Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: Magisterium Kościoła

  1. Szczepionki na Covid-19 można przyjmować z czystym sumieniem (reszta to skrupulantyzm)

    Możliwość komentowania Szczepionki na Covid-19 można przyjmować z czystym sumieniem (reszta to skrupulantyzm) została wyłączona

    W środowiskach co bardziej konserwatywnych i tradycyjnych katolików bardzo popularne wydają się być twierdzenia lub sugestie mające dowodzić rzekomej niemoralności albo przynajmniej wysokiej kontrowersyjności etycznej szczepionek, jakie podawane są w celu ochrony przed zarażeniem się Covid-19. Osobiście, nie ukrywałem, że zdecydowanie nie zgadzam się z takim postawieniem sprawy, czemu dałem swój wyraz między innymi przez publikację artykułu pt. Czy moralnie dozwolone jest przyjmowanie szczepionek pochodzących z abortowanych płodów ludzkich?. Tekst ten był w dużej mierze przytoczeniem wywodów sekretarza generalnego Bractwa św. Piusa X, ks. Arnauda Sélégny. Nie ukrywam, że i dziś zamierzam pójść na łatwiznę i ten poniższy artykuł oprzeć w głównej mierze na tekście innego autora, a mianowicie amerykańskiego filozofa i jednego ze współczesnych tomistów, dr. Edwarda Fesera. Człowiek ten niedawno opublikował na swym blogu wedle mnie kapitalny artykuł, w którym z jednej strony obala rzekomą niemoralność przyjmowania wspomnianych wyżej szczepionek, z drugiej zaś krytykuje próby ustawowego zmuszania ludzi do ich przyjmowania. Tekst ten nosi tytuł „The Catholic middle ground on Covid-19 vaccination” i można go w całości przeczytać pod tym linkiem. Jako że w tym konkretnym artykule zamierzam się skupić na polemice z tezą o rzekomej moralnej niedopuszczalności przyjmowania szczepionek przeciw Covid-19 przytoczę obszerne fragmenty tekstu dr. Fesera odnoszące się konkretnie do tego aspektu zagadnienia. Niektóre ze sformułowań użytych przez autora tego artykułu pozwolę sobie pominąć albo też zastąpić innymi wyrażeniami. Zaznaczam też, że w tym tekście nie zamierzam wypowiadać się na temat medycznych zagrożeń związanych ze szczepionkami przeciw Covid-19: chodzi mi tylko o polemikę z błędną tezą zakładającą, iż fakt wykorzystywania przy ich testowaniu (albo i nawet produkcji) linii komórkowych uzyskanych w wyniku aborcji czyni ich przyjmowanie czymś niemoralnym.

    Gwoli ścisłości i precyzji część tego tekstu, w której – po pewnych niezbyt wielkich poprawkach – przytaczam artykuł dr. Edwarda Fesera znajduje się pomiędzy znakiem „trzech gwiazdek”, jakie poniżej zamieszczam.

    ***

    Rozważmy zatem główne argumenty tych, którzy twierdzą, że katolicy są moralnie zobowiązani do odmowy szczepień:

    1. Czy wykorzystanie płodowych linii komórkowych w opracowywaniu szczepionek nie czyni ich niemoralnymi?

    Niektórzy katolicy, w tym pewni prominentni duchowni i komentatorzy katoliccy, twierdzili, że przyjmowanie szczepionek jest z natury złem, ponieważ zostały one opracowane przy użyciu linii komórkowych pochodzących z płodów abortowanych kilkadziesiąt lat temu. To doprowadziło niektórych innych katolików do kryzysu sumienia. Chcieliby przyjąć jedną ze szczepionek – czy to dlatego, że obawiają się Covid-19, czy dlatego, że odmowa szczepienia może kosztować ich pracę, możliwość chodzenia do szkoły itp. – ale powiedziano im, że ciężko by zgrzeszyli, gdyby tak postąpili.  Wspomniani duchowni i komentatorzy nalegali, że wiara katolicka wymaga od nich w tej sprawie nawet heroicznego sprzeciwu, jeśli trzeba – podobnego do oporu wczesnych chrześcijańskich męczenników, którzy odmawiali składania ofiar pogańskim bogom. 

    Nie można zbyt mocno podkreślać, że to twierdzenie jest fałszywe, a Kościół oficjalnie je odrzucił , tak że żaden katolik nie ma prawa oskarżać innych o grzech z powodu przyjęcia szczepionki . Odnoszące się do tego zasady moralne są jasne, mają znamię niezaprzeczalnej ortodoksji i od dawna stosowane są w katolickiej teologii moralnej. Jak konsekwentnie nauczali św. Paweł Apostoł, św. Augustyn, św. Tomasz z Akwinu, św. Alfons Liguori oraz Tradycja i Magisterium Kościoła, nie jest wewnętrznie złym czerpanie korzyści z dobra, które jest wynikiem jakichś złych czynów z przeszłości. 

    Na przykład św. Paweł Apostoł nauczał, że spożywanie mięsa składanego w ofierze bożkom nie jest niemoralne samo w sobie (patrz:1 Koryntian 8:1).  Św. Augustyn uczył, że nie jest niczym złym korzystanie z przysięgi, którą poganin składa fałszywym bogom. Św. Tomasz z Akwinu pisał, że jest moralnie dozwolone pożyczanie od pożyczkodawcy, który zarabia na lichwie.  Coś może być jako takie dobre nawet jeśli korzyść wynikła z tego działania stała się efektem wcześniejszego złego moralnie działania innych osób. To, że pewien kawałek mięsa był zaangażowany w ciężki grzech bałwochwalstwa, nie czyni w żaden sposób z samego mięsa , ani z jego jedzenia, czegoś moralnie złego. To, że pewne pieniądze zostały zarobione na lichwie i są ci one pożyczane w lichwiarski sposób, nie czyni złym tego, że ty pożyczasz te pieniądze. Innym przykładem może być tu wiedza medyczna, która została zdobyta w wyniku bardzo niemoralnych eksperymentów prowadzonych przez nazistowskich naukowców. To, że wiedza została zdobyta w zły sposób, nie czyni samej tej wiedzy , ani korzystania z niej, złem.

    Coś podobnego można powiedzieć o szczepionkach przeciw Covid-19 i sposobie ich opracowywania. Na przykład szczepionki Pfizer i Moderna miały być testowane przy użyciu linii komórkowych pochodzących z aborcji dokonanych kilkadziesiąt lat temu.  Ale to nie czyni samych szczepionek i ich zażywania złymi (tę kwestię dr. Edward Feser omawiał szerzej w jednym ze swych wcześniejszych postów). To, czego naucza św. Tomasz z Akwinu, odnosi się do szczepionek nie mniej niż do innych przykładów:

    Zgodzić się z kimś w niegodziwości to jedno; inną rzeczą jest wykorzystanie czyjejś niegodziwości dla dobra. Albowiem ten, kto aprobuje, aby inny czynił nieprawość i kto być może nakłania do tego drugiego, zgadza się z drugim w niegodziwości, a to zawsze jest grzechem śmiertelnym. Ale ten, kto zamienia zło, które inny wyrządza, na jakieś dobro, wykorzystuje zło drugiego dla dobra, a nawet Bóg w ten sposób wykorzystuje grzechy ludzi i wyprowadza z grzechów dobro. I tak też jest dozwolone, aby ludzie wykorzystywali grzech drugiego dla dobra . ( O złu , q. XIII, a. 4, ad 17, przekład Regana )

    Tych, którzy są zainteresowani szczegółami rozumowania moralnego, o którym tutaj mowa (takimi jak stosowność zasad dotyczących podwójnego skutku, daleka współpraca materialna w wykroczeniach itp.), zachęcamy do zapoznania się z artykułem ks. Sullivana i Pereira, a także broszurą prof. Roberto De Mattei „O moralności szczepień”.  (broszura De Mattei była przez pewien czas dostępna do bezpłatnego pobrania od wydawcy, niestety aktualnie wydaje się, że nie istnieje odsyłający do niej link). Ale odnośne zasady moralne są znowu starożytne, a ich zastosowanie do uzasadnienia stosowanie szczepionek mających bardzo odległy związek z przeszłymi aborcjami jest od dziesięcioleci popierane przez ortodoksyjnych katolickich teologów moralnych. W tym miejscu doprecyzuję tylko, to co już jest widoczne w przytoczonej wyżej wypowiedzi św. Tomasza z Akwinu. A więc, w zasadzie wyrażającej zgodę na czerpanie pewnego rodzaju korzyści z grzechu innych osób nie chodzi o to, że ów grzech się w sposób pozytywny aprobuje. Gdyby wszak dana osoba chcąca zgrzeszyć w ten czy inny sposób przyszła do nas i powiedziała nam o swym zamiarze, mówiąc, że odniesiemy z tego jakąś korzyść, my nie mielibyśmy żadnego moralnego prawa pochwalić czy zachęcić jej do zrealizowania tego bezbożnego postępku. Jeśli już jednak dany grzech zaistniał bez naszej zachęty, pochwały czy nakazu, to nie jest wewnętrznie złe, odnieść z niego jakieś korzyści.

    Samo Magisterium Kościoła oficjalnie potwierdziło to rozumowanie w co najmniej trzech dokumentach. Uczyniło to w dokumencie z 2005 roku przygotowanym za pontyfikatu Jana Pawła II oraz w dokumencie z 2008 roku wydanym za pontyfikatu Papieża Benedykta XVI. Trzeci i najnowszy dokument po prostu odnosi do szczepionek przeciw Covid-19 zasady nauczane już we wcześniejszych dokumentach odnośnie do innych szczepionek, których produkcja miała odległy związek z przeprowadzeniem aborcji.  O ile mi wiadomo, większość osób wyrażających sceptycyzm wobec najnowszego dokumentu Watykanu (czyli tego z grudnia 2020 roku) nie zgłaszała sprzeciwu wobec wcześniejszych w momencie ich ukazania się, mimo że wyrażane w nich zasady są takie same.     

    Moralna dopuszczalność szczepionek przeciwko Covid-19 została potwierdzona przez wielu wybitnych ortodoksyjnych katolickich teologów moralnych w oświadczeniach wydanych przez Ethics and Public Policy Center oraz National Catholic Bioethics Center.  Zostało to potwierdzone przez wybitnych tradycjonalistycznych katolików, takich jak Roberto de Mattei, ks. Johna Hunwickego , ks. Richarda Cipollę i ks. Arnauda Sélégny, sekretarza generalny Bractwa św. Piusa X.   Potwierdził to prof. Josef Seifert i prof. Adrian Vermeule, znani ze swojej obrony katolickiej prawowierności.  Zostało to potwierdzone przez arcybiskupa Georga Gänsweina i samego papieża emeryta Benedykta XVI.  Oczywiście żadna z tych osób nie jest nieomylna, ale nie w tym rzecz. Chodzi o to, że byłoby absurdem przypuszczać, że duchowni i myśliciele tacy jak wyżej wymienieni – z których wszyscy mają długoletnią reputację ortodoksji, zagorzałego sprzeciwu wobec aborcji i swej zdolności do przeciwstawiania się popularnym opiniom – wszyscy oni w jakiś sposób sprzedają się aborcyjnemu przemysłowi, liberalizmowi, czy cokolwiek innego, o co zarzuca się katolickim obrońcom szczepionek. Zajmują oni takie, a nie inne stanowisko w sprawie szczepionek Covid-19, ponieważ po prostu wynika one bezpośrednio z tradycyjnej katolickiej teologii moralnej. Tylko tyle i aż tyle.

    Niektórzy twierdzą, że grzech aborcji jest tak poważny, że nawet bardzo odległy związek między szczepionkami a aborcją, która miała miejsce kilkadziesiąt lat temu, wystarczy, by uznać korzystanie z nich za niemoralne. Jednakże waga grzechu sama w sobie nie wpływa na rozważane rozumowanie moralne. Na przykład, jak czytamy w „Encyklopedii Katolickiej”, „samo w sobie bałwochwalstwo uważa się za największy z grzechów śmiertelnych”. A jednak św. Paweł Apostoł miał rację, nauczając, że spożywanie mięsa ofiarowanego bożkom nie jest niczym złym, pomimo jego bardzo bliskiego związku z ciężkim grzechem bałwochwalstwa i pomimo pisania swych pouczeń w czasie, gdy grzech ofiarowania mięsa bożkom był (w przeciwieństwie do naszych współczesnych realiów) nadal bardzo częsty. Oczywiście św. Paweł Apostoł uściślił swoje nauczanie, nalegając również, by chrześcijanie unikali wywoływania zgorszenia – poniżej wrócimy do tego aspektu. W tej chwili chodzi o  ciężar grzechu, czy to bałwochwalstwa, aborcji czy czegokolwiek innego. Ciężkość danego występku sama w sobie nie oznacza, że ​​niemoralne jest czerpanie korzyści z czegoś, co jest w niewielkim stopniu powiązane z grzechem.

    2. Czy katolik może lekceważyć oświadczeń Kongregacji Nauki Wiary (KNW) w tej sprawie, ponieważ oświadczenia te nie są nieomylne?

    Niektórzy katolicy, którzy twierdzą, że szczepionki są wewnętrznie złe, przypuszczają, że nie są zobowiązani do zgadzania się z oświadczeniami Kongregacji Nauki Wiary w tej sprawie, ponieważ te oświadczenia nie są deklaracjami nieomylnymi.  Jednak ci sami katolicy słusznie odrzucają tę racjonalizację sprzeciwu, gdy jest ona głoszona przez „postępowych” czy „liberalnych” katolików. I słusznie, gdyż Kościół naucza, że ​​katolicy są zwykle zobowiązani do „przyzwolenia religijnego” nawet na nie-nieomylne, autorytatywne oświadczenia Magisterium.

    Prawdą jest, że mogą wystąpić rzadkie przypadki, w których bardzo silne domniemanie zgody może zostać zignorowane, jak przyznaje instrukcja KNW Donum Veritatis i jak szczegółowo dr. Edward Feser omówił to w innym miejscu . Ale te warunki nie mają zastosowania w tym przypadku. Wydaje się, że niektórzy katolicy sądzą, że ponieważ papież Franciszek złożył doktrynalnie problematyczne oświadczenia w innych sprawach (takich jak np. kara śmierci), mogą odrzucić nauczanie KNW na temat szczepionek przeciwko Covid-19.  Jednakże jest to błędny wniosek, a przypadki te nie są w żaden sposób podobne czy równoległe.

    Kłopot z problematycznymi stwierdzeniami doktrynalnymi, o których mowa, polega na tym, że są one co najmniej dwuznaczne, tak że bardzo łatwo je interpretować jako sprzeczne z tradycyjnym nauczaniem Kościoła. Na przykład, wprowadzona przez papieża Franciszka poprawka do Katechizmu tycząca się kary śmierci, nie stwierdza wprost i jednoznacznie, iż takowa sankcja karna stanowi coś wewnętrznie złego, jednak Franciszek powiedział rzeczy, które bardzo mocno sugerują, że tak jest w rzeczywistości. Ponadto obecny papież nie odpowiedział na prośby o potwierdzenie tradycyjnego nauczania o tym, że ​​kara śmierci może przynajmniej co do zasady być czymś moralnie prawowitym.  

    Oświadczenia KNW dotyczące szczepionek wcale tak nie wyglądają.  Są one całkowicie proste i jednoznaczne, zostały wydane właśnie w odpowiedzi na prośby o wyjaśnienie i są zgodne z tradycyjnymi zasadami katolickiej teologii moralnej i dawnym nauczaniem Magisterium. 

