Prawda i Konsekwencja

Tag Archive: św. Paweł Apostoł

  1. Czy chrześcijanie powinni przestrzegać praw tyczących się alkoholowej prohibicji?

    Możliwość komentowania Czy chrześcijanie powinni przestrzegać praw tyczących się alkoholowej prohibicji? została wyłączona

    Jestem na tyle długo blisko światka konserwatywnych i tradycyjnych katolików, by wiedzieć/wyczuwać, iż istnieje w takowym problem tyczący się recepcji katolickiej doktryny tyczącej się tak alkoholu, jak i posłuszeństwa prawu oraz rządzącym. Ujmując tę kwestię bardziej konkretnie: takowi katolicy nieraz ignorują pochwały dobrowolnej abstynencji płynące od papieży, biskupów i teologów oraz znacząco poszerzają sobie granice, w których dozwolone moralnie jest bycie nieposłusznym władzom. Z połączenia zaś tych dwóch trendów wychodzi czasami teza o tym, jakoby całkowicie dopuszczalne moralnie było bycie nieposłusznym tym prawom cywilnym, które zakazują bądź znacząco ograniczają możliwość legalnego spożywania alkoholu, zawsze wtedy, gdy uzna się takie restrykcje za niesłuszne. W praktyce takie myślenie może prowadzić nie tylko do raczenia się alkoholem w krajach, gdzie obowiązuje całkowita lub prawie całkowita prohibicja (vide: państwa muzułmańskie). Przyjęcie takiej perspektywy może usprawiedliwiać też ignorowanie niezbyt daleko idących ograniczeń w sprzedaży i konsumpcji alkoholu, a więc np. zakazu podawania trunków osobom poniżej 18 roku życia (czyż wszak i 16-letni chłopcy nie mogą pić z umiarem?).

    W niniejszym artykule zamierzam pokazać argumenty przemawiające za tym, iż nakreślony wyżej sposób myślenia jest błędny, a dobrzy katolicy powinni – zasadniczo rzecz biorąc – przestrzegać nawet tych obiektywnie przesadzonych i niesłusznych – zakazów i ograniczeń tyczących się handlu i spożywania alkoholu, o ile takowe są ustanawiane przez legalnie rządzących.

    ***

    Chętnie przyznam, iż w powyższym modelu myślenia odnoszącym się do “alkoholowych zakazów” tkwią pewne “ziarna prawdy”. Picie alkoholu z umiarem, ostrożnością i rozwagą może być moralnie dobre. Władze cywilne powinny zaś raczej zakazywać (niektórych) złych moralnie działań aniżeli tych, które są dobre. A zatem jako wniosek z połączenia tych dwóch przesłanek może się jawić następująca konkluzja: rządzący zabraniający bądź poważnie ograniczający coś, co jest moralnie dobre, postępują niesprawiedliwie, a więc w tym aspekcie nie należy im się nasze posłuszeństwo. Przyjęcie takiego spojrzenia na tę sprawę jest kuszące, ale polega na bardzo daleko idących uproszczeniach. Po pierwsze bowiem, nie jest tak, iż władze cywilne mają moralne prawo zakazywać tylko tych z ludzkich działań, które są poważnie i wewnętrznie złe (czyli są niegodziwe w każdych okolicznościach). Rządzący mają prawo mocno ograniczać, a czasami nawet zabraniać, również te z aktów, które mogą być w pewnych okolicznościach dobre, ale z którymi wiąże się bardzo poważne ryzyko ich nadużycia. Przykładowo, jazda samochodem z prędkością 120 km na godzinę w terenie zabudowanym może być moralnie dobra (np. gdy ściga się groźnego terrorystę), ale to nie znaczy, że państwo nie ma prawa zakazać ogółowi obywateli takiego działania. Podobnie, nie jest czymś wewnętrznie złym być posiadaczem czołgu, co nie jest jednak równoznaczne z tym, iż rządzący nie mają uprawnienia do wydania zakazu handlu czołgami w kontekście bardziej zwyczajnych kontaktów międzyludzkich. Po prostu im istnieje większe ryzyko nadużycia danej rzeczy/zachowania, tym legalne władze mają większe prawo by je ograniczać, a może i czasami nawet całkowicie zakazywać. Bo powiedzmy sobie szczerze, czy społeczeństwo, w którym każdy dorosły człowiek mógłby kupić sobie czołg albo jeździć z prędkością 120 km na godzinę w terenie zabudowanym, byłoby społeczeństwem lepszym i bezpieczniejszym? Podobnie więc fakt, iż picie alkoholu może być moralnie dobrym zachowaniem, nie oznacza, iż władze cywilne nie mają prawa wprowadzać w tym zakresie mniej lub daleko idących ograniczeń i restrykcji. Wiedzą powszechną jest wszak, że istniało i istnieje wiele nadużyć z tym związanych, a zatem mądrzy oraz roztropni władcy powinni próbować dostosować skalę prawnych ograniczeń tego się tyczących do poziomu niebezpieczeństwa występowania takowych nadużyć. W pewnych zresztą okolicznościach za moralnie uprawnione można śmiało uznać wprowadzenie całkowitego zakazu handlu alkoholem. Przykładem takiej sytuacji może być historia północnoamerykańskich Indian, którzy przez wieki, żyli bez napojów alkoholowych, przez co ich organizmy oraz zwyczaje nie były przystosowane do ich spożywania. Gdy więc niektórzy z białych i europejskich handlarzy podawali tym ludziom alkohol, ci bardzo szybko degradowali się przez to tak moralnie, jak i fizycznie. Widząc ten problem, władze części z angielskich kolonii całkowicie zakazały sprzedaży napojów alkoholowych Indianom. Czy można mieć o to do nich pretensje? Bynajmniej! Tacy rządzący postąpili mądrze, widząc, iż ryzyko spożywania alkoholu dla Indian jest zbyt wielkie i dlatego należy całkowicie zabronić sprzedaży trunków tym ludziom. Podobnie zresztą i dziś, mało kto by uznał za niesprawiedliwe całkowite zakazanie podawania alkoholu dzieciom do 7 roku życia. Nie każde więc poważniejsze ograniczenie czy nawet całkowity zakaz tyczący się alkoholu musi być prawem niesprawiedliwym. A jeśli nie potrafimy pokazać, iż dane przepisy prawne są jawnie niesprawiedliwe, to powinnyśmy być im w sumieniu posłuszni. W wypadku bowiem wątpliwości, czy prawo jest sprawiedliwe, czy niesprawiedliwe, słuszność należy przypisywać władzom cywilnym:

    Na tej to zasadzie ojcowie i pasterze kościoła, ustawnie skłaniali wiernych do płacenia podatków, nauczając ich, że nie można być nigdy nieposłusznym prawom krajowym, chyba gdyby wymagały rzeczy sprzecznych z moralnością i religią, lub były oczywiście niesprawiedliwymi. Na przypadek wątpliwości, należy przechylać się na korzyść prawodawcy i oświadczyć się za prawem” (Patrz: Kardynał Gousset, Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników, Warszawa 1858, s. 61)

    Nie jest więc tak, iż w przypadku jakiejkolwiek wątpliwości co do sprawiedliwości poszczególnych praw cywilnych, mamy jako chrześcijanie uprawnienie do bycia im nieposłusznymi. To dopiero oczywisty charakter takiej niesprawiedliwości, daje nam (i to ograniczone, jak zostanie wskazane niżej) moralne prawo do bycia nieposłusznymi. Któż jednak poważy się utrzymywać, iż takie prawne ograniczenia w handlu alkoholem jak “nocna prohibicja” (vide: zakaz sprzedaży trunków w godzinach nocnych) czy karalność podawania takowych napojów młodzieży do lat 18 (czy choćby 21, jak to miejsce np. w USA) są przykładami praw “jawnie niesprawiedliwych”?!?

    ***

    Ktoś może się jednak uprzeć, iż prawa w rodzaju “amerykańskiej prohibicji” z lat 1918-1933 czy też antyalkoholowe przepisy obowiązujące w części krajów islamskich stanowią właśnie przykład “jawnej niesprawiedliwości”, gdyż – przynajmniej w przypadku tych drugich – stoi za nimi błędna doktrynalnie intencja traktująca nawet umiarkowane spożywanie alkoholu jako coś per se złego i grzesznego. Nawet jednak gdyby w ten sposób kwalifikować tego rodzaju przepisy (do czego nie jestem przekonany w 100 procentach), to nie każda “jawna niesprawiedliwość” upoważnia chrześcijan do bycia nieposłusznymi. Święty Tomasz z Akwinu wyróżniał w tym względzie dwa rodzaje niesprawiedliwych praw. Pierwsze to takie prawa, które wprost nakazują nam czynić coś sprzecznego z Prawem Bożym lub naturalnym. Na przykład, władca poleca swym poddanym czcić bożki, cudzołożyć, zabijać niewinnych, sodomizować się. Rzecz jasna, w tego typu przypadkach, nie tylko mamy prawo, ale istnieje po naszej stronie ścisły moralny obowiązek bycia nieposłusznymi. Zakazywanie jednak handlu alkoholem czy jego spożywania, z pewnością jednak to takich sytuacji nie należy, gdyż powstrzymanie się choćby od umiarkowanego picia nie jest materią grzechu – w przeciwnym razie wszak i np. św. Jan Chrzciciel byłby grzesznikiem, gdyż nie pił on “wina ani sycery” (por: Łukasz 1,15).

