Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: moralność

  1. Maseczki – czy mamy moralny obowiązek je nosić?

    Możliwość komentowania Maseczki – czy mamy moralny obowiązek je nosić? została wyłączona

    Od dnia 27 lutego b. roku weszło w życie rozporządzenie Rady Ministrów nakazujące zakrywanie ust i nosa tylko za pomocą maseczek. Jest to dość irytująca decyzja naszych rządzących, gdy zważy się na fakt, iż nie dość, że takie zasłanianie twarzy w miejscach publicznych jest uciążliwe, to zlikwidowano tym samym możliwość używania w tym celu takich zamienników maseczek jak przyłbice, chusty, kominy czy szaliki. Wielu katolików zdaje się kwestionować moralną powinność stosowania się do tego prawa, podając przy tym różnego rodzaju argumenty, poczynające się od sugerowania nielegalności rządowych rozporządzeń na ów temat, a kończące się na dawaniu do zrozumienia, iż ich przestrzeganie jest nawet i niemoralne. Poniżej postaram się w pewien sposób odpowiedzieć na takie argumenty oraz wykazać, iż dobrzy chrześcijanie powinni być posłuszni nakazowi noszenia maseczek w większości z publicznych miejsc.

    ***

    Zacznijmy od tego, iż na dzień dzisiejszy prawo nakazujące zasłanianie ust i nosa jest – w przeciwieństwie do niektórych innych restrykcji antycovidowych – ustanowione w legalny, gdyż konstytucyjny sposób. Owszem, jeszcze kilka miesięcy temu taki obowiązek nie był legalnie ustanowiony, gdyż nie istniała ustawa na to pozwalająca. To się jednak zmieniło po uchwaleniu ustawy z dnia 28 października 2020 roku, której art. 46 b pozwala na wydawanie rozporządzeń nakazujących zakrywanie ust i nosa w pewnych miejscach oraz okolicznościach. W odróżnieniu zatem np. od zakazów prowadzenia pewnych form działalności gospodarczej rząd nie działa w sprawie maseczek w sposób samowolny oraz sprzeczny z konstytucją naszego kraju. Od strony więc prawno-legalnej sytuację mamy jasną i jednoznaczną: nakaz noszenia maseczek jest legalny, gdyż ustanowiony na podstawie konstytucji, która w przypadku ograniczeń swobód i wolności obywatelskich zezwala na wprowadzanie takowych tylko na podstawie ustawy.

    ***

    Nie wszystkie jednak prawa – choćby i były uchwalone w pełni legalny oraz konstytucyjny sposób – muszą być przez ten sam fakt zgodne z moralnością oraz sprawiedliwością. A jeśli takie prawa są przeciwne moralności i sprawiedliwości, to nie zawsze są one obowiązujące w sumieniu.

    Mówiąc zaś bardziej precyzyjnie: jeśli rządzący nakazują nam popełnienie czegoś, co jest materią grzechu, to mamy nawet obowiązek okazania nieposłuszeństwa. Przykładowo, król danego kraju może wydać prawo nakazujące wszystkim obywatelom oddawanie mu boskiej czci albo też popełnianie cudzołóstwa. Oczywiście, w takiej sytuacji jedyną moralnie właściwą opcją będzie odmowa podporządkowania się takim rozkazom, choćby i miało się to dla nas wiązać z krwawym męczeństwem. O takiej sytuacji nauczał chociażby papież Leon XIII w encyklice „Diuturnum illud”:

    „Jeden jest tylko powód uwalniający ludzi od posłuszeństwa, mianowicie gdyby żądano od nich czegoś przeciwnego prawu naturalnemu albo Bożemu, tam bowiem, gdzie zachodzi pogwałcenie prawa natury lub woli Bożej, zarówno sam rozkaz, jak wykonanie go byłoby zbrodnią. (…)„.

    Jeśli z kolei, dane prawo co prawda nie nakazuje nam czynienia czegoś złego, ale nakłada na nas niesprawiedliwe ograniczenia oraz obciążenia, to mamy czasami prawo (choć niekoniecznie obowiązek) niebycia tu posłusznymi, acz z drugiej strony takie rzeczy jak roztropność czy chęć uniknięcia większego zła mogą czynić mniej lub bardziej wskazanym okazywanie posłuszeństwa tego rodzaju niesprawiedliwym prawom. Przykładowo, niegdyś prawo wielu krajów pozwalało właścicielom niewolników na srogie i okrutne obchodzenie się z nimi (np. chłostanie za nieproporcjonalnie lekkie do tej kary przewinienia, obciążanie zbyt ciężką pracą). Czymś dobrym i chwalebnym było podejmowanie starań na rzecz zmiany tego porządku rzeczy, jednak to nie znaczy, iż wskazane było, aby każdy niewolnik traktowany w ten sposób na własną rękę buntował się przeciwko takiemu traktowaniu. Takie samowolne buntowanie się mogło bowiem nieraz owocować większym złem i chaosem. Prawdopodobnie dlatego więc, Pismo święte zalecało niewolnikom bycie posłusznym swym panom:


    Niewolnicy! Z całą bojaźnią bądźcie poddani panom nie tylko dobrym i łagodnym, ale również surowym. To się bowiem podoba [Bogu], jeżeli ktoś ze względu na sumienie [uległe] Bogu znosi smutki i cierpi niesprawiedliwie.  Co bowiem za chwała, jeżeli przetrzymacie chłostę jako grzesznicy? – Ale to się Bogu podoba, jeżeli dobrze czynicie, a przetrzymacie cierpienia.  Do tego bowiem jesteście powołani. Chrystus przecież również cierpiał za was i zostawił wam wzór, abyście szli za Nim Jego śladami. On grzechu nie popełnił, a w Jego ustach nie było podstępu. On, gdy Mu złorzeczono, nie złorzeczył, gdy cierpiał, nie groził, ale oddawał się Temu, który sądzi sprawiedliwie (1 Piotr 2, 18-23).

    Poza tymi dwoma wypadkami – a więc, gdy ludzkie władze zmuszają do popełnienia jakiegoś grzechu lub gdy nakładają jakieś niesprawiedliwe obciążenia – zasadniczo rzecz biorąc, należy być posłusznym wszystkim prawom wydawanym przez rządzących. Jak naucza choćby o tym Katechizm św. Piusa X:

    Tak, należy przestrzegać wszystkich praw, które są stanowione przez władze świeckie, zgodnie z nakazem i i przykładem, który dał nam nasz Pan Jezus Chrystus, o ile jednak nie są one sprzeczne z prawem Bożym”. [Patrz: „Katechizm św. Piusa X. Vademecum katolika„ Sandomierz 2006, s. 100].

    Co więcej, aby móc być nieposłusznymi prawom ustanawianym przez władze cywilne nie wystarczy mieć jakieś wątpliwości, czy aby na pewno są one sprawiedliwe. Przeciwnie, w wypadku takich wątpliwości należy słuszność przyznawać raczej władzom cywilnym, o czym pisał w swej XIX-wiecznej „Teologii moralnej dla plebanów i spowiedników” kardynał Thomas-Marie-Joseph Gousset:

    W powątpiewaniu czy prawo jest niesprawiedliwe uważać należy, czy rzecz nakazana jest uczciwa lub nie; przypuszczenie jest na korzyść rozkazującego. (…) Na tej to zasadzie ojcowie i pasterze kościoła, ustawnie skłaniali wiernych do płacenia podatków, nauczając ich, że nie można być nigdy nieposłusznym prawom krajowym, chyba gdyby wymagały rzeczy sprzecznych z moralnością i religią, lub były oczywiście niesprawiedliwymi. Na przypadek wątpliwości, należy przechylać się na korzyść prawodawcy i oświadczyć się za prawem. [Patrz: Kardynał Gousset, „Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników”, Warszawa 1858, ss. 51, 61].

    ***

    A zatem każdy katolik utrzymujący, iż aktualnie obowiązujące w naszym kraju prawo nakazujące zasłanianie maseczką ust i nosa nie obowiązuje w sumieniu, powinien pokazać, że bez wątpliwości ów przepis albo nakazuje czynienie czegoś moralnie złego, albo przynajmniej nakłada jakieś jawnie niesprawiedliwe ograniczenia. Czy można jednak udowodnić, że noszenie maseczek w miejscach publicznych jest materią jakiegoś grzechu? Cóż, trudno będzie to uczynić zważywszy na to, że nie tylko sam zdrowy rozsądek podpowiada nam, że coś takiego nieraz może być wskazane (np. troska o bezpieczeństwo swoje lub innych bliźnich), ale sam Bóg polecił przynajmniej w jednym miejscu zasłanianie pewnym osobom części twarzy. Chodzi mianowicie o chorych na trąd, którym w Starym Przymierzu nakazywano „zasłanianie brody” (patrz: Kapłańska 13, 45). Gdyby jednak zasłanianie części twarzy było czymś ze swej natury niemoralnym, to Bóg nie mógłby wydać takiego polecenia, gdyż Jego absolutna dobroć i świętość by Mu na to nie pozwalały. Jak mówi wszak Pismo święte:

    Oczy Jego patrzą na bojących się Go – on sam poznaje każdy czyn człowieka. Nikomu On nie przykazał być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć” –  Syrach 15, 19-20.

    Ponadto, wedle objawień prywatnych danych bł. Annie Katarzynie Emmerich sama Najświętsza Maryja Panna zakrywała w pewnych okolicznościach i sytuacjach twarz:

    Zasłona, odsunięta w tył głowy, ułożona była w poprzeczne fałdy, gdy Maryja rozmawiała z mężczyznami, ściągała ją na twarz. Także rąk nie odkrywała w obecności obcych, tylko gdy była sama” [patrz: Błogosławiona Anna Katarzyna Emmerich, „Żywot i bolesna męka Pana naszego Jezusa Chrystusa i Najświętszej Matki Jego Maryi wraz z tajemnicami Starego Przymierza”, Wrocław 2009, s. 887].

    Ktoś jednak może powiedzieć, iż dłuższe noszenie maseczki jest niemoralne, gdyż powoduje szkody dla zdrowia. Na ten argument można jednak odpowiedzieć na dwa sposoby. Po pierwsze: jest co najmniej dyskusyjne, czy w miarę prawidłowe noszenie maseczek powoduje jakieś szkody dla zdrowia. Tymczasem, jak to zostało już pokazane powyżej, aby móc być nieposłusznym prawu, jego niesprawiedliwy charakter powinien być oczywisty, zaś w razie wątpliwości należy być posłusznym przepisom wydawanym przez rządzących. Po drugie: nie każde powodowanie u siebie (czy innych) szkody na zdrowiu jest niemoralne. Jeśli przez taką szkodę na zdrowiu możemy osiągnąć większe dobro fizyczne lub dobro moralne, to może być to zgodne z wolą Boga. Przykładowo, wolno jest obciąć zgangrenowany palec po to, by ratować od gangreny resztą ludzkiego ciała. Podobnie, moralnie dozwolone jest skazanie złoczyńcy na karę chłosty w celu zniechęcenia go do popełniania przestępstw w przyszłości oraz ochrony społeczeństwa przed możliwymi naruszeniami prawa ze strony tego rodzaju osób.

    Czy da się więc może bez większej wątpliwości dowieść, iż co prawda przysłowiowe maseczki przynajmniej są jawnie niesprawiedliwym obciążeniem nakładanym na obywateli? I w tym wypadku, w najlepszym razie mamy do czynienia z bardzo dyskusyjnymi wywodami ich przeciwników na ów temat, którym można przeciwstawiać ogólnie słuszną zasadę o tym, że władze cywilne mają prawo wprowadzać ograniczenia niektórych swobód obywatelskich wówczas, gdy przemawia za tym ochrona ważniejszych dóbr.

    ***

    W mojej zatem opinii nie ma żadnych poważnych przesłanek, by twierdzić, iż – zasadniczo rzecz biorąc – ma się moralne prawo (czy tym bardziej obowiązek) okazywania nieposłuszeństwa przepisom prawnym nakazującym w większości miejsc publicznych zasłanianie ust i nosa za pomocą maseczek.

    Na samym zaś marginesie dodam, że dziwi mnie gorliwość z jaką niektórzy katolicy zwalczają obowiązek prawny noszenia maseczek, zwłaszcza gdy zestawi się ową żarliwość z niemal całkowitym milczeniem, jakie panuje w środowiskach katolickich wobec o wiele poważniejszych i oczywistych problemów moralnych. Kiedy to ostatnio np. w jakimś artykule umieszczonym na łamach konserwatywnych mass mediów dane nam było czytać o tym, że kasjer czy kasjerka przepuszczający przez taśmę takie produkty jak prezerwatywy, czy pisma porno dopuszcza się w ten sposób co najmniej bliskiej materialnej współpracy ze złem? W ilu wystąpieniach internetowych można usłyszeć, iż pracownik handlu powinien wybrać raczej utratę swej posady niż spełnianie poleceń swego szefa wówczas, gdy ten nakazuje mu okłamywanie i oszukiwanie klientów?