    Co więcej, kiedy Donum Veritatis przyznaje, że mogą zaistnieć przypadki, w których wypowiedzi Urzędu Nauczycielskiego są otwarte na krytykę, to bardzo wyraźnie daje do zrozumienia, iż ​​są to rzadkie przypadki. Ponadto dokument ten stwierdza, że wszelkie zastrzeżenia muszą być podnoszone z szacunkiem i dużą ostrożnością oraz że zarzutów tych nie można uzasadniać jedynie przekonaniem, że prawdziwość oświadczenia Urzędu Nauczycielskiego nie jest pewna lub że nie jest tak prawdopodobna, jak jakiś przeciwny pogląd. Donum veritatis nie daje zatem nikomu licencji, by po prostu nie zgadzać się z oświadczeniami KNW. Podobnie, niezgodne z duchem nauczania tego dokumentu jest traktowanie choćby i renomowanych duchownych czy komentatorów katolickich jako bardziej wiarygodnych i alternatywnych tłumaczy ortodoksji katolickiej niż Kongregacja Nauki Wiary.

    Oto inny sposób, aby zobaczyć sens powyższych wywodów. Jeśli ktoś mówi: „Kara śmierci nie jest wewnętrznie zła”, nie sprzeciwia się temu co aktualnie na ten temat głosi Katechizm Kościoła Katolickiego. Rzeczywiście, taka osoba jest po prostu powtarza rzeczy, które papieże i Magisterium zawsze nauczali. Dla kontrastu, jeśli ktoś mówi: „Zażywanie jakiejkolwiek szczepionki mającej choćby odległy związek z jakąś przeszłą aborcją, takie jak szczepionki Covid-19, jest z natury złem”, to sprzeciwia się temu, czego nauczało Magisterium oraz – implicite – co w kwestiach współpracy ze złem nauczali tradycyjni teologowie. 

    Zrozumiałe jest, że wygłaszanie przez papieża Franciszka pewnych mocno dwuznacznych, a może i czasami otwarcie błędnych tez Kościoła skusiło niektórych katolików do zaprzeczenia ogólnej wiarygodności aktualnego Magisterium. Ale tej pokusie trzeba się oprzeć. Papież będzie musiał odpowiedzieć Chrystusowi za spowodowanie tej pokusy, ale będziemy musieli odpowiedzieć Chrystusowi, jeśli mu się poddamy. 

    3. Czy nie wywołujemy skandalu za pomocą szczepionek, nawet jeśli związek z aborcją jest odległy?

    Jak już powyżej zauważono, chociaż św. Paweł Apostoł nauczał, że spożywanie mięsa ofiarowanego bożkom nie jest niczym złym, uczył także ówczesnych chrześcijan, aby unikali tego, gdy mogłoby to zgorszyć ich braci.   Z tego samego powodu, czy nie powinniśmy unikać przyjmowania szczepionek przeciwko Covid-19, nawet jeśli nie jest to wewnętrznie złe, ponieważ zażywanie ich może wywołać skandal?

    Nie ma jednak istotnej paraleli z przypadkiem, o którym mówił św. Paweł Apostoł. On miał bowiem na myśli chrześcijan, którzy nie wiedzieli, że spożywanie mięsa ofiarowanego bożkom nie jest niczym złym, i którzy, gdyby byli zachęcani do jego spożywania, mogliby zatem zrobić coś, co (błędnie) uważali za złe. I nigdy nie powinniśmy robić czegoś, co szczerze uważamy za złe, nawet jeśli mylimy się w tej ocenie.  Jednak w przypadku przyjmowania szczepionek na Covid-19 katolicy mogą być pewni, że nie jest to złe, ponieważ sam Kościół autorytatywnie tak powiedział dokładnie, aby sumienia wiernych mogły być w tej sprawie spokojne. 

    Jednakże nadal może się wydawać, że istnieje inny rodzaj zgorszenia, o który musimy się martwić. Czyż niektórzy ludzie nie mogliby wszak dojść do wniosku, że mimo wszystko katolicy nie mogą być tak mocno przeciwni aborcji, jeśli chcą stosować takie szczepionki?  Gdyby jednak wyciągnęli taki wniosek, rozumowaliby błędnie, ponieważ konkluzja taka stąd nie wynika. Równie dobrze można by powiedzieć, że św. Paweł Apostoł nie był tak bardzo przeciwny bałwochwalstwu, ponieważ pozwolił chrześcijanom jeść mięso ofiarowane bożkom; albo że św. Tomasz z Akwinu nie był tak bardzo przeciwny lichwie, ponieważ nauczał, że chrześcijanie mogą pożyczać pieniądze od lichwiarzy. 

    Kościół dał również jasno do zrozumienia, że ​​katolicy powinni protestować przeciwko faktowi, że istnieją jakiekolwiek produkty, czy to szczepionki, czy cokolwiek innego, które mają choćby odległy związek z aborcją – nie dlatego, że używanie tych produktów jest złe, ale dlatego, że aborcja jest zła. I dlatego Kościół naucza również, że katolicy jako środek protestu powinni używać alternatywnych szczepionek, gdy tylko są one dostępne.

    Należy jednak zauważyć, że w związku z tym nie ma nic szczególnego w szczepionkach Covid-19. Niektórzy katolicy nalegali, aby wszyscy odmówili stosowania szczepionek przeciwko Covid-19, jako środka protestu przeciwko aborcji. Jednak przed pandemią nie było podobnie powszechnego i żarliwego protestu przeciwko szczepionkom na odrę, świnkę, różyczkę, ospę wietrzną i zapalenie wątroby – pomimo faktu, że wiele takich szczepionek zostało również opracowanych z wykorzystaniem linii komórkowych pochodzących z abortowanych dzieci. Skąd więc fiksacja na szczepionkach Covid-19, tak jakby były one w jakiś sposób wyjątkowo podejrzane?

    Ten podwójny standard sam w sobie grozi wywołaniem skandalu. Sprawia to wrażenie, iż ludzie, którzy odmawiają przyjęcia szczepionek Covid-19 w imię obrony życia, kłócą się w złej wierze – że są mniej zainteresowani protestem przeciwko aborcji niż znalezieniem przydatnej broni retorycznej do zastosowania przeciwko szczepionkom, których nie lubią z innych powodów (co może być dobrymi powodami, ale nie ma to znaczenia w kontekście tych naszych rozważań). 

    Istnieje również inne potencjalne źródło skandalu w tej fiksacji na temat rzekomo złego charakteru szczepionek Covid-19.  Jak niedawno zauważył prof. Roberto De Mattei :

    Przez wieki Kościół katolicki zawsze walczył z deformacjami swojej doktryny moralnej na obu skrajnościach.   Z jednej strony laksyzm oznaczający negację absolutów moralnych w imię prymatu sumienia, z drugiej zaś rygoryzm oznaczający skłonność do tworzenia praw i nakazów, których nie przedstawia moralność katolicka .

    Jako przykłady rygoryzmu przytoczyć można skłonność montanistów do fanatycznego poszukiwania męczeństwa nawet wtedy, gdy nie było to konieczne, oraz postawę donatystyczną odmawiającą uznania władzy grzesznych prałatów. Z błędnym rygoryzmem mamy do czynienia, gdy katolik przedstawia wymagającą, ale opcjonalną naukę teologiczną, praktykę duchową lub zasadę moralną, o której jest osobiście przekonany, jak gdyby obowiązywała ona wszystkich katolików. Rygoryzm jest szczególnie kuszącą przesadną reakcją, gdy Kościół i świat popadły w ostry laksyzm, jak ma to miejsce dzisiaj. Ale trzeba się temu oprzeć. Jak mówi De Mattei:

    Tylko Kościół ma prawo określać prawo moralne i jego obowiązkowy charakter. Każdy, kto twierdzi, że zajmuje miejsce władzy kościelnej narzucając nieistniejące normy moralne, ryzykuje popadnięciem w schizmę i herezję, co niestety już miało miejsce w historii.

    Duchowni i komentatorzy katoliccy, którzy twierdzą, że wszyscy katolicy muszą odmówić szczepień pod groźbą grzechu, którzy utrzymują, że oficjalny osąd Kościoła w tej sprawie należy zignorować, i którzy oskarżają innych katolików, którzy się z nimi nie zgadzają, o zdradziecki kompromis z wrogami Wiary są wyraźnie winni rygoryzmu w tym sensie. Rzeczywiście, są winni poważnego skandalu, ponieważ takie skrajne poglądy zachęcają do schizmy (bez względu na to, czy mają taki zamiar, czy nie). Ich wstręt i przerażenie wobec tchórzostwa, korupcji i heterodoksji wielu prałatów Kościoła są całkowicie zrozumiałe. Ale to nie usprawiedliwia ustanawiania siebie jako alternatywnego magisterium.      

    ***

    Na sam koniec dodam już od siebie, że radykalni antyszczepionkowcy nie dość, że szerzą szkodliwy skrupulantyzm (doszukując się grzechu tam gdzie go nie ma), to wydają się nieraz być wyjątkowo niekonsekwentni w swej „moralnej” gorliwości. W rzeczywistości bowiem można podać w życiu zawodowym i społecznym przykłady wielu sytuacji, w których występuje albo bliska materialna współpraca ze złem albo też można poważnie zastanawiać się, czy nie mamy już do czynienia z bezpośrednim udziałem w grzechu. Przykładem bliskiej materialnej współpracy ze złem może być sprzedaż pism pornograficznych, prezerwatyw i innych środków antykoncepcyjnych. W naszym kraju uczestniczy w tym procederze zapewne kilkaset tysięcy ludzi (ekspedientki, aptekarze, itp). Przykładem zaś czegoś, co może być już podejrzewane o bezpośrednie uczestnictwo w grzechu kłamstwa jest zaś podpisywanie przez pracowników fikcyjnych oświadczeń o przejściu szkolenia BHP. Nie słyszałem jednak, by tego rodzaju sytuacje były szeroko i publicznie omawiane przez duchownych oraz publicystów katolickich. Co więcej nawet na fali współczesnego „antyszczepionkowego” skrupulantyzmu ci, którzy go propagują, nie wydają się dostrzegać w swej gorliwości owych i tym podobnych, a przecież o wiele bardziej kontrowersyjnych niż przyjmowanie szczepionek aktów współpracy ze złem? Czy nie mamy tutaj więc do czynienia z czymś podobnym do „przecedzania komara, a połykania wielbłąda” (por. Mateusz 23: 23-26)?

    Opracował w oparciu o wzmiankowany powyżej artykuł dr. Edwarda Fesera – Mirosław Salwowski

  2. Dlaczego powinniśmy (przynajmniej) zastanowić się nad likwidacją kary dożywocia?

    Możliwość komentowania Dlaczego powinniśmy (przynajmniej) zastanowić się nad likwidacją kary dożywocia? została wyłączona

    Gdy kilka lat temu po raz pierwszy dowiedziałem się, że papież Franciszek wypowiedział się nie tylko przeciwko karze śmierci, ale poddał krytyce również sankcję karną dożywotniego więzienia, moją pierwszą myślą na to, było coś w rodzaju: Czy ten człowiek oszalał!?! Po pewnym czasie doszedłem jednak do wniosku, iż ta konkretna idea aktualnego Biskupa Rzymu nie zasługuje na tak kategoryczne jej zakwalifikowanie, a moje pierwsze odczucia względem niej wynikały bardziej z uprzedzeń, jakie żywię wobec Franciszka aniżeli spokojnego i racjonalnego namysłu nad zasadnością odrzucania kary dożywocia. W poniższym artykule postaram się wytłumaczyć, dlaczego doszedłem do tego rodzaju wniosków. Na wstępie chcę jednak zaznaczyć, iż moja gotowość do zastanawiania się nad tą kwestią, nie oznacza, że popieram nauczanie papieża Franciszka w pokrewnej kwestii, a mianowicie potępieniu przez niego kary śmierci. Przeciwnie, dalej uważam te jego wypowiedzi za heretyckie (ewentualnie: „bliskie herezji”) albo w najlepszym razie za skrajnie nieroztropne. Swe stanowisko na ów temat wyraziłem w poniższych dwóch artykułach: Link 1; Link 2. Ponadto, fakt mego dzisiejszego sceptycyzmu względem kary dożywotniego więzienia nie oznacza, że nie popieram już kar, które wielu dziś uważa za „barbarzyńskie”, a więc np. kary chłosty. Oczywiście, nadal uznaję karę chłosty za moralnie słuszną sankcję, która mogłaby być w pewnych wypadkach dobrą alternatywą dla wsadzania ludzi do więzień – co najczęściej jeszcze bardziej deprawuje przestępców, a ponadto wiąże się z dużymi kosztami finansowymi dla społeczeństwa. Zaznaczam także, iż poniżej wyrażony sceptycyzm względem kary dożywotniego więzienia, odnosi się raczej do tej jej odmiany, która nie przewiduje możliwości ubiegania się o opuszczenie zakładu karnego. Nadal jednak uważam, że dożywocie, ale z możliwością przedterminowego zwolnienia, winno pozostać jedną z dostępnych do orzekania sankcji karnych.

    Jakie zatem widzę argumenty mogące przemawiać za tym, aby przynajmniej poważnie zastanowić się nad zasadnością zniesienia kary (bezwzględnego) pozbawienia wolności?

    Jednym z ważniejszych argumentów, które winni wziąć pod uwagę zwłaszcza rzymscy katolicy jest to, że – ile błędów i dwuznaczności by dany papież nie popełnił – to zasadniczo rzecz biorąc nawet jego zwyczajnemu, nie-nieomylnemu, acz oficjalnemu nauczaniu należy się ze strony katolików tzw. posłuszeństwo serca i rozumu. Co prawda tak wyrażanej doktrynie nie należy się akt wiary, ale powinno się ją uznać za przynajmniej bardzo prawdopodobną i na tej podstawie podporządkować swe opinie treści tego nauczania. Od tej zasady, są pewne wyjątki, ale, ogólnie rzecz biorąc, katolik powinien zgadzać się z treścią takiego oficjalnego i autorytatywnego nauczania papieży. A nauczanie Franciszka wyrażające jego krytycyzm również wobec kary dożywotniego więzienia należy już na pewno do autorytatywnego, acz nie-nieomylnego nauczania, gdyż zostało ono wyrażone w jednej z encyklik:

    Wszyscy chrześcijanie i ludzie dobrej woli są zatem dziś wzywani do walki nie tylko o zniesienie kary śmierci, legalnej czy też nie, i to we wszystkich jej formach, ale także o poprawę warunków więziennych w duchu poszanowania godności ludzkiej osób pozbawionych wolności. A ja łączę to z dożywociem. […] Dożywocie to ukryta kara śmierci” (Fratelli Tutti, p. 268).

    Oczywiście, poważny problem sumienia powstaje w sytuacji, gdy wykształcony teologicznie katolik, pomimo swych szczerych starań, dostrzega rażącą rozbieżność pomiędzy nie-nieomylnym nauczaniem jednego papieża, a nieomylną doktryną wyrażaną przez jego poprzedników. Z czymś takim mamy do czynienia jeśli chodzi o wypowiedzi papieża Franciszka na temat kary śmierci. Jednakże, czy aby na pewno podobną rozbieżność można dostrzec w wypadku nauczania aktualnego Biskupa Rzymu na temat dożywotniego więzienia? Cóż, nie wydaje mi się. Nie kojarzę bowiem żadnej dawniejszej wypowiedzi Magisterium Kościoła, która w sposób aprobatywny nauczała o słuszności dożywotniego więzienia. Ktoś może w tym miejscu zaoponować, iż zgodnie z zasadą „Jeśli dozwolone jest coś większego, to tym bardziej dopuszczalne jest coś mniejszego” kara dożywocia powinna być uznana za moralnie prawowitą. Akceptowana wszak niegdyś przez nauczanie katolickie kara śmierci wydaje się bowiem być większą sankcją niż dożywotnie więzienie – ergo, dożywocie jest tym bardziej moralnie poprawną karą. Uznanie słuszności tego argumentu napotyka jednak pewne problemy. Po pierwsze, nie wydaje się, by we wszystkich aspektach kara śmierci była sankcją bardziej srogą niż dożywocie. Niejeden więzień być może wolałby zostać uśmiercony na krześle elektrycznym niż spędzać resztę swego życia za kratkami. Po drugie: nie zawsze fakt mniejszej srogości danej sankcji przemawia za jej dopuszczalnością. Na przykład, zgwałcenie jest czymś mniejszym niż uśmiercenie, a jednak to drugie może być w pewnych wypadkach moralnie dozwoloną karą – to pierwsze zaś nigdy czymś takim nie będzie.

