Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: prawna karalność cudzołóstwa

  1. 20 argumentów na rzecz prawnej karalności niewierności małżeńskiej

    Leave a Comment

    Cudzołóstwo oznacza obcowanie seksualne, w którym przynajmniej jedna ze stron takiej relacji pozostaje w związku z małżeńskim z inną osobą. Takie jest przynajmniej katechizmowe rozumienie tego czynu i nie należy tego mylić z grzechem „nierządu”, czyli obcowania seksualnego, w którym obie strony są osobami wolnymi (z kolei „nierządu” nie należy utożsamiać z prostytucją, która jest czymś jeszcze innym). O ile moralne zło nierządu jest kwestionowane przez większość ludzi należących do naszego kręgu kulturowego, o tyle przeważająca część post-chrześcijańskich społeczeństw nie ma raczej większych trudności z dostrzeżeniem niemoralności cudzołóstwa (czyli niewierności małżeńskiej). Z drugiej jednak strony nawet wśród bardzo konserwatywnie nastawionych katolików czy chrześcijan innych wyznań trudno jest spotkać się z poparciem dla postulatu prawnego zakazu i karalności niewierności małżeńskiej. I nie chodzi tu tylko o stwierdzenie, iż w obecnych okolicznościach kulturowych i historycznych być może roztropne byłoby powstrzymanie się władz cywilnych od kryminalizacji cudzołóstwa. Takie podejście oczywiście dałoby się uzasadnić, gdyż władze cywilne mogą tolerować niektóre z nieprawości w sytuacji, gdy wprowadzenie ich prawnego zakazu mogłyby w danych okolicznościach spowodować większe zło albo utrudniałoby osiągnięcie większego dobra (np. wywołać wojnę domową, ściągnąć na kraj surowe sankcje gospodarcze, itp.). Rzecz jednak w tym, że wielu z konserwatywnych katolików i chrześcijan innych wyznań wydaje się nie dostrzegać zasadności tego postulatu jako takiego. Innymi słowy, nie dostrzegają oni słuszności penalizacji niewierności małżeńskiej nawet wówczas, gdy nie groziłoby to wywołaniem większego zła lub nie utrudniałoby osiągnięcie większego dobra. Poniżej zebrałem więc w jednym miejscu odpowiedź na prawie wszystkie z argumentów, które podnoszone są przeciwko postulatowi prawnego zakazu i karalności niewierności małżeńskiej. Nie twierdzę przy tym, iż w obecnych okolicznościach na pewno w każdym post-chrześcijańskim kraju byłoby rzeczą roztropną kryminalizować cudzołóstwo. Nie mniej jednak utrzymuję, że sam w sobie postulat ów jest słuszny i w bardziej dogodnych warunkach powinno się dążyć do jego realizacji. Zachęcam zatem do uważnej lektury poniższych punktów tego artykułu.

    1. Nie wszystko co w bezpośredni sposób nie narusza wolności drugiej dorosłej osoby powinno być legalne.

    Przykładowo: jazda pod wpływem alkoholu z prędkością 130 km na godzinę na zabudowanym terenie sama w sobie nie narusza wolności innych ludzi, a jednak jest prawnie zakazana. Inny przykład: zażywanie ciężkich narkotyków samo w sobie nie narusza niczyjej wolności, a mimo to jest nielegalne. Podobnie, przechowywanie materiałów wybuchowych we własnym mieszkaniu znajdującym się w bloku także nie stanowi pogwałcenia wolności innych osób, a jednak nie jest to prawnie dozwolone.

    Widzimy więc, że nawet dziś w dobie szczególnego akcentowania na płaszczyźnie prawnej zasady wolności osobistej wciąż uznaje się za nielegalne niektóre z tych zachowań, które co prawda nie są „per se” naruszeniem czyjejś wolności, jednak ze względu na poważne niebezpieczeństwo, jakie z nich wynika dla innych ludzi, są zakazywane przez prawodawców. Podobnie niewierność małżeńska może i sama w sobie nie narusza wolności drugiej dorosłej osoby, ale z pewnością wiąże się z wyrządzaniem ogromu krzywd innym osobom i dlatego powinna być ona kryminalizowana.


    2. Niewierność małżeńska zwykle wiąże się z oszustwem oraz jest złamaniem publicznie danej obietnicy i obopólnie zawartej umowy w bardzo ważnej kwestii.

    Prawo zwykle przewiduje odpowiedzialność karną za łamanie umów zawieranych w innych kwestiach. Dlaczego więc nie miałoby karać za złamanie umowy małżeńskiej? Przecież umowa małżeńska tyczy się bardzo ważnych – tak dla jednostek, jak i całego społeczeństwa – spraw.


    Niewierność małżeńska zazwyczaj wiąże się także z oszukiwaniem swego współmałżonka. Często też polega ona na psychomanipulacji w „dziele” uwodzenia drugiej osoby (np. ukrywaniu swego statusu cywilnego bądź fałszywym lub przeinaczonym przedstawianiu powodów, dla których zdradza się swego współmałżonka). Jeśli prawo przewiduje możliwość karania za np. wprowadzenie w błąd co do istotnych cech danego towaru (dajmy na to poprzez ukrycie jego wad i ułomności), to niby dlaczego miałoby wykluczać odpowiedzialność karną za przynajmniej niektóre z przypadków cudzołóstwa (np. gdy niewierny małżonek okłamywał swą kochankę)?


    3. Niewierność małżeńska wiąże się z oczywistym wyrządzaniem ogromu krzywd innym osobom.

    Czy trzeba mówić, w jak bardzo negatywny sposób cudzołóstwo wpływa tak na zdradzaną osobę, jak i dzieci pochodzące z dotkniętego tym występkiem związku? Bycie zdradzonym w sferze seksualnej jest jednym z najbardziej traumatycznych przeżyć, jakie można sobie wyobrazić, a dzieci w rodzinach, w których pojawiła się zdrada, częściej niż inni małoletni popadają w pijaństwo, rozwiązłość, narkomanię oraz przestępczość. Wedle badań przeprowadzonych w USA prawdopodobieństwo popełnienia samobójstwa jest o 30 proc. wyższe wśród nastolatków, które wychowały się bez ojca. Podobnie 90 proc. dzieci bezdomnych i uciekających z domu, 3/4 nastoletnich narkomanów i 85 proc. młodocianych przestępców (w tym 72 proc. nieletnich morderców i 60 proc. gwałcicieli), wzrastało w rodzinie pozbawionej ojca (Patrz: „Ameryka bez ojców„, „Newsweek”, 10. 03. 2002, s. 82).

    Do tego wszystkiego można jeszcze dodać fakt, iż prowadzący bardzo rozwiązłe życie niewierny mąż lub niewierna żona może relatywnie łatwo zarazić swego współmałżonka wirusem HIV bądź różnymi chorobami wenerycznymi.


    4. W dalszej perspektywie niewierność małżeńska szkodzi całemu społeczeństwu.

    Dzieci, które dorastały w dotkniętych tą nieprawością rodzinach, częściej krzywdzą innych ludzi przez różne patologiczne zachowania.

    Jaskrawym przykładem tego, do jakich konsekwencji prowadzą nierząd i między innymi cudzołóstwo, może być rzeczywistość czarnej społeczności w USA. Wedle danych z początków XXI wieku 69 proc. czarnych dzieci nie pochodziło ze związku małżeńskiego, a 57 proc. nastolatków wychowywanych było przez jednego z rodziców (najczęściej przez matkę). Wówczas to szacowało się też, iż odpowiednio 43 proc. czarnych mężczyzn i 42 proc. kobiet nie żyło nigdy w małżeństwie. Ponad połowa morderstw i 42 proc. innych ciężkich przestępstw było wtedy dokonywanych przez kryminalistów wywodzących się z 13 -procentowej czarnej społeczności. Szacowało się też, iż 28, 5 proc. czarnych chłopców trafi do aresztów i więzień. W dużych miastach 4 na 10 czarnoskórych mężczyzn w wieku od 17 do 35 lat przebywało w więzieniach (Por. Patrick J. Buchanan, „Śmierć Zachodu”, Wrocław 2005, s. 93-95).


    5. Wprowadzenie karalności niewierności małżeńskiej nie musi wiązać się z tworzeniem jakiegoś specjalnego systemu powszechnej inwigilacji społeczeństwa.

    Do dziś wszak takie występki seksualne jak kazirodztwo (również osób dorosłych) oraz zoofilia są prawnie karane, a jednak nie oznacza to instalowania kamer w domach, oborach albo stajniach. Po prostu czasami niewierność małżeńska wychodzi na jaw i wtedy powinna być ona ukarana.


    6. Kryminalizacja cudzołóstwa oczywiście nie zlikwidowałaby tego zjawiska, ale by je ograniczyła.

    Nawet jeśli z pewnych względów wyroki sądowe w sprawach o niewierność małżeńską zapadałyby rzadko, to i tak świadomość ich istnienia w pewien sposób temperowałaby zapędy części osób w tej sferze (na zasadzie „A może mnie tym razem złapią„). Poza tym prawo ma walor wychowawczy i wzmacnia w społeczeństwie potępienie dla kryminalizowanego przezeń zjawiska.

    Innymi słowy: niektórzy ludzie przestaliby to robić ze strachu przed karą. Inne osoby czyniłyby to rzadziej, albo przynajmniej nie chwaliłyby się tym przed innymi po to, by nie zostać ukaranymi. Jeszcze inni, łącząc w swych sercach i rozumach tak moralne i prawne potępienie dla cudzołóstwa, nie weszliby nigdy na drogę tego występku, podczas gdy w warunkach jego legalności mogliby łatwiej ulec jego pokusie. Oczywiście, tak czy inaczej, niektórzy ludzie dopuszczaliby się niewierności małżeńskiej w sposób podobny do tego, jak czyniliby to w warunkach jej legalności. Jednak ogólnie rzecz biorąc, można słusznie domniemywać, iż w sytuacji kryminalizacji cudzołóstwa zmniejszyłaby się częstotliwość jego występowania.


    7. Pan nasz Jezus Chrystus uwalniając cudzołożną niewiastę od ukamienowania (J 8, 1-11) nie pokazał w ten sposób, iż ŻADNA prawna kara nie należy się za ten grzech.

    W najlepszym wypadku co najwyżej zasugerował (choć to też jest bardzo dyskusyjne), że pod rządami Nowego Testamentu winno się unikać karania śmiercią za ten grzech. Jednak to jeszcze by nie znaczyło odrzucenia jakichkolwiek kar prawnych za ów występek (np. chłosty czy przymusowych prac społecznych). Najbardziej zaś oczywistą interpretacją faktu, iż Pan Jezus uwolnił cudzołożną niewiastę od kamieniowania, jest to, że powstrzymał On w ten sposób samosąd dokonywany w wątpliwych intencjach, a ponadto posiadając Boską wiedzę, był świadom, iż w tym konkretnym wypadku rezygnacja z kary śmierci przyniesienie większe dobro.

    8. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie jest postulatem kalwińskim.

    Faktem jest, iż w krajach rządzonych przez kalwinistów cudzołóstwo było prawnie karalne. Ale niby czego to ma dowodzić? A jeśliby w państwach władanych przez kalwinistów zabroniona była też aborcja, to miałoby to oznaczać, że w takim razie prawny zakaz zabijania nienarodzonych dzieci jest postulatem kalwinistycznym? Oczywiście tego rodzaju myślenie jest absurdalne. Za stricte kalwinistyczne należałoby dopiero uznać coś, co nie tylko występowało w naukach tych czy innych kalwinistów, ale co zostało potępione przez Magisterium Kościoła jako błędne, heretyckie lub też pod inną cenzurą teologiczną. Jednak postulat prawnej karalności niewierności małżeńskiej nigdy nie został potępiony przez nauczanie Kościoła (o czym poniżej).

    Ponadto, da się z łatwością wykazać, iż w państwach katolickich na przestrzeni wielu wieków cudzołóstwo oraz inne przejawy rozwiązłości seksualnej były prawnie karane.

    I tak np. król Franków Karol Wielki w 805 roku ogłosił kapitularz, w którym wyraźnie zabronił osobom płci obojga m.in. cudzołóstwa. Syn Karola Wielkiego król Ludwik Pobożny uznał zaś za obowiązujące w swym państwie uchwały synodu w Akwizgranie, wedle których do obowiązków dobrego władcy należy: „powściągania kradzieży i karania cudzołóstw„. Z kolei, jeden z pierwszych władców Polski, król Bolesław Chrobry nakazywał przyłapanych na niewierności małżeńskiej lub rozpuście mężczyzn karać w ten sposób, iż przybijano ich mosznę z jądrami do mostu targowego, a następnie dawano im ostry nóż pozostawiając do wyboru, albo własnoręczne dokonanie kastracji, albo powolną śmierć. W państwie założonym przez krzyżowców na terenach dzisiejszej Palestyny i Izraela obowiązywał z kolei Kodeks karny z Nablus, wedle którego cudzołożnej niewieście groziło obcięcie nosa, zaś mężczyzna, który dopuścił się tego czynu mógł zostać wykastrowany. Z kolei, powstałe w latach 1230-1235 „Zwierciadło Saskie” (będące spisem saskiego prawa zwyczajowego), które w późniejszym okresie zaczęło być przyjmowane jako obowiązujące prawo również w innych niż niemieckie krajach, za cudzołóstwo przewidywało nawet karę śmierci.

    Powyżej, wymieniłem tylko niektóre z przykładów karania niewierności małżeńskiej w państwach katolickich. Przykłady te, celowo tyczą się czasów sprzed powstania kalwinizmu, aby pokazać, iż katoliccy władcy wprowadzający takie sankcje i represje za cudzołóstwo, siłą rzeczy nie mogli inspirować się Janem Kalwinem, bądź jego uczniami, których wszak nie było jeszcze na tym świecie. Oczywiście można by tym prawom zarzucać, iż były zbyt drastyczne (kastracja), ich praktyczne wykonanie nierzadko było stronnicze (podobno częściej karano w tych sprawach kobiety niż mężczyzn) albo, że sami władcy je wprowadzający nie świecili przykładem życia w sferze cnoty czystości (vide: Karol Wielki i jego kilka nałożnic). Nie negując zasadności takich krytycznych uwag, nie sposób jednak zaprzeczyć temu, iż na długo przed powstaniem kalwinizmu w katolickiej świadomości prawno-politycznej żywa była potrzeba prawnej karalności niewierności małżeńskiej.

    9. Postulat prawnej karalności niewierności małżeńskiej należy do autentycznego zwyczajnego Magisterium Kościoła.

    Pius XI w encyklice „Casti connubii” nauczał wszak:

    Lecz, Czcigodni Bracia, w interesie państwa leży zabezpieczenie nie tylko materialnych warunków bytu rodziny i małżeństwa, ale także i tych, które się określa mianem dóbr duchowych: ustanowić mianowicie należy słuszne prawa i wiernie ich przestrzegać, aby stale chroniły  czystą wierność  oraz wzajemne wspieranie się małżonków”.

    W tym samym dokumencie Pius XI do rzędu „hańbiących i podłych pomysłów„, które „szlachetne poczucie , jakie cechuje wstydliwe małżeństwo, a nawet sam zdrowy pęd natury (…) odrzuca z pogardą i potępia” zaliczył między innymi pogląd tych, którzy:

    chcą, aby uznać za nijakie lub znieść wszelkie ustawy karne, jakie państwo wydało dla zachowania wierności małżeńskiej„.

    Powyższe nauczanie Piusa XI nie zostało do tej pory skorygowane lub zmienione przez magisterialne wypowiedzi następnych papieży. Nawet papież Franciszek w swym łagodnym podejściu do cudzołożników żyjących w nowych związkach nie posunął się do negowania zasadności prawnej karalności niewierności małżeńskiej. Owszem wskazywał on na to, że w pewnych okolicznościach wina za ów grzech może być łagodniejsza, ale i to nie oznacza samo w sobie kwestionowania postulatu prawnego zakazu cudzołóstwa. Tytułem analogii: to, że wina za kradzież może być raz większa, a raz mniejsza, nie jest równoznaczne ze stwierdzeniem, iż złodziejstwo z samej swej zasady nie powinno być karane przez władze cywilne.

    Doktryna wyłożona przez Piusa XI jest zatem wciąż elementem obowiązującego katolików w sercu i rozumie nauczania Kościoła. Oczywiście nie jest to samo w sobie dogmatem, ale nie tylko dogmatom katolicy mają być posłuszni.

    10. Brak prawnej karalności niewierności małżeńskiej w obecnym prawodawstwie Watykanu nie jest argumentem na rzecz jej dekryminalizacji.

    Kodeks karny Państwa Kościelnego z 1832 roku przewidywał karę 5 lat galer za niewierność małżeńską. Zawarte w 1929 roku Traktaty Laterańskie wprowadzały zaś zasadę, iż Kodeks karny państwa włoskiego jest jednocześnie prawem karnym państwa watykańskiego. Nie zmieniało to jednak samej zasady prawnej karalności cudzołóstwa na terenie Watykanu, gdyż w samych Włoszech niewierność małżeńska była zakazana do 1969 roku. Od tego czasu zaś wraz ze zniesieniem kryminalizacji cudzołóstwa we Włoszech prawo to zostało też zniesione na terenie Watykanu. Owszem od pewnego czasu Watykan może modyfikować niektóre z przepisów włoskiego Kodeksu karnego na swym terenie, lecz nie czyni tego w stosunku do cudzołóstwa. Katolików obowiązuje w sumieniu jednak posłuszeństwo nauczaniu Kościoła nie zaś taka czy inna prawna praktyka obowiązująca na terenie państwa watykańskiego.

    11. Brak kryminalizacji niewierności małżeńskiej w kodeksach karnych prawie wszystkich post-chrześcijańskich krajów nie jest argumentem na rzecz jej dekryminalizacji.

    Niektóre ze zmian w prawie i ustroju społecznym mogą być dobre, a niektóre mogą być złe. Słuszność danych zmian prawnych powinna być oceniana z perspektywy Pisma świętego, nauczania Kościoła i rozumu, nie można jej jednak oceniać na podstawie samej jej powszechności. To prawda, że obecnie w prawie wszystkich krajach post-chrześcijańskich cudzołóstwo nie jest już prawnie zakazane, ale to nie jest żaden argument na rzecz słuszności tej praktyki. Ostatecznie w większości post-chrześcijańskich państw legalna jest aborcja oraz homo-małżeństwa lub związki partnerskie. Czy to jednak miałoby znaczyć, że w takim razie są to słuszne i sprawiedliwe prawa?

    12. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie jest cechą państw totalitarnych.

    Prawna karalność cudzołóstwa istniała na wiele wieków przed powstaniem państw o charakterze totalitarnym. W istocie zaś rzeczy państwa, które są utożsamiane z totalitaryzmem, a więc te rządzone przez partie komunistyczne, faszystowskie i nazistowskie, w swej większości nie zawierały prawnego zakazu niewierności małżeńskiej. Przykładowo pośród kilkunastu państw w których u władzy byli komuniści tylko dwa z nich – to znaczy Rumunia oraz Korea Północna – przewidywały taką karalność. Z drugiej strony nie-komunistyczne państwa zachodnie w swej znamienitej większości utrzymywały prawny zakaz cudzołóstwa co najmniej do lat 60-tych, 70-tych lub 80-tych XX wieku. Jeśli zaś chodzi o nazistowskie Niemcy, to nie wprowadzały one żadnych specjalnych praw przeciwko cudzołóstwu jako takiemu. Owszem surowo karano tam seks pomiędzy Aryjczykami oraz osobami innej rasy lub pochodzenia żydowskiego, ale jest to przecież zupełnie inna kwestia. W tym prawie nie chodziło o niewierność małżeńską jako taką, ale o błędną zasadą utrzymywania czystości rasowej. Nie należy mieszać tych dwóch spraw.

    13. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie jest próbą narzucania norm o charakterze stricte religijnym.

    Szkodliwość cudzołóstwa owszem jest nauczana przez religię chrześcijańską, jednak jednocześnie jest ona elementem prawa naturalnego, które w łatwy sposób może być rozpoznane przez wszystkich ludzi. Jeśli więc ktoś mówi, iż prawny zakaz niewierności małżeńskiej stanowiłby próbę narzucania niewierzącym zasad o charakterze ściśle religijnym, to podobnie mógłby twierdzić w odniesieniu do zakazów morderstwa, kradzieży czy gwałtów.


    14. Popieranie prawnej karalności niewierności małżeńskiej nie musi wiązać się z popieraniem karania przez władze cywilne jakichkolwiek grzechów.

    Poziom szkodliwości różnych grzechów jest rozmaity. Jedne z nich wyrządzają bliźnim relatywnie niskie szkody, inne wyrządzają im duże szkody. Te z grzechów, które wyrządzają innym ludziom wymierne szkody, powinny być karane przez władze cywilne. Cudzołóstwo zaś z pewnością należy do tych nieprawości, które w wydatny sposób krzywdzą innych ludzi.

    15. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie jest sprzeczna z zasadą wybaczania naszym krzywdzicielom.

    Czy molestowane seksualnie przez swego ojca dziecko powinno mu wybaczyć? Oczywiście, gdyż nakaz wybaczania nie zna żadnych wyjątków. Czy to jednak oznacza, że taki ojciec nie powinien być ukarany przez władze cywilne? Jasne, że nie. To, że pragnie się dobra dla naszych krzywdzicieli (co jest jednym z elementów wybaczenia) nie jest równoznaczne z dawaniem im bezkarności. Przeciwnie, karanie złoczyńców jest wyświadczeniem dobra tak im, jak i całemu społeczeństwu.

    16. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie musi prowadzić do rozbijania rodzin.

    W sytuacji, gdy cudzołóstwo byłoby karane, zwykle jest ono już na tyle jawne, że zdradzany małżonek i tak zazwyczaj wie, że takowy czyn zaistniał. Ewentualne ujawnienie go przed sądem nie stanowiłoby więc wtedy dla zdradzonego jakiegoś nagłego szoku, który mógłby go/ją pobudzić do tym bardziej gorliwego dążenia do zakończenia swego związku. Ponadto, można powiedzieć, że sądowe ukaranie niewierności małżeńskiej mogłoby powściągać chęć zemszczenia się drugiej strony za doznaną krzywdę. Poza obok prawnej karalności cudzołóstwa można by wypracować różne procedury, które pomagałyby małżonkom w pogodzeniu się ze sobą. Trzeba również dodać, iż instytucja rozwodu również powinna zostać zniesiona, a więc na płaszczyźnie prawnej sądowe ukaranie cudzołóstwa po prostu nie kończyłoby dotkniętego nim małżeństwa. Ogólnie zaś rzecz biorąc, nawet jeśli w niektórych wypadkach ukaranie cudzołóstwa przyczyniałoby się do większego skłócenia ze sobą małżonków, to z drugiej strony prawny zakaz cudzołóstwa mógłby skutkować ocaleniem większej ilości małżeństw. Karalność cudzołóstwa może bowiem przyczyniać się do faktycznego ograniczania jego występowania, a co za tym idzie do mniejszej ilości rozbitych rodzin. Takie podejście do tego problemu jest zgodne z tradycyjnie katolicką zasadą podwójnego skutku. Zasada ta pozwala bowiem na podejmowanie pewnych dobrych moralnie działań, co do których przewiduje się jednak wystąpienie pewnych negatywnych skutków ubocznych. Przykładowo: zakaz aborcji jest słuszny i dobry, chociaż jednym ze skutków ubocznych może być tu większa ilość zgonów kobiet wynikających z zabijania nienarodzonych dzieci w warunkach mniej higienicznych, niż działoby się to w okolicznościach, gdy owa zbrodnia byłaby legalna. Summa summarum jednak więcej istot ludzkich zostanie w wyniku takiego prawa uratowanych.


    17. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie musi uderzać przede wszystkim w kobiety.

    Wedle różnych badań to mężczyźni częściej niż kobiety dopuszczają się cudzołóstwa, a więc to właśnie osoby płci męskiej winny być częściej karane za ów występek. Prawny zakaz cudzołóstwa oczywiście powinien tyczyć się w równym stopniu tak mężczyzn, jak i kobiet, a nie jak to czasami w historii bywało tylko kobiet. Gdyby miało okazać się, że i tak w praktyce częściej za ów grzech karano by kobiety, to nie byłaby to wina takiego prawa jako takiego, ale konkretnych ludzi, którzy by je stronniczo realizowali. W takich wypadkach należałoby pracować nad poprawą świadomości osób odpowiedzialnych za wdrażanie prawnej karalności cudzołóstwa oraz udoskonalać różne procedury z tym związane.

    18. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie musi oznaczać wsadzania ludzi do więzień.

    Kara więzienia nie jest jedyną wyobrażalną sankcją prawną. Czy nie istnieje wszak coś takiego jak np. przymusowe prace społeczne? W istocie rzeczy nie powinno się zbyt prędko wsadzać ludzi do więzień, gdyż takowe miejsca sprzyjają głębszej deprawacji ludzi tam osadzonych. Prace społeczne są karami mniej skomplikowanymi do wdrożenia oraz bardziej wychowawczymi. I właśnie takie sankcje powinny być preferowane względem cudzołożników i cudzołożnic.

    19. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie oznacza „przymuszania ludzi do miłości”.

    Oczywiście nie da się przymusić ludzi do miłości, jednak jeśli ktoś powstrzymuje się od takiego czy innego zewnętrznego grzechu jedynie z obawy przed karą doczesną to: a) co prawda nie zasługuje w ten sposób na zbawienie; b) ale przynajmniej w mniejszym rozmiarze krzywdzi swych bliźnich; c) zyskuje sobie mniej srogie potępienie w piekle; d) strach przed karami doczesnymi może go w końcu pobudzić do prawdziwej skruchy (jak uczył o tym choćby św. Augustyn). Tytułem analogii: jeśli złodziej przestanie kraść tylko z obawy przed karami doczesnymi, to i tak dobrze się stanie w tym sensie, że jakaś liczba ludzi nie zostanie już przez niego okradziona.

    20. Jest bardzo dyskusyjne twierdzenie, iż obecnie obowiązujące w Polsce prawo karze niewierność małżeńską.

    Art. 23 zd. 2 polskiego Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego co najwyżej poleca zachowywanie wierności małżeńskiej, ale bez wyznaczania żadnych kar za jej złamanie. Owszem, w wyniku procesów rozwodowych niewierni małżonkowie mogą być de facto w jakiś tam sposób ukarani (wyższymi alimentami), ale jest to rozwiązanie zarówno wadliwe, jak i mocno niepełne, gdyż:
    a) Nie powinno być w prawie instytucji rozwodu.
    b) Formalnie rzecz biorąc, sąd nie daje wyższych alimentów konkretnie za cudzołóstwo.
    c). Co najwyżej tylko jedna strona cudzołóstwa jest wtedy karana. Brak jest kar za ów występek dla drugiej strony (czyli np. tego kto do owej nieprawości zachęcał, namawiał).
    d). Wciąż nie ma kary dla tych, którzy cudzołóstwo pochwalają, propagują, ułatwiają jego zaistnienie – a to na pewnej płaszczyźnie jest jeszcze gorsze niż samo popełnienie cudzołóstwa jako takiego.

    Mirosław Salwowski

  2. Czy nauka Piusa XI o prawnej karalności cudzołóstwa jest wciąż obowiązująca?

    Leave a Comment

    Jak wiemy sprawujący swój pontyfikat w latach 1922 – 1939 papież Pius XI w wydanej przez siebie encyklice „Casti connubii” w sposób jasny i zdecydowany nauczał, iż władze cywilne powinny zakazywać oraz karać występek niewierności małżeńskiej. W dokumencie tym pisał wszak:

    Lecz, Czcigodni Bracia, w interesie państwa leży zabezpieczenie nie tylko materialnych warunków bytu rodziny i małżeństwa, ale także i tych, które się określa mianem dóbr duchowych: ustanowić mianowicie należy słuszne prawa i wiernie ich przestrzegać, aby stale chroniły  czystą wierność  oraz wzajemne wspieranie się małżonków” (podkreślenie moje – MS).

    W tej samej encyklice Pius XI do rzędu „hańbiących i podłych pomysłów„, które „szlachetne poczucie, jakie cechuje wstydliwe małżeństwo, a nawet sam zdrowy pęd natury (…)odrzuca z pogardą i potępia” zaliczył między innymi pogląd tych, którzy:

    chcą, aby uznać za nijakie lub znieść wszelkie ustawy karne, jakie państwo wydało dla zachowania wierności małżeńskiej„.

    Powyższe wypowiedzi Piusa XI należą oczywiście przynajmniej do tzw. autentycznego oraz zwyczajnego nauczania Kościoła, gdyż mają one charakter tak urzędowy, jak i publiczny (to znaczy zostały ujęte w encyklice papieskiej) oraz tyczą się moralności (czyli dokładniej rzecz ujmując moralnych powinności osób sprawujących rządy). Dodatkowo, stwierdzenia tego papieża miały charakter zdecydowany i stanowczy, nie mieszcząc się w kategorii jakichś luźnych spekulacji czy hipotetycznych rozważań. Poza tym – co jeszcze raz podkreślam – były to wypowiedzi na temat moralności (czyli tego jak należy postępować), a nie historii (np. w którym roku wybuchła II wojna światowa albo ile było ofiar Holocaustu) lub socjologii (np. stwierdzenia odnośnie do tego, który naród w historii był bardziej religijny).