    Drugim rodzajem praw niesprawiedliwych są takie przepisy, które (cytując Tomasza z Akwinu):

    są sprzeczne z dobrem ludzi. W przeciwieństwie do praw sprawiedliwych są z tymże dobrem sprzeczne: albo ze względu na cel, gdy np. jakiś naczelnik nakłada swoim poddanym uciążliwe prawa nie służące pożytkowi wspólnemu ale raczej zaspokajaniu własnej pożądliwości lub dla własnej chwały; albo z powodu ich twórcy; np. gdy ktoś w wydawaniu prawa wychodzi poza granice powierzonej sobie władzy

    Jednakże w przypadku tego typu niesprawiedliwości obywatele nie tylko, że nie są zobowiązani do nieposłuszeństwa, ale nawet nie zawsze do niego mają moralne prawo:

    Stąd też takowe prawa nie obowiązują w sumieniu, chyba dla uniknięcia zgorszenia (represji?) lub zamieszek. Z tego bowiem powodu człowiek powinien zrzec się nawet swoich uprawnień, stosownie do nauki Pańskiej:Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków idź dwa tysiące. Temu, kto chce wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz” (patrz: Mt 5, 40-41) (Św. Tomasz z Akwinu, podkreślenie moje – MS)

    A zatem np. ze względu na niebezpieczeństwo dawania zgorszenia należy przestrzegać tego rodzaju niesprawiedliwych przepisów. Gdyby więc jakieś bardzo daleko idące prawa “antyalkoholowe” uznać za rzeczywiście będące “jawnie niesprawiedliwymi”, to sama ta okoliczność jeszcze nie dawałaby chrześcijanom bezwzględnego prawa do opierania się nim. Jeśliby z takiego nieposłuszeństwa miałoby wyniknąć np. zgorszenie dla innych, to należałoby raczej być posłusznym niesprawiedliwemu prawu. O zgorszenie zaś w przypadku alkoholu nie jest trudno, a to właśnie ze względu na nadużycia, które często towarzyszą jego spożywaniu. Pomyślmy, czy aby na pewno dobrym świadectwem – dajmy na to dla muzułmanów – byliby ci chrześcijanie, którzy nie mogliby się powstrzymać od picia napojów alkoholowych, nawet w sytuacji, gdy groziłyby im za to kary i represje? Czyż taka postawa chrześcijan nie dawałaby muzułmanom słusznego powodu, by postrzegać tych pierwszych jako osoby mocno niepowściągliwe i mające duże trudności z kontrolowaniem picia alkoholu? Nie od rzeczy będzie tu przypomnieć nauczanie św. Pawła Apostoła:

    Dobrą rzeczą jest nie jeść mięsa i nie pić wina, nie czynić niczego, co twego brata razi ” (Rzymian 14, 21).

    Co prawda, muzułmanie na płaszczyźnie nadprzyrodzonej nie są naszymi braćmi, to jednak myślę, iż duch owej apostolskiej doktryny może być łatwo zastosowany także do nich. Zresztą w Nowym Testamencie wiele razy powtarza się wezwanie, by być dobrym przykładem również dla pogan i niewierzących (np. 1 Piotr 2, 12; 1 Tymoteusz 3, 7; Tytus 2, 3-5; Rzymian 2, 17-24).

    W tym kontekście warto zresztą zacytować jednego z męczenników II wojny światowej, bł. Franciszka Jägerstättera (który został stracony za moralnie uprawnione nieposłuszeństwo wobec władzy):

    Nie wolno nam także zapominać, że powinniśmy być posłuszni władzy świeckiej, nawet wówczas, gdy jest to niezmiernie trudne. Należy okazywać wierne posłuszeństwo świeckim władcom i przełożonym, mimo częstego wrażenia, że jesteśmy traktowani przez władzę niesprawiedliwie. (…) Przykazania boskie mówią nam wprawdzie, że powinniśmy okazywać posłuszeństwo także zwierzchności świeckiej, nawet jeśli nie jest natury chrześcijańskiej, ale tylko do momentu, gdy nie narzuca nam nic złego. Bogu należy się większe posłuszeństwo niż człowiekowi”  (Cytat za: Erna Putz, „Boży dezerter. Franz Jägerstätter 1907 – 1943„, Warszawa 2008. s. 300 – 301).

    ***

    A zatem podsumowując: trudno jest stwierdzić, by nawet daleko idące restrykcje w handlu alkoholem były przepisami o charakterze jawnie niesprawiedliwym. Gdyby nawet jednak niektóre z nich należałoby w ten sposób zakwalifikować (w co osobiście wątpię), to i tak ze względu na poważne ryzyko zgorszenia dawanego swym bliźnim, należałoby im być raczej posłusznym aniżeli nieposłusznym.

    Mirosław Salwowski

    Przeczytaj też:

    O posłuszeństwie władzy i granicach tego posłuszeństwa

    Przeciwko mentalnej anarchii i upadkowi zasady szacunku wobec władzy

    Św. Tomasz z Akwinu: Czy prawo ludzkie obowiązuje w sumieniu?

    Pomiędzy pijaństwem a prohibicją

    ___

    Źródło grafiki wykorzystanej w artykule:

    https://www.dts24.pl/nowy-sacz-czy-wroci-mozliwosc-alkoholowych-zakupow-noca-oddajemy-glos-czytelnikom/

  2. Czy “bezwarunkowy dochód podstawowy” jest moralnie godziwym postulatem?

    Możliwość komentowania Czy “bezwarunkowy dochód podstawowy” jest moralnie godziwym postulatem? została wyłączona

    Co pewien czas do opinii publicznej dociera postulat wprowadzenia tzw. bezwarunkowego dochodu podstawowego. Coś takiego miałoby polegać na wypłacaniu przez państwo wszystkim obywatelom określonej sumy pieniędzy, niezależnie od ich sytuacji materialnej. Owa pomoc socjalna miałaby gwarantować wszystkim pewne minimum egzystencji i byłaby niezależna od jakichkolwiek wzajemnych świadczeń ze strony osób nią obdarowanych. Mówiąc zatem w skrócie: “bezwarunkowy dochód podstawowy” byłby udzielany nawet takim osobom, które z samej zasady nie chciałyby pracować.

    ***

    Choć nie jestem ekonomicznym liberałem czy tym bardziej libertarianinem, to uważam, iż realizacja wspomnianego wyżej postulatu byłaby w oczywisty sposób sprzeczna z Pismem świętym i tradycyjną moralnością chrześcijańską. W odniesieniu wszak do takich rzeczy jak jałmużna, pomoc biednym oraz praca, Biblia mówi rzeczy następujące:

    Jeśli chcesz dobrze czynić, zważ, komu masz czynić, a będą ci wdzięczni za twe dobrodziejstwa.
    Czyń dobrze bogobojnemu, a otrzymasz nagrodę, jeśli nie od niego, to na pewno od Najwyższego.
    Dobroczynność nie jest dla tego, kto trwa w złu, ani kto nie udziela jałmużny. Dawaj bogobojnemu, a nie wspomagaj grzesznika. Dobrze czyń biednemu, a nie dawaj bezbożnemu, odmów mu chleba swego i nie użyczaj mu, aby przypadkiem nie wziął góry nad tobą. Znajdziesz w dwójnasób zło za wszystko dobro, które byś mu wyświadczył. Gdyż i u Najwyższego budzą odrazę grzesznicy, wymierzy On też karę bezbożnym. Dawaj dobremu, a nie pomagaj grzesznikowi
    (Syrach 12, 1-7).

    Albowiem gdy byliśmy u was, nakazywaliśmy wam tak: Kto nie chce pracować, niech też nie je! Słyszymy bowiem, że niektórzy wśród was postępują wbrew porządkowi: wcale nie pracują, lecz zajmują się rzeczami niepotrzebnymi. Tym przeto nakazujemy i napominamy ich w Panu Jezusie Chrystusie, aby pracując ze spokojem, własny chleb jedli (2 Tesaloniczan 3, 10-12).

    W powyższych natchnionych i nieomylnych tekstach (bo taką rangę ma całe Pismo święte) przestrzega się zatem przed lekkomyślnym i nieroztropnym rozdawaniem jałmużn, tak by owa dobroczynność nie oznaczała de facto wspierania czyjegoś lenistwa i innych form niemoralności (np. pijaństwa, rozpusty, rozrzutności).

    Podobnego rodzaju napomnienia i wskazówki znajdujemy też w różnych starożytnych chrześcijańskich tekstach. Na przykład “Konstytucje apostolskie” uczą:

    Jeśli zaś w życiowe tarapaty popadnie żarłok, pijak lub leń, to nie zasługuje on na pomoc, ani nawet nie jest godny Kościoła Bożego. (…). [Tamże: II. 4, 3. Cytat za: „Synody i Kolekcje Praw, Tom II, Konstytucje Apostolskie oraz Kanony Pamfilosa z apostolskiego synodu w Antiochii; Prawo kanoniczne świętych Apostołów; Kary świętych Apostołów dla upadłych; Euchologion Serapiona”, Wydawnictwo WAM, Kraków 2007, s. 14].

    Warto też wspomnieć o słowach św. Ambrożego:

    Bezwstydnym żebrakom nie należy dawać, bo to należy tylko prawdziwemu ubóstwu (Cytat za: Ks. Wojciech Andersz, “Nauki katechizmowe ułożone na podstawie różnych autorów, Tom III”, Poznań 1909, s. 155).

