Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: nauczanie Jana Pawła II

  1. Czy Jan Paweł II nauczał, iż wolno jest kłamać w obronie przed niesprawiedliwą agresją?

    Możliwość komentowania Czy Jan Paweł II nauczał, iż wolno jest kłamać w obronie przed niesprawiedliwą agresją? została wyłączona

    Jako że przy różnych okazjach bronię tradycyjnego nauczania Kościoła o tym, iż kłamstwo jest zawsze i wszędzie moralnie niedozwolone, od czasu do czasu zdarza mi się w kontrze do tego usłyszeć twierdzenie, jakoby papież Jan Paweł II miał twierdzić na ten temat coś innego. Mianowicie niektóre osoby utrzymują, iż tenże Biskup Rzymu nauczał, że moralnie dozwolone jest kłamać w pewnych ekstremalnych sytuacjach, a więc np. w obronie przed niesprawiedliwą agresją. W tym mym artykule zamierzam dowieść, że nie jest prawdą to twierdzenie na temat rzekomych wypowiedzi Jana Pawła II na ów temat, i tak naprawdę formuła w rodzaju „Wolno kłamać w sytuacjach ekstremalnych” nigdy nie została przez tego papieża wypowiedziana.

    ***

    Zacznijmy od tych wypowiedzi magisterialnych, które nastąpiły za pontyfikatu Jana Pawła II, a przytaczane są często na rzecz tezy, jakoby tenże papież zaaprobował mówienie kłamstwa w pewnych ekstremalnych sytuacjach.

    A więc przytacza się w tym kontekście punkty numer 2488 oraz 2489 Katechizmu Kościoła Katolickiego, gdzie czytamy:

    2488 Prawo do ujawniania prawdy nie jest bezwarunkowe. Każdy powinien dostosowywać swoje życie do ewangelicznej zasady miłości braterskiej. W konkretnych sytuacjach wymaga ona rozstrzygnięcia, czy należy ujawniać prawdę temu, kto jej żąda, czy nie.

    2489 Miłość i poszanowanie prawdy powinny kierować odpowiedzią na każdą prośbę o informację lub ujawnienie prawdy. Dobro i bezpieczeństwo drugiego człowieka, poszanowanie życia prywatnego, dobro wspólne są wystarczającymi powodami do przemilczenia tego, co nie powinno być znane, lub do dyskrecji. Obowiązek unikania zgorszenia nakazuje często ścisłą dyskrecję. Nikt nie jest zobowiązany do ujawniania prawdy temu, kto nie ma prawa jej znać.

    Jeśli jednak nieco uważniej przeczytamy te fragmenty Katechizmu Jana Pawła II, to widzimy, że nie ma w nich tego, co chcieliby w nich widzieć zwolennicy omawianej tezy. Jest w nich mowa o czymś zupełnie innym od kłamstwa, a mianowicie o tym, iż w pewnych sytuacjach nie należy ujawniać prawdy i że wówczas należy zachować milczenie i dyskrecję. Nie ma tam jednak ani słowa o tym, że w celu ochrony pewnych informacji ma się moralne prawo kłamać.

    Drugim z fragmentów zaaprobowanego przez Jana Pawła II Katechizmu jest obowiązująca w latach 1992 – 1998 wersja punktu 2483 tego dokumentu, w której wówczas można było przeczytać:

    Kłamstwo jest najbardziej bezpośrednim wykroczeniem przeciw prawdzie. Kłamać oznacza mówić lub działać przeciw prawdzie, by wprowadzić w błąd tego, kto ma prawo ją znać. Raniąc związek człowieka z prawdą i bliźnim, kłamstwo narusza podstawowy związek człowieka i jego słowa z Panem.

    I w tym jednak wypadku nie mamy do czynienia ze stwierdzeniem w rodzaju: Istnieje moralne prawo do okłamania tego, kto nie ma prawa znać prawdy. Ta sprawa jest postawiona jak już to na odwrót, gdyż użyty tam zwrot: Kłamać oznacza mówić lub działać przeciw prawdzie, by wprowadzić w błąd tego, kto ma prawo ją znać, sugeruje właśnie odmienne postawienie sprawy, a więc: „Nie jest kłamstwem wprowadzenie w błąd tego, kto nie ma prawa znać prawdy„. Ktoś może powie, że w praktyce wychodzi na jedno i to samo, nie mniej jednak formuła typu „W ekstremalnych sytuacjach wolno jest kłamać” i tym razem nie padła.

    Warto jednak zauważyć, że wspomniany wyżej punkt numer 2483 Katechizmu Jana Pawła II w przytoczonej przeze mnie wersji przetrwał tam jedynie 6 lat, gdyż w 1998 roku Kongregacja Nauki Wiary wykreśliła zeń słowa: „tego, kto ma prawo ją znać„. Kluczowy zatem, bo definiujący czym jest kłamstwo fragment Katechizmu, nie zawiera już tego dopowiedzenia i aktualnie brzmi:

    Kłamać oznacza mówić lub działać przeciw prawdzie, by wprowadzić w błąd.

    Gwoli ścisłości pragnę zaznaczyć, iż nie sugeruję powyżej, że w takim razie definicja kłamstwa uwzględniająca okoliczność posiadania bądź nieposiadania prawa do prawdziwej informacji została potępiona czy zakazana katolikom, ale po prostu zgodnie ze stanem faktycznym nie ma już takiej definicji w oficjalnym nauczaniu Kościoła. Osobiście myślę, że jest to wciąż kwestia otwarta i być może w przyszłości pojawią się jakieś deklaracje ze strony Magisterium bardziej uściślające i precyzujące definicję kłamstwa w tym względzie.

    ***

    Co ciekawe, o ile obrońcy moralnego prawa do kłamania w ekstremalnych sytuacjach doszukują się w nauczaniu Jana Pawła II stwierdzeń, których tam nie ma, wydają się oni nie widzieć słów i formuł, które rzeczywiście tam są. Chodzi mi mianowicie o te fragmenty Katechizmu Jana Pawła II, które co najmniej sugerują, że kłamstwo należy do czynów wewnętrznie nieuporządkowanych, a więc takich, które są zawsze i wszędzie moralnie niedozwolone.

    I tak punkty numer 1753, 1756 oraz 1759 tego Katechizmu uczą następujących zasad:

    Dobra intencja (np. pomoc bliźniemu) nie czyni ani dobrym, ani słusznym zachowania, które samo w sobie jest nieuporządkowane (jak kłamstwo czy oszczerstwo). Cel nie uświęca środków. Nie można więc usprawiedliwić skazania niewinnego jako uprawnionego środka dla ratowania narodu. Przeciwnie, dodatkowa zła intencja (jak próżna chwała) czyni złym czyn, który sam z siebie może być dobry (np. jałmużna).  (Punkt 1753).

    Błędna jest więc ocena moralności czynów ludzkich, biorąca pod uwagę tylko intencję, która je inspiruje, lub okoliczności (środowisko, presja społeczna, przymus lub konieczność działania itd.) stanowiące ich tło. Istnieją czyny, które z siebie i w sobie, niezależnie od okoliczności i intencji, są zawsze bezwzględnie niedozwolone ze względu na ich przedmiot, jak bluźnierstwo i krzywoprzysięstwo, zabójstwo i cudzołóstwo. Niedopuszczalne jest czynienie zła, by wynikło z niego dobro. (Punkt 1756)

    „Nie można usprawiedliwić złego działania podjętego w dobrej intencji”. Cel nie uświęca środków. (Punkt 1759)

    Co więc widzimy w tych fragmentach Katechizmu Jana Pawła II? Ano, jest tam streszczone tradycyjne nauczanie Kościoła o istnieniu czynów wewnętrznie złych, których nie ma się moralnego prawa czynić nigdy i nigdzie. Kłamstwo zaś jest tam zaliczone wprost do zachowania, które „samo w sobie jest nieuporządkowane” i którego nie czyni ani dobrym, ani słusznym „dobra intencja” (np. pomoc bliźniemu).

    Z kolei, w punkcie numer 2485 wspomnianego Katechizmu naucza się, że:

    Kłamstwo jest ze swej natury godne potępienia. (…)

    Formuły mówiące o tym, że coś jest „samo w sobie nieuporządkowane” i „ze swej natury godne potępienia” są zaś właśnie językiem bardzo, ale to bardzo podobnym do tego, które Magisterium Kościoła używa do określania czynów zawsze i wszędzie niedozwolonych (a więc np. „wewnętrznie złe”, „złe ze swej natury”, „złe w swej istocie”, „złe same w sobie” – por. Jan Paweł II, encyklika „Veritatis splendor”, n. 52, 76, 80 – 81, 91 – 93, 96, 102, 115).

    ***

    Podsumowując:

    (i) Jan Paweł II nigdy nie nauczał, że kłamstwo może być dozwolone w ekstremalnych sytuacjach.

    (ii) W Katechizmie Jana Pawła II w latach 1992 – 1998 znajdowała się definicja kłamstwa, pozwalająca domniemywać, iż zgodnie z nią nie jest kłamstwem wprowadzenie w błąd tego, kto nie ma prawa znać danej informacji. Jednakże i ona została skorygowana i zmieniona na bardziej „rygorystyczną” definicję kłamstwa.

    (iii) Różne fragmenty Katechizmu Jana Pawła II używają wobec grzechu kłamstwa języka i sformułowań wskazujących na to, iż czyn ten zalicza się do zachowań zawsze i wszędzie niedozwolonych.

    Mirosław Salwowski

  2. Czy dokonanie apostazji w obawie przed śmiercią może skutkować zaciągnięciem winy grzechu śmiertelnego?

    Możliwość komentowania Czy dokonanie apostazji w obawie przed śmiercią może skutkować zaciągnięciem winy grzechu śmiertelnego? została wyłączona

    Spotkałem się ostatnio z poglądem sugerującym, iż należy z samej zasady założyć, że chrześcijanie, którzy z obawy przed śmiercią i/lub torturami dopuścili się apostazji oraz/lub bałwochwalstwa na pewno nie ściągnęli w ten sposób na swe sumienia winy grzechu śmiertelnego. Zwolennicy tej opinii próbują ją poprzeć wskazując na nauczanie katolickie, wedle którego do zaistnienia winy grzechu ciężkiego oprócz poważnej materii danego zachowania (a taką jest np. apostazja i bałwochwalstwo) potrzebna jest jeszcze pełna świadomość jego zła, a także – co najważniejsze w tym kontekście – jego całkowita dobrowolność. Chrześcijanie, których nakłaniano do popełnienia apostazji bądź bałwochwalstwa za pomocą tortur i gróźb śmierci, w przypadkach ulegania takiej presji, nie czynili tego zatem w dobrowolny lub przynajmniej w pełni dobrowolny sposób, a zatem z pewnością nie należy podejrzewać, iż którykolwiek z takowych chrześcijan zaciągnął na swe sumienie winę grzechu ciężkiego. Innymi słowy: to prawda, iż materia tych grzechów jest ciężka, a nawet, że są one zawsze niedozwolone; jednakże wspomniany wyżej rodzaj ekstremalnych okoliczności w niejako samoistny sposób sprawia, że do zaistnienia ciężkiej winy brakuje im pełnej dobrowolności.

    W niniejszym artykule zamierzam wykazać błędność powyżej nakreślonej opinii, jednocześnie wskazując, iż obawa przed śmiercią i/lub torturami może, lecz nie musi ograniczać dobrowolność podejmowanych przez nas decyzji. Innymi słowy, nie jest tak, że w każdym przypadku wymuszanej w powyższy sposób apostazji i/lub bałwochwalstwa należy w niejako automatyczny sposób zakładać, iż nie doszło wówczas do zaciągnięcia na swe sumienie winy grzechu ciężkiego. Jeśli już to, rozsądniej jest domniemywać, iż czasami rzeczywiście takowa wina zaistniała, a czasami nie zaistniała (w zależności od innych czynników).

    ***

    Zacznijmy od tego, iż sam nasz Pan i Zbawca Jezus Chrystus przynajmniej sugeruje, że mogą zachodzić sytuacje, w których zaparcie się – Go, nawet jeśli uczynione w ekstremalnych okolicznościach – może wiązać się z realną groźbą wiecznego potępienia (czyli innymi słowy: zaciągnięciem winy grzechu śmiertelnego). Pan Jezus mówił wszak następujące słowa:

    Miejcie się na baczności przed ludźmi! Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować.  Nawet przed namiestników i królów będą was wodzić z mego powodu, na świadectwo im i poganom. Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić,  gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was.  Brat wyda brata na śmierć i ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przyprawią. Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. Gdy was prześladować będą w tym mieście, uciekajcie do innego. Zaprawdę, powiadam wam: Nie zdążycie obejść miast Izraela, nim przyjdzie Syn Człowieczy.

    Uczeń nie przewyższa nauczyciela ani sługa swego pana. Wystarczy, jeśli uczeń będzie jak jego nauczyciel, a sługa jak pan jego. Jeśli pana domu przezwali Belzebubem, o ileż bardziej jego domowników tak nazwą. Więc się ich nie bójcie! Nie ma bowiem nic zakrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć. Co mówię wam w ciemności, powtarzajcie na świetle, a co słyszycie na ucho, rozgłaszajcie na dachach! Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle.  Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież żaden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię.  U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli.
    Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie.  Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie.
    (Mateusz 10, 17-33).