    Normalnym zatem wnioskiem, jaki katolicy winni wyciągnąć z powyższego, wydaje się konstatacja, że choć co prawda wskazane wyżej nauczanie Piusa XI nie należy do orzeczeń o charakterze dogmatycznym (czyli samych w sobie nieomylnych), to jednak jako część autentycznego i zwyczajnego nauczania Kościoła powinno być przyjmowany przez katolików z posłuszeństwem serca oraz rozumu. Nie wszyscy jednak katolicy tak rozumują, czego przykładem jest choćby internetowa rozmowa, jaką w ostatnich dniach odbyłem na profilu jednego z katolickich duchownych. Ksiądz ów w dyskusji ze mną utrzymywał, iż skoro „aktualna” (w znaczeniu „soborowa” oraz „posoborowa”) doktryna Kościoła nie powtarza już nauczania Piusa XI o potrzebie prawnej karalności cudzołóstwa, to oznacza właśnie, że rzeczone nauczanie już katolików nie obowiązuje. Czy należy więc zgodzić się z tym rozumowaniem?

    Milczenie nie zawsze oznacza negację

    Zacznijmy od tego, iż owszem (poza jednym wyjątkiem o którym więcej poniżej) „soborowe” (czyli Vaticanum II) oraz „posoborowe” Magisterium Kościoła nie powtarza nauczania Piusa XI na temat potrzeby prawnej karalności cudzołóstwa, to jednak nie formułuje też ono tezy przeciwnej do tejże doktryny. Innymi słowy, aktualne Magisterium Kościoła po prostu nie wypowiada się na temat tego, czy cudzołóstwo powinno być prawnie karalne, ale nie mówi też czegoś przeciwnego temu, co na ów temat uczył Pius XI. Nie ma więc we współczesnym oficjalnym nauczaniu Kościoła ani postulatu: „Niewierność małżeńska powinna być przez władze cywilne karalna” ani także tezy przeciwnej, czyli :”Niewierność małżeńska nie powinna być przez władze cywilne karalna„. Nawet więc, gdyby uznać, że istotnie nauczanie Piusa XI już nie obowiązuje katolików, to z całą pewnością nie można by przejść od tego do konstatacji, że w takim razie ci katolicy, którzy współcześnie popierają prawną karalność cudzołóstwa polemizują, albo okazują w ten sposób jakieś nieposłuszeństwo aktualnemu Magisterium Kościoła. W takim bowiem wypadku milczenie nauczania Kościoła na ów temat oznaczałoby po prostu, iż katolicy mają swobodę opinii na temat tego, czy władze cywilne powinny, czy nie powinny karać występek niewierności małżeńskiej.

    Przejdźmy jednak do najbardziej istotnego wątku tego artykułu. Spróbujmy bowiem odpowiedzieć na pytanie, czy fakt prawie całkowitego milczenia soborowego i posoborowego Magisterium Kościoła w kwestii prawnej karalności cudzołóstwa oznacza, iż wcześniejsze nauczanie Piusa XI na ten temat już katolików nie obowiązuje? Otóż mam spore wątpliwości, czy aby na pewno można wysunąć taką tezę.

    Po pierwsze bowiem: można by zapytać, przez ile lat Kościół nie powinien wypowiadać się na dany temat, by uznać, że dawniejsze nauczanie już nie jest dla katolików wiążące? Czy to ma być 10, 20, 50, a może 100 lub 200 lat? Czy jeśliby np. przez ostatnich 15 lat nie wyszedł z Watykanu żaden dokument podtrzymujący tradycyjne nauczanie o tym, iż prawo państwowe winno zakazywać i karać zbrodnię aborcji oznaczałoby to w takim razie, że katolicy mogą już popierać prawną legalizację zabijania nienarodzonych dzieci? A co w przypadku, jeśliby takie urzędowe milczenie Kościoła na ów temat trwało nie 15, ale dajmy na to 50 albo i 100 lat?

    Między innymi z tego powodu, uważam za bezpieczniejsze przyjmowanie założenia, że jeśli nawet samo w sobie nie-nieomylne nauczanie Kościoła nie jest powtarzane przez jakiś czas, ale jednocześnie aktualne Magisterium nie przeszło do głoszenia jakiejś przeciwnej temu wcześniejszemu nauczaniu tezy, to należy zakładać, że takie wcześniejsze nauczanie nadal jest obowiązujące. Oczywiście, zastrzegam, iż powyższe rozważania dotyczą możliwości zaprzeczenia tylko tzw. autentycznemu zwyczajnemu Magisterium, które samo w sobie nie jest nieomylne. Nie tyczą się jednak one ani uroczystego ani tzw. powszechnego (a nie tylko autentycznego) i zwyczajnego nauczania Kościoła, któremu to nauczaniu nie ma prawa zaprzeczać żaden papież ani sobór. Te dwa rodzaje nauczania katolickiego cieszą się bowiem wolnością od błędu i omyłki, a następni papieże lub sobory mogą je tylko precyzować i rozwijać, jeśli chodzi o rozumienie różnych szczegółów w nim zawartych. Przykładowo, żaden papież nie mógłby w prawowity sposób zobowiązać katolików w sumieniu do przyjęcia twierdzenia, iż picie alkoholu nawet czynione w bardzo ostrożny i umiarkowany sposób jest zawsze moralnie niedopuszczalne, gdyż przeczyłoby to powszechnemu i zwyczajnemu nauczaniu Kościoła na ten temat. Wyobrażam sobie jednak sytuację polegającą jednak na tym, że któryś z następnych papieży stwierdziłby, iż, dajmy na to, konkretnie wódka jako napój alkoholowy jest zbyt mocno upajająca i w związku z tym jej spożywanie jest zawsze moralnie niedozwolone. Nie odebrałbym też jako przeczenia tradycyjnemu nauczaniu na temat dopuszczalności umiarkowanego picia alkoholu, gdyby ten lub inny Biskup Rzymu w odniesieniu do konkretnego narodu, w którym bardzo silne byłyby tradycje pijaństwa i nadużywania trunków wzywał całą tamtejszą społeczność do całkowitego wyrzeczenia się spożywania napojów alkoholowych.

    Po drugie: jeśli przyjmiemy założenie, że milczenie tego czy innego aktualnego dokumentu kościelnego na dany temat oznacza, iż wcześniejsze nauczanie już nie obowiązuje, to możemy dojść czasami do bardzo dziwnych wniosków. Przykładowo, Katechizm Kościoła Katolickiego z 1992 roku słusznie potępiając grzech obmowy (tamże, n. 2477 i 2479) nie powtarza przy tym tradycyjnego nauczania moralistów katolickich o tym, jak powinien się zachować człowiek, który słyszy obmowę (czyli, że winien wówczas albo polecić obmówcy zamilknięcie, albo też wyrazić swe niezadowolenie z tego tytułu w inny sposób). Czy to jednak oznacza, że to nauczanie katolickie nie jest już obowiązujące?

    Owszem, różne dokumenty kościelne mogą w miarę dokładny sposób przedstawiać wykładnię Magisterium na wiele tematów, ale to nie znaczy, że czynią to one w sposób absolutny. Innymi słowy, nie można oczekiwać od dokumentów Magisterium – choćby i miały one kilkaset stron – iż przedstawią dokładnie całą naukę Kościoła na absolutnie każdy temat. To jest zupełnie nierealistyczne i niepraktyczne podejście do tematu.

    Po trzecie: tak naprawdę nie jestem pewien, czy w „soborowym” i „posoborowym” Magisterium Kościoła w żadnym miejscu nie powtarza się nauczania Piusa XI na temat potrzeby prawnej karalności niewierności małżeńskiej. O ile bowiem np. Katechizm Kościoła Katolickiego z 1992 roku odnosząc się do obowiązków władz cywilnych w sferze moralności seksualnej, wspomina jedynie o tym, że takowe winny zabraniać produkcji i rozpowszechniania pornografii (patrz: n. 2354), o tyle już ogłoszone przez Benedykta XVI w 2005 roku Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego wydaje się tę kwestię traktować szerzej w punkcie numer 494, nauczając co następuje:

    Władze cywilne, ponieważ są zobowiązane szanować godność osoby ludzkiej, powinny stwarzać środowisko przyjazne dla czystości, zakazując także stosownymi prawami, rozprzestrzeniania się wyżej wspomnianych ciężkich wykroczeń przeciwko czystości, aby chronić przede wszystkim małoletnich i bardziej słabych” (podkreślenie moje – MS).

    Ów zapis jest zaś nawiązaniem do punktu 492, gdzie do ciężkich wykroczeń przeciwko cnocie czystości zostało zaliczone między innymi cudzołóstwo, czyli niewierność małżeńska.

    Oczywiście, nie chcę przez powyższe powiedzieć, że w takim razie papież Benedykt XVI w sposób jasny i jednoznaczny powtórzył w ten sposób nauczanie Piusa XI. Ciągle bowiem można zastanawiać się, co przez „rozprzestrzenianie ciężkich wykroczeń przeciw czystości” należy tu rozumieć? Czy wystarczy już tu tylko w prywatnym zaciszu namawiać kogoś do cudzołóstwa (wszak i w ten sposób ów występek się rozprzestrzenia)? Czy może chodzi o działania o bardziej zorganizowanym charakterze (np. działalność portali randkowych ułatwiających niewierność małżeńską lub też upowszechnianie pism, filmów i innego rodzaju wydawnictw usprawiedliwiających cudzołożenie)? Tak czy inaczej, stwierdzenie Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego na ten temat jest jednak w pewien sposób bliższe nauczaniu Piusa XI, osłabiając tezę, jakoby aktualne Magisterium Kościoła już w żaden, ale to żaden sposób nie wypowiadało się w tej kwestii.

    Podsumowanie

    Biorąc więc pod uwagę wszystkie powyższe rozważania, uważam za bardzo wątpliwą tezę, jakoby domniemany brak powtórzenia przez aktualne Magisterium Kościoła nauczania papieża Piusa XI o tym, że niewierność małżeńska powinna być prawnie karalna, oznaczał, że w takim razie owa doktryna przestała być częścią obowiązującego katolików w sumieniu nauczania. A już jako skrajnie niesprawiedliwe oceniam sugestie, jakoby podtrzymywanie słuszności tego postulatu było wyrazem polemiki czy nieposłuszeństwa wobec „soborowego” i „posoborowego” nauczania Kościoła.

    Mirosław Salwowski

  3. Czy moje poglądy są „kalwinistyczne” albo „jansenistyczne”?

    Leave a Comment

    Ciągle powtarzającym się twierdzeniem wysuwanym w kierunku mej publicystycznej aktywności jest zarzut przypisujący mi promowanie takich błędów i herezji jak: purytanizm, kalwinizm czy jansenizm. Często sugeruje mi się też, że propaguję moralność „muzułmańską”. Spotkałem się nawet z głosami, jakoby, wspierał „manicheizm” czy nawet „kataryzm”. Jako, że nigdy owe oskarżenia nie są poparte merytorycznymi dowodami (polegającymi na wykazaniu, które konkretnie z promowanych przeze mnie poglądów są odrzuconymi przez Magisterium Kościoła błędami czy herezjami) czasami zarzuty te są nieco łagodzone i zamiast np. kalwinizmu „sensu stricte” przypisuje mi się zaledwie „kalwinistyczną mentalność”, etc.

    Wszystkie te zarzuty i oskarżenia są bzdurne, głupie i bezsensowne z kilku powodów:

     

    PO PIERWSZE: głoszona przeze mnie „surowość moralna” (która w swej istocie jest tak naprawdę jasnością, konsekwencją i klarownością w objaśnianiu tradycyjnych zasad moralności katolickiej) była i jest inspirowana przez szczerą chęć podążania za katolicką ortodoksją. Każdy z poglądów, który promuje w swych artykułach i książkach udowadniam za pomocą licznych odwołań do zarówno przed jak i posoborowego Magisterium Kościoła oraz pism i wypowiedzi Ojców, Doktorów, Świętych, katolickich teologów o uznanej prawowierności.  W rzeczywistości też znajomość tego co mówi tradycyjnie protestancka teologia na temat takich kwestii jak mieszane tańce i plaże, skromność strojów, zawodowy boks, prawo władz cywilnych do karania nierządu, cudzołóstwa czy pornografii, jest w mym przypadku acz nader skromna w porównaniu z analogiczną wiedzą, jaką w ciągu wielu lat zdobyłem na owe tematy studiując tradycyjną teologię katolicką. Przykładowo, jestem w stanie podać blisko 100 wypowiedzi autorytetów katolickich, w których przestrzega się przed tańcami i balami, ale nie wiem, czy byłbym zdolny przytoczyć choćby 5 cytatów autorstwa protestanckich pastorów i kaznodziei na ów temat.

     

    PO DRUGIE: mimo mych wielokrotnych próśb, które w przeciągu wielu lat, kierowałem do oponentów „brawaryzmu” o wykazanie, które z tez promowanych w mych artykułach, zostały napiętnowane, odrzucone albo przynajmniej skrytykowane przez Magisterium Kościoła, nikt z nich, nie był w stanie podać choćby jednego takiego poglądu. Inaczej rzecz ujmując: choć wciąż jestem zarzuca mi się błędy i herezje, to ilekroć wołam „sprawdzam” (domagając się konkretnych dowodów na poparcie tych zarzutów) następuje ze strony mych przeciwników milczenie. Faktycznie więc przeciwnicy „brawaryzmu” posługują się gołosłownymi oskarżeniami i pustosłowiem, które – przyjmując założenie, iż posługują się oni nimi świadomie – należałoby nazwać oszczerstwami, kalumniami i zniesławieniami.

     

    PO TRZECIE: choć jest prawdą, iż kalwiniści i purytanie bardzo niechętnie odnosili się do tańców damsko-męskich, zaś janseniści krytykowali np. praktykę polegającą na bardzo łatwym udzielaniu rozgrzeszenia nałogowym grzesznikom, fakt ten jeszcze w żaden sposób nie świadczy, że przekonania takie są błędne, heretyckie czy też na inny sposób niekatolickie. Wszak obok błędnych poglądów kalwiniści, purytanie i janseniści głosili też sporą ilość opinii zgodnych z odwiecznym nauczaniem Kościoła. Zwolennicy tych herezji  nie zostali potępieni przez Magisterium Kościoła za niechęć względem tańców i balów, domaganie się skromności strojów, twierdzenie, iż władze cywilne mają prawo karać nierząd i cudzołóstwo czy też krytykę zbyt łatwego rozgrzeszania pewnych notorycznym złoczyńców. Pośród setek tez wyznawanych przez kalwinistów, purytan czy jansenistów, które zostały uznane przez Stolicę Apostolską za błędne, heretyckie lub w najlepszym wypadku za nieroztropne i nierozważne, nie znajduje się opinia o treści:  „Tańce i bale zazwyczaj są bliską okazją do grzechu”; „Władze publiczne powinny karać i zakazywać niemałżeńskich związków seksualnych”; „Mężczyźni i niewiasty nie powinni kąpać się razem lub przebywać w stopniu prawie całkowitego negliżu w tym samym miejscu”;  „Brak przemiany życia jest dowodem na to, iż prawdopodobnie skrucha penitenta była zwodnicza, fałszywa i w takim wypadku kapłan powinien wstrzymać się z udzieleniem rozgrzeszenia” (oczywiście nie ma tam też zdania, które co prawda nie brzmiałoby identycznie, lecz jego sens dał by się ująć w tych słowach). Kalwinizm, purytanizm i jansenizm są błędne, obrzydliwe i heretyckie z całkowicie innych powodów.

    Wskazywanie zaś na to, że któryś z poglądów był podzielany przez jansenistów, a następnie twierdzenie, iż ktokolwiek powtarzający ową opinię dziś jest zwolennikiem jansenizmu jest tyle bezsensowne, co i głupie. Na takiej zasadzie można by wszak twierdzić, że np. sprzeciw wobec aborcji czy homoseksualizmu jest poglądem „fundamentalistycznie protestanckim”, gdyż przecież również wielu protestanckich fundamentalistów potępia te obrzydliwości. Tym bardziej groteskowe jest nazywanie w ten sposób poglądów, które nie dość, że nie zostały potępione przez Magisterium Kościoła, ale jeszcze stały się jego częścią albo też przynajmniej zostały przez nie zaaprobowane.

     

    PO CZWARTE: moje zainteresowanie różnymi takimi kwestiami tradycyjnej moralności chrześcijańskiej jak: tańce, skromność strojów, mieszane plaże, boks zawodowy, relacje chrześcijanie – popkultura, prawo władz cywilnych do karania pewnych grzechów, etyka sytuacyjna (w tym kwestia bezwzględnej niedopuszczalności kłamstwa), ma swój początek w studiowaniu różnorodnych publikacji katolickich (wydawanych przed Vaticanum II kościelnych pism, katechizmów, kazań, etc), a także w mym zaangażowaniu się w ruch tradycjonalistyczny (sprawą skromności strojów zainteresowałem się czytając artykuły w piśmie „Zawsze Wierni” temu poświęcone).

     

    PO PIĄTE: choć wydaje się być prawdą, iż – historycznie rzecz biorąc – pewne postulaty „brawaryzmu” były praktycznie rzecz biorąc, częściej realizowane w łonie społeczności protestanckich aniżeli katolickich, to okoliczność ta i tak niczego jeszcze nie dowodzi. Powoływanie się wszak na to, co miliony katolików czyniło w faktycznej opozycji do tego czego w danej kwestii nauczał Kościół, musi bowiem prowadzić na manowce. Owszem, trudno jest zaprzeczyć temu, że np. tańce i bale na przestrzeni wieków częściej występowały w krajach katolickich, aniżeli protestanckich, ale analogiczną obserwację można wyciągnąć odnośnie skali popularności i poparcia, jaką cieszyły się różne radykalnie lewicowe ruchy w obu tych grupach krajów. Otóż, gdy przyjrzymy się historii takich krajów jak Włochy, Francja, Hiszpania, nie mówiąc już nawet o Ameryce Łacińskiej, to zauważymy, iż ugrupowania komunistyczne i socjalistyczne cieszyły się tam wsparciem dużej części społeczeństwa. Na przykład, we Włoszech przez dziesiątki lat tamtejsza partia komunistyczna otrzymywała w wyborach od 30 do 50 procent oddanych głosów. Nieraz zaś bywało tam tak, iż nawet zatwardziali komuniści uważali się za gorliwych katolików, regularnie chodzili na Msze święte i korzystali z sakramentów. Z kolei w wielu krajach Ameryki Łacińskiej komuniści nie objęli rządów tylko dlatego, że nie pozwalały im na to przewroty tamtejszych, opanowanych przez prawicę armii. Trudno tą występującą w tych tradycyjnie katolickich krajach skalę poparcia dla komunizmu i socjalizmu nawet porównać z często znikomym wsparciem, na jakie radykalna lewica mogła liczyć w krajach tradycyjnie protestanckich. Przykładowo, w USA czy Wielkiej Brytanii, nigdy nie działała silna partia o charakterze stricte komunistycznym lub socjalistycznym (wszak, mimo wszystko, trudno byłoby nazwać Demokratów czy brytyjskich Labourzystów tym mianem). Co prawda, w historycznie protestanckich krajach Skandynawii od lat władzę sprawują partie mające w nazwie przymiotnik „socjalistyczna”, ale i tak trudno jest tu o jakieś analogie, gdyż w rzeczywistości jest (i dawniej też było) tam mało ludności (w Szwecji np. mieszka niespełna 10 milionów osób, a we Włoszech dla porównania przeszło 60 milionów; Norwegia liczy sobie niespełna 5 milionów mieszkańców, a Brazylię zasiedla 150 milionów ludzi). Wychodzi więc na to, że przez dziesiątki lat, w sporej części krajów tradycyjnie katolickich sympatia dla komunizmu i socjalizmu była o wiele większa, aniżeli w krajach tradycyjnie protestanckich. Czy to oznacza więc, iż komunizm i socjalizm są katolickie, a niechęć względem nich protestanckie? Oczywiście, że nie, wszak te radykalnie lewicowe ideologie zostały niejednokrotnie potępione przez Magisterium Kościoła. Podobnych przykładów można by podawać więcej. Zwyczaj modlitwy przed jedzeniem „teoretycznie” jest jak najbardziej tradycyjnie katolicki, a mimo to wydaje się, iż znacznie częściej jest on praktykowany przez pobożnych protestantów, aniżeli pobożnych katolików. Takie formy synkretyzmu i okultyzmu jak voo doo, santeria czy macumba, rozpowszechniły się o wiele bardziej na terenach katolickich (Brazylia, Haiti, Kuba, Luizjana), aniżeli w krajach protestanckich. Czy to oznacza, że te obrzydliwe kulty są tradycyjnie katolickie? Inny przykład: zwłaszcza w krajach Ameryki Łacińskiej (ale także we Włoszech) od dawna upowszechniła się kultura i mentalność bardzo sprzyjająca różnym formom rozwiązłości seksualnej. Widać to choćby po tym, iż jeszcze przed Soborem Watykańskim II, w wielu krajach Ameryki Południowej większość dzieci było poczynanych poza małżeństwem, zaś ideałem mężczyzny stanowił tzw. machos, a więc osobnik, który z założenia źle traktuje swą żonę (zdradza ją i bije), a wyznacznikiem prawdziwej męskości dla niego jest posiadanie licznych kochanek, wizyty w domach publicznych, etc. Aż takiego kulturowo-społecznego przyzwolenia na rozwiązłość seksualną trudno by szukać w protestanckich Stanach Zjednoczonych. Czy to oznacza jednak, że kultura „machismo” jest tradycyjnie katolicka?

     

    PO SZÓSTE: pomijając już wszystko inne, kalwinizm należy akurat do tych herezji, którymi w szczególnie intensywny sposób się brzydzę i których nienawidzę z całego mego serca. Mogę nawet bez większego wahania powiedzieć, iż – w pewnych ważnych aspektach – Bóg, w którego wierzą kalwiniści nie jest prawdziwym Bogiem, ale jest upiornym bożkiem, który warty jest splunięcia oraz pogardy.

  4. Kara śmierci dla cudzołożnych i zboczonych księży

    Leave a Comment

    Kiedy został upowszechniony jeden z mych tekstów na temat słuszności prawnej karalności niewierności małżeńskiej wiele osób błędnie interpretowało go, jako popieranie przeze mnie powszechnego karania śmiercią za ów występek. Tymczasem nie raz tłumaczyłem, iż choć nie mogę absolutnie wykluczyć zasadności nawet tak surowej sankcji, to ogólnie rzecz biorąc uważam, że powinno się stosować łagodniejsze kary za ową nieprawość (np. chłostę lub prace społeczne). Swe stanowisko w tej sprawie szerzej wyjaśniałem w poniższym artykule: https://salwowski.net/2017/03/16/czy-jestem-zwolennikiem-kary-smierci-za-cudzolostwo/

     

    O ile więc, ogólnie rzecz biorąc nie wykluczam, to jednak nie preferuję też karania śmiercią za cudzołóstwo (czyli niewierność małżeńską). Można jednak powiedzieć, iż w przypadku nielicznych przypadków tym podobnych czynów opowiadałbym się za stosowaniem tej kary. Jedną z takich okoliczności stanowią przypadki tych osób duchownych (księży i zakonników), którzy wielokrotnie dopuszczali się uwodzenia cudzych żon, homoseksualizmu bądź wykorzystywania seksualnego osób nieletnich. W takich wypadkach karę śmierci traktowałbym nie tylko jako jedną z możliwych opcji, ale nawet preferowałbym ją. Seksualne nieprawości w wykonaniu osób duchownych są bowiem obiektywie jeszcze cięższym złem niż podobne zachowania popełniane przez osoby świeckie. Ksiądz lub zakonnik powinien wszak mieć jeszcze większą świadomość obrzydliwości takich czynów aniżeli członkowie laikatu. Poza tym, osoby duchowne pełnią zawód tzw. zaufania społecznego, a co za tym idzie zgorszenie przez nie wywoływane jest o wiele bardziej niszczące w skutkach niż analogiczne zgorszenie w wykonaniu osób świeckich. A przecież jak wiemy nasz Pan Jezus Chrystus mówił o gorszycielach:

    Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza. Biada światu z powodu zgorszeń! Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie (Mt 18, 6-7).

    Warto w tym miejscu też przypomnieć, iż papież św. Pius V nakazał w stosunku do księży winnych uczynków seksualnych przeciwnych naturze (a więc m.in. sodomii) wydawanie ich w ręce władz cywilnych by te wymierzyły im przewidzianą przez prawo karę (a taką w przypadku owych nieprawości była wówczas zazwyczaj kara śmierci).

     

    Myślę więc, że pomysł karania śmiercią księży i zakonników notorycznie (w rozumieniu: kilkukrotnie) dopuszczających się aktów homoseksualizmu, uwodzenia cudzych żon oraz molestowania seksualnego osób nieletnich naprawdę nie powinien wywoływać większych kontrowersji. Można by się jeszcze spytać, a co w wypadku, gdy osoby duchowne odpowiedzialne za takie grzechy nie doczekały się za swego ziemskiego życia sprawiedliwego osądzenia swych niecnych postępków, ale te obrzydliwości zostały szerzej nagłośnione po ich śmierci? Sądzę, iż należałoby wtedy dokonać symbolicznego ukarania ich po śmierci i wzorem pobożnego króla Jozjasza wykopać kości takich osób i je spalić (vide: 2 Krl 23, 20). Ktoś może w tym wypadku zaprotestować, że przecież jednym z uczynków miłosiernych wobec ciała jest „zmarłych pogrzebać„. To prawda, jednak nie jest to zasada absolutna, a więc nie znająca żadnych wyjątków. Jest moralnie dozwolone w imię większego dobra np. dokonywać sekcji zwłok, mimo, że w pewien sposób narusza to powyższą regułę. Podobnie uważam, że przywołany wyżej biblijny przykład króla Jozjasza uzasadnia nakreślony przeze mnie sposób potraktowania zwłok pewnych nieukaranych za życia złoczyńców. Jozjasz jest bowiem ukazany na kartach Pisma św. jako król dobry, bogobojny i sprawiedliwy, a jego czyn wykopania i spalenia kości zmarłych wcześniej ludzi nie został w żadnym miejscu Biblii napiętnowany czy zganiony.

    Na sam koniec dodam i sprecyzuję, iż oczywiście nie nawołuję w tym artykule do samosądów oraz innych przestępstw (zabijania cudzołożnych i zboczonych księży lub samowolnego bezczeszczenia ich zwłok). Po prostu uważam, że władze cywilne powinny ustanawiać prawa, które w ten sposób represjonowałyby takie grzechy. Co niech da nam Bóg wszechmogący w Trójcy Jedyny oraz Pan nasz i Zbawca Jezus Chrystus, któremu niech będzie cześć, chwała i uwielbienie na wieki wieków Amen.

  5. Czy Katechizm Kościoła Katolickiego wyklucza karę śmierci za cudzołóstwo?

    Leave a Comment

    W reakcji na mój poprzedni artykuł pt. „Kamienowanie cudzołożników i cudzołożnic było dobre, mądre oraz sprawiedliwe” pojawiło się kilka krytycznych głosów i sugestii mych czytelników, do których chciałbym się ustosunkować. A zatem:

     

    PO PIERWSZE: sam nie jestem, zasadniczo rzecz biorąc, zwolennikiem karania śmiercią za niewierność małżeńską. Owszem, wierzę w to, iż w czasach Starego Testamentu kara ta była w pełni dobra, mądra i sprawiedliwa. Nie widzę zresztą innej możliwości, gdyż taką sankcję karną dla ówczesnego narodu żydowskiego ustanowił Bóg, a On przecież się nigdy nie myli i nigdy nie nakazuje mam czynienia czegoś, co byłoby ze swej istoty złe i niegodziwe. Przyznaję też otwarcie, że nie widzę żadnych mocniejszych przesłanek, by traktować karę śmierci za cudzołóstwo jako zawsze złą i zawsze niedozwoloną również po ustaniu obowiązywania Starego Testamentu. Jak to bowiem już obszernie wyjaśniałem w swym poprzednim tekście, interpretacja zachowania Pana Jezusa wobec cudzołożnej kobiety, jako rzekomo potępiająca taką karę jest powierzchowna i nie uwzględnia wielu innych czynników. Pogląd zaś, jakoby z nastaniem Nowego Testamentu chrześcijańskim władcom zakazane było stosowanie karno-sądowych praw Starego Przymierza został wyraźnie odrzucony przez św. Tomasza z Akwinu:

    Przykazania sądownicze nie miały na zawsze obowiązywać; zgasły na skutek przyjścia Chrystusa: inaczej jednak niż przykazania obrzędowe. Te ostatnie do tego stopnia zgasły n że stały się nie tylko martwe, lecz także śmiercionośne dla tych, którzy by je zachowywali po Chrystusie, zwłaszcza po rozprzestrzenieniu się ewangelii. Natomiast przykazania sądownicze stały się wprawdzie martwe, bo już nie mają siły obowiązywania, nie stały się jednak śmiercionośne. Bo gdyby jakiś rządca państwa nakazał je zachowywać w swoim państwie, nie popełniłby grzechu; chyba żeby ktoś je zachowywał lub nakazał zachowywać jako mające siłę obowiązywania z ustanowienia starego prawa. Taki bowiem zamiar ich zachowywania byłby śmiercionośny.

