Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: wojna

  1. Czy wojny są Bożą karą za grzechy?

    Leave a Comment

    Na pierwszy rzut oka sam domysł kryjący się za pytaniem postawionym w tytule tego artykułu może wydawać się oburzający. Wszak, każda wojna wiąże się z różnymi grzechami (co najmniej w sensie wywoływanych przez nie skutków), a przecież Bóg ani nas nie kusi, ani nie nakazuje nam czynienia żadnego grzechu (por. Jk 1: 13-14; Syr 15: 19-20). Z drugiej jednak strony, istnieją poważne przesłanki, by bronić zasadności tego twierdzenia (czyli, że wojny są Bożą karą za grzechy). W Piśmie świętym niektóre wojny są tak ukazywane (por. Sdz 2: 14-15, 5: 8, 2; 1 Krn 5:26; 2 Krl 15:37). Przynajmniej niektórzy papieże mówili o wojnach w ten sposób (np. św. Pius V). Również pewni Święci Pańscy mówili tak o wojnach (św. Hiacynta z Fatimy, św. Maksymilian Kolbe).

    Jak zatem pogodzić twierdzenie, iż wojny są Bożą karą za grzechy z tym, iż wojny praktycznie zawsze wiąże się z różnymi grzechami, a wszak Bóg nie jest sprawcą żadnego grzechu?

    Zacznijmy od tego, iż Boża kara może przejawiać się na dwa sposoby:

    Pierwszy z nich to jak najbardziej aktywny akt Bożej pomsty. To znaczy, Bóg niejako wykracza poza skutkowo-przyczynowy ciąg ludzkich grzechów i sam wymierza „klapsa” grzesznym ludziom. W tym wypadku nie jest więc tak, że Bóg tylko pozwala na zaistnienie naturalnych skutków czynionego przez ludzi moralnego zła. Przeciwnie, On sam je powoduje. Biblijne przykłady takich Bożych kar to np. Herod zeżarty przez robaki za przyjmowanie wobec siebie boskiej czci (Dz 12: 23 ); Elimas oślepiony za sprzeciwianie się szerzeniu Ewangelii (Dz 13: 11); Annaniasz i Safira którzy padli trupem po tym, jak próbowali okłamać św. Piotra Apostoła (Dz 5: 1-11). W tym miejscu warto też dopowiedzieć, iż Bóg może aktywnie powodować tylko zło o charakterze fizycznym, a nie moralnym.

    Drugi z nich to bierny akt Bożego przyzwolenia na zaistnienie naturalnych i logicznych skutków czynionego przez ludzi moralnego zła. Bóg zatem choć może, nie zawsze przeszkadza albo łagodzi wystąpienie takich naturalnych efektów czynionych przez nas grzechów. Przykładowo, ktoś wsiada pijany za kierownicę. Bóg w swym miłosierdziu i litości prawdopodobnie nieraz ratuje takich głupców przed wypadkiem, ale czasami pozwala, by wszystko toczyło się tu naturalnym rytmem. A więc np. pijak uderza samochodem w dziecko i być może sam się przy tym rani. Karą Bożą w sensie biernego na to przyzwolenia będzie/może być to, że: 1) Pijak ów odniósł rany; 2) Pijak ten będzie później dręczony przez różne psychiczne problemy wynikłe z zabicia bądź zranienia niewinnej osoby; 3) Ktoś z rodziny zmarłego dziecka będzie chciał się w prywatny sposób zemścić na tym pijaku – w tym ostatnim wypadku Bóg będzie tolerował grzech będący efektem złego postępowania tego pijaka.

    Wojny mogą być więc Bożą karą albo w aktywnym tego znaczeniu, albo biernym i przyzwalającym ich sensie.

    Jeśli więc mamy do czynienia z wojną sprawiedliwą, to można powiedzieć, że jest to prawdopodobnie aktywna Boża kara. Oczywiście, i wskutek sprawiedliwych wojen dokonywane są różne grzechy, ale w takim wypadku należy odróżnić sam akt wywołania danej sprawiedliwej wojny od poszczególnych działań żołnierzy w niej uczestniczących. To znaczy, sam akt wywołania sprawiedliwej wojny jest Bożą wolą, ale nie wszystkie poszczególne działania uczestniczących w niej żołnierzy są już wolą Stwórcy. Przykłady takich wojen, które są aktywną Bożą wolą, stanowią choćby wojny starożytnego Izraela przeciwko pogańskim i zdeprawowanym ludom Kanaanu (por. Wj 23: 23-24; Pwt 20:17; Joz. 11:20). To bowiem Bóg wprost nakazał prowadzenie tych wojen jako karę za grzechy tych ludów (por Mdr 12: 1 – 20). W naszej historii być może przykładem wojny jako tak rozumianej Bożej kary były wyprawy krzyżowe urządzane w celu wyzwolenia Ziemi świętej albo też wojna hiszpańskich konkwistadorów przeciwko Imperium Azteków.

    Jeśli zaś mamy do czynienia z wojną niesprawiedliwą to mamy do czynienia z Bożą karą w sensie biernego przyzwolenia na pewne naturalne efekty ludzkich grzechów. A więc Bóg mógłby w swym miłosierdziu do nich nie dopuścić (np. sprawiając, że w jakimś nagłym tragicznym wypadku armia III Rzeszy straciłaby większość swych czołgów – podobny przypadek miał zresztą miejsce bodajże w 1985 roku w ZSRR), ale tego nie czyni. Przykładowo, Niemcy w 1939 roku najechali na Polskę. Jakich grzechów Niemców był to efekt? Prawdopodobnie, pielęgnowanego przez nich ducha zemsty i nienawiści. Co Polakom chciał pokazać Bóg, pozwalając na niemiecką okupację? Prawdopodobnie, chciał nam pokazać, iż takie grzechy jak aborcja, sodomia i rozwiązłość seksualna, które niestety w porównaniu do innych krajów, były u nas w dwudziestoleciu przedwojennym szerzej akceptowane również na płaszczyźnie prawnej łatwo mogą rodzić też inne jeszcze większe grzechy. Na przykład, jeśli zabijasz niewinne, nienarodzone dzieci – to nie dziw się później zbytnio, że ktoś będzie chciał zabić ciebie (bo to jest w zasadzie logiczne podejście). Jeśli z pobłażaniem patrzysz na sodomię, prostytucję lub inne przejawy rozwiązłości seksualnej, z którą wszak nieraz wiąże się krzywdzenie młodych dziewcząt i kobiet, to nie bądź zaskoczony, że w końcu ktoś wpadnie na pomysł gwałcenia kobiet (bo to w zasadzie też jest logiczne).

    Mirosław Salwowski

  2. Bł. Franz Jägerstätter – patron katolickiego nonkonformizmu

    Leave a Comment

    Pod adresem mej działalności i publicystyki od czasu do czasu jest wysuwana obiekcja, którą można streścić w następujących słowach:

    Twierdzisz, że przypominasz różne aspekty nauczania katolickiego, a przecież jesteś zupełnie osamotniony w głoszonych przez siebie przekonaniach. Niezmiernie trudno byłoby znaleźć księży czy jakieś środowiska katolickie, które mówiłoby w pewnych określonych kwestiach (chodzi tu głównie o sprawę tańców damsko-męskich, prawnej karalności cudzołóstwa oraz niektórych bardziej szczegółowych implikacji wynikających z zasady skromności strojów) to samo co Ty. Czy więc można uważać za wiarygodne Twe roszczenia co do prezentowania katolickiej doktryny? Przecież nawet nie jesteś z wykształcenia teologiem„.

    Co zatem odpowiem na ów zarzut? Cóż, paradoksalnie mogę się w dużej części zgodzić z założeniami tkwiącymi u jego podstaw. Prawdą jest bowiem, że jestem prawie zupełnie osamotniony w prowadzonym przez siebie dziele przypominania niektórych przemilczanych prawd nauczania katolickiego. Owszem, istnieją księża oraz osoby świeckie, które podzielają te moje przekonania, ale jest ich tak mało, iż poparcie to nie wydaje się wpływać w żaden wymierny sposób na oblicze współczesnego katolicyzmu. Przyznaję się też, że choć co prawda od przeszło 25 lat moją życiową pasją jest poznawanie i zgłębianie katolickiej doktryny oraz teologii, to tak się moje życie potoczyło, iż nie zdobyłem formalnego wykształcenia teologicznego.

    Czy w związku z powyższym można uznać prowadzoną przeze mnie działalność za poważną? Myślę, że tak i mam na to przynajmniej jeden mocny dowód w postaci przykładu życia, jaki dał nam pewien wywodzący się z Austrii katolik. Chodzi o osobę wyniesionego przez Kościół do chwały ołtarzy bł. Franza Jägerstättera. Ten uczeń Pana Jezusa też bowiem w swym czasie, mimo że nie był z wykształcenia teologiem, powoływał się na swą znajomość nauczania katolickiego, a wnioski jakie stąd wyciągał, wydawały się powszechnie niepodzielane tak przez księży, jak i innych świeckich katolików. Łatwo było więc i wobec błogosławionego Franza wyciągnąć wniosek, iż w takim razie źle on rozumie doktrynę katolicką, oraz że jego postawa wynika z jakiejś zarozumiałości, która nakazuje mu być kimś, kogo potocznie zwykło się określać mianem osoby „bardziej papieskiej od papieża„. Co nie bez znaczenia, pozwolę sobie dodać, iż wszystko to działo się na jeszcze około 20 lat przed Soborem Watykańskim II, a więc w czasie, gdy jednak księża, a co za tym idzie także przynajmniej część świeckich wiernych, mieli, ogólnie rzecz biorąc, bardziej „surową” formację odnośnie co do różnych kwestii moralnych niż ma to miejsce obecnie. A jednak po przeszło 60 latach od męczeńskiej śmierci bł. Franza Jägerstättera Kościół uznał słuszność jego postawy, ogłaszając go błogosławionym.

    Pozwolę sobie poniżej pokrótce przypomnieć w czym rzecz, jeśli chodzi o postawę bł. Franza Jägerstättera. Otóż był on żyjącym w czasach rządów Hitlera i II wojny światowej austriackim rolnikiem, który w pewnym okresie swego życia zaczął czytać Pismo święte oraz zdobywać wiedzę na temat doktryny katolickiej, a także życia poszczególnych Świętych Pańskich. Mimo to nie zdobył on nigdy formalnego wykształcenia teologicznego. Osobista bogobojność i prawość tego człowieka połączone z wiedzą teologiczną, którą zdobywał, doprowadziły go w burzliwym czasie II wojny światowej do wniosku, iż nie jest moralnie dozwolone brać aktywny udział jako żołnierz w wojnie po stronie Hitlera oraz składać przysięgę ślubowania bezwzględnej wierności wobec wodza III Rzeszy. Nieugięte trzymanie się tej postawy doprowadziły w końcu Franza do męczeńskiej śmierci, która miała miejsce w 1943 roku.

    Dziś, gdy potępianie Hitlera i wywołanej przez niego niesprawiedliwej wojny nie wiąże się z żadnym ryzykiem dla katolików, postawa bł. Franza Jägerstättera budzi oczywiście bardzo często podziw, jednak w czasie gdy żył ów uczeń Jezusa sytuacja wyglądała zgoła odmiennie. Po pierwsze bowiem: żaden z księży i biskupów, którym znana była sprawa bł. Franza, nie udzielił mu poparcia w jego dzielnych postanowieniach. Przeciwnie, próbowali oni raczej zniechęcić tego błogosławionego. Po drugie: bł. Franz Jägerstätter był osamotniony w swej postawie pośród innych świeckich katolików. Na kilka milionów zdolnych do służby wojskowej niemieckich i austriackich katolików, Franz był jednym z dosłownie sześciu, którzy odmówili składania przysięgi bezwzględnej wierności Adolfowi Hitlerowi. Co więcej, wielu świeckich katolików wydawało się mieć za złe Jägerstätterowi jego postawę, o czym może świadczyć, iż władze jego rodzinnej miejscowości Sankt Radegund początkowo odmówiły umieszczenia jego nazwiska na miejscowym pomniku wojennym.

    Czy więc pojedynczy, niemający formalnego wykształcenia teologicznego katolik, może mieć rację wbrew milionom innych katolikom, a nawet pomimo stanowiska różnych księży i biskupów? Przykład wyniesionego na ołtarze błogosławionego Franza Jägerstättera daje twierdzącą odpowiedź na to pytanie.

    Mirosław Salwowski

  3. Skandaliczna wypowiedź posła Jacka Wilka

    Leave a Comment

    Niedawno zakończona a mająca miejsce w Warszawie międzynarodowa konferencja na temat Bliskiego Wschodu wzbudziła liczne kontrowersje, zwłaszcza dlatego, iż jest ona w niektórych kręgach odbierana jako część przygotowań do nowej wojny, którą USA wraz z Izraelem mieliby wszcząć przeciwko Iranowi. Osobiście, podzielam część z podnoszonych w związku z tym obaw i odnoszę się z dużym sceptycyzmem co do roztropności i sprawiedliwości rozpoczynania takiej wojny. Nie wszystkie jednak z argumentów podnoszonych przez polskich przeciwników takiego zbrojnego konfliktu zasługują na uznanie. Ba, niektóre z nich są wręcz żenujące i skandaliczne. Przykładem, takiego skrajnie niewłaściwego rodzaju argumentacji jest wypowiedź związanego obecnie z narodowo-wolnościową” koalicją pana posła Jacka Wilka. Otóż, w wypowiedzi umieszczonej na youtubowym kanale „Prawica Media” (tytuł filmiku: „Grzegorz BRAUN wkurzony o relacjach z USA! + WINNICKI i WILK i rozmowa w Sejmie! MEGA MOCNE WIDEO!„) polityk ów obok rozsądnie brzmiących uzasadnień przemawiających przeciwko ewentualnemu udziałowi Polski w wojnie przeciwko Iranowi pozwolił sobie też na następujące słowa:

    Teraz może być jeszcze gorzej, bo ja nie widzę żadnych powodów, żadnych korzyści, z tego, że stworzymy sobie wroga, z państwa, które do tej pory było nam względnie przyjazne – właściwie przyjazne – i nie będziemy mieli z tego żadnych korzyści. Jeżeli już mamy z kimś walczyć, tworzyć sobie nowego wroga, to te korzyści powinny być bardzo duże. Jeśli już … Liczy się interes. Natomiast ja nie widzę ich tutaj w ogóle (…)”.

    Cóż, powyższe słowa posła Wilka brzmią niezwykle cynicznie i niechrześcijańsko. Wojna w tradycyjnie chrześcijańskiej perspektywie nie powinna być bowiem wszczynana z myślą o – w domyśle materialnych i finansowych – korzyściach oraz interesach. Jeśli Bóg ma daną wojną aprobować i błogosławić to jej celem powinna być obrona niewinnych ludzi przed zagrażającą ich życiu i zdrowiu opresją, nie zaś myślenie o tym ile na takich wojennych zmaganiach zarobimy pieniędzy. Bić się głównie z myślą o materialnych interesach jest rzeczą zdecydowanie niegodną chrześcijańskich państw i chrześcijańskich żołnierzy. Pomyślmy tylko, jakim mianem nazwalibyśmy człowieka, który powiedziałby: „Nie będę się z nikim bić, jeśli na tym nie zyskam dużych korzyści„? Najpewniej z odrazą powiedzielibyśmy, iż jest to cyniczny, pozbawiony honoru człowiek, który gotów jest przelewać czyjąś krew dla pieniędzy. Tymczasem, podobny sposób myślenia i wartościowania podsuwa nam poseł Jacek Wilk jeśli chodzi o patrzenie na międzynarodową politykę. Tymczasem, Bóg jest zainteresowany absolutnie każdą sferą naszego życia – również polityką oraz motywacjami dla których mamy bić się na tej czy innej wojnie.

  4. Kiedy moralnie dozwolone jest zabijanie złoczyńców?

    Leave a Comment

    Nie popełnia grzechu morderstwa i ten, kto życie odbiera drugiemu sprawiedliwie tj. kto ma prawo do tego. A czy istnieje jakie prawo odbierania życia ludziom? Tak.

     

    a) Może odebrać komuś życie zwierzchność prawowita. Prawo nad życiem i śmiercią ma wprawdzie jedynie Pan Bóg, ale jak inne prawa Swoje np. odpuszczanie grzechów może Pan Bóg i to prawo przekazać innym. To też uczynił Pan Bóg, bo zwierzchności dał prawo karania złoczyńców, nawet odebraniem życia, jak to czytamy w Piśmie św. Tak w starym zakonie Pan Bóg ustanowił karę śmierci na morderców, bałwochwalców, bluźnierców, krzywoprzysięzców i innych wszelkich zbrodniarzy. Dlatego czytamy u Mojżesza (Gen. 9, 6): „Ktobykolwiek wylał krew człowieczą, będzie wylana krew jego”; podobnie dalej (Exod. 22, 18): „Czarownikom żyć nie dopuścisz”. I karę tę wykonywano rzeczywiście. Mojżesz wezwał mężów z pokolenia Lewi przeciw bałwochwalcom, co kłaniali się cielcowi złotemu, i kazał poodbierać im życie: jakoż zabito ich przeszło 20000, poczym Mojżesz pochwalił owych lewitów, mówiąc (Exod. 32, 29): „Poświęciliście ręce wasze dzisiaj Panu”.

    Władza ta pozostała zwierzchności i w zakonie nowym, jak widać ze słów Pana Jezusa do Piłata. Kiedy bowiem Piłat odezwał się do Pana Jezusa (Jan 19, 10): „Nie wiesz, iż moc mam ukrzyżować Cię i moc mam puścić Cię?” odpowiedział mu Pan Jezus (Jan 19, 11): „Nie miałbyś mocy przeciw Mnie żadnej, gdyby ci nie dano z wierzchu”. Tę władzę przyznaje zwierzchności i św. Paweł, bo mówi o niej (Rzym. 13, 4): „Nie bez przyczyny miecz nosi, Boga bowiem sługą jest, mścicielem ku gniewu temu, który złość czyni”. Ostatnia zaś księga Pisma św. powiada (Apok. 13, 10): „Kto mieczem zabije, ma być mieczem zabity”. – Jakoż sam rozum wskazuje, że zwierzchności musi przysługiwać takie prawo, gdyż tylko taka kara zdolna poskromić namiętności ludzkie i odstraszyć od zbrodni. Gdyby, jak chcą niektórzy, zniesiono karę śmierci, wtedy by jeszcze częściej aniżeli obecnie działy się zbrodnie wielkie np. morderstwa. Kara więzienia dożywotniego nie byłaby wystarczającą, bo sama ze siebie nie jest tak straszną jak kara śmierci i nadto zbrodniarz ma jeszcze nadzieję odzyskania wolności czy to przez ucieczkę, czy przez ułaskawienie. Toteż prawo to potrzebne; a zresztą zwierzchność nie będzie potrzebowała karać śmiercią, byleby zabójcy dali sami początek dobry – i przestali zabijać.

     

    b) Wolno dalej pozbawić życia nieprzyjaciela w słusznej obronie ojczyzny. Całość i bezpieczeństwo ojczyzny przedniejsze trzyma miejsce przed życiem nieprzyjaciół, tych, co się na nią targają. Nieprzyjaciele sami sobie winni, jeśli, krzywdę wyrządzając innemu krajowi, giną śmiercią. Skoro tedy zwierzchnik kraju prowadzi wojnę, każdy zawezwany do broni ma obowiązek stawać do szeregów. W takich razach dla uzyskania zwycięstwa wolno używać wszelkich środków potrzebnych, o ile nie zakazuje ich prawo przyrodzone czy też prawo narodów. Wolno tedy w takim razie uprzedzić nieprzyjaciela, napaść kraj jego i każdego, kto by się opierał, pojmać, zranić czy zabić. Zwłaszcza każdy żołnierz ma obowiązek walczenia mężnie wśród bitwy. Natomiast, jak już powiedziałem, grzeszyłby, gdyby zabijał lub znieważał albo bezcześcił mieszkańców spokojnych, bezbronnych, czy to dzieci, czy niewiasty, czy starców, czy też takich żołnierzy, co broń już złożyli. W ogólności żaden żołnierz nie powinien zapominać o tym, że jest chrześcijaninem, że ma być mężnym ale nie krwi chciwym i okrutnym.

    Że zabicie na wojnie tych, co szkodzą ojczyźnie, nie jest grzechem, dowodzi Pismo św., bo wychwala Matatiasza, Judę i innych bohaterów, którzy w obronie ojczyzny i uciskanej braci swojej ciężkie wiedli boje z narodami postronnymi. Dowodem niewinności takich żołnierzy i to, że Pan Bóg nieraz cudownie wspierał tych, co wiedli wojnę sprawiedliwą. Dodaję „sprawiedliwą”, bo samo się przez się rozumie, że wojna powinna być taką. O tym jednak wiedzieć trzeba, że odpowiedzialność za wojnę i wszystkie jej następstwa, spada na zwierzchność kraju, obowiązkiem zaś jest poddanych iść za głosem swej władzy, a nie badać, czy wojna jest słuszną czy też niesłuszną (por. fałszerstwo depeszy przez Bismarcka przed wojną francusko-niemiecką).

     

    c) Wreszcie wolno pozbawić kogoś życia we własnej sprawiedliwej obronie. Kiedy tedy złodziej, zbójca wypada z lasu z nożem czy narzędziem jakim zbójeckim, albo jeśli się zakrada do mieszkania i chce nas obedrzeć, złupić i przy tym zagraża naszemu życiu: wolno jest w takim razie się bronić i nie mamy grzechu, choćby złoczyńca zginął z ręki naszej. To potwierdza już rozum, bo nikt nie ma obowiązku cudze życie przedkładać ponad własne. Tenże rozum powiada, że jeśli nie ma innego środka obrony, powinien utracić życie raczej napastnik niesprawiedliwy, aniżeli niesłusznie napastowany. Gdyby bowiem nikt nie miał prawa bronienia się przeciw napadom niesłusznym, wtedy by bezbożnicy mieli zabezpieczoną swobodę da wszelkich bezprawi. Dlatego Pismo św. (Exod. 22, 2) wyraźnie pozwala na zabicie człowieka, jeśli tego potrzeba do obrony życia. – Co więcej nauczyciele duchowni wspominają o tym, że niewiasta w razie napadu na swącnotę może się bronić jakim bądź sposobem, a ostatecznie, gdy nie ma ratunku innego, wolno jej nawet zabić napastnika, gdyż dla niej ważniejszą jest jej cnota niż życie takiego niegodziwca.

    Aby jednak dozwolonym było zabójstwo w obronie własnej, napaść musi być niesprawiedliwą. Jeżeli tedy zwierzchność chwyta złoczyńcę, aby go zaprowadzić do więzienia, złoczyńcy nie przysługuje prawo obrony, bo zwierzchności wolno pojmać złoczyńcę. – Dalej nawet w razie napadu niesprawiedliwego nie wolno wyrządzić szkody większej nad tę, ile potrzeba dla obrony swego życia. Należy tedy wpierw, o ile można, użyć innych środków do obrony własnej np. uciekać, wołać o pomoc, uderzyć złoczyńcę, ogłuszyć go, powalić o ziemię, zranić, a dopiero, gdyby te sposoby nie prowadziły do celu lub gdyby ich zgoła nie można użyć, wolno zabić napastnika. Z tego więc wynika, że wolno napastnika zabić tylko podczas napadu samego, a nie, kiedy ucieka. A dalej nie godzi się żadną miarą zabijać złodzieja, którego schwycono na złodziejstwie, ale który widocznie nie zagraża życiu naszemu. – Wreszcie nie wolno zabijać z myślą zemsty czy nienawiści, lecz jedynie celem obrony własnej, bo chrześcijaninowi mścić się nie wolno.

     

    Ks. Wojciech Andersz, Nauki katechizmowe ułożone na podstawie różnych autorów, Tom IV, Poznań 1910, s. 8-11. 

     

  5. Tradycyjny absolutyzm moralny przeciw etyce sytuacyjnej (pytania i odpowiedzi)

    Leave a Comment

    Czy dopuszczalne jest czynienie tzw. mniejszego zła po to by zapobiec większemu złu? Czy są zachowania, których nie mamy prawa czynić nigdy, nigdzie i w żadnych okolicznościach? A może kłamanie po to by uratować czyjeś życie jest moralnie dozwolone? Co z wojną i kradzieżą, gdy jest się głodnym, które to nauczanie katolickie akceptują? Czy sam Pan Jezus w opozycji do legalistycznie nastawionych faryzeuszy nie zaakceptował łamania Bożych przykazań wówczas, gdy ma to służyć dobru człowieka? Czy nie jest po prostu tak, iż czasami jest się zmuszonym do czynienia źle, że nie ma się innego wyjścia niż popełnić jaką niegodziwość? Czy nie istnieją stany wyższej konieczności, w których pewne zło należy uznać za „zło konieczne”?

    Tego rodzaju i tym podobne pytania, pojawiają się nieraz w kontekście omawiania różnych problemów etycznych i ogromna większość katolików oraz chrześcijan wydaje się wyznawać pogląd, iż różne z rzeczy, które w wielu wypadkach uważa się za grzech – czyli np. kłamstwo, prostytucja, zabijanie niewinnych – w pewnych mniej lub bardziej szczególnych okolicznościach, są moralnie usprawiedliwione przez dobry cel, jaki dopuszczając się takowych można osiągnąć. „Nauczanie Kościoła dopuszcza kradzież żywności, gdy jest się głodnym” – mówią zwolennicy powyższego podejścia. „Dlaczego więc prostytuowanie się kobiety, która chce w ten sposób zdobyć pieniądze na nakarmienie siebie i swych głodnych dzieci, miałoby być zabronione” – mówią oni kontynuując ów wywód. I chyba zawsze w kontekście tym podobnych rozważań pojawia się argument na temat ludzi kłamiących w czasie II wojny światowej po to by uratować w ten sposób Żydów. „Jak można wszak twierdzić, że w obliczu zagrożenia życia niewinnych nie ma się moralnego prawa kłamać?„. „Czy nie jest to bezduszne okrucieństwo i ślepy legalizm?” – powiadają ludzie zarażeni myśleniem a kategoriach etyki sytuacyjnej.

    Myślę, iż wielu katolików myślących w ten sposób zdziwiłoby się, jak bardzo otwarcie ich sposób myślenia zaprzecza temu, co na temat moralności od wieków naucza Magisterium Kościoła. Wyznając takie poglądy, są oni wszak heretykami, choć pewnie jeszcze tylko materialnymi, gdyż nie mają świadomości tego, iż to co w swej świadomości uznają oni za w pełni z nauczaniem katolickim w rzeczywistości jest herezją wiele razy przez ich Kościół ganioną i odrzucaną. Poniższy artykuł za pomocą metody pytań i odpowiedzi ma im to uświadomić.

