Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: homoseksualizm

  1. Czy Joe Biden jest katolikiem?

    Możliwość komentowania Czy Joe Biden jest katolikiem? została wyłączona

    W ostatnim czasie uwadze niektórych komentatorów nie umknęła okoliczność, iż prezydent-elekt USA, czyli Joe Biden, jest drugim po Johnie F. Kennedym amerykańskim politykiem, który został wybrany na to najwyższe w owym państwie stanowisko, deklarującym się jednocześnie w sposób jawny jako wierzący oraz praktykujący katolik. Jest to swego rodzaju ewenement, gdyż w przeszło 200-letniej historii tej demokracji i republiki coś takiego wydarzyło się tylko dwa razy. Z drugiej strony nie sposób jednak przejść do porządku rzeczy nad wątpliwościami, jakie odnośnie deklarowanego przez prezydenta-elekta katolicyzmu podnoszą niektórzy co bardziej konserwatywni publicyści katoliccy. Jest bowiem wiedzą publiczną, iż Joe Biden w swej działalności politycznej od dawna wspiera małżeństwa sodomickie oraz legalność aborcji, a więc rzeczy, które w jasny sposób są potępiane przez nauczanie katolickie. Czy więc nowy prezydent Stanów Zjednoczonych może być rzeczywiście katolikiem popierając takie niegodziwości? A może w rzeczywistości jest on heretykiem, któremu zdaje się, że jest katolikiem, albo który udaje katolika?

    Odpowiedź na powyższe pytania nie jest wcale tak łatwa i prosta, jak mogłaby się z pozoru wydawać. Żadna z „zerojedynkowych” odpowiedzi nie jest tu bowiem łatwa do stwierdzenia. Ani wszak stwierdzenie: „Joe Biden jest katolikiem„, ani „Joe Biden jest heretykiem” nie okazują się być po bliższym przyjrzeniu w pełni zadowalające. Osobiście przychylałbym się do twierdzenia, iż o nowym prezydencie USA nie należy mówić w bardziej pewny sposób „Jest katolikiem” albo „Jest heretykiem„, ale powinno się raczej używać wobec niego jednego z bardziej „przedsoborowych” określeń teologiczno-kanoniczych, a mianowicie, że jest on „podejrzany o herezję„. Poniżej postaram się wyjaśnić, dlaczego postrzegam prezydenta-elekta Joe Bidena właśnie w ten sposób.

    ***

    Po pierwsze: by zarzucić komuś herezję i „niebycie katolikiem” nie wystarczy wskazać na popełnianie przez daną osobę, choćby i w sposób jawny oraz uporczywy zachowań, które są materią ciężkiego grzechu. Co więcej, nawet gdybyśmy byli pewni, iż taka osoba nie tylko czyni coś będącego materią ciężkiego grzechu, ale jeszcze dodatkowo ściąga na swe sumienie ciężką winę to i tak to samo nie uprawniałoby jeszcze nas do twierdzenia, iż taki człowiek dopuszcza się herezji, a co za tym idzie, nie jest katolikiem. Człowiek bowiem, który z jednej strony na poziomie intelektualnym zgadza się, iż dane zachowanie jest moralnie złe, ale i tak decyduje się je praktykować, ciągle jest katolikiem. Dodam, że nawet jeśli za swe złe czyny taka osoba nie żałuje, ale mimo to, na płaszczyźnie rozumowej oraz intelektualnej przyznaje, iż popełniane przez niego zachowania są moralnie złe, taki ktoś jest nadal katolikiem. Oczywiście, ów osobnik jest złym katolikiem, który znajduje się na drodze do piekła, ale jednak tak czy inaczej jest on/ona katolikiem. To co, czyniłoby takiego człowieka heretykiem to uporczywe zaprzeczanie, iż pewne praktykowane przez niego niemoralne rzeczy są moralnie złe, nie zaś same choćby i wieloletnie oraz pozbawione szczerej skruchy ich praktykowanie (o czym szerzej poniżej). Przenosząc zaś powyższe rozróżnienie na grunt działalności politycznej czy urzędowej, to można wyobrazić sobie sytuację, w której ten czy inny polityk albo urzędnik czyni coś moralnie bardzo złego, pomimo swej intelektualnej zgody na nauczanie katolickie w danej sprawie. Na przykład, niektórzy politycy mogą głosować za legalizacją aborcji, nie dlatego, iż uważają ją za moralnie dobrą w pewnych okolicznościach (co byłoby już herezją), ale dlatego, że boją się ostracyzmu ze strony swych partyjnych kolegów. Podobnie, ten czy inny urzędnik może udzielać ślubów parom sodomitów i lesbijek, nie dlatego, iż uważa czyny homoseksualne za dobre lub przynajmniej obojętne moralnie, ale może on to czynić z obawy przed utratą swej pracy. Osobiście podejrzewam, iż Joe Bidena raczej nie dotyczą tego rodzaju okoliczności i przynajmniej za jego publicznym wspieraniem sodomickich „małżeństwo” stoi jego wewnętrzne intelektualne przekonanie, to jednak nawet to podejrzenie nie rozwiązuje do końca problemu, czy w takim razie powinien być on uważany za heretyka.

    ***

    Po drugie: zgodnie chociażby z kanonem 751 Kodeksu Prawa Kanonicznego herezją jest uporczywe po przyjęciu chrztu negowanie lub (pozytywne) powątpiewanie tym elementom nauczania katolickiego, które należy przyjmować wiarą Boską i katolicką. Jak zaś uczy Sobór Watykański I:

    wiarą boską i katolicką należy wierzyć w to wszystko, co zawiera się w słowie Bożym spisanym lub przekazanym, i jest do wierzenia przedkładane przez Kościół – albo uroczystym orzeczeniem, albo zwyczajnym i powszechnym nauczaniem – jako objawione przez Boga (Patrz: „Konstytucja dogmatyczna o wierze katolickiej”, Rozdział III, p. 34) .

    Od razu dodam, iż herezją może być negowanie bądź (pozytywne) powątpiewanie o prawdach i zasadach, o których Magisterium Kościoła w sposób nieomylny uczy w zakresie moralności. Na przykład, jeśli ktoś uważa, iż onanizm albo bezpośrednie zabijanie niewinnych nie są wewnętrznie złe, dopuszcza się w ten sposób co najmniej materialnej herezji. Na poparcie tego mego stwierdzenia mogę podać przykłady konkretnych wypowiedzi Magisterium Kościoła, w których pewne błędne wypowiedzi odnoszące się do postępowania na płaszczyźnie moralnej zostały zakwalifikowane jako właśnie „heretyckie”.

    I tak np. Sobór w Konstancji potępił następujący pogląd:

    „Każdy tyran może i powinien, w sposób dozwolony i słusznie, zostać zgładzony przez jakiegokolwiek swego wasala czy poddanego, także przy użyciu zasadzki, fałszywego pochlebstwa czy udawania miłości, bez względu na złożoną mu przysięgę albo zawarte z nim przymierze, bez czekania na wyrok czy polecenie jakiegokolwiek sądu” (Patrz: Sesja XVII, V, 2).

    Ojcowie tego soboru uzasadnili napiętnowanie owego poglądu, w taki oto sposób:

    Pragnąc przeciwstawić się temu błędowi i usunąć go z korzeniami, święty synod, po dojrzałym namyśle ogłasza, orzeka i ustala, że doktryna tego rodzaju jest błędna w wierze i z punktu widzenia obyczajów, odrzucają i potępia jako heretycką, gorszącą, wywołującą niepokój i otwierającą drogę dla fałszu, oszustwa, kłamstwa, zdrady i wiarołomstwa. Ponadto ogłasza, orzeka i określa, że ci, którzy z uporem podtrzymują tę najbardziej zgubną doktrynę, są heretykami i jako tacy powinni być karani według prawnych sankcji kanonicznych.” (Patrz: Sesja XVII, V, 3, podkreślenia moje – MS).

    Z kolei Sobór w Vienne tak wypowiedział się na temat tych, którzy broniliby uprawiania lichwy:

    (…) Jeśli ktoś popadłby w taki błąd, że śmiałby z uporem twierdzić, iż uprawianie lichwy nie jest grzechem, postanawiamy, że powinien być ukarany jako heretyk, przy czym zobowiązujemy stanowczo miejscowych ordynariuszy i inkwizytorów niegodziwości herezji, aby występowali przeciw oskarżonym lub podejrzanym o tego rodzaju błąd tak samo, jak nie wahają się występować przeciw oskarżonym lub podejrzanym o herezję.” (podkreślenie moje – MS).

    Kongregacja Nauki Wiary zaś w dokumencie o nazwie „Wyjaśnienie doktrynalne dotyczące końcowej części formuły <Wyznania wiary>” z dnia 29 czerwca 1998 roku prawdę nauczania katolickiego głoszącą, iż: „bezpośrednie i umyślne zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej jest niezwykle poważnym wykroczeniem moralnym” zaliczała do rzędu tych prawd, które:

    „(…) powinny być przez wszystkich wierzących przyjęte z wiarą teologalną. Dlatego gdyby ktoś uporczywie podawał je w wątpliwość lub odrzucał, podlegałby cenzurze herezji, zgodnie z odnośnymi kanonami Kodeksów kanonicznych”.

    Jeśli więc, Joe Biden na płaszczyźnie intelektualnej i rozumowej przyjmuje błędne tezy o braku wewnętrznego zła sodomii albo aborcji to oczywiście dopuszcza się on w ten sposób materialnej herezji. Materialna herezja nie jest jednak jeszcze w pełni tego słowa herezją. Herezją w sensie bardziej ścisłym jest dopiero „uporczywe” przyjmowanie heretyckich tez. A z taką sytuacją mamy do czynienia między innymi wtedy, gdy ktoś dobrze wie, że przyjmowany przez niego pogląd jest nie do pogodzenia z nieomylną częścią nauczania Kościoła. Sytuacja byłaby więc jasna i jednoznaczna, gdyby Joe Biden powiedział coś w stylu: „Tak wiem, iż aborcja oraz czyny homoseksualne są potępione przez nieomylne wypowiedzi Magisterium Kościoła, ale mimo to nie zgadzam się z tym nauczaniem„. Wtedy oczywiście mielibyśmy do czynienia z herezją formalną, a nie tylko materialną ze strony prezydenta-elekta USA. Jednakże, przynajmniej póki co, nie możemy całkowicie wykluczyć tego, iż prezydent Biden przyjmuje takie heretyckie tezy nie mając owej wiedzy. Oczywiście, naiwnością byłoby przypuszczać, że ów już wszak sędziwy mężczyzna w ogóle nie ma świadomości tego, iż przyjmowane przez niego opinie są w jakiś sposób sprzeczne z nauką Kościoła. Takie przypuszczenie można by może formułować względem 12-letniego chłopca, który uczęszcza do kościoła może raz na 2 miesiące, a nie wobec niemal 80-letniego mężczyzny, który co tydzień uczestniczy w niedzielnej Mszy świętej. Mimo to jednak Joe Biden może – w sposób szczery – uważać, iż kwestionowane przez niego nauczanie katolickie nie należy do tego typu doktryny, która jest nieomylna i którą należy przyjmować wiarą Boską i katolicką. W takim wypadku byłby on odpowiedzialny jedynie za przyjmowanie herezji materialnej, ale nie popadałby on jeszcze w herezję formalną. Inna sprawa, że jeśli tak miałoby być, to tym bardziej pasterze Kościoła powinni starać się wyprowadzić Joe Bidena z błędu, publicznie napominając go w tej kwestii oraz wzywając do porzucenia takich heretyckich opinii. W sytuacji, gdy nie jest to w sposób jasny czynione, a sam Biden otrzymuje Komunię świętą z rąk nawet i papieża Franciszka, polityk ten może być tym bardziej utwierdzany w swym ewentualnie błędnym przekonaniu o braku nieomylnego nauczania Kościoła w kwestiach wewnętrznego zła czynów homoseksualnych oraz aborcji.

