Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: Magisterium Kościoła

  1. Ogień piekielny jest rzeczywisty, a nie tylko metaforyczny

    Leave a Comment

    Pismo święte wielokrotnie i w jasnych słowach opisuje piekło jako miejsce i rzeczywistość, w których to będzie  „nieugaszony ogień„, (Mk 9, 47),  potępieni  będą wrzuceni  do „jeziora gorejącego siarką” (Ap 21, 8), „pójdą na wieczną mękę” (Mt 25, 46), gdzie  „będą cierpieć katusze we dnie i w nocy na wieki wieków„(Ap 20, 10), „Pan Wszechmocny ich ukarze w dzień sądu, ześle w ich ciało ogień i robactwo, i jęczeć będą z bólu na wieki” (Jdt 16, 17). Biblia mówi też, iż w piekle „robak nie umiera, a ogień nie gaśnie” (Mk 9, 47 – 48); „Pan Jezus (przyjdzie) z aniołami swojej potęgi w płomienistym ogniu, wymierzyć karę tym, którzy Boga nie uznają i nie są posłuszni Ewangelii Pana naszego Jezusa” (2 Tes 1, 7-8) zaś „plewy (czyli zatwardziali grzesznicy – przyp. moje MS) będą spaleni w ogniu nieugaszonym” (Łk 3, 17).

    Niczym więc dziwnym nie jest, że przez wiele wieków chrześcijanie rozumieli piekło, jako miejsce, „w którym grzesznicy smażą się w ogniu„.  Jak to zostało ujęte w jednym z popularnych podręczników nauki katolickiej:

    Kara zmysłów polega przede wszystkim na ogniu będącym fizyczną męką potępieńców (…) Chodzi tu zatem o prawdziwy, realny ogień, nie metaforyczny, podtrzymywany i podsycany mocą Bożą. Ten ogień działa na szatana i na dusze odłączone od ciała; po sądzie ostatecznym będzie dręczyć dusze i ciała” [1].

    Taka tradycyjna i dosłowna interpretacja piekła zaczęła się zmieniać w XIX wieku, kiedy to najpierw Adwentyści Dnia Siódmego, a później Świadkowie Jehowy zaczęli twierdzić, iż zadawanie wiecznych mąk choćby i zatwardziałym grzesznikom nie zgadza się z miłosiernym charakterem Boga, dlatego też coś takiego nie może być prawdą. Tego rodzaju myślenie w końcu zaczęło też być popularne i wśród katolików, którym co prawda nie wypadało wprost zanegować czegoś, co w końcu jest jednym z nieomylnie ogłoszonych dogmatów wiary katolickiej (a więc istnienia wiecznego piekła) jednak zaczęli oni – w imię swojego pojmowania miłosierdzia Boga – na różne sposoby łagodzić i osładzać pojmowanie natury wiecznego potępienia. Jedną zaś z metod owego „osładzania” piekła jest popularne twierdzenie, iż  jasne słowa Pisma świętego o „wiecznych ogniu” i tym podobnych karach dla złoczyńców nie mogą być odczytywane dosłownie i są tylko symbolami oraz metaforami innej, też przykrej, bolesnej i smutnej, ale nie odczuwalnej na płaszczyźnie zmysłowo-cielesnej rzeczywistości. Podkreśla się przy tym, że piekło będzie polegało na odłączeniu od Boga, a nie mękach, które będą odczuwane przez nasze zmysły i ciało (wówczas, gdy ono zmartwychwstanie).

    Co można odpowiedzieć na tego rodzaju twierdzenia i interpretacje? Cóż, patrząc na nie od strony tylko zdroworozsądkowej i racjonalnej, na ich przykładzie widać, jak podkreślanie pewnych prawdziwych elementów nauki o piekle (a więc prawdy o tym, że główną karą wiecznego potępienia będzie utrata Pana Boga na zawsze) połączone z lekceważeniem bądź negowaniem innych prawd na ten temat, praktycznie rzecz biorąc uspokaja i zwodzi tych, którzy swym życiem pędzą ku zatraceniu. Cóż bowiem oznacza powiedzenie jakiemuś wielkiemu grzesznikowi, któremu bardzo dobrze się powodzi na tym świecie: „Stracisz Boga na wieczność„? W wielu wypadkach jegomość taki odpowie: „To świetnie! Radzę sobie bez Boga na tym świecie doskonale: pełno mam kasy, samochodów i panienek. Kiedy pójdę do piekła, to bez Boga będę tam wiecznie imprezować ze swymi kumplami„. I nie ma co się łudzić, że ogrom ludzi tak myślących w końcu przejmie się pustką i bezsensem kryjącym się za takim wartościowaniem swego ziemskiego życia. Realistycznie rzecz ujmując, trzeba bowiem powiedzieć, iż różne doczesne uciechy mogą dość mocno zagłuszyć wyrzuty sumienia oraz tęsknotę za życiem pełnym głębszego sensu objawiającym się choćby „w szukaniu wpierw Królestwa Bożego i Jego sprawiedliwości„.

    Ważniejsze jest jednak to, iż interpretacja zaprzeczająca realności ognia piekielnego i związanych z nim odczuwalnych na płaszczyźnie zmysłowej cierpień potępionych, a zawężająca te prawdy tylko do jakiejś symbolu i metafory cierpienia o charakterze duchowym jest po prostu niezgodna z odwiecznym nauczaniem Kościoła.

    Przykładowo, Katechizm św. Piusa V w następujących słowa naucza o charakterze mąk piekielnych:

    Będą i drugie męki cierpieć, że na wieki w ogniu będą goreć. A to zowią Teologowie <Paenam sensus> ( to określenie oznacza „kary zmysłowe” – przyp. moje MS). Bo, gdy kogo biją, czuje na ciele i na duszy swojej, tak gdy ludzi potępionych w piekle ogień będzie palił, czuć będą nie tylko na ciele, ale i na duszy swojej męki ogromne, a to bez pociechy i bez końca” [2].

    Ów Katechizm omawiając prawdę o zmartwychwstaniu ciała stwierdza też, iż potępieńcy:

    wszystkie spełna członki mieć będą, nie ku dobremu ich, ale ku większemu utrapieniu, iż w każdym członku będą boleść i wielką mękę cierpieć” [3].

    Z powyższych słów wynika jasno, że potępieni będą cierpień nie tylko w sensie duchowym, ale również w znaczeniu cielesnym i zmysłowym, i że jednym ze środków kary będzie ogień zadający mękę ciału oraz zmysłom osób potępionych.

    W innych dokumentach kościelnych czytamy zaś, iż „po zmartwychwstaniu ciał, człowiek w całej pełni swej natury, to znaczy z duszą i w ciele będzie wiecznie szczęśliwy albo będzie wiecznie cierpiał” (Katechizm św. Piusa X) [4]; „Kościół wierzy (…), że kara wieczna czeka grzesznika, który będzie pozbawiony Boga; wierzy również, że ta kara obejmie całe <jestestwo> grzesznika” (Kongregacja Nauki Wiary, „List do biskupów o niektórych zagadnieniach dotyczących eschatologii” z dnia 17 maja 1979 roku, n. 7) [5].

    W przytoczonym powyżej liście Kongregacji Nauki Wiary z dnia 17 maja 1979 roku stwierdzono też, że:

    Obrazy użyte w Piśmie Świętym należy jednak uszanować. Trzeba koniecznie przyjąć ich głęboki sens, unikając ryzyka nadmiernego złagodzenia, które często jest równoznaczne z pozbawieniem istotnych treści, wyrażanych przez te obrazy„[6].

    Wreszcie zaś urząd Świętej Penitencjarni decyzją z dnia 30 kwietnia 1899 roku orzekł, że nie można dać rozgrzeszenia penitentowi, który będąc pouczony, uparcie utrzymywałby, że ogień piekielny nie jest ogniem realnym, lecz metaforycznym [7].

    Nie ma się zatem co łudzić, obraz piekła, jako miejsca/stanu, w którym grzesznicy „smażą się w ogniu„, mimo swych pewnych uproszczeń, z pewnością jest zdecydowanie bliższy Prawdzie, aniżeli ogólnikowa i niejasna wizja, w której jedyną karą potępionych jest „utrata Boga„.

    Mirosław Salwowski

    Przypisy:

    1. Patrz: „Wykład nauki chrześcijańskiej. Dogmatyka”, Bracia szkół chrześcijańskich, Poznań 1960, s. 417 – 418.

    2. Cytat za: „Katechizm rzymski z wyroku św. Soboru Trydenckiego ułożony, z rozkazu Piusa V. Papieża wydany, i od Klemensa XIII szczególniej zalecony. Tom I”, Warszawa 1827, s. 83-84.

    3. Cytat za: „Katechizm rzymski”, jw., s. 125.

    4. Cytat za: „Katechizm św. Piusa X. Vademecum katolika”, Sandomierz 2006, s. 64.

    5. Cytat za: „W trosce o pełnię wiary. Dokumenty Kongregacji Nauki Wiary 1966 – 1994”, Tarnów 1995, s. 131.

    6. Cytat za: „W trosce o pełnię wiary”, jw., s. 131.

    7. Cytat za: „Wykład nauki chrześcijańskiej. Dogmatyka”, jw., s. 418.

  2. Pięć powodów dla których kłamstwa o św. Mikołaju są grzeszne

    Leave a Comment

    Rodzice zwykle nie mówią swym dzieciom, iż takie postaci jak Batman czy Superman istnieją naprawdę. I dobrze, wszak byłoby to kłamstwem. Jednak wielu ojców i wiele matek mówi swym pociechom, że w dniu 6 i/lub 24 grudnia każdego roku konkretny człowiek zwący się św. Mikołajem naprawdę roznosi grzecznym dzieciom prezenty. W naszej kulturze przyzwyczailiśmy się do traktowania tych opowiastek jako „niewinnych kłamstewek”, które nikomu nie szkodzą, a co więcej umilają czas dzieciństwa, czyniąc je bardziej „magicznym” oraz ekscytującym. A może by tak jednak po prostu uznać, że kłamanie dzieciom na ten temat jest, obiektywnie rzecz biorąc, grzeszne oraz niemiłe Bogu, a w związku z tym po prostu nie powinno się tego robić? Poniżej przedstawię pięć powodów, dla których właśnie w ten sposób należy ocenić zwyczaj opowiadania dzieciom zmyślonych informacji o św. Mikołaju, który rokrocznie roznosi prezenty.

