Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: historia

  1. „Judeo-chrześcijańskie fundamenty Europy”. Czy jest się na co oburzać?

    Leave a Comment

    Po prawej stronie Internetu zawrzało, gdy aktualny Prezydent naszego kraju wspomniał ostatnio o „prawdziwym, judeo-chrześcijańskim fundamencie” Europy. Przykładowo Wojciech Sumliński nazwał te słowa „bełkotem PAD” a Robert Winnicki napisał, co następuje:

    „Cywilizacja europejska to fundamenty rzymskie, greckie i chrześcijańskie.
    Judeo-chrześcijaństwo”? Egzotyczny wymysł ludzi mających słabe pojęcie o swoich korzeniach albo zbyt sparaliżowanych polit-poprawnością by nazywać rzeczy po imieniu.”

    Czy jednak naprawdę jest na co się tu oburzać? Owszem, wyrażenie „judeo-chrześcijańskie” może być w pewien sposób dwuznaczne, jeśliby przyjąć, iż sugeruje ono jakąś równorzędność religii chrześcijańskiej i współczesnego rabinicznego judaizmu. Jednak wcale nie musi ono być rozumiane w ten sposób. Termin „judeo-chrześcijański” może być wszak też wykładany na bardziej normalną i tradycyjnie katolicką modłę. Rzecz bowiem w tym, iż korzenie religii chrześcijańskiej rzeczywiście są żydowskie. Nie można temu zaprzeczać. Chrześcijaństwo jest wypełnieniem starożytnego judaizmu, a żyjący przed Wcieleniem Syna Bożego Żydzi w rodzaju Mojżesza, Abrahama, Jozuego, Eliasza, Dawida, Elizeusza są naszymi wspaniałymi ojcami i braćmi w wierze. Warto zresztą w tym miejscu zauważyć, iż katolicka Litania do Wszystkich Świętych zawiera prośby o wstawiennictwo modlitewne skierowane do takich wymienionych z imienia proroków i patriarchów Starego Zakonu jak Abraham, Mojżesz, Eliasz, Jan Chrzciciel oraz Józef. Ba, nie ma błędu nawet w określaniu chrześcijan mianem „Żydów Nowego Testamentu”, wszak jak pisali o tym apostołowie św. Paweł i św. Piotr:

    „Bo Żydem nie jest ten, który nim jest na zewnątrz, ani obrzezanie nie jest to, które jest widoczne na ciele, ale prawdziwym Żydem jest ten, kto jest nim wewnątrz, a prawdziwym obrzezaniem jest obrzezanie serca, duchowe, a nie według litery. I taki to otrzymuje pochwałę nie od ludzi, ale od Boga” – Rz 2, 28-29.

    Strzeżcie się psów, strzeżcie się złych pracowników, strzeżcie się okaleczeńców. My bowiem jesteśmy prawdziwie ludem obrzezanym – my, którzy sprawujemy kult w Duchu Bożym i chlubimy się w Chrystusie Jezusie, a nie pokładamy ufności w ciele. – Flp 3, 2-3.

    Wy zaś jesteście wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem [Bogu] na własność przeznaczonym, abyście ogłaszali dzieła potęgi Tego, który was wezwał z ciemności do przedziwnego swojego światła, wy, którzyście byli nie-ludem, teraz zaś jesteście ludem Bożym, którzyście nie dostąpili miłosierdzia, teraz zaś jako ci, którzy miłosierdzia doznali” – 1 P 2, 9-10.

    Praktycznie nie da się więc wymazać z chrześcijaństwa odniesień do starożytnego judaizmu. A skoro nie da się mówić o religii chrześcijańskiej bez takich odniesień, to, konsekwentnie rzecz biorąc, nie należy takowych związków ignorować w stosunku do chrześcijańskiej cywilizacji Europy. Takie zresztą religijno-cywilizacyjne odniesienie do starożytnego judaizmu było przez wieki obecne w katedrze Notre Dame (w kontekście której Prezydent Duda wspomniał o „judeo-chrześcijańskich” fundamentach Europy), gdyż aż do czasów rewolucji francuskiej w tym kościele obecne były figury królów starożytnego Izraela, jako tych władców, którzy mieli być poprzednikami w sukcesji monarchów francuskich.

    We wskazanych wyżej znaczeniach nie jest więc chyba semantycznym nadużyciem od czasu do czasu wspomnieć o „judeo-chrześcijaństwie”.

    Na sam zaś koniec tego artykułu pozwolę sobie na jedną refleksję. Otóż ci, których mierzi określenie „judeo-chrześcijański”, nieraz jakby w kontrze do takowego podkreślają, że Europa została zbudowana na „fundamencie chrześcijaństwa, Rzymu i Grecji”. Nie zamierzam się spierać z tym sformułowaniem, ani też kwestionować tego, iż również w spuściźnie pogańskiego Rzymu oraz pogańskiej Grecji były rzeczy dobre, a przez to godne adaptacji przez chrześcijańską Europę. Czy jednak nie jest zastanawiające bezkrytyczne akcentowanie owej zbitki pojęciowej (chrześcijaństwo, Grecja, Rzym) z jednej strony, z drugiej zaś wręcz nieskrywane obrzydzenie dla używania terminu „judeo-chrześcijaństwo”? Przecież w starożytnym Rzymie i Grecji było o wiele więcej zła niż w historii starożytnego Izraela, nie mówiąc już o tym, że Stary Testament jest absolutnie bezbłędną i nieomylną częścią Bożego Objawienia, czego nie da się wszak powiedzieć o pismach pogańskich filozofów Rzymu oraz Grecji, gdzie rzeczy prawdziwe nieraz mocno wymieszane są z diabelskimi zwiedzeniami.

  2. Czy Żydzi są narodem morderców Chrystusa?

    Leave a Comment

    Sobór Watykański II w deklaracji „Nostra Aetate” uczy na temat odpowiedzialności narodu żydowskiego za mękę i śmierć Pana naszego Jezusa Chrystusa między innymi:

    A choć władze żydowskie wraz ze swymi zwolennikami domagały się śmierci Chrystusa, jednakże to, co popełniono podczas Jego męki, nie może być przypisane ani wszystkim bez różnicy Żydom wówczas żyjącym, ani Żydom dzisiejszym“.

    Z kolei, opublikowany w 1992 roku Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie numer 598 stwierdza:

    Uwzględniając fakt, że nasze grzechy dotykają samego Chrystusa, Kościół nie waha się przypisać chrześcijanom największej odpowiedzialności za mękę Jezusa, którą zbyt często obciążali jedynie Żydów.

    Część tradycjonalistycznych katolików (zwłaszcza tych skupionych wokół Bractwa św. Piusa X) krytykowało powyższe „soborowe” oraz „posoborowe” nauczanie Kościoła, jako rzekome zerwanie z tradycyjną teologią katolicką, w ramach której nieraz obdarzano Żydów mianem „narodu bogobójców”. Czy te zarzuty są uzasadnione?

    Zacznijmy od tego, iż naprawdę trudno jest widzieć coś błędnego lub zwodniczego w przytoczonym wyżej nauczaniu Vaticanum II o tym, iż nie można przypisywać takiej samej odpowiedzialności za śmierć Pana Jezusa ani wszystkim Żydom żyjącym w tamtym czasie ani tym bardziej Żydom dzisiejszym. Takie odrzucone przez Sobór Watykański II twierdzenie nie jest bowiem umocowane ani w Piśmie świętym, ani nawet w zdrowym rozsądku. Po pierwsze bowiem, Biblia nie wspomina o tym, by w czasie procesu i ukrzyżowania Chrystusa wszyscy Żydzi popierali zabicie Jezusa. Owszem, za zbrodnią bogobójstwa opowiedziały się władze religijne narodu żydowskiego czyli Sanhedryn oraz liczne zgromadzenie Żydów obecne na placu umiejscowionym przed siedzibą rzymskiego namiestnika Piłata. Pomijając jednak już zaś nawet tak oczywiste wyjątki Żydów, którzy nie popierali w tamtym czasie i miejscu skazania Pana Jezusa na śmierć, a więc np. Najświętszej Marii Panny, Nikodema, Józefa z Arymatei, Apostołów (nie licząc Judasza), to i tak nie sposób założyć, iż dokładnie wszyscy inni członkowie narodu żydowskiego byli obecni w tłumie wołającym do Piłata: „Ukrzyżuj Go!„. Owszem, na tym haniebnym zgromadzeniu było obecnych wielu Żydów, jednak nie wiemy jakiego dokładnie procentu ówczesnej nacji żydowskiej to dotyczyło. Nawet jeśli była to duża część spośród ówcześnie żyjących Żydów to i tak nie byli to wszyscy Żydzi.

    Stwierdzenie Soboru Watykańskiego II o tym, iż nie można „bez różnicy” (czyli inaczej mówiąc: w takim samym stopniu) obciążać wszystkich żyjących w czasie ukrzyżowania Chrystusa czy tym bardziej istniejących współcześnie Żydów jest więc tak zdroworozsądkowe, jak i biblijne. Czy w takim razie należy potępić często używane w tradycyjnej teologii katolickiej sformułowanie nazywające Żydów mianem „narodu bogobójców”? Cóż, odpowiedź na to pytanie nie należy do bardzo łatwych. Z jednej bowiem strony nie wszyscy Żydzi popierali skazanie na śmierć Pana Jezusa, z drugiej zaś strony wielu z nich właśnie tak uczyniło. Warto też zauważyć, iż ogół Żydów został w relatywnie krótkim czasie ukarany przez Boga zburzeniem światyni w Jerozolimie a następnie ich wygnaniem z Palestyny co uprawdopodabnia tezę o tym, że rzeczywiście duża część narodu żydowskiego mogła solidaryzować się z posunięciem swych władz (czyli Sanhedrynu), które zdecydowały się wydać Zbawiciela na śmierć.