    Przytaczam tę wypowiedź św. Ambrożego nie bez powodu, gdyż dał się on poznać jako osoba miłosierna wobec biednych i potrzebujących – czego dowodem był fakt, iż sprzedał nawet na ten celu kościelne srebra.

    ***

    Także oficjalne nauczanie katolickie wydaje się wykluczać godziwość tzw. bezwarunkowego dochodu podstawowego. Oto bowiem, w encyklice “Rerum novarum” papież Leon XIII w odniesieniu do chrześcijańskiego obowiązku wspomagania osób biednych jałmużną, uczył rzeczy następującej:

    Nie są to, z wyjątkiem wypadku ostatecznej potrzeby, obowiązki sprawiedliwości, ale miłości chrześcijańskiej, obowiązki zatem, których spełnienia nie można dochodzić na drodze prawnej (Podkreślenie moje – MS).

    A zatem, wedle tegoż papieża nawet te formy jałmużny, które są moralnie nakazane, nie powinny być – poza sytuacjami skrajnymi – wymuszane przez państwo i prawo. Czym zaś, jak nie wymuszaniem czegoś takiego byłoby wprowadzenie powszechnego systemu polegającego na tym, iż z zebranych przez władze cywilne podatków finansowałoby się świadczenia socjalne dla wszystkich mieszkańców danego kraju – i to niezależnie od tego w jakiej sytuacji materialnej by się oni znajdowali, a także w oderwaniu od ich gotowości do pracy?

    Być może ktoś w odpowiedzi na owo nauczanie Leona XIII rzeknie, iż jeden z następnych papieży – a mianowicie św. Jan XXIII – dokonał jego faktycznej korekty, gdy w encyklice “Pacem in terris” utrzymywał, iż jednym z naturalnych praw osoby ludzkiej jest:

    prawo do życia, do nienaruszalności ciała, do posiadania środków potrzebnych do zapewnienia sobie odpowiedniego poziomu życia, do których należy zaliczyć przede wszystkim żywność, odzież, mieszkanie, wypoczynek, opiekę zdrowotną oraz niezbędne świadczenia ze strony władz na rzecz jednostek. Z tego wynika, że człowiekowi przysługuje również prawo zabezpieczenia społecznego w wypadku choroby, niezdolności do pracy, owdowienia, starości, bezrobocia oraz niezawinionego pozbawienia środków niezbędnych do życia (tamże, n. 11, Podkreślenie moje – MS).

    Nawet jednak gdyby traktować doktrynę Jana XXIII jako sprzeczną z nauczaniem Leona XIII, a więc jako uznającą w znacznie szerszym wymiarze moralne prawo władz państwowych do rozdzielania jałmużn osobom biednym (lub w innym wymiarze poszkodowanym), to i tak daleko jeszcze św. Janowi XXIII było do sugerowania czegoś, co dziś zwiemy “bezwarunkowym dochodem podstawowym”. Proszę wszak zauważyć, że ów papież mówił o prawie do zabezpieczenia społecznego w określonych przypadkach (np. “niezawinionym pozbawieniu środków niezbędnych do życia”).

    ***

    A zatem podsumowując: o ile, zasadniczo rzecz biorąc, rzeczą moralnie nakazaną jest dawanie jałmużny biednym i potrzebującym, to nie każdy z biedaków zasługuje na taką pomoc. W przypadkach, gdy nasze jałmużny miałyby wspierać czyjeś lenistwo lub inne wady, to taka “charytatywność” może okazać się niemoralna. Wdrażanie więc w życie postulatu “bezwarunkowego dochodu podstawowego” byłoby aktywnym praktykowaniem przez instytucję państwa tej niemoralnej postawy. Władze cywilne zaś choć mają prawo tolerować niektóre z niemoralnych i grzesznych aktów, to nigdy nie powinny same takiej niemoralności czynić. “Bezwarunkowy dochód podstawowy” zasługuje więc na stanowczą krytykę, by nie powiedzieć, że na całkowite odrzucenie.

    Mirosław Salwowski

    Obrazek wykorzystany w tym tekście został za następującym źródłem internetowym: https://pie.net.pl/dochod-podstawowy-nowy-pomysl-na-panstwo-opiekuncze/

  3. Co sądzić o subkulturach młodzieżowych?

    Możliwość komentowania Co sądzić o subkulturach młodzieżowych? została wyłączona

    W czasach mej młodości (czyli z grubsza rzecz biorąc: latach 90-tych 20 wieku) wciąż popularnym zjawiskiem społecznym były młodzieżowe subkultury – wówczas najwięcej mowy było o tzw. skinach, punkach, metalowcach i może jeszcze “depeszach”. Choć dziś owe subkultury nie są już tak często spotykane jak niegdyś, warto chyba poświęcić kilka zdań próbie moralnej oceny owego zjawiska.

    ***

    Zacznijmy zatem od czegoś, co powinno być uznane za truizm. Otóż najpewniej każda z młodzieżowych subkultur zawiera w sobie – w różnym natężeniu – rzeczy tak dobre etycznie i słuszne doktrynalnie, jak i złe moralnie oraz błędne światopoglądowo. Ewentualnie, można tu mówić o rzeczach przynajmniej bliskich dobru i doktrynalnej słuszności. I tak np. pośród prawicowo nastawionych skinheadów za bliskie dobru rzeczy można by uznać większe tzw. homofobię oraz akcent kładziony na takie tradycyjne wartości jak porządek, dyscyplina a nierzadko też religia, jako złe moralnie i błędne doktrynalnie trzeba by ocenić takie powszechne pośród nich rzeczy jak rasizm czy samowolnie praktykowana przemoc. Z kolei, jeśli chodzi o bardziej lewicowo czy nawet lewacko nastawionych punków z uznaniem można by mówić o pewnego rodzaju przywiązaniu do szczerości, wrażliwości na los osób biednych i pokrzywdzonych; z drugiej strony potępić należy częste używanie przez nich narkotyków czy też negowanie moralnej dobroci istnienia władz cywilnych.

    Niezależnie jednak od tego, ile widzielibyśmy w subkulturach młodzieżowych z jednej strony pozytywnych, a z drugiej negatywnych elementów, to sama fundamentalna zasada ich funkcjonowania zasługuje na wyraźną krytykę. Chodzi mi mianowicie o to, że idea stojąca za powstawaniem subkultur sprowadza się do woli i intencji radykalnego i wyrazistego odróżnienia się od większej części narodu/społeczeństwa w ramach którego się żyje. I nie chodzi tu o tego typu odrębność od większości bliższych sobie ludzi, która jest niejako moralnie i światopoglądowo konieczna (np. większość mężczyzn uprawia rozpustę i upija się; my tego nie czynimy; większość kobiet ubiera się w bezwstydny i nieskromny sposób – my ubieramy się skromnie i wstydliwe). Tego typu zaakcentowanie własnej odmienności jest oczywiście etycznie dobre i godne pochwały. W subkulturach młodzieżowych chodzi jednak o to, by – np. na płaszczyźnie zewnętrznej, czyli w sferze ubioru i fryzur – niejako na siłę odróżniać od zwyczajów przyjętych przez większość. Innymi słowy, owa odmienność jest tu postrzegana jako wartość sama w sobie i praktykuje się ją również – a raczej nawet przede wszystkim – w kontrze czy alternatywie względem tych obyczajów większości, które nie są moralnie złe oraz błędne doktrynalnie.

    Być może, to co napisałem powyżej, nie będzie zrozumiałe dla wielu współczesnych ludzi, gdyż aktualnie dość duży nacisk kładzie się na kulturową różnorodność, oryginalność, a różne przejawy ekstrawagancji są raczej dowartościowywane niż krytykowane. Jednak Prawda w tym aspekcie wydaje się właśnie taka, iż jako chrześcijanie powinniśmy raczej dostosowywać się do zwyczajów społeczności, w której żyjemy – o ile nie są one niemoralne, obsceniczne, bezwstydne, pogańskie, bałwochwalcze, etc. Idea stojąca za istnieniem młodzieżowych subkultur przeczy tej zasadzie i dlatego zasługują one jako takie na przyganę.

    Poniżej postaram się w bardziej szczegółowy sposób wskazać na podstawy kryjące się za tą zasadą.

    ***

    Już w samym Piśmie świętym wydaje się, iż są zawarte pewne wskazówki i sugestie odnoszące się do wzmiankowanego tematu. Nasz Pan Jezus Chrystus ganił faryzeuszy i “uczonych w Piśmie” za to, iż:

    (…) Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów (patrz: Mt 23, 5).

    Widzimy zatem, iż Zbawiciel poddawał krytyce obyczaje polegające na pewnego rodzaju specjalnym wyróżnianiu się poprzez pewne elementy swego zewnętrznego wyglądu od reszty społeczności, w której się żyje.

    Z kolei – znany ze swych licznych misyjnych podróży skierowanych do rozmaitych społeczności – św. Paweł Apostoł tak pisał o swej postawie:

    Dla Żydów stałem się jak Żyd, aby pozyskać Żydów. Dla tych, co są pod Prawem, byłem jak ten, który jest pod Prawem – choć w rzeczywistości nie byłem pod Prawem – by pozyskać tych, co pozostawali pod Prawem. Dla nie podlegających Prawu byłem jak nie podlegający Prawu – nie będąc zresztą wolnym od prawa Bożego, lecz podlegając prawu Chrystusowemu – by pozyskać tych, którzy nie są pod Prawem. Dla słabych stałem się jak słaby, by pozyskać słabych. Stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby w ogóle ocalić przynajmniej niektórych. Wszystko zaś czynię dla Ewangelii, by mieć w niej swój udział. (1 Kor 9, 20-23).

