Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: moralność

  1. Co robić z przybyszami zza naszej wschodniej granicy?

    Możliwość komentowania Co robić z przybyszami zza naszej wschodniej granicy? została wyłączona

    Władze Białorusi wciąż prowadzą akcję mającą na celu „przerzucenie” w nielegalny sposób na teren Polski tysięcy przybyszów z krajów Bliskiego Wschodu. Białoruskie władze postępują tu bardzo perfidnie i niemoralnie, gdyż najpierw kuszą tych ludzi do przybycia poprzez fałszywe obietnice, a następnie zmuszają do nielegalnego przekraczania polskiej granicy (grożąc, że w razie powrotu zostaną oni przez białoruskie służby zabici). Jak zatem wobec tego problemu powinien zachować się polski rząd?

    Pierwszą rzeczą, za którą można pochwalić naszych rządzących, jest zamiar budowania muru na granicy z Białorusią. W ten sposób można wszak zniechęcać naszego wschodniego sąsiada do kontynuowania swych oszukańczych względem imigrantów działań. Tym samym też, można zaoszczędzić dodatkowego cierpienia owym potencjalnym przybyszom, którzy w obliczu poważnej trudności, jaką byłoby przekroczenie takiego muru, nie byliby już przez władze Białorusi okłamywani i zmuszani do nielegalnego przekraczania granicy (albo też działoby się prawdopodobnie w znacznie mniejszym zakresie).

    Póki co jednak muru na granicy z Białorusią nie ma, a niektórym przybyszom z Bliskiego Wschodu udaje się ją przekroczyć. Co więc czynić w takich wypadkach? Trzeba tutaj zachować się zgodnie z Bożą wolą, moralnością oraz obowiązującym prawem. Bożą wolą nie jest zaś uciskanie przybyszów (przeciwnie: coś takiego stanowi jeden z wołających o pomstę do Nieba grzechów). Jednym z dowodów na to, jak bardzo uciskanie przybyszów nie podoba się naszemu Stwórcy mogą być poniższe słowa z Księgi Malachiasza, gdzie takowe postępowanie jest wręcz zrównane z czarami, krzywoprzysięstwem, uciskaniem najemników, wdów i sierot oraz cudzołóstwem:

    Wtedy przybędę do was na sąd i wystąpię jako świadek szybki przeciw uprawiającym czary i cudzołożnikom, i krzywoprzysięzcom, i uciskającym najemników, wdowę i sierotę, i przeciw tym, co gnębią obcych, a Mnie się nie lękają – mówi Pan Zastępów (Malachiasz 3, 5; podkreślenie moje – MS).

    Bicie zaś choćby i nielegalnych imigrantów czy też pilnowanie, by społeczni aktywiści nie dostarczali im jedzenia, ciepłej odzieży czy leków (w sytuacji, gdy takowe rzeczy są im bardzo potrzebne) można śmiało uznać za drastyczne przejawy uciskania przybyszów. Nawet zaś, gdyby przyjąć – moim zdaniem bliską niedorzeczności – narrację o tym, że ci ludzie winni być traktowani w kategorii naszych „wrogów” to wolą Bożą jest, aby nawet nieprzyjaciołom pomagać wówczas, gdy znajdują się oni w pilnej potrzebie. Ostatecznie rzecz biorąc, to karmi, leczy się, odziewa i daje dach nad głową nawet przestępcom, więc tym bardziej powinno się to czynić względem choćby i nielegalnych imigrantów. Pismo święte tak mówi o sposobie postępowania wobec tych, których uważamy za naszych nieprzyjaciół:

    Jeżeli nieprzyjaciel twój cierpi głód – nakarm go. Jeżeli pragnie – napój go! Tak bowiem czyniąc, węgle żarzące zgromadzisz na jego głowę (Rzymian 12, 19 – 20).

    Tymczasem, przybysze z Bliskiego Wschodu nie powinni – w swej masie – być postrzegani jako nasi nieprzyjaciele. To są w większości oszukani przez władze Białorusi ludzie, którzy szukają lepszego ekonomicznie bądź wolnego od strachu przed prześladowaniami życia. Jeśli niektórzy z nich żywią wobec nas wrogie zamiary, to polskie służby winny starać się wykryć, których z tych ludzi to dotyczy i zastosować adekwatne do tego zagrożenia środki. Nie należy jednak wylewać tutaj przysłowiowego „dziecka z kąpielą”. Jeśli bowiem w koszu pełnym jabłek znajdzie się kilka zgniłych owoców, to nie wyrzuca się tych wszystkich jabłek do śmieci, ale przypatruje się każdemu z nich i segreguje je na te zdrowe i na zgniłe.

    Dodam, że nie należało uniemożliwiać dostarczania jedzenia, ubrań i leków tym ludziom również w sytuacji, gdy formalnie rzecz biorąc nie przekroczyli oni polskiej granicy, ale koczowali na jej „styku”. Scenariusz wedle którego w takim wypadku służby białoruskie otworzyłby ogień do Polaków, wydaje się bowiem mało wiarygodny. A nawet, gdyby miało się tak stać, to nakarmienie głodujących byłoby dostateczną racją dla podejmowania tego rodzaju ryzyka.

    Ponadto, w sytuacji polegającej na tym, iż owym imigrantom udało się już nielegalnie przekroczyć polską granicę, nie należy „wypychać” ich do kraju, gdzie grozi im niebezpieczeństwo. Takim państwem jest zaś Białoruś, którego funkcjonariusze przynajmniej czasami biją tych spośród imigrantów, którzy zostali przez Polskę zawróceni i grożą śmiercią tym spośród nich, którzy chcieliby znów do nich wracać. Poza tym aktualnie rządzący Białorusią ludzie, dowiedli już nieraz, że potrafią bardzo okrutnie postępować z takimi osobami, które są im niewygodne (patrz: bicie, a nawet gwałcenie opozycjonistów). Nie mamy zatem gwarancji, iż nielegalni imigranci nie będą przez nich podobnie traktowani. Należy wreszcie odwołać się tu do art. 33 p. 1 ratyfikowanej przez Polskę Konwencji Genewskiej, wedle którego:


    Żadne Umawiające się Państwo nie wydali lub nie zawróci w żaden sposób uchodźcy do granicy terytoriów, gdzie jego życiu lub wolności zagrażałoby niebezpieczeństwo ze względu na jego rasę, religię, obywatelstwo, przynależność do określonej grupy społecznej lub przekonania polityczne.

    Ktoś może powie, w tym miejscu, iż przybysze zza wschodniej granicy nie są „uchodźcami”, gdyż często przybywają z Iraku, gdzie nie toczy się aktualnie żadna wojna. To jednak, nie jest do końca prawda. Po pierwsze wszak: część z tych ludzi pochodzi z Afganistanu, gdzie jeszcze parę miesięcy temu miała miejsce wojna domowa i w którym to kraju wiele osób mogło słusznie czuć się zagrożonymi przez nowe talibańskie władze tego państwa. Po drugie: nawet Irak ciągle nie stanowi stabilnego i bezpiecznego kraju. Przeciwnie, ciągle tam codziennością są zamachy terrorystyczne, a co za tym idzie pewne grupy osiadłej tam ludności mogą być zagrożone przez aktywność rozmaitych bojówek i grup stosujących nielegalną przemoc. Warto w tym miejscu wspomnieć, że polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zdecydowanie odradza wszelkie podróże do 11 z 18 irackich prowincji, a na swej oficjalnej stronie internetowej informuje, iż:

    Pomimo ogłoszonego przez władze w Bagdadzie zwycięstwa w walce z tzw. Państwem Islamskim, sytuacja bezpieczeństwa na wyzwolonych terenach wciąż pozostaje bardzo trudna. W większych miastach Iraku, a w szczególności w Bagdadzie, istnieje poważne zagrożenie zamachami terrorystycznymi.

    Poza tym, jeśli wyjdziemy poza samą literę art. 33 p. 3 Konwencji Genewskiej, a wczujemy się w jej ducha, to niechybnie dojdziemy do wniosku, że w aktualnej sytuacji, ogół nielegalnych imigrantów przybywających z Białorusi należy postrzegać jako de facto „uchodźców”. Nawet jeśli bowiem, wielu z nich opuściło swe ojczyste kraje nie w trosce o swe fizyczne bezpieczeństwo, to w momencie, gdy są oni zmuszani przez Białoruś do nielegalnego przekraczania polskiej granicy, terytorium tego naszego wschodniego sąsiada staje się dla nich miejscem niebezpiecznym. Stają więc oni wtedy oni w sensie faktycznym uchodźcami.

    Być może w odpowiedzi na me powyższe wywody, ktoś rzeknie, iż – było, nie było – owi przybysze w nielegalny sposób przekraczają polską granicę, a więc nie powinniśmy ich za to nagradzać. Na ten argument odpowiem, że owszem nie powinno się w bezpośredni i aktywny sposób zachęcać do nielegalnej imigracji, ale zapewnienie komuś podstawowych środków do życia trudno postrzegać w kategoriach jakiegoś specjalnego nagradzania. Czy bowiem, jeśli jakiemuś bezdomnemu kupię obiad, to oznacza dawanie mu nagrody (być może za niemoralny tryb życia, który doprowadził go do bezdomności), czy taki akt stanowi raczej jedną z form podstawowej pomocy dla potrzebujących? Prawdą jest też, że prawa, zasadniczo rzecz biorąc, należy przestrzegać, ale nie każde złamanie prawa jest materią grzechu i nie każde takie nieposłuszeństwo prawu rodzi równą winę moralną dla wszystkich osób je łamiących. Na potrzeby tego artykułu, wyobraźmy sobie sytuację polegającą na tym, iż jakiś zły człowiek oszukuje swego bliźniego o tym, że jego dziecko uległo poważnemu wypadkowi. Tak się składa, że ta fałszywa wiadomość dotarła do owego człowieka wówczas, gdy zbliżał się on do przejścia dla pieszych i aby szybciej dostać się do swego rzekomo rannego dziecięcia, przebiegłby on owo przejście na czerwonym świetle. Czy taka osoba zgrzeszyłaby, łamiąc niektóre z przepisów ruchu drogowego? Nie, gdyż zasada nakazująca bezpośrednie ratowanie życia jest ważniejsza i wyższa od narażania własnego zdrowia i życia oraz posłuszeństwa niektórym przepisom prawnym. Coś bardzo obrzydliwego i niemoralnego zrobiłby tu jednak człowiek, który w tak perfidny sposób kogoś oszukał. Przenosząc powyższą analogię do sytuacji na naszej wschodniej granicy, to nie ci nielegalni imigranci grzeszą (łamiąc prawo naszego kraju z obawy o swe życie i bezpieczeństwo), ale coś bardzo niemoralnego czynią ci, którzy ich do tego zmuszają. A nawet, gdyby jakiś grzech byłby po stronie przybyszów, to ich wina byłaby tu bardzo mała i z pewnością nie usprawiedliwiałaby odmawiania im podstawowej pomocy. Przypomnę jeszcze raz: nawet uwięzionym przestępcom nie odmawia się jedzenia, picia, leków i dachu nad głową.

