe walki gladiatorów, aborcje, sodomia czy gwałty. Można powiedzieć, iż politeistyczne i bałwochwalcze wierzenia są zarazem i w wielkiej mierze tradycyjną szkołą niemoralności oraz wynaturzeń, których upowszechnianie stwarza poważne ryzyko dla sprawiedliwego funkcjonowania ładu społecznego.

    ***

    Wszystko co powyżej piszę nie oznacza oczywiście, iż prawne zakazywanie oraz karanie politeizmu i bałwochwalstwa jest w każdych okolicznościach najlepszym rozwiązaniem. Rzecz jasna, niejednokrotnie lepsza może być – tradycyjnie rozumiana – tolerancja dla tych pogańskich wierzeń oraz praktyk. Tym nie mniej nie można powiedzieć, by władze cywilne nie miały moralnego prawa do ich represjonowania i że sam taki pomysł jest sprzeczny z nauczaniem Soboru Watykańskiego o prawie do wolności religijnej.

    Mirosław Salwowski

    Przeczytaj też:

    O niszczeniu pogańskich bożków

    Czy mamo prawo niszczyć (cudze) bożki, pornografię, okultystyczne przedmioty, itp?

    Czy dobrze jest niszczyć pomniki pogaństwa?

    Obrazek wykorzystany został w tekście za stroną internetową:

    https://www.lotussculpture.com/hindu-god-statues.html

  4. Czy objawienia Alicji Lenczewskiej pochodzą od Boga?

    Leave a Comment

    Gdy pewien czas temu opublikowałem umiarkowanie krytyczny artykuł na temat niektórych wątków zawartych w pismach i objawieniach nieżyjącej już pani Alicji Lenczewskiej (można go przeczytać pod tym linkiem:
    https://salwowski.net/2019/03/07/bledy-doktrynalne-w-pismach-i-objawieniach-alicji-lenczewskiej/ ) szybko pojawiły się głosy, których istotę można streścić w słowach: “Skoro, te pisma i objawienia uzyskały Imprimatur ze strony władz kościelnych, to nie można ich krytykować“. W poniższym mym tekście chciałbym szerzej odpowiedzieć na to zastrzeżenie, przy okazji przyglądając się nieco szczegółowiej kwestii zatwierdzonych przez władze kościelne objawień prywatnych.

    Czy aby na pewno “Imprimatur”i/lub “Nihil obstat”?

    Zacznę więc od tego, iż w przypadku pism i objawień pani Lenczewskiej mamy do czynienia co najwyżej z czymś co można by nazwać “lżejszą” formą “Imprimatur”. Nie mamy zaś w ich przypadku do czynienia z tzw. “Nihil obstat”. Wyjaśnijmy pokrótce, iż “Imprimatur” oznacza zgodę władzy kościelnej na publikację danej książki, zaś “Nihil obstat” jest potwierdzeniem danej zgody, gdyż formuła to oznacza, że upoważniony przez biskupa danego miejsca teolog zapoznał się z treścią tych czy innych pism i stwierdził on, iż nie ma nich błędów przeciwnych wierze bądź moralności katolickiej. Tymczasem na początku książek będących zbiorem pism i objawień Alicji Lenczewskiej czytamy następujące pismo autorstwa biskupa Henryka Wejmana z diecezji szczecińsko-kamieńskiej skierowane do ks. Mieczysław Piotrowskiego, redaktora naczelnego pisma “Miłujcie się” (który odpowiada też za wydawanie publikacji pani Lenczewskiej):

    W odpowiedzi na prośbę Przewielebnego Księdza z dnia 12 czerwca 2015 r., przekazaną mi przez Księdza Arcybiskupa Metropolitę Andrzeja Dzięgę, po zapoznaniu się z przedstawianą mi publikacją oraz po zasięgnięciu opinii teologicznej ks. dr. Andrzeja Trojanowskiego SChr, wyrażam zgodę na druk pism Alicji Lenczewskiej Świadectwo i Słowo pouczenia, jako publikacji o charakterze mistyczno-duchowym, przeznaczonej do studiowania i medytacji prywatnej.

    Z błogosławieństwem w Panu (następnie załączone zostają odpowiednie podpisy – przypomnienie moje MS).

    Co więc widzimy w powyższym wpisie? Owszem, jest tu zgoda biskupa Henryka Wejmana na druk omawianych pism, ale mają być one przeznaczone do “studiowania i medytacji prywatnej“. W tym sensie jest to “Imprimatur” jednak dopisek o tym, iż mogą być one studiowane i medytowane w sposób prywatny nie podnosi rangi tych objawień. W różnych bowiem książkach mających “Imprimatur” – również tych zawierających objawienia i wizje prywatne – najczęściej nie ma takiego uściślenia.

    W piśmie zezwalającym na druk pism pani Lenczewskiej nie ma też bezpośredniego stwierdzenia, iż w ich treści nie znaleziono niczego przeciwnego wierze i moralności katolickiej. Owszem jest sformułowanie, iż zgoda została wydana po zasięgnięciu opinii teologicznej ks. Andrzeja Trojanowskiego co sugeruje, że ów duchowny nie znalazł tam żadnych błędów, ale na płaszczyźnie bezpośrednich stwierdzeń takiej deklaracji w piśmie biskupa Henryka Wejmana po prostu nie ma. A więc owe pismo nie stanowi w sensie ścisłym i prawno-kanonicznym formuły “Nihil obstat” dla treści autorstwa pani Alicji Lenczewskiej.

    Czy “Imprimatur” i/albo “Nihil obstat” zobowiązują katolików do posłuszeństwa?