    Czy może więc błędne i sprzeczne z Tradycją Kościoła jest stwierdzenie punktu 598 „posoborowego” Katechizmu Kościoła Katolickiego o tym, iż to chrześcijanie ponoszą największą odpowiedzialność za mękę Jezusa? Cóż, owe sformułowanie może być uznane za lekko dwuznaczne, gdyż brakuje w nim dodania słowa, iż to „źli” chrześcijanie są większymi od żydów mordercami Chrystusa. Albowiem na płaszczyźnie nadprzyrodzonej to grzechy wszystkich ludzi przyczyniły się do śmierci Pana Jezusa. Im zaś kto ma większy dostęp do łask, tym jego wina jaką ponosi za popełniane przez siebie akty nieposłuszeństwa Bogu jest większa. Chrześcijanie zaś mają danych więcej łask niż żydzi, a co się z tym wiąże popełniane przez nich grzechy są większe aniżeli żydów. Im więc dany chrześcijanin więcej grzeszy tym większym też – w sensie nadprzyrodzonym – jest mordercą Chrystusa. Gdyby więc uściślić i doprecyzować punkt 598 Katechizmu Kościoła Katolickiego poprzez dodanie doń dopowiedzenia, iż to źli chrześcijanie ponoszą większą od Żydów odpowiedzialność za mękę Pana Jezusa to nie byłoby w tym stwierdzeniu jakiejkolwiek, choćby i lekkiej dwuznaczności. Warto zresztą odnotować co na ten temat nauczał Katechizm Soboru Trydenckiego:

    Musimy uznać za winnych tej strasznej nieprawości tych, którzy nadal popadają w grzechy. To nasze przestępstwa sprowadziły na Pana naszego Jezusa Chrystusa mękę krzyża; z pewnością więc, ci, którzy pogrążają się w nieładzie moralnym i złu, <krzyżują … w sobie Syna Bożego i wystawiają go na pośmiewisko> (Hbr 6,6). Trzeba uznać, że nasza wina jest w tym przypadku większa niż Żydów. Oni bowiem, według świadectwa Apostoła, <nie ukrzyżowaliby Pana chwały> (1 Kor 2,8), gdyby go poznali. My przeciwnie, wyznajemy, że Go znamy. Gdy więc zapieramy się Go przez nasze uczynki, podnosimy na niego w jakiś sposób nasze zbrodnicze ręce“.

    Nie od rzeczy będzie zresztą przypomnienie tego co na temat odpowiedzialności złych chrześcijan za śmierć Chrystusa uczył św. Jan Maria Vianney, patron wszystkich proboszczów:

    Źli chrześcijanie będą kiedyś w piekle ponosili straszniejsze męczarnie, niż niewierni… Chrześcijanom, gdy tylko dojdą do wieku, w którym mogą już korzystać z rozumu, przyświeca niczym wspaniałe słońce pochodnia wiary. W sposób wystarczający mogą więc poznać swoje obowiązki względem Boga, względem samych siebie, względem bliźniego. Jakie straszne, jakie okropne będzie piekło chrześcijan! Jak niebo oddalone jest od ziemi, tak potępienie chrześcijanin będzie daleko cięższe od potępienia niewiernych. Bo sprawiedliwy Bóg surowiej ukarze tego, kto otrzymał więcej łask, ale wzgardził nimi, zamiast z nich korzystać i wiernie służyć Panu… Jak z trupów potopionych Egipcjan wypływa woda, tak z ust potępieńców przez całą wieczność będą płynęły narzekania, że nie chcieli wykorzystywać Bożych łask, że za życia znieważali Ciało i Krew Jezusową w Komunii Świętej. Na wieki – wedle słów św. Bernarda – stać im będą przed oczyma cierpienia i męka Jezusa Chrystusa, które zniósł także dla ich zbawienia… nie zniknie im nigdy sprzed oczu obraz łez, które przelał Boski Zbawiciel, obraz Jego pokuty… Będą Go widzieli w Ogrodzie Oliwnym, gdzie krwawymi łzami opłakiwał ich grzechy. Zobaczą go w śmiertelnej agonii, zobaczą włóczonego po ulicach Jerozolimy. Będą słyszeli uderzenia młotów, które Go krzyżowały na Kalwarii (…)” (Cytat za: Św. Jan Maria Vianney, „Kazania Proboszcza z Ars”, Warszawa 1999, ss. 337, 340).

    Po raz pierwszy powyższy artykuł ukazał się na portalu Fronda.pl: https://www.fronda.pl/a/z-ambony-strzeleckiej-salwowskiego-czy-zydzi-sa-narodem-mordercow-chrystusa,125493.html

  3. Czy Polacy mieli moralny obowiązek ratować Żydów?

    Leave a Comment

    Co pewien czas wybucha z nową siłą spór o to, w jakiej mierze Polacy pomagali w czasie niemieckiej okupacji mordować Żydów oraz czy częstszą postawą wśród naszych przodków było wspieranie członków tego narodu w uniknięciu tragicznej śmierci?

    Zapewne, historycy będą jeszcze długo próbować znaleźć jak najbardziej precyzyjne z możliwych odpowiedzi na te pytania, ale już można z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością powiedzieć, iż Polacy w swej zdecydowanej większości ani nie ratowali ani też nie pomagali mordować Żydów. I co więcej, nie można tym z naszych przodków, którzy właśnie tak postępowali zarzucić czynienia czegoś co byłoby ze swej natury moralnie naganne. O ile bowiem istnieją czyny, które w tradycyjnej moralistyce katolickiej, są wewnętrznie złe, a przez to nie ma się prawa ich popełniać (lub z nimi aktywnie współpracować) nawet w obronie życia swojego lub innych – i jednym z takich zachowań jest właśnie mordowanie niewinnych; o tyle nie istnieje absolutny, bezwzględny i nie znający ograniczeń obowiązek aktywnego ratowania cudzego życia. Innymi słowy, nigdy nie wolno mordować niewinnego człowieka albo też pomagać komuś w popełnianiu takiej zbrodni, ale to nie znaczy, że każdy człowiek bez względu na srogość konsekwencji, które mogą spotkać jego lub jego bliskich ma obowiązek aktywnie przeciwstawiać się takiemu mordowaniu. Podając jeszcze inny przykład owego rozróżnienia: ojciec ukrywający się w czasie wojny wraz z żoną i dziećmi, ze swej kryjówki widzi, jak banda wrogich żołnierze gwałci, a później zabija jakąś kobietę. W imię ocalenia własnej rodziny przed podobnym losem, człowiek ów ma prawo nie zapobiec temu strasznemu wydarzeniu. To znaczy, iż nie ma on obowiązku wyjść z tejże kryjówki i rzucić się z pięściami na gwałcicieli i morderców. Z drugiej jednak strony wspomniany wyżej ojciec rodziny, nawet dla ocalenia swych najbliższych nie mógłby wziąć udziału, czy choćby aktywnie pomagać (np. przytrzymując ową kobietę) w takim ohydnym czynie.

    A przypomnijmy, że w bardzo podobnej sytuacji do wzmiankowanego wyżej ojca rodziny znajdowali się w czasie II wojny światowej Polacy, którzy chcieliby ratować Żydów. Za coś takiego groziła śmierć nie tylko im, ale też członkom ich rodzin. Nie można więc choćby sugerować, iż większość z tych naszych rodaków, którzy nie ratowali Żydów, czyniła w ten sposób coś złego lub występnego.

     

    Mimo jednak tak skrajnie niesprzyjających ratowaniu Żydów warunków znajdowali się Polacy, którzy tak właśnie czynili. I dla nich oczywiście należą się za to wielkie słowa uznania. Czy było ich jednak więcej niż tych z naszych rodaków, którzy zhańbili się pomaganiem w mordowaniu Hebrajczyków? Wiele wskazuje, iż prawdopodobnie tak. Wedle różnych szacunków liczba Polaków zaangażowanych w różne formy pomocy Żydom waha się od 360 tysięcy (wedle Teresy Prekerowej), poprzez „przynajmniej paręset tysięcy” (zdaniem Władysława Bartoszewskiego), aż niemalże po milion (podług Richarda C. Lucasa i Jana Żaryna). Ile zaś było w naszym narodzie ludzi, którzy współpracowali w wyłapywaniu członków nacji żydowskiej albo też ich bezpośrednio mordowali? W tym punkcie jesteśmy w dużej mierze zdani na domysły, jednak możemy próbować wnioskować na podstawie niektórych dostępnych nam danych i szacunków. A więc, z pewnością w wysyłaniu Żydów do niemieckich obozów koncentracyjnych uczestniczyli członkowie tzw. granatowej Policji – tych było ok. 16-18 tysięcy. Do mordowania naszych żydowskich współobywateli przyczyniali się też oczywiście „szmalcownicy”. Nie mamy twardych danych na temat tego, ilu Polaków trudniło się tym procederem, ale wedle Gunnara S. Paulssona w okupowanej Warszawie ich liczba sięgała 3-4 tysięcy. Jeśliby założyć, że proporcje szmalcownictwa były podobne w całej Polsce, to wychodziłoby nam jakieś 90 tysięcy do 120 tysięcy polskich szmalcowników. Pozostałaby nam więc jeszcze do oszacowania liczba Polaków, którzy uczestniczyli w masowych bądź pojedynczych morderstwach dokonywanych na Żydach. Tu chyba jest najtrudniej o szacunki. Przykładowo, w pogromie w Jedwabnem miało uczestniczyć wedle różnych danych od trzydziestu do stukilkudziesięciu polskich mieszkańców tego miasteczka. To daje liczbę od 2 do ok. 10 procent polskiej populacji Jedwabnego. Jednak w tym wypadku nie można przekładać tych szacunków na całą okupowaną Polskę, gdyż podobne co w Jedwabnem pogromy na Żydach nie były u nas codziennością. A zatem chyba nieco zawyżając szacunki tyczące się uczestnictwa Polaków w takich zdarzeniach można by przyjąć za prawdopodobne, iż kilkanaście tysięcy do kilkudziesięciu tysięcy naszych rodaków mogło w nich brać udział.

     

    Podsumujmy więc: po stronie osób ratujących Żydów mamy od 360 tysięcy do miliona Polaków. Po stronie współuczestników masowych mordów popełnianych na Żydach za prawdopodobne możemy uznać liczby wielkości 110 tysięcy do może 200 tysięcy Polaków. Tak czy inaczej więc wychodzi na to, iż znacznie więcej naszych rodaków pomagało niż aktywnie szkodziło członkom żydowskiej nacji. Zdecydowana zaś większość Polaków zachowała się wobec Holocaustu mniej lub bardziej przyzwoicie przynajmniej nie pomagając Niemcom w realizacji tej zbrodni.

  4. Grzegorz Braun znieważa bohaterów naszej wiary

    Leave a Comment

    Pamiętam jak przed laty uczestnicząc w rekolekcjach ignacjańskich prowadzonych przez ks. Karla Stehlina FSSPX słyszałem, jak tenże prezbiter krytycznie wspominał o pewnych przesadnie antysemickich publikacjach, w których ukazywano Mojżesza jako żydowskiego nacjonalistę uzurpującego sobie misję od Boga. Dziś jednak okazuje się, iż jeden ze znanych zwolenników i wiernych Bractwa św. Piusa X głosi publicznie bardzo podobne poglądy. Chodzi mi o wypowiedzi pana Grzegorza Brauna ujęte w dostępnym na serwisie YouTube filmie pt. „Grzegorz Braun: Żydowska Chanuka to świętowanie krwawego tryumfu plemienia nad drugim #144KNews” https://www.youtube.com/watch?v=ZAgCzNk08eM&t=1620s

    Przyznam, iż choć znając w moim odczuciu przesadnie krytyczne wypowiedzi pana Brauna na temat Żydów spodziewałem się po samym tytule tego filmu czegoś będącego z pogranicza prawowierności, to mówiąc kolokwialnie „zdębiałem”, gdy zacząłem odsłuchiwać jego treść poświęconą obchodzonej przez Żydów „Chanuce”. Wszak aż tak wręcz bluźnierczych słów i fraz po panu Grzegorzu Braunie nie oczekiwałem. Od minuty 19. 06 do 23. 33 człowiek ten odnosząc się do historycznego tła „Chanuki” nazywa jej świętowanie rytuałem „dzikim, plemiennym, rasistowskim„, „świętem żydowskiej nietolerancji„, „celebracją żydowskiego ekstremizmu„, „żydowskiego, plemiennego, dzikiego fundamentalizmu„. W kontekście owego święta pan Braun mówi też: „To jest świętowanie nietolerancji. Celebrowanie rasizmu. Celebrowanie plemiennego kultu, w którym zwracamy się do Pana Boga, ale, ale Boga ekskluzywnie plemiennego„.