    ***

    Joe Biden niekoniecznie jest zatem formalnym heretykiem. Jak już jednak wspomniałem, w przedsoborowej teologii i prawie kanonicznym istniała odrębna, acz zbliżona do heretyków kategoria osób „podejrzanych o herezję”. Ty mianem określano ochrzczonych katolików, którzy np. dawali na wychowanie swe dzieci w religii niekatolickiej, zawierali małżeństwo przed pastorem a nie księdzem czy też pomagali w szerzeniu herezji. Tytułem analogii prezydent-elekt Biden może być traktowany jako „podejrzany o herezję”, gdyż wytrwale przez wiele lat sprzyjał szerzeniu się herezji o braku wewnętrznego zła aktów sodomskich oraz zabijania niewinnych osób ludzkich poprzez chociażby swe głosowania czy fakt, iż będąc jeszcze wiceprezydentem udzielał on ślubu dwóm homoseksualistom. Poza tym, o ile nie można wykluczyć, że nie wie on o tym, iż nauczanie Kościoła w nieomylny sposób potępia aborcję oraz czyny homoseksualne, to podejrzenie to można równie dobrze odwrócić w drugą stronę. A mianowicie, nie można wykluczyć, że Joe Biden dobrze wie o tym, że wspierane przez niego nieprawości są napiętnowane w per se nieomylnej części doktryny katolickiej, jednak mimo to, postanawia je publicznie popierać oraz bronić.

    Na sam koniec dodam, iż mimo swej niepewności co do formalnej herezji, w jaką nowy prezydent USA miałby popaść, uważam za słuszny fakt odmówienia mu swego czasu udzielenia Komunii świętej przez jednego z katolickich duchownych. Nawet bowiem, gdyby przyjąć domniemanie, iż Joe Biden wspiera legalność aborcji i homoseksualizm z innych powodów niż przyjęcie przez siebie heretyckich opinii na ten temat to tak czy inaczej takie wsparcie jest obiektywnie rzecz biorąc materią grzechu ciężkiego. A osoby jawnie żyjące w zachowaniach będących obiektywnie materią ciężkiego zła powinny być wedle Prawa kanonicznego nie dopuszczane do Komunii świętej. Oczywiście, niestety nie mam złudzeń, że tego typu chwalebne zachowanie ze strony wspomnianego wyżej księdza będzie się częściej powtarzać.

    Mirosław Salwowski

  2. Czy „marsze równości” mogą komuś „ukraść” męża?

    Możliwość komentowania Czy „marsze równości” mogą komuś „ukraść” męża? została wyłączona

    Nie tak dawno, na jednej z platform streamingowych oglądałem debatę pomiędzy posłem Krzysztofem Śmiszkiem a Kają Godek na temat projektu ustawy zakazującego marszów LGBT. Pośród różnych wypowiedzi padających w tymże programie moją uwagę przykuło jedno raczej retoryczne pytanie ze strony posła Śmiszka do pani Godek. Otóż polityk ten w pewnym momencie zapytał panią Kaję: „Czy naprawdę wierzy Pani, że marsz równości może ukraść Pani męża?” (cytat z mej strony co prawda niedosłowny, ale oddający istotę tego pytania – przyp. moje MS). Nie trzeba być zbyt inteligentnym i dociekliwym, by domyślać się sposobu myślenia ukrytego w tym retorycznym zapytaniu. Pan poseł Śmiszek prawdopodobnie chciał w nim wyrazić przekonanie, że jeśli ktoś znajduje się już w heteroseksualnym małżeństwie to żadne demonstracje pro-LGBT nie zachęcą go do porzucenia swej rodziny i praktykowania czynów homoseksualnych. W niniejszym artykule chciałbym wskazać na to, iż taki – domyślnie negowany przez pana Śmiszka – scenariusz, wcale nie wydaje się abstrakcyjnym.

    ***

    Otóż, wyobraźmy sobie mężczyznę, który miał silniejsze bądź słabsze tendencje homoseksualne, ale pomimo żywienia takowych postanowił w pewnym momencie swego życia zawrzeć normalny, tradycyjny związek małżeński z kobietą. Sam fakt, iż miałby on takie skłonności, nie musiałby czynić jego małżeństwa nieszczęśliwym. Owszem, konieczność walki z pojawiającymi się od czasu do czasu myślami i pokusami o charakterze homoseksualnym, byłaby dla takiego człowieka pewnym problemem, ale przecież samo istnienie w naszym życiu problemów i kłopotów nie czyni go od razu nieszczęśliwym. Posiadanie dzieci, realizacja swego ojcowskiego powołania, bliskość drugiej osoby choćby i w postaci otaczającej go ciepłem oraz opieką kobiety mogłaby czynić życie tego mężczyzny całkiem szczęśliwym. Taki mężczyzna, mimo swych tendencji homoseksualnych mógłby prowadzić całkiem normalne, spokojne oraz ustabilizowane życie rodzinne i małżeńskie, pozostawiając na poboczu swe nieuporządkowane ciągoty. Taki człowiek być może nigdy nie angażowałby się w homoseksualne pożycie, nie stykał się z gejowską pornografią oraz nie chodził do miejsc sodomskich schadzek. W ramach kultury i porządku prawnego, które zwalczałyby aktywność homoseksualną taki scenariusz wcale nie wydaje się nierealistyczny.

    Oczywiście, zawsze zdarzali by się homoseksualni mężczyźni, którzy zdradzaliby swe żony z innymi mężczyznami, jednak można mieć nadzieję, iż niechętna aktom sodomii kultura oraz prawo w znacznym stopniu ograniczałaby występowanie takich godnych pożałowania występków.

    Rzecz jasna zdaję sobie sprawę z tego, iż nakreślony przeze mnie wyżej scenariusz dla zwolenników ruchu LGBT jest wizją uciśnionych przez „homofobiczną” kulturę oraz prawo mężczyzn i kobiet, którzy dali się „psychologicznie sterroryzować” nie podążając za swymi prawdziwymi pragnieniami. Cóż, nie chcę w poniższym artykule rozwlekać tego wątku, ale w tym miejscu wskażę tylko, że nie każde pragnienie jest godne realizacji i nieraz po prostu trzeba takowe pragnienia w sobie tłamsić, czego przykładem są choćby ludzie z tendencjami do pijaństwa, sadyzmu, okrucieństwa, zoofilii, pedofilii czy nekrofilii.

    ***

    Wyobraźmy sobie teraz sytuację takiego homoseksualnego mężczyzny w ramach społeczeństwa, którego kultura i prawo są przychylne aktom sodomii z jednej strony, a niechętne „homofobii” z drugiej. O ile, „homofobiczna” kultura i prawo zachęcały takiego mężczyznę do ujarzmiania swych nieuporządkowanych tendencji oraz trwania w normalnym i tradycyjnym małżeństwie, o tyle sytuacja odwrotna, niemal na co dzień będzie zachęcała go do ulegania tym skłonnościom. Człowiek taki będzie bowiem często słyszał o tym, że aktywność homoseksualna jest całkowicie normalna oraz pożądana (za to krytyka takowej nie jest normalna), w łatwy sposób może on wtedy też umówić się na sodomski seks oraz mieć dostęp do gejowskiej pornografii. W ostatecznym więc rozrachunku, takiemu homoseksualnemu mężczyźnie o wiele trudniej będzie być wiernym swej żonie i ryzyko, że w pewnym momencie porzuci on swą rodzinę na rzecz gejowskiego stylu życia, znacznie wzrośnie.

    ***

    Odpowiadając za tym na retoryczne pytanie pana Krzysztofa Śmiszka: tak, przysłowiowy „marsz równości” może ukraść niejednej kobiecie męża i niejednemu mężczyźnie żonę. Między innymi z tego względu, potrzebne są różne prawa, które – w zależności od okoliczności danego miejsca i czasu – będą albo ograniczały aktywność homoseksualną oraz jej propagowanie, albo też będą jej zakazywały.

    Mirosław Salwowski

  3. Papież Franciszek a prawa osób homoseksualnych

    Możliwość komentowania Papież Franciszek a prawa osób homoseksualnych została wyłączona

    W ostatnim czasie mass media informowały o – nie mającej rangi magisterialnej – wypowiedzi papieża Franciszka, w której ten miał stwierdzić:

    Osoby homoseksualne mają prawo do bycia w rodzinie; są dziećmi Boga; mają prawo do rodziny. Nikogo nie można wyrzucić z rodziny, ani sprawić, by jego życie było z tego powodu niemożliwe. To, co musimy stworzyć, to prawo do wspólnego pożycia. One mają prawo do tego, by być prawnie chronionymi”.

    Szybko wyodrębniły się dwie interpretacje powyższych słów Franciszka. Zwolennicy pierwszej z nich twierdzą, że obecny Biskup Rzymu poparł w ten sposób prawną instytucję związków partnerskich dla osób homoseksualnych. Zwolennicy drugiej interpretacji utrzymują, iż wypowiedź Franciszka tyczyła się sytuacji, w których dzieci o tendencjach homoseksualnych są wyrzucane z domu przez swych rodziców i w ten sposób papież sprzeciwił się takiej praktyce, sugerując przy tym, że powinna być ona prawnie zakazana.

    Osobiście uważam, że niezależnie od tego, którą wykładnię słów Franciszka przyjąć, tak czy inaczej stawiają one formację doktrynalną aktualnego papieża w podejrzanym świetle. Poniżej postaram się wyjaśnić, skąd bierze się taka, a nie inna ma opinia na ów temat.

    ***

    Po pierwsze: samo pojęcie praw osób homoseksualnych jest dwuznaczne. Owszem, homoseksualiści i lesbijki mają swe prawa. Jednakże są to prawa naturalne przysługujące im jako ludziom, a nie jako osobom z zaburzeniami seksualnymi. Innymi słowy, jeśli dane działanie osoby homoseksualnej nie tyczy się w bardziej bezpośredni czy bliski sposób realizacji jej dewiacyjnych skłonności i jest ono zgodne z moralnością, to władze cywilne powinny je chronić. Na przykład osoba homoseksualna ma prawo do własności prywatnej (posiadania domu na własność), działalności gospodarczej (prowadzenia dajmy na to piekarni). Jednakże osoby homoseksualne nie mają żadnego naturalnego prawa do praktykowania swych ohydnych czynów (choćby i prywatnie) ani tym bardziej do ich propagowania w sferze publicznej. Wielką zuchwałością jest zatem domaganie się od władz cywilnych ochrony i uznawania tak rozumianych „praw” osób homoseksualnych. Pozwolę sobie przypomnieć w tym miejscu, iż Kongregacja Nauki Wiary w swym liście „Homosexualitatis problema” z dnia 1 października 1986 roku stwierdzała, że aktywność homoseksualna jest zachowaniem „dla którego nikt nie może domagać się jakiegokolwiek prawa” krytykując przy tym wprowadzanie prawodawstwa cywilnego biorącego w obronę takową aktywność (patrz: tamże, n. 10). Z kolei Leon XIII w encyklice „Immortale Dei” uczył:

    tego co się prawdzie i cnocie sprzeciwia, nie godzi się na jaw wydobywać i przed oczy ludziom stawiać, a tym mniej opieką prawa godzi się popierać

    Warto też wspomnieć, iż mówienie czy sugerowanie w odniesieniu do aktywności homoseksualnej, że powinna ona cieszyć się opieką ze strony władz cywilnych, jest po prostu niezgodne z Pismem świętym. Nowy Testament poucza nas bowiem o tym, iż zadaniem władz cywilnych jest karanie zła oraz złoczyńców (patrz: Rz 13, 3-4; 1 P 2, 14). W Starym Testamencie zaś mężczyźni współżyjący ze sobą mieli być z Bożego rozkazu karani nawet śmiercią (patrz: Kpł 20, 13). I choć starotestamentowe prawa karne nie obowiązują już w ścisłym sensie chrześcijan sprawujących rządy nad narodami, to nie można powiedzieć, iż taka sankcja karna była wewnętrznie zła, gdyż Stwórca jako absolutnie dobry i święty nigdy nie rozkazuje ludziom grzeszyć (por. Syr 15, 19-20).