    Powód nr 1: Każde kłamstwo jest grzechem.

    Owszem nie każde kłamstwo jest materią grzechu ciężkiego. Nie każde kłamanie grozi więc nam wiecznym ogniem piekielnym. Kłamstwa, które nie mają charakteru egoistycznego i nie przynoszą innym ludziom wielkiej szkody, są materią grzechu powszedniego. Nie zmienia to jednak zasady, iż wszystkie kłamstwa są, tak czy inaczej, niemiłe Panu Bogu. Tak naucza Kościół co najmniej od V wieku, czyli czasu, gdy przeciwko teorii dopuszczającej tzw. kłamstwo użyteczne, czyli mające chronić naszych bliźnich, opowiedział się św. Augustyn z Hippony. Od tego czasu uczą tak papieże, katechizmy, święci, biskupi i prawie wszyscy teologowie katoliccy. Nie jest to więc jedna z opinii teologicznych, które można przyjmować lub odrzucać, ale jest to powszechne, wielowiekowe nauczanie Kościoła, któremu przysługuje w związku z tym dar nieomylności. Owszem, i pomiędzy V a XXI wiekiem teologowie katoliccy nie zgadzali się ze sobą co do pewnych szczegółów tego, w jaki sposób należy definiować kłamstwo, jednak sama zasada, iż nie wolno nigdy kłamać, nie była kwestionowana przez ogromną większość z nich.

    Powód nr 2: Istnieje wielka różnica pomiędzy kłamstwem ratującym życie, a kłamstwami z okazji „Mikołajek”.

    Nawet jeśli ktoś upiera się przy błędnym twierdzeniu, iż moralnie dozwolone jest kłamanie w ekstremalnych okolicznościach (np. po to by uratować komuś życie), to rzeczą niepoważną jest przechodzenie od usprawiedliwiania wskazanych wyżej rodzajów kłamstw do obrony kłamstw w sprawie św. Mikołaja roznoszącego prezenty. Zdrowy rozsądek mówi nam wszak, iż istnieje wielka różnica pomiędzy obiema sytuacjami. W pierwszym przypadku chodzi bowiem o ratowanie ludzkiego życia, w drugim zaś o dodanie dzieciństwu większej porcji emocjonalnego uroku. Tymczasem, te chwile ekscytacji związane z oczekiwaniem na prezenty od „św. Mikołaja” mogą być w łatwy sposób zastąpione przez inne pozytywne, a nie budzące wątpliwości moralnych, rzeczy. Na przykład, dziecko, które nigdy z jednej strony nie było karmione opowieściami o prezentach roznoszonych przez Mikołaja, a z drugiej strony ani razu nie widziało swego ojca pijanym, prawdopodobnie odniesie z tego o wiele większy pożytek niż dziecko, które rokrocznie oczekiwało na św. Mikołaja z workiem pełnych prezentów, ale za to widywało swego rodzica w stanie nietrzeźwym.


    Powód nr 3: Opowieści o Mikołaju nie są „zastrzeżeniem domyślnym”.

    To prawda, że część teologów katolickich uznaje, iż nie jest kłamstwem tzw. zastrzeżenie domyślne, a więc mówienie rzeczy nieprawdziwych w sytuacji, gdy odbiorca takiej informacji może się łatwo domyślić, że nie jest wówczas przekazywana prawda. W wypadku opowieści o św. Mikołaju nie mamy jednak do czynienia z taką sytuacją. Dzieci są bowiem z natury bardziej ufne oraz niedoświadczone życiowo, w związku z czym łatwiej jest je wprowadzić w błąd niż osoby dorosłe. Poza tym, w wielu wypadkach opowieściom o Mikołaju roznoszącym prezenty towarzyszą różne dodatkowe elementy, które mają na celu, by dzieci jeszcze bardziej były utwierdzone w tym błędnym przekonaniu.

    Powód nr 4: Mikołajki uczą dzieci kłamać.

    Wielu ludzi mówi, iż kłamstwa o św. Mikołaju z workiem pełnym prezentów nie są niczym złym, gdyż miło wspominają je ze swego dzieciństwa. Jednak, czy same miłe wspomnienia są dowodem moralnej dobroci i godziwości danego zdarzenia? Czy np. jeśli dwie lesbijki ze wzruszeniem wspominają swój cywilny ślub (kwiaty, patrzenie sobie w oczy, przyrzekanie sobie wzajemnej miłości, łzy wzruszenia w oczach znajomych), to oznacza, że na pewno było to coś dobrego? Oczywiście nie stawiam w tym miejscu znaku równości pomiędzy sodomickim ślubem a okłamywaniem dzieci z okazji Mikołajek. Sodomia jest bowiem czymś o wiele gorszym niż takie kłamstwa. Chodzi mi jednak o to, że same miłe wspomnienia nie są jeszcze wystarczającym argumentem na rzecz godziwości danego zachowania. My ludzie widzimy bowiem tylko cząstkę danej rzeczywistości, a Bóg postrzega ją w całej jej pełni. Jeśli więc Bóg czegoś zakazuje (jak np. kłamstwa) to, mimo iż możemy nie widzieć wielu z negatywnych efektów takiej zabronionej aktywności, to powinniśmy ufać wszechwiedzącemu Stwórcy, że jest ona naprawdę zła.

    Nie trzeba jednak szukać daleko, by wskazać na pewne szkodliwe skutki mikołajkowych kłamstw. Na przykład, niektóre z dzieci wyrastając z wiary w Mikołaja roznoszącego prezenty nabierają też sceptycyzmu co do samej religii jako takiej. Ich rozumowanie jest tu wszak proste: jeśli rodzice mogli mnie okłamywać w sprawie mającej pewien związek z religią (postać św. Mikołaja oraz związane z tym Boże Narodzenie) to mogli mnie też okłamać w innych sprawach tyczących się religii (boskość Chrystusa, wiarygodność Biblii, etc.). Ponadto, zwyczaj mikołajkowych kłamstw może w łatwy sposób przyczyniać się do usprawiedliwiania innych „drobnych kłamstewek”. Nie trzeba zaś chyba specjalnie wskazywać na to, iż kłamanie i oszukiwanie swych bliźnich jest niestety mocno rozpowszechnionym zachowaniem w naszej kulturze. Być może kłamstwa o św. Mikołaju roznoszącym prezenty, są jednym z elementów, które później budują w nas tendencję do coraz częstszego posługiwania się kłamstwem oraz oszustwem w swym życiu.

    Powód nr 5: Nie okazuje się szacunku Świętym Pańskim poprzez kłamstwo.

    Gdzie znajduje się teraz św. Mikołaj? Jego dusza przebywa aktualnie w Niebie, gdzie cieszy się uszczęśliwiającym widzeniem Boga oraz wychwala na wieki Pana naszego i Zbawcę Jezusa Chrystusa. On lepiej niż my żyjący jeszcze na tej Ziemi zna zło i obrzydliwość kłamstwa, dlatego jest absurdem sądzić, że przez okłamywanie dzieci możemy okazywać mu prawdziwy szacunek. Owszem, św. Mikołaj był znany ze swej dobroczynności oraz hojności, dlatego właściwym jest naśladować go np. poprzez obdarowywanie podarunkami naszych bliźnich, ale nie należy dołączać do tego kłamstwa. Świętych Pańskich należy szanować poprzez naśladowanie wzoru, jaki dali swym życiem, a przecież jedną z charakterystycznych ich cech była nienawiść do nawet relatywnie małych grzechów.

    Wniosek

    Z tych wszystkich powodów unikając z jednej strony wyolbrzymiania i nadmiernej demonizacji mikołajkowych kłamstw, ale także dostrzegając wagę zła wszystkich choćby i najmniejszych grzechów, nie należy usprawiedliwiać omawianego w tym artykule zwyczaju. Kłamstwo to kłamstwo drodzy rodzice. Nie pójdziecie oczywiście do piekła z tego powodu, iż powiecie swym dzieciom, że Mikołaj przyniósł im prezenty. Nie mniej jednak i tak nie będzie się to podobać Bogu. Po prostu Mu zaufajcie i przestańcie okłamywać swe dzieci.

    Mirosław Salwowski

  3. Czy nauka Piusa XI o prawnej karalności cudzołóstwa jest wciąż obowiązująca?

    Leave a Comment

    Jak wiemy sprawujący swój pontyfikat w latach 1922 – 1939 papież Pius XI w wydanej przez siebie encyklice „Casti connubii” w sposób jasny i zdecydowany nauczał, iż władze cywilne powinny zakazywać oraz karać występek niewierności małżeńskiej. W dokumencie tym pisał wszak:

    Lecz, Czcigodni Bracia, w interesie państwa leży zabezpieczenie nie tylko materialnych warunków bytu rodziny i małżeństwa, ale także i tych, które się określa mianem dóbr duchowych: ustanowić mianowicie należy słuszne prawa i wiernie ich przestrzegać, aby stale chroniły  czystą wierność  oraz wzajemne wspieranie się małżonków” (podkreślenie moje – MS).

    W tej samej encyklice Pius XI do rzędu „hańbiących i podłych pomysłów„, które „szlachetne poczucie, jakie cechuje wstydliwe małżeństwo, a nawet sam zdrowy pęd natury (…)odrzuca z pogardą i potępia” zaliczył między innymi pogląd tych, którzy:

    chcą, aby uznać za nijakie lub znieść wszelkie ustawy karne, jakie państwo wydało dla zachowania wierności małżeńskiej„.

    Powyższe wypowiedzi Piusa XI należą oczywiście przynajmniej do tzw. autentycznego oraz zwyczajnego nauczania Kościoła, gdyż mają one charakter tak urzędowy, jak i publiczny (to znaczy zostały ujęte w encyklice papieskiej) oraz tyczą się moralności (czyli dokładniej rzecz ujmując moralnych powinności osób sprawujących rządy). Dodatkowo, stwierdzenia tego papieża miały charakter zdecydowany i stanowczy, nie mieszcząc się w kategorii jakichś luźnych spekulacji czy hipotetycznych rozważań. Poza tym – co jeszcze raz podkreślam – były to wypowiedzi na temat moralności (czyli tego jak należy postępować), a nie historii (np. w którym roku wybuchła II wojna światowa albo ile było ofiar Holocaustu) lub socjologii (np. stwierdzenia odnośnie do tego, który naród w historii był bardziej religijny).