    Podstawą tej różnicy jest ton co wyżej powiedziano. A powiedzieliśmy, że przykazania obrzędowe w pierwszym rzędzie i same przez się były symboliczne; były bowiem głównie ustanowione dla symbolizowania tajemnic Chrystusa jako przyszłych. I dlatego zachowywanie ich godzi w tę prawdę wiary, którą wyznajemy, mianowicie że te tajemnice już się dokonały. – Natomiast przykazania sądownicze nie były ustanowione dla symbolizowania, ale porządkowania sposobu bycia tego narodu, który zmierzał ku Chrystusowi. I dlatego, gdy zmienił się stan bycia tego narodu na skutek przyjścia Chrystusa, przykazania te przestały obowiązywać. Prawo bowiem, według Apostoła, było „wychowawcą” prowadzącym do Chrystusa. Ponieważ jednak te przykazania nie miały na celu symbolizowania czegoś, a tylko spełnienie czegoś, dlatego samo ich zachowywanie w istocie rzeczy nie godziło w prawdę wiary. Natomiast zamiar zachowywania ich jako obowiązujących na mocy prawa godzi w prawdę wiary, bo z tego by wynikało, że dotychczas obowiązujący stan nadal trwa i że Chrystus jeszcze nie przyszedł [1].

    A zatem, wedle św. Tomasza z Akwinu, prawa sądowe Starego Zakonu (do których należy też kara śmierci za cudzołóstwo) nie są ani nakazane, ani zakazane władcom chrześcijańskim. Podobnie, uważam i ja osobiście. Sam nie jestem za preferowaniem karania śmiercią cudzołóstwa (opowiadam się raczej za karaniem takich czynów chłostą lub pracami społecznymi), jednak nie mogę z drugiej strony powiedzieć, iż taka sankcja byłaby współcześnie zawsze zła i niedozwolona. Co prawda, uważam iż okoliczności czasów, w których żyjemy, różnią się dość znacząco od czasów, w których Bóg dawał Mojżeszowi prawa karna mające wówczas rządzić narodem żydowskim, ale nie mogę wykluczyć też tego, że w pewnych miejscach i czasach mogą zaistnieć podobne uwarunkowania, które taką karę  czyniłyby w pełni uzasadnioną. Na przykład, jeśliby w jakimś kraju, 90 procent małżonków dopuszczałoby się cudzołóstwa, a w dodatku publicznie by się z nim obnosiło i bez skrępowania namawiało do tego występku innych, to sądzę, iż dobre by było wprowadzenie na pewien czas kary śmierci za zdradę małżeńską. Prawdopodobnie, należałoby wówczas wyłapać kilka tysięcy najbardziej zuchwałych cudzołożników, następnie wytoczyć im szeroko nagłośnione medialnie procesy, by na końcu wobec kilkuset szczególnie zdeprawowanych z nich orzec i zastosować karę śmierci. O takie okoliczności jednak jest trudno nawet w naszych mocno rozluźnionych na płaszczyźnie seksualnej czasach. Mimo wszystko, większość małżonków wciąż bowiem się nie zdradza (przynajmniej w bardziej notoryczny sposób), a ci, którzy to czynią, najczęściej nie chwalą się swym grzechem na prawo i lewo. Sądzę więc, że nie ma aktualnie potrzeby aż tak surowego karania cudzołóstwa i cel, jakim jest jego ograniczanie oraz wzmacnianie w społeczeństwie przekonania o jego złu, można osiągnąć za pomocą znacznie łagodniejszych kar w rodzaju chłosty albo prac społecznych.

     

    PO DRUGIE: jak dla mnie wątpliwe jest założenie, iż aktualne, owszem dość sceptyczne i dystansujące się wobec kary śmierci, stanowisko Magisterium Kościoła wyklucza zasadność takowej sankcji za cudzołóstwo. W punkcie numer 2267 opublikowanego w 1992 Katechizmu Kościoła Katolickiego czytamy:

    Kiedy tożsamość i odpowiedzialność winowajcy są w pełni udowodnione, tradycyjne nauczanie Kościoła nie wyklucza zastosowania kary śmierci, jeśli jest ona jedynym dostępnym sposobem skutecznej ochrony życia ludzkiego przed niesprawiedliwym napastnikiem. 

    Jeżeli jednak środki bezkrwawe wystarczą do obrony i zachowania bezpieczeństwa osób przed napastnikiem , władza powinna ograniczyć się do tych środków, ponieważ są bardziej zgodne z konkretnymi uwarunkowaniami dobra wspólnego i bardziej odpowiadają godności osoby ludzkiej.

    Istotnie dzisiaj, biorąc pod uwagę możliwości, jakimi dysponuje państwo, aby skutecznie ukarać zbrodnię i unieszkodliwić tego, kto ją popełnił, nie odbierając mu ostatecznie możliwości skruchy, przypadki absolutnej konieczności usunięcia winowajcy są bardzo rzadkie, a być może już nie zdarzają się wcale.

    Na pierwszy rzut oka powyższe sformułowanie wygląda tak, jakby usprawiedliwiało ono karę śmierci jedynie za zamachy na ludzkie życie. Moim zdaniem jest to jednak dość wątpliwa interpretacja, a to choćby dlatego, że nie uwzględnia ona szerszego kontekstu nauczania katolickiego na ów temat. Zacznijmy jednak od tego, iż zacytowana wypowiedź Katechizmu nie stwierdza, że karanie śmiercią jest usprawiedliwione tylko w przypadku aktów morderstwa. Owszem, koncentruje się ona na tym czynie, ale raczej milczy na temat stosowności kary śmierci za innego rodzaju przestępstwa, aniżeli w sposób absolutny ją w odniesieniu do nich wyklucza. Jeśli np. ojciec powie swemu synowi, iż może obejrzeć bajkę jedynie pod warunkiem wcześniejszego odrobienia lekcji, to nie oznacza przecież, że wyklucza on danie mu podwieczorka jedynie wtedy, gdy posprząta też swój pokój. Po prostu, obie wypowiedzi takiego ojca będą tyczyć się innych kwestii, co nie znaczy, że muszą się wzajemnie wykluczać. Podobnie, stwierdzenie Katechizmu, iż kara śmierci może być uzasadniona wówczas, gdy jest jedynym dostępnym środkiem ochrony życia nie wyklucza stwierdzenia, że sankcja taka może być usprawiedliwiona, gdy jest jedynym dostępnym środkiem ochrony wiernosci małżeńskiej albo też, dajmy na to, ochrony przed gwałtem. Z wykluczeniem kary śmierci za inne niż morderstwa przestępstwa mielibyśmy do czynienia, gdyby Katechizm stwierdzał:

    nauczanie Kościoła nie wyklucza zastosowania kary śmierci, tylko w przypadku jeśli jest ona jedynym dostępnym sposobem skutecznej ochrony życia ludzkiego przed niesprawiedliwym napastnikiem. 

    Takiego sformułowania w aktualnym Katechiźmie jest jednak brak. Poza tym, inne wypowiedzi Kościoła pokazują dobitnie, iż kara śmierci nie była uważana za usprawiedliwioną tylko w przypadku morderstwa. Przykładowo, papież Leon X w bulli „Exsurge Domine” potępił pogląd Marcina Lutra o treści:

    Palenie heretyków jest przeciwko woli Ducha [2].

    Skoro więc taki pogląd został potępiony, a nie pochwalony to logicznie z tego wynika, iż karanie śmiercią przynajmniej niektórych przypadków herezji nie jest zawsze i wszędzie złe. To nie musi znaczyć, że każdą herezję należy tak surowo karać, albo że zawsze należy doradzać takie karanie owego występku. Ba, myślę, że nie byłoby sprzeczne z treścią owego potępienia stwierdzenie, iż zazwyczaj należy powstrzymać się od tak surowego karania herezji. Tym nie mniej, z przytoczonej bulli Leona X na pewno wynika potępienie przekonania o wewnętrznym, a więc absolutnym złu karania śmiercią za herezje. Mamy więc tu do czynienia z nieprawością, która nie jest morderstwem, a której mimo to Kościół w swym nauczaniu karania śmiercią w sposób absolutny nie wykluczył.

    Ponadto, papież św. Pius V w swych bullach „Cum Primum” oraz „Horrendum illud scelus” nakazał karać „bez okazywania litości” tych duchownych, ale także świeckich, którzy zostali przyłapani na aktach homoseksualnych, a także przekazywać ich władzy świeckiej w celu wymierzenia im przewidzianej przez ówczesne prawo kary [3]. Przypominam zaś, że w czasach św. Piusa V (druga połowa XVI wieku) władze cywilne czynny homoseksualizm najczęściej karały śmiercią. Powstaje więc retoryczne pytanie, czy gdyby ów wielki, święty papież uważał karę śmierci za inne niż morderstwo czyny za zawsze złą, mógłby gorliwie współuczestniczyć w jej wymierzaniu za inne z nieprawości (w tym przypadku sodomii)?

    Warto wreszcie wspomnieć, iż papież Sykstus V wydał bullę nakazującą na terenie Państwa Kościelnego karanie śmiercią winnych cudzołóstwa.

    Oczywiście, jeśli ktoś chce się upierać, to może pewne niepełne zapisy Katechizmu Jana Pawła II interpretować w duchu zerwania z poprzednią doktryną oraz dyscpliną kościelną, ja jednak uważam, że gdy nie ma ku temu bardzo mocnych podstaw, lepiej jest takie wypowiedzi wykładać w duchu tzw. hermeneutyki ciągłości. Jeśli więc nowsze wypowiedzi Magisterium Kościoła są niepełne i niekompletne, ale same w sobie nie zaprzeczają poprzedniemu nauczaniu katolickiemu, to dobrze jest przyjąć intepretację, iż ich intencją nie było negowanie tych elementów wcześniejszejdoktryny, o których się one nie wypowiadają.

     

    PO TRZECIE: ktoś przywołał opinię tych osób duchownych i teologów, którzy twierdzą, iż małżonek winny cudzołóstwa powinien zamilczeć o swym grzechu wobec swego współmałżonka. Nie widzę jednak żadnej absolutnej czy zasadnicznej sprzeczności pomiędzy tym poglądem, a przekonaniem, że cudzołóstwo powinno być karane przez władze cywilne. Są bowiem różne przypadki cudzołóstwa, które powinny być w różny sposób też traktowane. Jeśli np. komuś ów grzech zdarzył się raz czy dwa, ale za niego żałuje i nie chce do niego wracać, to owszem nie byłoby chyba roztropnym przyznawanie się z własnej inicjatywy do takowego przed współmałżonkiem. Coś takiego nie byłoby roztropne, zwłaszcza w czasach, gdy rozwody są legalne i takie przyznanie się mogłoby doprowadzić do jeszcze większego zła, jakim byłoby trwałe rozbicie własnej rodziny. Oczywiście, nie należy w takim wypadku kłamać, że nie popełniło się cudzołóstwa (gdyż kłamstwo jest zawsze zakazane), ale po prostu trzeba wówczas milczeć na ów temat. Czym innym jest jednak sytuacja, gdy ktoś dopuścił się cudzołóstwa nie raz czy dwa razy, ale powiedzmy, że uczynił to kilkaset razy, a do tego chwalił się tym przed swymi kolegami, aż w końcu został przyłapany na „gorącym uczynku”. Ukaranie przez władze cywilne takiego człowieka byłoby ze wszechmiar słuszne oraz sprawiedliwe i nie widzę tu niemal żadnej analogii z pierwszym przywołanym przeze mnie przypadkiem cudzołóstwa.

    Może ktoś jednak powiedzieć, iż w sytuacji, gdy cudzołóstwo byłoby prawnie karalne, mogłoby dojść do sytuacji, w której ktoś raz czy dwa dopuścił by się tej nieprawości, a mimo to zostałby na tym przyłapany i w efekcie doprowadziłoby to do rozpadu jego rodziny. Odpowiam na ów argument w następujący sposób:

    1. Taka sytuacja byłaby mało prawdopodobna, gdyż im rzadziej ktoś coś czyni w sekrecie, tym mniejsze jest prawdopodobieństwo, że zostanie to wykryte.

    2. Rozwody powinny być zakazane, więc małżonek, który dowiedziałby sie o zdradzie swego współmałżonka i tak nie mógłby w ten sposób rozbić swej rodziny.

    3. Nigdy nie należy pomijać elementu Bożej opatrzności. Jeśli ktoś zostałby przyłapany po jednokrotnie bądź dwukrotnie czynionej przez siebie zdradzie małżeńskiej, to widocznie była w tym ręka Boga i czegoś miało to go nauczyć.

    4. W prawie zakazującym cudzołóstwa też można by uwzględnić różne rodzaje i przypadki takowego. Być może w przypadku cudzołożnika, który by uczynił coś takiego raz, zadeklarował chęć poprawy, mogło by się skończyć na upomnieniu takowego i nałożeniu na niego grzywny, bez nagłaśniania jego grzechu (tak, by nie dowiedział się o tym współmałżonek). Surowiej jednak mogłyby być traktowane przypadei niewierności małżeńskiej, z którymi wiązałaby sie zuchwałość oraz notoryczność.

     

    Przypisy:

    [1] Patrz: Summa teologiczna 2, 104 (3). Podkreślenie w tekście moje – MS.

    [2] Cytat za: „Breviarium fidei. Wybór doktrynalnych wypowiedzi Kościoła”, Poznań 2007, s. 176.

    [3] Treść przywołanych bulli papieża św. Piusa V można przeczytać w książce pt. „w obronie wyższych praw. Dlaczego musimy przeciwstawiać się legalizacji związków homoseksualnych?” (Kraków 2005, s. 181 – 182).

  6. Kamienowanie cudzołożników i cudzołożnic było dobre, mądre oraz sprawiedliwe

    Leave a Comment

     

    Jednym z bardziej kontrowersjnych aspektów Starego Testamentu jest fakt, iż zawarte w nim Prawo Mojżeszowe nakazywało karać śmiercią za grzech cudzołóstwa (czyli niewierności małżeńskiej). Pośród praw i przykazań, jakie Bóg dał Mojżeszowi zawarte jest wszak następujące polecenie:

    Ktokolwiek cudzołoży z żoną bliźniego, będzie ukarany śmiercią, i cudzołożnik i cudzołożnica (Kpł 20, 10).

    Jeśli znajdzie się człowieka śpiącego z kobietą zamężną, oboje umrą: mężczyzna śpiący z kobietą i ta kobieta. Usuniesz zło z Izraela (Pwt 22, 22).

    Jako, że w naszym kręgu kulturowym niewierności małżeńskiej nie karze się śmiercią od paruset lat, a od jakichś 20 do 50 lat zrezygnowano z jakichkolwiek sankcji karnych względem tego występku, w naturalny sposób nie utożsamiamy cudzołóstwa z czymś, co powinno być represjonowane przez władze cywilne. A co dopiero w takim razie mówić o wymierzaniu za ów czyn najsurowszej ziemskiej kary, jaką jest śmierć? W poniższym artykule zamierzam udowodnić, iż:

    1. Starotestamentowe prawo nakazujące karać śmiercią za cudzołóstwo było Bożym, a nie ludzkim zamysłem.

    2. Zwłaszcza w czasach Starego Testamentu było to prawo dobre, mądre i sprawiedliwe.
    3. Pan nasz Jezus Chrystus uwalniając cudzołożną kobietę od kary śmierci (J 8, 1 – 11) nie zamierzał pokazać, iż rzeczone prawo starotestamentowe było złe, Jego Ojciec ustanawiajac je się pomylił i w przyszłości nikt nie będzie miał absolutnie żadnego uprawnienia do karania w ten czy inny sposób cudzołóstwa.

    4. Nawet po nastaniu czasów Nowego Testamentu nie można powiedzieć, iż karanie śmiercią cudzołóstwa jest zawsze złe czy zawsze niewłaściwe.

    A zatem:

    Ad. 1. Prawo polecające karanie śmiercią za zdradę małżeńską nie było wymysłem jakichś prymitywnych ludów pustynnych, ale stanowiło zamysł Boga. To nie Żydzi wpadli na ten pomysł, a później przypisali swe fantazje Bogu, ale to Bóg nakazał im to czynić. Dowodem na to jest fakt, iż w Księdze Kapłańskiej omawiane prawo poprzedzone jest słowami: „Dalej Pan mówił do Mojżesza … (Kpł 20, 1). Z kolei, w Księdze Powtórzonego Prawa część, w której spisany jest nakaz karania śmiercią cudzołóstwa kończy się stwierdzeniem: „Dziś Pan, Bóg twój, rozkazuje ci wykonać te prawa i nakazy. Przestrzegaj ich, wypełniaj z całego swego serca i z całej duszy” (Pwt 26, 16). To więc nie Mojżesz albo inny Żyd ubzdurał sobie, iż niewierność małżeńska ma być karana śmiercią, ale sam Pan Bóg przekazał mu to polecenie. Bóg ze swej istoty nie mógł się zaś mylić czy nakazywać czynienia czegoś co było zawsze i wszędzie złe. Jak bowiem mówi Pismo święte: „Nikomu  nie przykazał On być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć” (Syr 15, 19-20).

    Pius XII wykładał tę prawdę w następujący sposób:

    Przede wszystkim trzeba jasno stwierdzić, żadna ludzka władza (…) nie może wydać pozytywnego upoważnienia do nauczania lub czynienia tego, co byłoby wbrew religijnej prawdzie lub dobru moralnemu (…) Nawet Bóg nie mógłby dać takiego pozytywnego przykazania lub upoważnienia, gdyż stałoby to w sprzeczności z Jego absolutną prawdą i świętością” (Przemówienie „Ci resce”, podkreślenie moje – MS).

    Starotestamentowe prawo nakazujace karanie cudzołóstwa śmiercią było więc prawem mądrym, dobrym i sprawiedliwym, gdyż w rzeczy samej nie mogło być innym, skoro pochodziło ono od Boga. Katechizm Soboru Trydenckiego potwierdza zresztą, iż owe prawo było Bożego autorstwa:

    Bo i w starym Zakonie Pan Bóg był rozkazał  kamieniować cudzołożników: i wszystkie niemal prawa pospolite cudzołożników na gardle karzą.

    Ktoś powie może jednak, iż prawo nakazujące karanie śmiercią za cudzołóstwo było takim samym prawem, jak zgoda Mojżesza na rozwody, ktora została udzielona Żydom nie dlatego, jakoby rozwodzenie się było czymś dobrym i sprawiedliwym, ale po to, by ustrzec ową społeczność od popadania w jeszcze większe zło (jakim np. mogło by być wówczas zabijanie żon, z którymi nie chciałoby się dalej przebywać). Nie jest to jednak trafna analogia, gdyż jak uczył Pan Jezus prawo o rozwodzie było zezwoleniem na ów czyn, a nie rozkazem czy poleceniem jego dokonania. Chrystus mówi wszak:

    Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony, lecz od początku tak nie było (Mt 19, 8).

    Zauważmy, że Zbawiciel nie mówi tu, iż Mojżesz nakazał rozwodzenie się czy też je pochwalał, ale że na nie tylko zezwalał. Jest zaś zasadnicza różnica pomiędzy zezwalaniem na coś, a nakazywaniem czy pochwalaniem czegoś. Dobry prawodawca może dla uniknięcia większego zła pozwalać na popełnianie mniejszego zła, ale nie może go nakazywać, pochwalać czy do niego zachęcać. Uczy o tym Magisterium Kościoła:

    Podczas, gdy Kościół zapewnia prawa tylko temu co prawdziwe i czcigodne, to jednak nie sprzeciwia się tolerancji, którą władza publiczna, aby uniknąć większego zła albo osiągnąć bądź zachować większe dobro, uznaje za stosowną praktykować ze względu na pewne rzeczy stojące w opozycji do prawdy i sprawiedliwości (Leon XIII, „Libertas praestantissumum”).

    Tymczasem prawo karzące cudzołożników i cudzołożnice śmiercią było właśnie nakazem, a nie tylko zezwoleniem.

     

    Ad. 2. Choć kara śmierci za cudzołóstwo może nam się wydawać okrutna i niemiłosierna, to Bóg znał lepiej niż my okoliczności czasów oraz miejsca, w których ustanowił On to prawo. Stopień surowości danych sankcji karnych może być różny, w zależności od uwarunkowań historycznych i kulturowych, w których owe prawa funkcjonują. Na przykład, surowiej karze się różne przestępstwa w czasie wojny, a łagodniej podczas pokoju – i nie ma w tym niczego złego. Inaczej karze sie dzieci, a inaczej osoby dorosłe – i w tym też nie ma niczego niewłaściwego. Większa kara należy się za kradzież chleba w sytuacji plagi głodu, a mniejsza wówczas, gdy żywności jest pod dostatkiem i taka kradzież nie zdecyduje o tym, iż ktoś będzie przez następne kilka dni głodował. Okoliczności historyczno-kulturowe czasów i miejsca, w których Bóg nakazał karanie śmiercią cudzołóstwa były zaś takie, iż Żydzi żyli wówczas otoczeni przez pogańskie i bardzo zdeprawowane (również w sferze seksualnej) narody. Dla sąsiadujących z Izraelem ludów niczym dziwnym nie były takie ohydne praktyki jak homoseksualizm, zoofilia, pedofilia oraz sakralna prostytucja. Roztropne więc i madrę było temperowanie skłonności Żydów do przejmowania różnych pogańskich obyczajów za pomocą bardziej surowych sankcji karnych.

     

    Ad. 3. Zachowanie Pana Jezusa względem cudzołożnej kobiety wielu przedstawia w taki sposób, jakby chciał On pokazać, iż nie zgadzał się ze zbytnią surowością Swego Ojca, a Swój przykład miłosierdzia wobec grzeszników przeciwstawiał okrucieństwu i srogości praw Starego Przymierza. Jest to jednak perspektywa całkowicie błędna, gdyż Jezus był całkowicie oddany woli Swego Ojca (J 5, 30), stanowi Jego doskonały Obraz (Kol 1, 15), a ponadto sam jest Słowem (J 1, 14), które Bóg Ojciec wypowiedział również w Starym Testamencie. Jeden ze starożytnych dokumentów kościelnych, jakim są Konstytucje Apostolskie wprost mówi o Jezusie jako tym, który „wziął ogień i spuścił go na Sodomę” (tamże: V: 20, 5), a także pisze o Nim następująco:

    Jego ujrzał Jozue, syn Nawego, jako uzbrojonego wodza zastępów Pana i swego sprzymierzeńca w wyprawie na Jerycho (tamże: V: 20, 7)

    Możemy więc być na więcej niż 100 procent pewni, że Pan Jezus nie miał absolutnie nic przeciwko woli Swego Ojca, wyrażonej w Prawie Mojżeszowym, a którą było karanie cudzołóstwa śmiercią. Dlaczego więc Chrystus doprowadził do zaniechania wykonania kary śmierci na cudzołożnej kobiecie? Możliwych i wiarygodnych przyczyn tego stanu rzeczy jest kilka:

    a) Prawo nakazujace karanie śmiercią różnych grzechów (w tym cudzołóstwa) było Bożym prawem, ale przez samego Boga nie było traktowane jako przepis, który nie zna absolutnie żadnych wyjątków. W pewnych okolicznościach również w Starym Testamencie Bóg odstępował od karania śmiercią sprawców przestępstw zagrożonych tą sankcją. Przykładowo, mimo że Kain zamordował swego brata Abla, Bóg polecił, by żaden z ludzi nie czyhał na jego życie ( Rdz 4, 15) – zasadniczo jednak mordercy byli z nakazu Bożego karani śmiercią (Rdz 9, 6). Król Dawid popełnił nawet dwa grzechy, za które Prawo Mojżeszowe rozkazywało ich sprawców uśmiercać (a mianowicie dopuścił się cudzołóstwa i morderstwa), ale pomimo tego faktu Bóg posłał do Dawida swego proroka, by ten go zganił, a także zapowiedział śmierć jego syna (2 Sm 1 – 14), ale jego samego jako sprawcę tych obrzydliwości nie nakazał ukarać śmiercią. Jeszcze innym przykładem takiego nie-absolutnego podejścia Boga do kary śmierci za różne grzechy jest fakt postępowania pobożnego króla Asy, który co prawda pozbawił swą matkę godności królowej-matki za to, że ta uczyniła bożka ku czci Aszery, jednak nie polecił jej za to uśmiercić ( 1 Krl 15, 13) mimo, że Prawo Mojżeszowe nakazywało coś takiego karać śmiercią (Pwt 17, 2-5). W Piśmie świętym nie czytamy jednak o tym, by Asa został skarcony przez Boga za zbytnią łagodność w tej kwestii.

    Skoro więc nawet w Starym Testamencie Bóg czynił wyjątki od swego przykazania karania śmiercią, to i w Nowym Testamencie mógł coś takiego uczynić.

    b) W czasie ziemskiego życia Pana Jezusa Żydzi znajdowali się pod obcym panowaniem nie mogli sami orzekać i wykonywać wyroków śmierci.  Gdyby więc Chrystus wziął udział w kamienowaniu cudzołożnicy, dopuściłby się złamania prawa i samosądu. Jezus co prawda był Bogiem i jako Boga nie krępowały Go prawa stanowione przez ludzi, ale zgodził się być też Człowiekiem, a co się z tym wiąże, przystał też na posłuszeństwo tym z ludzkich praw, które jako takie nie stanowiły nieposłuszeństwa wobec Boga.

    c) Intencje faryzeuszy, którzy przyprowadzili do Jezusa cudzołożną kobietę nie były czyste. Pismo święte zaświadcza bowiem, że uczynili to „wystawiając Go na próbę, aby mieć o co Go oskarżyć” (J 8, 6). Poza tym, można zadać pytanie, co się stało ze wspólnikiem grzechu tej kobiety, czyli cudzołożnym mężczyzną? Przecież Prawo Mojżeszowe nakazywało karać śmiercią tak mężczyznę jak i kobietę przyłapanych na tym występku (Pwt 22, 22). Skoro udało się do Jezusa przyprowadzić kobietę przyłapaną na cudzołóstwie, dlaczego nie uczyniono tego w stosunku do mężczyzny?

    Powyższe okoliczności wskazują więc na to, iż faryzeuszom bardziej chodziło o złośliwe przyczepienie się do Pana Jezusa aniżeli o sprawiedliwe i zgodne z Prawem Mojżeszowym ukaranie cudzołóstwa.

    d) Pan Jezus jako Bóg znał serce i przyszłość owej cudzołożnej kobiety. Wiedział, że szczerze się ona nawróci i da później przykład gorliwej pokuty za popełnione przez siebie grzechy (to mówią na ów temat różne źródła).  A skoro tak, to wiedział też, że większym dobrem w tym konkretnym wypadku będzie darowanie jej życia aniżeli jej uśmiercenie. Można to porównać do sytuacji, w której z jakichś  powodów wiedzielibyśmy, iż dany morderca w przyszłości się nawróci, będzie ostrzegał wielu innych ludzi, by nie podążali jego drogą, przez co odwiedzie wielu od naśladowania swego dawnego złego przykładu. Co by było lepsze w takiej sytuacji? Skazanie go na śmierć i wykonanie na nim wyroku,czy może jednak pozwolenie, by dalej żył i dawał dobry przykład tysiącom ludzi? Oczywiście, że lepszym rozwiązaniem byłoby darowanie życia takiemu człowiekowi. Problem polegałby tylko na tym, że my ludzie zwykle nie możemy znać przyszłości w takich wypadkach, co jednak nie było dla Chrystusa jako Boga trudnością.

     

    Ad. 4. Choć osobiście jestem przekonany, iż w czasach współczesnych lepiej jest preferować łagodniejsze niż śmierć kary za cudzołóstwo, to nie jestem w stanie potępić tych spośród władców, którzy po głębokim namyśle doszli do wniosku, że w swych krajach będą represjonować ów występek nawet w tak surowy sposób. Nie można bowiem wykluczyć wystąpienia podobnych co w Starym Testamencie okoliczności, które upoważniałyby do surowszego karania takich grzechów. Prawa karno-cywilne Starego Przymierza co prawda nie obowiązują chrześcijańskich władców w sensie bardziej ścisłym, ale też nie są im zakazane. W wielu katolickich państwach cudzołóstwo było zagrożone karą śmierci przez wiele wieków i Kościół przeciwko temu nie oponował ani nie protestował.

     

     

     

     

  7. Jaka jest nauka Kościoła o prawnej karalności cudzołóstwa?

    Leave a Comment

    Czy pomysł karania przez władze cywilne niewierności małżeńskiej ( to znaczy cudzołóstwa) jest aby na pewno ortodoksyjnie katolicki? Prawdopodobnie, ogromna większość katolików odpowiedziałaby na to pytanie przecząco, kojarząc ów koncept ze współczesną praktyką krajów muzułmańskich, historycznie zaś kojarząc coś takiego jak już to to państwami rządzonymi przez purytańskich, a nie katolickich władców.

