Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: Konfederacja

  1. Dziś wszyscy powinnyśmy wspierać Jarosława Kaczyńskiego

    Możliwość komentowania Dziś wszyscy powinnyśmy wspierać Jarosława Kaczyńskiego została wyłączona

    Choć jeszcze do nie tak dawna kierownictwo PiS najprawdopodobniej z inspiracji prezesa Jarosława Kaczyńskiego dokonywało obstrukcji starań o poszerzenie prawnej ochrony życia nienarodzonych dzieci, sytuacja zmieniła się diametralnie kilka dni temu. Jak bowiem wszyscy wiemy, Trybunał Konstytucyjny (dalej: TK) w dniu 22. 10. 2020 roku orzekł o niezgodności z polską konstytucją przepisu pozwalającego na tzw. aborcję eugeniczną. Można śmiało przypuszczać, że stało się to dzięki wyraźnemu przyzwoleniu ze strony pana Jarosława Kaczyńskiego. Ta decyzja owej instytucji ściągnęła tak na PiS, jak i na samego prezesa Kaczyńskiego gniew setek tysięcy oburzonych ludzi, którzy dzień w dzień demonstrują na ulicach naszych miast oraz miasteczek. W łonie obozu PiS i Zjednoczonej Prawicy widać pewne wyraźne pęknięcia, jeśli chodzi o twarde stanie przy obronie słuszności ostatniego orzeczenia TK. Wyrazem tego są wszak postulaty ze strony prezydenta Dudy oraz Jarosława Gowina i jego środowiska, by wprowadzić do polskiego prawa legalność aborcji w przypadku tzw. wad letalnych – czyli takich wad, które uprawdopodobniają, że nienarodzone dziecko albo urodzi się martwe albo też umrze w krótkim czasie po swym narodzeniu. Mimo to jednak, prezes Kaczyński jasno opowiada się po stronie wyroku TK i – przynajmniej póki co – w żaden sposób nie daje sygnałów o tym, by owo orzeczenie rozmydlać i osłabiać.

    Jarosław Kaczyński znajduje się więc w trudnej, będącej nie do pozazdroszczenia, sytuacji. Z jednej strony ma bowiem do czynienia z masowymi protestami na ulicach, których dynamika i charakter jest nieprzewidywalny. Z drugiej zaś strony, nie wszystkie ważne postaci w obozie rządzących podzielają jego jasne i jednoznaczne stanowisko w odniesieniu do ostatniego orzeczenia TK. Co zatem w tej sytuacji powinny czynić te osoby, którym zależało na tym, by nasze instytucje państwowe wreszcie zdecydowały się na poszerzenie prawnej ochrony życia nienarodzonych dzieciątek? Czyż nie powinny cieszyć się z tego, iż pan Kaczyński po wielu latach zdecydował się wreszcie zerwać z obstrukcją w sprawie aborcji? Czy nie należy zatem odłożyć na bok dawne żale, jakie do niego niegdyś mieliśmy i po prostu docenić to, że wreszcie postąpił w tej kwestii słusznie? Czyż wreszcie, na tym konkretnym froncie nie powinniśmy wspierać pana Kaczyńskiego? Wedle mnie, odpowiedź na wszystkie powyższe pytania jest twierdząca. A więc: tak, powinniśmy cieszyć się z tego, iż prezes Kaczyński zerwał z obstrukcją w kwestii aborcji, tak jak np. należy być radym z tego, że pijak pewnego dnia wyrzuci ze swego domu wszystkie butelki z alkoholem. Tak, powinniśmy odłożyć na bok swe żale do pana Kaczyńskiego i docenić to, że wreszcie postąpił on słusznie, podobnie jak nawróconemu z jakiegoś grzechu człowiekowi nie należy na każdym kroku wypominać jego dawnych występków. Tak, powinniśmy wspierać teraz prezesa Kaczyńskiego w jego obronie ostatniego wyroku TK, nawet jeśli z innych względów i tak nie będziemy w przyszłości głosować na PiS.

    Jako że powyższe odpowiedzi wydają mi się oczywiste, ze smutkiem obserwują fakt, iż politycy bliskiego mi ugrupowania, czyli Konfederacji, a także część osób zaangażowanych w walkę o poszerzenie zakazu aborcji, przyjmuje zgoła inną postawą. Chodzi mi mianowicie o nastawienie, które można streścić w trzech następujących punktach: 1) Unikanie tematu orzeczenia TK; 2) Sugestia, iż wydanie wyroku przez TK w tym, a nie innym czasie miało specjalnie podgrzać społeczne emocje; 3) Twierdzenie lub sugerowanie, że pan Kaczyński tak naprawdę w sposób cyniczny gra sprawą aborcji i chce ją wykorzystać dla własnych politycznych celów.

    Osobiście nie zgadzam się z żadną z tych postaw i twierdzeń. Tak więc, za niezbyt poważne uważam unikanie poruszania tematu ostatniego orzeczenia TK w sytuacji, gdy wcześniej uznawało się kwestię poszerzenia prawnej ochrony nienarodzonych dzieci za sprawę ważną lub bardzo ważną. Mówiąc językiem jednego z przysłów: po prostu trzeba umieć pić piwo, w którego warzeniu też brało się udział. Jeśli przedtem samemu (słusznie) krytykowało się PiS za obstrukcję w sprawie aborcji, to gdy już doszło do realizacji tego postulatu, należy odważnie i konsekwentnie bronić go i w dzisiejszej bardzo niesprzyjającej temu sytuacji społeczno-politycznej. Podobnie, jako bardzo niepoważne odbieram wytykanie rządzącym takiej, a nie innej daty orzeczenia TK. A co, by było, gdyby TK kolejny raz nie zajął się tą sprawą? Oczywiście, środowiska „Pro Life” i przynajmniej część polityków Konfederacji krytykowałaby pana Kaczyńskiego oraz PiS za kolejny akt obstrukcji w tej sprawie. Twierdzono, by że pan Kaczyński i kierownictwo PiS tak naprawdę nie chce nic zmieniać w tej sprawie i tylko mydli oczy obrońcom życia. Kiedy już jednak doszło do wydania wyroku przez TK to i tak nawet niektórzy z działaczy „Pro Life” twierdzą, że prezes PiS ma w tym swój niecny plan. A więc cokolwiek by w tej sprawie pan Kaczyński nie zrobił, i tak jest niedobrze. Innymi słowy, spełnia się tu tradycyjne przysłowie o tym, że jak się chce psa uderzyć, to i kij się zawsze znajdzie. Podobnie sądzę, iż nieuprawnione moralnie jest doszukiwanie się w aktualnej postawie pana Kaczyńskiego politycznego cynizmu i złych intencji. To prawda, że prezes PiS nie jest zwolennikiem całkowitego zakazu aborcji (np. w przypadku gwałtu), ale nie zmienia to faktu, iż już dawno temu wypowiadał się on za słusznością delegalizacji zabijania poczętych dzieci w wypadku przesłanki eugenicznej. W wywiadzie dla agencji PAP udzielonym przez niego w październiku 2016 roku stwierdzał on wszak:

    „W dalszym ciągu jest sprawa prawnych rozwiązań odnoszących się, na różnym poziomie, być może nawet w ramach obecnej ustawy, do aborcji ze względu na stan płodu, a w szczególności ze względu na zespół Downa. Legalnych aborcji jest teraz rocznie około tysiąca, z tego ogromna część spowodowana jest zespołem Downa. Mamy nadzieję, że niedługo już tego nie będzie, taki jest nasz cel. Trzeba to jednak odpowiednio przygotować, trzeba także przekonać społeczeństwo, w szczególności kobiety i będziemy to robić (…)

    „Ale będziemy dążyli do tego, by nawet przypadki ciąż bardzo trudnych, kiedy dziecko jest skazane na śmierć, mocno zdeformowane, kończyły się jednak porodem, by to dziecko mogło być ochrzczone, pochowane, miało imię. Chcemy, by było to możliwe ze względu na realną pomoc, która będzie udzielana także ze środków publicznych. Oczywiście mowa tylko o tych przypadkach trudnych ciąż, gdy nie ma zagrożenia życia i zdrowia matki”

    Nie można więc powiedzieć, by w tej sprawie pogląd pana Kaczyńskiego miałby się nagle i dziwnie zmienić. To prawda, że przez kilka lat swych rządów PiS zwlekał z realizacją postulatu poszerzenia prawnej ochrony, ale nie musiało to wynikać z jakiejś pryncypialnej niezgody prezesa tej partii na zakaz aborcji eugenicznej, ale z jego wcześniejszych przewidywań odnośnie do zbyt wielkiego oporu społecznego, który powstałby w wyniku wprowadzenia takiego prawa. I fakt, że nawet w dobie rekordowego wzrostu w naszym kraju zakażeń wirusem COVID-19 doszło do masowych protestów przeciwko wiadomemu wyrokowi TK w pewien sposób tylko potwierdza celność takich przewidywań (inna sprawa, że i tak wedle mej opinii należało przeforsować tego typu zakaz wcześniej). Jest także prawdą, że w kwestiach mniej ważnych i jednoznacznych etycznie prezes Kaczyński potrafił być bardziej stanowczy (vide: przysłowiowa „Piątka dla zwierząt”), ale i ten fakt nie oznacza od razu, że jest on nieszczery w sprawie aborcji eugenicznej. Po prostu być może jest tak, że ochrona zwierząt jest dla niego ważniejsza od ochrony nienarodzonych dzieci, ale to jeszcze nie jest równoznaczne ze stwierdzeniem, że ta druga sprawa nie jest dla niego w żadnym stopniu ważna czy istotna.

    Na koniec dodam, że doszukiwanie się w aktualnej postawie pana Kaczyńskiego względem delegalizacji aborcji eugenicznej cynizmu i złych intencji kłóci się z nauką katolicką, która za sprzeczne z Bożą wolą uznaje formułowanie pochopnych i lekkomyślnych osądów. Póki nie mamy bowiem jasnych dowodów lub choćby mocnych przesłanek, by podejrzewać, że prezes PiS-u jest nieszczery w tej sprawie, póty powinniśmy interpretować jego postawę w sposób korzystny i przychylny dla niego. Tak naucza o tym chociażby Katechizm Kościoła Katolickiego idąc tu za św. Ignacym Loyolą:

    Każdy dobry chrześcijanin winien być bardziej skory do ocalenia wypowiedzi bliźniego niż do jej potępienia. A jeśli nie może jej ocalić, niech spyta go, jak on ją rozumie; a jeśli on rozumie ją źle, niech go poprawi z miłością; a jeśli to nie wystarcza, niech szuka wszelkich środków stosownych do tego, aby on, dobrze ją rozumiejąc, mógł się ocalić (patrz: Św. Ignacy Loyola, Ćwiczenia duchowne, 22; zobacz również; Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2478).

    Powyższa sentencja św. Ignacego Loyoli jest poprzedzona uwagą autorów Katechizmu, w której czytamy:

    W celu uniknięcia wydawania pochopnego sądu każdy powinien zatroszczyć się, by – w takiej mierze, w jakiej to możliwe – interpretować w pozytywnym sensie myśli, słowa i czyny swego bliźniego (…) (Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2478).

    Ja zaś bym powiedział, że przywołane powyżej wypowiedzi Katechizmu Jana Pawła II i św. Ignacego Loyoli niekoniecznie nawet muszą odnosić się do omawianej postawy prezesa PiS. Uważniejsza obserwacja bowiem jego deklaracji na temat aborcji eugenicznej klarowała bardziej jasny niż dwuznaczny obraz przekonań pana Kaczyńskiego w tej kwestii. Był to obraz, który streścić można w następujących słowach: Jestem za zakazem aborcji eugenicznej, ale należy czekać na odpowiedni czas w celu jego wprowadzenia. Fakt zaś, że jednak doszło do stwierdzenia niekonstytucyjności prawnego przyzwolenia na tę praktykę oraz to, iż pan Kaczyński publicznie i otwarcie opowiedział się za słusznością wyroku TK, wskazuje też, iż jego wcześniejsze deklaracje na temat były jednak szczere. Inna sprawa, że prezes PiS prawdopodobnie nie przewidział skali protestów społecznych w tej sprawie, myśląc, iż obawa przed rozprzestrzenianiem się COVID-19 będzie skutecznie je ograniczać.

    Podsumowując zatem:

    Po pierwsze: pan Kaczyński nie jest zwolennikiem całkowitego zakazu mordowania poczętych dzieci (w czym błądzi), ale optuje on za delegalizacją aborcji eugenicznej (w czym ma słuszność).

    Po drugie: należy wspierać ludzi w tym co czynią dobrego i słusznego, a więc w chwili obecnej trzeba być po stronie pana Kaczyńskiego. Nie należy tego mylić z ewentualnym późniejszym wspieraniem PiS-u w wyborach parlamentarnych.

