Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: heretycy

  1. Czy Joe Biden jest katolikiem?

    Możliwość komentowania Czy Joe Biden jest katolikiem? została wyłączona

    W ostatnim czasie uwadze niektórych komentatorów nie umknęła okoliczność, iż prezydent-elekt USA, czyli Joe Biden, jest drugim po Johnie F. Kennedym amerykańskim politykiem, który został wybrany na to najwyższe w owym państwie stanowisko, deklarującym się jednocześnie w sposób jawny jako wierzący oraz praktykujący katolik. Jest to swego rodzaju ewenement, gdyż w przeszło 200-letniej historii tej demokracji i republiki coś takiego wydarzyło się tylko dwa razy. Z drugiej strony nie sposób jednak przejść do porządku rzeczy nad wątpliwościami, jakie odnośnie deklarowanego przez prezydenta-elekta katolicyzmu podnoszą niektórzy co bardziej konserwatywni publicyści katoliccy. Jest bowiem wiedzą publiczną, iż Joe Biden w swej działalności politycznej od dawna wspiera małżeństwa sodomickie oraz legalność aborcji, a więc rzeczy, które w jasny sposób są potępiane przez nauczanie katolickie. Czy więc nowy prezydent Stanów Zjednoczonych może być rzeczywiście katolikiem popierając takie niegodziwości? A może w rzeczywistości jest on heretykiem, któremu zdaje się, że jest katolikiem, albo który udaje katolika?

    Odpowiedź na powyższe pytania nie jest wcale tak łatwa i prosta, jak mogłaby się z pozoru wydawać. Żadna z „zerojedynkowych” odpowiedzi nie jest tu bowiem łatwa do stwierdzenia. Ani wszak stwierdzenie: „Joe Biden jest katolikiem„, ani „Joe Biden jest heretykiem” nie okazują się być po bliższym przyjrzeniu w pełni zadowalające. Osobiście przychylałbym się do twierdzenia, iż o nowym prezydencie USA nie należy mówić w bardziej pewny sposób „Jest katolikiem” albo „Jest heretykiem„, ale powinno się raczej używać wobec niego jednego z bardziej „przedsoborowych” określeń teologiczno-kanoniczych, a mianowicie, że jest on „podejrzany o herezję„. Poniżej postaram się wyjaśnić, dlaczego postrzegam prezydenta-elekta Joe Bidena właśnie w ten sposób.

    ***

    Po pierwsze: by zarzucić komuś herezję i „niebycie katolikiem” nie wystarczy wskazać na popełnianie przez daną osobę, choćby i w sposób jawny oraz uporczywy zachowań, które są materią ciężkiego grzechu. Co więcej, nawet gdybyśmy byli pewni, iż taka osoba nie tylko czyni coś będącego materią ciężkiego grzechu, ale jeszcze dodatkowo ściąga na swe sumienie ciężką winę to i tak to samo nie uprawniałoby jeszcze nas do twierdzenia, iż taki człowiek dopuszcza się herezji, a co za tym idzie, nie jest katolikiem. Człowiek bowiem, który z jednej strony na poziomie intelektualnym zgadza się, iż dane zachowanie jest moralnie złe, ale i tak decyduje się je praktykować, ciągle jest katolikiem. Dodam, że nawet jeśli za swe złe czyny taka osoba nie żałuje, ale mimo to, na płaszczyźnie rozumowej oraz intelektualnej przyznaje, iż popełniane przez niego zachowania są moralnie złe, taki ktoś jest nadal katolikiem. Oczywiście, ów osobnik jest złym katolikiem, który znajduje się na drodze do piekła, ale jednak tak czy inaczej jest on/ona katolikiem. To co, czyniłoby takiego człowieka heretykiem to uporczywe zaprzeczanie, iż pewne praktykowane przez niego niemoralne rzeczy są moralnie złe, nie zaś same choćby i wieloletnie oraz pozbawione szczerej skruchy ich praktykowanie (o czym szerzej poniżej). Przenosząc zaś powyższe rozróżnienie na grunt działalności politycznej czy urzędowej, to można wyobrazić sobie sytuację, w której ten czy inny polityk albo urzędnik czyni coś moralnie bardzo złego, pomimo swej intelektualnej zgody na nauczanie katolickie w danej sprawie. Na przykład, niektórzy politycy mogą głosować za legalizacją aborcji, nie dlatego, iż uważają ją za moralnie dobrą w pewnych okolicznościach (co byłoby już herezją), ale dlatego, że boją się ostracyzmu ze strony swych partyjnych kolegów. Podobnie, ten czy inny urzędnik może udzielać ślubów parom sodomitów i lesbijek, nie dlatego, iż uważa czyny homoseksualne za dobre lub przynajmniej obojętne moralnie, ale może on to czynić z obawy przed utratą swej pracy. Osobiście podejrzewam, iż Joe Bidena raczej nie dotyczą tego rodzaju okoliczności i przynajmniej za jego publicznym wspieraniem sodomickich „małżeństwo” stoi jego wewnętrzne intelektualne przekonanie, to jednak nawet to podejrzenie nie rozwiązuje do końca problemu, czy w takim razie powinien być on uważany za heretyka.