    Można więc powiedzieć, że św. Paweł Apostoł przez swe powyższe słowa zasugerował zasadę, iż w tych sprawach, które nie są sprzeczne z prawdziwą religią i moralnością, należy dostosować się obyczajów narodu w ramach którego się żyje. Nawet jeśli nie jest to nieomylna interpretacja owego apostolskiego nauczania, to stanowi ona jedną z prawdopodobnych jego wykładni. Jako jeden z przykładów praktycznej realizacji tej nauki można wskazać postępowanie Pawła Apostoła polegające na tym, iż po to by nie gorszyć otaczających go w swym czasie Żydów poddał obrzezaniu swego pół-greckiego pochodzenia ucznia Tymoteusza (patrz: Dz 16, 3). A stało się to pomimo faktu, iż ten sam Paweł w jednym ze swych listów nauczał, że w ramach porządku Nowego Testamentu obrzęd obrzezania jest już nic nie znaczący (por. Ga 5, 1-12). Najwyraźniej więc św. Paweł Apostoł w tym wypadku zastosował sugerowaną przez siebie zasadę o dostosowywaniu się do obyczajów narodu w ramach którego się żyje, pracuje i funkcjonuje.

    ***

    Kiedy przyjrzymy się bliżej historycznej tradycji chrześcijańskiej, to w jej ramach jeszcze wyraźniej dostrzeżemy zasadę o której mowa jest w tym artykule.

    I tak, anonimowy wczesnochrześcijański autor w swym datowanym na 210 rok po Chrystusie “Liście do Diogneta” tak charakteryzował styl życia starożytnych uczniów Pana Jezusa:

    Chrześcijanie nie różnią się od innych ludzi ani miejscem zamieszkania, ani językiem, ani strojem. Nie mają bowiem własnych miast, nie posługują się jakimś niezwykłym dialektem, ich sposób życia nie odznacza się niczym szczególnym. Nie zawdzięczają swej nauki jakimś pomysłom czy marzeniom niespokojnych umysłów, nie występują, jak tylu innych, w obronie poglądów ludzkich. Mieszkają w miastach greckich i barbarzyńskich, jak komu wypadło, stosują się do miejscowych zwyczajów w ubraniu, jedzeniu, sposobie życia, a przecież samym swoim postępowaniem uzewnętrzniają owe przedziwne i wręcz nie do uwierzenia prawa, jakimi się rządzą ( podkreślenie moje – MS).

    Z kolei, św. Ambroży podawał następujące zasady odnoszące się do stroju:

    Okrycie ciała niech będzie naturalne i bez afektacji; proste, raczej niedbałe niż zbyt troskliwe; nie obładowane kosztownym i pstrym materiałem, lecz jak noszą wszyscy; wszystko ma być ładne, potrzebne i estetyczne (podkreślenie moje – MS).

    Św. Augustyn pisał zaś na ten temat:

    Zależnie od powszechnie przyjętego wśród ludzi obyczaju, należy unikać wszystkiego, co razi ten obyczaj, tak by żaden obywatel lub cudzoziemiec lekkomyślnie nie gwałcił tego, co zostało przyjęte jako obowiązujące zwyczajem ogółu obywateli miasta lub narodu, lub zatwierdzone prawem. Każda bowiem część nie harmonizująca z całością, do której należy, jest rażąca (patrz: “Wyznania II, c. 8, podkreślenie moje – MS).

    Co więcej ów ojciec i doktor Kościoła wskazywał też, iż przesadne zaniedbania w odniesieniu do ubioru mogą być rzeczą naganną, a nawet zwodniczą:

    nie tylko blask i okazałość rzeczy zewnętrznych, lecz nawet pożałowania godny brud może być przedmiotem chełpliwości, tym niebezpieczniejszej, że zwodzi pozorem służby Bogu“.

    Nie od rzeczy będzie też w tym miejscu wspomnieć, iż także konkretnie w odniesieniu do stroju osób duchownych, kilka z soborów powszechnych przestrzegało przed uleganiem w tym względzie ekstrawagancji oraz przepychowi. Przykładowo Sobór Laterański IV nauczał w tej kwestii rzeczy następującej:

    Niech noszą odpowiednią tonsurę i uczesanie ; niech chętnie oddają się służbie Bożej oraz innym szlachetnym studiom. Niech noszą szaty wierzchnie zapięte, nie zwracające uwagi na siebie nadmierną krótkością ani długością. Niech nie używają sukna czerwonego ani zielonego, długich rękawic ani zdobionego haftem lub z długimi nosami obuwia, uprzęży, siodeł, pektorałów ani ostróg pozłacanych bądź inaczej nadmiernie zdobionych (Cytat za: “Dokumenty Soborów Powszechnych”, Tom II, Układ i opracowanie: Arkadiusz Baron, Henryk Pietras SJ, Wydawnictwo WAM, Kraków 2007, s. 255. Podkreślenie moje – MS). 

    Dodam, że wytłuszczone przeze mnie w powyższym cytacie słowa również sugerują, by nawet osoby duchowne swym strojem nie zwracały na siebie przesadnej uwagi innych ludzi.

    ***

    A zatem podsumowując: na jakiekolwiek z pozytywnych aspektów rozmaitych subkultur młodzieżowych by nie wskazywać, jako takie nie zasługują one na pochwałę, gdyż u samych podstaw ich istnienia leży fundamentalny – a sprzeczny z tradycyjnie chrześcijańskim pojmowaniem cnoty umiarkowania i skromności – błąd. Jest nim chęć epatowania własną odmiennością od większości społeczności, w której się żyje, niezależnie od tego czy odmienność ta dotyczy rzeczy dobrych, złych czy obojętnych moralnie. Takie zaś epatowanie i prowokowanie co najmniej bardzo trudno jest pogodzić z chrześcijańską pokorą, skromnością i umiarkowaniem.

    Pisząc to wszystko, bynajmniej nie sugeruję jednak jakichś bardziej ostrych form zwalczania młodzieżowych subkultur (np. zakazywania takowych przez władze cywilne). Stanowczość represjonowania czy ograniczania danych wad i występków powinna być bowiem uzależniona od rozmaitych okoliczności, a trudno jednoznacznie powiedzieć, czy i w jakim stopniu jakieś bardziej surowe traktowanie rzeczonego zjawiska społecznego, byłoby roztropne i rozsądne. Doceniając jednak te czy inne, konkretne dobre elementy subkultur młodzieżowych nie należy ich jako takich w sposób pozytywny dowartościowywać.

    Mirosław Salwowski

    Źródło grafiki wykorzystanej w tekście:
    https://pl.wikipedia.org/wiki/Punk

  4. O dobrym moralnie wykluczaniu grzeszników

    Możliwość komentowania O dobrym moralnie wykluczaniu grzeszników została wyłączona

    Najpewniej każdy świadomy katolik słyszał o tych fragmentach Nowego Testamentu, w których napisane jest, iż nasz Pan Jezus Chrystus spotykał się i jadał “z grzesznikami oraz celnikami” (np. Marek 2: 15), co – w domyśle ma – uwiarygadniać popularną dziś w chrześcijaństwie narrację o tym, że “w Kościele nikogo nie można wykluczać”. Znacznie rzadziej jednak słyszy się o tych wersetach Nowego Testamentu, w których natchnieni przez Ducha Świętego autorzy wzywają do unikania pewnego rodzaju osób. I tak np. w Ewangelii św. Mateusza 18: 17 czytamy słowa Pana Jezusa o tym, iż “ten kto nie posłucha Kościoła ma być jak poganin i celnik”. W 2 liście do Tesaloniczan 3: 6 w “imię Jezusa Chrystusa” poleca się chrześcijanom, by “stronić od każdego brata, który postępuje wbrew porządkowi, a nie zgodnie z tradycją …”. Z kolei św. Jan Apostoł pisze, by tych, którzy nie podzielają prawdy o tym, iż Chrystus “przyszedł w ciele”: “nawet nie pozdrawiać” oraz “nie przyjmować do domu”, gdyż ten kto takowego człowieka pozdrawia “staje się współuczestnikiem jego złych uczynków” (por. 2 Jan 1: 7 -11). Wreszcie w 1 Liście do Koryntian 5: 9-13 czytamy takie o to słowa św. Pawła Apostoła na temat unikania pewnego rodzaju grzeszników:

     „Napisałem wam w liście, żebyście nie obcowali z rozpustnikami. Nie chodzi o rozpustników tego świata w ogóle ani o chciwców i zdzierców lub bałwochwalców; musielibyście bowiem całkowicie opuścić ten świat. Dlatego pisałem wam wówczas, byście nie przestawali z takim, który nazywając się bratem, w rzeczywistości jest rozpustnikiem, chciwcem, bałwochwalcą, oszczercą, pijakiem lub zdziercą. Z takim nawet nie siadajcie wspólnie do posiłku. Jakże bowiem mogę sądzić tych, którzy są na zewnątrz? Czyż i wy nie sądzicie tych, którzy są wewnątrz? Tych, którzy są na zewnątrz, osądzi Bóg. Usuńcie złego spośród was samych.