    Po drugie: nawet gdyby rozumieć przez prawa osób dopuszczających się czynów sodomskich np. domniemane prawo do bycia niewyrzuconym przez rodziców z domu, to również w tym wypadku trudno mówić o jakichś bardziej uniwersalnych czy tym bardziej absolutnych zasadach. Rodzice mają po prostu prawo karać swe dzieci za popełnianie takich występków (zresztą władze cywilne też mają prawo je karać) i jeśli nie widać nadziei na poprawę, a dalsza bytność takich osób pod jednym dachem może deprawować np. pozostałe dzieci, to wyrzucenie z domu sodomity czy lesbijki nie wydaje się w żaden sposób działaniem „per se” złym, ale jawi się jako jedna z moralnie uprawnionych metod karcenia. Można to porównać z wyrzuceniem narkomana z domu. Jeśli pomimo wcześniejszych łagodniejszych sankcji ktoś taki nadal to czyni, a jeszcze dodatkowo próbuje namawiać do zażywania narkotyków swych braci i siostry, to wyrzucenie takiej osoby z domu może być moralnie w porządku. Myślę, że takie podejście jest zgodne przynajmniej z duchem nauczania św. Pawła Apostoła (które jest jednocześnie nauczaniem Pana Jezusa – por. Łk 10, 16), który w jednym ze swych listów dawał następujące pouczenie:

    Dlatego pisałem wam wówczas, byście nie przestawali z takim, który nazywając się bratem, w rzeczywistości jest rozpustnikiem, chciwcem, bałwochwalcą, oszczercą, pijakiem lub zdziercą. Z takim nawet nie siadajcie wspólnie do posiłku. Jakże bowiem mogę sądzić tych, którzy są na zewnątrz? Czyż i wy nie sądzicie tych, którzy są wewnątrz?  Tych, którzy są na zewnątrz, osądzi Bóg. Usuńcie złego spośród was samych (1 Kor 5, 11-13).

    Powyższe oczywiście nie oznacza, że wyrzucony z rodzinnego domu sodomita czy narkoman nie powinien już mieć żadnej możliwości powrotu doń. Rzecz jasna, jeśli w pewnym momencie taka osoba zadeklaruje chęć walki ze swym grzechem i pewne zewnętrzne oznaki będą wskazywały na to, że nie jest to tylko pozorowana i udawana deklaracja, to należy wtedy kogoś takiego ponownie przyjąć do domu.

    ***

    Reasumując: jakkolwiek by nie interpretować niemagisterialne słowa papieża Franciszka o potrzebie prawnej ochrony dla osób homoseksualnych, to nie mają one podstawy ani w Piśmie świętym ani w Tradycji Kościoła. Jest czymś bardzo smutnym, że Franciszek kolejny raz miesza katolikom w głowach.

    Mirosław Salwowski

  4. Promotorzy i uczestnicy marszów LGBT powinni być ekskomunikowani

    Leave a Comment

    W Kodeksie Prawa Kanonicznego nie ma zapisów, które w bezpośredni sposób poruszałyby kwestię uczestnictwa i wspierania marszów, których celem jest udzielanie poparcia homoseksualnym grzechom oraz innego rodzaju dewiacjom. Istnieją jednak poważne przesłanki, by twierdzić, że uczestnictwo w takich wydarzeniach albo ich popieranie co najmniej bardzo przybliża katolika do zaciągnięcia kary ekskomuniki na mocy samego zaistnienia faktu. A nawet, gdyby nie można było jeszcze mówić o ekskomunice za takie zachowania to i tak władze kościelne powinny w stanowczy sposób ukarać uczestników oraz promotorów marszów wspierających idee LGBT. Poniżej spróbuję wyjaśnić powody, dla których oceniam tę sytuację właśnie w ten sposób.

    Po pierwsze, ogólnie rzecz biorąc ochrzczeni katolicy, którzy uczestniczą lub promują marsze LGBT, są co najmniej podejrzani o przestępstwo herezji. A kanoniczne przestępstwo herezji mocą samego faktu ściąga na winnego karę automatycznej ekskomuniki. Kodeks Prawa Kanonicznego mówi wszak:

    Odstępca od wiary, heretyk lub schizmatyk podlega ekskomunice wiążącej mocą samego prawa”  (kanon 1364).

    Dlaczego zaś katolicy popierający marsze LGBT są podejrzani o herezję? Ano dlatego, że intencją marszów LGBT jest kwestionowanie tego, co w oparciu o Boże Objawienie na temat grzechów sodomskich uczy zwyczajne i powszechne Magisterium Kościoła. A negowanie bądź poddawanie w wątpliwość między innymi tego rodzaju nauczania katolickiego wypełnia znamiona herezji. Herezją jest bowiem: „uporczywe, po przyjęciu chrztu, zaprzeczanie jakiejś prawdzie, w którą należy wierzyć wiarą Boską i katolicką, albo uporczywe powątpiewanie o niej” (vide: Kodeks Prawa Kanonicznego, kanon 751). Sobór Watykański I deklaruje zaś, iż:

    „wiarą boską i katolicką należy wierzyć w to wszystko, co zawiera się w słowie Bożym spisanym lub przekazanym, i jest do wierzenia przedkładane przez Kościół – albo uroczystym orzeczeniem, albo zwyczajnym i powszechnym nauczaniem – jako objawione przez Boga” (Patrz: „Konstytucja dogmatyczna o wierze katolickiej”, Rozdział III, p. 34) .

    Nawet zaś, gdyby uznać podejrzenie o zaciągnięcie ekskomuniki przez uczestników lub promotorów marszów LGBT za zbyt surowe podejście, to należałoby się zastanowić, czy ludzie o których mowa nie podpadają pod kanon 1369 Prawa Kanonicznego?:

    kto w publicznym widowisku, w kazaniu, w rozpowszechnionym piśmie albo w inny sposób przy pomocy środków społecznego przekazu, wypowiada bluźnierstwo, poważnie narusza dobre obyczaje albo znieważa religię lub Kościół bądź wywołuje nienawiść lub pogardę, powinien być ukarany sprawiedliwą karą

    Tak czy inaczej, osoby aktywnie uczestniczące w marszach LGBT zasługują na to, by być przez władze kościelne przykładnie ukarani, gdyż w sposób publiczny poważnie naruszają dobre obyczaje, popierając jeden z wołających o pomstę do Nieba grzechów.

  5. O dobrej i złej „homofobii”

    Leave a Comment

    Ruch LGBT należy zwalczać. To nie ulega żadnej wątpliwości. Jednak w każdej walce powinny obowiązywać jakieś reguły, których nie należy przekraczać, choćby i dzięki ich złamaniu można byłoby odnieść zwycięstwo nad przeciwnikiem. Poniżej spróbuję zatem nakreślić, kiedy walka z ruchem LGBT jest moralnie oraz światopoglądowo dobra, a kiedy zaczyna ulegać wypaczeniu i degeneracji.

    Dobra „homofobia”

    A więc dobra „homofobia” jest wówczas, gdy:

    Akcentujemy, iż grzechy homoseksualne są szczególnie ciężkie, gdyż wołają o pomstę do Nieba. Oczywiście, każdy najmniejszy nawet grzech jest rzeczą straszną, gdyż stanowi coś gorszego od nawet największego doczesnego nieszczęścia. Nie mniej jednak nie wszystkie grzechy są sobie równe. Są grzechy mniejsze i są większe. Ba, nawet pośród grzechów ciężkich nie wszystkie z nich są tak samo złe i okropne. Jedne z grzechów ciężkich bardziej obrażają Boga, a inne mniej co będzie wiązało się ze stopniem dolegliwości kar piekielnych za poszczególne z owych nieprawości. Przykładowo nierząd (czyli seks pomiędzy osobami wolnymi) jest ciężką nieprawością, ale cudzołóstwo (czyli zdrada małżeńska) jest czymś znacznie gorszym, w związku z czym cudzołożnicy będą cierpieć w piekle większe męki od tych, którzy dopuszczali się samego tylko nierządu. Wracając zaś do czynów homoseksualnych, to takowe pośród różnych grzechów ciężkich są szczególnym objawem degeneracji, gdyż stanowią bezpośrednie naruszenie naturalnego porządku i ściągają na ziemię różne Boże kary. Należy więc podkreślać szczególne zło aktów homoseksualnych, nie zaś rozmywać je w „religijnie poprawnych” sformułowaniach typu: „Homoseksualizm jest co prawda grzechem, ale przecież wszyscy jesteśmy grzesznikami„.

    Dobrą „homofobią” jest też popieranie prawnej karalności czynów homoseksualnych. Takie zachowania należą bowiem do czynów szczególnie niebezpiecznych społecznie i w związku z tym władze cywilne mają prawo je penalizować. Stopień surowości sankcji karnych może być różny i powinien być roztropnie rozeznawany przez osoby odpowiedzialne za sprawowanie władzy cywilnej.

    Dobrą „homofobią” jest także opowiadanie się za tymi z form dyskryminacji osób homoseksualnych, które są słuszne, roztropne i sprawiedliwe. I może to tyczyć się – podkreślam nie tylko osób aktywnych homoseksualnie – ale nawet jedynie odczuwających silne tendencje homoseksualne. Przykładowo, nie jest czymś roztropnym wpuszczanie osób homoseksualnych do seminariów duchownych czy nowicjatów zakonnych. Podobnie nie jest mądrym rozwiązaniem pozwalanie osobom homoseksualnym na to, by były wychowawcami w szkołach z męskim internatem. Takie ograniczenia wobec owych ludzi są czymś słusznym, gdyż nawet jeśli dany człowiek nie ma zamiaru homoseksualnie grzeszyć, to jednak długie przebywanie w wyłącznie męskim towarzystwie może stać się dla niego silną pokusą do grzechu.

    Dobra „homofobia” polega również na tym, iż unikamy nawiązywania bliższych relacji z osobami popełniającymi czyny homoseksualne wówczas, gdy coś takiego mogłoby zostać uznane za uwiarygadnianie ich złych uczynków. Św. Paweł Apostoł w imieniu Pana Jezusa nauczał wszak, że nie należy „nawet jadać” z takimi jawnogrzesznikami, którzy „zwą się naszymi braćmi” (patrz: 1 Kor 5, 9-11). Tytułem przykładu zatem, jeśli ktoś zwie się katolikiem i chrześcijaninem, a jednocześnie obnosi się ze swymi homoseksualnymi nieprawościami, to z kimś takim nie należy nawiązywać bliższych relacji.