    ***

    Po drugie: zgodnie chociażby z kanonem 751 Kodeksu Prawa Kanonicznego herezją jest uporczywe po przyjęciu chrztu negowanie lub (pozytywne) powątpiewanie tym elementom nauczania katolickiego, które należy przyjmować wiarą Boską i katolicką. Jak zaś uczy Sobór Watykański I:

    wiarą boską i katolicką należy wierzyć w to wszystko, co zawiera się w słowie Bożym spisanym lub przekazanym, i jest do wierzenia przedkładane przez Kościół – albo uroczystym orzeczeniem, albo zwyczajnym i powszechnym nauczaniem – jako objawione przez Boga (Patrz: „Konstytucja dogmatyczna o wierze katolickiej”, Rozdział III, p. 34) .

    Od razu dodam, iż herezją może być negowanie bądź (pozytywne) powątpiewanie o prawdach i zasadach, o których Magisterium Kościoła w sposób nieomylny uczy w zakresie moralności. Na przykład, jeśli ktoś uważa, iż onanizm albo bezpośrednie zabijanie niewinnych nie są wewnętrznie złe, dopuszcza się w ten sposób co najmniej materialnej herezji. Na poparcie tego mego stwierdzenia mogę podać przykłady konkretnych wypowiedzi Magisterium Kościoła, w których pewne błędne wypowiedzi odnoszące się do postępowania na płaszczyźnie moralnej zostały zakwalifikowane jako właśnie „heretyckie”.

    I tak np. Sobór w Konstancji potępił następujący pogląd:

    „Każdy tyran może i powinien, w sposób dozwolony i słusznie, zostać zgładzony przez jakiegokolwiek swego wasala czy poddanego, także przy użyciu zasadzki, fałszywego pochlebstwa czy udawania miłości, bez względu na złożoną mu przysięgę albo zawarte z nim przymierze, bez czekania na wyrok czy polecenie jakiegokolwiek sądu” (Patrz: Sesja XVII, V, 2).

    Ojcowie tego soboru uzasadnili napiętnowanie owego poglądu, w taki oto sposób:

    Pragnąc przeciwstawić się temu błędowi i usunąć go z korzeniami, święty synod, po dojrzałym namyśle ogłasza, orzeka i ustala, że doktryna tego rodzaju jest błędna w wierze i z punktu widzenia obyczajów, odrzucają i potępia jako heretycką, gorszącą, wywołującą niepokój i otwierającą drogę dla fałszu, oszustwa, kłamstwa, zdrady i wiarołomstwa. Ponadto ogłasza, orzeka i określa, że ci, którzy z uporem podtrzymują tę najbardziej zgubną doktrynę, są heretykami i jako tacy powinni być karani według prawnych sankcji kanonicznych.” (Patrz: Sesja XVII, V, 3, podkreślenia moje – MS).

    Z kolei Sobór w Vienne tak wypowiedział się na temat tych, którzy broniliby uprawiania lichwy:

    (…) Jeśli ktoś popadłby w taki błąd, że śmiałby z uporem twierdzić, iż uprawianie lichwy nie jest grzechem, postanawiamy, że powinien być ukarany jako heretyk, przy czym zobowiązujemy stanowczo miejscowych ordynariuszy i inkwizytorów niegodziwości herezji, aby występowali przeciw oskarżonym lub podejrzanym o tego rodzaju błąd tak samo, jak nie wahają się występować przeciw oskarżonym lub podejrzanym o herezję.” (podkreślenie moje – MS).