    Bohaterowie wiary, a nie żydowscy ekstremiści

    Abstrahując od tego, czy po śmierci i zmartwychwstaniu Pana Jezusa powinno się obchodzić Chanukę, jest po prostu wielkim skandalem mówienie o jej historycznym tle w taki sposób, jak czyni to pan Braun. Święto Chanuka jest bowiem celebrowaniem wydarzeń opisanych w należących do katolickiego kanonu biblijnego  dwóch księgach machabejskich. Tłem tego święta jest opowieść o tym, jak natchnieni i wspomagani przez jedynego prawdziwego Boga Machabeusze przeciwstawili się krwawo uciskającej ówczesną prawdziwą religię, jaką był starożytny judaizm, pogańskiej tyranii króla Antiocha IV Epifanesa. W księgach machabejskich znajdują się też piękne i wzniosłe opisy męczeństwa, jakie w obronie prawdziwej wiary poniosły np. siedmiu braci i ich matka (2 Mch 7) oraz starzec Eleazar (2 Mch 6, 18 – 31).

    Machabeusze nie byli więc „dzikimi fundamentalistami” i „rasistami”.  Są oni za to autentycznymi bohaterami również naszej katolickiej wiary, którym należy się szczery i głęboki szacunek. Historia ich zmagań i nierzadko krwawego męczeństwa należy do źródeł także chrześcijańskiej religii i jest prawdziwą obelgą jej deprecjonowanie, w taki sposób jak czyni to pan Braun. Bóg, który wspomagał Machabejczyków, nie jest jakimś „ekskluzywnym plemiennie Bogiem”, ale jest prawdziwym, wszechmocnym,  jedynym w Trójcy Bogiem. Pomijam już zaś nawet to, iż prawdopodobnie Pan Jezus obchodził Chanukę (J 10, 22-23).

    Ktoś może jednak powie, że pan Braun ma rację co do Chanuki, gdyż chrześcijanie nie powinni obchodzić starotestamentowych obrzędów i ceremonii. To prawda, że te z obrzędów Starego Przymierza, których celem było wskazywanie na Chrystusa już przeminęły i że chrześcijanom nie wolno ich obchodzić (choć akurat kwestią dyskusyjną jest czy konkretnie Chanuka do nich należała). Uczniom Jezusa nie wolno ich obchodzić nie dlatego, jakoby były one wyrazem „dzikiego żydowskiego fundamentalizmu i rasizmu” oraz reprezentowały wiarę w „plemiennego Boga”. Chrześcijanie nie powinni celebrować obrzędów Starego Testamentu, gdyż owe zapowiadały przyjście Jezusa, a skoro Chrystus już przyszedł zostały One w Jego osobie i dziele wypełnione. Przykładowo, nie należy obchodzić na sposób starozakonny Paschy, gdyż to ofiara krzyżowa i zmartwychwstanie Pana Jezusa jest Paschą Nowego Testamentu, ale to nie znaczy, że Pascha Starego Przymierza była celebracją „zwycięstwa żydowskich rasistów pod wodzą wierzących w swego plemiennego Boga ekstremistów Mojżesza i Aarona nad ludem Egiptu”. Kto by w ten sposób uzasadniał nieobchodzenie przez chrześcijan starozakonnej Paschy po prostu bluźniłby przeciwko Bogu i obrażałby Jego świętych. A niestety właśnie w ten sposób obchodzenie Chanuki kwestionuje pan Grzegorz Braun.

    Pomijam już to, że p. Braun omawiając temat historycznego tła Chanuki wykazuje się kompletną niewiedzą co do pewnych ich ważnych szczegółów. Myli on bowiem umiejscowioną w innym czasie i w innej księdze Biblii historię Judyty odcinającej głowę Holofernesowi z wydarzeniami, które stoją u podstaw obchodzenia Chanuki.

    Grzegorz Braun kontra Ojcowie Kościoła

    Na koniec, tytułem przeciwwagi dla „antychanukowego” obłędu pana Grzegorza Brauna warto przytoczyć z jakim szacunkiem o Machabeuszach wypowiadali się Ojcowie i Święci Kościoła:

    Kim byli Machabejczycy? … Nie u wielu zaznają czci, gdyż ich męczeńskie zmagania nie miały miejsca po Chrystusie. Lecz godni są uczczenia przez wszystkich, ponieważ ich męstwo dotyczyły wartości wiary ojców religijnych. Złożyli bowiem świadectwo przed cierpieniem Chrystusa na to, co mieli czynić prześladowani po Chrystusie i naśladujący Jego śmierć w naszej obronie. Oni bowiem, bez takiego przykładu, skoro wykazali się tak wielką cnotą, o ileż by okazali się doskonali, wstępując w szranki po przykładzie, jaki dał nam Chrystus! (…) – św. Grzegorz z Nazjanzu, „Mowa 15: Pochwała Machabejczyków”.

    Oto masz męstwo wojenne, w którym niemało jest szlachetności i piękna, ponieważ przekłada ono śmierć nad niewolę i hańbę! A cóż mam mówić o cierpieniach męczenników? Żeby szeroko się nie rozwodzić, zapytam, czy młodzieńcy machabejscy mniejszy odnieśli tryumf nad pysznym królem Antiochem niż ich ojcowie? (2 Mch 7, 1-4). Przecież tamci zwyciężyli przy pomocy oręża, ci bez broni. Stąd niezwyciężony zastęp siedmiu chłopców, otoczony wojskami króla. (…) św. Ambroży, „Obowiązki duchownych” 1, 41, 202n.

    Gotowiśmy raczej umrzeć, niźli zakon Boży ojczysty przestąpić ( 2 Mch 7, 2). Taką odpowiedź dała znakomita rodzina Machabeuszów Antyochowi, okrutnemu prześladowcy religii żydowskiej. Młodzi Hebrajczycy odpowiedzieli śmiało i odważnie: Bogu winniśmy miłość i żadna męczarnia nie odwiedzie nas od Niego. Gotowiśmy na wszystko, ciała nasze są w twej mocy. Ale nasza wiara i miłość nie uznaje twej władzy i panowania. Nie myśl, że uczynimy coś takiego, co by się Panu nie podobało, z radością umrzemy za wiarę. Istotnie, nie zachwiali się w swem postanowieniu, gotowi przy łasce Bożej dla zachowania wiary wszystko utracić: majątek, godności, a nawet i życie. Czy was nie wprawia w podziwienie męstwo owych starozakonnych Męczenników, którzy mniej od nas łask posiadali? Bracia moi, ci ludzie nie widzieli jako my Jezusa Chrystusa, niosącego krzyż na Kalwarię, nie widzieli również niezliczonych Męczenników, którzy na wzór Jezusa Chrystusa z takim bohaterstwem cierpieli za wiarę; oni właśnie nam torowali drogę. Nie słyszeli wcale Jezusa Chrystusa, który z krzyża zdaje się do nas przemawiać: Dziatki moje, wstąpcie na swą Kalwarię, jak ja wstąpiłem na swoją Golgotę. Ta zachęta może nam dodać męstwa i otuchy. Oni jej jednak nie mieli! (…) Starajmy się naśladować tych bohaterów (…). – św. Jan Vianney, Kazanie o męczeństwie Machabeuszów.

    Mirosław Salwowski

  5. A co jeśli Pius XII i św. Jan XXIII kłamali w dobrej sprawie?

    Leave a Comment

    Częstym argumentem przeciw katolickiej nauce o absolutnym zakazie kłamstwa jest powoływanie się na przykład papieży Piusa XII i św. Jana XXIII, którzy w czasie II wojny światowej mieli ratować nękanych Żydów, między innymi, za pomocą wystawianych im fałszywych zaświadczeń chrztu. Sugeruje się więc, iż w ten sposób Kościół katolicki rzekomo zaakceptował używanie kłamstwa w obronie niewinnych osób. Ta sugestia jest jednak nieprawdziwa z kilku względów.

     

    PO PIERWSZE: tak naprawdę nie ma mocnych dowodów na rzecz tezy o tym, iż wymienieni wyżej papieże zachowywali się w ten sposób. Jak twierdzi bowiem William Doino Jr jeden z badaczy pontyfikatu Piusa XII, papież ów nigdy nie pochwalał używania kłamstwa w celu ratowania Żydów [1]. Owszem, wielu księży, zakonników i zakonnic w czasie II wojny światowej właśnie w ten sposób pomagało Żydom, ale nieznane są wypowiedzi czy działania Piusa XII, które wyrażały by jego otwartą aprobatę dla owych działań. Ba, jak wynika z wojennych archiwów Stolicy Apostolskiej Watykan ostrzegał jednego z tak postępujących księży, a mianowicie o. Piere Marie Benoit, iż dokonywane przez niego fałszowanie świadectw chrztu jest niewskazane tak ze względów moralnych, jak i praktycznych [2]. Wiele z innych działań o. Benoit majacych na celu ratowanie Żydów zyskiwało wprawdzie aprobatę i pochwałę Watykanu, ale akurat fałszowanie świadectw chrztu nie było przez Stolicą Apostolską pochwalane. To zaś, że Pius XII nie wydał otwartego zakazu takich praktyk było  zgodne z nauką Kościoła wedle której moralnie usprawiedliwione jest tolerowanie (ale nie czynienie czy pochwalanie) mniejszego zła w niektórych okolicznościach. Jeden z jego następców, a mianowicie bł. Paweł VI w swej encyklice „Humanae vitae” tak to wyjaśniał:

    W rzeczywistości (…) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny – a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka – nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw” (tamże, n. 14). 

    Nie można więc samemu czynić czegoś wewnętrznie złego by osiągnąć ten czy inny dobry cel, ale dozwolone jest tolerowanie takiego postępowania u innych, wówczas gdy roztropność nam to podpowiada. Pius XII nie chwaląc ani nie doradzając kłamania w celu ratowania Żydów wykazałby się właśnie taką roztropną tolerancją, nie zakazując otwarcie takiego postępowania swym podwładnym.

