Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: Pius XI

  1. 20 argumentów na rzecz prawnej karalności niewierności małżeńskiej

    Leave a Comment

    Cudzołóstwo oznacza obcowanie seksualne, w którym przynajmniej jedna ze stron takiej relacji pozostaje w związku z małżeńskim z inną osobą. Takie jest przynajmniej katechizmowe rozumienie tego czynu i nie należy tego mylić z grzechem „nierządu”, czyli obcowania seksualnego, w którym obie strony są osobami wolnymi (z kolei „nierządu” nie należy utożsamiać z prostytucją, która jest czymś jeszcze innym). O ile moralne zło nierządu jest kwestionowane przez większość ludzi należących do naszego kręgu kulturowego, o tyle przeważająca część post-chrześcijańskich społeczeństw nie ma raczej większych trudności z dostrzeżeniem niemoralności cudzołóstwa (czyli niewierności małżeńskiej). Z drugiej jednak strony nawet wśród bardzo konserwatywnie nastawionych katolików czy chrześcijan innych wyznań trudno jest spotkać się z poparciem dla postulatu prawnego zakazu i karalności niewierności małżeńskiej. I nie chodzi tu tylko o stwierdzenie, iż w obecnych okolicznościach kulturowych i historycznych być może roztropne byłoby powstrzymanie się władz cywilnych od kryminalizacji cudzołóstwa. Takie podejście oczywiście dałoby się uzasadnić, gdyż władze cywilne mogą tolerować niektóre z nieprawości w sytuacji, gdy wprowadzenie ich prawnego zakazu mogłyby w danych okolicznościach spowodować większe zło albo utrudniałoby osiągnięcie większego dobra (np. wywołać wojnę domową, ściągnąć na kraj surowe sankcje gospodarcze, itp.). Rzecz jednak w tym, że wielu z konserwatywnych katolików i chrześcijan innych wyznań wydaje się nie dostrzegać zasadności tego postulatu jako takiego. Innymi słowy, nie dostrzegają oni słuszności penalizacji niewierności małżeńskiej nawet wówczas, gdy nie groziłoby to wywołaniem większego zła lub nie utrudniałoby osiągnięcie większego dobra. Poniżej zebrałem więc w jednym miejscu odpowiedź na prawie wszystkie z argumentów, które podnoszone są przeciwko postulatowi prawnego zakazu i karalności niewierności małżeńskiej. Nie twierdzę przy tym, iż w obecnych okolicznościach na pewno w każdym post-chrześcijańskim kraju byłoby rzeczą roztropną kryminalizować cudzołóstwo. Nie mniej jednak utrzymuję, że sam w sobie postulat ów jest słuszny i w bardziej dogodnych warunkach powinno się dążyć do jego realizacji. Zachęcam zatem do uważnej lektury poniższych punktów tego artykułu.

    1. Nie wszystko co w bezpośredni sposób nie narusza wolności drugiej dorosłej osoby powinno być legalne.

    Przykładowo: jazda pod wpływem alkoholu z prędkością 130 km na godzinę na zabudowanym terenie sama w sobie nie narusza wolności innych ludzi, a jednak jest prawnie zakazana. Inny przykład: zażywanie ciężkich narkotyków samo w sobie nie narusza niczyjej wolności, a mimo to jest nielegalne. Podobnie, przechowywanie materiałów wybuchowych we własnym mieszkaniu znajdującym się w bloku także nie stanowi pogwałcenia wolności innych osób, a jednak nie jest to prawnie dozwolone.

    Widzimy więc, że nawet dziś w dobie szczególnego akcentowania na płaszczyźnie prawnej zasady wolności osobistej wciąż uznaje się za nielegalne niektóre z tych zachowań, które co prawda nie są „per se” naruszeniem czyjejś wolności, jednak ze względu na poważne niebezpieczeństwo, jakie z nich wynika dla innych ludzi, są zakazywane przez prawodawców. Podobnie niewierność małżeńska może i sama w sobie nie narusza wolności drugiej dorosłej osoby, ale z pewnością wiąże się z wyrządzaniem ogromu krzywd innym osobom i dlatego powinna być ona kryminalizowana.


    2. Niewierność małżeńska zwykle wiąże się z oszustwem oraz jest złamaniem publicznie danej obietnicy i obopólnie zawartej umowy w bardzo ważnej kwestii.

    Prawo zwykle przewiduje odpowiedzialność karną za łamanie umów zawieranych w innych kwestiach. Dlaczego więc nie miałoby karać za złamanie umowy małżeńskiej? Przecież umowa małżeńska tyczy się bardzo ważnych – tak dla jednostek, jak i całego społeczeństwa – spraw.


    Niewierność małżeńska zazwyczaj wiąże się także z oszukiwaniem swego współmałżonka. Często też polega ona na psychomanipulacji w „dziele” uwodzenia drugiej osoby (np. ukrywaniu swego statusu cywilnego bądź fałszywym lub przeinaczonym przedstawianiu powodów, dla których zdradza się swego współmałżonka). Jeśli prawo przewiduje możliwość karania za np. wprowadzenie w błąd co do istotnych cech danego towaru (dajmy na to poprzez ukrycie jego wad i ułomności), to niby dlaczego miałoby wykluczać odpowiedzialność karną za przynajmniej niektóre z przypadków cudzołóstwa (np. gdy niewierny małżonek okłamywał swą kochankę)?


    3. Niewierność małżeńska wiąże się z oczywistym wyrządzaniem ogromu krzywd innym osobom.

    Czy trzeba mówić, w jak bardzo negatywny sposób cudzołóstwo wpływa tak na zdradzaną osobę, jak i dzieci pochodzące z dotkniętego tym występkiem związku? Bycie zdradzonym w sferze seksualnej jest jednym z najbardziej traumatycznych przeżyć, jakie można sobie wyobrazić, a dzieci w rodzinach, w których pojawiła się zdrada, częściej niż inni małoletni popadają w pijaństwo, rozwiązłość, narkomanię oraz przestępczość. Wedle badań przeprowadzonych w USA prawdopodobieństwo popełnienia samobójstwa jest o 30 proc. wyższe wśród nastolatków, które wychowały się bez ojca. Podobnie 90 proc. dzieci bezdomnych i uciekających z domu, 3/4 nastoletnich narkomanów i 85 proc. młodocianych przestępców (w tym 72 proc. nieletnich morderców i 60 proc. gwałcicieli), wzrastało w rodzinie pozbawionej ojca (Patrz: „Ameryka bez ojców„, „Newsweek”, 10. 03. 2002, s. 82).

    Do tego wszystkiego można jeszcze dodać fakt, iż prowadzący bardzo rozwiązłe życie niewierny mąż lub niewierna żona może relatywnie łatwo zarazić swego współmałżonka wirusem HIV bądź różnymi chorobami wenerycznymi.


    4. W dalszej perspektywie niewierność małżeńska szkodzi całemu społeczeństwu.

    Dzieci, które dorastały w dotkniętych tą nieprawością rodzinach, częściej krzywdzą innych ludzi przez różne patologiczne zachowania.

    Jaskrawym przykładem tego, do jakich konsekwencji prowadzą nierząd i między innymi cudzołóstwo, może być rzeczywistość czarnej społeczności w USA. Wedle danych z początków XXI wieku 69 proc. czarnych dzieci nie pochodziło ze związku małżeńskiego, a 57 proc. nastolatków wychowywanych było przez jednego z rodziców (najczęściej przez matkę). Wówczas to szacowało się też, iż odpowiednio 43 proc. czarnych mężczyzn i 42 proc. kobiet nie żyło nigdy w małżeństwie. Ponad połowa morderstw i 42 proc. innych ciężkich przestępstw było wtedy dokonywanych przez kryminalistów wywodzących się z 13 -procentowej czarnej społeczności. Szacowało się też, iż 28, 5 proc. czarnych chłopców trafi do aresztów i więzień. W dużych miastach 4 na 10 czarnoskórych mężczyzn w wieku od 17 do 35 lat przebywało w więzieniach (Por. Patrick J. Buchanan, „Śmierć Zachodu”, Wrocław 2005, s. 93-95).


    5. Wprowadzenie karalności niewierności małżeńskiej nie musi wiązać się z tworzeniem jakiegoś specjalnego systemu powszechnej inwigilacji społeczeństwa.

    Do dziś wszak takie występki seksualne jak kazirodztwo (również osób dorosłych) oraz zoofilia są prawnie karane, a jednak nie oznacza to instalowania kamer w domach, oborach albo stajniach. Po prostu czasami niewierność małżeńska wychodzi na jaw i wtedy powinna być ona ukarana.


    6. Kryminalizacja cudzołóstwa oczywiście nie zlikwidowałaby tego zjawiska, ale by je ograniczyła.

    Nawet jeśli z pewnych względów wyroki sądowe w sprawach o niewierność małżeńską zapadałyby rzadko, to i tak świadomość ich istnienia w pewien sposób temperowałaby zapędy części osób w tej sferze (na zasadzie „A może mnie tym razem złapią„). Poza tym prawo ma walor wychowawczy i wzmacnia w społeczeństwie potępienie dla kryminalizowanego przezeń zjawiska.

    Innymi słowy: niektórzy ludzie przestaliby to robić ze strachu przed karą. Inne osoby czyniłyby to rzadziej, albo przynajmniej nie chwaliłyby się tym przed innymi po to, by nie zostać ukaranymi. Jeszcze inni, łącząc w swych sercach i rozumach tak moralne i prawne potępienie dla cudzołóstwa, nie weszliby nigdy na drogę tego występku, podczas gdy w warunkach jego legalności mogliby łatwiej ulec jego pokusie. Oczywiście, tak czy inaczej, niektórzy ludzie dopuszczaliby się niewierności małżeńskiej w sposób podobny do tego, jak czyniliby to w warunkach jej legalności. Jednak ogólnie rzecz biorąc, można słusznie domniemywać, iż w sytuacji kryminalizacji cudzołóstwa zmniejszyłaby się częstotliwość jego występowania.


    7. Pan nasz Jezus Chrystus uwalniając cudzołożną niewiastę od ukamienowania (J 8, 1-11) nie pokazał w ten sposób, iż ŻADNA prawna kara nie należy się za ten grzech.

    W najlepszym wypadku co najwyżej zasugerował (choć to też jest bardzo dyskusyjne), że pod rządami Nowego Testamentu winno się unikać karania śmiercią za ten grzech. Jednak to jeszcze by nie znaczyło odrzucenia jakichkolwiek kar prawnych za ów występek (np. chłosty czy przymusowych prac społecznych). Najbardziej zaś oczywistą interpretacją faktu, iż Pan Jezus uwolnił cudzołożną niewiastę od kamieniowania, jest to, że powstrzymał On w ten sposób samosąd dokonywany w wątpliwych intencjach, a ponadto posiadając Boską wiedzę, był świadom, iż w tym konkretnym wypadku rezygnacja z kary śmierci przyniesienie większe dobro.

    8. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie jest postulatem kalwińskim.

    Faktem jest, iż w krajach rządzonych przez kalwinistów cudzołóstwo było prawnie karalne. Ale niby czego to ma dowodzić? A jeśliby w państwach władanych przez kalwinistów zabroniona była też aborcja, to miałoby to oznaczać, że w takim razie prawny zakaz zabijania nienarodzonych dzieci jest postulatem kalwinistycznym? Oczywiście tego rodzaju myślenie jest absurdalne. Za stricte kalwinistyczne należałoby dopiero uznać coś, co nie tylko występowało w naukach tych czy innych kalwinistów, ale co zostało potępione przez Magisterium Kościoła jako błędne, heretyckie lub też pod inną cenzurą teologiczną. Jednak postulat prawnej karalności niewierności małżeńskiej nigdy nie został potępiony przez nauczanie Kościoła (o czym poniżej).

    Ponadto, da się z łatwością wykazać, iż w państwach katolickich na przestrzeni wielu wieków cudzołóstwo oraz inne przejawy rozwiązłości seksualnej były prawnie karane.

    I tak np. król Franków Karol Wielki w 805 roku ogłosił kapitularz, w którym wyraźnie zabronił osobom płci obojga m.in. cudzołóstwa. Syn Karola Wielkiego król Ludwik Pobożny uznał zaś za obowiązujące w swym państwie uchwały synodu w Akwizgranie, wedle których do obowiązków dobrego władcy należy: „powściągania kradzieży i karania cudzołóstw„. Z kolei, jeden z pierwszych władców Polski, król Bolesław Chrobry nakazywał przyłapanych na niewierności małżeńskiej lub rozpuście mężczyzn karać w ten sposób, iż przybijano ich mosznę z jądrami do mostu targowego, a następnie dawano im ostry nóż pozostawiając do wyboru, albo własnoręczne dokonanie kastracji, albo powolną śmierć. W państwie założonym przez krzyżowców na terenach dzisiejszej Palestyny i Izraela obowiązywał z kolei Kodeks karny z Nablus, wedle którego cudzołożnej niewieście groziło obcięcie nosa, zaś mężczyzna, który dopuścił się tego czynu mógł zostać wykastrowany. Z kolei, powstałe w latach 1230-1235 „Zwierciadło Saskie” (będące spisem saskiego prawa zwyczajowego), które w późniejszym okresie zaczęło być przyjmowane jako obowiązujące prawo również w innych niż niemieckie krajach, za cudzołóstwo przewidywało nawet karę śmierci.

    Powyżej, wymieniłem tylko niektóre z przykładów karania niewierności małżeńskiej w państwach katolickich. Przykłady te, celowo tyczą się czasów sprzed powstania kalwinizmu, aby pokazać, iż katoliccy władcy wprowadzający takie sankcje i represje za cudzołóstwo, siłą rzeczy nie mogli inspirować się Janem Kalwinem, bądź jego uczniami, których wszak nie było jeszcze na tym świecie. Oczywiście można by tym prawom zarzucać, iż były zbyt drastyczne (kastracja), ich praktyczne wykonanie nierzadko było stronnicze (podobno częściej karano w tych sprawach kobiety niż mężczyzn) albo, że sami władcy je wprowadzający nie świecili przykładem życia w sferze cnoty czystości (vide: Karol Wielki i jego kilka nałożnic). Nie negując zasadności takich krytycznych uwag, nie sposób jednak zaprzeczyć temu, iż na długo przed powstaniem kalwinizmu w katolickiej świadomości prawno-politycznej żywa była potrzeba prawnej karalności niewierności małżeńskiej.

    9. Postulat prawnej karalności niewierności małżeńskiej należy do autentycznego zwyczajnego Magisterium Kościoła.

    Pius XI w encyklice „Casti connubii” nauczał wszak:

    Lecz, Czcigodni Bracia, w interesie państwa leży zabezpieczenie nie tylko materialnych warunków bytu rodziny i małżeństwa, ale także i tych, które się określa mianem dóbr duchowych: ustanowić mianowicie należy słuszne prawa i wiernie ich przestrzegać, aby stale chroniły  czystą wierność  oraz wzajemne wspieranie się małżonków”.

    W tym samym dokumencie Pius XI do rzędu „hańbiących i podłych pomysłów„, które „szlachetne poczucie , jakie cechuje wstydliwe małżeństwo, a nawet sam zdrowy pęd natury (…) odrzuca z pogardą i potępia” zaliczył między innymi pogląd tych, którzy:

    chcą, aby uznać za nijakie lub znieść wszelkie ustawy karne, jakie państwo wydało dla zachowania wierności małżeńskiej„.

    Powyższe nauczanie Piusa XI nie zostało do tej pory skorygowane lub zmienione przez magisterialne wypowiedzi następnych papieży. Nawet papież Franciszek w swym łagodnym podejściu do cudzołożników żyjących w nowych związkach nie posunął się do negowania zasadności prawnej karalności niewierności małżeńskiej. Owszem wskazywał on na to, że w pewnych okolicznościach wina za ów grzech może być łagodniejsza, ale i to nie oznacza samo w sobie kwestionowania postulatu prawnego zakazu cudzołóstwa. Tytułem analogii: to, że wina za kradzież może być raz większa, a raz mniejsza, nie jest równoznaczne ze stwierdzeniem, iż złodziejstwo z samej swej zasady nie powinno być karane przez władze cywilne.

    Doktryna wyłożona przez Piusa XI jest zatem wciąż elementem obowiązującego katolików w sercu i rozumie nauczania Kościoła. Oczywiście nie jest to samo w sobie dogmatem, ale nie tylko dogmatom katolicy mają być posłuszni.

    10. Brak prawnej karalności niewierności małżeńskiej w obecnym prawodawstwie Watykanu nie jest argumentem na rzecz jej dekryminalizacji.

    Kodeks karny Państwa Kościelnego z 1832 roku przewidywał karę 5 lat galer za niewierność małżeńską. Zawarte w 1929 roku Traktaty Laterańskie wprowadzały zaś zasadę, iż Kodeks karny państwa włoskiego jest jednocześnie prawem karnym państwa watykańskiego. Nie zmieniało to jednak samej zasady prawnej karalności cudzołóstwa na terenie Watykanu, gdyż w samych Włoszech niewierność małżeńska była zakazana do 1969 roku. Od tego czasu zaś wraz ze zniesieniem kryminalizacji cudzołóstwa we Włoszech prawo to zostało też zniesione na terenie Watykanu. Owszem od pewnego czasu Watykan może modyfikować niektóre z przepisów włoskiego Kodeksu karnego na swym terenie, lecz nie czyni tego w stosunku do cudzołóstwa. Katolików obowiązuje w sumieniu jednak posłuszeństwo nauczaniu Kościoła nie zaś taka czy inna prawna praktyka obowiązująca na terenie państwa watykańskiego.