    Kongregacja Nauki Wiary zaś w dokumencie o nazwie „Wyjaśnienie doktrynalne dotyczące końcowej części formuły <Wyznania wiary>” z dnia 29 czerwca 1998 roku prawdę nauczania katolickiego głoszącą, iż: „bezpośrednie i umyślne zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej jest niezwykle poważnym wykroczeniem moralnym” zaliczała do rzędu tych prawd, które:

    „(…) powinny być przez wszystkich wierzących przyjęte z wiarą teologalną. Dlatego gdyby ktoś uporczywie podawał je w wątpliwość lub odrzucał, podlegałby cenzurze herezji, zgodnie z odnośnymi kanonami Kodeksów kanonicznych”.

    Jeśli więc, Joe Biden na płaszczyźnie intelektualnej i rozumowej przyjmuje błędne tezy o braku wewnętrznego zła sodomii albo aborcji to oczywiście dopuszcza się on w ten sposób materialnej herezji. Materialna herezja nie jest jednak jeszcze w pełni tego słowa herezją. Herezją w sensie bardziej ścisłym jest dopiero „uporczywe” przyjmowanie heretyckich tez. A z taką sytuacją mamy do czynienia między innymi wtedy, gdy ktoś dobrze wie, że przyjmowany przez niego pogląd jest nie do pogodzenia z nieomylną częścią nauczania Kościoła. Sytuacja byłaby więc jasna i jednoznaczna, gdyby Joe Biden powiedział coś w stylu: „Tak wiem, iż aborcja oraz czyny homoseksualne są potępione przez nieomylne wypowiedzi Magisterium Kościoła, ale mimo to nie zgadzam się z tym nauczaniem„. Wtedy oczywiście mielibyśmy do czynienia z herezją formalną, a nie tylko materialną ze strony prezydenta-elekta USA. Jednakże, przynajmniej póki co, nie możemy całkowicie wykluczyć tego, iż prezydent Biden przyjmuje takie heretyckie tezy nie mając owej wiedzy. Oczywiście, naiwnością byłoby przypuszczać, że ów już wszak sędziwy mężczyzna w ogóle nie ma świadomości tego, iż przyjmowane przez niego opinie są w jakiś sposób sprzeczne z nauką Kościoła. Takie przypuszczenie można by może formułować względem 12-letniego chłopca, który uczęszcza do kościoła może raz na 2 miesiące, a nie wobec niemal 80-letniego mężczyzny, który co tydzień uczestniczy w niedzielnej Mszy świętej. Mimo to jednak Joe Biden może – w sposób szczery – uważać, iż kwestionowane przez niego nauczanie katolickie nie należy do tego typu doktryny, która jest nieomylna i którą należy przyjmować wiarą Boską i katolicką. W takim wypadku byłby on odpowiedzialny jedynie za przyjmowanie herezji materialnej, ale nie popadałby on jeszcze w herezję formalną. Inna sprawa, że jeśli tak miałoby być, to tym bardziej pasterze Kościoła powinni starać się wyprowadzić Joe Bidena z błędu, publicznie napominając go w tej kwestii oraz wzywając do porzucenia takich heretyckich opinii. W sytuacji, gdy nie jest to w sposób jasny czynione, a sam Biden otrzymuje Komunię świętą z rąk nawet i papieża Franciszka, polityk ten może być tym bardziej utwierdzany w swym ewentualnie błędnym przekonaniu o braku nieomylnego nauczania Kościoła w kwestiach wewnętrznego zła czynów homoseksualnych oraz aborcji.