    Rozumiem jednak, że ktoś może upierać się przy twierdzeniu/sugestii, iż w rzeczywistości pisma pani Lenczewskiej otrzymało nie tylko “Imprimatur” ale też “Nihil obstat” wyciągając z tego wniosek, że w takim razie żaden katolik nie powinien krytykować owych pism i objawień. Czy to jest jednak prawidłowa konkluzja? Otóż nie. Ani “Imprimatur” ani nawet “Nihil obstat” nie zobowiązuje katolików do zgadzania się z treścią objętych nimi pism i/lub objawień. Te akty władzy kościelnej nie są bowiem aktami ani nadzwyczajnego ani zwyczajnego Magisterium Kościoła.

    Nie są to akty nieomylnego nauczania Papieży, gdyż nawet jeśli ten czy inny Papież potwierdza swym autorytetem autentyczność danych objawień prywatnych to czyni on to w tym sensie, iż nie widzi w nich błędów przeciwnych doktrynie katolickiej oraz, że pozwala w nie wierzyć. Jednak nieomylne stwierdzenia papieży mają to do siebie, iż nie tyle pozwalają one w coś wierzyć, ale nakazują wszystkim chrześcijanom w daną prawdą wiary lub moralności wierzyć. Tymczasem, objawienia prywatne ze swej natury nie mogą być nakazane do wierzenia, a co za tym idzie ich akceptacja ze strony choćby tego czy innego Papieża nie może mieć charakteru nieomylnego aktu Magisterium. Oczywiście, dodajmy, że w przypadku pism pani Lenczewskiej są to tylko jak na razie teoretyczne rozważania, gdyż uzyskały one póki co aprobatę tylko jednego z lokalnych biskupów – nie zaś Papieża czy którejś z rzymskich kongregacji.

    Nie są to też akty zwyczajnego i autentycznego (choć samego w sobie nie wolnego od omyłek) nauczania Kościoła. Owszem, poszczególni biskupi mogą formułować tego rodzaju Magisterium Kościoła, ale jest bardzo wątpliwe, by wydawane przez nich “Imprimatur” bądź “Nihil obstat” należało do tego rodzaju aktów nauczania Kościoła. Po pierwsze bowiem, nie jest bezpośrednie nauczanie biskupów. “Nihil obstat” oznacza np., iż dane pismo przeczytał upoważniony przez lokalnego biskupa teolog i zgodnie ze swoją wiedzą ocenił, iż nie ma tam błędów przeciwnych doktrynie katolickiej. W sensie więc bardziej bezpośrednim to ten teolog, a nie biskup ręczy za prawowierność takich czy innych treści. Po drugie: nauczanie biskupów, które obowiązuje katolików znajduje się swój wyraz w wydawanych przez nich publicznych listach, deklaracjach, oświadczeniach, nie zaś w treści wszystkich – pośrednio – przez nich aprobowanych książek. Jeśli już, za pewnego rodzaju wyjątek od tej reguły można uznać zatwierdzane przez lokalnych biskupów katechizmy, których ścisłym zadaniem jest przekazywanie wiernym obowiązującej doktryny katolickiej. Trudno jest jednak stosować ten wyjątek do książek zawierających treści prywatnych objawień, gdyż te ze swej natury nie obowiązują żadnego katolika.

    Czy w objawieniach prywatnych mogą znajdować się błędy (również doktrynalne)?

    Jeszcze inną sprawą jest to, iż nawet te z objawień prywatnych, które zostały przez władze kościelne uznane za autentyczne nie mają przez to gwarancji wolności od jakichkolwiek błędów czy omyłek. Tylko bowiem Objawienie Publiczne (czyli Pismo święte i Tradycja Apostołów) jest wolne od jakichkolwiek błędów – również tych tyczących się historii, biologii, geografii, etc.. Objawienia prywatne nie mają jednak tej samej rangi co np. Pismo święte i nie powinno się im przypisywać tego samego w co wierzymy odnośnie Publicznego Objawienia. W przypadku objawień prywatnych nie mamy absolutnej gwarancji, iż dany wizjoner obok słów rzeczywiście pochodzących od Pana Jezusa, Maryi, Aniołów czy Świętych, nie umieścił – choćby mimowolnie – pewnych błędów wynikających np. z własnego niezrozumienia danej kwestii, swych prywatnych nadinterpretacji, kłopotów z pamięcią, itp. Co więcej, nie można w sposób bardzo kategoryczny zaprzeczyć możliwości pomieszania w ramach objawieniach prywatnych autentycznych Bożych wizji nawet z szatańskimi mamieniami. Wszak to bodajże św. Faustyna Kowalska wspominała, że na pewnych etapie swych objawień rozpoznała, iż szatan podszywał się w nich pod Pana Jezusa i dopiero po pewnym czasie zorientowała się ona co do ich fałszywości (niszcząc te ze swych pism, co do których rozpoznała, iż maczał w nich palce diabeł). Kwestię możliwych błędów w zatwierdzonych przez Kościół objawieniach prywatnych tak ujmował ks. Franciszek Spirago:

    “(…) osoby, obdarzone objawieniem prywatnym, mogły to objawienie mylnie pojąć, niedokładnie podać. Mogły uważać coś za boskie oświecenie, było tylko wytworem ich wyobraźni. Niektórzy przypuszczają, że możliwe były także podszepty i złudzenia szatańskie. Ta jednak ostatnia okoliczność u osób świętych jest prawie wykluczoną (podkreślenie moje – MS) (…) Benedykt XIV mówi, że Bóg z ważnych powodów dopuszcza w pryw. objawieniach błędy, aby wierni prywatnych objawień nie cenili wyżej nad Pismo św. i naukę Kościoła. Niedostatki te w w prywatnych objawieniach wyzyskują niektórzy krytycy i całą ich wartość poddają w wątpliwość i odrzucają. A przecież nikt nie wpadnie na pomysł, wyrzucić cały kosz pięknych jabłek, dlatego że są między niemi 2 lub kilka nadgniłych. Zwróćmy uwagę, że i Doktorowie Kościoła jedną i tą samą rzecz nieraz odmiennie pojmują, a jednak pisma ich Kościół zatwierdził [1].

