Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: Katechizm Kościoła Katolickiego

  1. Co należy sądzić o hazardzie?

    Możliwość komentowania Co należy sądzić o hazardzie? została wyłączona

    Gry hazardowe można zdefiniować jako „zakłady pieniężne robione w celu pomnożenia pieniędzy w sposób wysoce ryzykowny”. Opublikowany w 1992 roku za pontyfikatu Jana Pawła II Katechizm Kościoła Katolickiego odnośnie hazardu stwierdza rzecz następującą:

    Gry hazardowe (karty itd.) bądź zakłady nie są same w sobie sprzeczne ze sprawiedliwością. Stają się moralnie nie do przyjęcia, gdy pozbawiają osobę tego, czego jej koniecznie trzeba dla zaspokojenia swoich potrzeb i potrzeb innych osób. Namiętność do gry może stać się poważnym zniewoleniem. Nieuczciwe zakłady bądź oszukiwanie w grach stanowi materię poważną, chyba że wyrządzana szkoda jest tak mała, że ten, kto ją ponosi, nie mógłby w sposób uzasadniony uznać jej za znaczącą. (Tamże: n. 2413).

    W poniższym artykule poddam refleksji to, czy, a jeśli tak, to w jakim stopniu to nauczanie Jana Pawła II jest zgodne z tradycyjnie katolicką refleksją na temat gier hazardowych. Postaram się również odpowiedzieć w nim na pytanie, jakie mogą być minusy owej rozrywki.

    ***

    Samo Pismo święte w bezpośredni i wyraźny sposób nie wspomina o hazardzie. Ten fakt nie jest jednak wystarczającą przesłanką, by katolicy nie patrzyli nań w sposób krytyczny, tak jak nieobecność na kartach Biblii wyraźnych potępień antykoncepcji, masturbacji czy pojedynków, nie stała na przeszkodzie temu, by tak starożytni chrześcijanie (w odniesieniu do pierwszych dwóch rzeczy), jak i Magisterium Kościoła doszli do wyraźnego potępiania tych wszystkich zachowań. Ponadto, choć Pismo św. milczy o hazardzie, jako takim, to podaje ono zasady, których konsekwentne zastosowanie raczej nie nastawia pozytywnie wobec omawianej rozrywki. I tak np. Biblia ostrzega przed chciwością, dążeniem do bogactwa oraz miłością do pieniędzy:

    „O bogactwo się nie ubiegaj i odstąp od swojej rozwagi (…)” (Przyp 23, 4)

    Ten, kto złoto miłuje, nie ustrzeże się winy, a ten, kto goni za zyskami, przez nie zostanie oszukany.” (Syr 31, 5)

    Bardzo wielu zgrzeszyło dla zysku, a ten, kto stara się wzbogacić, odwraca oko” (Syr 27, 1)

    ci, którzy chcą się bogacić, wpadają w pokusę i w zasadzkę oraz w liczne nierozumne i szkodliwe pożądania. One to pogrążają ludzi w zgubę i zatracenie. Albowiem korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniędzy” (1 Tym 6, 9 –10)

    Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wnijść do Królestwa niebieskiego” (Mt 19, 24)

    Pismo mówi nam też, byśmy zadowalali się skromnym życiem oraz możliwością zaspokajania z umiarem swych podstawowych potrzeb życiowych:

    „nie dawaj mi bogactwa ni nędzy, żyw mnie chlebem niezbędnym” (Przyp 30, 8)

    Postępowanie wasze niech będzie wolne od zachłanności na pieniądze: zadowalajcie się tym, co macie.„(Hbr 13, 5)

    Mając natomiast żywność i odzienie, i dach nad głową, bądźmy z tego zadowoleni!” (1 Tym 6, 8 – 10)

    Ponadto, Biblia ostrzega nas także przed głupotą (por. Mk 7, 22; Przyp 19, 3) oraz chwali pracowitość między innymi jako sposób na uczciwe zarabianie pieniędzy (por. 2 Tes 3,12-15; Przyp 18, 9).

    Można by zatem zapytać, czy – przynajmniej w praktyce – hazard jest bardzo często sprzeczny z powyższymi biblijnymi zasadami? Czyż wszak osoby oddające się tej rozrywce nie chcą się zwykle w ten sposób szybko wzbogacić będąc niezadowolonymi ze skromnego i umiarkowanego trybu życia? Czy nie jest także jakąś formą głupoty liczenie na zdobycie fortuny w efekcie gier hazardowych w sytuacji, gdy np. szansa na wygranie przysłowiowej „szóstki” w Lotto jest niemal 20 razy mniejsza niż na bycie zabitym przez meteoryt i wynosi 1 do 13 983 816?

    Do tych wszystkich – pośrednio wynikających z Pisma świętego- zastrzeżeń wobec hazardu można by dodać te bardziej zdroworozsądkowe i oparte na naszym codziennym doświadczeniu. I tak np. nie jest żadną tajemnicą, że gry hazardowe są jedną z ulubionych form inwestowania pieniędzy przez świat przestępczy. W dzielnicach, w których skoncentrowane są lokale hazardowe, odnotowuje się także więcej przestępczości niż w miejscach, w których nie ma takiej koncentracji. Przemysł hazardowy ma również w nierzadki sposób powiązania ze światem prostytucji oraz pornografii. Hazard wydaje się też żerować na biedniejszych ludziach, gdyż takowi wydają nań proporcjonalnie więcej pieniędzy niż osoby zamożniejsze. Nieraz się także słyszy o tym, że nawet wielkie wygrane w hazardzie nie są „szczęśliwymi pieniędzmi” i duża część spośród nielicznych, którzy tego dostąpili, w końcu je roztrwaniała i/albo popadała przez nie w jakieś większe kłopoty. Nie od rzeczy będzie tu przypomnieć o jednym z tradycyjnych powiedzeń „Łatwo przyszło. Łatwo poszło!„. Tak to już bowiem jest, iż często nie ceni się pieniędzy zbyt łatwo i szybko uzyskanych, wskutek czego wydaje się je znacznie szybciej, beztrosko i w mniej odpowiedzialny sposób. Ta zaś świadomość, że za konkretną sumą pieniężną stał nasz mierzony w czasie wysiłek (praca), skłania nas do bardziej odpowiedzialnego i przemyślanego pożytkowania uzyskanych w ten sposób finansów.

    Można wreszcie zapytać, czy jeśli lichwa była niegdyś potępiana na zasadzie, iż „Pieniądz sam w sobie nie ma wartości i jego posiadanie nie powinno być źródłem zysku” to, czy tym bardziej owego zastrzeżenia nie należałoby odnieść do hazardu? Źródłem zysku w grach hazardowych są bowiem dwie rzeczy: pieniądze, które ktoś zainwestował w tę rozrywkę oraz tzw. ślepy traf.

    ***

    Przypatrzmy się teraz temu, jak do gier hazardowych podchodzili starożytni chrześcijanie, święci, ojcowie i doktorzy Kościoła oraz papieże.

    Żyjący w latach 295-373 św. Atanazy Aleksandryjski (zwany też „Wielkim”) w swych kanonach uczył:

    Nie może bowiem człowiek nieczysty zbliżać się do ołtarza, ni dopuszczający się zdrady, ni pijany, ni nienawidzący bliźniego, ni oddający się hazardowi, ni przeklinający innych” (Patrz: Synody i kolekcje praw tom 3 Kanony Ojców Greckich. Kraków 2009, s. 135).

    Odbywający się ok. 306 roku Synod w Elwirze w kanonie 79 stwierdzał:

    Jeśli ktoś z wiernych gra w kości o pieniądze winien być wyłączony. Gdy poprawi się i zaprzestanie tego, po roku może być dopuszczony do komunii„.

    Pochodzące najprawdopodobniej z IV wieku, a będące de facto zapisem wiary i praktyki starożytnych chrześcijan „Konstytucje Apostolskie” stanowiły w odniesieniu do hazardu między innymi:

    „Subdiakon, lektor albo kantor uprawiający podobny proceder niechaj go zaniecha albo niech będzie wyłączony ze wspólnoty. To samo dotyczy również chrześcijan świeckich” (Patrz: „Synody i Kolekcje Praw, Tom II, Konstytucje Apostolskie oraz Kanony Pamfilosa z apostolskiego synodu w Antiochii; Prawo kanoniczne świętych Apostołów; Kary świętych Apostołów dla upadłych; Euchologion Serapiona”, Wydawnictwo WAM, Kraków 2007, s.282).

    Papież Mikołaj I w datowanym na 866 rok w liście do nawróconego na wiarą chrześcijańską króla Bułgarów w odpowiedzi na pytanie czy jest dozwolone chrześcijanom uprawiać gry hazardowe w czasie Wielkiego Postu napisał:

    Nie jest to dozwolone chrześcijanom nie tylko w okresie Wielkiego Postu, ale także w jakimkolwiek innym czasie.” (…) [Rozdział 47].

    W żywocie króla Francji, św. Ludwika IX czytamy, iż zakazał on w rządzonym przez siebie kraju produkcji kości do gry:

    Chcemy i rozporządzamy aby wszyscy nasi prewoci i bajlifowie powstrzymywali się od wymawiania słów, które odnoszą z lekceważeniem do Boga, Najświętszej Maryi Panny i wszystkich świętych, aby wystrzegali się gry w kości oraz tawern. Chcemy aby produkcja kości została zabroniona w całym naszym królestwie (…) [Patrz: Jean de Joinville, „Czyny Ludwika Świętego króla Francji”, Warszawa 2002, s. 200].

    W innym miejscu biografii tego świętego króla możemy odnaleźć to, iż w liście do swego syna zachęcał, go by jako jeden z grzechów, do zgniecenia których powinien on użyć swej królewskiej władzy potraktował również gry hazardowe (Patrz: Jean de Joinville, jw., s. 212-213].

    Z kolei założyciel Towarzystwa Jezusowego, św. Ignacy Loyola w liście pisanym do mieszkańców Azpeitii chwalił jako „święte i chwalebne zarządzenie” ustanawiające zakaz gry w karty oraz handlowania takowymi (Patrz: Św. Ignacy Loyola, „Listy Wybrane”, Kraków 2017, s. 48).

    Inny z czołowych przedstawicieli katolickiej kontrreformacji, doktor Kościoła św. Franciszek Salezy w swej słynnej „Filotei” pisał:

    Gry w kości, w karty i tym podobne, w których wygrana zależy od losu, są nie tylko niebezpiecznymi rozrywkami – jak tańce – ale są po prostu z natury złe i naganne, dlatego są zakazane tak przez prawo cywilne jak i kościelne. Lecz cóż w tych grach jest tak bardzo złego – zapytasz mnie. Nie decydują w nich słuszne racje o wygranej, lecz przypadek. Ten zaś bardzo sprzyja temu, który nie zasłużył na to ani zręcznością, ani przemyślnością, a to sprzeciwia się zdrowemu rozumowi. Powiesz mi: myśmy się tak tak umówili! Z tego wynika tylko tyle, że ten kto wygrywa, nie wyrządza krzywdy drugim, jednak to nie świadczy jeszcze, żeby ta umowa, jak i sama gra, były rozsądne, bowiem wygrana, która winna być nagrodą za zręczność, jest zdana jedynie na los szczęścia, który nie zasługuje na żadną nagrodę, bo bynajmniej od nas nie zależy.” (Patrz: Św. Franciszek Salezy, „Filotea. Wprowadzenie do życia pobożnego”, Kraków 2000, s. 197).

    W żywocie św. Ludwika Marii Grignion de Monfort czytamy zaś, że w spisanym przez niego „Przymierzu z Bogiem” jako jedną z praktyk, którą mieli czynić chrześcijanie odnawiający swe chrzcielne przyrzeczenia było następujące postanowienie:

    Będę unikać tańca, komedii i innych przedstawień, gier hazardowych, zbytków, próżności, złych książek i piosenek” (Patrz: „Ludwik Maria Grignion de Monfort. Boży szaleniec, który uczy nas, jak zawierzać się Maryi”, Kraków 2017, s. 194).

    Święty ten pewnego razu zniszczył też cenny stolik do gier hazardowych, a na wyrzuty jakie z tego tytułu mu czyniono odpowiedział:

    Powiedziałem, iż z całą ochotą i z serca całego dałbym pięćdziesiąt milionów liwrów w złocie, li tylko bym je miał, a z nimi całą krew z moich żył, aby spalić wszystkie do gier hazardowych stoły, podobne temu, którym rozbił” (Patrz: „Ludwik Maria Grignion de Monfort. Boży szaleniec, który uczy nas, jak zawierzać się Maryi”, Kraków 2017, s. 80).

    ***

    Wszystkie powyższe wypowiedzi wybitnych chrześcijańskich autorytetów na temat gier hazardowych należą do tych bardziej rygorystycznie i kategorycznie oceniających ową rozrywkę. Przejdę teraz do tych katolickich teologów, którzy mieli w tej kwestii łagodniejsze, acz ciągle jeszcze mocno krytyczne zdanie.

    I tak w XIX-wiecznej „Teologii moralnej dla plebanów i spowiedników” czytamy następującą opinię jej autora, kardynała Thomasa M. Gousseta:

    Gra nie jest zła z natury swojej, lecz bardzo łatwo jest nadużyć jej. Należy więc urządzić ją wedle mądrości chrześcijańskiej, z zachowaniem względu na osoby, czas, miejsce i okoliczności jej towarzyszące (…)

    Gry hazardowe w ogóle zakazane są prawami kościelnymi, lecz surowość dawnych ustaw znacznie złagodził zwyczaj, przynajmniej co się tyczy osób świeckich” (Patrz: Kardynał Gousset, „Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników”, Warszawa 1858, s. 169).

    W wydanych na początku XX wieku „Naukach katechizmowych zebranych na podstawie różnych autorów” ks. Wojciecha Andersza o grach hazardowych czytamy zaś:

    Grzeszą gracze, co grają w karty, lub w co innego nie dla zabawy lecz jedynie z chęci łatwego zysku; powiększa się zaś ich grzech, jeśli przytem pragną oszukiwać nawet albo wyzyskać nieumiejętność lub młodość współgraczy” (Patrz: Ks. Wojciech Andersz, „Nauki katechizmowe ułożone na podstawie różnych autorów”, Tom IV, Poznań 1910, s. 275-276).

    Z kolei w wydanej w 1957 roku Teologii moralnej autorstwa Dominika M. Prummera można przeczytać, iż gry hazardowe są moralnie dozwolone między innymi pod warunkiem, iż zysk nie powinien być w nich głównym motywem gry, ani też być zbyt gorliwie poszukiwany. Ponadto teolog ten stwierdzał:

    Ponieważ gry o stawki są najbardziej niebezpieczne z powodu poważnych zaburzeń, które często następują, spowiednik powinien je roztropnie cenzurować” (Cytat za: Blog „Introibo Ad Altare Dei. The World as Seen from a Traditionalist Catholic Perspective”, Don’t Bet On It ).

    ***

    Jak więc widać, w tradycyjnie katolickiej refleksji nad hazardem jeszcze do nie tak dawnych czasów dominowało mniej lub bardziej krytyczne doń podejście. Z tym że ta bardziej rygorystyczna ocena owej rozrywki była historycznie rzecz biorąc zdecydowanie większościowa, by nie powiedzieć, że na przestrzeni kilkunastu wieków katolickiego nauczania niemalże jednolita i powszechna. Opublikowany w 1992 roku Katechizm Jana Pawła II w swym nauczaniu na temat hazardu poszedł jednak za zdecydowanie mniejszościową tradycją katolickiej moralistyki (reprezentowaną w tym artykule przez kard. Gousseta i Dominika M. Prummera) wskazując, iż owa rozrywka nie jest sama w sobie zła, jednak wspominając o pewnych niebezpieczeństwach z niej wynikających. Czy Katechizm więc w tej kwestii myli się, skoro ignoruje wręcz powszechne i jednolite nauczanie katolickie na temat hazardu? Cóż, nie znam w 100 procentach odpowiedzi na to pytanie – jednak, nawet gdyby ów dokument się tu nie mylił (w bardziej ścisłym tego słowa znaczeniu), to i tak można wskazać na pewne jego braki w sposobie, w którym wypowiada się on na temat omawianej rozrywki. Nawet, gdyby bowiem przyjąć, że niemal powszechne nauczanie starożytnych chrześcijan, soborów lokalnych, papieży i świętych na ten temat nie było nieomylne i popadało w pewną przesadę to i tak owa przesada ciągle mogłaby nam wskazywać zasadniczo słuszny kierunek patrzenia na hazard. A mianowicie, nawet jeśli nie byłby on wewnętrznie zły, to ciągle stanowiłby on duży problem moralny, który nie wynikałby tylko z jakichś marginalnych, acz krzykliwych nadużyć z nim związanych, ale tyczyłby się bardzo częstych niebezpieczeństw z niego wynikających. Trudno wszak uprawiać gry hazardowe nie popadając w niebezpieczeństwo chciwości, pragnienia łatwego wzbogacenia się, wzbudzania głupich i bezsensownych nadziei, a także wzgardzenia prostym, skromnym oraz umiarkowanym stylem życia. Ponadto, hazard jest – jak już o tym powyżej wspomniałem – bardzo często powiązany ze światem przestępczym, prostytucją oraz pornografią. Czyż nie byłoby więc ze strony autorów „posoborowego” Katechizmu rzeczą bardziej roztropną mocniejsze zaakcentowanie wskazanych wyżej częstych zagrożeń dla moralności, jakie niesie hazard – nawet przy jednoczesnej odmowie nazywania go wewnętrznie złym? Czy nie powinno się też w tymże Katechizmie dodać zastrzeżeń w rodzaju, iż gry hazardowe nie są złe pod warunkiem, że ich głównym motywem nie jest zysk oraz nie gra się w nich o duże stawki pieniężne? Do takiej oceny gier hazardowych osobiście bym się przychylał – choć gwoli ścisłości i tak, jak to zostało powyżej wykazane, taka ocena jest łagodna w porównaniu z historycznie większościowym katolickim nauczaniem. Miejmy zatem nadzieję, że w przyszłości „posoborowy” Katechizm pójdzie w stronę silniejszego niż obecnie akcentowania niebezpieczeństw hazardu oraz podkreślania, iż zysk nie powinien być jego głównym motywem. Ostatecznie jednak biorąc, warto zauważyć, że takie krytyczne podejście do gier hazardowych nie jest negowane przez aktualne nauczanie Kościoła, choć z drugiej strony nie jest ono też przezeń specjalnie promowane.

    Mirosław Salwowski

  2. Czy w obronie wolno używać broni atomowej ?

    Możliwość komentowania Czy w obronie wolno używać broni atomowej ? została wyłączona

    Wyobraźmy sobie jeden z najbardziej pesymistycznych scenariuszy aktualnej sytuacji na froncie wojennym w Ukrainie. Otóż zniecierpliwiony brakiem znaczących sukcesów swych wojsk, prezydent Putin wydaje rozkaz zrzucenia bomby atomowej na jedno z ukraińskich miast. Wskutek tego aktu masowego morderstwa ginie dziesiątki, a może i nawet setki tysięcy cywili. Czy w takiej sytuacji, by zapobiec zwycięstwu Rosji, dowództwo NATO miałoby moralne prawo przyjść z pomocą Ukrainie poprzez odwetowy atak za pomocą broni jądrowej na jedno z rosyjskich miast? Coś, co potocznie zwie się „chłopskim rozumem” wydaje się nam podpowiadać odpowiedź twierdzącą. Wszak, rezygnacja z obrony Ukrainy przy pomocy odwetowego ataku jądrowego najprawdopodobniej zachęciłaby prezydenta Putina do wzmożenia swych agresywnych działań oraz dalszego używania bomb atomowych. W tym artykule postaram się jednak udowodnić, iż ów „chłopski rozum” się myli i użycie broni jądrowej przeciw miastom pełnym nie-walczących cywilów jest wewnętrznie złe, a przez to moralnie zawsze zakazane – nawet jeśli miałoby to zostać użyte w obronie niesprawiedliwie zaatakowanego kraju.

    ***

    Zacznijmy więc od tego, że bezpośrednie zabijanie niewinnych osób ludzkich – wedle tradycyjnego nauczania katolickiego – należy do czynów wewnętrznie złych. W nieomylny sposób o tej doktrynie przypomniał papież Jan Paweł II:

    „Istotnie, absolutna nienaruszalność niewinnego życia ludzkiego jest prawdą moralną bezpośrednio wynikającą z nauczania Pisma Świętego, niezmiennie uznawaną przez Tradycję Kościoła i jednomyślnie głoszoną przez jego Magisterium. Ta jednomyślność jest oczywistym owocem owego „nadprzyrodzonego zmysłu wiary”, wzbudzonego i umacnianego przez Ducha Świętego, który chroni od błędu Lud Boży, gdy „ujawnia on swą powszechną zgodność w sprawach wiary i obyczajów” (…)

    Dlatego mocą Chrystusowej władzy udzielonej Piotrowi i jego Następcom, w komunii z biskupami Kościoła Katolickiego, potwierdzam, że bezpośrednie i umyślne zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze aktem głęboko niemoralnym. Doktryna ta, oparta na owym niepisanym prawie, które każdy człowiek dzięki światłu rozumu znajduje we własnym sercu (por. Rz 2, 14-15), jest potwierdzona w Piśmie Świętym, przekazana przez Tradycję Kościoła oraz nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne.

    Świadoma i dobrowolna decyzja pozbawienia życia niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze złem z moralnego punktu widzenia i nigdy nie może być dozwolona ani jako cel, ani jako środek do dobrego celu. Jest to bowiem akt poważnego nieposłuszeństwa wobec prawa moralnego, co więcej, wobec samego Boga, jego twórcy i gwaranta; jest to akt sprzeczny z fundamentalnymi cnotami sprawiedliwości i miłości. „Nic i nikt nie może dać prawa do zabicia niewinnej istoty ludzkiej, czy to jest embrion czy płód, dziecko czy dorosły, człowiek stary, nieuleczalnie chory czy umierający. Ponadto nikt nie może się domagać, aby popełniono ten akt zabójstwa wobec niego samego lub wobec innej osoby powierzonej jego pieczy, nie może też bezpośrednio ani pośrednio wyrazić na to zgody. Żadna władza nie ma prawa do tego zmuszać ani na to przyzwalać”.

    Pod względem prawa do życia każda niewinna istota ludzka jest absolutnie równa wszystkim innym. Ta równość stanowi podstawę wszelkich autentycznych relacji społecznych, które rzeczywiście zasługują na to miano tylko wówczas, gdy są oparte na prawdzie i na sprawiedliwości, uznając i broniąc każdego człowieka jako osoby, a nie jako rzeczy, którą można rozporządzać. Wobec normy moralnej, która zabrania bezpośredniego zabójstwa niewinnej istoty ludzkiej, „nie ma dla nikogo żadnych przywilejów ani wyjątków. Nie ma żadnego znaczenia, czy ktoś jest władcą świata, czy ostatnim «nędzarzem» na tej ziemi: wobec wymogów moralnych jesteśmy wszyscy absolutnie równi” („Evangelium vitae”, n. 57).

    Skoro zaś bezpośrednie zabijanie niewinnych jest wewnętrznie złe, to nie mamy moralnego prawa dopuszczać się tego nawet w najbardziej ekstremalnych okolicznościach. O tej prawdzie uczył chociażby Paweł VI:

    „W rzeczywistości (…) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny – a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka – nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw” („Humanae vitae”, n. 14).

    Tak więc, nawet gdyby za pomocą bezpośredniego zabicia „tylko” jednego niewinnego człowieka można było uratować od śmierci całą kilkumiliardową resztę ludzkiej populacji, nikt nie miałby moralnego prawa tego uczynić. Tak jest tradycyjne nauczanie Kościoła o aktach wewnętrznie złych.

    Sięgając zaś po jeszcze inny przykład, wyobraźmy sobie, iż na wioskę napada banda morderców i gwałcicieli. Dowodzący owymi rzezimieszkami stawia przed jednym z mieszkańców następujący dylemat: „Albo ty zabijesz jedno z niemowląt, a wówczas my zostawimy w spokoju całą wieś, albo w przeciwnym razie my wyrżniemy wszystkich mieszkańców, a kobiety dodatkowo przy tym zgwałcimy„. Jakkolwiek współczujemy ludziom znajdującym się w podobnych ekstremalnych i beznadziejnych sytuacjach, nie można przyznać racji tym, którzy byliby gotowi zabić to niemowlę. Nie wolno zamordować choćby jednego niewinnego, aby ocalić wszystkich pozostałych niewinnych.