    Mirosław Salwowski

  2. Gloria Polo, jej ojciec i „katolicka radość życia”

    Możliwość komentowania Gloria Polo, jej ojciec i „katolicka radość życia” została wyłączona

    W ostatnim czasie ponownie przeglądałem sobie książeczkę z prywatnymi objawieniami Glorii Polo. Dla tych, którzy nie wiedzą, kim jest Gloria Polo wyjaśniam, iż jest to pochodząca z Kolumbii mistyczka, która twierdzi, że po tym, jak została porażona piorunem Bóg ukazał jej powagę popełnianych przez nią grzechów i polecił jej głosić na świecie o tym, co widziała i słyszała będąc w tym stanie. Kto, by chciał zapoznać się z treścią wizji i przesłań Glorii Polo, może kliknąć w tym celu pod ten link. Wiem, że niektórzy kwestionują wiarygodność niektórych ze szczegółów zawartych w wizji Glorii Polo, ale nie o tym pragnę pisać w poniższym tekście. W tym artykule chciałem nawiązać do tych elementów jej objawień, które pokrywają się z publicznie dostępną wiedzą, a jednocześnie rzucają bardzo poważny cień na obyczajowość Ameryki Łacińskiej. Chodzi mianowicie o rozpowszechnioną w owym rejonie świata kulturę „machismo”, w ramach, której aprobowało się i chyba wciąż się aprobuje różne przejawy rozwiązłości seksualnej w wykonaniu mężczyzn (np. zdradzanie żon, korzystanie z usług prostytutek). W wizji Glorii Polo jest więc mowa, iż jej ojciec został zaprowadzony przez z kolei swego ojca (a jej dziadka) do domu publicznego, gdy ten miał 12 lat, po to „by uczynić z niego mężczyznę„. Po iluś tam latach ojciec Glorii żeni się z jej matką i choć – jak można domniemywać z kontekstu – początkowo ma wolę dotrzymania wierności swej żonie – jednak już po dwóch tygodniach zdradza ją w domu publicznym, będąc namówionym do tego przez kolegów.

    Wszystko powyższe miało miejsce jeszcze przed Soborem Watykańskim II, rewolucją seksualną lat 60-tych oraz częściową protestantyzacją Ameryki Łacińskiej, która dokonała się na przełomie 20 i 21 stulecia. Gloria Polo urodziła się bowiem w 1958 roku, a więc jej ojciec czynił te rzeczy we wcześniejszym okresie czasu. W tym przypadku trudno tu też mówić o jakimś pokątnym, wstydliwym grzeszeniu (co w pewnym sensie byłoby jeszcze pocieszające), skoro sam ojciec Glorii był zachęcany do takich czynów nie tylko przez swych kolegów, ale nawet przez własnego ojca. Czy uświadamiacie sobie drodzy Czytelnicy, o jakim poziomie degradacji moralnej tu mówimy?!? Chłopiec dopiero co oderwany od ołowianych żołnierzyków jest prowadzony przez swego ojca do lupanaru?!? Młody mąż zdradza swą żonę z prostytutką nie po 20 czy choćby 2 latach, ale już po 2 tygodniach będąc do tego namawianym przez kolegów?!? I to wszystko dzieje się w jednym „przedsoborowych” krajów z dominującą katolicką większością?!?

    ***

    Gdy słucham o takich historiach, po raz kolejny uświadamiam sobie, jak żenujące były „argumenty” którymi często we mnie próbowano uderzać o – w domyśle pięknej – „katolickiej radości życia” kwitnącej w słonecznych katolickich krajach w rodzaju Włoch, Hiszpanii czy Ameryki Łacińskiej. Pod tą „katolicką radością życia” bardzo często kryły się jednak właśnie takie rzeczy – przerażający, nawet biorąc pod uwagę dzisiejsze standardy – upadek moralny; ból i cierpienie zdradzanych żon i dzieci na to patrzących; upokorzenie dziewcząt oraz kobiet przymuszanych do seksu przez jurnych „macho”; krzywda nieślubnych dzieci nazywanych z pogardą „bękartami” i to nazywanych nieraz tak przez ludzi, którzy sami je w ten sposób płodzili.

    Wszystko to też pozwala zadawać poważne pytania odnośnie poziomu tak „przedsoborowej” katechizacji, jak i stylu życia prowadzonego przez część ówczesnego duchowieństwa.  Czy bowiem gdyby choćby znacząca część duchowieństwa energicznie tępiła takie zwyczaje, to miałyby one szanse na tak długotrwałe i szerokie zakorzenienie się w kulturze wielu krajów katolickich? Można też niestety przypuszczać, że również niegdyś duża część katolickiego kleru prawdopodobnie nie praktykowała cnoty czystości w efekcie czego wierni świeccy to widzący (albo to w inny sposób wyczuwający) tylko utwierdzali się w popełnianiu przez siebie grzechów z tej materii.

    Mirosław Salwowski

  3. O karceniu cielesnym dzieci

    Leave a Comment

    Rózga i karność udziela mądrości, pozostawiony sobie chłopiec jest wstydem dla matki” – Przysłów 29: 15.

    ***

    Nie kocha syna, kto rózgi żałuje, kto kocha go – w porę go karci” – Przysłów 13: 24.

    ***

    W sercu chłopięcym głupota się mieści, rózga karności wypędzi je stamtąd” – Przysłów 22: 15.

    ***

    Karcenia chłopcu nie żałuj, gdy rózgą uderzysz – nie umrze. Ty go rózgą uderzysz, a od Szeolu zachowasz mu duszę” – Przysłów 23: 13 – 14.
    ***

    Kto miłuje swego syna, często używa na niego rózgi,  aby na końcu mógł się nim cieszyć” – Mądrość Syracha 30: 1.

    ***

    Nie odejmuj swojej ręki od syna swego, ani od córki swojej, ale ucz ich od młodości bojaźni bożej” – Nauka Dwunastu Apostołów 4, 9 (Cytat za: „Pisma Ojców Apostolskich”, Poznań 1924, s. 28.)

    ***

    Nie obawiajcie się ich karcić i surowo upominać, bo chłostą ich nie zabijecie (patrz: Prz 23, 13), ale raczej ocalicie, jak to Salomon mówi gdzieś w Księdze Mądrości: <Karć syna, a kłopotu ci to zaoszczędzi> (patrz: Prz 29, 17 i Prz 19, 18a), <tak bowiem będzie dla ciebie dobrą nadzieją> (por. Prz 19, 18b), <ty go uderzysz rózgą, a duszę jego zachowasz od śmierci> (por. Prz 23,14). Tenże (Salomon) mówi jeszcze: <Kto rózgi żałuje, nienawidzi swego syna> (por. Prz 13, 24), oraz: <Okładaj rózgami jego boki, gdy jest jeszcze młody, aby, gdy zmężnieje, nie odmówił ci posłuchu> (por. Syr 30, 12). Kto więc nie chce upominać i karcić swego syna, nienawidzi swego dziecka. Uczcie więc wasze dzieci Słowa Pańskiego, bądźcie surowi dla nich nawet chłoszcząc je rózgami, wpajajcie im posłuszeństwo, uczcie je <od dzieciństwa świętych pism> (por. 2 Tym 3, 15) naszych i Boga, przekazujcie im całe Pismo Boże (…)” – Konstytucje Apostolskie IV, 11 (2-4). (Cytat za: „Synody i Kolekcje Praw, Tom II, Konstytucje Apostolskie oraz Kanony Pamfilosa z apostolskiego synodu w Antiochii; Prawo kanoniczne świętych Apostołów; Kary świętych Apostołów dla upadłych; Euchologion Serapiona”, Wydawnictwo WAM, Kraków 2007, s. 103-104).

    ***

    Ponieważ (…) dzieci podlegają władzy ojca, a słudzy swego pana, wolno ojcu chłostać swego syna, a panu swego sługę, by ich poprawić i wychować” – Św. Tomasz z Akwinu.

    ***

    Gdzie zaś nie przynoszą skutku dobre słowa i karcenie, tam należy zabrać się do kar: zwłaszcza gdy dzieci jeszcze nie wyrosną, wtedy jest rzeczą niepodobną, aby ich można ukrócić `Kto folguje rózdze, nienawidzi syna swego`. (Przyp. 13, 24). Nienawidzi syna swego ten, który go nie karze, kiedy potrzeba. I tego kiedyś Pan Bóg ukarze (…) Alić należy karać dzieci roztropnie, nie w uniesieniu gniewnym, jak to teraz nieraz czynią ojcowie i matki: bo wtedy nic nie osiągną, gdyż wówczas dzieci stają się jeszcze krnąbrniejsze. Najpierw wypada dzieci upominać, potem im grozić a wreszcie ukarać, ale po ojcowsku, a nie po katowsku, z umiarkowaniem, bez złorzeczeń i bez przekleństwa. Można je zamknąć w pokoju, ująć cokolwiek z pokarmu, nie dać odzienia lepszego, a jak potrzeba użyć rózgi, a nie kija. A jest zasadą ustaloną, aby nie kłaść ręki na dziecko póki wrzenie namiętności nie ustąpi, dopiero po uśmierzeniu gniewu karajcie” – Św. Alfons Liguori, (Cytat za: „Katechizm św. Alfonsa Liguoriego”, Miejsce Piastowe 1931, s. 68 – 69).

    ***

    Otóż, nie jesteście dobrymi rodzicami, lecz okrutnikami i samo sobie gotujecie hańbę, jeśli w razie potrzeby nie karzecie dziecka, choćby i cieleśnie, bo o tej karze będę mówił przede wszystkim. Potwierdza słowa moje Duch św., mówi bowiem (Przyp. 13, 24): <Kto folguje rózdze, nienawidzi syna swego>, to znowu (Przyp. 29, 15): <Rózga i karanie daje mądrość, dziecię zaś puszczone ma swą wolę, zawstydza matkę swoją> (…) Trzeba tez karać z miłością, więc nigdy w gniewie, nigdy w złości, nigdy z przekleństwem, ze złorzeczeniem, bo uczy Pismo św. (Syr. 19, 28): <Fałszywym jest karanie w gniewie sromocącego>. Kara powinna pochodzić jakoby od Pana Boga, a nie jakoby od czarta przeklętego, to jest z gwałtownością czartowską. Dzieci powinny odczuć, że rodzice karzą je tylko niechętnie i tylko dla tego, że tego wymaga ich powinność. Rodzice mają tak tak karać, iżby śmiał mogli powiedzieć dziecku: <Dla tego, że cię kocham, karzę cię właśnie>” – Ks. Wojciech Andersz, cytat za: „Nauki katechizmowe ułożone na podstawie różnych autorów, Tom III”, Poznań 1909, ss. 472, 476.

    ***

    Tu interesują nas te przypadki, kiedy bicie jest bolesne, a nawet szkodliwe dla ciała. Także tu nie można zakazać władzom społecznym i wychowawczym stosowania tego środka karnego, zawsze rzecz jasna w granicach nie szkodzących zdrowiu. Nie jest natomiast nikomu dozwolone bicie bliźniego pod wpływem gniewu i dla zemsty lub z chęci dokuczenia i sprawienia przykrości. (…)” – Jacek Woroniecki OP, „Katolicka etyka wychowawcza. Tom II. Etyka szczegółowa. Część 2”, Lublin 2000, s. 170-171.

    Przeczytaj też: Czy kary cielesne są niemoralne?

    Nota od redakcji: Pisownia cytowanych wypowiedzi została nieznacznie uwspółcześniona.

  4. Czy akcja „Góralskie Veto” jest moralnie uzasadniona?

    Możliwość komentowania Czy akcja „Góralskie Veto” jest moralnie uzasadniona? została wyłączona

    Aktualnie w Polsce rozszerza się akcja otwierania – wbrew rządowym zakazom – różnego rodzaju lokali gastronomicznych. Pierwszym impulsem dla tych działań była akcja „Góralskie Veto”, w której grupa działaczy społecznych z Podhala zapowiedziała, iż bez oglądania się na wynikające z rządowych rozporządzeń zakazy, przedsiębiorcy z tego regionu Polski będę prowadzić swe firmy w sposób normalny, czyli taki, jaki miał miejsce przed pandemią Covid-19. Co należy sądzić o tym podobnych akcjach obywatelskiego nieposłuszeństwa? To ważne i praktyczne życiowo pytanie, postaram się więc dać na nie poniżej – przynajmniej częściową – odpowiedź.