    Podsumowując: nasz rząd powinien budować mur na granicy z Białorusią (chociażby po to by zniechęcać władze tego kraju do podejmowania oszukańczych działań i wysyłania nam nielegalnych imigrantów), ale jednocześnie winien udzielać podstawowej pomocy tym spośród przybyszów, którym udało się do nas przedostać. Należy więc dać im jedzenie, ciepłe ubrania, lekarstwa, a także skierować do ośrodków dla azylantów, gdzie ich prośby o pozostanie w Polsce winny być wnikliwie rozpatrywane. W przypadku, gdy dany przybysz nie spełniałby kryteriów uprawniających go do pozostania w naszym kraju na stałe, winien on być odsyłany do swego ojczystego kraju.

    Mirosław Salwowski

    Przeczytaj też:

    Niech Bóg błogosławi posła Franciszka Sterczewskiego!

    Uciskanie przybyszów jest grzechem wołającym o pomstę do Nieba

    Dlaczego Europa powinna przyjąć – na rozsądnych warunkach – muzułmańskich imigrantów?

    Współczesny „antyimigrantyzm” jest odbiciem nazistowskiego antysemityzmu

    „Obóz świętych” czy przeklętych?

  2. O różnicy pomiędzy bezpośrednim a pośrednim zabiciem niewinnego

    Możliwość komentowania O różnicy pomiędzy bezpośrednim a pośrednim zabiciem niewinnego została wyłączona

    Tradycyjne katolickie nauczanie (potwierdzone również przez Jana Pawła II) na temat absolutnego zakazu aborcji jest z pewnością bardzo trudne do zaakceptowania. Jego logiczną konkluzję stanowi bowiem stwierdzenie, iż nawet w celu ratowania życia matki nie ma się moralnego prawa w bezpośredni sposób dokonać aborcji. Tę konkluzję jasno zresztą wyraził papież Pius XII w przemówieniu do uczestników kongresu „Katolickiej Włoskiej Unii Położnych”, który odbył się 29 października 1951 roku:

    Oprócz tego każdy ludzki byt, także dziecko w macierzyńskim łonie, ma prawo do życia <<bezpośrednio>> od Boga, nie od rodziców, ani też od jakiegokolwiek społeczeństwa lub ludzkiej władzy. Tak więc nie ma żadnego człowieka, żadnej ludzkiej władzy, żadnej wiedzy, żadnego medycznego, eugenicznego, społecznego, ekonomicznego, moralnego <<wskazania>>, które mogłoby przedłożyć lub dać ważny tytuł prawny dla <<bezpośredniej>> postanowionej dyspozycji nad niewinnym życiem ludzkim, tzn. dyspozycję, która dążyłaby do jego zniszczenia zarówno jako cel, bądź jako środek do innego celu, samego z siebie być może w żaden sposób nie niewłaściwego. W ten sposób, np. uratować życie matki jest najszlachetniejszym celem; lecz bezpośrednie zabicie dziecka jako cel do tego środka nie jest dozwolone ( Patrz: AAS 43/1951/838. Cytat za: O. Henryk Ćmiel OSPPE, „Teologia moralna szczegółowa. Podręcznik dla studentów teologii”, Częstochowa 2013, s. 736 -737).

    Uroczyste i nieomylne potępienie wszelakiej bezpośredniej aborcji ogłosił zaś Jan Paweł II w encyklice „Evangelium Vitae”:

    „mocą władzy, którą Chrystus udzielił Piotrowi i jego Następcom, w komunii z Biskupami — którzy wielokrotnie potępili przerywanie ciąży, zaś w ramach wspomnianej wcześniej konsultacji wyrazili jednomyślnie — choć byli rozproszeni po świecie — aprobatę dla tej doktryny — oświadczam, że bezpośrednie przerwanie ciąży, to znaczy zamierzone jako cel czy jako środek, jest zawsze poważnym nieładem moralnym, gdyż jest dobrowolnym zabójstwem niewinnej istoty ludzkiej. Doktryna ta, oparta na prawie naturalnym i na słowie Bożym spisanym, jest przekazana przez Tradycję Kościoła i nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne. Żadna okoliczność, żaden cel, żadne prawo na świecie nigdy nie będą mogły uczynić godziwym aktu, który sam w sobie jest niegodziwy, ponieważ sprzeciwia się Prawu Bożemu, zapisanemu w sercu każdego człowieka, poznawalnemu przez sam rozum i głoszonemu przez Kościół” (tamże, n. 62).

    Wielu współczesnych katolików, najprawdopodobniej po to, aby ominąć katolicką doktrynę na ten temat powołuje się na regułę podwójnego skutku (nauczaną przez teologów moralnych). Mówiąc w skrócie: reguła ta zakłada, iż jeśli pośrednim efektem jakiegoś dobrego lub neutralnie moralnego działania będzie coś złego, to dla odpowiednio słusznych przyczyn można coś takiego uczynić. Oczywiście, zasada podwójnego skutku nie aprobuje popełniania czynów wewnętrznie złych w celu osiągania dobrych rezultatów, jedynie katolicy którzy powołują się na nią w kontekście ratowania życia ciężarnej matki przez często swój brak precyzji sprawiają wrażenie, jakoby w tej zasadzie właśnie o to chodziło. Innymi słowy, sprawiają oni wrażenie, jakoby zasada podwójnego skutku poprzez odpowiednio dobre intencje i dobre cele przemieniała coś, co normalnie zaliczylibyśmy do „bezpośredniej aborcji” w zaledwie „pośrednią aborcję”. Tak jednak nie jest, co spróbuję poniżej wytłumaczyć na dwóch praktycznych przykładach.

    Ratowanie życia ciężarnej matki poprzez wzięcie szczypców i wyrywanie zeń kawałek po kawałku znajdującego się w jej organizmie ciała nienarodzonego dziecięcia, nie jest żadnym zastosowaniem zasady „podwójnego skutku”, ale stanowi akt zamierzonego i bezpośredniego zabicia nienarodzonego dziecięcia. Jest to działanie wewnętrznie złe, do którego nie ma się nigdy moralnego prawa, chociaż można domniemywać łagodniejszą odpowiedzialność moralną za jego popełnienie, gdyż cel jest dobry (aczkolwiek środek do tego celu niegodziwy) i intencje są dobre, a okoliczności ekstremalne. Zgodne z zasadą „podwójnego skutku” jest z kolei np. usunięcie nowotworowego guza z organizmu ciężarnej kobiety, nawet jeśli jego przewidywanym skutkiem może być/lub będzie śmierć nienarodzonego dziecięcia. Takie działanie nie jest bowiem aktem zamierzonego i bezpośredniego zabicia dziecka w celu ratowania matki, gdyż jego specyfika polega na czymś zupełnie innym. Tu celem „ataku” nie jest niewinne dziecię, które ma być zamordowane po to by ktoś inny miał żyć – tu celem „ataku” jest guz nowotworowy, a ubocznym skutkiem jego likwidacji może być/będzie śmierć niewinnego.

    Można to porównać do sytuacji, w której żołnierze/policjanci strzelają do terrorystów przetrzymujących zakładników. Nawet jeśli jest duże prawdopodobieństwo czy pewność, że w wyniku takiego strzelania na 100 zakładników od zbłąkanych kul zginie 1 czy 2 zakładników to strzelanie do terrorystów będzie tu nadal zgodne z zasadą podwójnego skutku. Ale już np. bezpośrednie zastrzelenie dajmy na to niewinnego dziecka (np. przez zamierzony z góry strzał w jego głowę czy serce), po to by można było ocalić od śmierci 100 innych niewinnych dzieci, nie będzie żadnym działaniem zgodnym z zasadą „podwójnego skutku”, ale będzie działaniem wewnętrznie złym. Owszem będzie to działanie w pewnym sensie zrozumiałe, co do którego można będzie przyjąć domniemanie łagodniejszej odpowiedzialności moralnej. Niemniej jednak nie będzie to działanie, do którego ma się kiedykolwiek moralne prawo.

    Mirosław Salwowski

    Przeczytaj też:

    Na czym polega reguła podwójnego skutku?

    Czy jest dopuszczalne usunięcie ciąży pozamacicznej?

    Czy dozwolona jest aborcja w sytuacji zagrożenia życia matki?

  3. Czy katolik może …?

    Możliwość komentowania Czy katolik może …? została wyłączona

    Co pewien czas słyszy się pytania w stylu „Czy katolik może słuchać metalu?” albo „Czy katolik może oglądać film (tu wstaw odpowiedni tytuł lub gatunek filmowy)?”. W pewnym sensie najprościej byłoby odpowiedzieć na tego rodzaju pytania stwierdzeniem w stylu: „Jeśli dla ciebie obejrzenie takiego filmu lub wysłuchanie takiej piosenki zazwyczaj jest bliską okazją do grzechu, to owszem oglądanie czegoś lub słuchanie czegoś takiego jest dla ciebie – poza pewnymi ważnymi powodami – materią grzechu„. Jeśli więc po oglądaniu czy słuchaniu czegoś zazwyczaj jesteś przynajmniej bardzo kuszony np. do nieczystych myśli, wulgarnych słów, niekontrolowanych wybuchów gniewu, to przestać oglądać lub słuchać tego czegoś.

    Problem polega jednak na tym, że – pomijając pewnego rodzaju skrajności w rodzaju pornografii czy filmów nazwijmy to „pół-erotycznych” – istnieje spora trudność w rozeznaniu, czy dane filmy lub muzyka w powyżej nakreślony sposób wpływają na zdecydowaną większość osób: a więc, czy na płaszczyźnie moralnej powinno się tutaj sugerować jakieś bardziej stanowcze i ogólne odpowiedzi. Powiedzmy np., że jakiś film w co najmniej dwuznaczny sposób przedstawia przestępczą działalność organizacji mafijnych. Jak taki film będzie wpływał na większość osób go oglądających? Trudność polega na tym, że w sensie szczegółowym tego nie wiemy. Wielu ludzi powie, iż setki razy oglądała tego rodzaju filmy i jakoś do zorganizowanych grup przestępczych wskutek tego nie trafiła, a co za tym idzie, nie będzie widzieć w takich filmach poważnego niebezpieczeństwa dla moralności ogółu osób. Z drugiej strony jednak wielu ludzi ma tendencję, by dokonywać pomniejszych grzechów przeciw prawdomówności, uczciwości i posłuszeństwu władzom, a kto wie, czy w warunkach anarchii i wojny ta tendencja się by u nich nie pogłębiła? Czy na wykształcenie takich skłonności u tych ludzi wpływ miały dwuznaczne filmy o mafii? Trudno powiedzieć, ale ostatecznie nie można tego wykluczyć, że obok takich czynników jak złe (w pewnych aspektach) wychowanie, nieodpowiednie towarzystwo, powszechnie panująca kultura, również takie filmy zwiększają tendencje do dokonywania co pomniejszych grzechów przeciw prawdomówności, uczciwości i posłuszeństwu władzy.