    Jak twierdzi przywołany wyżej William Doino Jr także względem papieża św. Jana XXIII (który w czasie wojny był jeszcze kardynałem Angelo Roncallim) nie ma mocnych dowodów na rzecz tezy, iż rzeczywiście ratował on Żydów za pomocą wydawania im fałszywych metryk chrztu. Wedle niego bowiem niektórzy ludzie mylą domniemane świadectwa chrztu mające być wydawane przez kardynała Roncalli z wizami wjazdowymi, świadectwami imigracyjnymi oraz dokumentami pokładowymi.

     

    PO DRUGIE: nawet, gdyby miało się okazać, iż Pius XII oraz św. Jan XXIII rzeczywiście kłamali w celu ratowania Żydów, to tak naprawdę niczego by to jeszcze nie zmieniało w oficjalnym nauczaniu Kościoła na temat absolutnego zakazu kłamstwa. Papieżom obiecano bowiem dar nieomylnego nauczania wówczas, gdy w sposób autorytatywy i uroczysty nauczają prawd wiary lub moralności, ale dogmatu o absolutnej bezgrzeszności papieży nie ma. Może być nawet tak, iż któryś z papieży pięknie i chwalebnie nauczałby o wierze i moralności, lecz w swym codziennym życiu często deptałby to swoje nauczanie. Fakt bardzo złego życia takiego papieża nie zmieniałby w ten sposób oficjalnego nauczania Kościoła.

    Ktoś jednak powie, że Pius XII był świątobliwym papieżem, a świętość Jana XXIII została już nawet uroczyście zadeklarowana przez Kościół. To prawda, jednak jak naucza Sobór Trydencki:

    w tym życiu śmiertelnym nawet święci i sprawiedliwi wpadają niekiedy w lekkie przewinienia i codzienne grzechy, zwane także powszednimi” (Tamże, „Dekret o usprawiedliwieniu”, rozdz. XI)[3].

    A więc nawet osobom świętym mogą zdarzać się grzechy powszednie. Kłamstwo zaś w celu ratowania niewinnych bez wątpienia jest materią grzechu powszedniego, a nie śmiertelnego, nie należałoby się więc zbytnio dziwić temu, iż jakiś Święty Pański mógł się go w pewnych nadzwyczajnych okolicznościach dopuścić. W rzeczywistości, w żywotach Świętych możnaby znaleźć bardziej problematyczne zachowania aniżeli kłamstwo w obronie niewinnych. Przykładowo, jeden z niemieckich cesarzy, św. Henryk II sprzymierzył się z pogańskimi Wieletami w zbrojnej walce przeciw chrześcijańskiej Polsce – za co był zresztą napominany przez innego świętego, a mianowicie św. Brunona z Kwerfurtu. Św. Apollonia chcąc okazać swą pogardę wobec bałwochwalstwa sama rzuciła się w przygotowany dla niej ogień. Jeden z cenionych katolickich moralistów, kard. Gousset tak wyjaśniał podobne przypadki:

    Jeżeli niektórzy męczennicy, zadali sobie śmierć rzucając się w płomienie, na które ich skazano lub wyzywając dzikie zwierzęta, które na pastwę ich wystawiono, to można rzecz, iż to czynili (…) z gorliwości dla religii, sądząc mylnie, lecz w dobrej wierze, że mogą tak działać dla zawstydzenia tyranów” [4].

    Skoro więc nawet w przypadku wrzucania się w ogień niektórzy ze świętych mogli mylić się w dobrej wierze, to tym bardziej niektórzy z nich mogli mylnie lecz w szczerości swego sumienia sądzić, iż mogą kłamać, by ratować niewinnych od śmierci. Inną jednak sprawą jest to, czy takie przypadki Świętych rzeczywiście istniały. Ale nawet, gdyby miały one miejsce, to jak to już wyżej zostało wskazane i tak nie zmieniałoby to niczego w oficjalnej doktrynie Kościoła.

     

    Przypisy:

    [1] Patrz: William Doino Jr, „Did Pius XII Lie to Save Jews„, http://www.thepublicdiscourse.com/2011/02/2662/

    [2] Patrz: William Doino Jr, jw.

    [3] Cytat za: „Breviarium fidei. Wybór doktrynalnych wypowiedzi Kościoła„, Poznań 2007, s. 189.

    [4] Cytat za: Kardynał Gousset, „Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników„, Warszawa 1858, s. 304.

  6. Zabicie prezydenta Narutowicza było haniebnym morderstwem

    Leave a Comment

    Dziś mija 95-rocznica zabicia przez Eligiusza Niewiadomskiego pierwszego legalnie wybranego prezydenta II RP Gabriela Narutowicza. Nie jest większą tajemnicą, iż mimo upływu długiego czasu, który to dawał szansę na krytyczną refleksję względem tego czynu, w kręgach radykalnej prawicy wciąż trudno jest o jasne i jednoznaczne jego potępienie. Ba, nadal pojawiają się tam głosy mniej lub bardziej sprzyjające Niewiadomskiemu i popełnionej przez niego zbrodni. Przykładowo, popularny wśród polskich narodowców i związany niegdyś z Narodowym Odrodzeniem Polski, rockowy zespół „NaRa” wydał piosenkę na cześć mordercy prezydenta Narutowicza pod znamiennym tytułem „Niewiadomski. Święta misja. Święty cel”. Z kolei, do dziś na stronie internetowej łódzkiej brygady ONR można przeczytać przychylny, wręcz „laurkowy” wobec tego człowieka tekst.

    Z tych powodów, warto jasno podkreślić, iż zabicie prezydenta Narutowicza było godnym potępienia aktem ohydnego morderstwa. W wypadku tej sprawy nie mamy do czynienia absolutnie z żadną przesłanką, która mogła by choćby tylko w nieznaczny sposób uprawdopodobniać usprawiedliwienie dla tego uczynku. Nawet wszak zabicie tyrana jest moralnie dozwolone tylko w ostateczności i to nie ma mocy swego prywatnego rozeznania, ale z upoważnienia jakiegoś autorytetu publicznego. Normalnym zaś sposobem odnoszenia się do złych władców jest okazywanie im szacunku przy jednoczesnym biernym opieraniu się ich nakłaniającym do grzechu rozkazom. Papież Leon XIII jako wzór stawiał wszak przykład pierwszych chrześcijan w tym względzie:

    Pierwsi chrześcijanie postawili nam pod tym względem wzór znakomity; z największą niesprawiedliwością i okrucieństwem prześladowani przez pogańskich cesarzy, nigdy nie przestali się zachowywać posłusznie i ulegle; wydawało się wprost, iż tamtych srogość chcą przemóc własną pokorą (…) Inna sprawa była, gdy cesarze przez swoje dekrety lub pretorzy przez swoje groźby chcieli ich zmusić do sprzeniewierzenia się wierze chrześcijańskiej lub innym obowiązkom: w takich chwilach woleli zaiste odmówić posłuszeństwa ludziom niż Bogu. Wszakże i w podobnych okolicznościach dalecy byli od tego, aby jakikolwiek wszczynać bunt i majestat cesarski obrażać,a jednego tylko żądali, aby wolno im było swoją wiarę otwarcie wyznawać i być jej niezachwianie wiernymi. Poza tym nie myśleli o żadnym buncie, a na tortury szli tak spokojnie i ochoczo, że wielkość ich ducha brała górę nad wielkością zadawanych im mąk”[1].

    Tymczasem prezydent Narutowicz nie był ani złym władcą ani tym bardziej tyranem. Sprawował on wszak urząd prezydencki zdecydowanie za krótko, by móc o nim cokolwiek w tym względzie powiedzieć. Nie można zaś kogoś zabijać tylko na podstawie własnych przypuszczeń co do tego, w jaki sposób może potoczyć się przyszłość danego człowieka. Biorąc pod uwagę znajomość historii jest skrajnie wątpliwe, by prezydent Narutowicz stał się jakimkolwiek tyranem. To zaś, człowiek ten był agnostykiem nie upoważniało nikogo do jego zabicia. Pierwsi chrześcijanie wszak jako obywatele podlegali władzy pogan, a jednak żaden z nich nie podnosił z tego tytułu ręki na swych władców. W tym kontekście warto przypomnieć też postawę biskupa św. Cezarego z Arles wobec jego, wyznającego ariańską herezję króla Alaryka:

    Pouczał nieustannie Kościół, zarówno tam, jak i w każdym innym miejscu, aby oddać Bogu, co Boże, a Cezarowi, co Cezarowe. oraz zgodnie z nauką Apostoła okazywać posłuszeństwo królom i władzom, gdy nakazują rzeczy sprawiedliwe, natomiast mieć w pogardzie niegodziwość wiary ariańskiego władcy” [2].

    Zabicie prezydenta Narutowicza nie różniło się zatem wiele od zabicia króla Ludwika XVI przez Jakobinów czy cara Mikołaja II przez bolszewików i w podobny sposób powinno być oceniane.

     

    Przypisy:

    [1] Patrz: Leon XIII, Encyklika „Diuturnum illud (O władzy politycznej)”, Warszawa 2001, s. 12, 14, 15-16.

    [2] Patrz: Cyprian Firmin, Wiwencjusz, Messjan, Stefan, „Żywot Cezarego z Arles”, Poznań 2006, s. 53 – 54.

  7. O. Michał Chaberek: Mimo, iż Pismo św. nie jest podręcznikiem do historii to opowiada prawdziwą historię

    Leave a Comment

    Jedno z ulubionych sformułowań teologów „zatroskanych” o poprawne rozumienie Biblii jest stwierdzenie, iż Księga Rodzaju nie jest podręcznikiem do historii albo biologii. Ale tego nie twierdzą nawet najbardziej fundamentalistyczni protestanci. Zastanówmy się jednak, jak daleko może nas ta teza zaprowadzić. Czy to, że Pismo Święte nie jest podręcznikiem do historii we współczesnym rozumieniu tego słowa daje podstawy do unieważniania jego treści? Jest wiele sytuacji, w których o prawdzie historycznej czy naukowej dowiadujemy się nie z podręczników, ale za pośrednictwem innych form przekazu. Kiedy na przykład babcia opowiada wnuczkowi o Powstaniu Warszawskim, to ani nie zmyśla, ani nie pisze podręcznika do historii. A jednak opowiada o prawdziwych wydarzeniach, które miały miejsce w konkretnym czasie i miejscu. Podobnie z tego, że Pismo Święte nie jest podręcznikiem do historii nie wynika, że nie opowiada prawdziwej historii. Z tego, że nie jest podręcznikiem do przyrody, nie wynika, że nie mówi nic o przyrodzie, czy o sposobie powstania świata. 