    Na płaszczyźnie czysto prawnej, jako że do tej pory nie ma żadnej ustawy, która ograniczałaby swobodę gospodarczą w ramach walki z Covid-19, to przedsiębiorcy nie przestrzegający w tej kwestii rządowych zakazów mają po prostu rację. Konstytucja naszego państwa w artykule 22 stanowi bowiem rzecz następującą:

    Ograniczenie wolności działalności gospodarczej jest dopuszczalne tylko w drodze ustawy i tylko ze względu na ważny interes publiczny.

    Najwyższy akt prawny w naszym kraju, którym jest Konstytucja, zakazuje więc ograniczania swobody gospodarczej bez ustawowego ku temu upoważnienia. Nie można więc w naszym państwie robić tego na podstawie samego tylko rozporządzenia. Tego rodzaju zakazy działalności gospodarczej, które rząd wprowadza bez ustawowej delegacji, są po prostu nielegalne, bo niekonstytucyjne. Owszem, jedną z ogólnych zasad prawnych jest domniemanie legalności poszczególnych przepisów, ale z drugiej strony jak mówi jedna z odnoszących się również do prawa rzymskich sentencji „Clara non sunt interpretanda„, czyli „Nie dokonuje się wykładni tego co jasne„. Artykuł 22 Konstytucji przynajmniej w swej części tyczącej się tylko ustawowej drogi ograniczania swobód gospodarczych jest bardzo jasny i jednoznaczny. Nie ma więc póki co w Polsce legalnego, a co za tym idzie moralnie obowiązującego w sumieniu, zakazu czy ograniczenia działalności gospodarczej ze względu na zagrożenie Covid-19.

    Oczywiście należy w sposób szczególny szanować rządzących (niezależnie od ich afiliacji politycznych i światopoglądowych) oraz być posłusznym stanowionym przez nich prawom (patrz: Rz 13, 1-5), ale z drugiej strony to „prawo jest królem” i rządzący winni poruszać się w granicach aktów prawnych również ich obowiązujących. Tradycyjna teologia moralna mówi zresztą, że jednym z warunków obowiązywania danych przepisów jest prawidłowy sposób ich uchwalenia. Ogólnie zaś rzecz biorąc, nie jest dobrą sytuacja, kiedy sami rządzący łamią prawo, wprowadzając nielegalne ograniczenia, gdyż w ten sposób demoralizują także swych poddanych.

    ***

    Fakt jednak, iż na płaszczyźnie prawnej uczestnicy wspomnianej wyżej akcji obywatelskiego nieposłuszeństwa mają rację, nie rozstrzyga jednak jeszcze w całości, czy aby na pewno mają słuszność w zakresie bardziej moralnym. Ponadto, powstaje jeszcze pytanie, czy gdyby nasi rządzący przeforsowali podobne ograniczenia i zakazy działalności gospodarczej na drodze legalnej i zgodnej z Konstytucją, to czy byłyby to prawa sprawiedliwe, których zasadniczo należałoby przestrzegać?

    Od razu powiem, iż nie dam w tym artykule jednoznacznej odpowiedzi na powyższe pytania, a ograniczę się jedynie do nakreślenia pewnych sugestii i wskazówek odnośnie tego, w jaki sposób powinnyśmy myśleć na owe tematy. Od strony bowiem czysto moralnej sprawa otwierania restauracji, kawiarni i pubów w dobie szczególnego zagrożenia epidemiologicznego jawi mi się jako jedna z trudniejszych do oceny. I nie wierzę tu w łatwe i szybkie rozeznania, a jeśli takowe się pojawiają, to uznaję je za motywowane bardziej emocjami oraz skupieniem się na wycinku rzeczywistości, aniżeli motywowane głęboką refleksją rozumową i wyważeniem różnych racji. Z jednej strony bowiem oczywiście jest tak, że prawem naturalnym jest to, by ludzie mogli pracować na swe utrzymanie i zasadniczo rzecz biorąc władze cywilne powinny strzec tego prawa, nie zaś je utrudniać czy tłamsić. W pewnym zakresie praca jest nawet moralnym obowiązkiem człowieka, co można wywnioskować z następującego fragmentu Pisma świętego:

    Albowiem gdy byliśmy u was, nakazywaliśmy wam tak: Kto nie chce pracować, niech też nie je! Słyszymy bowiem, że niektórzy wśród was postępują wbrew porządkowi: wcale nie pracują, lecz zajmują się rzeczami niepotrzebnymi. Tym przeto nakazujemy i napominamy ich w Panu Jezusie Chrystusie, aby pracując ze spokojem, własny chleb jedli (2 Tes 3, 10-12).

    Z drugiej strony to prawo naturalne nie należy do kategorii absolutnych i bezwzględnych. Prawo do pracy może być wszak ograniczane przez różne słuszne oraz rozsądne motywy, np. dobrym jest zakaz pracy dla dzieci w kopalniach albo dla ludzi mocno niedowidzących jako kierowców taksówek, autobusów czy tramwajów. Prawo do życia oraz ochrona zdrowia oczywiście zaś stoją wyżej niż prawo do pracy i zasadniczo rzecz biorąc ograniczanie tego drugiego na rzecz tego pierwszego jest słuszne. Ale i tu pojawia się ważne pytanie o proporcjonalność tych ograniczeń. Z jednej strony wszak za słuszne uznalibyśmy wspomniany przeze mnie zakaz pracy jako kierowca dla osoby mocno niedowidzącej, gdyż skutkiem tego byłoby pewne i oczywiste narażanie siebie i innych na kalectwo albo i śmierć. Z drugiej strony mianem zdecydowanie niemądrych i przesadzonych nazwalibyśmy ogólne zakazanie jazdy samochodami, nawet jeśli w wyniku tej jazdy na polskich drogach śmierć rocznie ponosi kilka tysięcy osób. Dlaczego powiedzielibyśmy, że taki zakaz jest niemądry? Ano, choćby dlatego, że nie da się we współczesnej cywilizacji normalnie funkcjonować bez przynajmniej sporadycznego korzystania z takich środków komunikacji. Poza tym, o ile w wyniku wypadków samochodowych może ginąć w Polsce parę tysięcy ludzi rocznie, to z drugiej strony używanie samochodów może też ratować wiele tysięcy osób od przedwczesnej śmierci czy kalectwa. Ot, np. za pomocą samochodów policjanci mogą szybciej zareagować na jakieś potencjalnie krwawe przestępstwo, podobnie jak ratownicy medyczni mogą szybciej przyjść na pomoc ofiarom różnych wypadków.

    ***

    Cała więc sprawa z tymi czy innymi ograniczeniami związanymi z Covid-19 sprowadza się do trudnego zadania oceny, które z tych restrykcji są odpowiednio proporcjonalne do zagrożenia, jakie stwarza ów wirus dla zdrowia publicznego. Nie jest to zadanie łatwe, gdyż zagrożenie epidemiologiczne i zdrowotne stwarzane przez Covid-19 należy do sytuacji pośrednich pomiędzy tymi chorobami, które są stosunkowo niegroźne (jak np. przeziębienie czy grypa), a tymi z nich, które są, czy były bardzo groźne oraz zaraźliwe (jak kiedyś dżuma czy trąd).

    Mirosław Salwowski

  5. Czy kanibalizm może być (czasami) moralnie dozwolony?

    Możliwość komentowania Czy kanibalizm może być (czasami) moralnie dozwolony? została wyłączona

    Praktyka spożywania przez ludzi ciała i krwi innych osób ludzkich (czyli: kanibalizm) słusznie wzbudza w naszym kręgu cywilizacyjnym powszechną dezaprobatę oraz obrzydzenie. Nie trzeba chyba wielu wywodów, by uznawać coś takiego za moralnie niedopuszczalny sposób zaspokajania jednej z podstawowych potrzeb człowieka, jaką jest jedzenie i picie. Coś takiego – dla celów rytualnych i/albo jako część zwyczajnego sposobu odżywania się – było mniej lub bardziej szeroko akceptowane w wielu społecznościach pogańskich i słusznie między innymi z tego względu uznajemy je za dzikie oraz barbarzyńskie. Warto zresztą w tym miejscu dodać, że czynione przez pogańskie ludy Kanaanu biesiady podczas których spożywano ludzkie mięso oraz krew było jednym z powodów, dla których Stwórca uznał owe społeczności za godne kary i wytępienia je przez Żydów (patrz: Mdr 12, 3- 6).

    Uznanie obrzydliwości i zasadniczego moralnego zła praktyk kanibalistycznych nie rozwiązuje jednak jeszcze problemu etycznego, przed którym w pewnych sytuacjach ekstremalnych stawało również niestety wielu chrześcijan. A mianowicie, czy w okolicznościach, w których śmierć głodowa zdaje się być pewna lub przynajmniej bardzo prawdopodobna, a nie istnieje realna nadzieja na pozyskanie innego rodzaju pożywienia, jest moralnie dozwolone pożywić się ciałem zmarłych już wcześniej ludzi? Ktoś może powie teraz, iż roztrząsanie takich dylematów niczemu nie służy, ale wiemy przecież, że podobne sytuacje zdarzały się nieraz w historii (np. podczas wielkiego głodu na Ukrainie). Odpowiedź na to pytanie, nie tyczy się więc zupełnie abstrakcyjnych i niemogących wydarzyć się w rzeczywistości scenariuszy, dlatego w niniejszym artykule postaram się na nie odpowiedzieć.

    ***

    Zacznijmy od tego, iż pośród zasad moralnych objawionych i/lub wpisanych przez Boga w nasze serca istnieją dwa rodzaje reguł.

    Pierwsze, to takie, od których nie ma wyjątku nawet w ekstremalnych sytuacjach. Jedną z takich absolutnych reguł postępowania jest zakaz bezpośredniego oraz zamierzonego zabijania niewinnych ludzi. Nie mamy więc moralnego prawa zabijać niewinnych nawet dla osiągnięcia większego dobra (np. ocalenia znacznie większej ilości niewinnych ludzi od liczby tych osób, które miały być w tym celi zamordowane). Ta zasada, ma swe częściowe odniesienie do praktyk kanibalistycznych. Nie można bowiem zabijać niewinnych ludzi celowo, po to by spożyć ich ciała, nawet gdyby groziła nam śmierć głodowa. Tego rodzaju odpowiedź, nie wyczerpuje jednak całości możliwych ekstremalnych sytuacji związanych z kanibalizmem. Nie zawsze bowiem zjadanie ludzkiego mięsa przez innych ludzi było związane z celowych zabijaniem osób ludzkich. Czasami bowiem kanibalizm polegał na tym, iż jedni ludzi samoistnie umierali z głodu przed pozostającymi przy życiu, ale również głodującymi innymi osobami, które, ratując się w ten sposób przed śmiercią głodową, postanawiały posilić się ciałem tak zmarłych wcześniej ludzi.

    Wydającą się być poprawną odpowiedzią na zadane w artykule pytanie nasuwa więc nam wyjaśnienie charakteru drugiego rodzaju norm moralnych. A mianowicie tych zasad moralnych, które choć w zwyczajnym porządku rzeczy powinny być wiernie zachowywane, to nie mają one charakteru absolutnego, a więc nie znającego żadnych wyjątków. Przykładem norm moralnych, od których są pewne wyjątki, są chociażby posłuszeństwo rodzicom oraz praca w niedzielę. Z zasady jest Bożym przykazaniem, iż dziecko powinno być posłuszne poleceniom swego ojca oraz swej matki, jednak gdyby tata lub mama nakazali swemu dziecku np. kraść, kłamać albo prostytuować się, to powinno ono nie słuchać takiego rozkazu. Takie dziecko postąpiłoby wtedy zgodnie z przykładem i nauczaniem apostołów, którzy mówili: „Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi” (patrz: Dz 5, 29). Podobnie, pod rządami Nowego Przymierza niedziela spełnia podobną funkcję co w Starym Zakonie dla żydów był Szabat (czyli sobota) i zasadniczo nie należy w tym dniu wykonywać ciężkich prac. Gdyby jednak taka ciężka praca była w niedzielę konieczna lub bardzo potrzebna dla zachowania dobra innych ludzi, to byłoby moralnie dozwolone jej spełnienie. Taka postawa jest zgodna z duchem nauczania i postępowania naszego Pana Jezusa Chrystusa, który uzdrawiał w szabat oraz retorycznie pytał gorszących się na ten widok faryzeuszy: „(…) Czy wolno w szabat dobrze czynić, czy wolno źle czynić; życie ocalić czy zniszczyć?” (Łk 6, 9).