    ***

    Joe Biden niekoniecznie jest zatem formalnym heretykiem. Jak już jednak wspomniałem, w przedsoborowej teologii i prawie kanonicznym istniała odrębna, acz zbliżona do heretyków kategoria osób „podejrzanych o herezję”. Ty mianem określano ochrzczonych katolików, którzy np. dawali na wychowanie swe dzieci w religii niekatolickiej, zawierali małżeństwo przed pastorem a nie księdzem czy też pomagali w szerzeniu herezji. Tytułem analogii prezydent-elekt Biden może być traktowany jako „podejrzany o herezję”, gdyż wytrwale przez wiele lat sprzyjał szerzeniu się herezji o braku wewnętrznego zła aktów sodomskich oraz zabijania niewinnych osób ludzkich poprzez chociażby swe głosowania czy fakt, iż będąc jeszcze wiceprezydentem udzielał on ślubu dwóm homoseksualistom. Poza tym, o ile nie można wykluczyć, że nie wie on o tym, iż nauczanie Kościoła w nieomylny sposób potępia aborcję oraz czyny homoseksualne, to podejrzenie to można równie dobrze odwrócić w drugą stronę. A mianowicie, nie można wykluczyć, że Joe Biden dobrze wie o tym, że wspierane przez niego nieprawości są napiętnowane w per se nieomylnej części doktryny katolickiej, jednak mimo to, postanawia je publicznie popierać oraz bronić.

    Na sam koniec dodam, iż mimo swej niepewności co do formalnej herezji, w jaką nowy prezydent USA miałby popaść, uważam za słuszny fakt odmówienia mu swego czasu udzielenia Komunii świętej przez jednego z katolickich duchownych. Nawet bowiem, gdyby przyjąć domniemanie, iż Joe Biden wspiera legalność aborcji i homoseksualizm z innych powodów niż przyjęcie przez siebie heretyckich opinii na ten temat to tak czy inaczej takie wsparcie jest obiektywnie rzecz biorąc materią grzechu ciężkiego. A osoby jawnie żyjące w zachowaniach będących obiektywnie materią ciężkiego zła powinny być wedle Prawa kanonicznego nie dopuszczane do Komunii świętej. Oczywiście, niestety nie mam złudzeń, że tego typu chwalebne zachowanie ze strony wspomnianego wyżej księdza będzie się częściej powtarzać.

    Mirosław Salwowski

  2. W obronie Marcina Zielińskiego

    Możliwość komentowania W obronie Marcina Zielińskiego została wyłączona

    Postać charyzmatyka Marcina Zielińskiego wzbudza liczne kontrowersje w co bardziej konserwatywnych kręgach katolickich. Wiele z zarzutów kierowanych w jego stronę mniej lub bardziej otwarcie oscyluje wokół oskarżania go o herezję, bycie kimś w rodzaju protestanckiego konia trojańskiego, itp. Ze swej strony napiszę jednak kilka zdań w obronie Marcina Zielińskiego. Zanim jednak przejdę do sedna mej jego obrony, chciałbym wyjaśnić, iż:
    1. Nie bronię Marcina Zielińskiego (dalej MZ) dlatego, że go osobiście znam. Bo w zasadzie go, nie znam. Osobiście widziałem MZ tylko raz i przez relatywnie krótki czas. Co prawda zrobił on na mnie dobre wrażenie (czyli człowieka ujmującego swą skromnością oraz pewnego rodzaju naturalną, szczerą prostotą) ale to nie byłby jeszcze powód, by angażować się jego obronę. A to choćby dlatego, że zwykle większość ludzi „zyskuje przy pierwszym poznaniu”.
    2. Nie bronię MZ dlatego, żebym był jakimś szczególnym sympatykiem tego co zwie się dziś charyzmatyczną duchowością. Oczywiście widzę w niej plusy, ale widzę też rzeczy wątpliwe albo i wręcz wprost negatywne. Tymi rzeczami wątpliwymi lub negatywnymi są chociażby: nauczanie niewiast w owych wspólnotach (wyraźnie sprzeczne z Pismem świętym, patrz: 1 Tm 2, 12 – 14; 1 Kor 14, 34 – 35) brak nakrycia głowy przez osoby płci pięknej w czasie modlitw (wyraźnie sprzeczne z Pismem świętym, patrz: 1 Kor 11: 5-16) , brak tłumaczenia modlitwy językami (wyraźnie sprzeczne z Pismem świętym, patrz: 1 Kor 14, 5-28), akcent kładziony na szukanie cudów oraz cudowności.
    3. Nie twierdzę, że wszystko co głosi i/lub MZ na pewno jest godne pochwały. Wręcz przeciwnie, może to źle zabrzmi, ale niestety doświadczenie życiowe nauczyło mnie tego, iż w zasadzie w przypadku każdego księdza, publicysty czy działacza katolickiego można zakładać, że znajdzie się w jego nauczaniu/publicystyce czy praktyce duszpasterskiej rzeczy błędne albo co najmniej bardzo dwuznaczne. Ta uwaga dotyczy w zasadzie wszystkich nurtów w Kościele, począwszy od charyzmatyków, a skończywszy na tradsach.