    Nasz Pan i Zbawca Jezus Chrystus mówił więc wyraźnie w kontekście zapowiadanych przez Siebie krwawych prześladowań wymierzonych w Jego uczniów i naśladowców, iż „ten kto wytrwa do końca będzie zbawiony” (Mt 10: 21 – 22); i że nie należy bać się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą, ale należy bać się Tego, który ciało i duszę może wtrącić do piekła (Mt 10: 28), a także że tego, kto wyprze się przed ludźmi Jego imienia, tego On wyprze się przed Ojcem w dniu Sądu (Mateusz 10: 32 -33). A zatem z tych słów wynika, iż możemy być wieczni potępieni, nawet jeśli wyrzekniemy się wiary w Jezusa w wyniku krwawych prześladowań. Gdyby więc w sposób automatyczny obawa ciężkich cierpień miała zwalniać od winy grzechu śmiertelnego, powyższe nauczanie Chrystusa nie miałoby żadnego sensu.

    Także w opisach śmierci męczenników nie jest zbyt trudno odnaleźć wiarę w to, iż dopuszczenie się pod wpływem groźby tortur i/lub śmierci apostazji oraz/lub czczenia bożków mogłoby skutkować wiecznym potępieniem (czyli winą grzechu ciężkiego). W żywocie św. Juliana i jego towarzyszy czytamy wszak, iż tenże chrześcijański męczennik skłaniany groźbami śmierci do bałwochwalstwa odrzekł:

    My raczej jesteśmy gotowi przyjąć śmierć doczesną, abyśmy żyli na wieki, niż żyć w tym świecie, aby być oddanymi na wieczne męki. (Cytat za: „Zawsze Wierni. Prawdzie Katolickiej – Prawdzie jedynej”, nr 35/2000, „Skarbiec Pisma świętego: Piekło”).

    Również stałe nauczanie Kościoła nie wydaje się potwierdzać tezy o automatycznym zwalnianiu chrześcijan dopuszczających się wymienianych wyżej nieprawości z winy grzechu ciężkiego, jeśli tylko takowych dopuszczali się oni w ekstremalnych okolicznościach.

    Przykładowo, św. Tomasz z Akwinu pisze:

    Jeśli ktoś przez bojaźń, unikając niebezpieczeństwa śmierci lub jakiegobądź innego doczesnego zła, tak usposobiony jest, że dopuści się czegoś zakazanego lub zaniedba czegoś co prawem Boskim nakazane, taka bojaźń jest grzechem śmiertelnym” (patrz: Suma part. 2.2, quest 125 art.).

    Papież Pius XII w swym przemówieniu z dnia 18 kwietnia 1952 roku poświęconym błędom etyki sytuacyjnej mówił zaś:

    Fundamentalne obowiązki prawa moralnego opierają się na istocie i naturze człowieka, na jego podstawowych relacjach I dlatego obowiązują w przypadku każdego człowieka. Fundamentalne obowiązki prawa chrześcijańskiego w stopniu, w którym są one nadrzędne wobec prawa naturalnego, opierają się na istocie nadprzyrodzonego porządku ustanowionego przez Boskiego Zbawiciela. Z zasadniczych relacji między człowiekiem a Bogiem, człowiekiem a człowiekiem, mężem a żoną, rodzicami a dziećmi z zasadniczej wspólnoty relacji typowych dla rodziny, w Kościele i w Państwie wynika między innymi, że nienawiść do Boga, bluźnierstwo, bałwochwalstwo, porzucanie prawdziwej wiary, wyparcie się wiary, krzywoprzysięstwo, morderstwo, dawanie fałszywego świadectwa, oszczerstwo, cudzołóstwo i nierząd, przemoc małżeńska, samogwałt, kradzież i rabunek, odbieranie rzeczy niezbędnych do przeżycia, pozbawianie pracowników ich sprawiedliwej zapłaty (Jk 5,4), monopolizacja podstawowego pożywienia, niesprawiedliwe podwyżki cen, nieuczciwe bankructwo, niesprawiedliwe manewry spekulacyjne – wszystko to jest surowo zabronione przez Boskiego Prawodawcę. Nie są tu konieczne żadne badania. Niezależnie od sytuacji danej osoby, nie ma ona żadnego innego wyboru, jak tylko zachować posłuszeństwo (…) Chrześcijanin nie może być nieświadomy faktu, że musi poświęcić wszystko, nawet własne życie, aby ocalić swoją duszę. Przypominają nam o tym wszyscy męczennicy. Męczenników jest bardzo wielu, również w naszych czasach. Matki Machabeuszy wraz ze swoimi synami święte Perpetua i Felicyta, wraz z ich nowo narodzonymi dziećmi; Maria Goretti i tysiące innych mężczyzn i kobiet, których czci Kościół – czy w obliczu sytuacji, w której się znaleźli, bezsensownie lub wręcz błędnie zaryzykowali krwawą śmierć? Nie, z pewnością nie, a w swojej krwi są oni najbardziej ewidentnymi świadkami prawdy przeciwko nowej moralności”.

    Zauważmy, że Pius XII nie stwierdza powyżej tylko, iż pewne zachowania są zawsze niedozwolone. Papież ten uczy też w kontekście postawy męczenników, że powinniśmy być świadomi, iż musimy „poświęcić wszystko, nawet własne życie, aby ocalić swoją duszę”. A zatem sugeruje, iż groźba wiecznego potępienia jest, albo przynajmniej może być realna nawet w sytuacji, gdy jakiegoś zakazanego przez Boga czynu dopuścimy się z obawy przed śmiercią.

    Z kolei papież Jan Paweł II w encyklice „Veritatis splendor” nauczał:


    Kościół ukazuje wiernym przykłady licznych świętych (…), którzy głosili i bronili prawdę moralną aż do męczeństwa, albo woleli umrzeć, niż popełnić choćby jeden grzech śmiertelny. Wyniósł ich do chwały ołtarzy , to znaczy kanonizował ich świadectwo i publicznie uznał za słuszne ich przekonanie, że miłość Boga każe bezwarunkowo przestrzegać Jego przykazań nawet w najtrudniejszych okolicznościach i nie pozwala ich łamać nawet dla ratowania własnego życia (…). W męczeństwie, jako potwierdzeniu nienaruszalności porządku moralnego, jaśnieje świętość prawa Bożego, a zarazem nietykalność osobowej godności człowieka, stworzonego na obraz i podobieństwo Boga. Godności tej nie wolno nigdy zbrukać ani działać wbrew niej, nawet w dobrej intencji i niezależnie od trudności. (…) Męczeństwo odrzuca jako złudne i fałszywe wszelkie ludzkie tłumaczenia, jakimi usiłowałoby się usprawiedliwić – nawet w wyjątkowych okolicznościach – akty moralnie złe ze swej istoty” („Veritatis splendor”, n. 91).

    I tym razem warto zauważyć, że Jan Paweł II nauczał o świętych męczennikach, iż „woleli umrzeć niż popełnić choćby jeden grzech śmiertelny”. Gdyby rację mieli ci, którzy zakładają w ekstremalnych okolicznościach automatyczne zwolnienie z winy grzechu ciężkiego, to papież ten powinien napisać raczej, że męczennicy „woleli umrzeć niż popełnić choćby jeden grzech powszedni”.

    ***
    Wszystko powyższe nie musi jednak oznaczać tego, iż chrześcijanie, którzy w ekstremalnych okolicznościach wyrzekali się wiary w Jezusa i/lub czcili bożki, zawsze ściągali na swe sumienie winę grzechu ciężkiego. Strach przed wielkim cierpieniem może bowiem, ale nie musi obniżać stopień dobrowolności naszych czynów. Błąd omawianej przeze mnie opinii polega jednak nie na twierdzeniu, że taki strach może łagodzić winę sprawcy – z czymś się całkowicie zgadzam. Ten błąd zasadza się na twierdzeniu, a przynajmniej sugestii, iż ów strach zawsze i niejako z samej zasady taką winę łagodzi. Zwolennicy takiego poglądu nie mogą się w tej kwestii powoływać na punkt 1754 Katechizmu Jana Pawła II, gdyż w tym ustępie naucza się, że takie okoliczności jak działanie ze strachu przed śmierci „mogą” zmniejszyć odpowiedzialność sprawcy. Mogą więc, co nie znaczy, że muszą. I to jest kwestia bardziej indywidualna. U jednego człowieka ciężki strach rzeczywiście może ograniczać dobrowolność jego działań, a u innego nie musi. Czym innym wszak jest np. strach przed wielkim cierpieniem u 12-letniej dziewczynki wychowanej w patologicznym domu i środowisku, a jeszcze coś innego stanowi obawa przed śmiercią i torturami występująca u 80-letniego starca, który w swym życiu wiele razy w sposób namacalny doświadczył Bożego działania i opieki, a być może nawet widział na własne oczy rzeczy, które można by nazwać cudami.

    ***

    Zamiast więc mówić, że wszyscy ludzie dokonujący takich grzechów z pewnością nie zaciągają na swe sumienia ciężką winę, rozsądniej jest twierdzić, iż to zależy od indywidualnych uwarunkowań danego człowieka, a zatem, praktycznie rzecz biorąc, prawdopodobnie część grzeszących w ten sposób osób popełniła grzech ciężki w pełnym tego słowa znaczeniu, a jeszcze inni, choć dopuścili się czynu będącego w swej materii ciężką nieprawością, na swe sumienia ściągnęli jedynie lekką winę. My ludzie nie mamy jednak doskonałego wglądu w sumienia innych osób, by móc w bezbłędny sposób ocenić, czy i w jakim stopniu poziom świadomości oraz dobrowolności danego człowieka był na tyle ograniczony, aby powiedzieć, czy w danym przypadku zaistniała wina grzechu ciężkiego czy powszedniego. Możemy owszem, pewne rzeczy tu podejrzewać i uważać za mniej lub bardziej prawdopodobne, a nawet dla dobra ogółu na płaszczyźnie zewnętrznej przyjmować domniemanie zaistnienia u kogoś ciężkiej winy (stąd np. zakaz dopuszczania do Komunii świętej pewnych kategorii osób), ale absolutnej pewności jako ludzie w tej sprawie nie możemy mieć.

    Nasza ludzka niemożność wydawania absolutnych sądów co do zaistnienia w przypadku danego człowieka winy grzechu ciężkiego bądź powszedniego nie powinna jednak nas skłaniać do pozytywnego nauczania czy też ogólnego domniemania, iż z pewnością albo przynajmniej dużym prawdopodobieństwem popełnianie ze strachu przed śmiercią lub innym wielkim cierpieniem tych czy innych obiektywnie ciężkich nieprawości będzie skutkowało tylko lekką winą. Tak jak już bowiem to zostało wyżej nadmienione, ta rzeczywistość jest przed nami zakryta i trudno jest tu wyrokować w jedną czy drugą stronę. Może tak być, że np. 99 procent z ludzi dopuszczających się takich czynów w ekstremalnych okolicznościach nie zaciągało przed Bogiem ciężkiej winy z ich powodu, ale wszak może być też zupełnie inaczej, a więc, że dajmy na to, 50 procent z nich takową ciężką winę na swe sumienie z ich powodu brało. My, jako ludzie nie mamy odpowiednich zdolności by to ocenić, a więc powinniśmy bardziej skupiać się na obiektywnej stronie tego problemu, czyli, iż pewne zachowania są zawsze niedozwolone, nigdy nie podobają się one Bogu i że wiąże się z nimi ryzyko wiecznego potępienia. Warto zresztą dodać, iż, praktycznie rzecz biorąc, pozytywne nauczanie bądź zakładanie ogólnego domniemania o braku ciężkiej winy we wspomnianych wyżej okolicznościach może w łatwy sposób zniechęcać chrześcijan do naśladowania przykładu świętych męczenników, a tym na pewno nie powinno nam zależeć.

    ***

    Podsumowując główne punkty problematyki ujętej w tym artykule:

    1. Apostazja i/lub bałwochwalstwo – również ta pod przymusem – są wewnętrznie złe.
    2. W związku z tym, że są one wewnętrznie złe, są też zawsze zakazane.
    3. Materia apostazji i/lub bałwochwalstwa jest ciężka i poważna.
    4. Dokonanie apostazji i/lub bałwochwalstwa pod przymusem stwarza obiektywnie rzecz biorąc ryzyko wiecznego potępienia, ale, jako że my ludzie nie mamy doskonałego wglądu w takie rzeczy jak poziom świadomości czy wewnętrznej swobody danego człowieka, to nie możemy z większą dozą pewności stwierdzić, iż dany człowiek, który umarł bez żadnych zewnętrznych oznak skruchy za popełnienie takowych nieprawości, umarł tym samym w stanie zaciągniętego na swe sumienie grzechu ciężkiego.
    5. Niepewność wynikająca z punktu nr 4 nie powinna nikogo skłaniać do nauczania, iż apostazja i/lub bałwochwalstwo są w pewnych okolicznościach dozwolone, albo też że z samej zasady można domniemywać, iż ogół osób je dokonując nie zaciąga na swe sumienie grzechu ciężkiego.

    Mirosław Salwowski

  3. Błędy i dwuznaczności ks. Szymona Bańki (FSSPX) odnośnie aborcji, cz. II

    Leave a Comment

    W pierwszej części tego artykułu omówiłem błędy i dwuznaczności, których w jednym z programów na kanale „Media Narodowe” dopuścili się ks. Szymon Bańka i redaktor Michał Murgrabia. Chodziło konkretnie o sugestię, jakoby istniał jeden wyjątek od kategorycznego zakazu zabijania nienarodzonych dzieci i że tym wyjątkiem miałyby być sytuacja ratowania życia matki. W tej części przyjrzę się zaś twierdzeniu ks. Bańki o tym, jakoby popieranie aborcji zasługiwało co prawda na miano grzechu i błędu, jednak raczej nie stanowiłoby herezji. W wywiadzie, jaki ks. Szymon Bańka udzielił redaktorowi Murgrabiemu, słyszymy wszak co następuje:

    Michał Murgrabia: Czy akceptacja aborcji jest grzechem czy herezją?