    Myślę, że sytuację jedzenia ludzkiego ciała po to by uchronić się od śmierci głodowej – wówczas, gdy nie wiąże się to z celowym zabijaniem innych ludzi – należy postrzegać właśnie przez pryzmat tego rodzaju zasad moralnych. A więc, o ile w zwyczajnym porządku rzeczy, wszelkie praktyki kanibalistyczne należy zdecydowanie potępiać, o tyle w sytuacjach naprawdę ekstremalnych, można je moralnie usprawiedliwiać (poza sytuacją polegającą na zabijaniu niewinnych ludzi w tymże celu).

    ***

    Choć nie wiem czy ten mój pogląd na ów problem ma poparcie tradycyjnej moralistyki katolickiej, gdyż nawet nie wiem, czy kwestia ta była omawiana przez teologów moralnych to mój zdrowy rozsądek, intuicja i wyczucie moralne od dawna podpowiadają mi właśnie tego rodzaju konkluzję. Dodam jeszcze tylko, że wydaje mi się, iż gdybym sam znalazł się w podobnie tragicznej sytuacji i przewidywał swą głodową śmierć, to nie miałbym nic przeciwko temu, by inni ludzie ratowali się przez zjedzenie mego ciała od tym podobnej śmierci, po tym, gdy ja już bym samoistnie dokończył swego ziemskiego żywota.

    Mirosław Salwowski

  6. Grzech w pracy aktora

    Możliwość komentowania Grzech w pracy aktora została wyłączona

    W jakim stopniu aktorzy w filmach są odpowiedzialni za grzechy, które są ukazywane w odgrywanych przez nich scenach? Zapewne wszyscy lub prawie wszyscy pobożni katolicy zgodziliby się z twierdzeniem, iż materią grzechu jest występowanie w filmach o charakterze jawnie pornograficznym, w których to na planie dochodzi do rzeczywistych aktów seksualnych polegających np. na penetracji genitalnej, oralnej czy analnej. Jednak prawdopodobnie niewielu pobożnych katolików byłoby skłonnych wysuwać podobną konstatację wobec aktorów grających przykładowo:
    a) w filmach w przychylny sposób przedstawiających pewne fałszywe doktryny i/lub niemoralne zachowania, nawet, gdy owe życzliwe prezentowanie tych rzeczy nie musi w sposób konieczny wiązać się z realistycznymi obrazami tych czy innych grzechów. Można np. wyobrazić sobie film pokazujący w sympatycznym świetle grzechy homoseksualne, jednak jednocześnie bez ukazywania scen stosunków seksualnych bądź innego typu czynności seksualnych dokonywanych pomiędzy osobami tej samej płci.
    b) w filmach, które niekoniecznie przedstawiają w życzliwy sposób różne niemoralne zachowania, ale które wymagają od zaangażowanych w nie aktorów rzeczywistego, a nie tylko symulowanego czy pozorowanego, wykonywania pewnych czynności o charakterze erotycznym, nieposuwających się jednak w swym natężeniu do aktów mających charakter stosunku seksualnego. Mam tu ma myśli np. pocałunki polegające na dotykaniu się wzajemnie językami (czyli tzw. francuskie pocałunki), głaskanie przez mężczyznę okolic kobiecych piersi, leżenie osób płci przeciwnej obok siebie w samej bieliźnie przy jednoczesnym dotykaniu się. Jak zaznaczyłem wcześniej, takie sceny mogą pojawiać się również w filmach, które niekoniecznie przedstawiają te czy inne grzechy w sympatyczny dla nich sposób. Mogą one znajdować się również w tych widowiskach, których ostateczna konkluzja zmierza do krytyki albo i nawet potępienia pokazywanych w ten sposób grzechów.

    W niniejszym artykule chciałem spróbować odpowiedzieć na powyższe pytania, mając na względzie to, iż wielu pobożnych oraz konserwatywnych katolików jest skłonnych bronić tego rodzaju zachowań aktorów w filmach, kierując się tym, iż w przemyśle filmowym funkcjonuje relatywnie niemało aktorów nieraz gorliwie przyznających się do wiary katolickiej, którzy jednak na swym koncie mają występy w tego typu filmach i scenach (np. Małgorzata Kożuchowska, Radosław Pazura, Michał „Misiek” Koterski, Maciej Musiał, Mel Gibson, Jim Cavialez). Wspomniani aktorzy są przez wiele środowisk katolickich postrzegani jako osoby mogące uczynić wiele dobra przez to, iż z racji swego zawodu i popularności docierają do milionów ludzi, co prawdopodobnie jest przyczyną tego, że głosy krytyczne w rodzaju poniższego mego artykułu nie chcą być ani wysłuchiwane, ani nawet brane pod uwagę. Rzeczywiste lub hipotetyczne dobro, jakie może stać się udziałem tego typu ludzi, nie może zwalniać nas od powinności krytycznego myślenia i trzeźwej oceny tego, czy aby na pewno wszystkie z podejmowanych przez nich zachowań zawodowych są moralnie dobre czy chociażby „moralnie obojętne”. Stąd też jest mój poniższy artykuł. Wyjaśniam jednocześnie, iż przy jego pisaniu w dużej mierze inspirowałem się tekstem pt. „Sin in the Movies”, który pochodzi z anglojęzycznego tradycjonalistycznie katolickiego bloga o nazwie „Unam Sanctam Catholicam”. Część ze sformułowań ujętych w tym mym artykule może być więc w związku z tym dosłownym lub prawie dosłownym powtórzeniem formuł zawartych w owym tekście, do którego link też podaję.

    ***

    Pierwszym argumentem, który należy usunąć z drogi, jest standardowa wymówka wysuwana w obronie aktorów, twierdząca, że ​​„oni tylko grają” i dlatego aktorzy w filmie nie ponoszą odpowiedzialności za wszystko, co odegrają. Coś takiego nie może być uznane za satysfakcjonującą odpowiedź, wszak doprowadzając jej logikę do ostatecznej konsekwencji, to taką samą wymówkę można by znaleźć dla aktorów w filmach pornograficznych. Oczywiście większość powiedziałby, że istnieje różnica między filmem porno a typami grzesznych zachowań przedstawionych w „zwyczajnych” filmach. To rodzi dobre pytanie – jaka jest różnica między faktycznymi stosunkami seksualnymi pokazanymi w filmie pornograficznym a czynnościami erotycznymi ukazywanymi w filmach, gdzie grają „szanowani”, przyznający się do wiary katolickiej aktorzy? Czy moralnie dozwolone jest, aby robili oni w tej sferze wszystko, co tylko nie będzie faktyczną penetracją seksualną?
    Ale zanim dojdziemy do odpowiedzi, warto wyodrębnić różne sposoby przedstawiania grzechu w filmie.

    ***

    Przede wszystkim mamy grzechy, które można niewinnie symulować, to znaczy grzechy, które można pozorować, ale bez ich faktycznego popełniania. Dzieje się tak, gdy aktor wydaje się robić w filmie coś grzesznego, co w rzeczywistości byłoby grzechem w prawdziwym życiu, ale co ze względu na sytuację, okoliczności, etc., nie jest faktycznie zachowaniem będącym materią grzechu. Przykładem może być napad na bank przedstawiany w filmach. Gdyby ktoś robił to, co jest symulowane w takich filmach w prawdziwym życiu, byłby to poważny grzech; jednak samo odegranie sceny napadu na bank nie jest grzechem. Powody tego są oczywiste: aktor tu bowiem nie okrada nikogo, ale odgrywa scenariusz, ponieważ ludzie, których „okrada„, nie są prawdziwymi pracownikami banku, ale innymi aktorami, którzy „w nim uczestniczą”, ponieważ pieniądze, które kradnie, nie są prawdziwymi pieniędzmi, ale fałszywkami, gdyż „bank” nie jest nawet często faktycznie bankiem, ale innego rodzaju budynkiem. Ponadto, w rzeczywistości naprawdę nic nie zostało skradzione, ponieważ wszystko wraca na swoje miejsce po zakończeniu sesji zdjęciowej. Reasumując tę część naszych rozważań: nie można powiedzieć, że aktor jest winny rzeczywistego napadu na bank. To samo można powiedzieć o scenach, w których ktoś zostaje „zabity” na ekranie – nikt tak naprawdę nie jest zabijany, ani nie ma w tym związku z jego złością lub nienawiścią. Tego rodzaju grzechy zatem jak kradzież, rabunek czy morderstwo można symulować bez faktycznego ich popełniania. Trudno zatem byłoby mówić, iż sam fakt odgrywania przez aktorów scen pokazujących takie nieprawości, czyniłaby ich winnymi rzeczywistego ich popełniania.

    ***

    Sam jednak fakt, iż można z powodzeniem przedstawiać na ekranie niektóre grzechy bez ich realnego popełniania, nie oznacza jeszcze, że moralnie dozwolone jest aktorowi granie w jakichkolwiek filmach to w taki sposób pokazujących. Jeśli bowiem dane widowisko co prawda nie wymaga od aktora rzeczywistego popełnienia aktu kradzieży, ale jednocześnie np. kontekst całego filmu wskazuje na uniewinnianie czy pochwalanie takiego występku, to nie należy brać udziału w takiej produkcji jako aktor. Wchodzi tu bowiem w grę zasada absolutnego unikania tzw. formalnej współpracy ze złem. Po prostu nigdy i nigdzie, choćby i dla zapobieżenia większemu złu czy osiągnięcia większego dobra nie mamy moralnego prawa bezpośrednio uczestniczyć np. w pochwalaniu czy zachęcaniu do tej, czy innej nieprawości. Przykładowo zatem, jeśli dany aktor ma propozycję zagrania roli abortera w filmie, którego treść i fabuła wskazywałyby na usprawiedliwianie procederu zabijania nienarodzonych dzieci choćby i tylko w wyjątkowych okolicznościach, to powinien on bezwzględnie odmówić przyjęcia takiej roli. I głupio taki aktor tłumaczyłby się – gdyby zaakceptował ową propozycję – że przecież na ekranie nie dokona żadnej aborcji, a poza tym trzeba odróżnić prawdziwe życie, w którym jest on przeciwnikiem tej zbrodni od filmów, w których bierze udział w ramach swej zawodowej pracy.

    ***

    Oprócz grzechów, które można niewinnie symulować, mamy inny rodzaj zachowań aktorskich: grzechy, których zasadniczo rzecz biorąc nie można symulować bez ich rzeczywistego popełnienia. Są to grzechy, które albo popełniasz, albo nie, i jeśli próbujesz je zagrać, w rzeczywistości popełniasz je. Jedynym sposobem, aby ich nie popełnić, jest nieodgrywanie ich.
    Najbardziej oczywistym tego przykładem są niektóre z przedstawień seksualnych. Nie piszę tutaj o aktach pornograficznych, o których wszyscy wiemy, że są złe, ale o innych erotycznych działaniach – na przykład leżenie razem i dotykanie się będąc odzianymi tylko w bieliznę, symulowanie aktów seksualnych, całowanie się polegające na wzajemnym dotykaniu językami, obmacywanie przez mężczyznę kobiecych piersi, itp. Aktor nie może dajmy na to „udawać”, że dokonał z aktorką tzw. francuskiego pocałunku, nie robiąc tego. Gdyby pocałował on ją w policzek lub symulował „francuski pocałunek” przybliżając jedynie swą twarz do jej twarzy, a resztę zasugerowałaby odpowiednia praca kamery, to byłoby to moralnie dozwolone. Ale jeśli rzeczywiście namiętnie się całują, to faktycznie robią to, co jednocześnie jest ich aktorską grą.