    Po trzecie: nie należy doszukiwać się na siłę złych intencji w działaniach naszych bliźnich, co w odniesieniu do pana Kaczyńskiego oznacza, że nie powinniśmy twierdzić, iż deklarowana przez niego postawa w kwestii aborcji eugenicznej jest pozorowana, nieszczera czy udawana.

    Mirosław Salwowski

  2. Dlaczego „Konfederacja”?

    Leave a Comment

    Nie czynię żadnej tajemnicy z tego, iż w najbliższych wyborach parlamentarnych (które odbędą się 13. 10. 2019 r.) zamierzam zagłosować na ugrupowanie o nazwie „Konfederacja. Wolność i Niepodległość”. Nie ukrywam jednak też tego, że ów wybór będzie dla mnie pod pewnymi względami dość trudny, a to głównie z powodu mocno liberalnej ekonomicznie oraz wyraźnie antyimigranckiej retoryki tego komitetu wyborczego. Mimo to uważam ową decyzję za najlepszą tak moralnie jak i taktycznie w obecnych okolicznościach. Poniżej postaram się wytłumaczyć dlaczego.

    Wybory polityczne a „mniejsze zło”

    Niektórzy twierdzą, iż w sytuacji, gdy nie ma ugrupowań politycznych, które w 100 procentach reprezentowałyby dobre postulaty nie należy brać udziału w wyborach, gdyż zakazane jest popieranie czegoś co nazywamy mniejszym złem. Ludzie ci mają rację co do tego, iż nigdy nie należy czynić czegoś co jest w sensie moralnym mniejszym złem, ani też w żadnych okolicznościach nie powinno się mniejszego zła pochwalać lub usprawiedliwiać. Mimo to nie zgadzam się z ich stanowiskiem w kwestii nie chodzenia na wybory w sytuacji, gdy nie ma scenie politycznej ugrupowania, które we wszystkich swych postulatach było zgodne z nauczaniem katolickim. Czym innym jest bowiem czynienie, pochwalanie bądź usprawiedliwianie mniejszego zła (i to jest zawsze zakazane), a czym innym jego tolerowanie, a więc niechętne, bierne przyzwalanie na jego zaistnienie. Czy zaś głosowanie na ugrupowanie, które mówiąc potocznie nie jest w 100 procentach OK jest bardziej popieraniem czy tolerowaniem mniejszego zła? Otóż sądzę, że w sytuacji, gdy wyraża się jasno i jednoznacznie swój krytycyzm wobec tego co w tym ugrupowaniu jest złe, ale mimo to głosuje się nań ze względu na reprezentowane przez niego dobro, to zachowanie takie mieści się w ramach tradycyjnie pojmowanej tolerancji mniejszego zła. Można to porównać do sytuacji płacenia podatków, z których część szła na złe moralnie rzeczy (np. finansowanie pogańskiego kultu albo niemoralnych imprez w rodzaju igrzysk gladiatorów). Płacenie podatków w takich okolicznościach nie było popieraniem mniejszego zła, ale stanowiło tylko jego tolerowanie i dlatego też Pan nasz Jezus Chrystus oraz św. Paweł Apostoł polecali uiszczanie tej należności nawet w sytuacji, gdy wiązało się to z wyżej wymienionymi kwestiami (por. Mt 22, 21; Rz 13, 6-7).

    Jeszcze innym przykładem tolerowania mniejszego zła może być rada dana nam przez patrona moralistów i spowiedników św. Alfonsa Liguoriego. Otóż ów doktor Kościoła uważał, iż jest moralnie dopuszczalne nawet – pewnego rodzaju – zachęcenie kogoś o kim wiadomym jest, że tak czy inaczej dopuści się grzechu, by zamiast większego grzechu popełnił grzech mniejszy. Przykładem takiej postawy w praktyce był czyn św. Maksymiliana Kolbe, który przekonał jednego z komendantów obozu w Auschwitz, by zamiast skazać na śmierć ojca i męża rodziny wysłał do komory głodowej jego własną osobę. W tym sensie postawa św. Maksymiliana Kolbe była właśnie aprobowaną przez św. Alfonsa Liguoriego formą tolerowania mniejszego zła. Kolbe zdawał bowiem sobie sprawę, że w tej sytuacji tak czy inaczej zginą niewinni ludzie, więc postanowił zachęcić jednego ze swych oprawców, by uczynił mniejsze zło, skazując na śmierć osobę samotną niż gotując taki los człowiekowi, który miał pod swą pieczą żonę i dzieci. Czy innym jednak by było, gdyby np. św. Maksymilian zgodziłby się samemu zabić jednego niewinnego, po to by uratować dajmy na to 1 000 innych niewinnych osób. Wtedy to byłoby już nie tylko tolerowanie mniejszego zła, ale jego aktywne czynienie i coś takiego w żadnych okolicznościach nie podobałoby się Bogu.

    Z tego względu uważam też, iż w sytuacji, gdy wszystkie z biorących udział w wyborach komitetów wykazują mniej lub bardziej poważne wady i braki, należy głosować na ten z nich, który takowych ułomności ma najmniej lub też, którego wady i braki w praktycznym wymiarze nie będą mogły się zbyt rozwinąć i uaktywnić.

    Dlaczego nie PiS i nie PSL+Kukiz?

    Można by jednak zapytać, czemu nie głosować w takim razie na PiS albo PSL Koalicję Polską (czyli coś co na użytek tego artykułu nazwałem „PSL+Kukiz”), skoro w tych ugrupowaniach widać jeszcze relatywnie mniej lub bardziej mocne tendencje chrześcijańskie oraz konserwatywne? Najprostszą odpowiedzią na to pytanie jest stwierdzenie, iż porównując oba te komitety wyborcze z Konfederacją widać więcej ich wad oraz ułomności.

    I tak np. PiS choć nie sposób odmówić mu wielu dobrych rzeczy, które uczynił w czasie swych rządów (np. znaczne ograniczenie legalności handlu niedzielnego, delegalizacja skrajnych postaci lichwy w postaci tzw. chwilówek, podniesienie płacy minimalnej, „uzusowienie” tzw. umów śmieciowych) to w kwestii obecnie najważniejszej, a więc poszerzenia prawnej ochrony życia nienarodzonych dzieci konsekwentnie stosuje obstrukcję, de facto nie godząc się na wprowadzenie bardziej sprawiedliwego prawa tego się tyczącego. Jeśli zaś chodzi o stosunek tego ugrupowania do ruchów LGBT to owszem w sferze werbalnej jego przedstawiciele nieraz słusznie je krytykują, jednak nie widać by przekładało się to na bardziej realne i prawne działania owej partii. W czasie 4 lat rządów PiS nie uchwalano żadnej ustawy, które choćby w małym stopniu ograniczała legalność pro-sodomickiej propagandy. Przeciwnie, znajdująca się w rękach PiS Telewizja Publiczna sama dokłada rękę do szerzenia się takiej propagandy (jak zresztą również innych form niemoralności) choćby poprzez emitowanie seriali, w których życzliwie pokazuje się pary sodomickie wychowujące razem dzieci.

