Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: pedofilia

  1. List otwarty do Janusza Korwin Mikkego w kwestii „lekkiej pedofilii”

    Leave a Comment

    Szanowny Panie Prezesie!

    Jako, że Pańskie uwagi na temat tzw. lekkiej pedofilii wzbudzają szereg kontrowersji, pragnę niniejszym zwrócić się do Pana z prośbą o w miarę jasną i jednoznaczną odpowiedź na poniższe moje pytania.

    Pytanie pierwsze: co konkretnie ma Pan na myśli, wygłaszając opinię o tym, jakoby edukacja seksualna była gorsza od „lekkiej pedofilii”. Czy chce Pan przez to zasugerować, iż co prawda tak edukacja seksualna, jak i „lekka pedofilia” są moralnie złe, jednak pomiędzy dwojgiem z tych nagannych moralnie zjawisk to edukacja seksualna stanowi większe zło? Czy może jednak rozumie Pan przez to twierdzenie, jakoby tzw. lekka pedofilia (czyli dajmy na to dotykanie dziecka w jego miejscach intymnych w celu własnego pobudzenia seksualnego) była tak naprawdę obojętnym moralnie czy nawet dobrym etycznie zachowaniem?

    Pytanie drugie: czy przez twierdzenie o tym, jakoby „lekka pedofilia” nie jest „szkodliwa społecznie” chce Pan dać wyraz przekonaniu, iż władze cywilne nie powinny zakazywać oraz karać tych z form molestowania seksualnego osób nieletnich, które ograniczają się do dotykania ich w miejscach intymnych, jednak nie posuwają się do gwałcenia takowych? A może należy rozumieć te Pańskie wypowiedzi w ten sposób, iż takowe zachowania co prawda powinny być penalizowane, jednak sankcje karne należałoby złagodzić?

    Myślę, że odpowiedź na powyższe pytania nie powinna nastręczać Panu zbytniej trudności, byłbym więc wdzięczny, gdyby w którejś ze swych przyszłych publicznych wypowiedzi ustosunkował się Pan do nich. Dodam, iż uważam, że bardziej jednoznaczna odpowiedź na nie, mogłaby się przyczynić do pewnego wyjaśnienia i uporządkowania możliwych nieporozumień albo ewentualnych nadinterpretacji pańskich wypowiedzi odnośnie do tzw. lekkiej pedofilii.

    Pozdrawiam i łączę życzenia Bożych błogosławieństw.

    Mirosław Salwowski

  2. „Przedsoborowe” i „posoborowe” źródła skandali seksualnych w Kościele

    Leave a Comment

    W dniach 21-24 lutego b. roku w Watykanie odbyło się zwołane przez papieża Franciszka zebranie przewodniczących katolickich episkopatów całego świata poświęcone problemowi wykorzystywania seksualnego nieletnich przez osoby duchowne.  Przy tej okazji ze swej strony pozwolę sobie zaś na wskazanie kilku możliwych przyczyn kryzysu szeroko pojmowanej moralności seksualnej pośród duchowieństwa, sugerując przy tym podjęcie pewnych określonych kroków, które mogłyby przyczynić się do poważniejszego ograniczenia szerzenia się wśród osób księży, zakonników i zakonnic grzechów przeciw VI i IX przykazaniu.

     

    Prawdopodobnie jedną z ważnych przyczyn kryzysu o którym mowa jest pewnego rodzaju, a tkwiące swymi korzeniami jeszcze daleko przed Soborem Watykańskim II przyzwyczajenie się hierarchii kościelnej do czegoś co można kolokwialnie rzecz ujmując nazwać „załatwianiem własnych spraw we własnym domu”. Od czasów średniowiecza bowiem aż mniej więcej do XVIII i XIX wieku katolickie duchowieństwo było tradycyjnie wyjmowane spod jurysdykcji sądów cywilnych. Przestępstwa popełniane przez księży, zakonników i zakonnice były więc karane przez sądy kościelne. Ewentualnie, czyniły to władze cywilne wówczas, gdy sprawy takich przestępstw zostały im oddelegowane przez władze kościelne. Choć formalnie rzecz biorąc ów stan rzeczy zmienił się w ciągu jakichś ostatnich 200 – 250 lat pewne przyzwyczajenia wśród hierarchów kościelnych najwyraźniej zostały, co widać choćby po sposobie w jaki traktowali oni popełniane przez osoby duchowne przestępstwa wykorzystywania seksualnego nieletnich. Wszak, zamiast takowe zgłaszać na cywilnych organów ścigania najczęściej (a może nawet zawsze) biskupi ograniczali się do wymierzania sankcji o charakterze wewnątrzkościelnym (i to często tych najbardziej łagodnych w rodzaju przenoszenia winnych z parafii na parafię).