    Pytanie numer 1: Czym jest etyka sytuacyjna (zwana też „sytuacjonizmem”)?

    Doktryna ta zwana jest „etyką jednej normy”, gdyż utrzymuje się w niej, iż tylko zasada miłości jest jedyną absolutną normą, której nigdy nie wolno łamać. Jeśli jednak coś jest czynione z miłości do bliźniego, zwolennicy etyki sytuacyjnej twierdzą, iż owa szlachetna intencja czyni dozwolonym moralnie łamanie różnych innych norm moralnych. Etyka sytuacyjna vel sytuacjonizm jest całkowitym zanegowaniem tradycyjnej doktryny katolickiej o absolutnej i bezwarunkowej nienaruszalności negatywnych norm moralnych. Co prawda – przynajmniej w swej powołującej się na chrześcijaństwo – wersji, sytuacjonizm nie jest sensu stricte relatywizmem, albowiem nie głosi niezależności ludzkiego sumienia do Prawa Bożego. Etyka sytuacyjna (w jej „chrześcijańskiej” wersji) uznaje, iż w zwyczajnych i normalnych sytuacjach winniśmy przestrzegać negatywnych zasad moralnych. Sytuacjonizm twierdzi jednak, iż dla ustrzeżenia się większego zła bądź dla osiągnięcia większego dobra uprawnione jest czynienie mniejszego zła moralnego. Odpowiednio ważne okoliczności i chwalebne intencje mają tu czynić dozwolonymi lub nawet usprawiedliwionymi akty, które ze swej istoty są niemoralne, nieuporządkowane i złe. W takich sytuacjach jak: ratowanie niewinnych za pomocą cudzołóstwa bądź kłamstwa, mord popełniony na nienarodzonym w celu ratowania zagrożonego życia matki, tzw. patriotyczna prostytucja polegająca na pozamałżeńskim obcowaniu płciowym celem uzyskania informacji pozwalających oddalić niebezpieczeństwo od kraju, etyka sytuacyjna przyzna rację ludziom czyniącym takowe rzeczy. Sytuacjonizm ostatecznie prowadzi do destrukcji całej tradycyjnej moralności chrześcijańskiej, albowiem uczynienie najmniejszego wyłomu w tamie chroniącej przed wodą, prędzej czy później owocuje załamaniem się całej tamy i zalewem powodzi. Kiedy czyni się choćby jeden, jedyny wyjątek niemożliwym jest powstrzymanie szeregu innych wyjątków.

    Pytanie numer 2: Czym jest tradycyjny absolutyzm moralny?

    Jest to termin, jaki ukuliśmy na określenie tradycyjnej nauki Kościoła świętego o absolutnej i bezwarunkowej nienaruszalności negatywnych norm moralnych. Niezmienna nauka katolicka w sferze moralności głosi, iż istnieją przedmioty ludzkich zachowań, które są ze swej istoty niemoralne, wewnętrznie złe oraz nieuporządkowane. Takie – z istoty złe akty – nie mogą być moralnie dopuszczalne albo usprawiedliwione w żadnych choćby najtrudniejszych warunkach i okolicznościach. Także – choćby najszlachetniejsza intencja – nie może uczynić godziwymi lub dozwolonymi takich zachowań. Akty, które są złe, niemoralne i nieuporządkowane ze swej natury – nigdy nie mogą być usprawiedliwione bądź dopuszczalne – niezależnie od towarzyszących im choćby wyjątkowo trudnych okoliczności i chwalebnych intencji. Takie wewnętrznie złe uczynki są określone przez negatywne przykazania prawa naturalnego. Tradycyjny absolutyzm moralny nie wierzy również w istnienie rzeczywistych, niepokonalnych konfliktów pomiędzy negatywnymi normami moralnymi. Innymi słowy nie wierzymy w istnienie sytuacji bez wyjścia, w której człowiek musiałby zdeptać którąś z negatywnych zasad Bożych (np. miałby do wyboru albo cudzołożyć albo zamordować niewinnego). Tradycyjny absolutyzm moralny uznaje, iż zawsze istnieje „trzecie wyjście”, a wiara i zaufanie do Bożej opatrzności pomogą nam je odnaleźć. Mówiąc w skrócie: „Cel nie uświęca środków”; „Nie wolno czynić zła, aby uzyskać dobro”.

    Pytanie numer 3: W jakich aktach Magisterium Kościoła możemy znaleźć nauczanie o absolutnej i bezwarunkowej nienaruszalności negatywnych norm moralnych?

    Poniżej podajemy kilka cytatów z dokumentów kościelnych, które w sposób niezwykle jasny i kategoryczny opowiadają się za tradycyjnym absolutyzmem moralnym:

    (…) normy negatywne prawa naturalnego mają moc uniwersalną: obowiązują wszystkich i każdego, zawsze i w każdej okoliczności. Chodzi tu bowiem o zakazy, które zabraniają określonego działania semper et pro semper, bez wyjątku, ponieważ wyboru takiego postępowania w żadnym przypadku nie da się pogodzić z dobrocią woli osoby działającej, z jej powołaniem do życia z Bogiem i do komunii z bliźnim. Nikomu i nigdy nie wolno łamać przykazań, które bezwzględnie obowiązują wszystkich do nieobrażania w drugim człowieku, a przede wszystkim w samym sobie, godności osoby wspólnej wszystkim ludziom. (…) Z drugiej strony fakt, że tylko przykazania negatywne obowiązują zawsze i w każdej sytuacji, nie oznacza, że w życiu moralnym zakazy są donioślejsze od obowiązku czynienia dobra, na który wskazują przykazania pozytywne. Ma to następujące uzasadnienie: przykazanie miłości Boga i bliźniego ze względu na swą pozytywną dynamikę nie wyznacza żadnej górnej granicy, określa natomiast granicę dolną, którą przekraczając człowiek łamie przykazanie. Ponadto, to co należy czynić w określonej sytuacji, zależy od okoliczności, których nie można z góry dokładnie przewidzieć; natomiast istnieją zachowania, które nigdy i w żadnej okoliczności nie mogą uchodzić za działania właściwe – to znaczy za zgodne z ludzką godnością. Wreszcie, jest zawsze możliwe, że przymus lub inne okoliczności mogą przeszkodzić człowiekowi w doprowadzeniu do końca określonych dobrych działań; nie sposób natomiast odebrać mu możliwości powstrzymania się od zła, zwłaszcza jeżeli on sam gotów jest raczej umrzeć niż dopuścić się zła. (…) Kościół zawsze nauczał, że nie należy nigdy popełniać czynów zabronionych przez przykazania moralne, ujęte w formie negatywnej w Starym i Nowym Testamencie (…). Dzięki świadectwu rozumu wiemy (…), że istnieją przedmioty ludzkich aktów, których nie można przyporządkować Bogu, ponieważ są one radykalnie sprzeczne z dobrem osoby stworzonej na jego obraz. Tradycyjna nauka moralna Kościoła mówi o czynach, które są „wewnętrznie złe”: są złe zawsze i same w sobie, to znaczy ze względy na swój przedmiot, a niezależnie od ewentualnych intencji osoby działającej i od okoliczności. Dlatego nie umniejszając w niczym wpływu okoliczności, a zwłaszcza intencji na moralną jakość czynu, Kościół naucza, że << istnieją akty, które jako takie, same w sobie niezależnie od okoliczności, są zawsze wielką niegodziwością ze względu na przedmiot>> (…) Jeśli czyny są wewnętrznie złe, dobra intencja lub szczególne okoliczności mogą łagodzić ich zło, ale nie mogą go usunąć: są to czyny nieodwracalnie złe, same z siebie i same w sobie niezdatne do tego, by je przyporządkować Bogu i dobru osoby (…). Tak więc okoliczności lub intencje nie zdołają nigdy przekształcić czynu ze swej istoty niegodziwego ze względu na przedmiot w czyn <<subiektywnie>> godziwy lub taki którego wybór można usprawiedliwić (…).Już w Starym Przymierzu spotykamy się z godnymi podziwu świadectwami wierności wobec świętego prawa Bożego, aż do dobrowolnego przyjęcia śmierci. Ich symbolem może być historia Zuzanny: dwaj niesprawiedliwi sędziowie, którzy grożą jej śmiercią ponieważ nie chce ulec ich nieczystym żądzom słyszą odpowiedź: << jestem w trudnym ze wszystkich położeniu. Jeżeli to uczynię, nie ujdę waszych rąk. Wolę jednak niewinna wpaść w wasze ręce , niż zgrzeszyć wobec Pana>> (Daniel 13, 22-23). Zuzanna, która wolała <<niewinna wpaść>> w ręce sędziów, daje świadectwo nie tylko wiary i zaufania do Boga, ale także posłuszeństwa wobec prawdy i absolutnych wymogów porządku moralnego: swoją gotowością przyjęcia męczeństwa głosi, że nie należy czynić tego, co prawo Boże uznaje za złe, a by uzyskać w ten sposób jakieś dobro. Wybiera dla siebie lepszą cząstkę: przejrzyste, bezkompromisowe świadectwo prawdzie dotyczącej dobra oraz świadectwo Bogu Izraela; w ten sposób przez swoje czyny ukazuje świętość Boga. (…) Kościół ukazuje wiernym przykłady licznych świętych (…), którzy głosili i bronili prawdę moralną aż do męczeństwa, albo woleli umrzeć, niż popełnić choćby jeden grzech śmiertelny. Wyniósł ich do chwały ołtarzy , to znaczy kanonizował ich świadectwo i publicznie uznał za słuszne ich przekonanie, że miłość Boga każe bezwarunkowo przestrzegać Jego przykazań nawet w najtrudniejszych okolicznościach i nie pozwala ich łamać nawet dla ratowania własnego życia (…). Męczeństwo odrzuca jako złudne i fałszywe wszelkie ludzkie tłumaczenia, jakimi usiłowałoby się usprawiedliwić – nawet w wyjątkowych okolicznościach – akty moralnie złe ze swej istoty (…). – Jan Paweł II, „Veritatis splendor”, 52, 76, 80 – 81, 91 – 93

    Błędna jest więc ocena moralności czynów ludzkich, biorąca pod uwagę tylko intencję, która ją inspiruje, lub okoliczności (środowisko, presja społeczna lub konieczność działania, itd.) stanowiące ich tło. Istnieją czyny, które z siebie i w sobie, niezależnie od okoliczności i intencji, są zawsze i bezwzględnie niedozwolone ze względu na ich przedmiot, jak bluźnierstwo i krzywoprzysięstwo, zabójstwo i cudzołóstwo. Niedopuszczalne jest czynienie zła, by wynikło z niego dobro (…). Dobra intencja (np. pomoc bliźniemu) nie czyni dobrym, ani słusznym zachowania, które samo w sobie jest nieuporządkowane (jak kłamstwo czy oszczerstwo). Cel nie uświęca środków (…). Okoliczności, a w tym także konsekwencje, są drugorzędnymi elementami czynu moralnego. Przyczyniają się one do powiększenia lub zmniejszenia dobra lub zła moralnego czynów ludzkich (np. wysokość skradzionej kwoty). Mogą one również zmniejszyć lub zwiększyć odpowiedzialność sprawcy (np. działanie ze strachu przed śmiercią). Okoliczności nie mogą same z siebie zmienić jakości moralnej samych czynów; nie mogą uczynić ani dobrym, ani słusznym tego działania, które jest samo w sobie złe. Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 1753-1754, 1756.

    W rzeczywistości (…) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny – a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka – nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw. – Paweł VI, „Humanae vitae” 14.

     

    Pytanie numer 4: Które z uczynków można zaliczyć do aktów wewnętrznie nieuporządkowanych?

    Tradycyjna teologia moralna zalicza do takowych czynów, m.in.: bałwochwalstwo, wszelkie formy okultyzmu (np. wróżby, czary, jasnowidzenie, czczenie demonów, spirytyzm), bluźnierstwo, świętokradztwo, pijaństwo, morderstwo niewinnego, samobójstwo, nierząd, prostytucja, cudzołóstwo, onanizm, homoseksualizm, zoofilia, sztuczne ubezpładnienie aktu małżeńskiego, zgwałcenie, bezpośrednia sterylizacja, oszczerstwo, kłamstwo, kradzież, etc. Takowych aktów nie wolno czynić nigdy i nigdzie. Nigdy też nie wolno w sposób bezpośredni pomagać innym w ich popełnianiu, zachęcać lub pobudzać do ich praktykowania, pochwalać je, nakazywać, bądź też dobrowolnie pragnąć ich popełnienia lub też rozmyślać o ich czynieniu.

    Pytanie numer 5: Paweł VI w przytoczonym powyżej cytacie z encykliki Humanae Vitae naucza, iż co prawda nigdy nie wolno czynić zła moralnego, jednak niekiedy dozwolone jest tolerowanie czynów wewnętrznie złych. Co to oznacza w praktyce?

    Aby by zapobiec większemu złu lub ocalić jakieś większe dobro, dozwolonym jest tolerowanie mniejszego zła moralnego. Ważne jest, by w czasach wielkiego pomieszania pojęć, znać poprawne, ortodoksyjne rozumienie tego terminu. Tolerancja nie może bowiem w żadnym wypadku oznaczać czynienia zła, bądź aktywnego mu pomagania. Właściwe znaczenie tolerancji wywodzi się od pierwotnego tłumaczenia tego terminu, które znaczy „cierpliwe znoszenie” czegoś co budzi naszą głęboką dezaprobatę. Tradycyjne rozumienie tolerancji zakłada zawieszenie aktywnego przeciwstawienia (karania czy nawet upominania grzechu) się jakiemuś złu, w imię zachowania jakiegoś większego dobra lub zapobieżenia większemu złu. Przykładem właściwe rozumianej tolerancji może być jedna z sytuacji, jaka zdarzała się w czasie wojny. Ojciec ukrywający się w czasie wojny wraz z żoną i dziećmi, ze swej kryjówki widzi, jak banda wrogich żołnierze gwałcą, a później zabijają jakąś kobietę. W imię ocalenia własnej rodziny przed podobnym losem, człowiek ów ma prawo nie zapobiec temu strasznemu wydarzeniu. To znaczy nie ma on obowiązku wyjść z tejże kryjówki i rzucić się z pięściami na tych gwałcicieli i morderców. Podobnie nie jest on zobowiązany nawet upomnieć tych złoczyńców słownie. Tak też wspomniany wyżej ojciec rodziny, nawet dla ocalenia swych najbliższych nie mógłby wziąć udziału, czy choćby aktywnie pomagać (np. przytrzymując ową kobietę) w takim czynie. Reasumując, wolno jest niekiedy tolerować mniejsze zło moralne, lecz nigdy i nigdzie nie wolno czynić najmniejszego zła.

    Pytanie numer 6: Czy obok czynów z natury swej niemoralnych istnieją też zachowania, których co prawda, w zwyczajnych okolicznościach winniśmy się strzec, jednak w sytuacjach nadzwyczajnych uprawnionym może być uciekanie się do nich?

    Tak. Tradycyjna teologia moralna obok czynów, które są złe ze swej natury, a przez to zawsze i wszędzie zakazane, wyróżnia akty, których w normalnych sytuacjach winniśmy się wystrzegać, jednak ekstremalne okoliczności mogą uprawomocnić ich popełnienie. Takie czyny mogą być dozwolone w nadzwyczajnych sytuacjach, albowiem nie są one jeszcze niegodziwe ze swej istoty, a „jedynie” zbliżają nas do nieprawości, niosąc ze sobą sporą dawkę niebezpieczeństwa popadnięcia w zło moralne. Przykładowo, przed Vaticanum II, w normalnych sytuacjach, kremacja zwłok była surowo zabroniona, jednak w okresach wojny i zarazy uważano, iż jest uprawnione uciekanie się do niej. Podobnie, powinniśmy unikać zadawania męczarni zwierzętom, jednak w celu wypróbowania leków, które mogą pomóc chorym ludziom, możemy to czynić. Innym przykładem tego rodzaju zachowania może być oglądanie materiałów pornograficznych. Jako, że istnieje wielkie prawdopodobieństwo, iż w skutek czegoś takiego, będziemy snuć fantazje na temat nieczystości, winniśmy się strzec pornografii jak zarazy. Tym nie mniej jednak, jako że oglądanie pornografii przynajmniej automatycznie nie jest równoznaczne ze snuciem nieczystych myśli i pragnień, jest dozwolonym, aby przy zachowaniu wielkiej ostrożności i czujności, takowe materiały przeglądał np. sędzia.

    Pytanie numer 7: Czym jest istniejąca w tradycyjnej teologii moralnej tzw. zasada podwójnego skutku?

    Jest to reguła, która pozwala na czynienie aktów, które ze swej istoty są albo dobre, albo też neutralne moralnie, jednak z którymi wiąże się mniejsze lub większe ryzyko wystąpienia złych skutków. Z takimi sytuacjami mamy do czynienia np. w przypadku zagadnień związanych z ciążą zagrażającą życiu matki. Jasnym jest, iż nigdy, nawet dla ratowania życia matki, nie wolno jest dokonać aborcji. Byłoby to bowiem złamanie zasady mówiącej, iż „Cel nie uświęca środków”. W ten sposób zgodzilibyśmy się, iż w szlachetnym celu (ratowania niewinnego życia matki) można sięgnąć po zły i niegodziwy środek (morderstwo niewinnego i bezbronnego dziecka). Tym samym zniszczylibyśmy jedno niewinne życia, by ratować innego niewinnego. Zamordowalibyśmy jednego człowieka, by uleczyć innego. W tak dramatycznych okolicznościach jedyne co jest dopuszczalne; to poddanie się przez chorą matkę pewnym kuracjom, zabiegom i operacjom, które same w sobie nie polegają na uśmiercenie dziecka, jednak ich skutkiem ubocznym może być śmierć płodu. Przykładowo, wolno jest poddać się ciężarnej niewieście operacji serca, mimo że jej prawdopodobnym następstwem będzie śmierć dziecka. Jest to dozwolone, albowiem istotą tego typu zabiegów jest leczenie chorej matki, nie zaś zadanie śmierci dziecku w celu ratowania kobiety. W takim akcie nie zmierza się wprost i bezpośrednio do zniszczenia niewinnego życia celem ratowania innego niewinnego człowieka, ale jedynie przewiduje się że ubocznym następstwem działań leczniczych może być zgon jednego z dwojga. Sam jednak ów akt polega na leczeniu, nie zaś zabijaniu w celu leczenia. Gdyby pokusić się o zilustrowanie tej zasady na jakimś przykładzie praktycznym, to moglibyśmy podać sytuację w której strażak ratuje ludzi z płonącego budynku. Strażak musi zdecydować kogo będzie ratował w pierwszej kolejności, będąc przy tym świadomym, iż ratując np. jako pierwsze dziecko, może nie zdążyć pomóc matce. Tym nie mniej ów strażak nie prawa np. wyjąć pistoletu i odstrzelić część znajdujących się w ogniu ludzi po to by łatwiej mu było ratować pozostałych.

    Pytanie numer 8: Czy tradycyjna nauka katolicka głosi, iż osoba dopuszczająca się w ekstremalnych okolicznościach czynu wewnętrznie złego w sposób automatyczny popełnia grzech śmiertelny?

    Jest to całkowicie błędny wniosek wypływający z braku dobrej znajomości doktryny Kościoła. Po pierwsze; trzeba umieć rozróżniać pomiędzy obiektywną naturą danych czynów, a subiektywnym nastawieniem poszczególnych osób. Obiektywnie pewne zachowanie może być ciężką zniewagą Pana Boga (a więc należy do ciężkiej materii). Jednak do zaistnienia grzechu śmiertelnego oprócz ciężkiej materii wymagane jest jeszcze odpowiednia (w sensie negatywnym) subiektywna postawa sprawcy. Tak też sprawca danego ciężkiego czynu, musi jeszcze z całą jasnością wiedzieć, iż dopuszcza się ciężkiego przewinienia, poza tym wymagana jest z jego strony pełna dobrowolność w działaniu. Gdy brak jest przynajmniej jednego z tych czynników, nie możemy mówić o zaistnieniu grzechu śmiertelnego. Coś, co obiektywnie rzecz biorąc jest ciężkim wykroczeniem przeciw Bożemu prawu, subiektywnie może obciążać sprawcę jedynie w stopniu lekkim. Może się nawet zdarzyć, iż sprawca danego czynu był tak bardzo nieświadomy zła, które popełniał, albo subiektywnie czuł, iż jego wolność jest całkowicie skrępowana, iż nie zaciągnął na swe sumienie nawet grzechu powszedniego. Rzecz jasna, różne ekstremalne okoliczności oraz chwalebne intencje należą do tego rodzaju czynników, które mogą w znacznym stopniu utrudnić rozeznanie zła danego czynu, oraz skrępować dobrowolność podejmowanych decyzji. Najbardziej skrajne okoliczności nie usuwają jednak zła danych czynów, nie czynią ich uprawnionymi, nie przemieniają je z rzeczy niemiłych Panu Bogu i zawsze zakazanych, w coś dozwolonego oraz miłego, albo przynajmniej obojętnego Stwórcy. Jedyne, co w obliczu takich skrajnych okoliczności może ulec zmianie, to ocena indywidualnej odpowiedzialności sprawcy. Zilustrujmy powyższą zasadę takim oto przykładem: Pewna dziewczyna, słabo obeznana z prawdami wiary i moralności chrześcijańskiej, jeszcze gdy była dzieckiem została porwana do domu publicznego. Przez wiele lat była ona bita, zastraszana i poniżana. Ta biedna dziewczyna subiektywnie rzecz biorąc nie wiedziała jak wyrwać się z prostytucji i przeciwstawić się niemoralnym poleceniom. Zawód, jaki praktykowała, był sam w sobie ciężką zniewagą Wszechmogącego, którego nikt i nic nie może uprawomocnić. Jednak bardzo prawdopodobnym jest, iż odpowiedzialność owej prostytutki była w tym wypadku bardzo znikoma. Uwaga: nie znaczy to jednak, iż można powiedzieć: „Dziewczęta, jeżeli zdarzy się, iż będziecie bite, poniżane, zastraszane: to trudno, możecie zgodzić się oddawać swe ciało za pieniądze, póki ta dramatyczna sytuacja nie ulegnie zmianie„. Jest to dokładnie na odwrót. Należy tu powiedzieć: „Nawet, jeśli będziecie bite, poniżane i zastraszane, nie macie prawa oddawać się prostytucji, albowiem obrazicie w ten sposób Pana Boga. Wszechmogący przyjdzie wam z pomocą w tych trudnych chwilach i ostatecznie nagrodzi wasze męstwo„. Trzeba bowiem pamiętać, iż nam może się jedynie wydawać, iż w ekstremalnych okolicznościach niemożliwe jest dochowanie wierności Bożym przykazaniom. Tak naprawdę, nigdy nie jesteśmy zmuszeni do popełnienia, któregokolwiek z wewnętrznie złych uczynków. Wszechmocny zawsze wspiera nas swą łaską i nie ma takiej sytuacji, w której musielibyśmy wybrać zło moralne. Jak uczył Jan Paweł II:

    W określonych sytuacjach przestrzeganie prawa Bożego może być trudne, nawet bardzo trudne, nigdy jednak nie jest niemożliwe. To niezmienne nauczanie Tradycji Kościoła tak ujmuje Sobór Trydencki: <<Żaden człowiek, choć usprawiedliwiony, nie może się uważać za zwolnionego z przestrzegania przykazań; nikt nie powinien podzielać błędnego mniemania, potępianego przez Ojców, wedle którego przestrzeganie Bożych przykazań jest dla człowieka usprawiedliwionego niemożliwe. Bóg bowiem nie nakazuje tego, co niemożliwe, lecz nakazując przynagla cię, byś czynił wszystko, co możesz, a prosił o to, czego nie możesz, On zaś pomoże ci, byś mógł, albowiem „przykazania Jego nie są ciężkie” (1 J 5, 3), a „jarzmo Jego jest słodkie i brzemię lekkie”>>” (por. Mt 11, 30). (Sobór Trydencki, Sesja VI, „Dekret o usprawiedliwieniu”, rozdz. 11). ; (Veritatis Splendor, n. 102).

    Pytanie numer 9: Tradycyjny absolutyzm moralny jest absurdalny, albowiem wzywa wszystkich ludzi do heroizmu.

    Pan Bóg nigdy nie nakazuje rzeczy niemożliwych. Jeśli więc nasz Pan i Stwórca zakazuje nam podejmowania określonych działań, jako złych ze swej istoty, oznacza to, iż zawsze jest to możliwe i wykonalne. Pismo święte mówi, iż Najwyższy nie dopuszcza, abyśmy byli kuszeni ponad nasze siły (1 Koryntian 10, 13). Zawsze i wszędzie, nawet w sposób heroiczny, musimy strzec się popełniania złych uczynków. Nie zawsze jednak jesteśmy zobowiązani do heroicznego wypełniania dobrych czynów. Każdy np. musi odmówić zabicia niewinnego, nawet, gdyby wymagało to od niego heroicznej odwagi i męstwa. Z drugiej jednak strony, nie jesteśmy zobowiązani by w sposób heroiczny ratować niewinnych. Czymś bardzo szlachetnym i wielkodusznym jest ratowanie bliźnich z płonącego domu. Nie można jednak powiedzieć, iż każdy chrześcijanin jest zobowiązany do podobnego czynu. Gdyby jednak, nakazano nam zabić niewinnego bliźniego, to musielibyśmy odmówić, nawet, gdyby miało to skończyć się śmiercią dla nas i dla naszych bliskich. Trzeba też przypomnieć, iż większość ludzi nigdy nie znajduje się w naprawdę ekstremalnych sytuacjach. Tak naprawdę, tylko nieliczni stawiani są przed próbami, które domagają się np. złożenia ofiary ze swego życia, pójścia do więzienia, etc. . Zazwyczaj jesteśmy wzywani do wierności Prawu Bożemu w codziennych, zwykłych sytuacjach życiowych. Uczy o tym Jan Paweł II:

    Jeśli męczeństwo jest najwyższym świadectwem o prawdzie moralnej, do którego stosunkowo nieliczni są wezwani, to istnieje także obowiązek świadectwa, które wszyscy chrześcijanie winni być gotowi składać każdego dnia, nawet za cenę cierpień i wielkich ofiar. Wobec rozlicznych bowiem trudności czy też w najzwyklejszych okolicznościach wymagających wierności ładowi moralnemu, chrześcijanin jest wezwany, z pomocą łaski Bożej wypraszanej na modlitwie, do heroicznego nieraz zaangażowania, wspierany przez cnotę męstwa (…) („Veritatis splendor”, n. 93).