    Ks. Szymon Bańka: Hm, pytanie jest dosyć trudne. To znaczy, akceptacja aborcji jest przede wszystkim błędem, błędem dotyczącym moralności. To w pierwszej linii. Błędem, który może mieć bardzo poważne konsekwencje. Człowiek, który ma błędne przekonanie o tym co jest dopuszczalne, a co nie, bardzo łatwo wpada w grzechy, bardzo łatwo naraża swoje życie wieczne na zagrożenie, na utratę łaski i wieczne potępienie. Jeśli pytamy o to, czy to jest grzech, czy to jest herezja? Negowanie takiej prawdy moralnej – jeśli ta osoba już wie, że Kościół tak naucza i że Kościół tu naucza bardzo mocno, znaczy się z wielkim autorytetem – to wtedy, jako wierny katolik ma obowiązek się poddać. Także na pewno mielibyśmy tutaj do czynienia z grzechem, jeśli uporczywie sprzeciwia się nauce Kościoła w tak newralgicznym punkcie, gdzie Kościół mówi, że coś jest grzechem ciężkim, a coś nie jest. Także, taka świadoma i dobrowolna negacja pomimo ostrzeżenia ze strony Kościoła: uwaga, tutaj koniecznie trzeba, tego, w ten sposób patrzeć na tą sprawę, na pewno będzie grzechem, na pewno będzie grzechem ciężkim. No, nie jest, wydaje mi się, że nie jest to herezja, dlatego, że nie jest to zanegowanie bezpośrednio jakiegoś dogmatu wiary. Jest to kwestia moralna, nie dotycząca bezpośrednio jakiejś prawdy wiary. (Na podstawie: https://www.youtube.com/watch?v=7gjZV6pSwBg , minuty 8. 19 – 9. 59).

    Co jest, a co nie jest herezją?

    Jak można skomentować powyższe słowa? Cóż, zacznijmy od tego, iż należy odróżnić samo czynienie aborcji od jej popierania w sensie intelektualnym. Oczywiście, jeśli ktoś tylko czyni tzw. aborcję i nawet sam jej nie żałuje, ale nie twierdzi przy tym, że takowy grzech jest dobry, dozwolony moralnie albo usprawiedliwiony, to oczywiście żadnej herezji czy błędu doktrynalnego się w ten sposób nie dopuszcza. Rzecz jasna popełnia w ten sposób coś, co jest bardzo obrzydliwe Panu Bogu i jeśli nie będzie za ową zbrodnię szczerze żałować, to jeśli umrze w tym stanie i – zakładając, że ów grzech był czyniony w pełni dobrowolny i świadomy sposób – niechybnie pójdzie na wieczną mękę wraz z szatanem, diabłami oraz innymi potępionymi. W przypadku potępionych katolików ta męka w piekle będzie prawdopodobnie znacznie cięższa niż kary piekielne wymierzane niekatolikom i niechrześcijanom, gdyż grzechy ciężkie popełniane przez katolików mają jeszcze większy ciężar niż takowe czynione przez niekatolików oraz niechrześcijan. A to dlatego, że katolicy mieli większy dostęp do skarbnicy Bożych łask niż niechrześcijanie. Katolicy, którzy czynili aborcję, nie żałując za nią, lecz nie zaprzeczając w swych umysłach, iż jest ona czymś bardzo złym, nie dopuścili się jednak herezji i jeśli będą wiecznie potępieni, to nie będą tam cierpieć w piekle jako heretycy.

    Powyższe podejście do zabijania nienarodzonych dzieci różni się jednak od sytuacji, w której ktoś nie tylko to czyni, ale też utrzymuje – wbrew powszechnemu i odwiecznemu nauczaniu Kościoła – że coś takiego może być dobre, usprawiedliwione lub moralnie dozwolone. Wówczas to, istotnie należy zastanowić się, czy mamy do czynienia nie tylko z utrzymywaniem przez takie osoby czegoś, co zwie się „błędem doktrynalnym”, ale również, czy nie jest to po prostu herezją? Popieranie na płaszczyźnie intelektualnej grzechu aborcji już na pierwszy rzut oka wydaje się spełniać większą część z tego, co przynależy do definicji „herezji”. Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie 2089 cytując kanon 751 Kodeksu Prawa Kanonicznego, mówiąc o różnych rodzajach grzechów przeciw wierze i jedności Kościoła, stwierdza:

    Herezją nazywa się uporczywe, po przyjęciu chrztu, zaprzeczanie jakiejś prawdzie, w którą należy wierzyć wiarą Boską i katolicką, albo uporczywe powątpiewanie o niej (…)” [2].

    Sobór Watykański I deklaruje zaś, iż:

    wiarą boską i katolicką należy wierzyć w to wszystko, co zawiera się w słowie Bożym spisanym lub przekazanym, i jest do wierzenia przedkładane przez Kościół – albo uroczystym orzeczeniem, albo zwyczajnym i powszechnym nauczaniem – jako objawione przez Boga (Patrz: „Konstytucja dogmatyczna o wierze katolickiej”, Rozdział III, p. 34) .

    Herezją jest zatem uporczywe kwestionowanie tych prawd, które:

    – zostały przez Boga objawione w Piśmie świętym lub ustnym podaniu przekazanym przez apostołów.

    – są podawane przez Kościół jako objawione przez Boga albo przez uroczyste orzeczenie (czyli definicję dogmatyczną) albo przez zwyczajne i powszechne nauczanie (czyli jednomyślne nauczanie wszystkich biskupów w łączności z Papieżem).

    Prawda o moralnym zakazie aborcji wydaje się spełniać te kryteria, gdyż:

    Po pierwsze: została przez Boga objawiona co prawda nie bezpośrednio w Piśmie świętym, ale w ustnym podaniu przekazanym apostołom. Dowodzi tego fakt, iż potępiania tej haniebnej praktyki są obecne już w najstarszych pismach chrześcijańskiej starożytności, np. w „Didache”.

    Po drugie: prawda, z której bezpośrednio wynika potępienie aborcji, a mianowicie zakaz zabijania niewinnych osób ludzkich została wyraźnie objawiona przez Boga na kartach Pisma świętego (patrz: Prz 6, 16-19; Wj 23, 7; Mdr 12, 3-6).

    Po trzecie: Magisterium Kościoła od wieków nauczało potępiania aborcji, a papież Jan Paweł II w wyraźny sposób rozeznał tę doktryną jako należącą do zwyczajnego i powszechnego – a więc nieomylnego – Magisterium Kościoła:

    ” Dlatego mocą władzy, którą Chrystus udzielił Piotrowi i jego Następcom, w komunii z Biskupami — którzy wielokrotnie potępili przerywanie ciąży, zaś w ramach wspomnianej wcześniej konsultacji wyrazili jednomyślnie — choć byli rozproszeni po świecie — aprobatę dla tej doktryny — oświadczam, że bezpośrednie przerwanie ciąży, to znaczy zamierzone jako cel czy jako środek, jest zawsze poważnym nieładem moralnym, gdyż jest dobrowolnym zabójstwem niewinnej istoty ludzkiej. Doktryna ta, oparta na prawie naturalnym i na słowie Bożym spisanym, jest przekazana przez Tradycję Kościoła i nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne” (Jan Paweł II, „Evangelium vitae”, n. 62).

    Ujmując więc rzecz w skrócie: prawda o zakazie aborcji została objawiona przez Boga i była przekazywana przez Magisterium Kościoła w jego stałym, powszechnym oraz zwyczajnym nauczaniu. Czyż więc kwestionowanie tej prawdy nie przypomina herezji? Powie jednak może ktoś, że herezją jest tylko negowanie bądź dobrowolne powątpiewanie w te z Bożych prawd, które tyczą się porządku wiary, a nie moralności. Cóż, na pierwszy rzut oka ów zarzut może wydawać się zasadnym, ale czy po głębszej analizie rzeczywiście wygląda on na słuszny? Czyż bowiem nie można powiedzieć, że wierzyć należy nie tylko w prawdy typu Boskość Pana Jezusa, wieczyste dziewictwo Matki Bożej, ustanowienie sakramentu chrztu, ale również można rzec, iż wierzyć można w to, jak należy moralnie, zgodnie z wolą Boga postępować? Nie sądzę, żeby pomiędzy oboma płaszczyznami prawd istniała jakaś wielka różnica – wszak wszystkie one zostały nam objawione przez Boga.

    Herezje przeciw moralności

    Co więcej zaś, można podać przykłady konkretnych wypowiedzi Magisterium Kościoła, w których pewne błędne wypowiedzi odnoszące się do postępowania na płaszczyźnie moralnej zostały zakwalifikowane jako właśnie „heretyckie”.

    I tak np. Sobór w Konstancji potępił następujący pogląd:

    „Każdy tyran może i powinien, w sposób dozwolony i słusznie, zostać zgładzony przez jakiegokolwiek swego wasala czy poddanego, także przy użyciu zasadzki, fałszywego pochlebstwa czy udawania miłości, bez względu na złożoną mu przysięgę albo zawarte z nim przymierze, bez czekania na wyrok czy polecenie jakiegokolwiek sądu” (Patrz: Sesja XVII, V, 2).

    Ojcowie tego soboru uzasadnili napiętnowanie owego poglądu, w taki oto sposób:

    Pragnąc przeciwstawić się temu błędowi i usunąć go z korzeniami, święty synod, po dojrzałym namyśle ogłasza, orzeka i ustala, że doktryna tego rodzaju jest błędna w wierze i z punktu widzenia obyczajów, odrzucają i potępia jako heretycką, gorszącą, wywołującą niepokój i otwierającą drogę dla fałszu, oszustwa, kłamstwa, zdrady i wiarołomstwa. Ponadto ogłasza, orzeka i określa, że ci, którzy z uporem podtrzymują tę najbardziej zgubną doktrynę, są heretykami i jako tacy powinni być karani według prawnych sankcji kanonicznych.” (Patrz: Sesja XVII, V, 3, podkreślenia moje – MS).

    Z kolei Sobór w Vienne tak wypowiedział się na temat tych, którzy broniliby uprawiania lichwy:

    (…) Jeśli ktoś popadłby w taki błąd, że śmiałby z uporem twierdzić, iż uprawianie lichwy nie jest grzechem, postanawiamy, że powinien być ukarany jako heretyk, przy czym zobowiązujemy stanowczo miejscowych ordynariuszy i inkwizytorów niegodziwości herezji, aby występowali przeciw oskarżonym lub podejrzanym o tego rodzaju błąd tak samo, jak nie wahają się występować przeciw oskarżonym lub podejrzanym o herezję.” (podkreślenie moje – MS).

    Kongregacja Nauki Wiary zaś w dokumencie o nazwie „Wyjaśnienie doktrynalne dotyczące końcowej części formuły <Wyznania wiary>” z dnia 29. 06. 1998 roku prawdę nauczania katolickiego głoszącą, iż: „bezpośrednie i umyślne zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej jest niezwykle poważnym wykroczeniem moralnym” zaliczała do rzędu tych prawd, które:

    „(…) powinny być przez wszystkich wierzących przyjęte z wiarą teologalną. Dlatego gdyby ktoś uporczywie podawał je w wątpliwość lub odrzucał, podlegałby cenzurze herezji, zgodnie z odnośnymi kanonami Kodeksów kanonicznych”.

    Podsumowanie

    Wiele więc wskazuje na to, iż kwestionowanie bądź poddawanie w wątpliwość katolickiego nauczania o zakazie zabijania nienarodzonych dzieci rzeczywiście powinno być kwalifikowane jako herezja. Podobnie zresztą jako herezja powinno być traktowanie kwestionowanie innych prawd nauczania katolickiego w sferze moralnej, a więc np. nieuznawanie wewnętrznego zła kłamstwa, nierządu, homoseksualizmu, itd. Ci zatem, którzy twierdzą, że bezpośrednia aborcja może być w pewnych okolicznościach moralnie dozwolona dopuszczają się co najmniej materialnej herezji.

    Mirosław Salwowski

  4. Błędy i dwuznaczności ks. Szymona Bańki (FSSPX) odnośnie aborcji, cz. I

    Leave a Comment

    W jednym z programów umieszczonych na internetowym kanale „Media Narodowe” należący do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X ks. Szymon Bańka – który pełni też funkcję redaktora naczelnego pisma „Zawsze Wierni” – wyraził w najlepszym wypadku bardzo dwuznaczną myśl na temat dopuszczalności tzw. aborcji w przypadku, gdy rozwój życie nienarodzonego dziecięcia ma zagrażać życiu matki. Otóż ks. Bańka po stwierdzeniu, iż „zasadniczo” nie ma wyjątków od zakazu zabijania niewinnych istot ludzkich stwierdził, co następuje:

    (…) W przypadku jakichś absolutnie wyjątkowych przypadkach, gdybyśmy mieli do czynienia z faktycznie równowagą, czyli życie za życie, kiedy rozwój dziecka ewidentnie prowadziłby do śmierci, nieuchronnie, kiedy mielibyśmy do czynienia z taką sytuacją. Wtedy trzeba by ten konkretny przypadek bardzo, bardzo dokładnie badać i zastanawiać się, co można zrobić? Ale, zasada jest, ogólna zasada jest prosta: nie wolno pozbawiać życia istoty niewinnej.