    Tego rodzaju postępowanie polegające nie nieangażowaniu władz cywilnych mogło być może do obrony gdzieś do XIX wieku, gdy hierarchia kościelna z jednej strony dysponowała szerokim arsenałem mniej lub bardziej surowych sankcji „doczesnych” (typu: kara więzienia, chłosta, zakuwanie w dyby, skazanie na galery) z drugiej zaś nie wahała się przed surowym karceniem winnych seksualnych występków duchownych. Jednak w przeciągu ostatnich 200- 250 lat miały miejsce dwa zjawiska, które praktycznie pozbawiły sensu takie „tradycyjne” podejście do przestępstw popełnianych przez osoby duchowne. Po pierwsze bowiem, wraz z postępującą laicyzacją państw i społeczeństw Kościołowi odebrano możliwość wymierzania typowo „doczesnych” kar w rodzaju skazywania na więzienie, galery, chłostę czy zakucie w dyby. Po drugie zaś, o ile jeszcze – jak wspomniałem powyżej – do XIX wieku władze kościelne nierzadko wykazywały surowość wobec seksualnych występków swych podwładnych, o tyle od XIX wieku owa surowość zaczęła ustępować polityce zamiatania takich rzeczy pod dywan. Hierarchowie kościelni muszą więc w omawianej sprawie pozbyć się swych „tradycyjnych” sentymentów i w ścisły sposób współpracować z władzami cywilnymi w ujawnianiu, ściganiu oraz karaniu przestępstw seksualnych popełnianych przez księży, zakonników i zakonnice.

     

    Drugą z bardziej „przedsoborowych” przyczyn szerzenia się wśród osób duchownych grzechów przeciw cnocie czystości jest pewnego rodzaju skrajny „klerykalizm”. Chodzi mianowicie o praktyczne postrzeganie – zwłaszcza księży – jako niemal „pół-bogów” czyli ludzi wręcz niezdolnych do grzechu i prawie że nieomylnych. Akcentowanie poniekąd poprawnych teologicznie stwierdzeń w rodzaju „Kapłan jako drugi Chrystus”, a także kładzenie nacisku na zasadę posłuszeństwa, które wierni świeccy winni okazywać swym duchowym pasterzom bez poczyniania ścisłych i precyzyjnych rozróżnień w tym zakresie, niestety mogło prowadzić do różnych wypaczeń. Prezbiterów oczywiście można wszak „drugimi Chrystusami” w tym sensie, iż na mocy Chrystusowego kapłaństwa sprawują oni święte sakramenty, ale to wcale nie znaczy, że w takim razie są oni bezgrzeszni i doskonali jak sam Pan nasz Jezus Chrystus. Kapłani mogą wszak wciąż poważnie grzeszyć, a nawet co jeszcze gorsze, wykorzystywać sprawowanie niektórych sakramentów do takiego grzeszenia (czego przykładem jest i było zdarzające się uwodzenie penitentek i penitentów w czasie spowiedzi). Podobnie posłuszeństwo, jakie osoby świeckie winny okazywać swym duchowym pasterzom nie ma charakteru absolutnego i bezwzględnego. Wierni świeccy, którzy nie zdają sobie sprawy z powyższych faktów i rozróżnień mogą być bardziej narażeni również na seksualne wykorzystywanie ze strony osób duchownych.

     

    Przejdźmy teraz do tych z przyczyn kryzysu moralności seksualnej duchowieństwa, które mają charakter bardziej „posoborowy” to znaczy ich korzenie tkwią w mentalności, która popularność w Kościele zaczęła zdobywać po Soborze Watykańskim II.