    Ponadto, nawet gdyby ostatecznie miało się okazać, że Franciszek nie jest prawdziwym papieżem, to i tak by to jeszcze nie oznaczało, że wszystko, co on powiedział (lub napisał) jest tym samym błędne i niegodne poważnej uwagi. Żaden człowiek wszak nie myli się zawsze i wszędzie.

    Następną „religijną” poszlaką na rzecz przemyślenia naszego „tradycyjnego” stosunku do kary dożywocia może być dostrzeżenie faktu, iż Bóg na kartach Pisma świętego dał swemu narodowi różne kary, ale nie nakazał im budowania więzień. Można na tę „poszlakę” odpowiedzieć, że w tamtych czasach ogólnie rzecz biorąc nie było kary więzienia, a Stwórca nie chciał w swych prawach i przykazaniach wyprzedzać rozwoju ludzkości. Jest to popularny sposób tłumaczenia tym podobnych kwestii, ale czy na pewno zawsze jest on właściwy? Otóż gdy przyjrzymy się niektórym z poszczególnych przepisów, jakie Bóg dał Mojżeszowi to widzimy, że wyprzedzały one wiedzę i poziom rozwoju ówczesnych ludów oraz kultur. Przykładowo, w Księdze Powtórzonego Prawa 23: 12-13 czytamy, iż ludzkie odchody miały być zakopywane w ziemi poza miejscem bardziej stałego przebywania Żydów. Dziś łatwo dostrzegamy higieniczną wartość tym podobnych zaleceń, jednak w czasie, gdy Bóg dał Hebrajczykom ten przepis, wcale nie było to oczywiste dla innych ludów. Wszak, wśród wielu narodów przez wiele wieków ludzie wylewali swe odchody na ulice, a starożytni Egipcjanie na bazie zwierzęcych fekaliów potrafili produkować nawet leki. Czy więc gdyby więzienie złoczyńców było najlepszym (lub jednym z lepszych) sposobów radzenia sobie z przestępczością, Bóg w swej mądrości nie poleciłby Żydom budowania ośrodków penitencjarnych? Argument o tym, iż Żydzi nieraz byli ludem koczowniczym, przez co budowanie więzień byłoby dla nich zupełnie niepraktyczne, także nie wydaje się do końca słuszny, gdyż starożytni Hebrajczycy stali się w końcu narodem osiadłym, w którym budowano stałe miejsca zamieszkania dla większych grup ludności.

    Być może Stwórca nie nakazał Hebrajczykom budowania więzień, gdyż wiedział On to, co potwierdza doświadczenie większości narodów. Otóż trudno jest upowszechniać taki system więziennictwa, w którym większość osadzonych nie ulegałaby jeszcze większej demoralizacji i gdzie na porządku dziennym nie byłyby liczne nadużycia (przemoc, brutalność, seksualne perwersje, etc.). Umieszczanie zatem złoczyńców do końca ich życia w zakładach karnych raczej sprzyja ich dalszej deprawacji niż poprawie. Może jednak zdarzyć się, że ukarany dożywociem przestępca ulegnie w więzieniu resocjalizacji. Jednakże w takim wypadku, pytanie o zasadność kary dożywotniego więzienia staje się jeszcze bardziej zasadne. Jeśli bowiem ktoś szczerze w więzieniu się poprawił i można rozsądnie przypuszczać, iż nie wróci on już na drogę przestępczą, to po co go w tym miejscu trzymać aż do końca jego życia? Odpowie ktoś na to, że tego domaga się sprawiedliwość, gdyż adekwatną i proporcjonalną karą za pewne występki nie może być tylko czasowe pozbawienie wolności. Ten kontrargument jawi się jako ważny i istotny, a jednak ma on w sobie pewną słabość. Otóż owszem dobrze jest, gdy surowość kar za poszczególne nieprawości przynajmniej próbuje odpowiadać ich powadze. Jednakże nie da się z „matematyczną” precyzją określić na tym świecie w pełni adekwatnej odpłaty za złe czyny. Czy np. skazanie kogoś za gwałt na 20 lat więzienia będzie proporcjonalne, adekwatne i sprawiedliwe? Zapewne, w niejednym wypadku tak. Gdyby jednak skazać tego kogoś za ów czyn już nie na 20, ale dajmy na to na 14 lat więzienia, czy różnica 6 lat czyniłaby już taką sankcję z pewnością niesprawiedliwą oraz nieadekwatną? Oczywiście, jeśliby ktoś za gwałt został skazany na 100 złotych grzywny, było to na pewno niesprawiedliwe, ale jak wyżej próbowałem to pokazać, próba dokładnego wskazania, gdzie przebiega granica pomiędzy proporcjonalnością a nieproporcjonalnością danych sankcji karnych nie zawsze jest łatwa. Poza tym, nie zapominajmy, iż tradycyjnie chrześcijańskim duchem jest pewnego rodzaju łagodzenie surowej sprawiedliwości przez wzgląd na miłosierdzie. Widzimy to zresztą na przykładzie samego Boga, który wedle teologów, w piekle będzie karał zatwardziałych grzeszników łagodniej niż by sobie na to zasłużyli wedle kryteriów samej sprawiedliwości. Nawet jeśli więc uznać, że dożywocie jest w pełni sprawiedliwą karą za niektóre przestępstwa, to chrześcijański duch może słusznie łagodzić wymierzanie tej sankcji, np. wypuszczając danego przestępcę po 30 czy 40 latach przysłowiowej odsiadki.

    Kolejną „poszlaką”, która winna nas skłaniać do zastanowienia się nad sensownością utrzymywania bezwzględnej kary dożywocia jest to, iż zdecydowana większość brutalnych przestępstw jest popełniana przez osoby młode, a nie starsze wiekiem. Nie istnieje zatem raczej zbyt duże prawdopodobieństwo, by nawet zdemoralizowany przez swój pobyt w więzieniu, 60-latek czy 70-latek po wyjściu z zakładu karnego, powrócił do popełniania różnych brutalnych czynów. Siły fizyczne już bowiem nie te co kiedyś, pewność siebie też niekoniecznie ta sama, wielu dawnych kompanów „w występku” mogło już umrzeć albo się ustatkować. Jeśli więc ktoś po 30 czy 40 latach pobytu w więzieniu rokuje nadzieje na resocjalizację, to tym bardziej powraca pytanie o zasadność trzymania go tam do końca jego życia.

    Na sam koniec tego artykułu myślę, że warto przywołać przykład Norwegii, gdzie najsurowszą sankcją karną jest 21 lat pozbawienia wolności, a mimo to przestępczość jest niska. Nie jestem przekonany co prawda do tego, że tym podobny system wymierzania sprawiedliwości sprawdziłby się we wszystkich krajach świata, ale przykład tego narodu pokazuje, iż ani kara dożywocia, ani nawet kara śmierci (której nie jest przeciwnikiem) nie muszą być bezwzględnymi gwarantami porządku i bezpieczeństwa.

    Mirosław Salwowski

  3. Marsze pro-LGBT powinny być zakazane

    Możliwość komentowania Marsze pro-LGBT powinny być zakazane została wyłączona

    Dnia 29 października 2021 roku Sejm RP skierował do prac komisji obywatelski projekt ustawy zakładający prawny zakaz organizowania zgromadzeń publicznych mających m.in. na celu propagowanie zachowań nieheteroseksualnych lub też związków o charakterze poligamicznym. Rzecz jasna, w praktyce uchwalenie takiego prawa, w głównej mierze uderzałoby w legalną możliwość organizowania tzw. marszów równości, czyli demonstracji organizowanych od kilkunastu lat w naszym kraju przez ruchy LGBT. Jako że pojawiło się kilka głosów zaangażowanych katolików (w tym najbardziej znany pochodzi od p. Tomasza Terlikowskiego) mocno polemizujących z ideą wprowadzenia takiego zakazu, chciałbym niniejszym odnieść się do wysuwanych przez nich argumentów.

    Oczywiście, jedną z najbardziej akcentowanych kwestii podnoszonych przez katolickich przeciwników ustawy zabraniającej marszów pro-LGBT jest zasada wolności słowa, która ma być naruszana przez wynikający z niej zakaz. Na ten argument można szczerze i otwarcie odpowiedzieć, iż taki zakaz rzeczywiście ograniczałby wolność słowa – jednak ta swoboda nie jest dobrem absolutnie nienaruszalnym. Tę prawdę (a więc, że wolność słowa nie powinna być nieograniczona) rozumie wciąż większość prawodawców, którzy utrzymują w mocy różne jej prawne ograniczenia. W naszym kraju nielegalne jest np. publiczne pochwalanie faszyzmu, komunizmu, pedofilii, zniesławianie innych osób, ujawnianie tajemnic państwowych. Co warto podkreślić w tym momencie to fakt, iż duża część z tych prawnych ograniczeń wolności słowa nie dotyczy sytuacji, w których skorzystanie z tej swobody mogłoby w bezpośredni sposób prowadzić do naruszenia czyjejś wolności. Owszem, pochwalanie komunizmu czy faszyzmu hipotetycznie rzecz biorąc, mogłoby w dalszej perspektywie wieść do poważnego ograniczenia wolności wielu ludzi (zakładając, że dałoby się do tego przekonać odpowiednio wiele osób), ale nawet coś takiego samo w sobie nie ogranicza ani bezpośrednio nie prowadzi do naruszenia czyjejś wolności. Ktoś może wszak uważać i dodatkowo publicznie to wyrażać, że „wrogów klasowych” należałoby w dobrze urządzonym społeczeństwie zamykać w łagrach, ale samo publiczne wyrażenie takiego poglądu nie prowadziłoby jeszcze w prostej linii do tego, że ów postulat zostałby zrealizowany. W tym sensie więc publiczne pochwalanie komunizmu ani bezpośrednio nie naruszałoby czyjejś wolności, ani też nawet w bardziej bliski sposób by do tego nie prowadziło. Paradoksalnie rzecz biorąc, sami aktywiści pro-LGBT de facto często przyznają, że wolność słowa powinna być prawnie ograniczana, nawet jeśli bezpośrednio nie narusza ona wolności innych ludzi. Jeśli bowiem poprzez prawne zakazy „mowy nienawiści” oraz „homofobii” coraz częściej rozumie się wyrażenie swego przekonania o poważnej grzeszności aktów homoseksualnych, to jest właśnie dowód na to, że przynajmniej część działaczy ruchów LGBT, którzy dążą do kryminalizacji „homofobii” w tym konkretnym aspekcie nie popiera libertariańskiego pojmowania wolności słowa.

    Ktoś, rzecz jasna, może twierdzić, iż nawet współczesne, a przywołane przeze mnie wyżej ograniczenia wolności słowa są niesłuszne, a władze cywilne powinny penalizować tylko te z nich z nich, które nawołują do bezpośredniego naruszania czyjejś swobody albo też bezpośredniego łamania prawa. Wyobraźmy sobie jednak sytuację, w której ów „ideał” były konsekwentnie wdrażany w życie … Na ulicach naszych miast widzielibyśmy wówczas demonstracje nie tylko nazistów czy komunistów, ale też zwolenników legalizacji pedofilii. W mass mediach reklamowano by narkotyzowanie się, pijaństwo, kazirodztwo oraz handlowanie własnymi organami, a rasistowski sklepikarz mógłby dumnie wywiesić na swej własności hasło: „Czarnuchom wstęp wzbroniony. To moja własność i mam prawo nie wpuszczać do niej tych, których nie życzę sobie widzieć!„. Czy naprawdę w imię libertariańsko oraz skrajnie liberalnie pojmowanej wolności słowa chcielibyśmy żyć w takim państwie i społeczeństwie? Mimo wszystko myślę, że większość ludzi wciąż rozumie albo przynajmniej wyczuwa, że prawne ograniczenia wolności słowa sprowadzające się jedynie do zakazu bezpośredniego naruszania czyjejś wolności albo też stwarzania bardzo poważnego ryzyka jej naruszania, nie byłyby słuszne i odpowiednie. Władze cywilne powinny bowiem chronić ludzi nie tylko przed jawnym naruszaniem ich wolności, ale także winny bronić ich przed np. manipulacją, żerowaniem na ich niewiedzy czy też trudnej sytuacji materialnej. Państwo jest też od tego, by chronić inne niż fizyczne dobra swych obywateli (stąd np. zakazuje się szerzenia oszczerstw). Czasami też rządzący winni chronić ludzi przed zadawaniem sobie samemu poważnej krzywdy – i dlatego nielegalne powinno być np. namawianie choćby i dorosłych osób do samobójstwa czy samookaleczenia się. Oczywiście, to nie znaczy, że władze cywilne powinny karać wszystkie złe moralnie czyny. Niektóre ze złych moralnie uczynków są relatywnie nieznacznie szkodliwe społecznie (np. obżarstwo czy całkowicie samotnie i sekretnie czyniony onanizm) i w związku z tym ich prawne karanie byłoby z zasady nieroztropne. Karalność zaś niektórych z innych wypaczeń nie leży w samodzielnej kompetencji państwa (np. tych błędnych religii, które nie naruszają naturalnego prawa moralnego) i jeśliby rozważać stosowanie w tej sferze pewnych cywilnych represji to tylko w przypadku, gdyby władze kościelne w wyraźny sposób udzieliły rządzącym do tego swego upoważnienia. Istnieje jednak moralne prawo władz cywilnych do karania tych grzechów, które w poważny sposób krzywdzą innych ludzi (choćby i ktoś godził się dobrowolnie na taką krzywdę, np. skuteczne namawianie do samobójstwa), przez co w ewidentny sposób naruszają one tak prawo naturalne, jak i porządek sprawiedliwości. Tego rodzaju grzechy mogą być przez rządzących karane, nawet gdy dokonywane są w sferze prywatnej; a więc logicznie rzecz biorąc, tym bardziej zakazane powinno być ich publiczne propagowanie.

    ***

    Czy zachowania homoseksualne należą zatem do tych grzechów, które winny być przez władze cywilne karane, nawet wówczas, gdy nie wiążą się ono z gwałceniem czyjejś wolności? Sądzę, że tak, gdyż takie grzechy są jawnym i bardzo poważnym naruszeniem naturalnego prawa moralnego, które często wiąże się z narażaniem swego oraz czyjegoś zdrowia i życia na niemałe ryzyko (vide: AIDS, choroby weneryczne, rak jelita grubego, zaburzenia w kontrolowaniu odruchów defekacyjnych). Ponadto, rozprzestrzenianie się czynów homoseksualnych niejednokrotnie dokonuje się na drodze wykorzystywania czyjegoś braku życiowego bądź seksualnego doświadczenia. W Polsce np. 16-letni chłopiec może w legalny sposób wyrazić zgodę na odbycie stosunku seksualnego z 40-letnim mężczyzną. Nawet gdyby podwyższyć ten wiek zgody do lat 18, to dysproporcja pomiędzy poziomem życiowych doświadczeń 18-latka i 40-latka jest bardzo poważna i temu drugiemu bardzo łatwo jest manipulować tym pierwszym. Jeśli więc władze cywilne mają moralne prawo do zabraniania nawet prywatnych aktów homoseksualnych, to tym bardziej słusznym może być karanie ich publicznego propagowania. Tak zwane Marsze Równości mają zaś na celu normalizację takich zachowań – a co za tym idzie, rządzący mogą słusznie ich zakazywać.