    11. Brak kryminalizacji niewierności małżeńskiej w kodeksach karnych prawie wszystkich post-chrześcijańskich krajów nie jest argumentem na rzecz jej dekryminalizacji.

    Niektóre ze zmian w prawie i ustroju społecznym mogą być dobre, a niektóre mogą być złe. Słuszność danych zmian prawnych powinna być oceniana z perspektywy Pisma świętego, nauczania Kościoła i rozumu, nie można jej jednak oceniać na podstawie samej jej powszechności. To prawda, że obecnie w prawie wszystkich krajach post-chrześcijańskich cudzołóstwo nie jest już prawnie zakazane, ale to nie jest żaden argument na rzecz słuszności tej praktyki. Ostatecznie w większości post-chrześcijańskich państw legalna jest aborcja oraz homo-małżeństwa lub związki partnerskie. Czy to jednak miałoby znaczyć, że w takim razie są to słuszne i sprawiedliwe prawa?

    12. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie jest cechą państw totalitarnych.

    Prawna karalność cudzołóstwa istniała na wiele wieków przed powstaniem państw o charakterze totalitarnym. W istocie zaś rzeczy państwa, które są utożsamiane z totalitaryzmem, a więc te rządzone przez partie komunistyczne, faszystowskie i nazistowskie, w swej większości nie zawierały prawnego zakazu niewierności małżeńskiej. Przykładowo pośród kilkunastu państw w których u władzy byli komuniści tylko dwa z nich – to znaczy Rumunia oraz Korea Północna – przewidywały taką karalność. Z drugiej strony nie-komunistyczne państwa zachodnie w swej znamienitej większości utrzymywały prawny zakaz cudzołóstwa co najmniej do lat 60-tych, 70-tych lub 80-tych XX wieku. Jeśli zaś chodzi o nazistowskie Niemcy, to nie wprowadzały one żadnych specjalnych praw przeciwko cudzołóstwu jako takiemu. Owszem surowo karano tam seks pomiędzy Aryjczykami oraz osobami innej rasy lub pochodzenia żydowskiego, ale jest to przecież zupełnie inna kwestia. W tym prawie nie chodziło o niewierność małżeńską jako taką, ale o błędną zasadą utrzymywania czystości rasowej. Nie należy mieszać tych dwóch spraw.

    13. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie jest próbą narzucania norm o charakterze stricte religijnym.

    Szkodliwość cudzołóstwa owszem jest nauczana przez religię chrześcijańską, jednak jednocześnie jest ona elementem prawa naturalnego, które w łatwy sposób może być rozpoznane przez wszystkich ludzi. Jeśli więc ktoś mówi, iż prawny zakaz niewierności małżeńskiej stanowiłby próbę narzucania niewierzącym zasad o charakterze ściśle religijnym, to podobnie mógłby twierdzić w odniesieniu do zakazów morderstwa, kradzieży czy gwałtów.


    14. Popieranie prawnej karalności niewierności małżeńskiej nie musi wiązać się z popieraniem karania przez władze cywilne jakichkolwiek grzechów.

    Poziom szkodliwości różnych grzechów jest rozmaity. Jedne z nich wyrządzają bliźnim relatywnie niskie szkody, inne wyrządzają im duże szkody. Te z grzechów, które wyrządzają innym ludziom wymierne szkody, powinny być karane przez władze cywilne. Cudzołóstwo zaś z pewnością należy do tych nieprawości, które w wydatny sposób krzywdzą innych ludzi.

    15. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie jest sprzeczna z zasadą wybaczania naszym krzywdzicielom.

    Czy molestowane seksualnie przez swego ojca dziecko powinno mu wybaczyć? Oczywiście, gdyż nakaz wybaczania nie zna żadnych wyjątków. Czy to jednak oznacza, że taki ojciec nie powinien być ukarany przez władze cywilne? Jasne, że nie. To, że pragnie się dobra dla naszych krzywdzicieli (co jest jednym z elementów wybaczenia) nie jest równoznaczne z dawaniem im bezkarności. Przeciwnie, karanie złoczyńców jest wyświadczeniem dobra tak im, jak i całemu społeczeństwu.

    16. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie musi prowadzić do rozbijania rodzin.

    W sytuacji, gdy cudzołóstwo byłoby karane, zwykle jest ono już na tyle jawne, że zdradzany małżonek i tak zazwyczaj wie, że takowy czyn zaistniał. Ewentualne ujawnienie go przed sądem nie stanowiłoby więc wtedy dla zdradzonego jakiegoś nagłego szoku, który mógłby go/ją pobudzić do tym bardziej gorliwego dążenia do zakończenia swego związku. Ponadto, można powiedzieć, że sądowe ukaranie niewierności małżeńskiej mogłoby powściągać chęć zemszczenia się drugiej strony za doznaną krzywdę. Poza obok prawnej karalności cudzołóstwa można by wypracować różne procedury, które pomagałyby małżonkom w pogodzeniu się ze sobą. Trzeba również dodać, iż instytucja rozwodu również powinna zostać zniesiona, a więc na płaszczyźnie prawnej sądowe ukaranie cudzołóstwa po prostu nie kończyłoby dotkniętego nim małżeństwa. Ogólnie zaś rzecz biorąc, nawet jeśli w niektórych wypadkach ukaranie cudzołóstwa przyczyniałoby się do większego skłócenia ze sobą małżonków, to z drugiej strony prawny zakaz cudzołóstwa mógłby skutkować ocaleniem większej ilości małżeństw. Karalność cudzołóstwa może bowiem przyczyniać się do faktycznego ograniczania jego występowania, a co za tym idzie do mniejszej ilości rozbitych rodzin. Takie podejście do tego problemu jest zgodne z tradycyjnie katolicką zasadą podwójnego skutku. Zasada ta pozwala bowiem na podejmowanie pewnych dobrych moralnie działań, co do których przewiduje się jednak wystąpienie pewnych negatywnych skutków ubocznych. Przykładowo: zakaz aborcji jest słuszny i dobry, chociaż jednym ze skutków ubocznych może być tu większa ilość zgonów kobiet wynikających z zabijania nienarodzonych dzieci w warunkach mniej higienicznych, niż działoby się to w okolicznościach, gdy owa zbrodnia byłaby legalna. Summa summarum jednak więcej istot ludzkich zostanie w wyniku takiego prawa uratowanych.


    17. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie musi uderzać przede wszystkim w kobiety.

    Wedle różnych badań to mężczyźni częściej niż kobiety dopuszczają się cudzołóstwa, a więc to właśnie osoby płci męskiej winny być częściej karane za ów występek. Prawny zakaz cudzołóstwa oczywiście powinien tyczyć się w równym stopniu tak mężczyzn, jak i kobiet, a nie jak to czasami w historii bywało tylko kobiet. Gdyby miało okazać się, że i tak w praktyce częściej za ów grzech karano by kobiety, to nie byłaby to wina takiego prawa jako takiego, ale konkretnych ludzi, którzy by je stronniczo realizowali. W takich wypadkach należałoby pracować nad poprawą świadomości osób odpowiedzialnych za wdrażanie prawnej karalności cudzołóstwa oraz udoskonalać różne procedury z tym związane.

    18. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie musi oznaczać wsadzania ludzi do więzień.

    Kara więzienia nie jest jedyną wyobrażalną sankcją prawną. Czy nie istnieje wszak coś takiego jak np. przymusowe prace społeczne? W istocie rzeczy nie powinno się zbyt prędko wsadzać ludzi do więzień, gdyż takowe miejsca sprzyjają głębszej deprawacji ludzi tam osadzonych. Prace społeczne są karami mniej skomplikowanymi do wdrożenia oraz bardziej wychowawczymi. I właśnie takie sankcje powinny być preferowane względem cudzołożników i cudzołożnic.

    19. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie oznacza „przymuszania ludzi do miłości”.

    Oczywiście nie da się przymusić ludzi do miłości, jednak jeśli ktoś powstrzymuje się od takiego czy innego zewnętrznego grzechu jedynie z obawy przed karą doczesną to: a) co prawda nie zasługuje w ten sposób na zbawienie; b) ale przynajmniej w mniejszym rozmiarze krzywdzi swych bliźnich; c) zyskuje sobie mniej srogie potępienie w piekle; d) strach przed karami doczesnymi może go w końcu pobudzić do prawdziwej skruchy (jak uczył o tym choćby św. Augustyn). Tytułem analogii: jeśli złodziej przestanie kraść tylko z obawy przed karami doczesnymi, to i tak dobrze się stanie w tym sensie, że jakaś liczba ludzi nie zostanie już przez niego okradziona.

    20. Jest bardzo dyskusyjne twierdzenie, iż obecnie obowiązujące w Polsce prawo karze niewierność małżeńską.

    Art. 23 zd. 2 polskiego Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego co najwyżej poleca zachowywanie wierności małżeńskiej, ale bez wyznaczania żadnych kar za jej złamanie. Owszem, w wyniku procesów rozwodowych niewierni małżonkowie mogą być de facto w jakiś tam sposób ukarani (wyższymi alimentami), ale jest to rozwiązanie zarówno wadliwe, jak i mocno niepełne, gdyż:
    a) Nie powinno być w prawie instytucji rozwodu.
    b) Formalnie rzecz biorąc, sąd nie daje wyższych alimentów konkretnie za cudzołóstwo.
    c). Co najwyżej tylko jedna strona cudzołóstwa jest wtedy karana. Brak jest kar za ów występek dla drugiej strony (czyli np. tego kto do owej nieprawości zachęcał, namawiał).
    d). Wciąż nie ma kary dla tych, którzy cudzołóstwo pochwalają, propagują, ułatwiają jego zaistnienie – a to na pewnej płaszczyźnie jest jeszcze gorsze niż samo popełnienie cudzołóstwa jako takiego.

    Mirosław Salwowski

  2. Czy nauka Piusa XI o prawnej karalności cudzołóstwa jest wciąż obowiązująca?

    Leave a Comment

    Jak wiemy sprawujący swój pontyfikat w latach 1922 – 1939 papież Pius XI w wydanej przez siebie encyklice „Casti connubii” w sposób jasny i zdecydowany nauczał, iż władze cywilne powinny zakazywać oraz karać występek niewierności małżeńskiej. W dokumencie tym pisał wszak:

    Lecz, Czcigodni Bracia, w interesie państwa leży zabezpieczenie nie tylko materialnych warunków bytu rodziny i małżeństwa, ale także i tych, które się określa mianem dóbr duchowych: ustanowić mianowicie należy słuszne prawa i wiernie ich przestrzegać, aby stale chroniły  czystą wierność  oraz wzajemne wspieranie się małżonków” (podkreślenie moje – MS).

    W tej samej encyklice Pius XI do rzędu „hańbiących i podłych pomysłów„, które „szlachetne poczucie, jakie cechuje wstydliwe małżeństwo, a nawet sam zdrowy pęd natury (…)odrzuca z pogardą i potępia” zaliczył między innymi pogląd tych, którzy:

    chcą, aby uznać za nijakie lub znieść wszelkie ustawy karne, jakie państwo wydało dla zachowania wierności małżeńskiej„.

    Powyższe wypowiedzi Piusa XI należą oczywiście przynajmniej do tzw. autentycznego oraz zwyczajnego nauczania Kościoła, gdyż mają one charakter tak urzędowy, jak i publiczny (to znaczy zostały ujęte w encyklice papieskiej) oraz tyczą się moralności (czyli dokładniej rzecz ujmując moralnych powinności osób sprawujących rządy). Dodatkowo, stwierdzenia tego papieża miały charakter zdecydowany i stanowczy, nie mieszcząc się w kategorii jakichś luźnych spekulacji czy hipotetycznych rozważań. Poza tym – co jeszcze raz podkreślam – były to wypowiedzi na temat moralności (czyli tego jak należy postępować), a nie historii (np. w którym roku wybuchła II wojna światowa albo ile było ofiar Holocaustu) lub socjologii (np. stwierdzenia odnośnie do tego, który naród w historii był bardziej religijny).

    Normalnym zatem wnioskiem, jaki katolicy winni wyciągnąć z powyższego, wydaje się konstatacja, że choć co prawda wskazane wyżej nauczanie Piusa XI nie należy do orzeczeń o charakterze dogmatycznym (czyli samych w sobie nieomylnych), to jednak jako część autentycznego i zwyczajnego nauczania Kościoła powinno być przyjmowany przez katolików z posłuszeństwem serca oraz rozumu. Nie wszyscy jednak katolicy tak rozumują, czego przykładem jest choćby internetowa rozmowa, jaką w ostatnich dniach odbyłem na profilu jednego z katolickich duchownych. Ksiądz ów w dyskusji ze mną utrzymywał, iż skoro „aktualna” (w znaczeniu „soborowa” oraz „posoborowa”) doktryna Kościoła nie powtarza już nauczania Piusa XI o potrzebie prawnej karalności cudzołóstwa, to oznacza właśnie, że rzeczone nauczanie już katolików nie obowiązuje. Czy należy więc zgodzić się z tym rozumowaniem?

    Milczenie nie zawsze oznacza negację

    Zacznijmy od tego, iż owszem (poza jednym wyjątkiem o którym więcej poniżej) „soborowe” (czyli Vaticanum II) oraz „posoborowe” Magisterium Kościoła nie powtarza nauczania Piusa XI na temat potrzeby prawnej karalności cudzołóstwa, to jednak nie formułuje też ono tezy przeciwnej do tejże doktryny. Innymi słowy, aktualne Magisterium Kościoła po prostu nie wypowiada się na temat tego, czy cudzołóstwo powinno być prawnie karalne, ale nie mówi też czegoś przeciwnego temu, co na ów temat uczył Pius XI. Nie ma więc we współczesnym oficjalnym nauczaniu Kościoła ani postulatu: „Niewierność małżeńska powinna być przez władze cywilne karalna” ani także tezy przeciwnej, czyli :”Niewierność małżeńska nie powinna być przez władze cywilne karalna„. Nawet więc, gdyby uznać, że istotnie nauczanie Piusa XI już nie obowiązuje katolików, to z całą pewnością nie można by przejść od tego do konstatacji, że w takim razie ci katolicy, którzy współcześnie popierają prawną karalność cudzołóstwa polemizują, albo okazują w ten sposób jakieś nieposłuszeństwo aktualnemu Magisterium Kościoła. W takim bowiem wypadku milczenie nauczania Kościoła na ów temat oznaczałoby po prostu, iż katolicy mają swobodę opinii na temat tego, czy władze cywilne powinny, czy nie powinny karać występek niewierności małżeńskiej.

    Przejdźmy jednak do najbardziej istotnego wątku tego artykułu. Spróbujmy bowiem odpowiedzieć na pytanie, czy fakt prawie całkowitego milczenia soborowego i posoborowego Magisterium Kościoła w kwestii prawnej karalności cudzołóstwa oznacza, iż wcześniejsze nauczanie Piusa XI na ten temat już katolików nie obowiązuje? Otóż mam spore wątpliwości, czy aby na pewno można wysunąć taką tezę.

    Po pierwsze bowiem: można by zapytać, przez ile lat Kościół nie powinien wypowiadać się na dany temat, by uznać, że dawniejsze nauczanie już nie jest dla katolików wiążące? Czy to ma być 10, 20, 50, a może 100 lub 200 lat? Czy jeśliby np. przez ostatnich 15 lat nie wyszedł z Watykanu żaden dokument podtrzymujący tradycyjne nauczanie o tym, iż prawo państwowe winno zakazywać i karać zbrodnię aborcji oznaczałoby to w takim razie, że katolicy mogą już popierać prawną legalizację zabijania nienarodzonych dzieci? A co w przypadku, jeśliby takie urzędowe milczenie Kościoła na ów temat trwało nie 15, ale dajmy na to 50 albo i 100 lat?

    Między innymi z tego powodu, uważam za bezpieczniejsze przyjmowanie założenia, że jeśli nawet samo w sobie nie-nieomylne nauczanie Kościoła nie jest powtarzane przez jakiś czas, ale jednocześnie aktualne Magisterium nie przeszło do głoszenia jakiejś przeciwnej temu wcześniejszemu nauczaniu tezy, to należy zakładać, że takie wcześniejsze nauczanie nadal jest obowiązujące. Oczywiście, zastrzegam, iż powyższe rozważania dotyczą możliwości zaprzeczenia tylko tzw. autentycznemu zwyczajnemu Magisterium, które samo w sobie nie jest nieomylne. Nie tyczą się jednak one ani uroczystego ani tzw. powszechnego (a nie tylko autentycznego) i zwyczajnego nauczania Kościoła, któremu to nauczaniu nie ma prawa zaprzeczać żaden papież ani sobór. Te dwa rodzaje nauczania katolickiego cieszą się bowiem wolnością od błędu i omyłki, a następni papieże lub sobory mogą je tylko precyzować i rozwijać, jeśli chodzi o rozumienie różnych szczegółów w nim zawartych. Przykładowo, żaden papież nie mógłby w prawowity sposób zobowiązać katolików w sumieniu do przyjęcia twierdzenia, iż picie alkoholu nawet czynione w bardzo ostrożny i umiarkowany sposób jest zawsze moralnie niedopuszczalne, gdyż przeczyłoby to powszechnemu i zwyczajnemu nauczaniu Kościoła na ten temat. Wyobrażam sobie jednak sytuację polegającą jednak na tym, że któryś z następnych papieży stwierdziłby, iż, dajmy na to, konkretnie wódka jako napój alkoholowy jest zbyt mocno upajająca i w związku z tym jej spożywanie jest zawsze moralnie niedozwolone. Nie odebrałbym też jako przeczenia tradycyjnemu nauczaniu na temat dopuszczalności umiarkowanego picia alkoholu, gdyby ten lub inny Biskup Rzymu w odniesieniu do konkretnego narodu, w którym bardzo silne byłyby tradycje pijaństwa i nadużywania trunków wzywał całą tamtejszą społeczność do całkowitego wyrzeczenia się spożywania napojów alkoholowych.