    „Stworzenie czy ewolucja? : dylemat katolika / Michał Chaberek ; rozmawia Tomasz Rowiński”, Warszawa 2014, s. 46 – 47. 

  8. Czy Unia Europejska jest komunistyczna?

    Leave a Comment

    Dziś mija dokładnie setna rocznica wybuchu rewolucji komunistycznej w Rosji, która to zapoczątkowała proces przejmowania władzy w różnych krajach przez komunistów. Mimo, iż w chwili obecnej tylko w trzech państwach rządzą partie formalnie nazywające się komunistycznymi (w Chinach, Wietnamie i na Kubie) odwoływanie się do komunizmu jako inwektywy i oskarżenia jest wciąż żywo obecne w różnych – choć zwykle prawicowych – kręgach. Dość popularnym twierdzeniem jest np. przypisywanie Unii Europejskiej jej komunistycznego charakteru. Przyjrzyjmy się więc bliżej zasadności tego zarzutu.

     

    Komunizm w jego – nazwijmy to – bardziej „tradycyjnym” wydaniu charakteryzował się czterema cechami: 1. Dążeniem do całkowitej likwidacji własności prywatnej środków produkcji; 2. Ideałem zniesienia instytucji państwa i zastąpienia owego samozarządzającym się społeczeństwem pozbawionym wszelkich nierówności społecznych; 3. Niechęcią wobec wszelakich religii i programowymi działaniami na rzecz ateizacji społeczeństwa; 4. Niechęcią wobec tradycyjnego modelu rodziny.

     

    Przez „tradycyjny” komunizm rozumiem tu pewnego rodzaju syntezę tak teoretycznych założeń jego głównych ideologów czyli Marksa i Engelsa oraz początkowych etapów praktyki rządzenia i stanowienia praw przez komunistów w tych krajach, gdzie udało im się dojść do władzy. Można wszak założyć, że taka właśnie „tradycyjna” wersja komunizmu jest najbliższa jego prawdziwym ideałom. W miarę bowiem upływu czasu część z choćby i wcześniej gorliwych komunistów prawdopodobnie zaczęła zdawać sobie sprawę z trudności, a może nawet praktycznej niemożliwości realizacji komunistycznych założeń, o czym świadczy fakt stopniowej modyfikacji ustrojów zbudowanych przez komunistów – modyfikacji oddalającej te systemy od ich pierwotnych założeń i ideałów; czego sztandarowym przykładem są choćby dzisiejsze Chiny, gdzie rządzą ludzie, którzy ciągle nazywają się komunistami, jednak w sferze gospodarczej panuje tam nieraz wręcz dziki kapitalizm.

     

    Ale wróćmy do komunistycznych ideałów. W jaki sposób komuniści dążyli do likwidacji prywatnej własności produkcji? „Nacjonalizowali” co większe przedsiębiorstwa wytwórcze, a także próbowali upaństwawiać gospodarstwa rolne. Jeśli chodzi o likwidację instytucji państwa to żadnej z partii komunistycznych nie udało się w większym stopniu przybliżyć do tego celu i prawdopodobnie komuniści szybko zdali sobie sprawę z tego, iż postulat ów jest mało realny – zwłaszcza, gdy chce się za pomocą przymusu i siły narzucać społeczeństwu realizację innych ideałów tej skrajnie lewicowej doktryny. W znacznie większej mierze komunistom udawała się ateizacja społeczeństwa. Choć, formalnie rzecz biorąc, zazwyczaj w prawodawstwie komunistycznych krajów zapisana była wolność sumienia i religii to komuniści ustanawiali wiele prawnych ograniczeń w stosunku do takich swobód, nieraz nie wahając się przed sięganiem po rozległe i krwawe represje względem wyznawców różnych religii. Państwowa propaganda w krajach komunistycznych nieraz też otwarcie zachęcała obywateli do porzucenia religii na rzecz ateizmu. Ostatni z wyróżników komunistycznej ideologii to jest niechęć wobec tradycyjnej rodziny był realizowany przez komunistów z różnym natężeniem. I tak np. bolszewicka Rosja była drugim państwem europejskim (wcześniej uczyniła to rządzona przez Jakobinów Francja), które zalegalizowało stosunki homoseksualne i aborcję, jednak po kilkunastu latach Stalin przywrócił kryminalizację tych nieprawości. Z kolei po śmierci Stalina w ZSRR powrócono do pełnej legalności zabijania nienarodzonych dzieci, jednak pozostano przy nielegalności czynnego homoseksualizmu – w większości państw komunistycznych homoseksualizm był jednak legalny. W rządzonej przez Lenina Rosji bardzo zliberalizowano też możliwość uzyskania rozwodu, a w niektórych regionach tego kraju wprowadzono nawet prawo o wspólności kobiet, które nakazywało niewiastom świadczenie seksualnych usług tym wszystkim mężczyznom, którzy uiszczali na ów cel nieznaczną opłatę pieniężną. W większości państw komunistycznych legalna była też zdrada małżeńska mimo, iż w krajach zachodniej demokracji ów występek przeważnie był prawnie zabroniony i karalny.

     

    Porównajmy teraz prawa funkcjonujące w krajach Unii Europejskiej (dalej UE) z zarysowaną wyżej „tradycyjną” ideologią i praktyką komunizmu.

    W każdym kraju UE własność prywatna jest podstawową formą życia ekonomicznego i nie obserwuje się tam jakichkolwiek wyraźnych oznak do likwidacji takiej własności. Podatki, które muszą płacić obywatele UE czasami mogą być uznane za zbyt wygórowane, ale to jeszcze zdecydowanie za mało, by oskarżać rządzących o komunizm. Podobnie, nie można tego powiedzieć o fakcie istnienia w UE daleko rozwiniętych praw pracowniczych (np. prawa do urlopu, 8-godzinnego dnia pracy) czy zabezpieczeń socjalnych. Takie rozwiązania co prawda funkcjonowały także w państwach rządzonych przez partie komunistyczne, ale nie stanowiły one jednej z fundamentalnych cech komunizmu. Nie można zaś antykomunistycznej retoryki doprowadzać do absurdu, gdyż wówczas dojdziemy do wniosku, że również prawny zakaz gwałtów, niewolnictwa czy rozbojów też jest komunistyczny, wszak rzeczy te były zazwyczaj przestępstwem także w krajach komunistycznych.

    Nie można też powiedzieć, iż UE dąży do likwidacji instytucji państwowych ani z drugiej strony, że forma sprawowania rządów w krajach doń należących jest totalitarna. W UE swobodnie działają różne ugrupowania opozycyjne, nie funkcjonuje żaden porównywalny z komunistycznymi represjami aparat terroru a rządy podlegają kontroli sądów i prawa.

    Może więc UE przypomina komunizm jeśli chodzi o jej stosunek do religii? I w tym punkcie trudno jest doszukiwać się jakichś wyraźniejszych analogii. Komuniści byli z założenia antyreligijni i jawnie ateistyczni. UE jest zaś raczej religijnie obojętna, pozostawiając krajom członkowskim swobodę kształtowania relacji pomiędzy religią a życiem publicznym i państwowym. W ramach UE funkcjonują kraje, które utrzymują u siebie dość surowy model rozdziału Kościoła od państwa (Francja i Belgia), ale w większości z nich relacje w tym względzie można nazwać mianem „przyjaznej świeckości” (czyli np. w konstytucji znajdują się pewne odniesienie do Boga, instytucje publiczne w niektórych sprawach współpracują ze związkami religijnymi, jednak państwo jako takie nie wspiera żadnej z religii). W niektórych zaś państwach (Wielka Brytania, Grecja, Dania, Finlandia, Szwecja) należących do UE – przynajmniej formalnie – ciągle funkcjonuje system kościołów państwowych, gdzie przedstawiciele określonych instytucji religijnych zasiadają nawet w organach państwowych. Jeśli zaś chodzi o działania UE jako pewnej całości to warto wspomnieć, iż Parlament Europejski w rezolucji z 29 kwietnia 2015 roku zdecydowaną większością głosów ujął się za prześladowanymi na świecie chrześcijanami.

    Najwięcej podobieństw UE do komunizmu można zaobserwować, jeśli chodzi o stosunek do tradycyjnej rodziny. W każdym kraju UE legalne są zdrada małżeńska, rozwody i czyny homoseksualne. W większości państw UE istnieje prawna możliwość zawierania homoseksualnych małżeństw (w czym nawet prześcignięto komunistów), a instytucje UE wprost zachęcają kraje członkowskie do wprowadzenia u siebie takiego rozwiązania. Większe ograniczenia prawnej legalności aborcji funkcjonują zaś tylko w trzech państwach UE, czyli w Polsce, Irlandii i na Malcie, w pozostałych zaś jej krajach zabijanie poczętych dzieci jest bezkarne bez większych ograniczeń. Tak jak w przypadku małżeństw homoseksualnych instytucje UE zachęcają państwa członkowskie do poszerzania legalności aborcji.

     

    Czy więc Unia Europejska jest komunistyczna? Czy panuje w niej coś w rodzaju „eurokomunizmu”? Na cztery z zasadniczych wyróżników komunistycznej ideologii i praktyki UE wykazuje wyraźne podobieństwa z komunizmem tylko z jednym ważnym punkcie, czyli w niechęci do tradycyjnej rodziny objawiającej się w legalizacji homoseksualizmu, niewierności małżeńskiej, rozwodów oraz aborcji. To jednak za mało, by nazywać UE mianem „komunistycznej” czy choćby „pół-komunistycznej”. Co najwyżej można by o niej mówić jako o „ćwierć-komunistycznej”. Wszystko to piszę bynajmniej nie z pozycji zwolennika UE, gdyż sam w referendum na temat przystąpienia Polski do tej instytucji głosowałem na „nie” i dziś prawdopodobnie zrobiłbym to samo. To jednak, że jest się wobec czegoś mniej lub bardziej krytycznym nie powinno oznaczać popierania niesprawiedliwych i mocno przesadzonych oskarżeń. A zarzuty o komunistycznym charakterze UE są niesprawiedliwe i przesadzone.