    Jak powyższe stwierdzenia mają się do pism i objawień pani Alicji Lenczewskiej i mej fragmentarycznie krytycznej ich oceny? Otóż, jak już o tym wspomniałem w swym pierwszym artykule na ów temat, ja osobiście nie wykluczam, iż objawienia pani Lenczewskiej ogólnie rzecz biorąc mogły pochodzić od Boga. Jak wszak o tym pisałem:

    Czy więc pisma i objawienia pani Alicji Lenczewskiej w całości pochodzą od szatana, albo też są wykwitem jej wyobraźni? Daleki jestem od takiego wniosku, gdyż nie jest wykluczona możliwość, że w prywatnych objawieniach danej osoby autentyczne wizje i słowa od Boga mieszają się z szatańskimi mamieniami albo osobistymi interpretacjami danego człowieka. Objawienia prywatne to bowiem nie Pismo święte, które jest w sposób absolutny pozbawione jakichkolwiek błędów i pomyłek.” (…) [2].

    Jak to zostało już jednak wyżej zasygnalizowane nawet w ogólnie prawdziwych prywatnych objawieniach mogą znajdować się pewne błędy. i osobiście znajduję takie błędy w pismach pani Lenczewskiej. Nie są to jednak błędy, które byłyby tam częste, gdyż na kilkaset stwierdzeń tam zawartych za błędne doktrynalnie można uznać zaledwie dwa z nich. Co innego, gdyby tychże błędów znalazłoby się więcej i byłyby one tam regularnie powtarzane. Wówczas to rzeczywiście należałoby się bardzo poważnie zastanawiać nad autentycznością objawień pani Lenczewskiej w ich ogólnym kształcie.

    Ktoś może jednak w tym miejscu powiedzieć, że należy odróżnić błędy w objawieniach prywatnych tyczące się np. historii lub geografii od błędów przeciwko doktrynie katolickiej. Tak, to prawda, że obecność tego drugiego rodzaju błędów czyni sprawę bardziej poważną, jednak jest faktem, iż nawet w uznanych przez władze kościelne prywatnych objawieniach znajdują się co najmniej dwuznaczne i mniej lub bardziej trudne do prawowiernej interpretacji stwierdzenia.

    Przykładowo, w objawieniach w La Salette Matka Boża ma mówić w odniesieniu do niedzieli:

    “Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie i nie chcą mi go przyznać.”[3]

    Tymczasem, Najświętsza Maryja Panna po prostu w chwili ustanawiania Dekalogu na Górze Synaj jeszcze nie istniała. Dziesięć Przykazań zostało ustanowionych przez Boga w Trójcy Jedynego, a nie jakiekolwiek, choćby i najświętsze oraz najbardziej wywyższone stworzenie. Poza tym, gwoli ścisłości, to siódmy dzień w Dekalogu oznaczał nie niedzielę, ale sobotę i dopiero pod rządami Nowego Testamentu Bóg zmienił sobotę na niedzielę, jako dzień odpoczynku i czasu, który w szczególny sposób ma być poświęcony na chwalenie Boga. Warto przy tym jeszcze zauważyć, iż z objawieniami w La Salette wiąże się jeszcze inny poważny problem. Otóż, chociaż kult Matki Bożej z La Sallete został przez Kościół zatwierdzony to jednak treść tzw. Sekretu, który Matka Boża miała jednej z tamtejszych wizjonerek, czyli Melanii Calvat znajdowała się na Indeksie Ksiąg Zakazanych oraz była ona uznawana przez św. Oficjum za fałszywą [4].

    Innym przykładem możliwego błędu doktrynalnego zawartego w uznanych objawieniach prywatnych są wizje św. Katarzyny ze Sieny. Otóż, wedle cenionego duchownego, ks. Benedicta J. Groeschela w owych objawieniach Matka Boża miała powiedzieć tej Świętej, iż nie cieszy się przywilejem Niepokalanego Poczęcia [5]. Takie stwierdzenie oczywiście byłoby sprzeczne z dogmatycznym nauczaniem bł. Piusa IX, co jednak nie zmienia faktu, iż ogólnie rzecz biorąc objawienia św. Katarzyny ze Sieny zostały uznane przez Kościół za autentyczne.

    Przykładem zaś może nie jawnego błędu, ale dość daleko idącej dwuznaczności jest z kolei stwierdzenie, które pada w objawieniach św. Brygidy Szwedzkiej, gdzie czytamy:

    Papież ówczesny zarządził wówczas w całym Kościele, że kapłani chrześcijańscy, mając tak święte i najszlachetniejsze zadanie, jakim jest sprawowanie najdroższego sakramentu, w żaden sposób nie mogą żyć w hańbiącej małżeńskiej przyjemności cielesnej” (podkreślenie moje – MS) [6].

    Można się jednak spytać, czy określenie aktów seksualnych dokonywanych w ramach małżeństwa jako “hańbiącej przyjemności” zgadza się z językiem, jakim w tej sferze posługuje się doktryna katolicka wyrażona choćby przez ojców Soboru Watykańskiego II:

    Akty… przez które małżonkowie jednoczą się z sobą w sposób intymny i czysty, są uczciwe i godne; a jeśli spełniane są prawdziwie po ludzku, są oznaką i podtrzymaniem wzajemnego oddania się, przez które małżonkowie ubogacają się sercem radosnym i wdzięcznym” (patrz: Konstytucja “Gaudium et spes”, n. 49).

    Jeśli więc we wszystkich powyższych uznanych przez Kościół za autentyczne objawieniach i wizjach znajdują się rzeczy – co najmniej – trudne do pogodzenia z doktryną katolicką, to nie widzę większego powodu, by objawienia pani Lenczewskiej miały zostać uznane za wolne od jakiegokolwiek błędu. Choćby i nawet owa niewiasta miałaby być w przyszłości przez Kościół wyniesiona do chwały ołtarzy – ku czemu nie widzę większych trudności czy przeciwskazań.