    ***

    Można jednak spytać się, kto jest „niewinnym” na wojnie, a nawet jeśli pewne osoby powinny być w czasie wojennych działań traktowane jako „niewinne”, to co oznacza zwrot „bezpośrednie zabijanie”?

    Cóż, jako osoby niewinne na wojnie należy traktować tych ludzi, którzy nie biorą bezpośredniego albo przynajmniej bliskiego udziału w walce zbrojnej. Wybitny XIX-wieczny moralista katolicka, kardynał Thomas M.J. Gousset ujmował to tak:

    Prawa słuszności nie dozwalają także zabijać niewinnych. W tym razie za takich uważają się obywatele spokojni, dzieci, starcy, zakonnicy, słudzy religii, podróżni, wieśniacy nie będący pod bronią. Wtedy atoli mają prawo do względności, skoro nie biorą czynnego udziału w bitwie” ( Kardynał Gousset, „Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników”, Warszawa 1858, s. 302). 

    Bezpośrednim zaś zabijaniem niewinnych jest branie sobie za cel śmiertelnego ataku takich ludzi. Jako jednoznaczne przykłady bezpośredniego zabijania tych osób można podać takie działania jak: Celowe strzelanie w główkę niemowlęcia; Zrzucenie bomb na przedszkole w którym nie było żadnych żołnierzy; Ostrzelanie rakietami spokojnej, a pozbawionej celów militarnych wioski.

    Oczywiście jednak wojna ma to do siebie, że w jej trakcie nieraz osoby walczące (czyli takie, które wolno bezpośrednio zabijać) są mocno zmieszane z osobami niewalczącymi i powstaje wówczas pytanie, czy ma się moralne prawo strzelać do walczących nawet wówczas, gdy prawdopodobnym, albo i pewnym skutkiem ubocznym takiego ostrzału będzie śmierć osób niewalczących? Na to pytanie można odpowiedzieć twierdząco. Wówczas jest to pośrednie, a nie bezpośrednie zabijanie niewinnych i jest to moralnie dozwolone na zasadzie tzw. podwójnego skutku. Przykładem takiej sytuacji może być walka w terenie zabudowanym, gdzie obok żołnierzy znajdują się także niewalczący cywile. Jeśli w sposób zamierzony nie strzela się do tych cywilów, ale ich śmierć może być efektem „zabłąkanej kuli”, to będzie moralnie prawowite prowadzenie walki zbrojnej w tych okolicznościach. Jednak i w takich warunkach należy uwzględnić proporcje i ryzyko niezamierzonego, a pośredniego zabicia niewalczących cywilów. Trudno np. uznać za dozwolone zrzucenie bomby na budynek z 200 cywilami po to, by zabić znajdujących się tam 3 żołnierzy – jeśli już to należałoby próbować zabić tych żołnierzy za pomocą ostrzału z karabinów. Tym bardziej zaś nie powinno się atakować szpitala pełnego osób chorych i rannych, jeśli znajdujący się tam żołnierze nie prowadzą działań ofensywnych, a znajdują się tam jedynie lub głównie po to, by chronić pacjentów przed atakiem. Atakowanie w takiej sytuacji szpitala można by w zasadzie uznać za tak naprawdę bezpośrednie zabijanie niewinnych.

    ***

    Jak zatem w świetle podanych wyżej zasad i rozróżnień ocenić zrzucenie bomby atomowej dajmy na to na miasto składające się z 200 tysięcy niewalczących cywilów i 10 tysięcy gotowych do walki żołnierzy? Czy jeśli epicentrum zdetonowania takiej bomby przypadłoby na wojskowe koszary to można by to uznać za „tylko” pośrednie, a więc moralnie dozwolone w czasie wojny zabijanie niewinnych?

    Cóż, gdyby w danym mieście proporcje między osobami walczącymi a niewalczącymi były odwrotne do wyżej podanych – a więc byłoby tam 200 tysięcy żołnierzy i 10 tysięcy niewalczących cywilów – to prawdopodobnie można by uznać za moralnie dozwolone zrzucenie nań bomby atomowej. W sytuacji jednak, gdy proporcje między walczącymi a niewalczącymi są takie jak podane wyżej to próba usprawiedliwiania zrzucania tam bomby atomowej przypominałaby uznawanie za moralnie dopuszczalne uderzania kogoś młotkiem w głowę po to by zabić komara znajdującego się na tej głowie. Oczywiście, w miarę rozsądna osoba przynajmniej w szczery sposób nie uzasadniałaby popełnienia takiego czynu. Ktoś, kto mówiłby, że w celu zabicia komara na głowie drugiej osoby uderzył ją młotkiem, byłby albo osobą chorą psychicznie, albo jawnie kpiącą sobie z naszej inteligencji i rozsądku. A zatem nawet w sensie intencjonalnym jest czymś nie do uwierzenia, że osoba decydująca się na zaatakowanie miasta pełnego niewalczących cywili za pomocą broni jądrowej tak naprawdę chciałaby w ten sposób przede wszystkim zabić znajdującą się tam mniejszość żołnierzy. Po prostu żaden rozsądny przywódca nie będzie wykorzystywał niezwykle drogiej broni do zabijanie relatywnie niewielkiej ilości żołnierzy, w sytuacji gdy może to uczynić przy pomocy tańszych metod. Zakładając więc, że na czele danego państwa czy układu wojskowego nie stoi osoba chora psychicznie, trzeba przyjąć, iż rzeczywistym celem takiego ataku byłoby zabicie dużej ilości osób niewalczących, by w ten sposób wystraszyć wroga. Skoro jednak celem takiego byłoby masowe zabicie cywilów, to byłby to akt zamierzonego oraz bezpośredniego, a w dodatku masowego morderstwa niewinnych. Owszem, cel takiego aktu mógłby być dobry – powstrzymanie dalszego przelewu krwi – jednak środek doń użyty byłby wewnętrznie zły (w tym wypadku: bezpośrednie zabicie wielu niewinnych osób).

    Mniej więcej to samo, co ja stwierdzam powyżej, jest napisane w jednym z „przedsoborowych” podręczników teologii moralnej. Pozwolę sobie go zacytować w oryginale, czyli języku angielskim:

    1410. The Killing or Wounding of Non-Combatants.

    (a) The indirect killing of non-combatants (i.e., killing which is unintentional and unavoidable) is lawful, according to the rules given for double effect (see 103, 104). Hence, it is lawful to bombard the fortifications, arsenals, munition works, and barracks of a town, to sink passenger liners that are carrying arms or stores to the enemy, to cut off food supplies from a town or country in order to starve out its troops, although these measures will entail the deaths of some civilians as well as of combatants. Humanity requires, however, that an effort be made to spare the non-combatants, when possible, as by serving warning of attack, so that they may be removed to safety. When it is a question, however, of the use of modern weapons (the atom, hydrogen or cobalt bombs) on military targets in the vicinity of large cities, where it is foreseen that many thousands of civilians will be killed or severely wounded, then the principle of double effect seems to rule out the lawfulness of using such devastating weapons. The immediate evil effect, the slaughter of the innocents, could hardly be called incidental and only reluctantly permitted. Concretely, the inevitable results of the use of such weapons would have to be intended directly, if not as an end, at least as a means.

    (b) The direct killing of non-combatants (i.e., killing which is intentional) is unlawful and constitutes the sin of murder. Obliteration bombing, the dropping of H-bombs or atom bombs on a residential section of a city containing no military objectives, are of this character; for they are attacks on civilians. It can not be argued that such an attack would probably break down the morale of the citizens to such an extent that they would force their rulers to make peace and so save many thousands of lives. For this argument is based on the principle that a good end justifies evil means. Occasionally it is argued that modern “total” warfare demands that all citizens contribute to the war effort and that consequently everyone is a combatant. The argument can hardly be sustained, for Catholic doctrine insists that those whose participation is only remote and accidental are not to be classified as combatants. In a well-documented article on “The Morality of Obliteration Bombing,” by John C. Ford, S.J. (Theological Studies, V, 1944, pp. 261-309), the validity of the distinction between combatants and innocent non-combatants, even in the condition of modern war, is upheld. Fr. Ford shows that in an industrial city, as found in the United States, three-fourths of the population belong to the non-combatant category, and he lists more than a hundred trades or professions which, according to the natural law, exclude their members from the category of combatants. Direct attacks on such a population clearly would constitute unjustifiable killing or wounding of non-combatants.

    https://www.gutenberg.org/files/35354/35354-h/35354-h.html

    Warto też zauważyć, że używanie broni jądrowej przeciwko miastom zostało oficjalnie potępione tak przez Sobór Watykański II, jak i Katechizm Jana Pawła II:

    Wszelkie działania wojenne, zmierzające bez żadnej różnicy do zniszczenia całych miast lub też większych połaci kraju z ich mieszkańcami, są zbrodnią przeciw Bogu i samemu człowiekowi, zasługującą na stanowcze i natychmiastowe potępienie” 72 . Ryzykiem nowoczesnej wojny jest stwarzanie okazji posiadaczom broni masowej zagłady, zwłaszcza atomowej, biologicznej lub chemicznej, do popełniania takich zbrodni. – Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2314; Gaudium et spes, n. 80.

    Dodajmy, iż powyższe nauczanie zostało sformułowane jako oczywiste nawiązanie do historycznie zaistniałych już wypadków zrzucenia bomb atomowych na całe miasta. Chodzi rzecz jasna o decyzję prezydenta USA Henry’ego Trumana o potraktowaniu w ten sposób Hiroszimy i Nagasaki. Nie zapominajmy zaś, że to Stany Zjednoczone zostały najpierw zaatakowane przez Japonię i, co więcej, patrząc na to od strony czysto zdroworozsądkowej można by usprawiedliwiać taką, a nie inną decyzję pana Trumana. Wszak, zniszczenie tych miast za pomocą bomb atomowych skłoniło władze Japonii do szybkiej kapitulacji i najpewniej zapobiegło o wiele większej liczbie ofiar śmiertelnych po obu stronach tej wojny w sytuacji, gdy miałaby ona być kontynuowana za pomocą bardziej „konwencjonalnych” metod. Mimo to jednak, Magisterium Kościoła de facto potępiło te działanie władz Stanów Zjednoczonych.

    ***

    Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że rezygnacja z użycia broni jądrowej przeciw miastom pełnym niewalczących cywilów może być uznana za szaleństwo, gdyż dałoby się wówczas olbrzymią przewagę naszemu wrogowi. Nie mniej jednak w życiu prawdziwie chrześcijańskim istnieją sytuacje, gdy zdrowy rozsądek i racjonalne kalkulacje powinny ustąpić wierze i zaufaniu do Boga. Jeśli taka będzie Boża wola, to zwycięży się i bez używania bomb atomowych, wszak jak mówi Pismo święte:

    Nie uratuje króla liczne wojsko ani wojownika nie ocali wielka siła.  W koniu zwodniczy ratunek i mimo wielkiej swej siły nie umknie. Oto oczy Pana nad tymi, którzy się Go boją, nad tymi, co ufają Jego łasce,  aby ocalił ich życie od śmierci i żywił ich w czasie głodu.  Dusza nasza wyczekuje Pana, On jest naszą pomocą i tarczą. W Nim przeto raduje się nasze serce, ufamy Jego świętemu imieniu” (Psalm 33: 16 – 17).

    A jeśli nie da się wygrać danej wojny bez masowego zabijania niewinnych, to najwidoczniej nie było Bożą wolą, abyśmy zwyciężyli.

    Mirosław Salwowski

    Źródło obrazka:

    https://wiadomosci.onet.pl/swiat/bron-atomowa-rosja-i-usa-zwiekszaja-liczbe-rakiet-bomb-i-glowic-nuklearnych/ecf8e73

    Przeczytaj też:

    Czy zrzucenie bomby atomowej na Hiroszimę i Nagasaki było moralnie usprawiedliwione?

    O różnicy pomiędzy bezpośrednim a pośrednim zabiciem niewinnego.

    Na czym polega reguła „podwójnego skutku”?

    Tradycyjny absolutyzm moralny przeciw etyce sytuacyjnej (pytania i odpowiedzi)

    Weigel’s Terrible Arguments

    Two Unsuccessful Arguments for Bombing Hiroshima and Nagasaki

  3. „Okiem tradycjonalisty” promuje herezję etyki sytuacyjnej

    Możliwość komentowania „Okiem tradycjonalisty” promuje herezję etyki sytuacyjnej została wyłączona

    Kilka tygodni temu pan Ludwik Wit opublikował na youtubowym kanale „Okiem tradycjonalisty” filmik zatytułowany „Miłość czy prawo?# Faryzeizm największą pokusą tradycjonalistów„. W tymże materiale pan Wit zarzucił niektórym tradycjonalistycznym katolikom, iż błędnie absolutyzują znaczenie Bożych przykazań, stawiając je ponad najwyższą zasadę miłości przez co w bardzo niebezpieczny sposób zbliżają się do judaizmu i faryzeizmu. Doceniam dobre intencje, którymi prawdopodobnie wspomniany wyżej autor kierował się przy nagrywaniu owego filmiku. Solidaryzuję się też z panem Witem w jego dziele zwalczania na polskiej prawicy wpływów liberalizmu i libertarianizmu. Nie mogę jednak pominąć milczeniem pewnych doktrynalnych błędów (a w zasadzie to nawet herezji) oraz przeinaczeń, których on się w tym filmie dopuścił. Niniejszym zamierzam wskazać, w czym pan Ludwik Wit błądzi.

    Podstawowym błędem pana Wita jest sugestia, iż nawet pośród tych Bożych przykazań, które zabraniają popełniania pewnych czynów, nie ma przykazań o charakterze bezwzględnym i absolutnym i każdy z tych moralnych zakazów może być złamany w imię okazania miłości naszym bliźnim. Autor kanału „Okiem tradycjonalisty” mówi wszak:

    Oczywiście przestrzeganie przykazań jest bardzo istotne i to zaznaczam. Natomiast nie są one prawem absolutnym, ponieważ w pewnych sytuacjach, gdzie miłość wymaga tego by któreś przykazanie warunkowo złamać to możemy je właśnie z miłości złamać.

    Pan Wit nie rozróżnia w tej swej wypowiedzi pomiędzy tzw. pozytywnymi przykazaniami (które nakazują czynienie czegoś – a od których owszem są pewne wyjątki), a tzw. negatywnymi przykazaniami, które zabraniają czynów wewnętrznie złych (np. cudzołóstwa, zabijania niewinnych, oszczerstwa, czczenia bożków) i od zakazu których nie ma absolutnie żadnych wyjątków (nawet w ekstremalnych okolicznościach). Na poparcie tego twierdzenia można przywołać wiele magisterialnych deklaracji Kościoła:

    „Błędna jest więc ocena moralności czynów ludzkich, biorąca pod uwagę tylko intencję, która ją inspiruje, lub okoliczności (środowisko, presja społeczna lub konieczność działania, itd.) stanowiące ich tło. Istnieją czyny, które z siebie i w sobie, niezależnie od okoliczności i intencji, są zawsze i bezwzględnie niedozwolone ze względu na ich przedmiot, jak bluźnierstwo i krzywoprzysięstwo, zabójstwo i cudzołóstwo. Niedopuszczalne jest czynienie zła, by wynikło z niego dobro (…) Okoliczności, a w tym także konsekwencje, są drugorzędnymi elementami czynu moralnego. Przyczyniają się one do powiększenia lub zmniejszenia dobra lub zła moralnego czynów ludzkich (np. wysokość skradzionej kwoty). Mogą one również zmniejszyć lub zwiększyć odpowiedzialność sprawcy (np. działanie ze strachu przed śmiercią). Okoliczności nie mogą same z siebie zmienić jakości moralnej samych czynów; nie mogą uczynić ani dobrym, ani słusznym tego działania, które jest samo w sobie złe” – Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 1753-1754, 1756.

    „(…) normy negatywne prawa naturalnego mają moc uniwersalną: obowiązują wszystkich i każdego, zawsze i w każdej okoliczności. Chodzi tu bowiem o zakazy, które zabraniają określonego działania semper et pro semper, bez wyjątku, ponieważ wyboru takiego postępowania w żadnym przypadku nie da się pogodzić z dobrocią woli osoby działającej, z jej powołaniem do życia z Bogiem i do komunii z bliźnim. Nikomu i nigdy nie wolno łamać przykazań, które bezwzględnie obowiązują wszystkich do nieobrażania w drugim człowieku, a przede wszystkim w samym sobie, godności osoby wspólnej wszystkim ludziom.  (…) Z drugiej strony fakt, że tylko przykazania negatywne obowiązują zawsze i w każdej sytuacji, nie oznacza, że w życiu moralnym zakazy są donioślejsze od obowiązku czynienia dobra, na który wskazują przykazania pozytywne. Ma to następujące uzasadnienie: przykazanie miłości Boga i bliźniego ze względu na swą pozytywną dynamikę nie wyznacza żadnej górnej granicy, określa natomiast granicę dolną, którą przekraczając człowiek łamie przykazanie. Ponadto, to co należy czynić w określonej sytuacji, zależy od okoliczności, których nie można z góry dokładnie przewidzieć; natomiast istnieją zachowania, które nigdy i w żadnej okoliczności nie mogą uchodzić za działania właściwe – to znaczy za zgodne z ludzką godnością. Wreszcie, jest zawsze możliwe, że przymus lub inne okoliczności mogą przeszkodzić człowiekowi w doprowadzeniu do końca określonych dobrych działań; nie sposób natomiast odebrać mu możliwości powstrzymania się od zła, zwłaszcza jeżeli on sam gotów jest raczej umrzeć niż dopuścić się zła. (…) Kościół zawsze nauczał, że nie należy nigdy popełniać czynów zabronionych przez przykazania moralne, ujęte w formie negatywnej w Starym i Nowym Testamencie (…). Dzięki świadectwu rozumu wiemy (…), że istnieją przedmioty ludzkich aktów, których nie można przyporządkować Bogu, ponieważ są one radykalnie sprzeczne z dobrem osoby stworzonej na jego obraz. Tradycyjna nauka moralna Kościoła mówi o czynach, które są „wewnętrznie złe”: są złe zawsze i same w sobie, to znaczy ze względu na swój przedmiot, a niezależnie od ewentualnych intencji osoby działającej i od okoliczności. Dlatego nie umniejszając w niczym wpływu okoliczności, a zwłaszcza intencji na moralną jakość czynu, Kościół naucza, że << istnieją akty, które jako takie, same w sobie niezależnie od okoliczności, są zawsze wielką niegodziwością ze względu na przedmiot>> (…) Jeśli czyny są wewnętrznie złe, dobra intencja lub szczególne okoliczności mogą łagodzić ich zło, ale nie mogą go usunąć: są to czyny nieodwracalnie złe, same z siebie i same w sobie niezdatne do tego, by je przyporządkować Bogu i dobru osoby (…). Tak więc okoliczności lub intencje nie zdołają nigdy przekształcić czynu ze swej istoty niegodziwego ze względu na przedmiot w czyn <<subiektywnie>> godziwy lub taki którego wybór można usprawiedliwić (…). Już w Starym Przymierzu spotykamy się z godnymi podziwu świadectwami wierności wobec świętego prawa Bożego, aż do dobrowolnego przyjęcia śmierci. Ich symbolem może być historia Zuzanny: dwaj niesprawiedliwi sędziowie, którzy grożą jej śmiercią ponieważ nie chce ulec ich nieczystym żądzom słyszą odpowiedź: << jestem w trudnym ze wszystkich położeniu. Jeżeli to uczynię, nie ujdę waszych rąk. Wolę jednak niewinna wpaść w wasze ręce , niż zgrzeszyć wobec Pana>> (Dn 13, 22-23). Zuzanna, która wolała <<niewinna wpaść>> w ręce sędziów, daje świadectwo nie tylko wiary i zaufania do Boga, ale także posłuszeństwa wobec prawdy i absolutnych wymogów porządku moralnego: swoją gotowością przyjęcia męczeństwa głosi, że nie należy czynić tego, co prawo Boże uznaje za złe, aby uzyskać w ten sposób jakieś dobro. Wybiera dla siebie lepszą cząstkę: przejrzyste, bezkompromisowe świadectwo prawdzie dotyczącej dobra oraz świadectwo Bogu Izraela; w ten sposób przez swoje czyny ukazuje świętość Boga. (…) Kościół ukazuje wiernym przykłady licznych świętych (…), którzy głosili i bronili prawdę moralną aż do męczeństwa, albo woleli umrzeć, niż popełnić choćby jeden grzech śmiertelny. Wyniósł ich do chwały ołtarzy , to znaczy kanonizował ich świadectwo i publicznie uznał za słuszne ich przekonanie, że miłość Boga każe bezwarunkowo przestrzegać Jego przykazań nawet w najtrudniejszych okolicznościach i nie pozwala ich łamać nawet dla ratowania własnego życia (…). Męczeństwo odrzuca jako złudne i fałszywe wszelkie ludzkie tłumaczenia, jakimi usiłowałoby się usprawiedliwić – nawet w wyjątkowych okolicznościach – akty moralnie złe ze swej istoty (…). wobec norm moralnych, które zabraniają popełniania czynów wewnętrznie złych, nie ma dla nikogo żadnych przywilejów ani wyjątków. Nie ma żadnego znaczenia, czy ktoś jest władcą świata, czy ostatnim <<nędzarzem>> na tej ziemi wobec wymogów moralnych wszyscy jesteśmy absolutnie równi (…) W określonych sytuacjach przestrzeganie Prawa Bożego może być trudne, a nawet bardzo trudne, nigdy jednak nie jest niemożliwe (…) Każdy z nas jest w stanie dostrzec, jak wielką wagę – nie tylko dla pojedynczych osób, ale dla całej społeczności – ma ponowne stwierdzenie powszechności i niezmienności przykazań moralnych, a w szczególności tych, które bez wyjątku i zawsze zakazują czynów wewnętrznie złych – Jan Paweł II, „Veritatis splendor”, n. 52, 76, 80 – 81, 91 – 93, 96, 102, 115.

    „W rzeczywistości (…) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny – a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka – nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw” –  Paweł VI, „Humanae vitae”, n. 14.

    Nie wiem, czy pan Ludwik Wit jako tradycjonalistyczny katolik jest gotów uznać słuszność przytoczonego powyżej „posoborowego” Magisterium, więc przytoczę jeszcze poniżej „przedsoborowe” wypowiedzi Urzędu Nauczycielskiego Kościoła:

    Żadne bowiem trudności nie mogą znieść prawomocności przykazań Bożych, zabraniających czynów z natury swej złych” –  Pius XI, „Casti connubii”.

    Fundamentalne obowiązki prawa moralnego opierają się na istocie i naturze człowieka, na jego podstawowych relacjach I dlatego obowiązują w przypadku każdego człowieka. Fundamentalne obowiązki prawa chrześcijańskiego w stopniu, w którym są one nadrzędne wobec prawa naturalnego, opierają się na istocie nadprzyrodzonego porządku ustanowionego przez Boskiego Zbawiciela. Z zasadniczych relacji między człowiekiem a Bogiem, człowiekiem a człowiekiem, mężem a żoną, rodzicami a dziećmi z zasadniczej wspólnoty relacji typowych dla rodziny, w Kościele i w Państwie wynika między innymi, że nienawiść do Boga, bluźnierstwo, bałwochwalstwo, porzucanie prawdziwej wiary, wyparcie się wiary, krzywoprzysięstwo, morderstwo, dawanie fałszywego świadectwa, oszczerstwo, cudzołóstwo i nierząd, przemoc małżeńska, samogwałt, kradzież i rabunek, odbieranie rzeczy niezbędnych do przeżycia, pozbawianie pracowników ich sprawiedliwej zapłaty (Jk 5,4), monopolizacja podstawowego pożywienia, niesprawiedliwe podwyżki cen, nieuczciwe bankructwo, niesprawiedliwe manewry spekulacyjne – wszystko to jest surowo zabronione przez Boskiego Prawodawcę. Nie są tu konieczne żadne badania. Niezależnie od sytuacji danej osoby, nie ma ona żadnego innego wyboru, jak tylko zachować posłuszeństwo. (…) Chrześcijanin nie może być nieświadomy faktu, że musi poświęcić wszystko, nawet własne życie, aby ocalić swoją duszę. Przypominają nam o tym wszyscy męczennicy. Męczenników jest bardzo wielu, również w naszych czasach. Matki Machabeuszy wraz ze swoimi synami święte Perpetua i Felicyta, wraz z ich nowo narodzonymi dziećmi; Maria Goretti i tysiące innych mężczyzn i kobiet, których czci Kościół – czy w obliczu sytuacji, w której się znaleźli, bezsensownie lub wręcz błędnie zaryzykowali krwawą śmierć? Nie, z pewnością nie, a w swojej krwi są oni najbardziej ewidentnymi świadkami prawdy przeciwko nowej moralności”.
    Pius XII, przemówienie Soyez les bienvenues do Katolickiej Światowej Federacji Młodych Kobiet, 18 kwietnia 1952 r., nr 11.