    Następnie prowadzący z nim wywiad redaktor Michał Murgrabia sformułował następujące pytanie:

    (…) A druga rzecz, odpowiedział Ksiądz od razu na następne pytanie: czy są przypadki, kiedy dokonujący aborcji może nie ponieść grzechu z tego powodu? To też już wybrzmiało. Bo jednak są pewne wyjątki. I należy też pamiętać o tym, myślę, że to jest bardzo ważne żeby to sobie uświadomić, że z wyjątków nie należy czynić reguły. Czy dobrze rozumiem, proszę Księdza?

    Ks. Szymon Bańka odpowiedział na to w następujący sposób:

    Oczywiście z wyjątków nie należy czynić reguły. I tutaj, wyjątki o których Pan wspomniał, nie używałbym nawet liczby mnogiej. Mnie jest znany jeden przypadek, gdzie można by się zastanawiać, to znaczy, gdzie faktycznie teologia moralna zastanawia się, czy nie można potraktować wtedy tego dziecka, jako tak zwanego (w cudzysłowiu) „niesprawiedliwego agresora”. To znaczy oczywiście, nie, nie dobrowolnie, to znaczy oczywiście to dziecko nie jest w stanie być agresorem, ale kiedy rozwój dziecka faktycznie zabija bezpośrednio, prawda, wtedy być może mielibyśmy do czynienia z taką sytuacją, która by pozwoliła na ratowanie życia matki w ten sposób. Ale to są przypadki naprawdę absolutnie wyjątkowe, gdzie każdy pojedynczy przypadek trzeba rozważać osobno. Także, odpowiedź na pytanie brzmi: aborcja zawsze jest zakazana, jeśli mielibyśmy sytuację taką, jaką opisałem, że rozwój tego dziecka bezpośrednio zabija matkę, wtedy trzeba ten konkretny przypadek naprawdę ocenić pojedynczo. Znaczy, naprawdę tym konkretnym przypadkiem się zająć i poradzić, znaczy się w sensie, jakby Kościół, kapłana powinien poradzić, skonsultować, konsultując to również z lekarzem, co należy zrobić. Także, nie mówiłbym tu o jakichś wyjątkach od reguły, bo to są sytuacje absolutnie wyjątkowe, gdzie naprawdę trzeba bardzo osobiście i konkretnie potraktować ten konkretny przypadek.

    Zatrzymajmy się na chwilę nad wymową cytowanych stwierdzeń ks. Szymona Bańki. Otóż z jednej strony stwierdza on, że co prawda „aborcja jest zawsze zakazana” jednak w przypadkach „absolutnie wyjątkowych” – czyli wówczas, gdy kontynuowanie donoszenia ciąży zagraża życiu matki – ów zakaz nie jest już wcale taki pewny i dalsze postępowanie w tej sytuacji należy skonsultować z kapłanem oraz lekarzem. Ksiądz Bańka nie mówi przy tym jednak, że celem tych konsultacji powinno być ocalenia życia nienarodzonego dziecka przez, co faktycznie daje furtkę przyzwoleniu na aborcję w tym jednym wypadku – czyli w sytuacji zagrożenia życia matki.

    Nie inaczej powyższe słowa ks. Szymona Bańki zinterpretował redaktor Michał Murgrabia, który skomentował je w poniższy sposób:


    Ja myślę, że może tu nastąpić bardzo duże zdziwienie za strony naszych widzów, którzy na przykład nie są przychylni Kościołowi, a którzy często mieli takie wyobrażenie dotychczas, że Kościół restrykcyjnie przymusza ludzi, prawda, żeby tam, broń Boże, nie wychylili się poza te ramki, które są dozwolone, że aborcja jest zawsze złem, bezwzględnym złem i tak dalej, i tak dalej. Więc myślę, że ci ludzie, którzy byli przynajmniej bardzo niechętnie nastawieni dotychczas do kapłanów, czy do Kościoła, zrozumieją, że jednak Kościół patrzy na tą sprawę, dość powiedziałbym zdroworozsądkowo, a nie tak jak koń, który ma klapki na oczach, prawda, bez względu na wszystko, idziemy cały czas do przodu.

    Niestety, cytowana wypowiedź redaktora „Mediów narodowych” nie spotkała się z żadnym sprostowaniem ze strony ks. Szymona Bańki, przez co jego wcześniejsze i tak bardzo dwuznaczne wywody w tej sprawie urosły do faktycznego wsparcia jednego z błędów doktrynalnych. Oczywiście, treścią owego błędu jest twierdzenie, iż co prawda zabijanie nienarodzonych dzieci jest „prawie zawsze zakazane” jednak w przypadku zagrożenia życia matki można uznać, że nie jest to obiektywnie złe i zabronione [1].

    Czy ten pogląd da się uzasadnić w świetle nauczania katolickiego? Cóż, zacznijmy od tego, iż wedle tradycyjnej doktryny Kościoła istnieją czyny wewnętrznie złe, od których zakazu nie ma absolutnie żadnych, ale to żadnych wyjątków. To nie jest tak, że owe czyny są „prawie zawsze złe i zabronione” ale na przykład w 1 na 100 000 000 przypadków mogą być one dozwolone. Po prostu one są złe zawsze, wszędzie i w każdych okolicznościach i nie są one dozwolone nigdy i nikomu. Jeśli ktoś nie wierzy mi, że takie jest właśnie nauczanie katolickie na temat niektórych z czynów, to zachęcam go chociażby do uważnej lektury encykliki „Veritatis Splendor” papieża Jana Pawła II, a zwłaszcza jej punktów numer 52, 80-81, 92. Tradycyjna doktryna o absolutnym i nieznającym żadnych wyjątków zakazie pewnych zachowań została też streszczona w punktach numer 1754 oraz 1756 Katechizmu Kościoła Katolickiego.

    Absolutnie każda aborcja jest zakazana i niemiła Bogu

    Pozostaje zatem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy konkretnie aborcja należy do czynów wewnętrznie złych, a więc takich, od których moralnego zakazu nie ma absolutnie żadnych wyjątków? Oczywiście, że tak jest. Skoro nawet kłamstwo wedle doktryny katolickiej jest wewnętrznie złe, to coś o wiele gorszego, czyli zamierzone zabicie niewinnej osoby ludzkiej tym bardziej należy do tej kategorii ludzkich zachowań. A doktrynalnych dowodów na takie postawienie sprawy jest wiele.

    I tak np. jedna z rzymskich kongregacji w dniu 28 maja 1884 roku odpowiedziała w przeczący, negatywny sposób na zapytanie kardynała Caverot z Lyonu, w której ten pytał się o to, czy można tolerować interwencję chirurgiczną zwaną kraniotomią (rozkawałkowaniem czaszki), jeśli bez tego zabiegu umrze tak matka, jak i dziecko. Z kolei, w dniu 14 sierpnia 1889 roku Watykan stwierdził, iż moralnie zakazany jest „każdy zabieg chirurgiczny, który bezpośrednio powoduje śmierć płodu lub ciężarnej matki”.

    Do sytuacji zagrożenia życia matki w bezpośredni sposób odniósł się też papież Pius XI w encyklice Casti Connubi:

    W sprawie „indykacji lekarskiej lub terapeutycznej” – by użyć tych określeń – wyraziliśmy już, Czcigodni Bracia, głębokie swoje współczucie dla takiej matki, której spełnieniu obowiązku naturalnego zagrażają choroby a nawet śmierć. Lecz jakiż kiedykolwiek przytoczyć można powód dla usprawiedliwienia zamierzonego zabójstwa niewinnego dziecięcia? A przecież o to tu chodzi. I czy ono godzi w życie matki, czy w życie dziecka, zawsze sprzeciwia się przykazaniu Bożemu i głosowi przyrodzonemu: „Nie zabijaj” (Exod., XX, 13; cfr. Decr. S. Offic. 4 Maii 1898, 24 Julii 1895, 31 Maii 1884). Życie dziecięcia tak samo święte, jak życie matki. Stłumić go nikt, nawet państwo, nigdy nie będzie miało prawa. Niedorzecznie bardzo przywodzi się przeciw tym niewinny istotom prawo miecza, gdyż ono obejmuje jedynie winnych. Nie wchodzi tu także w grę zasada godziwości krwawej obrony przeciw napastnikowi (któż bowiem niewinne takie maleństwo mógłby nazwać napastnikiem)?). Niema też żadnego tzw. prawa „bezwzględnej konieczności”, które by mogło usprawiedliwić uśmiercenie niewinnego dziecka. Zasługują zatem na pochwałę owi sumienni i doświadczeni lekarze, którzy starają się i życie matki i życie dziecięcia zachować i obronić. Niegodnymi natomiast okazaliby się szlachetnego miana i tytułu lekarskiego ci, którzy by ze względów leczniczych albo przez niewłaściwe współczucie nastawali na życie matki lub płodu [2].

    Pius XII z kolei, omawiając ten sam problem stwierdził:

    „Błędem jest formułowanie pytania w sposób alternatywny: albo życie dziecka, albo życie matki. Nie: ani życie dziecka, ani życie matki nie mogą być wydane na zatracenie. Tak w odniesieniu do jednego, jak i do drugiego, jedyną konieczną zasadą powinno być zastosowanie wszelkich możliwych środków, aby uratować życie, zarówno życie matki, jak i życie dziecka” (Przemówienie z dnia 27 listopada 1951 r., wygłoszone na kongresie „Frontu rodziny”) [3].

    Wreszcie w encyklice „Evangelium Vitae” Jan Paweł II dał wyraźnie do zrozumienia, iż nauczanie katolickie o nie znającym żadnych wyjątków absolutnym zakazie bezpośredniego i zamierzonego zabijania niewinnych osób ludzkich ma charakter nieomylny, gdyż należy do zwyczajnego i powszechnego Magisterium Kościoła:

    „(…) przykazanie „nie zabijaj” ma wartość absolutną w odniesieniu do osoby niewinnej, i to tym bardziej wówczas, gdy jest to człowiek słaby i bezbronny, który jedynie w absolutnej mocy Bożego przykazania znajduje radykalną obronę przed samowolą i przemocą innych.

    Istotnie, absolutna nienaruszalność niewinnego życia ludzkiego jest prawdą moralną bezpośrednio wynikającą z nauczania Pisma Świętego, niezmiennie uznawaną przez Tradycję Kościoła i jednomyślnie głoszoną przez jego Magisterium. Ta jednomyślność jest oczywistym owocem owego „nadprzyrodzonego zmysłu wiary”, wzbudzonego i umacnianego przez Ducha Świętego, który chroni od błędu Lud Boży, gdy „ujawnia on swą powszechną zgodność w sprawach wiary i obyczajów”.

    Wobec stopniowego zacierania się w sumieniach i w społeczeństwie świadomości, że bezpośrednie odebranie życia jakiejkolwiek niewinnej ludzkiej istocie, zwłaszcza na początku i na końcu jej egzystencji, jest absolutnym i ciężkim wykroczeniem moralnym, Magisterium Kościoła nasiliło swoje wystąpienia w obronie świętości i nienaruszalności życia ludzkiego. Z Magisterium papieskim, które szczególnie często powracało do tego zagadnienia, było zawsze złączone nauczanie biskupów, zawarte w licznych i obszernych dokumentach doktrynalnych i duszpasterskich, ogłaszanych zarówno przez Konferencje Episkopatów, jak i przez poszczególnych biskupów. Również Sobór Watykański II poświęcił tej sprawie zwięzłą, ale stanowczą i jednoznaczną wypowiedź.

    Dlatego mocą Chrystusowej władzy udzielonej Piotrowi i jego Następcom, w komunii z biskupami Kościoła Katolickiego, potwierdzam, że bezpośrednie i umyślne zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze aktem głęboko niemoralnym. Doktryna ta, oparta na owym niepisanym prawie, które każdy człowiek dzięki światłu rozumu znajduje we własnym sercu (por. Rz 2, 14-15), jest potwierdzona w Piśmie Świętym, przekazana przez Tradycję Kościoła oraz nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne.

    Świadoma i dobrowolna decyzja pozbawienia życia niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze złem z moralnego punktu widzenia i nigdy nie może być dozwolona ani jako cel, ani jako środek do dobrego celu. Jest to bowiem akt poważnego nieposłuszeństwa wobec prawa moralnego, co więcej, wobec samego Boga, jego twórcy i gwaranta; jest to akt sprzeczny z fundamentalnymi cnotami sprawiedliwości i miłości. Nic i nikt nie może dać prawa do zabicia niewinnej istoty ludzkiej, czy to jest embrion czy płód, dziecko czy dorosły, człowiek stary, nieuleczalnie chory czy umierający. Ponadto nikt nie może się domagać, aby popełniono ten akt zabójstwa wobec niego samego lub wobec innej osoby powierzonej jego pieczy, nie może też bezpośrednio ani pośrednio wyrazić na to zgody. Żadna władza nie ma prawa do tego zmuszać ani na to przyzwalać”.