    A zatem podsumowując ocenę PiS-u można powiedzieć, iż partia ta czyni wiele dobrego w takich sprawach jak ochrona pracowników oraz osób ekonomicznie słabszych, jednak nie czyni nic albo nawet przeszkadza w postępie spraw moralnych i cywilizacyjnych, które aktualnie są pierwszą linią frontu pomiędzy siłami dobra i zła (aborcja oraz LGBT).

    Jeśli chodzi zaś o PSL+Kukiz to owszem jest to ugrupowanie zajmujące w pewnych ważnych kwestiach relatywnie konserwatywne stanowisko. I tak np. połowa (procentowo znacznie większa niż w przypadku PiS) posłów tego ugrupowania głosowało przeciwko odrzuceniu projektu ustawy „Stop aborcji”, w którym zakazywano w sposób całkowity (albo „prawie całkowity” – zależy jak interpretować jeden z punktów tej ustawy) mordowania nienarodzonych dzieci. Z drugiej strony, w aktualnych okolicznościach antyaborcyjne skrzydło tego ugrupowania jest osłabione przez sojusz z resztkami klubu parlamentarnego Pawła Kukiza. Tak się bowiem składa, że tak większość z posłów, którzy zostali przy Kukizie (i którzy w związku z tym zwykle otrzymali „jedynki” na listach PSL KP) głosowało przeciwko ustawie „Stop aborcji”. Tak też w chwili obecnej trudno by było powiedzieć, iż w komitecie wyborczym PSL+Kukiz przeważa nurt opowiadający się za poszerzeniem prawnej ochrony życia dzieci poczętych.

    Obecność na listach wyborczych PSL KP Pawła Kukiza i najbardziej oddanych mu ludzi czyni też jeszcze bardziej dwuznaczną sprawę podejścia tego ugrupowania do prawnej legitymizacji związków partnerskich. Sam Kukiz niejednokrotnie bowiem opowiadał się za wprowadzeniem do polskiego prawa takiej instytucji. Politycy zaś PSL-u co prawda zdecydowanie sprzeciwiali się pomysłowi małżeństw homoseksualnych oraz adoptowania przez takowe pary dzieci, jednak jeśli chodzi o instytucję związków partnerskich ich deklaracje były już mniej jasne i jednoznaczne.

    Do głosowania na PSL+Kukiz może też zniechęcać dość powszechna opinia odnosząca się do PSL jako partii mającej być ugrupowaniem, które potocznie zwie się „obrotowym” i „systemowym”. Chodzi tu o łatwość z jaką ugrupowanie to wchodziło w koalicje rządowe z rozmaitymi nieraz mocno różniącymi się od siebie partiami. Wielu dopatruje się w tejże cesze PSL-u nieuporządkowanej tendencji do przysłowiowych „stołków” oraz apetytu na publiczne pieniądze. Trudno tak naprawdę ocenić ile w takiej postawie PSL-u było dobrej odpowiedzialności za nasz kraj, a ile osobistej nieuczciwości poszczególnych jej działaczy. Tym nie mniej pewien cień na owe ugrupowanie okoliczność ta rzuca.

    Wady i zalety Konfederacji

    Przyjrzyjmy się zatem teraz jak na tle PiS oraz PSL+Kukiz prezentuje się Konfederacja?

    Przede wszystkim Konfederacja jest o wiele bardziej klarowna jeśli chodzi o podejście do aborcji i LGBT.

    I tak w kwestii poszerzenia prawnej ochrony życia nienarodzonych dzieci to trudno mieć jakiekolwiek wątpliwości, iż ogromna większość czołowych działaczy tego ugrupowania opowiada się za takim prawem. Można tu co prawda mieć pewne wątpliwości co do Janusza Korwina-Mikke, który w różnym duchu wypowiadał się na ten temat, jednakże i tak większość z działaczy skupionych wokół Korwina popiera zaostrzenie zakazu aborcji.

    Co do LGBT to wśród polityków Konfederacji często jest podnoszony postulat zakazu publicznego propagowania tego ruchu – co ani w PiS ani PSL+Kukiz nie zdarza się często (jeśli w ogóle miało to w tych kręgach miejsce). Ba, swego czasu jeden z liderów Konfederacji, pan Grzegorz Braun publicznie opowiedział się za prawnym zakazem czynów homoseksualnych jako takich – choć niestety później niektórzy z innych polityków tego ugrupowania sugerowali, iż była to tylko swoista ironia z jego strony. Tak czy inaczej, w kwestii LGBT Konfederacja zajmuje najbardziej tradycyjnie katolickie i konserwatywne stanowisko, do którego nie dorasta przekaz jaki w tym obszarze dają PSL+Kukiz czy nawet werbalnie krytykujący ruch pro-sodomicki politycy PiS-u.

    W łonie Konfederacji dostrzegalne są również inne, jeszcze dalej idące przejawy konserwatyzmu obyczajowego. Przykładem tego jest choćby jeden z projektów przygotowanych przez pana Sławomira Mentzena, w którym proponuje się wprowadzenie prawa umożliwiającego zawieranie małżeństw prawnie nierozwiązywalnych. Co więcej jeden z czołowych polityków wspomnianego ugrupowania publicznie wypowiadał się w bardzo przychylnym duchu i tonie o pomyśle prawnej delegalizacji niewierności małżeńskiej (czyli cudzołóstwa). Nie waham się powiedzieć, iż jest to prawdziwy (oraz chwalebny) ewenement na polskiej scenie politycznej.

    Oczywiście Konfederacja ma też swoje mniej lub bardziej poważne wady, których część poniżej wymienię. Tak się jednak składa, że w większości wypadków owe ułomności w obecnych okolicznościach politycznych i tak nie mogą być w zbytnym wymiarze realizowane w praktyce, przez co nawet, jeśli w niektórych punktach na płaszczyźnie teoretycznej są one większe niż w przypadku PiS lub PSL+Kukiz to de facto i tak wychodzi na to, że Konfederacja prezentuje mniej złe rzeczy niż inne komitety wyborcze.