    Czy zatem nasz Pan Jezus Chrystus popadał w sprzeczność z samym Sobą, gdy przy pewnych okazjach jadał z “grzesznikami i celnikami”, a przy innych okazjach sugerował, by ludzi nieposłusznych Kościołowi unikać? A może to święci apostołowie Paweł i Jan nauczali rzeczy sprzecznych z przykładem, jaki dał nam Chrystus Pan, wówczas gdy polecali by z niektórymi ludźmi nie tylko nawet nie jadać, ale i ich nie pozdrawiać ani nie wpuszczać do swych domów? W niniejszym artykule zamierzam wykazać, iż ani Chrystus nie popadał tu w sprzeczność z samym Sobą, ani Apostołowie nie sprzeciwiali się nauce jaka płynęła z Jego przykładu jadania z “grzesznikami i celnikami”. Apostołowie zresztą nie mogliby popadać w taką sprzeczność z Panem naszym i Zbawcą, gdyż sam Jezus Chrystus utożsamił ich nauczanie ze swoim nauczaniem:

    Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał” (Łukasz 10: 16).

    Ponadto, całe Pismo święte jest natchnione, nieomylne i pożyteczne ku zbudowaniu dusz – a więc nie tylko Ewangelie, w których bezpośrednio zostały spisane czyny oraz słowa Jezusa Chrystusa. To natchnienie i nieomylność tyczy się dokładnie całej Biblii, a więc również listów spisanych przez świętych apostołów:

    Wszelkie Pismo od Boga natchnione [jest] i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości – aby człowiek Boży był doskonały, przysposobiony do każdego dobrego czynu (2 Tm 3, 16 – 17).

    Warto w tym miejscu podkreślić, iż również Sobór Watykański II nauczał o tej nieomylności całego Pisma świętego:

    Ponieważ wszystko, co twierdzą autorzy natchnieni, czyli hagiografowie, powinno być uważane za stwierdzone przez Ducha Świętego, należy zatem uznawać, że księgi biblijne w sposób pewny, wiernie i bez błędu uczą prawdy, jaka z woli Bożej miała być przez Pismo święte utrwalona dla naszego zbawienia” (patrz: Tamże, Konst. Dei verbum, n. 11).

    ***

    Wyjaśnienie nakreślonej wyżej pozornej – i raczej lekkiej – sprzeczności nie wydaje się czymś trudnym. Otóż, jadanie Chrystusa z “z grzesznikami i celnikami” z jednej strony, z drugiej zaś nowotestamentowe wezwania co tego, by z pewnymi ludźmi “nawet nie jadać” i nawet ich nie pozdrawiać – najpewniej tyczą się dwóch zgoła odmiennych kontekstów sytuacyjnych. Gdy wszak Pan nasz jadał z grzesznikami i celnikami nie było jeszcze ustanowionego Kościoła (w sensie ścisłym), sakramentów Nowego Przymierza i religii chrześcijańskiej. Poza tym, być może owi “grzesznicy i celnicy” nie byli osobami, które miały wiele okazji do gruntownego zaznajomienia się z prawdami i zasadami – na tamten czas jeszcze prawdziwej – religii mojżeszowej. Owi “grzesznicy i celnicy” prawdopodobnie też nie pretendowali do tego, by w oczach innych Żydów uchodzić za osoby pobożne i bogobojne. Okazywana zatem im przez Pana Jezusa serdeczność, która przejawiała się we wspólnym zasiadaniu z nimi do posiłków, była ze strony Zbawiciela ukierunkowana na ich leczenie oraz nawrócenie (por. Łukasz 5: 31-32).

    Z drugiej strony pierwszymi adresatami listów apostolskich byli członkowie młodziutkiego Kościoła, a ich treść często tyczyła się niejako wewnętrznych problemów owej ledwie co narodzonej chrześcijańskiej wspólnoty. W cytowanym zaś 1 Liście do Koryntian 5: 9-13 św. Apostoł Paweł wyraźnie wskazuje, iż zasada “aby nawet nie jadać” z grzesznikami nie tyczy się ogółu grzeszników, ale obejmuje tych z nich, którzy utożsamiają się z Kościołem i chrześcijańską religią (vide: “który nazywając się bratem”). Warto w tym miejscu zaś przypomnieć, iż wspólnoty kościelne do których pisali apostołowie były społecznościami, w których bardzo żywe były wspomnienia tak nauczania i cudów samego Pana Jezusa Chrystusa, jak i wielu cudownych wydarzeń dokonywanych przez samych apostołów. Trudno więc porównać jakichś prawdopodobnie słabo obeznanych z judaizmem “grzeszników i celników” na co dzień żyjących na marginesie żydowskiej społeczności z chrześcijanami, którzy pomimo życia w pełnych pasji oraz cudów, wspólnotach kościelnych, i tak postanowili trwać w pewnych ciężkich nieprawościach i/lub herezjach. Ci pierwsi w naturalny sposób zasługiwali na więcej życzliwości, cierpliwości oraz wyrozumiałości. Tym drugim należała się zaś surowa dyscyplina przejawiająca się nawet w stosowaniu wobec nich broni ostracyzmu i wykluczenia. Oczywiście i w wypadku tych drugich owa surowość nie miała służyć ich absolutnemu potępieniu, ale jej celem było doprowadzenie ich do opamiętania, skruchy i nawrócenia. Jak wszak pisał w tym kontekście św. Paweł Apostoł:

    (…) wydajcie takiego szatanowi na zatracenie ciała, lecz ku ratunkowi jego ducha w dzień Pana Jezusa [patrz: 1 Koryntian 5: 5].

    Myślę, iż dość trafną analogią będzie tu przywołanie z jednej strony osoby jakiejś prostytutki, która nie odebrała gruntowniejszej edukacji religijnej, z drugiej zaś postaci jakiegoś “pobożnego” członka włoskiej mafii, który co niedziela chodzi do kościoła, nosi sztandary na religijnych procesjach i jeszcze udziela się w rozmaitych pobożnościowych bractwach. Czy aby na pewno sprawiedliwe byłoby jednakowe – czy to łagodne czy surowe – potraktowanie tych dwóch osób? Myślę, że nie byłoby to sprawiedliwe i przypuszczam, że różne do nich podejście jest zgodne z duchem apostolskiego nauczania. Łagodność wobec takiej prostytutki byłaby zatem zgodna z przykładem Pana Jezusa Chrystusa, który po to by leczyć oraz nawracać grzeszników jadał z nimi nawet wspólnie posiłki. Jednakże podobna łagodność względem “pobożnego mafiosa” raczej tylko utwierdzałaby go w jego grzechach, hipokryzji oraz obłudzie. Raczej właśnie tym podobnych ludzi powinna spotykać ze strony innych chrześcijan surowa kara ostracyzmu i wykluczenia.

    ***

    Na sam koniec pozwolę sobie na pewnego rodzaju osobiste świadectwo tego, w jaki sposób sam realizuję nakreślone wyżej zasady i rozróżnienia w podejściu do różnego rodzaju złoczyńców. Otóż, choć np. mam dość “rygorystyczne” podejście do grzechu sodomii – uważam, że takowa powinna być kryminalizowana i to nawet wówczas, gdy dzieje się ona prywatnie – nie mam większych problemów z tym by okazywać serdeczność tym ludziom. Raz, nawet zdarzyło mi się z takowymi – w pewnym sensie “biesiadować” – to znaczy siedzieć z nimi przy jednym stole i popijać soczek. W tym swym podejściu wychodzę bowiem z założenia, że wielu z nich w silniejszy sposób nie utożsamia się z chrześcijaństwem, a być może dewiacyjne skłonności niektórych z nich są efektem jakichś krzywd wyrządzonych im przez osoby duchowne (np. seksualnego molestowania). Z drugiej strony zdarzyło mi się już raz w sposób definitywny zerwać jakąkolwiek znajomość z kimś kogo określiłbym jako “religijnego grzesznika”. Człowiek ten łączył bowiem intensywność różnych religijnych praktyk (Msza, Komunia, stosowanie pobożnych formuł przy powitaniach i pozdrowieniach) z nie tylko trwaniem przy pewnych ciężkich nieprawościach, ale jeszcze przy jednych okazjach ich usprawiedliwianiem, przy innych zaś czymś co można by nazwać próbą ich obłudnego pomniejszania. Z biegiem czasu dojrzałem więc do – motywowanej nauczaniem Nowego Testamentu – decyzji o zerwaniu wszelkich towarzyskich relacji z tym człowiekiem.

    Mirosław Salwowski

  5. O sierpniowej abstynencji kilka słów i rozróżnień

    Możliwość komentowania O sierpniowej abstynencji kilka słów i rozróżnień została wyłączona

    Rozpoczął się sierpień, czyli tzw. miesiąc trzeźwości. Jest to inicjatywa ustanowiona w 1984 roku przez lokalny kościół w Polsce, w ramach której zachęca się polskich katolików do abstynencji właśnie w owym czasie. Warto przy tym dokonać pewnych rozróżnień, wyjaśnień i uszczegółowień.