    Normalnym zatem wnioskiem, jaki katolicy winni wyciągnąć z powyższego, wydaje się konstatacja, że choć co prawda wskazane wyżej nauczanie Piusa XI nie należy do orzeczeń o charakterze dogmatycznym (czyli samych w sobie nieomylnych), to jednak jako część autentycznego i zwyczajnego nauczania Kościoła powinno być przyjmowany przez katolików z posłuszeństwem serca oraz rozumu. Nie wszyscy jednak katolicy tak rozumują, czego przykładem jest choćby internetowa rozmowa, jaką w ostatnich dniach odbyłem na profilu jednego z katolickich duchownych. Ksiądz ów w dyskusji ze mną utrzymywał, iż skoro „aktualna” (w znaczeniu „soborowa” oraz „posoborowa”) doktryna Kościoła nie powtarza już nauczania Piusa XI o potrzebie prawnej karalności cudzołóstwa, to oznacza właśnie, że rzeczone nauczanie już katolików nie obowiązuje. Czy należy więc zgodzić się z tym rozumowaniem?

    Milczenie nie zawsze oznacza negację

    Zacznijmy od tego, iż owszem (poza jednym wyjątkiem o którym więcej poniżej) „soborowe” (czyli Vaticanum II) oraz „posoborowe” Magisterium Kościoła nie powtarza nauczania Piusa XI na temat potrzeby prawnej karalności cudzołóstwa, to jednak nie formułuje też ono tezy przeciwnej do tejże doktryny. Innymi słowy, aktualne Magisterium Kościoła po prostu nie wypowiada się na temat tego, czy cudzołóstwo powinno być prawnie karalne, ale nie mówi też czegoś przeciwnego temu, co na ów temat uczył Pius XI. Nie ma więc we współczesnym oficjalnym nauczaniu Kościoła ani postulatu: „Niewierność małżeńska powinna być przez władze cywilne karalna” ani także tezy przeciwnej, czyli :”Niewierność małżeńska nie powinna być przez władze cywilne karalna„. Nawet więc, gdyby uznać, że istotnie nauczanie Piusa XI już nie obowiązuje katolików, to z całą pewnością nie można by przejść od tego do konstatacji, że w takim razie ci katolicy, którzy współcześnie popierają prawną karalność cudzołóstwa polemizują, albo okazują w ten sposób jakieś nieposłuszeństwo aktualnemu Magisterium Kościoła. W takim bowiem wypadku milczenie nauczania Kościoła na ów temat oznaczałoby po prostu, iż katolicy mają swobodę opinii na temat tego, czy władze cywilne powinny, czy nie powinny karać występek niewierności małżeńskiej.

    Przejdźmy jednak do najbardziej istotnego wątku tego artykułu. Spróbujmy bowiem odpowiedzieć na pytanie, czy fakt prawie całkowitego milczenia soborowego i posoborowego Magisterium Kościoła w kwestii prawnej karalności cudzołóstwa oznacza, iż wcześniejsze nauczanie Piusa XI na ten temat już katolików nie obowiązuje? Otóż mam spore wątpliwości, czy aby na pewno można wysunąć taką tezę.

    Po pierwsze bowiem: można by zapytać, przez ile lat Kościół nie powinien wypowiadać się na dany temat, by uznać, że dawniejsze nauczanie już nie jest dla katolików wiążące? Czy to ma być 10, 20, 50, a może 100 lub 200 lat? Czy jeśliby np. przez ostatnich 15 lat nie wyszedł z Watykanu żaden dokument podtrzymujący tradycyjne nauczanie o tym, iż prawo państwowe winno zakazywać i karać zbrodnię aborcji oznaczałoby to w takim razie, że katolicy mogą już popierać prawną legalizację zabijania nienarodzonych dzieci? A co w przypadku, jeśliby takie urzędowe milczenie Kościoła na ów temat trwało nie 15, ale dajmy na to 50 albo i 100 lat?

    Między innymi z tego powodu, uważam za bezpieczniejsze przyjmowanie założenia, że jeśli nawet samo w sobie nie-nieomylne nauczanie Kościoła nie jest powtarzane przez jakiś czas, ale jednocześnie aktualne Magisterium nie przeszło do głoszenia jakiejś przeciwnej temu wcześniejszemu nauczaniu tezy, to należy zakładać, że takie wcześniejsze nauczanie nadal jest obowiązujące. Oczywiście, zastrzegam, iż powyższe rozważania dotyczą możliwości zaprzeczenia tylko tzw. autentycznemu zwyczajnemu Magisterium, które samo w sobie nie jest nieomylne. Nie tyczą się jednak one ani uroczystego ani tzw. powszechnego (a nie tylko autentycznego) i zwyczajnego nauczania Kościoła, któremu to nauczaniu nie ma prawa zaprzeczać żaden papież ani sobór. Te dwa rodzaje nauczania katolickiego cieszą się bowiem wolnością od błędu i omyłki, a następni papieże lub sobory mogą je tylko precyzować i rozwijać, jeśli chodzi o rozumienie różnych szczegółów w nim zawartych. Przykładowo, żaden papież nie mógłby w prawowity sposób zobowiązać katolików w sumieniu do przyjęcia twierdzenia, iż picie alkoholu nawet czynione w bardzo ostrożny i umiarkowany sposób jest zawsze moralnie niedopuszczalne, gdyż przeczyłoby to powszechnemu i zwyczajnemu nauczaniu Kościoła na ten temat. Wyobrażam sobie jednak sytuację polegającą jednak na tym, że któryś z następnych papieży stwierdziłby, iż, dajmy na to, konkretnie wódka jako napój alkoholowy jest zbyt mocno upajająca i w związku z tym jej spożywanie jest zawsze moralnie niedozwolone. Nie odebrałbym też jako przeczenia tradycyjnemu nauczaniu na temat dopuszczalności umiarkowanego picia alkoholu, gdyby ten lub inny Biskup Rzymu w odniesieniu do konkretnego narodu, w którym bardzo silne byłyby tradycje pijaństwa i nadużywania trunków wzywał całą tamtejszą społeczność do całkowitego wyrzeczenia się spożywania napojów alkoholowych.

    Po drugie: jeśli przyjmiemy założenie, że milczenie tego czy innego aktualnego dokumentu kościelnego na dany temat oznacza, iż wcześniejsze nauczanie już nie obowiązuje, to możemy dojść czasami do bardzo dziwnych wniosków. Przykładowo, Katechizm Kościoła Katolickiego z 1992 roku słusznie potępiając grzech obmowy (tamże, n. 2477 i 2479) nie powtarza przy tym tradycyjnego nauczania moralistów katolickich o tym, jak powinien się zachować człowiek, który słyszy obmowę (czyli, że winien wówczas albo polecić obmówcy zamilknięcie, albo też wyrazić swe niezadowolenie z tego tytułu w inny sposób). Czy to jednak oznacza, że to nauczanie katolickie nie jest już obowiązujące?

    Owszem, różne dokumenty kościelne mogą w miarę dokładny sposób przedstawiać wykładnię Magisterium na wiele tematów, ale to nie znaczy, że czynią to one w sposób absolutny. Innymi słowy, nie można oczekiwać od dokumentów Magisterium – choćby i miały one kilkaset stron – iż przedstawią dokładnie całą naukę Kościoła na absolutnie każdy temat. To jest zupełnie nierealistyczne i niepraktyczne podejście do tematu.

    Po trzecie: tak naprawdę nie jestem pewien, czy w „soborowym” i „posoborowym” Magisterium Kościoła w żadnym miejscu nie powtarza się nauczania Piusa XI na temat potrzeby prawnej karalności niewierności małżeńskiej. O ile bowiem np. Katechizm Kościoła Katolickiego z 1992 roku odnosząc się do obowiązków władz cywilnych w sferze moralności seksualnej, wspomina jedynie o tym, że takowe winny zabraniać produkcji i rozpowszechniania pornografii (patrz: n. 2354), o tyle już ogłoszone przez Benedykta XVI w 2005 roku Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego wydaje się tę kwestię traktować szerzej w punkcie numer 494, nauczając co następuje:

    Władze cywilne, ponieważ są zobowiązane szanować godność osoby ludzkiej, powinny stwarzać środowisko przyjazne dla czystości, zakazując także stosownymi prawami, rozprzestrzeniania się wyżej wspomnianych ciężkich wykroczeń przeciwko czystości, aby chronić przede wszystkim małoletnich i bardziej słabych” (podkreślenie moje – MS).

    Ów zapis jest zaś nawiązaniem do punktu 492, gdzie do ciężkich wykroczeń przeciwko cnocie czystości zostało zaliczone między innymi cudzołóstwo, czyli niewierność małżeńska.

    Oczywiście, nie chcę przez powyższe powiedzieć, że w takim razie papież Benedykt XVI w sposób jasny i jednoznaczny powtórzył w ten sposób nauczanie Piusa XI. Ciągle bowiem można zastanawiać się, co przez „rozprzestrzenianie ciężkich wykroczeń przeciw czystości” należy tu rozumieć? Czy wystarczy już tu tylko w prywatnym zaciszu namawiać kogoś do cudzołóstwa (wszak i w ten sposób ów występek się rozprzestrzenia)? Czy może chodzi o działania o bardziej zorganizowanym charakterze (np. działalność portali randkowych ułatwiających niewierność małżeńską lub też upowszechnianie pism, filmów i innego rodzaju wydawnictw usprawiedliwiających cudzołożenie)? Tak czy inaczej, stwierdzenie Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego na ten temat jest jednak w pewien sposób bliższe nauczaniu Piusa XI, osłabiając tezę, jakoby aktualne Magisterium Kościoła już w żaden, ale to żaden sposób nie wypowiadało się w tej kwestii.

    Podsumowanie

    Biorąc więc pod uwagę wszystkie powyższe rozważania, uważam za bardzo wątpliwą tezę, jakoby domniemany brak powtórzenia przez aktualne Magisterium Kościoła nauczania papieża Piusa XI o tym, że niewierność małżeńska powinna być prawnie karalna, oznaczał, że w takim razie owa doktryna przestała być częścią obowiązującego katolików w sumieniu nauczania. A już jako skrajnie niesprawiedliwe oceniam sugestie, jakoby podtrzymywanie słuszności tego postulatu było wyrazem polemiki czy nieposłuszeństwa wobec „soborowego” i „posoborowego” nauczania Kościoła.