  9. Konfederacja walczyła o ocalenie niewolnictwa

    Leave a Comment

    Prawdopodobnie większość prawicowców i konserwatystów opowiada się za taką wizją historii amerykańskiej wojny secesyjnej, w której odłączonym od Unii stanom południowym nie chodziło o zachowanie i rozszerzanie instytucji niewolnictwa, ale o utrzymanie własnej „tradycji”, „stylu życia”, niezależności od rządu federalnego i odmiennego niż panującego na Północy modelu gospodarki. Obrońcy tych „neo-konfederackich” tez na ich poparcie przytaczają kilka okoliczności. Mówią więc, iż sam prezydent Lincoln był rasistą. Miało się to objawiać w tym, iż  zachęcał wyzwolonych Afroamerykanów z USA do emigracji do Afryki; był przeciwnikiem mieszanych rasowo małżeństw; a uchwalone przez niego prawo o abolicji niewolników z 1863 r. miało być tylko posunięciem typu „public relations”, gdyż obejmowało swym zasięgiem jedynie zbuntowane stany Południa, nie zaś te ze stanów Unii, w których niewolnictwo wciąż obowiązywało. Prezydent Lincoln w jednym ze swych listów pisał też, że gdyby było możliwie utrzymanie jedności Unii bez wyzwalania choćby jednego niewolnika, uczyniłby to. Z kolei na rzecz Konfederacji (dalej CSA) ma przemawiać to, że głównodowodzący jej armią, gen. Lee wyzwolił wszystkich swoich niewolników (rzekomo w przeciwieństwie do gen. Granta, który miał posiadać niewolników), a w zbrojne szeregi secesjonistów wstąpiło dziesiątki tysięcy Murzynów. Ponadto większość walczących dla CSA żołnierzy miała nie być posiadaczami niewolników. Obrońcy słuszności racji Południa podkreślają też brutalny sposób pacyfikacji niektórych rejonów CSA przez armię Unii, a czasami także powołują się na przykład papieża bł. Piusa IX, który uznał CSA za niepodległe państwo, a także z pewną dozą życzliwości odnosił się do jej prezydenta, gdy ów po wojnie secesyjnej został poddany uwięzieniu.

    Przyjrzyjmy się bliżej tej neokonfederackiej wizji i interpretacji przyczyn i przebiegu amerykańskiej wojny secesyjnej.

    Kość niezgody

    Patrząc na wojnę secesyjną od strony założycieli Konfederacji to nie da się zakwestionować tego, iż toczyła się ona w pierwszym rzędzie o możność zachowania i rozszerzania instytucji niewolnictwa. To dopiero po przegraniu przez Południowców owej wojny apologeci CSA zaczęli spychać na margines tę kwestię, mówiąc za to o chęci zachowania tradycyjnego stylu życia, niezależności i odmiennego typu gospodarki jako przyczynach secesji stanów południowych.  Jednak nawet w tej linii neokonfederackiej argumentacji można dostrzec w tej kwestii wyraźną niespójność. Z jednej strony mówi się bowiem, że CSA nie walczyło w obronie niewolnictwa, a czyniło to w celu utrzymania tradycyjnego stylu życia południowców. Można się w tym miejscu spytać, co było jednym z ważnych elementów owego tradycyjnego stylu życia? Czy czasem nie instytucja niewolnictwa? Historia mówi nam, że to właśnie niewolnictwo było owym tradycyjnym stylem życia, w którego imię  południowcy postanowili oderwać się od Unii. Idąc dalej, zapytajmy: co stało u podstaw gospodarki Południa? Co faktycznie kryło się pod chęcią zachowania „niezależności” od nacisków stanów północnych i rządu federalnego? Odpowiedź na te pytania jest jednoznaczna.  Zarówno wydarzenia poprzedzające secesję południowych stanów, konstytucyjne podwaliny CSA, jak i oficjalne oświadczenia jej czołowych przedstawicieli wskazują jednoznacznie, że głównym motorem powstania Konfederacji była chęć nie tylko utrzymania, ale i poszerzania instytucji niewolnictwa czarnych. Istotną częścią tak tradycyjnego stylu życia Południowców, jak i ich ówczesnej gospodarki oraz niezależności od Północy była właśnie instytucja niewolnictwa.

    Faktem jest, że na dziesiątki lat przed wybuchem wojny secesyjnej na Północy narastały tendencje abolicjonistyczne, co wywoływało wśród przywiązanych do tejże instytucji południowców coraz większe obawy. Bardzo kontrowersyjną i gorącą kwestią z tym związaną było to, czy niewolnictwo będzie mogło być wprowadzane na nowo przyłączanych do USA terytoriach. W latach 50. XIX wieku wszystkie amerykańskie debaty polityczne koncentrowały się wokół tego tematu. Ta sprawa stała się kluczowa w kampanii wyborczej 1860 roku. Prawdą jest, że Lincoln nie był radykalnym abolicjonistą. Podchodził on do niewolnictwa w sposób łagodny i umiarkowany. Uważał je za zło, które należy ograniczać, ale zarazem, przynajmniej póki nie zaistnieją odpowiednie warunki do jego całkowitej likwidacji, tolerować. W sprawie zakazu poszerzania niewolnictwa Lincoln był jednak nieugięty. Przyszły prezydent USA, w swej kampanii wyborczej jasno opowiadał się za prawem rządu federalnego do ograniczania niewolnictwa na nowych terytoriach. W swoim liście do Alexandara Stephensa (wiceprezydenta CSA), w przededniu wojny, pisał:

    Wy uważacie, że niewolnictwo jest słuszne i powinno być rozszerzone, a my uważamy, że jest niesłuszne i powinno być ograniczone [1].

    Właśnie fakt, że wybory prezydenckie wygrał zdecydowany zwolennik ograniczania niewolnictwa, stał się główną przyczyną buntu południowców i wszczęcia przez nich krwawej wojny domowej. Jasna jest w tym względzie konstytucja CSA, do której wpisano nie tylko „prawo” do posiadania niewolników, ale również umieszczono tam postanowienia, że niewolnictwo będzie mogło być ustanawiane bez przeszkód na nowo przyłączanych terytoriach. Niezwykle klarowne w tej mierze były też zapewnienia czołowych polityków Konfederacji. Wiceprezydent CSA Alexander Stephens w swoim słynnym przemówieniu, wygłoszonym w Savannah w stanie Georgia, 21 marca 1861 r. (więc wtedy, gdy już rozpoczął się proces secesji Południa) głosił, że rewolucja amerykańska została oparta na fałszywej przesłance, jaką jest równość ras. Dodawał przy tym, że:

    fundamentem naszego rządu jest z gruntu przeciwstawne przekonanie, a mianowicie wielka prawda, że Murzyn nie jest równy człowiekowi białemu. Niewolnictwo, czyli podporządkowanie rasie wyższej, jest dla niego naturalnym i normalnym stanem. Tak więc nasz rząd, pierwszy w historii świata, będzie opierał się na tej wielkiej, moralnej prawdzie [2].

    Senator H. Hammonde, inny z czołowych polityków Południa, deklarował z kolei:

    skała Gibraltaru nie jest tak mocno wrośnięta w swoje posady jak nasz system niewolnictwa [3].

    Dobrze wczytajmy się w te deklaracje. To nie jest żaden umiarkowany sceptycyzm wobec niewolnictwa. Nie jest to chęć jego łagodnego i stopniowego ograniczania. Jest to po prostu fanatyczne opowiadanie się za niewolnictwem, motywowane gruboskórnym rasizmem. Dodajmy, że deklaracje secesji poszczególnych stanów południowych, które weszły w skład CSA także akcentowały kwestię obrony niewolnictwa, przed abolicjonistycznymi zakusami Północy.

    Czy Lincoln był rasistą?

    A co z przytoczonymi wyżej faktami tyczącymi się prezydenta Abrahama Lincolna mającymi dowodzić, iż był on rasistą żywiącym uprzedzenia względem rasy czarnej? Cóż, Lincoln też był dzieckiem swych czasów i prawdopodobnie był do pewnego stopnia rasistą. Są jednak różne stopnie rasizmu. Rasizm, który odmawia ludziom różnych ras prawa do zawierania wspólnych małżeństw, jest nieprawidłową postawą, ale czymś jeszcze gorszym jest widzenie miejsca Murzynów w roli przymusowych robotników dla białych panów. Rasista, który nie chce, by czarnoskórzy brali udział w wyborach, ma wątpliwe poglądy, ale kontrowersja z tym związana nie dorównuje deprawacją instytucji, w ramach której można bezkarnie gwałcić niewolnice i w celach handlowych oraz komercyjnych rozdzielać całe rodziny. Pomysł, by wysłać wyzwolonych Murzynów do Afryki, można uznać za dyskusyjny, ale chyba lepszym poglądem jest powiedzieć: „Niech Czarni żyją wolni, ale z dala od naszego kraju” od apologii instytucji w ramach, której owi Czarni mogli być niewoleni, okrutnie bici za nieraz błahe przewinienia, wykorzystywani seksualnie (w przypadku kobiet) oraz rozdzielani ze swymi rodzinami. Abraham Lincoln nawet jeśli był rasistą, to był w nim w znacznie mniejszym stopniu niż politycy CSA.

    Prawdziwe są też wypowiedzi Lincolna o tym, iż gdyby mógł zachować jedność Unii bez wyzwalania niewolników zrobiłby to. Czy jednak zmieniają one coś w przyczynach secesji stanów południowych? Niczego one tu nie zmieniają, gdyż w oczach Południowców Lincoln mimo swych umiarkowanych i ostrożnych wypowiedzi w kwestii zniesienia niewolnictwa i tak był dla nich fanatycznym abolicjonistą, który tylko czyha na ich „wolność” (do ciemiężenia innych ludzi). Dla prezydenta Lincolna kwestia niewolnictwa być może i stała w drugim rzędzie po sprawie ocalenia jedności Unii, ale to nie znaczy, że nie była dla niego ona w ogóle ważna. Tym bardziej zaś nie oznacza to, iż przywódcy CSA za najważniejszy swój cel nie stawiali sobie obrony niewolnictwa – owszem stawiali i tysiąckrotne mantrowanie współczesnych neokonfederatów temu zaprzeczające tego nie zmieni, a dowodem na to są liczne ustne i pisemne deklaracje liderów Konfederacji na ów temat.

    Lee, Grant i czarni Konfederaci

    A co z twierdzeniem neokonfederatów, iż głównodowodzący wojskami CSA gen. Robert E. Lee był przeciwnikiem niewolnictwa, za to dowódca wojsk Unii gen. Grant posiadał niewolników? Otóż mamy tu do czynienia z manipulacją faktami. Generał Grant owszem miał na własność jednego niewolnika, którego jednak w 1859 roku uwolnił mimo, iż był wówczas w poważnych tarapatach finansowych i mógł owego niewolnika z korzyścią dla siebie sprzedać. Generał Robert E. Lee  zaś w liście do swej żony nazywał niewolnictwo „moralnym i politycznym złem” jednak nie było to zbytnio widoczne w jego praktycznych działaniach. Lee uwolnił wprawdzie będących pod jego kuratelą niewolników w 1862 roku, ale był to z jego strony akt realizacji woli poprzedniego ich właściciela Georga Custisa, który ustanowił gen. Lee wykonawcą swojego testamentu – w testamencie zaś zadeklarował, iż jego niewolnicy mają być uwolnienie w ciągu 5 lat po jego śmierci. Ponadto, wedle zeznań niektórych ze świadków wolą Custisa było uwolnienie części z niewolników natychmiast po jego śmierci – czego Lee nie uczynił. Generał Lee nakazywał też karać chłostą uciekających z tej plantacji niewolników (owi niewolnicy uciekali zaś dlatego, iż nie mogli doczekać się realizacji woli swego pana). Podczas zaś kampanii pod Gettysburgiem gen. Lee nie sprzeciwiał się temu, gdy jego żołnierze porywali wolnych czarnych farmerów po to, by sprzedać ich później w niewolę. Poza tym nawet, gdyby ktoś chciał zaliczać generała Roberta Lee do zdecydowanych przeciwników niewolnictwa to i tak niewiele to wnosi do tematu, gdyż Lee nie był politykiem CSA, nie współtworzył konstytucji stanów Południowych, ani nie redagował ich politycznych oraz ideowych deklaracji. Zresztą gwoli ścisłości gen. Lee był przeciwnikiem decyzji o secesji stanów południowych z Unii, jednak mimo to – z powodu swego lokalnego patriotyzmu – postanowił oddać swe wojskowe talenty na służbę CSA.