    „.Już w Starym Przymierzu spotykamy się z godnymi podziwu świadectwami wierności wobec świętego prawa Bożego, aż do dobrowolnego przyjęcia śmierci. Ich symbolem może być historia Zuzanny: dwaj niesprawiedliwi sędziowie, którzy grożą jej śmiercią ponieważ nie chce ulec ich nieczystym żądzom słyszą odpowiedź: << jestem w trudnym ze wszystkich położeniu. Jeżeli to uczynię, nie ujdę waszych rąk. Wolę jednak niewinna wpaść w wasze ręce , niż zgrzeszyć wobec Pana>> (Dn 13, 22-23). Zuzanna, która wolała <<niewinna wpaść>> w ręce sędziów, daje świadectwo nie tylko wiary i zaufania do Boga, ale także posłuszeństwa wobec prawdy i absolutnych wymogów porządku moralnego: swoją gotowością przyjęcia męczeństwa głosi, że nie należy czynić tego, co prawo Boże uznaje za złe, aby uzyskać w ten sposób jakieś dobro. Wybiera dla siebie lepszą cząstkę: przejrzyste, bezkompromisowe świadectwo prawdzie dotyczącej dobra oraz świadectwo Bogu Izraela; w ten sposób przez swoje czyny ukazuje świętość Boga. (…) Kościół ukazuje wiernym przykłady licznych świętych (…), którzy głosili i bronili prawdę moralną aż do męczeństwa, albo woleli umrzeć, niż popełnić choćby jeden grzech śmiertelny. Wyniósł ich do chwały ołtarzy , to znaczy kanonizował ich świadectwo i publicznie uznał za słuszne ich przekonanie, że miłość Boga każe bezwarunkowo przestrzegać Jego przykazań nawet w najtrudniejszych okolicznościach i nie pozwala ich łamać nawet dla ratowania własnego życia (…). W męczeństwie, jako potwierdzeniu nienaruszalności porządku moralnego, jaśnieje świętość prawa Bożego, a zarazem nietykalność osobowej godności człowieka, stworzonego na obraz i podobieństwo Boga. Godności tej nie wolno nigdy zbrukać ani działać wbrew niej, nawet w dobrej intencji i niezależnie od trudności. (…) Męczeństwo odrzuca jako złudne i fałszywe wszelkie ludzkie tłumaczenia, jakimi usiłowałoby się usprawiedliwić – nawet w wyjątkowych okolicznościach – akty moralnie złe ze swej istoty (…) („Veritatis splendor”, n. 91 – 93).

    Pytanie numer 10: Tak jak istnieje hierarchia cnót, tak też istnieje hierarchia grzechów. Morderstwo niewinnego jest np. cięższym grzechem, aniżeli cudzołóstwo czy homoseksualizm. Podobnie kłamstwo jest bardzo małym grzechem w porównaniu z mordem, cudzołóstwem czy sodomią. Czy nie jest więc dozwolone, by poświęcić jeden z mniejszych Bożych zakazów na rzecz niedopuszczenia do złamania większej z negatywnych zasad moralnych? Czy absolutne i bezwarunkowe przestrzeganie wszystkich negatywnych norm moralnych nie sprawia, iż tak naprawdę możemy być odpowiedzialni za znacznie większe zło, które dokona się w skutek naszej odmowy popełnienia mniejszego zła?

    Czy dwudziestu dwóch ugandyjskich chrześcijan wolących umrzeć, niż dopuścić się homoseksualizmu, powinniśmy zwać samobójcami i współwinnymi grzechu morderstwa (popełnionego na własnych osobach)? Wszak wiedzieli oni, iż w razie odmowy spotka ich śmierć. Czy miliony pierwszych męczenników chrześcijańskich odmawiających czczenia fałszywych bożków należy nazwać samobójcami, a nawet mordercami swych bliskich? Wszak, opierając się bałwochwalstwu ściągali pewną śmierć nie tylko na siebie, ale czasami również na głowy swych bliskich (w tym niczego nieświadomych małych dzieci)? Choć drugi z podanych tu przykładów może wydawać się nie na miejscu, albowiem czczenie bożków jest grzechem cięższym od morderstwa, to pierwszy z nich jest bez wątpienia zasadny, gdyż większym złem od homoseksualizmu jest morderstwo i samobójstwo. Idąc więc śladem rozumowania przytoczonego w tym punkcie winniśmy uznać, iż owi ugandyjscy chrześcijanie poprzez odmowę spełniania homoseksualnych zachcianek swego władcy dopuścili się samobójstwa i przyczynili się do grzechu morderstwa, który został popełniony na ich osobach. Gdyby krwawe prześladowania dotknęły nie tylko ich samych, ale jeszcze ich bliskich, musielibyśmy im zarzucić odpowiedzialność za mord na nich popełniony.

    Nie tędy droga. Tradycyjna nauka katolicka głosi jasno, iż nie wolno zwalczać większej nieprawości za pomocą mniejszego zła. To, iż w imię ocalenia choćby wielkiego dobra i ustrzeżenia się większego zła, nie godzimy się popełnić choćby najmniejszego z grzechów nie oznacza wcale, iż zachęcamy lub pomagamy innym w deptaniu Bożych praw. Ostatecznie rzecz biorąc, nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich konsekwencji naszych zachowań. Zło, które uczynimy w imię wyższego dobra, często wcale nie skutkuje osiągnięciem dobrych rezultatów. Podobnie, nasza odmowa uczestniczenia w złych uczynkach, wbrew wszelkim ludzkim rachunkom, może zaowocować tym, iż zło, które chcieliśmy zwalczać przez nieprawość, zostanie pokonane przez moc dobra. Musimy pamiętać o tej biblijnej zasadzie: „Nie może dobre drzewo rodzić złych owoców, zaś złe drzewo nie może rodzić dobrych owoców”. Na dłuższą metę nie da się pokonać jednej nieprawości drugą nieprawością. Wszelkie sukcesy w tej mierze mogą być tylko krótkotrwałe i pozorne. Z kolei, sprzeciw wobec najmniejszego zła, nawet jeśli nie zdoła zapobiec w danej chwili większemu złu, tak naprawdę ostatecznie zwycięży. Absolutna nienaruszalność Bożych zakazów nie oznacza, iż w obliczu nieprawości mamy się jedynie modlić, pościć i apelować do sumienia złoczyńców. Z pewnością ze złem moralnym można walczyć jeszcze na wiele innych sposobów. Żadna z metod walki z nieprawością nie może być jednak ze swej istoty zła. Wówczas to bowiem próbujemy zwalczyć jedną nieprawość poprzez drugą (choćby mniejszą), co prowadzi nas do ślepej uliczki.

    W sytuacjach ekstremalnych, gdy wydaje się nam, iż jedynym sposobem na uniknięcie większego zła lub osiągnięcie większego dobra, jest uczynienie mniejszego zła, pozostaje nam tylko modlitwa i heroiczna ufność w Bożą opatrzność. Posłuszeństwo Bogu jest wartością o wiele bardziej cenną niż największe doczesne dobra i pomyślność. Musimy ufać, iż jeśli spodoba się to Wszechmocnemu, to wybawi nas, naszych bliskich i ludzi, których chcemy chronić, z największej opresji, bez uciekania się z naszej strony do jakiejkolwiek nieprawości. Pismo święte i historia Chrześcijaństwa zna wiele takich wypadków. Heroiczna wiara i zaufanie Wszechmogącemu sprawiły, iż Daniel zamknął paszczę groźnym lwom (Daniel 6), uczyniły ogień łagodnym dla trzech młodzieńców (Daniel 3), pozwoliły Mojżeszowi uczynić mur z wody pośrodku Morza Czerwonego (Wyjścia 14, 22), wybawiły czystą Zuzannę od śmierci (Daniel 13, 22 – 23), sprawiły, iż Piotr odważył się chodzić po wodzie (Mateusz 14, 29), bezbronny Dawid pokonał potężnego Goliata (1 Samuel 17), zaś Jozue zatrzymał słońce i księżyc w ich wędrówce (Jozue 10, 13).

    Z drugiej strony Pan Bóg nie musi nas i osoby powierzone naszej pieczy wybawiać z każdej opresji i niebezpieczeństwa. Wówczas to winniśmy z pokorą i ufnością w Bożą opatrzność przyjąć każde nieszczęście, jakie nas spotka. Próba ratowania siebie i innych za pomocą czynów wewnętrznie złych jest dowodem braku całkowitego powierzenia się Opatrzności oraz przyznaniem de facto racji przeświadczeniu, iż wartości doczesne są najwyższe i najcenniejsze.

    Tradycyjna postawa chrześcijańska uważa, iż najmniejszy zły czyn jest gorszy od największych doczesnych zniszczeń i katastrof. Warto zresztą przypomnieć, iż nawet, gdyby za pomocą jakiegoś złego czynu udało nam się powstrzymać drugiego człowieka przed zabiciem niewinnych, to i tak nie oznacza to, iż stawiliśmy w ten sposób tamę grzechowi. Tak naprawdę grzech dokonał się już w jego sercu, albowiem pragnął on zabić niewinnych. Jedyne co udało się w tym wypadku uczynić, to niedopuszczenie do fizycznej realizacji grzesznych pragnień jego serca. Prawdziwy grzech już jednak się dokonał i żadna dodatkowa nieprawość nie zdołała mu zapobiec. Poza tym, przypomnijmy jeszcze raz: w 100 proc. możemy odpowiadać tylko za własne, a nie cudze czyny. Nigdy do końca nie wiemy, co z naszymi uczynkami zrobią inni. Istnieje jedna nieprzekraczalna granica: nigdy nie wolno łamać negatywnych norm moralnych.

    Pytanie numer 11: Czy tradycyjny absolutyzm moralny nie jest systemem legalistycznym i faryzeistycznym, który w imię wierności Bożym przykazaniom niszczy prawdziwą miłość do Boga i bliźniego? Czyż św. Augustyn nie mówił: „Kochaj i czyń co chcesz”? Czy nie wynika z tego, iż miłość do Boga i bliźniego może w pewnych sytuacjach uprawomocniać dokonywanie czegoś co ze swej natury jest złe? Wszak św. Paweł stwierdza, iż przykazanie miłowania bliźniego jak siebie samego stanowi wypełnienie całego prawa (Rzymian 13, 8-10).

    Na 1 i 3 pytanie pkt. 11 odpowiadamy słowami Jana Pawła II z encykliki „Veritatis Splendor”:

    Kiedy apostoł Paweł stwierdza, że przykazanie miłowania bliźniego jak siebie samego stanowi wypełnienie całego prawa (por. Rz 13, 8 – 10), nie osłabia znaczenia przykazań, ale raczej je potwierdza, ukazuje bowiem ich wymogi i ich powagę. Miłość Boga i miłość bliźniego jest nieodłączna od zachowywania przykazań Przymierza odnowionego przez krew Chrystusa i przez dar Ducha Świętego. Chrześcijanie szczycą się tym, że słuchają raczej Boga niż ludzi (por. Dz 4, 19; 5, 29), co gotowi są poświadczyć nawet męczeństwem, jak to uczynili święci i święte Starego i Nowego Testamentu, którzy zasłużyli sobie na to miano, ponieważ woleli oddać życie raczej niż dokonać jakiegoś czynu sprzecznego z wiarą lub cnotą (…)” (tamże: n. 76).

    Przywołujemy w tym miejscu również nauczanie św. Jana Marii Vianneya:

    Św. Paweł mówi, że inne przykazania zabraniają cudzołóstwa, kradzieży, wyrządzania krzywdy, dawania fałszywego świadectwa. Jeżeli miłujemy bliźniego, nie zrobimy nigdy żadnej z tych rzeczy(patrz: Św. Jan Maria Vianney, „Kazania Proboszcza z Ars”, Warszawa 1999, s. 266).

    Nie jest więc tak, iż najwyższe przykazanie miłości może czynić dozwolonym coś, co w swej istocie jest zakazane i miłe Panu Bogu. Przeciwnie miłość do Pana Boga i bliźniego uzdatnia nas i umacnia do nienaruszania negatywnych zasad moralnych, choćby w najtrudniejszych okolicznościach. Przeciwnicy tradycyjnego absolutyzmu moralnego błędnie zarzucają mu też skłonności faryzeistyczne. Faryzeizm – wbrew pozorom – nie był oparty na bezwarunkowej i absolutnej wierności Bożemu prawu. To właśnie faryzeusze szukali bowiem sobie różnych wykrętów, które pozwalałyby na omijanie twardych Bożych zakazów. Poza tym faryzeizm w dużej mierze przykładał wagę do szanowania stricte ludzkich praw, zwyczajów i tradycji. Odnośnie zacytowanego powyżej powiedzenia św. Augustyna to wyrwane z kontekstu rzeczywiście może ono brzmieć jak otwarcie furtki dla lekceważenia Bożych zakazów w imię miłości Boga i bliźniego. Tak naprawdę lektura całości pism tego wielkiego doktora Kościoła wykazuje jak wielkim był on wrogiem takiego podejścia. To właśnie św. Augustyn (jak szerzej omówimy to w następnych punktach) najzażarciej zwalczał pogląd, jakoby w imię ratowania życia cielesnego czy nawet duchowego bliźnich, dozwolonym byłoby uciekanie się do kłamstwa. Warto przypomnieć w tym miejscu, jedną z jego wypowiedzi: „Jeśli czyny są same z siebie grzechami, jak na przykład kradzież, cudzołóstwo, bluźnierstwo, lub tym podobne, to któż ośmieliłby się twierdzić, że gdy dokonane zostają dla dobrych powodów, nie są już grzechami lub – co jeszcze bardziej nielogiczne – są grzechami usprawiedliwionymi?” („Contra mendacium”). Widać więc jasno, iż św. Augustyn mówiąc” „Kochaj i czyń co chcesz” nie twierdził bynajmniej, iż miłość przemienia rzeczy zakazane w dozwolone. Tenże doktor Kościoła chciał w ten sposób wyrazić przekonanie, iż prawdziwa miłość do Boga i bliźniego pomoże nam pilnie wystrzegać się uczynków złych ze swej istoty.

    Pytanie numer 12: Dlaczego etyka sytuacyjna jest herezją?

    Albowiem, tezy etyki sytuacyjnej w ewidentny i jasny sposób sprzeciwiają temu, co na temat moralności uczyło Magisterium Kościoła w swym zwyczajnym i powszechnym nauczaniu powołując się przy tym na autorytet samego Boga i Jego Objawienia.

    Przyjrzymy się wszak znaczeniu, w jakim herezję określa choćby kanon 751 Kodeksu Prawa Kanonicznego. Jest tam mowa o tym, iż herezję stanowi odrzucanie bądź poddawanie w wątpliwość nauki, w którą należy wierzyć „wiarą Boską i katolicką”. Sobór Watykański I z kolei w rozdziale trzecim konstytucji „Dei Filius” przypomina:

    „Wiarą Boską i katolicką należy wierzyć w to wszystko, co jest zawarte w słowie Bożym pisanym lub podanym i co Kościół jako objawione od Boga do wierzenia podaje bądź uroczystym wyrokiem, bądź też w zwyczajnym i powszechnym nauczaniu”.

    Z połączenia tych dwóch wypowiedzi wynika więc, iż herezją jest kwestionowanie nauki, którą Kościół podaje do wierzenia za pośrednictwem swego uroczystego bądź też zwyczajnego i powszechnego nauczania.  Jeśli więc Kościół w sposób uroczysty lub poprzez swe odwieczne zwyczajne nauczanie, głosi, iż np. morderstwo niewinnego jest ciężkim złem, to twierdzenie mówiące, że czyn ów jest dobry albo obojętny moralnie, stanowi herezję. Jeżeli Kościół święty zawsze nauczał, iż nierząd jest ciężką nieprawością, to mówienie, a nawet myślenie w przeciwny bądź powątpiewający sposób o tym zachowaniu, jest herezją. Zarówno bowiem w przypadku morderstwa niewinnego, jak i cudzołóstwa, mamy do czynienia z nauką, którą Kościół głosił zawsze jako objawioną przez Pana Boga.

    Etykę sytuacyjną należy więc nazwać herezją, gdyż zaprzecza ona temu, co Kościół katolicki niezmiennie głosił w dziedzinie porządku moralnego, a więc nauce o istnieniu czynów bezwzględnie zakazanych i wewnętrznie złych. Jak uczył Jan Paweł II:

    „Istnienie szczegółowych norm moralnych odnoszących się do działania człowieka w świecie, których moc obowiązywania zawsze i w każdych okolicznościach wyklucza istnienie wyjątków, stanowi przedmiot odwiecznej nauki Tradycji i Magisterium Kościoła. Nauka ta nie może zostać poddana w wątpliwość przez teologa katolickiego” (Przemówienie z dń. 12. XII 1988 r.).

    W wielokrotnie już tu cytowanej encyklice „Veritatis Splendor” Jan Paweł II przypominał z kolei, iż Kościół „zawsze” występował przeciw moralności sytuacjonistycznej.

    Nawet jeśli więc sytuacjonistyczna doktryna nie jest nazywana wprost mianem „heretyckiej”, to jasno wynika to z nauczania Magisterium. Odrzucanie nauki Kościoła, która w imię Jezusa była głoszona „zawsze” bezapelacyjnie stanowi herezję.

     

     

    Wojna, kara śmierci, „kradzież” z głodu – czy to są wyjątki od negatywnych przykazań?

    Pytanie numer 13:  Tradycyjna nauka katolicka głosi, iż w pewnych sytuacjach uprawnionym jest udział w tzw. wojnie sprawiedliwej, kara śmierci oraz uśmiercenie napastnika. Czy tym samym nie sankcjonuje się wyjątki od negatywnej normy moralnej głoszącej: „Nie zabijaj”?

    Wbrew pozorom, tradycyjna teologia moralna, nie uważa wszelkiego odbierania życia ludzkiego za akt wewnętrznie nieuporządkowany i niemoralny. Takim aktem, bez wątpienia jest morderstwo, czyli zniszczenie wszelkiego niewinnego życia ludzkiego. Piąte przykazanie Dekalogu w sposób absolutny i bezwarunkowy zakazuje niszczenia niewinnego życia ludzkiego. Nie wolno np. zabić niewinnego, choćbyśmy mogli w ten sposób uratować tysiące innych niewinnych ludzi. Intencją Bożego zakazu nie było jednak otaczanie bezwzględną ochroną życia złoczyńców, napastników i agresorów. Jeśli ktoś dokonuje ciężkiego przestępstwa, bierze udział w wojnie niesprawiedliwej, czyha na życie bliźniego, nie może być traktowany jako osoba niewinna, tak też w pewnych określonych wypadkach może zostać bez grzechu uśmiercony.

    Uprawomocnienie takich zachowań opiera się na założeniu, iż polegają one na uśmiercaniu złoczyńców, nie zaś niewinnych osób. Dlatego też po wyczerpaniu innych środków perswazji wolno jest odebrać życie żołnierzowi biorącemu udział w niesprawiedliwej wojnie, sprawcy ciężkich przestępstw oraz bandycie czyhającemu na niewinne życie. Z tego względu udział w sprawiedliwej wojnie, kara śmierci, oraz uśmiercenie agresora nie są – same w sobie – złe i niemoralne. Wszystkie te zachowania polegają bowiem nie na atakowaniu życia niewinnych, ale na uśmiercaniu złoczyńców. Oczywiście nie należy śpieszyć się z odbieraniem życia złoczyńców. Lepiej jest bowiem widzieć niegodziwców nawróconych i pokutujących, aniżeli martwych i zapakowanych w foliowe worki. Tym nie mniej jednak negatywną normą moralną jest: „Nie zabijaj wszelkiego niewinnego życia ludzkiego”, nie zaś „Nie zabijaj wszelkiego życia ludzkiego”. Mówiąc w skrócie: nigdy i nigdzie nie wolno jest zabijać niewinnych ludzi. Czasami i po wyczerpaniu innych środków wolno jest jednak zabijać złoczyńców, choć generalnie rzecz biorąc, również tego winniśmy się wystrzegać.

    Pytanie numer 14:  Jak odróżnić na wojnie ludzi niewinnych od złoczyńców?

    Odpowiem słowami kardynała Gousseta:

    W tym razie za takich uważają się obywatele spokojni, dzieci, starcy, zakonnicy, słudzy religii, podróżni, wieśniacy nie będący pod bronią. Wtedy atoli mają prawo do względności, skoro nie biorą czynnego udziału w bitwie” ( Kardynał Gousset, „Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników”, Warszawa 1858, s. 302). 

    Przekładając powyższe rozróżnienia na nieco bardziej współczesny język – osoby nie będące żołnierzami albo nie biorące aktywnego udziału w walce zbrojnej, powinny być uważane za ludzi niewinnych i nie należy ich brać sobie za cel działań militarnych.

    Pytanie numer 15:  Czy traktowanie żołnierzy wrogiej armii, jako złoczyńców, których można uśmiercić jest rozsądne i sprawiedliwe? Wszak nieraz wśród nich mogą być osoby, które poszły na wojnę przymuszone, albo też są szczerze przeświadczone, iż działają w słusznej sprawie. Poza tym, tak naprawdę wojna, którą uznajemy za sprawiedliwą może być niesprawiedliwą, co konsekwentnie rzecz biorąc znaczy, iż to my występujemy po złej stronie. Czyż nie każdy rząd prowadzący wojnę, stara przedstawić się ją, jako „sprawiedliwą”?

    Posłannictwo żołnierza może być porównane do fachu kata. W zwyczajnych okolicznościach kat pełniąc swe obowiązki opiera się na powadze sądu. Nie jest on zobowiązany badać, czy aby na pewno sąd starannie zbadał dowody przemawiające na rzecz skazania kogoś na karę śmierci. Oczywiście, gdyby ów kat dotarł do jakiś poważnych przesłanek, które czyniłyby wątpliwymi winę skazanego, albo też byłoby w miarę oczywistym, iż czyn za który ma wykonać śmiertelną egzekucję nie jest ciężkim przewinieniem ( albo też byłoby to dobro, np. modlitwa do Pana Jezusa), byłby on zobowiązany w sumieniu odmówić wykonania kary śmierci.

    Analogicznie rzecz biorąc: w zwyczajnych okolicznościach, idący na wojnę żołnierz winien opierać się na powadze władz cywilnych. Nie jest on zobowiązany badać, czy aby na pewno wojna na którą idzie spełnia wszystkie kryteria wojny sprawiedliwej. Podobnie też nie jest zobligowany zastanawiać się nad subiektywnym stanem poszczególnych żołnierzy wrogiej armii. Jeśli jednak, ów żołnierz dotrze do poważnych przesłanek przemawiających za tym, iż wojna, w której bierze udział, nie jest sprawiedliwa, jest zobowiązany w sumieniu do wypowiedzenia posłuszeństwa swym przełożonym i odmowy udziału w walce zbrojnej.

    Pytanie numer 16:  Czy podział na „niewinnych” (których nie wolno zabijać nigdy) oraz „złoczyńców” (których wolno jest uśmiercać w pewnych okolicznościach) nie jest ostatecznie rzecz biorąc bezsensowny? Wszak z jednej strony można powiedzieć, że nikt nie jest niewinny, albowiem wszyscy jesteśmy grzesznikami, z drugiej zaś strony nie znamy serc naszych bliźnich, dlatego nie możemy ich uważać za złoczyńców.

    To prawda, iż nie jesteśmy władni wejrzeć w serca naszych bliźnich. Ostateczny osąd należy tu do wszechwiedzącego Stwórcy i Sędziego. Część swych prerogatyw Pan Bóg udzielił jednak również ludziom. Tak, jak rodzajowi ludzkiemu Wszechmogący pozwolił brać udział w swym stwórczym akcie (poprzez akt prokreacji), tak dał nam prawo dokonywać częściowego sądu nad naszymi bliźnimi, którzy dopuszczają się ciężkich wykroczeń przeciw Bożemu prawu. W Piśmie świętym jest wymienionych 19 ciężkich grzechów, za popełnienie, których człowiek może być prawowicie uśmiercony przez swych bliźnich. Tym częściowym sądem są właśnie: udział w wojnie sprawiedliwej, kara śmierci oraz obrona przed niesprawiedliwym atakiem. W takich sytuacjach mamy prawo traktować naszych bliźnich, którzy w sposób jawny depczą Boże przykazania w ważnych kwestiach, jako złoczyńców zasługujących na śmierć. Powtarzamy jednak: nie możemy być śpieszni do takiego częściowego sądu. Musimy go rezerwować dla sytuacji naprawdę nadzwyczajnych.

    Nie jest prawdą jednak, iż nikt z ludzi nie jest niewinny. Z całą pewnością, istnieją określone kategorie ludzi, którym w żaden sposób nie można przypisywać grzechów ciężkich, czy choćby grzechów powszednich. Nie można im czegoś takiego przypisać z powodu ich niezdolności do popełnienia grzechu. Takimi absolutnie niewinnymi istnieniami ludzkimi są: nienarodzone dzieci, niemowlęta i małe paroletnie dzieci.

    Pytanie numer 17:  Istnieją sytuacje, w których naprawdę jedynym rozsądnym wyjściem wydaje się być aborcja nienarodzonego dziecka. Dobitnym przykładem takiej okoliczności może być autentyczny przypadek pewnego rumuńskiego lekarza, który przebywając w obozie koncentracyjnym dokonał 3 tyś. aborcji na żydowskich więźniarkach. Gdyby tego nie uczynił, wedle obozowego prawa, owe matki zostały by spalone razem ze swymi nienarodzonymi dziećmi. W ten sposób, ów doktor mordując trzy tysiące niewinnych dzieci, uratował trzy tysiące kobiet i zapobiegł morderstwu 6 tyś. istnień ludzkich.

    Wyobraźmy sobie, iż na wioskę napada banda morderców i gwałcicieli. Dowodzący owymi rzezimieszkami stawia przed jednym z mieszkańców następujący dylemat: „Albo ty zabijesz jedno z niemowląt, a wówczas my zostawimy w spokoju całą wieś, albo w przeciwnym razie my wyrżniemy wszystkich mieszkańców, a kobiety dodatkowo przy tym zgwałcimy„. Jakkolwiek współczujemy ludziom znajdującym się w podobnych ekstremalnych i beznadziejnych sytuacjach, nie możemy przyznać racji takim pomysłom. Nie wolno zamordować choćby jednego niewinnego, aby ocalić wszystkich pozostałych niewinnych.