    Mirosław Salwowski

  4. Św. Cezary z Arles: „Zło pijaństwa jest bardzo wielkie i Bogu obrzydłe”

    Leave a Comment

    Bracia najdrożsi! Chociaż z miłosierdzia Chrystusa ufam, że boicie się zła pijaństwa jak otchłani piekielnej i nie tylko sami nie chcecie się więcej upijać, ale i innych nie namawiacie, ani nie zmuszacie, by przyjmowali więcej niż wypada, to to jednak, ponieważ nie można postąpić inaczej, skoro są niektórzy zaniedbujący to, którzy nie chcą być trzeźwi, dlatego wy, którzy zawsze urządzacie trzeźwe przyjęcia, nie bierzcie tego do siebie, ponieważ na biskupach ciąży obowiązek karcenia pijaków.

    Zło pijaństwa, bracia najdrożsi, jest zbyt ciężkie a Bogu obrzydłe i tak po całym świecie się rozszerzyło i u tak wielu weszło w zwyczaj, że przez tych co nie chcą uznać Bożych przykazań już nie jest uważane za grzech i do tego stopnia, że na ucztach swoich wyśmiewają tych, co mniej mogą pić i mocą wrogiej przyjaźni nie wstydzą się zaklinać ludzi, aby pili więcej niż wypada. Ten mniejsze zło popełnia, kto drugiego mieczem rani, niż ten, kto zmusza drugiego, aby pił więcej niż uchodzi, ponieważ przez opilstwo zabija jego duszę. 

    A ponieważ nasze ciała są ziemskie, więc podobnie jak deszcz obfitszy i dłuższy, niż go potrzeba, tak ziemię nawadnia i w błoto zamienia, że na niej żadna uprawa nie jest możliwa, tak i nasze ciało przez pijaństwo  nie może przyjąć duchowej kultury, ani nie może wydać spodziewanych owoców potrzebnych dla duszy. A więc, jak  wszyscy ludzie z upragnieniem wyglądają potrzebnego i wystarczającego deszczu dla swoich pól, aby modli je pielęgnować i cieszyć się z obfitości plonów rolnych, tak i na roli naszego ciała tylko tyle powinni ludzie pić, ile wypada, aby przez zbyt obfite picie ta rola ciała nie zamieniła się jakby w bagnisko, i raczej robaki i węże wad mogła rodzić, niż wydawać owoce dobrych uczynków. Wszyscy pijacy wyglądają jak jakieś bagna. Co bowiem rodzi się na bagnach, to dobrze kochanie wiecie. Wszystko co się tam rodzi, jak wiemy, żadnego pożytecznego owocu nie przynosi. Rodzą się tam węże i pijawki, rodzą się żaby i różnego rodzaje robaków, które raczej wstręt budzić mogą niż przynosić coś nadającego się do spożycia. Nawet drzewa i zioła, które na bagnach rosną albo nad jego brzegami zwykły wyrastać, żadnego pożytku nie przynoszą prócz tego tylko, że corocznie się je spala na ogniskach. Patrzcie! Co z pijaństwa się rodzi, to na ogień jest przeznaczone. 

     Tacy są, jak już powiedziałem, wszyscy pijacy, których obiady przeciągają się aż w późną noc, których wieczerze oglądają ranne słońce, którzy stać nie potrafią nawet, gdy wydaje się że poszczą, których zmysły są otępiałe, ociężałe i w jakimś sensie już obumarłe. Wreszcie często w upojeniu nawet samych siebie nie poznają, ani innych, nie mogą ani chodzić, ani stać, ani nie są w stanie niczego rozsądnego powiedzieć ani usłyszeć. Często nawet, aż do wymiotów nie wstydzą się upijać i piją bez miary. Przynosi się im coraz większe kubki. Rywalizacja jest bez wątpienia prawem picia. Kto w piciu potrafi innych pokonać, ten otrzymuje pochwałę w grzechu. Stąd rodzą się kłótnie i spory, później kończyny wiją się skręcają w różnych i strasznych tańcach, dalej popełnia się cudzołóstwa a nieraz zabójstwa. Ilekroć piją za dużo, jakby paraliżem tknięci, nie mogą chodzić o własnych nogach, pozwalają się wnosić na rękach w upokarzający sposób do łóżek. W ich oczach ciemność, w głowie szał i okropny ból, a na twarzy wypieki, wszystkie członki drżą, a w duszy i umyśle otępienie. (…).

     

    Bracia najdrożsi! Ludzie dlatego się upijają z taką łatwością, bo uważają, że pijaństwo jest małym grzechem, albo w ogóle nim nie jest. Ale za tę niewiedzę najbardziej kapłani zdadzą sprawę w dzień sądu, jeżeli zaniedbują głoszenia kazań powierzonemu sobie ludowi o tym, jakie i jak wielkie jest zło wypływające z pijaństwa. Kto więc uważa, że pijaństwo jest małym grzechem, jeżeli się nie poprawi i nie będzie czynił pokuty za swe pijaństwo, nie minie go wieczna kara. Dręczyć go będzie kara bez ulgi razem z cudzołożnikami i zabójcami, zgodnie z tym, co dobrze wiecie, jak Apostoł głosił: << Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani lubieżnicy, ani mężczyźni współżyjący ze sobą, ani chciwcy, ani cudzołożnicy, ani  pijacy nie odziedziczą Królestwa Bożego>> ( 1 Koryntian 6: 9 – 10). Patrzcie, że pijaków zrównał Apostoł z rozpustnikami, bałwochwalcami, homoseksualistami i cudzołożnikami. Powiedział również: << Nie upijajcie się winem, bo to jest przyczyną rozwiązłości >> (Efezjan 5: 18). Dlatego też niech  każdy  sobie określi i rozważy, czy pijaństwo jest grzechem ciężkim, a wówczas pijaństwo, nigdy nie będzie mogło go pokonać albo z trudnością (…).

    Pijaństwo, jak studnia prowadząca do piekła, wszystkich gubi, jeżeli nie następuje godna pokuta, a po niej poprawa, tak mocno ich trzyma w sobie, że nie pozwala im zupełnie wydostać się z ciemności studni piekielnej na światło czystości i trzeźwości„.

    Cytat za: Św. Cezary z Arles, “Kazania do ludu (1-80)”, Kraków 2011, ss. 269 – 270; 272 – 273; 277.

     

  5. Piekielna herezja ks. Szustaka

    Leave a Comment

    Ojciec Adam Szustak jest jednym z najbardziej popularnych księży katolickich w Polsce. Zdecydowana większość jego wypowiedzi wydaje się słuszna i budująca, jednak od czasu do czasu zdarza mu się rzec coś skandalicznego, głupiego czy wręcz heretyckiego.

    Wcześniej pisałem już o tym, jak tenże ksiądz chwalił bluźniercze filmiki youtubowego kanału G.F. Darwin czy też sugerował, iż tragicznie zmarły prezydent Gdańska Paweł Adamowicz jest już na pewno w Niebie (mimo że ten popierał sodomię oraz legalność aborcji). Powyższe wypowiedzi ojca Szustaka można by jednak zaliczyć do głupich i skandalicznych, ale jeszcze nie samych w sobie heretyckich. Zakonnik ten ma jednak na swym koncie również stwierdzenia o charakterze jawnie heretyckim. Chodzi mianowicie o wyrażaną przez niego bardzo mocną nadzieję powszechnego zbawienia, czyli przekonanie o tym, iż absolutnie wszyscy ludzie dostąpią wiecznego szczęścia z Bogiem i że nikt nie trafi do piekła. Myśl ta została przez o. Szustaka niezwykle jasno wyartykułowana w umieszczonym na kanale „YouTube” filmiku pt. „Czy wszyscy będą ZBAWIENI?”. Ksiądz mówi w tym filmowym materiale między innymi następujące rzeczy:

    Głęboko wierzę i mam taką nadzieję, że absolutnie wszyscy będą zbawieni. Wszyscy. Absolutnie wszyscy. W momencie śmierci będzie sąd i zobaczymy całą prawdę o Bogu, dobru i złu. Nie będzie oszustw i zakłamań. Zobaczymy jaki jest Bóg. I Bóg nas zapyta:

    – Teraz kiedy widzisz całą prawdę – czy chcesz być ze mną na wieki czy trafić do piekła? Jeśli człowiek zapragnie być w niebie, to Bóg wpuści go. Może przez czyściec. Ale kiedy człowiek zobaczy Boga, to Mu się nie oprze. To nie będzie branie siłą. Nikt nie wpadnie na pomysł, by Mu się oprzeć i Go wybierze„.

    Ojciec Adam chociaż zastrzega, iż powyższa jego opinia ma charakter prywatny, jednocześnie de facto w pewien sposób ją dogmatyzuje, gdyż w ścisłym nawiązaniu do tegoż swego poglądu stwierdza też:

    „Jeśli chrześcijanin nie ma takiej nadziej, to jest to du**a, a nie chrześcijanin. Jeśli ktoś nie pragnie tego, nie marzy, nie działa by tak się stało – to żaden z niego chrześcijanin” (wykropkowanie wulgaryzmu moje – MS).

    Choć podobne – jak czyni to ks. Szustak – stawianie sprawy, a więc: „Piekło jest, ale dobrze jest mieć nadzieję, iż nikt do niego nie trafia” nie stanowi niczego niezwykłego wśród współczesnych katolików, trzeba jasno to sobie powiedzieć, iż taki pogląd jest heretycki.

    Po pierwsze bowiem: choć – z pewnymi wyjątkami (o których poniżej) – owszem nie wiemy, które konkretne osoby spędzą wieczność w piekle, to jednak możemy być pewni, iż część ludzi tam trafi. Innymi słowy, nie znamy „z imienia i nazwiska” osób, które są, lub będą w piekle, ale wiemy, że niektórzy ludzie będą wiecznie potępieni. Mówi nam o tym Pan nasz Jezus Chrystus, gdy naucza o Sądzie Ostatecznym, w czasie którego ludzkość zostanie podzielona na dwie kategorie osób. Do tych znajdujących się po lewej stronie Chrystus powie:

    Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! (…) I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego” (Mt 25: 41, 46).