    Zła „homofobia”

    Wszystko powyższe jest dobrą „homofobią”. Przejdę więc teraz do wskazania złych przejawów „homofobii”. A zatem ze złą „homofobią” mamy do czynienia wtedy, gdy:

    Kierujemy w stronę osób homoseksualnych słowa o charakterze wulgarnym. Wprowadzanie – nawet do walki ze złem i niegodziwościami – wulgarnej mowy przypomina próbę wycinania zgangrenowanej tkanki za pomocą umaczanego w fekaliach noża. Najbardziej prawdopodobnym efektem takiej operacji będzie tylko rozjątrzenie ran. Wulgarność jest bowiem mocno połączona z wadą nieczystości, stanowiąc jej jakże częsty słowny wyraz oraz ekspresję. Tak jak gangrenę winno się wycinać za pomocą sterylnie czystych narzędzi, tak z grzechem sodomii należy walczyć w sposób czysty i cnotliwy, a więc bez wulgarności, oszczerstw i innych występków. Pamiętajmy o tym, czego nauczał choćby św. Paweł Apostoł: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj” (Rz 12, 21).

    Zła „homofobia” zachodzi też wówczas, gdy w sposób samowolny używamy przemocy i siły fizycznej względem osób homoseksualnych. To bowiem władze cywilne z Bożego upoważnienia noszą miecz, by karać zło i złych (por. Rz 13, 3-4), a nie prywatne jednostki. Trudno zaś mówić o moralnie usprawiedliwionym przypadku używania przemocy w ramach tzw. koniecznej obrony w sytuacji, gdy np. demonstrujemy przeciw marszom LGBT. Pojęcie obrony koniecznej było bowiem przez tradycyjną moralistykę katolicką formułowane w ścisłym kontekście odpierania przemocy o charakterze fizycznym i nie powinno się tego pojęcia rozszerzać na innego rodzaju sytuacje.

    Zła „homofobia” jest również wtedy, gdy sami nie dajemy np. swym ubiorem i wyglądem dobrej alternatywy wobec tego, co prezentują nam ruchy LGBT. Czy bowiem, dajmy na to protestująca przeciw „marszom równości” młoda niewiasta odziana w krótką obcisłą spódniczkę prezentuje znacznie lepszy widok, niż powiedzmy jakaś feministyczna lesbijka z obciętymi na krótko włosami i kolczykami w nosie? Czyż jakiś uczestniczący w kontrach do marszów LGBT kibic, który w piątek po imprezie uprawiał ze swą dziewczyną za przeproszeniem seks analny, czynił coś choćby o wiele mniej złego niż aktywni homoseksualiści i lesbijki? Otóż nie, nie czynił on w ten sposób czegoś znacznie mniej nieprawego, gdyż choć owszem zwykły nierząd jest grzechem mniejszym od aktów homoseksualnych to jednak wspomniana przeze mnie forma aktywności seksualnej (czyli seks analny) należy do tego samego rodzaju nieprawości co homoseksualizm (to znaczy czegoś, co tradycyjnie miało miano „grzechów przeciw naturze”).

    Złym rodzajem „homofobii” jest też stosowanie zbyt daleko idących, a przez to pochopnych oraz niesprawiedliwych oskarżeń wobec homoseksualistów i lesbijek. Można wszak i należy mówić, że adopcja dzieci przez pary homoseksualne jest czymś złym, ale czy to musi się łączyć z twierdzeniem bądź sugestią, że każda taka para będzie seksualnie molestować adoptowane dzieci??? Oczywiście, nie należy tak mówić, gdyż nawet jeśli ryzyko takich zachowań w owych okolicznościach jest większe, to nie znaczy, że istnieje absolutna i nieznająca wyjątków zależność pomiędzy adopcją dzieci przez pary homoseksualne, a ich późniejszym molestowaniem.

    Walczmy z LGBT rycersko i sprawiedliwie

    Podsumowując: walczmy z ruchami LGBT, ale róbmy to w zgodzie z regułami moralnymi, czyli w sposób sprawiedliwymi, rycerski, bez ciosów poniżej pasa i tym podobnych brzydkich zagrywek.

  6. Tomasz Terlikowski błądzi

    Leave a Comment

    Tomasz Terlikowski jest znanym konserwatywnym publicystą katolickim, którego gorliwość i oddanie dla pewnych elementów nauki moralnej Kościoła zasługuje na pochwałę. Nie mniej jednak jak każdemu człowiekowi przydarza mu się błądzić, co należy też jemu pokazać. Jednym z przykładów błędnych wypowiedzi Tomasza Terlikowskiego są słowa, które – w odpowiedzi jednej ze współdyskutantek – napisał w dniu 10 kwietnia b. roku – na swej facebookowej tablicy. Otóż pan Terlikowski najpierw zasugerował, iż nie widzi w katolickiej wykładni Pisma świętego i Tradycji Kościoła podstaw do wspierania karania śmiercią czynnych homoseksualistów, a gdy dyskutująca z nim osoba wskazała na konkretne fragmenty Biblii, w których o takowej sankcji za ów grzech jest mowa, publicysta ten napisał, co następuje:

    „Szanowna Pani, katolicka lektura Pisma Świętego dokonuje się zawsze w świetle Tradycji i Magisterium. Nigdy nie czytamy Pisma Św. literalnie. Tak gwoli ścisłości. Nie jesteśmy fundamentalistami biblijnymi. I nigdy nimi nie byliśmy”.

    Nie wiem, czy Tomasz Terlikowski pewnych rzeczy nie wie, czy może na potrzeby dyskusji, nie chce o pewnych kwestiach mówić, ale trzeba sobie jasno powiedzieć, że jego powyższe sugestie i wypowiedzi nie są zgodne ani z prawdą historyczną, ani też nauczaniem katolickim.

     

    Po pierwsze bowiem, w Tradycji Kościoła znajdowały się wypowiedzi i akty wspierające karanie śmiercią za czynny homoseksualizm. Jednym z tego przykładów są dwie bulle autorstwa papieża św. Piusa V: „Cum Primum” oraz „Horrendum illus scelum”. W tych dokumentach tenże święty papież nakazał wydawanie winnych homoseksualnych postępków duchownych władzom cywilnym, by stosowały wobec takowych takie same kary, jakie ówczesne prawo przewidywało za owe grzechy popełniane przez osoby świeckie. A przypomnijmy, że wówczas częstą karą – również w państwach katolickich – za akty homoseksualne była właśnie kara śmierci.

    I nie twierdzę teraz, że każdy katolik z pewnością musi zgadzać się z karaniem śmiercią czynnych homoseksualistów i lesbijek. Wspomniane bulle św. Piusa V jako takie miały bowiem charakter raczej dyscyplinarny, a nie stricte doktrynalny, przez co jako takie nie zobowiązywały katolików do automatycznego uznawania ich za słuszne. Nie mniej jednak, jest historycznym faktem, iż w Tradycji Kościoła miały miejsce czyny i wypowiedzi wspierające karanie śmiercią za sodomię. Można się z tym nie zgadzać, ale należy wówczas uczciwie zmierzyć się z tym historycznym faktem.

     

    Po drugie: kompletną bzdurą jest twierdzenie Tomasza Terlikowskiego, jakoby katolicka lektura Pisma świętego „nigdy” nie polegała na jego „literalnym odczytywaniu”. Jest bowiem niemal dokładnie odwrotnie. Tradycyjnie katolicka wykładnia Biblii zazwyczaj (choć nie zawsze) opiera się na jej dosłownym rozumieniu. Święty Tomasz z Akwinu nauczał, iż: „Wszystkie rodzaje sensu Pisma świętego powinny się opierać na sensie dosłownym” (Summa theologiae, I, 1, 10 ad 1). Papież Leon XIII potwierdził tę zasadę w swej encyklice „Providentissimus Deus”, gdzie uczył, co następuje:

    Niech on [współczesny komentator] jednak z tego powodu nie sądzi, że ma drogę zamkniętą do posuwania się dalej w badaniu i wyjaśnianiu, a tym bardziej, gdy znajdzie się do tego słuszna przyczyna, – byle tylko szedł sumiennie za ową regułą, rozumnie przez św. Augustyna postawioną, a mianowicie, że należy jak najmniej odstępować od sensu literalnego i niejako właściwego, chyba że jakiś powód nie pozwoli go zatrzymać lub konieczność zmusi do opuszczenia go [Św. Aug., De Gen. ad litt. VIII, 7, [13].]. Tej reguły tym mocniej należy się trzymać, im większe jest niebezpieczeństwo pobłądzenia przy tak wielkim pożądaniu nowości i wolności zdań„ (Podkreślenie moje – MS).

    Również Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie numer 116 powtarza wskazaną wyżej zasadę św. Tomasza z Akwinu, iż: „Wszystkie rodzaje sensu Pisma świętego powinny się opierać na sensie dosłownym„.

    Jednym z bardziej dobitnych przykładów tego, iż Magisterium i Tradycja Kościoła wykłada Pismo święte w sposób literalny, jest choćby dogmat o Rzeczywistej i Substancjalnej Obecności Ciała i Krwi Pana naszego Jezusa Chrystusa w konsekrowanych Hostiach. To dogmatyczne nauczanie jest oczywiście dosłownym i literalnym rozumieniem następujących słów z Ewangelii św. Mateusza: „Jezus wziął chleb i odmówiwszy błogosławieństwo, połamał i dał uczniom, mówiąc: «Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje». Następnie wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie, dał im, mówiąc: «Pijcie z niego wszyscy, bo to jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów” (tamże: 26, 26-28). A podobnych przykładów literalnej interpretacji Pisma św. jaką daje nam Magisterium Kościoła jest o wiele, wiele więcej.

    Warto zresztą zauważyć, iż pan Terlikowski de facto popada w sprzeczność sam ze sobą, gdy pisze, iż Pisma świętego „nigdy” nie należy traktować literalnie. Gdyby bowiem tak było, to również w kwestii potępienia przez Biblię aktów homoseksualnych (które wspomniany redaktor wszak też piętnuje) należałoby uciekać się do niedosłowności  wskazując zarazem, że przecież owe potępienie było formułowane w kontekście innych czasów, innej kultury i innych zwyczajów (jak czyni to zresztą wielu teologów). Tradycja i Magisterium Kościoła od wieków rozeznaje jednak biblijne potępienia homoseksualizmu w sensie dosłownym i uniwersalnym, a nie symbolicznym czy też kulturowo relatywistycznym. Niech się więc Tomasz Terlikowski zdecyduje, albo Biblii rzeczywiście nie należy „nigdy” interpretować literalnie, a wówczas jego publicystyczne batalie przeciwko sodomii można schować do buta, albo jednak Pismo święte częściej niż mu się to wydaje trzeba wykładać dosłownie.