    Co się zaś tyczy Czarnych w armii Konfederacji to takowych zaczęto tam dopuszczać dopiero pod koniec wojny secesyjnej, czyli w marcu 1865 roku. Wcześniej takie pomysły były torpedowane przez polityków Południa. Czarni w armii CSA nie odegrali zresztą większej militarnej roli. Nawet zaś, gdyby uznać, że część Murzynów zgłaszała akces do armii Konfederacji nie z powodu udzielanej im obietnicy wyzwolenia z niewoli, ale ze szczerego przywiązania do tradycji i kultury Południa to nie byłoby w tym jeszcze niczego bardzo unikatowego. Podobne precedensy są wszak już historii znane – na przykład w niemieckim Wehrmachcie łącznie służyło 150 tysięcy osób mających pochodzenie żydowskie. To jednak nie zmienia faktu, iż III Rzesza była państwem skrajnie i drapieżnie antysemickim. Również to, iż większość żołnierzy CSA miała nie być właścicielami niewolników, także niewiele tu zmienia. Większość niemieckich żołnierzy także mogła w swym życiu nie skrzywdzić Żyda, ale to nie znaczy, że polityka III Rzeszy nie była ukierunkowana na krzywdzenie Żydów. Poza tym, nawet jeśli większość żołnierzy Konfederacji nie miała swych niewolników, to nie oznacza, że na pewno nie popierali owej instytucji.

    Czy gen. Sherman był zbrodniarzem?

    Neokonfederaci często akcentują fakt, iż jeden z dowódców Unii, generał William T. Sherman w 1864 roku stosował taktykę spalonej ziemi. Polegało to na paleniu wszystkich zasobów, plonów rolnych i innych zapasów, które znajdowały się na drodze jego armii; miało to zapobiec zaopatrywaniu się konfederatów w potrzebne materiały na tych terenach. Cóż, nie jestem teraz w stanie powiedzieć, czy – uwzględniając specyfikę owej wojny – coś takiego było moralnie naganne, ale nawet, gdyby ocenić owe taktykę jako nadużycie, to jeszcze by nie rozstrzygało, która ze stron owego konfliktu prowadziła sprawiedliwą wojnę. Zwykle wszak w wojnach każda ze stron dopuszcza się mniejszych bądź większych nadużyć, a nawet zbrodni. Takie rzeczy oczywiście trzeba potępiać niezależnie od tego, która strona wojny coś takiego czyni, ale ich występowanie nie decyduje jeszcze o tym, kto w takiej wojnie miał rację, a kto jej nie miał. Przykładowo, w czasie II wojny światowej wszystkie ze stron dopuszczały się zbrodni, gwałtów i nadużyć, ale to nie znaczy, że co do istoty żadna ze stron nie prowadziła w niej sprawiedliwej i słusznej walki. Wracając zaś do taktyki spalonej ziemi gen. Shermana, to o ile można ją uznać za kontrowersyjną, warto zaakcentować, iż ów dowódca Unii zabronił swym żołnierzom posuwania się dalej, czyli mordowania cywilów i gwałcenia kobiet.

    Szkoda też, iż neokonfederaci nie są zbyt skłonni do mówienia o tych poczynaniach armii CSA, które z całą pewnością można zaliczyć do kategorii autentycznych zbrodni wojennych. Przykładowo, rutynowym traktowaniem przez Konfederatów branych do niewoli czarnych jeńców walczących po stronie Unii było ich mordowanie albo odsprzedawanie jako niewolników. Inną zbrodnią wojenną w wykonaniu armii CSA było wymordowanie w kwietniu 1864 roku załogi Fortu Pillow, po tym jak owa złożyła już broń. Ofiarę tej rzezi padły też kobiety i dzieci z przylegającego do fortu obozu [4]. Drastycznym nadużyciem ze strony armii CSA była też sprawa obozu jenieckiego dla żołnierzy Unii znanego jako Andersonville. Na stosunkowo małym (10 hektarów) i częściowo bagnistym obszarze stłoczono tam bowiem 30 tysięcy jeńców (pierwotnie miało ich być 10 tysięcy), nie dając im nawet namiotów. Większość jeńców nie miała tam spodni, bluz a niektórzy nawet bielizny. W lecie z upału i braku wody umierało tam do 100 osób dziennie. Dla porównania w uważanym za najgorszy obozie jenieckim w Elmirze, który był przeznaczony dla żołnierzy CSA na przeszło dwukrotnie większym, bo 25 hektarach obszaru skoncentrowano mniej niż 10 tysięcy jeńców i wszyscy z nich mieszkali w barakach[5].

    Czy Pius IX poparł CSA?

    Jako, że pośród konserwatywnych i tradycjonalistycznych katolików sympatie wobec Konfederacji są częste, nieraz z ich ust można usłyszeć argument, że papież bł. Pius IX jako jeden z nielicznych przywódców politycznych uznał niepodległość CSA, a gdy prezydent tego tworu Jefferson Davis przebywał w więzieniu, przesłał mu replikę korony cierniowej. Zacznijmy od tego, iż ten drugi gest nie musi być koniecznie interpretowany jako poparcie dla Davisa, gdyż można to też odczytywać jako ludzki i chrześcijański akt współczucia dla osoby uwięzionej. Czy bowiem fakt, iż np. Jan Paweł II odwiedził swego niedoszłego mordercę Ali Agcę w więzieniu, oznaczał, iż w ten sposób poparł jego wcześniejszy czyn? Co do pierwszego zaś posunięcia bł. Piusa IX to owszem można go interpretować jako pewnego rodzaju gest sympatii dla Konfederacji. Nie był to jednak akt nauczania Magisterium i w związku z tym katolicy nie muszą uważać, że owa decyzja Piusa IX była słuszna. Ta decyzja była aktem doczesnej władzy politycznej owego papieża, a nie realizację jego nauczycielskiej misji i urzędu. Podobnie, jak katolicy nie są zobowiązani twierdzić, że św. Jan Paweł II uczynił właściwie, zapraszając swego czasu liberalno-lewicowego prezydenta naszego kraju Aleksandra Kwaśniewskiego do symbolicznej przejażdżki „papamobile” (a podobne zaproszenia nie zdarzały się często, a może nawet wcale). Prawdopodobnym efektem tego zachowania Jana Pawła II było napędzenie wyborczych głosów prezydentowi Kwaśniewskiemu w wyborach prezydenckich, które odbyły się tego samego roku (2000) w Polsce.

    Obrona CSA to zły typ konserwatyzmu

    Podsumowując należy stwierdzić, iż konserwatywni obrońcy CSA manipulują i przeinaczają fakty historyczne (albo bezwiednie powielają manipulacje autorstwa innych osób), byle tylko dowieść fałszywej historycznie tezy, jakoby amerykańskie Południe w swym oderwaniu się od Unii nie miało na celu zachowania i rozszerzania instytucji niewolnictwa. Owszem, może w umyśle samego Abrahama Lincolna nie był to pierwszy cel wojny secesyjnej, ale już po stronie Konfederatów sprawa niewolnictwa była na tyle akcentowana i podkreślana, że jedynym racjonalnym wnioskiem jest stwierdzenie, iż była to główna przyczyna ich secesji od Unii. Wszelkie inne sprawy w rodzaju „zachowania kultury Południa”, „niezależności stanów od rządu federalnego” oraz „odrębności gospodarki stanów południowych” choć używane są dziś jako swego rodzaju zasłona dymna mająca przykryć kwestię niewolnictwa, tak naprawdę w rzeczywistości też obracały się wokół zachowania tej instytucji. Może i CSA było konserwatywne, ale jego obrona jest przykładem złego i błędnego konserwatyzmu, który w imię zachowania „tradycji”, „cywilizacji” i „kultury” broni czegoś moralnie nagannego, tylko dlatego, iż owa etycznie niewłaściwa rzecz weszła przez wieki ludziom w krew.

     

    Przypisy:

    1. Cytat za: Dinesh D’Souza, „Listy do młodego konserwatysty”, Poznań 2002, s. 161.

    2. Cytat za: Dinesh D’Souza, jw., s. 160.

    3. Cytat za: Dinesh D’Souza, jw., s. 160-161.

    4. Patrz: Zbigniew Lewicki, „Historia cywilizacji amerykańskiej. Era sprzeczności 1787 – 1865”, Warszawa 2010, Warszawa 2010, s. 680.

    5. Patrz: Zbigniew Lewicki, „Historia cywilizacji amerykańskiej. Era sprzeczności 1787 – 1865”, Warszawa 2010, s. 715 – 716.

     

     

     

     

  10. Czy Polska powinna wziąć udział w II wojnie światowej po stronie Niemiec?

    Leave a Comment

    Zapewne wielu z Czytelników tej strony słyszało o poglądach znanego historyka Piotra Zychowicza, wedle którego Polska w czasie II wojny światowej powinna przyłączyć się do hitlerowskich Niemiec w ich planowanej inwazji na Związek Sowiecki, by następnie zadać Hitlerowi cios w plecy, przyłączając się do Aliantów. Nie jest większą tajemnicą, iż podobne opinie na temat polskiego zaangażowania w owym okresie historii są mocno zbliżone do wspomnianego wyżej poglądu Piotra Zychowicza. Osobiście poddaję w wątpliwość słuszność tych wywodów z kilka względów:

    1. Zwolennicy akcesu Polski do prowadzonej przez Hitlera wojny skupiają się na politycznym realizmie i kalkulacji zysków oraz strat, które nasz kraj miałby ponieść w wyniku podjęcia takiej decyzji, ale wydają się nie dostrzegać faktu, iż od tych rzeczy ważniejszą wartością jest zachowanie tych zasad moralnych, które mają absolutny charakter. Oczywiście polityczny realizm oraz ważenie zysków i strat nie mogą być lekceważone, ale nie są to wartości absolutne. Pismo święte przestrzega przed absolutyzowaniem takich rzeczy:

    Z całego serca Bogu zaufaj, nie polegaj na swoim rozsądku,
    myśl o Nim na każdej drodze, a On twe ścieżki wyrówna (Prz 3, 5-6).