    ***

    To, co powyżej piszę o słuszności kryminalizacji nawet prywatnych aktów homoseksualnych, nie jest moim wymysłem. To, nie ja, ale sam Bóg wymyślił prawną karalność takich grzechów. W Starym Zakonie Bóg wszak nakazał karać czyny homoseksualne śmiercią (Kpł 20, 13). Powie ktoś, że prawa karno-cywilne Starego Przymierza nie obowiązują chrześcijańskich władców. To prawda, niemniej jednak fakt, że Bóg rozkazał surowo karać czynnych homoseksualistów, oznacza, że takie karanie nie jest samo w sobie sprzeczne z miłością bliźniego, gdyż Bóg jest Miłością (patrz: 1 J 8, 4) i nie nakazuje on w związku z tym rzeczy, które są sprzeczne z Jego charakterem i które jako takie byłyby złe (por. Syr 15, 19-20). Nawet zaś, jeśli przyjmiemy, że kara śmierci za czyny homoseksualne odnosiła się tylko do narodu żydowskiego w czasach Starego Przymierza, to takowa konstatacja nie oznacza jeszcze, że w czasach Nowego Przymierza owe zachowania nie powinny być przez władze cywilne karane choćby i w łagodniejszy sposób. Także bowiem Stary Testament jest odbiciem mądrości, miłości i sprawiedliwości Stwórcy i nawet jeśli w czasach spisywania tej Księgi potrzebne były Żydom bardziej surowe prawa niż dziś, to nie jest równoznaczne ze stwierdzeniem, że w takim razie nie powinniśmy się kierować choćby tylko duchem tych praw. Oczywiście, że należy kierować się duchem (choć nie zawsze literą) starotestamentowego prawa cywilnego i karnego, gdyż jest on odbiciem Bożego charakteru. Przykładowo, jedno z praw cywilnych Starego Przymierza mówi, iż ludzkie odchody powinny być zakopywane w ziemi (Pwt 23, 9-14) – czy to oznacza, że pod rządami Nowego Testamentu ludzie nie powinni się troszczyć o utylizację fekaliów i np. załatwiać swe potrzeby fizjologiczne, gdzie popadnie? Rzecz jasna, że nie o to chodzi i nawet jeśli nie jesteśmy zobowiązani do zakopywania odchodów w ziemi, gdyż możemy je usuwać za pomocą innych środków – dajmy na to kanalizacji – to troska o higienę w tym zakresie jest nadal aktualna i ważna. Podobnie, choć chrześcijańscy władcy nie są zobowiązani do karania homoseksualizmu śmiercią, nie oznacza to, że w takim razie nie powinni oni zakazywać go za pomocą innych sankcji karnych.

    Prawna karalność czynów homoseksualnych jest też historyczną zdobyczą cywilizacji chrześcijańskiej. Przed tym wszak, jak chrześcijaństwo zyskało znaczący wpływ na prawo i życie społeczne starożytnego Rzymu oraz Grecji różne formy homoseksualizmu cieszyły się w nich tak moralną, jak i prawną akceptacją. Tyczyło się to zwłaszcza uwodzenia młodych chłopców przez starszych mężczyzn oraz bycia stroną aktywną w czasie homoseksualnych praktyk. Dopiero w 390 roku po Chrystusie, wówczas, gdy chrześcijaństwo było już religią panującą pod naciskiem św. Ambrożego, w Imperium Rzymskim zdelegalizowano wszelkie praktyki homoseksualne. Podobnie zresztą sytuacja wyglądała w innych rejonach świata, gdzie dominujące wcześniej pogaństwo było skłonne mniej lub bardziej akceptować homoseksualizm, jednak pod wpływem presji chrześcijan wprowadzało moralne i prawne obostrzenia wobec tej ohydy. Przykładowo, w pogańskiej Japonii stosunki homoseksualne nigdy nie były prawnie zakazane z wyjątkiem lat 1873 – 1880 kiedy to władze tego kraju zaczęły się otwierać na wpływy chrześcijańskiego Zachodu.

    Ponadto, Kościół katolicki w swych aktach magisterialnych i dyscyplinarnych nigdy w swej historii (nawet aktualnej) nie sprzeciwiał się kryminalizacji aktów homoseksualnych, a przeciwnie nieraz sugerował słuszność takowego prawnego zakazu. Czynił tak, chociażby Sobór Laterański V, gdy ogłaszał co następuje:

    Aby zaś zwłaszcza duchowni żyli w czystości i wstrzemięźliwości wedle zasad kanonów, postanawiamy, aby czyniący przeciwnie byli zgodnie z nimi karani. Jeśliby komuś, świeckiemu lub duchownemu, udowodniono zbrodnię, z powodu której „nadchodzi gniew Boży na buntowników”*, zostanie ukarany karami przewidzianymi przez święte kanony lub prawo cywilne. (Źródło: ks. Arkadiusz Baron, Henryk Pietras SJ, „Dokumenty Soborów Powszechnych”, t. 4, Kraków: Wydawnictwo WAM 2004, s. 101)

    Z kolei papież św. Pius V w bullach „Horrendum illud scelus” i„Cum Primum”, nakazując przekazywanie winnych czynów homoseksualnych księży władzy świeckiej, by ta skazywała ich na karę śmierci. Pius XI zaś w encyklice „Casti Connubii” nauczał, iż władze cywilne mają prawo oraz obowiązek karania niemałżeńskich związków seksualnych. I bynajmniej postulat delegalizacji owej nieprawości nie jest tylko reliktem „przedsoborowej” nauki Kościoła, gdyż jeszcze w wydanym przez papieża Benedykta XVI w 2006 roku „Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego” przeczytać możemy, iż „rozprzestrzenianie ciężkich wykroczeń przeciwko czystości winno być zakazane przez władze cywilne stosownymi prawami” (n. 494), a w punkcie poprzedzającym to stwierdzenie do takich występków zaliczono m.in. czyny homoseksualne (n. 492). Oczywiście, tzw. Marsze Równości mając na celu normalizację w społeczeństwie zachowań sodomskich przyczyniają się też do szerszego ich występowania, a więc interpretacja, iż zgodne z nauczaniem papieża Benedykta XVI byłoby ich prawne zakazanie nie wydaje się być nadużyciem.

    Wracając zaś do samej zasady wolności słowa to papież Leon XIII w encyklice „Libertas praestantissimum” tak uczył o słusznych i sprawiedliwych jej ograniczeniach:

    Zastanówmy się nieco nad wolnością słowa i wyrażania pismami tego wszystkiego, co się tylko spodoba. Ta wolność, jeżeli nie jest należycie miarkowaną, ale statek i granicę przekracza, to nie potrzeba nawet mówić, iż nie może mieć racji prawa. Prawo bowiem, to moralna moc, o której jak powiedzieliśmy i co częściej powtarzać należy, niedorzecznie byłoby utrzymywać, iż ją natura dała porównie i pospólnie tak prawdzie jak kłamstwu, zacności i brzydocie. Prawem jest, aby to, co jest prawdziwym, co jest uczciwym, swobodnie i roztropnie w państwie rozszerzać, iżby się stało własnością jak największej liczby osób; natomiast sprawiedliwe jest, aby kłamstwa opinie, ponad które nie masz większej zarazy dla umysłu; dalej występki, które ducha i obyczaje psowają, stłumiała pilnie publiczna władza, iżby się ze zgubą rzeczypospolitej nie zdołały rozpościerać. Słuszne jest, aby zboczenia rozpasanego umysłu, które bez wątpienia przyczyniają się do obałamucenia nieuczonego tłumu, powściągała tak samo powaga ustaw, jak zamachy gwałtu przeciw słabszym. I to tym bardziej, że znacznie większa część obywateli albo wcale nie potrafi, albo też nie bez największej trudności, oprzeć się kuglarstwom i sztuczkom dialektyki, zwłaszcza wtenczas, gdy te namiętnościom schlebiają. Dozwólcie każdemu z nieograniczoną swobodą mówić i pisać, a nie pozostanie nic świętego i nie zaczepionego: nie oszczędzą nawet owych największych i niewzruszonych zasad natury, które za wspólne, a zarazem najszlachetniejsze dziedzictwo rodzaju ludzkiego uważać należy. Tak więc po stopniowym przysłanianiu prawdy, cieniami, co często się zdarza, zapanuje z łatwością zgubny i różnoraki błąd mniemań. Z takiego stanu odniesie swawola tyle korzyści, ile wolność szkody: tym obszerniejszą bowiem i więcej ubezpieczoną staje się wolność, im silniej spętaną swawola. Lecz w materiach wolnych, które Bóg roztrząsaniu ludzi pozostawił, dozwolonym jest oczywiście myśleć, co się podoba, i swe myśli wolno wypowiadać, natura nie sprzeciwia się temu: taka bowiem wolność nie doprowadziła nigdy ludzi do przytłumienia prawdy, raczej często do jej zbadania i wykrycia.

    ***

    Mimo jednak przytoczonego przeze mnie powyżej tak „przed”, jak i „posoborowego” nauczania Kościoła o słusznych ograniczeniach tak wolności słowa, jak i pewnych prywatnie czynionych grzechów, część katolików może upierać się przy tym, że „aktualna” doktryna kościelna wręcz potępia postulaty takich zakazów. Owi katolicy powołują się tu na punkt 2358 Katechizmu Kościoła Katolickiego, w którym uczy się, że osoby homoseksualne powinny być traktowane w sposób pozbawiony wobec nich „jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji„. Interpretacja tego katechizmowego zapisu w duchu, jakoby każdego rodzaju dyskryminacja wobec takich ludzi była od razu „niesłuszną” czy „niesprawiedliwą” jest jednak nadinterpretacją. Oczywiście, może istnieć niesłuszna dyskryminacja osób homoseksualnych, ale nie każde ich dyskryminowanie jest niegodziwe. Jeśli odmawiamy takim ludziom pewnych naturalnych uprawnień, np. sklepikarz nie sprzeda chleba „gejowi” albo lekarz odmówi udzielenia pomocy medycznej takiej osobie to jest to przejaw ich niesłusznej dyskryminacji. Taka dyskryminacja nie odnosi się bowiem do złych moralnie działań tych osób, ale ich nie związanych z tym działań (potrzeby jedzenia, leczenia się, etc). Dyskryminacja jednak odnosząca się do ograniczania czy zakazywania ich obiektywnie złych działań (albo też blisko się do realizacji tego zła mogących odnosić) jest słuszna, godziwa i sprawiedliwa. Kardynał Joseph Ratzinger, w dokumencie Kongregacji Nauki Wiary „Omosessualit” precyzował rozróżnienie pomiędzy sprawiedliwą i niesprawiedliwą dyskryminacją homoseksualistów i lesbijek:

    Istnieją dziedziny, w których nie jest przejawem niesprawiedliwej dyskryminacji uwzględnienie skłonności seksualnej, na przykład gdy chodzi o adopcję dziecka lub powierzenie go opiekunom, zatrudnienie nauczycieli lub trenerów sportowych, służbę wojskową. Osoby homoseksualne, jako osoby ludzkie, mają te same prawa co wszyscy ludzie, w tym prawo do takiego traktowania, które nie uwłacza ich godności osobistej. Obok innych praw wszyscy ludzie mają prawo do pracy, mieszkania itd. Nie są to jednak prawa absolutne. Mogą zostać słusznie ograniczone ze względu na obiektywne nieuporządkowane zachowania zewnętrzne. Jest to nie tylko dopuszczalne, ale konieczne. Co więcej, zasada ta dotyczy nie tylko przypadków zachowań zawinionych, ale także działań osób chorych fizycznie lub umysłowo. Jest zatem przyjęte, że państwo może ograniczyć możliwość korzystania z pewnych praw, na przykład osobom cierpiącym na chorobę zakaźną lub umysłową, by chronić dobro wspólne” (tamże: n. 11-12).

    ***

    Niektórzy katolicy mogą jednak lekceważyć również „posoborowe” nauczanie katolickie powołując się na niektóre z wypowiedzi aktualnego papieża Franciszka, w których ten z aprobatą wypowiadał się nawet o instytucji związków cywilnych dla osób tej samej płci. Skoro więc, nawet związki partnerskie dla takich ludzi miałyby być akceptowane to logicznym wydawałoby się popieranie legalności publicznego promowania aktów sodomskich. Na ten argument trzeba odpowiedzieć, iż przywołane wypowiedzi Franciszka, choć były wyrażane publicznie, to nie należą do jego urzędowego, oficjalnego nauczania. Wszystkie one były wyrażane kanałami nieoficjalnymi (np. wywiadami dla mass mediów), a więc nie mają one rangi wiążącego sumienia katolików Magisterium. Nie byłbym też na 100 procent pewien, iż wspieranie w pewnych okolicznościach kulturowych i historycznych wprowadzenia instytucji związków partnerskich w sposób absolutny musi zakładać uniwersalny sprzeciw wobec kryminalizacji choćby i prywatnych aktów homoseksualnych wówczas, gdy roztropność by na to pozwała. Sam mogę się przyznać do tego, iż jako zwolennik takiej penalizacji, czasami rozważałem to, czy w sytuacji gdy aktów homoseksualnych nie dałoby się zakazać, lepsze dla takich osób nie byłoby wprowadzenie czegoś, co przynajmniej teoretycznie mogłoby ograniczać ich bardzo częstą oraz wybujałą rozwiązłość? Innymi słowy, czy wprowadzenie instytucji zakładającej jakąś wierność i stałość nie byłoby lepsze od przysłowiowego skakania z „kwiatka na kwiatek”? Oczywiście, nawet stała i wierna sobie relacja dwóch homoseksualistów czy lesbijek jest materią bardzo ciężkiego grzechu, jednak czymś jeszcze gorszym i sprawiającym wiele krzywd jest ciągłe zmienianie swych partnerów (bądź partnerek). Choć tego nie popieram, to rozumiałbym więc kogoś, kto w imię ograniczania rozwiązłości osób homoseksualnych wspierałby tworzenie dla nich stałych związków opartych na wierności. I jeszcze raz podkreślam, nie musiałoby się to w sposób konieczny wykluczać z tym, że ta sama osoba uznawałaby za moralnie uzasadnione karanie przez władze cywilne wszelkich aktów sodomskich wówczas, gdy okoliczności by na to pozwalały. Nie sądzę, by podobny styl rozumowania stał za wypowiedziami Franciszka na ów temat, nie mniej jednak wskazuję, że nie musi być absolutnej i niedającej się usunąć sprzeczności pomiędzy oboma wskazanymi wyżej postulatami.