    Prawda jest jednak zupełnie inna niż takie „pobożne życzenia” wielu katolików. Prawna karalność była wielowiekową praktyką również władców katolickich, którą popierali pasterze Kościoła za pośrednictwem tak swego zwyczajnego nauczania, jak i wydawanych przez siebie przepisów dyscyplinarnych. Przyjrzyjmy się zatem pokrótce nauczaniu i praktyce Kościoła katolickiego, które jasno wskazują na to, iż cudzołóstwo jest jedną z tych nieprawości przeciw którym władze cywilne winny wydawać swe prawa i restrykcje.

    I tak np. na odbywającym się w 816 roku synodzie kościelnym w Akwizgranie zebrani tam biskupi, opaci i uczeni wymienili szereg obowiązków dobrego władcy państwowego pośród których znalazła się też powinność: „powściągania kradzieży i karania cudzołóstw„. Będący synem Karola Wielkiego, król Franków Ludwik Pobożny uznał postanowienia tego synodu za obowiązujące prawo w swym państwie.

    W późniejszym czasie, możliwość karania przez władze cywilne cudzołóstwa została uznana nawet przez jeden z powszechnych soborów Kościoła, a mianowicie Sobór Trydencki, który w rozdziale 8 „Kanonów o reformie małżeństwa” postanawiał między innymi:

    Niewiasty zaś, czy to zamężne, czy też niezamężne, które otwarcie żyją z cudzołożnikami albo konkubentami, jeżeli nie podporządkują się trzykrotnemu upomnieniu, zostaną ukarane przez ordynariuszy miejsc, działających z urzędu, nawet jeśli nikt się tego nie będzie domagał, stosownie do rozmiarów winy, a także zostaną wygnane z miasta albo z diecezji, jeżeli ordynariuszom wyda się to stosowne, po wezwaniu, w miarę potrzeby, pomocy ramienia świeckiego, z zachowaniem w mocy innych kar nakładanych na cudzołożników i konkubentów” (podkreślenie moje – MS).

    W powyższym rozporządzeniu widzimy zatem, iż władze świeckie miały w razie potrzeby pomagać pasterzom Kościoła w karaniu cudzołóstwa oraz konkubinatu.

    Także niektórzy z papieży podejmowali energiczne kroki na rzecz zwalczania cudzołóstwa w rządzonych przez nich Państwie kościelnym. I tak np. św. Pius V obok różnych powziętych przez siebie reform – jak pisze na łamach „Polonia Christiana” brazylijski pisarz i działacz katolicki, Plinio M. Solimeo:

    Zwalczał też cudzołóstwo, doprowadzając nawet do tego, iż mający je na sumieniu  jeden z najbogatszych bankierów Rzymu został wychłostany na publicznym placu ku przestrodze innych grzeszników„.

    Inny z papieży, Sykstus V był jeszcze bardziej stanowczy i surowy w tej kwestii, wydając dnia 3 listopada 1586 roku bullę wedle której w Państwie kościelnym cudzołożnicy i cudzołożnice mieli być karani śmiercią.

    Warto zresztą wspomnieć, że świadomość katolickiego nauczania i praktyki odnośnie tego, iż cudzołóstwo nie powinno być rzeczą w świetle prawa bezkarną w swych mowach i upomnieniach kierowanych do rządzących Polską wyrażał też nasz słynny jezuicki kaznodzieja, ks. Piotr Skarga. Duchowny ów pośród różnych rozpowszechnionych swego czasu w naszym kraju nieprawości wspominał też o faktycznej opieszałości ówcześnie rządzących co do karania cudzołóstwa:

    Cudzołóstwa, kazirodztwa, krzywoprzysięstwa, na które prawa żadnego i karania nie masz„.

    Ksiądz Piotr Skarga ubolewał też nad „onym przeklętym prawem”, które odebrało władzom cywilnym możliwość egzekucji wyroków sądów kościelnych przez co m.in. „cudzołóstwa, czary, nierządności w małżeństwach górę wzięły”.

    Powie może ktoś, iż powyższe to „mroki średniowiecza”? Cóż, przejdźmy do nauczania Magisterium na temat prawnej karalności niewierności małżeńskiej wyrażonego w nie tak odległych nam czasach, bo w I połowie XX wieku. Otóż w ogłoszonej dnia 31 grudnia 1930 roku encyklice „Casti connubii” papież Pius XI stwierdzał co następuje:

    Lecz, Czcigodni Bracia, w interesie państwa leży zabezpieczenie nie tylko materialnych warunków bytu rodziny i małżeństwa, ale także i tych, które się określa mianem dóbr duchowych: ustanowić mianowicie należy słuszne prawa i wiernie ich przestrzegać, aby stale chroniły  czystą wierność  oraz wzajemne wspieranie się małżonków” (podkreślenie moje – MS).

    W tym samym dokumencie Pius XI do rzędu „hańbiących i podłych pomysłów„, które „szlachetne poczucie , jakie cechuje wstydliwe małżeństwo, a nawet sam zdrowy pęd natury (…) odrzuca z pogardą i potępia” zaliczył między innymi pogląd tych, którzy:

    chcą, aby uznać za nijakie lub znieść wszelkie ustawy karne, jakie państwo wydało dla zachowania wierności małżeńskiej„.

    Z kolei, wydane i zatwierdzone  ledwie przed 11 laty, bo w 2005 roku przez papieża Benedykta XVI „Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego” w punkcie numer 494 naucza co następuje:

    Władze cywilne, ponieważ są zobowiązane szanować godność osoby ludzkiej, powinny stwarzać środowisko przyjazne dla czystości, zakazując także stosownymi prawami, rozprzestrzeniania się wyżej wspomnianych ciężkich wykroczeń przeciwko czystości, aby chronić przede wszystkim małoletnich i bardziej słabych” (podkreślenie moje – MS).

    Ów zapis jest zaś nawiązaniem do punktu 492, gdzie do ciężkich wykroczeń przeciwko cnocie czystości zostało zaliczone między innymi cudzołóstwo, czyli niewierność małżeńska.

     

    Jak więc widać, postulat zakazywania oraz karania przez władze cywilne małżeńskiej zdrady nie jest bynajmniej czyjąś “purytańską” albo “muzułmańską” fantasmagorią ale stanowi on element przynajmniej autentycznego oraz zwyczajnego nauczania Magisterium Kościoła. Nie jest to co prawda nauczanie zawsze oraz per se nieomylne, jednak możliwość błędu i omyłki jest tu niewielka, dlatego żaden katolik nie mający ku temu naprawdę bardzo ważnych powodów nie powinien takiego nauczania poddawać w wątpliwość. Zwyczajne i autentyczne nauczanie Magisterium Kościoła obowiązuje bowiem katolików do okazywania mu posłuszeństwa serca oraz rozumu.

     

    Ps. Tekst został po raz pierwszy opublikowany na portalu Fronda.pl:

    http://www.fronda.pl/a/miroslaw-salwowski-dla-frondy-jaka-jest-nauka-kosciola-na-temat-prawnej-karalnosci-cudzolostwa,79506.html

     

     

     

     

  8. Libertarianizm kontra tradycyjne chrześcijaństwo

    Leave a Comment

    Państwo nie ma prawa zakazywać tego, co nie stanowi naruszenia wolności innych dorosłych osób, choćby i to było niemoralne, wstrętne, bezbożne i zboczone”; „Władze cywilne nie są od regulowania i narzucania moralności swym obywatelom”; „Państwo ma być stróżem nocnym pilnującym wolności i własności obywateli, a nie aniołem stróżem, który strzeże wiary i cnoty”; „Wszelkie prawne zakazy są bezsensowne i szkodliwe, gdyż nie likwidują problemu, ale sprawiają tylko, że schodzi on do podziemia”.

    Te i inne libertariańskie hasła wydają się zdobywać popularność na prawicy. W istocie rzeczy dla niejednego prawicowca libertarianizm zaczyna się wręcz jawić jako jedyna prawdziwie dobra alternatywa dla lewicowości, etatyzmu i socjalizmu. Co więcej, niejednokrotnie idee libertariańskie przedstawiane są jako będącymi w swych fundamentach całkowicie zgodnymi z tradycyjnym chrześcijaństwem, gdyż kładącymi nacisk na zasadę poszanowania wolnej woli człowieka. Trzeba przyznać, że w obliczu historycznych doświadczeń z socjalistycznymi i nazistowskimi reżimami, a także współczesnych etatystycznych ciągot Unii Europejskiej, wizja libertarianizmu jako zgodnego z chrześcijaństwem i prawicowością może być kusząca. Tyle razy wszak owe lewicowo zorientowane rządy i reżimy próbowały narzucać za pomocą stanowionych przez siebie praw rzeczy złe, wątpliwe czy wręcz niedorzeczne, iż za właściwą nań odpowiedź ma się pokusę uznać stan rzeczy, w którym interwencja państwa będzie ograniczana do absolutnego minimum, a więc sytuacji obrony przed zewnętrzną agresją oraz karania jedynie tych spośród zachowań, które polegają na naruszaniu czyjejś wolności.

    Za akceptacją tego libertariańskiego poglądu pozornie rzecz biorąc wydaje się przemawiać niejedna przesłanka. Czyż dorośli ludzie nie powinni być traktowani, jako odpowiedzialne osoby, które same muszą ponosić skutki własnych czynów i decyzji? Czy w związku z tym wszelkie przymusy, które ograniczają wolność dorosłych ludzi do czynienia, tego, co im się podoba, nie są przejawem tyranii i totalitaryzmu? Czy władze cywilne mają prawo decydować za dorosłych obywateli co jest dla nich dobre i właściwe? Czy zgodnie z zasadą prawa rzymskiego mówiącą, iż „Chcącemu nie dzieje się krzywda„, nie należy uznać, że każdy dorosły człowiek sam na własnej skórze poniesie negatywne skutki własnych złych czynów, a co za tym idzie, władze cywilne nie powinny się tym interesować? Czyż wreszcie wszelkie zakazy i kary, które mają na celu ograniczanie wolności dorosłych ludzi nie mijają się z celem? Czy tak naprawdę prawne represje skierowane w jakieś zło, nie likwidują zjawiska, które chcą zwalczyć, ale zgodnie z logiką powiedzenia mówiącego, iż „Zakazany owoc lepiej smakuje” nie powodują one tak naprawdę wzrostu zainteresowania zakazywaną rzeczą? Jaki zresztą sens ma mieć zakazywanie czegoś dorosłym ludziom, skoro, nawet jeśli zewnętrznie podporządkują się oni owym zakazom, to, tak czy inaczej, nie odmieni to ich wnętrza, a tym samym nie staną się przez to lepsi?

    Niniejszy tekst stanowi próbę udowodnienia, iż wszelkie formy libertarianizmu w żaden sposób nie dadzą się pogodzić z tradycyjnym nauczaniem Kościoła katolickiego. Ze względu na swą objętość został on podzielony na trzy części:Pierwsza (powyższa) część poświęcona jest zdefiniowaniu samego libertarianizmu oraz dość szczegółowemu ukazaniu tego, jakie w poszczególnych kwestiach społecznych i prawnych winny zajmować osoby pragnące być konsekwentnymi libertarianami. W tej części pokazane też zostanie, w jakim stopniu kształt współczesnych porządków prawnych odpowiada libertariańskim zasadom, a w jakim jest z nimi sprzeczny.Drugą część tego opracowania stanowi obalenie libertariańskich zasad i założeń w świetle nauczania Pisma świętego i Tradycji Kościoła.Trzecia część artykułu będzie będzie zaś poświęcona omówieniu różnych libertariańskich sofizmatów zwłaszcza w oparciu o zasad zdrowego rozsądku, logicznego myślenia i historycznego doświadczenia ludzkości.Pragnę też zadeklarować, iż niniejszy tekst stanowi swego rodzaju dokończenie prowadzonych przeze mnie w swym czasie polemik ze zwolennikami libertarianizmu, które ze względu na inne zajęcia, nie zawsze miałem czas doprowadzić do końca.

    CZYM JEST LIBERTARIANIZM? W odniesieniu do rozumienia porządku prawnego mianem libertarianizmu można określić pogląd twierdzący, iż władze cywilne powinny zakazywać i karać tylko te z ludzkich zachowań, których istota polega na naruszaniu wolności innych dorosłych osób. Owo tradycyjnie libertariańskie przekonanie zakłada więc, iż wszystkie inne czyny, które takowej wolności nie gwałcą winny być bezkarne i legalne. Kryterium przy ustalaniu przez władze cywilne prawnych zakazów, kar i represji nie powinno być nic innego, a tylko to, czy dany ludzki akt stanowi naruszenie wolności jakiegoś dorosłego człowieka, czy dorosłych osób. Nie ważne więc, jak bardzo dane zachowanie jest niemoralne, wstrętne Panu Bogu, poniżające ludzką godność, zboczone, obrzydliwe, etc. Póki nie wiąże się ono z wkroczeniem w przestrzeń wolności innego człowieka lub innych ludzi, władze cywilne nie mają prawa ingerować tu ze swoimi karami i zakazami. Choćby coś było więc bardzo złym, upadlającym, niemoralnym, bluźnierczym, czy dewiacyjnym; czynienie tego osobiście, z innymi ludźmi, a także przekonywanie, zachęcanie, namawianie do owych aktów innych, ma być bezkarne, póki nie gwałci czyjejś swobody.

    Libertarianizm można więc uznać za najbardziej konsekwentną i radykalną formę ideologii liberalnej. Różnica pomiędzy tradycyjnymi liberałami a libertarianami jest zasadniczo tylko taka, iż ci pierwsi częściej są skłonni iść na kompromisy z wyznawaną przez siebie zasadą prymatu wolności w porządku prawnym, aniżeli ci drudzy. Dlatego też w tym tekście, jako synonimy słów „libertarianizm” i „libertarianie” będę czasami używać wyrażeń: „skrajny liberalizm”, „konsekwentni liberałowie”, „skrajni liberałowie”.

    Choć libertariański pogląd na zasięg i rolę prawnych kar i zakazów, jest, w sensie werbalnych deklaracji, powszechnie przyjęty w naszym kręgu kulturowym, to jednak daleko jeszcze do konsekwentnego wcielania go w życie. Często nie zdajemy sobie nawet sprawy, jak daleko jest nam do pełnej akceptacji owego skrajnie liberalnego spojrzenia na państwo i prawo, mimo powtarzania przez nas libertariańskie brzmiących formułek typu: „Każdy decyduje sam za siebie i władzy nic do tego”. Spójrzmy choćby tylko na całą sferę jeszcze istniejących prawnych zakazów, kar i ograniczeń i zestawmy ich sensowność z tradycyjnie libertariańskim kanonem myślenia.

    OCHRONA ŻYCIA I ZDROWIA. Zgodnie z zasadą, iż władze winny represjonować tylko te z czynów, które naruszają czyjąś wolność, nielegalnymi należałoby uczynić w tej sferze tylko morderstwo, pobicie i napad. Daleko jest jednak do konsekwentnej realizacji tej zasady. Prawnymi represjami obok morderstw, pobić i napadów są wszak objęte także: samobójstwo, dobrowolne bójki i bijatyki, pojedynki, używanie narkotyków, nadużywanie alkoholu, palenie papierosów. Wszystkie te zachowania z istoty swej polegają przecież na działaniu dobrowolnym. Naturą samobójstwa jest odebranie samemu sobie życia. Człowiek decyduje więc sam, iż nie chce dalej żyć. Dobrowolne bójki i bijatyki oraz pojedynki polegają na umawianiu się ze sobą dwojga lub większej ilości osób na wzajemną walkę. Wszelkie rany, obrażenia, a nawet śmierć, będąca ich wynikiem, są więc efektem decyzji tych osób. Używanie narkotyków, palenie papierosów oraz nadużywanie alkoholu także w swej istocie nie polegają na deptaniu czyjeś wolności. Po prostu dany człowiek postanawia, iż w zamian za różnego rodzaju przyjemności, jakie dostarczają owe używki, narazi na poważny szwank własne życie i zdrowie.

    Tymczasem jednak:

    Samobójstwo jest represjonowane choćby poprzez zakaz eutanazji. W większości krajów z naszego kręgu kulturowego karalne jest udzielanie komuś pomocy w samobójstwie, nawet, gdy ta osoba sobie tego życzy, a co więcej żąda i nalega, by odebrano jej życie. Co prawda zakaz eutanazji jest coraz bardziej mocno kontestowany, jednak należy przypuszczać, że jeszcze jakieś 20 lat zajmie zwolennikom legalności tej formy samobójstwa przekonanie większości rządów do jego zniesienia. Podobnie spore problemy z prawem, mogłyby mieć książki, wydawnictwa i publikacje, które namawiały by choćby i dorosłych ludzi do samobójstwa. Policja wezwana do niedoszłego samobójcy, także nie ogranicza się jedynie do słownego zniechęcania owego jegomościa, ale, w razie potrzeby, za pomocą bezpośredniego przymusu fizycznego przeszkadza mu w realizacji owego własnowolnie podjętego postanowienia. Jednym z konkretnych przykładów nie szanowania przez współczesne państwa „prawa” do odebrania sobie życia, może być głośny przypadek niemieckiego kanibala-homoseksualisty, który w 2003 r. w Internecie ogłosił, iż szuka chętnego samobójcy, zgadzającego się na to, by on go zabił, a następnie skonsumował jego zwłoki. Wszystko tu odbyło się więc za obopólną zgodą zainteresowanych. Do kanibala zgłosił się mężczyzna, wyrażający zgodę na bycie przez niego zabitym, a następnie zjedzonym. Mimo to jednak, czyn ten wywołał powszechną negatywną reakcję w społeczeństwie niemieckim, zaś wymiar sprawiedliwości nie omieszkał się dotkliwie go ukarać.

    Dobrowolne bójki, bijatyki i pojedynki są znacznie ograniczane przez współczesne prawodawstwa. Tak zwane kibicowskie ustawki, które polegają przecież na tym, że zainteresowane bijatyką osoby dobrowolnie umawiają się w ustronnym miejscu (a więc nie na terenie, gdzie ich aktywność mogłaby być ograniczeniem wolności osób postronnych) na wzajemne zadawanie sobie ran i ciosów, nadal są nielegalne, a ich organizatorzy w każdej chwili mogą stać obiektem zainteresowania policji. Także bójka bądź pojedynek, w których obie strony wyraźnie zgodziłyby się na ryzyko poniesienia śmierci, nie należą do legalnych prawnie zachowań. Uczestnik takiego czynu, który zabiłby w ten sposób drugiego człowieka, na 99 proc. trafiłby do więzienia, choćby i miał na swoją obronę własnoręcznie podpisaną zgodę swej ofiary, w której ta, zaręczałaby, iż godzi się na ryzyko poniesienia śmierci w wyniku bójki lub pojedynku.

    Używanie narkotyków, palenie papierosów i nadużywanie alkoholu należą do czynów objętych szeregiem prawnych zakazów. W ogromnej większości państw karalna jest nie tylko sprzedaż i rozpowszechnianie narkotyków wśród osób dorosłych, ale również zażywanie przez nie tego rodzaju specyfików. Nawet w Holandii, która słynie z legalizacji narkotyków, bezkarność zażywania i rozpowszechniania tejże używki jest mocno ograniczona, albowiem dotyczy jedynie tzw. jej miękkich odmian, czyli marihuany i haszyszu. Ciężkie narkotyki w rodzaju kokainy, heroiny, LSD, amfetaminy, etc, są także w tym kraju zakazane. Co prawda, coraz częściej odzywają się głosy za legalizacją przynajmniej „lekkich” narkotyków, zaś ich promocja przez sporą część popkultury jest de facto bezkarna, jednak nie wydaje się, by powszechna liberalizacja przepisów prawnych w tej kwestii, była tylko kwestią krótkiego odstępu czasu. Względem palenia papierosów wprowadza się szereg różnorodnych ograniczeń. Często ustanawia się zakaz reklamy tytoniu w mass mediach. W części krajów nie wolno także palić w miejscach publicznych, nawet, gdy naruszanie przez to wolności niepalących jest mocno wątpliwe. Nadużywanie alkoholu jest z kolei prawnie ograniczane przez specjalne koncesje wydawane na obrót trunkami, zakaz podawania napojów alkoholowych nietrzeźwym klientom, nielegalność ich spożywania poza publicznymi miejscami do tego specjalnie wyznaczanymi (tj. barami, restauracjami, kawiarniami, itp.).

    SEKSUALNOŚĆ. Tradycyjnie libertariańskie podejście do prawa i państwa nie pozwala czynić przestępstwami zbyt wielu czynów z tej dziedziny. Z pewnością zgwałcenie, jako przymuszenie kogoś przy użyciu fizycznej siły (bądź też za pomocą wykorzystania nieświadomości drugiej osoby, np. podania jej narkotyku) do odbycia stosunku płciowego powinno mieć swój paragraf w libertariańskim kodeksie karnym. Wymuszanie na kimś różnorodnych zachowań seksualnych poprzez stosowanie gróźb, szantażu, pogróżek, także wiąże się pogwałceniem czyjeś wolności, a więc każdy liberał przyklaśnie prawnemu zakazywaniu takich czynów. Przyjmując także, iż tylko wolność ludzi dorosłych winna być chroniona, za sprzeczną z zasadami libertarianizmu nie należy uznawać karalność pedofilii, nawet gdy ta dokonywana jest za zgodą dziecka. Z pewnością w naszym kręgu kulturowym prawodawstwo chyba już wszystkich krajów zniosło karalność wielu niemoralnych czynów, których istota nie polega na naruszaniu wolności innych dorosłych osób. Tak też od dziesięcioleci legalne są: homoseksualizm, nierząd, cudzołóstwo, prostytucja, pornografia, onanizm, orgie seksualne. Prawo uczyniło bezkarnym, nie tylko praktykowanie takich czynów, w tzw. czterech ścianach domu, ale – pomijając pewne szczegółowe zastrzeżenia – o których będę, jeszcze pisać, również zachęcanie, namawianie i inspirowanie do nich innych ludzi. Mimo to jednak wciąż zakazane są niektóre z niemoralnych zachowań, których sednem nie jest przecież gwałcenie czyjeś wolności. Są nimi: kazirodztwo oraz zoofilia.

    Kazirodztwo wcale nie musi polegać na naruszaniu czyjeś swobody. Prawdą jest, że często ów czyn się z tym wiąże, jednak nie jest to jego nieodłącznym elementem. Może wszak być ( i faktycznie znane są takie wypadki), gdy dwoje blisko spokrewnionych ze sobą osób pragnie ze sobą seksualnie obcować. W takim wypadku do zdeptania niczyjej wolności nie dochodzi. Dzisiejsze kodeksy karne zakazują jednak kazirodztwa niezależnie od tego, czy jest ono praktykowane dobrowolnie przez dorosłych ludzi, czy też nie.

    Zoofilia jakkolwiek wstrętną i nienaturalną jest praktyką, to nie można powiedzieć, by wiązała ona z naruszeniem wolności człowieka. Czyn ten stanowi pogwałcenie swobody zwierzęcia. Gdybyśmy jednak chcieli chronić wolność nie tylko ludzi, ale także istot czworonożnych, musielibyśmy zakazywać również ich zabijania, trzymania na uwięzi, zamykania w klatkach, etc.Niektóre z przejawów seksualnej niemoralności, które zasadniczo są legalne, czasami poddawane są też zgoła nieliberalnym ograniczeniom prawnym.

    Prostytucja jest w Polsce ograniczana poprzez istnienie zakazu sutenerstwa i stręczycielstwa. Czyn nielegalny stanowi więc czerpanie zysków oraz pomaganie komuś w praktykowaniu płatnego seksu. De facto jest to w naszym kraju przepis martwy, tym niemniej jednak wciąż on funkcjonuje w kodeksie karnym. Z kolei, w Szwecji wprowadzono kary nie dla prostytutek, ale ich klientów.

    Pornografia jest hamowana poprzez prawa zakazujące jej produkcji i rozprzestrzeniania, wówczas, gdy ukazuje ona szczególnie zwyrodniałe postawy, tj. zoofilia czy stosowanie przemocy. I znów wypada zauważyć, że przecież nie zmusza się ludzi do oglądania tego rodzaju materiałów. Nawet zaś pornografia z użyciem przemocy nie musi wiązać z naruszaniem czyjejś wolności. Osoby tam występujące, mogą zgadzać się być bite, poniżane (są np. sadomasochistami).

    SZACUNEK DLA RELIGII. Wiele bluźnierstw i świętokradztw jest w naszym kręgu cywilizacyjnym legalnych i bezkarnych. Nawet jednak w tej dziedzinie, w części krajów, istnieją prawne przepisy wymierzone w tego rodzaju zachowania. Niekiedy są one wcielane w życie. W naszym państwie mieliśmy z tym do czynienia, wówczas, gdy gdański sąd ukarał p. Dorotę Nieznalską za to, iż wystawiła tzw. instalację, która ukazywała Krzyż z namalowanymi nań męskimi genitaliami. Sprzeczność tego wyroku z założeniami libertarianizmu jest oczywista. Prezentacja owego bluźnierczego malowidła, nie była nikomu narzucana, a patrzył na nie, ten kto wyrażał na to zgodę.

    RASIZM. Jakkolwiek byśmy potępiali i odrzucali uprzedzenia rasowe, faktem jest, że wiele z istniejących lub forsowanych obecnie rozwiązań prawnych wymierzonych w rasizm nie da się pogodzić z libertariańskimi zasadami. Z pewnością w 100 proc. libertariańskie jest karanie mordów, pobić, kradzieży i napadów dokonywanych ze względów rasowych. Zapewne zgodne z libertarianizmem jest także prawne zakazywanie zachęcania innych do tego rodzaju czynów.

    Czy jednak naruszeniem czyjejś wolności nie jest już np. zakaz używania słów wyrażających pogardę względem innych ras. To prawda, że, przykładowo wyrażenie „Czarnuch” jest obraźliwe dla Murzynów, jednak póki nikt nie przymusza nikogo do wysłuchiwania tego rodzaju słownictwa, to chyba trudno jest mówić o pogwałceniu czyjejś wolności? Podobnie, rozprowadzanie wydawnictw, w których nazywa się osoby rasy czarnej „małpami”, „małpoludami”, „śmieciami”, itp., w swej istocie nie jest naruszeniem niczyjej swobody, gdyż nie przymusza się nikogo do czytania tego rodzaju wywodów. Nawet przypadek polegający na tym, iż prywatny przedsiębiorca z powodów rasowych nie zatrudni jakiejś osoby, nie podpada pod libertariański kodeks karny. Czy można bowiem zmuszać ludzi, by z własną własnością robili to, czego nie chcą? Nikt nikomu nie nakazuje zatrudniać się u przedsiębiorcy rasisty, a więc przedsiębiorca rasista może zatrudniać kogo tylko chce. Na tej samej zasadzie, członek Ku Klux Klanu będący zarazem właścicielem restauracji może wywiesić tabliczkę z napisem: „Czarnuchom i kundlom wstęp wzbroniony” i nie będzie to przecież naruszeniem czyjejś wolności. Ów lokal jest przecież jego własnością i ma prawo tam wpuszczać i nie wpuszczać kogo tylko zapragnie. Tymczasem prawodawstwo wielu krajów już zakazało lub podjęło wyraźne kroki w celu wprowadzenia karalności tego rodzaju rasistowskich poczynań.

    EKONOMIA. Tradycyjnie libertariańskim ideałem jest, by stosunki pomiędzy pracodawcą a pracownikiem były regulowane wyłącznie w drodze zawieranej między nimi umowy. Wysokość wynagrodzenia, urlop, dni wolne od pracy, ilość przepracowanych godzin, charakter wykonywanych obowiązków, itp. – to wszystko winno być obustronną decyzją podjętą przez pracownika i pracodawcę w spisanej przez nich umowie o pracę. Zgodnie z zasadą mówiącą, iż „chcącemu nie dzieje się krzywda”, w takiej umowie mogą być zawarte choćby nie wiadomo jak niesprawiedliwe, krzywdzące i poniżające jedną ze stron zapisy. Póki obie strony podpisały umowę dobrowolnie, póty władzy nic do jej treści. W umowie będzie zapisane, że należy pracować po 17 godzin dziennie, nie wyłączając z tego niedziel i świąt, za 400 złoty miesięcznie, dodatkowo będąc odzianą w koszulkę z napisem: „Jestem suką„. Trudno, nikt nie zmuszał do podpisywania tego rodzaju umowy, a jak się nie podoba, to zawsze można się zwolnić. I tym razem widać, jak bardzo daleko jest nam do akceptacji libertariańskiej doktryny. Chyba w każdym kraju istnieją bowiem kodeksy pracy, które wyznaczają odgórnie, jakie standardy winny spełniać poszczególne umowy o pracę. Prawo wyznacza więc ilość dni urlopu, minimalną pensję, wolne dni od pracy, zakazuje kobietom wykonywania niektórych zawodów, etc.