    Pytanie numer 18:  Tradycyjna teologia moralna usprawiedliwia kradzież rzeczy potrzebnych do życia dokonywaną przez biedaków i nędzarzy. W ten sposób przyznaje się de facto, iż istnieją wyjątki od negatywnych norm moralnych.

    Tradycyjna teologia moralna wcale nie twierdzi, iż w pewnych wyjątkowych sytuacjach wolno jest dokonać kradzieży. Takowa opinia, choć jest bardzo popularna, to jednak nie znajdzie się jej w żadnym prawowiernym katechizmie albo podręczniku teologii moralnej. To co jest głoszone przez katechizmy i podręczniki teologii to stwierdzenie, iż nie każde zabranie cudzej rzeczy wypełnia znamiona kradzieży. Z wyjątkiem od kradzieży mielibyśmy do czynienia wówczas, gdyby Kościół głosił, iż wszelkie zawłaszczenie cudzej własności jest kradzieżą, lecz mimo to człowiek ma prawo czasami to uczynić. Tradycyjna nauka katolicka nie głosi jednak czegoś podobnego. Przeciwnie, żaden człowiek nie jest absolutnym władcą dóbr materialnych. Zostały mu one użyczone jedynie we władanie przez Wszechmogącego – ich absolutnego Pana i właściciela. Pan Bóg rozdzielając ludziom dobra doczesne dokonał tego, by służyły one również biednym i nędzarzom. Święty Jan Chryzostom uczył: Niedopuszczanie ubogich do udziału w swych własnych dobrach oznacza kradzież i odbieranie życia. Nie nasze są dobra, które posiadamy – należą one do ubogich („In Lazarum 1,6). Św. Grzegorz Wielki przypomina z kolei: Gdy dajemy ubogim rzeczy konieczne, nie czynimy im ofiar osobistych, ale oddajemy im to, co należy do nich; spłacamy raczej powinność sprawiedliwości, niż wypełniamy dzieło miłości („Regula pastoralis”, III, 21). Zabranie przez nędzarza rzeczy koniecznej do życia, nie jest kradzieżą, gdyż tak naprawdę, prawowicie należy ona do niego.

    Pytanie numer 19:  Czy tradycyjna doktryna katolicka naprawdę głosi, iż kłamstwo należy do aktów wewnętrznie złych, a więc takich, których dozwolonymi nie mogą uczynić nawet najtrudniejsze okoliczności i najchwalebniejsze intencje?

    Tak. Co najmniej od czasów św. Augustyna nauczanie o wewnętrznym złu kłamstwa, a co za tym idzie absolutnej jego niedopuszczalności, jest nieprzerwanie głoszone przez Magisterium Kościoła świętego. Zacytujmy tu jedynie kilka tego dowodów:

    Nie trzeba mniemać, iż kłamstwo nie jest grzechem, skoro posługuje na korzyść cudzą (…) Czy kłamstwo może kiedykolwiek nie być złem? Czy może kiedykolwiek być dobrem? (…) Powinniśmy nienawidzieć powszechnie wszelkiego rodzaju kłamstwa, ponieważ nie ma żadnego, które przeciwnym nie byłoby prawdzie. Podobnie jak nie masz zgody pomiędzy światłem a ciemnością, między religią a bezbożnością, zdrowiem a chorobą, życiem a śmiercią: tak też nie ma żadnej godziwej umowy między kłamstwem a prawdą. O ile ta jest dla nas drogą, o tyle kłamstwem brzydzić się powinniśmy. Ale oto jest człowiek niewinny, któremu trzeba ocalić życie, oświadczając wbrew prawdzie, że nie wiemy gdzie się ukrył. Czy powiedzielibyście to samo w obecności najwyższego Sędziego, któryby wam zadał to pytanie? Czyliż nie jest większą odwagą i cnotą odpowiedzieć: <<Nie będę ani donosicielem, ani kłamcą>>. Biskup Thagaste, imieniem Firmus1 wezwany imieniem cesarza, o wydanie człowieka, który się ukrywał u niego, odpowiedział śmiało, że nie chce ani kłamać, ani wydać nieszczęśliwego, woląc raczej wycierpieć najsroższe męki, niżeli uczynić to, czego wymagają po nim, lub powiedzieć fałsz. (…) Gdy nas przymuszają do kłamania z powodu zbawienia wiekuistego jakiej osoby, na przykład gdy idzie o udzielenie jej sakramentu chrztu świętego, do kogoż wtedy mam się uciec, jeżeli nie do ciebie; o prawdo święta? Ale czy prawda może pozwolić dopuścić się kłamstwa? Św. Augustyn, „Contra mendacium”. Por. ks. Ambroży Guillois, Wykład historyczny, dogmatyczny, moralny, liturgiczny i kanoniczny wiary katolickiej, Wilno 1863, s. 382.

    Unikajmy troskliwie wszelkiego rodzaju kłamstwa. Są wprawdzie kłamstwa lekkie: na przykład skłamać, aby ocalić życie bliźniemu swemu. Wszelako ponieważ powiedziane jest w Piśmie świętym: Usta, które kłamią, zabijają duszę (Ks. Mądrości 1:11), tudzież Zatracisz wszystkich, którzy mówią kłamstwo (Ps 5: 5-6); nie masz żadnej wątpliwości, że każdy chrześcijanin, który pragnie przyjść do doskonałości, unikać powinien owych kłamstw usłużnych, stronić troskliwie od wszelkiego rodzaju skrytości, nawet w przypadku, o którym wspomnieliśmy, z obawy, iżby chcąc ocalić życie doczesne bliźniego, nie zaszkodzić dobru żywota duchownego (…).Św. Grzegorz Wielki, cytat za: Ks. Ambroży Guillois, Wykład historyczny, dogmatyczny, moralny, liturgiczny i kanoniczny wiary katolickiej, Wilno 1863, s. 384.

    Wszystkie te rodzaje kłamstw są grzechem. Nie wolno więc nigdy kłamać, ani dla uniknięcia śmierci i mąk, ani dla zachowania sobie samemu lub innym życia, sławy lub majątku, ani dla ocalenia niewinnego, niesłusznie oskarżonego, ani nawet dla zapewnienia bliźniemu zbawienia

    – Ks. J. Gaume, Zasady i całość wiary katolickiej, czyli wykład jej historyczny, dogmatyczny, moralny, liturgiczny, apologetyczny, filozoficzny i socjalny, od stworzenia świata aż do naszych czasów, Kraków 1870, t. IV, s. 445.

    Dlatego też my wnosimy, według św. Augustyna i według św. Tomasza, że nie należy nigdy kłamać , ani w sprawie religii, które gruntem jest prawda; ani pod pozorem chwały Boga, który nie może być uwielbiony tylko przez tryumf prawdy; ani dla odwrócenia grzesznika od zbrodni; ani dla ocalenia życia niewinnemu lub dla pozyskania duszy będącej w niebezpieczeństwie.Kardynał Gousset, Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników, Warszawa 1858, s. 269 -270.

    Taka jest nauka świętego Augustyna o kłamstwie, a jest ona nauką całego Kościoła. Kłamstwo jest rzeczą złą samą w sobie; nie wolno przeto nigdy kłamać, nawet w celu rozrywki własnej lub dla zabawy innych, lub też dla swego usprawiedliwienia się, lub okazania przysługi bliźniemu. Żadna okoliczność, żaden zamiar, jakkolwiek dobry sam w sobie, nie może oczyścić ze złości tego, co jest z natury swojej złym.Ks. Ambroży Guillois, Wykład historyczny, dogmatyczny, moralny, liturgiczny i kanoniczny wiary katolickiej, Wilno 1863, s. 383.

    Nigdy nie można kłamać, ani w żartach, ani dla własnej korzyści, ani dla korzyści kogoś innego, gdyż kłamstwo zawsze jest złem samym w sobie.Katechizm św. Piusa X, cz. III, VIII. 11.

    Także w ostatnim czasie prawda o wewnętrznej złej naturze kłamstwa oraz związanym z tym jego absolutnym i bezwarunkowym zakazie została potwierdzona przez ogłoszony w 1992 r. Katechizm Kościoła Katolickiego. W dokumencie tym czytamy, iż kłamstwo jest ze swej natury godne potępienia (patrz: n. 2485) oraz wymieniono ten czyn wśród zachowań, których nawet dobra intencja nie może uczynić ani dobrymi, ani słusznymi (patrz: n. 1754).

    Swoistego rodzaju podsumowaniem tradycyjnego nauczania Kościoła o kłamstwie mogą być słowa, jakie św. Pio z Pietlerciny wypowiedział w czasie II wojny światowej do jednej z penitentek wyznającej, iż kłamała w celu osiągnięcia dobra:

    Robić zło w dobrym celu? Pomyśl: nawet, gdybym mógł jednym kłamstwem zakończyć ten konflikt (tzn. wojnę), nie zrobiłbym tego, choć może zdziałałbym wiele dobrego!” (patrz: Marcellino Iasenzaniro, „<<Ojciec>> Święty Pio z Pietrelciny. Misja ocalenia dusz – świadectwa”, San Giovanni Rotondo 2006, s. 154.).

    Nie bagatelizowalibyśmy wagi tego stwierdzenia. II wojna światowa była najbardziej przerażającym konfliktem w dziejach ludzkości. Przyniosła ona niewyobrażalne cierpienia i śmierć dziesiątkom milionów niewinnych ludzi. Mimo to św. Pio stwierdził, iż nie posunąłby się nawet do jednego kłamstwa, aby położyć temu wszystkiego kres. Niedorzeczne, absurdalne, głupie, faryzeistyczne i legalistyczne? Nie. Twarde, surowe, ale zarazem prawowierne i ortodoksyjne. Ten wielki święty kapłan wiedział, iż największe dobro nie może być budowane na fundamencie choćby najmniejszej nieprawości. Albowiem stworzone w ten sposób dobro szybko zostanie pochłonięte i zniszczone przez domagające się swych praw zło, które legło u jego podstaw. Ten Boży szaleniec gardził ludzką mądrością zawsze znajdującą pretekst do omijania Bożych praw. Św. Pio wierzył, iż w gestii Wszechmogącego jest położyć kres wszelkim cierpieniom i nieszczęściom, a zadaniem ludzi jest trwanie przy Bożych przykazaniach zawsze i w każdej sytuacji.

    Pytanie numer 20:  Jeśli kłamstwo jest zawsze i wszędzie zakazane, to jak wytłumaczyć fakt, iż część prawowiernych teologów katolickich uznaje za właściwe moralnie powiedzenie nieprawdy w celu ochronienia samego siebie lub swych bliźnich przed kłopotliwą sytuacją? Czy nie jest to przyznanie, iż od Bożego zakazu kłamstwa istnieją pewne wyjątki?

    Wspomniani teologowie formułują swe stanowisko w następujący sposób: „Każde kłamstwo jest złem i jako takie jest zawsze i wszędzie zakazane. Jednak nie każda wypowiedź, w której świadomie mówimy nieprawdę może być zaliczona do kłamstwa”. Jakkolwiek takie postawienie sprawy rodzi niemało trudności, to nie można twierdzić, iż (przynajmniej oficjalnie) zwolennicy takiego poglądu opowiadają się za wyjątkami od moralnego zakazu kłamstwa. Owi teologowie uznając, iż kłamstwo nie jest nigdy dozwolone, zakładają jednocześnie, iż kwestia definicji kłamstwa może być ujmowana w różny sposób.

    U podstaw takiej definicji kłamstwa leży powstała w ramach tradycyjnej teologii moralnej, w XVII wieku, teoria tzw. zastrzeżenia domyślnego. Teoria ta wychodzi od założenia, iż nie każda świadomie nieprawdziwa wypowiedź jest kłamstwem. Kłamstwem jest dopiero zamiar wprowadzenia drugiej strony w błąd przez naszą świadomie nieprawdziwą wypowiedź. Zwolennicy teorii tzw. zastrzeżenia domyślnego wskazują tu na sytuacje, w których społeczno-kulturowa konwencja powinna czynić oczywistym, iż pewne nieprawdziwe wypowiedzi nie mają na celu ukazania rzeczywistego stanu rzeczy. Przykładowo, nie każdy żart może być zaliczony do kłamstwa. Jeśli bowiem opowiadając pewną zmyśloną, zabawną historyjkę, przybieramy przy tym pewien specyficzny dla tego rodzaju sytuacji ton, który dla drugiej strony winien być jasnym znakiem, iż nie mówimy w tym czasie prawdy, ale żartujemy. Takie zachowanie nie może być więc zaliczone do kłamstwa, gdyż żartobliwy kontekst opowiadania nieprawdziwej historyjki jest jasny i łatwo rozpoznawalny dla innych. Podobnie, kłamstwem nie są np. bajki, albowiem używa się tu charakterystycznego stylu („Za siedmioma lasami, za siedmioma górami”), który sprawia, iż wiadomym jest, że nie mamy to czynienia z opowieścią natury historycznej, lecz bajkowej. Od tych – uznawanych za poprawne również w starszej teologii – przykładów świadomej nieprawdy, nie będącej kłamstwem, poplecznicy tzw. zastrzeżenia domyślnego przeszli do sformułowania zasady, iż świadome powiedzenie nieprawdy osobom, które nie mają prawa znać prawdziwej informacji nie stanowi rzeczywistego kłamstwa. Zasada zastrzeżenia domyślnego zakłada bowiem, iż np. prześladowca niewinnych powinien łatwo się domyśleć, iż jako, że mamy obowiązek chronić sekret, powiemy mu nieprawdę na temat miejsca ukrycia ludzi, których on chce ująć. I tak, w klasycznej sytuacji polegającej na ukrywaniu Żydów przed hitlerowcami, powiedzenie nieprawdy tym drugim o miejscu przebywania tych pierwszych, nie stanowiłoby kłamstwa, gdyż: a) hitlerowiec nie ma prawa wiedzieć, gdzie przebywa niewinny człowiek, którego on chce zabić; b) złoczyńca ów powinien się łatwo domyśleć, iż i tak nie powiemy mu prawdy, gdyż jesteśmy zobowiązani chronić sekret.

    Trudno nam w tym miejscu jest rozstrzygnąć, czy teoria tzw. zastrzeżenia domyślnego jest poprawna, czy też nie stanowi czasem próby „jednoczesnego zjedzenia ciastka i jednoczesnego jego nietknięcia”, czyli ominięcia zakazu kłamstwa z równoczesnym twierdzeniem, iż zakaz kłamstwa pozostaje absolutny i nienaruszony. Teoria tzw. zastrzeżenia domyślnego z pewnością ma swe plusy, ale nie sposób też nie dostrzegać pewnych słabości i trudności z nią związanych. Najpoważniejszą, pojawiającą się tu trudnością jest fakt, iż przed jej sformułowaniem, tradycyjna teologia moralna podawała nieco odmienną definicję kłamstwa. We wspomnianej sytuacji zagrożenia życia niewinnych, teologowie sprzed XVII wieku twierdzili, iż należy milczeć, albo odmówić podania odpowiedzi, nie wolno zaś się uciekać do świadomego powiedzenia całkowitej nieprawdy, albowiem będzie to wówczas równoznaczne z kłamstwem. Poza tym, jeżeli uznamy, iż świadome powiedzenie nieprawdy w celu ratowania niewinnych nie stanowi kłamstwa, a jedynie dozwolone zastrzeżenie domyślne, powstaje pytanie odnośnie sensowności tradycyjnego ujęcia tej sprawy: „Nie wolno kłamać, nawet w celu ratowania niewinnych„. Czy wówczas ma ono jakikolwiek sens? Wszak, zgodnie z tzw. zastrzeżeniem domyślnym praktycznie niemożliwym jest popełnienie kłamstwa w celu ratowania niewinnych.

    Tak czy inaczej: jedno jest pewne: Tradycyjna nauka Kościoła głosi jasno, iż kłamstwo jest zawsze i wszędzie zakazane, tak, iż żadna okoliczność i intencja nie mogą uczynić go dozwolonym. Jedyną rzeczą, jako podlega w tej kwestii dyskusji, jest kwestia zdefiniowania kłamstwa, ustalenia jego przedmiotowego zakresu. Trzymając się tego co pewne, odstawiamy na dalszy tor trudności związane z ustaleniem definicji. Pozostawiamy to ewentualnym, przyszłym orzeczeniom i uściśleniom Magisterium kościelnego.

    Pytanie numer 21:  Tradycja Kościoła głosi, iż samobójstwo jest aktem wewnętrznie złym? Tymczasem np. w żywocie św. Apollonii czytamy, iż opierając się bałwochwalstwu sama rzuciła się w płomienie. Można znaleźć jeszcze kilka przykładów Świętych męczenników, którzy sami rzucali się w płomienie lub wyzywali dzikie zwierzęta, na pastwę, których ich wystawiono. Czy nie jest to kolejny dowód na to, że istnieją wyjątki od negatywnych norm moralnych (w tym wypadku od samobójstwa)?

    Wbrew pozorom fakt wyniesienia kogoś na ołtarze nie oznacza automatycznego uznania prawowierności wszystkich wypowiedzi i czynów danej osoby. Katolicka hagiografia zna niemało wypadków wypowiedzi, a nawet uczynków Świętych, które rozpatrywane na płaszczyźnie obiektywnej, należałoby uznać za heretyckie, fałszywe, złe, albo przynajmniej moralnie mocno wątpliwe. Mimo to, Kościół święty podaje takie osoby za wzór innym chrześcijanom. Dlaczego? Teologia moralna zna bowiem wypadki niezawinionej niewiedzy odnośnie zła określonych czynów i wypowiedzi. Dany akt obiektywnie rzecz biorąc może być wstrętny Panu Bogu, tym niemniej konkretna osoba w szczerości swego serca może uważać go za miły (lub przynajmniej obojętny) Wszechmocnemu. Taki przypadek niezawinionej niewiedzy może pozwolić nawet wynieść tęże osobę na ołtarze.

    Św. Apollina sama wrzuciła się w ogień po tym jak prześladowcy grozili jej, iż wrzucą ją w płomienie, jeśli nie wypowie kilku bezbożnych słów. Św. Apollina jest jednak czczona przez Kościół jako męczennica, albowiem uznaje się, iż czyn jej był skutkiem pobożnej prostoty, której zasadą byłą żarliwość i miłość. Nie oznacza to wcale, iż Kościół święty dopuszcza jakiekolwiek wyjątki od moralnego zakazu samobójstwa. Św. Apollina jest honorowana nie tyle za samobójstwo powodowane względami religijnymi, ale za swą szczerość i heroizm. W ten sposób sprawę te ujmują też tradycyjna apologetyka katolicka:

    Jeżeli niektórzy męczennicy, zadali sobie śmierć rzucając się w płomienie, na które ich skazano lub wyzywając dzikie zwierzęta, które na pastwę ich wystawiono, to można rzecz, iż to czynili (…) z gorliwości dla religii, sądząc mylnie, lecz w dobrej wierze, że mogą tak działać dla zawstydzenia tyranów” – Kardynał Gousset, „Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników”, Warszawa 1858, s. 304..

    Pytanie numer 22:  Czy pozamałżeńskie obcowanie płciowe w celu ratowania siebie lub innych przed śmiercią nie należałoby uznać za zgwałcenie ze strony tego, kto taki stosunek wymusza, nie zaś za cudzołóstwo tego, kto owemu szantażowi ulega?

    Jakkolwiek byśmy nie współczuli wszystkim, którym dano było stawać w obliczu podobnych dylematów, nijak nie możemy przystać na tego rodzaju rozumowanie. Takie tłumaczenia oznaczają tak naprawdę wywrócenie do góry nogami każdej z negatywnych norm moralnych. Jest to pełne manipulacji i zakłamania „odwracania kota ogonem”. Jeśli zgodzimy się, iż ratowanie siebie i innych poprzez pozamałżeński seks nie jest cudzołóstwem, ale „poddaniem się zgwałceniu”, to jak należałoby się wówczas odnieść do męczeństwa milionów pierwszych chrześcijan? Czy byłoby dozwolonym z ich strony czczenie fałszywych bożków pod pretekstem, iż w ten sposób uratują nie tylko siebie, ale i innych, tłumacząc się, że czyniąc to pod presją krwawych represji nie dopuszczają się bałwochwalstwa, a jedynie stosują uprawnioną obronę?

    Jeśli ktoś – dla jakiekolwiek powodu – decyduje się np., na: współżycie bez ślubu, poderżnięcie gardła niemowlęciu, oddanie pokłonu pogańskiemu bałwanowi, to popełnia odpowiednio: cudzołóstwo, mord niewinnego, bałwochwalstwo. Choć wszystkie te działania mogą być inspirowane wielką zewnętrzną presją, póki decydujemy się na ich podjęcie, póty jesteśmy za nie odpowiedzialni. Jeżeli więc, dana niewiasta dla ratowania siebie i innych postanowiła współżyć z kimś nie będącym jej mężem, to popełniła cudzołóstwo. Ze zgwałceniem mielibyśmy do czynienia wówczas, gdyby owa niewiasta nie miała możliwości odparcia seksualnej agresji. To znaczy byłaby fizycznie obezwładniona. Podobnie, w przywołanym powyżej wypadku bałwochwalstwa, jeśli chrześcijanin dla ratowania innych lub siebie, zdecydował się wziąć kadzidło i sypnąć je przed jakimś bożkiem, popełnił bałwochwalstwo. Gdyby jednak zgraja osiłków chwyciła go, obezwładniła i krępując jego dłoń wcisnęła mu doń kadzidło, by następnie, kierując jego ręką sypnąć nim przed bożkiem, człowiek ów nie popełniłby bałwochwalstwa, gdyż w żaden sposób nie zgodził się nań, a sam akt adoracji przeklętego bożka został co prawda wykonany jego ręką, ale bez jakiekolwiek udziału jego woli.

    Czy Biblia popiera etykę sytuacyjną?

    Pytanie numer 23: Pan Jezus wbrew uzdrawiał w szabat, uzasadniając to słowami: „Szabat jest ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu”. Czy nie jest to jasny dowód na to, iż negatywne normy moralne nie obowiązują w sposób absolutny i bezwarunkowy?

    Problem z tą interpretację tego zachowania naszego Pana Jezusa Chrystusa polega na tym, iż o ile Zbawca wypowiedział te słowa w odniesieniu do jednego z przykazań Dekalogu, to zwolennicy etyki sytuacyjnej próbują rozciągać owe słowa na wszystkie z Bożych zasad i reguł podanych w Piśmie świętym. Mówią więc oni, że skoro dozwolonym jest w celu przyniesienia ulgi człowiekowi łamać szabat, to i można w tej intencji czynić wiele z innych ogólnie rzecz biorąc zakazanych przez Boga rzeczy. A więc np. jest moralnie dozwolone cudzołożyć, prostytuować się, a może i nawet oddawać cześć bożkom, skoro tylko można by w ten sposób uczynić jakieś dobro dla innych ludzi. 

    Powyższy sposób rozumowania nie jest jednak prawidłowy, gdyż:
    1. Pewne okoliczności dopuszczające pracowanie w szabat zostały określone już w Starym Testamencie (np. posługa kapłanów w tym dniu) i Pan Jezus zgodnie z ich duchem sprecyzował tylko, iż jest zakaz pracy w szabat nie ma charakteru obowiązkowego. To nie znaczy jednak, że w takim razie dokładnie wszystkie z Bożych przykazań nie mają charakteru absolutnego i bezwzględnego i że w pewnych szczególnych okolicznościach można je łamać. Taka wykładnia jest nadinterpretacją.

    2. Tak Pan Jezus w Ewangeliach, jak i inne księgi Pisma świętego pouczają nas, iż istnieją zasady, których nie należy łamać choćby ich przestrzeganie wiązało się z wielkim cierpieniem, a nawet i śmiercią. Chrystus mówi wszak w kontekście krwawych prześladowań wymierzonych w Jego uczniów i naśladowców, iż „ten kto wytrwa do końca będzie zbawiony” (Mateusz 10: 21 – 22); i że nie należy bać się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą, ale należy bać się Tego, który ciało i duszę może wtrącić do piekła (Mateusz 10: 28), a także że ten kto wyprze się przed ludźmi Jego imienia tego On wyprze się przed Ojcem w dniu Sądu (Mateusz 10: 32 -33). Wszystkie z tych ostrzeżeń Pana Jezusa padły w kontekście zapowiedzi odnoszących się do tego, iż Jego naśladowcy będą zabijani przez innych ludzi – wniosek jaki więc z tego płynie wydaje się zatem dość jasny, a mianowicie: nie należy wypierać się wiary w Chrystusa, nawet jeśli będzie to oznaczało prześladowanie, a może i śmierć, w przeciwnym razie możemy być na wieki potępieni. W liście do Hebrajczyków Mojżesz jest zaś chwalony za to, iż „wolał raczej cierpieć z ludem Bożym niż zażywać przemijających rozkoszy grzechu„, w stosunku zaś do innych bohaterów wiary mówi się tam, że: „Kamienowano ich, przeżynano piłą, (kuszono), przebijano mieczem, tułali się w skórach owczych, kozich, w nędzy, utrapieniu, ucisku” (tamże: 11: 25 – 26; 37). W Starym Testamencie mamy zaś piękne przykłady tego, jak cnotliwa Zuzanna kuszona, którą niegodziwi starcy próbowali pod groźbą śmierci zmusić do cudzołożenia z nimi „będąc w trudnym ze wszystkich stron położeniu” wolała umrzeć „niż zgrzeszyć wobec Pana” (Daniel 13: 22 – 23). Z kolei trzej hebrajscy młodzieńcy, których pogański król Nabuchodonozor pod groźbą wrzucenia ich do rozpalonego pieca chciał zmusić owych do pokłonienia się złotemu posągowi bożka, odpowiedzieli mu w następujący sposób: „Jeżeli nasz Bóg, któremu służymy, zechce nas wybawić z rozpalonego pieca, może nas wyratować z twojej ręki królu! Jeżeli zaś nie, wiedz królu, że nie będziemy czcić twego boga ani oddawać pokłonu złotemu posągowi, który wzniosłeś” (Daniel 3: 17 – 18). Cały zaś siódmy rozdział drugiej Księgi Machabejskiej opisuje to, jak siedmiu braci wraz ze swą matką będąc okrutnie torturowanymi „wolało raczej zginąć niż przekroczyć prawa ojczyste” (to znaczy przykazania dane przez Boga Mojżeszowi) i co więcej ich matka widząc jak są oni srogo męczeni przez swych katów (np. zdzierano im skórę z głowy) zachęcał ich do poniesienia tego męczeństwa.