    Tendencja do skrajnego liberalizmu gospodarczego. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich polityków Konfederacji, ale nie da się nie zauważyć, iż retoryka tego komitetu wyborczego w kwestiach ekonomicznych przybiera ton nadawany przez korwinistów. Nie zawsze to jest złe, gdyż niektóre z postulatów liberalizmu ekonomicznego są godne rozważenia, jednak co do samego rdzenia takich poglądów to są one nie do pogodzenia z nauką katolicką. Nie waham się nawet twierdzić, że gdyby zrealizować pomysły Janusza Korwina-Mikke w obszarze gospodarczym to de facto oznaczałoby pełną legalizację jednego z wołających o pomstę do Nieba grzechów, którym jest wszak uciskanie ludzi ubogich. Z drugiej strony jednak nawet jeśli Konfederacja wejdzie do Sejmu to z pewnością nie będzie ona miała na tyle silnej reprezentacji, by wchodzący w jej skład korwiniści zdołali przeforsować na gruncie prawnym większość ze swych postulatów o charakterze ekonomicznym.

    Radykalnie antyimigracyjna retoryka. Wielu działaczy Konfederacji wywodzi się ze środowisk, które przed kilku laty napędzały i inspirowały agresywną i nierzadko wulgarną kampanię skierowaną przeciwko imigrantom oraz uchodźcom. Ta kampania de facto sprowadzała się wówczas do zniesławiania ogółu przybyszów, jako band leni, nierobów oraz potencjalnych terrorystów oraz próbowała zniechęcać władze naszego kraju do przyjmowania imigrantów i uchodźców w jakichkolwiek, choćby i małych ilościach. Dzisiejsze antyimigracyjne hasła podnoszone przez polityków Konfederacji nie są może już tak radykalne, jak te sprzed kilku laty, jednak pozostaje wciąż kwestią otwartą czy krytycznie odnoszą się oni do do antyimigranckiej histerii wówczas rozpętanej?

    Obsesyjna niechęć do Żydów. Co prawda nie dotyczy ta wada raczej większości polityków Konfederacji, ale nie da się ukryć, iż przynajmniej jeden z jej liderów (to znaczy pan Grzegorz Braun) oraz jeden ze znanych publicystów ją popierających (czyli pan Stanisław Michalkiewicz) wykazują silne tendencje do chorej, obsesyjnej niechęci wobec Żydów, która przeradza się nawet w wygłaszanie opinii bliskich herezji lub wręcz jawnie heretyckich bo kwestionujących albo prawość bohaterów Starego Testamentu albo też podważających wiarygodność Starego Testamentu. Należy tą zdegenerowaną odmianę podejrzliwości wobec Żydów odróżnić od zdrowej, tradycyjnie chrześcijańskiej ostrożności wobec tego narodu, która wynika ze świadomości faktu, iż swego czasu większość Żydów odrzuciła lub nie poznała Jezusa Chrystusa jako swego Pana i Zbawcy. W związku z tym też kolejne pokolenia Żydów były wychowywane w mniejszej bądź większej niechęci wobec chrześcijaństwa. Zdrowa podejrzliwość wobec Żydów jest świadoma tych faktów, ale zarazem godzi wiedzę na ich temat z miłością wobec tego narodu, a także docenieniem tego, co ów przyniósł światu dobrego i co wciąż jest w nim zasługujące na pochwałę.

    Na pocieszenie można jednak powiedzieć, iż nic nie wiadomo, aby tak pan Grzegorz Braun, jak i Stanisław Michalkiewicz postulowali przekształcanie swej werbalnej obsesji wobec Żydów w jakieś realne prawne akty prześladowań i niesprawiedliwości czynionych wobec członków tego narodu. Ponadto, w naszym kraju istnieje niewielka ilościowa społeczność żydowska, a ewentualna obecność Grzegorza Brauna w polskim sejmie i tak nie mogłaby w rzeczywisty sposób wpłynąć na np. uchwalenie w polskim prawodawstwie jakichś niesprawiedliwych krzywdzących Żydów ustaw.

    Podsumowanie

    A zatem reasumując: wszystkie komitety wyborcze aktualnie startujące w wyborach mają swe zalety i wady. Poddając jednak poszczególne z nich bardziej dokładnej refleksji nasuwa się konkluzja, iż to właśnie oddanie głosu na ugrupowanie „Konfederacja. Wolność i Niepodległość” będzie stanowiło akt wsparcia większego dobra oraz tolerowania mniejszego zła. To co bowiem jest dobre w Konfederacji jest obecne z niej w stopniu bardziej wyrazistym niż w innych ugrupowaniach (stosunek do aborcji i LGBT, a także niektóre z innych elementów konserwatyzmu obyczajowego). To co zaś jest z Konfederacji złe albo wątpliwe moralnie i doktrynalnie w praktyce – nawet jeśli ugrupowanie to wejdzie do Sejmu – w większości wypadków, nie będzie mogło być zrealizowane na drodze prawnej.

    Z tych więc powodów 13 października 2019 roku oddam swój głos na Konfederację oraz zachęcam do tego innych.

    Mirosław Salwowski


  3. Konfederacja walczyła o ocalenie niewolnictwa

    Leave a Comment

    Prawdopodobnie większość prawicowców i konserwatystów opowiada się za taką wizją historii amerykańskiej wojny secesyjnej, w której odłączonym od Unii stanom południowym nie chodziło o zachowanie i rozszerzanie instytucji niewolnictwa, ale o utrzymanie własnej „tradycji”, „stylu życia”, niezależności od rządu federalnego i odmiennego niż panującego na Północy modelu gospodarki. Obrońcy tych „neo-konfederackich” tez na ich poparcie przytaczają kilka okoliczności. Mówią więc, iż sam prezydent Lincoln był rasistą. Miało się to objawiać w tym, iż  zachęcał wyzwolonych Afroamerykanów z USA do emigracji do Afryki; był przeciwnikiem mieszanych rasowo małżeństw; a uchwalone przez niego prawo o abolicji niewolników z 1863 r. miało być tylko posunięciem typu „public relations”, gdyż obejmowało swym zasięgiem jedynie zbuntowane stany Południa, nie zaś te ze stanów Unii, w których niewolnictwo wciąż obowiązywało. Prezydent Lincoln w jednym ze swych listów pisał też, że gdyby było możliwie utrzymanie jedności Unii bez wyzwalania choćby jednego niewolnika, uczyniłby to. Z kolei na rzecz Konfederacji (dalej CSA) ma przemawiać to, że głównodowodzący jej armią, gen. Lee wyzwolił wszystkich swoich niewolników (rzekomo w przeciwieństwie do gen. Granta, który miał posiadać niewolników), a w zbrojne szeregi secesjonistów wstąpiło dziesiątki tysięcy Murzynów. Ponadto większość walczących dla CSA żołnierzy miała nie być posiadaczami niewolników. Obrońcy słuszności racji Południa podkreślają też brutalny sposób pacyfikacji niektórych rejonów CSA przez armię Unii, a czasami także powołują się na przykład papieża bł. Piusa IX, który uznał CSA za niepodległe państwo, a także z pewną dozą życzliwości odnosił się do jej prezydenta, gdy ów po wojnie secesyjnej został poddany uwięzieniu.