    GDZIE SIĘ PODZIALI KONSEKWENTNI LIBERAŁOWIE?

    Być może część czytelników na wykaz powyższych nieliberalnych praw, zakazów i kar w zastosowaniu krajów sławiących liberalne wolności, oburzy się, stwierdzając, iż tak naprawdę przedstawiam karykaturę libertarianizmu, próbując sprowadzić go do absurdu. Jeszcze inni, ale tych chyba będzie mniejszość, w dużej, albo przynajmniej większej części spraw, przyznają mi rację, stwierdzając, iż rzeczywiście przytaczane rozwiązania prawne są sprzeczne z libertarianizmem, a wynika to tak naprawdę z niezrozumienia przez rządzących prawdziwie liberalnych ideałów.

    Zwolennikom tej pierwszej opcji odpowiem, iż to nie ja sprowadzam libertarianizm do karykatury i absurdu. To tak naprawdę tradycyjne libertariańskie ideały odsłaniają w ten sposób swoją straszną, absurdalną karykaturę właściwego spojrzenia na obowiązki władzy i prawa. Konsekwentne zastosowanie zasady mówiącej, iż władze cywilne nie mają prawa karać i zakazywać czynów, które nie naruszają wolności innych dorosłych osób, musiałoby doprowadzić do uznania słuszności legalizacji eutanazji i innych rodzajów samobójstw, używania narkotyków, dobrowolnych bójek, bijatyk oraz pojedynków, kazirodztwa, zoofilii, pornografii z udziałem zwierząt, bluźnierstw, świętokradztw, nazywania ludzi innej rasy „czarnuchami”, „żółtkami” i „białasami”, niesprawiedliwego traktowania pracowników, etc. Jeśli jednak, czujesz się zwolennikiem liberalizmu, ale oburzasz się na pomysł bezkarności takich czynów, to mam dla Ciebie dobrą wiadomość. Nie jesteś jeszcze prawdziwym libertarianinem. Możesz zajmować libertariańskie stanowisko w większej lub mniejszej ilości spraw, ale tkwi w Tobie jeszcze jakaś ilość tradycyjnie chrześcijańskich i zdroworozsądkowych odruchów oraz przekonań. Faktycznie przyznajesz bowiem, że istnieją wartości, które władze cywilne i stanowione przez nie prawa są zobowiązane stawiać ponad wolność. Wciąż uznajesz, iż prawa, zakazy i kary mają sięgać dalej aniżeli tylko poza ochronę tego, by niczyja wolność nie była gwałcona. Nadal więc uważasz, że pewne czyny złe, podłe, wstrętne, niemoralne i zboczone, należy karać, nawet, gdy są one całkowicie dobrowolne i niewymuszone.

    Będąc zwolennikiem prawnego zakazu samobójstwa, eutanazji, dobrowolnych bójek, bijatyk, pojedynków, narkotyków, uznajesz, że ważniejszy jest szacunek dla czyjegoś zdrowia i życia, aniżeli czyjeś „prawo” do dobrowolnego zabicia się, okaleczenia lub zatruwania.

    Optując za karalnością kazirodztwa i zoofilii, przyznajesz, iż ochrona zdrowych więzi rodzinnych, niekrzywdzenie zwierząt oraz po prostu godność ludzkiej płciowości ograniczają prawo do podejmowania dobrowolnych aktów seksualnych.

    Kiedy jesteś za zakazem bluźnierstw oraz profanacji przyznajesz rację tym, którzy utrzymują, iż np. szacunek dla męki naszego Pana Jezusa Chrystusa, jest cenniejszy, aniżeli zachcianki pseudoartystów ukazujących Krzyż Pański unurzany w moczu, nawet, gdy nikogo nie zmuszają oni do oglądania swych „dzieł”.

    Jeśli jesteś przekonany, iż nazywanie Murzynów „małpami” winno być zakazane, to tym samym wierzysz w to, iż szacunek dla ludzi niezależnie od ich koloru skóry, wymaga, by propaganda rasizmu była prawnie karalna, nawet, gdy nikt nie zmusza nikogo do obcowania z nią.

    Wreszcie, je żeli uważasz, że nakazywanie ekspedientkom noszenia t-shirtów z hasłem: „Jestem suką” nie może być legalne, nawet, gdyby coś takiego zostało zapisane w umowie o pracę, to tym samym przyznajesz, iż sprawiedliwość oraz godność człowieka stoi ponad wolnością umów.Moje gratulacje: w niejednej kwestii zajmujesz więc tradycyjnie chrześcijańskie, a zatem antyliberalne stanowisko. Wciąż jesteś przekonany, iż prawo powinno represjonować złe, niemoralne i wstrętne zachowania, również wtedy, gdy nie gwałcą one wolności. Wciąż traktujesz władzę w sposób paternalistyczny, a więc, jako ojca karzącego zło i wskazującego właściwą dobrą drogę. Są więc poważne nadzieje, iż niezależnie od tego, w jak wielkiej części spraw wyznajesz libertariańskie przekonania, zdrowe poglądy, jakie jeszcze posiadasz, pozwolą ci porzucić Twą sympatię względem liberalizmu.

    Zwolennikom opcji mówiącej, że tak naprawdę przywołane przez mnie przykłady pokazują, iż w niejednej sprawie, rządzący wciąż nie kierują się libertarianizm ideologią, przyznam więc naturalnie rację. Tak naprawdę znalezienie osoby, która wyznawała by w 100 procentach twardy i bezkompromisowy liberalizm jest wciąż zadaniem trudnym. Z pewnością mianem najkonsekwentniejszych liberałów należałoby uznać tak zwanych libertarian, którzy przyklasnęliby postulatowi zniesienia wszystkich, a przynajmniej prawie wszystkich zakazów, które powyżej wymieniłem.

    Większości ludzi deklarujących się jako liberałowie niewątpliwie więc wiele brakuje do liberalnego ideału, którym jest libertarianizm. Nie należy jednak w związku z tym popadać w zbytni optymizm. Tradycyjnie libertariański sposób myślenia zdołał przeniknąć wprawdzie jeszcze nie do wszystkich, ale na pewno do wielu płaszczyzn naszego patrzenia na prawo i państwo. Także fakt stosowania przez współczesne państwa represji wobec dobrowolnych zachowań uderzających z tradycyjną moralność chrześcijańską na dłuższą metę nie jest zbyt pocieszający. Z drugiej strony bowiem prawne zakazy i przymusy coraz częściej godzą także w chrześcijańskie obowiązki i powinności. Dobrym tego przykładem są kary nakładane na pastorów za nazywanie homoseksualizmu grzechem i zboczeniem a aborcji ludobójstwem. Podobny wydźwięk mają prawa, które przymuszają chrześcijan prowadzących drukarnie i hotele, do drukowania pro-homoseksualnych materiałów oraz wynajmowania pokoi parkom homoseksualistów. Długo można by jeszcze wymieniać tego rodzaju zakazy i kary: nagany za modlitwę przy posiłku, zabranianie noszenia obrączek symbolizujących świętą cnotę czystości, i tym podobne. Jednym zdaniem: współczesne rządy mimo zachowania pewnej części swych tradycyjnie chrześcijańskich przyzwyczajeń, dają wiele wolności złu, nierzadko represjonując przy tym dobro. Przypominają one więc ojca, który od niekarania grzechów swych synów przeszedł do wymierzania chłosty za ich cnotliwe uczynki.Tytułem uzupełnienia, warto dodać, że choć w podanych wyżej przykładach, mimo czasami ich szokującej natury, bardzo łatwo było wskazać, które zachowanie nie narusza czyjeś wolności, a więc zgodnie z konsekwentnie liberalnym poglądem powinno być bezkarne i legalne, nie zawsze jest to tak bezproblemowe. Jednym z przykładów trudności w określaniu co jest, a co już nie jest, pogwałceniem czyjejś wolności, może być kwestia obscenicznych demonstracji. Każda osoba uważająca się za libertarianina, z pewnością uzna, iż propaganda np. homoseksualizmu winna być bezkarna, póki jest prowadzona w sposób nie narażający ludzi, którzy sobie tego nie życzą, na styczność z tego rodzaju promocją. W libertariańskiej perspektywie jest więc bezdyskusyjne, iż promowanie homoseksualizmu może się legalnie odbywać w klubach, kinach, etc. Są to bowiem lokale, do których nikt nie jest przymuszany uczęszczać. Czy jednak władze cywilne winny zezwalać na parady homoseksualistów odbywające się na ulicach miast? Co wówczas z wolnością osób, które nie chcą na nie patrzeć? Czy nie będą one przymuszone do styczności z czymś, z czym kontaktu mieć nie chcą? Tego rodzaju zastrzeżenia względem legalności homoseksualnych manifestacji są wysuwane ze strony tzw. konserwatywnych liberałów, głównie tych skupionych wokół Unii Polityki Realnej i „Nowej Prawicy” Janusza Korwina Mikke.

    Większość libertarian zdecydowanie jednak odrzuca tego rodzaju obiekcje, argumentując, iż także w przypadku ulicznych parad homoseksualistów nikt nie jest zmuszony się im przyglądać. To prawda, że niemało przechodniów może być przeciwnikami homoseksualizmu i nie życzy sobie oglądania takich demonstracji. Czy jednak rzeczywiście muszą oni na nie patrzeć? Mogą po prostu odwrócić wzrok w innym kierunku, iść dalej i trudno wówczas jest mówić o przymusie stosowanym względem kogokolwiek.Zresztą, gdybyśmy chcieli na poważnie potraktować zagwarantowanie każdemu prawa do nawet przypadkowego i sporadycznego nie oglądania rzeczy, które nie chce on widzieć, to musielibyśmy zakazać wychodzenia na ulicę wszystkim ludziom. Co z procesjami Bożego Ciała? Przecież ulicami chodzą także protestanci, dla których są one wyrazem bałwochwalstwa oraz ateiści widzący w tym zabobon i ciemnotę. Zarówno protestanci jak i ateiści mogą nie chcieć patrzeć na tego rodzaju procesje. Czyżby noszenie Hostii po ulicach należałoby uznać za gwałcenie wolności innowierców i bezwyznaniowców do nie patrzenia na takie manifestacje? Z kolei białych rasistów może drażnić widok Murzynów. Czy w związku z tym należałoby zakazać osobom o czarnym kolorze skóry wychodzenia z domu? Przecież widok Murzyna zmusza białego rasistę do kierowania wzroku w inną stronę, albo przechodzenia na drugą stronę ulicy.Widać więc, iż z konsekwentnie liberalnego punktu widzenia niezwykle trudno by było uzasadnić zakaz publicznych demonstracji homoseksualistów. Chociaż z jednej strony niektórzy ludzie napotykający się na nie, rzeczywiście mogą nie chcieć ich oglądać, z drugiej jednak strony nikogo nie zmusza się by patrzył na te demonstracje i poza sporadycznym kontaktem istnieje przecież możliwość ich ominięcia. Tak zwani konserwatywni liberałowie kontestując legalność publicznych parad zboczeńców wykazują w tej sprawie więc więcej przywiązania do chrześcijaństwa, aniżeli liberalnej konsekwencji.

    CZYM LIBERTARIANIZM BYĆ NIE MUSI?

    Zanim jednak to uczynię, zacznę od przyznania racji liberalnie nastawionym chrześcijanom. Z pewnością formułowane przez kręgi chrześcijańskie zarzuty względem liberalizmu są nieraz przesadne.

    Przesadą jest choćby stawianie absolutnego znaku równości pomiędzy byciem libertarianinem, a popieraniem różnych wynaturzeń moralnych. Wbrew temu popularnemu wyobrażaniu konsekwentnym liberałem może być nie tylko obyczajowy permisywista, bluźnierca bądź ateista, ale również Amisz czy też zachowująca dziewictwo do ślubu żarliwa chrześcijanka. Sednem libertarianizmu nie jest bowiem nadawanie przeróżnym grzechom moralnego imprimatur, ale twierdzenie, iż owe występki winny być wyjęte spod obszaru prawnych represji, zakazów i kar, póty nie gwałcą one czyjejś wolności. Nie jest więc trudne wyobrażenie sobie jakiegoś libertarianina jako z jednej strony chrześcijańskiego kaznodziei grzmiącego przeciw homoseksualizmowi z ambony, z drugiej zaś uważającego, iż mimo jego osobistej wiary w to, iż czyn ten stanowi wielki grzech i sromotę, sądzi on jednocześnie, że piętnowane przez niego moralnie zjawisko, nie powinno być prawnie zakazywane i karane.

    Kontrowersyjne jest tak że bezwarunkowe utożsamianie nawet skrajnych form liberalizmu z ruchem na rzecz legalnej aborcji. Konsekwentny liberał, który, zgodnie z prawdą, widzi w nienarodzonych dzieciach, istoty ludzkie, od razu na coś takiego odparuje, iż domaganie się bezkarności przerywania ciąży nie jest żadną liberalizacją, ale przeciwnie stanowi posunięcie wybitnie antyliberalne. Albowiem postulat ów zasadza się na gwałceniu wolności zabijanych dzieci, które przecież nikt się o zgodę na „zabieg” nie pyta. Oczywiście bez trudu znajdzie się też zwolenników libertarianizmu, którzy będą bronić legalności aborcji, twierdząc, iż mamy tu do czynienia nie z istotą ludzką, ale tzw. płodem czy embrionem, a więc nie można utrzymywać, iż gwałci się wolność innych ludzi.

    Czy jednak fakt, iż libertarianizm nie musi być tożsamy ze stricte moralnym przyzwoleniem na zło czy też domaganiem się prawnej legalizacji aborcji, może spowodować uznanie owego za możliwy do pogodzenia z tradycyjnym chrześcijaństwem i prawicowością?Usunięcie zarzutów o nierozłączne związki libertarianizmu z moralnym permisywizmem czy też postulatem legalnej aborcji, nie jest jeszcze dowodem, iż doktryna ta da się pogodzić z chrześcijaństwem. Nie trzeba wcale demonizować libertarianizmu, poprzez przypisywania mu poglądów, które nie muszą należeć do jego integralnego sedna, by dowieść, że tak czy inaczej jest to ideologia sprzeczna z tradycyjnym prawowiernym chrześcijaństwem. Zaczynając od Biblii, poprzez przykład życia Świętych oraz Błogosławionych, a skończywszy na odwiecznej doktrynie jak i praktyce Kościoła katolickiego, widzimy z całą wyrazistością, iż chrześcijańskiej prawowierności zawsze obcym był libertariański pogląd zakładający, że ostrzem prawnych zakazów i represji winny być dotknięte tylko te uczynki, które naruszają czyjąś wolność.

    KARAĆ NIEPRAWOŚCI MĄDRZE I ROZTROPNIE

    BIBLIA na kartach Starego Testamentu uczy nas, iż Pan Bóg nakazał surowo karać takie czyny jak: bałwochwalstwo (Wj 22, 20), bluźnierstwo (Kpł 24, 15-16), okultyzm (Wj 22, 18), fałszywe proroctwa (Pwt. Prawa 18, 20), homoseksualizm, zoofilia (Kpł 20, 15-16), cudzołóstwo (Kpł 20, 10), kazirodztwo (Kpł 20, 11), gwałcenie szabatu (Wj 31, 14).

    Żaden z tych czynów nie polega w swej istocie na naruszaniu czyjejś swobody, a jednak Wszechmocny nakazał swym sługom, by je karali i zakazywali. Jahwe nie powiedział: „Trudno, czyny te są mi wstrętne, ale każdy jest wolny, a więc zostawcie ich sprawców w spokoju„.

    Także przykłady starotestamentowych Bożych mężów dają w tym względzie wiele do myślenia. Pinchas karzący parę przyłapaną na cudzołóstwie; Eliasz zabijający czcicieli fałszywego bożka Baala, Mojżesz niszczący bałwany oraz wielu innych – z pewnością trudno posądzić owe postacie o bycie uosobieniem libertariańskich „cnót”.

    Z kolei, św. Paweł Apostoł na kartach Nowego Testamentu pouczał chrześcijan:

    Rządzący nie są postrachem dla uczynku dobrego, ale dla złego. A chcesz nie bać się władzy? Czyń dobrze, a otrzymasz od niej pochwałę. Jest ona bowiem narzędziem Boga, który ciebie ma prowadzić ku dobremu. Jeżeli jednak czynisz źle, lękaj się, bo nie na próżno nosi miecz. Jest bowiem narzędziem Boga do wymierzania sprawiedliwej kary temu,który czyni źle” (Rz 13, 3-4).

    Czy nie wydaje si ę, że gdyby św. Paweł Apostoł był libertarianinem, w liście do Rzymian, nie pisałby, iż władza ma być postrachem i narzędziem dla karania złych ludzi i uczynków? Konsekwentny liberał napisałby, że władza ma karać naruszanie wolności dorosłych ludzi, a to, czy wiąże się ono z czynieniem zła, państwa nie powinno interesować. W „ortodoksyjnie” libertariańskim przekładzie, powyższe słowa Apostoła winny być zmienione na następujące: „Rządzący nie są postrachem dla uczynków dobrowolnych, ale dla naruszających czyjąś wolność. A chcesz nie bać się władzy? Nie naruszaj wolności dorosłych ludzi, a otrzymasz od niej pochwałę. Jest ona bowiem narzędziem Boga, który ciebie ma prowadzić ku poszanowaniu wolności twych bliźnich. Jeżeli jednak gwałcisz wolność bliźniego, lękaj się, bo nie na próżno nosi miecz. Jest bowiem narzędziem Boga do wymierzania sprawiedliwej kary temu, który narusza wolność innego bliźniego lub bliźnich.”

    Biblia jednak nie mówi by karać tylko gwałcenie czyjejś wolności, ale by czynić to w stosunku do zła. Złem są jednak również zachowania, które niczyjej wolności nie naruszają. Co więcej nieraz, dobrym uczynkiem jest właśnie ingerencja w czyjąś wolność. Dobrze np. czyni ten, kto rzuca się na pomoc samobójcy, mimo, że ten z własnego wyboru pragnie skończyć ze swym życie.Trudno więc znaleźć w Piśmie świętym poparcia dla libertariańskiego spojrzenia na rolę państwa i prawa.

    ŚWIĘCI I BŁOGOSŁAWIENI również nie dostarczają argumentów zwolennikom libertarianizmu. Cóż powiedzieć np. o św. Bonifacym, który nie pytając się pogan o zgodę ściął czczone przez nich drzewo? Jak skomentować postępowanie św. Franciszku Ksawerego, który nie dość, że zachęcał dzieci do niszczenia fałszywych bożków to nakazał karać aresztem niewiasty przyłapane na pijaństwie (Por. O. Stanisław Cieślak, „Św. Franciszek Ksawery. Wielcy ludzie Kościoła”, Kraków 2005, s. 40)? Albo jak można ocenić przykład, jaki dali nam bł. Jan Chrzciciel i bł. Hiacynt od Aniołów, informujących władze kościelne i cywilne o sprawowaniu bałwochwalczych obrzędów?

    Niby w jaki sposób, w kanon libertariańskiej ideologii można by wpasować następujące słowa, wielkiego chrześcijańskiego króla, św. Ludwika IX, które ten skierował do swego syna-następcy tronu:

    „Chętnie powierzaj władzę ludziom dobrej woli, którzy wiedzą, jak jej dobrze użyć, i troszcz się, aby grzech został unicestwiony w twoich ziemiach, to znaczy bluźnierstwa i wszystkie rzeczy, które czyni się lub mówi przeciw Bogu, Najświętszej Marii Pannie i świętym, grzechy cielesne, gry w kości, tawerny, lub inne grzechy. Zgnieć wszystko to w swojej ziemi roztropnie i w dobry sposób. Ścigaj heretyków i innych złych ludzi w swojej ziemi, aż ziemia twoja będzie oczyszczona „(Cytat za: Jean de Joinville, „Czyny Ludwika Świętego króla Francji”, Warszawa 2002, s. 213-213).

    Dużo można by jeszcze pisać o wyniesionych na ołtarze chrześcijanach, którzy nie zważając na czyjąś własność i wolność wyboru karali, zakazywali i stawiali rozliczne przeszkody takim złym uczynkom jak: bałwochwalstwo, pijaństwo, nierząd czy cudzołóstwo. Z pewnością więc i oni nie zostali kanonizowani bądź beatyfikowani przez Kościół za bycie wzorami libertariańskich „cnót”.

    ODWIECZNA DOKTRYNA I PRAKTYKA KOŚCIOŁA także stanowi zaprzeczenie libertariańskich przekonań.

    Św. Tomasz z Akwinu uczył wszak:

    Królewska funkcja musi zabezpieczać dobre życie ludu zgodnie z tym, co jest mu niezbędne do osiągnięcia niebiańskiego szczęścia; oznacza to, że musi nakazywać to, co do niego prowadzi, a, w stopniu jakim to jest możliwe zakazywać tego, co jest mu przeciwne” ( „De regimine principium”, L 1, rozdz. XV).

    Z kolei, św. Alfons Maria Liguori, w przemowie do króla Neapolu mówił:

    Ty możesz więcej zrobić dla zbawienia dusz, aniżeli ja”.

    Za nim Papieże powtarzali zaś:

    Prawdziwa wolność społeczności ludzkiej nie polega na tym, że każdy człowiek robi to, co chce, ponieważ prowadziłoby to wprost do zamieszania i nieładu, powodując rozbicie państwa; polega ona raczej na tym, że przez wpływ prawa stanowionego wszyscy łatwiej mogą spełniać zapisy prawa wiecznego” ( Leon XIII, „Libertas”).

    Jedynie cnotliwy żywot jest drogą do nieba, dokąd wszyscy zdążamy: a więc zbacza państwo od zasad i przepisów prawa naturalnego, kiedy tak wyuzdaną daje wolność… czynom niegodziwym, że bezkarnie można umysły odwodzić od prawdy i serca od cnoty„(Leon XIII, „Immortale Dei”).

    Ustawy bowiem państwowe bardzo skutecznie mogą wesprzeć niezmiernie ważne zadanie Kościoła, jeśli w swych przepisach uwzględnią to, co nakazują prawa Boskie i Kościelne, a ukarzą tych, którzy je przekraczających (Pius XI, „Casti Connubii”, IV, 4).

    Od tego, czy ustrój jakiegoś państwa jest zgodny z prawem Bożym, zależy zdrowie dusz jego obywateli (…), a zatem to, czy ludzie oddychają powietrzem zdrowym prawdą czy też śmiertelnym bakcylem grzechu i deprawacji” (Pius XII, przemówienie w 50 rocznicę ogłoszenia encykliki Rerum novarum, 01. 06. 1941).

    „Pragniemy więc zwrócić się do Rządów Narodów, ponieważ im to przede wszystkim powierzone zostało najważniejsze zadanie ochrony dobra wspólnego i one mogą tak wiele uczynić dla ratowania dobrych obyczajów; nie dopuście nigdy do upadku dobrych obyczajów wśród waszych narodów!” (Paweł VI, „Humanae Vitae”, nr 22-23).

    Jan Paweł II z kolei w encyklice „Evangelium Vitae” nazwał mianem poglądu wywodzącego z nurtu „etycznego relatywizmu” (a więc nurtu wrogiego chrześcijaństwu) opinię:

    żądającą od państwa, aby nie opowiadało się po stronie żadnej określonej koncepcji etycznej i nie narzucało jej innym, ale by ograniczyło się do zapewnienia każdemu możliwie jak największej przestrzeni wolności, której jedynym ograniczeniem zewnętrznym jest zasada nienaruszania przestrzeni autonomii, do jakiej ma prawo każdy inny obywatel”(tamże: n. 69-70).

    Papież ten, do poglądów wywodzących się z nurtu wrogiemu chrześcijaństwu zaliczył więc podstawową ideę libertarian, a więc przekonanie, iż zadaniem państwa jest strzeżenie jedynie wolności poszczególnych obywateli.

    Treść postulowanych przez doktrynę katolicką szczegółowych prawnych zakazów, kar i represji także nie pozostawia wątpliwości co do ich antylibertariańskiego wydźwięku.

    I tak np. św. Alfons Liguori wzywał chrześcijańskich władców, by wygnali ze swych krajów głosicieli fałszywych doktryn.Wielu papieży potępiało zaś wolność propagowania niemoralności i fałszu, jako: „najbardziej śmiertelną ze swobód, swobodę ohydną, dla której nigdy dość obrzydzenia” (Grzegorz XVI, „Mirari vos”), „swobodę zatracenia prowadzącą dusze do zepsucia obyczajów” (bł. Pius IX, „Quanta cura”, „Syllabus”).

    Leon XIII w odniesieniu do wolności promowania zła uczył zaś:

    tego co się prawdzie i cnocie sprzeciwia, nie godzi się na jaw wydobywać i przed oczy ludziom stawiać, a tym mniej opieką prawa godzi się popierać” („Immortale Dei”);

    zwodnicze doktryny, najbardziej śmiertelna ze wszystkich zaraza umysłu, a także wady psujące serca i moralność, winny być pieczołowicie represjonowane przez władzę publiczną, w imię sprawiedliwości, by powstrzymać zło przed rozprzestrzenianiem się na zgubę społeczeństwa. Dewiacje rozwiązłego umysłu, które dla nieświadomego tłumu, łatwo stają się prawdziwym uciskiem, winny być karane z całą surowością prawa, nie mniej niż kryminalne zamachy gwałtu skierowane przeciwko słabym” („Libertas”).

    Tradycyjne prawowierne chrześcijaństwo ogłasza również, iż prawnie zakazane, winno być rozprzestrzenianie pornografii, nierządu, cudzołóstwa, prostytucji, homoseksualizmu, onanizmu:

    „Władze cywilne powinny zabronić wytwarzania i rozpowszechniania materiałów pornograficznych”(Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2354).

    „Władze cywilne, ponieważ są zobowiązane szanować godność osoby ludzkiej, powinny stwarzać środowisko przyjazne dla czystości, zakazując także, stosownymi prawami,rozprzestrzeniania się wspomnianych wyżej ciężkich wykroczeń przeciw czystości(wyżej zaś, mianem ciężkich wykroczeń przeciw czystości określono: stosunki przed i pozamałżeńskie, onanizm, prostytucję, pornografię, czyny homoseksualne – przyp. moje MS),aby chronić przede wszystkim małoletnich i bardziej słabych” (Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego w odpowiedzi na pytanie nr. 494).

    Co więcej Kościół katolicki otwarcie opowiedział się za prawnym zakazem i karalnością nierządu i cudzołóstwa. Uczynił to Pius XI, który w encyklice „Casti Connubii” w odniesieniu do niemałżeńskiego pożycia seksualnego deklarował:

    prawowita władza ma prawo i obowiązek zakazywania takich haniebnych związków, jako sprzeciwiających się rozsądkowi i naturze ludzkiej, zapobiegania im i karania ich”.W tym samym dokumencie papie ż ów mianem „podłych i haniebnych pomysłów” określa poglądy tych, którzy chcą, „aby uznać za nijakie lub znieść wszelkie ustawy karne, jakie państwo wydało dla zachowania wierności małżeńskiej” („Casti connubii”).

    Doktryna wyłożona w „Casti connubii” w ciągu wieków była praktycznie realizowana w wielu krajach katolickich. Wystarczy spojrzeć choćby na rozwiązania prawne, jakie obowiązywały w Polsce. I tak np. polskie prawo miejskie zdradę małżeńską nierzadko karało ścięciem, a stosunki przedmałżeńskie obwarowane były sankcjami w postaci wypędzenia z miasta, bądź też chłosty. W prawie wiejskim winnym rozpusty i cudzołóstwa odmierzano baty, nakazywano im leżeć krzyżem w kościele przez kilka niedziel, stać w specjalnej kapie pokutnej lub w tzw. kunie (obręczy żelaznej, przytwierdzonej do ściany świątyni), płacić grzywny pieniężne na rzecz dworu, kościoła i sądu. Niekiedy też, odpowiedzialnych za takowe występki wyganiano ze wsi. Warto wspomnieć, iż w prawie każdej polskiej wsi działały swoiste komisje moralności, których zadaniem było tępienie uczynków przeciwnych świętej cnocie czystości. Szczególnie surowo, takie przestępstwa, ścigane były za panowania Bolesława Chrobrego. Wówczas to przyłapanym na cudzołóstwie bądź rozpuście dawano do wyboru: śmierć albo też własnoręczne dokonanie kastracji.

    W innych państwach katolickich władze świeckie także brały się za represjonowanie stosunków przed i pozamałżeńskich. Przykładowo, w „Zwierciadle Saskim” – spisie prawa dokonanym na początku XIII w., którym posługiwały się sądy miast i wsi lokowanych na prawie niemieckim – przewidywano karę śmierci dla niewiernego małżonka. W XVI – wiecznych Włoszech niewierność małżeńska obwarowana była karą więzienia, cudzołożnice chłostano albo też golono im głowy, zaś za pocałowanie mężatki lub wdowy groziły kary cielesne. Z kolei Brzetysław Czeski w 1038 roku, po zajęciu Gniezna ustanowił kary grzywny, wygnania, chłosty za nierząd, wielożeństwo, etc.