    ***

    Kolejnym argumentem przeciw delegalizacji tzw. marszów równości może być powołanie się na tradycyjnie katolicką zasadą tolerowanie mniejszego zła. Czasami wszak nie tylko można, ale należy tolerować coś, czego zakazanie mogłoby przynieść gorsze skutki. Na przykład, w czasie wojny dowódca armii może tolerować fakt korzystania przez jego żołnierzy z usług prostytutek, jeśli poważnie obawia się, że w razie zakazu takiego zachowania, jego podwładni częściej gwałcili by kobiety i dziewczęta. Zgwałcenie jest większym złem niż skorzystanie z usług prostytutki, a więc w takich okolicznościach dowódca armii mógłby słusznie tolerować to drugie po to, by ograniczyć występowanie tego pierwszego. Zaznaczam, że mówię tutaj o tradycyjnie pojmowanej tolerancji, a nie czymś, co byłoby już formalną współpracą ze złem, a więc np. pochwalaniu, doradzaniu czy nakazywaniu żołnierzom czynienia aktów seksualnych z prostytutkami. To drugie byłoby oczywiście zawsze złe i moralnie zakazane. Co innego, tradycyjnie pojmowane tolerowanie mniejszego zła (czyli jego niekaranie), a co innego zachęcanie doń czy bezpośrednie współuczestniczenie w nim (co jest zawsze zabronione).

    Czy zatem należy we współczesnych czasach prawnie tolerować nawet publiczną propagandę aktów homoseksualnych z obawy, by próba jej zakazania nie dała jeszcze gorszych efektów (np. czynienia z aktywistów LGBT męczenników, dojście do władzy lewicy i liberałów)? Cóż, odpowiedź na to pytanie nie wydaje mi się łatwa, ale nawet gdyby była ona pozytywna, to uwarunkowana okolicznościami tymczasowa tolerancja dla takich niegodziwości nie powinna zakładać zaprzeczania z samej swej natury moralnemu prawu władz cywilnych do ich karania. Poza tym realistycznie na to patrząc, to nie istnieją duże szanse na delegalizację marszów równości, ale samo podnoszenie takiego postulatu może mieć swą pozytywną wartość. A to dlatego, że jego głoszenie w przestrzeni publicznej może przecierać w dalszej przyszłości szlaki do faktycznego spełnienia tym podobnych pomysłów. Poza tym doświadczenie wydaje się pokazywać, że im bardziej ustępuje się ruchom LGBT pola, tym bardziej się one agresywne w swych dążeniach i postulatach. Pokazanie im bardziej twardego sprzeciwu być może więc będzie opóźniać ich marsz przez instytucje, kulturę oraz prawo.

    ***

    Trafnym argumentem nie jest też wskazywanie na to, iż pijaństwo uderza bardziej w dobro rodziny i społeczeństwa niż sodomia. Owszem, można powiedzieć, że tak jest, choćby dlatego, że upijanie się stanowi przywarę u większej ilości ludzi niż czyny homoseksualne. Tyle że akurat na płaszczyźnie prawnej władze cywilne naszego kraju uczyniły wiele by zniechęcać ludzi do pijaństwa. Zakazane jest wszak np. sprzedawanie alkoholu osobom nietrzeźwym i nieletnim, reklamowanie trunków za pomocą pozytywnych skojarzeń z pijaństwem, a osoby mające duże problemy z upijaniem się mogą nawet być przymusowo skierowane na leczenie odwykowe. Zapewne istnieją poważne problemy z praktyczną realizacją tych dobrych praw, nie mniej jednak nie można powiedzieć, że rządzący nie robią nic, by chronić małoletnich, rodziny i społeczeństwo przed pijaństwem. Zakaz organizowania demonstracji wspierających LGBT byłby zatem analogiczny do wspomnianych przeze mnie ograniczeń prawnych tyczących się używania oraz promowania napojów alkoholowych. Zaznaczam, że moje powyższe przychylne odniesienia do zwalczania pijaństwa za pomocą prawa nie są w żadnym razie oznaką popierania przeze mnie prohibicji alkoholowej, którą to oceniam jako prawo przesadzone, a przez to nieodpowiednie.

    ***

    Nie jest wreszcie trafnym argumentem sugestia, jakoby karanie publicznego propagowania grzechów sodomskich było równoznaczne z obdarzeniem nienawiścią osób je czyniących. Wręcz przeciwnie, karanie nieprawości może być aktem miłości – tak do ich ofiar, do społeczeństwa, które ma być przed nimi chronione, jak i do samych sprawców, których w ten sposób chce się poprawić, a przynajmniej ograniczyć ich złe oddziaływanie na innych. Święty Tomasz z Akwinu omawiając przykazanie miłości bliźniego, tak o tym pisał:

    To nie jest grzech, kiedy według wymagań sprawiedliwości ogranicza się złych ludzi w ich działaniu. Ci, którzy to czynią, według Apostoła „z woli Boga pełnią swój urząd” (Rz 13, 6). I jest to wyrazem miłości, kara bowiem służy duchowemu dobru. Poza tym dobro społeczności jest cenniejsze niż dobro pojedynczego człowieka (Cytat za: Św. Tomasz z Akwinu, „Wykład pacierza”, Wydawnictwo „W drodze”, Poznań 2019, s. 195-196).

    ***

    Na sam koniec chciałbym zaznaczyć, że fakt popierania przeze mnie ustawy zakazującej „marszów równości” nie jest w mym wypadku równoznaczny ze wspieraniem wszystkich elementów otoczki temu towarzyszącej bądź ją poprzedzającej. Bardzo krytycznie odnoszę się np. do wypowiedzi pani Kai Godek (inicjatorki zbiórki podpisów pod rzeczonym projektem ustawy), w której twierdziła ona, że „geje chcą adoptować dzieci, by je gwałcić„. Nie ma dowodów na słuszność hipotezy, iż większość osób homoseksualnych molestuje adoptowane przez siebie dzieci, a tym bardziej nie ma przesłanek, by uznawać, iż większość takich ludzi czyni to w sposób intencjonalny. Tego rodzaju wypowiedzi należy więc uznać za obiektywnie oszczercze albo będące przynajmniej materią grzechu lekkomyślnego i pochopnego osądu swych bliźnich. O nikim nie należy mówić nieprawdy, choćbyśmy bardzo krytycznie odnosili się do pewnych złych działań danej osoby. Uważam też za co najmniej przesadzone i nieadekwatne analogie, jakie pomiędzy ruchem LGBT a nazistowską III Rzeszą snuł przy prezentowaniu projektu ustawy w Sejmie RP pan Krzysztof Kasprzak (najbliższy współpracownik Kai Godek). Należy jednak oddzielić ziarno od plew, a więc nie zawsze właściwe uzasadnienia od jako takiego słusznego postulatu prawnego zakazu organizowania pro-sodomskich manifestacji.

    Mirosław Salwowski

    Przeczytaj też:

    10 powodów dla których czyny homoseksualne powinny być prawnie zakazane i karalne

    O dobrej i złej „homofobii”

    Które grzechy powinni być karane przez państwo?

    Czy karanie homoseksualistów jest sprzeczne z szacunkiem i miłością do nich?

  4. Ogień piekielny jest rzeczywisty, a nie tylko metaforyczny

    Leave a Comment

    Pismo święte wielokrotnie i w jasnych słowach opisuje piekło jako miejsce i rzeczywistość, w których to będzie  „nieugaszony ogień„, (Mk 9, 47),  potępieni  będą wrzuceni  do „jeziora gorejącego siarką” (Ap 21, 8), „pójdą na wieczną mękę” (Mt 25, 46), gdzie  „będą cierpieć katusze we dnie i w nocy na wieki wieków„(Ap 20, 10), „Pan Wszechmocny ich ukarze w dzień sądu, ześle w ich ciało ogień i robactwo, i jęczeć będą z bólu na wieki” (Jdt 16, 17). Biblia mówi też, iż w piekle „robak nie umiera, a ogień nie gaśnie” (Mk 9, 47 – 48); „Pan Jezus (przyjdzie) z aniołami swojej potęgi w płomienistym ogniu, wymierzyć karę tym, którzy Boga nie uznają i nie są posłuszni Ewangelii Pana naszego Jezusa” (2 Tes 1, 7-8) zaś „plewy (czyli zatwardziali grzesznicy – przyp. moje MS) będą spaleni w ogniu nieugaszonym” (Łk 3, 17).

    Niczym więc dziwnym nie jest, że przez wiele wieków chrześcijanie rozumieli piekło, jako miejsce, „w którym grzesznicy smażą się w ogniu„.  Jak to zostało ujęte w jednym z popularnych podręczników nauki katolickiej:

    Kara zmysłów polega przede wszystkim na ogniu będącym fizyczną męką potępieńców (…) Chodzi tu zatem o prawdziwy, realny ogień, nie metaforyczny, podtrzymywany i podsycany mocą Bożą. Ten ogień działa na szatana i na dusze odłączone od ciała; po sądzie ostatecznym będzie dręczyć dusze i ciała” [1].

    Taka tradycyjna i dosłowna interpretacja piekła zaczęła się zmieniać w XIX wieku, kiedy to najpierw Adwentyści Dnia Siódmego, a później Świadkowie Jehowy zaczęli twierdzić, iż zadawanie wiecznych mąk choćby i zatwardziałym grzesznikom nie zgadza się z miłosiernym charakterem Boga, dlatego też coś takiego nie może być prawdą. Tego rodzaju myślenie w końcu zaczęło też być popularne i wśród katolików, którym co prawda nie wypadało wprost zanegować czegoś, co w końcu jest jednym z nieomylnie ogłoszonych dogmatów wiary katolickiej (a więc istnienia wiecznego piekła) jednak zaczęli oni – w imię swojego pojmowania miłosierdzia Boga – na różne sposoby łagodzić i osładzać pojmowanie natury wiecznego potępienia. Jedną zaś z metod owego „osładzania” piekła jest popularne twierdzenie, iż  jasne słowa Pisma świętego o „wiecznych ogniu” i tym podobnych karach dla złoczyńców nie mogą być odczytywane dosłownie i są tylko symbolami oraz metaforami innej, też przykrej, bolesnej i smutnej, ale nie odczuwalnej na płaszczyźnie zmysłowo-cielesnej rzeczywistości. Podkreśla się przy tym, że piekło będzie polegało na odłączeniu od Boga, a nie mękach, które będą odczuwane przez nasze zmysły i ciało (wówczas, gdy ono zmartwychwstanie).

    Co można odpowiedzieć na tego rodzaju twierdzenia i interpretacje? Cóż, patrząc na nie od strony tylko zdroworozsądkowej i racjonalnej, na ich przykładzie widać, jak podkreślanie pewnych prawdziwych elementów nauki o piekle (a więc prawdy o tym, że główną karą wiecznego potępienia będzie utrata Pana Boga na zawsze) połączone z lekceważeniem bądź negowaniem innych prawd na ten temat, praktycznie rzecz biorąc uspokaja i zwodzi tych, którzy swym życiem pędzą ku zatraceniu. Cóż bowiem oznacza powiedzenie jakiemuś wielkiemu grzesznikowi, któremu bardzo dobrze się powodzi na tym świecie: „Stracisz Boga na wieczność„? W wielu wypadkach jegomość taki odpowie: „To świetnie! Radzę sobie bez Boga na tym świecie doskonale: pełno mam kasy, samochodów i panienek. Kiedy pójdę do piekła, to bez Boga będę tam wiecznie imprezować ze swymi kumplami„. I nie ma co się łudzić, że ogrom ludzi tak myślących w końcu przejmie się pustką i bezsensem kryjącym się za takim wartościowaniem swego ziemskiego życia. Realistycznie rzecz ujmując, trzeba bowiem powiedzieć, iż różne doczesne uciechy mogą dość mocno zagłuszyć wyrzuty sumienia oraz tęsknotę za życiem pełnym głębszego sensu objawiającym się choćby „w szukaniu wpierw Królestwa Bożego i Jego sprawiedliwości„.

    Ważniejsze jest jednak to, iż interpretacja zaprzeczająca realności ognia piekielnego i związanych z nim odczuwalnych na płaszczyźnie zmysłowej cierpień potępionych, a zawężająca te prawdy tylko do jakiejś symbolu i metafory cierpienia o charakterze duchowym jest po prostu niezgodna z odwiecznym nauczaniem Kościoła.

    Przykładowo, Katechizm św. Piusa V w następujących słowa naucza o charakterze mąk piekielnych:

    Będą i drugie męki cierpieć, że na wieki w ogniu będą goreć. A to zowią Teologowie <Paenam sensus> ( to określenie oznacza „kary zmysłowe” – przyp. moje MS). Bo, gdy kogo biją, czuje na ciele i na duszy swojej, tak gdy ludzi potępionych w piekle ogień będzie palił, czuć będą nie tylko na ciele, ale i na duszy swojej męki ogromne, a to bez pociechy i bez końca” [2].

    Ów Katechizm omawiając prawdę o zmartwychwstaniu ciała stwierdza też, iż potępieńcy:

    wszystkie spełna członki mieć będą, nie ku dobremu ich, ale ku większemu utrapieniu, iż w każdym członku będą boleść i wielką mękę cierpieć” [3].

    Z powyższych słów wynika jasno, że potępieni będą cierpień nie tylko w sensie duchowym, ale również w znaczeniu cielesnym i zmysłowym, i że jednym ze środków kary będzie ogień zadający mękę ciału oraz zmysłom osób potępionych.

    W innych dokumentach kościelnych czytamy zaś, iż „po zmartwychwstaniu ciał, człowiek w całej pełni swej natury, to znaczy z duszą i w ciele będzie wiecznie szczęśliwy albo będzie wiecznie cierpiał” (Katechizm św. Piusa X) [4]; „Kościół wierzy (…), że kara wieczna czeka grzesznika, który będzie pozbawiony Boga; wierzy również, że ta kara obejmie całe <jestestwo> grzesznika” (Kongregacja Nauki Wiary, „List do biskupów o niektórych zagadnieniach dotyczących eschatologii” z dnia 17 maja 1979 roku, n. 7) [5].

    W przytoczonym powyżej liście Kongregacji Nauki Wiary z dnia 17 maja 1979 roku stwierdzono też, że:

    Obrazy użyte w Piśmie Świętym należy jednak uszanować. Trzeba koniecznie przyjąć ich głęboki sens, unikając ryzyka nadmiernego złagodzenia, które często jest równoznaczne z pozbawieniem istotnych treści, wyrażanych przez te obrazy„[6].

    Wreszcie zaś urząd Świętej Penitencjarni decyzją z dnia 30 kwietnia 1899 roku orzekł, że nie można dać rozgrzeszenia penitentowi, który będąc pouczony, uparcie utrzymywałby, że ogień piekielny nie jest ogniem realnym, lecz metaforycznym [7].

    Nie ma się zatem co łudzić, obraz piekła, jako miejsca/stanu, w którym grzesznicy „smażą się w ogniu„, mimo swych pewnych uproszczeń, z pewnością jest zdecydowanie bliższy Prawdzie, aniżeli ogólnikowa i niejasna wizja, w której jedyną karą potępionych jest „utrata Boga„.

    Mirosław Salwowski

    Przypisy:

    1. Patrz: „Wykład nauki chrześcijańskiej. Dogmatyka”, Bracia szkół chrześcijańskich, Poznań 1960, s. 417 – 418.

    2. Cytat za: „Katechizm rzymski z wyroku św. Soboru Trydenckiego ułożony, z rozkazu Piusa V. Papieża wydany, i od Klemensa XIII szczególniej zalecony. Tom I”, Warszawa 1827, s. 83-84.