    3. Słowo Boże w wielu miejscach wzywa nas byśmy bardziej pokładali ufność w sile, potędze i opiece Boga aniżeli w naszych ludzkich staraniach czy też innych ludziach. Na przykład w Psalmach czytamy co następuje: „Nie uratuje króla liczne wojsko ani wojownika nie ocali wielka siła.  W koniu zwodniczy ratunek i mimo wielkiej swej siły nie umknie. Oto oczy Pana nad tymi, którzy się Go boją, nad tymi, co ufają Jego łasce,  aby ocalił ich życie od śmierci i żywił ich w czasie głodu.  Dusza nasza wyczekuje Pana, On jest naszą pomocą i tarczą. W Nim przeto raduje się nasze serce, ufamy Jego świętemu imieniu” (Psalm 33: 16 – 17). Jakie praktyczne znaczenie miałyby jednak te zapewnienia, gdybyśmy po to uratować siebie lub innych od jakiegoś nieszczęścia mogli złamać każdą z Bożych zasad? Czy jest sens mówić Bogu: „Ufam Ci Boże”, a jednocześnie czynić coś, co ten sam Bóg zakazał robić i co jest w Jego oczach wstrętne i niegodziwe?

    Poza tym, Pismo święte uczy nas, że: „Wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania, abyście mogli przetrwać” (1 Koryntian 11,13). A zatem, dobry Bóg nie pozwala na sytuacje, w których „musielibyśmy czynić zło”, z których nie byłoby dobrego moralnie wyjścia.

    Pytanie numer 24: W Biblii znajdziemy kilka postaci, które mimo, iż ogólnie rzecz biorąc uważane są za pozytywnych jej bohaterów, to wydawały się postępować w imię zasady: „Cel uświęca środki”. Na przykład Judyta, by uratować swój naród doprowadza wrogiego króla do pijaństwa oraz wydaje się go prowokować seksualnie (ubiera się w piękne szaty, zostaje z nim sam na sam, etc.). Czy w ten sposób Pismo święte nie wychwala tzw. etyki sytuacyjnej?

    Nie wszystkie uczynki sprawiedliwych mężów i niewiast są przytaczane w Biblii w celu podania nam wzoru postępowania. W Piśmie świętym obok warstwy pouczającej o prawdach wiary i moralności chrześcijańskiej wyróżniamy też płaszczyzną historyczną, w której relacjonuje się dzieje i wydarzenia. Dużym błędem jest twierdzić, iż wszystkie uczynki, które Pismo święte relacjonuje i opisuje mają charakter normatywny. Nie można takiej postawy przyjmować nawet względem czynów sprawiedliwych mężów i niewiast w Biblii. Oczywistym jest np. to, iż fakt przytaczania przez Pismo święte faktów o cudzołóstwie Dawida czy poligamii Abrahama nie stanowi usprawiedliwiania tych nieprawości. Co więcej nawet, gdy historyczna relacja w Biblii wydaje się nie piętnować danego uczynku, to jeszcze też nie jest równoznaczne z jego pochwałą.

    Aby dokładniej zilustrować na czym to polega, przytoczmy tu nauczanie św. Augustyna odnośnie postępowania Rachab oraz hebrajskich położnych (Wyjścia 1, 18-19). Otóż, wedle tegoż doktora Kościoła, owe niewiasty mówiąc nieprawdę (Rachab uczyniła to w celu uratowania żydowskich szpiegów, zaś położne chroniły w ten sposób Mojżesza, gdy był on jeszcze dziecięciem) skłamały, a więc dopuściły się czegoś co jest zawsze i wszędzie zakazane oraz niemiłe Panu Bogu. Św. Augustyn twierdził, iż Najwyższy błogosławił tym niewiastom z powodu ich miłosierdzia, ale nie darował im ich niepobożności. Pan Bóg nie pochwalił ich za kłamstwo, ale za litość i współczucie dla bliźnich. Tak więc to nie oszustwo zostało nagrodzone, ale ich dobroć. Wszechmocny błogosławił im pomimo ich kłamstwa, a nie z jego powodu.

    Pomijając trudne i skomplikowane rozróżnienia pomiędzy kłamstwem a tzw. zastrzeżeniem domyślnym, trudno nie przyznać racji sposobowi rozumowania św. Augustyna. Istotnie zarówno Pismo św., jak i tradycyjna teologia moralna zna wypadki, w których przy jednoczesnej dezaprobacie dla pewnych uczynków, wolno jest chwalić i doceniać gorliwość i szczere intencje, które nieraz mogą za nimi stać. Chyba najmocniejszym na to dowodem jest historia z Jeftem. Ów człowiek został wspomniany w Liście do Hebrajczyków (11, 32) jako jeden z bohaterów wiary. Tymczasem Jefte będąc szczerze przekonanym, iż wymaga tego od niego wierność Panu Bogu, zabił własną niewinną córkę w ofierze całopalnej (Sędziów 11, 34-40). Czy fakt, iż Biblia zalicza Jeftego w poczet bohaterów wiary oznacza, że chwali w ten sposób i usprawiedliwia w pewnych wypadkach zabijanie własnych, niewinnych córek? Oczywiście, że nie. Pismo święte docenia jedynie heroiczną gorliwość Jeftego w wypełnianiu ślubów złożonych Panu Bogu. Innymi słowy: to co uczynił Jefte było złe i nie podobało się Panu Bogu. Wszechmogący nie poczytał jednak Jefte tego za osobisty jego grzech, albowiem wejrzał On na jego szczerą i gorliwą chęć wypełnienia ślubowania, które złożył. Pan Bóg pobłogosławił Jefte pomimo jego morderstwa, a nie jego powodu.

    To co zostało tu powiedziane może być równie dobrze odniesione do Judyty. Pan Bóg z pewnością nie pochwala, ani nie uznaje choćby za dozwolone, doprowadzanie kogokolwiek do stanu pijaństwa, czy też rozbudzania żądzy cielesnej poza ramami małżeństwa. Wszechmogący wie jednak, iż często, mimo, iż błądzimy oraz dokonujemy złych wyborów, szczerze i gorliwie pragniemy Mu służyć. I właśnie pomimo tych błędnych wyborów Najwyższy obdarza nas swymi nagrodami i błogosławieństwem.

    Pytanie numer 25: Na kartach Biblii czytamy, iż sam Pan Bóg wydał rozkaz całkowitego fizycznego unicestwienia plemion kananejskich (Wj 23: 23-24; Pwt. Pr 20:17; Joz. 11:20). W paru miejscach Bóg mówi nawet wprost, iż zabite mają być, nie tylko mężczyźni i kobiety, ale również dzieci należące do tych ludów (Joz. 6:21; 1 Sam 15:3). Mamy więc tu do czynienia z Bożym rozkazem zabijania niewinnych. Jak to pogodzić z tradycyjnym nauczaniem Kościoła, które mówi, iż mord popełniony na niewinnym, nigdy i w żadnej okoliczności nie może być dozwolony?

    Przede wszystkim zacznijmy od tego, iż ludy, które Bóg nakazał wytępić Izraelitom były bardzo zdeprawowane, zdegenerowane i występne. Oprócz obrzydliwego bałwochwalstwa szerzyły się tam różne inne niemoralne i bezbożne praktyki, np. rozwiązłość i zboczenia seksualne, czary, okultystyczne obrzędy, wyrafinowane tortury, mordowanie małych dzieci w ofiarach składanych bożkom, kanibalistyczne uczty. Najpewniej, trudno by było znaleźć w historii przykłady aż tak bardzo zdeprawowanych społeczności, jak te zamieszkujące wówczas Kanaan. Można więc z dużą dozą prawdopodobieństwa powiedzieć, iż zdecydowana większość z Kanaanejczyków stanowiły osoby głęboko zdeprawowane i występne, które w świetle objawionego przez Boga Mojżeszowi prawa po prostu zasługiwały na karę śmierci. Co więcej, można przypuszczać, że tyczyło się to nie tylko dorosłych mężczyzn i kobiet tych społeczności, ale również części z ich dzieci, gdyż dzieci po przekroczeniu pewnego etapu swego życia też są fizycznie i moralnie zdolne do popełniania ciężkich nieprawości (nawet dziś wszak słyszy się, że np. 10-letni chłopiec kogoś zgwałcił lub zamordował). Dzieci te żyjąc w tak zdegenerowanym otoczeniu po prostu mogły same też zaczynać czynić obrzydliwości popełniane przez starsze od nich osoby. Bóg więc widział wszystkie te okropne rzeczy dziejące się w Kanaanie, widział On też, że mimo cierpliwości jaką im okazywał ludzie zamieszkujący tą krainę nie chcieli się nawrócić, więc w Swej sprawiedliwości uznał, że zasługują oni na śmierć i nakazał Żydom wykonanie tego wyroku. Nie było to więc zabijanie niewinnych ludzi, ale mieliśmy tu do czynienia z wymierzeniem kary śmierci złoczyńcom.
    Można jednak zapytać, się a co z naprawdę małymi dziećmi, które były też członkami tych społeczności (np. niemowlętami, trzy czy czteroletnimi dziećmi), które były po prostu zbyt niedojrzałe fizycznie i moralnie, by móc czynić coś co zasługiwało na karę śmierci (np. mordować innych ludzi, gwałcić, dopuszczać się niemoralności seksualnej)? Cóż osobiście, przychylam się do tezy, iż tego rodzaju dzieci nie było już żywych w owych społecznościach wówczas, gdy Żydzi wykonywali rzeczony wyżej Boży rozkaz. Sama Biblia potwierdza wszak, że w Kanaanie praktykowano składanie krwawych ofiar z dzieci (Mądrości 12: 5), zaś w sytuacji wojny i zagrożenia ta ohydna praktyka mogła być tam tym częściej czyniona (by skuteczniej ubłagać ich bożki), przez co można uznać za prawdopodobne, iż wszystkie mniejsze dzieci po prostu były już w tym czasie zamordowane w ów sposób. W takiej sytuacji, wszystkie z osób zabitych przez Żydów z rozkazu Jahwe byłyby złoczyńcami zasługującymi w świetle Prawa Mojżeszowego na karę śmierci.

     

    PODSUMOWANIE

    Jak zatem widać, nauczaniem Kościoła nie jest to co zdaje się wielu katolikom, a więc, że np. w celu ratowania życia dozwolone moralnie jest kłamać, cudzołożyć albo prostytuować się. Tradycyjna moralność katolicka to nie jest etyka sytuacyjna, w której uznaje się za dopuszczalne łamanie różnych Bożych przykazań wówczas, gdy można osiągnąć w ten sposób odpowiednie dobre cele. W obliczu przynajmniej części z Bożych przykazań (to znaczy tych, które zabraniają czynienia czegoś ze swej istoty złego) nie ma miejsca na tłumaczenia i usprawiedliwienia w rodzaju „mniejszego zła”, „szczególnych okoliczności”, „sytuacji z których nie ma dobrego wyjścia”, „zła koniecznego”, etc. W pewnych trudnych sytuacjach, z których wydaje się nam, iż nie ma wyjścia, należy po prostu zdać się całkowicie na Boga, nie zaś ratować siebie czy innych za pomocą tego, co ze swej natury jest niemiłe Stwórcy. Jeśli taka jest Jego wola, to uratuje on nas bez czynienia zła z naszej strony – a jeżeli nie, to najwidoczniej przyszedł na nas czas, w końcu każdy musi kiedyś umrzeć. Po prostu, istnieją tego rodzaju czyny i zachowania, które są przez Boga zakazane zawsze, wszędzie i dokładnie w każdych okolicznościach i których popełniania nie ma moralnego przyzwolenia nigdy, nigdzie i choćby w najlepszych celach. Taka jest doktryna katolicka na ów temat, a jako, że jest ona przez Magisterium Kościoła głoszona od wielu wieków, jej negowanie można uznać za herezję. 

     

     

     

  6. Błędy doktrynalne i herezje zawarte w pismach oraz objawieniach Alana Amesa

    Leave a Comment

    Od kilku lat wśród polskich katolików dużą popularnością cieszą się publikacje pochodzącego z Australii mistyka i wizjonera, Carvera Alana Amesa. W publikacjach tych pan Ames relacjonuje wizje oraz objawienia, jakie miał otrzymywać od Boga Ojca, Pana Jezusa, Matki Bożej i Świętych Pańskich, a także zamieszcza swoje bardziej osobiste przemyślenia i komentarze na tematy związane z religią oraz moralnością. Chociaż zdecydowana większość treści przekazywanych przez Carvera Amesa jest jak najbardziej ortodoksyjnie katolicka i budująca, należy jednak zwrócić uwagę, iż znajdują się w nich też elementy, które w świetle nauczania Pisma świętego, Ojców i Magisterium Kościoła są poważnie dwuznaczne, a czasami jawnie błędne, by nie powiedzieć że heretyckie. Poniżej przedstawię kilka przykładów takich właśnie treści, które Carver Alan Ames przekazuje albo jako swoje refleksje, albo też co gorsza przypisuje je Bogu Ojcu i Jego Synowi Jezusowi Chrystusowi.

     

    Bóg nie zsyła klęsk żywiołowych?

    Tak więc, przykładowo p. Ames wypowiada następujące słowa:

    To prawda, że nie żyjemy tak, jak chciałby tego Bóg, ale to nie oznacza, że zsyła On na nas klęski żywiołowe (…) Niektórzy spośród nas próbują przekonywać, że nieszczęścia są „znakami”, po to, by wystraszyć innych i skłonić  ich do nawrócenia się. Wierny, który został zmuszony do przyjęcia religii, nie jest prawdziwym wiernym, gdyż kiedy minie strach, wkrótce skończy się też wiara. Do nawrócenia należy nakłaniać ludzi miłością„[1].

    Człowiek ten sugeruje więc, iż Bóg w żadnym wypadku nie zsyła na ludzkość klęsk żywiołowych, a także dyskredytuje rolę strachu w procesie nawrócenia człowieka. Jednak wbrew temu, papież św. Pius V w bulli „Cum primum” wspominając o takich grzechach jak sodomia, bluźnierstwo, zaniedbywanie Bożego kultu oraz synomia nauczał:

     Za przewiny te Bóg sprawiedliwie karze ludy i narody zsyłając na nie kataklizmy, wojny, głód i zarazę” [2].

    Podobnie, uczył np. św. Bazyli Wielki, który pisał:

    Dlatego choroby spadają na miasta i ludy, przychodzą posuchy powietrza i nieurodzajność ziemi, a także gorsze doświadczenia w życiu każdego, które przerywają wzrost zła. W ten sposób nieszczęścia te pochodzą od Boga, aby powstrzymać powstanie prawdziwego zła. Należy uważać, że cierpienia ciała i zewnętrzne trudy są dla powstrzymania grzechu. Bóg zatem usuwa zło. Zło więc nie pochodzi od Boga.

    Także lekarz usuwa chorobę, a nie wprowadza jej do ciała. Zniszczenia miast, trzęsienia ziemi i powodzie, klęski wojsk, rozbicia okrętów i wszelkie katastrofy dotykające ludzi, jakie pochodzą z ziemi, morza, z powietrza albo od ognia, czy z jakiejkolwiek innej przyczyny, zdarzają się po to, by opamiętali się ci, co pozostali przy życiu. Powszechną złość Bóg karci powszechnymi biczami [3].

    Powyższe nauczanie katolickie ma niezwykle silne umocowanie tak w Starym jak i Nowym Testamencie, gdzie pełno jest fragmentów o tym, iż Bóg posługuje się klęskami żywiołowymi w celu ukarania grzesznych ludzi. Stwórca wszak zesłał na Egipt dziesięć plag, gdy jego władca nie chciał wypuścić z niewoli Hebrajczyków (Wj 10); za pośrednictwem Eliasza sprowadza na Izrael pod rządami popierającego bałwochwalstwo Achaba trwającą trzy i pół roku suszę (1 Krl 17, 1), zaś w ostatniej księdze Nowego Testamentu, czyli Apokalipsie św. Jana zapowiada „siedem czasz gniewu Bożego” wśród których będą m.in. wielki upał (Ap 16, 8-9), potężne trzęsienie ziemi (Ap 16, 18), wyschnięcie rzeki Eufrat (Ap 16, 12); zamienienie się rzek i źródeł wód w krew (Ap 16, 4).  W Mądrości Syracha czytamy zaś :

     Są wichry, które stworzone zostały jako narzędzie pomsty, gniewem swym wzmocnił On ich smagania, w czasie zniszczenia wywierają swą siłę i uśmierzają gniew Tego, który je stworzył. 
     Ogień, grad, głód i śmierć – wszystko to w celu pomsty zostało stworzone.
     Kły dzikich zwierząt, skorpiony i żmije, miecz mściwy – ku zagładzie bezbożnych – radują się Jego rozkazem, gotowe są na ziemi służyć według potrzeby – i gdy przyjdzie czas, nie przekroczą polecenia (Syr 39, 28 – 31). 

     

    Jeśli zaś chodzi o stwierdzenie Alana Amesa o tym, iż nawrócenia dokonywane pod wpływem strachu przed Bożymi karami nie są prawdziwe, to w pewien sposób na tę jego obiekcję odpowiada wielki doktor Kościoła, św. Augustyn z Hipony:

    Teraz widzisz, jak sądzę, iż nie należy zważać na sam fakt istnienia przymusu, ale raczej na to przez co się jest przymuszonym: czy jest to dobro czy zło. Nie jest tak, że każdy może stać się dobrym wbrew sobie, ale strach przed tym czego człowiek nie chce cierpieć kładzie kres uporowi, który stanowił przeszkodę, i przynagla go do poszukiwania prawdy, której nie znał. To sprawia, iż człowiek odrzuca kłamstwo, które wcześniej dopuszczał, szuka prawdy, której nie znał; dochodzi do pragnienia tego, czego nie pragnął (List „Ad Vincentium”)[4].

    Prawdą jest, że nawrócenia dokonywane pod wpływem strachu często mogą okazywać się nietrwałe i połowiczne, jednak nie zmienia to faktu, iż nie można w sposób absolutny wykluczyć pozytywnej roli strachu w procesie nawracania się człowieka. Wskazuje na to powyżej św. Augustyn, ale również Pismo św. niejednokrotnie chwali postawę polegającą na „baniu się Boga” – np. Łk 1, 50; 1 P 2, 17; Koh 12, 12; Ps 34, 10; Pwt 6, 1-2.

     

    Wojna i kara śmierci zawsze złe?

    Jeszcze gorzej przedstawia się sprawa z wypowiedziami Carvera Alana Amesa na temat rzekomego wielkiego zła wszelkiego zabijania ludzi – również tego, które dokonuje się względem złoczyńców na skutek orzeczonej przez władze cywilne kary śmierci lub też prowadzonej przez rząd danego kraju wojny. Tezy te w pewnych momentach pan Ames przypisuje bowiem wprost i bezpośrednio Bogu Ojcu. W mistycznym przesłaniu jakie miał on bowiem otrzymać od Boga Ojca w dniu 2 kwietnia 1995 roku czytamy co następuje:

    „Istnieje wiele sposobów zabijania oraz wiele wymówek, niemniej, niezależnie od metod czy powodów, zabijanie jest złe, pozostaje grzechem. Jeśli zabijacie w imię sprawiedliwości lub słusznej sprawy, wciąż jest to grzechem. Jeśli zabijacie w odwecie lub dla swojego kraju, jest to grzechem. Zabijanie jest grzechem, chyba że jest dziełem przypadku, w wyniku splotu nieszczęśliwych okoliczności.

    Odbieranie życia, bez względu na motywy, silnie obraża Mnie, waszego Boga, i zostawia śmiertelną bliznę na waszej duszy.

    Ci, którzy zgadzają się na zabijanie, choćby za pośrednictwem reprezentującego ich rządu, który zdecydował o wojnie, czy w imię sprawiedliwości, także noszą blizny. (…) Ci, którzy zabijają, by powstrzymać innych przed zabijaniem, stają się tacy sami jak ci, którym się sprzeciwili, gdyż popełniają ten sam grzech. Zabijanie zawsze jest złe, zawsze obraża Mnie, waszego Boga i oddala was ode Mnie” [5].

    Twierdzenie, iż wszelkie zabijanie jest złe przewija się zresztą często w wypowiedziach i pismach pana Carvera Alana Amesa:

    „Zabijanie w ramach zemsty jest złe. Wojna jest złem. W momencie kiedy zaczynamy szukać zemsty, w chwili gdy postanawiamy zabić wroga – nawet w czasie wojny – nie różnimy się niczym od samych terrorystów. Jeśli zabijamy ludzi – jakichkolwiek ludzi – także jesteśmy mordercami. Nie ma wyjątków. Boże przykazanie głoszące, by nie zabijać, nie mówi o odstępstwach. Nie mówi: „Nie zabijaj, o ile nie ma wojny”. Mówi: „Nie zabijaj!”[6].

    „Powinniśmy pozbyć się broni. Jezus nie miał ani strzelby ani noża. Pozbądźcie się broni, która niesie śmierć”[7].

    „Są tacy, którzy jako uzasadnienie wojny przytaczają słowa św. Tomasza z Akwinu i św. Augustyna. Kiedy Żydzi zadali Panu Jezusowi pytanie o rozwód, powołali się na słowa, które wypowiedział Mojżesz na usprawiedliwienie rozwodu. Tymczasem Jezus  odrzekł im (Ewangelia wg św. Marka 10, 5): „Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych napisał wam to przykazanie”. Czy to samo mógłby dziś odpowiedzieć Pan tym, którzy usiłują usprawiedliwiać wojnę, powołując się na słowa św. Tomasza z Akwinu i św. Augustyna?”[8].

     

    Takie wypowiedzi są jednak sprzeczne tak z Pismem świętym, jak i wielowiekowym nauczaniem Magisterium Kościoła.

    Katechizm Soboru Trydenckiego tak naucza na temat etycznej słuszności stosowania zabijania złoczyńców w niektórych wypadkach:

    (Bóg) rozkazuje, aby sądy wszystkie sprawiedliwie i według praw były odprawowane(…)upomina Pan Bóg, aby sędziowie winnym nie folgowali, a niewinnych nie potępiali (…) Ma też Urząd moc prawną do zabijania i karania złych ludzi na gardle: i nie idzie zatem, żeby mieli takowi, którzy są na urzędzie, przeciwko temu przykazaniu grzeszyć, ale owszem są woli bożej posłuszni. Bo Pan Bóg dla tego zakazał zabijania, aby każdy bezpiecznym był zdrowia swego. Przeto urząd, gdy karze gwałtowników, czyni dla pokoju pospolitego, jako Dawid święty o sobie mówi: „O zarannym czasie – to jest bez odwłoki – zabijałem wszystkich grzesznych ludzi, abym wygładził wszystkich złych ludzi z miasta”. Także i ci nie grzeszą, którzy wojnę wiodą, i nieprzyjaciół swoich zabijają, nie z okrucieństwa albo chciwości jakiej, ale dla sprawiedliwości i pokoju pospolitego. Są też przykłady w Piśmie świętym, gdzie sam Pan Bóg rozkazał zabijać ludzi i przeto synowie Lewiego nie zgrzeszyli nie, iż jednego dnia tak wiele tysięcy zabili i owszem Mojżesz im powiedział: Poświęciliście dziś ręce wasze Panu Bogu[9].

    Katechizm Kościoła Katolickiego (z 1992 roku) mówi zaś:

    2308: …  rządom nie można odmawiać prawa do koniecznej obrony, byle wyczerpały wpierw wszystkie środki pokojowych rokowań

    2265: Uprawniona obrona może być nie tylko prawem, ale poważnym obowiązkiem tego, kto jest odpowiedzialny za życie drugiej osobyObrona dobra wspólnego wymaga, aby niesprawiedliwy napastnik został pozbawiony możliwości wyrządzania szkody. Z tej racji prawowita władza ma obowiązek uciec się nawet do broni, aby odeprzeć napadających na wspólnotę cywilną powierzoną jej odpowiedzialności.

    2267: Kiedy tożsamość i odpowiedzialność winowajcy są w pełni udowodnione, tradycyjne nauczanie Kościoła nie wyklucza zastosowania kary śmierci, jeśli jest ona jedynym dostępnym sposobem skutecznej ochrony ludzkiego życia przed niesprawiedliwym napastnikiem.

     

    Powyższe, tradycyjnie katolickie nauczanie, ma swe silne podstawy w Piśmie świętym.

    W Starym Testamencie czytamy wszak np. o błogosławionych przez Boga wojnach Izraela z Kananejczykami (Joz 10), odpieraniu niesprawiedliwej agresji za pomocą siły zbrojnej (Rdz 14; 1 Sm 23, 1-2) czy też zbrojnym powstaniu przeciw bałwochwalczej tyranii (księgi Machabejskie) [2].Czytamy tam również wszak o Bożych rozkazach uśmiercania między innymi: morderców (Rdz 9, 6; Wj 21, 12), bałwochwalców (Wj 22, 20), bluźnierców (Kpł 24, 15-16), okultystów (Wj 22, 18), fałszywych proroków (Pwt. Prawa 18, 20), homoseksualistów, zoofilów (Kpł 20, 15-16), cudzołożników (Kpł 20, 10), gwałcicieli (Pwt. Prawa (22, 25), kazirodców (Kpł 20, 11), porywaczy (Wj 21, 16).

    Św. Eliasz, wielki starotestamentowy prorok, jednego dnia zabił 450 fałszywych proroków bożka Baala (1 Krl 18, 40) i bynajmniej nie czytamy w żadnym fragmencie Pisma świętego, iż zostało mu to przez Boga poczytane jako grzech, wada, błąd czy jakaś niedoskonałość. Przeciwnie, św. Eliasz jest prorokiem, który obok Henocha został zachowany od śmierci doczesnej i przeniesiony do rajskiego ogrodu Eden, a podczas ziemskiego życia naszego Pana Jezusa Chrystusa wraz z Mojżeszem został uhonorowany obecnością przy objawieniu się chwały Mesjasza na górze Przemienienia Pańskiego.

