Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: męczeństwo

  1. Czy dokonanie apostazji w obawie przed śmiercią może skutkować zaciągnięciem winy grzechu śmiertelnego?

    Możliwość komentowania Czy dokonanie apostazji w obawie przed śmiercią może skutkować zaciągnięciem winy grzechu śmiertelnego? została wyłączona

    Spotkałem się ostatnio z poglądem sugerującym, iż należy z samej zasady założyć, że chrześcijanie, którzy z obawy przed śmiercią i/lub torturami dopuścili się apostazji oraz/lub bałwochwalstwa na pewno nie ściągnęli w ten sposób na swe sumienia winy grzechu śmiertelnego. Zwolennicy tej opinii próbują ją poprzeć wskazując na nauczanie katolickie, wedle którego do zaistnienia winy grzechu ciężkiego oprócz poważnej materii danego zachowania (a taką jest np. apostazja i bałwochwalstwo) potrzebna jest jeszcze pełna świadomość jego zła, a także – co najważniejsze w tym kontekście – jego całkowita dobrowolność. Chrześcijanie, których nakłaniano do popełnienia apostazji bądź bałwochwalstwa za pomocą tortur i gróźb śmierci, w przypadkach ulegania takiej presji, nie czynili tego zatem w dobrowolny lub przynajmniej w pełni dobrowolny sposób, a zatem z pewnością nie należy podejrzewać, iż którykolwiek z takowych chrześcijan zaciągnął na swe sumienie winę grzechu ciężkiego. Innymi słowy: to prawda, iż materia tych grzechów jest ciężka, a nawet, że są one zawsze niedozwolone; jednakże wspomniany wyżej rodzaj ekstremalnych okoliczności w niejako samoistny sposób sprawia, że do zaistnienia ciężkiej winy brakuje im pełnej dobrowolności.

    W niniejszym artykule zamierzam wykazać błędność powyżej nakreślonej opinii, jednocześnie wskazując, iż obawa przed śmiercią i/lub torturami może, lecz nie musi ograniczać dobrowolność podejmowanych przez nas decyzji. Innymi słowy, nie jest tak, że w każdym przypadku wymuszanej w powyższy sposób apostazji i/lub bałwochwalstwa należy w niejako automatyczny sposób zakładać, iż nie doszło wówczas do zaciągnięcia na swe sumienie winy grzechu ciężkiego. Jeśli już to, rozsądniej jest domniemywać, iż czasami rzeczywiście takowa wina zaistniała, a czasami nie zaistniała (w zależności od innych czynników).

    ***

    Zacznijmy od tego, iż sam nasz Pan i Zbawca Jezus Chrystus przynajmniej sugeruje, że mogą zachodzić sytuacje, w których zaparcie się – Go, nawet jeśli uczynione w ekstremalnych okolicznościach – może wiązać się z realną groźbą wiecznego potępienia (czyli innymi słowy: zaciągnięciem winy grzechu śmiertelnego). Pan Jezus mówił wszak następujące słowa:

    Miejcie się na baczności przed ludźmi! Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować.  Nawet przed namiestników i królów będą was wodzić z mego powodu, na świadectwo im i poganom. Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić,  gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was.  Brat wyda brata na śmierć i ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przyprawią. Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. Gdy was prześladować będą w tym mieście, uciekajcie do innego. Zaprawdę, powiadam wam: Nie zdążycie obejść miast Izraela, nim przyjdzie Syn Człowieczy.

    Uczeń nie przewyższa nauczyciela ani sługa swego pana. Wystarczy, jeśli uczeń będzie jak jego nauczyciel, a sługa jak pan jego. Jeśli pana domu przezwali Belzebubem, o ileż bardziej jego domowników tak nazwą. Więc się ich nie bójcie! Nie ma bowiem nic zakrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć. Co mówię wam w ciemności, powtarzajcie na świetle, a co słyszycie na ucho, rozgłaszajcie na dachach! Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle.  Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież żaden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię.  U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli.
    Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie.  Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie.
    (Mateusz 10, 17-33).

    Nasz Pan i Zbawca Jezus Chrystus mówił więc wyraźnie w kontekście zapowiadanych przez Siebie krwawych prześladowań wymierzonych w Jego uczniów i naśladowców, iż „ten kto wytrwa do końca będzie zbawiony” (Mt 10: 21 – 22); i że nie należy bać się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą, ale należy bać się Tego, który ciało i duszę może wtrącić do piekła (Mt 10: 28), a także że tego, kto wyprze się przed ludźmi Jego imienia, tego On wyprze się przed Ojcem w dniu Sądu (Mateusz 10: 32 -33). A zatem z tych słów wynika, iż możemy być wieczni potępieni, nawet jeśli wyrzekniemy się wiary w Jezusa w wyniku krwawych prześladowań. Gdyby więc w sposób automatyczny obawa ciężkich cierpień miała zwalniać od winy grzechu śmiertelnego, powyższe nauczanie Chrystusa nie miałoby żadnego sensu.