    Warto przy tym zauważyć, że również tradycjonalistyczne Bractwo św. Piusa X podziela tak przedsoborowe, jak i posoborowe nauczanie Kościoła o istnieniu czynów wewnętrznie złych, których nie ma się moralnego prawa popełniać nigdy i nigdzie, nawet w ekstremalnych okolicznościach:

    “(…) człowiek powinien raczej wybierać śmierć niż obrazę Boga poprzez choćby jeden popełniony świadomie grzech. (…) Można tolerować mniejsze zło, ale nigdy nie można go pozytywnie czynić. Oto nauka Kościoła! (…) Nie można dokonać choćby i najmniejszego grzechu w celu zbawienia nawet całego świata” – Biskup Bernard Tissier de Mallerais, “Komunikat Bractwa św. Piusa X” [1].

    Ktoś może powie, że w przytoczonych wyżej wypowiedziach Magisterium dosłownie jest tylko mowa o tym, że pewnych czynów nie wolno popełniać „nawet dla ratowania własnego życia”, nie ma tam zaś literalnych stwierdzeń, iż nie wolno ich czynić „nawet dla ratowania życia innych osób”. Ten argument jest jednak niezwykle łatwy do obalenia. Nawet jeśli nie ma tam dosłownych sformułowań o tym, iż pewnych rzeczy nie wolno robić „nawet dla ratowania życia innych osób”, to jest w Magisterium pełno i konsekwentnie powtarzanych wyrażeń do tego analogicznych typu, że owych czynów nie wolno popełniać „nigdy i nigdzie”, „w żadnych okolicznościach”, że są one zakazane „zawsze i wszędzie”, że od ich zakazu „nie ma żadnych wyjątków”, że nawet „dla najpoważniejszych przyczyn”; dla „zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw” nie ma się moralnego prawa ich dopuszczać. Ponadto, gdybyśmy mieli moralne prawo – dajmy na to np. cudzołożyć – by ocalić od śmierci innych niewinnych ludzi, to tym bardziej mielibyśmy prawo to robić, by ocalić od śmierci swoją własną osobę. W pewnym bowiem sensie, mamy prawo w pierwszym rzędzie troszczyć się o zachowanie własnych dóbr przed dobrami innych osób, np. nie mamy obowiązku ratować cudzego życia wówczas, gdy wiązałoby się to z wielkim ryzykiem narażenia swego własnego życia. Pozostając zatem na gruncie tradycyjnej moralistyki katolickiej, to gdyby można było popełniać wewnętrznie złe czyny dla ratowania innych ludzi, to, logicznie rzecz biorąc, tym bardziej można by to było czynić dla ratowania własnego życia. Tak jednak nie jest i nie będzie.

    Celną uwagę na temat znaczenia absolutnych przykazań moralnych wygłosił w jednej ze swych książek pan Benjamin Wiker i warto aby zwolennicy etyki sytuacyjnej wzięli ją sobie do serca:

    „Sugerując komuś, że niektóre czyny są w w swojej istocie tak złe i tak niemoralne, że nawet myślenie o nich kładzie się cieniem na naszej duszy, najczęściej otrzymujemy w odpowiedzi jakiś wymuszony uśmiech, po którym można się spodziewać wziętego na chybił trafił przykładu, który jakby zmusza siłą rzeczy do wyboru haniebnego czynu dla uniknięcia jeszcze bardziej okropnych konsekwencji. „A co jeśli terrorysta dałby ci do wyboru: jeśli nie zastrzelisz i nie obedrzesz ze skóry swojej babci, to my wysadzimy w powietrze Nowy Jork?” Oczywiście taka naiwna osoba zakłada, że jest bardziej moralne uratowanie całego miasta, nawet jeśli wymagałoby to zastrzelenia i obdarcia ze skóry naszej babci. U podstaw podobnego założenia leży oczywiście fakt, że nie ma czegoś takiego jak moralny absolut. Naiwni ludzie rzadko też są logiczni, bo jeśli rzeczywiście nie ma czynów z gruntu rzeczy niemoralnych, wówczas byłoby zasadne wysadzić w powietrze Nowy Jork, by uratować babcię”. 

    Benjamin Wiker, „Dziesięć książek, które zepsuły świat. Ponadto pięć innych, które temu dopomogły”, Warszawa 2008, s. 27-28.

    Podsumowując tę część naszych rozważań: owszem nie wszystkie Boże przykazania są absolutne. Te z owych przykazań, które mają charakter pozytywny, a więc coś nakazują, nie są absolutne i można ich nie wypełniać dla ważnych powodów. Na przykład, zasadniczo powinniśmy dawać biednym jałmużny, nie mniej jednak nie mamy zawsze takiego obowiązku, a czasami nawet nie powinniśmy tego robić. Podobnie, zasadniczo powinniśmy być posłuszni władzom cywilnym, ale istnieją od tego przykazania wyjątki. Nie mniej jednak istnieją też Boże przykazania, które zabraniają czynów wewnętrznie złych i od których zakazu nie ma żadnych, ale to żadnych wyjątków, nawet gdyby wydawało nam się, że ich złamanie będzie wyrazem miłości do bliźnich. Tak też, nie mamy moralnego prawa np. cudzołożyć, by ocalić niewinnego, czcić bałwany, by uchronić życie swoje i swych bliźnich, rozpowszechniać oszczerstw choćby i o naszych największych wrogach po to, by w ten sposób przynieść dobro naszemu narodowi.

    ***

    Pan Ludwik Wit sugeruje, iż miłość do bliźniego może w niektórych okolicznościach nakazywać popełnianie nawet tych czynów, które tradycyjna moralistyka katolicka uznaje za wewnętrznie złe. Jest to jednak fałszywy i niekatolicki dylemat. Papież Jan Paweł II tak odpowiadał na ową trudność:

    Kiedy apostoł Paweł stwierdza, że przykazanie miłowania bliźniego jak siebie samego stanowi wypełnienie całego prawa (por. Rz 13, 8 – 10), nie osłabia znaczenia przykazań, ale raczej je potwierdza, ukazuje bowiem ich wymogi i ich powagę. Miłość Boga i miłość bliźniego jest nieodłączna od zachowywania przykazań Przymierza odnowionego przez krew Chrystusa i przez dar Ducha Świętego. Chrześcijanie szczycą się tym, że słuchają raczej Boga niż ludzi (por. Dz 4, 19; 5, 29), co gotowi są poświadczyć nawet męczeństwem, jak to uczynili święci i święte Starego i Nowego Testamentu, którzy zasłużyli sobie na to miano, ponieważ woleli oddać życie raczej niż dokonać jakiegoś czynu sprzecznego z wiarą lub cnotą (…)” (Jan Paweł II, „Veritatis splendor”, n. 76).

    Nie jest więc tak, iż najwyższe przykazanie miłości może czynić dozwolonym coś, co w swej istocie jest zakazane i miłe Panu Bogu. Przeciwnie miłość do Pana Boga i bliźniego uzdatnia nas i umacnia do nienaruszania negatywnych zasad moralnych, choćby w najtrudniejszych okolicznościach.

    Wspomnę w tym miejscu, że perspektywa, jaką prezentuje na te kwestie pan Wit, bynajmniej nie jest tradycyjnie katolicka, ale jako żywo przypomina wywody jednego z twórców tzw. etyki sytuacyjnej anglikanina Josepha F. Fletchera.

    Człowiek ten w swej książce pt. „Situation Ethics. The New Morality” („Etyka sytuacyjna. Nowa moralność”) otwarcie negował istnienie absolutnych i bezwarunkowych zakazów moralnych. Wedle niego, ani kłamstwo, ani cudzołóstwo, ani mord niewinnego, jak również żaden z innych czynów, które tradycyjnie uważano za niemoralne ze swej natury, nie są złe w swej istocie i dlatego nie można ich traktować jako zawsze nieprawych i niedozwolonych. Zło i dobro takich aktów zależy, w mniemaniu Fletchera, od intencji i okoliczności im towarzyszących. Jeśli np. cudzołożymy, lub kłamiemy z miłości do innych bliźnich, to czyny te są dobre. Jeżeli jednak czynimy to z nienawiści, to wówczas są one złe. W ten sposób autor „Situation Ethics” zakwestionował też jedność pomiędzy najwyższym prawem miłości a pozostałymi Bożymi przykazaniami. O ile bowiem tradycyjne prawowierne chrześcijaństwo uznawało, iż miłość do Boga i bliźniego będzie nas prowadzić do absolutnego i bezwarunkowego przestrzegania moralnych zakazów, o tyle Fletcher twierdził coś zupełnie odwrotnego. Wedle niego miłość nieraz koliduje z Bożym prawem i dlatego są sytuacje, w których prawdziwie pojmowana miłość będzie wymagała złamania negatywnych norm moralnych.

    ***

    Pan Ludwik Wit w swej apologii etyki sytuacyjnej sięga po doświadczony sposób kwestionowania „absolutyzmu moralnego” i podaje przykład „Żydów w piwnicy”, których w czasie II wojny światowej należałoby chronić także za pomocą kłamstwa. Tak sformułowane stanowisko jest jednak niezgodne z wielowiekowym nauczaniem katolickim wyrażonym, chociażby w tych wypowiedziach:

    „Nie trzeba mniemać, iż kłamstwo nie jest grzechem, skoro posługuje na korzyść cudzą (…) Czy kłamstwo może kiedykolwiek nie być złem? Czy może kiedykolwiek być dobrem? (…) Powinniśmy nienawidzieć powszechnie wszelkiego rodzaju kłamstwa, ponieważ nie ma żadnego, które przeciwnym nie byłoby prawdzie. Podobnie jak nie masz zgody pomiędzy światłem a ciemnością, między religią a bezbożnością, zdrowiem a chorobą, życiem a śmiercią: tak też nie ma żadnej godziwej umowy między kłamstwem a prawdą. O ile ta jest dla nas drogą, o tyle kłamstwem brzydzić się powinniśmy. Ale oto jest człowiek niewinny, któremu trzeba ocalić życie, oświadczając wbrew prawdzie, że nie wiemy gdzie się ukrył. Czy powiedzielibyście to samo w obecności najwyższego Sędziego, któryby wam zadał to pytanie? Czyliż nie jest większą odwagą i cnotą odpowiedzieć: Nie będę ani donosicielem ani kłamcąBiskup Thagaste, imieniem Firmus wezwany imieniem cesarza, o wydanie człowieka, który się ukrywał u niego, odpowiedział śmiało, że nie chce ani kłamać, ani wydać nieszczęśliwego, woląc raczej wycierpieć najsroższe męki, niżeli uczynić to, czego wymagają po nim, lub powiedzieć fałsz. (…) Gdy nas przymuszają do kłamania z powodu zbawienia wiekuistego jakiej osoby, na przykład gdy idzie o udzielenie jej sakramentu chrztu świętego, do kogoż wtedy mam się uciec, jeżeli nie do ciebie; o prawdo święta? Ale czy prawda może pozwolić dopuścić się kłamstwa? (…) Nie uważane są za kłamstwa, pewne żarty, w których jawnie okazuje się ze sposobu, w jakim je wyrażamy, że nie mamy zamiaru oszukiwać, nawet mówiąc nieprawdę” (Św. Augustyn z Hippony) [2].

    „Unikajmy troskliwie wszelkiego rodzaju kłamstwa. Są wprawdzie kłamstwa lekkie: na przykład skłamać, aby ocalić życie bliźniemu swemu. Wszelako ponieważ powiedziane jest w Piśmie świętym: (Ks. Mądrości 1:11), tudzież (Ps 5: 5-6); nie masz żadnej wątpliwości, że każdy chrześcijanin, który pragnie przyjść do doskonałości, unikać powinien owych kłamstw usłużnych, stronić troskliwie od wszelkiego rodzaju skrytości, nawet w przypadku, o którym wspomnieliśmy, z obawy, iżby chcąc ocalić życie doczesne bliźniego, nie zaszkodzić dobru żywota duchownego (…)” (Papież św. Grzegorz Wielki)[3].

    „Nie wolno mówić kłamstwa, nawet by ocalić kogoś z jakiegokolwiek niebezpieczeństwa.” (Św. Tomasz z Akwinu).

    „Pismo św. Starego i Nowego Zakonu przestrzega nas przed kłamstwem. Czynią to i Święci, mówiąc, że nawet dla uratowania świata całego od zagłady nie należałoby kłamać. Choćby nawet przez kłamstwo można z piekła uwolnić potępionych i wprowadzić ich do nieba, nie wolnoby nam było tego uczynić. (…) Choćbyśmy mogli kogoś uchronić od śmierci kłamstwem, nie wolnoby go popełnić. (…) Dla ocalenia życia i majątku nie wolno zasmucać Boga, bo życie i majątek trwają do czasu, a Bóg i szczęśliwość duszy trwać będą na wieki” (Św. Jan Maria Vianney) [4].

    „Nigdy nie można kłamać, ani w żartach, ani dla własnej korzyści, ani dla korzyści kogoś innego, gdyż kłamstwo zawsze jest złem samym w sobie” (Katechizm św. Piusa X) [5].

    Dobra intencja (np. pomoc bliźniemu) nie czyni dobrym, ani słusznym zachowania, które samo w sobie jest nieuporządkowane (jak kłamstwo czy złorzeczenie). Cel nie uświęca środków (…) Kłamstwo jest ze swej natury godne potępienia. Jest profanacją słowa, które ma za zadanie komunikować innym poznaną prawdę. Dobrowolny zamiar wprowadzenia bliźniego w błąd przez wypowiedzi sprzeczne z prawdą narusza sprawiedliwość i miłość. Wina jest jeszcze większa, gdy intencja oszukania może mieć zgubne skutki dla tych, których odwraca od prawdy” (Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 1753; 2485) [6].

    Owszem, mniejszość teologów katolickich akceptuje tzw. zastrzeżenie domyślne w ramach, którego uważa się za dozwolone posługiwanie się pewnymi wyrażeniami dwuznacznymi, a czasami nawet nieprawdziwymi, o ile okoliczności czasu i miejsca pozwalają odbiorcy takich sformułowań łatwo domyśleć się, że nie ma on do czynienia z dosłownie prawdziwą informacją. Jednak i ci teolodzy nie nazywają tego kłamstwem, jednocześnie podtrzymując tradycyjne twierdzenie o tym, że uciekanie się do kłamstwa jest zawsze moralnie niedozwolone. Autor „Okiem tradycjonalisty” być może zdaje sobie sprawę z różnic pod względem bardziej szczegółowej definicji kłamstwa, które funkcjonowały w tradycyjnej moralistyce katolickiej, nie mniej jednak nic o nich nie wspomina i w swym filmiku po prostu potępia absolutny zakaz kłamstwa. Jest heretyckim sposobem mówienia mylenie kłamstwa z zastrzeżeniem domyślnym, tak jak heretyckim sposobem mówienia jest nazywanie kościelnych stwierdzeń nieważności mianem „kościelnych rozwodów”. Poza tym, gdyby pan Wit przychylał się do tej łagodniejszej definicji kłamstwa (która nie nazywa kłamstwem świadome mówienie nieprawdy w pewnych szczególnych okolicznościach), to i tak powinien mieć jako tradycyjny katolik szacunek dla bardziej rygorystycznej definicji kłamstwa, która historycznie była podtrzymywana przez większość teologów katolickich (w tym przez św. Augustyna i św. Tomasza z Akwinu). Jeszcze innymi słowy: pan Wit może twierdzić, iż świadome powiedzenie nieprawdy w sytuacji przysłowiowych już „Żydów w piwnicy” nie było kłamstwem, ale nie może on utrzymywać, że kłamstwo jest kiedykolwiek dozwolone. Jeśli używa on takiej terminologii, to wykracza tym samym poza granice katolickiej prawowierności. Poza tym autor „Okiem tradycjonalisty” powinien z szacunkiem odnosić się do tych, którzy twierdzą, że takie zachowanie byłoby kłamstwem i w związku z tym byłoby zakazane. Niestety u pana Wita okazywania takiego szacunku wobec tej bardziej „rygorystycznej” definicji kłamstwa nie widać. Sam osobiście, przychylam się do twierdzenia, iż wspomniane zachowanie nie byłoby jednak kłamstwem, nie mniej jednak szanuję pogląd tych, którzy twierdzili inaczej i zdaję sobie sprawę z tego, że moja opinia historycznie rzecz biorąc sytuowała się pośród mniejszości katolickich teologów.

    ***

    Nie za bardzo wiem, co pan Ludwik Wit ma na myśli, mówiąc, iż zwolennicy tradycyjnego absolutyzmu moralnego traktują niczym „prawo” wypowiedzi tych świętych pańskich, którzy aprobowali udział w wojnie sprawiedliwej. Jak dla mnie to jest bardzo dziwne sformułowanie i odnoszę wrażenie, że pan Wit próbuje tutaj włożyć własne wyobrażenia o sposobie myślenia zwolenników moralnego absolutyzmu w ich głowy. Osobiście, akceptuję ideę wojny sprawiedliwej dlatego, że jest ona wyrażona na kartach Pisma świętego oraz Magisterium Kościoła i owszem można ją traktować jako wyraz miłości do swych bliźnich (choćby tych słabych oraz bezbronnych, których trzeba zbrojnie bronić przed niesprawiedliwą napaścią). Przy tej okazji pozwolę sobie zauważyć, że autor „Okiem tradycjonalisty” ponownie wydaje się nie widzieć ważnych rozróżnień obecnych w tradycyjnym nauczaniu katolickim odnoszącym się do Piątego Przykazania. Mówi on bowiem tak, jakby zabijanie niesprawiedliwych napastników było wyjątkiem od tego przykazania. Tymczasem Piąte Przykazanie w absolutny sposób zakazuje bezpośredniego i zamierzonego zabijania niewinnych osób – nie zaś wszelkiego zabijania złoczyńców. I także na wojnie sprawiedliwej zakazane jest takie bezpośrednie zabijanie niewinnych – choćby i za jego pomocą można by ocalić jeszcze większą liczbę niewinnych ludzi.

    ***

    Co do sugestii, jakoby zwolennicy tradycyjnego absolutyzmu moralnego w swym spojrzeniu na te sprawy naśladowali żydów, to również się pan Ludwik Wit tu się myli. Błędem faryzeuszy było rygorystyczne spojrzenie na niektóre z przykazań, które nie miały w Bożym zamiarze mieć charakteru rygorystycznego. I tego typu przykazaniem był starotestamentowy nakaz święcenia soboty (por Mk 2, 23-28). Z drugiej strony faryzeusze potrafili być zbyt łagodni jeśli chodzi o przestrzeganie innych przykazań (patrz: Mt 15, 3-6). Nasz Pan Jezus Chrystus nie ganił też dokładnie wszystkiego czego nauczali faryzeusze, ale potrafił nawet wzywać do okazywania posłuszeństwa ich nauczaniu z jednej strony przy jednoczesnym unikaniu naśladowania ich uczynków z drugiej (patrz: Mt 23, 1-3). Ponadto o ile Pan Jezus wskazywał na to, iż faryzeusze zbyt rygorystycznie traktowali Boże przykazanie świętowania szabatu, to nie czynił takich uwag w stosunku do wielu z innych przykazań. Biorąc zaś pod uwagę okoliczności kulturowe i historyczne, w których przyszło na tej ziemi działać Jezusowi to wszak nie trudno sobie wyobrazić tym podobnych Jego uwag w odniesieniu do rzekomo zbyt rygorystycznego traktowania dajmy na to Bożego przykazania zakazującego cudzołóstwa i innych nieczystych występków. Wszak, niegdyś kobiety pozbawione opieki mężczyzn były nieraz „zmuszane” przez życie do uprawiania prostytucji – w przeciwnym razie mogła im nawet grozić śmierć głodowa. Czy jednak widzimy na kartach Ewangelii Jezusa sugerującego, iż wolno uprawiać prostytucję wówczas, gdy jest to konieczne do przeżycia? Czy kobiecie przyłapanej na cudzołóstwie (być może również prostytucji) Pan nasz Jezus Chrystus rzekł „Jeśli będziesz to czyniła po to by nie zginąć z głodu, to możesz to robić. Wszak nie człowiek jest dla Prawa, ale Prawo dla człowieka„? Oczywiście, Chrystus Pan nie przekładał narracji użytej przez siebie w odniesieniu do kwestii zasięgu obowiązywania przykazania święcenia szabatu do wszystkich innych przykazań. Co więcej, Pan Jezus Chrystus sugerował również, że pewnych rzeczy nie wolno czynić nawet dla ratowania własnego życia (Mt 10, 21-23), a w całym Piśmie świętym mamy przykłady oddanych Bogu mężczyzn i niewiast, którzy byli gotowi ponieść męczeńską śmierć niż złamać pewne z Bożych przykazań (np. Zuzanna – Dn 13: 22 – 23; Trzej hebrajscy młodzieńcy – Dn 3: 17 – 18; Matka i jej siedmiu synów – 2 Mch 7). Wszystkie te i tym podobne historie biblijne nie zostały spisane na próżno, ale Duch Święty natchnął autorów Pisma św. do ich utrwalenia po to by nas zbudować, poprawić i wychować ku prowadzeniu cnotliwego oraz sprawiedliwego życia (por. 2 Tm 3, 16).

    Konkluzja jaka więc się w tym miejscu nasuwa jest taka, iż pan Ludwik Wit na własną rękę interpretuje Pismo święte, tak wyrywając jego niektóre fragmenty z szerszego kontekstu, jak i wykładając je wbrew powszechnemu i zwyczajnemu nauczaniu Kościoła.

    Wracając zaś jeszcze do judaizmu to zakres przykazań, których nie wolno łamać nawet dla ratowania swojego życia jest w tej religii węższy niż w katolicyzmie i są nimi tylko trzy zakazy (bałwochwalstwa, cudzołóstwa i morderstwa), Tymczasem w katolicyzmie tego rodzaju czynów jest znacznie więcej. W jednym tylko cytowanym już powyżej przemówieniu Pius XII wymienia ich 21 (lub 22 – zależy jak liczyć).

    ***

    Cała sprawa z filmikiem pana Ludwika Wita jest zatem więcej niż dziwaczna. W swej opinii chce on więc bronić tradycyjnych katolików przed mającymi im zagrażać „judaizacją” i faryzejskim spojrzeniem na moralność, ale sam popada przy tym w herezje głoszone przez jednego z anglikańskich uczonych (wspomnianego wyżej Josepha F. Fletchera), którego tezy były niejednokrotnie odrzucane przez tak „przedsoborowe” jak i „posoborowe” Magisterium Kościoła. Autor kanału „Okiem tradycjonalisty” wypowiada się tak, jakby chronił prawdziwą wizję katolickiej moralności, a jednocześnie wydaje się nie mieć kompletnego pojęcia o jednej z podstawowych kategorii katolickiej doktryny moralnej, czyli prawdzie zakładającej istnienie czynów wewnętrznie złych, a przez to zawsze oraz wszędzie zakazanych.

    I powtarzam niniejszym, że pan Wit głosi w tym swym filmiku przynajmniej materialnie heretyckie tezy. Kwestionowanie wielowiekowego oraz powszechnego nauczania Kościoła w sprawach moralności również bowiem stanowi materię herezji.

    Przyjrzymy się bowiem znaczeniu, w jakim herezję określa choćby kanon 751 Kodeksu Prawa Kanonicznego. Jest tam mowa o tym, iż herezję stanowi odrzucanie bądź poddawanie w wątpliwość nauki, w którą należy wierzyć „wiarą Boską i katolicką”. Sobór Watykański I z kolei w rozdziale trzecim konstytucji „Dei Filius” przypomina:

    „Wiarą Boską i katolicką należy wierzyć w to wszystko, co jest zawarte w słowie Bożym pisanym lub podanym i co Kościół jako objawione od Boga do wierzenia podaje bądź uroczystym wyrokiem, bądź też w zwyczajnym i powszechnym nauczaniu”.