    Po drugie: jeśli przyjmiemy założenie, że milczenie tego czy innego aktualnego dokumentu kościelnego na dany temat oznacza, iż wcześniejsze nauczanie już nie obowiązuje, to możemy dojść czasami do bardzo dziwnych wniosków. Przykładowo, Katechizm Kościoła Katolickiego z 1992 roku słusznie potępiając grzech obmowy (tamże, n. 2477 i 2479) nie powtarza przy tym tradycyjnego nauczania moralistów katolickich o tym, jak powinien się zachować człowiek, który słyszy obmowę (czyli, że winien wówczas albo polecić obmówcy zamilknięcie, albo też wyrazić swe niezadowolenie z tego tytułu w inny sposób). Czy to jednak oznacza, że to nauczanie katolickie nie jest już obowiązujące?

    Owszem, różne dokumenty kościelne mogą w miarę dokładny sposób przedstawiać wykładnię Magisterium na wiele tematów, ale to nie znaczy, że czynią to one w sposób absolutny. Innymi słowy, nie można oczekiwać od dokumentów Magisterium – choćby i miały one kilkaset stron – iż przedstawią dokładnie całą naukę Kościoła na absolutnie każdy temat. To jest zupełnie nierealistyczne i niepraktyczne podejście do tematu.

    Po trzecie: tak naprawdę nie jestem pewien, czy w „soborowym” i „posoborowym” Magisterium Kościoła w żadnym miejscu nie powtarza się nauczania Piusa XI na temat potrzeby prawnej karalności niewierności małżeńskiej. O ile bowiem np. Katechizm Kościoła Katolickiego z 1992 roku odnosząc się do obowiązków władz cywilnych w sferze moralności seksualnej, wspomina jedynie o tym, że takowe winny zabraniać produkcji i rozpowszechniania pornografii (patrz: n. 2354), o tyle już ogłoszone przez Benedykta XVI w 2005 roku Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego wydaje się tę kwestię traktować szerzej w punkcie numer 494, nauczając co następuje:

    Władze cywilne, ponieważ są zobowiązane szanować godność osoby ludzkiej, powinny stwarzać środowisko przyjazne dla czystości, zakazując także stosownymi prawami, rozprzestrzeniania się wyżej wspomnianych ciężkich wykroczeń przeciwko czystości, aby chronić przede wszystkim małoletnich i bardziej słabych” (podkreślenie moje – MS).

    Ów zapis jest zaś nawiązaniem do punktu 492, gdzie do ciężkich wykroczeń przeciwko cnocie czystości zostało zaliczone między innymi cudzołóstwo, czyli niewierność małżeńska.

    Oczywiście, nie chcę przez powyższe powiedzieć, że w takim razie papież Benedykt XVI w sposób jasny i jednoznaczny powtórzył w ten sposób nauczanie Piusa XI. Ciągle bowiem można zastanawiać się, co przez „rozprzestrzenianie ciężkich wykroczeń przeciw czystości” należy tu rozumieć? Czy wystarczy już tu tylko w prywatnym zaciszu namawiać kogoś do cudzołóstwa (wszak i w ten sposób ów występek się rozprzestrzenia)? Czy może chodzi o działania o bardziej zorganizowanym charakterze (np. działalność portali randkowych ułatwiających niewierność małżeńską lub też upowszechnianie pism, filmów i innego rodzaju wydawnictw usprawiedliwiających cudzołożenie)? Tak czy inaczej, stwierdzenie Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego na ten temat jest jednak w pewien sposób bliższe nauczaniu Piusa XI, osłabiając tezę, jakoby aktualne Magisterium Kościoła już w żaden, ale to żaden sposób nie wypowiadało się w tej kwestii.

    Podsumowanie

    Biorąc więc pod uwagę wszystkie powyższe rozważania, uważam za bardzo wątpliwą tezę, jakoby domniemany brak powtórzenia przez aktualne Magisterium Kościoła nauczania papieża Piusa XI o tym, że niewierność małżeńska powinna być prawnie karalna, oznaczał, że w takim razie owa doktryna przestała być częścią obowiązującego katolików w sumieniu nauczania. A już jako skrajnie niesprawiedliwe oceniam sugestie, jakoby podtrzymywanie słuszności tego postulatu było wyrazem polemiki czy nieposłuszeństwa wobec „soborowego” i „posoborowego” nauczania Kościoła.

    Mirosław Salwowski

  3. Pius XI: Kościół abstynencji nie narzuca, ale ją pochwala

    Leave a Comment

    Katolik w trunkach nie widzi trucizny lecz jeden z darów bożych. Winna latorośl została nawet przez Stwórcę upatrzona na przedziwną osłonę tajemnicy Eucharystii. Lecz nadmierne użycie trunków wyskokowych jest trucizną, trucizną dla dobrobytu, trucizną małżeńskiego szczęścia i pokoju domowego, a także aż nazbyt gwałtowną i częstą trucizną dla rozwoju przyszłych pokoleń.

    Ostrożne i umiarkowane używanie napojów alkoholowych nie jest grzechem. Ale nadużycie alkoholu jest grzechem, a tam, gdzie staje się powodem smutnych następstw, grzechem ciężkim, a nawet wołającym o pomstę do nieba. Umiarkowanie i abstynencja są w pierwszej linii naturalnymi środkami panowania nad sobą i dlatego jak wszystkie inne siły czysto naturalne nie są zdolne do wyrobienia moralnie mocnych charakterów.

    Lecz tam, gdzie wzrastają one na gruncie silnej woli, na którą pada nadprzyrodzona rosa łask, są one bardzo cennymi i nieodzownymi środkami do wytworzenia równowagi między ciałem i duszą, materią a duchem, której Bóg się domaga.

    Kościół katolicki nie może się zgodzić na przymus całkowitej prohibicji. Obowiązek całkowitej abstynencji zachodzi tylko wtedy, gdy inaczej nie można opanować namiętności. Lecz dobrowolna abstynencja w celu zadośćuczynienia za grzechy nadużycia alkoholu, dawania bliźnim dobrego przykładu i powstrzymywania ich od nadmiernego spożycia trunków wyskokowych jest apostolstwem, które Kościół św. popiera i uznaje, pochwala i błogosławi.

     Pius XI, 26 VII 1929 rok
  4. Czy żony powinny być posłuszne mężom?

    Leave a Comment

    Boża zasada mówiąca o tym, iż to mąż jest głową rodziny, a w związku z tym żona powinna mu okazywać posłuszeństwo, jest współcześnie także w środowiskach katolickich, bardzo często negowana, lekceważona, albo przynajmniej mocno relatywizowana. Przyjrzyjmy się zatem niektórym z aspektów tej zasady oraz sposobom, za pomocą których jest ona podważana.

    Jednym z najczęściej używanych argumentów przeciwko posłuszeństwu żony wobec męża jest twierdzenie, jakoby owo biblijne nauczanie było produktem patriarchalnej i ukierunkowanej na mężczyzn kultury, w ramach której spisywane i tworzone było Pismo święte. Jest to jednak typowe, aż do nudności, relatywizowanie nauczania Biblii, za pomocą którego można unieważnić dosłownie każde z zapisanych w niej przykazań, prawd i pouczeń. Choć owszem nie można zaprzeczyć temu, iż w treści Pisma święte znajdują się pewne odwołania do kultury i pojęć czasów, w których było ono spisywane, to tym nie mniej zapisane w tej Księdze rzeczy nie są po prostu zapisem historii obyczajów tamtych czasów, ale stanowią Boże Słowo dane ku pouczenia wszystkim ludziom wszystkich czasów. Biblijna zasada posłuszeństwa żony wobec męża jest tak samo Bożym pouczeniem, jak znajdujące się tam zakazy zabijania niewinnych, cudzołożenia, oszukiwania, etc. Jak mówi Pismo święte samo o sobie:

    Wszelkie Pismo od Boga natchnione [jest] i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości – aby człowiek Boży był doskonały, przysposobiony do każdego dobrego czynu” (2 Tm 3, 16);

    Słowo Pańskie – to słowo szczere, wypróbowane srebro, bez domieszki ziemi siedmiokroć czyszczone” (Ps 12, 7);

    Niebo i ziemia przeminą, a moje słowa nie przeminą” (Łk 21, 33).

    Innym ze sposobów podważania omawianej zasady jest próba faktycznego jej unieważnienia za pomocą stronniczej interpretacji jednego zdania z listu do Efezjan, w którym to św. Paweł Apostoł opisując relacje pomiędzy mężem a żoną stwierdza: „Bądźcie sobie wzajemnie poddani w bojaźni Chrystusowej!” (tamże: 5, 21). Wielu próbuje dowodzić za pomocą tego fragmentu, iż rzekomo w ten sposób Pismo św. unieważnia regułę posłuszeństwa żony mężowi, gdyż z owego wersetu ma wynikać, że mąż ma być też posłuszny żonie. Skoro więc oboje małżonkowie mają być sobie poddani to ma oznaczać, że nie ma żadnego „pierwszeństwa w posłuszeństwie”, które należało by się mężowi od żony. Ta interpretacja jest jednak słaba, choćby z tego powodu, iż istnieje wiele tekstów biblijnych, w których wzywa się żony do posłuszeństwa mężom oraz pochwala się tę cnotę (np. Tt 2, 5; 1 P 3, 1-2; 1 P 3, 5-6). Co więcej, w Piśmie św. to mąż, a nie żona jest nazywany głową kobiety (1 Kor 11, 3), a to przynajmniej sugeruje zasadę, iż to mąż ma być swego rodzaju „kierownikiem” rodziny podejmując najważniejsze i kluczowe dla niej decyzje. Gdyby rodzina miała dwie głowy, to można by rozumieć słowa o „wzajemnym poddaniu się” w sensie braku „pierwszeństwa w posłuszeństwie”. Ale skoro rodzina ma tylko jedną głowę, a nie dwie i tą głową jest mąż, a nie żona, to płynie z tego dość prosty wniosek, iż „pierwszeństwo w posłuszeństwie” przysługuje właśnie mu. Co więc może oznaczać „wzajemne poddanie się w bojaźni Chrystusowej” małżonków? Cóż, nie jest to zbyt trudne do wyjaśnienia. Otóż, w życiu małżeństwa i rodziny nieraz może dochodzić do sytuacji, gdy miłość nakazuje mężowi, by był uległy słusznym oczekiwaniom swej żony. Na przykład żona może być w danym czasie chora, a mąż ma wówczas ochotę na seks. W takiej sytuacji mąż powinien być poddanym żonie i nie domagać się od niej cielesnego obcowania. Inny przykład, żona może być bardzo zmęczona i prosić męża, by umył naczynia. I w tym wypadku, mąż powinien spełnić życzenie swej żony. Ale te i inne przypadki, w których dobrze jest, gdy mąż okazuje swej żonie pewną uległość, nie zmieniają generalnej zasady, iż to on, a nie żona jest głową rodziny i to niego do należy ostatnie słowo w kluczowych sprawach tyczących się domu.

    Oczywiście, zasada posłuszeństwa żony mężowi nie usprawiedliwia spełniania przez żonę wszelkich choćby i ewidentnie niemoralnych zachcianek męża – mąż np. nie ma prawa nakazać żonie okłamywać swych bliźnich, a gdyby coś takiego polecił jej czynić, to ona „powinna słuchać raczej Boga niż ludzi” (Dz 5, 29). Mąż nie powinien też traktować swej żony w sposób, który potocznie przypisywany jest sposobowi odnoszenia się panów do niewolników czy sług. Nie należy więc ze swej mężowskiej władzy czynić swego rodzaju tyranii, odnosząc się do żony w sposób wyniosły, opryskliwy, pogardliwy czy okrutny. Warto w tym kontekście zacytować nauczanie papieża Piusa XI wyrażone w encyklice „Casti connubii”

    W społeczności domowej, wzmocnionej węzłem miłości, winien koniecznie zakwitnąć czynnik, nazywany przez św. Augustyna porządkiem miłości. Porządek ten obejmując tak pierwszeństwo męża przed żoną i dziećmi, jak i skora, wolna od niechęci uległość i podporządkowanie się żony. To poleca Apostoł w tych słowach: „Żony niechaj będą poddane swym mężom, jako Panu. Albowiem mąż jest głową żony, jako Chrystus jest głową Kościoła” (Efez., V, 22-23). To zaś podporządkowanie się, bynajmniej nie zaprzecza i nie znosi tej wolności, która niewieście słusznie przysługuje na podstawie godności ludzkiej i ze względu na zaszczytne obowiązki małżonki, matki i towarzyszki. Nie zobowiązuje ją też ono do posłuszeństwa dla jakichkolwiek zachcianek męża, mniej zgodnych z rozsądkiem i jej kobiecą godnością, nie stawia jej też na równi z osobami, które prawo uważa za małoletnie i którym dla braku dojrzałego sądu i życiowego doświadczenia odmawia się wolnego wykonywania praw osobistych, lecz zakazuje wolności przesadnej, zaniedbującej dobro rodziny; nie dopuszcza się również do tego, aby w ciele rodziny było oderwane serce od głowy, z ogromną szkodą dla całości ciała i z niebezpieczeństwem bliskiej jego zagłady. Gdy bowiem mąż jest głową rodziny, żona jest jej sercem, i jak mąż posiada pierwszeństwo rządów, tak żona może i powinna zagarnąć dla siebie pierwszeństwo miłości, jako jej się należące.

    Stopień i sposób podporządkowania się żony wobec męża może być różny, zależnie od okoliczności w stosunku do osób, miejsc i czasu. Jeżeli mąż swoje obowiązki zaniedbuje, wtedy jest to nawet powinnością żony zastąpić go w rządzie rodziny. Jednakże nigdy i nigdzie nie wolno obalać lub naruszać zasadniczej budowy rodziny i jej podstawowego prawa, postanowionego i zatwierdzonego przez Boga. O stosunku i porządku, jaki zachodzić powinien między mężem a żoną, naucza z przedziwną mądrością ś.p. Nasz Poprzednik Leon XIII we wspomnianej już swej Encyklice o małżeństwie chrześcijańskim: „Mąż jest przełożonym rodziny i głową niewiasty. Żona, ponieważ jest ciałem z ciała i kością z jego gośći, ma być mężowi posłuszną, jednak nie na sposób służącej, lecz towarzyszki, tak mianowicie, aby jej posłuszeństwo nie przyniosło ujmy ani uczciwości ani jej godności. I w tym, który przewodzi, i w tej, która słucha, ponieważ oboje mają przedstawiać obraz – on Chrystusa, ona Kościoła – niech przewodniczką wzajemnych obowiązków będzie zawsze Boża miłość” (Encyklika „Arcanum”, 10 luty 1880).

     

    Czy jednak zasada uległości żony wobec męża nie deprecjonuje kobiety czyniąc z niej istotą nierówną mężczyźnie. Co można odpowiedzieć na ten argument?

    Otóż, zacznijmy od tego, że już sam przykład Świętej Rodziny (to znaczy ziemskiego bytowania św. Józefa, błogosławionej Marii Panny i Pana Jezusa) przeczy założeniu, jakoby okazywanie komuś posłuszeństwa czyniło z osoby posłusznej i uznającej czyjeś zwierzchnictwo osobą gorszą. W ramach Świętej Rodziny to bowiem Pan Jezus odznaczał się największą, bo wszak boską godnością i naturą, a jednak był On posłuszny oraz poddany swym ziemskim rodzicom (Łk 2, 51). Po Jezusie zaś najwyższą godnością obdarzona została Jego Matka, a jednak to nie Ona, ale św. Józef został ustanowiony głową i kierownikiem Świętej Rodziny. To do niego, a nie Najświętszej Marii Panny Bóg za pośrednictwem Anioła zwracał się z konkretnymi wskazówkami, co ów miał czynić z Maryją i Dzieciątkiem (Mt 2, 13 – 20). To też św. Józef, a nie Najświętsza Panna nadaje – zgodnie z żydowskim zwyczajem – imię Dziecięciu. W modlitwach zaś Kościoła św. Józefa nazywa się „Głową Najświętszej Rodziny” oraz tym, którego „Bóg ustanowił Panem nad swoim domem”.