  7. Grzegorz Braun za penalizacją aktywności homoseksualnej „jako takiej”

    Leave a Comment

    Jak do tej pory w III Rzeczypospolitej żaden bardziej rozpoznawalny polityk nie odważył się – przynajmniej publicznie – opowiedzieć się za wprowadzeniem kryminalizacji aktów homoseksualnych. Szczytem obyczajowego konserwatyzmu w tej kwestii na naszej prawicy było co najwyżej, i to też niezbyt śmiałe, popieranie prawnego zakazu tych czy innych przejawów publicznej propagandy sodomii. Wydaje się jednak, iż tej swego rodzaju „prawicowej poprawności” wyrażającej się w zapewnieniach „Ależ my, nikomu nie chcemy zaglądać do łóżek” rzucił ostatnio wyzwanie, nie kto inny, tylko – sam znany wcześniej z tego typu wypowiedzi – Grzegorz Braun. Ów były kandydat na urząd Prezydenta Polski oraz jeden z czołowych działaczy „narodowo-wolnościowej” koalicji o nazwie „Konfederacja” w wywiadzie dla internetowej telewizji „wRealu24” stwierdził co następuje:

    Ja muszę przyznać się do dość poważnej reasumpcji moich wniosków w tej sprawie. Ja kiedyś łudziłem się, że to są sprawy, które zgodnie z polską tradycją, że wolność Tomku w swoim domku, że można zostawić, że tak powiem zaciszu domowemu. (…) Ale dziś, wydaje mi się, że szydło tak bardzo wyszło z worka (Przepraszam panią premier); tak bardzo ujawniło się, o co tak naprawdę tutaj chodzi, że nie ma mowy o jakimś modus vivendi. Że nie ma mowy o tym, że osiągniemy w tej, w tym obłędzie tolerancjonizmu jakąś linię demarkacyjną i wtedy sodomici powiedzą: OK, to już mamy, cośmy chcieli. Nie. Oni chcą się dobierać do naszych dzieci. I właśnie nawet wcale tego nie tają. I w związku z tym, proszę Państwa na czym zmiana u mnie polega? Ja dzisiaj opowiadam się za penalizacją aktywności homoseksualnej jako takiej.

    Po tej deklaracji Grzegorza Brauna, prowadzący program Marcin Rola niejako chyba nie do końca dowierzając temu co przed chwilą usłyszał zapytał polityka „Konfederacji”: W ogóle? Całkowicie?

    Na co Grzegorz Braun odpowiedział:

    Tak, tak. Ja chciałbym wrócić w tej sprawie do czasów, w których świat nie stał jeszcze na głowie i było zupełnie jasne, że kto podejmuje czynności ryzykowne, kto się zachowuje ryzykownie, ten ryzykuje (…) Tak ja to postuluję. Karalność sodomii jako takiej. To jest mój postulat. Wystąpię z takim wnioskiem. Zobaczymy jak zostanie on przyjęty na forum Parlamentu Europejskiego. Od jesieni daj Boże za pośrednictwem moich kolegów, koleżanek konfederatów na forum Parlamentu warszawskiego trzeba taki wniosek złożyć, bo dosyć tego„.

    Cóż można rzec na tą zaskakującą zmianę poglądów pana Grzegorza Brauna? Osobiście, jako krytyk niektórych z innych jego wypowiedzi (np. na temat imigrantów czy sposobu w jaki wypowiadał się on na temat opisanego w księgach Starego Testamentu powstania Machabeuszy) jestem pod wielkim, pozytywnym wrażeniem pokory i odwagi tego polityka. Pokory, gdyż trzeba się takową wykazać, publicznie korygując swe wcześniejsze i wielokrotne wypowiedzi na podobne tematy. Odwagi, albowiem pogląd o tym, iż czyny homoseksualne powinny być prawnie karalne jako takie, nie należy do popularnych również na prawicy. Nie sądzę też, by większość z polityków „Konfederacji” do której należy Grzegorz Braun podzielała jego najnowsze wypowiedzi w tej sprawie i w związku z tym prawdopodobnie głowią się oni już na tym, jak w oczach opinii publicznej złagodzić jasny i jednoznaczny jego wypowiedzi. Pozostaje jednak mieć nadzieję, iż zgodnie z treścią tradycyjnego przysłowia: „Kropla drąży skałę nie siłą, lecz często padając” świadomość słuszności postulatów prawnej karalności czynów homoseksualnych oraz niewierności małżeńskiej (czyli cudzołóstwa) będzie stopniowo docierać do coraz szerszych kręgów polskiej prawicy oraz środowisk katolickich.

     

    Przeczytaj też: https://salwowski.net/2017/08/12/11-powodow-dla-ktorych-czyny-homoseksualne-powinny-byc-prawnie-zakazane-i-karalne/

     

  8. Kara śmierci dla cudzołożnych i zboczonych księży

    Leave a Comment

    Kiedy został upowszechniony jeden z mych tekstów na temat słuszności prawnej karalności niewierności małżeńskiej wiele osób błędnie interpretowało go, jako popieranie przeze mnie powszechnego karania śmiercią za ów występek. Tymczasem nie raz tłumaczyłem, iż choć nie mogę absolutnie wykluczyć zasadności nawet tak surowej sankcji, to ogólnie rzecz biorąc uważam, że powinno się stosować łagodniejsze kary za ową nieprawość (np. chłostę lub prace społeczne). Swe stanowisko w tej sprawie szerzej wyjaśniałem w poniższym artykule: https://salwowski.net/2017/03/16/czy-jestem-zwolennikiem-kary-smierci-za-cudzolostwo/

     

    O ile więc, ogólnie rzecz biorąc nie wykluczam, to jednak nie preferuję też karania śmiercią za cudzołóstwo (czyli niewierność małżeńską). Można jednak powiedzieć, iż w przypadku nielicznych przypadków tym podobnych czynów opowiadałbym się za stosowaniem tej kary. Jedną z takich okoliczności stanowią przypadki tych osób duchownych (księży i zakonników), którzy wielokrotnie dopuszczali się uwodzenia cudzych żon, homoseksualizmu bądź wykorzystywania seksualnego osób nieletnich. W takich wypadkach karę śmierci traktowałbym nie tylko jako jedną z możliwych opcji, ale nawet preferowałbym ją. Seksualne nieprawości w wykonaniu osób duchownych są bowiem obiektywie jeszcze cięższym złem niż podobne zachowania popełniane przez osoby świeckie. Ksiądz lub zakonnik powinien wszak mieć jeszcze większą świadomość obrzydliwości takich czynów aniżeli członkowie laikatu. Poza tym, osoby duchowne pełnią zawód tzw. zaufania społecznego, a co za tym idzie zgorszenie przez nie wywoływane jest o wiele bardziej niszczące w skutkach niż analogiczne zgorszenie w wykonaniu osób świeckich. A przecież jak wiemy nasz Pan Jezus Chrystus mówił o gorszycielach:

    Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza. Biada światu z powodu zgorszeń! Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie (Mt 18, 6-7).

    Warto w tym miejscu też przypomnieć, iż papież św. Pius V nakazał w stosunku do księży winnych uczynków seksualnych przeciwnych naturze (a więc m.in. sodomii) wydawanie ich w ręce władz cywilnych by te wymierzyły im przewidzianą przez prawo karę (a taką w przypadku owych nieprawości była wówczas zazwyczaj kara śmierci).

     

    Myślę więc, że pomysł karania śmiercią księży i zakonników notorycznie (w rozumieniu: kilkukrotnie) dopuszczających się aktów homoseksualizmu, uwodzenia cudzych żon oraz molestowania seksualnego osób nieletnich naprawdę nie powinien wywoływać większych kontrowersji. Można by się jeszcze spytać, a co w wypadku, gdy osoby duchowne odpowiedzialne za takie grzechy nie doczekały się za swego ziemskiego życia sprawiedliwego osądzenia swych niecnych postępków, ale te obrzydliwości zostały szerzej nagłośnione po ich śmierci? Sądzę, iż należałoby wtedy dokonać symbolicznego ukarania ich po śmierci i wzorem pobożnego króla Jozjasza wykopać kości takich osób i je spalić (vide: 2 Krl 23, 20). Ktoś może w tym wypadku zaprotestować, że przecież jednym z uczynków miłosiernych wobec ciała jest „zmarłych pogrzebać„. To prawda, jednak nie jest to zasada absolutna, a więc nie znająca żadnych wyjątków. Jest moralnie dozwolone w imię większego dobra np. dokonywać sekcji zwłok, mimo, że w pewien sposób narusza to powyższą regułę. Podobnie uważam, że przywołany wyżej biblijny przykład króla Jozjasza uzasadnia nakreślony przeze mnie sposób potraktowania zwłok pewnych nieukaranych za życia złoczyńców. Jozjasz jest bowiem ukazany na kartach Pisma św. jako król dobry, bogobojny i sprawiedliwy, a jego czyn wykopania i spalenia kości zmarłych wcześniej ludzi nie został w żadnym miejscu Biblii napiętnowany czy zganiony.

    Na sam koniec dodam i sprecyzuję, iż oczywiście nie nawołuję w tym artykule do samosądów oraz innych przestępstw (zabijania cudzołożnych i zboczonych księży lub samowolnego bezczeszczenia ich zwłok). Po prostu uważam, że władze cywilne powinny ustanawiać prawa, które w ten sposób represjonowałyby takie grzechy. Co niech da nam Bóg wszechmogący w Trójcy Jedyny oraz Pan nasz i Zbawca Jezus Chrystus, któremu niech będzie cześć, chwała i uwielbienie na wieki wieków Amen.

  9. 10 powodów, dla których czyny homoseksualne powinny być prawnie zakazane i karalne

    Leave a Comment

    Wśród osób niechętnych homoseksualizmowi przeważa dziś narracja, którą można ująć w takich oto słowach: „To co robią homoseksualiści i lesbijki we własnych domach, nie jest sprawą państwa. My sprzeciwiamy się jednak temu, by owe skłonności były wywlekane na publiczne forum. A już na pewno temu, by uczono o tym w szkołach nasze dzieci lub takie osoby miały prawo do adopcji”. Mniej więcej to właśnie na temat prawnego statusu homoseksualizmu mówią tacy znani ze swej „homofobii” politycy jak Janusz Korwin Mikke czy Grzegorz Braun. Czy jest to jednak stanowisko słuszne? Można mieć ku temu poważne wątpliwości i dlatego w niniejszym artykule przedstawię dziesięć – mym zdaniem dobrych powodów – dla których powinniśmy raz jeszcze przemyśleć zasadność powszechnego dla naszego kręgu kulturowego odrzucania kryminalizacji prywatnych aktów homoseksualnych.

     

    Powód nr 1: Nie wszystko co jest czynione w sposób dobrowolny przez dorosłych ludzi w sferze prywatnej powinno być legalne i bezkarne.

    Do dziś mamy tego świadomość i słusznie zakazuje się niektórych z tego typu zachowań. Władze cywilne zakazują takich czynów dlatego, że pomimo ich prywatnego i dobrowolnego charakteru, są one bardzo szkodliwe tak dla osób je czyniących, jak i dla osób postronnych. Przykładowo, dorośli ludzie czasami czynią z własnego wyboru akty o charakterze kazirodczym, ale jest to nielegalne, choćby dlatego, iż z tego typu związków mogą rodzić się obciążone genetycznie dzieci. W większości krajów do dziś jest nielegalne handlowanie i zażywanie ciężkich narkotyków. Zakazane prawnie zazwyczaj jest też pomaganie komuś w realizacji jego samobójczego zamiaru. Podobnie zabronione jest dobrowolne zawieranie umów w rodzaju: „Jan Kowalski zezwala Adamowi Nowakowi na ucięcie mu dłoni”. W naszym kraju zaś do dziś słusznie obowiązują przepisy zakazujące sprzedaży alkoholu osobom nietrzeźwym (nawet gdy konsumpcja takowego mogłaby się odbywać prywatnie), a nawet istnieje możliwość wysłania nałogowych alkoholików na przymusowe leczenie.