    Ogólnie, można więc chyba zaryzykować tezę, iż oglądanie pewnego rodzaju filmów (np. dwuznacznych moralnie filmów o mafii) czy słuchanie pewnego rodzaju muzyki (np. Heavy Metalu) jest dla ogółu osób czymś pośrednim pomiędzy tym, co tradycyjna moralistyka nazywała bliskimi okazjami do grzechu (i czym powinniśmy się mocno przejmować), a tym co owa moralistyka nazywała dalszymi okazjami do grzechu (czyli czymś z czego nie powinniśmy robić dużego problemu). Z jednej strony nie należy więc mówić tu bardzo twardo: „Poza bardzo poważnymi powodami nie można tego oglądać lub słuchać„, ale nie powinno się też trywializować tego tematu w stylu: „Nie znam nikogo, kto po słuchaniu Heavy Metalu stał się satanistą, a więc idź na najbliższy koncert Iron Maiden i baw się dobrze„. Sedno podejścia do tego typu rozrywki widziałbym raczej w łączeniu zasad ostrożności i niedawania zgorszenia. A więc, jeśli w sposób szczery i uczciwy widzisz, że oglądanie pewnych filmów, czy słuchanie pewnej muzyki nie działa na Twą moralność i duchowość źle, to nie rób osobiście z tego powodów sobie wyrzutów, ale skoro nie wiesz, jak to może działać na innych ludzi, to nie obnoś z oglądaniem takich filmów i słuchaniem takiej muzyki, nie reklamuj jej, nie zachęcaj do ich oglądania innych, etc.

    Aby bardziej wyraziście unaocznić co mam tu myśli, podam może przykład z mego życia. Otóż, kilka miesięcy temu oglądałem pewien nakręcony w III Rzeszy antysemicki w swym przesłaniu film fabularny. Osobiście, nie zauważyłem, by ten film wpłynął na wzrost mych antysemickich tendencji czy sympatii wobec nazizmu. Ogólnie rzecz biorąc, od dawna mam ustabilizowany i mocno krytyczny stosunek tak wobec drapieżnego antysemityzmu jak i nazizmu, więc raczej ponowne obejrzenie tego filmu nie byłoby zagrożeniem dla mej moralności i światopoglądu. To jednak nie oznacza, że powinienem ów film reklamować swym znajomym, zachęcać ich do oglądania go, etc. Wśród mych znajomych są bowiem i ludzie mający rzeczywisty problem z antysemityzmem i mający zbyt dobre zdanie o III Rzeszy. A gdyby moje reklamowanie tego filmu miało charakter publiczny, to tym bardziej nie miałbym kontroli nad tym, jaki efekt moralny i duchowy miałaby moja reklama czegoś takiego.

    Może być wreszcie też tak, że w szczery i uczciwy sposób nie widzi się złego oddziaływania danych tworów kulturowych na własną osobę, ale i tak samo nasze korzystanie z nich może zachęcać innych – słabszych i bardziej podatnych na złe wpływy – ludzi, do obcowania z takimi rzeczami. Mam tu myśli zwłaszcza sytuacje w rodzinie. Na przykład, dla 40-letniego ojca rodziny obejrzenie filmu z wieloma scenami przemocy może być całkiem neutralne, a co więcej może on wyłapać z tego filmu pewne dobre rzeczy, jak np. ukazanie odwagi głównego bohatera, jego poświęcenia się dla innych. Jednak dla 14-letniego syna owego mężczyzny ten sam film może być głównie okazją do napawania się krwawymi scenami, co zaś później będzie wpływać na to, iż w relacjach ze swymi rówieśnikami stanie się on bardziej agresywny (a może i zacznie się znęcać się nad słabszymi, itp.). Gdyby więc miało się okazać, iż przykład 40-letniego ojca będzie w tym podobnych przypadkach uwiarygadniał w oczach jego 14-letniego syna oglądanie szkodliwie działających na tego ostatniego filmów, to ten pierwszy powinien dla dobra duszy tego drugiego raczej zrezygnować z owej rozrywki. W ten sposób ów ojciec postąpiłby zgodnie z duchem nauczania św. Pawła Apostoła, który pisał:

    W ten sposób grzesząc przeciwko braciom i rażąc ich słabe sumienia, grzeszycie przeciwko samemu Chrystusowi. Jeśli więc pokarm gorszy brata mego, przenigdy nie będę jadł mięsa, by nie gorszyć brata (1 Koryntian 8, 12-13).

    Mirosław Salwowski

  4. Czy Bóg okłamał żydów i chrześcijan?

    Możliwość komentowania Czy Bóg okłamał żydów i chrześcijan? została wyłączona

    Są dwa rodzaje przekazywania stwierdzeń literalnie nieprawdziwych lub dwuznacznych. Jedne nie są kłamstwami, inne są kłamstwami. Te, które nie są kłamstwami, polegają na tym, iż dwuznaczność bądź literalna nieprawdziwość danego stwierdzenia, są łatwe do zrozumienia i odczytania w danym kręgu kulturowym. W naszej kulturze tego rodzaju literalnymi nieprawdami są hiperbole w rodzaju „Milion razy Ci to mówiłem” (choć dosłownie to może mówiliśmy coś komuś 100 razy) albo „Poczekaj na mnie sekundę” (choć chodzi nam nie dosłownie o sekundę, ale o zrobienie czegoś bez zbędnej zwłoki, np. po 1 lub 2 minutach). Nikt rozsądny nie powinien więc nam zarzucać nieprawdy, gdy w rzeczywistości mówiliśmy komuś coś 100 a nie 1 000 000 razy, albo że podaliśmy komuś daną rzecz po 1 minucie, a nie po 1 sekundzie.

    Z kłamstwem mamy jednak do czynienia, gdy literalna nieprawdziwość lub dwuznaczność danego stwierdzenia nie jest łatwa do zrozumienia w danym kręgu kulturowym. Na przykład matka pyta się swego nastoletniego syna, który nie było danej niedzieli w kościele, czy było w kościele? Ten nastolatek odpowiada zaś: „Tak, byłem w kościele„, a w swych myślach dopowiada stwierdzenie: „Byłem, w kościele rozumianym jako wewnętrzne sanktuarium moich duchowych przeżyć i osobistej więzi z Bogiem„. Udzielając takiej odpowiedzi syn skłamałby swej matce, gdyż w naszym kręgu kulturowym nie są zrozumiałe tego rodzaju zastrzeżenia myślne.

    Jak to wszystko ma się do Boga i cielesnego karcenia chłopców? Otóż, niektóre osoby twierdzą czy sugerują, że biblijne zachęty do używania wobec chłopców „rózgi” są w rzeczywistości TYLKO i WYŁĄCZNIE metaforą stosowania wobec nich innych niż kary cielesne środków dyscyplinarnych. Problemem jednak w przyjęciu tego rodzaju niedosłownej wykładni tego co uczy Pismo święte na ów temat jest fakt, iż tak żydzi, jak i chrześcijanie aż do 20 wieku powszechnie rozumieli owe słowa o „rózdze” również w dosłowny sposób. A zatem można przyjąć założenie, że biblijni autorzy, którym Bóg objawił prawdę o słuszności używania wobec chłopców „rózgi” nie mieli podstaw, by rozumieć ją tylko w symboliczny sposób. Jeszcze inaczej to formułując: Bóg znając pojęcia rozpowszechnione w ramach kultury hebrajskiej objawił Żydom prawdę o słuszności używania rózgi w taki sposób, że ci nie potrafili rozpoznać jej wyłącznie metaforycznego charakteru. Co więcej, chrześcijanie także nie potrafili takiego charakteru rozpoznać aż do 20 wieku i dopiero psycholodzy oraz pedagodzy wyjawili im prawdziwe znaczenie biblijnych rad na ten temat. A zatem, gdyby przyjąć wyłącznie metaforyczną i symboliczną wykładnię słów Pisma świętego o „rózdze, która ma karcić chłopców” (por. Przysłów 29:15; 13:24; 22:15; Mądrość Syracha 30: 1) to by oznaczało, że Bóg niczym ten niesforny nastolatek mówiący matce, iż „był w kościele” (w znaczeniu: „wewnętrznego sanktuarium duchowych przeżyć i osobistej więzi z Bogiem”) okłamałby żydów i chrześcijan przekazując im rady, których prawdziwego znaczenia nie potrafili by oni pojąć. Jak jednak naucza Kościół Bóg ze swej natury nie może kłamać:

    Skłamać, oszukać, zgrzeszyć, nie umieć czego, tylko tej naturze przyzwoita jest, która nie jest doskonała. Ale Pan Bóg, iż jest nade wszystko najdoskonalszy, nie może zgrzeszyć. Bo grzech, nieumiejętność, kłamstwo, z krewkości i z niedołężności pochodzi, nie z wszechmocności. Przeto kiedy Pana Boga wyznawamy wszechmocnym; wierzymy, iż nie masz tego w Panu Bogu, co nie jest naturze i doskonałości jego przyzwoitem (patrz: Katechizm rzymski z wyroku św. Soboru Trydenckiego ułożony, z rozkazu Piusa V. Papieża wydany, i od Klemensa XIII szczególniej zalecony. Tom I, Warszawa: Drukarnia Kommissyi Rząd. 1827, s. 23).

    Mirosław Salwowski

    Przeczytaj też:

    O karceniu cielesnym dzieci

    Czy kary cielesne są niemoralne?

    „Antyklapsowe” błędy ks. Grzegorza Kramera

    O różnicy pomiędzy kłamstwem a tzw. zastrzeżeniem domyślnym

  5. Maseczki – czy mamy moralny obowiązek je nosić?

    Możliwość komentowania Maseczki – czy mamy moralny obowiązek je nosić? została wyłączona

    Od dnia 27 lutego b. roku weszło w życie rozporządzenie Rady Ministrów nakazujące zakrywanie ust i nosa tylko za pomocą maseczek. Jest to dość irytująca decyzja naszych rządzących, gdy zważy się na fakt, iż nie dość, że takie zasłanianie twarzy w miejscach publicznych jest uciążliwe, to zlikwidowano tym samym możliwość używania w tym celu takich zamienników maseczek jak przyłbice, chusty, kominy czy szaliki. Wielu katolików zdaje się kwestionować moralną powinność stosowania się do tego prawa, podając przy tym różnego rodzaju argumenty, poczynające się od sugerowania nielegalności rządowych rozporządzeń na ów temat, a kończące się na dawaniu do zrozumienia, iż ich przestrzeganie jest nawet i niemoralne. Poniżej postaram się w pewien sposób odpowiedzieć na takie argumenty oraz wykazać, iż dobrzy chrześcijanie powinni być posłuszni nakazowi noszenia maseczek w większości z publicznych miejsc.