    Wskazywany w pismach pana Amesa rzekomy brak rozróżniania przez Boga na uprawnione pod pewnymi warunkami zabijanie złoczyńców i zawsze zakazane zabijanie niewinnych choćby więc z powyższych względów jest nie do obronienia. Poza tym chociaż Piąte Przykazanie owszem mówi „Nie zabijaj” (Wj 20, 13) to równie dobrze można by powiedzieć, że przykazanie to nie rozróżnia jednak także pomiędzy ludźmi a zwierzętami – czy zatem należy twierdzić, że w takim razie wszelkie zabijanie zwierząt też jest złe? Przykazania Dekalogu mają formę skrótową i nie omawiają wielu spraw, które są jednak poruszane w innych częściach Pisma świętego. Przykładowo, przykazanie „Nie cudzołóż” nie mówi nic o grzeszności relacji homoseksualnych, ale w innych fragmentach Biblii jest o tym mowa. Podobnie, choć przykazanie „Nie zabijaj” nie precyzuje, czy jego treść tyczy się wszystkich ludzi we wszystkich okolicznościach to w innych ustępach Biblii wskazane zostało rozróżnienie na osoby niewinne, których w sposób zamierzony nie wolno zabijać nigdy i nigdzie oraz na złoczyńców, których w pewnych okolicznościach można zabijać. W Piśmie świętym czytamy, że Bóg nienawidzi i brzydzi się „rękoma, które przelały krew niewinnych” (Prz 6, 16-19), a jedno z praw danych Mojżeszowi mówiło: „nie wydasz wyroku śmierci na niewinnego i sprawiedliwego” (Wj 23, 7)To zatem niewinni i sprawiedliwy mają być w absolutny sposób chronieni przez Piąte Przykazanie, a nie złoczyńcy oraz przestępcy. 

    Nie jest też prawdą – jak sugeruje to Alan Ames, iż Bóg podobnie jak w przypadku zgody na rozwody w prawodawstwie Starego Przymierza, tylko tolerował prowadzenie wojen i wymierzanie kary śmierci. Było wprost przeciwnie, Stwórca nieraz wprost nakazywał wykonywanie kary śmierci i prowadzenie wojen, a nie tylko na to zezwalał.

    Bóg za pośrednictwem jednego ze swych proroków nawet karcił za niedokładne wykonanie rozkazu wybicia Amelekitów (1 Sm 15). Mojżesz w imieniu Pana Boga wzywał mężów z pokolenia Lewiego przeciw bałwochwalcom, którzy kłaniali się złotemu cielcowi i nakazuje im poodbierać życie (zabito ich przeszło 20 000), po czym chwali ich i obiecuje Boże błogosławieństwo (Wj 32: 27-29). Boży prorok Jeremiasz podał miecz Judzie (przywódcy zbrojnie walczących Machabeuszy) mówiąc przy tym: „Weź święty miecz, dar od Boga, z jego pomocą pokonasz przeciwników” (2 Mch 15, 16).

    Bóg popierał też prowadzone przez Żydów wojny z poganami poprzez czynione przez siebie cudowne zdarzenia (zawalenie murów Jerycha, wstrzymanie słońca w bitwie prowadzonej przez Jozuego).

    Widzimy więc, że w przypadku uśmiercania złoczyńców mamy do czynienia z czymś znacznie silniejszym niż tylko Boża tolerancja dla złych zwyczajów Żydów. Prowadzenie wojen, wymierzenie kary śmierci nie dadzą zakwalifikować się jako niechętne, bierne i negatywne przyzwolenie ze strony Boga. Stwórca te wszystkie rzeczy nakazywał, popierał i błogosławił. Bóg zaś nie może nakazywać, popierać i błogosławić czegoś, co jest samo w sobie złe. Gdyby więc kara śmierci czy wojna były same w sobie złe, to Bóg nie mógłby ze swej natury ich nakazywać lub pochwalać. Jak bowiem mówi Pismo święte: „Nikomu  nie przykazał On być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć” (Syr 15, 19-20).  Pius XII wykładał tę prawdę w następujący sposób:

    Przede wszystkim trzeba jasno stwierdzić, żadna ludzka władza(…)nie może wydać pozytywnego upoważnienia do nauczania lub czynienia tego, co byłoby wbrew religijnej prawdzie lub dobru moralnemu. Nawet Bóg nie mógłby dać takiego pozytywnego przykazania lub upoważnienia, gdyż stałoby to w sprzeczności z Jego absolutną prawdą i świętością[10].

     

    Wbrew pozorom, również Nowy Testament nie przyniósł jakiejś radykalnej zmiany w podejściu do moralnej prawowitości zabijania złoczyńców w pewnych sytuacjach. W Ewangelii św. Łukasza (22, 35 – 38) Pan Jezus mówi swym uczniom, by kupili miecze. Niektórzy co prawda rozumieją te słowa, jako pewien symbol, jednak w innym fragmencie Biblii widzimy, że św. Piotr Apostoł miał przy sobie miecz (Mt 26, 52), co w pewien sposób osłabia czysto symboliczną egzegezę Chrystusowego nakazu zaopatrzenia się w miecze. Rozsądniej jest więc przyjąć, iż nie chodziło tu tylko o jakiś symbol, ale Pan Jezus nakazał swym uczniom zaopatrzyć się w dosłowne miecze po to by mogli bronić się w sytuacji fizycznego zagrożenia ich życia i zdrowia.

    W Liście do Hebrajczyków czytamy następującą pochwałę starotestamentowych wojowników: I co jeszcze mam powiedzieć? Nie wystarczyłoby mi bowiem czasu na opowiadanie o Gedeonie, Baraku, Samsonie, Jeftem, Dawidzie, Samuelu i o prorokach, którzy przez wiarę pokonali królestwa, dokonali czynów sprawiedliwych, otrzymali obietnicę, zamknęli paszcze lwom, przygasili żar ognia, uniknęli ostrza miecza i wyleczyli się z niemocy, stali się bohaterami w wojnie i do ucieczki zmusili nieprzyjacielskie szyki (Hbr 11: 32-34). I w tym wypadku najbardziej zdroworozsądkową wykładnią jest to, iż udział w wojnie nie zawsze jest złem, skoro autor przywołanego listu z natchnienia Bożego chwali ludzi właśnie za udział w wojnach.

    W Ewangelii św. Łukasza spisane zostało, iż św. Jan Chrzciciel przychodzącym do niego o poradę żołnierzom mówi, by nikogo nie uciskali i poprzestali na swym żołdzie niczego od nikogo nie wymuszając (Łk 3, 14). Jednak św. Jan Chrzciciel nie wzywa żołnierzy do porzucenia swego rzemiosła.

    Podobnie, gdy św. Piotr Apostoł spotkał się z żołnierzem Korneliuszem nie zachęcał go wcale, by ten zrezygnował ze swego zawodu (Dz 10).

    W liście do Rzymian św. Paweł Apostoł daje następujące pouczenie: „Albowiem rządzący nie są postrachem dla uczynku dobrego, ale dla złego. A chcesz nie bać się władzy? Czyń dobrze, a otrzymasz od niej pochwałę. .Jest ona bowiem dla ciebie narzędziem Boga, [prowadzącym] ku dobremu. Jeżeli jednak czynisz źle, lękaj się, bo nie na próżno nosi miecz. Jest bowiem narzędziem Boga do wymierzenia sprawiedliwej kary temu, który czyni źle” (Rz 13, 3-4). Miecz jest oczywiście narzędziem stosowania przemocy (w tym kary śmierci). Mimo to jednak w powyższym ustępie Nowego Testamentu „miecz” jest ukazany w jednoznacznie pozytywnym kontekście, jako coś co stanowi narzędzie Boga w celu utrzymywania porządku w społeczeństwie. Nauczanie św. Pawła Apostoła powtarza też św. Piotr Apostoł pisząc, iż władze cywilne „są posłane celem karania złoczyńców” (1 P 2, 13).

    W księdze Dziejów Apostolskich czytamy z kolei, iż św. Paweł Apostoł korzystał z ochrony armii rzymskiej (Dz. 23), a także w obliczu dotykających go oskarżeń stwierdził: „Jeśli zawiniłem  i popełniłem coś podpadającego pod karę śmierci, nie wzbraniam się umrzeć” (Dz 25, 11). I w tym więc miejscu św. Paweł Apostoł w pewien sposób wyraził aprobatę dla kary śmierci, zaś korzystając z ochrony militarnej przynajmniej pośrednio zaakceptował używanie przemocy w celu ochrony przed niesprawiedliwą napaścią.

     

    Partnerstwo i równość w małżeństwie?

    Następną wątpliwością doktrynalną jaką można wyczytać w pismach Carvera Alana Amesa jest następujące stwierdzenie, jakie przypisuje on Panu Jezusowi:

    Kiedy kobieta i mężczyzna  zostają połączeni węzłem małżeńskim, ten ma stanowić o partnerstwie i równości w Bożej miłości” [11].

    Powyższe słowa nie są może bezwarunkowo błędne i fałszywe, gdyż owszem w wielu kwestiach mąż i żona oczywiście są sobie równi. Nie zmienia to jednak faktu, iż nie na wszystkich płaszczyznach równość ta występuje, a ponadto w rodzinie rolę kierownika ma – z Bożego ustanowienia – pełnić mężczyzna. Jasno naucza o tym Pismo święte:

    „Żony niechaj będą poddane swym mężom, jako Panu. Albowiem mąż jest głową żony, jako Chrystus jest głową Kościoła” (Efez 5,  22-23).

    Tak samo żony niech będą poddane swoim mężom, aby nawet wtedy, gdy niektórzy z nich nie słuchają nauki, przez samo postępowanie żon zostali [dla wiary] pozyskani bez nauki” (1 P 3, 1).

    Tradycyjna, wielowiekowa wykładnia Magisterium Kościoła też nie pozostawia co do tej kwestii wątpliwości:

    „W społeczności domowej, wzmocnionej węzłem miłości, winien koniecznie zakwitnąć czynnik, nazywany przez św. Augustyna porządkiem miłości. Porządek ten obejmując tak pierwszeństwo męża przed żoną i dziećmi, jak i skora, wolna od niechęci uległość i podporządkowanie się żony” (Pius XI, „Casti connubii”) [12].

    Nie można więc mówić o absolutnej i pełnej równości w ramach małżeństwa pomiędzy mężczyzną a niewiastą. Niestety zaś w znanych mi pismach Alana Amesa (a przeczytałem dużą ich część) nie ma doprecyzowania, iż równość w małżeństwie nie może być absolutna, pełna i bezwarunkowa oraz, że to mąż jest głową i kierownikiem rodziny. To uszczegółowienie jest na tyle ważne, iż powyżej zacytowane słowa o „partnerstwie i równości” w małżeństwie, które Ames przypisuje Panu Jezusowi nabierają co najmniej bardzo dwuznacznego wymiaru.

     

    Podsumowując, pisma i objawienia Carvera Alana Amesa zawierają – wbrew zapewnieniom jego samego, a także niektórych wspierających go księży i biskupów – jawne błędy doktrynalne, herezje oraz poważne dwuznaczności. Należy o tym jasno mówić i w konsekwencji podchodzić do twierdzeń i działalności pana Amesa z pewnym wyraźnym dystansem.

     

    Przypisy:

    1. Patrz: Carver Alan Ames. „Łagodny Duch”, Kraków 2014, s. 161, 162.

    2. Cytat za: Amerykańskie Stowarzyszenie Obrony Tradycji, Rodziny i Własności – TFP, „W obronie wyższych praw. Dlaczego musimy przeciwstawić się legalizacji związków homoseksualnych?”, Kraków 2005, s. 181.

    3. Św. Bazyli Wielki, O tym, że Bóg nie jest sprawcą zła, w: Bóg i zło. Pisma Bazylego Wielkiego, Grzegorza z Nyssy i Jana Chryzostoma, Wydawnictwo M, Kraków 2004, s. 42-43.

    4. Cytat za: Abp Marcel Lefebvre, „oni Jego zdetronizowali. Od liberalizmu do apostazji. Tragedia soborowa„, Warszawa 1997, s. 44.

    5. Patrz: Carver Alan Ames. „Łagodny Duch”, Kraków 2014, s. 203.

    6. Patrz: jw., s. 201 – 202.

    7. Patrz:  jw., s. 205.

    8. Patrz: jw., s. 143.

    9.  Cytat za: „Katechizm rzymski z wyroku św. Soboru Trydenckiego ułożony, z rozkazu Piusa V, Papieża wydany, i od Klemensa XIII szczególniej zalecony. Tom I”, Warszawa 1827, ss. 96-97; 62.

    10. Cytat za: Michael Davies, „Sobór Watykański II a wolność religijna”, Warszawa 2002, s. 34.

    11. Cytat za: Carver Alan Ames, „Oczami Jezusa”, wydanie I, Kraków 2012, s. 383.

    12. Cytat za: Pius XI, „Encyklika o małżeństwie chrześcijańskim (Casti connubii)”, Londyn 1943, Wydawnictwa dokumentów nauki Kościoła, s. 26.

  7. Przemoc w Starym i Nowym Testamencie

    Leave a Comment

    Jest rzeczą wiadomą, iż tradycyjne nauczanie katolickie uważa stosowanie przemocy fizycznej za moralnie usprawiedliwione wówczas, gdy dzieje się to w ramach orzeczonej przez legalną władzę kary śmierci (lub lżejszych kar cielesnych), wojny sprawiedliwej, obrony koniecznej, karcenia cielesnego dzieci dokonywanego przez rodziców.

    Katechizm Soboru Trydenckiego tak naucza na temat etycznej słuszności stosowania przemocy w niektórych wypadkach:

    (Bóg) rozkazuje, aby sądy wszystkie sprawiedliwie i według praw były odprawowane (…)upomina Pan Bóg, aby sędziowie winnym nie folgowali, a niewinnych nie potępiali (…) Ma też Urząd moc prawną do zabijania i karania złych ludzi na gardle: i nie idzie zatem, żeby mieli takowi, którzy są na urzędzie, przeciwko temu przykazaniu grzeszyć, ale owszem są woli bożej posłuszni. Bo Pan Bóg dla tego zakazał zabijania, aby każdy bezpiecznym był zdrowia swego. Przeto urząd, gdy karze gwałtowników, czyni dla pokoju pospolitego, jako Dawid święty o sobie mówi: „O zarannym czasie – to jest bez odwłoki – zabijałem wszystkich grzesznych ludzi, abym wygładził wszystkich złych ludzi z miasta”. Także i ci nie grzeszą, którzy wojnę wiodą, i nieprzyjaciół swoich zabijają, nie z okrucieństwa albo chciwości jakiej, ale dla sprawiedliwości i pokoju pospolitego. Są też przykłady w Piśmie świętym, gdzie sam Pan Bóg rozkazał zabijać ludzi i przeto synowie Lewiego nie zgrzeszyli nie, iż jednego dnia tak wiele tysięcy zabili i owszem Mojżesz im powiedział: Poświęciliście dziś ręce wasze Panu Bogu[1].

    Katechizm Kościoła Katolickiego (z 1992 roku) mówi zaś:

    2308: …  rządom nie można odmawiać prawa do koniecznej obrony, byle wyczerpały wpierw wszystkie środki pokojowych rokowań

    2265: Uprawniona obrona może być nie tylko prawem, ale poważnym obowiązkiem tego, kto jest odpowiedzialny za życie drugiej osoby, . Obrona dobra wspólnego wymaga, aby niesprawiedliwy napastnik został pozbawiony możliwości wyrządzania szkody. Z tej racji prawowita władza ma obowiązek uciec się nawet do broni, aby odeprzeć napadających na wspólnotę cywilną powierzoną jej odpowiedzialności.

    2267: Kiedy tożsamość i odpowiedzialność winowajcy są w pełni udowodnione, tradycyjne nauczanie Kościoła nie wyklucza zastosowania kary śmierci, jeśli jest ona jedynym dostępnym sposobem skutecznej ochrony ludzkiego życia przed niesprawiedliwym napastnikiem.

     

    Przyjrzyjmy się teraz na ile owe moralne usprawiedliwienie dla stosowania przemocy w niektórych wypadkach ma uzasadnienie w Piśmie świętym.

    Boża aprobata dla przemocy w Starym Testamencie

    Nie jest niczym nieznanym, iż na kartach ksiąg Starego Testamentu Bóg nieraz akceptował stosowanie różnych form przemocy.

    W Starym Testamencie czytamy wszak np. o błogosławionych przez Boga wojnach Izraela z Kananejczykami (Joz 10), odpieraniu niesprawiedliwej agresji za pomocą siły zbrojnej (Rdz 14; 1 Sm 23, 1-2) czy też zbrojnym powstaniu przeciw bałwochwalczej tyranii (księgi Machabejskie) [2].

    Bóg polecił też w tej części Pisma świętego stosowanie kar polegających na użyciu pewnego stopnia przemocy fizycznej, czyli ukamienowania (por. Kpł 24,15-16; Pwt 13,6-10; Kpł 20,27; Pwt 22,21; 24), chłosty (Pwt 25, 2), spalenia w ogniu (Kpł 20, 14; 21, 9) oraz odcięcia dłoni (Pwt 25, 11-12). Stwórca zachęca też tam ojców do dyscyplinowanie synów za pomocą rózgi (por. Prz 29, 15; 13, 24; 22, 15; 23, 13 – 14), a także stwierdza, iż „skrwawienie boków niegodziwemu słudze” nie jest powodem do wstydu (Syr 42, 1; 5).

    Na kartach Starego Testamentu również wszak o Bożych rozkazach uśmiercania między innymi: morderców (Rdz 9, 6; Wj 21, 12), bałwochwalców (Wj 22, 20), bluźnierców (Kpł 24, 15-16), okultystów (Wj 22, 18), fałszywych proroków (Pwt. Prawa 18, 20), homoseksualistów, zoofilów (Kpł 20, 15-16), cudzołożników (Kpł 20, 10), gwałcicieli (Pwt. Prawa (22, 25), kazirodców (Kpł 20, 11), porywaczy (Wj 21, 16).

    W księdze Hioba czytamy, iż św. Hiob, który został tam ukazany  jako człowiek bardzo prawy, doskonały i sprawiedliwy przed Bogiem, jako jedną z praktykowanych przez siebie cnót wymienia to, iż: „rozbijał szczęki łotrowi i z zębów łup mu wydzierał” (Hi 29, 17).

    Św. Eliasz, wielki starotestamentowy prorok, jednego dnia zabił 450 fałszywych proroków bożka Baala (1 Krl 18, 40) i bynajmniej nie czytamy w żadnym fragmencie Pisma świętego, iż zostało mu to przez Boga poczytane jako grzech, wada, błąd czy jakaś niedoskonałość. Przeciwnie, św. Eliasz jest prorokiem, który obok Henocha został zachowany od śmierci doczesnej i przeniesiony do rajskiego ogrodu Eden, a podczas ziemskiego życia naszego Pana Jezusa Chrystusa wraz z Mojżeszem został uhonorowany obecnością przy objawieniu się chwały Mesjasza na górze Przemienienia Pańskiego. 

     

    Oczywiście, tekstów wyrażających mniej lub bardziej otwarcie aprobatę dla przemocy w Starym Testamencie jest znacznie więcej. Niech jednak na potrzeby tego opracowania wystarczą powyżej ukazane. Przypatrzmy się teraz tym fragmentom Nowego Testamentu, które tradycyjnie są wykładane jako również udzielające poparcia dla stosowania przemocy w niektórych sytuacjach.

     

    Boża aprobata dla przemocy w Nowym Testamencie 

    W Ewangelii św. Łukasza (22, 35 – 38) Pan Jezus mówi swym uczniom, by kupili miecze. Niektórzy co prawda rozumieją te słowa, jako pewien symbol, jednak w innym fragmencie Biblii widzimy, że św. Piotr Apostoł miał przy sobie miecz (Mt 26, 52), co w pewien sposób osłabia czysto symboliczną egzegezę Chrystusowego nakazu zaopatrzenia się w miecze. Rozsądniej jest więc przyjąć, iż nie chodziło tu tylko o jakiś symbol, ale Pan Jezus nakazał swym uczniom zaopatrzyć się w dosłowne miecze po to by mogli bronić się w sytuacji fizycznego zagrożenia ich życia i zdrowia. 

    W Ewangelii św. Marka czytamy, iż Chrystus Pan za pomocą użytej przez siebie siły fizycznej wypędził przekupniów ze świątyni (Mk 11; 15 – 17). Nie wiemy co prawda, czy w wyniku tego zachowania Jezusa ktoś odniósł fizyczne rany, jednak do użycia przemocy i siły przez przecież bezgrzesznego Syna Bożego z pewnością doszło. Wniosek więc jest jasny: nie każda przemoc jest niemiła w oczach Boga. 

    W Liście do Hebrajczyków czytamy następującą pochwałę starotestamentowych wojowników: I co jeszcze mam powiedzieć? Nie wystarczyłoby mi bowiem czasu na opowiadanie o Gedeonie, Baraku, Samsonie, Jeftem, Dawidzie, Samuelu i o prorokach, którzy przez wiarę pokonali królestwa, dokonali czynów sprawiedliwych, otrzymali obietnicę, zamknęli paszcze lwom, przygasili żar ognia, uniknęli ostrza miecza i wyleczyli się z niemocy, stali się bohaterami w wojnie i do ucieczki zmusili nieprzyjacielskie szyki (Hbr 11: 32-34). I w tym wypadku najbardziej zdroworozsądkową wykładnią jest to, iż udział w wojnie nie zawsze jest złem, skoro autor przywołanego listu z natchnienia Bożego chwali ludzi właśnie za udział w wojnach. 

    W Ewangelii św. Łukasza spisane zostało, iż św. Jan Chrzciciel przychodzącym do niego o poradę żołnierzom mówi, by nikogo nie uciskali i poprzestali na swym żołdzie niczego od nikogo nie wymuszając (Łk 3, 14). Jednak św. Jan Chrzciciel nie wzywa żołnierzy do porzucenia swego rzemiosła.

    Podobnie, gdy św. Piotr Apostoł spotkał się z żołnierzem Korneliuszem nie zachęcał go wcale, by ten zrezygnował ze swego zawodu (Dz 10). 

    W liście do Rzymian św. Paweł Apostoł daje następujące pouczenie: „Albowiem rządzący nie są postrachem dla uczynku dobrego, ale dla złego. A chcesz nie bać się władzy? Czyń dobrze, a otrzymasz od niej pochwałę. .Jest ona bowiem dla ciebie narzędziem Boga, [prowadzącym] ku dobremu. Jeżeli jednak czynisz źle, lękaj się, bo nie na próżno nosi miecz. Jest bowiem narzędziem Boga do wymierzenia sprawiedliwej kary temu, który czyni źle” (Rz 13, 3-4). Miecz jest oczywiście narzędziem stosowania przemocy (w tym kary śmierci). Mimo to jednak w powyższym ustępie Nowego Testamentu „miecz” jest ukazany w jednoznacznie pozytywnym kontekście, jako coś co stanowi narzędzie Boga w celu utrzymywania porządku w społeczeństwie. Nauczanie św. Pawła Apostoła powtarza też św. Piotr Apostoł pisząc, iż władze cywilne „są posłane celem karania złoczyńców” (1 P 2, 13).

    W księdze Dziejów Apostolskich czytamy z kolei, iż św. Paweł Apostoł korzystał z ochrony armii rzymskiej (Dz. 23), a także w obliczu dotykających go oskarżeń stwierdził: Jeśli zawiniłem  i popełniłem coś podpadającego pod karę śmierci, nie wzbraniam się umrzeć” (Dz 25, 11). I w tym więc miejscu św. Paweł Apostoł w pewien sposób wyraził aprobatę dla kary śmierci, zaś korzystając z ochrony militarnej przynajmniej pośrednio zaakceptował używanie przemocy w celu ochrony przed niesprawiedliwą napaścią.

     

    ANALIZA ARGUMENTÓW PRZECIW PRZEMOCY

    Powyższe teksty Starego i Nowego Testamentu są w tradycyjnej teologii katolickiej akcentowane jako stanowiące podstawę dla poglądu, iż w pewnych wypadkach Bóg nie brzydzi się przemocą i nie jest ona zła czy grzeszna w jego oczach. Osobiście zgadzam się z tym stanowiskiem. Poddajmy jednak analizie te z odwołujących się do Pisma św. argumentów, które są używane przeciwko moralnemu usprawiedliwianiu przemocy. 

    „Przykazanie Dekalogu mówi jasno: Nie zabijaj”

    Twierdzi się więc np. iż wszelkie celowe zabijanie ludzi jest złe, gdyż Przykazanie Dekalogu mówi „Nie zabijaj” (Wj 20, 13) bez rozróżniania na ludzi winnych i niewinnych, sprawiedliwych oraz złoczyńców.

    To przykazanie nie rozróżnia jednak także pomiędzy ludźmi a zwierzętami, czy zatem należy twierdzić, że w takim razie wszelkie zabijanie zwierząt też jest złe? Przykazania Dekalogu mają formę skrótową i nie omawiają wielu spraw, które są jednak poruszane w innych częściach Pisma świętego. Przykładowo, przykazanie „Nie cudzołóż” nie mówi nic o grzeszności relacji homoseksualnych, ale w innych fragmentach Biblii jest o tym mowa. Podobnie, choć przykazanie „Nie zabijaj” nie precyzuje czy jego treść tyczy się wszystkich ludzi we wszystkich okolicznościach to w innych ustępach Biblii wskazane zostało rozróżnienie na osoby niewinne, których w sposób zamierzony nie wolno zabijać nigdy i nigdzie oraz na złoczyńców, których w pewnych okolicznościach można zabijać. W Piśmie świętym czytamy, że Bóg nienawidzi i brzydzi się rękoma, które przelały krew niewinnych” (Prz 6, 16-19), a jedno z praw danych Mojżeszowi mówiło: „nie wydasz wyroku śmierci na niewinnego i sprawiedliwego” (Wj 23, 7)To zatem niewinni i sprawiedliwy mają być w absolutny sposób chronieni przez Piąte Przykazanie, a nie złoczyńcy oraz przestępcy. 

    „Nowy Testament zmienił zasady Starego Testamentu odnośnie przemocy”

    Mimo, iż jak już to zostało powyżej wykazane w Nowym Testamencie znajdują się fragmenty mogące być w łatwy sposób zinterpretowane jako poparcie dla różnych form przemocy wielu chrześcijan niezmiennie powtarza kilka ustępów z Nowego Testamentu twierdząc, że tak naprawdę wyrażają one absolutne lub wręcz absolutne odrzucenie przemocy.

     

    I tak np. mówi, się iż skoro Jezus mówił, by kochać swych nieprzyjaciół i wyświadczać im dobro (Mt 5,44) to nie da się tego pogodzić z używaniem przemocy wobec swych wrogów.

    Czy jednak używanie przemocy musi być zawsze sprzeczne z tą zasadą? Niekoniecznie. Przykładowo karanie złoczyńców też jest wyświadczeniem im dobra, gdyż chce się ich w ten sposób poprawić i powstrzymać od popełniania zła. Nawet jeśli wymierza im się karę śmierci to też nie musi oznaczać tego, iż nienawidzi się tych ludzi. Jeśli towarzyszy temu sprawiedliwy proces, daje się skazanemu na śmierć możliwość pożegnania się z rodziną, zachęca się go do skruchy i pojednania z Bogiem, to w ten sposób okazuje się takiemu skazańcowi miłość.