    Także w opisach śmierci męczenników nie jest zbyt trudno odnaleźć wiarę w to, iż dopuszczenie się pod wpływem groźby tortur i/lub śmierci apostazji oraz/lub czczenia bożków mogłoby skutkować wiecznym potępieniem (czyli winą grzechu ciężkiego). W żywocie św. Juliana i jego towarzyszy czytamy wszak, iż tenże chrześcijański męczennik skłaniany groźbami śmierci do bałwochwalstwa odrzekł:

    My raczej jesteśmy gotowi przyjąć śmierć doczesną, abyśmy żyli na wieki, niż żyć w tym świecie, aby być oddanymi na wieczne męki. (Cytat za: „Zawsze Wierni. Prawdzie Katolickiej – Prawdzie jedynej”, nr 35/2000, „Skarbiec Pisma świętego: Piekło”).

    Również stałe nauczanie Kościoła nie wydaje się potwierdzać tezy o automatycznym zwalnianiu chrześcijan dopuszczających się wymienianych wyżej nieprawości z winy grzechu ciężkiego, jeśli tylko takowych dopuszczali się oni w ekstremalnych okolicznościach.

    Przykładowo, św. Tomasz z Akwinu pisze:

    Jeśli ktoś przez bojaźń, unikając niebezpieczeństwa śmierci lub jakiegobądź innego doczesnego zła, tak usposobiony jest, że dopuści się czegoś zakazanego lub zaniedba czegoś co prawem Boskim nakazane, taka bojaźń jest grzechem śmiertelnym” (patrz: Suma part. 2.2, quest 125 art.).

    Papież Pius XII w swym przemówieniu z dnia 18 kwietnia 1952 roku poświęconym błędom etyki sytuacyjnej mówił zaś:

    Fundamentalne obowiązki prawa moralnego opierają się na istocie i naturze człowieka, na jego podstawowych relacjach I dlatego obowiązują w przypadku każdego człowieka. Fundamentalne obowiązki prawa chrześcijańskiego w stopniu, w którym są one nadrzędne wobec prawa naturalnego, opierają się na istocie nadprzyrodzonego porządku ustanowionego przez Boskiego Zbawiciela. Z zasadniczych relacji między człowiekiem a Bogiem, człowiekiem a człowiekiem, mężem a żoną, rodzicami a dziećmi z zasadniczej wspólnoty relacji typowych dla rodziny, w Kościele i w Państwie wynika między innymi, że nienawiść do Boga, bluźnierstwo, bałwochwalstwo, porzucanie prawdziwej wiary, wyparcie się wiary, krzywoprzysięstwo, morderstwo, dawanie fałszywego świadectwa, oszczerstwo, cudzołóstwo i nierząd, przemoc małżeńska, samogwałt, kradzież i rabunek, odbieranie rzeczy niezbędnych do przeżycia, pozbawianie pracowników ich sprawiedliwej zapłaty (Jk 5,4), monopolizacja podstawowego pożywienia, niesprawiedliwe podwyżki cen, nieuczciwe bankructwo, niesprawiedliwe manewry spekulacyjne – wszystko to jest surowo zabronione przez Boskiego Prawodawcę. Nie są tu konieczne żadne badania. Niezależnie od sytuacji danej osoby, nie ma ona żadnego innego wyboru, jak tylko zachować posłuszeństwo (…) Chrześcijanin nie może być nieświadomy faktu, że musi poświęcić wszystko, nawet własne życie, aby ocalić swoją duszę. Przypominają nam o tym wszyscy męczennicy. Męczenników jest bardzo wielu, również w naszych czasach. Matki Machabeuszy wraz ze swoimi synami święte Perpetua i Felicyta, wraz z ich nowo narodzonymi dziećmi; Maria Goretti i tysiące innych mężczyzn i kobiet, których czci Kościół – czy w obliczu sytuacji, w której się znaleźli, bezsensownie lub wręcz błędnie zaryzykowali krwawą śmierć? Nie, z pewnością nie, a w swojej krwi są oni najbardziej ewidentnymi świadkami prawdy przeciwko nowej moralności”.

    Zauważmy, że Pius XII nie stwierdza powyżej tylko, iż pewne zachowania są zawsze niedozwolone. Papież ten uczy też w kontekście postawy męczenników, że powinniśmy być świadomi, iż musimy „poświęcić wszystko, nawet własne życie, aby ocalić swoją duszę”. A zatem sugeruje, iż groźba wiecznego potępienia jest, albo przynajmniej może być realna nawet w sytuacji, gdy jakiegoś zakazanego przez Boga czynu dopuścimy się z obawy przed śmiercią.