    A zatem reasumując treść powyższego artykułu w punktach:

    1. Pisma i objawienia pani Alicji Lenczewskiej nie mają “Nihil obstat”.

    2. Ani “Imprimatur” ani “Nihil obstat” nie są aktami Magisterium Kościoła przez co nie zobowiązują żadnego katolika do podzielania zdania danego cenzora kościelnego na temat całkowitej poprawności doktrynalnej danej książki.

    3. Objawienia prywatne – nawet te uznane przez Kościół – to nie jest Pismo święte i w związku z tym nie muszą być one wolne od jakichkolwiek błędów.

    4. Uznawanie przeze mnie, iż w pismach pani Alicji Lenczewskiej znajdują się błędy doktrynalne nie musi negować Bożego charakteru większej części jej pism oraz objawień.

    Mirosław Salwowski

    Przypisy:

    [1] Cytat za: Ks. Franciszek Spirago, “Katolicki katechizm ludowy. Część Pierwsza: Nauka wiary”, Mikołów, 1927 r., s. 51 – 52.

    [2] Patrz: salwowski.net, “Błędy doktrynalne w pismach i objawieniach Alicji Lenczewskiej”.

    [3] Cytat za: Wikipedia, hasło “Matka Boża z La Salette”,
    https://pl.wikipedia.org/wiki/Matka_Bo%C5%BCa_z_La_Salette , Data dostępu: 16. 01. 2020.

    [4] Więcej na ten temat można przeczytać w artykule autorstwa ks. Rafała Trytka pt. “Stolica Apostolska a <Sekret z La Sallete>”,
    http://www.legitymizm.org/stolica-apostolska-sekret-la-salette , Data dostępu: 16. 01. 2020.

    [5] Ks. Benedict J. Groeschel pisze o tym w swej książce pt. “A Still, Small Voice: A Practical Guide on Reported Revelations” (wydawnictwo “Ignatius Press”, Rok wydania: 1993).

    [6] Cytat za: Św. Brygida Wielka, “Objawienia i inne dzieła”, Kraków 2004. s. 293.

  5. Czy Żydzi są narodem morderców Chrystusa?

    Leave a Comment

    Sobór Watykański II w deklaracji “Nostra Aetate” uczy na temat odpowiedzialności narodu żydowskiego za mękę i śmierć Pana naszego Jezusa Chrystusa między innymi:

    A choć władze żydowskie wraz ze swymi zwolennikami domagały się śmierci Chrystusa, jednakże to, co popełniono podczas Jego męki, nie może być przypisane ani wszystkim bez różnicy Żydom wówczas żyjącym, ani Żydom dzisiejszym“.

    Z kolei, opublikowany w 1992 roku Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie numer 598 stwierdza:

    Uwzględniając fakt, że nasze grzechy dotykają samego Chrystusa, Kościół nie waha się przypisać chrześcijanom największej odpowiedzialności za mękę Jezusa, którą zbyt często obciążali jedynie Żydów.

    Część tradycjonalistycznych katolików (zwłaszcza tych skupionych wokół Bractwa św. Piusa X) krytykowało powyższe “soborowe” oraz “posoborowe” nauczanie Kościoła, jako rzekome zerwanie z tradycyjną teologią katolicką, w ramach której nieraz obdarzano Żydów mianem “narodu bogobójców”. Czy te zarzuty są uzasadnione?

    Zacznijmy od tego, iż naprawdę trudno jest widzieć coś błędnego lub zwodniczego w przytoczonym wyżej nauczaniu Vaticanum II o tym, iż nie można przypisywać takiej samej odpowiedzialności za śmierć Pana Jezusa ani wszystkim Żydom żyjącym w tamtym czasie ani tym bardziej Żydom dzisiejszym. Takie odrzucone przez Sobór Watykański II twierdzenie nie jest bowiem umocowane ani w Piśmie świętym, ani nawet w zdrowym rozsądku. Po pierwsze bowiem, Biblia nie wspomina o tym, by w czasie procesu i ukrzyżowania Chrystusa wszyscy Żydzi popierali zabicie Jezusa. Owszem, za zbrodnią bogobójstwa opowiedziały się władze religijne narodu żydowskiego czyli Sanhedryn oraz liczne zgromadzenie Żydów obecne na placu umiejscowionym przed siedzibą rzymskiego namiestnika Piłata. Pomijając jednak już zaś nawet tak oczywiste wyjątki Żydów, którzy nie popierali w tamtym czasie i miejscu skazania Pana Jezusa na śmierć, a więc np. Najświętszej Marii Panny, Nikodema, Józefa z Arymatei, Apostołów (nie licząc Judasza), to i tak nie sposób założyć, iż dokładnie wszyscy inni członkowie narodu żydowskiego byli obecni w tłumie wołającym do Piłata: “Ukrzyżuj Go!“. Owszem, na tym haniebnym zgromadzeniu było obecnych wielu Żydów, jednak nie wiemy jakiego dokładnie procentu ówczesnej nacji żydowskiej to dotyczyło. Nawet jeśli była to duża część spośród ówcześnie żyjących Żydów to i tak nie byli to wszyscy Żydzi.