    Dlaczego więc postanowiłem napisać tych parę słów w obronie MZ? A to dlatego, że dużą część z kierowanych przeciwko niemu zarzutów uważam za niesprawiedliwe albo będące na wyrost. A zatem;

    Po pierwsze: MZ nie jest heretykiem. Nawet bowiem jeśli czasami zdarza mu się wypowiedzieć coś błędnego, dwuznacznego albo i literalnie rzecz biorąc w swej treści heretyckiego to do bycia heretykiem to nie wystarcza. Aby rzeczywiście być heretykiem potrzebny jest do tego jeszcze upór przy wyznawaniu heretyckich twierdzeń. Innymi słowy, dana osoba musi dobrze wiedzieć, że dane nauczanie, które kwestionuje jest uroczystym (tzw. definicją dogmatyczną) lub powszechnym i zwyczajnym nauczaniem Kościoła, a mimo to się temu konsekwentnie nauczaniu sprzeciwiać. Dopiero ta wiedza połączona z uporem czyni z danego ochrzczonego heretyka, a nie sam fakt choćby i aprobatywnego wypowiedzenia heretyckiej opinii. Gdyby więc np. MZ powiedział: „Tak, wiem, że nauczanie Kościoła od wieków potępia seks przedmałżeński, ale ja się z tym nie zgadzam” to można by go bardzo mocno podejrzewać o bycie heretykiem. Ale, gdyby np. MZ pochwalał seks przedmałżeński nie wiedząc, że powszechne i zwyczajne nauczanie Kościoła uznaje je za grzech, to co prawda głosiłby on opinię w swej treści heretycką, jednak sam jeszcze by nie był heretykiem. Oczywiście to tylko hipotetyczny przykład, gdyż zarzuty doktrynalne wobec MZ nie tyczą się tego typu spraw. Chodzi jednak o to, że choć owszem można MZ wytykać niektóre sformułowania, które w swej treści są dwuznaczne, a może nawet jawnie błędne, jednak nie ma poważniejszych przesłanek by twierdzić, że tych dwuznacznym albo i błędnym sformułowaniom padającym z ust MZ towarzyszy wiedza, iż mogą one być sprzeczne z nauczaniem katolickim, a co za tym idzie upór by mimo to głosić je dalej. Co więcej, przykłady dwuznacznych, a może i błędnych wypowiedzi MZ dotyczą raczej kwestii bardziej skomplikowanych teologicznie oraz tych, które nie są na co dzień podnoszone w katechizacji bądź praktyce duszpasterskiej przesz co tym bardziej można domniemywać niezawiniony błąd u osób, które głoszą w tych sprawach jakieś podejrzanej ortodoksji opinie.

    Po drugie: moim zdaniem, złamaniem zasady domniemania dobrej wiary jest zarzucanie czy sugerowanie MZ, iż jego nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny ma charakter czysto zewnętrzny, pokazowy i mający tylko oddalać od niego zarzuty o popadnięcie w protestancką herezję. Czym jest wszak zasada dobrej wiary? To sformułowana przez św. Ignacego Loyolę, a w aprobatywny sposób cytowana przez Katechizm Kościoła Katolickiego sentencja o następującej treści:

    Każdy dobry chrześcijanin winien być bardziej skory do ocalenia wypowiedzi bliźniego niż do jej potępienia. A jeśli nie może jej ocalić, niech spyta go, jak on ją rozumie; a jeśli on rozumie ją źle, niech go poprawi z miłością; a jeśli to nie wystarcza, niech szuka wszelkich środków stosownych do tego, aby on, dobrze ją rozumiejąc, mógł się ocalić (patrz: św. Ignacy Loyola, Ćwiczenia duchowne, 22; zobacz również; Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2478).