    Z kolei papież Jan Paweł II w encyklice „Veritatis splendor” nauczał:


    Kościół ukazuje wiernym przykłady licznych świętych (…), którzy głosili i bronili prawdę moralną aż do męczeństwa, albo woleli umrzeć, niż popełnić choćby jeden grzech śmiertelny. Wyniósł ich do chwały ołtarzy , to znaczy kanonizował ich świadectwo i publicznie uznał za słuszne ich przekonanie, że miłość Boga każe bezwarunkowo przestrzegać Jego przykazań nawet w najtrudniejszych okolicznościach i nie pozwala ich łamać nawet dla ratowania własnego życia (…). W męczeństwie, jako potwierdzeniu nienaruszalności porządku moralnego, jaśnieje świętość prawa Bożego, a zarazem nietykalność osobowej godności człowieka, stworzonego na obraz i podobieństwo Boga. Godności tej nie wolno nigdy zbrukać ani działać wbrew niej, nawet w dobrej intencji i niezależnie od trudności. (…) Męczeństwo odrzuca jako złudne i fałszywe wszelkie ludzkie tłumaczenia, jakimi usiłowałoby się usprawiedliwić – nawet w wyjątkowych okolicznościach – akty moralnie złe ze swej istoty” („Veritatis splendor”, n. 91).

    I tym razem warto zauważyć, że Jan Paweł II nauczał o świętych męczennikach, iż „woleli umrzeć niż popełnić choćby jeden grzech śmiertelny”. Gdyby rację mieli ci, którzy zakładają w ekstremalnych okolicznościach automatyczne zwolnienie z winy grzechu ciężkiego, to papież ten powinien napisać raczej, że męczennicy „woleli umrzeć niż popełnić choćby jeden grzech powszedni”.

    ***
    Wszystko powyższe nie musi jednak oznaczać tego, iż chrześcijanie, którzy w ekstremalnych okolicznościach wyrzekali się wiary w Jezusa i/lub czcili bożki, zawsze ściągali na swe sumienie winę grzechu ciężkiego. Strach przed wielkim cierpieniem może bowiem, ale nie musi obniżać stopień dobrowolności naszych czynów. Błąd omawianej przeze mnie opinii polega jednak nie na twierdzeniu, że taki strach może łagodzić winę sprawcy – z czymś się całkowicie zgadzam. Ten błąd zasadza się na twierdzeniu, a przynajmniej sugestii, iż ów strach zawsze i niejako z samej zasady taką winę łagodzi. Zwolennicy takiego poglądu nie mogą się w tej kwestii powoływać na punkt 1754 Katechizmu Jana Pawła II, gdyż w tym ustępie naucza się, że takie okoliczności jak działanie ze strachu przed śmierci „mogą” zmniejszyć odpowiedzialność sprawcy. Mogą więc, co nie znaczy, że muszą. I to jest kwestia bardziej indywidualna. U jednego człowieka ciężki strach rzeczywiście może ograniczać dobrowolność jego działań, a u innego nie musi. Czym innym wszak jest np. strach przed wielkim cierpieniem u 12-letniej dziewczynki wychowanej w patologicznym domu i środowisku, a jeszcze coś innego stanowi obawa przed śmiercią i torturami występująca u 80-letniego starca, który w swym życiu wiele razy w sposób namacalny doświadczył Bożego działania i opieki, a być może nawet widział na własne oczy rzeczy, które można by nazwać cudami.

    ***

    Zamiast więc mówić, że wszyscy ludzie dokonujący takich grzechów z pewnością nie zaciągają na swe sumienia ciężką winę, rozsądniej jest twierdzić, iż to zależy od indywidualnych uwarunkowań danego człowieka, a zatem, praktycznie rzecz biorąc, prawdopodobnie część grzeszących w ten sposób osób popełniła grzech ciężki w pełnym tego słowa znaczeniu, a jeszcze inni, choć dopuścili się czynu będącego w swej materii ciężką nieprawością, na swe sumienia ściągnęli jedynie lekką winę. My ludzie nie mamy jednak doskonałego wglądu w sumienia innych osób, by móc w bezbłędny sposób ocenić, czy i w jakim stopniu poziom świadomości oraz dobrowolności danego człowieka był na tyle ograniczony, aby powiedzieć, czy w danym przypadku zaistniała wina grzechu ciężkiego czy powszedniego. Możemy owszem, pewne rzeczy tu podejrzewać i uważać za mniej lub bardziej prawdopodobne, a nawet dla dobra ogółu na płaszczyźnie zewnętrznej przyjmować domniemanie zaistnienia u kogoś ciężkiej winy (stąd np. zakaz dopuszczania do Komunii świętej pewnych kategorii osób), ale absolutnej pewności jako ludzie w tej sprawie nie możemy mieć.