    1. To, że historycznie rzecz biorąc, dany kościół lokalny wyszedł z jakąś inicjatywą już po Soborze Watykańskim II, nie oznacza, że z samego założenia coś takiego jest podejrzane. Zachęcanie do tego, by wierni na pewien czas wstrzymywali się od rzeczy dobrych i dozwolonych, ale z drugiej strony często dla wielu ludzi poważnie ryzykownych i niebezpiecznych (a właśnie tak należy postrzegać picie alkoholu) jak najbardziej mieści się w logice długiej przedsoborowej tradycji podejmowania rozmaitych wyrzeczeń, umartwień i postów podejmowanych w imię walki o większe dobro. Na tym podobnych zasadach wszak Kościół powszechny nawet zakazywał (a nie tylko zniechęcał) wiernym odbywania stosunków małżeńskich w określonych porach roku czy też zabraniał spożywania mięsa, a także nabiału w piątki i Wielkim Poście. Także w samym Piśmie świętym możemy odnaleźć wyraźne ślady tym podobnego myślenia oraz postawy. Przykładowo św. Paweł Apostoł pisał: Jeśli więc pokarm gorszy brata mego, przenigdy nie będę jadł mięsa, by nie gorszyć brata (1 Kor 8, 13). W Biblii mamy też przykłady wielkich sług i służebnic Boga, którzy w sposób całkowity powstrzymywali się od picia napojów alkoholowych, np. św. Jan Chrzciciel (por. Łk 1, 15); Samson (por. Sdz 13, 17); Judyta (por. Jdt 12, 2-9); Nazarejczycy (por. Lb 6, 3).

    2. Sierpień – wbrew wykrętom niektórych i pewnym niejasnościom semantycznym jest miesiącem, w którym lokalny kościół zachęca do całkowitego (a nie tylko umiarkowanego picia) zrezygnowania z alkoholu. Umiar, rozsądek i ostrożność w piciu alkoholu są moralną powinnością w każdym dniu i miesiącu roku.

    3. Nie ma nic błędnego i heretyckiego w zachęcaniu wiernych by przez pewien czas zrezygnowali całkowicie z picia alkoholu – o ile nie wypływa to z przekonania, iż nawet umiarkowane picie trunków jest wewnętrznie złe. Tak jak nie było niczego błędnego i heretyckiego w zobowiązywaniu wiernych do powstrzymywania się od stosunków małżeńskich w określonych porach roku – póki nie wypływało to z przekonania, iż seks jest wewnętrznie zły.

    4. Nie należy zarzucać kalwinistom i purytanom, iż byli przeciwnikami picia alkoholu, gdyż, historycznie rzecz biorąc, jest to nieprawdą i fałszem, a zatem świadome powtarzanie tej nieprawdziwej tezy jest oszczerstwem, z którego należy się poprawić i za które należy zadośćuczynić.

    5. Stawianie na tym samym poziomie czy lekceważenie szkód wynikających z nadużywania alkoholu poprzez wskazywanie na to, iż również nadużycia w zakresie jedzenia czy palenia tytoniu powodują rozmaite komplikacje, jest niezwykle słabym argumentem. Pijaństwo jest znacznie bardziej szkodliwe np. od przejadania się czy palenia papierosów, gdyż oprócz szkód fizycznych powoduje też rozliczne szkody psychiczne, emocjonalne, moralne i społeczne. Osoba, która zjadła na raz za dużo słodyczy, nie pójdzie pobić/zabić/zgwałcić drugiego człowieka. Po przebraniu miary w alkoholu zdarza się to niejednokrotnie.

    6. Oczywiście, trudno jest powstrzymać się od gorzkiego śmiechu gdy porówna się sierpniowe zachęty do abstynencji kierowane do wiernych z faktem, iż hierarchiczna część lokalnego kościoła w Polsce sama niejednokrotnie miała problemy nie tyle z zachowaniem abstynencji, co z karygodnym, obrzydliwym pijaństwem (vide: abp Głódź, biskup Jarecki, itd.). Złe czyny przewodników duchowych z samej zasady nie czynią fałszywymi ich nauczania. Czasami wręcz przeciwnie, nawet podkreślają jego prawdziwość. Psychologicznie wszak rzecz biorąc, ludzie mają silną tendencję do usprawiedliwiania tych grzechów, które sami popełniają. Gdy zaś pomimo popełniania samemu danych grzechów nie rezygnuje się z nauczania o ich szkodliwości, to w pewien sposób właśnie nawet podkreśla prawdziwość tej doktryny. Wspomnijmy w tym miejscu na słowa naszego Pana Jezusa Chrystusa, który mówił swego czasu o faryzeuszach: Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią (Mt 23, 3).

    7. Kto mimo sierpniowych zachęt do abstynencji chce pić z umiarem, niech to czyni (nie popełni wtedy nawet “materialnego grzechu”), jednak obnoszenie się z czymś takim i to jeszcze w duchu wyraźnej kontry do zachęt lokalnego kościoła jest co najmniej niestosowne.

    Mirosław Salwowski
    ***

    Źródło obrazka wykorzystanego w tekście:
    https://sw.gov.pl/aktualnosc/zaklad-karny-nr-2-w-grudziadzu-sierpien-miesiacem-trzezwosci

    ***

    Przeczytaj też:

    Polscy biskupi nie propagują “kalwinistyczno-purytańskiej” herezji abstynencji

    Pomiędzy pijaństwem a prohibicją

    O tradycyjnie chrześcijańskiej kulturze picia alkoholu

    Św. Cezary z Arles: Zło pijaństwa jest bardzo wielkie i Bogu obrzydłe

  6. Nawet bardzo niedoskonała władza jest lepsza od anarchii

    Możliwość komentowania Nawet bardzo niedoskonała władza jest lepsza od anarchii została wyłączona

    Nieodmiennie jestem pod wielkim wrażeniem prawdy wyrażonej przez św. Pawła Apostoła na kartach Biblii:

    Każdy niech będzie poddany władzom, sprawującym rządy nad innymi. Nie ma bowiem władzy, która by nie pochodziła od Boga, a te, które są, zostały ustanowione przez Boga. Kto więc przeciwstawia się władzy – przeciwstawia się porządkowi Bożemu. Ci zaś, którzy się przeciwstawili, ściągną na siebie wyrok potępienia. Albowiem rządzący nie są postrachem dla uczynku dobrego, ale dla złego. A chcesz nie bać się władzy? Czyń dobrze, a otrzymasz od niej pochwałę. Jest ona bowiem dla ciebie narzędziem Boga, [prowadzącym] ku dobremu. Jeżeli jednak czynisz źle, lękaj się, bo nie na próżno nosi miecz. Jest bowiem narzędziem Boga do wymierzenia sprawiedliwej kary temu, który czyni źle. Należy więc jej się poddać nie tylko ze względu na karę, ale ze względu na sumienie. Z tego samego też powodu płacicie podatki. Bo ci, którzy się tym zajmują, z woli Boga pełnią swój urząd. Oddajcie każdemu to, mu się należy: komu podatek – podatek, komu cło – cło, komu uległość – uległość, komu cześć – cześć” (Rzymian 13, 1-7).

    Jestem pod jej wielkim wrażeniem, choćby dlatego, że bezpośrednim kontekstem historycznym i kulturowym tych słów były rządy zdeprawowanego do szpiku kości Nerona, a już kilka lat po ich napisaniu ten rzymski cezar zaczął krwawo i okrutnie prześladować chrześcijan. A jednak mimo to Duch Święty natchnął Pawła Apostoła, by skoncentrował się na pozytywach, a nie negatywach władzy publicznej. Owszem, św. Paweł Apostoł w chwili spisywania przez siebie tych słów mógł nie wiedzieć, że już za kilka lat chrześcijanie, do których bezpośrednio pisał swe pouczenia, przekonają się na własnej skórze, że miecz dzierżony przez władzę czasami służy do gnębienia nie tylko tych złych, ale i dobrych, jednakże Duch Święty, który natchnął go do ich spisania, oczywiście o tym wiedział. Tym niemniej 13 rozdział listu do Rzymian nie został uznany za apokryf, tak że dziś można by relatywizować jego przesłanie, ale został rozeznany przez Kościół jako część bezbłędnego i nieomylnego Słowa Bożego. Postawmy się więc w sytuacji pierwszych chrześcijan, którzy jak mało kto w historii, mieli powody, by widzieć w panujących nad nimi władcach “same zło”, a jednak w imię apostolskich, nieomylnych pouczeń, szanowali władzę i byli jej posłuszni, póki ta nie wymagała od nich grzechu. Ich postawę w tym względzie tak opisywał papież Leon XIII:

    Pierwsi chrześcijanie postawili nam pod tym względem wzór znakomity; z największą niesprawiedliwością i okrucieństwem prześladowani przez pogańskich cesarzy, nigdy nie przestawali zachowywać się posłusznie i ulegle; wydawało się wprost, iż tamtych srogość chcą przemóc własną pokorą. Podobna skromność i niezłomna wola pozostawania wiernymi poddanymi wywierała tak silne wrażenie, iż zaćmić go nie mogły potwarze i złość wrogów (…) Inna sprawa była, gdy cesarze przez swoje dekrety lub pretorzy przez swoje groźby chcieli ich zmusić do sprzeniewierzenia się wierze chrześcijańskiej lub innym obowiązkom: w takich chwilach woleli zaiste odmówić posłuszeństwa ludziom niż Bogu. Wszakże i w podobnych okolicznościach dalecy byli od tego, aby jakikolwiek wszczynać bunt i majestat cesarski obrażać, a jednego tylko żądali, aby wolno im było swoją wiarę otwarcie wyznawać i być jej niezachwianie wiernymi. Poza tym nie myśleli o żadnym buncie, a na tortury szli tak spokojnie i ochoczo, że wielkość ich ducha brała górę nad wielkością zadawanych im mąk (Patrz: Leon XIII, Encyklika „Diuturnum illud [O władzy politycznej”], Warszawa 2001, s. 15-16).