    ***

    Ktoś może jednak do powyższej uwagi wnieść obiekcję polegającą na tym, iż nie wszyscy aktorzy i nie wszystkie aktorki muszą odczuwać podniecenie seksualne nawet wówczas, gdy rzeczywiście dotykają się językami, obmacują swe rejony erogenne czy też leżą obok siebie w samej bieliźnie. Innymi słowy, niektórzy z aktorów i aktorek mogą być tak przyzwyczajeni do praktykowania podobnych form bliskości cielesnej, które dla większości ludzi prawdopodobnie oznaczałyby podniecenie genitalne.
    Co można odpowiedzieć na ten argument? Cóż, niektóre osoby wykonujące zawód prostytutki także mogą być na tyle przyzwyczajone lub w pewien sposób „zobojętniałe”, iż wykonywanie przez nie tych czy innych czynności seksualnych nie będzie dla nich osobiście wiązało się z odczuwaniem genitalnego podniecenia. Czy w takim wypadku powiemy zatem, iż męskie lub żeńskie prostytutki nie czynią czegoś obiektywnie występnego, gdyż nie odczuwają wówczas seksualnego podniecenia? Oczywiście, że nie, a to choćby dlatego, że jakby nie patrzeć specyfika dokonywanych przez te osoby czynności jest ukierunkowana na wzbudzanie w drugiej stronie seksualnego napięcia. Podobnie, nawet jeśli dajmy na to aktor nie odczuwa przy danych czynnościach erotycznych seksualnego napięcia to skąd ma on mieć pewność, że aktorka z którą to czyni, takiego podniecenia też nie przeżywa podczas odgrywania takiej sceny? Przeciwnie, jeśli już, to w najlepszym wypadku powinien on być co do tego bardzo niepewny.
    A nawet, gdyby przyjąć – wedle mnie – bardzo nierealistyczny scenariusz, wedle którego para aktorów nie odczuwałaby żadnego, ale to żadnego napięcia seksualnego w czasie kręcenia sceny przedstawiającej np. francuski pocałunek, to pozostałyby do rozważenia jeszcze dwa pytania: a) jak tego typu sceny wpływają na moralność zwłaszcza młodych widzów?; b) czy można założyć, że do niczego złego nie dojdzie po kręceniu takich scen?
    Jeśli na pytanie zawarte w punkcie „a” odpowiemy sobie, iż jest bardzo prawdopodobne, iż sceny realistycznie pokazujące francuskie pocałunki bądź obmacywanie przyczyniają do obniżania moralności zwłaszcza młodych widzów to mamy wtedy do czynienia z ich deprawowaniem, a to wszak na pewno nie jest dobrze.
    Jeśli zaś na pytanie zawarte w punkcie „b” odpowiemy, że jest prawdopodobne, iż nawet jeśli w momencie kręcenia danej sceny nie było się podnieconym seksualnie, to jednak np. wspomnienie jej nakręcania często doprowadzało do popełniania rzeczy nieczystych w późniejszym czasie, to mamy wówczas do czynienia z czymś, co w tradycyjnej teologii moralnej nazywa się bliską okazją do grzechu. A to też nie jest właściwa sytuacja.

    ***

    Warto wreszcie zastanowić się, co np. normalny mąż powiedziałby do swej żony, gdyby nakrył ją z innym mężczyzną w sytuacji typowej dla aktorów i aktorek wykonujących na planie filmowym różne czynności seksualne, oprócz samej tylko penetracji? Czy więc gniew tego męża ustąpiłby po tłumaczeniach żony o tym, że przecież zarabia ona w ten sposób pieniądze? Gdyby dał się w ten sposób przekonać do jej moralności, to słusznie uznalibyśmy go za degenerata gotowego kupczyć ciałem swej małżonki. Jest zatem strasznym zaślepieniem sytuacja, w której mężowie akceptują występowanie swych żon w tzw. scenach łóżkowych pod pretekstem, że przecież „taki mają zawód„.

    ***

    Wszystko powyższe jest ważnym argumentem na rzecz tezy, iż nieroztropna była z jednej strony rezygnacja z tradycyjnie chrześcijańskiego sceptycyzmu względem aktorskiego rzemiosła, z drugiej zaś strony niejednokrotnie ochocze i bezkrytyczne otwarcie się środowisk katolickich na „świadectwa wiary” ze strony znanych aktorów i aktorek. Nie popadając bowiem w przesadę, którą byłoby absolutne potępianie zawodu aktora, trzeba realistycznie zdawać sobie sprawę z poważnych i często występujących niebezpieczeństw związanych z tym zajęciem. Ochocze zaś wynajdywanie w środowisku aktorskim osób deklarujących swe przywiązanie do wiary katolickiej, by później je promować oraz nagłaśniać, poskutkowało tym, iż tym bardziej nie chciano brać pod uwagę tradycyjnie chrześcijańskiej ostrożności i przestróg w tym względzie. Jeszcze bowiem okazałoby się, iż wszystkie albo przynajmniej prawie wszystkie z przypadków aktorów i aktorek w ten sposób nagłaśnianych trzeba by poddać jednak bardziej krytycznej ocenie i refleksji. Stąd więc najprawdopodobniej nieliczne krytyczne głosy na ten temat ignoruje się lub próbuje przykryć powiedzonkami w rodzaju: „To jest ich zawód„; „Trzeba odróżnić aktorską grę od prawdziwego życia„, które jednak przy bliższej ich konfrontacji z zasadami moralności chrześcijańskiej okazują się być niezwykle słabymi i powierzchownymi.


    Mirosław Salwowski

  7. Czy moralnie dozwolone jest przyjmowanie szczepionek pochodzących z abortowanych płodów ludzkich?

    Możliwość komentowania Czy moralnie dozwolone jest przyjmowanie szczepionek pochodzących z abortowanych płodów ludzkich? została wyłączona

    W związku z pojawieniem się szczepionki firmy Pfizer mającej chronić przed zakażeniem się wirusem Covid-19 w niektórych kręgach katolickich pojawiło się pytanie o to, czy gdyby tego typu szczepionki była wyprodukowana między innymi z komórek pochodzących z niegdyś abortowanych płodów ludzkich, to byłoby moralnie dozwolone skorzystanie z takiego środka zapobiegawczego. Chociaż, z tego co czytałem, akurat szczepionki Pfizera ten problem dotyczy tylko w bardzo niewielkim stopniu, warto się mu przyjrzeć bliżej, gdyż niektóre z innych przygotowywanych przeciwko Covid-19 szczepionek mają być sporządzane w jeszcze silniejszym stopniu w oparciu o komórki pobrane z zabitych podczas aborcji dzieci. Ponadto, o ile się orientuje, również część ze szczepionek przeciwko innym chorobom, została w ten sposób sporządzona. Problem jest zatem ważny i aktualny.

    ***

    Zanim przejdę do bardziej szczegółowego omówienia zasygnalizowanego wyżej dylematu etycznego, nadmienię tylko, iż w bardziej konserwatywnych środowiskach katolickich pojawiły się dwie opinie na ów temat.

    Pierwsza z nich została zaprezentowana przez pięciu kardynałów i biskupów w podpisanym przez nich oświadczeniu z 12 grudnia 2020 roku, w którym to owi hierarchowie w sposób zdecydowany twierdzą, że byłoby moralnie niedopuszczalne przyjęcie takiej szczepionki. Owych pięciu kardynałów i biskupów to: kardynał Janis Pujats (metropolita senior archidiecezji ryskiej); arcybiskup Tomasz Peta (metropolita archidiecezji Najświętszej Maryi Panny w Astanie); arcybiskup Jan Paweł Lenga (biskup senior diecezji karagandyjskiej); biskup Joseph E. Strickland (ordynariusz diecezji Tyler z USA); biskup Athanasius Schneider (biskup pomocniczy archidiecezji Najświętszej Maryi Panny w Astanie). Ich stanowisko na ten temat zostało przetłumaczone na język polski i można je przeczytać na portalu PCh24.

    Druga z tych opinii została wyrażona przez dystrykt Bractwa św. Piusa X w USA i w sposób bardziej szczegółowy opisana przez ks. Arnauda Sélégny w artykule pod anglojęzycznym tytułem Is it Morally Permissible to Use the Covid-19 Vaccine?. Jako, że osobiście zgadzam się raczej z tym drugim stanowiskiem, moje poniższe rozważania będą w dużej swej części powtórzeniem (nierzadko w formie dosłownych lub prawie dosłownych przytoczeń) wywodów ks. Arnauda Sélégny. Gwoli precyzji dodam jednak, że niektóre ze szczegółowych rozważań tego duchownego w pewien sposób skorygowałem. Przykładowo, zrezygnowałem z rozróżnienia jakiego dokonał on na współpracę formalną oraz bezpośrednią, gdyż wedle mej znajomości katolickiej doktryny i teologii na ów temat, współpraca bezpośrednia zawiera się we współpracy formalnej.

    ***

    Zacznijmy od tego, iż obrońcy tezy o absolutnej niemoralności przyjmowania wskazanego wyżej rodzaju szczepionek mają rację twierdząc, że wedle nauki katolickiej dobry cel (np. ratowanie życia lub zdrowia) nie powinien być osiągany przez same w sobie złe środki. A jednym ze złych wewnętrznie środków jest z pewnością bezpośredni i zamierzony akt zabicia niewinnej osoby ludzkiej. Tradycyjne nauczanie katolickie na ów temat podsumował w encyklice „Evangelium vitae” papież Jan Paweł II:

    Dlatego mocą Chrystusowej władzy udzielonej Piotrowi i jego Następcom, w komunii z biskupami Kościoła Katolickiego, potwierdzam, że bezpośrednie i umyślne zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze aktem głęboko niemoralnym. Doktryna ta, oparta na owym niepisanym prawie, które każdy człowiek dzięki światłu rozumu znajduje we własnym sercu (por. Rz 2, 14-15), jest potwierdzona w Piśmie Świętym, przekazana przez Tradycję Kościoła oraz nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne.

    Świadoma i dobrowolna decyzja pozbawienia życia niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze złem z moralnego punktu widzenia i nigdy nie może być dozwolona ani jako cel, ani jako środek do dobrego celu. Jest to bowiem akt poważnego nieposłuszeństwa wobec prawa moralnego, co więcej, wobec samego Boga, jego twórcy i gwaranta; jest to akt sprzeczny z fundamentalnymi cnotami sprawiedliwości i miłości. Nic i nikt nie może dać prawa do zabicia niewinnej istoty ludzkiej, czy to jest embrion czy płód, dziecko czy dorosły, człowiek stary, nieuleczalnie chory czy umierający. Ponadto nikt nie może się domagać, aby popełniono ten akt zabójstwa wobec niego samego lub wobec innej osoby powierzonej jego pieczy, nie może też bezpośrednio ani pośrednio wyrazić na to zgody. Żadna władza nie ma prawa do tego zmuszać ani na to przyzwalać”.

    Pod względem prawa do życia każda niewinna istota ludzka jest absolutnie równa wszystkim innym. Ta równość stanowi podstawę wszelkich autentycznych relacji społecznych, które rzeczywiście zasługują na to miano tylko wówczas, gdy są oparte na prawdzie i na sprawiedliwości, uznając i broniąc każdego człowieka jako osoby, a nie jako rzeczy, którą można rozporządzać. Wobec normy moralnej, która zabrania bezpośredniego zabójstwa niewinnej istoty ludzkiej, nie ma dla nikogo żadnych przywilejów ani wyjątków. Nie ma żadnego znaczenia, czy ktoś jest władcą świata, czy ostatnim «nędzarzem» na tej ziemi: wobec wymogów moralnych jesteśmy wszyscy absolutnie równi” (tamże: n. 57, podkreślenia moje – MS).

    Nie mamy zatem moralnego prawa nigdy i nigdzie w bezpośredni sposób zabić choćby jedną niewinną osobę ludzką, nawet gdyby w ten sposób udało się uratować od śmierci wielu innych niewinnych ludzi. Przykładowo, na tzw. Dzikim Zachodzie zdarzały się sytuacje polegające na tym, że farmerzy wraz ze swymi rodzinami ukrywali się przed chcącymi ich zabić Indianami. W takich okolicznościach mogło się zdarzyć, iż niemowlę będące członkiem takiej ukrywającej się rodziny, swym głośnym płaczem narażałoby innych członków tej rodziny na bycie wykrytym przez żądnych krwi Indian. Czy więc ojciec rodziny, który widziałby owych Indian w pobliżu, słysząc, iż jego niemowlę zaczyna płakać, mógłby wziąć nóż i poderżnąć swemu najmłodszemu dziecięciu gardło, po to by te swym głośnym krzykiem nie zdradziło miejsca ich pobytu zagrażającym im nieprzyjaciołom? Mimo że na płaszczyźnie racjonalnej takie zachowanie wydawałoby się uzasadnione, gdyż ojciec rodziny w ten sposób próbowałby osiągnąć większe dobro poprzez ochronę życia pozostałych członków swej rodziny, obiektywnie rzecz biorąc, takie jego zachowanie nie byłoby moralnie dozwolone. Dobry cel, jakim byłoby uratowanie przed śmiercią kilku niewinnych osób, nie usprawiedliwiałby posłużenia się w tym celu aktem wewnętrznie złym, jakim byłoby bezpośrednie zadanie śmierci choćby jednemu niewinnemu człowiekowi.