    Z połączenia tych dwóch wypowiedzi wynika więc, iż herezją jest kwestionowanie nauki, którą Kościół podaje do wierzenia za pośrednictwem swego uroczystego bądź też zwyczajnego i powszechnego nauczania. A Magisterium Kościoła uczy o tym, że objawione przez Boga zostały nie tylko pewne prawdy stricte religijne, ale do kategorii tej należą też zasady moralnego postępowania. Przedmiotem zaś powszechnego i zwyczajnego nauczania Kościół katolickiego jest istnienie czynów bezwzględnie zakazanych i wewnętrznie złych. Jak uczył Jan Paweł II:

    Istnienie szczegółowych norm moralnych odnoszących się do działania człowieka w świecie, których moc obowiązywania zawsze i w każdych okolicznościach wyklucza istnienie wyjątków, stanowi przedmiot odwiecznej nauki Tradycji i Magisterium Kościoła. Nauka ta nie może zostać poddana w wątpliwość przez teologa katolickiego” (Przemówienie z dń. 12. XII 1988 r.)

    W wielokrotnie już tu cytowanej encyklice „Veritatis Splendor” Jan Paweł II przypominał też, iż Kościół „zawsze” występował przeciw moralności sytuacjonistycznej.

    Co więcej zaś, można podać przykłady konkretnych wypowiedzi Magisterium Kościoła, w których pewne błędne wypowiedzi odnoszące się do postępowania na płaszczyźnie moralnej zostały zakwalifikowane jako właśnie „heretyckie”.

    I tak np. Sobór w Konstancji potępił następujący pogląd:

    „Każdy tyran może i powinien, w sposób dozwolony i słusznie, zostać zgładzony przez jakiegokolwiek swego wasala czy poddanego, także przy użyciu zasadzki, fałszywego pochlebstwa czy udawania miłości, bez względu na złożoną mu przysięgę albo zawarte z nim przymierze, bez czekania na wyrok czy polecenie jakiegokolwiek sądu” (Patrz: Sesja XVII, V, 2).

    Ojcowie tego soboru uzasadnili napiętnowanie owego poglądu, w taki oto sposób:

    Pragnąc przeciwstawić się temu błędowi i usunąć go z korzeniami, święty synod, po dojrzałym namyśle ogłasza, orzeka i ustala, że doktryna tego rodzaju jest błędna w wierze i z punktu widzenia obyczajów, odrzucają i potępia jako heretycką, gorszącą, wywołującą niepokój i otwierającą drogę dla fałszu, oszustwa, kłamstwa, zdrady i wiarołomstwa. Ponadto ogłasza, orzeka i określa, że ci, którzy z uporem podtrzymują tę najbardziej zgubną doktrynę, są heretykami i jako tacy powinni być karani według prawnych sankcji kanonicznych.” (Patrz: Sesja XVII, V, 3, podkreślenia moje – MS).

    Z kolei Sobór w Vienne tak wypowiedział się na temat tych, którzy broniliby uprawiania lichwy:

    (…) Jeśli ktoś popadłby w taki błąd, że śmiałby z uporem twierdzić, iż uprawianie lichwy nie jest grzechem, postanawiamy, że powinien być ukarany jako heretyk, przy czym zobowiązujemy stanowczo miejscowych ordynariuszy i inkwizytorów niegodziwości herezji, aby występowali przeciw oskarżonym lub podejrzanym o tego rodzaju błąd tak samo, jak nie wahają się występować przeciw oskarżonym lub podejrzanym o herezję.” (podkreślenie moje – MS).

    Kongregacja Nauki Wiary zaś w dokumencie o nazwie „Wyjaśnienie doktrynalne dotyczące końcowej części formuły <Wyznania wiary>” z dnia 29. 06. 1998 roku prawdę nauczania katolickiego głoszącą, iż: „bezpośrednie i umyślne zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej jest niezwykle poważnym wykroczeniem moralnym” zaliczała do rzędu tych prawd, które:

    „(…) powinny być przez wszystkich wierzących przyjęte z wiarą teologalną. Dlatego gdyby ktoś uporczywie podawał je w wątpliwość lub odrzucał, podlegałby cenzurze herezji, zgodnie z odnośnymi kanonami Kodeksów kanonicznych”.

    Nawet jeśli więc sytuacjonistyczna doktryna nie jest nazywana wprost mianem „heretyckiej”, to jasno wynika to z nauczania Magisterium. Odrzucanie nauki Kościoła, która w imię Jezusa jest „odwieczna” i była głoszona „zawsze” bezapelacyjnie stanowi herezję. Ergo, pan Ludwik Wit dopuścił się w swym filmiku głoszenia herezji – prawdopodobnie materialnej herezji, gdyż wynikającej z jego głębokiej niewiedzy odnośnie tego, co Magisterium Kościoła tradycyjnie głosiło na temat istnienia czynów wewnętrznie złych. W tym swym artykule wyłożyłem panu Witowi tę odwieczną doktrynę, a jeśli obawiając się, że pod wpływem jego lektury musiałby on zmienić swe zdanie na ten temat, nie przeczyta go nawet, to jego niewiedza może już nabrać charakteru zawinionego, a przez to zbliżającego go wówczas do popełnienia kanonicznego przestępstwa herezji formalnej.

    Mirosław Salwowski

    Źródło załączonego do tekstu obrazka: https://www.youtube.com/watch?v=vmBcWvynU48

    Przypisy:

    1. Cytat za: Zawsze Wierni, nr. 11/ 1996, s. 5.

    2. Cytat za: Ks. Ambroży Guillois, „Wykład historyczny, dogmatyczny, moralny, liturgiczny i kanoniczny wiary katolickiej”, Wilno 1863, s. 382, 380.
    3.  Cytat za: Ks. Ambroży Guillois, jw., s. 384.

    4. Cytat za, Bł. X. Jan Marya Vianney, „Kazania niedzielne i świąteczne”, Lwów 1906, tom I, s. 138 – 139, 140 – 141.

    5. Cytat za: „Katechizm św. Piusa X. Vademecum katolika„, Sandomierz 2006, s. 109.

    6. Cytat za: „Katechizm Kościoła Katolickiego„, Poznań 2002, s. 425; 568.

  4. Marsze pro-LGBT powinny być zakazane

    Możliwość komentowania Marsze pro-LGBT powinny być zakazane została wyłączona

    Dnia 29 października 2021 roku Sejm RP skierował do prac komisji obywatelski projekt ustawy zakładający prawny zakaz organizowania zgromadzeń publicznych mających m.in. na celu propagowanie zachowań nieheteroseksualnych lub też związków o charakterze poligamicznym. Rzecz jasna, w praktyce uchwalenie takiego prawa, w głównej mierze uderzałoby w legalną możliwość organizowania tzw. marszów równości, czyli demonstracji organizowanych od kilkunastu lat w naszym kraju przez ruchy LGBT. Jako że pojawiło się kilka głosów zaangażowanych katolików (w tym najbardziej znany pochodzi od p. Tomasza Terlikowskiego) mocno polemizujących z ideą wprowadzenia takiego zakazu, chciałbym niniejszym odnieść się do wysuwanych przez nich argumentów.

    Oczywiście, jedną z najbardziej akcentowanych kwestii podnoszonych przez katolickich przeciwników ustawy zabraniającej marszów pro-LGBT jest zasada wolności słowa, która ma być naruszana przez wynikający z niej zakaz. Na ten argument można szczerze i otwarcie odpowiedzieć, iż taki zakaz rzeczywiście ograniczałby wolność słowa – jednak ta swoboda nie jest dobrem absolutnie nienaruszalnym. Tę prawdę (a więc, że wolność słowa nie powinna być nieograniczona) rozumie wciąż większość prawodawców, którzy utrzymują w mocy różne jej prawne ograniczenia. W naszym kraju nielegalne jest np. publiczne pochwalanie faszyzmu, komunizmu, pedofilii, zniesławianie innych osób, ujawnianie tajemnic państwowych. Co warto podkreślić w tym momencie to fakt, iż duża część z tych prawnych ograniczeń wolności słowa nie dotyczy sytuacji, w których skorzystanie z tej swobody mogłoby w bezpośredni sposób prowadzić do naruszenia czyjejś wolności. Owszem, pochwalanie komunizmu czy faszyzmu hipotetycznie rzecz biorąc, mogłoby w dalszej perspektywie wieść do poważnego ograniczenia wolności wielu ludzi (zakładając, że dałoby się do tego przekonać odpowiednio wiele osób), ale nawet coś takiego samo w sobie nie ogranicza ani bezpośrednio nie prowadzi do naruszenia czyjejś wolności. Ktoś może wszak uważać i dodatkowo publicznie to wyrażać, że „wrogów klasowych” należałoby w dobrze urządzonym społeczeństwie zamykać w łagrach, ale samo publiczne wyrażenie takiego poglądu nie prowadziłoby jeszcze w prostej linii do tego, że ów postulat zostałby zrealizowany. W tym sensie więc publiczne pochwalanie komunizmu ani bezpośrednio nie naruszałoby czyjejś wolności, ani też nawet w bardziej bliski sposób by do tego nie prowadziło. Paradoksalnie rzecz biorąc, sami aktywiści pro-LGBT de facto często przyznają, że wolność słowa powinna być prawnie ograniczana, nawet jeśli bezpośrednio nie narusza ona wolności innych ludzi. Jeśli bowiem poprzez prawne zakazy „mowy nienawiści” oraz „homofobii” coraz częściej rozumie się wyrażenie swego przekonania o poważnej grzeszności aktów homoseksualnych, to jest właśnie dowód na to, że przynajmniej część działaczy ruchów LGBT, którzy dążą do kryminalizacji „homofobii” w tym konkretnym aspekcie nie popiera libertariańskiego pojmowania wolności słowa.

    Ktoś, rzecz jasna, może twierdzić, iż nawet współczesne, a przywołane przeze mnie wyżej ograniczenia wolności słowa są niesłuszne, a władze cywilne powinny penalizować tylko te z nich z nich, które nawołują do bezpośredniego naruszania czyjejś swobody albo też bezpośredniego łamania prawa. Wyobraźmy sobie jednak sytuację, w której ów „ideał” były konsekwentnie wdrażany w życie … Na ulicach naszych miast widzielibyśmy wówczas demonstracje nie tylko nazistów czy komunistów, ale też zwolenników legalizacji pedofilii. W mass mediach reklamowano by narkotyzowanie się, pijaństwo, kazirodztwo oraz handlowanie własnymi organami, a rasistowski sklepikarz mógłby dumnie wywiesić na swej własności hasło: „Czarnuchom wstęp wzbroniony. To moja własność i mam prawo nie wpuszczać do niej tych, których nie życzę sobie widzieć!„. Czy naprawdę w imię libertariańsko oraz skrajnie liberalnie pojmowanej wolności słowa chcielibyśmy żyć w takim państwie i społeczeństwie? Mimo wszystko myślę, że większość ludzi wciąż rozumie albo przynajmniej wyczuwa, że prawne ograniczenia wolności słowa sprowadzające się jedynie do zakazu bezpośredniego naruszania czyjejś wolności albo też stwarzania bardzo poważnego ryzyka jej naruszania, nie byłyby słuszne i odpowiednie. Władze cywilne powinny bowiem chronić ludzi nie tylko przed jawnym naruszaniem ich wolności, ale także winny bronić ich przed np. manipulacją, żerowaniem na ich niewiedzy czy też trudnej sytuacji materialnej. Państwo jest też od tego, by chronić inne niż fizyczne dobra swych obywateli (stąd np. zakazuje się szerzenia oszczerstw). Czasami też rządzący winni chronić ludzi przed zadawaniem sobie samemu poważnej krzywdy – i dlatego nielegalne powinno być np. namawianie choćby i dorosłych osób do samobójstwa czy samookaleczenia się. Oczywiście, to nie znaczy, że władze cywilne powinny karać wszystkie złe moralnie czyny. Niektóre ze złych moralnie uczynków są relatywnie nieznacznie szkodliwe społecznie (np. obżarstwo czy całkowicie samotnie i sekretnie czyniony onanizm) i w związku z tym ich prawne karanie byłoby z zasady nieroztropne. Karalność zaś niektórych z innych wypaczeń nie leży w samodzielnej kompetencji państwa (np. tych błędnych religii, które nie naruszają naturalnego prawa moralnego) i jeśliby rozważać stosowanie w tej sferze pewnych cywilnych represji to tylko w przypadku, gdyby władze kościelne w wyraźny sposób udzieliły rządzącym do tego swego upoważnienia. Istnieje jednak moralne prawo władz cywilnych do karania tych grzechów, które w poważny sposób krzywdzą innych ludzi (choćby i ktoś godził się dobrowolnie na taką krzywdę, np. skuteczne namawianie do samobójstwa), przez co w ewidentny sposób naruszają one tak prawo naturalne, jak i porządek sprawiedliwości. Tego rodzaju grzechy mogą być przez rządzących karane, nawet gdy dokonywane są w sferze prywatnej; a więc logicznie rzecz biorąc, tym bardziej zakazane powinno być ich publiczne propagowanie.

    ***

    Czy zachowania homoseksualne należą zatem do tych grzechów, które winny być przez władze cywilne karane, nawet wówczas, gdy nie wiążą się ono z gwałceniem czyjejś wolności? Sądzę, że tak, gdyż takie grzechy są jawnym i bardzo poważnym naruszeniem naturalnego prawa moralnego, które często wiąże się z narażaniem swego oraz czyjegoś zdrowia i życia na niemałe ryzyko (vide: AIDS, choroby weneryczne, rak jelita grubego, zaburzenia w kontrolowaniu odruchów defekacyjnych). Ponadto, rozprzestrzenianie się czynów homoseksualnych niejednokrotnie dokonuje się na drodze wykorzystywania czyjegoś braku życiowego bądź seksualnego doświadczenia. W Polsce np. 16-letni chłopiec może w legalny sposób wyrazić zgodę na odbycie stosunku seksualnego z 40-letnim mężczyzną. Nawet gdyby podwyższyć ten wiek zgody do lat 18, to dysproporcja pomiędzy poziomem życiowych doświadczeń 18-latka i 40-latka jest bardzo poważna i temu drugiemu bardzo łatwo jest manipulować tym pierwszym. Jeśli więc władze cywilne mają moralne prawo do zabraniania nawet prywatnych aktów homoseksualnych, to tym bardziej słusznym może być karanie ich publicznego propagowania. Tak zwane Marsze Równości mają zaś na celu normalizację takich zachowań – a co za tym idzie, rządzący mogą słusznie ich zakazywać.

    ***

    To, co powyżej piszę o słuszności kryminalizacji nawet prywatnych aktów homoseksualnych, nie jest moim wymysłem. To, nie ja, ale sam Bóg wymyślił prawną karalność takich grzechów. W Starym Zakonie Bóg wszak nakazał karać czyny homoseksualne śmiercią (Kpł 20, 13). Powie ktoś, że prawa karno-cywilne Starego Przymierza nie obowiązują chrześcijańskich władców. To prawda, niemniej jednak fakt, że Bóg rozkazał surowo karać czynnych homoseksualistów, oznacza, że takie karanie nie jest samo w sobie sprzeczne z miłością bliźniego, gdyż Bóg jest Miłością (patrz: 1 J 8, 4) i nie nakazuje on w związku z tym rzeczy, które są sprzeczne z Jego charakterem i które jako takie byłyby złe (por. Syr 15, 19-20). Nawet zaś, jeśli przyjmiemy, że kara śmierci za czyny homoseksualne odnosiła się tylko do narodu żydowskiego w czasach Starego Przymierza, to takowa konstatacja nie oznacza jeszcze, że w czasach Nowego Przymierza owe zachowania nie powinny być przez władze cywilne karane choćby i w łagodniejszy sposób. Także bowiem Stary Testament jest odbiciem mądrości, miłości i sprawiedliwości Stwórcy i nawet jeśli w czasach spisywania tej Księgi potrzebne były Żydom bardziej surowe prawa niż dziś, to nie jest równoznaczne ze stwierdzeniem, że w takim razie nie powinniśmy się kierować choćby tylko duchem tych praw. Oczywiście, że należy kierować się duchem (choć nie zawsze literą) starotestamentowego prawa cywilnego i karnego, gdyż jest on odbiciem Bożego charakteru. Przykładowo, jedno z praw cywilnych Starego Przymierza mówi, iż ludzkie odchody powinny być zakopywane w ziemi (Pwt 23, 9-14) – czy to oznacza, że pod rządami Nowego Testamentu ludzie nie powinni się troszczyć o utylizację fekaliów i np. załatwiać swe potrzeby fizjologiczne, gdzie popadnie? Rzecz jasna, że nie o to chodzi i nawet jeśli nie jesteśmy zobowiązani do zakopywania odchodów w ziemi, gdyż możemy je usuwać za pomocą innych środków – dajmy na to kanalizacji – to troska o higienę w tym zakresie jest nadal aktualna i ważna. Podobnie, choć chrześcijańscy władcy nie są zobowiązani do karania homoseksualizmu śmiercią, nie oznacza to, że w takim razie nie powinni oni zakazywać go za pomocą innych sankcji karnych.

    Prawna karalność czynów homoseksualnych jest też historyczną zdobyczą cywilizacji chrześcijańskiej. Przed tym wszak, jak chrześcijaństwo zyskało znaczący wpływ na prawo i życie społeczne starożytnego Rzymu oraz Grecji różne formy homoseksualizmu cieszyły się w nich tak moralną, jak i prawną akceptacją. Tyczyło się to zwłaszcza uwodzenia młodych chłopców przez starszych mężczyzn oraz bycia stroną aktywną w czasie homoseksualnych praktyk. Dopiero w 390 roku po Chrystusie, wówczas, gdy chrześcijaństwo było już religią panującą pod naciskiem św. Ambrożego, w Imperium Rzymskim zdelegalizowano wszelkie praktyki homoseksualne. Podobnie zresztą sytuacja wyglądała w innych rejonach świata, gdzie dominujące wcześniej pogaństwo było skłonne mniej lub bardziej akceptować homoseksualizm, jednak pod wpływem presji chrześcijan wprowadzało moralne i prawne obostrzenia wobec tej ohydy. Przykładowo, w pogańskiej Japonii stosunki homoseksualne nigdy nie były prawnie zakazane z wyjątkiem lat 1873 – 1880 kiedy to władze tego kraju zaczęły się otwierać na wpływy chrześcijańskiego Zachodu.

    Ponadto, Kościół katolicki w swych aktach magisterialnych i dyscyplinarnych nigdy w swej historii (nawet aktualnej) nie sprzeciwiał się kryminalizacji aktów homoseksualnych, a przeciwnie nieraz sugerował słuszność takowego prawnego zakazu. Czynił tak, chociażby Sobór Laterański V, gdy ogłaszał co następuje:

    Aby zaś zwłaszcza duchowni żyli w czystości i wstrzemięźliwości wedle zasad kanonów, postanawiamy, aby czyniący przeciwnie byli zgodnie z nimi karani. Jeśliby komuś, świeckiemu lub duchownemu, udowodniono zbrodnię, z powodu której „nadchodzi gniew Boży na buntowników”*, zostanie ukarany karami przewidzianymi przez święte kanony lub prawo cywilne. (Źródło: ks. Arkadiusz Baron, Henryk Pietras SJ, „Dokumenty Soborów Powszechnych”, t. 4, Kraków: Wydawnictwo WAM 2004, s. 101)

    Z kolei papież św. Pius V w bullach „Horrendum illud scelus” i„Cum Primum”, nakazując przekazywanie winnych czynów homoseksualnych księży władzy świeckiej, by ta skazywała ich na karę śmierci. Pius XI zaś w encyklice „Casti Connubii” nauczał, iż władze cywilne mają prawo oraz obowiązek karania niemałżeńskich związków seksualnych. I bynajmniej postulat delegalizacji owej nieprawości nie jest tylko reliktem „przedsoborowej” nauki Kościoła, gdyż jeszcze w wydanym przez papieża Benedykta XVI w 2006 roku „Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego” przeczytać możemy, iż „rozprzestrzenianie ciężkich wykroczeń przeciwko czystości winno być zakazane przez władze cywilne stosownymi prawami” (n. 494), a w punkcie poprzedzającym to stwierdzenie do takich występków zaliczono m.in. czyny homoseksualne (n. 492). Oczywiście, tzw. Marsze Równości mając na celu normalizację w społeczeństwie zachowań sodomskich przyczyniają się też do szerszego ich występowania, a więc interpretacja, iż zgodne z nauczaniem papieża Benedykta XVI byłoby ich prawne zakazanie nie wydaje się być nadużyciem.

    Wracając zaś do samej zasady wolności słowa to papież Leon XIII w encyklice „Libertas praestantissimum” tak uczył o słusznych i sprawiedliwych jej ograniczeniach:

    Zastanówmy się nieco nad wolnością słowa i wyrażania pismami tego wszystkiego, co się tylko spodoba. Ta wolność, jeżeli nie jest należycie miarkowaną, ale statek i granicę przekracza, to nie potrzeba nawet mówić, iż nie może mieć racji prawa. Prawo bowiem, to moralna moc, o której jak powiedzieliśmy i co częściej powtarzać należy, niedorzecznie byłoby utrzymywać, iż ją natura dała porównie i pospólnie tak prawdzie jak kłamstwu, zacności i brzydocie. Prawem jest, aby to, co jest prawdziwym, co jest uczciwym, swobodnie i roztropnie w państwie rozszerzać, iżby się stało własnością jak największej liczby osób; natomiast sprawiedliwe jest, aby kłamstwa opinie, ponad które nie masz większej zarazy dla umysłu; dalej występki, które ducha i obyczaje psowają, stłumiała pilnie publiczna władza, iżby się ze zgubą rzeczypospolitej nie zdołały rozpościerać. Słuszne jest, aby zboczenia rozpasanego umysłu, które bez wątpienia przyczyniają się do obałamucenia nieuczonego tłumu, powściągała tak samo powaga ustaw, jak zamachy gwałtu przeciw słabszym. I to tym bardziej, że znacznie większa część obywateli albo wcale nie potrafi, albo też nie bez największej trudności, oprzeć się kuglarstwom i sztuczkom dialektyki, zwłaszcza wtenczas, gdy te namiętnościom schlebiają. Dozwólcie każdemu z nieograniczoną swobodą mówić i pisać, a nie pozostanie nic świętego i nie zaczepionego: nie oszczędzą nawet owych największych i niewzruszonych zasad natury, które za wspólne, a zarazem najszlachetniejsze dziedzictwo rodzaju ludzkiego uważać należy. Tak więc po stopniowym przysłanianiu prawdy, cieniami, co często się zdarza, zapanuje z łatwością zgubny i różnoraki błąd mniemań. Z takiego stanu odniesie swawola tyle korzyści, ile wolność szkody: tym obszerniejszą bowiem i więcej ubezpieczoną staje się wolność, im silniej spętaną swawola. Lecz w materiach wolnych, które Bóg roztrząsaniu ludzi pozostawił, dozwolonym jest oczywiście myśleć, co się podoba, i swe myśli wolno wypowiadać, natura nie sprzeciwia się temu: taka bowiem wolność nie doprowadziła nigdy ludzi do przytłumienia prawdy, raczej często do jej zbadania i wykrycia.