    ***

    Zacznijmy od tego, iż na dzień dzisiejszy prawo nakazujące zasłanianie ust i nosa jest – w przeciwieństwie do niektórych innych restrykcji antycovidowych – ustanowione w legalny, gdyż konstytucyjny sposób. Owszem, jeszcze kilka miesięcy temu taki obowiązek nie był legalnie ustanowiony, gdyż nie istniała ustawa na to pozwalająca. To się jednak zmieniło po uchwaleniu ustawy z dnia 28 października 2020 roku, której art. 46 b pozwala na wydawanie rozporządzeń nakazujących zakrywanie ust i nosa w pewnych miejscach oraz okolicznościach. W odróżnieniu zatem np. od zakazów prowadzenia pewnych form działalności gospodarczej rząd nie działa w sprawie maseczek w sposób samowolny oraz sprzeczny z konstytucją naszego kraju. Od strony więc prawno-legalnej sytuację mamy jasną i jednoznaczną: nakaz noszenia maseczek jest legalny, gdyż ustanowiony na podstawie konstytucji, która w przypadku ograniczeń swobód i wolności obywatelskich zezwala na wprowadzanie takowych tylko na podstawie ustawy.

    ***

    Nie wszystkie jednak prawa – choćby i były uchwalone w pełni legalny oraz konstytucyjny sposób – muszą być przez ten sam fakt zgodne z moralnością oraz sprawiedliwością. A jeśli takie prawa są przeciwne moralności i sprawiedliwości, to nie zawsze są one obowiązujące w sumieniu.

    Mówiąc zaś bardziej precyzyjnie: jeśli rządzący nakazują nam popełnienie czegoś, co jest materią grzechu, to mamy nawet obowiązek okazania nieposłuszeństwa. Przykładowo, król danego kraju może wydać prawo nakazujące wszystkim obywatelom oddawanie mu boskiej czci albo też popełnianie cudzołóstwa. Oczywiście, w takiej sytuacji jedyną moralnie właściwą opcją będzie odmowa podporządkowania się takim rozkazom, choćby i miało się to dla nas wiązać z krwawym męczeństwem. O takiej sytuacji nauczał chociażby papież Leon XIII w encyklice „Diuturnum illud”:

    „Jeden jest tylko powód uwalniający ludzi od posłuszeństwa, mianowicie gdyby żądano od nich czegoś przeciwnego prawu naturalnemu albo Bożemu, tam bowiem, gdzie zachodzi pogwałcenie prawa natury lub woli Bożej, zarówno sam rozkaz, jak wykonanie go byłoby zbrodnią. (…)„.

    Jeśli z kolei, dane prawo co prawda nie nakazuje nam czynienia czegoś złego, ale nakłada na nas niesprawiedliwe ograniczenia oraz obciążenia, to mamy czasami prawo (choć niekoniecznie obowiązek) niebycia tu posłusznymi, acz z drugiej strony takie rzeczy jak roztropność czy chęć uniknięcia większego zła mogą czynić mniej lub bardziej wskazanym okazywanie posłuszeństwa tego rodzaju niesprawiedliwym prawom. Przykładowo, niegdyś prawo wielu krajów pozwalało właścicielom niewolników na srogie i okrutne obchodzenie się z nimi (np. chłostanie za nieproporcjonalnie lekkie do tej kary przewinienia, obciążanie zbyt ciężką pracą). Czymś dobrym i chwalebnym było podejmowanie starań na rzecz zmiany tego porządku rzeczy, jednak to nie znaczy, iż wskazane było, aby każdy niewolnik traktowany w ten sposób na własną rękę buntował się przeciwko takiemu traktowaniu. Takie samowolne buntowanie się mogło bowiem nieraz owocować większym złem i chaosem. Prawdopodobnie dlatego więc, Pismo święte zalecało niewolnikom bycie posłusznym swym panom:


    Niewolnicy! Z całą bojaźnią bądźcie poddani panom nie tylko dobrym i łagodnym, ale również surowym. To się bowiem podoba [Bogu], jeżeli ktoś ze względu na sumienie [uległe] Bogu znosi smutki i cierpi niesprawiedliwie.  Co bowiem za chwała, jeżeli przetrzymacie chłostę jako grzesznicy? – Ale to się Bogu podoba, jeżeli dobrze czynicie, a przetrzymacie cierpienia.  Do tego bowiem jesteście powołani. Chrystus przecież również cierpiał za was i zostawił wam wzór, abyście szli za Nim Jego śladami. On grzechu nie popełnił, a w Jego ustach nie było podstępu. On, gdy Mu złorzeczono, nie złorzeczył, gdy cierpiał, nie groził, ale oddawał się Temu, który sądzi sprawiedliwie (1 Piotr 2, 18-23).

    Poza tymi dwoma wypadkami – a więc, gdy ludzkie władze zmuszają do popełnienia jakiegoś grzechu lub gdy nakładają jakieś niesprawiedliwe obciążenia – zasadniczo rzecz biorąc, należy być posłusznym wszystkim prawom wydawanym przez rządzących. Jak naucza choćby o tym Katechizm św. Piusa X:

    Tak, należy przestrzegać wszystkich praw, które są stanowione przez władze świeckie, zgodnie z nakazem i i przykładem, który dał nam nasz Pan Jezus Chrystus, o ile jednak nie są one sprzeczne z prawem Bożym”. [Patrz: „Katechizm św. Piusa X. Vademecum katolika„ Sandomierz 2006, s. 100].

    Co więcej, aby móc być nieposłusznymi prawom ustanawianym przez władze cywilne nie wystarczy mieć jakieś wątpliwości, czy aby na pewno są one sprawiedliwe. Przeciwnie, w wypadku takich wątpliwości należy słuszność przyznawać raczej władzom cywilnym, o czym pisał w swej XIX-wiecznej „Teologii moralnej dla plebanów i spowiedników” kardynał Thomas-Marie-Joseph Gousset:

    W powątpiewaniu czy prawo jest niesprawiedliwe uważać należy, czy rzecz nakazana jest uczciwa lub nie; przypuszczenie jest na korzyść rozkazującego. (…) Na tej to zasadzie ojcowie i pasterze kościoła, ustawnie skłaniali wiernych do płacenia podatków, nauczając ich, że nie można być nigdy nieposłusznym prawom krajowym, chyba gdyby wymagały rzeczy sprzecznych z moralnością i religią, lub były oczywiście niesprawiedliwymi. Na przypadek wątpliwości, należy przechylać się na korzyść prawodawcy i oświadczyć się za prawem. [Patrz: Kardynał Gousset, „Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników”, Warszawa 1858, ss. 51, 61].

    ***

    A zatem każdy katolik utrzymujący, iż aktualnie obowiązujące w naszym kraju prawo nakazujące zasłanianie maseczką ust i nosa nie obowiązuje w sumieniu, powinien pokazać, że bez wątpliwości ów przepis albo nakazuje czynienie czegoś moralnie złego, albo przynajmniej nakłada jakieś jawnie niesprawiedliwe ograniczenia. Czy można jednak udowodnić, że noszenie maseczek w miejscach publicznych jest materią jakiegoś grzechu? Cóż, trudno będzie to uczynić zważywszy na to, że nie tylko sam zdrowy rozsądek podpowiada nam, że coś takiego nieraz może być wskazane (np. troska o bezpieczeństwo swoje lub innych bliźnich), ale sam Bóg polecił przynajmniej w jednym miejscu zasłanianie pewnym osobom części twarzy. Chodzi mianowicie o chorych na trąd, którym w Starym Przymierzu nakazywano „zasłanianie brody” (patrz: Kapłańska 13, 45). Gdyby jednak zasłanianie części twarzy było czymś ze swej natury niemoralnym, to Bóg nie mógłby wydać takiego polecenia, gdyż Jego absolutna dobroć i świętość by Mu na to nie pozwalały. Jak mówi wszak Pismo święte:

    Oczy Jego patrzą na bojących się Go – on sam poznaje każdy czyn człowieka. Nikomu On nie przykazał być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć” –  Syrach 15, 19-20.

    Ponadto, wedle objawień prywatnych danych bł. Annie Katarzynie Emmerich sama Najświętsza Maryja Panna zakrywała w pewnych okolicznościach i sytuacjach twarz:

    Zasłona, odsunięta w tył głowy, ułożona była w poprzeczne fałdy, gdy Maryja rozmawiała z mężczyznami, ściągała ją na twarz. Także rąk nie odkrywała w obecności obcych, tylko gdy była sama” [patrz: Błogosławiona Anna Katarzyna Emmerich, „Żywot i bolesna męka Pana naszego Jezusa Chrystusa i Najświętszej Matki Jego Maryi wraz z tajemnicami Starego Przymierza”, Wrocław 2009, s. 887].

    Ktoś jednak może powiedzieć, iż dłuższe noszenie maseczki jest niemoralne, gdyż powoduje szkody dla zdrowia. Na ten argument można jednak odpowiedzieć na dwa sposoby. Po pierwsze: jest co najmniej dyskusyjne, czy w miarę prawidłowe noszenie maseczek powoduje jakieś szkody dla zdrowia. Tymczasem, jak to zostało już pokazane powyżej, aby móc być nieposłusznym prawu, jego niesprawiedliwy charakter powinien być oczywisty, zaś w razie wątpliwości należy być posłusznym przepisom wydawanym przez rządzących. Po drugie: nie każde powodowanie u siebie (czy innych) szkody na zdrowiu jest niemoralne. Jeśli przez taką szkodę na zdrowiu możemy osiągnąć większe dobro fizyczne lub dobro moralne, to może być to zgodne z wolą Boga. Przykładowo, wolno jest obciąć zgangrenowany palec po to, by ratować od gangreny resztą ludzkiego ciała. Podobnie, moralnie dozwolone jest skazanie złoczyńcy na karę chłosty w celu zniechęcenia go do popełniania przestępstw w przyszłości oraz ochrony społeczeństwa przed możliwymi naruszeniami prawa ze strony tego rodzaju osób.

    Czy da się więc może bez większej wątpliwości dowieść, iż co prawda przysłowiowe maseczki przynajmniej są jawnie niesprawiedliwym obciążeniem nakładanym na obywateli? I w tym wypadku, w najlepszym razie mamy do czynienia z bardzo dyskusyjnymi wywodami ich przeciwników na ów temat, którym można przeciwstawiać ogólnie słuszną zasadę o tym, że władze cywilne mają prawo wprowadzać ograniczenia niektórych swobód obywatelskich wówczas, gdy przemawia za tym ochrona ważniejszych dóbr.