    Nasza ludzka niemożność wydawania absolutnych sądów co do zaistnienia w przypadku danego człowieka winy grzechu ciężkiego bądź powszedniego nie powinna jednak nas skłaniać do pozytywnego nauczania czy też ogólnego domniemania, iż z pewnością albo przynajmniej dużym prawdopodobieństwem popełnianie ze strachu przed śmiercią lub innym wielkim cierpieniem tych czy innych obiektywnie ciężkich nieprawości będzie skutkowało tylko lekką winą. Tak jak już bowiem to zostało wyżej nadmienione, ta rzeczywistość jest przed nami zakryta i trudno jest tu wyrokować w jedną czy drugą stronę. Może tak być, że np. 99 procent z ludzi dopuszczających się takich czynów w ekstremalnych okolicznościach nie zaciągało przed Bogiem ciężkiej winy z ich powodu, ale wszak może być też zupełnie inaczej, a więc, że dajmy na to, 50 procent z nich takową ciężką winę na swe sumienie z ich powodu brało. My, jako ludzie nie mamy odpowiednich zdolności by to ocenić, a więc powinniśmy bardziej skupiać się na obiektywnej stronie tego problemu, czyli, iż pewne zachowania są zawsze niedozwolone, nigdy nie podobają się one Bogu i że wiąże się z nimi ryzyko wiecznego potępienia. Warto zresztą dodać, iż, praktycznie rzecz biorąc, pozytywne nauczanie bądź zakładanie ogólnego domniemania o braku ciężkiej winy we wspomnianych wyżej okolicznościach może w łatwy sposób zniechęcać chrześcijan do naśladowania przykładu świętych męczenników, a tym na pewno nie powinno nam zależeć.

    ***

    Podsumowując główne punkty problematyki ujętej w tym artykule:

    1. Apostazja i/lub bałwochwalstwo – również ta pod przymusem – są wewnętrznie złe.
    2. W związku z tym, że są one wewnętrznie złe, są też zawsze zakazane.
    3. Materia apostazji i/lub bałwochwalstwa jest ciężka i poważna.
    4. Dokonanie apostazji i/lub bałwochwalstwa pod przymusem stwarza obiektywnie rzecz biorąc ryzyko wiecznego potępienia, ale, jako że my ludzie nie mamy doskonałego wglądu w takie rzeczy jak poziom świadomości czy wewnętrznej swobody danego człowieka, to nie możemy z większą dozą pewności stwierdzić, iż dany człowiek, który umarł bez żadnych zewnętrznych oznak skruchy za popełnienie takowych nieprawości, umarł tym samym w stanie zaciągniętego na swe sumienie grzechu ciężkiego.
    5. Niepewność wynikająca z punktu nr 4 nie powinna nikogo skłaniać do nauczania, iż apostazja i/lub bałwochwalstwo są w pewnych okolicznościach dozwolone, albo też że z samej zasady można domniemywać, iż ogół osób je dokonując nie zaciąga na swe sumienie grzechu ciężkiego.

    Mirosław Salwowski

  2. Czy przyjęcie męczeńskiej śmierci jest samobójstwem?

    Leave a Comment

    Istnieją osoby, które twierdzą, iż poniesienie męczeńskiej śmierci w obronie wiary lub pewnych zasad moralnych jest inną formą samobójstwa. Czy nie jest to prowokowanie kogoś, by zadał nam śmiertelny cios, a więc tak naprawdę zabicie siebie, tyle, że rękoma kogoś innego? Oczywiście, ów styl myślenia o męczeństwie, jako faktycznym samobójstwie nie odpowiada prawdzie i nie wytrzymuje próby logicznego myślenia. Czym innym jest bowiem zadać sobie samemu śmierć bądź aktywnie zachęcać lub prowokować kogoś, by nam śmiertelny cios zadał, a czym innym dać się zabić w sytuacji, gdy jedynym wyborem, jaki przed nami staje jest śmierć lub grzech. W takiej sytuacji nie dążymy bowiem do śmierci jako takiej, nie zachęcamy w sposób aktywny i aprobatywny innych do zabicia nas, ale przyjmujemy fakt, iż są wartości cenniejsze od ziemskiego życia. Tę różnicę pomiędzy zadaniem sobie samemu śmierci, a biernym jej przyjęciem z czyjejś ręki dobrze ujął doktor Kościoła, św. Augustyn z Hippony:

    Słyszałem, jakobyś miał mówić, że Apostoł Paweł utrzymywał, że wolno jest odebrać sobie życie, kiedy powiedział: „Gdybym (…) ciało swe wydał na spalenie” (1 Kor 13, 3), gdyż wyliczając wszystkie te dobrodziejstwa, które nic nie znaczą bez miłości, takie jak znajomość języków ludzi i aniołów, i wszystkich tajemnic, i całej wiedzy, i wszystkich proroctw, i rozdawanie swej posiadłości ubogim, dodał pośród tych dobrych czynów akt sprowadzenia na siebie śmierci. Przypatrz się jednak uważnie i dowiedz, w jakim sensie Pismo głosi, że człowiek może wystawić swe ciało na spalenie. Z pewnością nie w takim, że każdy człowiek może rzucić się w ogień, kiedy jest napastowany przez następujacego nań nieprzyjaciela, ale że kiedy zmuszony jest wybrać pomiędzy złym czynem a cierpieniem, powinien raczej odmówić czynienia zła, wydając swe ciało katu, jak to uczynili owi trzej mężowie, których zmuszano do oddawania czci złotemu posągowi, grożąc wrzuceniem ich do pieca ognistego. Odmówili oni oddania czci bożkowi, nie rzucili się jednak sami w ogień, a jednak napisano o nich, że „oddali swe ciała, aby nie musieli oddawać czci jakimś bożkom, ale tylko swemu Bogu (Dn 3, 95 – przyp. moje MS). To jest sens, w jakim Apostoł pisał: „Gdybym (…) ciało swe wydał na spalenie” (List do Donatusa CLXXIII).

    Także, znany polski kaznodzieja ks. Piotr Skarga rozróżniał pomiędzy chwalebnym przyjęciem śmierci z cudzej ręki po to, by nie popełnić występnego czynu, a grzesznym  zadaniem sobie samemu śmierci:

    O czystość zdrowie położyć, a drugiemu dać się zabić, rzecz jest święta, i dziesięciokroć umrzeć, aby raz P. Bóg rozgniewany nie był. Ale samego siebie zabijać nikt nie ma, bo to jest mężobójstwo (Cytat za: Ks. Piotr Skarga, „Żywoty Świętych Starego i Nowego Zakonu. Na każdy dzień przez cały rok. Wybrane z poważnych pisarzów i doktorów kościelnych”, tom II, Petersburg 1862, s. 591).

     

    Istnieje zatem fundamentalna różnica pomiędzy biblijnym i tradycyjnie chrześcijańskim pojmowaniem męczeństwa, a popieraniem samobójstwa. Męczeństwo to pogodzenie się z faktem, iż są wartości, dla których warto dać się nawet zabić. Męczennik nie powinien jednak niepotrzebnie wystawiać się na śmierć z rąk innych, czy też aktywnie zachęcać swych oprawców, by go uśmiercili. Gdyby np. jakiś niedoszły morderca zrezygnował, czy wahał się co do tego, czy ma zabić swą ofiarę, to męczennik nie powinien dopingować go słowami w stylu: „Ja chcę iść do nieba, proszę nie rezygnuj ze swego wcześniejszego zamiaru i jednak mnie zabij„. Nie można jednak próbować ratować swego życia za cenę grzechu i należy pokornie przyjąć śmierć z czyjejś ręki, gdy nie ma innego wyboru nić „Umrzeć albo zgrzeszyć„. Samobójstwo jest zaś albo zabiciem samego siebie za pomocą własnych rąk albo przynajmniej aktywnym zachęcaniem kogoś innego, by nam to uczynił.

  3. Św. Tomasz More o nierozsądnym lęku przed śmiercią

    Leave a Comment

    Ktokolwiek do tego stopnia stara się zachować swoje życie, że uraża tym Boga, prędko przekona się, ku swemu niemałemu zmartwieniu, że jego życie całkiem mu zbrzydło. Gdyż jeśli zachowasz życie, to nazajutrz tak je śmiertelnie znienawidzisz, że w głębi serca będziesz żałował, iż nie straciłeś go poprzedniego dnia. Będziesz bowiem niezmiennie pamiętał, że ba pewno umrzesz, ale zupełnie nie wiesz jak ani kiedy. I słuszny masz powód do obaw, że następstwem tej zwłoki mogą być wieczne męki piekła, gdyż ludzie będą boleśnie tęsknić za śmiercią, a śmierć będzie od nich uciekać. Podczas, gdy znosząc tę śmierć, przed którą tak się wzdragasz, bez wątpienia dostąpiłbyś wiecznie trwających radości nieba.

    Jakim szaleństwem jest więc z twojej strony unikać śmierci doczesnej i w ten sposób znaleźć się w niebezpieczeństwie ściągnięcia na siebie śmierci wiecznej, a i tak nie uniknąć śmierci doczesnej, lecz być może jedynie opóźnić ją nieco!

    Bo nawet w wypadku, gdy możesz na pewien czas odsunąć niebezpieczeństwo śmierci, czy jesteś przez to pewien, że albo twoje życie na tej ziemi będzie trwało wiecznie, albo że kiedyś umrzesz nie czując bólu? Bynajmniej, raczej może ci się przypadkiem przytrafić to, co przydarzyło się bogaczowi, który był pewien, że będzie żył wiele lat, a któremu Chrystus powiedział: „Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie” (Łk 12, 20). Natomiast możesz być całkiem pewien, że kiedyś umrzesz, jak i że nie zdołasz żyć długo na tym świecie, bo życie człowiecze przemija bardzo prędko.