    Przyjrzyjmy się bliżej tej neokonfederackiej wizji i interpretacji przyczyn i przebiegu amerykańskiej wojny secesyjnej.

    Kość niezgody

    Patrząc na wojnę secesyjną od strony założycieli Konfederacji to nie da się zakwestionować tego, iż toczyła się ona w pierwszym rzędzie o możność zachowania i rozszerzania instytucji niewolnictwa. To dopiero po przegraniu przez Południowców owej wojny apologeci CSA zaczęli spychać na margines tę kwestię, mówiąc za to o chęci zachowania tradycyjnego stylu życia, niezależności i odmiennego typu gospodarki jako przyczynach secesji stanów południowych.  Jednak nawet w tej linii neokonfederackiej argumentacji można dostrzec w tej kwestii wyraźną niespójność. Z jednej strony mówi się bowiem, że CSA nie walczyło w obronie niewolnictwa, a czyniło to w celu utrzymania tradycyjnego stylu życia południowców. Można się w tym miejscu spytać, co było jednym z ważnych elementów owego tradycyjnego stylu życia? Czy czasem nie instytucja niewolnictwa? Historia mówi nam, że to właśnie niewolnictwo było owym tradycyjnym stylem życia, w którego imię  południowcy postanowili oderwać się od Unii. Idąc dalej, zapytajmy: co stało u podstaw gospodarki Południa? Co faktycznie kryło się pod chęcią zachowania „niezależności” od nacisków stanów północnych i rządu federalnego? Odpowiedź na te pytania jest jednoznaczna.  Zarówno wydarzenia poprzedzające secesję południowych stanów, konstytucyjne podwaliny CSA, jak i oficjalne oświadczenia jej czołowych przedstawicieli wskazują jednoznacznie, że głównym motorem powstania Konfederacji była chęć nie tylko utrzymania, ale i poszerzania instytucji niewolnictwa czarnych. Istotną częścią tak tradycyjnego stylu życia Południowców, jak i ich ówczesnej gospodarki oraz niezależności od Północy była właśnie instytucja niewolnictwa.

    Faktem jest, że na dziesiątki lat przed wybuchem wojny secesyjnej na Północy narastały tendencje abolicjonistyczne, co wywoływało wśród przywiązanych do tejże instytucji południowców coraz większe obawy. Bardzo kontrowersyjną i gorącą kwestią z tym związaną było to, czy niewolnictwo będzie mogło być wprowadzane na nowo przyłączanych do USA terytoriach. W latach 50. XIX wieku wszystkie amerykańskie debaty polityczne koncentrowały się wokół tego tematu. Ta sprawa stała się kluczowa w kampanii wyborczej 1860 roku. Prawdą jest, że Lincoln nie był radykalnym abolicjonistą. Podchodził on do niewolnictwa w sposób łagodny i umiarkowany. Uważał je za zło, które należy ograniczać, ale zarazem, przynajmniej póki nie zaistnieją odpowiednie warunki do jego całkowitej likwidacji, tolerować. W sprawie zakazu poszerzania niewolnictwa Lincoln był jednak nieugięty. Przyszły prezydent USA, w swej kampanii wyborczej jasno opowiadał się za prawem rządu federalnego do ograniczania niewolnictwa na nowych terytoriach. W swoim liście do Alexandara Stephensa (wiceprezydenta CSA), w przededniu wojny, pisał:

    Wy uważacie, że niewolnictwo jest słuszne i powinno być rozszerzone, a my uważamy, że jest niesłuszne i powinno być ograniczone [1].

    Właśnie fakt, że wybory prezydenckie wygrał zdecydowany zwolennik ograniczania niewolnictwa, stał się główną przyczyną buntu południowców i wszczęcia przez nich krwawej wojny domowej. Jasna jest w tym względzie konstytucja CSA, do której wpisano nie tylko „prawo” do posiadania niewolników, ale również umieszczono tam postanowienia, że niewolnictwo będzie mogło być ustanawiane bez przeszkód na nowo przyłączanych terytoriach. Niezwykle klarowne w tej mierze były też zapewnienia czołowych polityków Konfederacji. Wiceprezydent CSA Alexander Stephens w swoim słynnym przemówieniu, wygłoszonym w Savannah w stanie Georgia, 21 marca 1861 r. (więc wtedy, gdy już rozpoczął się proces secesji Południa) głosił, że rewolucja amerykańska została oparta na fałszywej przesłance, jaką jest równość ras. Dodawał przy tym, że:

    fundamentem naszego rządu jest z gruntu przeciwstawne przekonanie, a mianowicie wielka prawda, że Murzyn nie jest równy człowiekowi białemu. Niewolnictwo, czyli podporządkowanie rasie wyższej, jest dla niego naturalnym i normalnym stanem. Tak więc nasz rząd, pierwszy w historii świata, będzie opierał się na tej wielkiej, moralnej prawdzie [2].

    Senator H. Hammonde, inny z czołowych polityków Południa, deklarował z kolei:

    skała Gibraltaru nie jest tak mocno wrośnięta w swoje posady jak nasz system niewolnictwa [3].

    Dobrze wczytajmy się w te deklaracje. To nie jest żaden umiarkowany sceptycyzm wobec niewolnictwa. Nie jest to chęć jego łagodnego i stopniowego ograniczania. Jest to po prostu fanatyczne opowiadanie się za niewolnictwem, motywowane gruboskórnym rasizmem. Dodajmy, że deklaracje secesji poszczególnych stanów południowych, które weszły w skład CSA także akcentowały kwestię obrony niewolnictwa, przed abolicjonistycznymi zakusami Północy.

    Czy Lincoln był rasistą?