    O tym, że niektórzy ludzi będą wiecznie potępieni naucza też Magisterium Kościoła. Ot, choćby Sobór Laterański IV, uczy na temat powtórnego przyjścia Pana Jezusa następującą rzecz:

    na końcu wieków przyjdzie sądzić żywych i umarłych, każdemu odda według jego uczynków, zarówno odrzuconemu, jak i wybranemu,Wszyscy oni powstaną w swoich własnych ciałach, które teraz mają, aby otrzymać stosownie do swoich czynów, dobrych czy złych, jedni karę wieczną z diabłem, inni zaś wiekuistą chwałę z Chrystusem„.

    Podobne wypowiedzi Pisma świętego i Magisterium Kościoła można by mnożyć, ale warto zauważyć w tym miejscu jedną rzecz. Otóż na temat wiecznego potępienia niektórych ludzi wypowiadają się one w duchu faktu, który nastąpi, a nie tylko teoretycznej możliwości. Pan Jezus w przytoczonych wyżej słowach nie mówi: „Jeśli w ogóle znajdą się takie osoby, które do końca życia będą trwać w grzechu, takie osoby skażą się na potępienie. Nie objawiam wam jednak tego, czy tacy ludzie będą istnieli”. Chrystus mówi, że będą tacy ludzie i wyda On na nich wyrok wiecznego potępienia.

    Po drugie: co do wiecznego potępienia przynajmniej jednej wymienionej z imienia osoby Magisterium Kościoła wypowiedziało się jasno. W Katechizmie Soboru Trydenckiego czytamy bowiem:

    Judasz, który żalem przywiedziony obwiesiwszy się, i żywot i duszę utracił” (Rozdział V „O Sakramencie pokuty” Pytanie 6).

    Chyba nie trzeba zaś specjalnie tłumaczyć, co w świetle katolickiej terminologii oznacza, iż ktoś „utracił swą duszę”.

    Po trzecie: jest rzeczą skrajnie trudną pogodzić przekonanie ks. Szustaka o tym, iż każdy umarły stając po śmierci przed obliczem Boga, zdecyduje się jednak nawrócić i żałować za swoje grzechy z nauczaniem Pana Jezusa, który w przypowieści o bogaczu i Łazarzu mówił o następującym dialogu, jaki miał się odbyć pomiędzy cierpiącym męki ognia bogaczem a Abrahamem:

    Tamten rzekł: „Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca! Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki”. Lecz Abraham odparł: „Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają!”.”Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą”. Odpowiedział mu: „Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą”» (Łk 16, 27-31).

    Poza tym, wedle nauki katolickiej nawrócenie może dokonać się za ziemskiego życia, nie zaś po śmierci. Jednostkowy sąd Boży, który odbędzie się po śmierci danej osoby, stanowić będzie wyrok przypieczętowujący efekt dokonanych za życia ziemskiego wyborów, nie zaś ostatnią szansę, by żałować za swe grzechy.

    Na sam koniec tego artykułu pozwolę sobie zaproponować małe logiczne ćwiczenie pokazujące, jak omawiana opinia o. Szustaka może być szkodliwa dla dusz. Otóż, załóżmy czysto teoretycznie, że ksiądz ten ma rację i jest bardzo prawdopodobne, że nikt z ludzi nie trafia do piekła. Cóż, jednak wtedy za szkodę niosą ludzkim duszom ci, którzy mówią, że piekło jest i że przebywają tam niektóre osoby? Jeśli i tak wszyscy idą do Nieba, to co najwyżej niektórzy ludzie postresują się wizją piekła, ale ostatecznie ten stres i tak zostanie im wynagrodzony w Niebie, gdzie wszak Bóg „otrze każdą łzę” (Ap 7, 17). Jeśli jednak piekło jest i przebywa tam część ludzkości to rozpowszechnianie twierdzeń w rodzaju: „Prawdopodobnie w piekle nie ma nikogo z ludzi, a stając po śmierci przed Bogiem i tak się nawrócimy” jest niewyobrażalnie szkodliwe. W ten sposób bowiem de facto zachęca się ludzi do praktykowania dwu z sześciu grzechów przeciwko Duchowi Świętemu, którymi są: „Przeciwko miłosierdziu Bożemu zuchwale grzeszyć” oraz „Rozmyślnie trwać w niepokucie”. Ostatecznie zaś takie opinie prowadzą do tego, iż więcej osób trafi do piekła będąc przekonanymi, że przecież i tak nie mają się czego obawiać.

  6. Pius XI: Kościół abstynencji nie narzuca, ale ją pochwala

    Leave a Comment

    Katolik w trunkach nie widzi trucizny lecz jeden z darów bożych. Winna latorośl została nawet przez Stwórcę upatrzona na przedziwną osłonę tajemnicy Eucharystii. Lecz nadmierne użycie trunków wyskokowych jest trucizną, trucizną dla dobrobytu, trucizną małżeńskiego szczęścia i pokoju domowego, a także aż nazbyt gwałtowną i częstą trucizną dla rozwoju przyszłych pokoleń.

    Ostrożne i umiarkowane używanie napojów alkoholowych nie jest grzechem. Ale nadużycie alkoholu jest grzechem, a tam, gdzie staje się powodem smutnych następstw, grzechem ciężkim, a nawet wołającym o pomstę do nieba. Umiarkowanie i abstynencja są w pierwszej linii naturalnymi środkami panowania nad sobą i dlatego jak wszystkie inne siły czysto naturalne nie są zdolne do wyrobienia moralnie mocnych charakterów.

    Lecz tam, gdzie wzrastają one na gruncie silnej woli, na którą pada nadprzyrodzona rosa łask, są one bardzo cennymi i nieodzownymi środkami do wytworzenia równowagi między ciałem i duszą, materią a duchem, której Bóg się domaga.

    Kościół katolicki nie może się zgodzić na przymus całkowitej prohibicji. Obowiązek całkowitej abstynencji zachodzi tylko wtedy, gdy inaczej nie można opanować namiętności. Lecz dobrowolna abstynencja w celu zadośćuczynienia za grzechy nadużycia alkoholu, dawania bliźnim dobrego przykładu i powstrzymywania ich od nadmiernego spożycia trunków wyskokowych jest apostolstwem, które Kościół św. popiera i uznaje, pochwala i błogosławi.

     Pius XI, 26 VII 1929 rok
  7. Czy Żydzi są narodem morderców Chrystusa?

    Leave a Comment

    Sobór Watykański II w deklaracji „Nostra Aetate” uczy na temat odpowiedzialności narodu żydowskiego za mękę i śmierć Pana naszego Jezusa Chrystusa między innymi:

    A choć władze żydowskie wraz ze swymi zwolennikami domagały się śmierci Chrystusa, jednakże to, co popełniono podczas Jego męki, nie może być przypisane ani wszystkim bez różnicy Żydom wówczas żyjącym, ani Żydom dzisiejszym“.

    Z kolei, opublikowany w 1992 roku Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie numer 598 stwierdza:

    Uwzględniając fakt, że nasze grzechy dotykają samego Chrystusa, Kościół nie waha się przypisać chrześcijanom największej odpowiedzialności za mękę Jezusa, którą zbyt często obciążali jedynie Żydów.

    Część tradycjonalistycznych katolików (zwłaszcza tych skupionych wokół Bractwa św. Piusa X) krytykowało powyższe „soborowe” oraz „posoborowe” nauczanie Kościoła, jako rzekome zerwanie z tradycyjną teologią katolicką, w ramach której nieraz obdarzano Żydów mianem „narodu bogobójców”. Czy te zarzuty są uzasadnione?

    Zacznijmy od tego, iż naprawdę trudno jest widzieć coś błędnego lub zwodniczego w przytoczonym wyżej nauczaniu Vaticanum II o tym, iż nie można przypisywać takiej samej odpowiedzialności za śmierć Pana Jezusa ani wszystkim Żydom żyjącym w tamtym czasie ani tym bardziej Żydom dzisiejszym. Takie odrzucone przez Sobór Watykański II twierdzenie nie jest bowiem umocowane ani w Piśmie świętym, ani nawet w zdrowym rozsądku. Po pierwsze bowiem, Biblia nie wspomina o tym, by w czasie procesu i ukrzyżowania Chrystusa wszyscy Żydzi popierali zabicie Jezusa. Owszem, za zbrodnią bogobójstwa opowiedziały się władze religijne narodu żydowskiego czyli Sanhedryn oraz liczne zgromadzenie Żydów obecne na placu umiejscowionym przed siedzibą rzymskiego namiestnika Piłata. Pomijając jednak już zaś nawet tak oczywiste wyjątki Żydów, którzy nie popierali w tamtym czasie i miejscu skazania Pana Jezusa na śmierć, a więc np. Najświętszej Marii Panny, Nikodema, Józefa z Arymatei, Apostołów (nie licząc Judasza), to i tak nie sposób założyć, iż dokładnie wszyscy inni członkowie narodu żydowskiego byli obecni w tłumie wołającym do Piłata: „Ukrzyżuj Go!„. Owszem, na tym haniebnym zgromadzeniu było obecnych wielu Żydów, jednak nie wiemy jakiego dokładnie procentu ówczesnej nacji żydowskiej to dotyczyło. Nawet jeśli była to duża część spośród ówcześnie żyjących Żydów to i tak nie byli to wszyscy Żydzi.

    Stwierdzenie Soboru Watykańskiego II o tym, iż nie można „bez różnicy” (czyli inaczej mówiąc: w takim samym stopniu) obciążać wszystkich żyjących w czasie ukrzyżowania Chrystusa czy tym bardziej istniejących współcześnie Żydów jest więc tak zdroworozsądkowe, jak i biblijne. Czy w takim razie należy potępić często używane w tradycyjnej teologii katolickiej sformułowanie nazywające Żydów mianem „narodu bogobójców”? Cóż, odpowiedź na to pytanie nie należy do bardzo łatwych. Z jednej bowiem strony nie wszyscy Żydzi popierali skazanie na śmierć Pana Jezusa, z drugiej zaś strony wielu z nich właśnie tak uczyniło. Warto też zauważyć, iż ogół Żydów został w relatywnie krótkim czasie ukarany przez Boga zburzeniem światyni w Jerozolimie a następnie ich wygnaniem z Palestyny co uprawdopodabnia tezę o tym, że rzeczywiście duża część narodu żydowskiego mogła solidaryzować się z posunięciem swych władz (czyli Sanhedrynu), które zdecydowały się wydać Zbawiciela na śmierć.