    O ile jednak oczywiste jest, że bezpośrednie zabicie niewinnego nigdy nie jest moralnie dozwolone, o tyle równie jasną konkluzję stanowi stwierdzenie, iż przyjęcie szczepionki wyprodukowanej na bazie komórek pobranych z aborcji, nie jest bezpośrednim morderstwem niewinnego. Owszem, jest to w pewien sposób skorzystanie z faktu, iż ktoś kiedyś dokonał tego niecnego czynu, ale, tak czy inaczej, nie stanowi to ze strony przyjmującego szczepionkę czynu polegającego na bezpośrednim i zamierzonym zabiciu niewinnej istoty ludzkiej. W tym więc znaczeniu osoba przyjmująca taką szczepionkę nie łamie zasady „Dobry cel nie uświęca złych ze swej natury środków„.

    ***

    To, co trzeba więc rozważyć przy ocenie takiego zachowania, to kwestia, czy i w jakim stopniu przyjmujący szczepionkę współpracuje ze złem dokonanym niegdyś przez innego człowieka? Tradycyjna moralistyka katolicka podaje pewne niezbędne rozróżnienia próbujące odpowiedzieć na powyższe pytanie.

    Pomaganie grzesznikowi w popełnieniu grzechu nazywane jest „współpracą ze złem”, bez względu na rodzaj udzielonej pomocy. Aby taka współpraca zaistniała, działanie współpracownika musi mieć rzeczywisty wpływ na zły czyn poprzez pomoc udzieloną w jego wykonaniu.

    I tak mianem „współpracy formalnej”, nazywamy sytuację w której współpracownik dobrowolnie godzi się na grzech, w który jest zaangażowany. Tak więc, kto pomaga włamywaczowi, na przykład czuwając, aprobując ten grzech, formalnie współpracuje w kradzieży. Prawo cywilne będzie go również nazywać „wspólnikiem”. Innym rodzajem formalnej współpracy ze złem jest pochwalanie, nakazywanie, doradzanie tej czy innej nieprawości lub zachęcanie swego bliźniego do jej popełnienia. Przykładowo, osoby zachęcające przechodniów do odwiedzenia klubu ze striptizem dopuszczają się tego rodzaju współpracy. Podobnie, można by o czymś takim mówić w przypadku ludzi wywieszających na swych domach czy miejscach pracy symbole i emblematy walczącego o legalność zabijania nienarodzonych dzieci Strajku Kobiet. Jedną z form współpracy formalnej jest też pomoc bezpośrednia i „natychmiastowa”, gdy współpracownik dokonuje grzesznego czynu razem z grzesznikiem, na przykład kiedy pomaga złodziejowi zabrać łup i ukryć go. Dzieje się tak również w przypadku asystenta chirurga, który w bardziej bezpośredni sposób pomaga chirurgowi dokonać aborcji (np. wykonując częściowo tenże „zabieg”).

    Inny z rodzajów współpracy określa się mianem „pośredniego”. Polega on na tym, że współpracownik zapewnia to, co pomoże grzesznikowi – materialnie, konieczne działanie, środki – w popełnieniu grzechu lub co pozwoli mu łatwiej osiągnąć zły i występny cel. Ostatecznie, ta pośrednia współpraca może być mniej lub bardziej materialnie „bliska” lub „daleka”, w zależności od tego, czy udzielona pomoc ma większy lub mniejszy wpływ na popełniony grzech, czy też ma z nim mniej lub bardziej ścisły związek. Zatem sprzedanie bożka poganinowi, aby ten mógł oddawać mu cześć, to bliska materialna współpraca. Ale sprzedaż drewna, z którego zostanie zrobiony bożek, to daleka materialna współpraca ze złem bałwochwalstwa. Innymi przykładami pośredniej, jednakże przy tym bliskiej materialnej współpracy ze złem może być osoba trzymająca złodziejowi drabinę, taksówkarz podwożący męskich klientów do domu publicznego (zakładając wiedzę takiego kierowcy co do charakteru owego miejsca), kasjer sprzedający już podpitemu klientowi alkohol czy też pielęgniarka przygotowująca kobietę do przeprowadzenia aborcji (np. przez podawanie jej przed owym „zabiegiem” odpowiednich środków).

    ***

    Jakie są więc zasady moralnej odpowiedzialności w przypadku różnych form współpracy ze złem?
    Formalna współpraca jest zawsze niemoralna i zawsze zabroniona. Nie mamy moralnego prawa formalnie współpracować ze złem nie tylko wówczas, gdy w razie odmowy moglibyśmy stracić pracę, ale nawet wtedy, gdy wiązałoby się to z realnym niebezpieczeństwem poniesienia przez nas lub inne niewinne osoby śmierci. W odniesieniu do formalnej współpracy należy w sposób ścisły odnieść tradycyjnie katolickie zasady: „Lepiej umrzeć niż zgrzeszyć” oraz „Dobry cel nie uświęca złych środków„.
    O bezwzględnym moralnym obowiązku odmowy formalnej współpracy ze złem nauczał papież Jan Paweł II w punkcie numer 74 swej encykliki „Evangelium vitae”:

    Z moralnego punktu widzenia nigdy nie wolno formalnie współdziałać w czynieniu zła. Takie współdziałanie ma miejsce wówczas, gdy dokonany czyn — już to z samej swej natury, już to ze względu na określony kontekst kształtujących go okoliczności — ma charakter bezpośredniego uczestnictwa w działaniu przeciwko niewinnemu życiu ludzkiemu albo też wyraża poparcie dla niemoralnej intencji głównego sprawcy. Takiego współdziałania nie można nigdy usprawiedliwić ani powołując się na zasadę poszanowania wolności drugiego człowieka, ani też wykorzystując fakt, że prawo cywilne je przewiduje i nakazuje: za czyny dokonywane osobiście przez każdego istnieje bowiem odpowiedzialność moralna, od której nikt nie może się uchylić i z której będzie sądzony przez samego Boga (por. Rz 2, 6; 14, 12).

    Współpraca pośrednia może być moralnie dozwolona lub moralnie zakazana. W przypadku dużej części aktów bliskiej materialnej współpracy jest ona niedozwolona, ponieważ zasadniczo rzecz biorąc, należy unikać współpracy ze złem dokonywanym przez innych ludzi. Jednak ze względu na realną użyteczność lub poważną konieczność czasami można wymagać wykonania czynu, który, choć sam w sobie dobry, będzie pośrednią współpracą ze złym działaniem.

    Owa użyteczność lub konieczność może być tak nieodparta, że ​​wówczas osoba jest zwolniona z obowiązku unikania współpracy ze złem. W tym przypadku mówi się, że istnieje „proporcjonalnie poważny powód” uzasadniający dozwoloną współpracę.

    Weźmy ogólny przykład, rozważając różne możliwe czynniki związane z aborcją:


    a) Bliski współpracownik pośredniczący: asystent, który pomaga lekarzowi przekazując mu instrumenty.
    b) Mniej bliski współpracownik pośredniczący: pielęgniarka, która przygotowuje kobietę do operacji.
    c) Jeszcze mniej bliski współpracownik pośredniczący: ten, który czuwa nad prawidłowym funkcjonowaniem sali operacyjnej.
    d) Dalsza współpraca: ten, kto sterylizuje niezbędne instrumenty.
    e) Współpracownik daleki materialnie: laboratorium, które dostarcza środki znieczulające i rozszerzacze lub producent narzędzi chirurgicznych w tych przypadkach, gdy dostarczony materiał mógłby zostać wykorzystany do innych operacji niż aborcja.
    f) Bardzo daleki współpracownik: firma dostarczająca te produkty.

    Na każdym etapie materialnej współpracy „bliskość” w stosunku do popełnionego grzechu jest bardzo zmienna. Czy mamy powiedzieć, że każdy z tych współpracowników materialnych jest absolutnie zobowiązany do powstrzymania się od współpracy? Bez względu na koszty?

    Teologia moralna odpowiada: Nie. Wpływ współpracy na zły czyn jest tak słaby – na przykład dla sanitariusza, który sprząta salę operacyjną – że wystarczy taki powód, jak utrzymanie pracy, aby ją kontynuować.

    Z drugiej strony, im silniejszy na dokonanie danego zła jest wywierany wpływ, tym poważniejszy musi być powód do podjęcia współpracy. A kiedy stopień bliskości takiej kooperacji jest zbyt duży, żaden powód nie może jej usprawiedliwić. Trzeba odmówić podjęcia (lub kontynuacji) współpracy, nawet jeśli oznacza to konieczność znalezienia innej pracy.
    ***
    Przejdźmy teraz do próby zastosowania powyżej zarysowanych rozróżnień i zasad do sytuacji z jednej strony osób zaangażowanych w przygotowanie szczepionek na bazie komórek pochodzących z aborcji, z drugiej zaś osób przyjmujących do swego organizmu takie szczepionki.

    Ktokolwiek produkuje lub sprzedaje takie szczepionki, współpracuje z grzechem aborcji w sposób, który, chociaż nie można go nazwać bliskim, może być postrzegany jako niemoralny. Wina jest jednak różna w zależności od konkretnej roli osoby zaangażowanej w ten proceder.

    Ktokolwiek prowadzi firmę farmaceutyczną, która czerpie zyski z aborcji w przeszłości, ponosi większą odpowiedzialność. Po pierwsze dlatego, że mógł zdecydować, że nie zrobi tej szczepionki; po drugie, ponieważ powinien zaprzestać używania danych linii komórkowych i wybrać inne, które nie stanowią problemu moralnego, nawet jeśli rozwiązanie to miałoby swe inne wady.

    Badacz naukowy, który wybiera linie komórkowe pochodzące z zabijania nienarodzonych dzieci, znajduje się w podobnej sytuacji. Jednakże już kierowca ciężarówki dostarczający szczepionkę, współpracuje tylko w materialnie daleki sposób, więc takie działanie jest dla niego moralnie dozwolone.
    Lekarz, który szczepi pacjenta, albo pacjent, który jest szczepiony, dopuszczają się dalekiej materialnej współpracy, gdyż przez takie akty zachęca się i promuje grzech aborcji co najwyżej w bardzo odległy i bardzo nieznaczny sposób. Z ważnych powodów zdrowotnych taki rodzaj współpracy może być zatem moralnie dozwolony. Przykładowo, młoda kobieta, która ma wyjść za mąż, może więc otrzymać szczepionkę przeciw różyczce, chociaż taka szczepionka prawie zawsze jest przygotowywana na komórkach płodowych uzyskanych w wyniku aborcji. Powodem uzasadniającym przyjęcie owej szczepionki jest zagrożenie dla dziecka: jeśli kobieta zachoruje na różyczkę w czasie ciąży, zwłaszcza w pierwszym trymestrze ciąży, ryzyko wad wrodzonych – oczu, słuchu czy serca – jest znaczne. Istnieje zatem wtedy ważny, proporcjonalny powód do podjęcia dalekiej materialnej współpracy z dokonanym niegdyś grzechem aborcji.

    Jeśli jednak istnieje szczepionka pochodząca z komórek niepoddanych aborcji i jest dostępna, należy ją zastosować. Ponieważ niektóre z proponowanych szczepionek nie zostały przygotowane w niemoralny sposób, z tego punktu widzenia ich stosowanie nie stanowi moralnego problemu. Dlatego powinny być preferowane nad innymi.
    ***
    Należy też zauważyć, że oprócz przypadku omawianego rodzaju szczepionek, współdziałanie ze złem występuje w wielu analogicznych sytuacjach, które należy oceniać i rozeznawać w świetle podanych wyżej zasad moralnych. A zatem:

    a) Czy powinniśmy przestać płacić podatki, ponieważ część pieniędzy jest wykorzystywana na zwrot kosztów aborcji lub in vitro?

    b) Czy powinniśmy kupować u aptekarzy, którzy sprzedają takie bezpośrednio służące wykonywaniu pewnych niemoralnych czynów produkty jak: środki poronne, prezerwatywy, środki antykoncepcyjne?

    c) Czy powinniśmy zgodzić się na pójście do domu towarowego lub księgarni, która sprzedaje złe książki i czasopisma?

    d) Czy kasjer powinien odmówić odbioru płatności od klienta, który kupuje płytę DVD z filmem promującym te czy inne niegodziwości?

    Oczywiście lista tym podobnych dylematów moralnych związanych z różnymi rodzajami i poziomami współpracy ze złem mogłaby być jeszcze bardzo długa.

    Ostatni przykład zostanie wzięty z Nowego Testamentu: czy dozwolone jest spożywanie bałwanów, to znaczy mięsa składanego w ofierze bożkom (patrz: 1 Kor 8: 1)?