    Powyższa sentencja św. Ignacego Loyoli jest poprzedzona uwagę autorów Katechizmu, w której czytamy:

    W celu uniknięcia wydawania pochopnego sądu każdy powinien zatroszczyć się, by – w takiej mierze, w jakiej to możliwe – interpretować w pozytywnym sensie myśli, słowa i czyny swego bliźniego (…) (Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2478).

    Stosując powyższe katolickie nauczanie do MZ powinniśmy więc raczej ufać, iż jego zmiana w podejściu do Maryi jest autentyczna, a nie udawana. Nawet jeśli bowiem przez pewien czas, nabożeństwo do NMP nie było przez MZ akcentowane to ani nie znamy jego stanu umysłu ani też nie dostępne nam żadne jego ustne lub pisemne wypowiedzi, które dowodziłyby, iż zmiana która nastąpiła w jego nauczaniu oraz praktyce miałaby charakter czysto zewnętrzny i w swej istocie oszukańczy oraz uwodzicielski. Może więc zamiast zarzucać MZ oszukańcze i złe intencje po prostu przyjąć domniemanie jego dobrej wiary, a więc, że np. w miarę upływu czasu i być może pod wpływem krytycznych uwag szczerze przemyślał tą kwestię i szczerze doszedł do wniosku, iż wyznawana przez niego wiara katolicka wymaga kładzenia większego akcentu na okazywanie szczególnego szacunku wobec Najświętszej Maryi Panny.

    Po trzecie: niektórzy twierdzą/sugerują, że MZ „jest heretykiem, gdyż modli się z heretykami„. To powiedzenie papieża św. Agatona nie było jednak nawet w „przedsoborowej” doktrynie i praktyce Kościoła pojmowane w absolutny – a więc nie znający żadnych wyjątków – sposób. Owszem, zwyczajną zasadą postępowania było unikanie modlitwy z innowiercami, ale sam fakt takowej modlitwy nie konstytuował jeszcze zadeklarowania, iż osoba czyniąca w ten sposób jest heretykiem. Dopiero dłuższe, regularne uczęszczanie na innowiercze nabożeństwa czyniło w świetle dawnego prawa kanonicznego daną osobę „podejrzaną o herezję”, a więc jeszcze też nie heretyka w sensie ścisłym. Poza tym św. Oficjum w dekrecie z 1949 roku zezwoliło katolikom na pewne formy wspólnej modlitwy z chrześcijanami innych wyznań (chodzi o modlitwę „Ojcze nasz”). Sam zasadniczo zgadzam się z „przedsoborowym”, czyli powiedzmy sceptycznym podejściem do modlitw z innowiercami, a to głównie z powodu dwuznaczności z tego wynikających (nawet wszak wypowiadając te same słowa ich znaczeniu może być różne w ustach katolika oraz protestanta), ale nie byłbym taki szybki do nazywania heretykiem z tego tytułu MZ. Poza tym, należy jeszcze uwzględnić poziom świadomości katolików, którzy modlą się np. z protestantami. Jeśli więc np. posoborowi papieże, wielu dzisiejszych biskupów tak czyni, to tym bardziej można domniemywać, iż MZ czyni to w dobrej wierze, nie zaś w celu kwestionowania katolickiego nauczania.

    Po czwarte: niektórzy sugerują MZ bycie heretykiem ze względu na jego obecność na spotkaniach prowadzonych przez protestantów oraz jego pozytywne wyrażanie się o protestantach. Co więcej MZ ma nawet w pewnych aspektach stawiać katolikom protestantów jako wzór, więc sprawa wydaje się być dla niektórych tym bardziej podejrzana.