    Czy można jednak powiedzieć, iż kobiety nie są równe mężczyznom? Otóż tak, ale to samo można rzecz w odwrotnym kierunku, to znaczy: mężczyźni także nie są równi niewiastom. Ba, można takie rozważania ciągnąć dalej i wskazywać na różne nierówności występujące w zależności od innych czynników: wieku, środowiska, w którym się urodziliśmy oraz wychowaliśmy, itd. Po prostu, ogólnie rzecz biorąc ludzie są przez Boga obdarowani w nierównym stopniu różnymi zdolnościami i tendencjami. Jedne osoby są lepsze w tym, a gorsze w tamtym i tak też jest pomiędzy mężczyznami a niewiastami. Na przykład, mężczyźni zwykle są bardziej predysponowani do wykonywania bardzo ciężkiej pracy fizycznej, sprawowania funkcji kierowniczych, uprawiania sportu, kobiety zaś lepiej nadają się do – zwłaszcza bardziej bezpośredniej – opieki nad dziećmi, pielęgnowania chorych oraz innych prac i zajęć wymagających większej delikatności, okazywania emocjonalnej czułości, etc. I z tych też naturalnych różnic i nierówności pomiędzy płciami wynika to, że mężczyźni w większym stopniu niż kobiety nadają się na budowlańców, żołnierzy, kierowników firm oraz na głowy rodzin, a już w mniejszym na pielęgniarzy, „przedszkolanki”, itp.

    Powyższe jednak nie przeczy równości kobiet i mężczyzn w znaczeniu fundamentalnym. Wskazane wyżej nierówności nie tyczą się bowiem samej istoty ludzkiej godności oraz fundamentalnych praw i obowiązków z niej wynikających. Te nierówności obejmują kwestie poboczne, można by powiedzieć drugorzędne. Oczywiście zaś, kobiety są równe mężczyznom w tym sensie, iż zostały stworzone przez Boga, tak jak mężczyźni zostały one odkupione przez Chrystusową mękę, oraz są wezwane do prowadzenia świętego życia i osiągnięcia zbawienia wiecznego. A to, że nie mają one takich samych zdolności co mężczyźni do podnoszenia ciężarów czy kierowania losami swej rodziny, nie czyni z nich istot gorszych, gdyż nie na takich zdolnościach zasadza się ludzka godność. Na czym polega autentyczna równość pomiędzy ludźmi pięknie nauczał papież Leon XIII w encyklice „Quod apostolici muneris”:

    według dokumentów Ewangelii równość ludzi polega na tym, że posiadają wszyscy tę samą naturę, są powołani do najwznioślejszej godności synów Bożych i mając wszyscy wyznaczony ten sam cel, będą pojedynczo sądzeni według tego samego prawa, otrzymując według zasług karę lub nagrodę. Nierówność zaś prawa i władzy pochodzi od samego Twórcy natury” .

     

    Nota od redakcji: Powyższy artykuł został wcześniej opublikowany na portalu Fronda.pl: https://www.fronda.pl/a/z-ambony-strzeleckiej-salwowskiego-czy-zony-powinny-byc-posluszne-mezom,123333.html

  5. Kim są prawdziwi Żydzi?

    Leave a Comment

    Powszechnie i potocznie rzecz biorąc mianem „Żydów” określa się tych z ludzi, którzy: 1. Mają żydowskie pochodzenie w sensie etnicznym (to znaczy ich bliscy przodkowie byli Żydami); 2. Wyznają i praktykują współczesną religię judaizmu. Czy jednak takie rozumienie owego terminu jest aby na pewno w pełni uzasadnione? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że tak, gdyż jeśli spojrzeć na historyczne, czyli starotestamentowe rozumienie narodu żydowskiego to można powiedzieć, iż mniej więcej odpowiada ono powyżej zarysowanym dwóm cechom żydowskości. W Starym Testamencie jako Żydów określało się wszak potomków Abrahama, którzy wierzyli w obietnicę przyjścia Mesjasza oraz praktykowali prawa i przykazania objawione przez Boga Mojżeszowi. Jeden z najbardziej charakterystycznych obrzędów Prawa Mojżeszowego, przez które dany człowiek utożsamiał się z byciem Żydem stanowiło obrzezanie, czyli w przypadku mężczyzn usunięcie za pomocą ostrego narzędzia części napletka. W czasach Starego Zakonu Żydem można było zostać nie tylko przez fakt urodzenia się w rodzinie żydowskiej, ale także poprzez dobrowolną deklarację, iż wierzy się w obietnice, jakie Bóg dał starotestamentowym prorokom oraz pragnie się w swym życiu stosować przepisy i przykazania Prawa Mojżeszowego. W czym więc problem? Otóż, gdyby Chrystus jeszcze nie przyszedł na tę ziemię, to można by współczesnych wyznawców judaizmu spokojnie nazywać „Żydami”. Jednak wraz z wcieleniem Pana Jezusa, Jego męką, śmiercią i zmartwychwstaniem nastąpiło pewnego rodzaju pogłębienie rozumienia żydowskości. Od dokonania się tych tajemnic i prawd Nowego Testamentu prawdziwymi Żydami nie są już ci, którzy oczekują na przyjście Mesjasza, ale są nimi ci, którzy zgodnie z zapowiedziami dawnych proroków uznali, że Mesjasz już w osobie Pana Jezusa przyszedł. Od tego też czasu Żydami nie są ci, którzy zostali obrzezani w sposób cielesny, ale są nimi ci, którzy dali się obrzezać na sposób duchowy, a więc uwierzyli w Chrystusa i przyjęli chrzest. Mówiąc zaś w skrócie prawdziwymi Żydami są chrześcijanie, nowym Izraelem jest Kościół, a wyznawcy współczesnego judaizmu są tymi, których niesłusznie nazywa się „Żydami”.

     

    Wszystko powyższe nie jest jakimiś moim wymysłem czy daleko posuniętą osobistą koncepcją teologiczną. Mówi o tym  jasno tak Pismo święte, jak i nauczanie Kościoła.

    I tak np. w Apokalipsie św. Jana Apostoła jest mowa o prześladowaniu lokalnych kościołów przez tych „którzy zwą się Żydami, lecz nimi nie są”:

    Znam twój ucisk i ubóstwo – ale ty jesteś bogaty – i [znam] obelgę wyrządzoną przez tych, co samych siebie zowią Żydami, a nie są nimi, lecz synagogą szatanaAp 2, 9.

    Oto Ja ci daję [ludzi] z synagogi szatana, spośród tych, którzy mówią o sobie, że są Żydami – a nie są nimi, lecz kłamią.  Oto sprawię, iż przyjdą i padną na twarz przed twymi stopami, 
    a poznają, że Ja cię umiłowałem
    – Ap 3, 9.

    To, że w powyższych słowach chodziło o tych Żydów, którzy nie przyjęli wiary w Pana Jezusa jest jasne z następujących powodów: 1. W czasach, kiedy pisana była Apokalipsa wyznawcy judaizmu prześladowali chrześcijan i sami siebie zwali „Żydami”; 2. Co prawda w czasach spisywania Apokalipsy św. Jana Kościół był też nękany przez władze Imperium Rzymskiego, ale Rzymianie nie rościli sobie pretensji do nazywania siebie „Żydami” (przeciwnie odnosili się oni do Żydów dość niechętnie, a czasami nawet pogardliwie i wrogo); 3. Istnieje tylko jedna religia, której wyznawcy określają swe obiekty sakralne mianem synagog, a jest nią właśnie judaizm.

    Taka też była interpretacja starożytnych chrześcijan. W jednym z wczesnych chrześcijańskich dokumentów czytamy:

    Tak samo ci, którzy fałszywie nazywają siebie Żydami, po sześciu dniach przerywają pracę i siódmego dnia zbierają się w swych synagogach, a nigdy nie opuszczają ani nawet nie lekceważą swego odpoczynku i zgromadzenia; z powodu braku wiary pozbawieni zostali jednak mocy Słowa oraz imienia Judy, którym się sami określają. Juda znaczy „wyznanie”, oni zaś nie są wyznawcami Boga, skoro bezprawnie umęczyli Chrystusa, choć uznając to mogliby zostać zbawieni – Konstytucje Apostolskie II, 60: 3.

     

    O tym zaś, że chrześcijanie są prawdziwymi Żydami i nowym Izraelem Pismo święte wspomina w kilku miejscach. Tak więc np. św. Piotr Apostoł pisze do wyznawców Jezusa następujące słowa:

    Wy zaś jesteście wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem [Bogu] na własność przeznaczonym, abyście ogłaszali dzieła potęgi Tego, który was wezwał z ciemności do przedziwnego swojego światła, 10 wy, którzyście byli nie-ludem, teraz zaś jesteście ludem Bożym, którzyście nie dostąpili miłosierdzia, teraz zaś jako ci, którzy miłosierdzia doznali – 1 P 2, 9-10.

    Św Paweł Apostoł zaś w swych listach pisał o tych, którzy uwierzyli w Chrystusa, iż to właśnie ci są ludem prawdziwie obrzezanym i autentycznym potomstwem Abrahama:

    Strzeżcie się psów, strzeżcie się złych pracowników, strzeżcie się okaleczeńcówMy bowiem jesteśmy prawdziwie ludem obrzezanym– my, którzy sprawujemy kult w Duchu Bożym i chlubimy się w Chrystusie Jezusie, a nie pokładamy ufności w ciele – Flp 3, 2-3.

    Zrozumiejcie zatem, że ci, którzy polegają na wierze, ci są synami Abrahama. I stąd Pismo widząc, że w przyszłości Bóg na podstawie wiary będzie dawał poganom usprawiedliwienie, już Abrahamowi oznajmiło tę radosną nowinę: W tobie będą błogosławione wszystkie narody. I dlatego tylko ci, którzy polegają na wierze, mają uczestnictwo w błogosławieństwie wraz z Abrahamem, który dał posłuch wierze – Ga 3:7-9.

    Nie ma już żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie. Jeżeli zaś należycie do Chrystusa, to jesteście też potomstwem Abrahama i zgodnie z obietnicą – dziedzicami – Ga 3:28 – 29.

     

    Co ciekawe, wiarę w to, iż to Kościół jest nowym Izraelem i nowym Ludem Bożym podziela też nauczanie Soboru Watykańskiego II, którego wszak Ojców trudno byłoby podejrzewać o antysemityzm albo też zbytni antyjudaizm. Nawet w deklaracji „Nostra Aetate”, której istotna część poświęcona jest odparciu pewnych przesadnych i niesprawiedliwych zarzutów, jakie w ciągu wieków narosły wśród chrześcijan względem wyznawców judaizmu, czytamy:

    Chociaż Kościół jest nowym Ludem Bożym, nie należy przedstawiać Żydów jako odrzuconych ani jako przeklętych przez Boga, rzekomo na podstawie Pisma świętego (tamże, n. 4).

    Z kolei konstytucja dogmatyczna „Lumen Gentium” tegoż soboru uczy:

    W każdym wprawdzie czasie i w każdym narodzie miły jest Bogu, ktokolwiek się Go lęka i postępuje sprawiedliwie (por. Dz 10,35), podobało się jednak Bogu uświęcić i zbawiać ludzi nie pojedynczo, z wykluczeniem wszelkiej wzajemnej między nimi więzi, lecz uczynić z nich lud, który by Go poznawał w prawdzie i zbożnie Mu służył. Przeto wybrał sobie Bóg na lud naród izraelski, z którym zawarł przymierze i który stopniowo pouczał, siebie i zamiary woli swojej objawiając w jego dziejach i uświęcając go dla siebie. Wszystko to jednak wydarzyło się jako przygotowanie i jako typ owego przymierza nowego i doskonałego, które miało być zawarte w Chrystusie, oraz pełniejszego objawienia, jakie dać miało samo Boże Słowo, stawszy się ciałem. „Oto dni nadchodzą, mówi Pan, i zawrę z domem izraelskim przymierze nowe… Położę zakon mój we wnętrznościach ich i na sercu ich napiszę go, i będę im Bogiem, a oni będą mi ludem… Bo wszyscy poznają mnie, od najmniejszego do największego, mówi Pan” (Jr 31,31-34). Chrystus ustanowił to nowe przymierze, a mianowicie nowy testament we krwi swojej (por. 1 Kor 11,25), powołując spośród Żydów i pogan lud, który nie wedle ciała, lecz dzięki Duchowi zróść się miał w jedno i być nowym Ludem Bożym. Albowiem wierzący w Chrystusa, odrodzeni nie z nasienia skazitelnego, lecz z nieskazitelnego przez słowo Boga żywego (por. 1 P 1,23), nie z ciała, lecz z wody i Ducha Świętego (por. J 3,5-6), ustanawiani są w końcu „rodzajem wybranym, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem nabytym…, co niegdyś nie był ludem, teraz zaś jest ludem Bożym” (1 P 2,9-10). (…)

    A jak Izrael wedle ciała, wędrujący przez pustynię nazwany już jest Kościołem Bożym (2 Ezd 13,1, por. Lb 20,4, Pwt 23,1 nn), tak nowy Izrael, który żyjąc w doczesności szuka przyszłego i trwałego miasta (por. Hbr 13,14), również nazywa się Kościołem Chrystusowym (por. Mt 16,18), jako że Chrystus nabył go za cenę krwi swojej (por. Dz 20,28), Duchem swoim go napełnił i w stosowne środki widzialnego i społecznego zjednoczenia wyposażył. Bóg powołał zgromadzenie tych, co z wiarą spoglądają na Jezusa, sprawcę zbawienia i źródło pokoju oraz jedności, i ustanowił Kościołem, aby ten Kościół był dla wszystkich razem i dla każdego z osobna widzialnym sakramentem owej zbawczej jedności. Mając rozprzestrzenić się na wszystkie kraje, Kościół wchodzi w dzieje ludzkie, wkraczając równocześnie poza czasy i granice ludów. Idąc zaś naprzód poprzez doświadczenia i uciski krzepi się Kościół mocą obiecanej mu przez Pana łaski Bożej, aby w słabości cielesnej nie odstąpił od doskonałej wierności, lecz pozostał godną oblubienicą swego Pana i pod działaniem Ducha Świętego nieustannie odnawiał samego siebie, póki przez krzyż nie dotrze do światłości, która nie zna zmierzchu (tamże: n. 9).

     

    A zatem podsumowując:

    1. Ci, których powszechnie nazywa się Żydami, tak naprawdę nie są autentycznymi Żydami.

    2. Prawdziwymi Żydami i nowym Izraelem są chrześcijanie.

    3. Ktoś kiedyś pogardliwie powiedział o protestantach, iż są „Żydami jedzącymi wieprzowinę”. To powiedzenie należy jednak w sposób aprobatywny odwrócić i powiedzieć: „Chrześcijanie są Żydami, którzy jedzą wieprzowinę, nie obrzezują się w sposób cielesny i święcą niedzielę zamiast soboty”, gdyż jak to słusznie stwierdził papież Pius XI: „chrześcijanie są duchowymi semitami”.

     

  6. Polscy biskupi nie propagują „kalwinistyczno-purytańskiej” herezji abstynencji.

    Leave a Comment

    W ostatnim czasie ukazał się list biskupa Tadeusza Bronakowskiego (pełniącego z ramienia polskiego Episkopatu funkcję przewodniczącego Zespołu ds. Apostolstwa Trzeźwości i Osób Uzależnionych), w którym ten zaapelował do Polaków o uczczenie 100 rocznicy odzyskania przez nasz kraj niepodległości stu dniami całkowitej abstynencji od napojów alkoholowych. Niektórzy z tradycjonalistycznych katolików szybko wykorzystali tę sytuację, by zarzucić polskim biskupom propagowanie „kalwinistycznej” i „purytańskiej” herezji abstynencji. Niestety nie są to w tych kręgach oskarżenia nowe, gdyż podobne głosy da się w nich słyszeć rokrocznie, gdy zbliża lub rozpoczyna się sierpień, a więc miesiąc, w którym polscy biskupi od wielu już lat tradycyjnie apelują o zachowanie abstynencji od alkoholu. Niestety, ale trzeba jasno powiedzieć, iż tego rodzaju oskarżenia i zarzuty świadczą tylko o co najmniej kompletnej ignorancji, a może i złej woli ich autorów.

     

    Przede wszystkim, należy sobie raz na zawsze powiedzieć, że „herezja abstynencji” nie ma charakteru „kalwinistycznego” i „purytańskiego”. Ani bowiem Jan Kalwin, ani jego uczniowie, ani purytanie nie twierdzili, iż picie alkoholu z umiarem i ostrożnością jest grzechem czy występkiem. Jan Kalwin pisał, iż:

    dozwolone jest używanie wina nie tylko w przypadku konieczności, ale także w ten sposób, abyśmy byli weseli” (Komentarz do Psalmu 104).

    Takie samo podejście do tej kwestii zajmowali purytanie. W zakładanych przez siebie na terenach dzisiejszych USA koloniach oczywiście w ten czy inny sposób zwalczali pijaństwo (co było dobre), ale nie zakazywali picia alkoholu jako takiego. Wręcz przeciwnie, w amerykańskich koloniach XVII i XVIII wieku, napoje alkoholowe spożywano jawnie, często i przy różnych okazjach. Dość powiedzieć, że na przewożącym do Ameryki Północnej  pierwszych purytańskich kolonistów statku „Mayflower” było więcej piwa niż wody, a  produkcja rumu stała się najwcześniejszą i najlepiej prosperującą gałęzią gospodarki kolonialnej Nowej Anglii. Znawca amerykańskiej historii i kultury, Zbigniew Lewicki tak opisuje podejście do alkoholu mieszkańców XVII i XVIII wiecznych kolonii:

    Alkohol pito nawet do śniadania, co walnie przyczyniło się do rozpowszechnienia przekonania, iż Amerykanie to „naród pijaków”. Jak jednak pisze Mark H. Zanger, „trudno mówić o alkoholizmie w społeczeństwie, w którym każdy pije do każdego posiłku” (…). Konsumpcja alkoholu gwałtownie wzrastała przy wszelkich specjalnych okazjach: ślubach, pogrzebach, zakończeniu budowy kościoła czy wyświęcaniu duchownych. Gospodarz, który nie podałby w takich okolicznościach alkoholu, byłby długo i negatywnie wspominany. Towarzyską wartość kolonisty mierzono liczbą toastów, jakie był w stanie wznieść i spełnić, gdyż w dobrym tonie było ceremionialne spożywanie alkoholu, co jednak nie powodowało zmniejszenia rozmiarów ani tempa konsumpcji. (…) na głowę przeciętnego białego kolonisty powyżej piętnastego roku życia przypadało wówczas dwa litry czystego alkoholu miesięcznie, czyli mniej więcej dwa razy więcej niż obecnie w Ameryce (Zbigniew Lewicki, „Historia cywilizacji amerykańskiej. Era tworzenia 1607 – 1789”, Warszawa 2009, s. 267).