    Dlaczego więc, by nie traktować czynów homoseksualnych w podobny sposób? Przecież niosą one za sobą ponadprzeciętne zagrożenia dla zdrowia, a nawet życia osób je popełniających. AIDS i choroby weneryczne w wielkim stopniu są rozprzestrzeniane za pomocą kontaktów homoseksualnych. Co więcej, zarażeni takimi dolegliwościami homoseksualiści i lesbijki mogą zarażać nie tylko siebie, ale również osoby postronne, np. gdy osoba utrzymująca relacja homoseksualne ma przy tym jednocześnie stosunki heteroseksualne z własnym małżonkiem/małżonką, poza tym w przypadku niektórych chorób wenerycznych można zarazić się przez korzystanie ze wspólnych sanitariatów, ręczników, etc. Im więcej więc będzie aktów homoseksualnych, tym więcej będzie chorób wenerycznych, a to nie leży w interesie społecznym. Oczywiście można to powiedzieć też o rozwiązłości heteroseksualnej, ale ta również powinna być przez prawo ograniczana i zakazywana.

     

    Powód nr 2: Czyny homoseksualne, mimo że mogą być dobrowolne, często oparte są na psychomanipulacji.

    Młodzi ludzie nieraz wchodzą bowiem na tę drogę, będąc uwodzonymi przez znacznie starszych od siebie mężczyzn (np. 18-letni chłopiec jest uwiedziony przez 40-letniego mężczyznę). Czy jednak można porównywać dojrzałość, doświadczenie i stopień świadomości dopiero wchodzącego w dorosłość 18-letniego młodzieńca z dojrzałością, doświadczeniem i świadomością 40-letniego mężczyzny? Oczywiście, że nie, gdyż 40-latek zwykle będzie psychologicznie znacznie górował nad 18-letnim chłopcem i w związku z tym łatwo będzie mu go zwieść, wykorzystać jego naiwność, brak doświadczenia itp. Od strony nazwijmy to „formalnej” owszem taka relacja będzie miała charakter dobrowolny (bo starszy mężczyzna nie powie młodzieńcowi „Zrób to ze mną, albo zabiję twoją matkę”), ale mimo to trudno będzie nazwać ją uczciwą i pozbawioną psychomanipulacji. Nie widzę zaś wielkiej różnicy pomiędzy legalnością takiej sytuacji a prawną bezkarnością uwiedzenia, dajmy na to 13-letniej dziewczyny przez 30-letniego mężczyznę. W obu wypadkach takie uwiedzenie może odbywać się bez przemocy i przymusu, jednak zwykle opiera się ono na wykorzystaniu naiwności i braków w dojrzałości drugiej strony. Poza tym warto uświadomić sobie, jak wielką krzywdę uwiedzionemu homoseksualnie młodzieńcowi może uczynić starszy mężczyzna. Taki 18-letni chłopak bez uwiedzenia mógłby bowiem, co prawda mieć jakieś lekkie homoseksualne tendencje, ale nie będąc w młodym wieku skrzywionym i zdeprawowanym przez owe czyny, mógłby takowe skłonności kontrolować, a nawet założyć szczęśliwe małżeństwo i rodzinę. Jednakże homoseksualne zdeprawowanie go we wczesnej młodości może sprawić, że już przez całe życie będzie się mocno borykać z tą dewiacją, popadając w nałóg czynienia aktów sodomii, uwodząc i wciągając w to bagno innych ludzi.

     

    Powód nr 3: To, że dane czyny są popełniane w prywatnej sferze, nie oznacza wcale, że nie będą pozostawiać swego wpływu na tkankę społeczną.

    Do rozpowszechniania jakiegoś negatywnego zjawiska nie jest bowiem koniecznie potrzebne, by było ono propagowane na ulicach albo w mass mediach. 100 tysięcy czujących się w sferze prywatnej bezkarnie homoseksualistów i lesbijek może wciągnąć w swe występki kolejnych 100 tysięcy osób itd. Siła oddziaływania za pomocą prywatnych spotkań i rozmów jest oczywiście mniejsza, niż ma to miejsce w przypadku artykułów prasowych bądź ulicznych manifestacji, niemniej jednak nie pozostaje ona bez znaczenia i wpływu na oblicze społeczeństwa. Podobnie, łapówkarze, jeśli czują się bezkarni w sferze prywatnej, będą rozszerzać swój grzech na społeczeństwo, nawet jeśli nie stoją za nimi popierające ich oficjalnie organizacje, nie organizują marszów w obronie łapówkarstwa i nie chwalą ich mass media.

     

    Powód nr 4: Absolutna bezkarność homoseksualizmu w sferze prywatnej może wysyłać obywatelom wspierający hipokryzję przekaz.

    Prawo ma bowiem swą wartość wychowawczą. Jeśli ustawodawca przez stanowione przez siebie prawo mówi: „Nie interesuje mnie to co robicie w domu, bylebyście nie obnosili się z tym na ulicach” to łatwo jest wtedy o wytwarzanie atmosfery obłudy i hipokryzji polegającej na innym zachowywaniu się we własnym domu, a innym publicznie.

     

    Powód nr 5: Sam Bóg nakazał w Swym Słowie surowo karać homoseksualizm.

    W Starym Zakonie Bóg nakazał karać czyny homoseksualne śmiercią (Kpł 20, 13). Powie ktoś, że prawa karno-cywilne Starego Przymierza nie obowiązują chrześcijańskich władców. To prawda, niemniej jednak fakt, że Bóg rozkazał surowo karać czynnych homoseksualistów, oznacza, że takie karanie nie jest samo w sobie sprzeczne z miłością bliźniego (co wielu nawet chrześcijan dziś utrzymuje, a o czym więcej za chwilę), gdyż Bóg jest Miłością (1 J 8, 4) i nie nakazuje on w związku z tym rzeczy, które są sprzeczne z Jego charakterem i które jako takie byłyby złe (Syr 15, 19-20). Nawet zaś, jeśli przyjmiemy, że kara śmierci za czyny homoseksualne odnosiła się tylko do narodu żydowskiego w czasach Starego Przymierza, to takowa konstatacja nie oznacza jeszcze, że w czasach Nowego Przymierza owe zachowania nie powinny być przez władze cywilne karane choćby i w łagodniejszy sposób. Także bowiem Stary Testament jest odbiciem mądrości, miłości i sprawiedliwości Stwórcy i nawet jeśli w czasach spisywania tej Księgi potrzebne były Żydom bardziej surowe prawa niż dziś, to nie jest równoznaczne ze stwierdzeniem, że w takim razie nie powinniśmy się kierować choćby tylko duchem tych praw. Oczywiście, że należy kierować się duchem (choć nie zawsze literą) starotestamentowego prawa cywilnego i karnego, gdyż jest on odbiciem Bożego charakteru. Przykładowo, jedno z praw cywilnych Starego Przymierza mówi, iż ludzkie odchody powinny być zakopywane w ziemi (Pwt 23, 9-14) – czy to oznacza, że pod rządami Nowego Testamentu ludzie nie powinni się troszczyć o utylizację fekaliów i np. załatwiać swe potrzeby fizjologiczne, gdzie popadnie? Rzecz jasna, że nie o to chodzi i nawet jeśli nie jesteśmy zobowiązani do zakopywania odchodów w ziemi, gdyż możemy je usuwać za pomocą innych środków – dajmy na to kanalizacji – to troska o higienę w tym zakresie jest nadal aktualna i ważna. Podobnie, choć chrześcijańscy władcy nie są zobowiązani do karania homoseksualizmu śmiercią, nie oznacza to, że w takim razie nie powinni oni zakazywać go za pomocą innych sankcji karnych.

     

    Powód nr 6: Kościół katolicki w swych aktach dyscyplinarnych i doktrynalnych potwierdzał słuszność utrzymywania nielegalności choćby i tylko prywatnie czynionego homoseksualizmu.

    Czynił tak, chociażby papież św. Pius V w bullach „Horrendum illud scelus” i„Cum Primum”, nakazując przekazywanie winnych czynów homoseksualnych księży władzy świeckiej, by ta skazywała ich na karę śmierci. Pius XI w encyklice „Casti Connubii” nauczał, iż władze cywilne mają prawo oraz obowiązek karania niemałżeńskich związków seksualnych. I bynajmniej postulat delegalizacji owej nieprawości nie jest tylko reliktem „przedsoborowej” nauki Kościoła, gdyż jeszcze w wydanym przez papieża Benedykta XVI w 2006 roku „Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego” przeczytać możemy, iż „rozprzestrzenianie ciężkich wykroczeń przeciwko czystości winno być zakazane przez władze cywilne stosownymi prawami” (n. 494), a w punkcie poprzedzającym to stwierdzenie do takich występków zaliczono m.in. czyny homoseksualne (n. 492). Ktoś może rzeknie, że ostatnie ze stwierdzeń oznacza zapewne nawoływanie do karania publicznego propagowania homoseksualizmu, gdyż jest tu mowa o zakazywaniu „rozprzestrzeniania” takowego. Czy jednak „rozprzestrzenianie” czegoś zawsze musi mieć formę publiczną? Oczywiście, że nie. Można „rozprzestrzeniać” daną rzeczy także w inny niż publiczny sposób. Homoseksualista, który uwodzi 5 czy 10 młodzieńców też rozprzestrzenia ów występek, nawet jeśli nie chwali się tym w mass mediach, czy nie chodzi z plakatem „Jestem gejem” po ulicy.

    Warto zresztą dodać, że czyny homoseksualne są jednymi z tych grzechów, które „wołają o pomstę do Nieba”, a w związku z tym ściągają na narody karę Bożą.

    Widzimy to na przykładzie biblijnej Sodomy i Gomory, które zostały ukarane przez Boga również za homoseksualizm. Ponadto papież św. Pius V w bulli „Cum Primum” nauczał, iż owo zboczenie należy do tych przewin, za które „Bóg sprawiedliwie karze ludy i narody, zsyłając na nie kataklizmy, wojny, głód i zarazę”. Zatem w interesie choćby i tylko doczesnego bezpieczeństwa oraz dobrobytu danego narodu leży to, by sodomia nie cieszyła się w nim przyzwoleniem i bezkarnością.

     

    Powód nr 7: Prawna karalność homoseksualizmu jest zdobyczą chrześcijańskiej i europejskiej cywilizacji.

    Przed tym wszak, jak chrześcijaństwo zyskało znaczący wpływ na prawo i życie społeczne starożytnego Rzymu oraz Grecji różne formy homoseksualizmu cieszyły się w nich tak moralną, jak i prawną akceptacją. Tyczyło się to zwłaszcza uwodzenia młodych chłopców przez starszych mężczyzn oraz bycia stroną aktywną w czasie homoseksualnych praktyk. Dopiero w 390 roku po Chrystusie, wówczas, gdy chrześcijaństwo było już religią panującą pod naciskiem św. Ambrożego, w Imperium Rzymskim zdelegalizowano wszelkie praktyki homoseksualne. Podobnie zresztą sytuacja wyglądała w innych rejonach świata, gdzie dominujące wcześniej pogaństwo było skłonne mniej lub bardziej akceptować homoseksualizm, jednak pod wpływem presji chrześcijan wprowadzało moralne i prawne obostrzenia wobec tej ohydy. Przykładowo, w pogańskiej Japonii stosunki homoseksualne nigdy nie były prawnie zakazane z wyjątkiem lat 1873 – 1880 kiedy to władze tego kraju zaczęły się otwierać na wpływy chrześcijańskiego Zachodu.