    ***

    W mojej zatem opinii nie ma żadnych poważnych przesłanek, by twierdzić, iż – zasadniczo rzecz biorąc – ma się moralne prawo (czy tym bardziej obowiązek) okazywania nieposłuszeństwa przepisom prawnym nakazującym w większości miejsc publicznych zasłanianie ust i nosa za pomocą maseczek.

    Na samym zaś marginesie dodam, że dziwi mnie gorliwość z jaką niektórzy katolicy zwalczają obowiązek prawny noszenia maseczek, zwłaszcza gdy zestawi się ową żarliwość z niemal całkowitym milczeniem, jakie panuje w środowiskach katolickich wobec o wiele poważniejszych i oczywistych problemów moralnych. Kiedy to ostatnio np. w jakimś artykule umieszczonym na łamach konserwatywnych mass mediów dane nam było czytać o tym, że kasjer czy kasjerka przepuszczający przez taśmę takie produkty jak prezerwatywy, czy pisma porno dopuszcza się w ten sposób co najmniej bliskiej materialnej współpracy ze złem? W ilu wystąpieniach internetowych można usłyszeć, iż pracownik handlu powinien wybrać raczej utratę swej posady niż spełnianie poleceń swego szefa wówczas, gdy ten nakazuje mu okłamywanie i oszukiwanie klientów?

    Mirosław Salwowski

  6. Gloria Polo, jej ojciec i „katolicka radość życia”

    Możliwość komentowania Gloria Polo, jej ojciec i „katolicka radość życia” została wyłączona

    W ostatnim czasie ponownie przeglądałem sobie książeczkę z prywatnymi objawieniami Glorii Polo. Dla tych, którzy nie wiedzą, kim jest Gloria Polo wyjaśniam, iż jest to pochodząca z Kolumbii mistyczka, która twierdzi, że po tym, jak została porażona piorunem Bóg ukazał jej powagę popełnianych przez nią grzechów i polecił jej głosić na świecie o tym, co widziała i słyszała będąc w tym stanie. Kto, by chciał zapoznać się z treścią wizji i przesłań Glorii Polo, może kliknąć w tym celu pod ten link. Wiem, że niektórzy kwestionują wiarygodność niektórych ze szczegółów zawartych w wizji Glorii Polo, ale nie o tym pragnę pisać w poniższym tekście. W tym artykule chciałem nawiązać do tych elementów jej objawień, które pokrywają się z publicznie dostępną wiedzą, a jednocześnie rzucają bardzo poważny cień na obyczajowość Ameryki Łacińskiej. Chodzi mianowicie o rozpowszechnioną w owym rejonie świata kulturę „machismo”, w ramach, której aprobowało się i chyba wciąż się aprobuje różne przejawy rozwiązłości seksualnej w wykonaniu mężczyzn (np. zdradzanie żon, korzystanie z usług prostytutek). W wizji Glorii Polo jest więc mowa, iż jej ojciec został zaprowadzony przez z kolei swego ojca (a jej dziadka) do domu publicznego, gdy ten miał 12 lat, po to „by uczynić z niego mężczyznę„. Po iluś tam latach ojciec Glorii żeni się z jej matką i choć – jak można domniemywać z kontekstu – początkowo ma wolę dotrzymania wierności swej żonie – jednak już po dwóch tygodniach zdradza ją w domu publicznym, będąc namówionym do tego przez kolegów.

    Wszystko powyższe miało miejsce jeszcze przed Soborem Watykańskim II, rewolucją seksualną lat 60-tych oraz częściową protestantyzacją Ameryki Łacińskiej, która dokonała się na przełomie 20 i 21 stulecia. Gloria Polo urodziła się bowiem w 1958 roku, a więc jej ojciec czynił te rzeczy we wcześniejszym okresie czasu. W tym przypadku trudno tu też mówić o jakimś pokątnym, wstydliwym grzeszeniu (co w pewnym sensie byłoby jeszcze pocieszające), skoro sam ojciec Glorii był zachęcany do takich czynów nie tylko przez swych kolegów, ale nawet przez własnego ojca. Czy uświadamiacie sobie drodzy Czytelnicy, o jakim poziomie degradacji moralnej tu mówimy?!? Chłopiec dopiero co oderwany od ołowianych żołnierzyków jest prowadzony przez swego ojca do lupanaru?!? Młody mąż zdradza swą żonę z prostytutką nie po 20 czy choćby 2 latach, ale już po 2 tygodniach będąc do tego namawianym przez kolegów?!? I to wszystko dzieje się w jednym „przedsoborowych” krajów z dominującą katolicką większością?!?

    ***

    Gdy słucham o takich historiach, po raz kolejny uświadamiam sobie, jak żenujące były „argumenty” którymi często we mnie próbowano uderzać o – w domyśle pięknej – „katolickiej radości życia” kwitnącej w słonecznych katolickich krajach w rodzaju Włoch, Hiszpanii czy Ameryki Łacińskiej. Pod tą „katolicką radością życia” bardzo często kryły się jednak właśnie takie rzeczy – przerażający, nawet biorąc pod uwagę dzisiejsze standardy – upadek moralny; ból i cierpienie zdradzanych żon i dzieci na to patrzących; upokorzenie dziewcząt oraz kobiet przymuszanych do seksu przez jurnych „macho”; krzywda nieślubnych dzieci nazywanych z pogardą „bękartami” i to nazywanych nieraz tak przez ludzi, którzy sami je w ten sposób płodzili.

    Wszystko to też pozwala zadawać poważne pytania odnośnie poziomu tak „przedsoborowej” katechizacji, jak i stylu życia prowadzonego przez część ówczesnego duchowieństwa.  Czy bowiem gdyby choćby znacząca część duchowieństwa energicznie tępiła takie zwyczaje, to miałyby one szanse na tak długotrwałe i szerokie zakorzenienie się w kulturze wielu krajów katolickich? Można też niestety przypuszczać, że również niegdyś duża część katolickiego kleru prawdopodobnie nie praktykowała cnoty czystości w efekcie czego wierni świeccy to widzący (albo to w inny sposób wyczuwający) tylko utwierdzali się w popełnianiu przez siebie grzechów z tej materii.

    Mirosław Salwowski

  7. O karceniu cielesnym dzieci

    Leave a Comment

    Rózga i karność udziela mądrości, pozostawiony sobie chłopiec jest wstydem dla matki” – Przysłów 29: 15.

    ***

    Nie kocha syna, kto rózgi żałuje, kto kocha go – w porę go karci” – Przysłów 13: 24.

    ***

    W sercu chłopięcym głupota się mieści, rózga karności wypędzi je stamtąd” – Przysłów 22: 15.

    ***

    Karcenia chłopcu nie żałuj, gdy rózgą uderzysz – nie umrze. Ty go rózgą uderzysz, a od Szeolu zachowasz mu duszę” – Przysłów 23: 13 – 14.
    ***

    Kto miłuje swego syna, często używa na niego rózgi,  aby na końcu mógł się nim cieszyć” – Mądrość Syracha 30: 1.

    ***

    Nie odejmuj swojej ręki od syna swego, ani od córki swojej, ale ucz ich od młodości bojaźni bożej” – Nauka Dwunastu Apostołów 4, 9 (Cytat za: „Pisma Ojców Apostolskich”, Poznań 1924, s. 28.)

    ***

    Nie obawiajcie się ich karcić i surowo upominać, bo chłostą ich nie zabijecie (patrz: Prz 23, 13), ale raczej ocalicie, jak to Salomon mówi gdzieś w Księdze Mądrości: <Karć syna, a kłopotu ci to zaoszczędzi> (patrz: Prz 29, 17 i Prz 19, 18a), <tak bowiem będzie dla ciebie dobrą nadzieją> (por. Prz 19, 18b), <ty go uderzysz rózgą, a duszę jego zachowasz od śmierci> (por. Prz 23,14). Tenże (Salomon) mówi jeszcze: <Kto rózgi żałuje, nienawidzi swego syna> (por. Prz 13, 24), oraz: <Okładaj rózgami jego boki, gdy jest jeszcze młody, aby, gdy zmężnieje, nie odmówił ci posłuchu> (por. Syr 30, 12). Kto więc nie chce upominać i karcić swego syna, nienawidzi swego dziecka. Uczcie więc wasze dzieci Słowa Pańskiego, bądźcie surowi dla nich nawet chłoszcząc je rózgami, wpajajcie im posłuszeństwo, uczcie je <od dzieciństwa świętych pism> (por. 2 Tym 3, 15) naszych i Boga, przekazujcie im całe Pismo Boże (…)” – Konstytucje Apostolskie IV, 11 (2-4). (Cytat za: „Synody i Kolekcje Praw, Tom II, Konstytucje Apostolskie oraz Kanony Pamfilosa z apostolskiego synodu w Antiochii; Prawo kanoniczne świętych Apostołów; Kary świętych Apostołów dla upadłych; Euchologion Serapiona”, Wydawnictwo WAM, Kraków 2007, s. 103-104).

    ***

    Ponieważ (…) dzieci podlegają władzy ojca, a słudzy swego pana, wolno ojcu chłostać swego syna, a panu swego sługę, by ich poprawić i wychować” – Św. Tomasz z Akwinu.

    ***

    Gdzie zaś nie przynoszą skutku dobre słowa i karcenie, tam należy zabrać się do kar: zwłaszcza gdy dzieci jeszcze nie wyrosną, wtedy jest rzeczą niepodobną, aby ich można ukrócić `Kto folguje rózdze, nienawidzi syna swego`. (Przyp. 13, 24). Nienawidzi syna swego ten, który go nie karze, kiedy potrzeba. I tego kiedyś Pan Bóg ukarze (…) Alić należy karać dzieci roztropnie, nie w uniesieniu gniewnym, jak to teraz nieraz czynią ojcowie i matki: bo wtedy nic nie osiągną, gdyż wówczas dzieci stają się jeszcze krnąbrniejsze. Najpierw wypada dzieci upominać, potem im grozić a wreszcie ukarać, ale po ojcowsku, a nie po katowsku, z umiarkowaniem, bez złorzeczeń i bez przekleństwa. Można je zamknąć w pokoju, ująć cokolwiek z pokarmu, nie dać odzienia lepszego, a jak potrzeba użyć rózgi, a nie kija. A jest zasadą ustaloną, aby nie kłaść ręki na dziecko póki wrzenie namiętności nie ustąpi, dopiero po uśmierzeniu gniewu karajcie” – Św. Alfons Liguori, (Cytat za: „Katechizm św. Alfonsa Liguoriego”, Miejsce Piastowe 1931, s. 68 – 69).