    Jest zatem szczytem ignorancji przypisywanie czy to Kalwinowi czy purytanom „herezji abstynencji”. Oczywiście, wyznawali oni różne wstrętne herezje, ale rzekome twierdzenie o tym, by picie alkoholu było samo w sobie etycznie złe, do nich nie należało. Nie istnieje zatem coś takiego jak „kalwinistyczna i purytańska herezja abstynencji”. Każdy, kto coś takiego utrzymuje, jest co najmniej ignorantem, a jeśli powtarza takie twierdzenie po tym jak został poinformowany o fałszywości takowej myślowej zbitki, to z ignoranta staje się kłamcą i oszczercą. Jest bowiem kłamstwem i oszczerstwem świadome przypisywanie rzeczy nie mających miejsca również heretykom (także tym, którzy już nie żyją).

     

    Nawet więc, gdyby polski Episkopat propagował jakieś błędy czy herezji w odniesieniu do kwestii spożywania alkoholu, to nie miałyby one charakteru „kalwinistycznego” i „purytańskiego”. Jednak w rzeczonym na początku tego artykułu liście i apelu biskupa Tadeusza Bronakowskiego nie ma stwierdzeń o tym, jakoby picie alkoholu było zawsze i wszędzie złe (a coś takiego owszem byłoby herezją). Są oczywiście nagany pijaństwa ale w tym nie ma przecież żadnej kontrowersji. Są zachęty do dobrowolnego wyrzeczenia się alkoholu na czas 100 dni dla uczczenia okrągłej rocznicy polskiej niepodległości, ale i w tym nie ma niczego złego. Nie są to bowiem nakazy dozgonnej i absolutnej abstynencji od alkoholu dla wszystkich ludzi w każdym czasie. Poza tym, to są tylko zachęty, a władze kościelne gdyby chciały miałyby nawet moc nałożyć na swych wiernych obowiązek czasowej abstynencji od alkoholu – tak jak czyni się to wciąż np. wobec mięsa (którego katolicy w niektórych krajach nie mogą spożywać w niemal wszystkie piątki całego roku) oraz jak to było niegdyś ustanawiane nawet w stosunku do małżeńskiego seksu (którego małżonkom nie wolno było czynić przez około 40 procent roku). W liście bp Bronakowskiego nie ma także zachęt do wprowadzenia prohibicji, ale jest tylko poparcie słusznych i rozsądnych postulatów w rodzaju całkowitego zakazu reklamy trunków, usunięcia takowych napojów ze sprzedaży na stacjach paliwowych czy też podniesienia wieku legalnego nabywania alkoholu do progu 20 lat.

    Na sam koniec warto przytoczyć mądre słowa Piusa XI w jego liście z dnia 26 lipca 1926 roku:

    Katolik w trunkach nie widzi trucizny lecz jeden z darów bożych. Winna latorośl została nawet przez Stwórcę upatrzona na przedziwną osłonę tajemnicy Eucharystii. Lecz nadmierne użycie trunków wyskokowych jest trucizną, trucizną dla dobrobytu, trucizną małżeńskiego szczęścia i pokoju domowego, a także aż nazbyt gwałtowną i częstą trucizną dla rozwoju przyszłych pokoleń. Ostrożne i umiarkowane używanie napojów alkoholowych nie jest grzechem. Ale nadużycie alkoholu jest grzechem, a tam, gdzie staje się powodem smutnych następstw, grzechem ciężkim, a nawet wołającym o pomstę do nieba. Umiarkowanie i abstynencja są w pierwszej linii naturalnymi środkami panowania nad sobą i dlatego jak wszystkie inne siły czysto naturalne nie są zdolne do wyrobienia moralnie mocnych charakterów. Lecz tam, gdzie wzrastają one na gruncie silnej woli, na którą pada nadprzyrodzona rosa łask, są one bardzo cennymi i nieodzownymi środkami do wytworzenia równowagi między ciałem i duszą, materią a duchem, której Bóg się domaga. Kościół katolicki nie może się zgodzić na przymus całkowitej prohibicji. Obowiązek całkowitej abstynencji zachodzi tylko wtedy, gdy inaczej nie można opanować namiętności. Lecz dobrowolna abstynencja w celu zadośćuczynienia za grzechy nadużycia alkoholu, dawania bliźnim dobrego przykładu i powstrzymywania ich od nadmiernego spożycia trunków wyskokowych jest apostolstwem, które Kościół św. popiera i uznaje, pochwala i błogosławi.

     

     

     

  7. Brawarystyczne „Zawsze Wierni”

    Leave a Comment

    Niegdyś byłem stałym czytelnikiem “Zawsze Wierni” – pisma wydawanego przez Bractwo św. Piusa X w Polsce. W domu posiadam pięćdziesiąt trzy numery owego magazynu z lat 1996 – 2009. Swego czasu postanowiłem przejrzeć swe prywatne archiwum “Zawsze Wierni” pod kątem promowanych tam zasad moralności chrześcijańskiej. Interesowała mnie zwłaszcza odpowiedź na pytanie, jak redaktorzy tego pisma odnoszą się do różnych kwestii obyczajowych, które także w środowiskach tradycjonalistycznych i konserwatywnych wzbudzają niemało kontrowersji?

    A więc, jaki winien być stosunek rzymskich katolików do etyki sytuacyjnej (czyli np. poglądu, wedle, którego można czynić mniejsze zło, po to, by osiągnąć większe dobro lub ustrzec się większego zła)? Czy zasady skromności w ubiorze i zachowaniu są niemal całkowicie zdeterminowane przez panującą w danym miejscu kulturę lub klimat i w związku z tym nie należy próbować ustalać zasad, które sztywno miałyby obowiązywać (np. poza bardzo ogólnymi wskazówkami, nie mówić, jaką długość winny być kobiece sukienki, etc.)? Czy mieszane płciowo plaże są dziś czymś całkowicie normalnym dla katolików? Czy katolicy mogą słuchać rocka, heavy-metalu i kapel w rodzaju AC/DC? Czy damsko-męskie tańce są rozrywką, której niebezpieczeństwo, w najgorszym wypadku jest nikłe, a więc są one czymś zupełnie normalnym?

    Jak zatem redakcja “Zawsze Wierni” odpowiada na wyżej postawione pytania? Poniżej przedstawiam odpowiedź w postaci wypisu różnych fragmentów z tekstów publikowanych na łamach tego pisma.

    “(…) człowiek powinien raczej wybierać śmierć niż obrazę Boga poprzez choćby jeden popełniony świadomie grzech. (…) Można tolerować mniejsze zło, ale nigdy nie można go pozytywnie czynić. Oto nauka Kościoła! (…) Nie można dokonać choćby i najmniejszego grzechu w celu zbawienia nawet całego świata” – Biskup Bernard Tissier de Mallerais, “Komunikat Bractwa św. Piusa X”, ZW, nr. 11/ 1996, s. 5.

    Ojciec Pio, siedząc w otwartym konfesjonale, przez okrągły rok dbał o to, aby kobiety i dziewczęta, które się u niego spowiadały, nie przystępowały do spowiedzi w zbyt krótkich spódnicach. Czasem nawet przyprawiał o łzy taką, która po paru godzinach oczekiwania w kolejce została odesłana z powodu nieprzyzwoitego ubioru (…) <Kobiety, których ubiór cechuje próżność, nigdy nie przyobleką życia Jezusa Chrystusa. Co więcej, tracą one piękno swej duszy, gdy to bożyszcze wkroczy do ich serca>” – O. Jean OFMCap, “Ojciec Pio przeciwnikiem reformy liturgii”, ZW, nr. 28/ 1999, s. 70.

    Dzisiaj bożkami nie są już Zeus czy Wenus. Prawdziwymi bogami dzisiejszych czasów stała się telewizja, piosenkarze, gwiazdy sportu, muzyka rockowa, film … Musimy być wobec nich tak stanowczy, jak pierwsi chrześcijanie wobec fałszywych bożków. <Nie może być zgody pomiędzy światłem a ciemnością>. Żadnej zgody. (…) pozbądźcie się telewizora. Wyrzućcie go na śmietnik. Tam jest jego miejsce. (…) – SS. Dominikanki, “Telewizja – wróg publiczny nr I”, ZW, nr 37/ 2001, dodatek “Rodzina Katolicka”, nr 6, s. XVII – XVIII.

    12 stycznia 1930 roku, papież Pius XI nakazał opublikowanie instrukcji na temat skromności strojów. W instrukcji tej przypomniał zalecenia zawarte w liście Kongregacji ds. Duchowieństwa z 1928 roku: <Przypominamy, że strój nie może być nazwany przyzwoitym, jeśli posiada dekolt większy niż na szerokość dwóch palców mierząc od szyi, jeśli nie zakrywa ramion co najmniej do łokci i nie sięga przynajmniej trochę poniżej kolan. Ponadto, niedopuszczalna jest odzież z materiałów przeźroczystych oraz rajstopy w kolorze cielistym, sugerującym, że nogi są nagie> (…) Wielu katolików wydaje się w ogóle nie zainteresowanych, a nawet wrogo ustosunkowanych do standardów skromności. Czy możemy pozwolić, by nasze przywiązanie do Tradycji przykrywało zakorzenione złe nawyki?” – “Maryjny wzorzec skromności”, cz. I, ZW, nr 41/ 2001, dodatek “Rodzina Katolicka”, nr 10, s. VIII – IX, XII.

    Pod tym względem nie możemy dość silnie wyrazić Naszego ubolewania nad zaślepieniem tak wielu niewiast różnego wieku i stanu, które, odurzone chęcią podobania się, nie zdają sobie zupełnie sprawy, że ich bezwstydne ubiory nie tylko budzą wstręt u każdego szlachetniejszego człowieka, ale ponadto obrażają Boga. Nie dość bowiem, że w takich strojach, przed którymi wiele z nich dawniej ze wstrętem by się odwracało, jako zbyt przeciwnych skromności chrześcijańskiej, pokazują się publicznie, lecz nie boją się tak ubrane wstępować w progi świątyń i brać udziału w nabożeństwach, a nawet przystępować do Uczty Eucharystycznej i w ten sposób rozsiewać ohydne podniety zmysłowe tam, gdzie przyjmuje się Boskiego Twórcę czystości. Pomijamy tutaj tańce, jedne gorsze od drugich, które niedawno przedostały się od ludów barbarzyńskich do zwyczajów narodów kulturalnych, a będące najskuteczniejszym środkiem do pozbycia się wszelkiej wstydliwości” – Benedykt XV, “Obowiązek tercjarzy dzisiejszej doby zapobiegania złu:, ZW, nr 41, 2001, dodatek “Rodzina Katolicka”, nr 10, s. XXII.

    ” – Skromność musi być zachowywana bez kompromisu. – Należy unikać używania tkanin o kolorach cielistych. – Naprawdę skromny ubiór ma rękawy sięgające przynajmniej do łokci i zakrywające ciało poniżej kolan. Niekiedy tolerowane mogą być rękawy sięgające połowy ramienia. – Prawdziwie skromny ubiór zakrywa w całości górną część ciała: ramiona, biust i plecy, poza wcięciem koło szyi nie przekraczającym dwóch cali (szerokość dwóch palców) poniżej dekoltu z przodu i takiego samego z tyłu. Prawdziwa skromność wymaga zakrycia ciała, nawet po zdjęciu żakietu, peleryny czy szala.(…)Trzeba też zwrócić uwagę na ubiory, które zakrywają ciało w stopniu wystarczającym, niemniej pozostają nieskromne ze względu na krój, który czyni je bardzo sugestywnymi. Obcisłe, przylegające do ciała stroje są absolutnie nie do przyjęcia. Równie niedopuszczalne są bluzki zbyt luźne przy dekolcie i odsłaniające ciało. Szanujące się kobiety unikają elastycznych T-shirtów i obcisłych sukienek, które wymagają wysokich rozcięć. T-shirty, nawet te o kolorach ciemnych, projektowane są na ciało męskie, uwypuklają więc nadmiernie kształty kobiety. Rozcinane spódnice, tak bardzo dziś modne, często sięgające poniżej kolan, a nawet do kostek, nie zakrywają dostatecznie ciała podczas chodzenia lub siedzenia. Sugestywne rozcięcia często sięgają powyżej kolan i czynią taki strój podwójnie nieprzyzwoitym. Kobieta skromna ubiera się zawsze w suknie stosownie zakrywające ciało i nie przyciągające zbytniej uwagi. (…) Teologia moralna uczy, że klatka piersiowa, plecy, ramiona i nogi są <mniej przyzwoitymi> częściami ciała, tzn. spojrzenie na te części ciała łatwiej pobudza zmysłowość niż na inne, np. twarz, stopy czy ręce. Tak więc mężczyźni nie mogą chodzić z odsłoniętym torsem, ramionami czy plecami odsłoniętymi. Zasada ta wyklucza noszenie przez nich koszulek bez rękawów i posiadających wycięcia obnażające brzuch czy klatkę piersiową. Stroje takie jak koszulki siatkowe, przez które widać ciało, naruszają zasady, o których pisaliśmy odnośnie tkanin przeźroczystych. (…)Wielu mężczyzn nosi w lecie szorty zamiast długich spodni, usprawiedliwiając to upałami. Katolicy powinni jednak pamiętać, że moralność nie zmienia się wraz z pogodą. Będziemy się jeszcze zastanawiać, kiedy noszenie szortów jest dopuszczalne, ale w zwykłych okolicznościach, w życiu społecznym, kiedy kontakty z kobietami są częste, stanowczo zaleca się noszenie zawsze długich spodni. Wyjątek czyni się jedynie dla małych chłopców do okresu dojrzewania. Jednak rodzice muszą dbać, żeby dzieci nie przyzwyczaiły się do traktowania wyjątku jako reguły.” – “Maryjny wzorzec skromności, cz. II, ZW, nr 42/ 2001, dodatek “Rodzina Katolicka”, nr 11, s. X, XI, XIII.

    Jeśli zależy wam na waszych rodzinach i waszych dzieciach, jeśli tego do tej pory nie zrobiliście – wyeliminujcie z waszego życia telewizję” – Ks. Peter Scott, “Jeśli zależy wam na waszych dzieciach…“, ZW, nr 42/2001, dodatek “Rodzina Katolicka”, nr 11, s. XX.

    Zgodnie ze słowami papieża, dziewczęta nie powinny uczestniczyć w pokazach sportowych. (…)Zawsze, gdy Kościół katolicki wypowiadał się na temat pływania czy kąpieli, jak zwykło się to nazywać, potępiał on niezmiennie wspólne kąpiele kobiet i mężczyzn. Oparte jest to na teologii moralnej, która uczy, że spoglądanie na nieskromne części ciała płci przeciwnej jest grzechem ciężkim, chyba, że wydarzy się niespodziewanie, jest przelotne lub trwa tylko chwilę. Wszystkie bez wyjątku stroje kąpielowe noszone dziś przez kobiety i mężczyzn są nieprzyzwoite. Nie tylko nie okrywają już one dostatecznie ciał pływaków, ale wręcz eksponują je bezwstydnie na każdej plaży i w basenie publicznym. Jest to już raczej publiczne eksponowanie nagości, która jedynie udaje skromność. Każdy katolik, który chce uniknąć upału, udając się na publiczną plażę, powinien oddalić się od tych, którzy praktykują ów pogański kult słońca. Nie może zaakceptować wszechobecnej mody na obnażanie się. Pływające grupy nie mogą nigdy składać się z osób obu płci. Jeśli tak jest, to stanowi to gwarantowane zagrożenie dla czystości. W każdym przypadku mężczyźni powinni nosić spodenki sięgające do połowy uda i T-shirt jakiegoś rodzaju. Panie powinny nosić kuloty i bluzkę z materiału, który nie staje się przeźroczysty po zamoknięciu. Reguły te stosują się oczywiście również do sportów wodnych. ” – “Maryjny wzorzec skromności”, cz. III, ZW, nr 43/ 2001, dodatek “Rodzina Katolicka” nr 12, s. XI – XII.

    Katoliccy rodzice pilnować muszą, by do ich domu nie miały przystępu mody czy zwyczaje obrażające moralność katolicką. (…) Telewizja niszczy życie rodzinne, wprowadza do świątyni katolickiego domu nieczystość, kult pieniądza i bezsensowną przemoc.” – “Pięć rad dla katolickich rodzin”, ZW, nr 45/ 2002, dodatek “Rodzina Katolicka”, nr 13, s. XIII.