     

    Jednym z takich prawdopodobnych źródeł omawianego kryzysu jest myślenie przeciwstawiające okazywanie miłości bliźnim z karaniem grzechu. Widać to w popularnym i niemal odruchowym widzeniu w karach przejawu nienawiści do osoby karanej. Jest to jednak kontrastowanie czegoś, co nie powinno być w ten sposób traktowane. Karanie grzechu samo w sobie nie kłóci się wszak z miłowaniem karanej osoby, ale przeciwnie może być jednym z wyrazów takiej miłości. Jeśli intencją karania jest: 1. Poprawienie karanego; 2. Doprowadzenie do tego, żeby karany przynajmniej rzadziej popełniał złe czyny; 3. Ochrona innych osób przed złymi działaniami karanej osoby; to nie ma w takim karaniu żadnej nienawiści, ale przeciwnie jest to przejaw miłości bliźniego. Ba, jednym z tzw. grzechów cudzych jest postawa, która tradycyjna moralistyka katolicka wyraziła ujęła słowach: „Grzechu nie karać”. Echem tego nauczania jest sformułowanie wyrażone w Katechizmie Kościoła Katolickiego, gdzie jako odpowiedzialność za grzechy popełniane przez inne osoby określa się: „chronienie tych, którzy popełnili zło” (n. 1868). Pismo święte w aprobatywny sposób uczy o tym, że władze cywilne zostały ustanowione po to, by karać złoczyńców (Rz 13, 3-4; 1 P 2, 14), wskazując też na to, iż karcenie grzechów jest wyrazem Bożej miłości oraz troski (Hbr 12, 6; Ap 3, 19). Z drugiej zaś strony w Biblii w nieprzychylny sposób jest zaś pokazany przykład Heliego, który widząc poważne nieprawości swych synów ograniczał się tylko do słownego ich napominania, nie sięgając wobec nich po jakieś konkretne środki karne (1 Krl 2 – 4). Karanie grzechów jest też obowiązkiem władz kościelnych co widzimy choćby w takich fragmentach Pisma świętego jak: 2 Tm 2, 4; 1 Kor 5, 5; 2 Kor 7, 11.

     

    Kolejną z „posoborowych” przyczyn skandali seksualnych w wykonaniu osób duchownych jest najpewniej również praktyczne złagodzenie stosunku do homoseksualizmu. Owszem, niby ciągle oficjalnie mówi się o tym, iż czyny homoseksualne są „poważnie nieuporządkowane” ale gdzie podziało się tradycyjnie katolickie nauczanie zwące je jednym z „grzechów wołających o pomstę do Nieba”? Twierdzenie, iż osoby homoseksualne powinny być traktowane z szacunkiem, delikatnością oraz bez oznak „niesprawiedliwej dyskryminacji” jest samo w sobie prawidłowe, ale gdy nie rozróżnia się przy tym na czym może polegać „sprawiedliwa dyskryminacja” takich ludzi (np. na prawnym karaniu aktów sodomii) to w praktyce tak naprawdę zaciemnia się prawdę o tego rodzaju grzechach. A jeśli dodamy do tego jeszcze bezkarność jaką cieszą się choćby tacy jawnie pro-gejowscy księża jak jezuita James Martin czy też „pozamagisterialne” stwierdzenia papieża Franciszka o tym, że „grzechy nieczystości należą do najmniej poważnych grzechów” to sytuacja staje się jeszcze gorsza.

     

    Następną bardzo możliwą przyczyną kryzysu moralności seksualnej wśród księży, zakonników i zakonnic jest zanik nauczania o piekle, bojaźni Pańskiej i Bożych karach. Trzeba realistycznie zdać sobie sprawę z tego, iż mówienie o tym, że piekło jest prawdopodobnie puste albo prawie puste będzie owocować rozluźnieniem podejścia do zasad moralnych. Pismo święte mówi bowiem: Szczęśliwy mąż, który się boi Pana i wielkie upodobanie ma w Jego przykazaniach(Ps 112, 1); Korzeń mądrości to bać się Pana, a gałęzie jej – długie życie” (Syr 1, 20). Św. Alfons Liguori przestrzegał zaś, iż więcej dusz zostało nawróconych przez głoszenie prawdy o Bożej sprawiedliwości niż Bożej miłości.

     

    Kolejnym ważnym problemem z którego rodzić mogą się różne obyczajowe skandale jest pomijanie, a nawet dezawuowanie dużej części z tradycyjnych przestróg katolickich tyczących się unikania bliskich okazji do grzechu. „Przedsoborowy” Kodeks Prawa Kanonicznego z 1917 roku w mądry i realistyczny sposób zakazywał osobom duchownym uczestnictwa w zabawach tanecznych oraz bycia na widowiskach. Dziś jednak nie jest niczym niezwykłym widzieć księży, zakonników i zakonnice tańczących w mieszanych płciowo parach czy też patrzących na tego rodzaju tańce. Czy można jednak spodziewać się postępów w praktykowaniu cnoty czystości po księdzu, który obejmuje w tańcu nieskromnie odzianą niewiastę albo przynajmniej patrzy na tego rodzaju zabawy? Podobnie, nie jest obecnie czymś dziwnym słyszeć o księżach i zakonnikach uczęszczających na damsko-męskie plaże. Podobnie można by się zapytać o to, czy miejsce, gdzie pełno jest prawie nagich ludzi płci obojga jest sytuacją przyjazną cnocie czystości? A co powiedzieć o oglądaniu przez osoby duchowne różnych może nie pornograficznych, ale tym nie mniej „śliskich” filmów, gdzie nie brakuje nieprzyzwoitych dowcipów oraz scen pokazujących bezwstyd w strojach i różne grzechy nieczystości?