    3. Cytat za: „Katechizm rzymski”, jw., s. 125.

    4. Cytat za: „Katechizm św. Piusa X. Vademecum katolika”, Sandomierz 2006, s. 64.

    5. Cytat za: „W trosce o pełnię wiary. Dokumenty Kongregacji Nauki Wiary 1966 – 1994”, Tarnów 1995, s. 131.

    6. Cytat za: „W trosce o pełnię wiary”, jw., s. 131.

    7. Cytat za: „Wykład nauki chrześcijańskiej. Dogmatyka”, jw., s. 418.

  5. Pięć powodów dla których kłamstwa o św. Mikołaju są grzeszne

    Leave a Comment

    Rodzice zwykle nie mówią swym dzieciom, iż takie postaci jak Batman czy Superman istnieją naprawdę. I dobrze, wszak byłoby to kłamstwem. Jednak wielu ojców i wiele matek mówi swym pociechom, że w dniu 6 i/lub 24 grudnia każdego roku konkretny człowiek zwący się św. Mikołajem naprawdę roznosi grzecznym dzieciom prezenty. W naszej kulturze przyzwyczailiśmy się do traktowania tych opowiastek jako „niewinnych kłamstewek”, które nikomu nie szkodzą, a co więcej umilają czas dzieciństwa, czyniąc je bardziej „magicznym” oraz ekscytującym. A może by tak jednak po prostu uznać, że kłamanie dzieciom na ten temat jest, obiektywnie rzecz biorąc, grzeszne oraz niemiłe Bogu, a w związku z tym po prostu nie powinno się tego robić? Poniżej przedstawię pięć powodów, dla których właśnie w ten sposób należy ocenić zwyczaj opowiadania dzieciom zmyślonych informacji o św. Mikołaju, który rokrocznie roznosi prezenty.

    Powód nr 1: Każde kłamstwo jest grzechem.

    Owszem nie każde kłamstwo jest materią grzechu ciężkiego. Nie każde kłamanie grozi więc nam wiecznym ogniem piekielnym. Kłamstwa, które nie mają charakteru egoistycznego i nie przynoszą innym ludziom wielkiej szkody, są materią grzechu powszedniego. Nie zmienia to jednak zasady, iż wszystkie kłamstwa są, tak czy inaczej, niemiłe Panu Bogu. Tak naucza Kościół co najmniej od V wieku, czyli czasu, gdy przeciwko teorii dopuszczającej tzw. kłamstwo użyteczne, czyli mające chronić naszych bliźnich, opowiedział się św. Augustyn z Hippony. Od tego czasu uczą tak papieże, katechizmy, święci, biskupi i prawie wszyscy teologowie katoliccy. Nie jest to więc jedna z opinii teologicznych, które można przyjmować lub odrzucać, ale jest to powszechne, wielowiekowe nauczanie Kościoła, któremu przysługuje w związku z tym dar nieomylności. Owszem, i pomiędzy V a XXI wiekiem teologowie katoliccy nie zgadzali się ze sobą co do pewnych szczegółów tego, w jaki sposób należy definiować kłamstwo, jednak sama zasada, iż nie wolno nigdy kłamać, nie była kwestionowana przez ogromną większość z nich.

    Powód nr 2: Istnieje wielka różnica pomiędzy kłamstwem ratującym życie, a kłamstwami z okazji „Mikołajek”.

    Nawet jeśli ktoś upiera się przy błędnym twierdzeniu, iż moralnie dozwolone jest kłamanie w ekstremalnych okolicznościach (np. po to by uratować komuś życie), to rzeczą niepoważną jest przechodzenie od usprawiedliwiania wskazanych wyżej rodzajów kłamstw do obrony kłamstw w sprawie św. Mikołaja roznoszącego prezenty. Zdrowy rozsądek mówi nam wszak, iż istnieje wielka różnica pomiędzy obiema sytuacjami. W pierwszym przypadku chodzi bowiem o ratowanie ludzkiego życia, w drugim zaś o dodanie dzieciństwu większej porcji emocjonalnego uroku. Tymczasem, te chwile ekscytacji związane z oczekiwaniem na prezenty od „św. Mikołaja” mogą być w łatwy sposób zastąpione przez inne pozytywne, a nie budzące wątpliwości moralnych, rzeczy. Na przykład, dziecko, które nigdy z jednej strony nie było karmione opowieściami o prezentach roznoszonych przez Mikołaja, a z drugiej strony ani razu nie widziało swego ojca pijanym, prawdopodobnie odniesie z tego o wiele większy pożytek niż dziecko, które rokrocznie oczekiwało na św. Mikołaja z workiem pełnych prezentów, ale za to widywało swego rodzica w stanie nietrzeźwym.


    Powód nr 3: Opowieści o Mikołaju nie są „zastrzeżeniem domyślnym”.

    To prawda, że część teologów katolickich uznaje, iż nie jest kłamstwem tzw. zastrzeżenie domyślne, a więc mówienie rzeczy nieprawdziwych w sytuacji, gdy odbiorca takiej informacji może się łatwo domyślić, że nie jest wówczas przekazywana prawda. W wypadku opowieści o św. Mikołaju nie mamy jednak do czynienia z taką sytuacją. Dzieci są bowiem z natury bardziej ufne oraz niedoświadczone życiowo, w związku z czym łatwiej jest je wprowadzić w błąd niż osoby dorosłe. Poza tym, w wielu wypadkach opowieściom o Mikołaju roznoszącym prezenty towarzyszą różne dodatkowe elementy, które mają na celu, by dzieci jeszcze bardziej były utwierdzone w tym błędnym przekonaniu.

    Powód nr 4: Mikołajki uczą dzieci kłamać.

    Wielu ludzi mówi, iż kłamstwa o św. Mikołaju z workiem pełnym prezentów nie są niczym złym, gdyż miło wspominają je ze swego dzieciństwa. Jednak, czy same miłe wspomnienia są dowodem moralnej dobroci i godziwości danego zdarzenia? Czy np. jeśli dwie lesbijki ze wzruszeniem wspominają swój cywilny ślub (kwiaty, patrzenie sobie w oczy, przyrzekanie sobie wzajemnej miłości, łzy wzruszenia w oczach znajomych), to oznacza, że na pewno było to coś dobrego? Oczywiście nie stawiam w tym miejscu znaku równości pomiędzy sodomickim ślubem a okłamywaniem dzieci z okazji Mikołajek. Sodomia jest bowiem czymś o wiele gorszym niż takie kłamstwa. Chodzi mi jednak o to, że same miłe wspomnienia nie są jeszcze wystarczającym argumentem na rzecz godziwości danego zachowania. My ludzie widzimy bowiem tylko cząstkę danej rzeczywistości, a Bóg postrzega ją w całej jej pełni. Jeśli więc Bóg czegoś zakazuje (jak np. kłamstwa) to, mimo iż możemy nie widzieć wielu z negatywnych efektów takiej zabronionej aktywności, to powinniśmy ufać wszechwiedzącemu Stwórcy, że jest ona naprawdę zła.

    Nie trzeba jednak szukać daleko, by wskazać na pewne szkodliwe skutki mikołajkowych kłamstw. Na przykład, niektóre z dzieci wyrastając z wiary w Mikołaja roznoszącego prezenty nabierają też sceptycyzmu co do samej religii jako takiej. Ich rozumowanie jest tu wszak proste: jeśli rodzice mogli mnie okłamywać w sprawie mającej pewien związek z religią (postać św. Mikołaja oraz związane z tym Boże Narodzenie) to mogli mnie też okłamać w innych sprawach tyczących się religii (boskość Chrystusa, wiarygodność Biblii, etc.). Ponadto, zwyczaj mikołajkowych kłamstw może w łatwy sposób przyczyniać się do usprawiedliwiania innych „drobnych kłamstewek”. Nie trzeba zaś chyba specjalnie wskazywać na to, iż kłamanie i oszukiwanie swych bliźnich jest niestety mocno rozpowszechnionym zachowaniem w naszej kulturze. Być może kłamstwa o św. Mikołaju roznoszącym prezenty, są jednym z elementów, które później budują w nas tendencję do coraz częstszego posługiwania się kłamstwem oraz oszustwem w swym życiu.

    Powód nr 5: Nie okazuje się szacunku Świętym Pańskim poprzez kłamstwo.

    Gdzie znajduje się teraz św. Mikołaj? Jego dusza przebywa aktualnie w Niebie, gdzie cieszy się uszczęśliwiającym widzeniem Boga oraz wychwala na wieki Pana naszego i Zbawcę Jezusa Chrystusa. On lepiej niż my żyjący jeszcze na tej Ziemi zna zło i obrzydliwość kłamstwa, dlatego jest absurdem sądzić, że przez okłamywanie dzieci możemy okazywać mu prawdziwy szacunek. Owszem, św. Mikołaj był znany ze swej dobroczynności oraz hojności, dlatego właściwym jest naśladować go np. poprzez obdarowywanie podarunkami naszych bliźnich, ale nie należy dołączać do tego kłamstwa. Świętych Pańskich należy szanować poprzez naśladowanie wzoru, jaki dali swym życiem, a przecież jedną z charakterystycznych ich cech była nienawiść do nawet relatywnie małych grzechów.

    Wniosek

    Z tych wszystkich powodów unikając z jednej strony wyolbrzymiania i nadmiernej demonizacji mikołajkowych kłamstw, ale także dostrzegając wagę zła wszystkich choćby i najmniejszych grzechów, nie należy usprawiedliwiać omawianego w tym artykule zwyczaju. Kłamstwo to kłamstwo drodzy rodzice. Nie pójdziecie oczywiście do piekła z tego powodu, iż powiecie swym dzieciom, że Mikołaj przyniósł im prezenty. Nie mniej jednak i tak nie będzie się to podobać Bogu. Po prostu Mu zaufajcie i przestańcie okłamywać swe dzieci.

    Mirosław Salwowski

  6. Czy nauka Piusa XI o prawnej karalności cudzołóstwa jest wciąż obowiązująca?

    Leave a Comment

    Jak wiemy sprawujący swój pontyfikat w latach 1922 – 1939 papież Pius XI w wydanej przez siebie encyklice „Casti connubii” w sposób jasny i zdecydowany nauczał, iż władze cywilne powinny zakazywać oraz karać występek niewierności małżeńskiej. W dokumencie tym pisał wszak:

    Lecz, Czcigodni Bracia, w interesie państwa leży zabezpieczenie nie tylko materialnych warunków bytu rodziny i małżeństwa, ale także i tych, które się określa mianem dóbr duchowych: ustanowić mianowicie należy słuszne prawa i wiernie ich przestrzegać, aby stale chroniły  czystą wierność  oraz wzajemne wspieranie się małżonków” (podkreślenie moje – MS).

    W tej samej encyklice Pius XI do rzędu „hańbiących i podłych pomysłów„, które „szlachetne poczucie, jakie cechuje wstydliwe małżeństwo, a nawet sam zdrowy pęd natury (…)odrzuca z pogardą i potępia” zaliczył między innymi pogląd tych, którzy:

    chcą, aby uznać za nijakie lub znieść wszelkie ustawy karne, jakie państwo wydało dla zachowania wierności małżeńskiej„.

    Powyższe wypowiedzi Piusa XI należą oczywiście przynajmniej do tzw. autentycznego oraz zwyczajnego nauczania Kościoła, gdyż mają one charakter tak urzędowy, jak i publiczny (to znaczy zostały ujęte w encyklice papieskiej) oraz tyczą się moralności (czyli dokładniej rzecz ujmując moralnych powinności osób sprawujących rządy). Dodatkowo, stwierdzenia tego papieża miały charakter zdecydowany i stanowczy, nie mieszcząc się w kategorii jakichś luźnych spekulacji czy hipotetycznych rozważań. Poza tym – co jeszcze raz podkreślam – były to wypowiedzi na temat moralności (czyli tego jak należy postępować), a nie historii (np. w którym roku wybuchła II wojna światowa albo ile było ofiar Holocaustu) lub socjologii (np. stwierdzenia odnośnie do tego, który naród w historii był bardziej religijny).

    Normalnym zatem wnioskiem, jaki katolicy winni wyciągnąć z powyższego, wydaje się konstatacja, że choć co prawda wskazane wyżej nauczanie Piusa XI nie należy do orzeczeń o charakterze dogmatycznym (czyli samych w sobie nieomylnych), to jednak jako część autentycznego i zwyczajnego nauczania Kościoła powinno być przyjmowany przez katolików z posłuszeństwem serca oraz rozumu. Nie wszyscy jednak katolicy tak rozumują, czego przykładem jest choćby internetowa rozmowa, jaką w ostatnich dniach odbyłem na profilu jednego z katolickich duchownych. Ksiądz ów w dyskusji ze mną utrzymywał, iż skoro „aktualna” (w znaczeniu „soborowa” oraz „posoborowa”) doktryna Kościoła nie powtarza już nauczania Piusa XI o potrzebie prawnej karalności cudzołóstwa, to oznacza właśnie, że rzeczone nauczanie już katolików nie obowiązuje. Czy należy więc zgodzić się z tym rozumowaniem?

    Milczenie nie zawsze oznacza negację

    Zacznijmy od tego, iż owszem (poza jednym wyjątkiem o którym więcej poniżej) „soborowe” (czyli Vaticanum II) oraz „posoborowe” Magisterium Kościoła nie powtarza nauczania Piusa XI na temat potrzeby prawnej karalności cudzołóstwa, to jednak nie formułuje też ono tezy przeciwnej do tejże doktryny. Innymi słowy, aktualne Magisterium Kościoła po prostu nie wypowiada się na temat tego, czy cudzołóstwo powinno być prawnie karalne, ale nie mówi też czegoś przeciwnego temu, co na ów temat uczył Pius XI. Nie ma więc we współczesnym oficjalnym nauczaniu Kościoła ani postulatu: „Niewierność małżeńska powinna być przez władze cywilne karalna” ani także tezy przeciwnej, czyli :”Niewierność małżeńska nie powinna być przez władze cywilne karalna„. Nawet więc, gdyby uznać, że istotnie nauczanie Piusa XI już nie obowiązuje katolików, to z całą pewnością nie można by przejść od tego do konstatacji, że w takim razie ci katolicy, którzy współcześnie popierają prawną karalność cudzołóstwa polemizują, albo okazują w ten sposób jakieś nieposłuszeństwo aktualnemu Magisterium Kościoła. W takim bowiem wypadku milczenie nauczania Kościoła na ów temat oznaczałoby po prostu, iż katolicy mają swobodę opinii na temat tego, czy władze cywilne powinny, czy nie powinny karać występek niewierności małżeńskiej.

    Przejdźmy jednak do najbardziej istotnego wątku tego artykułu. Spróbujmy bowiem odpowiedzieć na pytanie, czy fakt prawie całkowitego milczenia soborowego i posoborowego Magisterium Kościoła w kwestii prawnej karalności cudzołóstwa oznacza, iż wcześniejsze nauczanie Piusa XI na ten temat już katolików nie obowiązuje? Otóż mam spore wątpliwości, czy aby na pewno można wysunąć taką tezę.

    Po pierwsze bowiem: można by zapytać, przez ile lat Kościół nie powinien wypowiadać się na dany temat, by uznać, że dawniejsze nauczanie już nie jest dla katolików wiążące? Czy to ma być 10, 20, 50, a może 100 lub 200 lat? Czy jeśliby np. przez ostatnich 15 lat nie wyszedł z Watykanu żaden dokument podtrzymujący tradycyjne nauczanie o tym, iż prawo państwowe winno zakazywać i karać zbrodnię aborcji oznaczałoby to w takim razie, że katolicy mogą już popierać prawną legalizację zabijania nienarodzonych dzieci? A co w przypadku, jeśliby takie urzędowe milczenie Kościoła na ów temat trwało nie 15, ale dajmy na to 50 albo i 100 lat?