    Władze krajów katolickich dość długo były świadome tego, iż to co dokonywane jest w zaciszu sypialni nie powinno być wyjęte spod jurysdykcji kodeksów karnych. Co prawda, wraz z postępującym marszem liberalizmu i laicyzmu, od końca XVIII wieku sukcesywnie łagodzono i znoszono kary wymierzone w nieobyczajność seksualną, to jednak jeszcze do poł. XX stulecia nie było niczym nadzwyczajnym traktowanie w kategoriach przestępstw karnych takich czynów jak: rozpusta, cudzołóstwo i homoseksualizm. W Hiszpanii za rządów gen. Franco zdrada małżeńska zagrożona była 6 latami więzienia, a w Bawarii depenalizacja konkubinatów nastąpiła dopiero w 1969 roku.

    W całym tym okresie, władze kościelne, tak zachęcały, jak i aktywnie współdziałały z władzami cywilnymi w zwalczaniu grzechów ciała. Warto wiedzieć, że św. Inkwizycja obok tropienia herezji zajmowała się również ściganiem niemoralności seksualnej. W Polsce niejednokrotnie misjonarze urządzali nawet nocne najazdy na domy osób podejrzanych o uczynki nieczystości, a w razie przyłapania ich na czymś takim, poddawali takich ludzi karze chłosty, zamykania we wspomnianej wyżej kunie kościelnej, etc. Sobór Trydencki na sesji 24 zachęcał biskupów, by, w miarę potrzeby, w karaniu konkubinatu i cudzołóstwa uciekali się do pomocy władz świeckich.

    Jan Paweł II potwierdził z kolei, iż władza cywilna powinna zakazywać eutanazji:

    Tak więc ustawy, które dopuszczają bezpośrednie zabójstwo niewinnych istot ludzkich, poprzez przerywanie ciąży i eutanazję, pozostają w całkowitej i nieusuwalnej sprzeczności z nienaruszalnym prawem do życia, właściwym wszystkim ludziom, i tym samym zaprzeczają równości wszystkich wobec prawa. Można by wysunąć zastrzeżenie, że nie dotyczy to eutanazji, gdy zostaje ona dokonana na w pełni świadome żądanie zainteresowanego. Jednakże państwo, które uznałoby takie żądanie za prawomocne i zezwoliłoby na jego spełnienie, usankcjonowałoby swoistą formę samobójstwa-zabójstwa, wbrew podstawowym zasadom, które zabraniają rozporządzać życiem i nakazują ochraniać każde niewinne życie. W ten sposób zmierza się do osłabienia szacunku dla życia i otwiera drogę postawom niszczącym zaufanie w relacjach społecznych. Prawa, które dopuszczają oraz ułatwiają przerywanie ciąży i eutanazję, są zatem radykalnie sprzeczne nie tylko z dobrem jednostki, ale także z dobrem wspólnym i dlatego są całkowicie pozbawione rzeczywistej mocy prawnej. Nieuznanie prawa do życia, właśnie dlatego, że prowadzi do zabójstwa osoby, której społeczeństwo ma służyć, gdyż to stanowi rację jego istnienia, przeciwstawia się zdecydowanie i nieodwracalnie możliwości realizacji dobra wspólnego. Wynika stąd, że gdy prawo cywilne dopuszcza przerywanie ciąży i eutanazję, już przez ten sam fakt przestaje być prawdziwym prawem, moralnie obowiązującym” („Evangelium Vitae”, n. 72).

    Także w dawniejszych wiekach, Magisterium Kościoła wzywało rządzących, by nie szanowali „prawa” do dobrowolnego niszczenia własnego lub cudzego życia i zdrowia. Sobór Trydencki na przykład nałożył ekskomunikę na wszystkich władców, którzy w swych granicach tolerowaliby zwyczaj pojedynków. I tym razem tradycyjne chrześcijaństwo nie zdało testu na libertarianizm. Czy libertariańskimi można bowiem nazwać apele o karalność obustronnie dobrowolnych zachowań? Przecież, by doszło do pojedynku druga strona musiał wyrazić na to zgodę.

    Tradycyjne nauczanie Kościoła nie zgadza się z libertariańskim kanonem również w sferze ekonomicznej. Z pewnością rację mają ci, spośród libertarian, którzy próbując wykorzystać katolicką doktrynę społeczną podkreślają, że odrzuciła ona komunizm i socjalizm. Istotnie, Magisterium kościelne nieraz piętnowało nadmierną ingerencję państwa w gospodarkę, dążenie do likwidacji własności prywatnej lub też krępowanie jej licznymi oraz uciążliwymi przepisami, tłamszenie swobody działalności ekonomicznej przez nadmierny centralizm, rozrost biurokracji, etc. Można więc powiedzieć, iż wolny rynek opierający się na prężnie rozwijającej się własności prywatnej, niskich podatkach, skromnej biurokracji jest bliski tradycyjnemu chrześcijaństwu. Odrzucenie „nadmiernej” ingerencji państwa nie oznacza jednak jej negacji jako takiej. Sprzeciw wobec likwidowania lub krępowania własności prywatnej licznymi przepisami nie jest jeszcze tym samym, co proklamacja jej „świętego”, „nienaruszalnego” i „absolutnego” charakteru. Słowem: sprzeciw wobec herezji komunizmu i socjalizmu nie musi jeszcze oznaczać imprimatur dla skrajnego ekonomicznego liberalizmu. Gdy przyjrzymy się z bliska katolickiemu nauczaniu o wolnym rynku dostrzeżmy jak na dłoni, że nie może ono zadowolić żadnego libertarianina.

    Popatrzmy chociażby na wiekopomną encyklikę Leona XIII „Rerum Novarum”. Papież ów wprost odrzuca pogląd, jakoby państwo miało prawo interweniować tylko w wypadku, gdy złamana zostaje obustronnie zawarta pomiędzy pracodawcą a pracownikiem umowa. Leon XIII stwierdza tam, iż sam fakt zawarcia takiej umowy nie wystarcza, by mówić o sprawiedliwych warunkach pracy. Encyklika „Rerum Novarum” wymienia otwarcie szereg przypadków, w których uprawniona jest interwencja państwa w relacje pomiędzy pracodawcą, a pracownikami, nawet wówczas, gdy z punktu widzenia zawartej między nimi umowy wszystko wydaje się przebiegać prawowicie. Leon XIII pośród przypadków takiej uprawnionej interwencji władz cywilnych w życie ekonomiczne wymienia między innymi:

    1. Rozluźnianie naturalnych związków rodzinnych wśród robotników,

    2. Zadawanie gwałtu religijności robotników przez odmawianie im sposobności do spełniania obowiązków względem Boga,

    3. Zagrożenia dla moralności, wynikające z pomieszania osób różnej płci lub z innych pokus do grzechu,

    4. Obarczanie pracowników nadmiernymi ciężarami lub narzucanie innych, niegodnych człowieka warunków pracy,

    5. Szkodzenie zdrowiu przez pracę nad siły lub zmuszanie do pracy niestosownej dla wieku lub płci,

    6. Zbyt niskie w stosunku do włożonej pracy płace (tamże: n. 29-35)

    „Rerum Novarum” naucza też:

    Chociaż więc pracownik i pracodawca wolną z sobą zawrą umowę, a w szczególności ugodzą się co do wysokości płacy, mimo to jednak ponad ich wolą zawsze pozostanie do spełniania prawo sprawiedliwości naturalnej, ważniejsze i dawniejsze od wolnej woli układających się stron, które powiada, że płaca winna pracownikowi rządnemu i uczciwemu wystarczyć na utrzymanie życia”.

    Encyklika ta dodaje przy tym, iż również za parawanem obustronnie zawartej umowy może kryć się gwałt zadawany sprawiedliwości, przeciw któremu należy wykorzystać powagą praw państwowych (tamże n. 34 – 35).

    To nauczanie Leona XIII zostało potwierdzone w innych późniejszych dokumentach Magisterium.W Kompendium Katolickiej Nauki Społecznej czytamy poza tym, że własność prywatna nie jest ani „nienaruszalna”, ani „absolutna”, zaś władze cywilne co prawda nie powinny interweniować w zakresie ekonomii, natrętnie, ale również winny się strzec czynienia tego w sposób „znikomy” (tamże, n. 177, 351).

    Czy „ortodoksyjny” liberał może przystać na to, by władze cywilne ingerowały w treść zawieranych przez strony umów? Czy z libertariańskim myśleniem o ekonomii ewidentnie nie kłócą się postulaty sprowadzające się do tego, by to nie tylko umowy o pracę, ale również państwo ustalało warunki sprawiedliwej pracy i płacy?

    TOLERANCJA MNIEJSZEGO ZŁA

    Ważnym dopowiedzeniem do katolickiej nauki o prawie i obowiązku władz cywilnych do karania i zakazywania zła, jest przypomnienie, iż wolno jest niekiedy tolerować mniejsze zło. Jest to dozwolone wówczas, by zapobiec większemu złu lub ocalić jakieś większe dobro. Tradycyjne rozumienie tolerancji zakłada zawieszenie aktywnego przeciwstawienia (karania czy nawet upominania grzechu) się jakiemuś złu, w imię zachowania jakiegoś większego dobra lub zapobieżenia większemu złu.

    Przekładając takie rozumienie tolerancji na sferę stricte prawną: władza może zrezygnować z karania nieprawości, która w normalnych warunkach winna być zakazana i tępiona, jeśli groziłoby to powstaniem większego zła lub można by było w ten sposób utracić większe dobro. Tolerancja oznacza więc uwarunkowane okolicznościami i warunkami zawieszenie karania zła, ale nie przyznanie nieprawościom rzekomego prawa do bycia wyjętymi spod represji. Kiedy jednak okoliczności na to pozwolą grzech winien być prawnie karany i zakazany.

    Powiedzenie: „Na razie lepiej tego nie karać” nie jest tym samym, co: „Nic mi do tego, nie mam prawa tego karać„. Pierwsze jest wyrazem tradycyjnie chrześcijańskiej roztropności i tolerancji, drugie: libertariańskiej herezji.

    NIE WSZYSTKIE GRZECHY MUSZĄ BYĆ KARANE

    Warto jest również zastrzec, iż prawo oraz obowiązek władz cywilnych do represjonowania nieprawości, nie oznacza bynajmniej, iż dokładnie wszystkie ze złych uczynków winny być prawnie karane i zakazywane. Różny jest stopień szkodliwości społecznej poszczególnych nieprawości. Pewne złe czyny bezpośrednio szkodzą jedynie ich sprawcom, inne z kolei polegają na wciąganiu w to swych bliźnich. Część z nieprawości zagraża zaś wręcz całemu porządkowi społecznemu. Bardzo wątpliwym byłby pomysł karania ludzi, którzy dokonują swych złych uczynków zupełnie potajemnie i w całkowitym odosobnieniu. W końcu przecież nie można powiedzieć, by w ten sposób bezpośrednio szkodzili komuś poza sobą. Czym innym jest już jednak namawianie, pobudzanie, inspirowanie swego bliźniego do zła (co ma miejsce choćby w przypadku grzechów, do których dokonania potrzebne są dwie osoby) i podobnego rodzaju nieprawości, jako działania wymierzone w dobro innych osób powinny stać się przedmiotem prawnych zakazów i kar.

    Swego rodzaju podsumowaniem tradycyjnego nauczania Kościoła na temat karania zła, mogą być dwa kazania wygłoszone przez wybitnych polskich kaznodziejów, gdzie w wyrazisty sposób ukazany jest z jednej strony obowiązek represjonowania nieprawości, z drugiej zaś konieczność wstrzymywania się od realizowania tej powinności, z powodu wglądu na roztropną i mądrą tolerancją mniejszego zła:

    (…) Mówią, iż je karać każem słowem Bożym, upominaniem i wyklinaniem. A jeśli oni o to nie dbają i z tego sięśmieją, to im żadnego karania nie masz. Śmiech z siebie czyni, kto czeladnika słowy karze, na które nic nie dba, i na cudzołożnika albo złodzieja, którego w domu swoim masz, takie penowanie a nie inne nań ustaw, aby inaczej karany nie był; ujrzę, jaki dom swój mieć będziesz, a jako cię do innego karania będzie tęskno i szukać go musisz.Mówią, iż tu Pan Jezus nie kazał wyrywać kąkolu, ależniwa czekać. Nie zganił wielki gospodarz, Pan Jezus, dobrej czeladki swojej, którzy Mu chęć swoję na plewidło ofiarowali, z miłości ku pożytkom Jego, z żałości ku szkodzie Jego, z gniewu ku nieprzyjaciołom Jego. I owszem to im rozkazuje, gdy je posyła do winnice swojej na robotę, która jest najpierwsza: kamienie wybierać i złe ziele wyrywać. To siał diabeł, to nasienie i rodzaj jego; wyrzućcie, mówi przez Apostoła, złe z pośrodku was, aby się inni nie psowali. Trocha kwasu wszystkę dzieżę zaraża); i psują dobre obyczaje rozmowy złe, jako są bardzo jadowite heretyckie. Zelus Boży, to jest żarliwość i gniew o krzywdę Bożą i o zelżywość i szkodę czci świętych Jego, wielce się w Piśmie zaleca, w Mojżeszu, w Phineesie, w Eliaszu, w Ezechiaszu, Matatiaszu i innych. Miłości jednej odrobiny ku Bogu nie ma, kto się o krzywdę Boską nie gniewa. Miłości ku bliźniemu nie ma, kto się nad zgubą dusze jego nie użali. Na grzech się nie gniewa i owszem przyjaźń czartu pokazuje, kto grzechu, gdy może być, nie wymiata ani karze, ponieważ jest nasienie diabelskie.Toby taki cudzołożnikom i mężobójcom i złodziejom i rozbójnikom, którzy się też kąkolem zwać mogą, Pan Jezus wolność w tej Ewangeliej dał, a karać ich urzędem nie kazał. Niewczesnego i niepogodnego plewidła zakazał gospodarz Pan Jezus, takiego, które jest z szkodą Jego i drogiej pszenice Jego; i przeto przydał przyczynę: aby wyrywając kąkol, pszenica się nie wykorzeniała. Ale gdy jest czas, a bez szkody być może, kto i pomyślić ma, aby tego miał kto mądry zakazować? Chyba by ten, co rozumu nie ma, abo się w szkodzie i zelżywości Bożej i w utracie zbawienia ludzkiego i swego kocha. Coby było szatańskie a nie ludzkie serce.Znosić heretyki i ścierpieć, gdy się bez wojny i rozruchów domowych i wszystkiego królestwa karać nie mogą, to każdy rozum przypuścić musi. Boby wiele dobrych poginęło, boby szkodę wielką niewinni podjęli. Uchowaj Boże tego! Toż się o innych grzechach mówi: ktoby wszystkie lichwiarze zaraz wykorzenić chciał, szkodę by tym, którzy pożyczków potrzebują, uczynił. Na dzień sądny, na ono ostatnie żniwo, wszystko się i zaraz ukarze, ale tu na ziemi i najpilniejsze urzędy nie mogą zaraz i wszystkiego złego wykorzenić. Ale złe ganić i wolności im bronić a roztropnie je karać, to powinien urząd każdy „ – Ks. Piotr Skarga, (.Ks. Piotr Skarga, „Kazania na niedziele i święta całego roku„, Tom I. Kraków 1938, s. 144-149).

    Gdzie nie tak to masz rozumieć: żebyśmy mieli milczeć, albo przez szpary patrzeć, kiedy kto źle uczy albo czyni. Albowiem chce to mieć Pan Bóg na świecie, aby przełożeni urzędu swego pilni przestrzegali, aby sprawiedliwość była, aby źli byli karani, a dobrzy obronieni (…) A tak niezakazuje Pan Bóg, i owszem rozkazuje złoczyńców hamować, i karać ich. Ale jako sam cierpi złe nasienie na roli swojej, jedno przez to, aby się pospoły pszenica nie wyrwała: ponieważ wiele takich , którzy dziś są kąkolem, a jutro pszenicą być mogą: tak też rozkazuje urzędom i sługom swoim, aby w tej mierze, i w tym karaniu złych ludzi, skwapliwi nie byli, aby niewinnych przy winnych nie wygładzali. Ale gdzie tej trudności nie masz, tam ma ważyć owa sentencja Pańska: Kto mieczem zabije, ten od miecza zginie (Mt 26). I ona druga: Wyrzućcie złość z pośrodku waszego” – ks. Jakub Wujek (Cytat za: „Wykład Pisma świętego. Postilla Catholica”, cz. I, Komorów 1997, s. 178 – 179).

    ŚW. TOMASZ Z AKWINU ZWOLENNIKIEM LEGALNOŚCI PROSTYTUCJI?

    Poplecznicy libertarianizmu nie składają jednak broni i próbują wykazać, iż również w ramach tradycyjnego prawowiernego chrześcijaństwa istniały nurty libertariańskiego myślenia o państwie i prawie.

    Niezwykle częstym argumentem libertarian jest np. powoływanie się na św. Augustyna oraz św. Tomasza z Akwinu, jako będących zwolennikami bezkarności prostytucji. W ślad za tymi doktorami Kościoła, brak karalności oraz legalność prostytucji miała zaś wspierać nawet cała nauka katolicka oraz wszyscy władcy katoliccy. Takie stawianie sprawy jest jednak mitem oraz przekłamaniem.

    Po pierwsze bowiem: to nie doktryna katolicka, ale niektórzy teologowie katoliccy twierdzili, że w ściśle zakreślonych granicach prostytucja powinna pozostać niekaralna. Prawda, że pośród tych teologów znajdowała się tak wybitna postać, jak św. Augustyn. Nie bez znaczenia jest jednak fakt, iż sformułował on ten pogląd, gdy był jeszcze katechumenem nie obeznanym dość mocno z doktryną chrześcijańską.

    Apologeci bezkarnej prostytucji powołują się także na św. Tomasza z Akwinu. Tymczasem, wiele wskazuje na to, że tak naprawdę Akwinata nie jest autorem zdań opowiadających się za – choćby cząstkową – legalnością tego procederu. Część jego dzieła pt. „De regimine principium”, w której jest mowa o potrzebie pozostawienia bezkarną prostytucji, nie została tak naprawdę napisana przez św. Tomasza z Akwinu, lecz przez jego ucznia – Ptolomeusza z Luki. Akwinata przerwał pisanie tej pracy z powodu śmierci księcia, do którego utwór był adresowany. Dokończenia tego dzieła podjął się zaś wspomniany Ptolomuesz z Luki (Patrz: Kinga Wiśniewska – Roszkowska, „Problemy współczesnego erotyzmu”, Warszawa 1986, s. 74-75).

    Tak czy inaczej fałszem jest sugerowanie, jakoby doktryna katolicka opowiadała się za legalnym płatnym nierządem. Jeśli ktoś, chce bronić prawdziwości tej tezy powinien wskazać, nie na opinie poszczególnych teologów (albowiem w niektórych kwestiach nawet niektórzy Święci głosili poglądy, które później były odrzucane przez Magisterium – np. św. Augustyn poddawał w wątpliwość Niepokalane Poczęcie Matki Bożej), ale na orzeczenia Papieży, Soborów i rzymskich Kongregacji. Albo przynajmniej należałoby wykazać, iż coś takiego było przedmiotem powszechnego consensusu wśród katolickich autorów.

    Po drugie: postawa państw katolickich względem prostytucji przejawiała się, albo w absolutnym i całkowitym zakazie, lub też w mocno ograniczonej tolerancji prawnej dla tego zjawiska. Przez długi czas handel ciałem został całkowicie zabroniony m.in. w Hiszpanii, Portugalii i Francji. Trzeba nadmienić, że nierzadko plaga ta była tępiona drakońskimi represjami. Stręczyciel mógł być zatem ścięty, pozbawiony uszu, zakuty w pręgierz, wygnany z miasta, itp. Prostytutki chłostano i zamykano w klatkach na widok publiczny. Mężczyzna korzystający z płatnych usług seksualnych mógł trafić za więzienne kraty. Ci spośród władców, którzy postanowili tolerować w swych granicach płatny nierząd, starali się zamykać go w ściśle określonych granicach, których przekroczenie niejednokrotnie surowo karano. Prostytutki często musiały praktykować swój „zawód” tylko w obrębie specjalnych domów, nierzadko nie miały wstępu w granice miast. Dbano też, by nad owym procederem unosił się silny odór obrzydzenia i ohydy. Płatne nierządnice nieraz były zobowiązane nosić specjalnie wyróżniający strój, a przed domami publicznymi mnisi głosili kazania, w których odmalowywano wiernym ohydę grzechów ciała. Nie wszyscy z tych władców, którzy w ograniczony sposób tolerowali prostytucję byli zresztą przekonani, iż czynią dobrze. Św. Ludwik IX pod koniec swego życia mocno sobie wyrzucał, iż nie wprowadził we Francji całkowitego zakazu prostytucji.

    Błędem jednak byłoby przypisywanie tym spośród teologów i władców katolickich, którzy optowali za częściowo bezkarną prostytucją, libertariańskiego spojrzenia na rolę Państwa w tej sferze. Bez wątpienia, nie byliby oni zachwyceni takim przedstawieniem ich stanowiska, jak gdyby wspierali oni ideę braku ingerencji rządu w prywatny obszar seksualności. Ich ujęcie tego problemu wypływało ze zdecydowanie innych przesłanek. Zakładały one, że w społeczeństwie, w którym istnieje szereg rygorów, kar i represji względem przed i pozamałżeńskich kontaktów cielesnych, winno istnieć jakieś wąskie ujście dla tłamszonej nieczystości, albowiem w przeciwnym razie zacznie się ona wszędzie pokątnie rozlewać. Św. Augustyn porównał to do kloaki, która musi znajdować się w każdym, choćby najschludniejszym domu, albowiem w przeciwnym razie całe domostwo zostanie zanieczyszczone fekaliami i uryną. Można z takim podejściem się nie zgadzać i z nim dyskutować, ale nie sposób go wpisać w liberalną tezę, iż władzom cywilnym nic do tego, co obywatele wyrabiają miedzy sobą za czterema ścianami mieszkania. Teolodzy katoliccy, którzy byli za mocno ograniczoną bezkarnością prostytucji, nie negowali bowiem wcale zasadności ustanawiania praw zakazujących rozpusty oraz cudzołóstwa, ale twierdzili, że w tym obszarze powinien istnieć bardzo wąski margines wolny od prawnych kar i represji.

    PAN JEZUS PRZECIWNIKIEM KARALNOŚCI CUDZOŁÓSTWA?

    Innym z liberalnych argumentów, jaki wysuwany jest przeciw idei karania zła jest powoływanie na ewangeliczną perykopę, w której Pan Jezus „de facto” uchronił cudzołożną niewiastę przed przewidzianą w Starym Testamencie karą ukamienowania, jaką chcieli względem niej wymierzyć faryzeusze (J, 8, 1-11). Tymczasem, jeżeli już ów fragment ma przeciw czemuś świadczyć, to co najwyżej przeciw pomysłowi karania śmiercią za cudzołóstwo. Z pewnością zaś nie jest to przekonywujący argument na rzecz zniesienia jakichkolwiek sankcji karnych wymierzonych w grzechy nieczystości. Co więcej, bardziej uważna lektura tej biblijnej historii wskazuje, iż można mieć wiele wątpliwości również co do tego, czy Pan Jezus ratując cudzołożnicę, rzeczywiście chciał w ten sposób pokazać, iż karanie śmiercią małżeńskiej niewierności jest czymś absolutnie niedopuszczalnym i zakazanym.

    Ważnym w próbie interpretacji tego fragmentu jest dostrzeżenie tego, iż Nowy Testament kładzie duży nacisk na konieczność prostoty i czystości intencji. Nasze dobre czyny, winny być spełniane w celu podobania się Bogu, nie zaś na pokaz, albo dla zaspokojenia własnych egoistycznych interesów. Przykładowo, sędzia powinien kierować się pragnieniem sprawiedliwości i obrony Bożego porządku, odrzucić musi zaś chęć sławy, nienawiść do bliźnich, chciwość dóbr doczesnych, etc. Jednak faryzeusze, którzy pragnęli zabić ową grzesznicę nie kierowali się dążeniem do sprawiedliwości. Biblia wyraźnie wskazuje, iż ich serca były podstępne i zdradliwe. Pierwszą tego oznaką jest to, że cudzołożnica została przyprowadzona przed Chrystusa, sama, bez wspólnika własnego grzechu – tzn. mężczyzny. Tymczasem Prawo Mojżeszowe nakazywało kamienowanie obu stron cudzołóstwa – mężczyzny i kobiety (Ks. Powt. Prawa 22, 22). Pytanie; co się stało z cudzołożnikiem? Czyżby zdołał uciec kilkunastoosobowej grupie mężczyzn? A może „sprawiedliwość” faryzeuszy była wybiórcza? Na ową wybiórczość faryzeuszowskiego poczucia sprawiedliwości wskazuje następujący fragment owej sceny: „Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieć o co Go oskarżyć( Jn, 8,6). Jasno tu widać, iż Prawo Mojżeszowe, było w tym konkretnym wypadku, narzędziem, które podstępni ludzie próbowali wykorzystać nie w celu obrony Bożych przykazań, ale po to by rzucić fałszywe oskarżenia na Syna Bożego. Chrystus Pan znał doskonale ludzkie serca, dlatego też postanowił uwolnić cudzołożną niewiastę. Poza tym należy przypomnieć, iż sam fakt anulowania w poszczególnych przypadkach kary za przestępstwo nie oznacza jeszcze zanegowania samej potrzeby jego karania. Przykładowo, Wszechmogący rzekł: „Kto przeleje krew ludzką, przez ludzi ma być przelana krew jego” (Ks. Rodzaju 9,6);jednak względem Kaina – mordercy Abla, Bóg uczynił wyjątek, dając mu specjalne znamię, aby ludzie nie uśmiercili go (Ks. Rodzaju 4, 15). Ten fakt nie oznacza jednak, że Bóg absolutnie potępił karę śmierci za morderstwo. Analogicznie rzecz biorąc: nie ukaranie śmiercią poszczególnych przypadków cudzołóstwa nie jest jeszcze równoznaczne ze stwierdzeniem, iż nigdy i nigdzie nie wolno w ten sposób karać cudzołożników i cudzołożnice.

    Choć brak jest przekonywujących dowodów na to, iż Pan Jezus rzeczywiście potępił karę śmierci za cudzołóstwo nie oznacza to jeszcze, że należy zawsze i wszędzie stosować tą sankcję względem osób winnych owej nieprawości. Starotestamentowe prawo karne nie jest bowiem – w ścisłym tego słowa znaczeniu – obowiązujące władców chrześcijańskich. W przeciwieństwie do przepisów obrzędowo-rytualnych Starego Zakonu tj. święcenie szabatu, zakaz spożywania krwi i wieprzowiny, ofiary całopalne, uciekanie się przez chrześcijan do sankcji karnych tam zawartych nie zostało jednak zakazane. Z pewnością ustanowione przez Pana Boga w Starym Przymierzu prawodawstwo karne może być moralnie stosowane, o ile uwzględni się przy tym inne objawione przez Wszechmocnego zasady postępowania z czyniącymi nieprawość, tj. łagodność, umiar w karaniu, chęć nawrócenia, a nie zniszczenia grzesznika, zapobieganie zgorszeniom, obrona społeczności przed złem. W zależności do sytuacji może się okazać, iż bardziej godne i sprawiedliwe będzie sięganie raz po łagodniejsze, a innym razem po surowsze środki karne. I tak w jednym wypadku może okazać się, iż bardziej zgodne z miłością i sprawiedliwością będą łagodniejsze kary, a w innym przypadku odpowiednia będzie kara śmierci.

    CZY KARANIE NIEPRAWOŚCI JEST BEZCELOWE?

    Istnieje jeszcze wiele wybiegów za pomoc ą których libertarianie próbują poddawać w wątpliwość słuszność tradycyjnie chrześcijańskiego stanowiska w sprawie prawnego karania i zakazywania zła. Jednym z nich jest opinia głosząca, iż państwo, które represjonuje i karze grzechy, w ten sposób odbiera swym obywatelom najcenniejszy Boży dar, jakim jest wolność wyboru pomiędzy dobrem a złem. Bez wolności wyboru nie ma zaś prawdziwie chrześcijańskiego życia.