    Z powyższą kwestią poniekąd związany jest też powszechny wśród księży i zakonników zanik noszenia przez nich stroju duchownego. Powiedzmy sobie otwarcie, że choć „habit nie czyni zakonnika” to jednak sutanna czy zakonna suknia pozwala nie wchodzić w niejedną ryzykowną moralnie sytuację. Trudniej jest wszak wejść dajmy na to do sex schopu będąc odzianym w sutannę niż w garnitur czy dresy.

     

    Jak widać mniej lub bardziej prawdopodobne przyczyny kryzysu moralności seksualnej wśród osób duchownych są różne, a historycznie rzecz biorąc nie da się ich sprowadzić ani do „przedsoborowych” ani „posoborowych” dziejów Kościoła katolickiego. Grunt to jednak dobrze rozpoznać źródła tego kryzysu, a następnie podjąć adekwatne im środki leczenia.

     

    Nota od redakcji: Powyższy artykuł po raz pierwszy (w nieznacznie zmienionej wersji) ukazał się na łamach portalu Fronda.pl: https://www.fronda.pl/a/z-ambony-strzeleckiej-salwowskiego-przed-i-posoborowe-zrodla-skandali-seksualnych-w-kosciele,122668.html

  3. Kara śmierci dla cudzołożnych i zboczonych księży

    Leave a Comment

    Kiedy został upowszechniony jeden z mych tekstów na temat słuszności prawnej karalności niewierności małżeńskiej wiele osób błędnie interpretowało go, jako popieranie przeze mnie powszechnego karania śmiercią za ów występek. Tymczasem nie raz tłumaczyłem, iż choć nie mogę absolutnie wykluczyć zasadności nawet tak surowej sankcji, to ogólnie rzecz biorąc uważam, że powinno się stosować łagodniejsze kary za ową nieprawość (np. chłostę lub prace społeczne). Swe stanowisko w tej sprawie szerzej wyjaśniałem w poniższym artykule: https://salwowski.net/2017/03/16/czy-jestem-zwolennikiem-kary-smierci-za-cudzolostwo/

     

    O ile więc, ogólnie rzecz biorąc nie wykluczam, to jednak nie preferuję też karania śmiercią za cudzołóstwo (czyli niewierność małżeńską). Można jednak powiedzieć, iż w przypadku nielicznych przypadków tym podobnych czynów opowiadałbym się za stosowaniem tej kary. Jedną z takich okoliczności stanowią przypadki tych osób duchownych (księży i zakonników), którzy wielokrotnie dopuszczali się uwodzenia cudzych żon, homoseksualizmu bądź wykorzystywania seksualnego osób nieletnich. W takich wypadkach karę śmierci traktowałbym nie tylko jako jedną z możliwych opcji, ale nawet preferowałbym ją. Seksualne nieprawości w wykonaniu osób duchownych są bowiem obiektywie jeszcze cięższym złem niż podobne zachowania popełniane przez osoby świeckie. Ksiądz lub zakonnik powinien wszak mieć jeszcze większą świadomość obrzydliwości takich czynów aniżeli członkowie laikatu. Poza tym, osoby duchowne pełnią zawód tzw. zaufania społecznego, a co za tym idzie zgorszenie przez nie wywoływane jest o wiele bardziej niszczące w skutkach niż analogiczne zgorszenie w wykonaniu osób świeckich. A przecież jak wiemy nasz Pan Jezus Chrystus mówił o gorszycielach:

    Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza. Biada światu z powodu zgorszeń! Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie (Mt 18, 6-7).

    Warto w tym miejscu też przypomnieć, iż papież św. Pius V nakazał w stosunku do księży winnych uczynków seksualnych przeciwnych naturze (a więc m.in. sodomii) wydawanie ich w ręce władz cywilnych by te wymierzyły im przewidzianą przez prawo karę (a taką w przypadku owych nieprawości była wówczas zazwyczaj kara śmierci).