    Między innymi z tego powodu, uważam za bezpieczniejsze przyjmowanie założenia, że jeśli nawet samo w sobie nie-nieomylne nauczanie Kościoła nie jest powtarzane przez jakiś czas, ale jednocześnie aktualne Magisterium nie przeszło do głoszenia jakiejś przeciwnej temu wcześniejszemu nauczaniu tezy, to należy zakładać, że takie wcześniejsze nauczanie nadal jest obowiązujące. Oczywiście, zastrzegam, iż powyższe rozważania dotyczą możliwości zaprzeczenia tylko tzw. autentycznemu zwyczajnemu Magisterium, które samo w sobie nie jest nieomylne. Nie tyczą się jednak one ani uroczystego ani tzw. powszechnego (a nie tylko autentycznego) i zwyczajnego nauczania Kościoła, któremu to nauczaniu nie ma prawa zaprzeczać żaden papież ani sobór. Te dwa rodzaje nauczania katolickiego cieszą się bowiem wolnością od błędu i omyłki, a następni papieże lub sobory mogą je tylko precyzować i rozwijać, jeśli chodzi o rozumienie różnych szczegółów w nim zawartych. Przykładowo, żaden papież nie mógłby w prawowity sposób zobowiązać katolików w sumieniu do przyjęcia twierdzenia, iż picie alkoholu nawet czynione w bardzo ostrożny i umiarkowany sposób jest zawsze moralnie niedopuszczalne, gdyż przeczyłoby to powszechnemu i zwyczajnemu nauczaniu Kościoła na ten temat. Wyobrażam sobie jednak sytuację polegającą jednak na tym, że któryś z następnych papieży stwierdziłby, iż, dajmy na to, konkretnie wódka jako napój alkoholowy jest zbyt mocno upajająca i w związku z tym jej spożywanie jest zawsze moralnie niedozwolone. Nie odebrałbym też jako przeczenia tradycyjnemu nauczaniu na temat dopuszczalności umiarkowanego picia alkoholu, gdyby ten lub inny Biskup Rzymu w odniesieniu do konkretnego narodu, w którym bardzo silne byłyby tradycje pijaństwa i nadużywania trunków wzywał całą tamtejszą społeczność do całkowitego wyrzeczenia się spożywania napojów alkoholowych.

    Po drugie: jeśli przyjmiemy założenie, że milczenie tego czy innego aktualnego dokumentu kościelnego na dany temat oznacza, iż wcześniejsze nauczanie już nie obowiązuje, to możemy dojść czasami do bardzo dziwnych wniosków. Przykładowo, Katechizm Kościoła Katolickiego z 1992 roku słusznie potępiając grzech obmowy (tamże, n. 2477 i 2479) nie powtarza przy tym tradycyjnego nauczania moralistów katolickich o tym, jak powinien się zachować człowiek, który słyszy obmowę (czyli, że winien wówczas albo polecić obmówcy zamilknięcie, albo też wyrazić swe niezadowolenie z tego tytułu w inny sposób). Czy to jednak oznacza, że to nauczanie katolickie nie jest już obowiązujące?

    Owszem, różne dokumenty kościelne mogą w miarę dokładny sposób przedstawiać wykładnię Magisterium na wiele tematów, ale to nie znaczy, że czynią to one w sposób absolutny. Innymi słowy, nie można oczekiwać od dokumentów Magisterium – choćby i miały one kilkaset stron – iż przedstawią dokładnie całą naukę Kościoła na absolutnie każdy temat. To jest zupełnie nierealistyczne i niepraktyczne podejście do tematu.

    Po trzecie: tak naprawdę nie jestem pewien, czy w „soborowym” i „posoborowym” Magisterium Kościoła w żadnym miejscu nie powtarza się nauczania Piusa XI na temat potrzeby prawnej karalności niewierności małżeńskiej. O ile bowiem np. Katechizm Kościoła Katolickiego z 1992 roku odnosząc się do obowiązków władz cywilnych w sferze moralności seksualnej, wspomina jedynie o tym, że takowe winny zabraniać produkcji i rozpowszechniania pornografii (patrz: n. 2354), o tyle już ogłoszone przez Benedykta XVI w 2005 roku Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego wydaje się tę kwestię traktować szerzej w punkcie numer 494, nauczając co następuje:

    Władze cywilne, ponieważ są zobowiązane szanować godność osoby ludzkiej, powinny stwarzać środowisko przyjazne dla czystości, zakazując także stosownymi prawami, rozprzestrzeniania się wyżej wspomnianych ciężkich wykroczeń przeciwko czystości, aby chronić przede wszystkim małoletnich i bardziej słabych” (podkreślenie moje – MS).

    Ów zapis jest zaś nawiązaniem do punktu 492, gdzie do ciężkich wykroczeń przeciwko cnocie czystości zostało zaliczone między innymi cudzołóstwo, czyli niewierność małżeńska.

    Oczywiście, nie chcę przez powyższe powiedzieć, że w takim razie papież Benedykt XVI w sposób jasny i jednoznaczny powtórzył w ten sposób nauczanie Piusa XI. Ciągle bowiem można zastanawiać się, co przez „rozprzestrzenianie ciężkich wykroczeń przeciw czystości” należy tu rozumieć? Czy wystarczy już tu tylko w prywatnym zaciszu namawiać kogoś do cudzołóstwa (wszak i w ten sposób ów występek się rozprzestrzenia)? Czy może chodzi o działania o bardziej zorganizowanym charakterze (np. działalność portali randkowych ułatwiających niewierność małżeńską lub też upowszechnianie pism, filmów i innego rodzaju wydawnictw usprawiedliwiających cudzołożenie)? Tak czy inaczej, stwierdzenie Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego na ten temat jest jednak w pewien sposób bliższe nauczaniu Piusa XI, osłabiając tezę, jakoby aktualne Magisterium Kościoła już w żaden, ale to żaden sposób nie wypowiadało się w tej kwestii.

    Podsumowanie

    Biorąc więc pod uwagę wszystkie powyższe rozważania, uważam za bardzo wątpliwą tezę, jakoby domniemany brak powtórzenia przez aktualne Magisterium Kościoła nauczania papieża Piusa XI o tym, że niewierność małżeńska powinna być prawnie karalna, oznaczał, że w takim razie owa doktryna przestała być częścią obowiązującego katolików w sumieniu nauczania. A już jako skrajnie niesprawiedliwe oceniam sugestie, jakoby podtrzymywanie słuszności tego postulatu było wyrazem polemiki czy nieposłuszeństwa wobec „soborowego” i „posoborowego” nauczania Kościoła.

    Mirosław Salwowski

  7. Św. Cezary z Arles: „Zło pijaństwa jest bardzo wielkie i Bogu obrzydłe”

    Leave a Comment

    Bracia najdrożsi! Chociaż z miłosierdzia Chrystusa ufam, że boicie się zła pijaństwa jak otchłani piekielnej i nie tylko sami nie chcecie się więcej upijać, ale i innych nie namawiacie, ani nie zmuszacie, by przyjmowali więcej niż wypada, to to jednak, ponieważ nie można postąpić inaczej, skoro są niektórzy zaniedbujący to, którzy nie chcą być trzeźwi, dlatego wy, którzy zawsze urządzacie trzeźwe przyjęcia, nie bierzcie tego do siebie, ponieważ na biskupach ciąży obowiązek karcenia pijaków.

    Zło pijaństwa, bracia najdrożsi, jest zbyt ciężkie a Bogu obrzydłe i tak po całym świecie się rozszerzyło i u tak wielu weszło w zwyczaj, że przez tych co nie chcą uznać Bożych przykazań już nie jest uważane za grzech i do tego stopnia, że na ucztach swoich wyśmiewają tych, co mniej mogą pić i mocą wrogiej przyjaźni nie wstydzą się zaklinać ludzi, aby pili więcej niż wypada. Ten mniejsze zło popełnia, kto drugiego mieczem rani, niż ten, kto zmusza drugiego, aby pił więcej niż uchodzi, ponieważ przez opilstwo zabija jego duszę. 

    A ponieważ nasze ciała są ziemskie, więc podobnie jak deszcz obfitszy i dłuższy, niż go potrzeba, tak ziemię nawadnia i w błoto zamienia, że na niej żadna uprawa nie jest możliwa, tak i nasze ciało przez pijaństwo  nie może przyjąć duchowej kultury, ani nie może wydać spodziewanych owoców potrzebnych dla duszy. A więc, jak  wszyscy ludzie z upragnieniem wyglądają potrzebnego i wystarczającego deszczu dla swoich pól, aby modli je pielęgnować i cieszyć się z obfitości plonów rolnych, tak i na roli naszego ciała tylko tyle powinni ludzie pić, ile wypada, aby przez zbyt obfite picie ta rola ciała nie zamieniła się jakby w bagnisko, i raczej robaki i węże wad mogła rodzić, niż wydawać owoce dobrych uczynków. Wszyscy pijacy wyglądają jak jakieś bagna. Co bowiem rodzi się na bagnach, to dobrze kochanie wiecie. Wszystko co się tam rodzi, jak wiemy, żadnego pożytecznego owocu nie przynosi. Rodzą się tam węże i pijawki, rodzą się żaby i różnego rodzaje robaków, które raczej wstręt budzić mogą niż przynosić coś nadającego się do spożycia. Nawet drzewa i zioła, które na bagnach rosną albo nad jego brzegami zwykły wyrastać, żadnego pożytku nie przynoszą prócz tego tylko, że corocznie się je spala na ogniskach. Patrzcie! Co z pijaństwa się rodzi, to na ogień jest przeznaczone. 

     Tacy są, jak już powiedziałem, wszyscy pijacy, których obiady przeciągają się aż w późną noc, których wieczerze oglądają ranne słońce, którzy stać nie potrafią nawet, gdy wydaje się że poszczą, których zmysły są otępiałe, ociężałe i w jakimś sensie już obumarłe. Wreszcie często w upojeniu nawet samych siebie nie poznają, ani innych, nie mogą ani chodzić, ani stać, ani nie są w stanie niczego rozsądnego powiedzieć ani usłyszeć. Często nawet, aż do wymiotów nie wstydzą się upijać i piją bez miary. Przynosi się im coraz większe kubki. Rywalizacja jest bez wątpienia prawem picia. Kto w piciu potrafi innych pokonać, ten otrzymuje pochwałę w grzechu. Stąd rodzą się kłótnie i spory, później kończyny wiją się skręcają w różnych i strasznych tańcach, dalej popełnia się cudzołóstwa a nieraz zabójstwa. Ilekroć piją za dużo, jakby paraliżem tknięci, nie mogą chodzić o własnych nogach, pozwalają się wnosić na rękach w upokarzający sposób do łóżek. W ich oczach ciemność, w głowie szał i okropny ból, a na twarzy wypieki, wszystkie członki drżą, a w duszy i umyśle otępienie. (…).

     

    Bracia najdrożsi! Ludzie dlatego się upijają z taką łatwością, bo uważają, że pijaństwo jest małym grzechem, albo w ogóle nim nie jest. Ale za tę niewiedzę najbardziej kapłani zdadzą sprawę w dzień sądu, jeżeli zaniedbują głoszenia kazań powierzonemu sobie ludowi o tym, jakie i jak wielkie jest zło wypływające z pijaństwa. Kto więc uważa, że pijaństwo jest małym grzechem, jeżeli się nie poprawi i nie będzie czynił pokuty za swe pijaństwo, nie minie go wieczna kara. Dręczyć go będzie kara bez ulgi razem z cudzołożnikami i zabójcami, zgodnie z tym, co dobrze wiecie, jak Apostoł głosił: << Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani lubieżnicy, ani mężczyźni współżyjący ze sobą, ani chciwcy, ani cudzołożnicy, ani  pijacy nie odziedziczą Królestwa Bożego>> ( 1 Koryntian 6: 9 – 10). Patrzcie, że pijaków zrównał Apostoł z rozpustnikami, bałwochwalcami, homoseksualistami i cudzołożnikami. Powiedział również: << Nie upijajcie się winem, bo to jest przyczyną rozwiązłości >> (Efezjan 5: 18). Dlatego też niech  każdy  sobie określi i rozważy, czy pijaństwo jest grzechem ciężkim, a wówczas pijaństwo, nigdy nie będzie mogło go pokonać albo z trudnością (…).

    Pijaństwo, jak studnia prowadząca do piekła, wszystkich gubi, jeżeli nie następuje godna pokuta, a po niej poprawa, tak mocno ich trzyma w sobie, że nie pozwala im zupełnie wydostać się z ciemności studni piekielnej na światło czystości i trzeźwości„.

    Cytat za: Św. Cezary z Arles, “Kazania do ludu (1-80)”, Kraków 2011, ss. 269 – 270; 272 – 273; 277.

     

  8. Piekielna herezja ks. Szustaka

    Leave a Comment

    Ojciec Adam Szustak jest jednym z najbardziej popularnych księży katolickich w Polsce. Zdecydowana większość jego wypowiedzi wydaje się słuszna i budująca, jednak od czasu do czasu zdarza mu się rzec coś skandalicznego, głupiego czy wręcz heretyckiego.

    Wcześniej pisałem już o tym, jak tenże ksiądz chwalił bluźniercze filmiki youtubowego kanału G.F. Darwin czy też sugerował, iż tragicznie zmarły prezydent Gdańska Paweł Adamowicz jest już na pewno w Niebie (mimo że ten popierał sodomię oraz legalność aborcji). Powyższe wypowiedzi ojca Szustaka można by jednak zaliczyć do głupich i skandalicznych, ale jeszcze nie samych w sobie heretyckich. Zakonnik ten ma jednak na swym koncie również stwierdzenia o charakterze jawnie heretyckim. Chodzi mianowicie o wyrażaną przez niego bardzo mocną nadzieję powszechnego zbawienia, czyli przekonanie o tym, iż absolutnie wszyscy ludzie dostąpią wiecznego szczęścia z Bogiem i że nikt nie trafi do piekła. Myśl ta została przez o. Szustaka niezwykle jasno wyartykułowana w umieszczonym na kanale „YouTube” filmiku pt. „Czy wszyscy będą ZBAWIENI?”. Ksiądz mówi w tym filmowym materiale między innymi następujące rzeczy:

    Głęboko wierzę i mam taką nadzieję, że absolutnie wszyscy będą zbawieni. Wszyscy. Absolutnie wszyscy. W momencie śmierci będzie sąd i zobaczymy całą prawdę o Bogu, dobru i złu. Nie będzie oszustw i zakłamań. Zobaczymy jaki jest Bóg. I Bóg nas zapyta:

    – Teraz kiedy widzisz całą prawdę – czy chcesz być ze mną na wieki czy trafić do piekła? Jeśli człowiek zapragnie być w niebie, to Bóg wpuści go. Może przez czyściec. Ale kiedy człowiek zobaczy Boga, to Mu się nie oprze. To nie będzie branie siłą. Nikt nie wpadnie na pomysł, by Mu się oprzeć i Go wybierze„.

    Ojciec Adam chociaż zastrzega, iż powyższa jego opinia ma charakter prywatny, jednocześnie de facto w pewien sposób ją dogmatyzuje, gdyż w ścisłym nawiązaniu do tegoż swego poglądu stwierdza też:

    „Jeśli chrześcijanin nie ma takiej nadziej, to jest to du**a, a nie chrześcijanin. Jeśli ktoś nie pragnie tego, nie marzy, nie działa by tak się stało – to żaden z niego chrześcijanin” (wykropkowanie wulgaryzmu moje – MS).

    Choć podobne – jak czyni to ks. Szustak – stawianie sprawy, a więc: „Piekło jest, ale dobrze jest mieć nadzieję, iż nikt do niego nie trafia” nie stanowi niczego niezwykłego wśród współczesnych katolików, trzeba jasno to sobie powiedzieć, iż taki pogląd jest heretycki.