    Pod względem prawa do życia każda niewinna istota ludzka jest absolutnie równa wszystkim innym. Ta równość stanowi podstawę wszelkich autentycznych relacji społecznych, które rzeczywiście zasługują na to miano tylko wówczas, gdy są oparte na prawdzie i na sprawiedliwości, uznając i broniąc każdego człowieka jako osoby, a nie jako rzeczy, którą można rozporządzać. Wobec normy moralnej, która zabrania bezpośredniego zabójstwa niewinnej istoty ludzkiej, nie ma dla nikogo żadnych przywilejów ani wyjątków. Nie ma żadnego znaczenia, czy ktoś jest władcą świata, czy ostatnim «nędzarzem» na tej ziemi: wobec wymogów moralnych jesteśmy wszyscy absolutnie równi”. (…)


    Dlatego mocą władzy, którą Chrystus udzielił Piotrowi i jego Następcom, w komunii z Biskupami — którzy wielokrotnie potępili przerywanie ciąży, zaś w ramach wspomnianej wcześniej konsultacji wyrazili jednomyślnie — choć byli rozproszeni po świecie — aprobatę dla tej doktryny — oświadczam, że bezpośrednie przerwanie ciąży, to znaczy zamierzone jako cel czy jako środek, jest zawsze poważnym nieładem moralnym, gdyż jest dobrowolnym zabójstwem niewinnej istoty ludzkiej. Doktryna ta, oparta na prawie naturalnym i na słowie Bożym spisanym, jest przekazana przez Tradycję Kościoła i nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne ” (tamże, n. 57 i 62) [4].

    Nauczanie katolickie jest więc jasne, nigdy i nigdzie, w jakichkolwiek okolicznościach nie ma się moralnego prawa do bezpośredniego oraz zamierzonego zabicia niewinnej osoby ludzkiej. Tą prawdę niestety – najpewniej nieświadomie – poddają w wątpliwość tak redaktor Michał Murgrabia, jak i ks. Szymon Bańka z Bractwa św. Piusa X.

    Zasada podwójnego skutku a absolutny zakaz aborcji

    Ktoś może jednak powie, że sytuacja zagrożenia życia matki stwarza swoisty moralny pat, gdyż nie da się zeń wyjść bez zabicia którejś z niewinnych osób, a więc albo dziecka, albo matki. Otóż bardzo ważnym elementem w zakazie zabijania niewinnych osób ludzkich jest stwierdzenie, iż nigdy nie wolno tego czynić w sposób bezpośredni oraz zamierzony. Nie jest jednak w sposób absolutny zakazane pośrednie i niezamierzone spowodowanie śmierci niewinnej osoby. Wynika to choćby z tradycyjnie nauczanej przez moralistów katolickich zasady tzw. podwójnego skutku.
    Reguła ta pozwala na czynienie aktów, które ze swej istoty są albo dobre, albo też neutralne moralnie, jednak z którymi wiąże się mniejsze lub większe ryzyko wystąpienia złych skutków [5]. Z takimi sytuacjami mamy do czynienia np. w przypadku zagadnień związanych z ciążą zagrażającą życiu matki. Jasnym jest, iż nigdy, nawet dla ratowania życia matki, nie wolno jest dokonać aborcji. Byłoby to bowiem złamanie zasady mówiącej, iż „Cel nie uświęca środków”. W ten sposób zgodzilibyśmy się, iż w szlachetnym celu (ratowania niewinnego życia matki) można sięgnąć po zły i niegodziwy środek (morderstwo niewinnego i bezbronnego dziecka). Tym samym zniszczylibyśmy jedno niewinne życie, by ratować innego niewinnego. Zamordowalibyśmy jednego człowieka, by uleczyć innego. W tak dramatycznych okolicznościach jedyne co jest dopuszczalne; to poddanie się przez chorą matkę pewnym kuracjom, zabiegom i operacjom, które same w sobie nie polegają na uśmiercenie dziecka, jednak ich skutkiem ubocznym może być śmierć płodu. Przykładowo, wolno jest poddać się ciężarnej niewieście operacji serca, mimo że jej prawdopodobnym następstwem będzie śmierć dziecka. Jest to dozwolone, albowiem istotą tego typu zabiegów jest leczenie chorej matki, nie zaś zadanie śmierci dziecku w celu ratowania kobiety. W takim akcie nie zmierza się wprost i bezpośrednio do zniszczenia niewinnego życia celem ratowania innego niewinnego człowieka, ale jedynie przewiduje się, że ubocznym następstwem działań leczniczych może być zgon jednego z dwojga. Sam jednak ów akt polega na leczeniu, nie zaś zabijaniu w celu leczenia. Gdyby pokusić się o zilustrowanie tej zasady na jakimś przykładzie praktycznym, to moglibyśmy podać sytuację, w której strażak ratuje ludzi z płonącego budynku. Strażak musi zdecydować, kogo będzie ratował w pierwszej kolejności, będąc przy tym świadomym, iż ratując np. jako pierwsze dziecko, może nie zdążyć pomóc matce. Nie mniej jednak ów strażak nie ma prawa np. wyjąć pistoletu i odstrzelić część znajdujących się w ogniu ludzi, po to by łatwiej mu było ratować pozostałych.

    Każda aborcja jest zakazana, ale nie każda musi ściągać na sumienie osobistą winę grzechu ciężkiego

    Warto też dodać, iż absolutny i nieznający żadnych wyjątków zakaz bezpośredniej aborcji nie musi oznaczać, że zakłada się domniemanie ciężkiej osobistej winy u dokładnie wszystkich osób, które dopuściły się tego czynu. Owszem, aborcja jako taka jest materią grzechu ciężkiego, ale do zaistnienia osobistej winy grzechu śmiertelnego potrzebna jest jeszcze pełna świadomość oraz pełna dobrowolność. Gdy brak jest przynajmniej jednego z tych czynników, nie możemy mówić o zaistnieniu grzechu śmiertelnego. Coś, co obiektywnie rzecz biorąc, jest ciężkim wykroczeniem przeciw Bożemu prawu, subiektywnie może obciążać sprawcę jedynie w stopniu lekkim. Może się nawet zdarzyć, iż sprawca danego czynu był tak bardzo nieświadomy zła, które popełniał, albo subiektywnie czuł, iż jego wolność jest całkowicie skrępowana, iż nie zaciągnął na swe sumienie nawet grzechu powszedniego. Rzecz jasna, różne ekstremalne okoliczności oraz chwalebne intencje należą do tego rodzaju czynników, które mogą w znacznym stopniu utrudnić rozeznanie zła danego czynu, oraz skrępować dobrowolność podejmowanych decyzji. Najbardziej skrajne okoliczności nie usuwają jednak zła danych czynów, nie czynią ich uprawnionymi, nie przemieniają je z rzeczy niemiłych Panu Bogu i zawsze zakazanych, w coś dozwolonego oraz miłego, albo przynajmniej obojętnego Stwórcy. Jedyne, co w obliczu takich skrajnych okoliczności może ulec zmianie, to ocena indywidualnej odpowiedzialności sprawcy. Nie można jednak powiedzieć, iż strach, niewiedza i tym podobne okoliczności, dają nam prawo do czynienia zła. Zmniejszą one, a czasami nawet eliminują naszą moralną odpowiedzialność, ale nie jest to równoznaczne z przyznaniem, iż wolno jest nam popełniać pewne zło. Powiedzieć: „jeśli działałeś w wielkim strachu, być może nie zaciągnąłeś na swe sumienie grzechu”, nie jest tym samym, co stwierdzić: „jeśli będziesz działał w wielkim strachu, możesz skłamać albo czcić bożki, w takim wypadku jest to dozwolone”. Pierwsze z tych stwierdzeń jest prawdziwe; drugie stanowi już sytuacjonistyczną herezję. Nie wymierzenie kary za czyn stanowiący przestępstwo, nie zawsze jest tym samym, co stwierdzenie, iż w pewnych warunkach ów uczynek przestaje być przestępstwem.

    Zilustrujmy powyższą zasadę takim oto przykładem: Pewna niewiasta, słabo obeznana z prawdami wiary i moralności chrześcijańskiej, jeszcze gdy była dzieckiem, została porwana do domu publicznego. Przez wiele lat była ona bita, zastraszana i poniżana. Ta biedna dziewczyna subiektywnie rzecz biorąc, nie wiedziała jak wyrwać się z prostytucji i przeciwstawić się niemoralnym poleceniom swych „przełożonych”. Zawód, jaki praktykowała, był sam w sobie ciężką zniewagą Wszechmogącego, którego nikt i nic nie może uprawomocnić. Jednak bardzo prawdopodobne jest to, iż odpowiedzialność owej prostytutki była w tym wypadku znikoma. Uwaga; nie znaczy to jednak, iż można powiedzieć: „Dziewczęta, jeżeli zdarzy się, iż będziecie bite, poniżane, zastraszane: to trudno, możecie zgodzić się oddawać swe ciało za pieniądze, póki ta dramatyczna sytuacja nie ulegnie zmianie„. Jest to dokładnie na odwrót. Należy tu powiedzieć: „Nawet, jeśli będziecie bite, poniżane i zastraszane, nie macie prawa oddawać się prostytucji, albowiem obrazicie w ten sposób Pana Boga. Wszechmogący przyjdzie wam z pomocą w tych trudnych chwilach i ostatecznie nagrodzi wasze męstwo„. Trzeba bowiem pamiętać, iż nam może się jedynie wydawać, iż w ekstremalnych okolicznościach niemożliwe jest dochowanie wierności Bożym przykazaniom.

    Tak naprawdę, nigdy nie jesteśmy zmuszeni do popełnienia, któregokolwiek z wewnętrznie złych uczynków. Wszechmocny zawsze wspiera nas swą łaską i nie ma takiej sytuacji, w której musielibyśmy wybrać zło moralne. Jak uczył Jan Paweł II w punkcie nr 102 encykliki „Veritatis Splendor”:

    W określonych sytuacjach przestrzeganie prawa Bożego może być trudne, nawet bardzo trudne, nigdy jednak nie jest niemożliwe. To niezmienne nauczanie Tradycji Kościoła tak ujmuje Sobór Trydencki: <<Żaden człowiek, choć usprawiedliwiony, nie może się uważać za zwolnionego z przestrzegania przykazań; nikt nie powinien podzielać błędnego mniemania, potępianego przez Ojców, wedle którego przestrzeganie Bożych przykazań jest dla człowieka usprawiedliwionego niemożliwe. Bóg bowiem nie nakazuje tego, co niemożliwe, lecz nakazując przynagla cię, byś czynił wszystko, co możesz, a prosił o to, czego nie możesz, On zaś pomoże ci, byś mógł, albowiem „przykazania Jego nie są ciężkie” (1 J 5, 3), a „jarzmo Jego jest słodkie i brzemię lekkie”>>” (por. Mt 11, 30). (Sobór Trydencki, Sesja VI, „Dekret o usprawiedliwieniu”, rozdz. 11).

    Na sam koniec tego artykułu chciałbym jednak dodać, że nie zarzucam ani ks. Szymonowi Bańce, ani panu redaktorowi Michałowi Murgrabiemu złej woli. Myślę, że po prostu błądzą oni w kwestii aborcji nie z powodu uporu czy braku chęci podporządkowania się nauce katolickiej w tej sprawie, ale czynią to z braku dokładnej wiedzy na ten temat. Ten mój artykuł ma na celu zachęcić ich do dokładniejszego poznania doktryny Kościoła odnośnie aborcji, a następnie publicznego sprostowania głoszonych przez siebie błędów.

    W następnej części mego tekstu omówię kolejną z dwuznaczności prezentowanych przez ks. Szymona Bańkę, a mianowicie sugestię, iż popieranie tzw. aborcji co prawda jest grzechem, ale nie stanowi herezji.

    Mirosław Salwowski

    Przypisy:

    [1] Wszystkie cytowane w tym artykule wypowiedzi ks. Szymona Bańki oraz redaktora Michała Murgrabiego znajdują się pod następującym adresem internetowym: https://www.youtube.com/watch?v=7gjZV6pSwBg (minuty od 4. 54 do 8. 15).

    [2] Cytat za: Pius XI, encyklika „Casti Connubi”, Portal Opoka.org.pl,
    https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/pius_xi/encykliki/casti_connubi_31121930.html

    [3] Cytat za: „50 pytań i odpowiedzi o aborcji”, Kraków, brw, s. 25.

    [4] Por. Jan Paweł II, „Evangelium Vitae”, wydawnictwo TUM, Wrocław 1995, s. 103 – 106.

    [5] Więcej na temat zasady podwójnego skutku można przeczytać w następującej pozycji książkowej: Evencio Cofreces Merino/ Ramon Garcia de Haro, „Teologia moralna fundamentalna”, Kraków 2004, s. 237-241.


  5. Czy projekt „Stop aborcji” całkowicie zakazywał mordowania nienarodzonych dzieci?

    Leave a Comment

    W swym ostatnim artykule pt. „Dlaczego Konfederacja?” zawarłem wyraziłem swą (raczej nie zbyt wielką) wątpliwość, czy aby na pewno projekt ustawy „Stop aborcji” poszerzającej ochronę życia nienarodzonych dzieci zakazywał bez żadnych wyjątków aborcji. Napisałem w tym tekście bowiem:

    Jeśli chodzi zaś o PSL+Kukiz to owszem jest to ugrupowanie zajmujące w pewnych ważnych kwestiach relatywnie konserwatywne stanowisko. I tak np. połowa (procentowo znacznie większa niż w przypadku PiS) posłów tego ugrupowania głosowało przeciwko odrzuceniu projektu ustawy „Stop aborcji”, w którym zakazywano w sposób całkowity (albo „prawie całkowity” – zależy jak interpretować jeden z punktów tej ustawy) mordowania nienarodzonych dzieci.