    Stwierdzenie Soboru Watykańskiego II o tym, iż nie można “bez różnicy” (czyli inaczej mówiąc: w takim samym stopniu) obciążać wszystkich żyjących w czasie ukrzyżowania Chrystusa czy tym bardziej istniejących współcześnie Żydów jest więc tak zdroworozsądkowe, jak i biblijne. Czy w takim razie należy potępić często używane w tradycyjnej teologii katolickiej sformułowanie nazywające Żydów mianem “narodu bogobójców”? Cóż, odpowiedź na to pytanie nie należy do bardzo łatwych. Z jednej bowiem strony nie wszyscy Żydzi popierali skazanie na śmierć Pana Jezusa, z drugiej zaś strony wielu z nich właśnie tak uczyniło. Warto też zauważyć, iż ogół Żydów został w relatywnie krótkim czasie ukarany przez Boga zburzeniem światyni w Jerozolimie a następnie ich wygnaniem z Palestyny co uprawdopodabnia tezę o tym, że rzeczywiście duża część narodu żydowskiego mogła solidaryzować się z posunięciem swych władz (czyli Sanhedrynu), które zdecydowały się wydać Zbawiciela na śmierć.

    Czy może więc błędne i sprzeczne z Tradycją Kościoła jest stwierdzenie punktu 598 “posoborowego” Katechizmu Kościoła Katolickiego o tym, iż to chrześcijanie ponoszą największą odpowiedzialność za mękę Jezusa? Cóż, owe sformułowanie może być uznane za lekko dwuznaczne, gdyż brakuje w nim dodania słowa, iż to “źli” chrześcijanie są większymi od żydów mordercami Chrystusa. Albowiem na płaszczyźnie nadprzyrodzonej to grzechy wszystkich ludzi przyczyniły się do śmierci Pana Jezusa. Im zaś kto ma większy dostęp do łask, tym jego wina jaką ponosi za popełniane przez siebie akty nieposłuszeństwa Bogu jest większa. Chrześcijanie zaś mają danych więcej łask niż żydzi, a co się z tym wiąże popełniane przez nich grzechy są większe aniżeli żydów. Im więc dany chrześcijanin więcej grzeszy tym większym też – w sensie nadprzyrodzonym – jest mordercą Chrystusa. Gdyby więc uściślić i doprecyzować punkt 598 Katechizmu Kościoła Katolickiego poprzez dodanie doń dopowiedzenia, iż to źli chrześcijanie ponoszą większą od Żydów odpowiedzialność za mękę Pana Jezusa to nie byłoby w tym stwierdzeniu jakiejkolwiek, choćby i lekkiej dwuznaczności. Warto zresztą odnotować co na ten temat nauczał Katechizm Soboru Trydenckiego:

    Musimy uznać za winnych tej strasznej nieprawości tych, którzy nadal popadają w grzechy. To nasze przestępstwa sprowadziły na Pana naszego Jezusa Chrystusa mękę krzyża; z pewnością więc, ci, którzy pogrążają się w nieładzie moralnym i złu, <krzyżują … w sobie Syna Bożego i wystawiają go na pośmiewisko> (Hbr 6,6). Trzeba uznać, że nasza wina jest w tym przypadku większa niż Żydów. Oni bowiem, według świadectwa Apostoła, <nie ukrzyżowaliby Pana chwały> (1 Kor 2,8), gdyby go poznali. My przeciwnie, wyznajemy, że Go znamy. Gdy więc zapieramy się Go przez nasze uczynki, podnosimy na niego w jakiś sposób nasze zbrodnicze ręce“.

    Nie od rzeczy będzie zresztą przypomnienie tego co na temat odpowiedzialności złych chrześcijan za śmierć Chrystusa uczył św. Jan Maria Vianney, patron wszystkich proboszczów:

    Źli chrześcijanie będą kiedyś w piekle ponosili straszniejsze męczarnie, niż niewierni… Chrześcijanom, gdy tylko dojdą do wieku, w którym mogą już korzystać z rozumu, przyświeca niczym wspaniałe słońce pochodnia wiary. W sposób wystarczający mogą więc poznać swoje obowiązki względem Boga, względem samych siebie, względem bliźniego. Jakie straszne, jakie okropne będzie piekło chrześcijan! Jak niebo oddalone jest od ziemi, tak potępienie chrześcijanin będzie daleko cięższe od potępienia niewiernych. Bo sprawiedliwy Bóg surowiej ukarze tego, kto otrzymał więcej łask, ale wzgardził nimi, zamiast z nich korzystać i wiernie służyć Panu… Jak z trupów potopionych Egipcjan wypływa woda, tak z ust potępieńców przez całą wieczność będą płynęły narzekania, że nie chcieli wykorzystywać Bożych łask, że za życia znieważali Ciało i Krew Jezusową w Komunii Świętej. Na wieki – wedle słów św. Bernarda – stać im będą przed oczyma cierpienia i męka Jezusa Chrystusa, które zniósł także dla ich zbawienia… nie zniknie im nigdy sprzed oczu obraz łez, które przelał Boski Zbawiciel, obraz Jego pokuty… Będą Go widzieli w Ogrodzie Oliwnym, gdzie krwawymi łzami opłakiwał ich grzechy. Zobaczą go w śmiertelnej agonii, zobaczą włóczonego po ulicach Jerozolimy. Będą słyszeli uderzenia młotów, które Go krzyżowały na Kalwarii (…)” (Cytat za: Św. Jan Maria Vianney, “Kazania Proboszcza z Ars”, Warszawa 1999, ss. 337, 340).