    Po pierwsze bowiem: choć – z pewnymi wyjątkami (o których poniżej) – owszem nie wiemy, które konkretne osoby spędzą wieczność w piekle, to jednak możemy być pewni, iż część ludzi tam trafi. Innymi słowy, nie znamy „z imienia i nazwiska” osób, które są, lub będą w piekle, ale wiemy, że niektórzy ludzie będą wiecznie potępieni. Mówi nam o tym Pan nasz Jezus Chrystus, gdy naucza o Sądzie Ostatecznym, w czasie którego ludzkość zostanie podzielona na dwie kategorie osób. Do tych znajdujących się po lewej stronie Chrystus powie:

    Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! (…) I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego” (Mt 25: 41, 46).

    O tym, że niektórzy ludzi będą wiecznie potępieni naucza też Magisterium Kościoła. Ot, choćby Sobór Laterański IV, uczy na temat powtórnego przyjścia Pana Jezusa następującą rzecz:

    na końcu wieków przyjdzie sądzić żywych i umarłych, każdemu odda według jego uczynków, zarówno odrzuconemu, jak i wybranemu,Wszyscy oni powstaną w swoich własnych ciałach, które teraz mają, aby otrzymać stosownie do swoich czynów, dobrych czy złych, jedni karę wieczną z diabłem, inni zaś wiekuistą chwałę z Chrystusem„.

    Podobne wypowiedzi Pisma świętego i Magisterium Kościoła można by mnożyć, ale warto zauważyć w tym miejscu jedną rzecz. Otóż na temat wiecznego potępienia niektórych ludzi wypowiadają się one w duchu faktu, który nastąpi, a nie tylko teoretycznej możliwości. Pan Jezus w przytoczonych wyżej słowach nie mówi: „Jeśli w ogóle znajdą się takie osoby, które do końca życia będą trwać w grzechu, takie osoby skażą się na potępienie. Nie objawiam wam jednak tego, czy tacy ludzie będą istnieli”. Chrystus mówi, że będą tacy ludzie i wyda On na nich wyrok wiecznego potępienia.

    Po drugie: co do wiecznego potępienia przynajmniej jednej wymienionej z imienia osoby Magisterium Kościoła wypowiedziało się jasno. W Katechizmie Soboru Trydenckiego czytamy bowiem:

    Judasz, który żalem przywiedziony obwiesiwszy się, i żywot i duszę utracił” (Rozdział V „O Sakramencie pokuty” Pytanie 6).

    Chyba nie trzeba zaś specjalnie tłumaczyć, co w świetle katolickiej terminologii oznacza, iż ktoś „utracił swą duszę”.

    Po trzecie: jest rzeczą skrajnie trudną pogodzić przekonanie ks. Szustaka o tym, iż każdy umarły stając po śmierci przed obliczem Boga, zdecyduje się jednak nawrócić i żałować za swoje grzechy z nauczaniem Pana Jezusa, który w przypowieści o bogaczu i Łazarzu mówił o następującym dialogu, jaki miał się odbyć pomiędzy cierpiącym męki ognia bogaczem a Abrahamem:

    Tamten rzekł: „Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca! Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki”. Lecz Abraham odparł: „Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają!”.”Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą”. Odpowiedział mu: „Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą”» (Łk 16, 27-31).

    Poza tym, wedle nauki katolickiej nawrócenie może dokonać się za ziemskiego życia, nie zaś po śmierci. Jednostkowy sąd Boży, który odbędzie się po śmierci danej osoby, stanowić będzie wyrok przypieczętowujący efekt dokonanych za życia ziemskiego wyborów, nie zaś ostatnią szansę, by żałować za swe grzechy.

    Na sam koniec tego artykułu pozwolę sobie zaproponować małe logiczne ćwiczenie pokazujące, jak omawiana opinia o. Szustaka może być szkodliwa dla dusz. Otóż, załóżmy czysto teoretycznie, że ksiądz ten ma rację i jest bardzo prawdopodobne, że nikt z ludzi nie trafia do piekła. Cóż, jednak wtedy za szkodę niosą ludzkim duszom ci, którzy mówią, że piekło jest i że przebywają tam niektóre osoby? Jeśli i tak wszyscy idą do Nieba, to co najwyżej niektórzy ludzie postresują się wizją piekła, ale ostatecznie ten stres i tak zostanie im wynagrodzony w Niebie, gdzie wszak Bóg „otrze każdą łzę” (Ap 7, 17). Jeśli jednak piekło jest i przebywa tam część ludzkości to rozpowszechnianie twierdzeń w rodzaju: „Prawdopodobnie w piekle nie ma nikogo z ludzi, a stając po śmierci przed Bogiem i tak się nawrócimy” jest niewyobrażalnie szkodliwe. W ten sposób bowiem de facto zachęca się ludzi do praktykowania dwu z sześciu grzechów przeciwko Duchowi Świętemu, którymi są: „Przeciwko miłosierdziu Bożemu zuchwale grzeszyć” oraz „Rozmyślnie trwać w niepokucie”. Ostatecznie zaś takie opinie prowadzą do tego, iż więcej osób trafi do piekła będąc przekonanymi, że przecież i tak nie mają się czego obawiać.

  9. Pius XI: Kościół abstynencji nie narzuca, ale ją pochwala

    Leave a Comment

    Katolik w trunkach nie widzi trucizny lecz jeden z darów bożych. Winna latorośl została nawet przez Stwórcę upatrzona na przedziwną osłonę tajemnicy Eucharystii. Lecz nadmierne użycie trunków wyskokowych jest trucizną, trucizną dla dobrobytu, trucizną małżeńskiego szczęścia i pokoju domowego, a także aż nazbyt gwałtowną i częstą trucizną dla rozwoju przyszłych pokoleń.

    Ostrożne i umiarkowane używanie napojów alkoholowych nie jest grzechem. Ale nadużycie alkoholu jest grzechem, a tam, gdzie staje się powodem smutnych następstw, grzechem ciężkim, a nawet wołającym o pomstę do nieba. Umiarkowanie i abstynencja są w pierwszej linii naturalnymi środkami panowania nad sobą i dlatego jak wszystkie inne siły czysto naturalne nie są zdolne do wyrobienia moralnie mocnych charakterów.

    Lecz tam, gdzie wzrastają one na gruncie silnej woli, na którą pada nadprzyrodzona rosa łask, są one bardzo cennymi i nieodzownymi środkami do wytworzenia równowagi między ciałem i duszą, materią a duchem, której Bóg się domaga.

    Kościół katolicki nie może się zgodzić na przymus całkowitej prohibicji. Obowiązek całkowitej abstynencji zachodzi tylko wtedy, gdy inaczej nie można opanować namiętności. Lecz dobrowolna abstynencja w celu zadośćuczynienia za grzechy nadużycia alkoholu, dawania bliźnim dobrego przykładu i powstrzymywania ich od nadmiernego spożycia trunków wyskokowych jest apostolstwem, które Kościół św. popiera i uznaje, pochwala i błogosławi.

     Pius XI, 26 VII 1929 rok
  10. Czy Żydzi są narodem morderców Chrystusa?

    Leave a Comment

    Sobór Watykański II w deklaracji „Nostra Aetate” uczy na temat odpowiedzialności narodu żydowskiego za mękę i śmierć Pana naszego Jezusa Chrystusa między innymi:

    A choć władze żydowskie wraz ze swymi zwolennikami domagały się śmierci Chrystusa, jednakże to, co popełniono podczas Jego męki, nie może być przypisane ani wszystkim bez różnicy Żydom wówczas żyjącym, ani Żydom dzisiejszym“.

    Z kolei, opublikowany w 1992 roku Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie numer 598 stwierdza:

    Uwzględniając fakt, że nasze grzechy dotykają samego Chrystusa, Kościół nie waha się przypisać chrześcijanom największej odpowiedzialności za mękę Jezusa, którą zbyt często obciążali jedynie Żydów.

    Część tradycjonalistycznych katolików (zwłaszcza tych skupionych wokół Bractwa św. Piusa X) krytykowało powyższe „soborowe” oraz „posoborowe” nauczanie Kościoła, jako rzekome zerwanie z tradycyjną teologią katolicką, w ramach której nieraz obdarzano Żydów mianem „narodu bogobójców”. Czy te zarzuty są uzasadnione?

    Zacznijmy od tego, iż naprawdę trudno jest widzieć coś błędnego lub zwodniczego w przytoczonym wyżej nauczaniu Vaticanum II o tym, iż nie można przypisywać takiej samej odpowiedzialności za śmierć Pana Jezusa ani wszystkim Żydom żyjącym w tamtym czasie ani tym bardziej Żydom dzisiejszym. Takie odrzucone przez Sobór Watykański II twierdzenie nie jest bowiem umocowane ani w Piśmie świętym, ani nawet w zdrowym rozsądku. Po pierwsze bowiem, Biblia nie wspomina o tym, by w czasie procesu i ukrzyżowania Chrystusa wszyscy Żydzi popierali zabicie Jezusa. Owszem, za zbrodnią bogobójstwa opowiedziały się władze religijne narodu żydowskiego czyli Sanhedryn oraz liczne zgromadzenie Żydów obecne na placu umiejscowionym przed siedzibą rzymskiego namiestnika Piłata. Pomijając jednak już zaś nawet tak oczywiste wyjątki Żydów, którzy nie popierali w tamtym czasie i miejscu skazania Pana Jezusa na śmierć, a więc np. Najświętszej Marii Panny, Nikodema, Józefa z Arymatei, Apostołów (nie licząc Judasza), to i tak nie sposób założyć, iż dokładnie wszyscy inni członkowie narodu żydowskiego byli obecni w tłumie wołającym do Piłata: „Ukrzyżuj Go!„. Owszem, na tym haniebnym zgromadzeniu było obecnych wielu Żydów, jednak nie wiemy jakiego dokładnie procentu ówczesnej nacji żydowskiej to dotyczyło. Nawet jeśli była to duża część spośród ówcześnie żyjących Żydów to i tak nie byli to wszyscy Żydzi.

    Stwierdzenie Soboru Watykańskiego II o tym, iż nie można „bez różnicy” (czyli inaczej mówiąc: w takim samym stopniu) obciążać wszystkich żyjących w czasie ukrzyżowania Chrystusa czy tym bardziej istniejących współcześnie Żydów jest więc tak zdroworozsądkowe, jak i biblijne. Czy w takim razie należy potępić często używane w tradycyjnej teologii katolickiej sformułowanie nazywające Żydów mianem „narodu bogobójców”? Cóż, odpowiedź na to pytanie nie należy do bardzo łatwych. Z jednej bowiem strony nie wszyscy Żydzi popierali skazanie na śmierć Pana Jezusa, z drugiej zaś strony wielu z nich właśnie tak uczyniło. Warto też zauważyć, iż ogół Żydów został w relatywnie krótkim czasie ukarany przez Boga zburzeniem światyni w Jerozolimie a następnie ich wygnaniem z Palestyny co uprawdopodabnia tezę o tym, że rzeczywiście duża część narodu żydowskiego mogła solidaryzować się z posunięciem swych władz (czyli Sanhedrynu), które zdecydowały się wydać Zbawiciela na śmierć.

    Czy może więc błędne i sprzeczne z Tradycją Kościoła jest stwierdzenie punktu 598 „posoborowego” Katechizmu Kościoła Katolickiego o tym, iż to chrześcijanie ponoszą największą odpowiedzialność za mękę Jezusa? Cóż, owe sformułowanie może być uznane za lekko dwuznaczne, gdyż brakuje w nim dodania słowa, iż to „źli” chrześcijanie są większymi od żydów mordercami Chrystusa. Albowiem na płaszczyźnie nadprzyrodzonej to grzechy wszystkich ludzi przyczyniły się do śmierci Pana Jezusa. Im zaś kto ma większy dostęp do łask, tym jego wina jaką ponosi za popełniane przez siebie akty nieposłuszeństwa Bogu jest większa. Chrześcijanie zaś mają danych więcej łask niż żydzi, a co się z tym wiąże popełniane przez nich grzechy są większe aniżeli żydów. Im więc dany chrześcijanin więcej grzeszy tym większym też – w sensie nadprzyrodzonym – jest mordercą Chrystusa. Gdyby więc uściślić i doprecyzować punkt 598 Katechizmu Kościoła Katolickiego poprzez dodanie doń dopowiedzenia, iż to źli chrześcijanie ponoszą większą od Żydów odpowiedzialność za mękę Pana Jezusa to nie byłoby w tym stwierdzeniu jakiejkolwiek, choćby i lekkiej dwuznaczności. Warto zresztą odnotować co na ten temat nauczał Katechizm Soboru Trydenckiego:

    Musimy uznać za winnych tej strasznej nieprawości tych, którzy nadal popadają w grzechy. To nasze przestępstwa sprowadziły na Pana naszego Jezusa Chrystusa mękę krzyża; z pewnością więc, ci, którzy pogrążają się w nieładzie moralnym i złu, <krzyżują … w sobie Syna Bożego i wystawiają go na pośmiewisko> (Hbr 6,6). Trzeba uznać, że nasza wina jest w tym przypadku większa niż Żydów. Oni bowiem, według świadectwa Apostoła, <nie ukrzyżowaliby Pana chwały> (1 Kor 2,8), gdyby go poznali. My przeciwnie, wyznajemy, że Go znamy. Gdy więc zapieramy się Go przez nasze uczynki, podnosimy na niego w jakiś sposób nasze zbrodnicze ręce“.

    Nie od rzeczy będzie zresztą przypomnienie tego co na temat odpowiedzialności złych chrześcijan za śmierć Chrystusa uczył św. Jan Maria Vianney, patron wszystkich proboszczów:

    Źli chrześcijanie będą kiedyś w piekle ponosili straszniejsze męczarnie, niż niewierni… Chrześcijanom, gdy tylko dojdą do wieku, w którym mogą już korzystać z rozumu, przyświeca niczym wspaniałe słońce pochodnia wiary. W sposób wystarczający mogą więc poznać swoje obowiązki względem Boga, względem samych siebie, względem bliźniego. Jakie straszne, jakie okropne będzie piekło chrześcijan! Jak niebo oddalone jest od ziemi, tak potępienie chrześcijanin będzie daleko cięższe od potępienia niewiernych. Bo sprawiedliwy Bóg surowiej ukarze tego, kto otrzymał więcej łask, ale wzgardził nimi, zamiast z nich korzystać i wiernie służyć Panu… Jak z trupów potopionych Egipcjan wypływa woda, tak z ust potępieńców przez całą wieczność będą płynęły narzekania, że nie chcieli wykorzystywać Bożych łask, że za życia znieważali Ciało i Krew Jezusową w Komunii Świętej. Na wieki – wedle słów św. Bernarda – stać im będą przed oczyma cierpienia i męka Jezusa Chrystusa, które zniósł także dla ich zbawienia… nie zniknie im nigdy sprzed oczu obraz łez, które przelał Boski Zbawiciel, obraz Jego pokuty… Będą Go widzieli w Ogrodzie Oliwnym, gdzie krwawymi łzami opłakiwał ich grzechy. Zobaczą go w śmiertelnej agonii, zobaczą włóczonego po ulicach Jerozolimy. Będą słyszeli uderzenia młotów, które Go krzyżowały na Kalwarii (…)” (Cytat za: Św. Jan Maria Vianney, „Kazania Proboszcza z Ars”, Warszawa 1999, ss. 337, 340).

    Po raz pierwszy powyższy artykuł ukazał się na portalu Fronda.pl: https://www.fronda.pl/a/z-ambony-strzeleckiej-salwowskiego-czy-zydzi-sa-narodem-mordercow-chrystusa,125493.html