    Aby właściwie umiejscowić to pytanie, należy wiedzieć, że całe mięso spożywane w starożytnym Rzymie bądź Grecji w sposób konieczny przechodziło przez pogańskie świątynie. Innymi słowy, ludzie mieszkający w tychże krajach aby jeść mięso, często musieli spożywać je po uprzednim poświęceniu takowego pogańskim bóstwom. Dodajmy, że grzech bałwochwalstwa jest jednym z najpoważniejszych i na płaszczyźnie obiektywnej większym niż nieprawość polegająca choćby i na bezpośrednim zabijaniu niewinnych ludzi. Czczenie fałszywych bogów sprzeciwia się bowiem wprost wierze i czci należnej jedynemu prawdziwemu Bogu.

    Św. Paweł Apostoł odpowiada na ten dylemat w taki sposób, że ​​spożywanie owego mięsa jest moralnie dozwolone, o ile nie gorszy innych bliźnich. Oznacza to, że ktokolwiek spożywa to mięso ofiarowane pogańskim bóstwom, nie uczestniczy w grzechu bałwochwalstwa. W przeciwnym razie Apostoł ten nie mógłby odpowiedzieć w taki sposób.

    Podobnie, w popełnionym grzechu aborcji nie uczestniczy każdy, kto znajduje się w sytuacji dalekiej współpracy materialnej przy stosowaniu szczepionki, której produkcja odbyła by się przy wykorzystaniu linii komórkowych pochodzących z aborcji. Jednak, jak już zostało powiedziane, należy w miarę możliwości unikać współpracy ze złem, nawet materialnej, a jeśli jest wybór, przyjmować szczepionkę, z którą nie wiążą się tym podobne dylematy etyczne.

    ***

    Na sam koniec dodam, iż stanowisko dystryktu Bractwa św. Piusa X w USA jest zgodne z aktualnym Magisterium Kościoła w tej kwestii wyrażonym przez Kongregację Nauki Wiary w instrukcji „Dignitas personae” z dnia 12 grudnia 2008 roku, w której co prawda – słusznie – poddaje się ostrej naganie sam pomysł tworzenia szczepionek na podstawie linii komórkowych uzyskanych z aborcji, jednak w odniesieniu do pacjentów przyjmujących owe szczepionki formuję się następującą ocenę:

    „Naturalnie w ramach tych ogólnych założeń istnieje zróżnicowana odpowiedzialność, i ważne racje mogłyby po części usprawiedliwić moralnie wykorzystanie rzeczonego „materiału biologicznego”. Tak więc na przykład zagrożenie życia dziecka może upoważnić rodziców do zastosowania szczepionki wyprodukowanej przy użyciu linii komórkowych niegodziwego pochodzenia, nie mniej jednak pozostaje obowiązek wszystkich by wyrazić swój sprzeciw i zażądać od osób odpowiedzialnych za systemy opieki zdrowotnej, by dostępne były inne rodzaje szczepionek. Z drugiej strony należy pamiętać, że w firmach wykorzystujących linie komórkowe niegodziwego pochodzenia nie jest taka sama odpowiedzialność tych, którzy decydują o kierunkach produkcji, i tych którzy nie mają żadnej władzy decyzyjnej” (tamże: n. 35).

    Tak też, paradoksalnie rzecz biorąc, chociaż Bractwo św. Piusa X znajduje się jako całość w jeszcze mocno nieuregulowanej sytuacji kanonicznej, a z drugiej strony 4 na 5 sygnatariuszy oświadczenia sugerującego absolutną niemoralność stosowania wyżej wspominanych szczepionek nie znajduje się pod żadnymi karami kościelnymi (wyjątek stanowi wśród nich abp Lenga), to w tej konkretnej sprawie to akurat Bractwo św. Piusa X wyraża stanowisko zgodne z Magisterium Kościoła.

    Mirosław Salwowski

  8. Opłakane skutki „klerykalizmu” (na przykładzie m.in. Marciala Maciela)

    Możliwość komentowania Opłakane skutki „klerykalizmu” (na przykładzie m.in. Marciala Maciela) została wyłączona

    Od dawna twierdzę, iż kryzys moralny duchowieństwa katolickiego jest splotem czynników tak „przedsoborowych” jak i „posoborowych”. Jedną z przyczyn o charakterze „przedsoborowym” jest osławiony „klerykalizm”, który streściłbym w dwóch punktach:

    1. Domniemaniu osobistej świętości każdego lub prawie każdego prezbitera i biskupa;

    2. Domniemaniu nieskazitelnej ortodoksji każdego lub prawie każdego prezbitera i biskupa.

    Takie „klerykalne” podejście może wydawać dobre owoce, gdy rzeczywiście trafiamy na świątobliwych i ortodoksyjnych duchownych. Jednak w łatwy sposób ta postawa może prowadzić do opłakanych efektów, gdy nie mamy takiego szczęścia i takich księży nie znajdujemy. Osobiście, od dawna instynktownie przyjmowałem inną postawę. Zamiast ślepego założenia, że jeśli mam do czynienia z księdzem, to ów „na pewno wie lepiej, no bo przecież ma wykształcenie teologiczne i święcenia„, stawiałem na własne dociekania i wgryzanie się w doktrynę katolicką, wychodząc z założenia, że jeśli Bóg dał nam rozum i intelekt, to nie możemy go w ślepy i bezkrytyczny sposób zamieniać na zaufanie do wiedzy tego czy innego księdza. Oczywiście, taka moja postawa spotykała się z niechętnymi doń reakcjami tak „posoborowych” katolików, jak i „tradsów” (w zależności od tego, księdza której opcji akurat krytykowałem). W mniej lub bardziej jasno stawiano mi wtedy zarzuty, że nie jest dobrze, gdy taki „amator” oraz osoba świecka jak ja uważa, iż może na płaszczyźnie doktrynalnej i moralnej krytykować tych czy innych księży, którzy wszak mają formalne wykształcenie teologiczne oraz łaskę święceń kapłańskich.

    ***

    Jednym z bardziej drastycznych przykładów na to, że jednak moja postawa, a nie opisany wyżej „klerykalizm” jest właściwy, stanowi historia ks. Marciala Maciela Degollado. Ów prezbiter rozpoczął swe haniebne czyny będąc jeszcze bardzo „tradycyjnym” kapłanem, odprawiając Msze „trydenckie” oraz mając za sobą naukę w przedsoborowym seminarium. Dodam zresztą, że i w czasie po Vaticanum II założeni przez niego „Legioniści Chrystusa” należeli do konserwatywnego skrzydła „posoborowia” i w wypowiedziach samego ks. Marciala pobrzmiewały pewne typowo tradsowskie wątki (vide: powtarzanie słów Pawła VI o dymie szatana, który wdarł się do Kościoła). Sam ów ksiądz uchodził zaś za świątobliwego prezbitera. Trudno więc się dziwić, iż przeciętny katolik podchodził do tego człowieka z ogromnym kredytem zaufania, co on sam perfidnie wykorzystywał. Otóż ks. Marcial Maciel wzywał do siebie młodych chłopców i zakonnice, sprzedając im bajeczkę, iż w związku z „konfliktem urynowo-spermowym” na który cierpi, sam papież Pius XII udzielił mu specjalnej dyspensy na uprawianie swego rodzaju „zdrowotnej” masturbacji. W związku z tym onanizowanie go przez młodych chłopców i zakonnice nie będzie występkiem obrzydłym Bogu, ale wspaniałym aktem chrześcijańskiej miłości oraz miłosierdzia. Cóż, więc na to mógł rzec młody chłopiec lub zakonnica nieobeznani w meandrach katolickiej doktryny moralnej dodatkowo wychodzący z założenia, że ksiądz z zasady musi wiedzieć lepiej, no bo przecież ma on wykształcenie teologiczne, łaskę święceń kapłańskich, a jeszcze dodatkowo mówi się o nim, jaki to świątobliwy duchowny jest? Czy taki chłopiec albo zakonnica ma „księdza pacierza uczyć”? Czy ma unieść się „pychą” i pokazywać, że wie lepiej od księdza, co jest zgodne z doktryną katolicką? Co to, to nie, no i w efekcie ci biedni chłopcy oraz zakonnice posłusznie onanizowali przebiegłego księdza Marciala ufając, że skoro on tak mówi, powołując się przy tym jeszcze na samego papieża, to musi mieć rację.

    Jeszcze innym, a bliższym nam Polakom przykładem niecnego wykorzystywania owego „klerykalnego” mechanizmu przez zdeprawowanych duchownych, może być postępowanie byłego kapelana prezydenta Lecha Wałęsy, ks. Franciszka Cybuli. Ten duchowny wykorzystując seksualnie jednego z młodych chłopców, uspokajał go przy tym, że „póki nie ma wytrysku póty nie ma grzechu„. Później zaś nawet – być może próbując usprawiedliwić się w swych własnych oczach – twierdził, iż w jego relacjach erotycznych z owym chłopcem udało mu się tak folgować swym żądzom, by jednak rzeczywiście nie osiągać przy tym stanu ejakulacji. Oczywiście i w wypadku ks. Franciszka Cybuli widzimy, jak próbował on wykorzystywać „teologiczne” zaufanie do siebie jako osoby duchownej, by móc łatwiej wykorzystywać osoby, które nie były ani osobami duchownymi, ani nie miały teologicznego wykształcenia.

    ***

    Jakże inaczej sytuacja mogłaby wyglądać, gdyby tacy duchowni jak ks. Marcial Degollado i Franciszek Cybula trafili na katolika łączącego w sobie nienawiść i obrzydzenie do grzechu z pogłębioną wiedzą na temat doktryny i teologii katolickiej. Taki katolik nie kupił bajeczki o tym, że ten czy inny papież może dyspensować od Bożego prawa. Taki katolik wiedziałby, że dobry cel nie uświęca środków złych ze swej natury, a bezpośrednie powodowanie masturbacji jest właśnie jednym z takich wewnętrznie złych czynów. Taki katolik mógłby powiedzieć zboczonemu księdzu Marcialowi, iż św. Oficjum w dekrecie z 24 lipca 1929 roku stwierdziło, że masturbacja jest moralnie niedozwolona również, gdy jest przeprowadzana w celach zdrowotnych. Taki katolik mógłby wreszcie odrzec księdzu Cybule, że papież Aleksander VII i św. Oficjum pismem z 18 marca 1666 roku potępili twierdzenie o tym, jakoby pocałunki dokonywane z intencją poszukiwania seksualnej przyjemności nie są grzechem śmiertelnym, o ile nie towarzyszy im niebezpieczeństwo „całkowitego spełnienia”. Logicznie zaś wynika z tego potępienia, iż nie tylko pocałunki, ale również wszelkie inne gesty i dotknięcia, są materią grzechu ciężkiego również wówczas, gdy szuka się w nich „tylko” nazwijmy to „częściowej” przyjemności seksualnej, a więc unika się przy nich osiągnięcia orgazmu (czyli w przypadku mężczyzn: wytrysku nasienia).

    Ktoś może jednak powie, że aby odmówić księdzu czegoś takiego nie trzeba było znać dogłębnie doktrynę katolicką, ale wystarczył „katolicki zmysł wiary” spotykany wszak i u prostych ludzi. Przykro mi, ale w przypadku tych młodych chłopców i zakonnic ów „zmysł wiary” nie zadziałał.

    ***

    I na sam koniec warto wspomnieć postać bł. Franza Jägerstättera. On nie miał formalnego wykształcenia teologicznego i nie miał łaski święceń prezbiteriatu. Jednak połączenie intelektualnej uczciwości, samodzielnego zgłębiania nauki katolickiej oraz szczerej nienawiści do grzechu sprawiło, iż „de facto” lepiej znał doktrynę Kościoła nie tylko od swego księdza proboszcza, ale także od swego biskupa diecezjalnego. I ostatecznie historia Kościoła to mu przyznała rację, a nie jego księdzu proboszczowi i księdzu biskupowi.