    Z kolei ks. Piotr Skarga tak pisał o uległości starożytnych chrześcijan względem nieprzychylnych im władców:

    Nie doznana rzecz, póki chrześcijanom Pan Bóg dawał panów pogańskich, aby im się kiedy Święci Męczennicy mocą bronili, albo na ich urzędników rękę podnieśli i lud burzyli. Znali w nich z Apostołem moc i urząd Boski, i źle a niewinnie rozlewających krew ich czcili, i byli posłuszni tam, gdzie jawnego grzechu w ich rozkazaniu nie było, chociaż z największą szkodą, żalem i utratą majętności i zdrowia swego„ (Cytat za: Ks. Piotr Skarga, „Żywoty Świętych Starego i Nowego Zakonu„, tom II, Petersburg 1862, s. 206).

    Można jednak spytać, dlaczego Duch Święty mimo posiadanej przez siebie wiedzy o tym, jak władze cywilne będą w przyszłości gnębić chrześcijan, natchnął św. Pawła do spisania przytoczonej wyżej swoistej apologii państwa, prawa, władzy i porządku? Wszak, słuchając dziś niektórych chrześcijan, można by dojść do zgoła przeciwnych wniosków w rodzaju: “Państwo to twój największy wróg“; “Nigdy nie ufaj władzy“, etc. Zawsze przy tym podobnych okazjach będę powtarzał: istnienie jakiejś władzy, jakiegoś prawa i jakiegoś porządku jest zwykle lepsze od anarchii, bezprawia i braku porządku. To, co zwiemy państwem i prawem, jest bowiem czynnikiem pro-cywilizacyjnym, czymś co z reguły przynajmniej ogranicza zdziczenie i brak zasad. Gdy nad jakimś krajem panuje 1 000 zdemoralizowanych band, sytuacja polegająca na tym, że 1 z tych band obejmie władzę nad całym krajem zwiększa szansę na to, że sytuacja na tym terytorium się poprawi. Mówi się, że to rządzący państwami wymordowali największą ilość ludzi – może to prawda, a może nie (trzeba by tu zrobić porządne rachunki liczbowe, gdzie po jednej stronie zliczono by ludzi zabitych z rozkazu lub zachęty władz, a po drugiej zabitych w wyniku przestępczości, rozruchów, wszczynania krwawych buntów). Jednakże, nawet gdyby miało okazać się, że jest to prawdą – to odnosiłoby się do wyjątków, a nie reguły. Każdy władca ma swe wady, ale większość rządzących nie jest ludźmi pokroju Pol Pota czy Adolfa Hitlera. Nawet jeśli dany władca w ciągu kilku lat podbije statystki ludzi zabijanych przez rządzących, to po drugiej stronie zawsze będziemy mieć ludzi mordowanych na co dzień przez przestępców i buntowników.

    Mirosław Salwowski

    Przeczytaj też:

    O posłuszeństwie władzy i granicach tego posłuszeństwa

    Przeciwko mentalnej anarchii i upadkowi zasady szacunku wobec władzy

    Św. Tomasz z Akwinu: Czy prawo ludzkie obowiązuje w sumieniu?

    Coś o Piłacie, Hitlerze, Nabuchodonozorze i zaborcach

  7. Po chrześcijańsku życzę “Nergalowi” surowej kary

    Leave a Comment

    Większość Czytelników tego bloga zapewne wie, jak okropnego bluźnierstwa przed paroma dniami dopuścił się pan Adam Darski (ps. “Nergal”). Nie będę tego ohydztwa opisywał w szczegółach, gdyż każdy może to sobie sprawdzić sam w Internecie. Osobiście nie ukrywam, iż znajduję się pośród tych osób, które w reakcji na ów pornograficzno-bluźnierczy eksces p. Darskiego życzą mu surowej kary (jednak odbytej na tym, a nie tamtym świecie). Serdecznie pragnąłbym aby w Polsce istniało prawo karzące takie osoby w przykładny i dotkliwy sposób. Także, gdyby okazało się, iż p. Darski zachorował teraz na jakąś ciężką chorobę, odebrałbym ową okoliczność jako sprawiedliwy sąd Boga za popełnione przez niego ohydztwa. Zapewne, teraz niektóre osoby powiedzą, iż to zupełnie nie po chrześcijańsku życzyć panu Darskiemu zła, bo wszak wrogów należy miłować, przebaczać im i błogosławić ich. Otóż, ludzie, którzy rozumują w ten sposób mylą się, gdyż w pewnych okolicznościach wolno jest życzyć złoczyńcom doczesnego zła i nie jest to zawsze sprzeczne z Bożym nakazem ich miłowania.

    Jest absolutnie niezaprzeczalną prawdą, iż powinniśmy miłować choćby i największych złoczyńców. To miłowanie winno się wyrażać w życzeniu im dobra, modlitwie za nich oraz gotowości do niesienia im pomocy, gdy zajdzie taka potrzeba. Dotyczy to wszystkich rodzajów złoczyńców i naszych wrogów – ojciec powinien w ten sposób miłować zboczeńca, który zgwałcił mu córkę, matka powinna tak miłować zwyrodnialca, który zabił jej syna i my uczniowie Chrystusa powinniśmy też tak miłować “Nergala”, który ostatnio tak strasznie znieważył naszego Pana i Zbawiciela. Ale pomimo to, mamy prawo w pewnych okolicznościach życzyć doczesnego zła grzesznikom, o ile tylko w jasny i jednoznaczny sposób pragniemy, by owo doczesne zło posłużyło tym złoczyńcom ku ich poprawie i nawróceniu. Mamy więc prawo życzyć więzienia pedofilom, złodziejom i mordercom, o ile nie życzymy im przy tym by ich tam gwałcono czy torturowano, ale chcemy, by owa kara zmieniła tych ludzi na lepsze. Ba, mamy nawet prawo życzyć komuś podobnemu ciężkiej choroby, o ile nie pragniemy takiej choroby dla niej samej, ale w jasny sposób odbieramy ją jako środek do nawrócenia takiej osoby. Tak samo mamy moralne prawo życzyć “Nergalowi” np. surowej kary, o ile nie kieruje nami ślepe pragnienie wywarcia na nim zemsty, ale traktujemy taką karę jako środek do poprawienia tego człowieka lub – jeśli to go nie poprawi – przynajmniej odstraszenia go na przyszłość od podobnych czynów, by przynajmniej innych nie deprawował i nie psuł swymi ohydnymi czynami.

    Powyżej wskazana zasada, jest właśnie wyrazem prawdziwej miłości do złoczyńców. Chcemy dla nich największego dobra, jakim jest nawrócenie i życie wieczne z Bogiem, ale uznajemy przy tym, iż nieraz, aby grzesznik się poprawił i nawrócił, musi na tym świecie być karany i dotykany różnymi nieszczęściami. Ten sposób myślenia jest jak najbardziej biblijny i tradycyjnie chrześcijański. Największy z doktorów Kościoła, św. Tomasz z Akwinu tak to wyjaśniał:

    “Jeśliby natomiast ktoś nakazywał lub życzył komuś zła dla jakiegoś dobra, wówczas tego rodzaju złorzeczenie byłoby dozwolone. Nie będzie to jednak przekleństwo we właściwym znaczeniu, lecz tylko przygodnie, gdyż główny zamiar złorzeczącego człowieka odnosi się do dobra,  a nie do zła.

    Można zaś złorzeczyć nakazem lub życzeniem ze względu na dwojakiego rodzaju dobro: Po pierwsze, ze względu na sprawiedliwość, i w tym znaczeniu sędziemu wolno rzec zło człowiekowi, którego skazuje na słuszną karę. W tym też znaczeniu Kościół wypowiada zło, gdy kogoś wyklina. Podobnie prorocy zapowiadali zło grzesznikom, jakby uzgadniając swą wolę ze sprawiedliwością Bożą, chociaż  tego rodzaju złorzeczenia można, także tłumaczyć jako proroctwa. Po drugie, można mówić zło ze względu na pewien pożytek, np. gdy ktoś grzesznikowi życzy, by zachorował lub natknął się na jakąś przeszkodę po to, aby stał się lepszy, albo przynajmniej  zaprzestał szkodzić innym”.

     

    W Piśmie świętym zaś (także, co chcę podkreślić w Nowym Testamencie) jest wiele przykładów, gdy sprawiedliwi i bogobojni mężowie życzyli pewnego rodzaju doczesnego i fizycznego zła grzesznikom po to, by ci się poprawili i nawrócili. Przykładowo, Eliasz modlił się do Boga o to, by w Królestwie Izraela nie padał deszcz i Stwórca wysłuchał go tak, iż przez trzy i pół roku ów rejon był dotknięty suszą (Jk 5, 17). Eliasz nie grzeszył jednak w ten sposób i został wysłuchany, gdyż choć pragnął dla swych rodaków pewnego fizycznego zła, to kierował się przy tym jednocześnie miłością do nich, gdyż chciał, by to nieszczęście ich nawróciło. Z kolei, św. Paweł Apostoł doradzał kościołowi w Koryncie, by żyjącego wśród nich rozpustnika “(wydać) takiego szatanowi na zatracenie ciała, lecz ku ratunkowi jego ducha w dzień Pana Jezusa” (1 Kor 1, 5). A zatem, św. Paweł pragnął dla owego złoczyńcy nawet poważnych szkód cielesnych, byle tylko ów się nawrócił. Ten sam Apostoł zresztą w cudowny sposób oślepił na pewien czas Elimasa-maga, który próbował odwodzić prokonsula Sergiusza od przyjęcia Ewangelii i wiary chrześcijańskiej (Dz 13, 6-11). Co więcej, w Apokalipsie czytamy, iż znajdujący się już w niebie męczennicy proszą Boga, by wymierzył sprawiedliwą karę ich prześladowcom (Ap 6, 10).