    Na koniec, nie masz co do tego, jak przypuszczam, najmniejszych wątpliwości, że w czasie gdy będziesz  leżał śmiertelnie chory i zaczniesz odczuwać okrutne bóle tak nieubłaganie zbliżającej się śmierci, wtedy mając na względzie zbawienie twojej duszy, będziesz gorzko żałował, że nie umarłeś wcześniej śmiercią gwałtowną i bolesną. A więc nie masz powodu tak srodze obawiać się tego, czego i tak, już sam wiesz, wkrótce będziesz życzył sobie, byś miał już za sobą.

    Ktokolwiek cierpi jakieś udręki lub znosi jakieś udręki lub znosi przeciwności zgodnie z wolą Boga, musi całkowicie powierzyć swą duszę w ręce Boga, swego wiecznego i godnego zaufania Stwórcy. „Umiłowani! Nie traćcie ducha„, mówi św. Piotr. „Temu żarowi, który pośrodku was trwa dla waszego doświadczenia, nie dziwcie się się, jakby was spotkało coś niezwykłego, ale cieszcie się, im bardziej jesteście uczestnikami cierpień Chrystusowych, abyście się cieszyli i radowali przy objawieniu się Jego chwały” (1 P 4, 12 – 13).

    Jakim wstydem byłoby więc dla chrześcijanina być skłonnym stracić raczej życie wieczne i wieczną szczęśliwość, niż umrzeć prędką choć wcześniejszą śmiercią, co do której i tak jest pewien, że musi ją wkrótce ponieść; i jeśli na czas nie będzie żałował, wprost ze śmierci doczesnej pogrąży się w śmierci wiecznej, a ta jest tak straszna i okrutna, że znacznie przewyższa wszystkie inne rodzaje śmierci !

     

    Tomasz More, „Pisma więzienne poprzedzone żywotem Tomasza More napisanym przez Williama Ropera”, Poznań 1985, s. 134 – 135. 

  4. Czy jesteśmy zobowiązani do heroizmu?

    Leave a Comment

    Truizmem jest stwierdzić, iż historia chrześcijaństwa pełna jest przykładów heroizmu. Mamy w niej wszak tysiące, jeśli nie miliony świadectw ludzi, którzy woleli umrzeć (nieraz w strasznych męczarniach) niż posypać kadzidło przed posągiem Cezara, pokłonić się bałwanowi, wypowiedzieć bluźnierstwo, kłamać, cudzołożyć, bądź zabijać niewinnych. Mimo to, nieraz w kontekście przykładów takiego bohaterstwa pojawia się sugestia, iż co prawda, poświęcenie tych ludzi było godne najwyższego podziwu i szacunku, to jednak nie można powiedzieć, by byli oni do tego zobowiązani. Ów podziw i zachwyt, jaki w naturalny sposób żywimy względem „heroizmu”, jest więc temperowany przez popularne powiedzenie mówiące, iż: „Nikt nie jest zobowiązany do heroizmu”. Pozornie rzecz biorąc takie postawienie sprawy wydaje się  całkowicie poprawne. Czy można bowiem zobowiązywać kogokolwiek do czynów „nadludzkich” (gdyż z tym kojarzy się właśnie „heroizm”); poświęcenia swego życia, męczeństwa, poddania się wielkiemu cierpieniu? Wydaje się zatem, iż chociaż postawa heroiczna godna jest podziwu i docenienia, to jednak nie powinna być ona nigdy przedstawiana w kategoriach chrześcijańskiego obowiązku. Ten sposób rozumowania – choć jawi się jako rozsądny – jest prawdziwy co najwyżej tylko w jednym aspekcie.

    Lepiej umrzeć niż zgrzeszyć

    Istnieje co najmniej kilka wypowiedzi Pisma świętego i Magisterium Kościoła, które w mniej lub bardziej otwarty sposób mówią nam, iż heroizm może być naszą moralną powinnością. Jednym z kościelnych dokumentów, w którym takich stwierdzeń jest najwięcej, stanowi encyklika „Veritatis splendor”  Jana Pawła II. W akcie tym, Jan Paweł II co najmniej kilkukrotnie z mocą naucza, iż istnieją czyny, których zakaz obowiązuje „wszystkich i każdego, zawsze i w każdej okoliczności” ; „zawsze i w każdej sytuacji”; „bez wyjątku” (tamże: n. 52). Nauczanie Kościoła stwierdza też istnienie zachowań, które„nigdy i w żadnej okoliczności nie mogą uchodzić za działania właściwe” („Veritatis splendor”, n. 52), których wyboru „nigdy nie można usprawiedliwić” (tamże, n. 81), które „niezależnie od okoliczności i intencji, są zawsze i bezwzględnie niedozwolone ze względu na ich przedmiot” (Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 1756).