    Ten argument miesza ze sobą dwie przesłanki: słuszną (winniśmy czynić dobro i unikać zła w sposób wolny) z błędną (w związku z tym nie wolno karać i zakazywać nieprawości). Przede wszystkim trzeba podkreślić, iż tak naprawdę żadne prawne zakazy i kary nie są w stanie odebrać człowiekowi wewnętrznej wolności wyboru pomiędzy dobrem a złem. Wszakże nawet, gdy z obawy przed ziemskimi karami powstrzymujemy się od dokonania jakiegoś złego uczynku, to nasze myśli i pragnienia wciąż mogą być przeciwne Bożemu prawu. Jasnym jest, iż żadne państwo nie jest w stanie zmusić kogokolwiek do bycia dobrym chrześcijaninem. Bycie dobrym chrześcijaninem zaczyna się bowiem w sercu, którego nie może przecież objąć nadzór sądów i policji. Może więc karanie grzechu faktycznie mija się z celem? Otóż nie. Traktując konsekwentnie ten argument można by zakwestionować zasadność karania choćby zgwałceń. Cóż bowiem z tego, iż potencjalny gwałciciel ze strachu przed karą nie dokona swej zbrodni? Wszak, w swym sercu i tak zgwałci kobietę. A jednak nawet, jeśli ów człowiek tak potwornie zgrzeszy w swych pragnieniach, to jednak: niedoszła ofiara nie zostanie zgwałcona; innym ludziom nie zostanie dany zły przykład do naśladowania; ów grzesznik jeśli się nie nawróci pójdzie co prawda do piekła, jednak jego potępienie nie będzie tak srogie, jak w przypadku, gdyby swe złe pragnienia zrealizował także w czynach. Podobnie, nawet jeśli dany mężczyzna nie uwiedzie młodej dziewczyny tylko z powodu obawy ukarania, to jednak: owa niewiasta nie zostanie wciągnięta przez niego w grzech; innym chłopcom i mężczyznom nie zostanie zaprezentowany kolejny zły przykład do naśladowania; ów grzesznik nie będzie odpowiadał na Bożym Sądzie za swe czyny, a jedynie za myśli i pragnienia, przez co jego potępienie będzie mniej srogie.

    Św. Tomasz z Akwinu pisze:

    „(…) jednak bywają ludzie krnąbrni, skłonni do złych nałogów, którzy nie łatwo dają się poruszyć słowami, dlatego zaistniała konieczność, by takich powstrzymywać od złego siłą i strachem, by przynajmniej z tego względu przestali źle postępować i pozostawili innych w spokoju… Otóż to właśnie wychowanie jest zdaniem ustawodawstwa ludzkiego” (Patrz: Św. Tomasz z Akwinu, „Suma teologiczna w skrócie„, Warszawa 2000, s. 343 – 344).

    Poza tym odpowiednie represje i kary co prawda nie zmieni ą serca grzesznika, ale mogą pobudzić go do zmiany swego stylu myślenia i wartościowania. Św. Augustyn uczy o tym w następujący sposób:

    Teraz widzisz, jak sądzę, iż nie należy zważać na sam fakt istnienia przymusu, ale raczej na to przez co się jest przymuszonym: czy jest to dobro czy zło. Nie jest tak, że każdy może stać się dobrym wbrew sobie, ale strach przed tym czego człowiek nie chce cierpieć kładzie kres uporowi, który stanowił przeszkodę, i przynagla go do poszukiwania prawdy, której nie znał. To sprawia, iż człowiek odrzuca kłamstwo, które wcześniej dopuszczał, szuka prawdy, której nie znał; dochodzi do pragnienia tego, czego nie pragnął” (List „Ad Vincentium”).

    Zawsze też należy pamiętać o dwóch zasadach: zło nie ma żadnych praw; niekaranie grzechu jest jednym z dziewięciu grzechów cudzych.Jeśli zło nie ma żadnych praw to oznacza to, iż nadużyciem jest domagać się dla niego prawnej ochrony, bezkarności czy legalności. Nieprawości są jak rak. Tylko głupiec uzna, iż nowotwory należy ochraniać, że przysługują im jakiekolwiek prawa.

    Niekaranie grzechu jest tradycyjnie wymieniane w katalogu tak zwanych grzechów cudzych. Jeżeli nie karzemy grzechu, mimo, że mamy ku temu możliwości i uprawnienia, a za powstrzymaniem się od represjonowania zła nie przemawia chęć uniknięcia większego zła bądź ocalenia większego dobra, to wówczas nasz brak działania w tej mierze, czyni nas współodpowiedzialnymi za nieprawość, której nie ukarzemy.

    Czy chcącemu nie dzieje się krzywda?

    Stara zasada prawa rzymskiego mówi: „Chcącemu nie dzieje się krzywda”. Człowiek, który wybiera zło sam sobie szkodzi, dlatego też nie jest sprawą rządu próbować sprowadzać go na dobrą drogę. Myśl ta jest następną wykorzystywaną w libertariańskim arsenale.

    Zasada głosząca, iż „Chcącemu nie dzieje się krzywda”, jeśli jest rozumiana w swym nie-dosłownym, ale metaforycznym sensie, może być po części słuszna. Oczywistym jest wszak, że nawet, jeśli dobrowolnie decydujemy się na jakąś nieprawość, fakt ów nie przemienia zachowania szkodliwego w nieszkodliwe. Jeżeli postanawiamy dla zabawy uciąć sobie rękę, to przecież sama dobrowolność tego zachowania nie sprawia, iż nie wyrządziliśmy sobie tym samym krzywdy.

    Częściowa słuszność tej zasady może jednak zasadzać się na stwierdzeniu, iż wiemy co czynimy, a jeśli tak, to będziemy odczuwać skutki swego złego postępowania na własnej skórze. Z tego rodzaju postawieniem sprawy wiąże się jednak niejedna wątpliwość i zastrzeżenie.

    Po pierwsze: każda nieprawość choćby, w mniejszym bądź większym stopniu, pośrednio lub bezpośrednio, szkodzi innym bliźnim, a nawet całemu społeczeństwu. Taka jest po prostu natura zła. Jest ono destrukcyjne, niszczące, zaraźliwe i niebezpieczne nie tylko dla jego sprawców, ale również dla osób postronnych.

    Oczywiście nie każdy grzech szkodzi w bezpośredni sposób innym ludziom. Przykładowo, jeśli onanista dokonuje swych wstrętnych czynów w tajemnicy i całkowitym odosobnieniu, to nie można powiedzieć, by w sensie właściwym szkodził on swym bliźnim. Nie daje on wszak innym złego przykładu, nie namawia, ani nie inspiruje swych bliźnich do czynów, które sam popełnia.

    Cudzołożnik z pewnością jednak krzywdzi już nie tylko siebie, ale choćby wspólniczkę swego grzechu, jej zdradzanego męża oraz dzieci. Na przykładzie cudzołóstwa widać więc, iż niemała część nieprawości wiąże się z licznymi szkodami wyrządzanymi nie tylko ich bezpośrednim uczestnikom, ale również osobom postronnym, a nawet całemu społeczeństwu. Bez problemu można by wykazać, jak bardzo niszcząca dla społeczeństwa jest część grzechów, których bezkarności i legalności domagają się libertarianie.

    JAK GRZECH NISZCZY SPOŁECZEŃSTWO?

    Pijaństwo wiąże się z ogromem mordów, wypadków samochodowych, pobić, kłótni, i zgwałceń, które dokonywane są pod jego wpływem. Większość przestępstw popełniana jest w stanie nadużycia alkoholu. Przyczyną sporej części rozwodów jest pijaństwo. Żony i dzieci pijaków przeżywają nieustanną mękę, będąc w większości wypadków przedmiotem agresji psychicznej lub fizycznej, a czasami też molestowania seksualnego.Narkomania często napędza przestępczość.

    Nałogowi narkomani nierzadko dokonują kradzieży, włamań, pobić i napadów, czyniąc to w celu zdobycia pieniędzy na swą ulubioną rozrywkę.

    Nierząd i cudzołóstwo owocują niszczeniem tradycyjnej rodziny i małżeństwa, które to z kolei są podstawami normalnego i zdrowego społeczeństwa. Dzieci zamordowane przed narodzeniem, oddawane do przytułków po narodzeniu, wychowujące się w rozbitych, przeważnie pozbawionych ojca rodzinach – to tylko niektóre z nieszczęsnych skutków tych nieprawości. Ciężki kryzys tradycyjnej rodziny i małżeństwa w dalszej rodzi takie patologie jak: przestępczość, narkomania, bezdomność. Wedle badań przeprowadzonych w USA prawdopodobieństwo popełnienia samobójstwa jest o 30 proc. wyższa wśród nastolatków, które wychowały się bez ojca. Podobnie 90 proc. dzieci bezdomnych i uciekających z domu, 3/4 nastoletnich narkomanów i 85 proc. młodocianych przestępców (w tym 72 proc. nieletnich morderców i 60 proc. gwałcicieli), wzrastało w rodzinie pozbawionej ojca (Patrz: „Ameryka bez ojców„, „Newsweek”, 10. 03. 2002, s. 82). Z grzechami nierządu i cudzołóstwa połączona jest też niemała liczba morderstw, pobić, samobójstw (dokonywanych np. przez zazdrosnych mężów, konkubentów, kochanków, etc).

    Jaskrawym przykładem tego do jakich konsekwencji prowadzą nierząd i cudzołóstwo może być rzeczywistość czarnej społeczności w USA. Obecnie 69 proc. czarnych dzieci nie pochodzi ze związku małżeńskiego, a 57 proc. nastolatków wychowywanych jest przez jednego z rodziców (najczęściej przez matkę). Szacuje się też, iż odpowiednio 43 proc. czarnych mężczyzn i 42 proc. kobiet nie żyło nigdy w małżeństwie. Ponad połowa morderstw i 42 proc. innych ciężkich przestępstw jest dokonywanych przez kryminalistów wywodzących się z 13 – procentowej czarnej społeczności. Ocenia się, iż 28, 5 proc. czarnych chłopców trafi do aresztów i więzień. W dużych miastach 4 na 10 czarnoskórych mężczyzn w wieku od 17 do 35 lat przebywa w więzieniach ( Por. Patrick J. Buchanan, „Śmierć Zachodu”, Wrocław 2005, s. 93-95).

    Homoseksualizm wiąże się ze zwiększoną częstotliwością dokonywania aktów pedofilii, molestowania nieletnich, przemocy i tym podobnych przestępstw. Około 2 procentowa społeczność homoseksualistów jest odpowiedzialna za od 30 proc. do 50 proc. wszystkich przypadków seksualnego wykorzystywania dzieci. Z szeroko zakrojonych badań wynika, iż przeciętny homoseksualista wykorzystuje 7, 5 razy więcej chłopców, aniżeli heteroseksualny pedofil dziewczynek ( Patrz: Dave Hunt, „Co nam szkodzą homoseksualiści?”, Tymoteusz, nr 9/1997, s. 12). Zbadanie spraw 518 masowych morderców, którzy zabijali na tle seksualnym w USA w l. 1966 – 1983 ujawniło, że 350 (68 %) ofiar zostało zamordowanych przez sprawców będących homoseksualistami oraz że 19 (44%) z 43 morderców było biseksualnych lub homoseksualnych .

    Prostytucja i pornografia owocują nierządem, cudzołóstwem, zgwałceniami, molestowaniem seksualnym, pedofilią. Przeważnie grzechy te powiązane są też ze światem kryminalnym. Prawie zawsze domy publiczne, kluby ze striptizem i innymi tańcami erotycznymi znajdują się pod kontrolą organizacji przestępczych. Przybytki takowe są też ulubionymi miejscami rozrywki kryminalistów. W centrach seksbiznesu notuje się zwiększoną ilość przestępstw. Badania przeprowadzone przez amerykańskie FBI wykazały, iż na 36 notorycznych zabójców, aż 29 było fanami materiałów pornograficznych. Inne analizy, którym poddawani byli przestępcy seksualni, wykazywały zaś, że 64 proc. homoseksualnych pedofilów oraz 86 proc. gwałcicieli permanentnie korzystało z pornografii ( Patrz: David A. Scott, „Pornografia – jej wpływ na rodzinę, społeczeństwo, kulturę„, Gdańsk 1995, s. 24 – 25).

    Ted Bundy, człowiek, który zgwałcił i zamordował co najmniej 28 niewiast i dzieci (podejrzewany był zaś o ok. 100 takich czynów), w wywiadzie jaki udzielił znanemu psychologowi Jamesowi Dobsonowi, wyznał:

    „ Spędziłem wiele czasu w więzieniu. Spotkałem wielu mężczyzn, którzy stosowali przemoc z takich samych motywów, co ja. Każdy z nich – i to co do jednego! – pogrążony był po uszy w pornografii. Każdy był pod jej wpływem i od niej uzależniony. To jedno nie ulega wątpliwości!” (Cytat za: Alfred J. Palla, „Poradnik walki duchowej„, Rybnik 1999, s. 186 – 187).

    Można by podawać jeszcze wiele przykładów złych skutków czynów w istocie swej nie naruszających cudzej wolności, które jednak szkodzą nie tylko osobom je popełniającym, ale również innym bliźnim. Sugestia więc, jakoby złe czyny szkodziły tylko ich sprawcom jest po prostu fałszywa i nieprawdziwa.

    Oczywiście można powiedzieć, iż mimo złych owoców dla całego porządku, które rodzą owe nieprawości, to i tak nie powinny być one represjonowane, póki nie przekraczają granic wolności innych ludzi. Tego rodzaju myślenie przypomina jednak działanie na zasadzie: „Nie zapobiegajmy, ale dopiero jak pojawi się choroba, to ją leczmy”. Tradycyjnie powiada się jednak: „Lepiej zapobiegać, niż leczyć”. Tkwi w tym przysłowiu wiele mądrości. Po co zmagać się z rakiem, jeśli przez odpowiedni styl życia, można znacznie zminimalizować ryzyko jego wystąpienia? Po co przyszywać uciętą dłoń, jeśli można jej nie ucinać?

    Idąc traktem libertariańskiego myślenia równie dobrze należałoby się domagać utrzymania karalności jedynie spowodowania wypadków samochodowych pod wpływem alkoholu, ale zalegalizować trzeba było samą jazdą w stanie nietrzeźwym. O ile bowiem spowodowanie wypadku na drodze jest już naruszeniem czyjejś wolności (wszak nie pytamy się drugiego kierowcy, czy życzy on sobie, by w niego uderzać), to sama jazda w stanie nietrzeźwości nie stanowi jeszcze gwałtu zadanego swobodzie innych kierowców. Zdrowy rozsądek podpowiada jednak, by karać nie tylko same sprawstwo wypadków, ale także to, co do nich bezpośrednio prowadzi, a więc jazdę pod wpływem alkoholu, nadmierną prędkość, itp.

    Właściwie pojęte dobro porządku społecznego wymaga więc, by część z nieprawości, które są popełniane dobrowolnie i bez przymusu, była mimo to represjonowana przez władze cywilne, również za pomocą kar i zakazów. Wiele z negatywnych zjawisk społecznych mogłoby być znacznie ograniczonych poprzez dobrze działające prawa wymierzone w zło.

    ZAKAZANY OWOC SMAKUJE LEPIEJ?

    Być może najczęściej używanym przez libertarian argumentem przeciw jest twierdzenie mówiące, jakoby prawne kary, zakazy i represje powodowały tak naprawdę narastanie zjawisk, które za ich pomocą pragnie się zwalczyć. Nie od dziś wszak ma być wiadomo, iż „zakazany owoc smakuje lepiej”. Prawne represjonowanie pewnych zjawisk potęguje tylko ich szkodliwość, w skutek czego okazuje się ono „lekarstwem gorszym od choroby”.

    Jeden z żarliwych obrońców liberalizmu, publicysta Tomasz Cukiernik, pisze o tym w następujący sposób:

    „ (…) niepotrzebne zakazy państwowe powodują przede wszystkim powstawanie i rozwój zorganizowanej przestępczości, tworzenie się czarnego rynku, a nie rozwiązują żadnego z problemów. Przeciwnie – sytuacja jest gorsza, niż gdyby zakazów nie było”.

    Libertarianie utrzymują zatem, iż najlepszym sposobem walki z jakimś złem jest uczynienie go bezkarnym i zgodnym z prawem. I tak np. zwolennicy legalności pornografii przekonują, iż zakaz tej obrzydliwości nic nie daje, albowiem nielegalnie czy legalnie ludzie zawsze korzystali i będą korzystać z pornografii. Apologeci bezkarności przerywania ciąży przekonują, iż prawa zabraniające aborcji powodują tylko zepchnięcie jej do podziemia, co nie wiąże się jednak ze zmniejszeniem skali dokonywanych „skrobanek”. Koronnym argumentem przeciw sensowności prawnych zakazów ma być historycznych przykład prohibicji w USA, która miała skończyć się jedynie ośmieszeniem tego prawa, napędzając przestępczość i nie zmniejszając przy tym poziomu używania przez Amerykanów alkoholu.

    Czy rzeczywiście receptą na zło jest jego legalizacja, a nie penalizacja? Czy karanie zła, jedynie je wzmacnia, a przynajmniej w ogóle go nie ogranicza? Zanim odpowiem na te pytania, pozwolę sobie na pewną ważną w tym kontekście uwagę. Jeśli rzeczywiście sprawy mają się tej sferze, tak jak je liberałowie prezentują, to konsekwentnie należałoby zakwestionować celowość jakichkolwiek kar, zakazów i ograniczeń. Po co represjonować kradzieże, morderstwa, pobicia, rabunki i gwałty, jeśli wedle libertarian zakazy tylko wzmacniają to co jest zwalczane ? Przecież „zakazany owoc lepiej smakuje”, a więc zapisanie kradzieży w kodeksie karnym sprawia jedynie, iż przybywa śmiałków chcących zakosztować rozkoszy owego czynu. Wizja dożywotniego więzienia albo krzesła elektrycznego za morderstwo napędzałaby w tej perspektywie tylko liczbę zabójstw. Najlepszym rozwiązaniem tego problemu, byłaby więc legalizacja wszelkich przestępstw oraz likwidacja kodeksu karnego, albowiem w myśl libertariańskiej logiki nie ma mądrzejszego sposobu na wytępienie jakiegoś zjawiska, niż uczynienie go bezkarnym i zgodnym z prawem. Albo będziemy więc logiczni oraz konsekwentni i przyznamy, że owocem zakazów i kar jest ograniczenie zjawiska, w które są one wymierzone. Albo też kierując się przekonaniem, iż zabroniony owoc smakuje posuniemy się do pomysłu likwidacji wszelkich kodeksów karnych.

    Libertariańskie dywagacje o „zakazanych owocach” opieraj ą się tak naprawdę na powierzchownej obserwacji rzeczywistości i wyciąganiu pochopnych wniosków w tendencyjnie dobranych przykładów. Owszem, prawdą jest, iż bywają sytuacje, w których zakazy i kary nic nie pomagają, a czasami nawet bardziej szkodzą. Wielkim błędem jest jednak twierdzić, iż owe zakazy i kary, ze swej natury, nie są pomocne w zwalczaniu zła, a co najwyżej sprzyjają jego szerzeniu. Rzeczywistość jest dokładnie odwrotna: mądrze i właściwie wprowadzane kary i zakazy wydatnie pomagają ograniczyć zło. To bezkarność zaś stanowi jeden z największych sprzymierzeńców w procesie rozprzestrzeniania się nieprawości. Jeżeli zaś, kary i zakazy nie pomagają, a szkodzą, to nie jest to winą ich wewnętrznej natury, ale pewnych, szczególnych okoliczności, które im towarzyszą.

    Biblijnym przykładem tego, na czym powinno polegać właściwe karanie nieprawości jest historia Helego i jego synów. Heli, jeden z izraelskich arcykapłanów, chociaż napominał swych synów z powodu złego życia, które prowadzili (kradzieży ofiar i rozpusty), to jednak nie potrafił on sięgnąć po narzędzie kary. Zamiast stanowczo ukarać grzechy synów, Heli ograniczał się tylko do ich napominania i wzywania by się nawrócili (1 Sm 2, 12 – 29). Do dziś postępowanie Helego jest ukazywane w chrześcijaństwie jako obraz grzechu niekarania zła.

    Aby prawne zakazy i kary skutecznie ograniczały zło, potrzebnych jest więc wypełnienie kilku warunków (wszystkich albo przynajmniej większości z nich):

    1. Zakazy i kary powinny być egzekwowane stanowczo i konsekwentnie. Pismo święte mówiąc o takim sposobie karania zła stwierdza: „Cały lud słysząc to ulęknie się i już więcej nie będzie się unosił pychą” ( Ks. Powt. Prawa 17, 13). Prawa egzekwowane w tym duchu powstrzymują więc wielu od popełniania złych czynów. Gdy brakuje jednak owej stanowczości i konsekwencji, autorytet prawa jest narażony na szwank, a zło coraz śmielej zaczyna podnosić swą głowę. Złoczyńcy coraz mniej lękają się kary i bardziej zuchwale popełniają swe nieprawości. Biblia mówi o tym tak: „Ponieważ wyroku nad czynem złym nie wykonuje się zaraz, dlatego serce synów ludzkich bardzo jest skore do czynów złych”(Ks. Koheleta 8, 11). Przykładem tego są choćby dzieje zakazu pornografii w naszym kraju. Na naszym rodzinnym podwórku mogliśmy obserwować, jak to od początku lat 90 – tych ub. wieku, mimo prawnego zakazu, pornografia de facto była w Polsce legalna. Wbrew prawu zabraniającemu rozpowszechniania pornografii, które obowiązywało u nas, aż do 1997 r., przez kilka lat materiały tego były sprzedawane jawnie i bez żadnych sankcji karnych. Czy w tym wypadku zawinił zakaz pornografii? Nie. Albowiem przez dziesiątki lat nie działały w Polsce jawnie otwierane sex schopy. W kioskach i sklepach nie wystawiano pornografii. Stacje telewizyjnego nie umieszczały w swych ramówkach programów o tym charakterze. Owszem, w drugim obiegu krążyła pornografia, jednak z pewnością nie było tak łatwo się z nią zetknąć jak obecnie. Zmieniło to się z początkiem lat 90., kiedy to z praktycznego wyciągania wniosków z istniejących zakazów prawnych, powszechnie zrezygnowała policja oraz wymiar sprawiedliwości. Ten stan doprowadził do istnego wylewu pornografii na Polskę. Przyczyną tego nie był jednak zakaz pornografii, ale brak chęci do jego wcielania w życie. Coś podobnego można zaobserwować odnośnie wielu innych nieprawości. W Holandii np., zanim zdepenalizowano eutanazję, przez wiele lat zwolennicy tej ohydnej zbrodni, uprawiali swą propagandę, której owocem było przekonanie większości społeczeństwa do „dobrej śmierci”. W skutek tego wielu lekarzy coraz bardziej ochoczo mordowało chorych starców, co z kolei spotykało się z przyzwoleniem społecznym oraz tolerancją prokuratorów i sędziów. „Uczy grzechu, kto go nie karze” – te słowa św. Grzegorza z Nazjanzu już nieraz okazały się boleśnie prawdziwe i realne (Cytat za: „Nauki katechizmowe ułożone na podstawie nauk różnych autorów. Tom V. O Przykazaniach”, Poznań 1910, s. 335).

    2. Władza ustanawiająca kary i zakazy powinna cieszyć się moralnym autorytetem. Małego posłuchu mogą się spodziewać zdemoralizowani i skorumpowani rządzący. Jedna z tradycyjnych powiedzeń mówi: „Ryba psuje się od głowy”.

    3. Społeczeństwo powinno być pod różnymi względami gotowe na wprowadzenie określonych zakazów. Przykładowo, choć prawna karalność nierządu i cudzołóstwa jest sama w sobie czymś słusznym, to jednak nie wydaje się, by rozsądne byłoby nagłe ustanawianie takiego prawa w społeczeństwie, w którym zdecydowana większość nie tylko, że popełnia owe czyny, ale jeszcze uważa je za objaw psychicznego zdrowia, normalności i właściwego korzystania z życiowych przyjemności. Tak jak ciasto wymaga odpowiedniego przygotowania, by wyrósł z niego chleb, tak nieraz potrzeba by zanim wprowadzi się zakazy, społeczeństwa zmieniły swą mentalność. Oczywiście, odpowiednie prawa także mają wpływać na zmianę mentalności, jednak przy zbyt wysokim stopniu demoralizacji społeczeństwa, ustanawianie pewnych prawnych zakazów może okazać się zbyt wczesne. Po prostu musi istnieć pewna warstwa zdrowej tkanki społecznej, by było to możliwe. Powodem niskiej efektywności przepisów prawa może być fakt, iż pewne dobre kary i represje są „obcym ciałem” w całokształcie praw i obyczajów danego społeczeństwa. Przykład amerykańskiej prohibicji także jest bardziej dowodem na to, iż pewne szczególne okoliczności mogą zniweczyć owocność prawnych zakazów, nie zaś, że są one, same w sobie bezsensowne. Oczywiście, odpowiednie prawa także mają wpływać na zmianę mentalności, jednak przy zbyt wysokim stopniu demoralizacji społeczeństwa, ustanawianie pewnych prawnych zakazów może okazać się zbyt wczesne. Po prostu musi istnieć pewna warstwa zdrowej tkanki społecznej, by było to możliwe. Powodem niskiej efektywności przepisów prawa może być fakt, iż pewne dobre kary i represje są „obcym ciałem” w całokształcie praw i obyczajów danego społeczeństwa.

    A CO Z AMERYKAŃSKĄ PROHIBICJĄ?

    Przykład amerykańskiej prohibicji także jest ciągle przywoływany przez liberałów i libertarian, jako koronny argument przeciw sensowności prawnych zakazów i kar. Pomijając już fakt, iż na ów jeden przykład domniemanego fiaska państwowych represji można by podać jakichś dziesięć kontrprzykładów pokazujących, iż prawne zakazy i kary wydatnie wpływały na ograniczenie dotkniętych nimi zjawisk, historia prohibicji wcale nie jest tak jasna i bezdyskusyjna, jak to się zwykło przedstawiać. Antyprohibicyjni fanatycy zapominają np. o tym, że zanim prohibicja objęła cały obszar Stanów Zjednoczonych, ( tzn. w 1920 r.), w miarę skutecznie, obowiązywała ona w części stanów (np., w Maine od 1852 roku) a na jej fiasko w skali ogólnokrajowej złożyło się skumulowanie wielu czynników, takich jak: potężny kryzys gospodarczy oraz demoralizacja setek tysięcy Amerykanów wracających z I wojny światowej, połączona z niemożnością znalezienia dla nich prac. Czynniki te wpłynęły na ogromny rozrost gangów i różnorakich organizacji mafijnych, dla których ponętnym kąskiem był handel alkoholem. W czasie obowiązywania prohibicji, w Stanach Zjednoczonych zmniejszył się poziom spożywania alkoholu oraz spadła ilość przyjęć w szpitalach spowodowanych alkoholizmem, a także liczba zgonów związanych z praktykowaniem pijaństwa (Patrz: Iwona Niewiadomska/ Marta Sikorska – Głodowicz, „Alkohol. Uzależnienia. Fakty i mity”, Lublin 2004, s. 37). Warto wiedzieć, że po zniesieniu prohibicji w 1933 roku, wskaźniki spożywania napojów alkoholowych jeszcze przez ok. 30 lat utrzymywały się na niższym poziomie niż miało to miejsce przed jej wprowadzeniem. Można też powiedzieć, iż w perspektywie długofalowej prohibicja przyczyniła się do większej kultury picia wśród Amerykanów. W USA wszak bardzo ściśle jest przestrzegany zakaz sprzedaży alkoholu osobom poniżej 21 roku życia, jest tam też więcej abstynentów niż w innych krajach, zaś pijaków jest mniej niż w Polsce, Wielkiej Brytanii czy Irlandii (nie wspominając już o Rosji czy Finlandii).

    Sam nie jestem zwolennikiem prohibicji, ale w powyższy sposób próbuję jedynie pokazać, iż twierdzenie zatem, iż amerykańska prohibicja skończyła się totalnym fiaskiem nie jest więc wcale aż tak bezdyskusyjne jak to się wielu wydaje.

    Generalnie rzecz biorąc więc, to nie kary, ale bezkarność umacniają i rozszerzają zło. W normalnych okolicznościach prawne zakazy ograniczają występowanie nieprawości. Można by cytować wiele statystyk, które wykazują z jednej strony pozytywne oddziaływanie zakazów i kar, z drugiej zaś związki zachodzące pomiędzy bezkarnością i legalnością zła, a jego natężeniem.

    W Szwecji np. prostytucja uliczna w ciągu 2 lat od wprowadzenia zakazu korzystania z płatnych usług seksualnych zmniejszyła się o 50 proc (Por. Christine Ockrent/Sandrine Treiner, „Czarna Księga Kobiet„, Warszawa 2007, s. 414).

    Z kolei w Francji prawo ustanowione przez obecnego prezydenta tego kraju, a wówczas jeszcze ministra spraw wewnętrznych, Nicolasa Sarkozy’ego, które było wymierzone w uliczną prostytucję, spowodowało jej spadek w Paryżu o 40 proc.