    Po raz pierwszy powyższy artykuł ukazał się na portalu Fronda.pl: https://www.fronda.pl/a/z-ambony-strzeleckiej-salwowskiego-czy-zydzi-sa-narodem-mordercow-chrystusa,125493.html

  6. Kim są prawdziwi Żydzi?

    Leave a Comment

    Powszechnie i potocznie rzecz biorąc mianem “Żydów” określa się tych z ludzi, którzy: 1. Mają żydowskie pochodzenie w sensie etnicznym (to znaczy ich bliscy przodkowie byli Żydami); 2. Wyznają i praktykują współczesną religię judaizmu. Czy jednak takie rozumienie owego terminu jest aby na pewno w pełni uzasadnione? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że tak, gdyż jeśli spojrzeć na historyczne, czyli starotestamentowe rozumienie narodu żydowskiego to można powiedzieć, iż mniej więcej odpowiada ono powyżej zarysowanym dwóm cechom żydowskości. W Starym Testamencie jako Żydów określało się wszak potomków Abrahama, którzy wierzyli w obietnicę przyjścia Mesjasza oraz praktykowali prawa i przykazania objawione przez Boga Mojżeszowi. Jeden z najbardziej charakterystycznych obrzędów Prawa Mojżeszowego, przez które dany człowiek utożsamiał się z byciem Żydem stanowiło obrzezanie, czyli w przypadku mężczyzn usunięcie za pomocą ostrego narzędzia części napletka. W czasach Starego Zakonu Żydem można było zostać nie tylko przez fakt urodzenia się w rodzinie żydowskiej, ale także poprzez dobrowolną deklarację, iż wierzy się w obietnice, jakie Bóg dał starotestamentowym prorokom oraz pragnie się w swym życiu stosować przepisy i przykazania Prawa Mojżeszowego. W czym więc problem? Otóż, gdyby Chrystus jeszcze nie przyszedł na tę ziemię, to można by współczesnych wyznawców judaizmu spokojnie nazywać “Żydami”. Jednak wraz z wcieleniem Pana Jezusa, Jego męką, śmiercią i zmartwychwstaniem nastąpiło pewnego rodzaju pogłębienie rozumienia żydowskości. Od dokonania się tych tajemnic i prawd Nowego Testamentu prawdziwymi Żydami nie są już ci, którzy oczekują na przyjście Mesjasza, ale są nimi ci, którzy zgodnie z zapowiedziami dawnych proroków uznali, że Mesjasz już w osobie Pana Jezusa przyszedł. Od tego też czasu Żydami nie są ci, którzy zostali obrzezani w sposób cielesny, ale są nimi ci, którzy dali się obrzezać na sposób duchowy, a więc uwierzyli w Chrystusa i przyjęli chrzest. Mówiąc zaś w skrócie prawdziwymi Żydami są chrześcijanie, nowym Izraelem jest Kościół, a wyznawcy współczesnego judaizmu są tymi, których niesłusznie nazywa się “Żydami”.

     

    Wszystko powyższe nie jest jakimiś moim wymysłem czy daleko posuniętą osobistą koncepcją teologiczną. Mówi o tym  jasno tak Pismo święte, jak i nauczanie Kościoła.

    I tak np. w Apokalipsie św. Jana Apostoła jest mowa o prześladowaniu lokalnych kościołów przez tych “którzy zwą się Żydami, lecz nimi nie są”:

    Znam twój ucisk i ubóstwo – ale ty jesteś bogaty – i [znam] obelgę wyrządzoną przez tych, co samych siebie zowią Żydami, a nie są nimi, lecz synagogą szatanaAp 2, 9.

    Oto Ja ci daję [ludzi] z synagogi szatana, spośród tych, którzy mówią o sobie, że są Żydami – a nie są nimi, lecz kłamią.  Oto sprawię, iż przyjdą i padną na twarz przed twymi stopami, 
    a poznają, że Ja cię umiłowałem
    – Ap 3, 9.

    To, że w powyższych słowach chodziło o tych Żydów, którzy nie przyjęli wiary w Pana Jezusa jest jasne z następujących powodów: 1. W czasach, kiedy pisana była Apokalipsa wyznawcy judaizmu prześladowali chrześcijan i sami siebie zwali “Żydami”; 2. Co prawda w czasach spisywania Apokalipsy św. Jana Kościół był też nękany przez władze Imperium Rzymskiego, ale Rzymianie nie rościli sobie pretensji do nazywania siebie “Żydami” (przeciwnie odnosili się oni do Żydów dość niechętnie, a czasami nawet pogardliwie i wrogo); 3. Istnieje tylko jedna religia, której wyznawcy określają swe obiekty sakralne mianem synagog, a jest nią właśnie judaizm.

    Taka też była interpretacja starożytnych chrześcijan. W jednym z wczesnych chrześcijańskich dokumentów czytamy:

    Tak samo ci, którzy fałszywie nazywają siebie Żydami, po sześciu dniach przerywają pracę i siódmego dnia zbierają się w swych synagogach, a nigdy nie opuszczają ani nawet nie lekceważą swego odpoczynku i zgromadzenia; z powodu braku wiary pozbawieni zostali jednak mocy Słowa oraz imienia Judy, którym się sami określają. Juda znaczy “wyznanie”, oni zaś nie są wyznawcami Boga, skoro bezprawnie umęczyli Chrystusa, choć uznając to mogliby zostać zbawieni – Konstytucje Apostolskie II, 60: 3.

     

    O tym zaś, że chrześcijanie są prawdziwymi Żydami i nowym Izraelem Pismo święte wspomina w kilku miejscach. Tak więc np. św. Piotr Apostoł pisze do wyznawców Jezusa następujące słowa:

    Wy zaś jesteście wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem [Bogu] na własność przeznaczonym, abyście ogłaszali dzieła potęgi Tego, który was wezwał z ciemności do przedziwnego swojego światła, 10 wy, którzyście byli nie-ludem, teraz zaś jesteście ludem Bożym, którzyście nie dostąpili miłosierdzia, teraz zaś jako ci, którzy miłosierdzia doznali – 1 P 2, 9-10.

    Św Paweł Apostoł zaś w swych listach pisał o tych, którzy uwierzyli w Chrystusa, iż to właśnie ci są ludem prawdziwie obrzezanym i autentycznym potomstwem Abrahama:

    Strzeżcie się psów, strzeżcie się złych pracowników, strzeżcie się okaleczeńcówMy bowiem jesteśmy prawdziwie ludem obrzezanym– my, którzy sprawujemy kult w Duchu Bożym i chlubimy się w Chrystusie Jezusie, a nie pokładamy ufności w ciele – Flp 3, 2-3.