    ***

    Mimo jednak przytoczonego przeze mnie powyżej tak „przed”, jak i „posoborowego” nauczania Kościoła o słusznych ograniczeniach tak wolności słowa, jak i pewnych prywatnie czynionych grzechów, część katolików może upierać się przy tym, że „aktualna” doktryna kościelna wręcz potępia postulaty takich zakazów. Owi katolicy powołują się tu na punkt 2358 Katechizmu Kościoła Katolickiego, w którym uczy się, że osoby homoseksualne powinny być traktowane w sposób pozbawiony wobec nich „jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji„. Interpretacja tego katechizmowego zapisu w duchu, jakoby każdego rodzaju dyskryminacja wobec takich ludzi była od razu „niesłuszną” czy „niesprawiedliwą” jest jednak nadinterpretacją. Oczywiście, może istnieć niesłuszna dyskryminacja osób homoseksualnych, ale nie każde ich dyskryminowanie jest niegodziwe. Jeśli odmawiamy takim ludziom pewnych naturalnych uprawnień, np. sklepikarz nie sprzeda chleba „gejowi” albo lekarz odmówi udzielenia pomocy medycznej takiej osobie to jest to przejaw ich niesłusznej dyskryminacji. Taka dyskryminacja nie odnosi się bowiem do złych moralnie działań tych osób, ale ich nie związanych z tym działań (potrzeby jedzenia, leczenia się, etc). Dyskryminacja jednak odnosząca się do ograniczania czy zakazywania ich obiektywnie złych działań (albo też blisko się do realizacji tego zła mogących odnosić) jest słuszna, godziwa i sprawiedliwa. Kardynał Joseph Ratzinger, w dokumencie Kongregacji Nauki Wiary „Omosessualit” precyzował rozróżnienie pomiędzy sprawiedliwą i niesprawiedliwą dyskryminacją homoseksualistów i lesbijek:

    Istnieją dziedziny, w których nie jest przejawem niesprawiedliwej dyskryminacji uwzględnienie skłonności seksualnej, na przykład gdy chodzi o adopcję dziecka lub powierzenie go opiekunom, zatrudnienie nauczycieli lub trenerów sportowych, służbę wojskową. Osoby homoseksualne, jako osoby ludzkie, mają te same prawa co wszyscy ludzie, w tym prawo do takiego traktowania, które nie uwłacza ich godności osobistej. Obok innych praw wszyscy ludzie mają prawo do pracy, mieszkania itd. Nie są to jednak prawa absolutne. Mogą zostać słusznie ograniczone ze względu na obiektywne nieuporządkowane zachowania zewnętrzne. Jest to nie tylko dopuszczalne, ale konieczne. Co więcej, zasada ta dotyczy nie tylko przypadków zachowań zawinionych, ale także działań osób chorych fizycznie lub umysłowo. Jest zatem przyjęte, że państwo może ograniczyć możliwość korzystania z pewnych praw, na przykład osobom cierpiącym na chorobę zakaźną lub umysłową, by chronić dobro wspólne” (tamże: n. 11-12).

    ***

    Niektórzy katolicy mogą jednak lekceważyć również „posoborowe” nauczanie katolickie powołując się na niektóre z wypowiedzi aktualnego papieża Franciszka, w których ten z aprobatą wypowiadał się nawet o instytucji związków cywilnych dla osób tej samej płci. Skoro więc, nawet związki partnerskie dla takich ludzi miałyby być akceptowane to logicznym wydawałoby się popieranie legalności publicznego promowania aktów sodomskich. Na ten argument trzeba odpowiedzieć, iż przywołane wypowiedzi Franciszka, choć były wyrażane publicznie, to nie należą do jego urzędowego, oficjalnego nauczania. Wszystkie one były wyrażane kanałami nieoficjalnymi (np. wywiadami dla mass mediów), a więc nie mają one rangi wiążącego sumienia katolików Magisterium. Nie byłbym też na 100 procent pewien, iż wspieranie w pewnych okolicznościach kulturowych i historycznych wprowadzenia instytucji związków partnerskich w sposób absolutny musi zakładać uniwersalny sprzeciw wobec kryminalizacji choćby i prywatnych aktów homoseksualnych wówczas, gdy roztropność by na to pozwała. Sam mogę się przyznać do tego, iż jako zwolennik takiej penalizacji, czasami rozważałem to, czy w sytuacji gdy aktów homoseksualnych nie dałoby się zakazać, lepsze dla takich osób nie byłoby wprowadzenie czegoś, co przynajmniej teoretycznie mogłoby ograniczać ich bardzo częstą oraz wybujałą rozwiązłość? Innymi słowy, czy wprowadzenie instytucji zakładającej jakąś wierność i stałość nie byłoby lepsze od przysłowiowego skakania z „kwiatka na kwiatek”? Oczywiście, nawet stała i wierna sobie relacja dwóch homoseksualistów czy lesbijek jest materią bardzo ciężkiego grzechu, jednak czymś jeszcze gorszym i sprawiającym wiele krzywd jest ciągłe zmienianie swych partnerów (bądź partnerek). Choć tego nie popieram, to rozumiałbym więc kogoś, kto w imię ograniczania rozwiązłości osób homoseksualnych wspierałby tworzenie dla nich stałych związków opartych na wierności. I jeszcze raz podkreślam, nie musiałoby się to w sposób konieczny wykluczać z tym, że ta sama osoba uznawałaby za moralnie uzasadnione karanie przez władze cywilne wszelkich aktów sodomskich wówczas, gdy okoliczności by na to pozwalały. Nie sądzę, by podobny styl rozumowania stał za wypowiedziami Franciszka na ów temat, nie mniej jednak wskazuję, że nie musi być absolutnej i niedającej się usunąć sprzeczności pomiędzy oboma wskazanymi wyżej postulatami.

    ***

    Kolejnym argumentem przeciw delegalizacji tzw. marszów równości może być powołanie się na tradycyjnie katolicką zasadą tolerowanie mniejszego zła. Czasami wszak nie tylko można, ale należy tolerować coś, czego zakazanie mogłoby przynieść gorsze skutki. Na przykład, w czasie wojny dowódca armii może tolerować fakt korzystania przez jego żołnierzy z usług prostytutek, jeśli poważnie obawia się, że w razie zakazu takiego zachowania, jego podwładni częściej gwałcili by kobiety i dziewczęta. Zgwałcenie jest większym złem niż skorzystanie z usług prostytutki, a więc w takich okolicznościach dowódca armii mógłby słusznie tolerować to drugie po to, by ograniczyć występowanie tego pierwszego. Zaznaczam, że mówię tutaj o tradycyjnie pojmowanej tolerancji, a nie czymś, co byłoby już formalną współpracą ze złem, a więc np. pochwalaniu, doradzaniu czy nakazywaniu żołnierzom czynienia aktów seksualnych z prostytutkami. To drugie byłoby oczywiście zawsze złe i moralnie zakazane. Co innego, tradycyjnie pojmowane tolerowanie mniejszego zła (czyli jego niekaranie), a co innego zachęcanie doń czy bezpośrednie współuczestniczenie w nim (co jest zawsze zabronione).

    Czy zatem należy we współczesnych czasach prawnie tolerować nawet publiczną propagandę aktów homoseksualnych z obawy, by próba jej zakazania nie dała jeszcze gorszych efektów (np. czynienia z aktywistów LGBT męczenników, dojście do władzy lewicy i liberałów)? Cóż, odpowiedź na to pytanie nie wydaje mi się łatwa, ale nawet gdyby była ona pozytywna, to uwarunkowana okolicznościami tymczasowa tolerancja dla takich niegodziwości nie powinna zakładać zaprzeczania z samej swej natury moralnemu prawu władz cywilnych do ich karania. Poza tym realistycznie na to patrząc, to nie istnieją duże szanse na delegalizację marszów równości, ale samo podnoszenie takiego postulatu może mieć swą pozytywną wartość. A to dlatego, że jego głoszenie w przestrzeni publicznej może przecierać w dalszej przyszłości szlaki do faktycznego spełnienia tym podobnych pomysłów. Poza tym doświadczenie wydaje się pokazywać, że im bardziej ustępuje się ruchom LGBT pola, tym bardziej się one agresywne w swych dążeniach i postulatach. Pokazanie im bardziej twardego sprzeciwu być może więc będzie opóźniać ich marsz przez instytucje, kulturę oraz prawo.

    ***

    Trafnym argumentem nie jest też wskazywanie na to, iż pijaństwo uderza bardziej w dobro rodziny i społeczeństwa niż sodomia. Owszem, można powiedzieć, że tak jest, choćby dlatego, że upijanie się stanowi przywarę u większej ilości ludzi niż czyny homoseksualne. Tyle że akurat na płaszczyźnie prawnej władze cywilne naszego kraju uczyniły wiele by zniechęcać ludzi do pijaństwa. Zakazane jest wszak np. sprzedawanie alkoholu osobom nietrzeźwym i nieletnim, reklamowanie trunków za pomocą pozytywnych skojarzeń z pijaństwem, a osoby mające duże problemy z upijaniem się mogą nawet być przymusowo skierowane na leczenie odwykowe. Zapewne istnieją poważne problemy z praktyczną realizacją tych dobrych praw, nie mniej jednak nie można powiedzieć, że rządzący nie robią nic, by chronić małoletnich, rodziny i społeczeństwo przed pijaństwem. Zakaz organizowania demonstracji wspierających LGBT byłby zatem analogiczny do wspomnianych przeze mnie ograniczeń prawnych tyczących się używania oraz promowania napojów alkoholowych. Zaznaczam, że moje powyższe przychylne odniesienia do zwalczania pijaństwa za pomocą prawa nie są w żadnym razie oznaką popierania przeze mnie prohibicji alkoholowej, którą to oceniam jako prawo przesadzone, a przez to nieodpowiednie.

    ***

    Nie jest wreszcie trafnym argumentem sugestia, jakoby karanie publicznego propagowania grzechów sodomskich było równoznaczne z obdarzeniem nienawiścią osób je czyniących. Wręcz przeciwnie, karanie nieprawości może być aktem miłości – tak do ich ofiar, do społeczeństwa, które ma być przed nimi chronione, jak i do samych sprawców, których w ten sposób chce się poprawić, a przynajmniej ograniczyć ich złe oddziaływanie na innych. Święty Tomasz z Akwinu omawiając przykazanie miłości bliźniego, tak o tym pisał:

    To nie jest grzech, kiedy według wymagań sprawiedliwości ogranicza się złych ludzi w ich działaniu. Ci, którzy to czynią, według Apostoła „z woli Boga pełnią swój urząd” (Rz 13, 6). I jest to wyrazem miłości, kara bowiem służy duchowemu dobru. Poza tym dobro społeczności jest cenniejsze niż dobro pojedynczego człowieka (Cytat za: Św. Tomasz z Akwinu, „Wykład pacierza”, Wydawnictwo „W drodze”, Poznań 2019, s. 195-196).

    ***

    Na sam koniec chciałbym zaznaczyć, że fakt popierania przeze mnie ustawy zakazującej „marszów równości” nie jest w mym wypadku równoznaczny ze wspieraniem wszystkich elementów otoczki temu towarzyszącej bądź ją poprzedzającej. Bardzo krytycznie odnoszę się np. do wypowiedzi pani Kai Godek (inicjatorki zbiórki podpisów pod rzeczonym projektem ustawy), w której twierdziła ona, że „geje chcą adoptować dzieci, by je gwałcić„. Nie ma dowodów na słuszność hipotezy, iż większość osób homoseksualnych molestuje adoptowane przez siebie dzieci, a tym bardziej nie ma przesłanek, by uznawać, iż większość takich ludzi czyni to w sposób intencjonalny. Tego rodzaju wypowiedzi należy więc uznać za obiektywnie oszczercze albo będące przynajmniej materią grzechu lekkomyślnego i pochopnego osądu swych bliźnich. O nikim nie należy mówić nieprawdy, choćbyśmy bardzo krytycznie odnosili się do pewnych złych działań danej osoby. Uważam też za co najmniej przesadzone i nieadekwatne analogie, jakie pomiędzy ruchem LGBT a nazistowską III Rzeszą snuł przy prezentowaniu projektu ustawy w Sejmie RP pan Krzysztof Kasprzak (najbliższy współpracownik Kai Godek). Należy jednak oddzielić ziarno od plew, a więc nie zawsze właściwe uzasadnienia od jako takiego słusznego postulatu prawnego zakazu organizowania pro-sodomskich manifestacji.

    Mirosław Salwowski

    Przeczytaj też:

    10 powodów dla których czyny homoseksualne powinny być prawnie zakazane i karalne

    O dobrej i złej „homofobii”

    Które grzechy powinni być karane przez państwo?

    Czy karanie homoseksualistów jest sprzeczne z szacunkiem i miłością do nich?

  5. Czy Jan Paweł II nauczał, iż wolno jest kłamać w obronie przed niesprawiedliwą agresją?

    Możliwość komentowania Czy Jan Paweł II nauczał, iż wolno jest kłamać w obronie przed niesprawiedliwą agresją? została wyłączona

    Jako że przy różnych okazjach bronię tradycyjnego nauczania Kościoła o tym, iż kłamstwo jest zawsze i wszędzie moralnie niedozwolone, od czasu do czasu zdarza mi się w kontrze do tego usłyszeć twierdzenie, jakoby papież Jan Paweł II miał twierdzić na ten temat coś innego. Mianowicie niektóre osoby utrzymują, iż tenże Biskup Rzymu nauczał, że moralnie dozwolone jest kłamać w pewnych ekstremalnych sytuacjach, a więc np. w obronie przed niesprawiedliwą agresją. W tym mym artykule zamierzam dowieść, że nie jest prawdą to twierdzenie na temat rzekomych wypowiedzi Jana Pawła II na ów temat, i tak naprawdę formuła w rodzaju „Wolno kłamać w sytuacjach ekstremalnych” nigdy nie została przez tego papieża wypowiedziana.

    ***

    Zacznijmy od tych wypowiedzi magisterialnych, które nastąpiły za pontyfikatu Jana Pawła II, a przytaczane są często na rzecz tezy, jakoby tenże papież zaaprobował mówienie kłamstwa w pewnych ekstremalnych sytuacjach.

    A więc przytacza się w tym kontekście punkty numer 2488 oraz 2489 Katechizmu Kościoła Katolickiego, gdzie czytamy:

    2488 Prawo do ujawniania prawdy nie jest bezwarunkowe. Każdy powinien dostosowywać swoje życie do ewangelicznej zasady miłości braterskiej. W konkretnych sytuacjach wymaga ona rozstrzygnięcia, czy należy ujawniać prawdę temu, kto jej żąda, czy nie.

    2489 Miłość i poszanowanie prawdy powinny kierować odpowiedzią na każdą prośbę o informację lub ujawnienie prawdy. Dobro i bezpieczeństwo drugiego człowieka, poszanowanie życia prywatnego, dobro wspólne są wystarczającymi powodami do przemilczenia tego, co nie powinno być znane, lub do dyskrecji. Obowiązek unikania zgorszenia nakazuje często ścisłą dyskrecję. Nikt nie jest zobowiązany do ujawniania prawdy temu, kto nie ma prawa jej znać.

    Jeśli jednak nieco uważniej przeczytamy te fragmenty Katechizmu Jana Pawła II, to widzimy, że nie ma w nich tego, co chcieliby w nich widzieć zwolennicy omawianej tezy. Jest w nich mowa o czymś zupełnie innym od kłamstwa, a mianowicie o tym, iż w pewnych sytuacjach nie należy ujawniać prawdy i że wówczas należy zachować milczenie i dyskrecję. Nie ma tam jednak ani słowa o tym, że w celu ochrony pewnych informacji ma się moralne prawo kłamać.

    Drugim z fragmentów zaaprobowanego przez Jana Pawła II Katechizmu jest obowiązująca w latach 1992 – 1998 wersja punktu 2483 tego dokumentu, w której wówczas można było przeczytać:

    Kłamstwo jest najbardziej bezpośrednim wykroczeniem przeciw prawdzie. Kłamać oznacza mówić lub działać przeciw prawdzie, by wprowadzić w błąd tego, kto ma prawo ją znać. Raniąc związek człowieka z prawdą i bliźnim, kłamstwo narusza podstawowy związek człowieka i jego słowa z Panem.

    I w tym jednak wypadku nie mamy do czynienia ze stwierdzeniem w rodzaju: Istnieje moralne prawo do okłamania tego, kto nie ma prawa znać prawdy. Ta sprawa jest postawiona jak już to na odwrót, gdyż użyty tam zwrot: Kłamać oznacza mówić lub działać przeciw prawdzie, by wprowadzić w błąd tego, kto ma prawo ją znać, sugeruje właśnie odmienne postawienie sprawy, a więc: „Nie jest kłamstwem wprowadzenie w błąd tego, kto nie ma prawa znać prawdy„. Ktoś może powie, że w praktyce wychodzi na jedno i to samo, nie mniej jednak formuła typu „W ekstremalnych sytuacjach wolno jest kłamać” i tym razem nie padła.

    Warto jednak zauważyć, że wspomniany wyżej punkt numer 2483 Katechizmu Jana Pawła II w przytoczonej przeze mnie wersji przetrwał tam jedynie 6 lat, gdyż w 1998 roku Kongregacja Nauki Wiary wykreśliła zeń słowa: „tego, kto ma prawo ją znać„. Kluczowy zatem, bo definiujący czym jest kłamstwo fragment Katechizmu, nie zawiera już tego dopowiedzenia i aktualnie brzmi:

    Kłamać oznacza mówić lub działać przeciw prawdzie, by wprowadzić w błąd.

    Gwoli ścisłości pragnę zaznaczyć, iż nie sugeruję powyżej, że w takim razie definicja kłamstwa uwzględniająca okoliczność posiadania bądź nieposiadania prawa do prawdziwej informacji została potępiona czy zakazana katolikom, ale po prostu zgodnie ze stanem faktycznym nie ma już takiej definicji w oficjalnym nauczaniu Kościoła. Osobiście myślę, że jest to wciąż kwestia otwarta i być może w przyszłości pojawią się jakieś deklaracje ze strony Magisterium bardziej uściślające i precyzujące definicję kłamstwa w tym względzie.

    ***

    Co ciekawe, o ile obrońcy moralnego prawa do kłamania w ekstremalnych sytuacjach doszukują się w nauczaniu Jana Pawła II stwierdzeń, których tam nie ma, wydają się oni nie widzieć słów i formuł, które rzeczywiście tam są. Chodzi mi mianowicie o te fragmenty Katechizmu Jana Pawła II, które co najmniej sugerują, że kłamstwo należy do czynów wewnętrznie nieuporządkowanych, a więc takich, które są zawsze i wszędzie moralnie niedozwolone.

    I tak punkty numer 1753, 1756 oraz 1759 tego Katechizmu uczą następujących zasad:

    Dobra intencja (np. pomoc bliźniemu) nie czyni ani dobrym, ani słusznym zachowania, które samo w sobie jest nieuporządkowane (jak kłamstwo czy oszczerstwo). Cel nie uświęca środków. Nie można więc usprawiedliwić skazania niewinnego jako uprawnionego środka dla ratowania narodu. Przeciwnie, dodatkowa zła intencja (jak próżna chwała) czyni złym czyn, który sam z siebie może być dobry (np. jałmużna).  (Punkt 1753).

    Błędna jest więc ocena moralności czynów ludzkich, biorąca pod uwagę tylko intencję, która je inspiruje, lub okoliczności (środowisko, presja społeczna, przymus lub konieczność działania itd.) stanowiące ich tło. Istnieją czyny, które z siebie i w sobie, niezależnie od okoliczności i intencji, są zawsze bezwzględnie niedozwolone ze względu na ich przedmiot, jak bluźnierstwo i krzywoprzysięstwo, zabójstwo i cudzołóstwo. Niedopuszczalne jest czynienie zła, by wynikło z niego dobro. (Punkt 1756)

    „Nie można usprawiedliwić złego działania podjętego w dobrej intencji”. Cel nie uświęca środków. (Punkt 1759)

    Co więc widzimy w tych fragmentach Katechizmu Jana Pawła II? Ano, jest tam streszczone tradycyjne nauczanie Kościoła o istnieniu czynów wewnętrznie złych, których nie ma się moralnego prawa czynić nigdy i nigdzie. Kłamstwo zaś jest tam zaliczone wprost do zachowania, które „samo w sobie jest nieuporządkowane” i którego nie czyni ani dobrym, ani słusznym „dobra intencja” (np. pomoc bliźniemu).

    Z kolei, w punkcie numer 2485 wspomnianego Katechizmu naucza się, że:

    Kłamstwo jest ze swej natury godne potępienia. (…)

    Formuły mówiące o tym, że coś jest „samo w sobie nieuporządkowane” i „ze swej natury godne potępienia” są zaś właśnie językiem bardzo, ale to bardzo podobnym do tego, które Magisterium Kościoła używa do określania czynów zawsze i wszędzie niedozwolonych (a więc np. „wewnętrznie złe”, „złe ze swej natury”, „złe w swej istocie”, „złe same w sobie” – por. Jan Paweł II, encyklika „Veritatis splendor”, n. 52, 76, 80 – 81, 91 – 93, 96, 102, 115).

    ***

    Podsumowując:

    (i) Jan Paweł II nigdy nie nauczał, że kłamstwo może być dozwolone w ekstremalnych sytuacjach.

    (ii) W Katechizmie Jana Pawła II w latach 1992 – 1998 znajdowała się definicja kłamstwa, pozwalająca domniemywać, iż zgodnie z nią nie jest kłamstwem wprowadzenie w błąd tego, kto nie ma prawa znać danej informacji. Jednakże i ona została skorygowana i zmieniona na bardziej „rygorystyczną” definicję kłamstwa.

    (iii) Różne fragmenty Katechizmu Jana Pawła II używają wobec grzechu kłamstwa języka i sformułowań wskazujących na to, iż czyn ten zalicza się do zachowań zawsze i wszędzie niedozwolonych.

    Mirosław Salwowski

  6. Co było „nie tak” z drugim kościelnym ślubem Jacka Kurskiego?

    Możliwość komentowania Co było „nie tak” z drugim kościelnym ślubem Jacka Kurskiego? została wyłączona

    Nie milkną echa wydarzenia, jakim był drugi kościelny ślub pana Jacka Kurskiego, który zawarł on w minioną sobotę (18. 07. 2020 r.) w łagiewnickim sanktuarium ze swą dotychczasową drugą już cywilną żoną (a raczej konkubiną). Kontrowersje wzbudza tu fakt, że ,aby wziąć ów ślub, pan Kurski musiał doczekać się stwierdzenia nieważności swego pierwszego, a trwającego przeszło 20 lat kościelnego małżeństwa, z którego zrodzonych zostało troje dzieci. W związku z tym wszystkim pada wiele sugestii czy wręcz otwartych oskarżeń o oszustwo, przekupstwo, symonię, polityczne układy między władzami kościelnymi a aktualną obozem rządzącym, których elementem miałyby być również stwierdzenie nieważności pierwszego małżeństwa pana Kurskiego oraz zgoda na zawarcie przez niego drugiego katolickiego ślubu. Poniżej skreślę parę zdań o tym, jak osobiście widzę całą tę sytuację.

    ***

    Oskarżenia o oszustwo, przekupstwo, symonię, polityczne układy, itp. wydają się jednak na wyrost. Akta procesu kościelnego w sprawie pierwszego małżeństwa pana Jacka Kurskiego nie są bowiem publicznie znane. Nie można zaś apriorycznie wykluczać, iż jedna z rzeczywistych przesłanek do stwierdzenia nieważności kościelnego ślubu mogła w tym przypadku zaistnieć. Na przykład, jeśli korzystający z usług prostytutek mężczyzna chce poślubić daną niewiastę, ale i tak zamierza kontynuować swój niecny proceder po takim ślubie, to z zaistnieniem prawdziwego małżeństwa nie mamy do czynienia choćby i takowe trwało nie 20, ale 60 lat, a jego owocem było nie troje, ale dziesięcioro dzieci. Po prostu po stronie takiego mężczyzny brak jest rzeczywistej intencji zawarcia ważnego małżeństwa, a wypowiadane przez niego słowa ślubnej przysięgi są tylko symulacją i udawaniem. Do zawarcia małżeństwa wówczas nie dochodzi choćby i takowemu asystował sam papież, a Msza św. mająca temu towarzyszyć odbywała się w samej Bazylice św. Piotra. Czy coś podobnego miało miejsce w przypadku pana Kurskiego? Oczywiście tego nie wiem, choć fakt, iż zdradzał on swą pierwszą żonę jeszcze wówczas, gdy byli w oczach władz kościelnych małżeństwem, może to uwiarygadniać. Z drugiej strony na pewno dziwnie wygląda stwierdzanie nieważności małżeństwa trwającego przeszło dwie dekady i którego owocem było troje dzieci. Jednak póki nie mamy jasnych dowodów lub choćby mocnych przesłanek, by podejrzewać, że doszło w tym wypadku do jakiegoś, kolokwialnie mówiąc „przekrętu” powinniśmy i tę sytuację próbować interpretować w sposób korzystny i pozytywny. Tak naucza o tym chociażby Katechizm Kościoła Katolickiego idąc tu za św. Ignacym Loyolą:

    Każdy dobry chrześcijanin winien być bardziej skory do ocalenia wypowiedzi bliźniego niż do jej potępienia. A jeśli nie może jej ocalić, niech spyta go, jak on ją rozumie; a jeśli on rozumie ją źle, niech go poprawi z miłością; a jeśli to nie wystarcza, niech szuka wszelkich środków stosownych do tego, aby on, dobrze ją rozumiejąc, mógł się ocalić (patrz: św. Ignacy Loyola, Ćwiczenia duchowne, 22; zobacz również; Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2478).