     

    Myślę więc, że pomysł karania śmiercią księży i zakonników notorycznie (w rozumieniu: kilkukrotnie) dopuszczających się aktów homoseksualizmu, uwodzenia cudzych żon oraz molestowania seksualnego osób nieletnich naprawdę nie powinien wywoływać większych kontrowersji. Można by się jeszcze spytać, a co w wypadku, gdy osoby duchowne odpowiedzialne za takie grzechy nie doczekały się za swego ziemskiego życia sprawiedliwego osądzenia swych niecnych postępków, ale te obrzydliwości zostały szerzej nagłośnione po ich śmierci? Sądzę, iż należałoby wtedy dokonać symbolicznego ukarania ich po śmierci i wzorem pobożnego króla Jozjasza wykopać kości takich osób i je spalić (vide: 2 Krl 23, 20). Ktoś może w tym wypadku zaprotestować, że przecież jednym z uczynków miłosiernych wobec ciała jest „zmarłych pogrzebać„. To prawda, jednak nie jest to zasada absolutna, a więc nie znająca żadnych wyjątków. Jest moralnie dozwolone w imię większego dobra np. dokonywać sekcji zwłok, mimo, że w pewien sposób narusza to powyższą regułę. Podobnie uważam, że przywołany wyżej biblijny przykład króla Jozjasza uzasadnia nakreślony przeze mnie sposób potraktowania zwłok pewnych nieukaranych za życia złoczyńców. Jozjasz jest bowiem ukazany na kartach Pisma św. jako król dobry, bogobojny i sprawiedliwy, a jego czyn wykopania i spalenia kości zmarłych wcześniej ludzi nie został w żadnym miejscu Biblii napiętnowany czy zganiony.

    Na sam koniec dodam i sprecyzuję, iż oczywiście nie nawołuję w tym artykule do samosądów oraz innych przestępstw (zabijania cudzołożnych i zboczonych księży lub samowolnego bezczeszczenia ich zwłok). Po prostu uważam, że władze cywilne powinny ustanawiać prawa, które w ten sposób represjonowałyby takie grzechy. Co niech da nam Bóg wszechmogący w Trójcy Jedyny oraz Pan nasz i Zbawca Jezus Chrystus, któremu niech będzie cześć, chwała i uwielbienie na wieki wieków Amen.

  4. Biskupi powinni donosić do organów ścigania na podległych sobie księży-pedofilów

    Leave a Comment

    Mimo, iż postulat zawarty w treści powyższego tytułu wydaje się aż nadmiar oczywisty, zbyt często pozostawał on martwą literą. Niestety bowiem bardzo trudno byłoby znaleźć przykłady katolickich hierarchów, którzy z własnej inicjatywy zawiadamiali by świeckie organy ścigania o przypadkach podległych im księży, co do których zachodziły uzasadnione podejrzenia, iż dopuszczali się oni czynów będących w świetle prawa przestępstwami seksualnymi (a więc głównie wykorzystywania nieletnich, ale też np. gwałtów na osobach dorosłych). Cóż z tego, że takie rozwiązanie podpowiada zdrowy rozsądek, prawo, a także elementarne poczucie przyzwoitości? Katoliccy biskupi zwykle stosowali wobec przestępców seksualnych w sutannach znacznie łagodniejsze i zwykle daleko niewystarczające sankcje w postaci przenoszenia ich z parafii na parafię, czasowego odsuwania takowych od pracy z dziećmi i młodzieżą, wysyłania na psychoterapie, etc. Szczytem surowości ze strony hierarchów było, jeśli podległy im ksiądz został wydalony z czynnej służby kapłańskiej. Słusznym więc będzie pytanie, co mogło stać za tak nieroztropną łagodnością katolickich biskupów okazywaną wobec tak odrażających postępków ich duchowych synów? Poniżej więc postaram się nieco wgłębić w możliwy sposób myślenia i uzasadniania tej łagodnej postawy, jednocześnie pokazując błędność owych usprawiedliwień.