    Nawet, gdyby doktryna katolicka nie mówiła niczego więcej na ów temat, to już powyżej zacytowane słowa, wystarczyłyby do obalenia tezy mówiącej, jakoby nikt i nigdy nie był zobowiązany do heroizmu. Wszyscy bowiem wiemy, iż w życiu zdarzają się ekstremalne okoliczności i sytuacje, w których odmowa popełnienia danego zła będzie równoznaczna z bohaterstwem. Jeśli zaś, wedle nauczania Magisterium, pewnych złych czynów, nie mamy prawa popełniać nigdy i nigdzie, w jakichkolwiek okolicznościach, gdyż jesteśmy zobowiązani do ich unikania w każdej, bez wyjątku sytuacji, to de facto, oznacza to, iż naszym obowiązkiem może być wykazywanie postawy heroicznej. Co więcej, doktryna katolicka, w pewnych miejscach wprost stwierdza, że bohaterstwo może być moralną powinnością. Jan Paweł II tak o tym uczył:

    „.Już w Starym Przymierzu spotykamy się z godnymi podziwu świadectwami wierności wobec świętego prawa Bożego, aż do dobrowolnego przyjęcia śmierci. Ich symbolem może być historia Zuzanny: dwaj niesprawiedliwi sędziowie, którzy grożą jej śmiercią ponieważ nie chce ulec ich nieczystym żądzom słyszą odpowiedź: << jestem w trudnym ze wszystkich położeniu. Jeżeli to uczynię, nie ujdę waszych rąk. Wolę jednak niewinna wpaść w wasze ręce , niż zgrzeszyć wobec Pana>> (Dn 13, 22-23). Zuzanna, która wolała <<niewinna wpaść>> w ręce sędziów, daje świadectwo nie tylko wiary i zaufania do Boga, ale także posłuszeństwa wobec prawdy i absolutnych wymogów porządku moralnego: swoją gotowością przyjęcia męczeństwa głosi, że nie należy czynić tego, co prawo Boże uznaje za złe, aby uzyskać w ten sposób jakieś dobro. Wybiera dla siebie lepszą cząstkę: przejrzyste, bezkompromisowe świadectwo prawdzie dotyczącej dobra oraz świadectwo Bogu Izraela; w ten sposób przez swoje czyny ukazuje świętość Boga. (…) Kościół ukazuje wiernym przykłady licznych świętych (…), którzy głosili i bronili prawdę moralną aż do męczeństwa, albo woleli umrzeć, niż popełnić choćby jeden grzech śmiertelny. Wyniósł ich do chwały ołtarzy , to znaczy kanonizował ich świadectwo i publicznie uznał za słuszne ich przekonanie, że miłość Boga każe bezwarunkowo przestrzegać Jego przykazań nawet w najtrudniejszych okolicznościach i nie pozwala ich łamać nawet dla ratowania własnego życia (…). W męczeństwie, jako potwierdzeniu nienaruszalności porządku moralnego, jaśnieje świętość prawa Bożego, a zarazem nietykalność osobowej godności człowieka, stworzonego na obraz i podobieństwo Boga. Godności tej nie wolno nigdy zbrukać ani działać wbrew niej, nawet w dobrej intencji i niezależnie od trudności. (…) Męczeństwo odrzuca jako złudne i fałszywe wszelkie ludzkie tłumaczenia, jakimi usiłowałoby się usprawiedliwić – nawet w wyjątkowych okolicznościach – akty moralnie złe ze swej istoty (…) („Veritatis splendor”, n. 91 – 93).

    Zauważmy, iż w przytoczonych fragmentach papież stawia za wzór męczenników, bynajmniej nie w sensie jakiejś dobrej, ale tym nie mniej, niezobowiązującej rady. Nie jest tam napisane: „Dobrze się dzieje, gdy z miłości do Boga nie będziemy łamać przykazań nawet w najtrudniejszych okolicznościach i nawet dla ratowania własnego życia, jednakże w obliczu pewnych ekstremalnych okoliczności nie możemy nikomu narzucać postawy męczeńskiej”. Jan Paweł II pisze, iż miłość do Boga KAŻE nam (innymi słowy rozkazuje, poleca, nakazuje) przestrzegać Bożych przykazań nawet w najtrudniejszych okolicznościach i NIE POZWALA (inaczej ujmując: nie mamy ku temu prawa ani przyzwolenia) je łamać nawet dla ratowania własnego życia. Warto też przypomnieć, iż Katechizm św. Piusa X jako jedną z cech dobrego postanowienia poprawy (które jest jednym z warunków ważności i godziwości spowiedzi) wymienia mocną wolę „aby raczej utracić wszystko, niż popełnić na nowo grzech” (tamże, cz. IV, n. 64). Tradycyjnie katolicka reguła: „Lepiej umrzeć niż zgrzeszyć” nie stanowi więc jakiejś dobrej, acz fakultatywnej rady, ale jest chrześcijańskim obowiązkiem.