    “(…) nie waham się twierdzić, że dziś telewizja stała się jednym z największych niebezpieczeństw tak dla jednostek, jak i dla całego społeczeństwa, szczególnie zaś dla rodzin. Nie tylko liczne współczesne programy telewizyjne depczą określone przez Piusa XII zasady, ale wręcz sama telewizja jest per se środkiem rozpowszechniania zła i bliską okazją do grzechu. Katechizm katolicki poucza, że człowiek musi unikać bliskich okazji do grzechu, bo <kto miłuje niebezpieczeństwo, w nim zginie>” – Ks. Karol Stehlin, “Telewizja – niebezpieczeństwo dla rodzin”, cz. I, ZW, nr 45/ 2002, dodatek “Rodzina Katolicka”, nr 13, s. XV.

    Telewizja jako taka musi zostać wyeliminowana całkowicie.” – “Problemy katolickich rodzin we współczesnym świecie. Wywiad z księdzem Jakubem Doranem FSSPX”, ZW, nr 46/ 2002, dodatek “Rodzina Katolicka”, nr 14, s. VI.

    przez telewizję wielu ludzi odeszło od Boga, porzuciwszy życie zgodne z chrześcijańskimi cnotami. (…)Poprzez telewizję fala pornografii przekroczyła progi domów i rodzin. Stacje telewizyjne prawie bez przerwy prezentują filmy gloryfikujące przestępstwa, brutalność, perwersję i nieczystość. Wystarczy jeden program, podczas jednego wieczora, aby można było zobaczyć (a często także popełnić!) ciężkie grzechy przeciw wszystkim dziesięciu przykazaniom Bożym. (…) Popatrzmy na Hollywood: reżyserzy, scenarzyści, aktorzy i aktorki kręcąc filmy i programy telewizyjne starają się sprowadzić odbiorcę na swój własny poziom moralności (a raczej niemoralności), by usprawiedliwić w ten sposób swoje bezbożne życie. Słusznie nazywa się ich misjonarzami zła!” – Ks. Karol Stehlin, “Telewizja – niebezpieczeństwo dla rodzin”, cz. II, ZW, nr 46/ 2002, dodatek “Rodzina Katolicka”, nr 14, s. XIII, XIV.

    Telewizja jest grabarzem rodzin; pochwala cudzołóstwo i przedstawia kobietę jedynie jako obiekt namiętności.” – Ks. Franciszek Schmidberger, “Dziewięć argumentów przeciwko telewizji”, ZW, nr 47/ 2002, dodatek “Rodzina Katolicka”, nr 15, s. XVI.

    “(…) <naturalizm tego świata będzie dusił w nich ducha nadprzyrodzoności tak długo, dopóki nie wyrzucą one (mowa o rodzinach i domach tradycyjnych katolików – przyp. moje MS) swych telewizorów, nie wyrzekną się muzyki rockowej, gier video, nieskromnych strojów, żeby wspomnieć jedynie najpopularniejsze światowe rozrywki>. Słowa twarde, ale jakże prawdziwe! Stanowczo zbyt często usiłujemy wchodzić w kompromisy z duchem tego świata, pozostawiając sobie na otarcie łez którąś z jego przyjemności, pomimo świadomości, że nie jest to miłe Bogu. Ile to razy usprawiedliwiamy nasze małe niewierności i powolny zanik katolickiej atmosfery naszych domów rozmaitymi spektakularnymi akcjami w obronie Wiary i Tradycji!” – Ks. Karl Stehlin, “Editioral”, ZW, nr 47/ 2002, s. 3.

    Muzyka rockowa należy definitywnie do obozu szatana. Bądźmy konsekwentni. Pamiętam, jak zatrzymałem się kiedyś i tradycyjnej katolickiej rodziny. Dzieliłem wówczas sypialnię z ich 15 -letnim synem. Na ścianie, ku mojej radości, wisiał piękny obraz Najświętszego Serca Pana Jezusa. Zerknąłem jednak później na kasety magnetofonowe leżące na biurku i byłem zszokowany, widząc kasety AC/DC, jedną z nich ze słynną piosenką <Hell ain’t a bad place to be> (Piekło nie jest takim złym miejscem). To doskonały przykład tego, co nie powinno się zdarzyć w katolickim domu.” – “Katolicki dom”, cz. II, ZW, nr 50/ 2003, dodatek “Rodzina Katolicka”, s. XII.

    “(…) dzisiejsza moda kobieca nakazuje nosić duże dekolty, obcisłe spodnie, obcisłe, krótkie spódnice, Niedawno jeszcze ten sposób ubioru charakterystyczny był dla kobiet o złej reputacji, wabiących swych klientów do grzechu. Jak to możliwe, że moda ta przyjęła się obecnie w katolickich rodzinach? Czy nie bulwersuje nas fakt, że osoby tak ubrane, ku smutkowi Nieba, uciesze szatanów oraz zgorszeniu niewinnych dusz, mają czelność przychodzić do kościoła, a nawet podchodzić do balasek? Co najbardziej szokujące: znaczna część ludzi (wśród nich niestety niektórzy z naszych wiernych) uważa to za coś absolutnie normalnego i dopuszczalnego (…) Tak wielu katolików myśli niestety, że owa kwestia mody jest nieistotna i być może moglibyśmy się z nimi zgodzić, gdyby tylko Matka Boża, św. Paweł, święci papieże i tak wielu innych świętych nie przywiązywało do tej kwestii tak wielkiego znaczenia, co wskazuje, że nie jest ona błahostką.(…) muzyka rockowa jest zła, ponieważ i ona sama, i związane z nią tańce są bezpośrednim i dobrowolnym pobudzaniem namiętności i okazją do wszelkiego rodzaju nieczystości.” – Ks. Jakub Emily FSSPX, “Najświętsza Maryja Panna i skromność”, ZW, nr 56/ 2004, dodatek “Rodzina Katolicka”, nr 24, s. V, VI, VII.

    Święty Ojciec Pio nie tolerował nieskromnych strojów: sukni z głębokim dekoltem, krótkich, obcisłych spódnic.” – “Ojciec Pio – surowy strażnik skromności”, ZW, nr 56/ 2004, dodatek “Rodzina Katolicka”, nr 24, s. VIII.

    Ponieważ skromność jest cnotą, wykracza poza czas i miejsce, Kościół podał szczegółowe reguły, by pomóc wiernym praktykować ją we wszelkich okolicznościach. Bądźmy wdzięczni Jego Ekscelencji ks. Biskupowi Bernardowi Fellayowi za przypomnienie nam tych zasad, o których niekiedy zapomina się latem: <W żadnym przypadku nie wolno ubierać się nieskromnie. Sukienka, która nie zakrywa kolan kobiety, kiedy ona siedzi, absolutnie nie może być uważana za przyzwoitą. Również spódnica rozcięta czy przeźroczysta, odsłaniająca nogi powyżej kolan, nie może być uważana za skromną ani przyzwoitą. Podobnie nie jest przyzwoity żaden obcisły strój męski czy kobiecy, który podkreśla kształty ciała. Odnośnie do dekoltu i obnażonych ramion kardynał wikariusz Piusa XI pisał: <Ani suknia, która posiada dekolt głębszy niż dwa palce mierząc od szyi, ani taka, która nie zakrywa ramion co najmniej do łokci, nie mogą być uważane za przyzwoite>” – “Skromność obowiązuje zawsze i wszędzie”, ZW, nr 62/ 2004, dodatek “Rodzina Katolicka”, nr 27, s. VI.

    Przekazałem jednak, co o tańcach naucza Kościół – że są niebezpieczne, że stanowią okazję do grzechu, a w wielu <nowoczesnych> formach z całą pewnością są grzeszne” – Ks. Edward Wesołek, “Jego głowa stała się zapłatą za taniec”, ZW, nr 127, s. 37.

    Reasumując, redakcja “Zawsze Wierni” piórami reprezentatywnych dla Bractwa św. Piusa X autorów jak: bp Bernard Fellay (przełożony generalny FSSPX), bp Tissier de Mallerais (sekretarz generalny FSSPX), ks. Karl Stehlin (przełożony dystryktu środkowo-europejskiego FSSPX), ks. Franz Schmidberger (przełożony FSSPX w l. 1982 – 1994), ks. Peter Scott (wieloletni przełożony dystryktu FSSPX na Stany Zjednoczone), ks. Jakub Emily (przełożony dystryktu FSSPX na Wielką Brytanię – d0 2003 roku) oraz innych księży i sióstr zakonnych, twierdzi, iż:

    – nie wolno czynić najmniejszego grzechu, nawet, gdyby za jego pomocą można było uratować cały świat
    – muzyka rockowa jest zła, należy definitywnie do obozu szatana i jest czymś, do należy wyrzucić z domu
    – kasety zespołów w rodzaju AC/DC stanową doskonały przykład tego, co nie powinno znajdować się w tradycyjnie katolickich domach
    – telewizja stanowi bliską okazję do grzechu, która winna być wyrzucona i całkowicie wyeliminowana z życia rodzinnego
    – wspólne kąpiele mężczyzn i kobiet są zwyczajem godnym potępienia
    – wszystkie, bez wyjątku, współczesne stroje kąpielowe kobiet i mężczyzn są nieprzyzwoite i bezwstydne
    – dziewczęta nie powinny uczestniczyć w publicznych pokazach sportowych
    – niewiasty powinny ubierać się w sukienki lub spódnice, które zakrywają ich kolana (również wówczas, gdy siedzą), ramiona, biust i plecy, poza wcięciem koło szyi nie przekraczającym dwóch cali (szerokość dwóch palców) poniżej dekoltu z przodu i takiego samego z tyłu (z zastrzeżeniem, że niekiedy mogą być tolerowane rękawy sięgające połowy ramienia)
    – prawdziwie skromny strój niewieści nie tylko zakrywa wymienione wyżej części ciała, ale także nie podkreśla ich przez krój, etc.
    – mężczyźni nie powinni nosić koszulek bez rękawów i posiadających wycięcia obnażające brzuch czy klatkę piersiową, a także koszulek siatkowych
    – w zwyczajnych okolicznościach mężczyźni powinni nosić długie spodnie, nie zaś szorty
    – Kościół naucza, iż tańce stanowią okazję do grzechu, są niebezpieczne, a wielu swych nowoczesnych formach z całą pewnością są grzeszne.

    Wniosek wydaje się być jeden: moralność promowana (przynajmniej jeszcze do nie tak dawna) przez “Zawsze Wierni”, biskupa Bernarda Fellaya i innych reprezentatywnych księży Bractwa św. Piusa X jest: “surowa”, “rygorystyczna” i “brawarystyczna”. A mówiąc językiem otwartych wrogów tejże moralności: “jansenistyczna”, “purytańska” i “kalwinistyczna”.

  8. Czy kara chłosty jest okaleczeniem?

    Leave a Comment

    Myślę, iż dla w miarę nieuprzedzonych umysłów powinno być jasne, że kara chłosty posiada sporo zalet w stosunku do kary osadzenia w więzieniu. Jest ona wszak tania, prosta w wykonaniu i wychowawcza, czego niestety zbyt często nie da się powiedzieć o wsadzaniu przestępców do więzienia. Po głębszym zastanowieniu można też łatwo dojść do wniosku, iż rzekoma „barbarzyńskość” owej sankcji karnej blednie, gdy porówna się ją z możliwymi i realnie nierzadko występującymi szkodami, które wywołuje w osadzonych pobyt w więzieniu. Demoralizacja, coraz głębsze wdrażanie się kryminalną mentalność, recydywa, odzwyczajanie się od normalnego życia w społeczeństwie – to główne, choć nie jedyne minusy związane z wymierzaniem kary więzienia, o których trudno mówić w przypadku chłosty, która choć bolesna, to trwa krótko, ale mimo to może skutecznie zniechęcać przed ponownym łamaniem prawa. Choć więc jest to nierealny postulat, prawdopodobnie należałoby przywrócić karę chłosty.

    Ostatnio spotkałem się jednak z argumentem, iż owa sankcja karna jest sprzeczna z jedną z wypowiedzi Magisterium Kościoła, gdyż ma ona stanowić karę okaleczenia, które to ma być moralnie złe w sytuacji, gdy dokonuje się je ze względów pozamedycznych. Coś takiego czytamy wszak w punkcie 477 zatwierdzonego przez papieża Benedykta XVI Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego:

    „(…) Amputacje i okaleczenia ciała osób są moralnie dozwolone tylko przy wskazaniach medycznych o charakterze ściśle leczniczym„.

    Zanim przejdę do bardziej szczegółowego omówienia tematu, czy aby na pewno wszelka chłosta jest jednocześnie okaleczeniem ciała, pozwolę sobie otwarcie przyznać, iż wcale nie jestem pewien, czy przytoczony wyżej fragment Kompendium miał na celu potępienie okaleczeń ciała stosowanych jako kara względem przestępców. Wszak jeszcze w wydanym przez św. Jana Pawła II Katechizmie Kościoła Katolickiego (nr 2297) pisze co następuje:

    Bezpośrednio zamierzone amputacje, okaleczenia ciała (…) osób niewinnych są sprzeczne z prawem moralnym, poza wskazaniami medycznymi o charakterze ścisłe leczniczym” (podkreślenie moje MS).

    Z powyższego fragmentu katechizmowego nauczania wynikałoby więc, iż pozamedyczne okaleczenia ciała osób niewinnych (a nie jakichkolwiek osób) są sprzeczne z moralnością. A więc nie jest wykluczone stosowanie kary okaleczenia wobec sprawców przestępstw. Papież Pius XI zaś w encyklice  „Casti connubii” uznawał wręcz wprost, iż jest moralnie usprawiedliwione stosowanie takiej kary (wykluczając jednak z tego grona sterylizację i kastrację) w przypadku osób winnych popełnienia przestępstw:

    Urzędy publiczne nie mają żadnej bezpośredniej władzy nad członkami ciał podwładnych; zatem nie mogą one nigdy, czy to z przyczyn eugenicznych, czy jakichkolwiek innych, ani bezpośrednio naruszać, ani kaleczyć całości ciała, jeśli nie zaszedł wypadek winy lub przyczyna do wymierzenia krwawej kary” (podkreślenie moje – MS).

     

    Istnieją więc dwie możliwe interpretacje punktu 477 Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego. Albo rzeczywiście potępia on wszelkie pozamedyczne okaleczenia jakichkolwiek osób i wówczas zrywa z poprzednio wyrażanym m.in. przez Piusa XI i św. Jana Pawła II tradycyjnym nauczaniem katolickim w tej sprawie. Albo też ujęta w nim formuła stanowi pewnego rodzaju przeoczenie autorów Kompendium, którego intencją nie było jednak odejście od poprzednio nauczanej doktryny.

    Powróćmy jednak do naszego głównego tematu i zatrzymajmy się nad tym, czy aby na pewno kara chłosty jako taka i w każdym wypadku jest okaleczeniem? Otóż, uważam postawienie znaku równości pomiędzy oboma sankcjami karnymi za bardzo, ale to bardzo wątpliwe założenie. Nawet, gdyby bowiem przyjąć twierdzenie, iż Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego potępiało pozamedyczne okaleczenia również stosowane jako kara wobec przestępców to zauważmy, że ów dokument nie podaje nam żadnej bardziej precyzyjnej definicji tego, co należy uważać za „okaleczenie”. Oczywiście jasnym jest, iż okaleczenie stanowi np. odcięcie dłoni czy wyłupienie oka, ale czy np. wszelkie krwawe zranienie też należy do czegoś takiego zaliczyć? Jeśli tak, to wówczas należałoby potępić ogromną większość pojedynków bokserskich, gdzie zazwyczaj leje się tam mniej lub więcej krwi. Osobiście jednak, mimo, że jestem przeciwnikiem boksu zawodowego, nie ganiłbym go pod zarzutem wzajemnego „okaleczania” biorących w nim udział ludzi. Po prostu, zdroworozsądkowym wydaje się mi wniosek, iż wszelkiego rodzaju krwawe zranienia nie są jeszcze „okaleczeniem”. Inną sprawą jest to, czy jako okaleczenie należałoby traktować tego rodzaju zranienia, które powodowałyby trwały albo dłuższy rozstrój zdrowia lub normalnego funkcjonowania tej czy innej części ciała (np. noga nie zostałyby co prawda ucięta, ale na tyle uszkodzona, iż do końca życia by ona „kulała”). Niektórzy mogą się też zastanawiać, czy okaleczeniem nie jest nawet tatuowanie się, gdyż pozostawia na ciele trwałe, widoczne i trudne do usunięcia zmiany.