    Zrozumiejcie zatem, że ci, którzy polegają na wierze, ci są synami Abrahama. I stąd Pismo widząc, że w przyszłości Bóg na podstawie wiary będzie dawał poganom usprawiedliwienie, już Abrahamowi oznajmiło tę radosną nowinę: W tobie będą błogosławione wszystkie narody. I dlatego tylko ci, którzy polegają na wierze, mają uczestnictwo w błogosławieństwie wraz z Abrahamem, który dał posłuch wierze – Ga 3:7-9.

    Nie ma już żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie. Jeżeli zaś należycie do Chrystusa, to jesteście też potomstwem Abrahama i zgodnie z obietnicą – dziedzicami – Ga 3:28 – 29.

     

    Co ciekawe, wiarę w to, iż to Kościół jest nowym Izraelem i nowym Ludem Bożym podziela też nauczanie Soboru Watykańskiego II, którego wszak Ojców trudno byłoby podejrzewać o antysemityzm albo też zbytni antyjudaizm. Nawet w deklaracji “Nostra Aetate”, której istotna część poświęcona jest odparciu pewnych przesadnych i niesprawiedliwych zarzutów, jakie w ciągu wieków narosły wśród chrześcijan względem wyznawców judaizmu, czytamy:

    Chociaż Kościół jest nowym Ludem Bożym, nie należy przedstawiać Żydów jako odrzuconych ani jako przeklętych przez Boga, rzekomo na podstawie Pisma świętego (tamże, n. 4).

    Z kolei konstytucja dogmatyczna “Lumen Gentium” tegoż soboru uczy:

    W każdym wprawdzie czasie i w każdym narodzie miły jest Bogu, ktokolwiek się Go lęka i postępuje sprawiedliwie (por. Dz 10,35), podobało się jednak Bogu uświęcić i zbawiać ludzi nie pojedynczo, z wykluczeniem wszelkiej wzajemnej między nimi więzi, lecz uczynić z nich lud, który by Go poznawał w prawdzie i zbożnie Mu służył. Przeto wybrał sobie Bóg na lud naród izraelski, z którym zawarł przymierze i który stopniowo pouczał, siebie i zamiary woli swojej objawiając w jego dziejach i uświęcając go dla siebie. Wszystko to jednak wydarzyło się jako przygotowanie i jako typ owego przymierza nowego i doskonałego, które miało być zawarte w Chrystusie, oraz pełniejszego objawienia, jakie dać miało samo Boże Słowo, stawszy się ciałem. “Oto dni nadchodzą, mówi Pan, i zawrę z domem izraelskim przymierze nowe… Położę zakon mój we wnętrznościach ich i na sercu ich napiszę go, i będę im Bogiem, a oni będą mi ludem… Bo wszyscy poznają mnie, od najmniejszego do największego, mówi Pan” (Jr 31,31-34). Chrystus ustanowił to nowe przymierze, a mianowicie nowy testament we krwi swojej (por. 1 Kor 11,25), powołując spośród Żydów i pogan lud, który nie wedle ciała, lecz dzięki Duchowi zróść się miał w jedno i być nowym Ludem Bożym. Albowiem wierzący w Chrystusa, odrodzeni nie z nasienia skazitelnego, lecz z nieskazitelnego przez słowo Boga żywego (por. 1 P 1,23), nie z ciała, lecz z wody i Ducha Świętego (por. J 3,5-6), ustanawiani są w końcu “rodzajem wybranym, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem nabytym…, co niegdyś nie był ludem, teraz zaś jest ludem Bożym” (1 P 2,9-10). (…)

    A jak Izrael wedle ciała, wędrujący przez pustynię nazwany już jest Kościołem Bożym (2 Ezd 13,1, por. Lb 20,4, Pwt 23,1 nn), tak nowy Izrael, który żyjąc w doczesności szuka przyszłego i trwałego miasta (por. Hbr 13,14), również nazywa się Kościołem Chrystusowym (por. Mt 16,18), jako że Chrystus nabył go za cenę krwi swojej (por. Dz 20,28), Duchem swoim go napełnił i w stosowne środki widzialnego i społecznego zjednoczenia wyposażył. Bóg powołał zgromadzenie tych, co z wiarą spoglądają na Jezusa, sprawcę zbawienia i źródło pokoju oraz jedności, i ustanowił Kościołem, aby ten Kościół był dla wszystkich razem i dla każdego z osobna widzialnym sakramentem owej zbawczej jedności. Mając rozprzestrzenić się na wszystkie kraje, Kościół wchodzi w dzieje ludzkie, wkraczając równocześnie poza czasy i granice ludów. Idąc zaś naprzód poprzez doświadczenia i uciski krzepi się Kościół mocą obiecanej mu przez Pana łaski Bożej, aby w słabości cielesnej nie odstąpił od doskonałej wierności, lecz pozostał godną oblubienicą swego Pana i pod działaniem Ducha Świętego nieustannie odnawiał samego siebie, póki przez krzyż nie dotrze do światłości, która nie zna zmierzchu (tamże: n. 9).

     

    A zatem podsumowując:

    1. Ci, których powszechnie nazywa się Żydami, tak naprawdę nie są autentycznymi Żydami.

    2. Prawdziwymi Żydami i nowym Izraelem są chrześcijanie.

    3. Ktoś kiedyś pogardliwie powiedział o protestantach, iż są “Żydami jedzącymi wieprzowinę”. To powiedzenie należy jednak w sposób aprobatywny odwrócić i powiedzieć: “Chrześcijanie są Żydami, którzy jedzą wieprzowinę, nie obrzezują się w sposób cielesny i święcą niedzielę zamiast soboty”, gdyż jak to słusznie stwierdził papież Pius XI: “chrześcijanie są duchowymi semitami”.