    Nawet na wojnie można okazywać nieprzyjaciołom miłość, np. karmiąc ich i odziewając, opatrywać ich rany gdy zostaną wzięci do niewoli, modląc się za dusze zabitych wrogów.

    Poza tym zauważmy, że nakaz miłowania nieprzyjaciół i unikania nienawiści wobec nich jest już obecny w Starym Przymierzu:

    Pamiętaj na ostatnie rzeczy i przestań nienawidzić; – na rozkład ciała, na śmierć, i trzymaj się przykazań! Pamiętaj na przykazania i nie miej w nienawiści bliźniego, – na przymierze Najwyższego, i daruj obrazę! (Syr 28, 6-7). 

    Nie ciesz się z upadku wroga, nie raduj się w sercu z jego potknięcia, by Pan widząc, nie miał ci tego za złe i gniewu nie odwrócił od niego (Prz 24, 17- 18).

    Gdy wróg twój łaknie, nakarm go, gdy pragnie napój go wodą – żar ognia zgromadzisz nad jego głową, a Pan ci za to zapłaci” (Prz 25: 21-22).

    Jeśli więc Bóg w Starym Testamencie dawał przykazania o miłowaniu swych nieprzyjaciół i wyświadczaniu im dobra, z drugiej jednak strony czasami też polecił stosować wobec nich przemoc to najwidoczniej te dwie postawy nie są absolutnie ze sobą sprzeczne.

    Poza tym, o ile oczywiście mamy miłować swych wrogów i czynić im dobrze to Biblia nie twierdzi, że w konkretnej sytuacji, gdy trzeba np. wybierać pomiędzy ochroną życia swej żony i dzieci, a zabiciem człowieka nastającego na te życie, należy okazać większą miłość agresorowi niż jego ofiarom.

     

    Innym z fragmentów Nowego Testamentu używanym do kwestionowania moralnej prawowitości przemocy jest następujące napomnienie św. Pawła Apostoła:

    Nikomu złem za złe nie odpłacajcie. Starajcie się dobrze czynić wobec wszystkich ludzi! Jeżeli to jest możliwe, o ile to od was zależy, żyjcie w zgodzie ze wszystkimi ludźmi! Umiłowani, nie wymierzajcie sami sobie sprawiedliwości, lecz pozostawcie to pomście [Bożej]! Napisano bowiem: Do Mnie należy pomsta. Ja wymierzę zapłatę – mówi Pan (Rz 12, 18-19).

    Ten fragment nie zakazuje jednak używania przemocy przez władze cywilne w celu karania zła i złoczyńców, ale przestrzega przed prywatną zemstą czyli samosądami („nie wymierzajcie sami sobie sprawiedliwości”). Jeśli np. Kowalski zgwałci córkę Nowaka to nie oznacza, że Nowak ma wziąć siekierę i szybko zabić Kowalskiego, ale Nowak może i powinien zgłosić to policji, która następnie aresztuje Kowalskiego, a sąd wymierzy Kowalskiemu karę. Taka jest różnica pomiędzy samosądem przed którym przestrzega św. Paweł Apostoł, a sprawiedliwą karą wymierzaną przez rządzących, którą ten sam Apostoł w tym samym liście do Rzymian chwali jako będącą narzędziem Boga.

    Zresztą i w tym wypadku warto zauważyć, że zakaz prywatnego mszczenia się nie jest jakąś nowością Nowego Przymierza, ale został zawarty już w Starym Testamencie:

    Tego, który się mści, spotka zemsta Pana: On grzechy jego dokładnie zachowa w pamięci. Odpuść przewinę bliźniemu, a wówczas, gdy błagać będziesz, zostaną ci odpuszczone grzechy. Gdy człowiek żywi złość przeciw drugiemu, jakże u Pana szukać będzie uzdrowienia? (Syr 28, 1-3)

    „Nie będziesz szukał pomsty. nie będziesz żywił urazy do synów twego ludu, ale będziesz miłował bliźniego jak siebie samego. Ja jestem Pan” (Kpł 19, 18)

    I tym razem można więc skonkludować, iż skoro Bóg już w Starym Przymierzu zakazał się mścić, a z drugiej strony czasami nakazywał używanie przemocy to obie postawy nie muszą być ze sobą absolutnie sprzeczne.

     

    Koronnym argumentem radykalnych przeciwników przemocy jest powoływanie się ich na następujące słowa Pana Jezusa:

    Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko i ząb za ząb! A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi!  (Mt 5, 39).

    Chrystus nie mówi jednakże tutaj, by nadstawiać drugi policzek nie tylko swój, ale także swej żony i swych dzieci. Poza tym nie mówi też, iż kiedy cię ktoś uderzy siekierą w jeden policzek, należy nadstawiać mu drugi. W rzeczywistości uderzenie otwartą dłonią w policzek zwykle nie może wyrządzić poważnej szkody fizycznej, więc raczej nie chodziło tu Jezusowi o zakaz bronienia się przed zabiciem czy poważnym zranieniem, ale o znoszenie obelg (uderzenie w policzek raczej jest zniewagą niż atakiem fizycznym). Poza tym nasz Pan i Zbawca sam nie nadstawił drugiego policzka, gdy został niesprawiedliwie weń uderzony (J 18, 22 – 23), więc widać, że zasada nadstawiania drugiego policzka nie jest regułą absolutną. Są sytuacje, kiedy należy znosić takie niesprawiedliwe traktowanie, ale są też sytuacje gdy lepiej jest mu się opierać. Św. Tomasz z Akwinu w następujący sposób to tłumaczy:

    Człowiek może nie stawiać oporu złemu w dwojaki sposób: pierwszy, darując wyrządzoną sobie krzywdę: I to może świadczyć o doskonałości, kiedy tak wypada postąpić ze względu na zbawienie innych. Drugi, patrząc obojętnie na krzywdy wyrządzane innym. I świadczy o niedoskonałości, a nawet jest występkiem, o ile człowiek może stawić odpowiedni opór krzywdzicielowi. Ambroży tak o tym pisze: <Męstwo okazane na wojnie prowadzonej w obronie ojczyzny przed barbarzyńcami albo wykazywane w domu czy to dla obrony słabych czy dla obrony przyjaciół przed łotrami jest pełni usprawiedliwione>” [4].

     

    Następnym z fragmentów Nowego Testamentu na jaki powołują się radykalni przeciwnicy przemocy jest tzw. złota reguła o której Pan Jezus uczył w następujących słowach:

    Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy (Mt 7, 12).

    Czy jednak należy tą zasadę interpretować w oderwaniu od racjonalnych kryteriów tego co jest dla danej osoby obiektywnie dobre i obiektywnie złe? Czy w takim razie współżyjący ze sobą homoseksualiści są usprawiedliwieni, gdyż w danym momencie czynią to co chcą, by inni ludzie im czynili, zaś sędzia skazujący rabusia na karę więzienia grzeszy, albowiem rabuś chciałby zostać dalej na wolności? Chyba jednak nie o taką interpretację chodziło Zbawicielowi? Sam Pan Jezus wszak wypędzając przekupniów ze świątyni też nie czynił im tego co było dla nich w tej chwili miłe, ale obiektywnie rzecz biorąc było to dla nich dobre, gdyż uczył On ich w ten sposób szacunku wobec Domu Bożego.

     

    Mówi się wreszcie, iż Pan Jezus nakazał św. Piotrowi „schować miecz”, gdy ten Go bronił przed pojmaniem (Mt 26, 52). Chrystus nie powiedział jednak Piotrowi, by „wyrzucił miecz”. W tym konkretnym zaś wypadku Pan Jezus z własnej woli złożył okup za zbawienie całego świata, więc działanie św. Piotra było przeszkadzaniem Mu w Jego zbawczej misji.

     

    Jak więc widać argumenty radykalnych przeciwników przemocy bazujące na niektórych fragmentach Nowego Testamentu tak naprawdę nie są zbyt mocne, chociaż na pierwszy rzut oka wydają się takimi być. W rzeczywistości „antyprzemocowa” wykładnia Nowego Testamentu jest wyraźnie kulawa, gdyż oderwana jest od szerszego kontekstu innych fragmentów Nowego i Starego Przymierza, a także ma tendencję do narzucania niechrześcijańskich definicji pewnym biblijnym pojęciom (np. utożsamianie karania z czymś zawsze złym).

    Pochylmy się jeszcze nad paroma innymi argumentami przeciw moralnej prawowitości używania przemocy:

     

    „Bóg tak naprawdę tylko tolerował przemoc obecną w Starym Testamencie, ale jej nie pochwalał ani nie nakazywał – vide: tolerowanie rozwodów czy poligamii”. 

    Nie jest to prawdą. Bóg wprost nakazywał wykonywanie kary śmierci i prowadzenie wojen, a nie tylko na to zezwalał.

    Bóg za pośrednictwem jednego ze swych proroków nawet karci za niedokładne wykonanie rozkazu wybicia Amelekitów (1 Sm 15)

    Mojżesz w imieniu Pana Boga wzywa mężów z pokolenia Lewiego przeciw bałwochwalcom co kłaniali się złotemu cielcowi i nakazuje im poodbierać życie (zabito ich przeszło 20 000) po czym chwali ich i obiecuje Boże błogosławieństwo (Wj 32: 27-29).

    Boży prorok Jeremiasz podał miecz Judzie (przywódcy zbrojnie walczących Machabeuszy) mówiąc przy tym: „Weź święty miecz, dar od Boga, z jego pomocą pokonasz przeciwników” (2 Mch 15, 16).

    Bóg popiera też prowadzone przez Żydów wojny z poganami poprzez czynione przez siebie cudowne zdarzenia (zawalenie murów Jerycha, wstrzymanie słońca w bitwie prowadzonej przez Jozuego).

    Widzimy więc, że w przypadku przemocy mamy do czynienia z czymś znacznie silniejszym niż tylko Boża tolerancja dla złych zwyczajów Żydów. Prowadzenie wojen, wymierzenie kary śmierci czy też używanie rózgi względem krnąbrnych dzieci nie dadzą zakwalifikować się jako niechętne, bierne i negatywne przyzwolenie ze strony Boga. Stwórca te wszystkie rzeczy nakazywał, popierał i błogosławił. Bóg zaś nie może nakazywać, popierać i błogosławić czegoś co jest samo w sobie złe. Gdyby więc kara śmierci czy wojna były same w sobie złe to Bóg nie mógłby ze swej natury ich nakazywać lub pochwalać. Jak bowiem mówi Pismo święte: „Nikomu  nie przykazał On być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć” (Syr 15, 19-20).

    Pius XII wykładał tę prawdę w następujący sposób:

    Przede wszystkim trzeba jasno stwierdzić, żadna ludzka władza (…) nie może wydać pozytywnego upoważnienia do nauczania lub czynienia tego, co byłoby wbrew religijnej prawdzie lub dobru moralnemu (…) Nawet Bóg nie mógłby dać takiego pozytywnego przykazania lub upoważnienia, gdyż stałoby to w sprzeczności z Jego absolutną prawdą i świętością” [5].

     

    „Chcąc kierować się starotestamentowym podejściem do przemocy powinno się też składać w ofierze zwierzęta, obrzezywać niemowlęta, etc. Przemoc należy do tych rzeczy, które wraz z Nowym Testamentem przeminęły”. 

    To jest inna sprawa. Obrzędy Starego Przymierza były symbolem, cieniem i zapowiedzią przyjścia Pana Jezusa, Jego śmierci krzyżowej i zmartwychwstania. Gdy te wszystkie rzeczy się dokonały obrzędy Starego Testamentu straciły swój sens, gdyż cień przeszedł w rzeczywistość. Zmieniły się więc radykalnie okoliczności w których obowiązywały obrzędy Starego Przymierza. Czy można jednak powiedzieć, iż radykalnie zmieniły się okoliczności, w których Bóg nakazał w Starym Zakonie karać śmiercią i prowadzić wojny sprawiedliwe? Czy nie ma już przestępców, których należy karać? Czy wszystkie dzieci są posłuszne? Czy żaden kraj nie napada już drugiego? Oczywiście to nie znaczy, że w takim razie rządzący mają obowiązek stosować np. prawa karne Starego Przymierza w 100 procentach i karać śmiercią za wszystkie 21 nieprawości, które Bóg polecił karać wówczas w ten sposób. Aż tak surowe prawa zostały dane wszak Izraelowi w czasie, gdy zewsząd był on otoczony przez pogańskie ludy, które wciąż mogły bardzo deprawująco oddziaływać na Żydów. Ale z drugiej strony fakt, iż nie wszystkie z okoliczności uzasadniających wojnę i surowe prawa karne w czasach Starego Zakonu występuje dziś, nie oznacza, że żadne z tych okoliczności nie występują już w jakimkolwiek natężeniu.

     

    „Nawet jeśli pewne formy przemocy są dopuszczalne to należy je traktować jako mniejsze zło”. 

    Takie twierdzenie jest co najmniej poważnym błędem doktrynalnym. Jeśli coś rzeczywiście jest mniejszym złem to nie jest dopuszczalne nawet w ekstremalnych okolicznościach, a przemoc jest dopuszczalna, więc nie mniejszym złem.

    Magisterium Kościoła tradycyjnie uczy, iż nie wolno czynić zła, aby wynikło z niego dobro:

    W rzeczywistości (…) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny – a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka –nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw.” (Paweł VI, „Humanae vitae”,  n. 14).

    Kościół zawsze nauczał, że nie należy nigdy popełniać czynów zabronionych przez przykazania moralne, ujęte w formie negatywnej w Starym i Nowym Testamencie (…).Dzięki świadectwu rozumu wiemy (…), że istnieją przedmioty ludzkich aktów, których nie można przyporządkować Bogu, ponieważ są one radykalnie sprzeczne z dobrem osoby stworzonej na jego obraz. Tradycyjna nauka moralna Kościoła mówi o czynach, które są „wewnętrznie złe”: są złe zawsze i same w sobie, to znaczy ze względu na swój przedmiot, a niezależnie od ewentualnych intencji osoby działającej i od okoliczności. Dlatego nie umniejszając w niczym wpływu okoliczności, a zwłaszcza intencji na moralną jakość czynu, Kościół naucza, że << istnieją akty, które jako takie, same w sobie niezależnie od okoliczności, są zawsze wielką niegodziwością ze względu na przedmiot>> (…) Jeśli czyny są wewnętrznie złe, dobra intencja lub szczególne okoliczności mogą łagodzić ich zło, ale nie mogą go usunąć: są to czyny nieodwracalnie złe, same z siebie i same w sobie niezdatne do tego, by je przyporządkować Bogu i dobru osoby (…). Tak więc okoliczności lub intencje nie zdołają nigdy przekształcić czynu ze swej istoty niegodziwego ze względu na przedmiot w czyn <<subiektywnie>> godziwy lub taki którego wybór można usprawiedliwić (Jan Paweł II, „Veritatis splendor”).

     

    WNIOSKI KOŃCOWE

    Istnieje zatem przemoc sprawiedliwa, która podoba się Panu Bogu i która nie powinna być traktowana w kategoriach „mniejszego zła” czy Bożego dopustu. Wbrew pozorom nie ma zasadniczej sprzeczności pomiędzy podejściem do przemocy w Starym Testamencie, a postawą wobec takowej w Nowym Testamencie.

     

    Przypisy:

    1. Cytat za: „Katechizm rzymski z wyroku św. Soboru Trydenckiego ułożony, z rozkazu Piusa V, Papieża wydany, i od Klemensa XIII szczególniej zalecony. Tom I”, Warszawa 1827, ss. 96-97; 62.

    2. Tego, iż Machabeusze w sposób zbrojny przeciwstawili się skrajnie tyrańskiej władzy pogańskich Greków nie należy mylić z rzekomym prawem do obalania takiej władzy, która w swych pewnych aspektach postępuje źle. Etycznie usprawiedliwione jest obalanie za pomocą przemocy tylko naprawdę skrajnie złej władzy i to po wyczerpaniu innych, pokojowych środków oporu.

    3. Wedle św. Tomasza z Akwinu: Eliasz został uniesiony do nieba powietrznego, a nie do nieba empirejskiego, siedziby świętych. Również nie znalazł się tam Henoch. Został on porwany do raju ziemskiego, gdzie, jak się przypuszcza, przebywa razem z Eliaszem, oczekując na przyjście antychrysta (Suma teologiczna, Tom 26, Zagadnienie 49, art 5, p. 2).

    4. Cytat za: O. Louis-Marie de Blignieres, „Męstwo i przemoc w myśli chrześcijańskiej” (w) Christianitas, nr 67-68/2017, s. 89.

    5. Cytat za: Michael Davies, „Sobór Watykański II a wolność religijna”, Warszawa 2002, s. 34.

     

     

     

  8. Czy „Żołnierze Wyklęci” postępowali moralnie?

    Leave a Comment

    Historyczne uznanie dla słuszności działalności tzw. Żołnierzy Wyklętych w XXI wieku stało się jedną z podwalin współczesnego Państwa Polskiego. Od kilku wszak lat istnieje w naszym kraju oficjalnie obchodzone i promowane przez władze naszego kraju święto o nazwie „Narodowy Dzień Pamięci Wyklętych”, za którego uchwaleniem głosowali nie tylko posłowie partii centrowych i prawicowych (PO i PIS), ale nawet – z wyjątkiem Leszka Millera – przedstawiciele Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Skoro istnieje tak powszechny polityczny consensus wokół wychwalania Żołnierzy Wyklętych, to trudno się dziwić, iż w środowiskach szeroko pojmowanej prawicy owa estyma urasta wręcz do rangi dogmatu, za którego choćby i łagodne podważanie, nieraz dostaje się ostre przygany w rodzaju bycia nazwanym komunistą albo ewentualnie „wnuczkiem UB-eka, synem/córką PZPR-owca„, itp. Gdy zaś wspomina się o ewidentnych zbrodniach i nadużyciach w wykonaniu niektórych z „Wyklętych” z miejsca jest kwalifikowane to albo jako kompletny margines w ich działalności, albo nawet jako obelga i oszczerstwo, wszak nawet jeśli „Wyklętym” zdarzało się zabijać bezbronnych cywilów, to niemal na pewno musieli to być „komunistyczni zdrajcy” albo „sowieccy kolaboranci”.

    Cóż, osobiście, czuję się człowiekiem o dość wyraźnie prawicowych i konserwatywnych przekonaniach, a co więcej, nie jest mi wiadome, by ktokolwiek z mych przodków należał do UB, SB, PPR czy PZPR. Mimo to jednak, od dłuższego czasu mam zdecydowanie krytyczny stosunek do działalności „Żołnierzy Wyklętych”. Powiem wprost – uznając, iż wielu z „Wyklętych” prawdopodobnie działało w dobrej wierze, a  część z nich starała się walczyć po rycersku, unikając popełniania zbrodni wojennych – uważam, że obiektywnie rzecz biorąc, samo „clou” ich działalności, a mianowicie zbrojna walka z nową władzą – było niegodziwe, złe i niemoralne. Poniżej, postaram się pokazać szanownym Czytelnikom, dlaczego tak uważam. A mianowicie:

    1. Żadna władza cywilna czy też inny autorytet publiczny nie dał „Wyklętym” rozkazu ani upoważnienia  do prowadzenia działań zbrojnych na terenie Polski po ustaniu okupacji niemieckiej.

    Czy jest moralnie dozwolone zabijanie albo ranienie uzbrojonych i gotowych do walki wrogów? Tak, owszem, jednak poza sytuacją tzw. obrony koniecznej (o której szerzej poniżej) coś takiego jest etycznie usprawiedliwione w ramach wojny sprawiedliwej. Jednym z warunków wojny sprawiedliwej jest, by takowa była prowadzona z rozkazu legalnej władzy albo też przynajmniej z upoważnienia jakiegoś uznanego autorytetu publicznego. Problem zaś ze zbrojną działalnością „Wyklętych” polegał zaś na tym, iż takiego rozkazu ani upoważnienia oni nie mieli. Nie dał bowiem im takiego rozkazu emigracyjny rząd w Londynie i nie dali im podobnego upoważnienia ani Papież ani biskupi (wręcz przeciwnie, ci ostatni, w formie oficjalnej i publicznej nawet ostro zganili ich działalność).

    Owszem, można powiedzieć, że jedno z ugrupowań zrzeszających niektórych „Wyklętych”, a mianowicie „Wolność i Niezawisłość” (dalej „WiN”) w jakiś tam sposób działało za wiedzą i zgodą rządu w Londynie. Tyle tylko, że „WiN” skupiało mały procent ogółu „Wyklętych” (kilka tysięcy na, wedle różnych szacunków, od 80 tysięcy do 120-180 tysięcy osób). Ponadto, co najważniejsze, „WiN” w swych założeniach miało być ruchem konspiracyjnym, jednak unikającym walki zbrojnej, a nastawionym na różne formy cywilnego oporu. To prawda, że członkowie „WiN” nieraz faktycznie podejmowali się walki zbrojnej z przedstawicielami nowej władzy, ale wówczas zwykle wykraczali poza swe kompetencje. Zresztą, założyciel i pierwszy dowódca tej organizacji, pułkownik Jan Rzepecki był zdecydowanym przeciwnikiem prowadzenia działalności zbrojnej wymierzonej w nową władzę, uznając takową za zupełnie bezcelową, a przez to szkodliwą.

    Tak więc, pomijając nawet szereg innych okoliczności i argumentów, działalność „Żołnierzy Wyklętych” była niemoralna już z tego jednego powodu, a mianowicie faktu, iż postanowili oni prowadzić wojnę domową na własną rękę, bez rozkazu legalnej władzy. Nawet, gdyby żaden z „Wyklętych” nie zabił choćby jednego nieuzbrojonego cywila, nie zgwałcił ani jednej kobiety, to już ta powyższa okoliczność czyniłaby ich walkę zbrojną niegodziwą i niedozwoloną.

    2.  W wypadku „Żołnierzy Wyklętych” bardzo trudno jest usprawiedliwiać dokonywane przez nich zabijanie i ranienie swych bliźnich zasadą tzw. obrony koniecznej. 

    Przywołana wyżej zasada „obrony koniecznej” uznaje za moralnie usprawiedliwione zabicie napastnika w sytuacji, gdy ów w sposób niesprawiedliwy i bezpośredni atakuje nasze (lub czyjeś) życia albo seksualną nietykalność. Można więc bez grzechu bronić siebie lub innych przed kimś, kto w bezpośredni sposób zmierza do zabicia lub zgwałcenia. Ale taka napaść musi być bezpośrednia – to znaczy, że np. napastnik już sięga po broń, a nie, że słyszymy od kogoś, że chce nas za kilka dni zabić ;  oraz niesprawiedliwa – bandyta nie ma prawa zabijać ścigających go uzbrojonych policjantów, ale jak już to policjanci mają prawo strzelać do atakujących ich bandytów.

    Z kilku zaś względów, obiektywnie rzecz biorąc, trudno jest uznać zbrojną działalność „Wyklętych” za uzasadnioną w świetle podanych wyżej zasad obrony koniecznej.

    Po pierwsze: ogromna większość z członków niekomunistycznych ugrupowań zbrojnych przeżyła nawet najdrastyczniejszy okres PRL-u. Ba, większość z nich nie trafiła nawet na dłużej do więzienia czy obozu pracy. Nie jest więc tak, iż przed członkami AK czy NSZ faktycznie istniała perspektywa śmierci albo dalszego prowadzenia działalności militarnej. W rzeczywistości mniejszość z nich została zabita albo na dłużej uwięziona, tak też nie był to de facto wybór „śmierć albo walka”.

    Po drugie: nawet w sytuacji bezpośredniej starcia zbrojnego zwykle „Wyklęci” nie stawali przed dylematem „śmierć albo walka”. Pomijając bowiem sytuacje, w których rozstrzeliwano na miejscu walczących, żołnierze ci mogli uratować swe życie składając broń po wezwaniu do poddania się. Poza tym, choć wobec 5 tysięcy „Wyklętych” nowe władze orzekły karę śmierci, to połowa z tych wyroków nie została wykonana. Ponadto, zdecydowana większość nawet z aktywnie działających „Wyklętych” nie została skazana na karę śmierci.

    Po trzecie: bardzo kontrowersyjne byłoby stwierdzić, iż „Wyklęci” bronili się przed niesprawiedliwą napaścią. To oni bowiem w sposób samowolny prowadzili wojnę domową.  Należy zapytać o to komu należało w tej sytuacji przyznać większe prawo do zabijania w walce swych bliźnich? „Wyklętym”, którzy zabijali w walce bez upoważnienia jakiejkolwiek władzy (również rządu w Londynie)? Czy też żołnierzom LWP i członków MO, którzy walczyli z „Wyklętymi” przynajmniej na rozkaz jakiejś władzy (choćby i był to PRL) i których działania były nieraz następstwem tego, iż wcześniej „Wyklęci” zabijali żołnierzy LWP, członków MO, nachodzili biednych mieszkańców wsi żądając od nich żywności, której wszak ci nie mieli w nadmiarze, albo też dokonywali na tychże mieszkańcach krwawych samosądów uzasadnianych jakże często niejasno brzmiącymi definicjami „kolaboracji”?

    Choć trudno jest uzasadniać działalność „Żołnierzy Wyklętych” zasadą tzw. obrony koniecznej, gdyż większość z nich przeżyła najkrwawszy okres PRL, niektórzy próbują bronić ich działalności twierdząc, że tak czy inaczej walczyli o to, by nie żyć w poniżeniu, „chodzić z podniesioną głową”, etc. Ale na miły Bóg, to może i są względnie ważne wartości, jednak nie jest usprawiedliwione zabijanie czy ranienie swych bliźnich w imię zachowania takowych! Nie jestem co prawda zwolennikiem skrajnie dosłownej interpretacji nauczania Pana Jezusa o „nadstawianiu drugiego policzka” (gdyż szerszy kontekst Biblii wskazuje, iż raczej chodziło tu raczej o cierpliwe znoszenie zniewag, aniżeli o potępienie bronienia się przed fizyczną napaścią), ale doprawdy trudno mi przyjąć tak ekstremalne pomijanie ducha tej zasady. Czy my chrześcijanie, których zadaniem jest śladem Pana Jezusa i Apostołów cierpliwe znoszenie zła i niesprawiedliwości wyrządzanych nam przez innych, naprawdę nie potrafimy pojąć, co to może oznaczać w praktyce? Co innego jest fizycznie bronić się przed ekstremalną, zmierzającą do zadania śmierci, przemocą, a co innego zabijać bądź ranić  swych bliźnich w imię „chodzenia z podniesioną głową”.