    Czy może więc błędne i sprzeczne z Tradycją Kościoła jest stwierdzenie punktu 598 „posoborowego” Katechizmu Kościoła Katolickiego o tym, iż to chrześcijanie ponoszą największą odpowiedzialność za mękę Jezusa? Cóż, owe sformułowanie może być uznane za lekko dwuznaczne, gdyż brakuje w nim dodania słowa, iż to „źli” chrześcijanie są większymi od żydów mordercami Chrystusa. Albowiem na płaszczyźnie nadprzyrodzonej to grzechy wszystkich ludzi przyczyniły się do śmierci Pana Jezusa. Im zaś kto ma większy dostęp do łask, tym jego wina jaką ponosi za popełniane przez siebie akty nieposłuszeństwa Bogu jest większa. Chrześcijanie zaś mają danych więcej łask niż żydzi, a co się z tym wiąże popełniane przez nich grzechy są większe aniżeli żydów. Im więc dany chrześcijanin więcej grzeszy tym większym też – w sensie nadprzyrodzonym – jest mordercą Chrystusa. Gdyby więc uściślić i doprecyzować punkt 598 Katechizmu Kościoła Katolickiego poprzez dodanie doń dopowiedzenia, iż to źli chrześcijanie ponoszą większą od Żydów odpowiedzialność za mękę Pana Jezusa to nie byłoby w tym stwierdzeniu jakiejkolwiek, choćby i lekkiej dwuznaczności. Warto zresztą odnotować co na ten temat nauczał Katechizm Soboru Trydenckiego:

    Musimy uznać za winnych tej strasznej nieprawości tych, którzy nadal popadają w grzechy. To nasze przestępstwa sprowadziły na Pana naszego Jezusa Chrystusa mękę krzyża; z pewnością więc, ci, którzy pogrążają się w nieładzie moralnym i złu, <krzyżują … w sobie Syna Bożego i wystawiają go na pośmiewisko> (Hbr 6,6). Trzeba uznać, że nasza wina jest w tym przypadku większa niż Żydów. Oni bowiem, według świadectwa Apostoła, <nie ukrzyżowaliby Pana chwały> (1 Kor 2,8), gdyby go poznali. My przeciwnie, wyznajemy, że Go znamy. Gdy więc zapieramy się Go przez nasze uczynki, podnosimy na niego w jakiś sposób nasze zbrodnicze ręce“.

    Nie od rzeczy będzie zresztą przypomnienie tego co na temat odpowiedzialności złych chrześcijan za śmierć Chrystusa uczył św. Jan Maria Vianney, patron wszystkich proboszczów:

    Źli chrześcijanie będą kiedyś w piekle ponosili straszniejsze męczarnie, niż niewierni… Chrześcijanom, gdy tylko dojdą do wieku, w którym mogą już korzystać z rozumu, przyświeca niczym wspaniałe słońce pochodnia wiary. W sposób wystarczający mogą więc poznać swoje obowiązki względem Boga, względem samych siebie, względem bliźniego. Jakie straszne, jakie okropne będzie piekło chrześcijan! Jak niebo oddalone jest od ziemi, tak potępienie chrześcijanin będzie daleko cięższe od potępienia niewiernych. Bo sprawiedliwy Bóg surowiej ukarze tego, kto otrzymał więcej łask, ale wzgardził nimi, zamiast z nich korzystać i wiernie służyć Panu… Jak z trupów potopionych Egipcjan wypływa woda, tak z ust potępieńców przez całą wieczność będą płynęły narzekania, że nie chcieli wykorzystywać Bożych łask, że za życia znieważali Ciało i Krew Jezusową w Komunii Świętej. Na wieki – wedle słów św. Bernarda – stać im będą przed oczyma cierpienia i męka Jezusa Chrystusa, które zniósł także dla ich zbawienia… nie zniknie im nigdy sprzed oczu obraz łez, które przelał Boski Zbawiciel, obraz Jego pokuty… Będą Go widzieli w Ogrodzie Oliwnym, gdzie krwawymi łzami opłakiwał ich grzechy. Zobaczą go w śmiertelnej agonii, zobaczą włóczonego po ulicach Jerozolimy. Będą słyszeli uderzenia młotów, które Go krzyżowały na Kalwarii (…)” (Cytat za: Św. Jan Maria Vianney, „Kazania Proboszcza z Ars”, Warszawa 1999, ss. 337, 340).

    Po raz pierwszy powyższy artykuł ukazał się na portalu Fronda.pl: https://www.fronda.pl/a/z-ambony-strzeleckiej-salwowskiego-czy-zydzi-sa-narodem-mordercow-chrystusa,125493.html

  8. Tomasz Terlikowski błądzi

    Leave a Comment

    Tomasz Terlikowski jest znanym konserwatywnym publicystą katolickim, którego gorliwość i oddanie dla pewnych elementów nauki moralnej Kościoła zasługuje na pochwałę. Nie mniej jednak jak każdemu człowiekowi przydarza mu się błądzić, co należy też jemu pokazać. Jednym z przykładów błędnych wypowiedzi Tomasza Terlikowskiego są słowa, które – w odpowiedzi jednej ze współdyskutantek – napisał w dniu 10 kwietnia b. roku – na swej facebookowej tablicy. Otóż pan Terlikowski najpierw zasugerował, iż nie widzi w katolickiej wykładni Pisma świętego i Tradycji Kościoła podstaw do wspierania karania śmiercią czynnych homoseksualistów, a gdy dyskutująca z nim osoba wskazała na konkretne fragmenty Biblii, w których o takowej sankcji za ów grzech jest mowa, publicysta ten napisał, co następuje:

    „Szanowna Pani, katolicka lektura Pisma Świętego dokonuje się zawsze w świetle Tradycji i Magisterium. Nigdy nie czytamy Pisma Św. literalnie. Tak gwoli ścisłości. Nie jesteśmy fundamentalistami biblijnymi. I nigdy nimi nie byliśmy”.

    Nie wiem, czy Tomasz Terlikowski pewnych rzeczy nie wie, czy może na potrzeby dyskusji, nie chce o pewnych kwestiach mówić, ale trzeba sobie jasno powiedzieć, że jego powyższe sugestie i wypowiedzi nie są zgodne ani z prawdą historyczną, ani też nauczaniem katolickim.

     

    Po pierwsze bowiem, w Tradycji Kościoła znajdowały się wypowiedzi i akty wspierające karanie śmiercią za czynny homoseksualizm. Jednym z tego przykładów są dwie bulle autorstwa papieża św. Piusa V: „Cum Primum” oraz „Horrendum illus scelum”. W tych dokumentach tenże święty papież nakazał wydawanie winnych homoseksualnych postępków duchownych władzom cywilnym, by stosowały wobec takowych takie same kary, jakie ówczesne prawo przewidywało za owe grzechy popełniane przez osoby świeckie. A przypomnijmy, że wówczas częstą karą – również w państwach katolickich – za akty homoseksualne była właśnie kara śmierci.

    I nie twierdzę teraz, że każdy katolik z pewnością musi zgadzać się z karaniem śmiercią czynnych homoseksualistów i lesbijek. Wspomniane bulle św. Piusa V jako takie miały bowiem charakter raczej dyscyplinarny, a nie stricte doktrynalny, przez co jako takie nie zobowiązywały katolików do automatycznego uznawania ich za słuszne. Nie mniej jednak, jest historycznym faktem, iż w Tradycji Kościoła miały miejsce czyny i wypowiedzi wspierające karanie śmiercią za sodomię. Można się z tym nie zgadzać, ale należy wówczas uczciwie zmierzyć się z tym historycznym faktem.

     

    Po drugie: kompletną bzdurą jest twierdzenie Tomasza Terlikowskiego, jakoby katolicka lektura Pisma świętego „nigdy” nie polegała na jego „literalnym odczytywaniu”. Jest bowiem niemal dokładnie odwrotnie. Tradycyjnie katolicka wykładnia Biblii zazwyczaj (choć nie zawsze) opiera się na jej dosłownym rozumieniu. Święty Tomasz z Akwinu nauczał, iż: „Wszystkie rodzaje sensu Pisma świętego powinny się opierać na sensie dosłownym” (Summa theologiae, I, 1, 10 ad 1). Papież Leon XIII potwierdził tę zasadę w swej encyklice „Providentissimus Deus”, gdzie uczył, co następuje:

    Niech on [współczesny komentator] jednak z tego powodu nie sądzi, że ma drogę zamkniętą do posuwania się dalej w badaniu i wyjaśnianiu, a tym bardziej, gdy znajdzie się do tego słuszna przyczyna, – byle tylko szedł sumiennie za ową regułą, rozumnie przez św. Augustyna postawioną, a mianowicie, że należy jak najmniej odstępować od sensu literalnego i niejako właściwego, chyba że jakiś powód nie pozwoli go zatrzymać lub konieczność zmusi do opuszczenia go [Św. Aug., De Gen. ad litt. VIII, 7, [13].]. Tej reguły tym mocniej należy się trzymać, im większe jest niebezpieczeństwo pobłądzenia przy tak wielkim pożądaniu nowości i wolności zdań„ (Podkreślenie moje – MS).

    Również Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie numer 116 powtarza wskazaną wyżej zasadę św. Tomasza z Akwinu, iż: „Wszystkie rodzaje sensu Pisma świętego powinny się opierać na sensie dosłownym„.

    Jednym z bardziej dobitnych przykładów tego, iż Magisterium i Tradycja Kościoła wykłada Pismo święte w sposób literalny, jest choćby dogmat o Rzeczywistej i Substancjalnej Obecności Ciała i Krwi Pana naszego Jezusa Chrystusa w konsekrowanych Hostiach. To dogmatyczne nauczanie jest oczywiście dosłownym i literalnym rozumieniem następujących słów z Ewangelii św. Mateusza: „Jezus wziął chleb i odmówiwszy błogosławieństwo, połamał i dał uczniom, mówiąc: «Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje». Następnie wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie, dał im, mówiąc: «Pijcie z niego wszyscy, bo to jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów” (tamże: 26, 26-28). A podobnych przykładów literalnej interpretacji Pisma św. jaką daje nam Magisterium Kościoła jest o wiele, wiele więcej.