    ***

    Otóż, nie jesteście dobrymi rodzicami, lecz okrutnikami i samo sobie gotujecie hańbę, jeśli w razie potrzeby nie karzecie dziecka, choćby i cieleśnie, bo o tej karze będę mówił przede wszystkim. Potwierdza słowa moje Duch św., mówi bowiem (Przyp. 13, 24): <Kto folguje rózdze, nienawidzi syna swego>, to znowu (Przyp. 29, 15): <Rózga i karanie daje mądrość, dziecię zaś puszczone ma swą wolę, zawstydza matkę swoją> (…) Trzeba tez karać z miłością, więc nigdy w gniewie, nigdy w złości, nigdy z przekleństwem, ze złorzeczeniem, bo uczy Pismo św. (Syr. 19, 28): <Fałszywym jest karanie w gniewie sromocącego>. Kara powinna pochodzić jakoby od Pana Boga, a nie jakoby od czarta przeklętego, to jest z gwałtownością czartowską. Dzieci powinny odczuć, że rodzice karzą je tylko niechętnie i tylko dla tego, że tego wymaga ich powinność. Rodzice mają tak tak karać, iżby śmiał mogli powiedzieć dziecku: <Dla tego, że cię kocham, karzę cię właśnie>” – Ks. Wojciech Andersz, cytat za: „Nauki katechizmowe ułożone na podstawie różnych autorów, Tom III”, Poznań 1909, ss. 472, 476.

    ***

    Tu interesują nas te przypadki, kiedy bicie jest bolesne, a nawet szkodliwe dla ciała. Także tu nie można zakazać władzom społecznym i wychowawczym stosowania tego środka karnego, zawsze rzecz jasna w granicach nie szkodzących zdrowiu. Nie jest natomiast nikomu dozwolone bicie bliźniego pod wpływem gniewu i dla zemsty lub z chęci dokuczenia i sprawienia przykrości. (…)” – Jacek Woroniecki OP, „Katolicka etyka wychowawcza. Tom II. Etyka szczegółowa. Część 2”, Lublin 2000, s. 170-171.

    Przeczytaj też: Czy kary cielesne są niemoralne?

    Nota od redakcji: Pisownia cytowanych wypowiedzi została nieznacznie uwspółcześniona.

  8. Czy akcja „Góralskie Veto” jest moralnie uzasadniona?

    Możliwość komentowania Czy akcja „Góralskie Veto” jest moralnie uzasadniona? została wyłączona

    Aktualnie w Polsce rozszerza się akcja otwierania – wbrew rządowym zakazom – różnego rodzaju lokali gastronomicznych. Pierwszym impulsem dla tych działań była akcja „Góralskie Veto”, w której grupa działaczy społecznych z Podhala zapowiedziała, iż bez oglądania się na wynikające z rządowych rozporządzeń zakazy, przedsiębiorcy z tego regionu Polski będę prowadzić swe firmy w sposób normalny, czyli taki, jaki miał miejsce przed pandemią Covid-19. Co należy sądzić o tym podobnych akcjach obywatelskiego nieposłuszeństwa? To ważne i praktyczne życiowo pytanie, postaram się więc dać na nie poniżej – przynajmniej częściową – odpowiedź.

    Na płaszczyźnie czysto prawnej, jako że do tej pory nie ma żadnej ustawy, która ograniczałaby swobodę gospodarczą w ramach walki z Covid-19, to przedsiębiorcy nie przestrzegający w tej kwestii rządowych zakazów mają po prostu rację. Konstytucja naszego państwa w artykule 22 stanowi bowiem rzecz następującą:

    Ograniczenie wolności działalności gospodarczej jest dopuszczalne tylko w drodze ustawy i tylko ze względu na ważny interes publiczny.

    Najwyższy akt prawny w naszym kraju, którym jest Konstytucja, zakazuje więc ograniczania swobody gospodarczej bez ustawowego ku temu upoważnienia. Nie można więc w naszym państwie robić tego na podstawie samego tylko rozporządzenia. Tego rodzaju zakazy działalności gospodarczej, które rząd wprowadza bez ustawowej delegacji, są po prostu nielegalne, bo niekonstytucyjne. Owszem, jedną z ogólnych zasad prawnych jest domniemanie legalności poszczególnych przepisów, ale z drugiej strony jak mówi jedna z odnoszących się również do prawa rzymskich sentencji „Clara non sunt interpretanda„, czyli „Nie dokonuje się wykładni tego co jasne„. Artykuł 22 Konstytucji przynajmniej w swej części tyczącej się tylko ustawowej drogi ograniczania swobód gospodarczych jest bardzo jasny i jednoznaczny. Nie ma więc póki co w Polsce legalnego, a co za tym idzie moralnie obowiązującego w sumieniu, zakazu czy ograniczenia działalności gospodarczej ze względu na zagrożenie Covid-19.

    Oczywiście należy w sposób szczególny szanować rządzących (niezależnie od ich afiliacji politycznych i światopoglądowych) oraz być posłusznym stanowionym przez nich prawom (patrz: Rz 13, 1-5), ale z drugiej strony to „prawo jest królem” i rządzący winni poruszać się w granicach aktów prawnych również ich obowiązujących. Tradycyjna teologia moralna mówi zresztą, że jednym z warunków obowiązywania danych przepisów jest prawidłowy sposób ich uchwalenia. Ogólnie zaś rzecz biorąc, nie jest dobrą sytuacja, kiedy sami rządzący łamią prawo, wprowadzając nielegalne ograniczenia, gdyż w ten sposób demoralizują także swych poddanych.

    ***

    Fakt jednak, iż na płaszczyźnie prawnej uczestnicy wspomnianej wyżej akcji obywatelskiego nieposłuszeństwa mają rację, nie rozstrzyga jednak jeszcze w całości, czy aby na pewno mają słuszność w zakresie bardziej moralnym. Ponadto, powstaje jeszcze pytanie, czy gdyby nasi rządzący przeforsowali podobne ograniczenia i zakazy działalności gospodarczej na drodze legalnej i zgodnej z Konstytucją, to czy byłyby to prawa sprawiedliwe, których zasadniczo należałoby przestrzegać?

    Od razu powiem, iż nie dam w tym artykule jednoznacznej odpowiedzi na powyższe pytania, a ograniczę się jedynie do nakreślenia pewnych sugestii i wskazówek odnośnie tego, w jaki sposób powinnyśmy myśleć na owe tematy. Od strony bowiem czysto moralnej sprawa otwierania restauracji, kawiarni i pubów w dobie szczególnego zagrożenia epidemiologicznego jawi mi się jako jedna z trudniejszych do oceny. I nie wierzę tu w łatwe i szybkie rozeznania, a jeśli takowe się pojawiają, to uznaję je za motywowane bardziej emocjami oraz skupieniem się na wycinku rzeczywistości, aniżeli motywowane głęboką refleksją rozumową i wyważeniem różnych racji. Z jednej strony bowiem oczywiście jest tak, że prawem naturalnym jest to, by ludzie mogli pracować na swe utrzymanie i zasadniczo rzecz biorąc władze cywilne powinny strzec tego prawa, nie zaś je utrudniać czy tłamsić. W pewnym zakresie praca jest nawet moralnym obowiązkiem człowieka, co można wywnioskować z następującego fragmentu Pisma świętego:

    Albowiem gdy byliśmy u was, nakazywaliśmy wam tak: Kto nie chce pracować, niech też nie je! Słyszymy bowiem, że niektórzy wśród was postępują wbrew porządkowi: wcale nie pracują, lecz zajmują się rzeczami niepotrzebnymi. Tym przeto nakazujemy i napominamy ich w Panu Jezusie Chrystusie, aby pracując ze spokojem, własny chleb jedli (2 Tes 3, 10-12).

    Z drugiej strony to prawo naturalne nie należy do kategorii absolutnych i bezwzględnych. Prawo do pracy może być wszak ograniczane przez różne słuszne oraz rozsądne motywy, np. dobrym jest zakaz pracy dla dzieci w kopalniach albo dla ludzi mocno niedowidzących jako kierowców taksówek, autobusów czy tramwajów. Prawo do życia oraz ochrona zdrowia oczywiście zaś stoją wyżej niż prawo do pracy i zasadniczo rzecz biorąc ograniczanie tego drugiego na rzecz tego pierwszego jest słuszne. Ale i tu pojawia się ważne pytanie o proporcjonalność tych ograniczeń. Z jednej strony wszak za słuszne uznalibyśmy wspomniany przeze mnie zakaz pracy jako kierowca dla osoby mocno niedowidzącej, gdyż skutkiem tego byłoby pewne i oczywiste narażanie siebie i innych na kalectwo albo i śmierć. Z drugiej strony mianem zdecydowanie niemądrych i przesadzonych nazwalibyśmy ogólne zakazanie jazdy samochodami, nawet jeśli w wyniku tej jazdy na polskich drogach śmierć rocznie ponosi kilka tysięcy osób. Dlaczego powiedzielibyśmy, że taki zakaz jest niemądry? Ano, choćby dlatego, że nie da się we współczesnej cywilizacji normalnie funkcjonować bez przynajmniej sporadycznego korzystania z takich środków komunikacji. Poza tym, o ile w wyniku wypadków samochodowych może ginąć w Polsce parę tysięcy ludzi rocznie, to z drugiej strony używanie samochodów może też ratować wiele tysięcy osób od przedwczesnej śmierci czy kalectwa. Ot, np. za pomocą samochodów policjanci mogą szybciej zareagować na jakieś potencjalnie krwawe przestępstwo, podobnie jak ratownicy medyczni mogą szybciej przyjść na pomoc ofiarom różnych wypadków.

    ***

    Cała więc sprawa z tymi czy innymi ograniczeniami związanymi z Covid-19 sprowadza się do trudnego zadania oceny, które z tych restrykcji są odpowiednio proporcjonalne do zagrożenia, jakie stwarza ów wirus dla zdrowia publicznego. Nie jest to zadanie łatwe, gdyż zagrożenie epidemiologiczne i zdrowotne stwarzane przez Covid-19 należy do sytuacji pośrednich pomiędzy tymi chorobami, które są stosunkowo niegroźne (jak np. przeziębienie czy grypa), a tymi z nich, które są, czy były bardzo groźne oraz zaraźliwe (jak kiedyś dżuma czy trąd).

    Mirosław Salwowski

  9. Czy kanibalizm może być (czasami) moralnie dozwolony?

    Możliwość komentowania Czy kanibalizm może być (czasami) moralnie dozwolony? została wyłączona

    Praktyka spożywania przez ludzi ciała i krwi innych osób ludzkich (czyli: kanibalizm) słusznie wzbudza w naszym kręgu cywilizacyjnym powszechną dezaprobatę oraz obrzydzenie. Nie trzeba chyba wielu wywodów, by uznawać coś takiego za moralnie niedopuszczalny sposób zaspokajania jednej z podstawowych potrzeb człowieka, jaką jest jedzenie i picie. Coś takiego – dla celów rytualnych i/albo jako część zwyczajnego sposobu odżywania się – było mniej lub bardziej szeroko akceptowane w wielu społecznościach pogańskich i słusznie między innymi z tego względu uznajemy je za dzikie oraz barbarzyńskie. Warto zresztą w tym miejscu dodać, że czynione przez pogańskie ludy Kanaanu biesiady podczas których spożywano ludzkie mięso oraz krew było jednym z powodów, dla których Stwórca uznał owe społeczności za godne kary i wytępienia je przez Żydów (patrz: Mdr 12, 3- 6).