    Jednak na powyższe i inne pytania tyczące się szczegółowego zakresu definicyjnego pojęcia okaleczenia nie znajdziemy odpowiedzi w Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego. W takim razie osobiście opowiadałbym się za w miarę zdroworozsądkową definicją „okaleczenia”. A więc za „okaleczenie” należałoby uznać amputację lub taki rodzaj zranienia ludzkiego ciała, który powoduje jego trwały rozstrój lub poważne naruszenie funkcjonowania danej części ciała (np. człowiek będzie w skutek tego kulał, niedosłyszał, etc). Nie uznawałbym jednak za okaleczenie tego rodzaju ran fizycznych, które nawet jeśli wiążą się z przelewaniem krwi i pozostawieniem na ciele skazanego blizn to nie powodują u niego powyżej wskazanych skutków. Oczywiście, są takie rodzaju chłosty, które mogą powodować okaleczenie skazańca, ale chłosta wykonana z umiarem, przy kontroli lekarskiej oraz za pomocą niezbyt ciężkiego czy ostrego narzędzia zwykle nie powinna skutkować takim okaleczeniem. Warto przy tej okazji wspomnieć, iż umiar w wymierzaniu kary chłosty był nakazany przez Boga w Prawie Mojżeszowym, gdzie skazanej na taką sankcję osobie nie można było wymierzyć chłosty większej niż 40 razy uderzeń:

    „O ile winowajca zasłuży na karę chłosty, każe go sędzia położyć na ziemi i w jego obecności wymierzą mu chłostę w liczbie odpowiadającej przewinieniu.  Otrzyma nie więcej niż czterdzieści uderzeń, aby przez mnożenie razów ponad tę liczbę chłosta nie była nadmierna i nie został pohańbiony twój brat w twoich oczach” (Pwt 25, 2-3).

    Jak więc widać, także Bóg rozróżniał pomiędzy chłostą o charakterze przesadnym czy mającym na celu znęcanie się nad skazanym (jak to nieraz niegdyś było praktykowane przez pogan) od chłosty dokonywanej z umiarem i troską o to, by nie powodowała ona u skazanego jakichś bardziej daleko idących uszkodzeń czy zaburzeń funkcjonowania jego organizmu.

     

    Podsumowując, nawet gdyby przyjąć (dyskusyjną wedle mnie tezę), iż Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego potępiło stosowanie kary okaleczenia także wobec przestępców to i tak nie ma żadnych bardziej poważnych powodów, by sądzić, iż autorzy tego dokumentu chcieli w ten sposób potępić także dokonywaną z umiarem chłostę.

  9. Dlaczego popieram prawa wyborcze dla kobiet?

    Leave a Comment

    Do dziś wśród co bardziej zdecydowanych konserwatystów popularnością nie cieszy się poparcie dla powszechnego prawa wyborczego. Tym bardziej więc w tych kręgach odzywają się głosy kwestionujące zasadność nadawania takich praw kobietom. Ktoś może się zatem dziwić, iż ja będąc konserwatystą i zwolennikiem zasadniczo patriarchalnego modelu rodziny i społeczeństwa popieram udzielanie tak czynnych, jak i biernych praw wyborczych kobietom. W niniejszym artykule pragnę więc pokrótce wyjaśnić, jak łączę swój „pro-patriarchalizm” z ideą praw wyborczych dla kobiet.

    Jest prawdą, iż najlepszy modelem funkcjonowania rodziny to dom, w którym głową i kierownikiem jest mąż i ojciec, czyli mężczyzna. Mówi o tym tak Pismo święte (np.  Efez 5, 22-23; Tt 2, 5; 1 P 3, 1-2; 1 P 3, 5-6) , jak i tradycyjne nauczanie Kościoła (np. Pius XI, „Casti connubii”; Leon XIII, „Arcanum divanae sapientiae”). Społeczeństwo jest zaś – choć nie w 100 procentach – czymś w rodzaju rodziny. A więc, analogicznie rzecz biorąc i w społeczeństwie rola kierownika i głowy powinna należeć do mężczyzny. Jednak taki patriarchalny model rodziny i społeczeństwa nie musi i nie powinien zakładać tego, iż w takim razie kobieta nie ma nic do gadania i że w żaden sposób nie może ona brać udział w zarządzaniu domem i społeczeństwem. Mąż i ojciec może mieć ostatnie zdanie w kluczowych sprawach tyczących się życia rodziny, ale to nie jest równoznaczne z tym, iż nie powinien on uważnie wsłuchiwać się i brać sobie do serca, to co na ten temat ma do powiedzenia jego żona. Podobnie, w społeczeństwie, różne kierownicze funkcje mogą sprawować mężczyźni, ale to nie powinno oznaczać, iż w takim razie kobiety nie mają mieć nic do powiedzenia w sprawach zarządzania państwem. Można pogodzić kierowniczą rolę mężczyzn w państwie i społeczeństwie z dopuszczeniem kobiet do współzarządzania państwem. Ba, nie trzeba nawet w tym celu zakazywać płci pięknej kandydowania na kierownicze urzędy w państwie. Wystarczy do tego kobiet szczególnie nie zachęcać przez różnego rodzaju parytety i przywileje, a wówczas w naturalny sposób kobiet na wysokich stanowiskach publicznych nie będzie zbyt wiele. Po prostu przedstawicielki płci pięknej zwykle nie są zbyt chętne do zajmowania się aktywną polityką i sprawowania wysokich funkcji publicznych. By więc zachować zasadniczo patriarchalny model społeczeństwa nie trzeba zakazywać kobietom aktywnego udziału w polityce, a wystarczy ich do tego szczególnie nie zachęcać.

     

    Drugim powodem dla którego jestem za biernymi i czynnymi prawami wyborczymi dla kobiet jest to, że po prostu takie jest nauczania Kościoła. Przykładowo Sobór Watykański II naucza:

    „Na pochwałę zasługuje postępowanie tych narodów, w których jak największa część obywateli uczestniczy w sprawach publicznych w warunkach prawdziwej wolności” („Gaudium et Spes”, n. 31).

    Z kolei, papież, bł. Paweł VI w liście apostolskim Octogesima adveniens uczył:

    „W wielu krajach czyni się starania, a nieraz stawia ostre żądania, aby prawnie określić status kobiety, znieść istniejącą dyskryminację płci i ustanowić równouprawnienie kobiet z zachowaniem należnej im godności osobistej. Nie mówimy tu o jakiejś fałszywej równości, która przekreślałaby różnice ustanowione przez samego Stwórcę, i sprzeciwiałaby się wypełnianiu szczególnej, ważnej roli kobiety w intymnym współżyciu domowym i w społecznościach pośrednich. Prawodawstwo z biegiem czasu powinno być tak udoskonalone, by chroniło ową szczególną rolę kobiety, do której z natury jest powołana, a równocześnie przyznawało jej należną wolność osobistą oraz równe prawa do udziału w życiu kulturalnym, gospodarczym, społecznym i politycznym”.

    Być może ktoś teraz powie, iż to „soborowe” oraz „posoborowe” nauczanie jest sprzeczne z „przedsoborową” doktryną Kościoła, ale autor takiego stwierdzenia nie będzie miał tu racji. Magisterium Kościoła nigdy nie potępiło bowiem ani demokratycznego sposobu wyłaniania władz ani przyznawania praw wyborczych kobietom. Pius XI w encyklice „Casti connubii” potępił tylko absolutne i bezwarunkowe równouprawnienie mężczyzn i kobiet we wszelkich dziedzinach życia, nie zaś jakiekolwiek przejawy równości obu płci.

     

    Ostatnim z argumentów, które wysunąłbym za postulatem praw wyborczych dla kobiet jest to, iż przy mądrze prowadzonych kampaniach politycznych istnieje możliwość uczynienia z niewiast silnego członu wyborczego partii o charakterze konserwatywnym i chrześcijańskim. Nie od dziś wszak wiadomo, iż zwykle to kobiety są bardziej religijne od mężczyzn, a ponadto takie z tradycyjnie katolickich postulatów jak delegalizacja pornografii, obsceniczności i cudzołóstwa tak naprawdę chronią ich godność oraz prawa przed zachciankami i swawolą mężczyzn. Owszem, trudniej jest przekonać większość kobiet do całkowitego zakazu aborcji, ale i w tym wypadku odwołując się do ich macierzyńskich uczuć nie powinno to być zbyt trudne.

     

  10. Błędy doktrynalne i herezje zawarte w pismach oraz objawieniach Alana Amesa

    Leave a Comment

    Od kilku lat wśród polskich katolików dużą popularnością cieszą się publikacje pochodzącego z Australii mistyka i wizjonera, Carvera Alana Amesa. W publikacjach tych pan Ames relacjonuje wizje oraz objawienia, jakie miał otrzymywać od Boga Ojca, Pana Jezusa, Matki Bożej i Świętych Pańskich, a także zamieszcza swoje bardziej osobiste przemyślenia i komentarze na tematy związane z religią oraz moralnością. Chociaż zdecydowana większość treści przekazywanych przez Carvera Amesa jest jak najbardziej ortodoksyjnie katolicka i budująca, należy jednak zwrócić uwagę, iż znajdują się w nich też elementy, które w świetle nauczania Pisma świętego, Ojców i Magisterium Kościoła są poważnie dwuznaczne, a czasami jawnie błędne, by nie powiedzieć że heretyckie. Poniżej przedstawię kilka przykładów takich właśnie treści, które Carver Alan Ames przekazuje albo jako swoje refleksje, albo też co gorsza przypisuje je Bogu Ojcu i Jego Synowi Jezusowi Chrystusowi.

     

    Bóg nie zsyła klęsk żywiołowych?

    Tak więc, przykładowo p. Ames wypowiada następujące słowa:

    To prawda, że nie żyjemy tak, jak chciałby tego Bóg, ale to nie oznacza, że zsyła On na nas klęski żywiołowe (…) Niektórzy spośród nas próbują przekonywać, że nieszczęścia są „znakami”, po to, by wystraszyć innych i skłonić  ich do nawrócenia się. Wierny, który został zmuszony do przyjęcia religii, nie jest prawdziwym wiernym, gdyż kiedy minie strach, wkrótce skończy się też wiara. Do nawrócenia należy nakłaniać ludzi miłością„[1].

    Człowiek ten sugeruje więc, iż Bóg w żadnym wypadku nie zsyła na ludzkość klęsk żywiołowych, a także dyskredytuje rolę strachu w procesie nawrócenia człowieka. Jednak wbrew temu, papież św. Pius V w bulli „Cum primum” wspominając o takich grzechach jak sodomia, bluźnierstwo, zaniedbywanie Bożego kultu oraz synomia nauczał:

     Za przewiny te Bóg sprawiedliwie karze ludy i narody zsyłając na nie kataklizmy, wojny, głód i zarazę” [2].

    Podobnie, uczył np. św. Bazyli Wielki, który pisał:

    Dlatego choroby spadają na miasta i ludy, przychodzą posuchy powietrza i nieurodzajność ziemi, a także gorsze doświadczenia w życiu każdego, które przerywają wzrost zła. W ten sposób nieszczęścia te pochodzą od Boga, aby powstrzymać powstanie prawdziwego zła. Należy uważać, że cierpienia ciała i zewnętrzne trudy są dla powstrzymania grzechu. Bóg zatem usuwa zło. Zło więc nie pochodzi od Boga.

    Także lekarz usuwa chorobę, a nie wprowadza jej do ciała. Zniszczenia miast, trzęsienia ziemi i powodzie, klęski wojsk, rozbicia okrętów i wszelkie katastrofy dotykające ludzi, jakie pochodzą z ziemi, morza, z powietrza albo od ognia, czy z jakiejkolwiek innej przyczyny, zdarzają się po to, by opamiętali się ci, co pozostali przy życiu. Powszechną złość Bóg karci powszechnymi biczami [3].

    Powyższe nauczanie katolickie ma niezwykle silne umocowanie tak w Starym jak i Nowym Testamencie, gdzie pełno jest fragmentów o tym, iż Bóg posługuje się klęskami żywiołowymi w celu ukarania grzesznych ludzi. Stwórca wszak zesłał na Egipt dziesięć plag, gdy jego władca nie chciał wypuścić z niewoli Hebrajczyków (Wj 10); za pośrednictwem Eliasza sprowadza na Izrael pod rządami popierającego bałwochwalstwo Achaba trwającą trzy i pół roku suszę (1 Krl 17, 1), zaś w ostatniej księdze Nowego Testamentu, czyli Apokalipsie św. Jana zapowiada „siedem czasz gniewu Bożego” wśród których będą m.in. wielki upał (Ap 16, 8-9), potężne trzęsienie ziemi (Ap 16, 18), wyschnięcie rzeki Eufrat (Ap 16, 12); zamienienie się rzek i źródeł wód w krew (Ap 16, 4).  W Mądrości Syracha czytamy zaś :

     Są wichry, które stworzone zostały jako narzędzie pomsty, gniewem swym wzmocnił On ich smagania, w czasie zniszczenia wywierają swą siłę i uśmierzają gniew Tego, który je stworzył. 
     Ogień, grad, głód i śmierć – wszystko to w celu pomsty zostało stworzone.
     Kły dzikich zwierząt, skorpiony i żmije, miecz mściwy – ku zagładzie bezbożnych – radują się Jego rozkazem, gotowe są na ziemi służyć według potrzeby – i gdy przyjdzie czas, nie przekroczą polecenia (Syr 39, 28 – 31). 

     

    Jeśli zaś chodzi o stwierdzenie Alana Amesa o tym, iż nawrócenia dokonywane pod wpływem strachu przed Bożymi karami nie są prawdziwe, to w pewien sposób na tę jego obiekcję odpowiada wielki doktor Kościoła, św. Augustyn z Hipony:

    Teraz widzisz, jak sądzę, iż nie należy zważać na sam fakt istnienia przymusu, ale raczej na to przez co się jest przymuszonym: czy jest to dobro czy zło. Nie jest tak, że każdy może stać się dobrym wbrew sobie, ale strach przed tym czego człowiek nie chce cierpieć kładzie kres uporowi, który stanowił przeszkodę, i przynagla go do poszukiwania prawdy, której nie znał. To sprawia, iż człowiek odrzuca kłamstwo, które wcześniej dopuszczał, szuka prawdy, której nie znał; dochodzi do pragnienia tego, czego nie pragnął (List „Ad Vincentium”)[4].

    Prawdą jest, że nawrócenia dokonywane pod wpływem strachu często mogą okazywać się nietrwałe i połowiczne, jednak nie zmienia to faktu, iż nie można w sposób absolutny wykluczyć pozytywnej roli strachu w procesie nawracania się człowieka. Wskazuje na to powyżej św. Augustyn, ale również Pismo św. niejednokrotnie chwali postawę polegającą na „baniu się Boga” – np. Łk 1, 50; 1 P 2, 17; Koh 12, 12; Ps 34, 10; Pwt 6, 1-2.

     

    Wojna i kara śmierci zawsze złe?

    Jeszcze gorzej przedstawia się sprawa z wypowiedziami Carvera Alana Amesa na temat rzekomego wielkiego zła wszelkiego zabijania ludzi – również tego, które dokonuje się względem złoczyńców na skutek orzeczonej przez władze cywilne kary śmierci lub też prowadzonej przez rząd danego kraju wojny. Tezy te w pewnych momentach pan Ames przypisuje bowiem wprost i bezpośrednio Bogu Ojcu. W mistycznym przesłaniu jakie miał on bowiem otrzymać od Boga Ojca w dniu 2 kwietnia 1995 roku czytamy co następuje:

    „Istnieje wiele sposobów zabijania oraz wiele wymówek, niemniej, niezależnie od metod czy powodów, zabijanie jest złe, pozostaje grzechem. Jeśli zabijacie w imię sprawiedliwości lub słusznej sprawy, wciąż jest to grzechem. Jeśli zabijacie w odwecie lub dla swojego kraju, jest to grzechem. Zabijanie jest grzechem, chyba że jest dziełem przypadku, w wyniku splotu nieszczęśliwych okoliczności.

    Odbieranie życia, bez względu na motywy, silnie obraża Mnie, waszego Boga, i zostawia śmiertelną bliznę na waszej duszy.

    Ci, którzy zgadzają się na zabijanie, choćby za pośrednictwem reprezentującego ich rządu, który zdecydował o wojnie, czy w imię sprawiedliwości, także noszą blizny. (…) Ci, którzy zabijają, by powstrzymać innych przed zabijaniem, stają się tacy sami jak ci, którym się sprzeciwili, gdyż popełniają ten sam grzech. Zabijanie zawsze jest złe, zawsze obraża Mnie, waszego Boga i oddala was ode Mnie” [5].

    Twierdzenie, iż wszelkie zabijanie jest złe przewija się zresztą często w wypowiedziach i pismach pana Carvera Alana Amesa:

    „Zabijanie w ramach zemsty jest złe. Wojna jest złem. W momencie kiedy zaczynamy szukać zemsty, w chwili gdy postanawiamy zabić wroga – nawet w czasie wojny – nie różnimy się niczym od samych terrorystów. Jeśli zabijamy ludzi – jakichkolwiek ludzi – także jesteśmy mordercami. Nie ma wyjątków. Boże przykazanie głoszące, by nie zabijać, nie mówi o odstępstwach. Nie mówi: „Nie zabijaj, o ile nie ma wojny”. Mówi: „Nie zabijaj!”[6].

    „Powinniśmy pozbyć się broni. Jezus nie miał ani strzelby ani noża. Pozbądźcie się broni, która niesie śmierć”[7].

    „Są tacy, którzy jako uzasadnienie wojny przytaczają słowa św. Tomasza z Akwinu i św. Augustyna. Kiedy Żydzi zadali Panu Jezusowi pytanie o rozwód, powołali się na słowa, które wypowiedział Mojżesz na usprawiedliwienie rozwodu. Tymczasem Jezus  odrzekł im (Ewangelia wg św. Marka 10, 5): „Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych napisał wam to przykazanie”. Czy to samo mógłby dziś odpowiedzieć Pan tym, którzy usiłują usprawiedliwiać wojnę, powołując się na słowa św. Tomasza z Akwinu i św. Augustyna?”[8].