     

  7. Dlaczego popieram prawa wyborcze dla kobiet?

    Leave a Comment

    Do dziś wśród co bardziej zdecydowanych konserwatystów popularnością nie cieszy się poparcie dla powszechnego prawa wyborczego. Tym bardziej więc w tych kręgach odzywają się głosy kwestionujące zasadność nadawania takich praw kobietom. Ktoś może się zatem dziwić, iż ja będąc konserwatystą i zwolennikiem zasadniczo patriarchalnego modelu rodziny i społeczeństwa popieram udzielanie tak czynnych, jak i biernych praw wyborczych kobietom. W niniejszym artykule pragnę więc pokrótce wyjaśnić, jak łączę swój “pro-patriarchalizm” z ideą praw wyborczych dla kobiet.

    Jest prawdą, iż najlepszy modelem funkcjonowania rodziny to dom, w którym głową i kierownikiem jest mąż i ojciec, czyli mężczyzna. Mówi o tym tak Pismo święte (np.  Efez 5, 22-23; Tt 2, 5; 1 P 3, 1-2; 1 P 3, 5-6) , jak i tradycyjne nauczanie Kościoła (np. Pius XI, “Casti connubii”; Leon XIII, “Arcanum divanae sapientiae”). Społeczeństwo jest zaś – choć nie w 100 procentach – czymś w rodzaju rodziny. A więc, analogicznie rzecz biorąc i w społeczeństwie rola kierownika i głowy powinna należeć do mężczyzny. Jednak taki patriarchalny model rodziny i społeczeństwa nie musi i nie powinien zakładać tego, iż w takim razie kobieta nie ma nic do gadania i że w żaden sposób nie może ona brać udział w zarządzaniu domem i społeczeństwem. Mąż i ojciec może mieć ostatnie zdanie w kluczowych sprawach tyczących się życia rodziny, ale to nie jest równoznaczne z tym, iż nie powinien on uważnie wsłuchiwać się i brać sobie do serca, to co na ten temat ma do powiedzenia jego żona. Podobnie, w społeczeństwie, różne kierownicze funkcje mogą sprawować mężczyźni, ale to nie powinno oznaczać, iż w takim razie kobiety nie mają mieć nic do powiedzenia w sprawach zarządzania państwem. Można pogodzić kierowniczą rolę mężczyzn w państwie i społeczeństwie z dopuszczeniem kobiet do współzarządzania państwem. Ba, nie trzeba nawet w tym celu zakazywać płci pięknej kandydowania na kierownicze urzędy w państwie. Wystarczy do tego kobiet szczególnie nie zachęcać przez różnego rodzaju parytety i przywileje, a wówczas w naturalny sposób kobiet na wysokich stanowiskach publicznych nie będzie zbyt wiele. Po prostu przedstawicielki płci pięknej zwykle nie są zbyt chętne do zajmowania się aktywną polityką i sprawowania wysokich funkcji publicznych. By więc zachować zasadniczo patriarchalny model społeczeństwa nie trzeba zakazywać kobietom aktywnego udziału w polityce, a wystarczy ich do tego szczególnie nie zachęcać.

     

    Drugim powodem dla którego jestem za biernymi i czynnymi prawami wyborczymi dla kobiet jest to, że po prostu takie jest nauczania Kościoła. Przykładowo Sobór Watykański II naucza:

    „Na pochwałę zasługuje postępowanie tych narodów, w których jak największa część obywateli uczestniczy w sprawach publicznych w warunkach prawdziwej wolności” („Gaudium et Spes”, n. 31).

    Z kolei, papież, bł. Paweł VI w liście apostolskim Octogesima adveniens uczył:

    “W wielu krajach czyni się starania, a nieraz stawia ostre żądania, aby prawnie określić status kobiety, znieść istniejącą dyskryminację płci i ustanowić równouprawnienie kobiet z zachowaniem należnej im godności osobistej. Nie mówimy tu o jakiejś fałszywej równości, która przekreślałaby różnice ustanowione przez samego Stwórcę, i sprzeciwiałaby się wypełnianiu szczególnej, ważnej roli kobiety w intymnym współżyciu domowym i w społecznościach pośrednich. Prawodawstwo z biegiem czasu powinno być tak udoskonalone, by chroniło ową szczególną rolę kobiety, do której z natury jest powołana, a równocześnie przyznawało jej należną wolność osobistą oraz równe prawa do udziału w życiu kulturalnym, gospodarczym, społecznym i politycznym”.

    Być może ktoś teraz powie, iż to “soborowe” oraz “posoborowe” nauczanie jest sprzeczne z “przedsoborową” doktryną Kościoła, ale autor takiego stwierdzenia nie będzie miał tu racji. Magisterium Kościoła nigdy nie potępiło bowiem ani demokratycznego sposobu wyłaniania władz ani przyznawania praw wyborczych kobietom. Pius XI w encyklice “Casti connubii” potępił tylko absolutne i bezwarunkowe równouprawnienie mężczyzn i kobiet we wszelkich dziedzinach życia, nie zaś jakiekolwiek przejawy równości obu płci.

     

    Ostatnim z argumentów, które wysunąłbym za postulatem praw wyborczych dla kobiet jest to, iż przy mądrze prowadzonych kampaniach politycznych istnieje możliwość uczynienia z niewiast silnego członu wyborczego partii o charakterze konserwatywnym i chrześcijańskim. Nie od dziś wszak wiadomo, iż zwykle to kobiety są bardziej religijne od mężczyzn, a ponadto takie z tradycyjnie katolickich postulatów jak delegalizacja pornografii, obsceniczności i cudzołóstwa tak naprawdę chronią ich godność oraz prawa przed zachciankami i swawolą mężczyzn. Owszem, trudniej jest przekonać większość kobiet do całkowitego zakazu aborcji, ale i w tym wypadku odwołując się do ich macierzyńskich uczuć nie powinno to być zbyt trudne.