    Uznanie obrzydliwości i zasadniczego moralnego zła praktyk kanibalistycznych nie rozwiązuje jednak jeszcze problemu etycznego, przed którym w pewnych sytuacjach ekstremalnych stawało również niestety wielu chrześcijan. A mianowicie, czy w okolicznościach, w których śmierć głodowa zdaje się być pewna lub przynajmniej bardzo prawdopodobna, a nie istnieje realna nadzieja na pozyskanie innego rodzaju pożywienia, jest moralnie dozwolone pożywić się ciałem zmarłych już wcześniej ludzi? Ktoś może powie teraz, iż roztrząsanie takich dylematów niczemu nie służy, ale wiemy przecież, że podobne sytuacje zdarzały się nieraz w historii (np. podczas wielkiego głodu na Ukrainie). Odpowiedź na to pytanie, nie tyczy się więc zupełnie abstrakcyjnych i niemogących wydarzyć się w rzeczywistości scenariuszy, dlatego w niniejszym artykule postaram się na nie odpowiedzieć.

    ***

    Zacznijmy od tego, iż pośród zasad moralnych objawionych i/lub wpisanych przez Boga w nasze serca istnieją dwa rodzaje reguł.

    Pierwsze, to takie, od których nie ma wyjątku nawet w ekstremalnych sytuacjach. Jedną z takich absolutnych reguł postępowania jest zakaz bezpośredniego oraz zamierzonego zabijania niewinnych ludzi. Nie mamy więc moralnego prawa zabijać niewinnych nawet dla osiągnięcia większego dobra (np. ocalenia znacznie większej ilości niewinnych ludzi od liczby tych osób, które miały być w tym celi zamordowane). Ta zasada, ma swe częściowe odniesienie do praktyk kanibalistycznych. Nie można bowiem zabijać niewinnych ludzi celowo, po to by spożyć ich ciała, nawet gdyby groziła nam śmierć głodowa. Tego rodzaju odpowiedź, nie wyczerpuje jednak całości możliwych ekstremalnych sytuacji związanych z kanibalizmem. Nie zawsze bowiem zjadanie ludzkiego mięsa przez innych ludzi było związane z celowych zabijaniem osób ludzkich. Czasami bowiem kanibalizm polegał na tym, iż jedni ludzi samoistnie umierali z głodu przed pozostającymi przy życiu, ale również głodującymi innymi osobami, które, ratując się w ten sposób przed śmiercią głodową, postanawiały posilić się ciałem tak zmarłych wcześniej ludzi.

    Wydającą się być poprawną odpowiedzią na zadane w artykule pytanie nasuwa więc nam wyjaśnienie charakteru drugiego rodzaju norm moralnych. A mianowicie tych zasad moralnych, które choć w zwyczajnym porządku rzeczy powinny być wiernie zachowywane, to nie mają one charakteru absolutnego, a więc nie znającego żadnych wyjątków. Przykładem norm moralnych, od których są pewne wyjątki, są chociażby posłuszeństwo rodzicom oraz praca w niedzielę. Z zasady jest Bożym przykazaniem, iż dziecko powinno być posłuszne poleceniom swego ojca oraz swej matki, jednak gdyby tata lub mama nakazali swemu dziecku np. kraść, kłamać albo prostytuować się, to powinno ono nie słuchać takiego rozkazu. Takie dziecko postąpiłoby wtedy zgodnie z przykładem i nauczaniem apostołów, którzy mówili: „Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi” (patrz: Dz 5, 29). Podobnie, pod rządami Nowego Przymierza niedziela spełnia podobną funkcję co w Starym Zakonie dla żydów był Szabat (czyli sobota) i zasadniczo nie należy w tym dniu wykonywać ciężkich prac. Gdyby jednak taka ciężka praca była w niedzielę konieczna lub bardzo potrzebna dla zachowania dobra innych ludzi, to byłoby moralnie dozwolone jej spełnienie. Taka postawa jest zgodna z duchem nauczania i postępowania naszego Pana Jezusa Chrystusa, który uzdrawiał w szabat oraz retorycznie pytał gorszących się na ten widok faryzeuszy: „(…) Czy wolno w szabat dobrze czynić, czy wolno źle czynić; życie ocalić czy zniszczyć?” (Łk 6, 9).

    Myślę, że sytuację jedzenia ludzkiego ciała po to by uchronić się od śmierci głodowej – wówczas, gdy nie wiąże się to z celowym zabijaniem innych ludzi – należy postrzegać właśnie przez pryzmat tego rodzaju zasad moralnych. A więc, o ile w zwyczajnym porządku rzeczy, wszelkie praktyki kanibalistyczne należy zdecydowanie potępiać, o tyle w sytuacjach naprawdę ekstremalnych, można je moralnie usprawiedliwiać (poza sytuacją polegającą na zabijaniu niewinnych ludzi w tymże celu).

    ***

    Choć nie wiem czy ten mój pogląd na ów problem ma poparcie tradycyjnej moralistyki katolickiej, gdyż nawet nie wiem, czy kwestia ta była omawiana przez teologów moralnych to mój zdrowy rozsądek, intuicja i wyczucie moralne od dawna podpowiadają mi właśnie tego rodzaju konkluzję. Dodam jeszcze tylko, że wydaje mi się, iż gdybym sam znalazł się w podobnie tragicznej sytuacji i przewidywał swą głodową śmierć, to nie miałbym nic przeciwko temu, by inni ludzie ratowali się przez zjedzenie mego ciała od tym podobnej śmierci, po tym, gdy ja już bym samoistnie dokończył swego ziemskiego żywota.

    Mirosław Salwowski

  10. Grzech w pracy aktora

    Możliwość komentowania Grzech w pracy aktora została wyłączona

    W jakim stopniu aktorzy w filmach są odpowiedzialni za grzechy, które są ukazywane w odgrywanych przez nich scenach? Zapewne wszyscy lub prawie wszyscy pobożni katolicy zgodziliby się z twierdzeniem, iż materią grzechu jest występowanie w filmach o charakterze jawnie pornograficznym, w których to na planie dochodzi do rzeczywistych aktów seksualnych polegających np. na penetracji genitalnej, oralnej czy analnej. Jednak prawdopodobnie niewielu pobożnych katolików byłoby skłonnych wysuwać podobną konstatację wobec aktorów grających przykładowo:
    a) w filmach w przychylny sposób przedstawiających pewne fałszywe doktryny i/lub niemoralne zachowania, nawet, gdy owe życzliwe prezentowanie tych rzeczy nie musi w sposób konieczny wiązać się z realistycznymi obrazami tych czy innych grzechów. Można np. wyobrazić sobie film pokazujący w sympatycznym świetle grzechy homoseksualne, jednak jednocześnie bez ukazywania scen stosunków seksualnych bądź innego typu czynności seksualnych dokonywanych pomiędzy osobami tej samej płci.
    b) w filmach, które niekoniecznie przedstawiają w życzliwy sposób różne niemoralne zachowania, ale które wymagają od zaangażowanych w nie aktorów rzeczywistego, a nie tylko symulowanego czy pozorowanego, wykonywania pewnych czynności o charakterze erotycznym, nieposuwających się jednak w swym natężeniu do aktów mających charakter stosunku seksualnego. Mam tu ma myśli np. pocałunki polegające na dotykaniu się wzajemnie językami (czyli tzw. francuskie pocałunki), głaskanie przez mężczyznę okolic kobiecych piersi, leżenie osób płci przeciwnej obok siebie w samej bieliźnie przy jednoczesnym dotykaniu się. Jak zaznaczyłem wcześniej, takie sceny mogą pojawiać się również w filmach, które niekoniecznie przedstawiają te czy inne grzechy w sympatyczny dla nich sposób. Mogą one znajdować się również w tych widowiskach, których ostateczna konkluzja zmierza do krytyki albo i nawet potępienia pokazywanych w ten sposób grzechów.

    W niniejszym artykule chciałem spróbować odpowiedzieć na powyższe pytania, mając na względzie to, iż wielu pobożnych oraz konserwatywnych katolików jest skłonnych bronić tego rodzaju zachowań aktorów w filmach, kierując się tym, iż w przemyśle filmowym funkcjonuje relatywnie niemało aktorów nieraz gorliwie przyznających się do wiary katolickiej, którzy jednak na swym koncie mają występy w tego typu filmach i scenach (np. Małgorzata Kożuchowska, Radosław Pazura, Michał „Misiek” Koterski, Maciej Musiał, Mel Gibson, Jim Cavialez). Wspomniani aktorzy są przez wiele środowisk katolickich postrzegani jako osoby mogące uczynić wiele dobra przez to, iż z racji swego zawodu i popularności docierają do milionów ludzi, co prawdopodobnie jest przyczyną tego, że głosy krytyczne w rodzaju poniższego mego artykułu nie chcą być ani wysłuchiwane, ani nawet brane pod uwagę. Rzeczywiste lub hipotetyczne dobro, jakie może stać się udziałem tego typu ludzi, nie może zwalniać nas od powinności krytycznego myślenia i trzeźwej oceny tego, czy aby na pewno wszystkie z podejmowanych przez nich zachowań zawodowych są moralnie dobre czy chociażby „moralnie obojętne”. Stąd też jest mój poniższy artykuł. Wyjaśniam jednocześnie, iż przy jego pisaniu w dużej mierze inspirowałem się tekstem pt. „Sin in the Movies”, który pochodzi z anglojęzycznego tradycjonalistycznie katolickiego bloga o nazwie „Unam Sanctam Catholicam”. Część ze sformułowań ujętych w tym mym artykule może być więc w związku z tym dosłownym lub prawie dosłownym powtórzeniem formuł zawartych w owym tekście, do którego link też podaję.

    ***

    Pierwszym argumentem, który należy usunąć z drogi, jest standardowa wymówka wysuwana w obronie aktorów, twierdząca, że ​​„oni tylko grają” i dlatego aktorzy w filmie nie ponoszą odpowiedzialności za wszystko, co odegrają. Coś takiego nie może być uznane za satysfakcjonującą odpowiedź, wszak doprowadzając jej logikę do ostatecznej konsekwencji, to taką samą wymówkę można by znaleźć dla aktorów w filmach pornograficznych. Oczywiście większość powiedziałby, że istnieje różnica między filmem porno a typami grzesznych zachowań przedstawionych w „zwyczajnych” filmach. To rodzi dobre pytanie – jaka jest różnica między faktycznymi stosunkami seksualnymi pokazanymi w filmie pornograficznym a czynnościami erotycznymi ukazywanymi w filmach, gdzie grają „szanowani”, przyznający się do wiary katolickiej aktorzy? Czy moralnie dozwolone jest, aby robili oni w tej sferze wszystko, co tylko nie będzie faktyczną penetracją seksualną?
    Ale zanim dojdziemy do odpowiedzi, warto wyodrębnić różne sposoby przedstawiania grzechu w filmie.