    3. „Wyklęci” nie dość, że zabijali i ranili swych bliźnich w ramach samowolnie prowadzonej wojny domowej, to jeszcze często rościli sobie prawo do samowolnego wymierzania kary śmierci. 

    Karanie śmiercią winnych szczególnie ciężkich nieprawości może być moralnie dobre, jednak pod warunkiem, że taką sankcję orzekają i wymierzają przedstawiciele legalnej władzy po uprzednim starannym zbadaniu sprawy. To bowiem „władza nosi miecz by karać zło” (Rzymian 13: 4), nie zaś „Kowalski” czy „Nowak” pragnący zostać nowym Breivikiem, Januszem Walusiem albo bohaterem filmów z serii „Życzenie śmierci”.

    Skoro zaś „Wyklęci” nie mieli upoważnienia legalnej władzy do prowadzenia na terenie naszego kraju wojny, to tym bardziej nie mieli oni prawa do skazywania osób cywilnych na karę śmierci. A niestety, przeszło 5100 cywilów zginęło z ich rąk w wyniku samozwańczych egzekucji. Apologeci „Wyklętych” w odniesieniu do tych cywilnych ofiar twierdzą, że albo był to niewielki margines w wykonaniu niewielkiej liczby przeciwników nowej władzy albo też nawet usprawiedliwiają te zabójstwa utrzymując, iż były one dokonywane na „komunistycznych zdrajcach” i „sowieckich kolaborantach”.

    Te tłumaczenia są jednak bardzo wątpliwe. Cywilne ofiary antykomunistycznego podziemia trudno bowiem nazwać jego marginesem, skoro w bezpośrednich starciach zbrojnych zginęło wcale nie o wiele więcej, bo prawie 10 tysięcy przedstawicieli nowej władzy (licząc żołnierzy LWP, członków MO, UB, KBW, WOP, nie licząc zaś żołnierzy Armii Czerwonej, co do których strat w owej wojnie nie ma bardziej precyzyjnych danych). Stosunek cywilnych ofiar „Wyklętych” do zabitych przez nich „nie-cywilów” wynosi więc 1 do 3. Czy jest to „tylko margines”? Jeśli tak, to jest to bardzo szeroki margines.

    Jeśli zaś chodzi o zabijanie „komunistycznych zdrajców” i „sowieckich kolaborantów”, to pozostaje pytanie jakimi kryteriami posługiwali się „Wyklęci” przy rozeznawaniu i osądzaniu tego, kto zasługuje, by być przez nich zabitym w aktach samosądu? Jak szeroką np. przyjmowali oni definicję „kolaboracji z Sowietami”? Czy w ramach takiej kolaboracji mieściło się np. też wskazanie przez mieszkańców wioski kierunku z którego przyszli „Wyklęci”, by zabrać im ostatniego świniaka w zagrodzie? A może za akt kolaboracji uznawano też danie kwiatka żołnierzowi Armii Czerwonej? Czy było sprawiedliwe i moralne zabijanie chłopów biorących ziemię z reformy rolnej? Kto był sędzią w takich sprawach? Czy i jak toczyły się przewody sądowe odnośnie następnie zabijanych ludzi? Czy zabijani mieli prawo do obrońcy, przedstawiania dowodów i racji na swą niewinność?

    4. Nie ma dowodów i przesłanek na to, iż papież Pius XII w sposób zasadniczy zakwestionował treść porozumienia Episkopatu Polski z rządem w PRL, w którym znajdowało się też potępienie działalności „Żołnierzy Wyklętych”. 

    Jest historycznych faktem, iż kardynał Stefan Wyszyński w 1950 roku, w  sposób publiczny i oficjalny uznał władze PRL-u za legalny rząd w naszym kraju, a także jawnie zganił działalność „zbrojnych band” przeciwko tej władzy występujących. Na ową okoliczność chwalcy „Żołnierzy Wyklętych” odpowiadają jednym z artykułów profesora Jacka Bartyzela, w którym ten próbuje dowodzić, iż w rzeczywistości treść owego porozumienia polskich biskupów z rządem PRL nie przypadła do gustu ówczesnemu papieżowi Piusowi XII oraz jego otoczeniu. Tyle tylko, że prof. Bartyzel w żaden sposób nie uwiarygadnia w tym swym tekście tezy, jakoby Piusowi XII nie spodobało się konkretnie zganienie działalności „Wyklętych”, a jedynie pisze, iż był on niezadowolony z propagandowego języka tego dokumentu. To jednak są dwie różne sprawy – jakieś sformułowanie może wyrażać zasadniczo dobrą treść, mimo to jednak używając przy tym błędnych czy dwuznacznie brzmiących sformułowań. Na przykład gdybym powiedział: „Lud pracujący miast i wsi ma prawo do godziwego wynagrodzenia za swój robotniczo-chłopski trud” to choć sposób sformułowania byłby naśladownictwem komunistyczno-socjalistycznej retoryki, to ta okoliczność nie zmieniałaby  faktu, iż zasadnicza treść zawarta w takim zdaniu byłaby prawdziwa (a mianowicie, że należy w odpowiedni sposób wynagradzać pracowników). Ogólnikowe więc stwierdzenie, jakoby Piusowi XII nie podobał się język dokumentu w którym uznano rząd PRL i napiętnowano działalność „Wyklętych” jeszcze niczego nie dowodzi. Pomijam zaś to, że Pius XII przekazywał swe uwagi na ten temat w sposób nieoficjalny i niepubliczny, przez co i tak ich taka czy inna treść nie należałaby do wiążącego sumienia katolików nauczania Magisterium Kościoła.

    A co z argumentem, iż polscy hierarchowie kościelni dla „większego dobra” tak naprawdę ugięli się pod presją władz PRL-u i aby chronić wolność Kościoła zdecydowali się podpisać coś, co w swym sumieniu uważali za niesłuszne? Cóż, tak poważne oskarżenia wymagałyby mocnych dowodów. Gdyby bowiem tak było w istocie, to kardynał Wyszyński i polscy biskupi musieliby w tym aspekcie zostać uznani za tchórzy, kłamców i oszczerców łamiących jedną z podstawowych zasad tradycyjnej moralności katolickiej, a mianowicie, że „Dobry cel nie uświęca złych środków„.

    Wszystko powyższe nie oznacza oczywiście jednak, jakobym uważał, iż należało być w sposób ślepy i absolutny posłuszny rządzącym w PRL-u. Jest jasnym, iż w pewnych konkretnych aspektach należała się tym władzom tak krytyka, jak i nieposłuszeństwo. Jednak należy odróżnić nieposłuszeństwo konkretnym złym prawom stanowionym przez władzę od wszczynania przeciwko takiej władzy krwawych rozruchów.

  9. Jak ma się udział w wojnie do przykazania „Nie zabijaj”?

    Leave a Comment

    Nie ulega wątpliwości, iż Magisterium Kościoła akceptuje w szczególnie trudnych sytuacjach instytucję wojny sprawiedliwej [1], kary śmierci [2] oraz uśmiercania napastnika w samoobronie [3]. Na pierwszy rzut oka może jawić się to, jako sankcjonowanie wyjątków od V przykazania, które głosi: „Nie zabijaj”. Czyż bowiem wszystkie te trzy sytuacje nie polegają na odbieraniu innym osobom życia? Czy dodatkowo zastrzeżenie, iż tego rodzaju zachowania są moralnie dozwolone jedynie w ostateczności i po wyczerpaniu innych możliwości, nie wywołuje wrażenia, iż rzeczywiście mamy w tych przypadkach do czynienia z wyjątkami od moralnego zakazu?

    Cały problem z utożsamianiem moralnej zgody na wojnę sprawiedliwą, karę śmierci i uprawnioną obronę z czynieniem wyjątków od potępienia morderstwa polega tak naprawdę na niezrozumieniu tego, czego Pan Bóg zakazał w V przykazaniu, a na co pozwolił.

    Tradycyjnie Kościół święty nauczał zaś, iż Piąte przykazanie Dekalogu w sposób absolutny i bezwarunkowy zakazuje niszczenia niewinnego życia ludzkiego. Wbrew pozorom, katolicka teologia moralna, nie uważa wszelkiego odbierania życia ludzkiego za akt wewnętrznie nieuporządkowany i niemoralny. Takim aktem, bez wątpienia jest morderstwo, czyli zniszczenie  niewinnego życia ludzkiego. Nie wolno np. zabić niewinnego, choćbyśmy mogli w ten sposób uratować tysiące innych niewinnych ludzi. O bezwarunkowym zakazie zabijania niewinnych wyraźnie uczył choćby Jan Paweł II w encyklice „Evangelium Vitae”:

     

    „(…) przykazanie „nie zabijaj” ma wartość absolutną w odniesieniu do osoby niewinnej, i to tym bardziej wówczas, gdy jest to człowiek słaby i bezbronny, który jedynie w absolutnej mocy Bożego przykazania znajduje radykalną obronę przed samowolą i przemocą innych.

    Istotnie, absolutna nienaruszalność niewinnego życia ludzkiego jest prawdą moralną bezpośrednio wynikającą z nauczania Pisma Świętego, niezmiennie uznawaną przez Tradycję Kościoła i jednomyślnie głoszoną przez jego Magisterium. Ta jednomyślność jest oczywistym owocem owego „nadprzyrodzonego zmysłu wiary”, wzbudzonego i umacnianego przez Ducha Świętego, który chroni od błędu Lud Boży, gdy „ujawnia on swą powszechną zgodność w sprawach wiary i obyczajów”.

    (…) Dlatego mocą Chrystusowej władzy udzielonej Piotrowi i jego Następcom, w komunii z biskupami Kościoła Katolickiego, potwierdzam, że bezpośrednie i umyślne zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze aktem głęboko niemoralnym. Doktryna ta, oparta na owym niepisanym prawie, które każdy człowiek dzięki światłu rozumu znajduje we własnym sercu (por. Rz 2, 14-15), jest potwierdzona w Piśmie Świętym, przekazana przez Tradycję Kościoła oraz nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne.

    Świadoma i dobrowolna decyzja pozbawienia życia niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze złem z moralnego punktu widzenia i nigdy nie może być dozwolona ani jako cel, ani jako środek do dobrego celu. Jest to bowiem akt poważnego nieposłuszeństwa wobec prawa moralnego, co więcej, wobec samego Boga, jego twórcy i gwaranta; jest to akt sprzeczny z fundamentalnymi cnotami sprawiedliwości i miłości. Nic i nikt nie może dać prawa do zabicia niewinnej istoty ludzkiej, czy to jest embrion czy płód, dziecko czy dorosły, człowiek stary, nieuleczalnie chory czy umierający. (…)

    Pod względem prawa do życia każda niewinna istota ludzka jest absolutnie równa wszystkim innym. Ta równość stanowi podstawę wszelkich autentycznych relacji społecznych, które rzeczywiście zasługują na to miano tylko wówczas, gdy są oparte na prawdzie i na sprawiedliwości, uznając i broniąc każdego człowieka jako osoby, a nie jako rzeczy, którą można rozporządzać. Wobec normy moralnej, która zabrania bezpośredniego zabójstwa niewinnej istoty ludzkiej, nie ma dla nikogo żadnych przywilejów ani wyjątków. Nie ma żadnego znaczenia, czy ktoś jest władcą świata, czy ostatnim «nędzarzem» na tej ziemi: wobec wymogów moralnych jesteśmy wszyscy absolutnie równi”.” (tamże, n. 57).

     

    Intencją Bożego zakazu nie było jednak otaczanie bezwzględną ochroną życia złoczyńców, napastników i agresorów. Jeśli ktoś dokonuje ciężkiego przestępstwa, bierze udział w wojnie niesprawiedliwej, czyha na życie bliźniego, nie może być traktowany jako osoba niewinna, tak też w pewnych określonych wypadkach może zostać w moralnie dobry sposób uśmiercony.

    Ta tradycyjnie chrześcijańska wykładania Piątego przykazania ma swe bardzo mocne podstawy w Biblii, gdzie obok kategorycznego Bożego zakazu zabijania niewinnych znajdziemy też wiele ustępów, w których Wszechmocny nakazuje prowadzić wojnę z pogańskimi z czcicielami bożków oraz agresorami, karać śmiercią złoczyńców, etc.

    Na kartach tej świętej Księgi czytamy wszak o Bożych rozkazach uśmiercania między innymi: morderców (Wj 21, 12), bałwochwalców (Wj 22, 20), bluźnierców (Kpł 24, 15-16), okultystów (Wj 22, 18), fałszywych proroków (Pwt. Prawa 18, 20), homoseksualistów, zoofilów (Kpł 20, 15-16), cudzołożników (Kpł 20, 10), gwałcicieli (Pwt. Prawa (22, 25), kazirodców (Kpł 20, 11), porywaczy (Wj 21, 16). W Piśmie świętym czytamy też o błogosławionych przez Boga wojnach Izraela z Kananejczykami (Joz 10), odpieraniu niesprawiedliwej agresji za pomocą siły zbrojnej (Rdz 14; 1 Sm 23, 1-2) czy też zbrojnym powstaniu przeciw bałwochwalczej tyranii (księgi Machabejskie) [4]. Podobnie Biblia aprobuje uśmiercenie napastnika w obronie własnej (Wj 22, 2).

    Choć wszystkie wymienione wyżej przykłady pochodzą jeszcze ze Starego Testamentu, to również na kartach Nowego trudno jest znaleźć jasne dowody, które przemawiałyby za absolutnym potępieniem uśmiercania złoczyńców. Św. Jan Chrzciciel żołnierzom, którzy pytali się go, co mają czynić, nakazał powstrzymanie się od wymuszeń, fałszywych oskarżeń, chciwości, ale nie polecił im porzucenia swego rzemiosła (Łk 3, 14). Św. Paweł Apostoł pisze, iż zgodnie z Bożym porządkiem władza nosi miecz po to, by karać zło (Rz 13, 4). W końcu sam nasz Pan Jezus Chrystus nakazał swym uczniom kupowanie mieczy, co też oni uczynili (Łk 22, 36-38).

    Kolejnym dowodem na to, iż przemoc (włączając w to również uśmiercania złoczyńców) nie należy do zachowań z natury swej złych, jest to, iż Kościół wyniósł do chwały ołtarzy wielu chrześcijan, którzy nie wahali posługiwać się mieczem albo przynajmniej do takiego używania innych zachęcali. Św. Ludwik IX, św. Ferdynand Kastylijski, św. Joanna D’ Arc, św. Bernard z Clairvaux, św. Jan Kapistran, bł. Urban II, św. Pius V, bł. Innocenty XI – to tylko część postaci to potwierdzających.

    Uprawomocnienie wojny sprawiedliwej, kary śmierci i obrony własnej opiera się na założeniu, iż polegają one na uśmiercaniu złoczyńców, nie zaś niewinnych osób. Dlatego też po wyczerpaniu innych środków perswazji wolno jest odebrać życie żołnierzowi biorącemu udział w niesprawiedliwej wojnie, sprawcy ciężkich przestępstw oraz bandycie czyhającemu na niewinne życie. Z tego względu udział w sprawiedliwej wojnie, kara śmierci, oraz uśmiercenie agresora nie są – same w sobie – złe i niemoralne. Wszystkie te zachowania polegają bowiem nie na atakowaniu życia niewinnych, ale na uśmiercaniu złoczyńców.

     

    Moralnego prawa do wojny sprawiedliwej, kary śmierci i uśmiercania i obrony koniecznej nie należy mylić ze zgodą na udział w jakiejkolwiek wojnie i karanie kogokolwiek śmiercią. Instytucje te mają bowiem służyć karaniu i powstrzymywaniu zła. Jeżeli zaś służą odwrotnym celom, tzn. prześladowaniu niewinnych, moralną powinnością chrześcijan jest niebranie w nich udziału.

    Jeśli więc np. żołnierz po starannym zbadaniu sprawy dojdzie do wniosku, iż wojna w której bierze lub ma wziąć udział, nie jest sprawiedliwa, wtedy jego obowiązkiem jest odmowa zabijania na takiej wojnie. Słusznie więc postępowali ci z chrześcijan, którzy woleli umrzeć lub iść do obozów koncentracyjnych, niż służyć w Wermachcie czy SS. Co więcej, nawet, gdy  żołnierz bierze udział w wojnie, której celem jest ukaranie bądź powstrzymanie zła (a więc tej, która tradycyjnie zwana jest „sprawiedliwą”), nie znaczy to, iż ma on spełniać wszystkie rozkazy swych dowódców niezależnie od ich treści. Strona prowadząca wojnę sprawiedliwą też ma obowiązek powstrzymać się od czynów złych ze swej istoty, a więc choćby: zabijania niewinnych, gwałcenia czy kłamstwa. Nigdy więc, niezależnie od tego, czy bierze się udział w wojnie sprawiedliwej czy niesprawiedliwej, nie wolno być posłusznym rozkazom typu: „Rozstrzelaj małe dzieci”; „Zgwałć tę kobietę” lub „Wejdź do tej wioski i zabij wszystkich, niezależnie od tego, czy byli uzbrojeni czy nie. Niezależnie od tego, czy będziesz miał tam do czynienia z mężczyznami, czy może kobietami, dziećmi lub starcami”.

    Podobnie, jeżeli w danym kraju, kara śmierci jest wymierzana nie za bardzo ciężkie nieprawości (np. morderstwo niewinnego czy zgwałcenie), ale za czyny nie będące złem, a wręcz stanowiące dobro (dajmy na to modlitwę do Pana Jezusa, ewangelizację, itp.), to zatrudniony kat czy sędzia orzekający taką sankcję nie mogą wymawiać się obowiązującym prawem, lecz winni oni dzielnie odmówić wykonywania „powinności”, które nakłada na nich złe prawo.

    Oczywiście nie należy się śpieszyć z odbieraniem życia złoczyńcom. Zarówno wojna sprawiedliwa, kara śmierci, jak i obrona konieczna powinny być stosowane w ostateczności.

    Poza tym, choć np. wojna sama w sobie nie jest złem, to jednak zawsze jest ona wielką, bliską i bezpośrednią okazją do popełniania przeróżnych grzechów. Dlatego też, zgodnie z zasadami tradycyjnej moralistyki katolickiej, wojna jako bliska okazja do grzechu, winna być pilnie unikana i czyniona jedynie w sytuacjach naprawdę wyjątkowych.

     

    Przypisy:

    1. O tym, że po wyczerpaniu innych pokojowych środków moralnie dozwolona jest tzw. wojna sprawiedliwa naucza choćby Katechizm Kościoła Katolickiego w punktach nr. 2307-2310.

    2. Stosowanie kary śmierci w wypadkach najwyższej wagi oraz przy braku skuteczności innych środków karnych zostało potwierdzone w punkcie nr. 2266-2267 Katechizmu Kościoła Katolickiego. Jan Paweł II wprawdzie niejednokrotnie apelował o całkowite zniesienie kary śmierci, jednak nigdy nie twierdził przy tym, iż nigdy i nigdzie nie istnieją warunki, które czyniły by wymierzanie tej kary moralnie dozwolonym. Przeciwnie, w encyklice „Evangelium Vitae” potwierdził, iż tradycyjne nauczanie Kościoła uznaje prawo władz cywilnych do stosowania kary śmierci, dodając przy tym jednak, iż we współczesnych czasach konieczność uśmiercania przestępców zachodzi „bardzo rzadko”, a być może „nie zdarza się już wcale” (tamże: n. 56).

    3. Prawo do obrony własnego lub cudzego życia za pomocą uśmiercenia napastnika jest głoszone miedzy innymi w Katechizmie Kościoła Katolickiego (n. 2263-2265) oraz encyklice „Evangelium Vitae” (n. 55).

    4. Tego, iż Machabeusze w sposób zbrojny przeciwstawili się skrajnie tyrańskiej władzy pogańskich Greków nie należy mylić z rzekomym prawem do obalania takiej władzy, która w swych pewnych aspektach postępuje źle. Etycznie usprawiedliwione jest obalanie za pomocą przemocy tylko naprawdę skrajnie złej władzy i to po wyczerpaniu innych, pokojowych środków oporu. W przypadku zaś władzy pogańskich Greków nad Izraelem mieliśmy do czynienia z rządami skrajnie złymi i tyrańskimi, gdyż owe pod sankcją kary śmierci delegalizowały wyznawanie i praktykowanie religii mojżeszowej próbując za to narzucić Żydom uprawianie pogańskich obrzędów i obyczajów.

     

     

  10. Czy „Łupaszka” powinien być naszym bohaterem narodowym?

    Leave a Comment

    24 kwietnia b. roku, w Warszawie z wielką pompą odbył się uroczysty – państwowy i kościelny – pogrzeb majora Zygmunta Szendzielarza (pseudonim „Łupaszka”). Ta uroczystość stanowiła symboliczne uznanie po latach tej postaci za osobę niezwykle cenną dla polskiej historii i tożsamości narodowo-państwowej. Jako, że wcześniej nie doczekał się normalnego pochówku i był też skrajnie krytycznie oceniany przez propagandę PRL-u ,”Łupaszka” został w ten sposób przez aktualne władze naszego kraju nie tylko „ostatecznie” zrehabilitowany, ale też włączony do kanonu bohaterów narodowych, których pamięć należy kultywować, a czyny (w domyśle) w razie potrzeby naśladować.

    Czy jednak słusznie tak się stało? Cóż, można by mieć wątpliwości, nawet co do zasadności samego pochówku kościelnego dla Zygmunta Szendzielarza, gdyż przed swą śmiercią w żaden zewnętrzny sposób nie wyraził on skruchy za popełnione przez poważne nieprawości, a mianowicie liczne akty dokonywanych i aprobowanych przez niego samowolnych egzekucji na przedstawicielach nowej socjalistyczno-komunistycznej władzy. Zabójstwa te nie były moralnie usprawiedliwione, gdyż „Łupaszka” nie był przez żadną cywilną władzę upoważniony do prowadzenia regularnych działań zbrojnych oraz orzekania i wykonywania kary śmierci choćby i względem złych ludzi. Jego zatem działalność jako „Żołnierza Wyklętego” była zatem poważnym naruszeniem ładu moralnego, zaś tradycyjna dyscyplina kościelna przewidywała pozbawienie kościelnego pogrzebu jawnych grzeszników, którzy przed swą śmiercią nie dali żadnych zewnętrznych oznak skruchy za popełnione przez siebie złe czyny. Na postaci majora Szendzielarza oprócz jego powojennej zbrojnej działalności cieniem się kładzie również jeden z aspektów jego aktywności w czasie niemieckiej okupacji. Chodzi oczywiście o zbrodnie popełnione przez żołnierzy dowodzonej przez niego Piątej Brygady Wileńskiej AK na litewskiej ludności cywilnej w Dubinkach i okolicznych wsiach, w wyniku której śmierć poniosło – wedle różnych szacunków od 27 do 68 osób, w zdecydowanej większości kobiet i dzieci. Była to akcja odwetowa za popełnione wcześniej przez oddziały litewskiej pro-nazistowskiej policji liczne masakry na Polakach. Jednak choć taka zemsta może wydawać się na płaszczyźnie psychologicznej i emocjonalnej zrozumiała, nie ma wątpliwości, iż nie da się jej moralnie usprawiedliwić, gdyż „dobry cel nie uświęca złych środków„, a zamierzone zabicie choćby jednej niewinnej osoby jest rzeczą absolutnie zakazaną, złą i bezbożną.  Cel polegający na odstraszaniu litewskich kolaborantów od dalszych mordów na Polakach oraz na ich ukaraniu był co prawda dobry, ale już środek do tego użyty, jakim było dokonanie krwawych egzekucji na tych Litwinach, co do których nie było często żadnych silniejszych poszlak, iż mogli oni ponosić choćby i tylko moralną odpowiedzialność za dokonane przez ich rodaków wcześniej zbrodnie na Polakach, był z pewnością niegodziwy.

    Co ma do tego jednak postać Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”? Historycy co prawda nie są zgodni odnośnie tego, czy ponosi on bezpośrednią odpowiedzialność za zbrodnię wojenną dokonaną przez jego oddział w Dubinkach i okolicach, jednak istnieją silne poszlaki na rzecz twierdzenia, iż niestety w świadomy i zamierzony sposób wydał on swym żołnierzom rozkaz dokonania tej rzezi. Otóż, wedle relacji ówczesnego zastępcy „Łupaszki” – por. cc Jana Wiktora Wiącka „Rakoczego”na wieść o dokonanej przez Litwinów masakrze na polskiej ludności cywilnej w Glinciszkach: „dowódca 5-tej Brygady wysłał 2 szwadrony na Litwę w celu wykonania podobnej egzekucji jako represji na ludności litewskiej”. Relacja ta wydaje się być wiarygodną, gdyż nie została uzyskana pod przymusem czy torturami, a miejscem jej złożenia był powojenny Londyn, a nie np.  więzienie w Warszawie albo Moskwie. Poza tym, akcją odwetową w Dubinkach dowodziło i kierowało dwóch bezpośrednich zastępców majora Szendzielarza, którzy nigdy nie zostali za nią przez niego ukarani. Istnieje zatem, co najmniej bardzo poważna wątpliwość co do tezy obrońców „Łupaszki” czy rzeczywiście nie wydał on rozkazu polecającego zabijanie litewskich cywilów w odwecie za wcześniejsze zbrodnie Litwinów na Polakach. Ponadto, ów akt odwetu był złamaniem rozkazu dowództwa Armii Krajowej, które stanowczo zakazało podobnych działań. Nie sposób też pominąć milczeniem, iż zbrodnia w Dubinkach była sprzeczna z  rycerskim etosem Armii Krajowej, która ogólnie rzecz biorąc unikała bezpośredniego atakowania niepolskiej ludności cywilnej słusznie uważając takie działania za niegodziwe i plamiące żołnierski honor.

    Pozostaje więc pytanie, na ile wychowawcze i historycznie konstruktywne jest kreowanie na bohaterów narodowych postaci co do których dobroci postępowania istnieją tak poważne etycznie wątpliwości? Zwłaszcza, w sytuacji, gdy polska historia zna przecież szereg przykładów osób, których postępowanie nawet jeśli nie było bez skazy i grzechu, to jednak stanowiło o wiele klarowniejszy i wznioślejszy wzór do naśladowania – np. rotmistrz Pilecki, Fieldorf Nil, prof. Bartoszewski. Czy naprawdę jako Polacy chcemy iść drogą Ukrainy, która swą narodową i państwową tożsamość buduje na kulcie zbrodniarzy i morderców?

     

    Przeczytaj też: https://salwowski.net/2016/03/20/czy-zolnierze-wykleci-postepowali-moralnie/