    Jeden z Czytelników zapytał, który konkretnie przepis owego projektu budzi pewne wątpliwości odnośnie tego, czy aby na pewno zakaz zabijania nienarodzonych dzieci miał charakter absolutny, a więc pozbawiony jakichkolwiek wyjątków? Odpowiadam. Chodzi mi o poniższy przepis owej projektowanej ustawy:

    2 § 4. Nie popełnia przestępstwa określonego w § 1 i § 2, lekarz, jeżeli śmierć dziecka poczętego jest następstwem działań leczniczych, koniecznych dla uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa dla życia matki dziecka poczętego.

    Dlaczego uważam, powyższe sformułowanie za lekko dwuznaczne jeśli chodzi o to, czy daje ono furtkę dla jednego wyjątku od całkowitego zakazu aborcji? Ano, dlatego, że można na dwa sposoby rozumieć użyty tam termin: „śmierć dziecka jako następstwo działań leczniczych koniecznych do uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa dla życia matki dziecka poczętego„. Pierwszy z tych sposobów to odwołująca się do tradycyjnie katolickiej moralistyki jego wykładnia, której podtrzymuje się, że nigdy nie można w bezpośredni sposób zadać śmierci nienarodzonemu dziecięciu (np. rozrywając jego ciałko na kawałki czy też wstrzykując mu do organizmu truciznę), jednak dopuszczalne są inne zabiegi medyczne, które w swym przebiegu nie polegają na zabijaniu dziecka, ale jednym z ich następstw może być/lub nawet będzie jego śmierć (dajmy na to chemioterapia podawana chorej na raka kobiecie). Wówczas to śmierć nienarodzonego dziecięcia nie jest zamierzona ani jako cel ani jako środek prowadzący do dobrego celu, ale stanowi uboczny skutek głównego działania, które jako takie nie polega na zabijaniu poczętego dziecięcia. Gdyby przyjąć taką interpretację cytowanego wyżej fragmentu projektu ustawy „Stop aborcji” to należałoby stwierdzić, iż rzeczywiście nie przewidywał on żadnych wyjątków od całkowitego zakazu aborcji.

    Jest jednak możliwa druga, odwołująca się do bardziej potocznego rozumienia, interpretacja tego zapisu. Większość ludzi, w tym nawet konserwatywnych katolików, uważa bowiem, że nawet bezpośrednie przerwanie ciąży, jest moralnie dozwolone, wówczas, gdy jest to konieczne do ratowania życia matki. Takie osoby mogą nawet unikać nazywania zabicia poczętego dziecka w tych okolicznościach mianem aborcji, a za to mówić właśnie np. o „koniecznych działaniach leczniczych” lecz nie będzie to zmieniać faktu, iż przez takowe „działania lecznicze” rozumieją oni również np. czynności w sposób bezpośredni polegające na odebraniu dziecku życia (dajmy na to wyssanie z kobiecego łona dziecięcego ciała). Po prostu jako „konieczne dla ratowania życia matki działanie lecznicze, którego następstwem jest śmierć dziecka” rozumieją oni bezpośrednią aborcję, nawet jeśli nie chcą przy tym w sposób jawny i literalny wspominać o brutalnych szczegółach tyczących się owego „koniecznego zabiegu”.

    Z tego powodu uważam, że cytowany przepis projektu „Stop aborcji” był co najmniej lekko dwuznaczny, jeśli chodzi o to, czy zakazywano w nim wszelkich bezpośrednich aborcji czy też czyniono od tej zasady jeden wyjątek. Gwoli jasności powinno się w treści owego przepisu dodać sformułowanie, iż przez „konieczne działania lecznicze” nie mogą być rozumiane zabiegi w sposób bezpośredni polegające na uśmiercaniu poczętego dziecięcia. Wówczas, rzeczywiście byłoby na 100 procent jasne i jednoznaczne, iż projekt ustawy całkowicie i bez żadnych wyjątków zakazuje wszelkich bezpośrednich aborcji zamierzonych jako cel lub też jako środek prowadzący do dobrego celu.

    Oczywiście, przy tej okazji można zadać pytanie, czy aby na pewno prawny zakaz aborcji powinien być absolutny, gdyż nie zezwalając na zabicie nienarodzonego dziecięcia nawet w przypadku poważnego zagrożenia życia matki? O ile bowiem Boże prawo moralne zobowiązuje czasami do wyboru zachowań o charakterze heroicznym (np. nie wolno cudzołożyć nawet jeśli w przeciwnym razie czekałaby nas śmierć poprzedzona długimi torturami) o tyle zasadne wydaje się pytanie, czy prawo karne i cywilne winno zmuszać ludzi do heroizmu (a matka, która woli umrzeć niż poddać się aborcji z pewnością jest heroiczna)?

    Cóż – mimo wszystko – sądzę, iż w tym konkretnym wypadku prawo ludzkie winno na matkę nakładać obowiązek heroicznego zachowania się. Rzecz jasna, złamanie tego obowiązku nie powinno być w tej sytuacji obwarowane surowymi sankcjami karnymi – przeciwnie, należałoby w takich przypadku stosować nadzwyczajne złagodzenie kary. Tym nie mniej samo prawo zakazujące aborcji nie powinno przewidywać żadnych wyjątków. Według mnie przemawiają za tym dwie przesłanki. Po pierwsze: zadaniem rządzących jest stanie na straży porządku sprawiedliwości. Bezpośrednie zamordowanie niewinnej osoby ludzkiej jest jednak zawsze aktem niesprawiedliwości. Nawet jeśli konsekwencją niezabicia takiej osoby będzie śmierć innej osoby to i tak niczego to nie zmienia. Niewinne dziecko nie zagraża życiu swej matki w sposób zamierzony i intencjonalny. Nie jest ono więc niesprawiedliwym napastnikiem, więc jego życie powinno być – również przez prawo ludzkie – chronione. Po drugie: nie widzę w nauczaniu katolickim o słuszności prawnego zakazu aborcji żadnych wyjątków. Przeciwnie, Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie numer 2273 powtarza nauczanie Kongregacji Nauki Wiary zawarte w instrukcji „Donum vitae”:

    W chwili, gdy jakieś prawo pozytywne pozbawia obrony pewną kategorię istot ludzkich, których ze swej natury powinno bronić, państwo przez to samo neguje równość wszystkich wobec prawa. Gdy państwo nie używa swej władzy w służbie praw każdego obywatela, a w szczególności tego, który jest najsłabszy, zagrożone są podstawy praworządności państwa… Wyrazem szacunku i opieki należnej mającemu urodzić się dziecku, począwszy od chwili jego poczęcia, powinny być przewidziane przez prawodawstwo odpowiednie sankcje karne za każde dobrowolne pogwałcenie jego praw” (podkreślenie moje – MS).

    A więc, innymi słowy, władze cywilne powinny karać każdą aborcję.

    Mirosław Salwowski

  6. Uciskanie przybyszów jest grzechem wołającym o pomstę do Nieba

    Leave a Comment

    Tradycyjna moralistyka katolicka pośród różnych rodzajów i kategorii grzechów wymienia te z nich, które zwie się mianem „wołających o pomstę do Nieba”. Katechizm św. Piusa X wylicza je w następujący sposób:

    1. Dobrowolne morderstwo. 2) Grzech wbrew naturze. 3) Uciskanie ubogich. 4) Pozbawianie robotników ich sprawiedliwej zapłaty” (Cytat za: Katechizm św. Piusa X. Vademecum katolika, Sandomierz 2006, s. 207).

    Z kolei ogłoszony przez papieża św. Jana Pawła II Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie numer 1867 ujmuje nauczanie na temat tych strasznych nieprawości tak:

    Tradycja katechetyczna przypomina również, że istnieją „grzechy, które wołają o pomstę do nieba”. Wołają więc do nieba: krew Abla (Por. Rdz 4, 10) , grzech Sodomitów (Por. Rdz 18, 20), narzekanie uciemiężonego ludu w Egipcie (Por. Wj 3, 7-10), skarga cudzoziemca (podkreślenie moje – MS), wdowy i sieroty (Por. Wj 22, 20-22), niesprawiedliwość względem najemnika ( Por. Pwt 24, 14-15; Jk 5, 4).

    Warto zwrócić uwagę na pewien szczegół. Otóż, do osób „ubogich”, których uciskanie jest szczególnie obrzydłe Panu Bogu, zalicza się też „cudzoziemców”, czyli tych ludzi, których ciężkie warunki panujące w ich ojczyźnie, skłoniły do szukania schronienia w naszym kraju. Biblia mówi wszak na przykład:

    Nie będziesz gnębił i nie będziesz uciskał cudzoziemców, bo wy sami byliście cudzoziemcami w ziemi egipskiej. Nie będziesz krzywdził żadnej wdowy i sieroty.  Jeślibyś ich skrzywdził i będą Mi się skarżyli, usłyszę ich skargę,  zapali się gniew mój, i wygubię was mieczem i żony wasze będą wdowami, a dzieci wasze sierotami (Wj 22, 20 – 22).

    Pismo święte zresztą w wielu innych miejscach uczy o tym, iż przybyszów należy przyjmować z miłością, szacunkiem oraz troską:

    Przeklęty, kto łamie prawo przybysza, sieroty i wdowy. A cały lud powie: Amen” (Pwt 27: 19)

    Jeśli w waszym kraju osiedli się przybysz, nie będziecie go uciskać. Przybysza, który osiedlił się wśród was, będziecie uważać za obywatela. Będziesz go miłował tak jak siebie samego, bo i wy byliście przybyszami w ziemi egipskiej. Ja jestem Pan, Bóg wasz!” (Kpł 19, 33-34)

    Jeśli będziesz żął we żniwa na swoim polu i zapomnisz snopka na polu, nie wrócisz się, aby go zabrać, lecz zostanie dla obcego, sieroty i wdowy, aby ci błogosławił Pan, Bóg twój, we wszystkim, co czynić będą twe ręce. Jeśli będziesz zbierał oliwki, nie będziesz drugi raz trząsł gałęzi; niech zostanie coś dla obcego, sieroty i wdowy. Gdy będziesz zbierał winogrona, nie szukaj powtórnie pozostałych winogron; niech zostaną dla obcego, sieroty i wdowy.  Pamiętaj, żeś i ty był niewolnikiem w ziemi egipskiej; dlatego ja ci nakazuję zachować to prawo” (Pwt 24, 19 – 22)

    Nie trudno jest się domyśleć dlaczego „przybysze”, „obcy”, „cudzoziemcy” (mówiąc bardziej zaś współczesnym językiem: imigranci) są zaliczani przez Pismo święte i naukę katolicką do kategorii „ubogich”, których uciskanie stanowi jeden z wołających o pomstę do Nieba grzechów. Otóż, ten kto decyduje się opuścić swój rodzinny kraj, najczęściej nie czyni tego dla kaprysu. W większości powodów przyczyny imigracji są poważne: wojna, bieda, bezrobocie, represje polityczne. Co więcej, przybycie do obcego sobie kraju też często wiąże się z licznymi trudnościami takimi jak: nieznajomość języka kraju do którego się przybywa (lub też słaba jego znajomość), brak orientacji na rynku pracy oraz w przepisach prawnych, nieobecność w danym państwie rodziny i przyjaciół. Te i inne okoliczności czynią więc większą część przybyszów osobami, które można nazwać mianem „ubogich” oraz „słabych”. I dlatego też jakieś specjalne utrudnianie im życia jest tak wstrętne Bogu, że woła do Niego o pomstę.

    W świetle powyższego można by więc zapytać, jak moralnie należałoby ocenić agresywnie antyimigrancką kampanię, która nie tak dawno była prowadzona przez dużą część naszej prawicy? Nie mówię tu oczywiście o rozsądnym podnoszeniu problemów związanych z masową imigracją, ale mam w tym momencie na myśli choćby oklaskiwane przez wielu twierdzenia prof. Wolniewicza wedle którego należało zatapiać łódki z imigrantami czy też oburzenie na pomysł utworzenia w Polsce korytarza humanitarnego dla najbardziej potrzebujących, imigrantów, czyli tych z nich, którzy są chorzy, starsi albo też są dziećmi z traumą wojenną.

    Mirosław Salwowski

  7. Czy Żydzi są narodem morderców Chrystusa?

    Leave a Comment

    Sobór Watykański II w deklaracji „Nostra Aetate” uczy na temat odpowiedzialności narodu żydowskiego za mękę i śmierć Pana naszego Jezusa Chrystusa między innymi:

    A choć władze żydowskie wraz ze swymi zwolennikami domagały się śmierci Chrystusa, jednakże to, co popełniono podczas Jego męki, nie może być przypisane ani wszystkim bez różnicy Żydom wówczas żyjącym, ani Żydom dzisiejszym“.

    Z kolei, opublikowany w 1992 roku Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie numer 598 stwierdza:

    Uwzględniając fakt, że nasze grzechy dotykają samego Chrystusa, Kościół nie waha się przypisać chrześcijanom największej odpowiedzialności za mękę Jezusa, którą zbyt często obciążali jedynie Żydów.

    Część tradycjonalistycznych katolików (zwłaszcza tych skupionych wokół Bractwa św. Piusa X) krytykowało powyższe „soborowe” oraz „posoborowe” nauczanie Kościoła, jako rzekome zerwanie z tradycyjną teologią katolicką, w ramach której nieraz obdarzano Żydów mianem „narodu bogobójców”. Czy te zarzuty są uzasadnione?