    Co ciekawe, w tych rejonach USA, gdzie powrócono do pewnych restrykcji względem seks-biznesu, ilość przestępstw seksualnych zmalała. Dowodem tego jest chociażby Oklahoma City, gdzie w 1984 roku zamknięto 150 klubów „peep schow”, kin porno, księgarni pornograficznych dla dorosłych. W tym okresie liczba gwałtów zmalała w mieście o przeszło jedną czwartą, gdy tymczasem w całym stanie liczba tych przestępstw wzrosła o 21 proc (Por. Michał Dylewski, „Seks analny i klopsiki„, „Fronda”, nr 27 – 26/2002, s. 275). Badania nad przestępczością seksualną (to znaczy zgwałceniami, molestowaniem seksualnym, pedofilią), chorobami wenerycznymi, rozwodami, aborcjami, ciążami nastolatków, niepełnymi i rozbitymi rodzinami pokazują z kolei, iż w ciągu ostatnich 50 lat rosną one w zastraszającym tempie, nierzadko o 300, 400, 500, a czasami nawet ponad 1000 procent. Wszystkie te zjawiska powiązane są bardzo mocno z rozwiązłością seksualną, która jeszcze 50-60 lat temu, była w naszym kręgu cywilizacyjnym mocno ograniczana przez istniejące jeszcze wówczas prawne zakazy i kary (prawie wszędzie wówczas zabroniona była np. pornografia, w części krajów karano niewierność małżeńską). Czy to tylko przypadek, czy też może logiczna prawidłowość zachodząca pomiędzy legalizacją występków przeciw cnocie czystości, a natężeniem patologii z nimi związanych?

    BIG BROTHER?

    Być może część z Czytelników przekonała się już do niesłuszności głównych założeń libertarianizmu. Mimo to wciąż można mieć wątpliwości do celowości tradycyjnie chrześcijańskich postulatów wzywających do penalizacji również tych spośród złych uczynków, które dokonywane są jedynie „w czterech ścianach domu”.

    Ktoś może zapytać się, czy prawo zakazujące i karzące takowych czynów nie mijało by się całkowicie z celem? Czy nie byłyby to całkowicie martwe przepisy, których praktyczna realizacja wymagałaby montowania kamer w domostwach, albo też jakiś metodycznych najazdów policji na mieszkania obywateli? Czyż życie społeczne nie przypominałoby wówczas programu „Big Brother”, w którym wszyscy są podglądani i podsłuchiwani?

    Z pewnością każdy ma prawo do ochrony życia prywatnego. Czy jednak prawo to ma charakter absolutny? Wiele złych czynów, które dokonywane są w „czterech ścianach domu” jest współcześnie prawnie zakazanych. W domach dokonywane są mordy, masakry, pobicia, zgwałcenia, pedofilia, poligamia, kazirodztwo, zoofilia. Nikt jednak nie twierdzi, iż póki zachowania te nie wykraczają poza „cztery ściany mieszkania” bezsensowne byłoby ich karanie. Co więcej fakt, iż czyny te praktykowane są właśnie w taki „prywatny” sposób wydatnie utrudnia ich wykrycie i ściganie.

    Poza morderstwem, masakrami i poligamią, których sama specyfika, sprawia, iż zazwyczaj wychodzą one na jaw, pozostałe z wymienionych wyżej zachowań nie są łatwe do praktycznego karania.

    Szacuje się, iż np. tylko 10 proc. zgwałceń jest wykrywanych przez policję, albowiem reszta ofiar wstydzi się przyznać do bycia obiektem tego przestępstwa, a poza tym jego przeważnie niepubliczny charakter utrudnia udowodnienie sprawcom winy. Podobnie sprawa wygląda z pedofilią.

    Z kolei, odnośnie kazirodztwa (gdy jest ono dokonywane przez obie strony dobrowolnie) i zoofilii, możliwość ich wykrycia oraz udowodnienia jest jeszcze bardziej nikła. Poza jakimiś naprawdę ekstremalnymi wypadkami w walce z tymi przestępstwami nie używa się też takich metod jak zakładanie podsłuchów i kamer w prywatnych domach.

    Mimo to raczej nie słyszy się postulatów legalizacji tych nieprawości. Najzwyczajniej w świecie przyjmuje się, iż takie czyny jak kazirodztwo czy zoofilia zostaną ukarane wówczas, gdy wyjdą one na jaw. W pewnym sensie przyjmuje się z góry założenie, że poza jakimiś wyjątkowymi sytuacjami, zachowania w rodzaju seksu z krewnymi lub zwierzętami, nie wyjdą na jaw, gdyż taka jest ich specyfika. Nie mówi się jednak: w takim razie wykreślamy te czyny z katalogu przestępstw. Powód tego jest prosty. Nawet, jeśli przeciętny kazirodca czy zoofil wie, iż istnieje mała szansa na to, by jego czyny zostały wykryte i ukarane, to z drugiej strony ma świadomość tego, że może to nastąpić. Nie czuje się więc całkowicie bezkarny. Zniesienie karalności takowych czynów, sprawiłoby zaś, iż amatorzy stosunków seksualnych z własnymi krewnymi i czworonogami, poczuli by się zupełnie bezpieczni i bezkarni, dopóty swe obrzydliwości czynili by w domu. A tak zawsze mają przed oczyma, iż może spotkać ich za to kara. Świadomość ta sprawia, że nawet zło, które jest praktykowane wyłącznie w granicach prywatności, ma swe hamulce i nie rozprzestrzenia się w taki sposób, jakby to się działo, gdyby nie istniały przeciw niemu żadne zakazy i prawa. Warto też dodać, iż wiele z nieprawości, które dziś roszczą sobie prawa i przywileje, zaczynało swą drogę właśnie od realizacji postulatu zniesienia karalności wówczas, gdy dokonywane są one w sferze prywatnej. Klasycznym tego przykładem jest historia ruchu wojujących homoseksualistów. Jakieś 50 lat temu, nikomu by do głowy nie przyszło, iż zwolennicy sodomii będą domagać się „praw” do zawierania oficjalnych „małżeństw” czy też adopcji dzieci. Wojujący homoseksualizm zaczynał właśnie od żądania uznania go za bezkarnym i legalnym „zaledwie” w obszarze prywatności. Nie będzie chyba ani odrobiną przesady stwierdzić, iż publiczna propaganda grzechu, zawsze jest poprzedzona jego bezkarnością w sferze prywatnej. Z tych to powodów, głęboki sens mają zakazy i kary wymierzone w „prywatny” nierząd i cudzołóstwo.

    Czy prawowierny chrześcijanin może być libertarianinem?

    Zapewne jeszcze nie raz, jako chrześcijanie będziemy stawać przed pytaniem: czy libertarianizm może być dobry i chrześcijański? I niejednokrotnie usłyszymy na nie odpowiedź twierdzącą. Nie negując jednak tego, iż w pewnych szczegółowych postulatach libertarianie czasami mogą mieć rację, a nawet reprezentować stanowisko bliskie chrześcijańskiemu, to nie ulega też wątpliwości, iż podstawowe założenia ideologii libertariańskiej są po prostu złe i niezgodne z Bożym porządkiem. Idea, by państwo i prawo delegalizowały jedynie te zachowania, które naruszają czyjąś wolność, ze zdroworozsądkowego punktu widzenia jest absurdalna, a w perspektywie tradycyjnie chrześcijańskiej najzwyczajniej stanowi herezję. Pogląd ten, gdyby był realizowany w praktyce, czyniłby życie w społeczeństwie całkowicie nieznośnym, przypominającym życie na beczce prochu lub jazdę na autostradzie, na której dwie trzecie kierowców jest pijanych. Podpieranie się zaś libertarianizmu niektórymi fragmentami z Biblii czy też faktami z historii chrześcijaństwa jest zaś po prostu skrajnie naciągane. Konsekwentnie liberalne maksymy po głębszej analizie okazują się sprzeczne z podstawowymi zasadami chrześcijańskiego postępowania. Na przykład. cały wysiłek, jaki libertarianie wkładają w przekonywanie, jak to bardzo bezsensowną i niepotrzebną rzeczą jest karanie zła, zderza się z tradycyjną chrześcijańską zasadą, która umieszcza niekaranie grzechu pośród grzechów cudzych, a więc zachowań moralnie napiętnowanych. Niemożliwy jest więc chrześcijański libertarianizm. Niemożliwe jest to nawet, gdybyśmy zacieśnili libertarianizm jedynie do jego ekonomicznego wymiaru. Chociaż postulaty liberalizmu gospodarczego mogą wydawać się w dużej mierze zgodne z doktryną katolicką, to i tu jego rdzeń okazuje się być nie do zaakceptowania.

    Jakikolwiek więc możliwy do zaaprobowania przez prawowierne chrześcijaństwo libertarianizm musiałby bowiem pozbyć się swych podstawowych założeń, pozostawiając co najwyżej swe przypadłości. W ten sposób libertarianizm przestałby być jednak libertarianizmem.

  9. Czy jestem zwolennikiem kary śmierci za cudzołóstwo?

    Leave a Comment

    Jest rzeczą wiadomą, iż jestem zwolennikiem prawnego zakazu i karalności niewierności małżeńskiej. Nie wykluczam też, że w pewnych skrajnych i patologicznych przypadkach wymienionego wyżej występku można by nawet rozważać moralną zasadność karania go śmiercią. Czy w związku z tym można powiedzieć, iż „Jestem za karaniem śmiercią cudzołóstwa”, jak przypisują mi to niektórzy?

    Otóż, tego rodzaju „referowanie” mych poglądów na ów temat jest bardzo daleko posuniętą manipulacją, graniczącą z jawnym kłamstwem. Nie opowiadam się bowiem za karaniem śmiercią wszystkich wykrytych wypadków niewierności małżeńskiej. Nie jestem też nawet za tym, by karać większość z dających się realistycznie przewidzieć przypadków tej nieprawości. Ba, nawet nie jestem w 100 procentach przekonany, iż wspomniane przeze mnie „skrajne i patologiczne” przypadki cudzołóstwa (których byłaby raczej mniejszość) powinny być zagrożone karą śmierci, a jedynie rozważam zasadność owej sankcji w takich okolicznościach. Czy nie jest więc manipulacją sprowadzać moje przekonania na tę kwestię do sentencji: „Jesteś zwolennikiem kary śmierci za cudzołóstwo”?Podczas, gdy ja w rzeczywistości popieram karanie niewierności małżeńskiej w większości przypadków znacznie łagodniejszymi sankcjami (chłosta, zakucie w dyby lub prace społeczne), a karę śmierci dopuszczam tu jedynie raczej w nielicznych wypadkach?

    Oczywiście, że nie mogę powiedzieć, iż karanie śmiercią zdrady małżeńskiej jest „zawsze złe”. Gdyby tak było to sam Bóg nakazywałby coś per se złego i niegodziwego, a to z jest z natury swej niemożliwe. Jak bowiem mówi Pismo święte: „Nikomu  nie przykazał On być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć” (Syr 15, 19-20). Pius XII wykładał tę prawdę w następujący sposób:

    Przede wszystkim trzeba jasno stwierdzić, żadna ludzka władza (…) nie może wydać pozytywnego upoważnienia do nauczania lub czynienia tego, co byłoby wbrew religijnej prawdzie lub dobru moralnemu (…) Nawet Bóg nie mógłby dać takiego pozytywnego przykazania lub upoważnienia, gdyż stałoby to w sprzeczności z Jego absolutną prawdą i świętością” (Przemówienie „Ci resce”, podkreślenie moje – MS).

    Bóg jednak nakazał w czasach Starego Przymierza karać cudzołóstwo śmiercią (Kpł 20, 10; Pwt 22, 22), więc taka sankcja za ową nieprawość nie może być zawsze zła. Z drugiej strony nie znaczy to też, że w takim razie również po ustaniu Starego Przymierza należy zawsze karać zdradę małżeńską śmiercią. Myślę, że ogólnie rzecz biorąc, chrześcijańscy władcy powinni preferować łagodniejsze niż w Starym Zakonie sankcje karne, gdyż żyjemy w innych okolicznościach, które często nie wymagają stosowania aż tak surowych kar jak niegdyś. Tak czy inaczej jednak nie można potępić karania śmiercią za cudzołóstwo jako czegoś zawsze złego i nawet dziś można wyobrazić sobie sytuacje, w których taka sankcja za ów występek będzie odpowiednia i sprawiedliwa.

    Podsumowując więc sądzę, iż można rozważać moralną zasadność karania śmiercią za najbardziej patologiczne odmiany cudzołóstwa, a więc np. gdy mamy do czynienia z jednoczesnym występowaniem takich czynników jak: wielokrotna recydywa, chwalenie się popełnianiem tego i namawianie do owego czynu wielu innych osób, ułatwianie popełnianie innym niewierności małżeńskiej. Nie sądzę jednak, by splot takich okoliczności występował w większości realnie istniejących i wykrytych przypadków cudzołóstwa. Dlatego też nie można powiedzieć, bym zasadniczo rzecz biorąc popierał karanie śmiercią tej nieprawości. Ogólnie rzecz biorąc jestem za karaniem cudzołóstwa chłostą, zakuciem w dyby bądź pracami społecznymi, a karę główną dopuszczam tu jako raczej wyjątek niż regułę.

  10. Dziesięć mitów na temat prawnej karalności cudzołóstwa

    2 komentarze

    W ostatnim czasie, w niektórych mass mediach zrobiło się dość głośno o postulacie wprowadzenia karalności zdrady małżeńskiej, o którym to przed paroma tygodniami wspomniałem w jednej ze swych wypowiedzi. Jak się można było spodziewać ów pomysł spotkał się z wieloma szyderstwami i niemerytorycznymi uwagami, jednak niektóre z krytykujących go osób przynajmniej próbowały wysunąć przeciwko niemu jakieś argumenty. W niniejszym artykule postanowiłem więc zebrać w jednym miejscu najczęściej pojawiające się zarzuty przeciwko idei zaprowadzenia prawnego zakazu cudzołóstwa i dać na nie w miarę wyczerpującą odpowiedź.

    Mit 1. „Prawna karalność cudzołóstwa jest niedopuszczalnym naruszeniem prywatności obywateli”.

    Prawo do prywatności jest ważnym dobrem, ale nie jest dobrem absolutnym i bezwzględnie nienaruszalnym. Do tej pory wszak zabrania oraz karze się różne czyny, które są czynione w sferze prywatnej przez zgadzające się na to dorosłe osoby. Na przykład ciągle w większości krajów świata prawnie zakazane jest praktykowanie kazirodztwa, choćby i było one dokonywane przez dorosłych i wyrażających na to zgodę ludzi.

    Po prostu, choć pewne złe czyny są dokonywane prywatnie, to ich złe skutki są wymiernie odczuwalne przez osoby postronne, a nawet całe społeczeństwo. Dzieje się tak zarówno w przypadku kazirodztwa, gdyż owocem takowego mogą być niewinne, ale mimo to chore wskutek nieprawości swych rodziców dzieci. I ma to też miejsce w wypadku cudzołóstwa, albowiem jego złe skutki dotykają nie tylko zaangażowane bezpośrednio w nie osoby, ale bardzo poważnie krzywdzi się w ten sposób również zdradzanego współmałżonka oraz dzieci, które albo poczynają się wskutek tego grzechu (i często są wówczas zabijane przez aborcję albo porzucane przez jednego z rodziców), albo te, którym przyszło już żyć w rodzinie dotkniętej cudzołóstwem (i np. małżeństwo rodziców się rozpada, a niewinne niczemu dziecko musi być wówczas wychowywane z niepełnej i rozbitej rodzinie). To wszystko oczywiście odbija się negatywnie na całym społeczeństwie, gdyż dzieci z niepełnych i rozbitych domów dorastając statystycznie częściej niż osoby wychowywane w normalnych i tradycyjnych rodzinach angażują się w różne patologie, np. przestępczość, narkomanię, pijaństwo, rozwiązłość seksualną.

    Mit 2:Państwo nie może naruszać w ten sposób wolności innych ludzi”.

    Prawo do czynienia tego co się chce, nie ma charakteru absolutnego. Nawet jeśli dane zachowanie w sposób bezpośredni nie narusza niczyjej wolności, to jeżeli wiążą się z nim konkretne negatywne skutki dla innych osób, władze cywilne mają prawo takowego zachowania zakazywać. Ba, państwo ma prawo zakazywać nawet tych z dobrowolnych ludzkich działań, które same w sobie jeszcze nie powodują szkody dla innych, ale mimo to stwarzają one duże ryzyko powstania takiej szkody. Przykładowo, ktoś może chcieć przechowywać we własnym, lecz usytuowanym w bloku, mieszkaniu kilogramy materiałów wybuchowych, tłumacząc, że przecież nie narusza w ten sposób niczyjej wolności. Jednak realne ryzyko, iż takie materiały mogą w końcu eksplodować, raniąc i zabijając przy tym jego sąsiadów, jak najbardziej uprawnia władze cywilne do zakazywania takich praktyk. Podobnie jest z cudzołóstwem – choć same w sobie nie narusza ono niczyjej wolności – to jednak jego skutki są krzywdzące nie tylko dla osób popełniających ten grzech. Dlatego powinno być ono zakazane i karane przez władze cywilne.

    Zresztą, czy aby na pewno, prawny zakaz niewierności małżeńskiej byłby sprzeczny choćby i z założeniami liberalizmu? Przecież małżeństwo jest dobrowolnie zawieraną obustronnie umową, a za pogwałcenie warunków danej umowy zwykle przewidziane są różne sankcje i kary. Jeśli ktoś dobrowolnie zgodził się na dochowanie wierności swej żonie, to nie jest sprzeczne z zasadą wolności karanie go za to, iż nie dotrzymał złożonej przez siebie obietnicy i poświadczonej ślubem lub przysięgą umowy. Niby dlaczego, pogwałcenie jednej z najważniejszych zasad małżeńskiej umowy nie miało by być karane, podczas gdy za naruszanie innego rodzaju umów zwykle przewidziane są prawnie różne kary?

    Mit 3. „Prawna karalność cudzołóstwa to pomysł purytański i islamski”.

    Bzdura i nonsens! Niewierność małżeńska była prawnie zakazana i karana na długo przed powstaniem islamu i purytanizmu. Występek ten był penalizowany nawet w starożytnym, przedchrześcijańskim i pogańskim Rzymie. O potrzebie zaś zakazywania i karania przez władze cywilne tej nieprawości nauczali katoliccy biskupi oraz papieże w ciągu wielu wieków, aż po co najmniej 20 stulecie. Cudzołóstwo było przestępstwem w ciągu kilku tysiącleci w zdecydowanej większości krajów świata, niezależnie od tego, czy były to państwa o charakterze pogańskim, katolickim, protestanckim, prawosławnym czy muzułmańskim. Dopiero w drugiej połowie XX wieku prawna karalność cudzołóstwa została zniesiona w większości państw. Przykładowo, niewierność małżeńska była zagrożona różnymi sankcjami karnymi do: 1969 r. we Włoszech; 1973 r. na Malcie; 1974 r. w Luksemburgu; 1975 r. we Francji; 1978 r. w Hiszpanii; 1982 r. w Portugalii; 1983 r. w Grecji; 1987 r. w Belgii; 1989 r. ; 1990 r. w Paragwaju; 1994 r. w Chile; 1995 r. w Argentynie; 1996 r. w Nikaragui; w Szwajcarii; 1997 r. w Austrii i Dominikanie. Do dziś zresztą, poza krajami muzułmańskimi cudzołóstwo jest przestępstwem na Filipinach, Tajwanie, w Indiach oraz 21 stanach USA.

    Mit 4. „Chrystus pokazał, iż cudzołóstwo nie powinno być prawnie karalne”.

    Jeśli już, to co najwyżej można się zastanawiać, czy Pan Jezus nie dał do zrozumienia, iż cudzołóstwo nie powinno być karane najwyższym wymiarem kary, czyli śmiercią. Ale nawet taki wniosek jest dość wątpliwy, gdy zważy się na całokształt okoliczności towarzyszących znanym słowom Chrystusa o tym, by „kto jest bez grzechu pierwszy rzucił kamień”. W owym czasie bowiem Żydzi i tak nie mieli prawa do wydania wyroków śmierci, gdyż podlegali władzy Imperium Rzymskiego, do którego wyłącznej gestii należało orzekanie i stosowanie takiego najwyższego wymiaru kary. Poza tym, Żydzi, którzy przyprowadzili do Jezusa cudzołożną kobietę wykazali się licznymi brakami tak zarówno jeśli chodzi o ich zamiary, jak i sposób przeprowadzenia procesu w tejże sprawie. Na przykład, mimo że objawione przez Boga Mojżeszowi prawo nakazywało wymierzyć karę śmierci obu stronom cudzołóstwa, oni przyprowadzili do Chrystusa tylko jedną jego stronę, czyli niewiastę – to już wskazuje na to, że ich sprawiedliwość była w tym względzie dość ułomna, wybiórcza i niezbyt zgodna z objawioną w tym względzie wolą Boga.

    Jednak, nawet gdyby uznać kontrowersyjną tezę o potępieniu przez Pana Jezusa karania śmiercią cudzołóstwa, to przecież i tak nie oznacza to od razu odrzucenia wszelkich kar za ów występek. Powiedzenie, że dana kara za określone zachowanie jest zbyt surowa nie równa się jeszcze stwierdzeniu, iż w takim razie w żadnej formie nie powinno być ono karane.

    Mit 5.Karalność cudzołóstwa oznacza dążenie do wprowadzenia katolickiego państwa wyznaniowego”.

    Dostrzeganie zła i negatywnych skutków niewierności małżeńskiej nie jest jakąś specyficzną cechą religii katolickiej, ale charakterystyczne dla zdecydowanej większości istniejących na świecie religii. Cudzołóstwo jest uważane za złe i destrukcyjne przez wszystkie główne nurty chrześcijaństwa (katolicyzm, prawosławie, protestantyzm, anglikanizm), jak i przez islam, judaizm, buddyzm oraz większą część różnych pogańskich religii. Trudno więc mówić o tym, by sam prawny zakaz cudzołóstwa oznaczał wprowadzanie katolickiego państwa wyznaniowego skoro niemal każda religia na świecie potępia ten czyn. Co więcej, zło cudzołóstwa jest na tyle jasną i ewidentną zasadą moralności naturalnej, iż dostrzega je większość osób nie tylko wierzących, ale także znaczna część ateistów i agnostyków. Dążeniem do wprowadzenia państwa wyznaniowego było by wprowadzenie do prawa państwowego jakichś specyficznych dla danej religii nakazów i zakazów, np. obowiązku chodzenia na niedzielne Msze czy zachowywania postu od mięsa w piątek. Czymś takim nie jest jednak postulowanie, by władze cywilne chroniły najbardziej podstawowe zasady moralności naturalnej, a więc np. to, iż nie należy się zabijać, okradać, gwałcić, oszukiwać czy też zdradzać swego współmałżonka.

    Mit 6. „Prawna karalność cudzołóstwa musiałaby pociągnąć za sobą delegalizację wszystkich grzechów”.

    Co prawda wszystkie grzechy są w jakiejś mierze szkodliwe, ale poziom ich szkodliwości różni się między sobą. Są więc np. grzechy, które w bezpośrednim wymiarze szkodzą przede wszystkim tym, którzy je popełniają (np. potajemna i samotna masturbacja) i takie nieprawości nie powinny być karane przez władze cywilne. Istnieją jednak również takie grzechy, które w sposób ewidentny i poważny szkodzą też innym ludziom, a nie tylko tym, którzy je sami czynią. Do takich nieprawości zaliczyć można np. pijaństwo, kradzież, rozpowszechnianie pornografii czy właśnie niewierność małżeńską. I tego rodzaju grzechy powinny być zakazywane i karane przez władze cywilne.

    Mit 7. „Prawna karalność cudzołóstwa oznaczałaby totalną inwigilację społeczeństwa”.

    Doświadczenie tak historyczne, jak i współczesne przeczy konieczności takiej implikacji. W przeszłości bowiem przez wiele wieków zakazane było cudzołóstwo, a jednak – choćby z czysto technicznych względów – państwo nie roztaczało nad swymi obywatelami systemu inwigilacji. Współcześnie zaś również część z całkowicie prywatnie i dobrowolnie czynionych występków jest przez różne państwa zakazana i karalna, a jednak w ich ściganiu i wykrywaniu państwo nie posuwa się do wprowadzania jakiejś totalnej inwigilacji swych mieszkańców. Na przykład, zakazane i karalne jest kazirodztwo, również w przypadku, gdy tyczy się ono dorosłych i zgadzających się nań osób, ale to nie znaczy, że we wszystkich domach montowane są kamery śledzące obywateli.

    Mit 8. „Karalność cudzołóstwa bez totalnej inwigilacji byłaby prawem martwym”.

    Istnieją różne okoliczności, w których to prywatnie czynione występki wychodzą na jaw. Na przykład, ktoś może się takowymi chwalić, ułatwiać je innym, nagrywać swe zachowania, albo być nakrytym na gorącym uczynku. Nawet, gdy w ten sposób zostaje ujawnionych 0, 01 procent wypadków takich nieprawości, to odpowiednie nagłośnienie ukarania owych 0,01 procent już dawałoby spory efekt wychowawczy i odstraszający. Oczywiście, te 0,01 procent ukaranych przypadków cudzołóstwa nie sprawiłoby, iż wszyscy chętni doń nagle by przestali to czynić. Jednak część z cudzołożników przestałaby się nim chwalić z obawy bycia wykrytym i ukaranym, przez co siła ich negatywnego wpływu na innych uległaby zmniejszeniu. Jeszcze inni cudzołożnicy zaczęliby popełniać swe grzechy rzadziej niż wcześniej w wyniku czego mniej ludzi zostałby wciągniętych w ten występek. Poza tym istniałaby grupa ludzi, która w warunkach legalności cudzołóstwa by je popełniła, ale wiedząc, iż takowe jest zagrożone sankcjami karnymi po prostu, by się od niego powstrzymała.

    Załóżmy, że np. w danym kraju istnieje 5 milionów osób dopuszczających się zdrady małżeńskiej. 0, 01 procent z nich daje liczbę 500 ludzi. Pomyślmy teraz, czy nagłośnienie, iż w ciągu roku osądzonych i ukaranych zostało za cudzołóstwo 500 osób naprawdę nie dawałoby sporego efektu odstraszającego i wychowawczego?

    Mit 9: „Chcąc karać cudzołóstwa należałoby wsadzić do więzień 90, a nawet niemal 100 procent społeczeństwa”.

    Zacznijmy od tego, że nawet we współczesnych dość libertyńskich jeśli chodzi o seksualność czasach zdecydowana większość ludzi deklaruje, iż nigdy nie dopuściła się niewierności małżeńskiej. Na przykład, wedle przeprowadzonych przez firmę „Durex” badań do cudzołóstwa przyznawało się 22 procent badanych osób. Z kolei, w Stanach Zjednoczonych szacuje się, iż swego współmałżonka zdradziło od 20 do 25 procent osób pozostających w związku małżeńskim. Oczywiście, jest prawdopodobnym, iż część z pytanych o to osób po prostu nie przyznaje się do popełnionej przez siebie zdrady małżeńskiej, ale nawet, gdyby coś takiego zataiła połowa badanych osób to wychodziłoby na to, że cudzołóstwo popełnia może 40 do 50 procent ludzi, nie zaś 90 czy 100 procent, jak to sugerują niektórzy.

    Poza tym, skąd założenie, że kara więzienia jest jedyną możliwą sankcją za popełnienie takiego występku? Czy nie ma innych kar, np. prac społecznych, chłosty albo zakuwania w dyby? No i jak już wspomniałem powyżej, nie trzeba wykrywać większości przypadków cudzołóstwa, by jego niszczycielski wpływ na społeczeństwo został ograniczony. Liczba cudzołóstw zmniejszyłaby się również wówczas, gdyby choć 0, 1 procenta z jego przypadków zostało osądzonych, ukaranych i byłoby to odpowiednio nagłośnione.

    Mit 10: „Prawna karalność cudzołóstwa jest sprzeczna z miłością do innych ludzi”.

    Odpowiednie karanie nieprawości nie jest sprzeczne z chrześcijańskim obowiązkiem miłowania swych bliźnich. Przeciwnie to dawanie takiej bezkarności jest brakiem owej miłości. Wedle tradycyjnej moralistyki katolickiej jednym z tzw. grzechów cudzych jest postawa wyrażona słowami: „Grzechu nie karać”. Nie jest prawdziwą miłością czynienie występków bezkarnymi, gdyż w ten sposób nie działa się dla dobra ani społeczeństwa niszczonego przez te nieprawości, ani ludzi krzywdzonych przez złoczyńców, ani nawet samych złoczyńców, którzy rozzuchwaleni swą bezkarnością czynią jeszcze więcej zła. Autentyczną miłością tak do dobrych, jak i złych ludzi jest karanie nieprawości, gdyż w ten sposób chroni się dobrych i próbuje poprawić oraz nawrócić złych.

    Warto w tym miejscu przypomnieć zresztą słowa Pisma świętego, które co prawda bezpośrednio odnoszą się do relacji rodzice-dzieci, jednak zważywszy na to, że rządzący w pewnym sensie też pełnią funkcję ojców w stosunku do swych obywateli, mają one też swe przełożenie na państwo i społeczeństwo:

    Nie kocha syna, kto rózgi żałuje, kto kocha go – w porę go karci” (Przysłów 13: 24).

    Kto miłuje swego syna, często używa na niego rózgi, aby na końcu mógł się nim cieszyć” (Mądrość Syracha 30: 1).

    Ps. Powyższy artykuł po raz pierwszy ukazał się na portalu Fronda.pl: http://www.fronda.pl/a/okiem-salwowskiego-10-mitow-na-temat-prawnego-zakazu-i-karalnosci-cudzolostwa,80089.html