     

    Jednym z możliwych uzasadnień nakreślonego wyżej stanu rzeczy mogło być odwołanie się do swego rodzaju ojcowsko-synowskiej relacji, jaka ma łączyć biskupa z jego księżmi. Za tym zaś prawdopodobnie szło myślenie w stylu: „Jaki to ojciec wydaje swe dzieci policji? Co innego napominać, co innego starać się poprawić swe dzieci, ale wtrącać je do więzienia? O nie, tego już by było za dużo„. Cóż, na tę obiekcję można odpowiedzieć w dwojaki sposób. A więc, biskup jest ojcem owszem dla swych księży, ale ma być takowym także dla swych „świeckich” owieczek, a więc także dla tych nieletnich, którzy byli krzywdzeni przez jego duchowych synów. A zatem powinnością biskupa było nie tyle zbytnie litowanie się nad więziennym losem swych księży, ale roztaczanie ochronnego muru wokół tych, którzy byli lub mogli być w przyszłości przez nich krzywdzeni. A prawda jest taka, że nawet najsurowsze kościelne sankcje w rodzaju suspensy, zeświecczenia danego księdza czy choćby i samej ekskomuniki zwykle nie były skuteczne jeśli chodzi o zapewnienie nieletnim ochrony przed seksualnymi drapieżcami w sutannach i koloratkach. Mówiąc wprost: jeśli dany ksiądz trafi na kilka lat do więzienia to jest niemal 100 procentowa pewność, że przez te kilka lat nie wykorzysta już seksualnie żadnego dziecka (chyba, że trafi na przepustkę lub ucieknie z zakładu karnego). Ksiądz zaś, który nawet i zostałyby zlaicyzowany, wciąż jest na wolności i wciąż może szukać sobie ofiar wśród nieletnich. Rachunek więc odnośnie tego, co bardziej chroni potencjalne ofiary przed zwyrodniałymi księżmi jest zatem bardzo prosty.

    Po drugie: nie jest prawdą, że dobry ojciec nigdy nie wtrąci swego syna do więzienia. Rozumieją to nawet ci ze „świeckich” rodziców, którym z bólem serca zdarzało się donosić na swe złe i zdemoralizowane dzieci do organów ścigania wówczas, gdy nie widzieli już realnych szans na to, by ich dzieci przestały czynić zło. Co więcej, sam Bóg wskazał nam właściwy kierunek myślenia w tych sprawach, gdy w Prawie Mojżeszowym nakazał rodzicom ciągle czyniącego rozpustę i pijaństwo syna doprowadzić do ukarania i to nie tyle więzieniem co samą śmiercią:

    Jeśli ktoś będzie miał syna nieposłusznego i krnąbrnego, nie słuchającego upomnień ojca ani matki, tak że nawet po upomnieniach jest im nieposłuszny,  ojciec i matka pochwycą go, zaprowadzą do bramy, do starszych miasta, i powiedzą starszym miasta: Oto nasz syn jest nieposłuszny i krnąbrny, nie słucha naszego upomnienia, oddaje się rozpuście i pijaństwu. Wtedy mężowie tego miasta będą kamienowali go, aż umrze. Usuniesz zło spośród siebie, a cały Izrael, słysząc o tym, ulęknie się” (Pwt 21, 18-21).

    Wiemy, że „Bóg jest miłością” (1 J 4, 8), a więc nawet powyższe surowe Boże prawo było zgodne z miłością. Skoro zatem wydanie na śmierć własnego dziecka mogło być przejawem miłości, to tym bardziej wsadzenie go do więziennej celi może być zgodne z miłością doń.

     

    Innym z możliwych uzasadnień oporów biskupów przed wydawaniem swych księży organom ścigania mogło być dość typowe dla „posoborowej” mentalności myślenie przeciwstawiające okazywanie miłości bliźnim z karaniem grzechu. Jest to jednak kontrastowanie czegoś, co nie powinno być w ten sposób traktowane. Karanie grzechu samo w sobie nie kłóci się wszak z miłowaniem karanej osoby, ale przeciwnie może być jednym z wyrazów takiej miłości. Jeśli intencją karania jest: 1. Poprawienie karanego; 2. Doprowadzenie do tego, żeby karany przynajmniej rzadziej popełniał złe czyny; 3. Ochrona innych osób przed złymi działaniami karanej osoby; to nie ma w takim karaniu żadnej nienawiści, ale przeciwnie jest to przejaw miłości bliźniego. Ba, jednym z tzw. grzechów cudzych jest postawa, która wyrażona została w słowach: „Grzechu nie karać„. Echem tego tradycyjnego nauczania jest sformułowanie ujęte w Katechizmie Kościoła Katolickiego, gdzie jako odpowiedzialność za grzechy popełniane przez inne osoby określa się: „chronienie tych, którzy popełnili zło” (n. 1868). Pismo święte w aprobatywny sposób uczy o tym, że władze cywilne zostały ustanowione po to, by karać złoczyńców (Rz 13, 3-4; 1 P 2, 14), wskazując też na to, iż karcenie grzechów jest wyrazem Bożej miłości oraz troski (Hbr 12, 6; Ap 3, 19). Z drugiej zaś strony w Biblii w nieprzychylny sposób jest zaś pokazany przykład Heliego, który widząc poważne nieprawości swych synów ograniczał się tylko do słownego ich napominania, nie sięgając wobec nich po jakieś konkretne środki karne (1 Krl 2 – 4). Karanie grzechów jest też obowiązkiem władz kościelnych co widzimy choćby w takich fragmentach Pisma świętego jak: 2 Tm 2, 4; 1 Kor 5, 5; 2 Kor 7, 11.