    Powyższa sentencja św. Ignacego Loyoli jest poprzedzona uwagą autorów Katechizmu, w której czytamy:

    W celu uniknięcia wydawania pochopnego sądu każdy powinien zatroszczyć się, by – w takiej mierze, w jakiej to możliwe – interpretować w pozytywnym sensie myśli, słowa i czyny swego bliźniego (…) (Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2478).

    ***

    Na tym jednak koniec mej próby obrony całej tej sytuacji. Uważam bowiem, że nawet jeśli stwierdzenie nieważności pierwszego małżeństwa pana Kurskiego miałoby się okazać oparte na rzeczywistych podstawach, to cała reszta okoliczności tej sprawy wzbudza zbyt wiele wątpliwości i dwuznaczności.

    Po pierwsze bowiem: jeśli ktoś przez swe cudzołóstwa doprowadził do zniszczenia swego pierwszego związku (jak to miało miejsce w przypadku pana Jacka Kurskiego), to nie powinien mieć on przynajmniej przez dłuższy czas możliwości zawarcia drugiego ważnego ślubu kościelnego. Nie wiem, czy w prawie kanonicznym istnieją uregulowania się tego tyczące, ale jeśli takowych tam nie ma, to powinny być one tam wprowadzone. Jest bowiem rzeczą gorszącą, by ktoś, kto wcześniej aktywnie przyczyniał się do niszczenia swego związku, w krótkim czasie po ustaniu takowego brał – i to jeszcze w uroczystej oprawie – nowy ślub kościelny. Takiemu człowiekowi – zakładając, że jego pierwsze małżeństwo rzeczywiście nie zaistniało – najpierw powinno się wyznaczyć co najmniej 5-letni okres próby i pokuty, w którym ten udowodniłby swym czystym, cnotliwym i wstrzemięźliwym życiem, iż poważnie traktuje instytucję małżeństwa i dopiero potem pozwalać mu na zawarcie takowego.

    Po drugie: ktoś, kto zniszczył swój pierwszy związek, nie powinien mieć żadnej uroczystej oprawy swego kościelnego ślubu. A więc, jeśli już to małżeństwo powinien on zawierać w jakimś małym kościółku, z udziałem najbliższej rodziny, bez podniosłych śpiewów, organów, etc. Sobotni ślub pana Jacka Kurskiego był zaś przeprowadzony w zupełnie odwrotnym duchu: ważna i reprezentatywna świątynia; zaproszeni dziennikarze, „Panna młoda” odziana w białą suknię (mimo że też wcześniej miała kościelne małżeństwo).

    Po trzecie: zgodnie z tradycyjną dyscypliną kościelną kapłani nie powinni błogosławić małżeństw jawnych grzeszników. Pan Kurski zaś nie dość, że patronował pełnym prymitywnej manipulacji i wątpliwym moralnie rozrywkom (np. promowanie muzyki Disco Polo), to ze swą obecną już kościelną żoną wcześniej przez kilka lat żył w jawnym konkubinacie (przypieczętowanym ślubem cywilnym). Oczywiście, gdyby istniały dowody, że nawrócił on się z tych nieprawości – np. wycofał złe widowiska z prowadzonej przez siebie telewizji, ogłosił, iż do czasu zawarcia małżeństwa przestaje żyć w konkubinacie – to byłaby inna sprawa. Jednakże do niczego takiego nie doszło, a zatem pan Jacek Kurski powinien być uważany za jawnego grzesznika. W zasadzie to – np. w odniesieniu do jawnego konkubinatu, w którym pan Kurski żył przed swym drugim kościelnym ślubem – można założyć, że w piątek 17. 07. 2020 roku kładł się on spać ze swą konkubiną, po to, by w sobotę 18. 07. 2020 roku ślubować jej w łagiewnickim kościele dozgonną miłość i wierność. A coś takiego poważnie naprawdę nie wygląda. Powie ktoś może, że przecież nie wiem tego i może przez 30 dni do zawarcia swego drugiego kościelnego ślubu pan Kurski żył ze swą konkubiną w absolutnej i nienagannej czystości (a więc nie tylko żadnych stosunków, ale też jakichkolwiek zmysłowych pocałunków i dotknięć). Oczywiście czysto teoretycznie jest to możliwe, jednak jeśli ktoś w sposób publiczny i oficjalny potwierdził swą wolę życia w konkubinacie w urzędzie (zwą tę mianem „ślubu cywilnego”) to tym samym dał innym prawo do zakładania, że będzie on w tym stanie prowadził też seksualną aktywność. I póki, nie udowodni, że jest inaczej, takie założenie, jak poczynione przeze mnie powyżej są po prostu zasadne i zgodne ze zdrowym rozsądkiem.

    Mirosław Salwowski

  7. Libertyńskie oblicze islamu

    Możliwość komentowania Libertyńskie oblicze islamu została wyłączona

    Islam wraz ze swymi różnymi surowymi zasadami moralnymi może jawić się dla ludzi Zachodu jako religia bardzo konserwatywna i rygorystyczna. Co więcej, w ten sposób może być on postrzegany także na tle dzisiejszego chrześcijaństwa, które wszak straciło wiele ze swej dawnej surowości, jednoznaczności oraz czegoś, co można by nazwać „antyświatowością”. Jednak bardziej uważne przyjrzenie się moralności promowanej przez islam i porównanie jej z tradycyjnie pojmowaną moralnością chrześcijańską przekonuje, iż w pewnych mniej lub bardziej ważnych aspektach tyczących się etyki religia muzułmańska tak naprawdę jest wręcz libertyńska. Przyjrzyjmy się poniżej tym kwestiom moralnym, w których islam prezentuje stanowisko bardziej laksystyczne i przyzwalające niż tradycyjne chrześcijaństwo. Dla większej jasności w odbiorze tego mego wywodu dodam tylko, iż w tym konkretnym artykule omawiam tylko moralność reprezentowaną przez większościowy, czyli sunnicki nurt religii muzułmańskiej. Nie odwołuję się zatem poniżej do rozumienia zasad moralnych przez szyitów, którzy w niektórych kwestiach są jeszcze bardziej libertyńscy niż sunnici.

    Brak absolutnych norm moralnych

    Zacznijmy od tego, iż – wbrew pewnym pozorom – w muzułmańskiej moralności nie ma żadnych absolutnych norm moralnych. To znaczy nie ma tam takich zasad postępowania, których nie ma się moralnego prawa łamać nigdy i w żadnych okolicznościach, nawet dla ratowania życia swojego lub swych bliźnich. Choć owszem, niektóre z norm moralnych są w islamie bardzo mocno i stanowczo akcentowane, to w zasadzie każdą z nich można naruszyć wówczas, gdy w grę wchodzi ocalenie swego życia. Muzułmanin ma więc np. prawo pić alkohol, gdy nie ma w zasięgu ręki innego napoju albo jeść wieprzowinę, kiedy ma na innego jedzenia. Wyznawcom islamu za grzech nie jest poczytywane nawet zaparcie się wiary w Allaha i posłannictwo „proroka” Muhammada, wówczas, gdy takowe zostało uczynione pod przymusem. Tę zasadę sugeruje następujący wers Koranu:

    Ten, kto nie wierzy w Boga, choć przedtem w Niego wierzył – z wyjątkiem tego, kto został zmuszony, lecz serce jego jest spokojne w wierze – ten, kto otworzył swą pierś na niewiarę – nad nimi wszystkimi będzie gniew Boga i spotka ich kara ogromna!” (tamże: 16, 106 – podkreślenie moje MS).

    Z kolei w dziele „Życie Proroka” autorstwa Al-Sirah al-Halabiyyah czytamy następujące wspomnienie o jednej z rad udzielonych przez Muhammada:

    Po podbiciu miasta Khaybar przez muzułmanów, przed oblicze Proroka zbliżył się Hajaj ibn Aalat i powiedział: „O Proroku Allaha! Mam w Mekce dużo bogactwa i krewnych, i chciałbym ich odzyskać; czy będzie mi wybaczone jeżeli źle się wypowiem o tobie (aby uniknąć prześladowań)?” Prorok wybaczył mu i powiedział: „Powiedz cokolwiek będziesz musiał powiedzieć”.

    Powyższy brak w islamie absolutnych norm moralnych znacząco go odróżnia od tradycyjnego chrześcijaństwa, które uznaje istnienie tzw. aktów wewnętrznie złych, a więc takich czynów i zachowań, które są zawsze i wszędzie zakazane. O takich czynach naucza Katechizm Kościoła Katolickiego w punktach 1753-1754 oraz 1756:

    „Błędna jest więc ocena moralności czynów ludzkich, biorąca pod uwagę tylko intencję, która ją inspiruje, lub okoliczności (środowisko, presja społeczna lub konieczność działania, itd.) stanowiące ich tło. Istnieją czyny, które z siebie i w sobie, niezależnie od okoliczności i intencji, są zawsze i bezwzględnie niedozwolone ze względu na ich przedmiot, jak bluźnierstwo i krzywoprzysięstwo, zabójstwo i cudzołóstwo. Niedopuszczalne jest czynienie zła, by wynikło z niego dobro (…). Dobra intencja (np. pomoc bliźniemu) nie czyni dobrym, ani słusznym zachowania, które samo w sobie jest nieuporządkowane (jak kłamstwo czy oszczerstwo). Cel nie uświęca środków (…). Okoliczności, a w tym także konsekwencje, są drugorzędnymi elementami czynu moralnego. Przyczyniają się one do powiększenia lub zmniejszenia dobra lub zła moralnego czynów ludzkich (np. wysokość skradzionej kwoty). Mogą one również zmniejszyć lub zwiększyć odpowiedzialność sprawcy (np. działanie ze strachu przed śmiercią). Okoliczności nie mogą same z siebie zmienić jakości moralnej samych czynów; nie mogą uczynić ani dobrym, ani słusznym tego działania, które jest samo w sobie złe” (podkreślenia moje – MS).

    O takich zasadach nauczał też papież Pius XII:

    Fundamentalne obowiązki prawa moralnego opierają się na istocie i naturze człowieka, na jego podstawowych relacjach. I dlatego obowiązują w przypadku każdego człowieka. Fundamentalne obowiązki prawa chrześcijańskiego w stopniu, w którym są one nadrzędne wobec prawa naturalnego, opierają się na istocie nadprzyrodzonego porządku ustanowionego przez Boskiego Zbawiciela. Z zasadniczych relacji między człowiekiem a Bogiem, człowiekiem a człowiekiem, mężem a żoną, rodzicami a dziećmi z zasadniczej wspólnoty relacji typowych dla rodziny, w Kościele i w Państwie wynika między innymi, że nienawiść do Boga, bluźnierstwo, bałwochwalstwo, porzucanie prawdziwej wiary, wyparcie się wiary, krzywoprzysięstwo, morderstwo, dawanie fałszywego świadectwa, oszczerstwo, cudzołóstwo i nierząd, przemoc małżeńska, samogwałt, kradzież i rabunek, odbieranie rzeczy niezbędnych do przeżycia, pozbawianie pracowników ich sprawiedliwej zapłaty (Jk 5,4), monopolizacja podstawowego pożywienia, niesprawiedliwe podwyżki cen, nieuczciwe bankructwo, niesprawiedliwe manewry spekulacyjne – wszystko to jest surowo zabronione przez Boskiego Prawodawcę. Nie są tu konieczne żadne badania. Niezależnie od sytuacji danej osoby, nie ma ona żadnego innego wyboru, jak tylko zachować posłuszeństwo (…) Chrześcijanin nie może być nieświadomy faktu, że musi poświęcić wszystko, nawet własne życie, aby ocalić swoją duszę. Przypominają nam o tym wszyscy męczennicy. Męczenników jest bardzo wielu, również w naszych czasach. Matki Machabeuszy wraz ze swoimi synami święte Perpetua i Felicyta, wraz z ich nowo narodzonymi dziećmi; Maria Goretti i tysiące innych mężczyzn i kobiet, których czci Kościół – czy w obliczu sytuacji, w której się znaleźli, bezsensownie lub wręcz błędnie zaryzykowali krwawą śmierć? Nie, z pewnością nie, a w swojej krwi są oni najbardziej ewidentnymi świadkami prawdy przeciwko nowej moralności (Przemówienie o błędach moralności sytuacyjnej, 18 kwietnia 1952 r., nr 10-11, podkreślenia moje – MS).

    Islam nie do końca „Pro Life”

    Islam ma także bardziej libertyńskie podejście do sprawy aborcji. O ile tradycyjne chrześcijaństwo uważa bezpośrednie i zamierzone niszczenie nienarodzonego życia ludzkiego za zawsze złe i zawsze zakazane, muzułmańska moralność przewiduje w tym punkcie kilka wyjątków. Choć opinie szkół islamskich różnią się w tej sprawie między sobą, to wszystkie one uznają moralną zasadność aborcji przed 40 dniem ciąży w takich przypadkach jak zagrożenie dla życia lub zdrowia matki lub też, gdy urodzenie dziecka mogłoby wiązać się z wywołaniem poważnej szkody dla niego lub jego matki. Warto zresztą zauważyć, iż większość muzułmańskich uczonych uznaje 120 dzień życia płodowego za granicę, do której zabicie nienarodzonego dziecięcia jest moralnie dozwolone ze wskazanych wyżej powodów.

    Środki antykoncepcyjne czasami dozwolone

    Podobnie, religia muzułmańska wykazuje się bardziej przyzwalającym stosunkiem do używania środków antykoncepcyjnych. Historycznie rzecz biorąc, różne wyznania chrześcijańskie jednomyślnie uznawały sztuczne ubezpłodnienie aktów małżeńskich za zawsze złe i zakazane, aż do nieszczęsnego wyłomu, który w pierwszej połowie XX wieku uczyniła wspólnota anglikańska. Islam zaś nie ma większych problemów z uznawaniem godziwości antykoncepcji w pewnych określonych okolicznościach, którymi są wspólna zgoda obu małżonków, brak szkód z tego wynikających oraz tymczasowość, a nie stałość w jej praktykowaniu (często podaje się tu przykład dwóch lat po porodzie, w których to czasie kobieta karmi swe dziecko piersią).

    Masturbacja dopuszczalna dla ważnych celów

    Islamscy uczeni zgodnie z ogólną muzułmańską zasadą braku absolutów moralnych, choć potępiają co do zasady masturbację, zgadzają się jednak na takową dla takich celów jak leczenie bezpłodności. I w tym wypadku tradycyjnie katolickie stanowisko jest surowsze od islamu. Święte Oficjum (dzisiejsza Kongregacja Nauki Wiary) w dokumencie z dnia 24 lipca 1929 roku w odpowiedzi na pytanie:Czy godzi się powodować bezpośrednią masturbację dla uzyskania nasienia w celu wykrycia i ewentualnego leczenia zakaźnej choroby?” odpowiedziało: „Nie godzi się„.

    Z kolei, papież Pius XII w dniu 8 października 1953 roku w przemówieniu do uczestników XXVI Kongresu Włoskiego Towarzystwa Urologicznego stwierdził wyraźnie:

    „bezpośrednie powodowanie masturbacji w celu uzyskania nasienia, nie jest godziwe, jakikolwiek byłby cel tego badania (podkreślenie moje – MS).

    Rozwody oraz niewolnictwo seksualne

    Wyraźnym kontrastem pomiędzy islamem a tradycyjną moralnością katolicką jest też stanowisko takowego wobec rozwodów i ponownych małżeństw. Muzułmańska „ortodoksja” choć ceni sobie małżeństwo, jako instytucję, pozwala na jego rozwiązanie praktycznie rzecz biorąc w wielu sytuacjach. Co więcej, rozwód jest w islamie nawet nakazany wówczas, gdy powołani przez oboje ze skłóconych stron rozjemcy orzekną, iż nie ma innego rozwiązania niż zakończenie małżeństwa. Wedle religii muzułmańskiej rozwody są zakazane jedynie wówczas, gdy nie ma ku temu poważnych oraz uzasadnionych powodów. Należy oczywiście dodać, iż obie strony rozwiązanego małżeństwa mogą w prawowity sposób wchodzić w relacje małżeńskie z nowymi osobami.

    Jeszcze bardziej libertyńskie stanowisko islam ma wobec kwestii seksualnego współżycia z niewolnicami. Otóż w sytuacji, gdy niewolnictwo jest w danym kraju i danych czasach legalne, męski właściciel żeńskich niewolnic może swobodnie praktykować z nimi seks. W praktyce oznaczało to, iż mężczyzna, którego stać by było np. na posiadanie 100 żeńskich niewolnic, mógłby zgodnie z zasadami islamu seksualnie obcować z nimi wszystkimi, nawet nie pojmując ich za żony. Doktrynalną podstawą uzasadniającą seksualne niewolnictwo są następujące wersy Koranu:

    (Są wam zabronione) kobiety już zamężne, oprócz tych, którymi zawładnęły wasze prawice. Oto co przepisał wam Bóg!” (4: 24).

    (Szczęśliwi są wierzący, którzy zachowują wstrzemięźliwość) z wyjątkiem swoich żon i tych, którymi zawładnęła ich prawica” (23: 6).

    (I tych, którzy zachowują czystość) i żyją tylko z żonami i tymi, którymi zawładnęły ich prawice – wtedy oni nie są ganieni” (70: 30).

    W zbiorze hadisów Sahih Muslim (8. 3432) tak komentuje się przytoczony wyżej wers 4: 24 Koranu:

    Podczas bitwy pod Hunayn, Posłaniec Allaha wysłał armię do Autas i walczył z wrogiem. Zwyciężając przeciwników, wziął ich w niewolę, a towarzysze Posłańca Allaha wydawali się powstrzymywać od stosunków z uprowadzonymi kobietami ze względu na ich politeistycznych mężów. Wtedy Najwyższy Allah zesłał im wers: <<(są wam zabronione) kobiety już zamężne, oprócz tych, którymi zawładnęły wasze prawice (Koran 4: 24)>>„.

    Jasne jest więc, iż islam uznaje za moralnie dozwolone współżycie seksualne nie tylko z własną żoną lub żonami, ale również z tymi „którymi zawładnęły wasze prawice”, a więc np. pojmanymi jako niewolnice w czasie wypraw wojennych kobietami. Co więcej jest to dozwolone nawet wtedy, gdy dotychczasowi mężowie tych kobiet jeszcze żyją. Nie ma też żadnych przesłanek by twierdzić, iż seks z owymi kobietami może się wedle muzułmańskiej moralności odbywać tylko za ich zgodą. Można więc powiedzieć, że religia islamska zezwala na gwałcenie niewolnic. Ten odrażający aspekt islamu jest tu tylko łagodzony przez pewne obostrzenia, jakie szkoły koraniczne dają przy obchodzeniu się z niewolnicami. Otóż, nie wolno takich kobiet odstępować w celach seksualnych innym mężczyznom. W wypadku zaś, gdy wykorzystana przez swego właściciela niewolnica zajdzie z nim w ciążę, ta nie może być przez niego sprzedana innym ludziom, zaś dziecko w skutek tego narodzone ma równe prawo do majątku swego ojca.

    W tym kontekście warto zauważyć, że gdy terrorystyczne Państwo Islamskie wydawało na opanowanych przez siebie terenach szczegółowe instrukcje odnośnie między innymi tego, na jakich zasadach muzułmanie mogą współżyć seksualnie z posiadanymi przez siebie niewolnicami, było właśnie wierne zasadom wyznawanej przez siebie religii.

    Ktoś może teraz powie, iż w ramach chrześcijaństwo niewolnictwo też było przez wiele wieków akceptowane, a chrześcijańscy panowie nieraz seksualnie wykorzystywali posiadane przez siebie niewolnice. To jest jednak tylko po części prawda. Jako, że nie jest celem tego artykułu szczegółowe omawianie tego, na ile i w jakim stopniu religia chrześcijańska rzeczywiście aprobowała niewolnictwo, zatrzymam się w tej chwili tylko nad kwestią seksu z niewolnicami. A więc, owszem, takie okropności były najpewniej często popełniane i przez chrześcijan, jednak w odróżnieniu od islamu trudno by było znaleźć w pismach papieży czy teologów akceptacji dla takiej praktyki. Być może, część księży bądź pastorów de facto w prywatnych rozmowach wyrażało swą aprobatę dla tych ohydnych czynów, ale byłoby to i tak coś innego niż „oficjalna” zgoda na popełnianie takiego występku. Poza tym w aprobowanych przez Kościół objawieniach św. Brygidy Szwedzkiej czytamy o Bożym potępieniu względem seksualnego wykorzystywania niewolnic:

    „(…) Również niektórzy odnoszą się do swoich służących lub niewolnic z takim lekceważeniem i pogardą, jak, gdyby były psami; sprzedają je mianowicie i – co gorsza – oddają je do domów rozpusty celem wstrętnego i odrażającego zarobku. Inni trzymają je w swoich domach jak nałożnice, dla siebie i dla przyjaciół; jest to odrażające i oburzające dla Boga, dla Mnie i wszystkich mieszkańców Nieba” (Cytat za: Św. Brygida Wielka, „Objawienia i inne dzieła”, Kraków 2004, s. 337).

    Podsumowanie

    Jak więc widać, wbrew pozorom problemem religii muzułmańskiej jest bardziej to, iż jest ona w pewnych aspektach zanadto libertyńska i przyzwalająca aniżeli przesadnie rygorystyczna czy „purytańska”. Wszystko powyższe nie oznacza oczywiście, iż cała muzułmańska moralność jest błędna oraz zła. Rzecz jasne zdecydowana większość rzeczy jest tam dobra, właściwa i zgodna z Prawem Bożym oraz naturalnym. Co więcej, to co jest w moralności islamskiej dobre niejednokrotnie jest bardziej wyraźnie widoczne wśród muzułmanów niż pośród chrześcijan. I to właśnie jest jeden z tragicznych paradoksów współczesności.

    Mirosław Salwowski

  8. Dlaczego wróżby andrzejkowe są grzechem (Pytania i odpowiedzi)

    Leave a Comment

    Czy popularne w naszym kraju wróżby andrzejkowe są grzechem? W tym artykule za pomocą różnych pytań i odpowiedzi wskażę argumenty przemawiające za twierdzącą odpowiedzią na to pytanie.

    Pytanie nr 1: Na jakiej podstawie wiemy, iż wróżenie jest grzechem?

    Pismo święte wśród różnych praktyk okultystycznych potępia i zabrania również wróżenia:

    Gdy ty wejdziesz do kraju, który ci daje Pan, Bóg twój, nie ucz się popełniania tych samych obrzydliwości jak tamte narody. Nie znajdzie się pośród ciebie nikt, kto by przeprowadzał przez ogień swego syna lub córkę, uprawiał wróżby, gusła, przepowiednie i czary;  nikt, kto by uprawiał zaklęcia, pytał duchów i widma, zwracał się do umarłych.  Obrzydliwy jest bowiem dla Pana każdy, kto to czyni. Z powodu tych obrzydliwości wypędza ich Pan, Bóg twój, sprzed twego oblicza.  Dochowasz pełnej wierności Panu, Bogu swemu.  Te narody bowiem, które ty wydziedziczysz, słuchały wróżbitów i wywołujących umarłych. Lecz tobie nie pozwala na to Pan, Bóg twój.” (Pwt 18, 9-14).

    Także nauczanie katolickie od wieków niezmiennie potępia wróżenie jako coś obrzydliwego i niemiłego Panu Bogu. Uczy o tym chociażby Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie numer 2116:

    Należy odrzucić wszystkie formy wróżbiarstwa: odwoływanie się do Szatana lub demonów, przywoływanie zmarłych lub inne praktyki mające rzekomo odsłaniać przyszłość (Por. Pwt 18,10; Jr 29, 8). Korzystanie z horoskopów, astrologia, chiromancja, wyjaśnianie przepowiedni i wróżb, zjawiska jasnowidztwa, posługiwanie się medium są przejawami chęci panowania nad czasem, nad historią i wreszcie nad ludźmi, a jednocześnie pragnieniem zjednania sobie ukrytych mocy. Praktyki te są sprzeczne ze czcią i szacunkiem – połączonym z miłującą bojaźnią – które należą się jedynie Bogu.