    Cóż, co do uczestnictwa w spotkaniach prowadzonych przez protestantów to przynajmniej częściowo odpowiedziałem na ten zarzut w punkcie trzecim. Jeśli chodzi o docenianie pewnych pozytywnych rzeczy u protestantów, a nawet -w pewnym sensie i aspektach stawianie ich za wzór dla katolików – to nie jest to samo w sobie złe ani błędne. To jest po prostu kwestia sprawiedliwego traktowania swych bliźnich oraz intelektualnej uczciwości. Jeśli wczytać się bardziej uważnie w „przedsoborowe” źródła to i tam dostrzeżemy docenianie pozytywów nie tylko wśród protestantów, ale i żydów oraz muzułmanów. Ot, choćby w wydanych w 1909 roku „Naukach katechizmowych ułożonych na podstawie różnych autorów” ich autor ks. Wojciech Andersz z jednej strony utyskuje na zaniedbywanie właściwego sposobu czczenia dnia niedzielnego przez katolików, a z drugiej tak pisze o tym, w jaki sposób swe świąteczne dni traktują protestanci i żydzi:

    Pamiętajcie o tem, że niedziela jest dniem Pańskim, więc poświęćcie ją P. Bogu całkowicie, bo woła na nas (Exod. 35, 2): <<Dzień siódmy świętym wam będzie!>>. Bierzmy sobie pod tym względem za przykład żydów, którzy mimo wrodzonej im chciwości szanują szabaty i pewnie źle na tem nie wychodzą! Bierzcie sobie za przykład Anglików! Naród to najbogatszy, albo też niedzielę usiłują święcić jak najdokładniej (Cytat za: „Nauki katechizmowe ułożone na podstawie różnych autorów”, Tom III, O Przykazaniach, Poznań 1909, s. 430).

    Jak więc widać pochwały, a nawet stawianie za wzór katolikom sposobu postępowania innowierców zyskały swe „przedsoborowe” imprimatur. Ktoś może jednak powie, że tego rodzaju wywody de facto zaprzeczają nauce o tym, iż to w Kościele katolickim jest pełnia Prawdy oraz środków zbawienia? Otóż, niekoniecznie. Ktoś może bowiem mieć do dyspozycji 5 000 zł i lepiej je wykorzystać niż ten kto ma pod ręką 10 tysięcy złotych. To nie będzie znaczyło, że właściciel 5 tysięcy złotych był bogatszy od tego kto miał kwotę dwukrotnie od niego większą.

    Po piąte: to, że w nauczaniu i praktyce MZ mogą znajdować się twierdzenia lub rzeczy błędne nie musi od razu przekreślać całej reszty jego działalności oraz nauczania. Owszem, czasami jeden błąd może być tak silny w swym oddziaływaniu, iż zatruje on resztę pierwotnie zdrowej całości, ale nie zawsze tak jest. Pismo św. z jednej strony oczywiście przestrzega przed „odrobiną zakwasu, która zakwasza całe ciasto” (por: 1 Kor 5, 6), ale z drugiej strony to samo Pismo np. w Apokalipsie św. Jana udziela zasadniczo albo przynajmniej w dużej części pochwały niektórym lokalnym kościołom mimo, że jednocześnie wskazuje na pewne nadużycia w nich występujące (patrz: Ap 2, 12-17; 2, 18-23). Również z praktyki i nauczania Kościoła możemy wysnuć wniosek, iż nie zawsze jeden czy choćby i kilka błędów są wystarczające do tego, by przekreślać całą resztą. Ot, choćby Orygenes i Tertulian są często aprobatywni cytowani przez Ojców, Doktorów i papieży Kościoła mimo, że przecież w ich nauczaniu oraz praktyce duszpasterskiej znajdowały się błędy. To nie oznacza oczywiście, że należy te błędy lekceważyć – przeciwnie należy je wykazywać oraz korygować, ale nie każdy błąd ma tą samą siłę oddziaływania. Należy roztropnie rozeznać pomiędzy błędami, które da się skorygować przy jednoczesnym docenieniu reszty nauczania i praktyki błądzącego, a błędami, które zakażają i czynią śmiertelnie chorym cały organizm. Innymi słowy, trzeba rozróżniać pomiędzy rybą, z której trzeba starannie wyjmować ości, by nie pokaleczyć nimi swego przełyku, a szklanką soku z kroplą lub kroplami trucizny. Niekiedy błąd jest taką ością w rybie, a niekiedy kroplą trucizny.

    Mirosław Salwowski