    Mirosław Salwowski

  9. Sati (palenie wdów) a aborcja

    Możliwość komentowania Sati (palenie wdów) a aborcja została wyłączona

    Jakie są dwa główne argumenty zwolenników legalności aborcji? Pierwszy z nich to sztandarowe „prawo wyboru” ze strony ciężarnej kobiety. Drugi to twierdzenie, iż władze cywilne nie powinny swym obywatelom narzucać moralności (zwłaszcza tej inspirowanej religijnie). Oczywiście, oba te argumenty łatwo jest zbić choćby przez pokazanie, że „prawo wyboru” nie może tyczyć się sytuacji, w których oznaczałoby ono tak radykalne i nieodwracalne naruszenie wolności drugiej osoby ludzkiej, jakim jest zadanie jej śmierci (i to bez pytania tej osoby o jej zdanie na ów temat, jak to ma miejsce w przypadku aborcji). Z kolei argument z rzekomego wymogu nienarzucania przez państwo i prawo norm moralnych inspirowanych religijnie załamuje się np. w sytuacji, gdy uznajemy słuszność prawnego zakazu poligamii, gdyż w ten sposób muzułmanom i niektórym poganom narzuca się przestrzeganie normy moralnej o stricte chrześcijańskim charakterze. Zatrzymując się zaś przy temacie ochrony życia niewinnych ludzi, to krótki wgląd w historię świata pokazuje, że mieliśmy tu do czynienia z procesem polegającym na tym, iż chrześcijanie narzucali swe moralne normy i przekonania na ową sprawę niechrześcijanom i co więcej przynajmniej większości z przyjętych wskutek tejże chrześcijańskiej presji rozwiązań prawnych nikt (lub prawie nikt) do dziś nie kwestionuje. Przykładowo, chyba wszystkie pogańskie religie i kulty miały w swych wierzeniach przekonanie o moralnej słuszności składania krwawych ofiar z ludzi oraz zabijania (w tych czy innych okolicznościach) noworodków. Wyjątkiem od wiary w słuszność takich obrzydliwości byli najpierw żydzi, a później chrześcijanie (następnie zaś muzułmanie). Fakt, że dziś już takie rzeczy nie dzieją się za przyzwoleniem prawnym i społecznym zawdzięczamy zaś właśnie temu, że w pewnym momencie historii chrześcijanie doszli do władzy w poszczególnych krajach i prawnie zakazali tych okrutnych praktyk, albo też udało im się przekonać pogan do ich niemoralności. Czy ktoś jednak ma dziś za złe naszym chrześcijańskim przodkom to, że w imię swej religii i wypływającej z niej moralności narzucili nie podzielającym takiej optyki poganom normy prawne zabraniające składania ludzi w krwawych ofiarach oraz mordowania niemowląt???

    ***

    Jeszcze innym przykładem – nad którym chciałbym się nieco dłużej zatrzymać – narzucania przez chrześcijańskich władców wyznawanych przez nich norm moralnych społeczności, która w danej sprawie miała inne przekonania, była historia praktykowanego niegdyś przez hinduistów w Indiach zwyczaju znanego nam szerzej pod nazwą „sati”. Obyczaj ten wywodził się z hinduistycznych wierzeń i polegał na tym, że w przypadku śmierci męża jego żona sama rzucała się na płonący stos pogrzebowy, na którym znajdowały się zwłoki jej niedawno zmarłego małżonka. W ten sposób taka wdowa zabijała sama siebie i było to zgodne z wyznawaną przez nią religią oraz wartościami. Barbarzyński ów zwyczaj trwał przez wieki nie niepokojony, aż do czasu, gdy Imperium Brytyjskie zaczęło kolonizować tereny Indii. Wówczas to pod wpływem działających tam chrześcijańskich misjonarzy władze Wielkiej Brytanii postanowiły zdelegalizować samopalenie się wdów, narzucając w ten sposób przestrzeganie chrześcijańskiego rozumienia normy moralnej „Nie zabijaj” ludziom, którzy takowej zasady nie akceptowali.

    Warto przy tej okazji porównać argumentację zwolenników legalnej aborcji do hinduistycznego zwyczaju „sati”:

    Po pierwsze; jeśli chodzi o argument z „prawa wyboru” to „sati” w o wiele silniejszy sposób niż aborcja mogłoby być na jego podstawie bronione. Nienarodzone dziecię, które jest zabijane z pewnością w żadnym wypadku nie jest pytane o wyrażanie swego zdania na ów temat. „Sati” jednak – przynajmniej teoretycznie – miało charakter dobrowolnego aktu ze strony czyniącej coś takiego kobiety. Oczywiście, prawdopodobnie naiwnością byłoby sądzić, że zawsze bądź prawie zawsze samospalanie się indyjskich wdów odbywało się bez poważnych obaw z ich strony o to, iż w razie odmowy poddania się temu zwyczajowi i tak zostaną zabite, albo też będą w inny, a ciężki sposób represjonowane przez swą społeczność. Z drugiej jednak strony, trudno jest na sposób aprioryczny zaprzeczać samej możliwości, iż mniejsza bądź większa część takich kobiet rzeczywiście w zasadniczo dobrowolny sposób dokonywała obrzędu samospalenia. Tak czy inaczej więc, o ile, żadne z nienarodzonych dzieciątek nie może wyrazić swej zgody na jego uśmiercenie w wyniku aborcji, o tyle „sati” mogło być rzeczywiście rzadziej lub częściej dokonywane w sposób dobrowolny.

    Po drugie: w przypadku delegalizacji zwyczaju „sati” mieliśmy do czynienia z narzuceniem chrześcijańskiej normy moralnej niechrześcijańskiej społeczności, która owej zasady nie akceptowała. Czy jednak ktoś dziś ma za złe Brytyjskiemu Imperium, że postąpiło w ten sposób? A może, Anglicy powinni po prostu wprowadzić jakieś prawne procedury, które by w większym stopniu gwarantowały rzeczywistą dobrowolność samospalania się indyjskich wdów, zamiast narzucać całemu pogańskiemu i niechrześcijańskiemu społeczeństwu własne rozumieniu moralności?

    ***

    Jak widzimy więc, choćby na przykładzie „sati”, czasami dobrze jest ingerować w czyjeś „prawo wyboru”, a także narzucać komuś tradycyjnie chrześcijańskie normy moralne.

    Mirosław Salwowski

  10. Papież Franciszek a prawa osób homoseksualnych

    Możliwość komentowania Papież Franciszek a prawa osób homoseksualnych została wyłączona

    W ostatnim czasie mass media informowały o – nie mającej rangi magisterialnej – wypowiedzi papieża Franciszka, w której ten miał stwierdzić:

    Osoby homoseksualne mają prawo do bycia w rodzinie; są dziećmi Boga; mają prawo do rodziny. Nikogo nie można wyrzucić z rodziny, ani sprawić, by jego życie było z tego powodu niemożliwe. To, co musimy stworzyć, to prawo do wspólnego pożycia. One mają prawo do tego, by być prawnie chronionymi”.

    Szybko wyodrębniły się dwie interpretacje powyższych słów Franciszka. Zwolennicy pierwszej z nich twierdzą, że obecny Biskup Rzymu poparł w ten sposób prawną instytucję związków partnerskich dla osób homoseksualnych. Zwolennicy drugiej interpretacji utrzymują, iż wypowiedź Franciszka tyczyła się sytuacji, w których dzieci o tendencjach homoseksualnych są wyrzucane z domu przez swych rodziców i w ten sposób papież sprzeciwił się takiej praktyce, sugerując przy tym, że powinna być ona prawnie zakazana.

    Osobiście uważam, że niezależnie od tego, którą wykładnię słów Franciszka przyjąć, tak czy inaczej stawiają one formację doktrynalną aktualnego papieża w podejrzanym świetle. Poniżej postaram się wyjaśnić, skąd bierze się taka, a nie inna ma opinia na ów temat.

    ***

    Po pierwsze: samo pojęcie praw osób homoseksualnych jest dwuznaczne. Owszem, homoseksualiści i lesbijki mają swe prawa. Jednakże są to prawa naturalne przysługujące im jako ludziom, a nie jako osobom z zaburzeniami seksualnymi. Innymi słowy, jeśli dane działanie osoby homoseksualnej nie tyczy się w bardziej bezpośredni czy bliski sposób realizacji jej dewiacyjnych skłonności i jest ono zgodne z moralnością, to władze cywilne powinny je chronić. Na przykład osoba homoseksualna ma prawo do własności prywatnej (posiadania domu na własność), działalności gospodarczej (prowadzenia dajmy na to piekarni). Jednakże osoby homoseksualne nie mają żadnego naturalnego prawa do praktykowania swych ohydnych czynów (choćby i prywatnie) ani tym bardziej do ich propagowania w sferze publicznej. Wielką zuchwałością jest zatem domaganie się od władz cywilnych ochrony i uznawania tak rozumianych „praw” osób homoseksualnych. Pozwolę sobie przypomnieć w tym miejscu, iż Kongregacja Nauki Wiary w swym liście „Homosexualitatis problema” z dnia 1 października 1986 roku stwierdzała, że aktywność homoseksualna jest zachowaniem „dla którego nikt nie może domagać się jakiegokolwiek prawa” krytykując przy tym wprowadzanie prawodawstwa cywilnego biorącego w obronę takową aktywność (patrz: tamże, n. 10). Z kolei Leon XIII w encyklice „Immortale Dei” uczył:

    tego co się prawdzie i cnocie sprzeciwia, nie godzi się na jaw wydobywać i przed oczy ludziom stawiać, a tym mniej opieką prawa godzi się popierać

    Warto też wspomnieć, iż mówienie czy sugerowanie w odniesieniu do aktywności homoseksualnej, że powinna ona cieszyć się opieką ze strony władz cywilnych, jest po prostu niezgodne z Pismem świętym. Nowy Testament poucza nas bowiem o tym, iż zadaniem władz cywilnych jest karanie zła oraz złoczyńców (patrz: Rz 13, 3-4; 1 P 2, 14). W Starym Testamencie zaś mężczyźni współżyjący ze sobą mieli być z Bożego rozkazu karani nawet śmiercią (patrz: Kpł 20, 13). I choć starotestamentowe prawa karne nie obowiązują już w ścisłym sensie chrześcijan sprawujących rządy nad narodami, to nie można powiedzieć, iż taka sankcja karna była wewnętrznie zła, gdyż Stwórca jako absolutnie dobry i święty nigdy nie rozkazuje ludziom grzeszyć (por. Syr 15, 19-20).

    Po drugie: nawet gdyby rozumieć przez prawa osób dopuszczających się czynów sodomskich np. domniemane prawo do bycia niewyrzuconym przez rodziców z domu, to również w tym wypadku trudno mówić o jakichś bardziej uniwersalnych czy tym bardziej absolutnych zasadach. Rodzice mają po prostu prawo karać swe dzieci za popełnianie takich występków (zresztą władze cywilne też mają prawo je karać) i jeśli nie widać nadziei na poprawę, a dalsza bytność takich osób pod jednym dachem może deprawować np. pozostałe dzieci, to wyrzucenie z domu sodomity czy lesbijki nie wydaje się w żaden sposób działaniem „per se” złym, ale jawi się jako jedna z moralnie uprawnionych metod karcenia. Można to porównać z wyrzuceniem narkomana z domu. Jeśli pomimo wcześniejszych łagodniejszych sankcji ktoś taki nadal to czyni, a jeszcze dodatkowo próbuje namawiać do zażywania narkotyków swych braci i siostry, to wyrzucenie takiej osoby z domu może być moralnie w porządku. Myślę, że takie podejście jest zgodne przynajmniej z duchem nauczania św. Pawła Apostoła (które jest jednocześnie nauczaniem Pana Jezusa – por. Łk 10, 16), który w jednym ze swych listów dawał następujące pouczenie:

    Dlatego pisałem wam wówczas, byście nie przestawali z takim, który nazywając się bratem, w rzeczywistości jest rozpustnikiem, chciwcem, bałwochwalcą, oszczercą, pijakiem lub zdziercą. Z takim nawet nie siadajcie wspólnie do posiłku. Jakże bowiem mogę sądzić tych, którzy są na zewnątrz? Czyż i wy nie sądzicie tych, którzy są wewnątrz?  Tych, którzy są na zewnątrz, osądzi Bóg. Usuńcie złego spośród was samych (1 Kor 5, 11-13).

    Powyższe oczywiście nie oznacza, że wyrzucony z rodzinnego domu sodomita czy narkoman nie powinien już mieć żadnej możliwości powrotu doń. Rzecz jasna, jeśli w pewnym momencie taka osoba zadeklaruje chęć walki ze swym grzechem i pewne zewnętrzne oznaki będą wskazywały na to, że nie jest to tylko pozorowana i udawana deklaracja, to należy wtedy kogoś takiego ponownie przyjąć do domu.

    ***

    Reasumując: jakkolwiek by nie interpretować niemagisterialne słowa papieża Franciszka o potrzebie prawnej ochrony dla osób homoseksualnych, to nie mają one podstawy ani w Piśmie świętym ani w Tradycji Kościoła. Jest czymś bardzo smutnym, że Franciszek kolejny raz miesza katolikom w głowach.

    Mirosław Salwowski