    Pytanie nr 2: Na czym polega grzech wróżenia?

    Otóż jest on połączeniem pewnych zewnętrznych czynności z intencją odgadywania przyszłości za pomocą tychże czynności. Przykładowo, wpatrywanie się w karty połączone z zamiarem odgadywania w ten sposób przyszłych wydarzeń jest grzechem wróżby. W pewnym stopniu ta nieprawość może jednak zachodzić w przypadku, gdy co prawda osoba bezpośrednio wykonująca dane czynności nie ma rzeczywistego zamiaru odgadywania przyszłości, jednak jej intencją jest przekonanie odbiorcy, iż rzeczywiście ma do czynienia z wróżbą. Wówczas co prawda po stronie osoby tworzącej horoskop mamy do czynienia bardziej z grzechem kłamstwa lub oszustwa, jednak po stronie osoby czytającej tego rodzaju rzeczy dochodzi do czegoś, co można by nazwać mianem „bezpośredniego udziału we wróżbach”.

    Pytanie nr 3: Kiedy nie mamy do czynienia z rzeczywistymi wróżbami?

    Z rzeczywistymi wróżbami nie mamy do czynienia wówczas, gdy mimo wypowiadania pewnych słów i czynienia określonych zewnętrznych działań, konwencja danej sytuacji, czyni dla wszystkich jej uczestników jasnym, iż nie towarzyszy temu rzeczywista intencja odgadywania w ten sposób przyszłości. Najlepszym tego przykładem jest gra aktorska na scenie lub planie filmu. Aktorka grająca wróżkę może mieć na stole rozłożone karty, zapaloną świeczkę i mówić o zdarzeniach mających wystąpić w przyszłości, jednak fakt, iż wszyscy wiedzą, że jest to tylko gra aktorska, sprawia, iż nie mamy wtedy do czynienia z rzeczywistymi wróżbami. Warto jednak dodać, że nawet na planie filmowym mogłoby dojść do grzechu rzeczywistych wróżb. Przykładowo, gdyby jakiś reżyser w celu zwiększenia realistycznego efektu kręconych przez siebie scen zatrudnił w tym celu prawdziwą wróżkę i nakazał odprawienie prawdziwych wróżb, to mielibyśmy do czynienia w rzeczywistym grzechem tego rodzaju. Coś takiego można porównać np. do kręcenia scen walki. Wielu reżyserów może ograniczać się do pozorowania aktów przemocy, dajmy na to, poprzez używanie keczupu jako czegoś, co ma imitować krew, jednak można sobie wyobrazić sytuację, w której dany twórca filmowy po to, by zwiększyć realizm tworzonych przez siebie scen, poleciłby aktorom rzeczywiste ranienie siebie na scenie.

    Pytanie nr 4: Czy wróżenie dla zabawy jest rzeczywistą nieprawością?

    Gdyby dla wszystkich uczestników danej czynności, która wygląda na wróżenie, było absolutnie jasne i jednoznaczne, że jest to zabawa i nie towarzyszy temu intencja odgadywania w ten sposób przyszłości, to prawdopodobnie nie mielibyśmy do czynienia z występkiem wróżb w ścisłym tego słowa znaczeniu. Sam jednak fakt dodania do takich czynów elementów humorystycznych lub rozrywkowych wcale nie świadczy o tym, iż nie ma w nich intencji wróżenia. Na przykład, jeśli jakaś wróżbitka lub wróżbita opowie dla rozluźnienia atmosfery swemu klientowi parę dowcipów, to nie oznacza jeszcze, że nie zachodzi wtedy grzech wróżenia. Poza tym warto zauważyć, że osadzanie danego zachowania w kontekście humorystycznym lub rozrywkowym często sprzyja raczej jego oswajaniu niż potępianiu, lub jednoznacznej krytyce.

    Należy też wskazać na sytuacje, w których mówienie o tym, że coś było „tylko żartem”, jest w rzeczywistości zasłoną dymną mającą usprawiedliwić dane zachowanie, które jest moralnie naganne. Przykładowo, szef klepie swoją podwładną w pośladki, a gdy ta reaguje z oburzeniem, on mówi: „Przecież, tylko żartowałem! Nie bądźmy tacy sztywni!”.

    A zatem, zanim konkretne czyny zaczniemy usprawiedliwiać formułami typu: „To tylko żart i zabawa” powinniśmy najpierw rozeznać czy: a) Mimo rozrywkowych elementów nie towarzyszy danej czynności rzeczywista intencja mogąca konstytuować tożsamość takiego czy innego grzechu; b) Humorystyczny i rozrywkowy kontekst nie ma tu służyć większej akceptacji i oswojeniu się z daną rzeczą; c) Tłumaczenia o żartobliwym charakterze takiego zachowania nie są próbą zaciemnienia jego rzeczywistego znaczenia.

    Pytanie nr 5: Czy na „andrzejkach” dochodzi do rzeczywistych wróżb?

    Popularną linią obrony andrzejkowych wróżb jest twierdzenie, iż skoro osadzone są one w kontekście zabawy, to nie należy ich traktować w poważny sposób, a więc nie są one grzechem rzeczywistego wróżenia.  Jak to jednak zostało już napisane powyżej, jest możliwe połączenie rzeczywistej intencji dokonania danego czynu z elementami humorystycznymi i rozrywkowymi temu towarzyszącymi (przykład wróżki, która opowiada czasami swym klientom dowcipy). W przypadku andrzejkowych wróżb po prostu zaś nie wiemy, w ilu wypadkach nie mamy do czynienia z intencją rzeczywistego odgadywania przyszłości za pomocą pewnych towarzyszących temu czynności (np. lania wosku na wodzie). Ktoś może powiedzieć, że z pewnością osoby dorosłe w tym uczestniczące nie traktują tego zwyczaju na poważnie? Niby skąd jednak ma być o tym wiadomo? Czy mamy wgląd w umysły takich ludzi, by móc to orzec? Czy ludzie, którzy uczestniczą w andrzejkowych wróżbach, podpisują przy tym deklarację stwierdzającą, iż w żaden, ale to żaden sposób, nie wierzą w realność czynionych przy tej okazji „przepowiedni”? Owszem, znając życie, można domyślać się, że część osób dorosłych nie wierzy w takie rzeczy, mimo, że dla zabawy w nich uczestniczy, ale czy należy być tego pewnym co do ogółu takich ludzi? Wszak miliony osób w naszym kraju chodzi lub chodziło do wróżek, wywołuje lub wywoływało duchy, czyta lub czytało horoskopy, nie mówiąc już o praktykowaniu przeróżnych zabobonów w rodzaju niewitania się z gościem przez próg.

    Jeśli zaś, nie możemy mieć takiej pewności co do osób dorosłych, to tym trudniej jest tym podobne wnioski formułować w stosunku do dzieci, które z natury są bardziej naiwne oraz ufne. A przy ilu andrzejkowych zabawach mówi się dzieciom: „Słuchajcie, to wszystko jest tylko i wyłącznie zabawa. W żadnym wypadku nie wierzcie, że są to prawdziwe wróżby”?. Osobiście nie kojarzę żadnej sytuacji, by dzieciom coś takiego oznajmiono przy tej okazji. Ba, gdyby rzeczywiście coś takiego im mówiono, to zapewne szybko ów zwyczaj by w naszym kraju wygasł, gdyż jednym z elementów stanowiących o jego atrakcyjności dla dzieci jest właśnie to, że łączy on w sobie elementy zabawy z aurą tajemniczości i ekscytacji, która wiąże się z wróżeniem przyszłości.

    Podsumowując: być może większość osób dorosłych nie wierzy w andrzejkowe wróżby, jednak nie sposób tego powiedzieć w odniesieniu do dzieci, a rozrywkowy charakter tego zwyczaju nie wyklucza traktowania go jednocześnie w poważny sposób.

    Pytanie nr 6: Czy jednak dzieci nie wyrastają z wiary w andrzejkowe wróżby?

    Nawet jeśli większość dzieci „wyrasta” z wiary w andrzejkowe wróżby, to nie świadczy to jeszcze o tym, że takie zwyczaje są moralnie dobre. Z wielu niegodziwych rzeczy ludzie bowiem „wyrastają”. Na przykład, niejeden dorosły w dzieciństwie dokonywał dla zabawy drobnych kradzieży (np. kradł jabłka w sadzie sąsiada albo słodycze w sklepie). To jednak, że w miarę dorastania zrezygnował on z takich czynów, nie znaczy, że było one dobre. Ponadto, nie da się wykluczyć, że fakt czynienia takich rzeczy w dzieciństwie był jednym z czynników, które sprawiły, iż w dorosłości zaczął on z większym pobłażaniem patrzyć na inne formy nieuczciwości (np. oszustwa podatkowe, zatrudnianie na „czarno” pracowników, etc.). Sprawy mają się bardzo podobnie z andrzejkowymi wróżbami. Nawet jeśli w bardziej bezpośrednim sensie wyrasta się z wiary w ich moc i skuteczność, to mogą one być czymś w rodzaju jednej z „diabelskich antyszczepionek”, przez które w dorosłości bardziej życzliwie będziemy patrzeć na przynajmniej niektóre z form okultyzmu.

    Pytanie nr 7: Czy obecność wróżb andrzejkowych w polskiej tradycji stanowi ich moralne usprawiedliwienie?

    Argument sugerujący, że coś jest częścią polskiej tradycji narodowej, więc musi być tym samym w porządku, jest śmieszny, niedorzeczny i absurdalny. Nie wszystko, co jest tradycyjnie polskie, jest jednocześnie biblijne i tradycyjnie chrześcijańskie. Nie ma żadnego dogmatu o nieomylności, bezbłędności i bezgrzeszności polskiej tradycji. Warto w tym kontekście przypomnieć przestrogi Pana Jezusa o ludziach, którzy „ze względu na tradycję, znieśli Boże przykazania” (Mt 15: 6). Nasza tradycja andrzejkowych wróżb jest jednym z tych polskich zwyczajów, za pomocą których pragnie się – przynajmniej na pewien czas – uchylić Boży zakaz wróżb, czarów i wszelkich praktyk okultystycznych.

    Pytanie nr 8: Czy milczenie wielu duchownych katolickich w sprawie andrzejkowych wróżb świadczy na korzyść tego zwyczaju?

    Nie. Swego czasu wielu duchownych katolickich milczało na temat bezbożności, błędów i zła nazizmu, ale to nie oznaczało, że mieli oni tym samym rację. W latach 80-tych XX wieku w wielu polskich kościołach za aprobatą duchownych gościł fałszywy uzdrowiciel Clive Harris, jednak dziś powszechnie uważa się, że błędem było wpuszczanie go do katolickich świątyń. To, że wielu duchownych milczy, czy nawet coś aprobuje, nie jest równoznaczne ze stwierdzeniem, iż w takim razie taka milcząca bądź aprobująca postawa jest obowiązkowa dla innych katolików. Katolików obowiązuje w sumieniu coś, co jest oficjalnym nauczaniem Kościoła, a więc innymi słowy, urzędowe wypowiedzi Papieży, Soborów i rzymskich Kongregacji. Nie należy takich magisterialnych wypowiedzi Kościoła mylić np. z radą tego czy innego księdza daną w konfesjonale albo uwagą osoby duchownej udzieloną w prywatnej rozmowie lub choćby wygłoszoną w czasie niedzielnego kazania. Wszystko to bowiem nie są akty Magisterium Kościoła. Co więcej, aktem Magisterium Kościoła nie jest np. udzielenie tej czy innej książce napisanej przez księdza imprimatur. Gdyby więc zdarzyło się, że w jakiejś posiadającej imprimatur książce znajdowały się stwierdzenia usprawiedliwiające uczestnictwo w andrzejkowych wróżbach, to również nie zobowiązywałoby katolików do aprobowania takiego stanowiska.

    Pytanie nr 9: Czy osoby uczestniczące we wróżbach andrzejkowych ściągają w ten sposób na swe sumienia winę osobistego grzechu?

    Używane w tym artykule słowo „grzech” należy interpretować w tym znaczeniu, że dane zachowanie obiektywnie jest złe i zakazane przez Boga. Czym innym jest jednak ocena tycząca się zaciągnięcia przez osoby dopuszczające się danego czynu osobistej winy przed Bogiem. Ta druga kwestia ściśle bowiem powiązana jest ze stopniem świadomości i dobrowolności, z jaką dany człowiek dopuszcza się obiektywnie złego czynu. Wypowiadam się więc w tym tekście o wróżbach andrzejkowych jako o „grzechu” na płaszczyźnie obiektywnej, czyli czegoś, co zostało przez Pana Boga potępione jako zachowanie złe. Pozostawiam zaś na boku rozważania o tym, w jakim stopniu poszczególne osoby biorące udział w andrzejkowych wróżbach ściągają na swe sumienia winę osobistą. Zastrzegam jednak przy tym, że nawet jeśli dana osoba czyni coś obiektywnie złego, nie ściągając z pewnych powodów na swe sumienie winy osobistego grzechu, to jednak nie zmienia faktu, iż takie zachowanie jako zakazane przez Boga i tak wyrządza realne szkody.

    Mirosław Salwowski


  9. Paszkwile, herezje i bluźnierstwa Stanisława Michalkiewicza

    Leave a Comment

    Na tej stronie pisałem już o tym, jak Pismo święte de facto było dyskredytowane przez pana Grzegorza Brauna, jednego ze znanych przedstawicieli prawicy katolickiej (patrz: https://salwowski.net/2018/12/27/grzegorz-braun-zniewaza-bohaterow-naszej-wiary/ ). Niedawno z pewnym zaskoczeniem przyjąłem fakt, iż inny znany konserwatywny publicysta, a mianowicie pan Stanisław Michalkiewicz poszedł w swych próbach podważania wiarygodności Biblii jeszcze dalej. Oto wszak w napisanym przez siebie tekście pt. „Filip de Villiers zdziera maski” (Tygodnik „Najwyższy Czas!”,  4 lipca 2019) pan Michalkiewicz sugeruje, iż jeden z fundamentalnych dla Starego Testamentu tekstów opisujących wyjście Hebrajczyków z ziemi Egiptu został zafałszowany na potrzeby „mitu założycielskiego Izraela”. Pisze on tam wszak co następuje:

    „W dzisiejszych czasach, a zresztą nie tylko w dzisiejszych, bo i w starożytnych, nie można się obejść bez tak zwanych „mitów założycielskich”. Na przykład mitem założycielskim Izraela była ucieczka z Egiptu, oczywiście podana w nader patetycznym sosie w Księdze Wyjścia. Jak pamiętamy, faraon uparł się, by Izraelitów z Egiptu nie wypuszczać, bo Najwyższy w tym celu specjalnie zatwardził mu serce. Czy zatwardził je faraonowi, na którym nie zrobiły wrażenia nawet plagi, czy też rozmiękczył je Izraelitom, którzy – być może – wcale nie chcieli z Egiptu uciekać w nieznane – tego oczywiście już się nie dowiemy. Warto jednak zatrzymać się nad jedną, ostatnią plagą, która zrobiła wrażenie nawet na złym faraonie. Chodzi oczywiście o zagładę wszystkich pierworodnych w ziemi egipskiej, których w ciągu jednej nocy wytracił Anioł Śmierci. Charakterystyczna jest przy tym wskazówka, jaką Izraelici, na polecenie Mojżesza udzielali Aniołowi Śmierci – gdzie ma zabijać, a gdzie nie. Jak pamiętamy, była to jucha barania, którą Izraelici posmarowali drzwi swoich domostw. Czy taka wskazówka była potrzebna Aniołowi, który chyba przecież i bez tego by wiedział, gdzie robić jatkę, a gdzie nie – czy też członkom specjalnego komanda morderców, którzy bez takiej wskazówki rzeczywiście mogliby narobić sporo zamieszania – tego oczywiście nie wiemy – ale warto w związku z tym zwrócić uwagę, że Izraelici pożyczyli od swoich egipskich sąsiadów kosztowności właśnie przed tą ostatnią plagą. Po co im te kosztowności były potrzebne – tajemnica to wielka, ale jeśli nawet, to wszystko układa się w scenariusz prowokacji. Mojżesz polecił pożyczyć jak najwięcej kosztowności, bo to miał być kapitał założycielski Ziemi Obiecanej, podobnie jak teraz „roszczenia” dotyczące „własności bezdziedzicznej”, zaś ostatnia plaga miała na celu zmuszenie Izraelitów do ucieczki – bo zanim faraon zostałby przekonany, że to Anioł, a nie jacyś nocni mordercy – to spadłaby niejedna głowa i potem nie miałby już kto uciekać. Nie było zatem wyjścia, jak dokonać Wyjścia – na szczęście z kosztownościami. Inna rzecz, że kiedy tylko podczas wędrówki coś szło nie tak, to zaraz Izraelici przeciwko Mojżeszowi „szemrali”, że jak tam w Egipcie było, to było, ale mieli pełną michę i w ogóle, a tu pustynia i zatracenie. Podobnie warto zwrócić uwagę, że kiedy Mojżesz zbyt długo namawiał się z Najwyższym na górze Synaj, Izraelici ze zrabowanych egipskich kosztowności ulali… złotego cielca, czyli egipskiego Apisa. Kiedy powracający Mojżesz to zobaczył, uległ atakowi furii i krzyknął: „kto z Panem – do mnie!” Kiedy zwolennicy Pana już go otoczyli, kazał im dziesiątkować czcicieli Złotego Cielca. Czy to nie byli przypadkiem członkowie komanda, które wykonało mokra robotę za Anioła Śmierci? (…)”

    Tak więc wedle pana Michalkiewicza prawdopodobną jest teza, jakoby w rzeczywistości pierworodnych synów Egiptu nie uśmiercił Boży Anioł (jak twierdzi Pismo święte), ale dokonali tego członkowie specjalnego żydowskiego komanda śmierci. Warto przy tym zwrócić uwagę na właściwy raczej dla młodocianych ateistów z Gimnazjum sposób w jaki ów prawicowy publicysta uzasadnia swą sugestię. Otóż, drzwi domostw, które miał ominąć niosący śmierć Anioł winny być oznaczone krwią zabitego w ofierze paschalnej baranka. Jednak przecież Anioł i bez takiego oznakowania wiedziałby w których domach mieszkają Hebrajczycy, a w których Egipcjanie … Stąd wniosek, że ta część biblijnej historii prawdopodobnie została sfałszowana na potrzeby „mitu założycielskiego Izraela” a zabicia pierworodnych synów Egiptu dokonali sami specjalnie do tego przeznaczeni Żydzi. Cóż, trudno o głębsze niezrozumienie znaczenia biblijnej relacji o tym, iż krew paschalnego baranka miała znaczyć domy Hebrajczyków po to, by Boży Anioł niosący śmierć je ominął. Była to oczywiście starotestamentowa zapowiedź Paschy Nowego Przymierza, a więc Ofiary Krzyżowej Bożego Baranka, czyli Pana naszego Jezusa Chrystusa, którego przelana krew chroni nas od wiecznej śmierci. Nie wiem, czy pan Stanisław Michalkiewicz jest świadomy znaczenia tejże symboliki, jednak obiektywnie rzecz biorąc jego wywody na ów temat są paszkwilem uderzającym w prawdziwość Starego Testamentu.

    „Palestyński kacyk”, „żydowski królik”

    Na tym jednak nie koniec tym podobnych wynurzeń pana Michalkiewicza. Oto z artykule pt. „Oczyszczanie przedpola dla żydowskiej okupacji” publicysta ten wręcz pogardą wypowiada się o św. Dawidzie, królu Izraela (nazywa go wszak „żydowskim królikiem” oraz „palestyńskim kacykiem”) a także sugeruje, iż autor jednej z Ewangelii, a mianowicie św. Mateusz, uległ „żydowskiemu szowinizmowi”, gdy wywodził pochodzenie Pana Jezusa od rodu Dawida. W tekście tym czytamy wszak:

    „Sam pamiętam swoje zaskoczenie, kiedy córka powiedziała mi, że musiała uczyć się imion protoplastów 12 tak zwanych „pokoleń Izraela”, czyli naczelników tamtejszych koczowniczych rodów. Jeden z nich miał na imię Gad i jestem pewien, że musiało ono być znakomicie dobrane do charakteru jego nosiciela. Te żydowskie opowieści włączone zostały do nauki religii katolickiej dlatego, że gwoli przekonania starożytnych Żydów o autentyczności Jezusa z Nazaretu, jako Mesjasza, ewangelista św. Mateusz podał – trudno powiedzieć, czy autentyczny, czy też sprokurowany – bo przecież w tamtych czasach nie było żadnej dokumentacji stanu cywilnego – rodowód Jezusa, w którym dowodził, że pochodzi On z rodu żydowskiego królika Dawida. Na Żydach pewnie takie parantele robiły wrażenie i być może nadal robią, ale dlaczego miałyby robić na nas, którzy przecież żadnymi Żydami nie jesteśmy i palestyński królik Dawid wcale nie musi nam imponować, podobnie jak nie musi nam imponować murzyński król Kazondy, którego śmierć z powodu zapalenia się wypitej przezeń wódki, opisał Juliusz Verne w książce „Piętnastoletni kapitan”? Mniejsza zresztą już o nas, bo ważniejsze wydaje mi się przeświadczenie św. Mateusza, że wyprowadzenie rodowodu Jezusa, którego on sam uważał za Syna Stwórcy Wszechświata, od palestyńskiego kacyka, nie tylko przynosi Mu zaszczyt, ale w ogóle Go legitymizuje. Jedynym wyjaśnieniem, jakie przychodzi mi do głowy jest to, że i święty Mateusz nie był wolny od żydowskiego szowinizmu, który rzymski cesarz Klaudiusz w liście do Żydów aleksandryjskich określił, jako „chorobę świata cywilizowanego”. „

    Paszkwile, herezje, bluźnierstwa

    Wyżej cytowane twierdzenia pana Stanisława Michalkiewicza powinny być w zasadzie nazwane paszkwilami, bluźnierstwami oraz herezjami. Paszkwilami są one dlatego, że sugeruje się w nich, iż święci i natchnieni autorzy Biblii byli w rzeczywistości podłymi kłamcami wymyślającymi na potrzeby „mitu założycielskiego Izraela” bajki. Warto w tym miejscu zauważyć, iż Sobór Trydencki potępił podobne obchodzenie się z Pismem świętym:

    „Następnie [sobór] chce powstrzymać zuchwałość prowadzącą do profanacji słów i zdań z Pisma Świętego w: żartach, bajkach, czczej gadaninie, pochlebstwach, oszczerstwach, przesądach, bezbożnych i diabelskich przyśpiewkach, przepowiedniach i wróżbach, jak również w paszkwilach. Dla zniesienia tego rodzaju znieważania i pogardy poleca i nakazuje, aby w przyszłości nikt nie ośmielał się używać słów Pisma Świętego w takich i podobnych celach, wszyscy zaś zuchwalcy i gwałciciele Słowa Bożego, zostali ukarani przez biskupów zgodnie z prawem i wyrokiem sądu” (Dekret o wydaniu i korzystaniu z Ksiąg świętych, Sesja 4,  Rozdział II, 3).

    Bluźnierstwa pana Michalkiewicza polegają z kolei na tym, iż z wielkim lekceważeniem, jeśli nie wręcz pogardą wypowiada się on o biblijnym świętym, jakim był i jest król Dawid. Nauczanie katolickie głosi bowiem, iż z bluźnierstwem mamy do czynienia również wtedy, gdy obrażamy Świętych Pańskich:

    „Bluźnierstwo jest strasznym grzechem, który polega na użyciu słów lub na działaniach, które są zniewagą albo złorzeczeniem Bogu, Najświętszej Maryi Pannie, świętym albo rzeczom poświęconym Bogu” (Katechizm św. Piusa X, „O drugim przykazaniu Bożym”, p. 3).

    „Drugie przykazanie zabrania nadużywania imienia Bożego, to znaczy wszelkiego nieodpowiedniego używania imienia Boga, Jezusa Chrystusa, Najświętszej Maryi Panny i wszystkich świętych. (…) Zakaz bluźnierstwa rozciąga się także na słowa przeciw Kościołowi Chrystusa, świętym lub rzeczom świętym.” (…) [Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2146 i 2148].