    A co z przytoczonymi wyżej faktami tyczącymi się prezydenta Abrahama Lincolna mającymi dowodzić, iż był on rasistą żywiącym uprzedzenia względem rasy czarnej? Cóż, Lincoln też był dzieckiem swych czasów i prawdopodobnie był do pewnego stopnia rasistą. Są jednak różne stopnie rasizmu. Rasizm, który odmawia ludziom różnych ras prawa do zawierania wspólnych małżeństw, jest nieprawidłową postawą, ale czymś jeszcze gorszym jest widzenie miejsca Murzynów w roli przymusowych robotników dla białych panów. Rasista, który nie chce, by czarnoskórzy brali udział w wyborach, ma wątpliwe poglądy, ale kontrowersja z tym związana nie dorównuje deprawacją instytucji, w ramach której można bezkarnie gwałcić niewolnice i w celach handlowych oraz komercyjnych rozdzielać całe rodziny. Pomysł, by wysłać wyzwolonych Murzynów do Afryki, można uznać za dyskusyjny, ale chyba lepszym poglądem jest powiedzieć: „Niech Czarni żyją wolni, ale z dala od naszego kraju” od apologii instytucji w ramach, której owi Czarni mogli być niewoleni, okrutnie bici za nieraz błahe przewinienia, wykorzystywani seksualnie (w przypadku kobiet) oraz rozdzielani ze swymi rodzinami. Abraham Lincoln nawet jeśli był rasistą, to był w nim w znacznie mniejszym stopniu niż politycy CSA.

    Prawdziwe są też wypowiedzi Lincolna o tym, iż gdyby mógł zachować jedność Unii bez wyzwalania niewolników zrobiłby to. Czy jednak zmieniają one coś w przyczynach secesji stanów południowych? Niczego one tu nie zmieniają, gdyż w oczach Południowców Lincoln mimo swych umiarkowanych i ostrożnych wypowiedzi w kwestii zniesienia niewolnictwa i tak był dla nich fanatycznym abolicjonistą, który tylko czyha na ich „wolność” (do ciemiężenia innych ludzi). Dla prezydenta Lincolna kwestia niewolnictwa być może i stała w drugim rzędzie po sprawie ocalenia jedności Unii, ale to nie znaczy, że nie była dla niego ona w ogóle ważna. Tym bardziej zaś nie oznacza to, iż przywódcy CSA za najważniejszy swój cel nie stawiali sobie obrony niewolnictwa – owszem stawiali i tysiąckrotne mantrowanie współczesnych neokonfederatów temu zaprzeczające tego nie zmieni, a dowodem na to są liczne ustne i pisemne deklaracje liderów Konfederacji na ów temat.

    Lee, Grant i czarni Konfederaci

    A co z twierdzeniem neokonfederatów, iż głównodowodzący wojskami CSA gen. Robert E. Lee był przeciwnikiem niewolnictwa, za to dowódca wojsk Unii gen. Grant posiadał niewolników? Otóż mamy tu do czynienia z manipulacją faktami. Generał Grant owszem miał na własność jednego niewolnika, którego jednak w 1859 roku uwolnił mimo, iż był wówczas w poważnych tarapatach finansowych i mógł owego niewolnika z korzyścią dla siebie sprzedać. Generał Robert E. Lee  zaś w liście do swej żony nazywał niewolnictwo „moralnym i politycznym złem” jednak nie było to zbytnio widoczne w jego praktycznych działaniach. Lee uwolnił wprawdzie będących pod jego kuratelą niewolników w 1862 roku, ale był to z jego strony akt realizacji woli poprzedniego ich właściciela Georga Custisa, który ustanowił gen. Lee wykonawcą swojego testamentu – w testamencie zaś zadeklarował, iż jego niewolnicy mają być uwolnienie w ciągu 5 lat po jego śmierci. Ponadto, wedle zeznań niektórych ze świadków wolą Custisa było uwolnienie części z niewolników natychmiast po jego śmierci – czego Lee nie uczynił. Generał Lee nakazywał też karać chłostą uciekających z tej plantacji niewolników (owi niewolnicy uciekali zaś dlatego, iż nie mogli doczekać się realizacji woli swego pana). Podczas zaś kampanii pod Gettysburgiem gen. Lee nie sprzeciwiał się temu, gdy jego żołnierze porywali wolnych czarnych farmerów po to, by sprzedać ich później w niewolę. Poza tym nawet, gdyby ktoś chciał zaliczać generała Roberta Lee do zdecydowanych przeciwników niewolnictwa to i tak niewiele to wnosi do tematu, gdyż Lee nie był politykiem CSA, nie współtworzył konstytucji stanów Południowych, ani nie redagował ich politycznych oraz ideowych deklaracji. Zresztą gwoli ścisłości gen. Lee był przeciwnikiem decyzji o secesji stanów południowych z Unii, jednak mimo to – z powodu swego lokalnego patriotyzmu – postanowił oddać swe wojskowe talenty na służbę CSA.

    Co się zaś tyczy Czarnych w armii Konfederacji to takowych zaczęto tam dopuszczać dopiero pod koniec wojny secesyjnej, czyli w marcu 1865 roku. Wcześniej takie pomysły były torpedowane przez polityków Południa. Czarni w armii CSA nie odegrali zresztą większej militarnej roli. Nawet zaś, gdyby uznać, że część Murzynów zgłaszała akces do armii Konfederacji nie z powodu udzielanej im obietnicy wyzwolenia z niewoli, ale ze szczerego przywiązania do tradycji i kultury Południa to nie byłoby w tym jeszcze niczego bardzo unikatowego. Podobne precedensy są wszak już historii znane – na przykład w niemieckim Wehrmachcie łącznie służyło 150 tysięcy osób mających pochodzenie żydowskie. To jednak nie zmienia faktu, iż III Rzesza była państwem skrajnie i drapieżnie antysemickim. Również to, iż większość żołnierzy CSA miała nie być właścicielami niewolników, także niewiele tu zmienia. Większość niemieckich żołnierzy także mogła w swym życiu nie skrzywdzić Żyda, ale to nie znaczy, że polityka III Rzeszy nie była ukierunkowana na krzywdzenie Żydów. Poza tym, nawet jeśli większość żołnierzy Konfederacji nie miała swych niewolników, to nie oznacza, że na pewno nie popierali owej instytucji.

    Czy gen. Sherman był zbrodniarzem?