    Zacznijmy od tego, iż naprawdę trudno jest widzieć coś błędnego lub zwodniczego w przytoczonym wyżej nauczaniu Vaticanum II o tym, iż nie można przypisywać takiej samej odpowiedzialności za śmierć Pana Jezusa ani wszystkim Żydom żyjącym w tamtym czasie ani tym bardziej Żydom dzisiejszym. Takie odrzucone przez Sobór Watykański II twierdzenie nie jest bowiem umocowane ani w Piśmie świętym, ani nawet w zdrowym rozsądku. Po pierwsze bowiem, Biblia nie wspomina o tym, by w czasie procesu i ukrzyżowania Chrystusa wszyscy Żydzi popierali zabicie Jezusa. Owszem, za zbrodnią bogobójstwa opowiedziały się władze religijne narodu żydowskiego czyli Sanhedryn oraz liczne zgromadzenie Żydów obecne na placu umiejscowionym przed siedzibą rzymskiego namiestnika Piłata. Pomijając jednak już zaś nawet tak oczywiste wyjątki Żydów, którzy nie popierali w tamtym czasie i miejscu skazania Pana Jezusa na śmierć, a więc np. Najświętszej Marii Panny, Nikodema, Józefa z Arymatei, Apostołów (nie licząc Judasza), to i tak nie sposób założyć, iż dokładnie wszyscy inni członkowie narodu żydowskiego byli obecni w tłumie wołającym do Piłata: „Ukrzyżuj Go!„. Owszem, na tym haniebnym zgromadzeniu było obecnych wielu Żydów, jednak nie wiemy jakiego dokładnie procentu ówczesnej nacji żydowskiej to dotyczyło. Nawet jeśli była to duża część spośród ówcześnie żyjących Żydów to i tak nie byli to wszyscy Żydzi.

    Stwierdzenie Soboru Watykańskiego II o tym, iż nie można „bez różnicy” (czyli inaczej mówiąc: w takim samym stopniu) obciążać wszystkich żyjących w czasie ukrzyżowania Chrystusa czy tym bardziej istniejących współcześnie Żydów jest więc tak zdroworozsądkowe, jak i biblijne. Czy w takim razie należy potępić często używane w tradycyjnej teologii katolickiej sformułowanie nazywające Żydów mianem „narodu bogobójców”? Cóż, odpowiedź na to pytanie nie należy do bardzo łatwych. Z jednej bowiem strony nie wszyscy Żydzi popierali skazanie na śmierć Pana Jezusa, z drugiej zaś strony wielu z nich właśnie tak uczyniło. Warto też zauważyć, iż ogół Żydów został w relatywnie krótkim czasie ukarany przez Boga zburzeniem światyni w Jerozolimie a następnie ich wygnaniem z Palestyny co uprawdopodabnia tezę o tym, że rzeczywiście duża część narodu żydowskiego mogła solidaryzować się z posunięciem swych władz (czyli Sanhedrynu), które zdecydowały się wydać Zbawiciela na śmierć.

    Czy może więc błędne i sprzeczne z Tradycją Kościoła jest stwierdzenie punktu 598 „posoborowego” Katechizmu Kościoła Katolickiego o tym, iż to chrześcijanie ponoszą największą odpowiedzialność za mękę Jezusa? Cóż, owe sformułowanie może być uznane za lekko dwuznaczne, gdyż brakuje w nim dodania słowa, iż to „źli” chrześcijanie są większymi od żydów mordercami Chrystusa. Albowiem na płaszczyźnie nadprzyrodzonej to grzechy wszystkich ludzi przyczyniły się do śmierci Pana Jezusa. Im zaś kto ma większy dostęp do łask, tym jego wina jaką ponosi za popełniane przez siebie akty nieposłuszeństwa Bogu jest większa. Chrześcijanie zaś mają danych więcej łask niż żydzi, a co się z tym wiąże popełniane przez nich grzechy są większe aniżeli żydów. Im więc dany chrześcijanin więcej grzeszy tym większym też – w sensie nadprzyrodzonym – jest mordercą Chrystusa. Gdyby więc uściślić i doprecyzować punkt 598 Katechizmu Kościoła Katolickiego poprzez dodanie doń dopowiedzenia, iż to źli chrześcijanie ponoszą większą od Żydów odpowiedzialność za mękę Pana Jezusa to nie byłoby w tym stwierdzeniu jakiejkolwiek, choćby i lekkiej dwuznaczności. Warto zresztą odnotować co na ten temat nauczał Katechizm Soboru Trydenckiego:

    Musimy uznać za winnych tej strasznej nieprawości tych, którzy nadal popadają w grzechy. To nasze przestępstwa sprowadziły na Pana naszego Jezusa Chrystusa mękę krzyża; z pewnością więc, ci, którzy pogrążają się w nieładzie moralnym i złu, <krzyżują … w sobie Syna Bożego i wystawiają go na pośmiewisko> (Hbr 6,6). Trzeba uznać, że nasza wina jest w tym przypadku większa niż Żydów. Oni bowiem, według świadectwa Apostoła, <nie ukrzyżowaliby Pana chwały> (1 Kor 2,8), gdyby go poznali. My przeciwnie, wyznajemy, że Go znamy. Gdy więc zapieramy się Go przez nasze uczynki, podnosimy na niego w jakiś sposób nasze zbrodnicze ręce“.

    Nie od rzeczy będzie zresztą przypomnienie tego co na temat odpowiedzialności złych chrześcijan za śmierć Chrystusa uczył św. Jan Maria Vianney, patron wszystkich proboszczów:

    Źli chrześcijanie będą kiedyś w piekle ponosili straszniejsze męczarnie, niż niewierni… Chrześcijanom, gdy tylko dojdą do wieku, w którym mogą już korzystać z rozumu, przyświeca niczym wspaniałe słońce pochodnia wiary. W sposób wystarczający mogą więc poznać swoje obowiązki względem Boga, względem samych siebie, względem bliźniego. Jakie straszne, jakie okropne będzie piekło chrześcijan! Jak niebo oddalone jest od ziemi, tak potępienie chrześcijanin będzie daleko cięższe od potępienia niewiernych. Bo sprawiedliwy Bóg surowiej ukarze tego, kto otrzymał więcej łask, ale wzgardził nimi, zamiast z nich korzystać i wiernie służyć Panu… Jak z trupów potopionych Egipcjan wypływa woda, tak z ust potępieńców przez całą wieczność będą płynęły narzekania, że nie chcieli wykorzystywać Bożych łask, że za życia znieważali Ciało i Krew Jezusową w Komunii Świętej. Na wieki – wedle słów św. Bernarda – stać im będą przed oczyma cierpienia i męka Jezusa Chrystusa, które zniósł także dla ich zbawienia… nie zniknie im nigdy sprzed oczu obraz łez, które przelał Boski Zbawiciel, obraz Jego pokuty… Będą Go widzieli w Ogrodzie Oliwnym, gdzie krwawymi łzami opłakiwał ich grzechy. Zobaczą go w śmiertelnej agonii, zobaczą włóczonego po ulicach Jerozolimy. Będą słyszeli uderzenia młotów, które Go krzyżowały na Kalwarii (…)” (Cytat za: Św. Jan Maria Vianney, „Kazania Proboszcza z Ars”, Warszawa 1999, ss. 337, 340).

    Po raz pierwszy powyższy artykuł ukazał się na portalu Fronda.pl: https://www.fronda.pl/a/z-ambony-strzeleckiej-salwowskiego-czy-zydzi-sa-narodem-mordercow-chrystusa,125493.html

  8. Tomasz Terlikowski błądzi

    Leave a Comment

    Tomasz Terlikowski jest znanym konserwatywnym publicystą katolickim, którego gorliwość i oddanie dla pewnych elementów nauki moralnej Kościoła zasługuje na pochwałę. Nie mniej jednak jak każdemu człowiekowi przydarza mu się błądzić, co należy też jemu pokazać. Jednym z przykładów błędnych wypowiedzi Tomasza Terlikowskiego są słowa, które – w odpowiedzi jednej ze współdyskutantek – napisał w dniu 10 kwietnia b. roku – na swej facebookowej tablicy. Otóż pan Terlikowski najpierw zasugerował, iż nie widzi w katolickiej wykładni Pisma świętego i Tradycji Kościoła podstaw do wspierania karania śmiercią czynnych homoseksualistów, a gdy dyskutująca z nim osoba wskazała na konkretne fragmenty Biblii, w których o takowej sankcji za ów grzech jest mowa, publicysta ten napisał, co następuje:

    „Szanowna Pani, katolicka lektura Pisma Świętego dokonuje się zawsze w świetle Tradycji i Magisterium. Nigdy nie czytamy Pisma Św. literalnie. Tak gwoli ścisłości. Nie jesteśmy fundamentalistami biblijnymi. I nigdy nimi nie byliśmy”.

    Nie wiem, czy Tomasz Terlikowski pewnych rzeczy nie wie, czy może na potrzeby dyskusji, nie chce o pewnych kwestiach mówić, ale trzeba sobie jasno powiedzieć, że jego powyższe sugestie i wypowiedzi nie są zgodne ani z prawdą historyczną, ani też nauczaniem katolickim.

     

    Po pierwsze bowiem, w Tradycji Kościoła znajdowały się wypowiedzi i akty wspierające karanie śmiercią za czynny homoseksualizm. Jednym z tego przykładów są dwie bulle autorstwa papieża św. Piusa V: „Cum Primum” oraz „Horrendum illus scelum”. W tych dokumentach tenże święty papież nakazał wydawanie winnych homoseksualnych postępków duchownych władzom cywilnym, by stosowały wobec takowych takie same kary, jakie ówczesne prawo przewidywało za owe grzechy popełniane przez osoby świeckie. A przypomnijmy, że wówczas częstą karą – również w państwach katolickich – za akty homoseksualne była właśnie kara śmierci.

    I nie twierdzę teraz, że każdy katolik z pewnością musi zgadzać się z karaniem śmiercią czynnych homoseksualistów i lesbijek. Wspomniane bulle św. Piusa V jako takie miały bowiem charakter raczej dyscyplinarny, a nie stricte doktrynalny, przez co jako takie nie zobowiązywały katolików do automatycznego uznawania ich za słuszne. Nie mniej jednak, jest historycznym faktem, iż w Tradycji Kościoła miały miejsce czyny i wypowiedzi wspierające karanie śmiercią za sodomię. Można się z tym nie zgadzać, ale należy wówczas uczciwie zmierzyć się z tym historycznym faktem.

     

    Po drugie: kompletną bzdurą jest twierdzenie Tomasza Terlikowskiego, jakoby katolicka lektura Pisma świętego „nigdy” nie polegała na jego „literalnym odczytywaniu”. Jest bowiem niemal dokładnie odwrotnie. Tradycyjnie katolicka wykładnia Biblii zazwyczaj (choć nie zawsze) opiera się na jej dosłownym rozumieniu. Święty Tomasz z Akwinu nauczał, iż: „Wszystkie rodzaje sensu Pisma świętego powinny się opierać na sensie dosłownym” (Summa theologiae, I, 1, 10 ad 1). Papież Leon XIII potwierdził tę zasadę w swej encyklice „Providentissimus Deus”, gdzie uczył, co następuje:

    Niech on [współczesny komentator] jednak z tego powodu nie sądzi, że ma drogę zamkniętą do posuwania się dalej w badaniu i wyjaśnianiu, a tym bardziej, gdy znajdzie się do tego słuszna przyczyna, – byle tylko szedł sumiennie za ową regułą, rozumnie przez św. Augustyna postawioną, a mianowicie, że należy jak najmniej odstępować od sensu literalnego i niejako właściwego, chyba że jakiś powód nie pozwoli go zatrzymać lub konieczność zmusi do opuszczenia go [Św. Aug., De Gen. ad litt. VIII, 7, [13].]. Tej reguły tym mocniej należy się trzymać, im większe jest niebezpieczeństwo pobłądzenia przy tak wielkim pożądaniu nowości i wolności zdań„ (Podkreślenie moje – MS).

    Również Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie numer 116 powtarza wskazaną wyżej zasadę św. Tomasza z Akwinu, iż: „Wszystkie rodzaje sensu Pisma świętego powinny się opierać na sensie dosłownym„.

    Jednym z bardziej dobitnych przykładów tego, iż Magisterium i Tradycja Kościoła wykłada Pismo święte w sposób literalny, jest choćby dogmat o Rzeczywistej i Substancjalnej Obecności Ciała i Krwi Pana naszego Jezusa Chrystusa w konsekrowanych Hostiach. To dogmatyczne nauczanie jest oczywiście dosłownym i literalnym rozumieniem następujących słów z Ewangelii św. Mateusza: „Jezus wziął chleb i odmówiwszy błogosławieństwo, połamał i dał uczniom, mówiąc: «Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje». Następnie wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie, dał im, mówiąc: «Pijcie z niego wszyscy, bo to jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów” (tamże: 26, 26-28). A podobnych przykładów literalnej interpretacji Pisma św. jaką daje nam Magisterium Kościoła jest o wiele, wiele więcej.