    W krajach chrześcijańskich (katolickich i protestanckich) dekryminalizacja czynów homoseksualnych zaczęła się na szerszą skalę pojawiać się w XIX wieku w niektórych państwach Ameryki Łacińskiej wówczas, gdy rządy w nich obejmowali masońscy rewolucjoniści. W XX stuleciu nieszczęsny trend zniesienia prawnej karalności tego szkodliwie społecznego zachowania przybrał na sile wraz z rewolucją seksualną lat 60—tych i 70—tych, tak że obecnie już żaden kraj o chrześcijańskiej przeszłości nie przewiduje zakazu tych czynów.

     

    Powód nr 8: Karanie czynnych homoseksualistów nie jest wyrazem nienawiści do nich, ale przeciwnie stanowi objaw ich miłowania.

    Nauka katolicka wśród tzw. grzechów cudzych wymienia postawę wyrażoną w słowach „Grzechu nie karać„. Nie trudno jest zrozumieć tę zasadę, gdy uświadomi się sobie, iż bezkarność udzielana złoczyńcom jest jedną z największych nauczycielek zła. To nie jest prawdziwa miłość, gdy nie karci się grzeszących, gdyż w ten sposób tylko zachęca się ich do dalszego grzeszenia, oraz naraża się inne osoby na szkodliwe skutki czynionego przez nich zła. Autentycznym miłowaniem złoczyńców oraz społeczeństwa jest upominanie złych, a w razie konieczności ich karanie oraz ochrona innych ludzi przed złem przez nich czynionym. To dlatego np. karzemy złodziei. Nie chodzi o to, że życzymy im wszystkiego, co najgorsze, ale nie chcemy, by bezkarność im dawana utwierdzała ich dalej w czynionym przez nich złu, oraz by cierpieli przez to okradani przez nich ludzie. Karzemy złodziei w nadziei, że w końcu się poprawią oraz po to, aby chronić innych ludzi przed ich złą działalnością. Logika, iż karanie grzechu jest samo sprzeczne z miłością do osób karanych, nie jest logiką zgodną z Bożym charakterem, gdyż Pismo św. mówi, iż „kogo Bóg kocha, tego karci” (Hbr 12, 6), zaś wyrazem miłości ojców do ich synów jest właśnie ich karcenie (Syr 30, 1; Prz 13, 24).

     

    Powód nr 9: Karanie czynnego homoseksualizmu nie jest przejawem „niesprawiedliwej dyskryminacji” wobec homoseksualistów i lesbijek.

    Osoby takie mają bowiem swe naturalne prawa jako ludzie, ale nie mają prawa do realizacji swych dewiacyjnych skłonności. Równie dobrze można by powiedzieć, że „niesprawiedliwą dyskryminacją” osób z tendencjami do złodziejstwa jest karanie ich za kradzieże, a pedofilów karanie za wykorzystywanie seksualne dzieci. Osoby homoseksualne nie powinny być ograniczane w tych prawach, które przysługują im jako ludziom i które nie są związane ściśle z ich nieuporządkowanymi skłonnościami. Przykładowo, nie powinno zabraniać się homoseksualistom i pedofilom nabywania domów czy samochodów, podejmowania pracy w charakterze kierowców autobusów, sprzedawców lub też murarzy – gdyż te rzeczy nie są bezpośrednim wyrazem ich seksualnych tendencji. Już jednak np. zakazywanie pedofilom pracy z dziećmi jest słuszne, podobnie jak karanie homoseksualistów za ich czyny. Oczywiście zaś, każda podejrzana o czynny homoseksualizm osoba powinna mieć prawo do uczciwego procesu, możliwość obrony przed sądem na równi z innymi oskarżonymi o odmienne przestępstwa ludźmi.

     

    Powód numer 10: Sama trudność w wykrywaniu prywatnie czynionych występków nie jest jeszcze dowodem przeciwko słuszności ich penalizacji.

    W przypadku innych seksualnych nieprawości, które ciągle są karane, np. zoofilii też trudno jest o dowody, ale jakoś nie słyszy się pokpiwań z prawnego zakazu zoofilii w stylu: „Jak chcecie to egzekwować? Montować kamery w każdej oborze i stajni”; „Jak zwierzę ma zeznawać w sądzie?”. Przez wieki prawny zakaz homoseksualizmu obowiązywał w prawodawstwie prawie wielu krajów na świecie, mimo że nie było kamer i filmów. Jest wiele sposobów, za pomocą których takie czyny mogą wyjść na jaw, np. ktoś winny się przyzna, ktoś nagra swe wyczyny, ktoś będzie kogoś namawiał do takiego czynu i zachowane zostaną na to dowody. Samo zaś istnienie prawa nieraz ma wymiar wychowawczy, nawet gdy nie jest ono często egzekwowane.

     

    Nota od redakcji: Powyższy artykuł – w nieco zmienionej wersji – ukazał się też na portalu Fronda.pl: https://www.fronda.pl/a/z-ambony-strzeleckiej-salwowskiego-10-powodow-dla-ktorych-czyny-homoseksualne-powinny-byc-prawnie-zakazane,123682.html

  10. Kilka racjonalnych powodów dla których należy uznać homoseksualizm za zły i nienaturalny

    Leave a Comment

    Znanym sloganem obrońców homoseksualizmu jest twierdzenie, jakoby jego przeciwnicy powoływali się w swej krytyce wyłącznie na argumenty „stricte religijne”, unikając argumentacji odwołującej się do rozumnych kryteriów pozwalających rozróżniać dobro od zła. Ten zarzut jest jednak dość podstępny. Z jednej strony bowiem z zasady poddaje w wątpliwość zasadność używania „nadprzyrodzonej retoryki” w dyskusji, przez co zachęca nas de facto do przyjmowania laickiej i świeckiej perspektywy. Z drugiej zaś strony sugeruje się w ten sposób, iż moralność wypływająca z religii ma w sobie dużo elementów niedorzeczności, sprzeczności z rozumem, by nie powiedzieć absurdu. Jest oczywiste, że żadnej z tych dwóch sugestii nie powinniśmy przyjąć. Jeśli bowiem wierzymy w Boga, to Jego wola, winna być dla nas najwyższym kryterium rozeznawania pomiędzy dobrem i złem i nie należy tego ukrywać przed innymi. Jest też jasne, iż wypisane w naszych sercach i porządku naturalnym przez Boga zasady moralnego postępowania, nie mogą być nieracjonalne czy absurdalne, gdyż pochodzą One od najmądrzejszego, wszystko wiedzącego Stwórcy.

    Jako wieloletni, stały czytelnik konserwatywnej prasy, mogę z całą pewnością powiedzieć, że przytoczony wyżej zarzut nie jest prawdziwy. W swym życiu czytałem bowiem wiele tekstów, które krytykowały homoseksualne zachowania właśnie z naukowych i racjonalnych pozycji. Nie negując bowiem ani nie ignorując religijnych przyczyn dla których homoseksualizm winien być uważany za zły, dewiacyjny i nienaturalny, można wskazać sporo mocnych argumentów przeciwko niemu poruszając się na płaszczyźnie rozumu, logiki i zdrowego rozsądku. Przyjrzyjmy się poniżej kilku takim argumentom.

     

    1. Homoseksualizm w oczywisty sposób jest nienaturalny.

    Trudno zaprzeczyć temu, iż wszystko w naturze ma swój cel, porządek i logikę. I nie jest rzeczą zbyt trudną rozeznać, co mieści się w owym naturalnym porządku, a co jest od niego wypaczeniem i dewiacją. Czy bowiem ktoś dyskutuje z tym, iż normalnym sposobem picia mleka jest wlewanie go do ust, a nie wciąganie nosem? Albo czy trudnym jest przyznanie racji, że – zasadniczo rzecz biorąc – to nogi, a nie ręce zostały dane ludziom do chodzenia?

    Tymczasem w odniesieniu do seksualności neguje się najbardziej oczywiste reguły, które się do niej odnoszą. Jest bowiem jasne, że ciało mężczyzny i kobiety oraz zachodzące w nich reakcje fizjologiczne są tak skonstruowane, iż pasują oni do siebie na płaszczyźnie seksualnej. Tymczasem, stosunki homoseksualne wymagają istnego „kombinatorstwa” w naturze naszych ciał. Jest to zwłaszcza widoczne w przypadku męskiego homoseksualizmu, gdzie przeważająca i podstawowa forma intymnych zbliżeń ma charakter „analny”. Nie trzeba się długo rozwodzić nad tym, iż odbyt biologicznie nie jest przystosowany do wkładania weń penisa. Ktoś powiedział kiedyś dość obcesowo, iż „gdyby homoseksualizm był normalny i naturalny, to odbytnica wydzielałaby w czasie seksu wazelinę„. Nie jest to może zbyt eleganckie postawienie sprawy, tym nie mniej stanowi ono swoisty „strzał w dziesiątkę„. Po prostu stosunki homoseksualne przypominają picie wody za pomocą nosa albo też chodzenie na rękach zamiast nogach. Także praktykowany przez homoseksualistów i lesbijki seks oralny, choć nie jawi się tak drastycznie jak stosunki analne, trudno uznać za realizację naturalnego przeznaczenia poszczególnych części ludzkiego ciała.

    Ktoś powie, że przecież seks analny i oralny praktykują ze sobą również mężczyźni i kobiety. To prawda, jednak w tym wypadku, jest to niekonieczna forma seksualnych zbliżeń i można by się bez takowych doskonale obejść. Poza tym, doświadczenie pokazuje, iż takowe formy pożycia w świecie heteroseksualnym są częstsze właśnie w jego zdegenerowanych formach (cudzołóstwo, nierząd, prostytucja i pornografia) aniżeli normalnych i prawowitych przejawach takowego (czyli małżeństwie). Nie jest wszak tajemnicą, iż żony najczęściej z niechęcią podchodzą do czynienia ze swymi mężami podobnych praktyk. Tymczasem w przypadku relacji homoseksualnych stosunki analne i oralne są po prostu wyrazem specyficznej konieczności.

    Oczywiście, nienaturalność danego zachowania nie zawsze jest decydującym kryterium jego moralnego zła lub dobra – jakby nie patrzeć wszak dializa nerek, karmienie za pomocą kroplówki czy nawet zwykła operacja chirurgiczna nie są naturalne, ale nie oznacza to przecież, że są one w ten sposób niemoralne. Tym nie mniej pogwałcenie celowości i naturalnego przeznaczenia sygnalizuje nam, że dzieje się tu coś bardzo niebezpiecznego. Kiedy zaś naturalny porządek jest naruszany nie w nadzwyczajnych czy ekstremalnych okolicznościach, ale robi się z samego założenia i czyni z tego swego rodzaju normę, to jest to już moralnie złe.