    Neokonfederaci często akcentują fakt, iż jeden z dowódców Unii, generał William T. Sherman w 1864 roku stosował taktykę spalonej ziemi. Polegało to na paleniu wszystkich zasobów, plonów rolnych i innych zapasów, które znajdowały się na drodze jego armii; miało to zapobiec zaopatrywaniu się konfederatów w potrzebne materiały na tych terenach. Cóż, nie jestem teraz w stanie powiedzieć, czy – uwzględniając specyfikę owej wojny – coś takiego było moralnie naganne, ale nawet, gdyby ocenić owe taktykę jako nadużycie, to jeszcze by nie rozstrzygało, która ze stron owego konfliktu prowadziła sprawiedliwą wojnę. Zwykle wszak w wojnach każda ze stron dopuszcza się mniejszych bądź większych nadużyć, a nawet zbrodni. Takie rzeczy oczywiście trzeba potępiać niezależnie od tego, która strona wojny coś takiego czyni, ale ich występowanie nie decyduje jeszcze o tym, kto w takiej wojnie miał rację, a kto jej nie miał. Przykładowo, w czasie II wojny światowej wszystkie ze stron dopuszczały się zbrodni, gwałtów i nadużyć, ale to nie znaczy, że co do istoty żadna ze stron nie prowadziła w niej sprawiedliwej i słusznej walki. Wracając zaś do taktyki spalonej ziemi gen. Shermana, to o ile można ją uznać za kontrowersyjną, warto zaakcentować, iż ów dowódca Unii zabronił swym żołnierzom posuwania się dalej, czyli mordowania cywilów i gwałcenia kobiet.

    Szkoda też, iż neokonfederaci nie są zbyt skłonni do mówienia o tych poczynaniach armii CSA, które z całą pewnością można zaliczyć do kategorii autentycznych zbrodni wojennych. Przykładowo, rutynowym traktowaniem przez Konfederatów branych do niewoli czarnych jeńców walczących po stronie Unii było ich mordowanie albo odsprzedawanie jako niewolników. Inną zbrodnią wojenną w wykonaniu armii CSA było wymordowanie w kwietniu 1864 roku załogi Fortu Pillow, po tym jak owa złożyła już broń. Ofiarę tej rzezi padły też kobiety i dzieci z przylegającego do fortu obozu [4]. Drastycznym nadużyciem ze strony armii CSA była też sprawa obozu jenieckiego dla żołnierzy Unii znanego jako Andersonville. Na stosunkowo małym (10 hektarów) i częściowo bagnistym obszarze stłoczono tam bowiem 30 tysięcy jeńców (pierwotnie miało ich być 10 tysięcy), nie dając im nawet namiotów. Większość jeńców nie miała tam spodni, bluz a niektórzy nawet bielizny. W lecie z upału i braku wody umierało tam do 100 osób dziennie. Dla porównania w uważanym za najgorszy obozie jenieckim w Elmirze, który był przeznaczony dla żołnierzy CSA na przeszło dwukrotnie większym, bo 25 hektarach obszaru skoncentrowano mniej niż 10 tysięcy jeńców i wszyscy z nich mieszkali w barakach[5].

    Czy Pius IX poparł CSA?

    Jako, że pośród konserwatywnych i tradycjonalistycznych katolików sympatie wobec Konfederacji są częste, nieraz z ich ust można usłyszeć argument, że papież bł. Pius IX jako jeden z nielicznych przywódców politycznych uznał niepodległość CSA, a gdy prezydent tego tworu Jefferson Davis przebywał w więzieniu, przesłał mu replikę korony cierniowej. Zacznijmy od tego, iż ten drugi gest nie musi być koniecznie interpretowany jako poparcie dla Davisa, gdyż można to też odczytywać jako ludzki i chrześcijański akt współczucia dla osoby uwięzionej. Czy bowiem fakt, iż np. Jan Paweł II odwiedził swego niedoszłego mordercę Ali Agcę w więzieniu, oznaczał, iż w ten sposób poparł jego wcześniejszy czyn? Co do pierwszego zaś posunięcia bł. Piusa IX to owszem można go interpretować jako pewnego rodzaju gest sympatii dla Konfederacji. Nie był to jednak akt nauczania Magisterium i w związku z tym katolicy nie muszą uważać, że owa decyzja Piusa IX była słuszna. Ta decyzja była aktem doczesnej władzy politycznej owego papieża, a nie realizację jego nauczycielskiej misji i urzędu. Podobnie, jak katolicy nie są zobowiązani twierdzić, że św. Jan Paweł II uczynił właściwie, zapraszając swego czasu liberalno-lewicowego prezydenta naszego kraju Aleksandra Kwaśniewskiego do symbolicznej przejażdżki „papamobile” (a podobne zaproszenia nie zdarzały się często, a może nawet wcale). Prawdopodobnym efektem tego zachowania Jana Pawła II było napędzenie wyborczych głosów prezydentowi Kwaśniewskiemu w wyborach prezydenckich, które odbyły się tego samego roku (2000) w Polsce.

    Obrona CSA to zły typ konserwatyzmu

    Podsumowując należy stwierdzić, iż konserwatywni obrońcy CSA manipulują i przeinaczają fakty historyczne (albo bezwiednie powielają manipulacje autorstwa innych osób), byle tylko dowieść fałszywej historycznie tezy, jakoby amerykańskie Południe w swym oderwaniu się od Unii nie miało na celu zachowania i rozszerzania instytucji niewolnictwa. Owszem, może w umyśle samego Abrahama Lincolna nie był to pierwszy cel wojny secesyjnej, ale już po stronie Konfederatów sprawa niewolnictwa była na tyle akcentowana i podkreślana, że jedynym racjonalnym wnioskiem jest stwierdzenie, iż była to główna przyczyna ich secesji od Unii. Wszelkie inne sprawy w rodzaju „zachowania kultury Południa”, „niezależności stanów od rządu federalnego” oraz „odrębności gospodarki stanów południowych” choć używane są dziś jako swego rodzaju zasłona dymna mająca przykryć kwestię niewolnictwa, tak naprawdę w rzeczywistości też obracały się wokół zachowania tej instytucji. Może i CSA było konserwatywne, ale jego obrona jest przykładem złego i błędnego konserwatyzmu, który w imię zachowania „tradycji”, „cywilizacji” i „kultury” broni czegoś moralnie nagannego, tylko dlatego, iż owa etycznie niewłaściwa rzecz weszła przez wieki ludziom w krew.

     

    Przypisy:

    1. Cytat za: Dinesh D’Souza, „Listy do młodego konserwatysty”, Poznań 2002, s. 161.

    2. Cytat za: Dinesh D’Souza, jw., s. 160.

    3. Cytat za: Dinesh D’Souza, jw., s. 160-161.

    4. Patrz: Zbigniew Lewicki, „Historia cywilizacji amerykańskiej. Era sprzeczności 1787 – 1865”, Warszawa 2010, Warszawa 2010, s. 680.

    5. Patrz: Zbigniew Lewicki, „Historia cywilizacji amerykańskiej. Era sprzeczności 1787 – 1865”, Warszawa 2010, s. 715 – 716.