    ***

    Przede wszystkim mamy grzechy, które można niewinnie symulować, to znaczy grzechy, które można pozorować, ale bez ich faktycznego popełniania. Dzieje się tak, gdy aktor wydaje się robić w filmie coś grzesznego, co w rzeczywistości byłoby grzechem w prawdziwym życiu, ale co ze względu na sytuację, okoliczności, etc., nie jest faktycznie zachowaniem będącym materią grzechu. Przykładem może być napad na bank przedstawiany w filmach. Gdyby ktoś robił to, co jest symulowane w takich filmach w prawdziwym życiu, byłby to poważny grzech; jednak samo odegranie sceny napadu na bank nie jest grzechem. Powody tego są oczywiste: aktor tu bowiem nie okrada nikogo, ale odgrywa scenariusz, ponieważ ludzie, których „okrada„, nie są prawdziwymi pracownikami banku, ale innymi aktorami, którzy „w nim uczestniczą”, ponieważ pieniądze, które kradnie, nie są prawdziwymi pieniędzmi, ale fałszywkami, gdyż „bank” nie jest nawet często faktycznie bankiem, ale innego rodzaju budynkiem. Ponadto, w rzeczywistości naprawdę nic nie zostało skradzione, ponieważ wszystko wraca na swoje miejsce po zakończeniu sesji zdjęciowej. Reasumując tę część naszych rozważań: nie można powiedzieć, że aktor jest winny rzeczywistego napadu na bank. To samo można powiedzieć o scenach, w których ktoś zostaje „zabity” na ekranie – nikt tak naprawdę nie jest zabijany, ani nie ma w tym związku z jego złością lub nienawiścią. Tego rodzaju grzechy zatem jak kradzież, rabunek czy morderstwo można symulować bez faktycznego ich popełniania. Trudno zatem byłoby mówić, iż sam fakt odgrywania przez aktorów scen pokazujących takie nieprawości, czyniłaby ich winnymi rzeczywistego ich popełniania.

    ***

    Sam jednak fakt, iż można z powodzeniem przedstawiać na ekranie niektóre grzechy bez ich realnego popełniania, nie oznacza jeszcze, że moralnie dozwolone jest aktorowi granie w jakichkolwiek filmach to w taki sposób pokazujących. Jeśli bowiem dane widowisko co prawda nie wymaga od aktora rzeczywistego popełnienia aktu kradzieży, ale jednocześnie np. kontekst całego filmu wskazuje na uniewinnianie czy pochwalanie takiego występku, to nie należy brać udziału w takiej produkcji jako aktor. Wchodzi tu bowiem w grę zasada absolutnego unikania tzw. formalnej współpracy ze złem. Po prostu nigdy i nigdzie, choćby i dla zapobieżenia większemu złu czy osiągnięcia większego dobra nie mamy moralnego prawa bezpośrednio uczestniczyć np. w pochwalaniu czy zachęcaniu do tej, czy innej nieprawości. Przykładowo zatem, jeśli dany aktor ma propozycję zagrania roli abortera w filmie, którego treść i fabuła wskazywałyby na usprawiedliwianie procederu zabijania nienarodzonych dzieci choćby i tylko w wyjątkowych okolicznościach, to powinien on bezwzględnie odmówić przyjęcia takiej roli. I głupio taki aktor tłumaczyłby się – gdyby zaakceptował ową propozycję – że przecież na ekranie nie dokona żadnej aborcji, a poza tym trzeba odróżnić prawdziwe życie, w którym jest on przeciwnikiem tej zbrodni od filmów, w których bierze udział w ramach swej zawodowej pracy.

    ***

    Oprócz grzechów, które można niewinnie symulować, mamy inny rodzaj zachowań aktorskich: grzechy, których zasadniczo rzecz biorąc nie można symulować bez ich rzeczywistego popełnienia. Są to grzechy, które albo popełniasz, albo nie, i jeśli próbujesz je zagrać, w rzeczywistości popełniasz je. Jedynym sposobem, aby ich nie popełnić, jest nieodgrywanie ich.
    Najbardziej oczywistym tego przykładem są niektóre z przedstawień seksualnych. Nie piszę tutaj o aktach pornograficznych, o których wszyscy wiemy, że są złe, ale o innych erotycznych działaniach – na przykład leżenie razem i dotykanie się będąc odzianymi tylko w bieliznę, symulowanie aktów seksualnych, całowanie się polegające na wzajemnym dotykaniu językami, obmacywanie przez mężczyznę kobiecych piersi, itp. Aktor nie może dajmy na to „udawać”, że dokonał z aktorką tzw. francuskiego pocałunku, nie robiąc tego. Gdyby pocałował on ją w policzek lub symulował „francuski pocałunek” przybliżając jedynie swą twarz do jej twarzy, a resztę zasugerowałaby odpowiednia praca kamery, to byłoby to moralnie dozwolone. Ale jeśli rzeczywiście namiętnie się całują, to faktycznie robią to, co jednocześnie jest ich aktorską grą.

    ***

    Ktoś może jednak do powyższej uwagi wnieść obiekcję polegającą na tym, iż nie wszyscy aktorzy i nie wszystkie aktorki muszą odczuwać podniecenie seksualne nawet wówczas, gdy rzeczywiście dotykają się językami, obmacują swe rejony erogenne czy też leżą obok siebie w samej bieliźnie. Innymi słowy, niektórzy z aktorów i aktorek mogą być tak przyzwyczajeni do praktykowania podobnych form bliskości cielesnej, które dla większości ludzi prawdopodobnie oznaczałyby podniecenie genitalne.
    Co można odpowiedzieć na ten argument? Cóż, niektóre osoby wykonujące zawód prostytutki także mogą być na tyle przyzwyczajone lub w pewien sposób „zobojętniałe”, iż wykonywanie przez nie tych czy innych czynności seksualnych nie będzie dla nich osobiście wiązało się z odczuwaniem genitalnego podniecenia. Czy w takim wypadku powiemy zatem, iż męskie lub żeńskie prostytutki nie czynią czegoś obiektywnie występnego, gdyż nie odczuwają wówczas seksualnego podniecenia? Oczywiście, że nie, a to choćby dlatego, że jakby nie patrzeć specyfika dokonywanych przez te osoby czynności jest ukierunkowana na wzbudzanie w drugiej stronie seksualnego napięcia. Podobnie, nawet jeśli dajmy na to aktor nie odczuwa przy danych czynnościach erotycznych seksualnego napięcia to skąd ma on mieć pewność, że aktorka z którą to czyni, takiego podniecenia też nie przeżywa podczas odgrywania takiej sceny? Przeciwnie, jeśli już, to w najlepszym wypadku powinien on być co do tego bardzo niepewny.
    A nawet, gdyby przyjąć – wedle mnie – bardzo nierealistyczny scenariusz, wedle którego para aktorów nie odczuwałaby żadnego, ale to żadnego napięcia seksualnego w czasie kręcenia sceny przedstawiającej np. francuski pocałunek, to pozostałyby do rozważenia jeszcze dwa pytania: a) jak tego typu sceny wpływają na moralność zwłaszcza młodych widzów?; b) czy można założyć, że do niczego złego nie dojdzie po kręceniu takich scen?
    Jeśli na pytanie zawarte w punkcie „a” odpowiemy sobie, iż jest bardzo prawdopodobne, iż sceny realistycznie pokazujące francuskie pocałunki bądź obmacywanie przyczyniają do obniżania moralności zwłaszcza młodych widzów to mamy wtedy do czynienia z ich deprawowaniem, a to wszak na pewno nie jest dobrze.
    Jeśli zaś na pytanie zawarte w punkcie „b” odpowiemy, że jest prawdopodobne, iż nawet jeśli w momencie kręcenia danej sceny nie było się podnieconym seksualnie, to jednak np. wspomnienie jej nakręcania często doprowadzało do popełniania rzeczy nieczystych w późniejszym czasie, to mamy wówczas do czynienia z czymś, co w tradycyjnej teologii moralnej nazywa się bliską okazją do grzechu. A to też nie jest właściwa sytuacja.

    ***

    Warto wreszcie zastanowić się, co np. normalny mąż powiedziałby do swej żony, gdyby nakrył ją z innym mężczyzną w sytuacji typowej dla aktorów i aktorek wykonujących na planie filmowym różne czynności seksualne, oprócz samej tylko penetracji? Czy więc gniew tego męża ustąpiłby po tłumaczeniach żony o tym, że przecież zarabia ona w ten sposób pieniądze? Gdyby dał się w ten sposób przekonać do jej moralności, to słusznie uznalibyśmy go za degenerata gotowego kupczyć ciałem swej małżonki. Jest zatem strasznym zaślepieniem sytuacja, w której mężowie akceptują występowanie swych żon w tzw. scenach łóżkowych pod pretekstem, że przecież „taki mają zawód„.

    ***

    Wszystko powyższe jest ważnym argumentem na rzecz tezy, iż nieroztropna była z jednej strony rezygnacja z tradycyjnie chrześcijańskiego sceptycyzmu względem aktorskiego rzemiosła, z drugiej zaś strony niejednokrotnie ochocze i bezkrytyczne otwarcie się środowisk katolickich na „świadectwa wiary” ze strony znanych aktorów i aktorek. Nie popadając bowiem w przesadę, którą byłoby absolutne potępianie zawodu aktora, trzeba realistycznie zdawać sobie sprawę z poważnych i często występujących niebezpieczeństw związanych z tym zajęciem. Ochocze zaś wynajdywanie w środowisku aktorskim osób deklarujących swe przywiązanie do wiary katolickiej, by później je promować oraz nagłaśniać, poskutkowało tym, iż tym bardziej nie chciano brać pod uwagę tradycyjnie chrześcijańskiej ostrożności i przestróg w tym względzie. Jeszcze bowiem okazałoby się, iż wszystkie albo przynajmniej prawie wszystkie z przypadków aktorów i aktorek w ten sposób nagłaśnianych trzeba by poddać jednak bardziej krytycznej ocenie i refleksji. Stąd więc najprawdopodobniej nieliczne krytyczne głosy na ten temat ignoruje się lub próbuje przykryć powiedzonkami w rodzaju: „To jest ich zawód„; „Trzeba odróżnić aktorską grę od prawdziwego życia„, które jednak przy bliższej ich konfrontacji z zasadami moralności chrześcijańskiej okazują się być niezwykle słabymi i powierzchownymi.


    Mirosław Salwowski