    Dwa rodzaje heroizmu

    Istnieje jednak pewna kategoria chrześcijańskich powinności, od których wypełnienia może zwolnić nas wzgląd na wielkie cierpienie, które musielibyśmy znosić realizując je w każdych okolicznościach. Obowiązki owe, wypływają z tych Bożych przykazań, które zawierają w sobie pewien nakaz (innymi słowy: zostały ujęte w formie pozytywnej). Jedną z takich zasad jest polecenie zawarte w Piśmie świętym: Ratuj wydanych na śmierć, a tych, których się prowadzi na stracenie, zatrzymaj” (Przyp 24: 11). Słusznie podziwiamy np. św. Maksymiliana Kolbe, który zgodnie z przesłaniem tego biblijnego nakazu, oddał swe życie, by ocalić współwięźnia od śmierci. Podobnie, chwalebną jest postawa tych, którzy ryzykując swe życie, rzucają się do płonącego domu, po to by ratować innych od śmierci. Nie można jednak powiedzieć, iż każdy chrześcijanin jest bezwzględnie zobowiązany do podobnych czynów. Tego rodzaju heroizm istotnie jest bardziej sprawą wielkodusznej szlachetności poszczególnych ludzi, aniżeli nie znającego żadnych granic obowiązku. Podobnie, choć godna uznania jest postawa tego, kto w sposób heroiczny praktykuje rozdawanie jałmużny (np. pozbawiając się w tym celu wszystkich potrzebnych dla siebie pieniędzy i dóbr), to nie można przecież powiedzieć, by do pomocy biednym w tak wielkim stopniu zobowiązani byli wszyscy chrześcijanie (np. ojcowie mający na utrzymaniu swe rodziny).

    Tym nie mniej – jak to zostało już wykazane wyżej – istnieje konkretna płaszczyzna moralności chrześcijańskiej, do której wypełnienia jesteśmy zobowiązani w sposób heroiczny, bez względu na jakiekolwiek okoliczności i nie zważając na choćby największe cierpienie, jakie może nas spotkać w wyniku realizacji tych powinności. Chodzi tu o unikanie czynów zakazanych przez Boże przykazania. Dotyczy to np. morderstwa niewinnego, kłamstwa, cudzołóstwa czy bałwochwalstwa. Jako, że Pan Bóg zabronił czynienia tych rzeczy, nie mamy moralnego przyzwolenia na popełnienie ich, choćbyśmy za ich pomogą mogli uniknąć śmierci w męczarniach, albo innego równie wielkiego (lub jeszcze większego) cierpienia. O ile więc nie jesteśmy bezwzględnie zobowiązani ratować niewinnych przed śmiercią, o tyle w sposób absolutny i bezwarunkowy mamy powstrzymać się od zabijania niewinnych i niesprawiedliwych. O ile obawa przed pozostawieniem swej żony i dzieci bez opieki może być usprawiedliwieniem dla decyzji danego mężczyzny o nierzuceniu się do płonącego budynku w celu ratowania znajdujących się tam ludzi, o tyle nawet chęć ocalenia życia swej rodziny nie daje nikomu prawa do wykonywania rozkazów nakazujących zadawanie śmierci niewinnym, gwałcenie kobiet, kłanianie się bałwanom czy też cudzołożenie. O ile ciężarna matka, której życiu grozi niebezpieczeństwo nie ma obowiązku powstrzymania się od leczniczych terapii, których następstwem może być śmierć jej poczętego dziecka, o tyle nawet w celu ratowania swego zagrożonego życia, nie ma prawa ona zgodzić się na przeprowadzenie bezpośredniej aborcji na jej dziecięciu (bezpośredniej, a więc np. takiej, gdzie wprost i aktywnie zabija się nienarodzonego, np. wstrzykując do jego organizmu truciznę, rozrywa się jego ciało na kawałki, etc.).

    Popularne powiedzenie, iż „Nikt nie jest zobowiązany do heroizmu” jest więc, w najlepszym wypadku, tylko częściowo prawdziwe. Nie zawsze jesteśmy zobowiązani oddać swe życie, jednak są sytuacje, gdy właśnie takie zachowanie jest naszą powinnością. Takimi sytuacjami z pewnością są wszelkie okoliczności, w których ktokolwiek domaga się od nas popełnienia czynu złego ze swej natury.

     

    Przeczytaj też: https://salwowski.net/2016/03/02/tradycyjny-absolutyzm-moralny-przeciw-etyce-sytuacyjnej-pytania-i-odpowiedzi/