    Warto zresztą zauważyć, iż pan Terlikowski de facto popada w sprzeczność sam ze sobą, gdy pisze, iż Pisma świętego „nigdy” nie należy traktować literalnie. Gdyby bowiem tak było, to również w kwestii potępienia przez Biblię aktów homoseksualnych (które wspomniany redaktor wszak też piętnuje) należałoby uciekać się do niedosłowności  wskazując zarazem, że przecież owe potępienie było formułowane w kontekście innych czasów, innej kultury i innych zwyczajów (jak czyni to zresztą wielu teologów). Tradycja i Magisterium Kościoła od wieków rozeznaje jednak biblijne potępienia homoseksualizmu w sensie dosłownym i uniwersalnym, a nie symbolicznym czy też kulturowo relatywistycznym. Niech się więc Tomasz Terlikowski zdecyduje, albo Biblii rzeczywiście nie należy „nigdy” interpretować literalnie, a wówczas jego publicystyczne batalie przeciwko sodomii można schować do buta, albo jednak Pismo święte częściej niż mu się to wydaje trzeba wykładać dosłownie.

  9. Jamie Schmidt – amerykańska męczennica cnoty czystości

    Leave a Comment

    Niedawno temu, bo 19 listopada 2018 roku, za Oceanem, w amerykańskim mieście St. Louis w stanie Missouri miało miejsce zdarzenie, które powinno być źródłem nadziei i inspiracji dla katolików na całym świecie. Otóż, w tym dniu śmierć w obronie cnoty czystości poniosła 53-letnia katoliczka Jamie Schmidt, mająca opinię cichej i spokojnej kobiety, matka trojga dzieci. Jest to wydarzenie tym bardziej znamienne, gdyż jeśli w przyszłości Kościół zdecydowałby się na jej kanonizację byłaby to pierwsza męczennica, która urodziła się na terenie Stanów Zjednoczonych.

    Jamie Schmidt została zabita po tym, jak udała się do miejscowej filii Catholic Supply, głównego dostawcy dewocjonaliów po to by nabyć różańce, które rozprowadzała w ramach swej katolickiej aktywności. Owego dnia zastała jednak tam obok pracownic sklepu także Thomasa Bruce’a, który wcześniej sterroryzował dwie inne znajdujące się tam kobiety. Mężczyzna z bronią w ręku zażądał od kobiet rozebrania się, a następnie odbycia z nim perwersyjnego aktu seksualnego. O ile dwie kobiety pod wpływem strachu zgodziły się na żądania napastnika o tyle Jamie Schmidt odpowiedziała mu: „W imię Boga. Nie rozbiorę się”. To rozśwccieczyło Thomasa Bruce’a, który słysząc odmową tej dzielnej kobiety, strzelił do niej z pistoletu. Ciężko ranna Jamie, wedle ocalałych świadków tego zdarzenia miała jeszcze szeptać słowa modlitwy „Ojcze nasz”. Niestety, ratownikom medycznym nie udało się uratować owej kobiety i zmarła ona w niedługim czasie po jej postrzeleniu przez napastnika.

    Choć na płaszczyźnie emocjonalnej powyższe wydarzenie jest oczywiście smutne i jawi nam się jako bardzo tragiczne, daje ono nam nadzieję oraz powinno być dla nas źródłem inspiracji. Okazuje się bowiem, że także w dzisiejszych czasach, czyli w początkach XXI wieku istnieją osoby, które wzorem kanonizowanych i beatyfikowanych wcześniej świętych niewiast (vide: Maria Goretti, Karolina Kózkówna) oraz mężczyzn (np. Karol Lwanga wraz z towarzyszami, Fernando Saperas) są gotowe raczej umrzeć niż zgrzeszyć przeciwko świętej cnocie czystości.

    Inspirujące zaś to wydarzenie jest dlatego, iż zasada „Lepiej umrzeć niż zgrzeszyć” nie jest tylko jakąś dobrą, acz fakultatywną radą, ale stanowi – w razie zaistnienia takiej potrzeby – obowiązek każdego chrześcijanina. Jak wszak nauczał św. Jan Paweł II w swej encyklice „Veritatis splendor”:

    Kościół ukazuje wiernym przykłady licznych świętych (…), którzy głosili i bronili prawdę moralną aż do męczeństwa, albo woleli umrzeć, niż popełnić choćby jeden grzech śmiertelny. Wyniósł ich do chwały ołtarzy , to znaczy kanonizował ich świadectwo i publicznie uznał za słuszne ich przekonanie, że miłość Boga każe bezwarunkowo przestrzegać Jego przykazań nawet w najtrudniejszych okolicznościach i nie pozwala ich łamać nawet dla ratowania własnego życia (…). Męczeństwo odrzuca jako złudne i fałszywe wszelkie ludzkie tłumaczenia, jakimi usiłowałoby się usprawiedliwić – nawet w wyjątkowych okolicznościach – akty moralnie złe ze swej istoty” (tamże, n. 91 – 92).

    Podobnie, papież Pius XII w przemówieniu z dnia 18 kwietnia 1952 roku uczył:

    Chrześcijanin nie może być nieświadomy faktu, że musi poświęcić wszystko, nawet własne życie, aby ocalić swoją duszę. Przypominają nam o tym wszyscy męczennicy. Męczenników jest bardzo wielu, również w naszych czasach. Matki Machabeuszy wraz ze swoimi synami święte Perpetua i Felicyta, wraz z ich nowo narodzonymi dziećmi; Maria Goretti i tysiące innych mężczyzn i kobiet, których czci Kościół – czy w obliczu sytuacji, w której się znaleźli, bezsensownie lub wręcz błędnie zaryzykowali krwawą śmierć? Nie, z pewnością nie, a w swojej krwi są oni najbardziej ewidentnymi świadkami prawdy przeciwko nowej moralności”.

    Msza święta pogrzebowa za duszę Jamie Schmidt, amerykańskiej męczennicy za cnotę czystości odbyła się 27 listopada 2018 roku w kościele pod wezwaniem św. Antoniego z Padwy w High Ridge. Osobiście, byłbym bardzo szczęśliwy, gdybym jeszcze na tej ziemi, mógł dożyć dnia, w którym za pełną, publiczną aprobatą Kościoła powiem: „Święta Jamie Schmidt: módl się za nami„.

  10. Całe Pismo jest natchnione. Nie tylko Ewangelie …

    Leave a Comment

    Istnieje pewien typ katolików, którzy de facto (a może czasami nawet wręcz „de iure”) chcieliby ograniczyć natchniony przez Ducha Świętego charakter Pisma świętego nie tylko do Nowego Testamentu, ale nawet jedynie do czterech Ewangelii. Lekceważą oni bowiem tak Stary Testament, jako rzekomo będący zbiorem bardziej żydowskich wyobrażeń o Bogu, aniżeli objawionych przez Stwórcę prawd i zasad, jak i przynajmniej niektóre z nowotestamentowych listów pisanych przez Apostołów. Przykładów tego rodzaju podejścia do Pisma świętego można by podawać wiele. Ot, choćby niektórzy oburzają się, kiedy mówi się im, że nasz Pan Jezus Chrystus w pełni aprobował starotestamentowe rozkazy wybicia niektórych pogańskich narodów, no bo przecież nie ma być możliwe, by znany nam z Ewangelii Zbawiciel popierał takie rzeczy. Innym przykładem podobnego podejścia może być twierdzenie pewnego księdza, iż co prawda św. Paweł Apostoł w 13 rozdziale listu do Rzymian wspierał prawo władz cywilnych do wymierzania kary śmierci, ale nie jest to część Ewangelii (więc w domyśle niezbyt się liczy). Ostatnio zaś na własne uszy słyszałem, jak jedna ze znanych dziennikarek katolickich kontrastowała nauczanie św. Pawła Apostoła o tym, iż nie powinno się nawet jadać z jawnymi ciężkimi grzesznikami, którzy zwą się chrześcijanami (1 Kor 5, 9-13) z rzekomo bardziej miłosierną postawą Jezusa spotykającego się wszak z celnikami i prostytutkami. Z niekatolickiego podwórka można zaś jako przykład wskazanej postawy podać twierdzenie/sugestię tych pro-gejowskich teologów i aktywistów, którzy powołując się jedynie na nauczanie Chrystusa spisane w czterech Ewangeliach utrzymują, że tak naprawdę Bóg nie ma nic przeciwko homoseksualizmowi, gdyż Jezus milczał na temat tego zachowania.

    Neomarcjonizm dziś

    To wszystko pokazuje poważny kryzys wiary katolików (a także innych chrześcijan) w prawdę o tym, iż dokładnie całe Pismo święte jest natchnionym, bezbłędnym i nieomylnym Słowem Boga. Mamy tu do czynienia wszak już nie tylko z jakimś neo-marcjonizmem, który mniej lub bardziej otwarcie kwestionuje Stary Testament, ale trend ten idzie jeszcze dalej i nie pozostawia w spokoju nawet innych niż cztery Ewangelie ksiąg Nowego Testamentu.

    Nie takie jest jednak tradycyjnie katolickie podejście do Biblii. Papież Benedykt XV w encyklice „Spiritus Paraclitus” potwierdził wszak odwieczne nauczanie Kościoła o tym, że:

    boskie natchnienie rozciąga się bez żadnego wyjątku i różnicy na wszystkie części pism biblijnych i żaden błąd nie może dotknąć natchnionego tekstu (…)”

    Z kolei wydany w 1992 roku Katechizm Kościoła Katolickiego cytując konstytucję „Dei Verbum” Soboru Watykańskiego II naucza:

    Ponieważ wszystko, co twierdzą autorzy natchnieni, czyli hagiografowie, powinno być uważane za stwierdzone przez Ducha Świętego, należy zatem uznawać, że księgi biblijne w sposób pewny, wiernie i bez błędu uczą prawdy, jaka z woli Bożej miała być przez Pismo święte utrwalona dla naszego zbawienia” (n. 107).

    Samo zaś o sobie Pismo święte mówi:

    Wszelkie Pismo od Boga natchnione [jest] i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości – aby człowiek Boży był doskonały, przysposobiony do każdego dobrego czynu (2 Tm 3, 16 – 17).

    Jeśli zaś chodzi o Stary Testament to choć prawdą jest, iż w pewnym bardziej ograniczonym sensie zawiera on rzeczy niedoskonałe (np. prawa tolerujące niektóre z wad narodu wybranego) oraz przemijające (starozakonne obrzędy i ceremonie) to i tak nie upoważnia to nikogo do lekceważenia czy kwestionowania Bożego natchnienia tych ksiąg. Katechizm Kościoła Katolickiego uczy na ów temat:

    Stary Testament jest nieodłączną częścią Pisma świętego. Jego księgi są natchnione przez Boga i zachowują trwałą wartość, (…) Chrześcijanie czczą Stary Testament jako prawdziwe słowo Boże. Kościół zawsze z mocą przeciwstawiał się idei odrzucenia Starego Testamentu pod pretekstem, że Nowy Testament doprowadził do jego przedawnienia (marcjonizm)” (n. 121, 123).

    Jezus zniszczył Sodomę

    Nie jest więc tak, iż prawdy oraz zasady objawione w Starym Testamencie nie były prawdami i zasadami objawionymi przez Jezusa Chrystusa. Stary Testament jest bowiem Słowem Bożym, a Słowem jest właśnie Jezus (por. J, 1-18, Ap 19, 13). Kiedy zaś mamy w Starym Przymierzu do czynienia z pozytywnymi nakazami Bożymi albo aprobatywnymi stwierdzeniami jakichś prawd oznacza to, że stoi za nimi Jezus, a nie jakiś inny Bóg. Dotyczy to między innymi takich rzeczy jak: kara śmierci za różne ciężkie nieprawości, rozkaz wytępienia niektórych pogańskich ludów czy zniszczenie ogniem i siarką Sodomy i Gomory. W żadnym razie nie było tak, iż „dobrotliwy” Jezus z niechęcią patrzył na te działania swego „zbyt surowego” Ojca – jakby to może chcieli niektórzy. Syn Boży zawsze w pełni i absolutnie utożsamiał się z wolą swego Ojca, więc i w przypadku wspomnianych wyżej rzeczy popierał On je bez żadnych obiekcji. Warto przy tej okazji wspomnieć, iż starożytne „Konstytucje Apostolskie” tak mówią o Jezusie Chrystusie:

    To o nim Mojżesz złożył świadectwo: „Pan wziął od Pana ogień i spuścił go na Sodomę” (Rdz 19, 24)(…) Jego ujrzał Jozue, syn Nawego, jako uzbrojonego wodza zastępów Pana i swego sprzymierzeńca w wyprawie na Jerycho (Joz 5, 14) (tamże: V, 20: 5; 7).

     

    „Kto wami gardzi, mną gardzi”
    Skoro więc nie można rozdzielać nauczania Pana Jezusa od Starego Testamentu, tym bardziej nie można czynić różnicy między słowami Chrystusa a autorytetem wyznaczonych przez Niego Apostołów. To wszak o Apostołach nasz Zbawiciel mówił:

    Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał» (Łk 10, 16).

    Nie należy więc mówić, że to co pisali w swych listach Apostołowie jest mniej ważne od tego czego nauczał Pan Jezus w swych Ewangeliach (albo, że nawet jest z tym rzekomo sprzeczne). Nauczanie Apostołów jest bowiem nauczaniem samego Jezusa Chrystusa.

    Pismo święte to całość. Nie można go kaleczyć i rozdzielać. Nie można lekceważyć ani Starego ani Nowego Testamentu. Nie należy przeciwstawiać sobie Ewangelii i listów apostolskich. Kto tak czyni nie rozumie Bożego natchnienia Biblii i wyrządza wiele zamętu w duszach chrześcijan.