     

    Jeszcze inną, tym razem jednak bardziej „przedsoborową” obiekcją wobec wydawania świeckim władzom przez biskupów księży podejrzanych o seksualne przestępstwa może być odwołanie się do wielowiekowej praktyki kościelnej, która domagała się odrębnych od cywilnych sądów dla osób duchownych. Mówiąc w skrócie, od mniej więcej średniowiecza do gdzieś 18 lub 19 wieku księży winnych przestępstw zazwyczaj nie sądziły sądy świeckie, ale czyniły to specjalnie powołane do tego celu trybunały kościelne. Niektórzy uzasadnienie tej praktyki mogą widzieć nie tylko w dyscyplinarnych, ale też doktrynalnych wypowiedziach Kościoła, czego przykładem może być bulla „Unam Sanctam” papieża Bonifacego VIII, gdzie czytamy m.in.:

    Jeśli więc ziemska władza idzie złą drogą, będzie sądzona przez władzę duchowną, lecz jeśli złą drogą idzie niższa władza duchowna, przez wyższą od siebie, jeśli zaś najwyższa, przez samego Boga, nie będzie mogła być sądzona przez człowieka, ponieważ Apostoł zaświadcza: „Duchowy człowiek rozsądza wszystko, lecz sam przez nikogo nie jest sądzony” (1 Kor 2, 15).

    Na tego rodzaju zastrzeżenia można odpowiedzieć, iż w bulli „Unam Sanctam” nie musiało chodzić o to, że żaden ksiądz nigdy nie może być sądzony przez cywilne trybunały za popełniane przez siebie kryminalne przestępstwa. Sam ów dokument nie jest zbyt precyzyjny w tej kwestii i może też w nim chodzić o sytuacje, które zdarzały się w historii Kościoła, a mianowicie, gdy jakiś król widząc niegodziwość danego papieża chciał go w zbrojny sposób obalić i na jego miejsce powołać innego Biskupa Rzymu. Poza tym, takie absolutne rozumienie bulli „Unam Sanctam” nie było podzielane choćby przez papieża św. Piusa V, który duchownych winnych homoseksualnych występków nakazywał przekazywać władzom świeckim po to, by te ich osądziły i ukarały. Trzeba też wreszcie wziąć pod uwagę okoliczności historyczne kościelnej praktyki odrębnego sądzenia osób duchownych. W dawnych bowiem wiekach Kościół oprócz sankcji duchowych dysponował też całym arsenałem kar doczesnych mogąc karcić za pomocą chłosty, zakuwania w dyby, a nawet posiadając własne odrębne więzienia. Dziś jednak, władze kościelne takimi sankcjami doczesnymi już nie dysponują, więc podtrzymywanie postulatu, by powołując się na bullę Bonifacego VIII nie wsadzać do więzień księży pedofilów bądź gwałcicieli oznaczałoby, iż w sferze doczesnej mogą oni czuć się absolutnie bezkarni. Pomijając zaś już inne możliwe interpretacje bulli „Unam Sanctam” to najpewniej nie o coś takiego chodziło Bonifacemu VIII. Warto też dodać, iż św. Paweł Apostoł kiedy był ciągany przed cywilne trybunały za swe rzekome przestępstwa i przewinienia mówił: „Jeśli zawiniłem i popełniłem coś podpadającego pod karę śmierci, nie wzbraniam się umrzeć” (Dz 25, 11).