    Herezją są zaś wywody wspomnianego wyżej prawicowego publicysty dlatego, iż poddają one w wątpliwość odwieczne, a także uroczyste nauczanie Kościoła o Boskim natchnieniu i absolutnej bezbłędności Pisma świętego:

    Albowiem wszystkie Księgi, które Kościół przyjął za święte i kanoniczne, tak w całości, jak we wszystkich swych częściach, zostały napisane pod natchnieniem Ducha Świętego.
     Takie jest stare i stałe przekonanie Kościoła, zdefiniowane nadto na Soborze Florenckim i Trydenckim, a ostatnio potwierdzone i wyraźniej sformułowane na Soborze Watykańskim [I], który orzekł w sposób bezwzględny, że Księgi Starego i Nowego Testamentu w całości i we wszystkich swych częściach, jako zostały wyliczone dekretem tego samego Soboru (Trydenckiego) i jako znajdują się w starych wydaniach Wulgaty łacińskiej, należy przyjmować za święte i kanoniczne. „Kościół zaś uważa je za święte i kanoniczne nie dlatego, iż były ułożone ludzkim tylko staraniem, a potem powagą Jego zostały potwierdzone, ani dlatego tylko, że zawierają Objawienie Boże bez błędu, lecz dlatego, że napisane pod natchnieniem Ducha Świętego Boga mają za Autora”[Conc. Vat. I, Sess. III, cap. 2, De revel.]. (…)

    Takie było nauczanie Ojców, które zawsze uważali za rzecz pewną. „Ponieważ, mówi św. Augustyn, oni (tj. święci pisarze) pisali to, co im On sam (tj. Bóg ) pokazał i powiedział, nie można powiedzieć, że On sam nie pisał; gdyż członki pisały to, co poznały od dyktującej głowy”[Św. August, De cons. Evang. I, 35 [54]]. A święty Grzegorz Wielki oświadcza: „Jest rzeczą niepotrzebną badać, kto te rzeczy napisał, skoro wierzy, się mocno, że Autorem Księgi jest Duch Święty. Ten bowiem to napisał, kto dyktował rzeczy mające być napisane; ten napisał, kto był inspiratorem całego dzieła”[Św. Grzeg. W, Moral. in 1. lob praef. 1, 2.]. Wynika z tego, że ci, co sądzą, iż w ustępach autentycznych Ksiąg świętych może znajdować się jakiś błąd, ci z pewnością albo zniekształcają katolickie pojęcie Bożego natchnienia, albo samego Boga czynią sprawcą błędu.

    Wszyscy Ojcowie i Doktorowie byli jak najmocniej przekonani, że Księgi Boże w tej formie, w jakiej wyszły spod pióra świętych pisarzy, są w zupełności wolne od wszelkiego błędu (…) Wszyscy wyznawali jednomyślnie, że Księgi te, tak w całości jak i w swych częściach, są jednako dziełem natchnienia Bożego, i że sam Bóg, mówiąc przez świętych autorów, nie mógł bezwzględnie powiedzieć niczego, co by odbiegało od prawdy”. (Leon XIII, „Providentissimus Deus”).

    Pomiędzy zdrową a chorą podejrzliwością wobec Żydów

    Na sam koniec warto zauważyć, iż istnieje duża różnica pomiędzy zdrową, tradycyjnie chrześcijańską podejrzliwością wobec Żydów, a zdegenerowaną i chorą podejrzliwością względem nich. Ta, pierwsza wynika ze świadomości faktu, iż swego czasu większość Żydów odrzuciła lub nie poznała Jezusa Chrystusa jako swego Pana i Zbawcy. W związku z tym też kolejne pokolenia Żydów były wychowywane w mniejszej bądź większej niechęci wobec chrześcijaństwa. Zdrowa podejrzliwość wobec Żydów jest świadoma tych faktów, ale zarazem godzi wiedzę na ich temat z miłością wobec tego narodu, a także docenieniem tego, co ów przyniósł światu dobrego i co wciąż jest w nim zasługujące na pochwałę.

    Zdegenerowana i chora podejrzliwość wobec Żydów cechuje się zaś m.in. obsesją na ich punkcie, co z kolei wiąże się z doszukiwaniem się u nich za wszelką cenę zła i niegodziwości. Niestety tego rodzaju antysemicka podejrzliwość posuwa się nawet do atakowania Pisma świętego, a zwłaszcza Starego Testamentu, jako żydowskich wytworów pełnych zmyślonych i okrutnych opowieści oraz szowinistycznych bajek. Jak widać takiemu zdegenerowanemu antysemityzmowi ulegają w naszym kraju niektórzy z prawicowych publicystów i polityków. Czego dobrymi przykładami są właśnie Grzegorz Braun oraz Stanisław Michalkiewicz.

    Mirosław Salwowski

  10. Na czym polega Boża nienawiść do „miłujących nieprawość”?

    Leave a Comment

    Zapewne jednymi z najbardziej trudnych fragmentów Pisma świętego są te z nich, które w jasny sposób wyrażają prawdę o tym, iż Bóg nienawidzi oraz brzydzi się nie tylko grzechem, ale również tymi ludzi, których na kartach tej Księgi określa się mianem „kochających nieprawość„, „przewrotnych” oraz „krwawych” i „podstępnych„. W Biblii czytamy wszak następujące:


    Bo Ty nie jesteś Bogiem, któremu miła nieprawość, złego nie przyjmiesz do siebie w gościnę. Nieprawi nie ostoją się przed Tobą. Nienawidzisz wszystkich złoczyńców, zsyłasz zgubę na wszystkich, co mówią kłamliwie. Mężem krwawym i podstępnym brzydzi się Pan” (Psalm 5, 6-7);

    Jednakowo Bogu są nienawistni i grzesznik, i jego grzech” (Mądrości 14, 9);

    „Bo Pan się brzydzi przewrotnym, a z wiernymi obcuje przyjaźnie. Przekleństwo Pana na domu bezbożnych, On błogosławi mieszkanie prawych” (Przysłów 3, 32 -33).

    „Pan bada sprawiedliwego i występnego, nie cierpi Jego dusza tego, kto kocha nieprawość”(Psalm 11, 5).

    Powyższe stwierdzenia Pisma św. są najczęściej ignorowane, gdyż wydają się być one nie do pogodzenia z innymi prawdami wyrażanymi na kartach tej świętej Księgi, a więc tymi mówiącymi o Bożej miłości do grzeszników oraz o tym, że Bóg z miłości do złoczyńców posłał Swego Jednorodzonego Syna, by poniósł śmierć za winy nas wszystkich. Te – w pewnym sensie słuszne uwagi – nie dają jednak żadnego rozsądnego wyjaśnienia podstawowego problemu, którym jest to, iż oba – wydawałoby się sprzeczne ze sobą stwierdzenia (o Bożej nienawiści i miłości do grzeszników) znajdują się nie w dwóch odrębnych od siebie księgach, ale zostały zawarte w jednej i tej samej Księdze, którą jest Pismo święte.

    Prócz ignorowania biblijnych stwierdzeń o Bożej nienawiści i obrzydzeniu względem „miłujących nieprawość” czasami są jednak podejmowane jakieś próby znalezienia odpowiedzi na pytanie, jak jedna i ta sama Księga może łączyć ze sobą tak wydawałoby się przeciwstawne sobie prawdy, jak Boża miłość i nienawiść do złoczyńców. Poniżej pozwolę sobie nakreślić tego rodzaju próby, jednak już teraz nadmienię, iż wszystkie one są na gruncie prawowierności katolickiej niezwykle słabe.

    Czy Biblia się myli?

    Tak więc, pierwszą z prób wyjaśniania nakreślonego wyżej problemu jest twierdzenie/sugestia, jakoby osoby spisujące Pismo święte odnotowując fragmenty mówiące o Bożej nienawiści do złoczyńców kierowały się wówczas bardziej swymi niedoskonałymi, ludzkimi wyobrażeniami o Bożym charakterze, aniżeli objawioną im w tym względzie przez Ducha Świętego prawdą. Te wyjaśnienie jest jednak nie do pogodzenia z wiarą katolicką mówiącą nam, iż Pismo święte jest wolne od wszelkich błędów oraz, że wszystko co się w nim znajduje zostało stwierdzone przez Ducha Świętego. Katechizm św. Jana Pawła II uczy na temat w następujących słowach:

    Ponieważ wszystko, co twierdzą autorzy natchnieni, czyli hagiografowie, powinno być uważane za stwierdzone przez Ducha Świętego, należy zatem uznawać, że księgi biblijne w sposób pewny, wiernie i bez błędu uczą prawdy, jaka z woli Bożej miała być przez Pismo święte utrwalona dla naszego zbawienia” (n. 107).

    Z kolei papież Benedykt XV w encyklice „Spiritus Paraclitus” naucza:

    boskie natchnienie rozciąga się bez żadnego wyjątku i różnicy na wszystkie części pism biblijnych i żaden błąd nie może dotknąć natchnionego tekstu (…)” („Spiritus Paraclitus”).

    Czy Bóg się zmienił?

    Drugą z prób wyjaśnienia omawianego swego rodzaju przeciwstawianie obrazu Boga, jaki został nam przedstawiony w Starym Testamencie obrazowi Boga nakreślonemu w Nowym Testamencie. A zatem Bóg w Starym Przymierzu ma być pokazywany jako „gniewny oraz pomstliwy” za to Chrystus w Nowym Testamencie ukazuje nam Boga „miłosiernego, łaskawego i łagodnego”. I to wyjaśnienie nie wytrzymuje jednak próby ortodoksji, gdyż jego logika prowadzi do jawnie heretyckich wniosków. Albo bowiem musielibyśmy dojść tu do marcjonizmu to znaczy twierdzenia, iż Stary oraz Nowy Testament tak naprawdę nauczają o dwóch odmiennych od siebie Bóstwach. Albo też doszlibyśmy do stwierdzenia, że co prawda tak Stary jak i Nowy Testament uczą o jednym i tym samym Bogu, którego jednak charakter z czasem się w sposób radykalny zmieniał. To jednak nie zgadza się z tym, co na temat Bożego charakteru mówi choćby Księga Malachiasza (3: 6): „… Ja, Pan, nie odmieniam się” […]. Nie jest więc tak, iż Bóg zmienia się w Swych cechach charakteru albo też w Swych osobowych cechach. Przed 5000 lat Bóg był tak samo miłosierny jak dziś oraz istniał w trzech Osobach, a nie tylko jednej czy dwudziestu. Owszem, niektóre z zasad i praw ustanawianych przez Boga mogły się zmieniać i faktycznie się zmieniały w zależnie od pewnych czynników i okoliczności, np. kiedyś Bóg wymagał od członków wybranego przez Siebie ludu obrzezania, ale wymóg ten został przez Niego zniesiony przed prawie 2 000 lat. Nie należy jednak mylić zmiany niektórych Bożych wymagań ze zmianą Jego charakteru. Tytułem pewnej analogii: to, że ojciec stawiał nieco inne wymagania swemu synowi, gdy ten miał 6 lat niż gdy miał 16 lat nie oznacza, że jego charakter się zmienił. Taki ojciec może mieć ciągle te same cechy charakteru jednak wciąż pozostając w zgodzie z tymi swymi cechami może on w zależności od poziomu rozwoju swych dzieci w pewnych aspektach modyfikować wyznaczane im zasady postępowania. Warto zresztą dodać, iż nauczanie o niezmienności Boga jest jednym z dogmatów wiary katolickiej:

    Całą mocą wierzymy i bez zastrzeżenia wyznajemy, że jeden tylko jest prawdziwy Bóg, wieczny, nieskończony, niezmienny, niepojęty, wszechmocny i niewymowny, Ojciec i Syn, i Duch Święty: trzy Osoby, ale jedna istota, jedna substancja, czyli natura, całkowicie prosta” [Sobór Laterański IV, (1215): DS 800.] (podkreślenie moje – MS).

    Zresztą, jeśli uważniej przypatrzymy się temu co naucza Nowy Testament to również znajdziemy w nim fragmenty, które swą wymową przypominają to co Stary Testament uczył o Bożej nienawiści do „miłujących nieprawość„. Jednym z dobitniejszych tego przykładów są słowa Pana Jezusa, które kieruje On do lokalnego kościoła w Laodycei:

    „Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust (Ap 3, 15 – 16). [Podkreślenie moje – MS].

    Warto w tym kontekście podkreślić, iż zwrot, który w polskim tłumaczeniu został przełożony jako „wyrzucić z mych ust” w bardziej dosłownym swym znaczeniu brzmi dosadniej, a mianowicie: „zwymiotować„, a nawet „wyrzygać„. A więc Chrystus Pan przestrzega nas, że możemy dojść do takiego momentu w swym życiu, iż będzie chciał On nas „wyrzygać„. Przyznajmy, że niezbyt pasuje do wręcz romantycznego pojmowania miłości Bożej, jaką tą wizją jesteśmy dziś często karmieni w kościołach. Jeśli już to Pan Jezus „wyrzygujący” niektórych ludzi bardziej współbrzmi z przywołanymi wyżej wersetami Starego Testamentu w których Bóg „brzydzi się” oraz „nie cierpi” niektórych rodzajów ludzi (Ps 11, 5; Prz 3, 32).

    Z kolei w Liście do Rzymian św. Paweł w aprobatywny sposób przytacza starotestamentową księgę Malachiasza, gdzie czytamy, iż Bóg Jakuba umiłował a Ezawa miał w nienawiści (por. Rz 9, 13; Ml 1, 2-3). W opisie zaś Sądu Ostatecznego czytamy, iż Pan nasz Jezus Chrystus rzeknie do potępionych: „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci (…)” [patrz: Mt 25, 41] oraz:
    Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości!” (Mt 7, 23). I w tym wypadku widzimy, iż słowa Chrystusa swą wymową pasują do nauczania Starego Testamentu wedle którego Bóg jest tym, który „złych nie przyjmie do siebie w gościnę”; „zsyła zgubę na wszystkich co mówią kłamliwie” zaś „Nieprawi nie ostoją się (przed Nim)” [por. Ps 5, 6-7].

    Czy Biblię należy rozumieć tylko niedosłownie?

    Kolejną próbą zaprzeczania nauczaniu Pisma św. na temat Bożej nienawiści jest popularne wśród katolików, acz zasadniczo niekatolickie twierdzenie o tym, jakoby Biblii „nie należało rozumieć dosłownie„. Oczywiście nie jest tak, iż dokładnie każde zdanie czy słowo zawarte w Piśmie świętym winno być rozumiane w dosłowny sposób jednak normalną regułą interpretacji tej Księgi jest właśnie rozumienie jej w taki sposób.

    Święty Tomasz z Akwinu nauczał wszak, iż: „Wszystkie rodzaje sensu Pisma świętego powinny się opierać na sensie dosłownym”  (Summa theologiae, I, 1, 10 ad 1). Papież Leon XIII potwierdził tę zasadę w swej encyklice „Providentissimus Deus”, gdzie uczył co następuje:

    Niech on [współczesny komentator] jednak z tego powodu nie sądzi, że ma drogę zamkniętą do posuwania się dalej w badaniu i wyjaśnianiu, a tym bardziej, gdy znajdzie się do tego słuszna przyczyna, – byle tylko szedł sumiennie za ową regułą, rozumnie przez św. Augustyna postawioną, a mianowicie, że należy jak najmniej odstępować od sensu literalnego i niejako właściwego, chyba że jakiś powód nie pozwoli go zatrzymać lub konieczność zmusi do opuszczenia go [Św. Aug., De Gen. ad litt. VIII, 7, [13].]. Tej reguły tym mocniej należy się trzymać, im większe jest niebezpieczeństwo pobłądzenia przy tak wielkim pożądaniu nowości i wolności zdań„ (podkreślenie moje – MS).

    Również Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie numer 116 powtarza wskazaną wyżej zasadę św. Tomasza z Akwinu, iż:

    Wszystkie rodzaje sensu Pisma świętego powinny się opierać na sensie dosłownym„.

    Poza tym również Tradycja Kościoła mówi o Bożej nienawiści do złoczyńców.

    Przykładowo, doktor Kościoła, św. Alfons Liguori w swym znamienitym dziele „Przygotowanie się do śmierci” stwierdza wprost:

    Bóg oświadczył wprost, że nienawidzi grzechu, a tym samym nienawidzi też tego, to go popełnia” [1] (podkreślenie moje – MS).

    Także Katechizm Soboru Trydenckiego naucza rzeczy następującej:

    Pan Bóg (…) ma w nienawiści wszystkich ludzi grzesznych, jako Dawid Prorok świadczy” [2]. Warto też dodać, iż niektóre z uznanych przez Kościół prywatnych objawień także mówi na ów temat w bardzo podobny sposób.

    Na przykład w objawieniach danych św. Brygidzie Wielkiej w odniesieniu do wróżbitów, czarownic oraz ludzi, którzy ich wspierają, czytamy takie słowa:

    Wszyscy oni – zarówno ci, którzy przeklętych wróżbitów i czarownice przetrzymują w swych domach i żywią ich, jak i  ci, którzy szukają u nich diabelskich porad i pomocy, jak wreszcie sami wróżbici i czarownice, obiecujący spełnić wspomniane życzenia – są przeklęci i znienawidzeni przez Boga. I jak długo będą trwać w tym stanie i takiej postawie, tak długo żadne natchnienie ani łaska Ducha Świętego nie spłynie na nich  i nie napełni ich serc. Jednakże ci, którzy by za to żałowali i pokornie oczyścili się, podejmując mocne postanowienie niewracania więcej do tych praktyk, dostąpią u Mojego Syna łaski i miłosierdzia” (podkreślenie moje – MS) [3].

    Co więcej, podobną myśl, jeśli uważnie się wczytać, można znaleźć nawet w objawieniach przekazanych św. Faustynie Kowalskiej, które wszak trudno jest oskarżać o niedocenianie prawdy o Bożym miłosierdziu. W jej słynnym już „Dzienniczku” możemy wszak przeczytać co następuje:

    Napisz: Jestem święty po trzykroć i brzydzę się najmniejszym grzechem. Nie mogę kochać duszy, którą plami grzech, ale kiedy żałuje, to nie ma granicy dla mojej hojności, jaką mam ku niej. Miłosierdzie moje ogarnia ją i usprawiedliwia. Miłosierdziem swoim ścigam grzeszników na wszystkich drogach ich i raduje się serce moje, gdy oni wracają do mnie. Zapominam o goryczach, którymi poili moje serce, a cieszę się z ich powrotu. Powiedz grzesznikom, że żaden nie ujdzie mojej ręki. Jeżeli uciekają przed miłosiernym sercem moim, wpadną w sprawiedliwe ręce moje. Powiedz grzesznikom, że zawsze czekam na nich, wsłuchuję (się) w tętno ich serca, kiedy uderzy dla mnie. Napisz, że przemawiam do nich przez wyrzuty sumienia, przez niepowodzenie i cierpienia, przez burze i pioruny, przemawiam przez głos Kościoła, a jeżeli udaremnią wszystkie łaski moje, poczynam się gniewać na nich, zostawiając ich samym sobie i daje im, czego pragną” (podkreślenie moje – MS) [4].

    Czym zatem jest Boża nienawiść do złoczyńców?

    Jak więc pogodzić jednoczesne nauczanie Pisma świętego o tym, iż Bóg z jednej strony kocha złoczyńców, z drugiej zaś ich nienawidzi? Otóż, mimo pozornie wielkiej sprzeczności jaka wydaje się zachodzić pomiędzy tymi obiema biblijnymi doktrynami połączenie ich ze sobą w jedną całość jest łatwiejsze niż wielu sobie myśli. Sęk bowiem w tym, iż natchnieni przez Ducha Świętego autorzy biblijni, gdy używali tych czy innych słów lub zwrotów nie musieli ich rozumieć dokładnie w 100 procentach tak, jak rozumie się je dziś. Wszyscy wszak wiemy, iż niektóre słowa przynajmniej częściowo zmieniają z biegiem czasu znaczenie. Nasze potoczne rozumienie słowa „nienawiść” owszem często wyklucza jednoczesne darzenie miłością nienawidzonej osoby. Gdy mówimy bowiem o kimś, że go „nienawidzimy” to nierzadko mamy na myśli, iż ta osoba jest dla nas całkowicie „skreślona”, nie chcemy jej do końca swych dni znać, wykluczamy uczynienie dla niej czegokolwiek dobrego, pragniemy dla tego kogoś tylko zła, a nawet piekła. I rzecz jasna takie nasze ludzkie potoczne rozumienie nienawiści zakłada coś grzesznego i niegodziwego. Czy jednak Bóg jest związany naszym rozumieniem słowa „nienawiść”? Oczywiście, że nie, wszak jak On sam o Sobie mówi:

    Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje – nad waszymi drogami i myśli moje – nad myślami waszymi” (Iz 55, 9-9).

    Najlepszym zatem wyjaśnieniem omawianego problemu wydaje się konstatacja, iż Bóg w pewien (całkowicie znany Sobie) sposób, w Swym charakterze, łączy ze sobą z jednej strony miłość i życzliwość wobec bezbożnych, z nienawiścią i obrzydzeniem wobec nich. Boża miłość wobec złoczyńców polega na tym, że póki żyją oni jeszcze na tym świecie, Wszechmogący pragnie dla nich zbawienia, nie chcąc ich wiecznej śmierci oraz zguby (2 P 3, 9; Ez 33, 11).  Najwyższym tego wyrazem był Krzyż Chrystusa, gdzie Bóg Ojciec wydał swego Jednorodzonego Syna na odkupienie win wszystkich ludzi (por. 1 J 4, 8-9; Rz 8, 32). Innymi tego przejawami jest to, iż Bóg na różne sposoby wzywa i zachęca złoczyńców, by porzucili swe nieprawości i okazali skruchę. W sferze zaś bardziej doczesnej Bóg także w pewien sposób okazuje bezbożnym Swą życzliwość, sprawiając, że  „słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych” (Mt 5, 45) – innymi słowy, Wszechmogący sprawia, iż (ogólnie rzecz biorąc) także źli i niesprawiedliwi mają co jeść, co pić, gdzie mieszkać, w co się ubrać, etc.

    Z kolei Boża nienawiść wobec złoczyńców i bezbożnych wyraża się w tym, że już na tej ziemi Bóg w szczególny sposób objawia im Swój gniew i przygotowuje im karę (Ps 11, 6; Syr 39, 28-31; Prz 16, 4), nie odpowiada na ich modlitwy (Prz 28, 9) oraz nie przyjmuje ich ofiar (Prz 21, 27). W pewien sposób, jeszcze za swego doczesnego życia, źli, bezbożni i niesprawiedliwi są też od Boga dalecy, są Jego wrogami (Ps 68, 21) i są Mu obrzydli (Ps 5, 7; Prz 3, 32) . W najwyższym zaś stopniu owa Boża nienawiść oraz obrzydzenie do występnych i bezbożnych spełnią się w karze wiecznego ognia, na którą owych ludzi skarze sam Pan Jezus, wyrażając w ten sposób względem nich Swój święty i sprawiedliwy gniew (por. 2 Tes 1, 5-9; Mt 25, 41-46; 1 Tes 4, 6; Jud 1, 14-16). 

    Podsumowanie

    Oczywiście można zgodzić się w tym, że ze względu na nasze potoczne rozumienie słowa „nienawiść” powinno się z dużą ostrożnością posługiwać tymi fragmentami Pisma świętego, które mówią o Bożej nienawiści względem „miłujących nieprawość”. Ta ostrożność nie powinna jednak przeradzać się w faktyczne ignorowanie czy cenzurowanie tego co w Słowie Bożym jest dla nas niezrozumiałe lub trudne do przyjęcia. Po prostu, jeśli Pismo święte i Tradycja Kościoła mówią o Bożej nienawiści do złoczyńców to trzeba to z pokorą przyjąć oraz dobrze zrozumieć, nie zaś traktować to, jako coś czego się wstydzimy i czego się wypieramy.

    Mirosław Salwowski

    Przypisy:

    1 . Cytat za: Św. Alfons Maria de Liguori, „Przygotowanie do śmierci„, Kraków 2011, s. 141.

    2. Cytat za: „Katechizm rzymski z wyroku św. Soboru Trydenckiego ułożony, z rozkazu Piusa V. Papieża wydany, i od Klemensa XIII szczególniej zalecony. Tom III”, Warszawa 1827, s. 197.

    3. Cytat za: Św. Brygida Wielka, „Objawienia i inne dzieła„, Kraków 2004, s. 338.

    4. Cytat za: Św. s. M. Faustyna Kowalska, „Dzienniczek. Miłosierdzie Boże w duszy mojej„, Warszawa 2007, s. 575.