     

    A więc, po biblijnemu i chrześcijańsku życzę panu Adamowi Darskiemu surowej i sprawiedliwej kary na tym świecie. Nie życzę mu tego z nienawiści i ślepej zemsty, ale przeciwnie powoduje mną tu miłość do niego, jak i tych spośród ludzi, których może on deprawować. Chcę, by pan Darski się poprawił, a surowa kara może mu w tym pomóc. Nie chcę też by dalej zatruwał on dusze innych bluźnierstwami, satanizmem i antychrześcijańską nienawiścią i w tym surowe kary też mogą pomóc.

  8. Ja też jestem Żydem (duchowym)

    Leave a Comment

    Czy chrześcijanie powinni nazywać się Żydami? Zapewne, dla wielu same postawienie takiego pytania wyda się wręcz niedorzeczne, gdyż chrześcijanie to ludzie, którzy wierzą w Pana Jezusa jako Boga i Zbawiciela, a żydzi – w religijnym tego słowa znaczeniu – to ludzie, którzy nie uznają Chrystusa Pana, a za to ciągle wypatrują obiecanego Izraelowi przez proroków Mesjasza. Jeszcze inni, mogą powiedzieć, że mówienie o chrześcijanach, że są Żydami, jest pomieszaniem terminologii i zapewne ma celu promowanie tzw. judeochrześcijaństwa, w którym zamazywano by istotne różnice pomiędzy wiarą chrześcijańską, a współczesnym rabinicznym judaizmem.

    Choć oczywistym jest, że nie może być mowy ani o zrównywaniu judaizmu, który rozwinął się po Chrystusie z chrześcijaństwem, ani też o lekceważeniu faktu, iż owa religia zawiera w sobie poważne błędy, zaś niektóre z jej obrzędów wraz z Ofiarą Pana Jezusa na Krzyżu straciły swą aktualność i znaczenie, myślę, iż można, a nawet w pewnych okolicznościach wskazane jest, by podkreślać to, że w pewnym ważnym znaczeniu tego słowa, chrześcijanie istotnie są Żydami.

    Otóż wedle Pisma świętego i tradycyjnej teologii katolickiej określenie “Żyd”, “Izraelita”, etc., jest nazwą wręcz czcigodną. Św. Paweł Apostoł w liście do Rzymian jasno sugeruje nawet, że to posłuszni Bogu chrześcijanie są prawdziwymi Żydami, nie zaś ci, którzy zostali w dzieciństwie obrzezani i wychowani w religii mojżeszowej: “Obrzezanie posiada wprawdzie wartość, jeżeli zachowujesz Prawo. Jeżeli jednak przekraczasz Prawo będąc obrzezanym, stajesz się takim, jak nieobrzezany. Jeżeli zaś nieobrzezany zachowuje przepisy Prawa, to czyż jego brak obrzezania nie będzie mu oceniony na równi z obrzezaniem? I tak ten, który od urodzenia jest nieobrzezany, a wypełnia Prawo, będzie sądził ciebie, który, mimo że masz księgę Prawa i obrzezanie, przestępujesz Prawo. Bo Żydem nie jest ten, który nim jest na zewnątrz, ani obrzezanie nie jest to, które jest widoczne na ciele, ale prawdziwym Żydem jest ten, kto jest nim wewnątrz, a prawdziwym obrzezaniem jest obrzezanie serca, duchowe, a nie według litery. I taki to otrzymuje pochwałę nie od ludzi, ale od Boga” (tamże: 2, 25 – 29). W Apokalipsie św. Jana czytamy z kolei, iż chrześcijanie doznają prześladowań ze strony “synagogi szatana“, której członkowie “zwą się Żydami, lecz nimi nie są” (tamże: 2, 9 – 10). Warto dodać, że słowa te Pan Jezus w Apokalipsie skierował do kościoła w Smyrnie, z którego wywodził się jeden z najznamienitszych męczenników, uczeń św. Jana – św. Polikarp. Św. Polikarp został zaś zabity między innymi przez ówczesnych wyznawców judaizmu. Idąc tokiem wskazanego w Biblii prawdziwego znaczenia słowa: “Żyd”, św. Tomasz z Akwinu objaśniał, iż wyraz ten oznacza człowieka, który należy do Ludu Bożego – a w Nowym Przymierzu owym ludem są ci, którzy uwierzyli w Pana Jezusa. Akwinata precyzuje przy tym, iż ci spośród żydów, którzy odrzucili Chrystusa i zwalczają Ewangelię są “żydami” niejako tylko “na zewnątrz” – czyli mówiąc językiem Pisma św. są “fałszywymi żydami“. Nie ma się zatem co dziwić Piusowi XI, który powiedział w nawiązaniu do chrześcijan: “w sensie duchowym jesteśmy semitami“.

    Ponadto, w tradycyjnie chrześcijańskiej perspektywie tak się właśnie bowiem mniej więcej rzeczy mają. Mamy prawdziwych Żydów – a zatem oddanych Bogu chrześcijan, Kościół Chrystusowy, który jest “Nowym Izraelem” i tych żyjących w czasach Starego Testamentu wyznawców religii mojżeszowej, którzy z nadzieją oczekiwali przyjścia zapowiedzianego Mesjasza. Mamy jednak też fałszywych Żydów, a więc tych, którzy bezprawnie się za nich podają, ale tak naprawdę odrzucając Pana Jezusa i walcząc z Ewangelią zrywają z najgłębszym sensem wiary swych praojców – Abrahama, Izaaka i Jakuba. Oczywiście nie jesteśmy żydami w sensie etnicznego pochodzenia, gdyż to nie ma znaczenia w więzi z Chrystusem i w tym sensie św. Paweł nauczał, że “nie ma już Żyda ani Greka” (Kol. 3, 11). Tym nie mniej w znaczeniu duchowym chrześcijanie są Żydami, gdyż należą do “Nowego Izraela“, “ludu prawdziwie obrzezanego” (Fil. 3, 3), obrzezanego nie z ręki ludzkiej lecz Chrystusowym obrzezaniem” (Kol. 2, 11). Wiara chrześcijańska jest zaś spełnieniem obietnic danych Abrahamowi, Izaakowi, Jakubowi, Dawidowi i innym patriarchom, prorokom i królom Starego Testamentu. Czy tego chcemy czy nie, tradycyjne chrześcijaństwo ma korzenie ściśle żydowskie. Jest to prawda warta szczególnego przypominania zwłaszcza po prawej stronie sceny ideowej i politycznej. Niektórzy z prawicowców i konserwatywnych katolików wypowiadają się i zachowują się tak, jakby chcieli jak najstaranniej wymazać z chrześcijaństwa ten jego aspekt. Słyszy się wszak raz po raz gorliwe zaprzeczenia w rodzaju “Pan Jezus nie był Żydem, gdyż jest Bogiem, a Bóg nie ma pochodzenia etnicznego bądź narodowościowego” (ale prawdę, że jako prawdziwy Człowiek miał w sobie żydowską krew, wychowywał się w rodzinie żydowskiej, praktykował żydowską religię i obrzędy, utożsamiał się z ludem Izraela skrzętnie przy tym pomija). Inni z kolei mówią: “Stary Testament jest całkowicie nieważny i nieaktualny” nieraz podszywając to stwierdzeniami sugerującymi, jakoby owa Księga była bardziej historycznym zapisem szowinistycznej mentalności dzikich plemion żydowskich, aniżeli prawdziwie natchnionym i nieomylnym Słowem Bożym, które uczy nas w co mamy wierzyć i jak postępować. Jeszcze inni, gdyby pisali historię chrześcijaństwa, to jego początki i źródła  usadowiliby na starożytnych rzymskich i greckich salonach, pismach pogańskich filozofów, w dumnie maszerujących legionach cesarskich, aniżeli pośród bliskowschodnich pustyń wypełnionych prostymi pasterzami owiec, kóz i wołów. Właśnie takim baśniom i bajaniom trzeba przeciwstawiać prawdę o żydowskich korzeniach chrześcijaństwa. Naszymi ojcami w wierze nie są Ciceron, Platon, Seneka, Marek Antoniusz czy Neron, ale Abraham, Jakub, Izaak, Dawid, Eliasz czy Elizeusz. Częścią Bożego Objawienia nie są pisma greckich i rzymskich filozofów, ale Stary Testament. Pan Bóg zaś rzeczy wielkie nie objawił dumnym arystokratom w zdobionych kunsztownie togach lecz prostaczkom, pasterzom kóz i robotnikom fizycznym. A historia, prawodawstwo i mentalność starotestamentowych Żydów mimo ich oczywistych wad, upadków i ciemnych stron (ukazywanych zresztą na kartach Starego Testamentu) jest wznioślejsza i szlachetniejsza niż dzieje oraz obyczajowość pogańskich Rzymian i Greków. Nie oznacza to pogardy i obrzydzenia dla całej grecko-rzymskiej spuścizny historyczno-kulturowej, gdyż niemało rzeczy z niej zostało zaadaptowanych i oczyszczonych przez chrześcijaństwo, ale trzeba mieć świadomość tego co w naszej cywilizacji jest jednym z fundamentów (żydowski Stary Testament), a co stanowi w niej dobry, ale niekonieczny dodatek (pewne elementy rzymskiego prawa, greckiej filozofii czy starożytnej sztuki i kultury).