     

    Można wreszcie zapytać, czy wsadzanie księży winnych seksualnych przestępstw do więzień nie będzie dla nich tak naprawdę bardziej deprawujące? Wszak, np. w polskich więzieniach zdecydowana większość osadzonych prędzej czy później wraca do zakładów karnych, a pedofile są tam dodatkowo nieraz narażeni na wymierzoną w nich przemoc seksualną. Patrząc więc z tej perspektywy, być może niejeden biskup litował się nad swym duchowym synem myśląc, iż skoro prawdopodobnie więzienie i tak nie poprawi jego podwładnego, to może lepiej jest sięgnąć po łagodniejsze sankcje?

    Na ten zarzut można odpowiedzieć w następujący sposób. Otóż, prawdą jest, że zwykle więzienia są mniej lub bardziej ryzykowne dla moralnego rozwoju osadzonych w nich osób. Skoncentrowanie w jednym miejscu osób o podobnych złych skłonnościach sprzyja bowiem umacnianiu w nich owych nieprawych tendencji. Dlatego też trzeba myśleć nad tym, jak ograniczyć wskazane wyżej niebezpieczeństwo systemu więziennego np. poprzez przywrócenie kar w rodzaju chłosty, dawanie więźniom pracy oraz maksymalne izolowanie ich od siebie. Mimo jednak wszystkich braków kary pozbawienia wolności nie jest ona sama w sobie zła i niemoralna, dlatego może i powinna być orzekana wobec niebezpiecznych dla społeczeństwa jednostek. Poza tym, o ile pobyt w więzieniu owszem często demoralizuje, to bezkarność deprawuje jeszcze bardziej (podobnie jak bardzo łagodne karanie za ciężkie występki). Co do zaś przemocy seksualnej na jaką w więzieniach narażeni są pedofile i gwałciciele to owszem jest to praktyka jako taka naganna, haniebna i niemoralna. Nawet jeśli jest ona jednak częstym zjawiskiem to nie przynależy do istoty kary pozbawienia wolności. Przemoc seksualna jest tolerowanym, ale ubocznym i nielegalnym skutkiem pobytu w więzieniu. Należy zwalczać ten haniebny zwyczaj, jednak nawet jeśli nie da się go zwalczyć, to i tak nie zmienia to faktu, że wsadzanie seksualnych przestępców do więzień jest jako takie czymś dobrym. W wyjaśnieniu tego sposobu myślenia przychodzi nam zasada tzw. podwójnego skutku. Zasada ta mianowicie mówi nam, że dla ważnych przyczyn jest moralnie dozwolone popełnienie jakiegoś dobrego lub przynajmniej obojętnie moralnego czynu, nawet jeśli zdajemy sobie sprawę z tego, iż dalsze jego następstwa będą złe. Przykładowo, strzelanie z karabinu w głowę kobiety w ciąży, która chce detonować bombę w przedszkolu jest moralnie dobre mimo, iż przewidywanym ale niezamierzonym efektem tego dobrego działania będzie śmierć jej niewinnego, nienarodzonego dziecięcia. Co innego, gdyby ktoś wpadł na pomysł wzięcia jako zakładnika powiedzmy, że innego narodzonego już dziecka takiej kobiety i byłby gotowy je zabić w wypadku, gdyby ta niewiasta nie odstąpiła od swego planu detonacji bomby w przedszkolu. Takie działanie byłoby absolutnie niedopuszczalne, nawet jeśli miałoby na celu realizację większego dobra, jakim byłoby ocalenie od śmierci większej ilości niewinnych dzieci. Jednak wsadzanie ludzi do więzień zdecydowanie mieści się w tym pierwszym, a nie drugim scenariuszu. A więc, kara więzienia nie jest jako taka zła, choć wiemy, że w praktyce wiąże się ona z dość dużym ryzykiem tak dalszej demoralizacji osadzonych, jak i występowania pośród nich różnych haniebnych nadużyć (np. przemocy seksualnej czynionej wobec pedofilów). Dla większego dobra społeczności czynimy więc to, co jako takie nie jest złe – czyli wsadzamy do cel więziennych niebezpieczne jednostki – a przewidujemy mogące z tego wyniknąć złe skutki – czyli seksualną przemoc, itp.

     

    Nie ma zatem dobrych powodów, by biskupi nie donosili na swych księży do organów ścigania. Przeciwnie jest to ich obowiązek wynikający tak ze zdrowego rozsądku, obowiązującego w wielu krajach prawa, jak i elementarnego poczucia przyzwoitości oraz moralności. Jak smutne jest to, że biskupi nie wydając swych podwładnych policji, sądom i prokuraturze częściej stawali się tymi, którzy chronili wilki zamiast bronić owce przed wilkami.