    2. Homoseksualizm (zwłaszcza męski) w samej swej naturze zawiera wielką skłonność do rozwiązłości.

    Gdyby poprosić ludzi o przemyślaną odpowiedź, to prawdopodobnie, nawet współcześnie (mimo szerokiej propagandy libertynizmu seksualnego), mniejszość ludzi przyznałaby, iż rozwiązłość seksualna przynosi dobre rzeczy dla jednostek, rodzin czy społeczeństw. Mimo wszystko, większość ludzi ciągle uważa, że seks powinien być osadzony w kontekście wzajemnej wierności, szacunku, odpowiedzialności i przynajmniej w miarę stałego związku (choć niestety niekoniecznie już małżeństwa). Nie jest bowiem czymś trudnym do rozeznania dostrzeżenie faktu, iż wzrost nieporządku w tej dziedzinie pociąga ze sobą odpowiednio więcej negatywnych skutków – złamanych serc, samotności, porzuconych bądź zabitych dzieci, chorób wenerycznych, itd.

    Natura heteroseksualizmu – mimo wielu istniejących i tu wypaczeń – faktycznie sprzyja bowiem tym wartościom i regułom. O ile bowiem, męska seksualność ma tendencje do większego promiskuityzmu i „skakania z kwiatka na kwiatek”, o tyle już żeńska seksualność ma silną skłonność do stabilności, wierności i odpowiedzialności. W heteroseksualnym związku te dwa podejścia stykają się ze sobą i ścierają. Kobieta w związku z mężczyzną najczęściej będzie dążyć do tego, by był on jej wierny, brał odpowiedzialność za poczęte dzieci, etc. Innymi słowy, kobieta zazwyczaj dąży do tego, by męską seksualność bardziej ucywilizować i wziąć w karby. I trzeba powiedzieć, że heteroseksualizm – mówiąc kolokwialnie – często zdawał i mimo wszystko wciąż zdaje egzamin. Większość heteroseksualnych mężczyzn i kobiet żyje ze sobą w związkach małżeńskich i nawet współcześnie większa część z tych małżeństw nie kończy się rozwodem. W zależności od danego kraju poziom rozwodów waha się bowiem od najniższych 15-20 procent do najwyższych 40-60 procent – tak więc „wyśrodkowując” można przyjąć, iż „przeciętna” średnia rozwodzących się heteroseksualnych małżeństw to jakieś 30 do 35 procent. Owszem, to nie jest mało i stanowi to o jakieś 30 do 35 procent rozwodów za wiele, ale mimo to pokazuje względną trwałość i stabilność tradycyjnego heteroseksualnego małżeństwa.

    Podobnie, gdy przyjrzymy się poziomowi zdrad w takowych małżeństwach dojdziemy do wniosku, iż wzajemna wierność nie jest tu wcale zjawiskiem rzadkim i unikalnym. I tak np. wedle badań przeprowadzonych w ciągu 15 lat przez Uniwersytety w Waszyngtonie i Seatlle na przeszło 19 tysiącach mężczyzn i kobiet, poziom cudzołóstwa wśród płci męskiej waha się pomiędzy 20 a 28 procent, zaś jeśli chodzi o niewiasty wskaźnik ten to liczby rzędu 5 do 15 procent1. Z kolei badania Giessen z 2000 r. Sugerują, że nawet w odniesieniu do niemałżeńskich związków heteroseksualnych poziom incydentalnej bądź trwałej niewierności to ok. 30 do 40 procent. Jedne z wyższych wskaźników cudzołóstwa można było odnotować w latach 90-tych XX wieku w Rosji – mianowicie miało ono dotyczyć 50 procent tamtejszych mężczyzn i 25 procent kobiet2.

    Nawet, gdy przyjrzymy się ilości erotycznych partnerów w ciągu całego życia wśród osób heteroseksualnych, to – według światowego raportu „Durexu” z 2005 roku – średnia wynosi tu 9 (dla mężczyzn jest to 10, a dla kobiet 6 )3. Ba, choć odsetek osób niewspółżyjących seksualnie przed ślubem jest współcześnie niemal powszechnie dramatycznie niski (i waha się pomiędzy 1 a 10 %), to w amerykańskim pokoleniu urodzonym przed 1910 rokiem, poziom ten sięgał 87 procent wśród niewiast i 50 procent pośród mężczyzn4..

    A jak wyglądają podobne statystyki wśród osób praktykujących homoseksualizm?

    Po pierwsze, choć niestety rośnie liczba krajów, w których osoby homoseksualne mogą oficjalnie zawierać ze sobą „związki partnerskie” bądź „małżeństwa” zdecydowana mniejszość z nich korzysta z tej możliwości (np. ok. 3 proc. w Holandii, niewiele ponad 2 proc. w Szwecji, w Vermont w USA było to 21 procent)5.

    Chyba wszystkie z badań potwierdzają, iż „statystyczny gej” ma nieporównywalnie więcej partnerów seksualnych niż „statystyczny heteroseksualista”. Jeszcze w latach 70-tych ubiegłego wieku w USA przeszło 70 procent ankietowanych homoseksualistów rasy białej przyznawało się do posiadania więcej niż 500 partnerów erotycznych6. Co prawda, epidemia AIDS po części ostudziła tę gigantyczną rozwiązłość „gejów”, ale mimo to odnośne liczby wciąż są oszałamiające. Wedle raportu „Lambda” z 1996 r. 40 procent homoseksualistów miało przeszło 40 kochanków. Z kolei, opublikowane w 1997 roku badania pod kierownictwem Paula Van de Vena obejmujące wypowiedzi 2538 starszych homoseksualistów wykazały, iż od 20,4 do 31,4 procent spośród nich deklarowało utrzymywanie stosunków erotycznych z 500 lub więcej partnerami. Najczęstszą zaś wymienianą przez starszych „gejów” liczbą było pomiędzy 101 a 500 kochanków7.

    A może przynajmniej jeśli chodzi o wzajemną wierność w ramach trwającego związku homoseksualiści są podobni do osób heteroseksualnych? Nic z tych rzeczy. Wedle opublikowanej przez wydawnictwo Uniwersytetu Oxfordzkiego „Handbook of Family Diversity” osoby żyjące w stałych związkach „gejowskich” jednocześnie deklarowały, iż w czasie trwania tychże relacje średnio rocznie miały okazyjnie przeciętnie od 4 do 5 partnerów seksualnych8. Z kolei, w badaniu przeprowadzonym przez Davida P. McWhirtera i Andrewa Mattisona na 156 homoseksualnych (72 pary) mężczyznach będących ze sobą w związku trwającym przynajmniej rok, tylko 7 par stwierdziło, iż ma stosunki erotyczne wyłącznie w ich ramach. Wszystkie inne pary z owej grupy stwierdziły, że dozwalają sobie na mniejszy bądź większy zakres niewierności9.

    Czego to wszystko dowodzi? Pro-gejowska propaganda może w nieskończoność eksploatować przykłady poszczególnych stabilnych i wiernych sobie związków homoseksualnych, ale statystki mówią same za siebie. Zdrada w takich związkach jest na porządku dziennym i dotyczy olbrzymiej większości z nich. Homoseksualiści zaś mają zazwyczaj o wiele więcej partnerów seksualnych niż osoby heteroseksualne. W tym świecie wzajemna wierność i powściągliwość są czymś unikalnym, normą jest zaś gigantyczna rozwiązłość, „otwarte związki” i szalony libertynizm oraz promiskuityzm. Choć rewolucja seksualna poczyniła swe niszczycielskie postępy także wśród heteroseksualnych mężczyzn i niewiast (zwłaszcza jeśli chodzi o podejście do seksu przedmałżeńskiego), to w porównaniu z homoseksualistami wciąż jawią się oni niczym cnotliwi purytanie (i to nawet biorąc poprawkę na to, że osoby hetero częściej ukrywają swe seksualne wybryki). Czy można więc na poważnie zaprzeczać temu, iż w samej naturze (zwłaszcza męskiego) homoseksualizmu leży wielka skłonność do erotycznego zdziczenia, rozwydrzenia i hiper-rozwiązłości???

    3. Homoseksualizm jest bezpłodny (nie ma z niego dzieci).

    W całym świecie zasadniczą funkcją seksu jest prokreacja. Trudno też zanegować to, iż dzieci są tym co bardzo ubogaca i czyni znacznie trwalszym dany związek. Posiadanie potomstwa sprzyja odpowiedzialności, wierności i szacunkowi. Dzieci są wreszcie wspaniałym owocem wzajemnej miłości i seksualnej intymności. Choć prokreacja nie jest jest jedyną funkcją seksu, to jednak nie można zaprzeczyć, że stanowi ona jego ważny element. Kiedy brak jest potomstwa, łatwiej jest o niewierność, porzucenie partnera i zatracanie się w poszukiwaniu coraz to nowszych doznań seksualnych. Oczywiście bezpłodność w pożyciu płciowym nie jest sama w sobie zła (o ile nie jest z góry zamierzona i planowana), ale stanowi ona częste źródło cierpienia i frustracji.

    Homoseksualizm jako będący pod tym względem jałowy z samej swej natury, musi więc napędzać cierpienie, frustrację i zatracanie się w seksie. Próby swoistego „łatania” tego stanu rzeczy poprzez wprowadzanie instytucji adopcji dzieci dla takich związków powoduje zaś tylko nowe kłopoty będąc tworzeniem kolejnej nienaturalnej i dewiacyjnej hybrydy. Dzieci po prostu nie pasują do jednopłciowych związków – gdyby tak było, to osobniki tej samej płci zachodziłyby ze sobą w ciążę, a czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziano.

    Podsumowując: Pan Bóg wiedział co robi, zakazując i potępiając zachowania homoseksualne.

    Ps. W tym artykule skupiłem się na badaniach i statystykach dotyczących głównie USA, Kanady, Europy (w tym Rosji) oraz kilku krajów azjatyckich. Pominąłem tutaj kraje Ameryki Łacińskiej i i Afryki, gdzie poziom heteroseksualnej rozwiązłości jest najczęściej znacznie wyższy niż w USA, Kanadzie i Europie – można jednak śmiało przypuszczać, iż i tam libertynizm homoseksualistów odpowiednio przewyższa odnośne statystyki rozpasania erotycznego osób heteroseksualnych.

    Przypisy: 

    1Patrz: http://en.wikipedia.org/wiki/Adultery

    2Patrz: Pamela Druckerman, „Dlaczego zdradzamy? Światowy atlas niewierności”, Wydawnictwo Literackie, 2013, s. 171.

    3Patrz: http://web.archive.org/web/20080430082451/http://www.durex.com/cm/gss2005Content.asp?intQid=943&intMenuOpen=

    4Patrz: James R. Petersen, Stulecie seksu, Poznań 2002, s. 145.

    5Patrz: „Facts:Population,” Directory and Complete Guide to Sweden 2000″ oraz „At a Glance: Netherlands Statistics” UNICEF . Podaję za: http://www.frc.org/get.cfm?i=IS04C02

    6Patrz: A. P. Bell and M. S. Weinberg, „Homosexualities: A Study of Diversity Among Men and Women”(New York: Simon and Schuster, 1978), s. 308, 309. Podaję za: http://www.frc.org/get.cfm?i=IS04C02

    7 Patrz: Paul Van de Ven et al., „A Comparative Demographic and Sexual Profile of Older Homosexually Active Men,” Journal of Sex Research 34 (1997): 354. Podaję za: http://www.frc.org/get.cfm?i=IS04C02

    8 Patrz: David H. Demo, „Handbook of Family Diversity”, (New York:Oxford University Press, 2000): 73. Podaję za: http://www.frc.org/get.cfm?i=IS04C02

    9 Patrz: David P. McWhirter, Andrew M. Mattison, „The Male Couple: How Relationships Develop”(Englewood Cliffs: Prentice-Hall, 1984): 252, 253. Podaję za: http://www.frc.org/get.cfm?i=IS04C02