     

    Takie wypowiedzi są jednak sprzeczne tak z Pismem świętym, jak i wielowiekowym nauczaniem Magisterium Kościoła.

    Katechizm Soboru Trydenckiego tak naucza na temat etycznej słuszności stosowania zabijania złoczyńców w niektórych wypadkach:

    (Bóg) rozkazuje, aby sądy wszystkie sprawiedliwie i według praw były odprawowane(…)upomina Pan Bóg, aby sędziowie winnym nie folgowali, a niewinnych nie potępiali (…) Ma też Urząd moc prawną do zabijania i karania złych ludzi na gardle: i nie idzie zatem, żeby mieli takowi, którzy są na urzędzie, przeciwko temu przykazaniu grzeszyć, ale owszem są woli bożej posłuszni. Bo Pan Bóg dla tego zakazał zabijania, aby każdy bezpiecznym był zdrowia swego. Przeto urząd, gdy karze gwałtowników, czyni dla pokoju pospolitego, jako Dawid święty o sobie mówi: „O zarannym czasie – to jest bez odwłoki – zabijałem wszystkich grzesznych ludzi, abym wygładził wszystkich złych ludzi z miasta”. Także i ci nie grzeszą, którzy wojnę wiodą, i nieprzyjaciół swoich zabijają, nie z okrucieństwa albo chciwości jakiej, ale dla sprawiedliwości i pokoju pospolitego. Są też przykłady w Piśmie świętym, gdzie sam Pan Bóg rozkazał zabijać ludzi i przeto synowie Lewiego nie zgrzeszyli nie, iż jednego dnia tak wiele tysięcy zabili i owszem Mojżesz im powiedział: Poświęciliście dziś ręce wasze Panu Bogu[9].

    Katechizm Kościoła Katolickiego (z 1992 roku) mówi zaś:

    2308: …  rządom nie można odmawiać prawa do koniecznej obrony, byle wyczerpały wpierw wszystkie środki pokojowych rokowań

    2265: Uprawniona obrona może być nie tylko prawem, ale poważnym obowiązkiem tego, kto jest odpowiedzialny za życie drugiej osobyObrona dobra wspólnego wymaga, aby niesprawiedliwy napastnik został pozbawiony możliwości wyrządzania szkody. Z tej racji prawowita władza ma obowiązek uciec się nawet do broni, aby odeprzeć napadających na wspólnotę cywilną powierzoną jej odpowiedzialności.

    2267: Kiedy tożsamość i odpowiedzialność winowajcy są w pełni udowodnione, tradycyjne nauczanie Kościoła nie wyklucza zastosowania kary śmierci, jeśli jest ona jedynym dostępnym sposobem skutecznej ochrony ludzkiego życia przed niesprawiedliwym napastnikiem.

     

    Powyższe, tradycyjnie katolickie nauczanie, ma swe silne podstawy w Piśmie świętym.

    W Starym Testamencie czytamy wszak np. o błogosławionych przez Boga wojnach Izraela z Kananejczykami (Joz 10), odpieraniu niesprawiedliwej agresji za pomocą siły zbrojnej (Rdz 14; 1 Sm 23, 1-2) czy też zbrojnym powstaniu przeciw bałwochwalczej tyranii (księgi Machabejskie) [2].Czytamy tam również wszak o Bożych rozkazach uśmiercania między innymi: morderców (Rdz 9, 6; Wj 21, 12), bałwochwalców (Wj 22, 20), bluźnierców (Kpł 24, 15-16), okultystów (Wj 22, 18), fałszywych proroków (Pwt. Prawa 18, 20), homoseksualistów, zoofilów (Kpł 20, 15-16), cudzołożników (Kpł 20, 10), gwałcicieli (Pwt. Prawa (22, 25), kazirodców (Kpł 20, 11), porywaczy (Wj 21, 16).

    Św. Eliasz, wielki starotestamentowy prorok, jednego dnia zabił 450 fałszywych proroków bożka Baala (1 Krl 18, 40) i bynajmniej nie czytamy w żadnym fragmencie Pisma świętego, iż zostało mu to przez Boga poczytane jako grzech, wada, błąd czy jakaś niedoskonałość. Przeciwnie, św. Eliasz jest prorokiem, który obok Henocha został zachowany od śmierci doczesnej i przeniesiony do rajskiego ogrodu Eden, a podczas ziemskiego życia naszego Pana Jezusa Chrystusa wraz z Mojżeszem został uhonorowany obecnością przy objawieniu się chwały Mesjasza na górze Przemienienia Pańskiego.

    Wskazywany w pismach pana Amesa rzekomy brak rozróżniania przez Boga na uprawnione pod pewnymi warunkami zabijanie złoczyńców i zawsze zakazane zabijanie niewinnych choćby więc z powyższych względów jest nie do obronienia. Poza tym chociaż Piąte Przykazanie owszem mówi „Nie zabijaj” (Wj 20, 13) to równie dobrze można by powiedzieć, że przykazanie to nie rozróżnia jednak także pomiędzy ludźmi a zwierzętami – czy zatem należy twierdzić, że w takim razie wszelkie zabijanie zwierząt też jest złe? Przykazania Dekalogu mają formę skrótową i nie omawiają wielu spraw, które są jednak poruszane w innych częściach Pisma świętego. Przykładowo, przykazanie „Nie cudzołóż” nie mówi nic o grzeszności relacji homoseksualnych, ale w innych fragmentach Biblii jest o tym mowa. Podobnie, choć przykazanie „Nie zabijaj” nie precyzuje, czy jego treść tyczy się wszystkich ludzi we wszystkich okolicznościach to w innych ustępach Biblii wskazane zostało rozróżnienie na osoby niewinne, których w sposób zamierzony nie wolno zabijać nigdy i nigdzie oraz na złoczyńców, których w pewnych okolicznościach można zabijać. W Piśmie świętym czytamy, że Bóg nienawidzi i brzydzi się „rękoma, które przelały krew niewinnych” (Prz 6, 16-19), a jedno z praw danych Mojżeszowi mówiło: „nie wydasz wyroku śmierci na niewinnego i sprawiedliwego” (Wj 23, 7)To zatem niewinni i sprawiedliwy mają być w absolutny sposób chronieni przez Piąte Przykazanie, a nie złoczyńcy oraz przestępcy. 

    Nie jest też prawdą – jak sugeruje to Alan Ames, iż Bóg podobnie jak w przypadku zgody na rozwody w prawodawstwie Starego Przymierza, tylko tolerował prowadzenie wojen i wymierzanie kary śmierci. Było wprost przeciwnie, Stwórca nieraz wprost nakazywał wykonywanie kary śmierci i prowadzenie wojen, a nie tylko na to zezwalał.

    Bóg za pośrednictwem jednego ze swych proroków nawet karcił za niedokładne wykonanie rozkazu wybicia Amelekitów (1 Sm 15). Mojżesz w imieniu Pana Boga wzywał mężów z pokolenia Lewiego przeciw bałwochwalcom, którzy kłaniali się złotemu cielcowi i nakazuje im poodbierać życie (zabito ich przeszło 20 000), po czym chwali ich i obiecuje Boże błogosławieństwo (Wj 32: 27-29). Boży prorok Jeremiasz podał miecz Judzie (przywódcy zbrojnie walczących Machabeuszy) mówiąc przy tym: „Weź święty miecz, dar od Boga, z jego pomocą pokonasz przeciwników” (2 Mch 15, 16).

    Bóg popierał też prowadzone przez Żydów wojny z poganami poprzez czynione przez siebie cudowne zdarzenia (zawalenie murów Jerycha, wstrzymanie słońca w bitwie prowadzonej przez Jozuego).

    Widzimy więc, że w przypadku uśmiercania złoczyńców mamy do czynienia z czymś znacznie silniejszym niż tylko Boża tolerancja dla złych zwyczajów Żydów. Prowadzenie wojen, wymierzenie kary śmierci nie dadzą zakwalifikować się jako niechętne, bierne i negatywne przyzwolenie ze strony Boga. Stwórca te wszystkie rzeczy nakazywał, popierał i błogosławił. Bóg zaś nie może nakazywać, popierać i błogosławić czegoś, co jest samo w sobie złe. Gdyby więc kara śmierci czy wojna były same w sobie złe, to Bóg nie mógłby ze swej natury ich nakazywać lub pochwalać. Jak bowiem mówi Pismo święte: „Nikomu  nie przykazał On być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć” (Syr 15, 19-20).  Pius XII wykładał tę prawdę w następujący sposób:

    Przede wszystkim trzeba jasno stwierdzić, żadna ludzka władza(…)nie może wydać pozytywnego upoważnienia do nauczania lub czynienia tego, co byłoby wbrew religijnej prawdzie lub dobru moralnemu. Nawet Bóg nie mógłby dać takiego pozytywnego przykazania lub upoważnienia, gdyż stałoby to w sprzeczności z Jego absolutną prawdą i świętością[10].

     

    Wbrew pozorom, również Nowy Testament nie przyniósł jakiejś radykalnej zmiany w podejściu do moralnej prawowitości zabijania złoczyńców w pewnych sytuacjach. W Ewangelii św. Łukasza (22, 35 – 38) Pan Jezus mówi swym uczniom, by kupili miecze. Niektórzy co prawda rozumieją te słowa, jako pewien symbol, jednak w innym fragmencie Biblii widzimy, że św. Piotr Apostoł miał przy sobie miecz (Mt 26, 52), co w pewien sposób osłabia czysto symboliczną egzegezę Chrystusowego nakazu zaopatrzenia się w miecze. Rozsądniej jest więc przyjąć, iż nie chodziło tu tylko o jakiś symbol, ale Pan Jezus nakazał swym uczniom zaopatrzyć się w dosłowne miecze po to by mogli bronić się w sytuacji fizycznego zagrożenia ich życia i zdrowia.

    W Liście do Hebrajczyków czytamy następującą pochwałę starotestamentowych wojowników: I co jeszcze mam powiedzieć? Nie wystarczyłoby mi bowiem czasu na opowiadanie o Gedeonie, Baraku, Samsonie, Jeftem, Dawidzie, Samuelu i o prorokach, którzy przez wiarę pokonali królestwa, dokonali czynów sprawiedliwych, otrzymali obietnicę, zamknęli paszcze lwom, przygasili żar ognia, uniknęli ostrza miecza i wyleczyli się z niemocy, stali się bohaterami w wojnie i do ucieczki zmusili nieprzyjacielskie szyki (Hbr 11: 32-34). I w tym wypadku najbardziej zdroworozsądkową wykładnią jest to, iż udział w wojnie nie zawsze jest złem, skoro autor przywołanego listu z natchnienia Bożego chwali ludzi właśnie za udział w wojnach.

    W Ewangelii św. Łukasza spisane zostało, iż św. Jan Chrzciciel przychodzącym do niego o poradę żołnierzom mówi, by nikogo nie uciskali i poprzestali na swym żołdzie niczego od nikogo nie wymuszając (Łk 3, 14). Jednak św. Jan Chrzciciel nie wzywa żołnierzy do porzucenia swego rzemiosła.

    Podobnie, gdy św. Piotr Apostoł spotkał się z żołnierzem Korneliuszem nie zachęcał go wcale, by ten zrezygnował ze swego zawodu (Dz 10).

    W liście do Rzymian św. Paweł Apostoł daje następujące pouczenie: „Albowiem rządzący nie są postrachem dla uczynku dobrego, ale dla złego. A chcesz nie bać się władzy? Czyń dobrze, a otrzymasz od niej pochwałę. .Jest ona bowiem dla ciebie narzędziem Boga, [prowadzącym] ku dobremu. Jeżeli jednak czynisz źle, lękaj się, bo nie na próżno nosi miecz. Jest bowiem narzędziem Boga do wymierzenia sprawiedliwej kary temu, który czyni źle” (Rz 13, 3-4). Miecz jest oczywiście narzędziem stosowania przemocy (w tym kary śmierci). Mimo to jednak w powyższym ustępie Nowego Testamentu „miecz” jest ukazany w jednoznacznie pozytywnym kontekście, jako coś co stanowi narzędzie Boga w celu utrzymywania porządku w społeczeństwie. Nauczanie św. Pawła Apostoła powtarza też św. Piotr Apostoł pisząc, iż władze cywilne „są posłane celem karania złoczyńców” (1 P 2, 13).

    W księdze Dziejów Apostolskich czytamy z kolei, iż św. Paweł Apostoł korzystał z ochrony armii rzymskiej (Dz. 23), a także w obliczu dotykających go oskarżeń stwierdził: „Jeśli zawiniłem  i popełniłem coś podpadającego pod karę śmierci, nie wzbraniam się umrzeć” (Dz 25, 11). I w tym więc miejscu św. Paweł Apostoł w pewien sposób wyraził aprobatę dla kary śmierci, zaś korzystając z ochrony militarnej przynajmniej pośrednio zaakceptował używanie przemocy w celu ochrony przed niesprawiedliwą napaścią.

     

    Partnerstwo i równość w małżeństwie?

    Następną wątpliwością doktrynalną jaką można wyczytać w pismach Carvera Alana Amesa jest następujące stwierdzenie, jakie przypisuje on Panu Jezusowi:

    Kiedy kobieta i mężczyzna  zostają połączeni węzłem małżeńskim, ten ma stanowić o partnerstwie i równości w Bożej miłości” [11].

    Powyższe słowa nie są może bezwarunkowo błędne i fałszywe, gdyż owszem w wielu kwestiach mąż i żona oczywiście są sobie równi. Nie zmienia to jednak faktu, iż nie na wszystkich płaszczyznach równość ta występuje, a ponadto w rodzinie rolę kierownika ma – z Bożego ustanowienia – pełnić mężczyzna. Jasno naucza o tym Pismo święte:

    „Żony niechaj będą poddane swym mężom, jako Panu. Albowiem mąż jest głową żony, jako Chrystus jest głową Kościoła” (Efez 5,  22-23).

    Tak samo żony niech będą poddane swoim mężom, aby nawet wtedy, gdy niektórzy z nich nie słuchają nauki, przez samo postępowanie żon zostali [dla wiary] pozyskani bez nauki” (1 P 3, 1).

    Tradycyjna, wielowiekowa wykładnia Magisterium Kościoła też nie pozostawia co do tej kwestii wątpliwości:

    „W społeczności domowej, wzmocnionej węzłem miłości, winien koniecznie zakwitnąć czynnik, nazywany przez św. Augustyna porządkiem miłości. Porządek ten obejmując tak pierwszeństwo męża przed żoną i dziećmi, jak i skora, wolna od niechęci uległość i podporządkowanie się żony” (Pius XI, „Casti connubii”) [12].

    Nie można więc mówić o absolutnej i pełnej równości w ramach małżeństwa pomiędzy mężczyzną a niewiastą. Niestety zaś w znanych mi pismach Alana Amesa (a przeczytałem dużą ich część) nie ma doprecyzowania, iż równość w małżeństwie nie może być absolutna, pełna i bezwarunkowa oraz, że to mąż jest głową i kierownikiem rodziny. To uszczegółowienie jest na tyle ważne, iż powyżej zacytowane słowa o „partnerstwie i równości” w małżeństwie, które Ames przypisuje Panu Jezusowi nabierają co najmniej bardzo dwuznacznego wymiaru.

     

    Podsumowując, pisma i objawienia Carvera Alana Amesa zawierają – wbrew zapewnieniom jego samego, a także niektórych wspierających go księży i biskupów – jawne błędy doktrynalne, herezje oraz poważne dwuznaczności. Należy o tym jasno mówić i w konsekwencji podchodzić do twierdzeń i działalności pana Amesa z pewnym wyraźnym dystansem.

     

    Przypisy:

    1. Patrz: Carver Alan Ames. „Łagodny Duch”, Kraków 2014, s. 161, 162.

    2. Cytat za: Amerykańskie Stowarzyszenie Obrony Tradycji, Rodziny i Własności – TFP, „W obronie wyższych praw. Dlaczego musimy przeciwstawić się legalizacji związków homoseksualnych?”, Kraków 2005, s. 181.

    3. Św. Bazyli Wielki, O tym, że Bóg nie jest sprawcą zła, w: Bóg i zło. Pisma Bazylego Wielkiego, Grzegorza z Nyssy i Jana Chryzostoma, Wydawnictwo M, Kraków 2004, s. 42-43.

    4. Cytat za: Abp Marcel Lefebvre, „oni Jego zdetronizowali. Od liberalizmu do apostazji. Tragedia soborowa„, Warszawa 1997, s. 44.

    5. Patrz: Carver Alan Ames. „Łagodny Duch”, Kraków 2014, s. 203.

    6. Patrz: jw., s. 201 – 202.

    7. Patrz:  jw., s. 205.

    8. Patrz: jw., s. 143.

    9.  Cytat za: „Katechizm rzymski z wyroku św. Soboru Trydenckiego ułożony, z rozkazu Piusa V, Papieża wydany, i od Klemensa XIII szczególniej zalecony. Tom I”, Warszawa 1827, ss. 96-97; 62.

    10. Cytat za: Michael Davies, „Sobór Watykański II a wolność religijna”, Warszawa 2002, s. 34.

    11. Cytat za: Carver Alan Ames, „Oczami Jezusa”, wydanie I, Kraków 2012, s. 383.

    12. Cytat za: Pius XI, „Encyklika o małżeństwie chrześcijańskim (Casti connubii)”, Londyn 1943, Wydawnictwa dokumentów nauki Kościoła, s. 26.