    Warto zresztą zauważyć, iż pan Terlikowski de facto popada w sprzeczność sam ze sobą, gdy pisze, iż Pisma świętego „nigdy” nie należy traktować literalnie. Gdyby bowiem tak było, to również w kwestii potępienia przez Biblię aktów homoseksualnych (które wspomniany redaktor wszak też piętnuje) należałoby uciekać się do niedosłowności  wskazując zarazem, że przecież owe potępienie było formułowane w kontekście innych czasów, innej kultury i innych zwyczajów (jak czyni to zresztą wielu teologów). Tradycja i Magisterium Kościoła od wieków rozeznaje jednak biblijne potępienia homoseksualizmu w sensie dosłownym i uniwersalnym, a nie symbolicznym czy też kulturowo relatywistycznym. Niech się więc Tomasz Terlikowski zdecyduje, albo Biblii rzeczywiście nie należy „nigdy” interpretować literalnie, a wówczas jego publicystyczne batalie przeciwko sodomii można schować do buta, albo jednak Pismo święte częściej niż mu się to wydaje trzeba wykładać dosłownie.

  9. „Antyklapsowe” błędy ks. Grzegorza Kramera

    Leave a Comment

    Ks. Grzegorz Kramer SJ sprawia wrażenie dobrego kapłana, a jego publiczne wypowiedzi bardzo często są mniej lub bardziej słuszne i budujące. Na uznanie zasługuje fakt, iż nieraz krytykuje (ale w sposób życzliwy i nieagresywny) wady i przywary swych braci w kapłaństwie. Niestety jednak od czasu do czasu ks. Grzegorzowi zdarza się powiedzieć coś niedorzecznego, a nawet wprost heretyckiego.

    Działo się tak np. gdy twierdził, iż słowa Pana Jezusa o tym, iż mamy się bać tego kto może naszą duszę zatracić w piekle (patrz: Łk 12, 4-5) odnoszą się do szatana (podczas gdy w rzeczywistości tyczą się one Boga). Innym razem, ks. Kramer kwestionował tradycyjne nauczanie Kościoła uczące, że zabijanie wrogich żołnierzy w czasie wojny sprawiedliwej może być moralnie dozwolone. W niedawnym zaś czasie, wziął się on za podważanie tego co Pismo święte i Tradycja Kościoła nauczają o stosowności cielesnego karcenia dzieci. W swym publicznie udostępnionym dnia 29 grudnia 2018 roku na Facebooku poście ksiądz Grzegorz Kramer pisze bowiem między innymi:

    „(…) Nie da się pogodzić chrześcijaństwa z biciem dzieci. Nie ma czegoś takiego jak śmieszne rozróżnienie na „to tylko klaps i pobicie”. To zawsze jest pogarda okazana mniejszemu.
    Nie bij!”.

    Powyższe słowa w oczywisty sposób przeczą nauczaniu Pisma świętego na temat cielesnego karcenia dzieci, które nie tylko zezwala, ale po prostu doradza i chwali ów środek dyscyplinujący:

    Rózga i karność udziela mądrości, pozostawiony sobie chłopiec jest wstydem dla matki” – Prz 29: 15.

    W sercu chłopięcym głupota się mieści, rózga karności wypędzi je stamtąd” – Prz 22: 15.

    Karcenia chłopcu nie żałuj, gdy rózgą uderzysz – nie umrze. Ty go rózgą uderzysz, a od Szeolu zachowasz mu duszę” – Prz 23: 13 – 14.

    Kto miłuje swego syna, często używa na niego rózgi, aby na końcu mógł się nim cieszyć” – Syr 30: 1.

    Ksiądz Grzegorz, gdy niektórzy z użytkowników Facebooka przypominali mu owe biblijne wersety sprowadzał je do tych zasad i praw Starego Testamentu, które wraz ze śmiercią i zmartwychwstaniem Pana Jezusa przeminęły. Jest jednak skrajnie kontrowersyjnym założenie, iż starotestamentowe pochwały cielesnego karcenia dzieci rzeczywiście uległy dezaktualizacji wraz z nastaniem Nowego Testamentu. Owszem, niektóre z praw i przepisów Starego Przymierza już nie obowiązują chrześcijan, gdyż np. ich celem było zapowiadanie sakramentów i praw Nowego Przymierza (dajmy na to cielesne obrzezanie było zapowiedzią chrztu świętego, zabijanie i spożywanie mięsa baranków w czasie Paschy stanowiło zapowiedź zabicia Pana Jezusa, etc). Ale to nie znaczy, że w takim razie żadne z zasad i przykazań ujętych na kartach Starego Testamentu nie są już wiążące i ważne dla chrześcijan. Pochwały zaś cielesnego karcenia dzieci nie stanowią wyżej wskazanych starozakonnych obrzędów, ale są częścią moralnych wskazówek dotyczących codziennych międzyludzkich relacji. Ponadto, o ile niektóre z praw Starego Testamentu były wyrazem roztropnego tolerowania mniejszego zła, które w danym czasie nie można było wykorzenić (vide: przyzwolenie na rozwody czy poligamię) o tyle kar cielesnych względem dzieci Bóg nie tyle toleruje, co je pochwala i doradza. Stwórca ze swej natury jako absolutnie dobry i święty nie może w pozytywny sposób zatwierdzać czegoś co by było złe w swej istocie (a więc zawsze i wszędzie). Jak bowiem mówi Pismo święte: „Nikomu nie przykazał On być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć” (Syr 15, 19-20). Pius XII wykładał tę prawdę w następujący sposób:

    Przede wszystkim trzeba jasno stwierdzić, żadna ludzka władza (…) nie może wydać pozytywnego upoważnienia do nauczania lub czynienia tego, co byłoby wbrew religijnej prawdzie lub dobru moralnemu (…) Nawet Bóg nie mógłby dać takiego pozytywnego przykazania lub upoważnienia, gdyż stałoby to w sprzeczności z Jego absolutną prawdą i świętością” (Przemówienie „Ci resce”, podkreślenie moje – MS).

    Poza tym, moralna prawowitość karcenia cielesnego dzieci była tradycyjnie nauczana również przez katolickich moralistów (którzy wszak żyli już w czasach Nowego, a nie Starego Przymierza). Przykładowo, doktor Kościoła i patron spowiedników oraz teologów moralnych, św. Alfons Liguori w taki mądry i wyważony sposób pisał na ów temat:

    Gdzie zaś nie przynoszą skutku dobre słowa i karcenie, tam należy zabrać się do kar: zwłaszcza gdy dzieci jeszcze nie wyrosną, wtedy jest rzeczą niepodobną, aby ich można ukrócić `Kto folguje rózdze, nienawidzi syna swego`. (Przyp. 13, 24). Nienawidzi syna swego ten, który go nie karze, kiedy potrzeba. I tego kiedyś Pan Bóg ukarze (…) Alić należy karać dzieci roztropnie, nie w uniesieniu gniewnym, jak to teraz nieraz czynią ojcowie i matki: bo wtedy nic nie osiągną, gdyż wówczas dzieci stają się jeszcze krnąbrniejsze. Najpierw wypada dzieci upominać, potem im grozić a wreszcie ukarać, ale po ojcowski, a nie po katowsku, z umiarkowaniem, bez złorzeczeń i bez przekleństwa. Można je zamknąć w pokoju, ująć cokolwiek z pokarmu, nie dać odzienia lepszego, a jak potrzeba użyć rózgi, a nie kija. A jest zasadą ustaloną, aby nie kłaść ręki na dziecko póki wrzenie namiętności nie ustąpi, dopiero po uśmierzeniu gniewu karajcie”  (Cytat za: „Katechizm św. Alfonsa Liguoriego Doktora Kościoła rozszerzony przez ks. Bronisława Markiewicza”, Miejsce Piastowe 1931, s. 68 – 69).

    Ks. Grzegorz Kramer w oczywisty sposób więc błądzi twierdząc, iż wszelkiego rodzaju cielesne karcenie dzieci jest zawsze złe i szkodliwe. Nie wiem, czy powyższe argumenty do niego dotrą, ale niech przynajmniej przed fałszywością jego poglądów w tej sprawie będą ostrzeżeni inni.

    Nota od redakcji: Powyższy artykuł po raz pierwszy ukazał się na portalu Fronda.pl: http://www.fronda.pl/a/z-ambony-strzeleckiej-salwowskiego-antyklapsowe-herezje-ks-grzegorza-kramera%2C121005.html

  10. Czy moje poglądy są „kalwinistyczne” albo „jansenistyczne”?

    Leave a Comment

    Ciągle powtarzającym się twierdzeniem wysuwanym w kierunku mej publicystycznej aktywności jest zarzut przypisujący mi promowanie takich błędów i herezji jak: purytanizm, kalwinizm czy jansenizm. Często sugeruje mi się też, że propaguję moralność „muzułmańską”. Spotkałem się nawet z głosami, jakoby, wspierał „manicheizm” czy nawet „kataryzm”. Jako, że nigdy owe oskarżenia nie są poparte merytorycznymi dowodami (polegającymi na wykazaniu, które konkretnie z promowanych przeze mnie poglądów są odrzuconymi przez Magisterium Kościoła błędami czy herezjami) czasami zarzuty te są nieco łagodzone i zamiast np. kalwinizmu „sensu stricte” przypisuje mi się zaledwie „kalwinistyczną mentalność”, etc.