    Nie uratuje króla liczne wojsko ani wojownika nie ocali wielka siła.  W koniu zwodniczy ratunek i mimo wielkiej swej siły nie umknie. Oto oczy Pana nad tymi, którzy się Go boją, nad tymi, co ufają Jego łasce,  aby ocalił ich życie od śmierci i żywił ich w czasie głodu.  Dusza nasza wyczekuje Pana, On jest naszą pomocą i tarczą. W Nim przeto raduje się nasze serce, ufamy Jego świętemu imieniu” (Ps 33: 16 – 17).

    Z powyższych Bożych pouczeń widzimy więc, że nie we wszystkich sytuacjach powinniśmy polegać na własnej racjonalnej, politycznej bądź militarnej kalkulacji. Ponad tym wszystkim winna być ufność do Boga wyrażająca się m.in. w przestrzeganiu Jego przykazań. Nauka katolicka uczy zaś, że niektóre z Bożych przykazań są na tyle doniosłe i ważne, iż nie wolno ich łamać w jakichkolwiek okolicznościach, choćby chodziło nawet o osiągnięcie znacznie większego dobra bądź uniknięcie większego zła:

    W rzeczywistości (…) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny – a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka – nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw.” (Paweł VI, „Humanae vitae”,  n. 14).

    Kościół zawsze nauczał, że nie należy nigdy popełniać czynów zabronionych przez przykazania moralne, ujęte w formie negatywnej w Starym i Nowym Testamencie (…). Dzięki świadectwu rozumu wiemy (…), że istnieją przedmioty ludzkich aktów, których nie można przyporządkować Bogu, ponieważ są one radykalnie sprzeczne z dobrem osoby stworzonej na jego obraz. Tradycyjna nauka moralna Kościoła mówi o czynach, które są „wewnętrznie złe”: są złe zawsze i same w sobie, to znaczy ze względu na swój przedmiot, a niezależnie od ewentualnych intencji osoby działającej i od okoliczności. Dlatego nie umniejszając w niczym wpływu okoliczności, a zwłaszcza intencji na moralną jakość czynu, Kościół naucza, że << istnieją akty, które jako takie, same w sobie niezależnie od okoliczności, są zawsze wielką niegodziwością ze względu na przedmiot>> (…) Jeśli czyny są wewnętrznie złe, dobra intencja lub szczególne okoliczności mogą łagodzić ich zło, ale nie mogą go usunąć: są to czyny nieodwracalnie złe, same z siebie i same w sobie niezdatne do tego, by je przyporządkować Bogu i dobru osoby (…). Tak więc okoliczności lub intencje nie zdołają nigdy przekształcić czynu ze swej istoty niegodziwego ze względu na przedmiot w czyn <<subiektywnie>> godziwy lub taki którego wybór można usprawiedliwić (Jan Paweł II, „Veritatis splendor”).

    2. Aby brać udział w wojnie po stronie III Rzeszy przeciw Związkowi Sowieckiemu należałoby uznać, iż wojna taka będzie wojną sprawiedliwą. A żeby była on sprawiedliwą, trzeba by udowodnić, iż to w rzeczywistości III Rzesza broniła się przed Związkiem Sowieckim albo wskazać, że Niemcy niosły narodom Związku Sowieckiego coś wyraźnie lepszego, niż miały one do tej pory pod panowaniem bolszewików.

    Czy jednak rzeczywiście III Rzesza broniła się przed Związkiem Sowieckim? Owszem, mniejszość historyków wysuwa taką tezę, ale jest to teza bardzo dyskusyjna.  Wątpliwe jest też twierdzenie, jakoby Niemcy niosły narodom Związku Sowieckiego coś wyraźnie lepszego. Jak bowiem pokazała historia naziści wytworzyli system, którego zbrodniczość, niemoralność i bezbożnictwo były porównywalne z poziomem zła reprezentowanym przez sowiecką wersję komunizmu (a może nawet było od niego większe – uwzględniając proporcje czasu, w którym nazizm działał). Katolicki męczennik II wojny światowej, bł. Franciszek Jagerstatter tak komentował twierdzenia o rzekomo sprawiedliwym charakterze niemieckiej wojny z Sowietami:

    To smutne, że chrześcijanie co i rusz twierdzą, jakoby wojna prowadzona przez Niemcy nie była aż tak dalece niesprawiedliwa, ponieważ ma na celu wytępienie bolszewizmu. Tak, to prawda, że większość naszych żołnierzy przebywa obecnie w najgorszym bolszewickim kraju, chcąc unieszkodliwić i rozbroić wszystkich stawiających opór. Mam jednak pytanie. Kogo tam zwalczają? Bolszewizm czy naród rosyjski? (…) Nawet pobieżna analiza historii nasuwa konstatację: jeśli władca napada zbrojnie na inny kraj, to zazwyczaj nie po to, aby zmieniać ten kraj na lepsze, lub coś mu ofiarować. Zazwyczaj najeźdźca pragnie czegoś dla siebie i bierze to. Pojawia się więc pytanie, przeciw komu prowadzona jest ta walka? Jeśli przeciw bolszewizmowi, wówczas dziwić  musi fakt, dlaczego tak dużo mówi się o innych sprawach, jak złoża rud, ropy naftowej czy urodzajnej ziemi? 

    (Cytat za: Erna Putz, „Boży dezerter. Franz Jagerstatter 1907 – 1943”, Warszawa 2008, s 226, 227).

    3. Zwolennicy polsko-niemieckiego sojuszu sugerują, iż mimo zaistnienia takowego byłoby bardzo prawdopodobne, iż Polakom udałoby się uniknąć współpracy z Hitlerem w zakresie mordowania Żydów. Powołują się oni w tym względzie na przykład Bułgarii, Danii i Finlandii, które mimo bycia sojusznikami III Rzeszy odmówiły wydawania swych własnych żydowskich obywateli i Hitler nie podjął przeciw nim kroków odwetowych za ów akt „niesubordynacji”. Cóż, te kalkulacje nie uwzględniają jednak dwóch czynników. Po pierwsze: w większości krajów sprzymierzonych z III Rzeszą jednak do ścisłej współpracy miejscowych władz w eksterminacji Żydów doszło. Działo się tak we Francji, Rumunii, Słowacji, Chorwacji, a także – po zainstalowaniu przez Niemcy bardziej uległych namiestników – na Węgrzech i we Włoszech. Po drugie: Polska w Europie miała największą społeczność żydowską, więc wątpliwe jest, by Niemcy przymykali oko na jej istnienie, choćby i w celach taktyczno-militarnych. Co innego jest tolerowanie oporu przed współpracą w eksterminacji Żydów w krajach, gdzie takowych nie było zbyt wielu, a co innego, przymykanie oczu na spokojne funkcjonowanie największej diaspory żydowskiej w Europie. Za bardzo prawdopodobną należy więc uznać tezę, iż w razie polsko-niemieckiego sojuszu wojennego III Rzesza wywierałaby ogromną presję na władze naszego kraju, by pomagały one w eksterminacji Żydów. Niewykluczone też, że w razie oporu polskich władz Niemcy siłowo usunęliby nieposłuszny im rząd zastępując go ludźmi bardziej uległymi wobec Hitlera.

    Ktoś może jednak powie, iż nawet, gdyby Polacy zgodzili się na współpracę z Niemcami w eksterminacji Żydów, to i tak paradoksalnie uratowaliby ich większą ilość przed śmiercią, gdyż w krajach współpracujących z III Rzeszą wojnę przetrwało proporcjonalnie rzecz biorąc więcej Żydów niż w krajach przez Niemcy okupowanych. Ten argument odwołuje się jednak do błędnego etycznie założenia, iż wolno czynić pewne ze swej natury złe rzeczy po to, by oddalić większe zło. Podajmy przykład takiego myślenia. Sytuacja z przysłowiowego „Dzikiego Zachodu”. Rodzina osadników jest ścigana przez chcących ją wymordować Indian. Nagle, w kryjówce owej rodziny zaczyna płakać niemowlę, co może zasygnalizować będącym w pobliżu Indianom ich obecność. Co powinien w takiej sytuacji zrobić ojciec ściganej przez Indian rodziny? Wziąć nóż i podciąć gardło swemu małemu dziecku, by swym płaczem nie ściągnęło na całą rodzinę groźby bycia wymordowanymi przez Indian? Otóż, wedle moralności katolickiej nawet w takiej sytuacji ojciec nie powinien tego czynić, nawet jeżeli miałoby się to skończyć jeszcze większym złem w postaci śmierci z rąk Indian wszystkich członków jego rodziny. Racjonalna kalkulacja typu: śmierć jednego człowieka albo śmierć kilkunastu osób nie powinna tu być stosowana. Nawet jeśli, w wyniku odmowy zabicia przez ojca swego niewinnego dziecka z rąk Indian zginie znacznie więcej ludzi, ten ojciec postąpiłby słusznie i sprawiedliwie.

    4. Najbardziej kontrowersyjnym moralnie aspektem twierdzeń zwolenników udziału Polski w II wojnie światowej po stronie Niemiec jest jednak opinia, jakoby nasz kraj w pewnym momencie miał zdradzić III Rzeszę i przystąpić do Aliantów. Takie działanie, o ile byłoby z góry zaplanowane bądź przewidywane, stanowiłoby wszak formę kłamstwa, gdyż niedotrzymywanie obietnic i umów przez siebie podjętych właśnie w taki sposób należy kwalifikować. Jak uczy Katechizm Kościoła Katolickiego:

    Obietnice powinny być dotrzymywane i umowy ściśle przestrzegane, o ile zaciągnięte zobowiązanie jest moralnie słuszne (tamże n. 2410).

    Owszem są sytuacje, gdy nie należy dotrzymywać danego przez siebie słowa. Jeśli np. już po złożeniu danej obietnicy orientujemy się, iż jej realizacja wiązałaby się z pogwałceniem zasad wiary i moralności, to oczywiście nie należy takiej obietnicy spełniać. Czym innym jest jednak z góry zamierzone i zaplanowane łamanie bądź lekceważenie danego przez siebie słowa. Nie można mówić komuś np. „Dam Ci 1000 złotych„, a w sercu sobie myśleć: „Nie dam Ci 1000 złotych” albo „Może dam Ci te 1000 złotych, a może nie dam tego 1000 złotych – to będzie zależne od mego humoru„. Jeśli zaś przed złożeniem jakiejś obietnicy już przewidujemy, że wiązałaby się ona z czynieniem czegoś etycznie złego, to po prostu nie należy jej składać. To wynika z cnoty prawdomówności i odnosi się też do relacji międzynarodowych, a nie tylko prywatnych.