    Wszystkie te zarzuty i oskarżenia są bzdurne, głupie i bezsensowne z kilku powodów:

     

    PO PIERWSZE: głoszona przeze mnie „surowość moralna” (która w swej istocie jest tak naprawdę jasnością, konsekwencją i klarownością w objaśnianiu tradycyjnych zasad moralności katolickiej) była i jest inspirowana przez szczerą chęć podążania za katolicką ortodoksją. Każdy z poglądów, który promuje w swych artykułach i książkach udowadniam za pomocą licznych odwołań do zarówno przed jak i posoborowego Magisterium Kościoła oraz pism i wypowiedzi Ojców, Doktorów, Świętych, katolickich teologów o uznanej prawowierności.  W rzeczywistości też znajomość tego co mówi tradycyjnie protestancka teologia na temat takich kwestii jak mieszane tańce i plaże, skromność strojów, zawodowy boks, prawo władz cywilnych do karania nierządu, cudzołóstwa czy pornografii, jest w mym przypadku acz nader skromna w porównaniu z analogiczną wiedzą, jaką w ciągu wielu lat zdobyłem na owe tematy studiując tradycyjną teologię katolicką. Przykładowo, jestem w stanie podać blisko 100 wypowiedzi autorytetów katolickich, w których przestrzega się przed tańcami i balami, ale nie wiem, czy byłbym zdolny przytoczyć choćby 5 cytatów autorstwa protestanckich pastorów i kaznodziei na ów temat.

     

    PO DRUGIE: mimo mych wielokrotnych próśb, które w przeciągu wielu lat, kierowałem do oponentów „brawaryzmu” o wykazanie, które z tez promowanych w mych artykułach, zostały napiętnowane, odrzucone albo przynajmniej skrytykowane przez Magisterium Kościoła, nikt z nich, nie był w stanie podać choćby jednego takiego poglądu. Inaczej rzecz ujmując: choć wciąż jestem zarzuca mi się błędy i herezje, to ilekroć wołam „sprawdzam” (domagając się konkretnych dowodów na poparcie tych zarzutów) następuje ze strony mych przeciwników milczenie. Faktycznie więc przeciwnicy „brawaryzmu” posługują się gołosłownymi oskarżeniami i pustosłowiem, które – przyjmując założenie, iż posługują się oni nimi świadomie – należałoby nazwać oszczerstwami, kalumniami i zniesławieniami.

     

    PO TRZECIE: choć jest prawdą, iż kalwiniści i purytanie bardzo niechętnie odnosili się do tańców damsko-męskich, zaś janseniści krytykowali np. praktykę polegającą na bardzo łatwym udzielaniu rozgrzeszenia nałogowym grzesznikom, fakt ten jeszcze w żaden sposób nie świadczy, że przekonania takie są błędne, heretyckie czy też na inny sposób niekatolickie. Wszak obok błędnych poglądów kalwiniści, purytanie i janseniści głosili też sporą ilość opinii zgodnych z odwiecznym nauczaniem Kościoła. Zwolennicy tych herezji  nie zostali potępieni przez Magisterium Kościoła za niechęć względem tańców i balów, domaganie się skromności strojów, twierdzenie, iż władze cywilne mają prawo karać nierząd i cudzołóstwo czy też krytykę zbyt łatwego rozgrzeszania pewnych notorycznym złoczyńców. Pośród setek tez wyznawanych przez kalwinistów, purytan czy jansenistów, które zostały uznane przez Stolicę Apostolską za błędne, heretyckie lub w najlepszym wypadku za nieroztropne i nierozważne, nie znajduje się opinia o treści:  „Tańce i bale zazwyczaj są bliską okazją do grzechu”; „Władze publiczne powinny karać i zakazywać niemałżeńskich związków seksualnych”; „Mężczyźni i niewiasty nie powinni kąpać się razem lub przebywać w stopniu prawie całkowitego negliżu w tym samym miejscu”;  „Brak przemiany życia jest dowodem na to, iż prawdopodobnie skrucha penitenta była zwodnicza, fałszywa i w takim wypadku kapłan powinien wstrzymać się z udzieleniem rozgrzeszenia” (oczywiście nie ma tam też zdania, które co prawda nie brzmiałoby identycznie, lecz jego sens dał by się ująć w tych słowach). Kalwinizm, purytanizm i jansenizm są błędne, obrzydliwe i heretyckie z całkowicie innych powodów.

    Wskazywanie zaś na to, że któryś z poglądów był podzielany przez jansenistów, a następnie twierdzenie, iż ktokolwiek powtarzający ową opinię dziś jest zwolennikiem jansenizmu jest tyle bezsensowne, co i głupie. Na takiej zasadzie można by wszak twierdzić, że np. sprzeciw wobec aborcji czy homoseksualizmu jest poglądem „fundamentalistycznie protestanckim”, gdyż przecież również wielu protestanckich fundamentalistów potępia te obrzydliwości. Tym bardziej groteskowe jest nazywanie w ten sposób poglądów, które nie dość, że nie zostały potępione przez Magisterium Kościoła, ale jeszcze stały się jego częścią albo też przynajmniej zostały przez nie zaaprobowane.

     

    PO CZWARTE: moje zainteresowanie różnymi takimi kwestiami tradycyjnej moralności chrześcijańskiej jak: tańce, skromność strojów, mieszane plaże, boks zawodowy, relacje chrześcijanie – popkultura, prawo władz cywilnych do karania pewnych grzechów, etyka sytuacyjna (w tym kwestia bezwzględnej niedopuszczalności kłamstwa), ma swój początek w studiowaniu różnorodnych publikacji katolickich (wydawanych przed Vaticanum II kościelnych pism, katechizmów, kazań, etc), a także w mym zaangażowaniu się w ruch tradycjonalistyczny (sprawą skromności strojów zainteresowałem się czytając artykuły w piśmie „Zawsze Wierni” temu poświęcone).

     

    PO PIĄTE: choć wydaje się być prawdą, iż – historycznie rzecz biorąc – pewne postulaty „brawaryzmu” były praktycznie rzecz biorąc, częściej realizowane w łonie społeczności protestanckich aniżeli katolickich, to okoliczność ta i tak niczego jeszcze nie dowodzi. Powoływanie się wszak na to, co miliony katolików czyniło w faktycznej opozycji do tego czego w danej kwestii nauczał Kościół, musi bowiem prowadzić na manowce. Owszem, trudno jest zaprzeczyć temu, że np. tańce i bale na przestrzeni wieków częściej występowały w krajach katolickich, aniżeli protestanckich, ale analogiczną obserwację można wyciągnąć odnośnie skali popularności i poparcia, jaką cieszyły się różne radykalnie lewicowe ruchy w obu tych grupach krajów. Otóż, gdy przyjrzymy się historii takich krajów jak Włochy, Francja, Hiszpania, nie mówiąc już nawet o Ameryce Łacińskiej, to zauważymy, iż ugrupowania komunistyczne i socjalistyczne cieszyły się tam wsparciem dużej części społeczeństwa. Na przykład, we Włoszech przez dziesiątki lat tamtejsza partia komunistyczna otrzymywała w wyborach od 30 do 50 procent oddanych głosów. Nieraz zaś bywało tam tak, iż nawet zatwardziali komuniści uważali się za gorliwych katolików, regularnie chodzili na Msze święte i korzystali z sakramentów. Z kolei w wielu krajach Ameryki Łacińskiej komuniści nie objęli rządów tylko dlatego, że nie pozwalały im na to przewroty tamtejszych, opanowanych przez prawicę armii. Trudno tą występującą w tych tradycyjnie katolickich krajach skalę poparcia dla komunizmu i socjalizmu nawet porównać z często znikomym wsparciem, na jakie radykalna lewica mogła liczyć w krajach tradycyjnie protestanckich. Przykładowo, w USA czy Wielkiej Brytanii, nigdy nie działała silna partia o charakterze stricte komunistycznym lub socjalistycznym (wszak, mimo wszystko, trudno byłoby nazwać Demokratów czy brytyjskich Labourzystów tym mianem). Co prawda, w historycznie protestanckich krajach Skandynawii od lat władzę sprawują partie mające w nazwie przymiotnik „socjalistyczna”, ale i tak trudno jest tu o jakieś analogie, gdyż w rzeczywistości jest (i dawniej też było) tam mało ludności (w Szwecji np. mieszka niespełna 10 milionów osób, a we Włoszech dla porównania przeszło 60 milionów; Norwegia liczy sobie niespełna 5 milionów mieszkańców, a Brazylię zasiedla 150 milionów ludzi). Wychodzi więc na to, że przez dziesiątki lat, w sporej części krajów tradycyjnie katolickich sympatia dla komunizmu i socjalizmu była o wiele większa, aniżeli w krajach tradycyjnie protestanckich. Czy to oznacza więc, iż komunizm i socjalizm są katolickie, a niechęć względem nich protestanckie? Oczywiście, że nie, wszak te radykalnie lewicowe ideologie zostały niejednokrotnie potępione przez Magisterium Kościoła. Podobnych przykładów można by podawać więcej. Zwyczaj modlitwy przed jedzeniem „teoretycznie” jest jak najbardziej tradycyjnie katolicki, a mimo to wydaje się, iż znacznie częściej jest on praktykowany przez pobożnych protestantów, aniżeli pobożnych katolików. Takie formy synkretyzmu i okultyzmu jak voo doo, santeria czy macumba, rozpowszechniły się o wiele bardziej na terenach katolickich (Brazylia, Haiti, Kuba, Luizjana), aniżeli w krajach protestanckich. Czy to oznacza, że te obrzydliwe kulty są tradycyjnie katolickie? Inny przykład: zwłaszcza w krajach Ameryki Łacińskiej (ale także we Włoszech) od dawna upowszechniła się kultura i mentalność bardzo sprzyjająca różnym formom rozwiązłości seksualnej. Widać to choćby po tym, iż jeszcze przed Soborem Watykańskim II, w wielu krajach Ameryki Południowej większość dzieci było poczynanych poza małżeństwem, zaś ideałem mężczyzny stanowił tzw. machos, a więc osobnik, który z założenia źle traktuje swą żonę (zdradza ją i bije), a wyznacznikiem prawdziwej męskości dla niego jest posiadanie licznych kochanek, wizyty w domach publicznych, etc. Aż takiego kulturowo-społecznego przyzwolenia na rozwiązłość seksualną trudno by szukać w protestanckich Stanach Zjednoczonych. Czy to oznacza jednak, że kultura „machismo” jest tradycyjnie katolicka?

     

    PO SZÓSTE: pomijając już wszystko inne, kalwinizm należy akurat do tych herezji, którymi w szczególnie intensywny sposób się brzydzę i których nienawidzę z całego mego serca. Mogę nawet bez większego wahania powiedzieć, iż – w pewnych ważnych aspektach – Bóg, w którego wierzą kalwiniści nie jest prawdziwym Bogiem, ale jest upiornym bożkiem, który warty jest splunięcia oraz pogardy.