Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: cudzołóstwo

  1. 20 argumentów na rzecz prawnej karalności niewierności małżeńskiej

    Leave a Comment

    Cudzołóstwo oznacza obcowanie seksualne, w którym przynajmniej jedna ze stron takiej relacji pozostaje w związku z małżeńskim z inną osobą. Takie jest przynajmniej katechizmowe rozumienie tego czynu i nie należy tego mylić z grzechem „nierządu”, czyli obcowania seksualnego, w którym obie strony są osobami wolnymi (z kolei „nierządu” nie należy utożsamiać z prostytucją, która jest czymś jeszcze innym). O ile moralne zło nierządu jest kwestionowane przez większość ludzi należących do naszego kręgu kulturowego, o tyle przeważająca część post-chrześcijańskich społeczeństw nie ma raczej większych trudności z dostrzeżeniem niemoralności cudzołóstwa (czyli niewierności małżeńskiej). Z drugiej jednak strony nawet wśród bardzo konserwatywnie nastawionych katolików czy chrześcijan innych wyznań trudno jest spotkać się z poparciem dla postulatu prawnego zakazu i karalności niewierności małżeńskiej. I nie chodzi tu tylko o stwierdzenie, iż w obecnych okolicznościach kulturowych i historycznych być może roztropne byłoby powstrzymanie się władz cywilnych od kryminalizacji cudzołóstwa. Takie podejście oczywiście dałoby się uzasadnić, gdyż władze cywilne mogą tolerować niektóre z nieprawości w sytuacji, gdy wprowadzenie ich prawnego zakazu mogłyby w danych okolicznościach spowodować większe zło albo utrudniałoby osiągnięcie większego dobra (np. wywołać wojnę domową, ściągnąć na kraj surowe sankcje gospodarcze, itp.). Rzecz jednak w tym, że wielu z konserwatywnych katolików i chrześcijan innych wyznań wydaje się nie dostrzegać zasadności tego postulatu jako takiego. Innymi słowy, nie dostrzegają oni słuszności penalizacji niewierności małżeńskiej nawet wówczas, gdy nie groziłoby to wywołaniem większego zła lub nie utrudniałoby osiągnięcie większego dobra. Poniżej zebrałem więc w jednym miejscu odpowiedź na prawie wszystkie z argumentów, które podnoszone są przeciwko postulatowi prawnego zakazu i karalności niewierności małżeńskiej. Nie twierdzę przy tym, iż w obecnych okolicznościach na pewno w każdym post-chrześcijańskim kraju byłoby rzeczą roztropną kryminalizować cudzołóstwo. Nie mniej jednak utrzymuję, że sam w sobie postulat ów jest słuszny i w bardziej dogodnych warunkach powinno się dążyć do jego realizacji. Zachęcam zatem do uważnej lektury poniższych punktów tego artykułu.

    1. Nie wszystko co w bezpośredni sposób nie narusza wolności drugiej dorosłej osoby powinno być legalne.

    Przykładowo: jazda pod wpływem alkoholu z prędkością 130 km na godzinę na zabudowanym terenie sama w sobie nie narusza wolności innych ludzi, a jednak jest prawnie zakazana. Inny przykład: zażywanie ciężkich narkotyków samo w sobie nie narusza niczyjej wolności, a mimo to jest nielegalne. Podobnie, przechowywanie materiałów wybuchowych we własnym mieszkaniu znajdującym się w bloku także nie stanowi pogwałcenia wolności innych osób, a jednak nie jest to prawnie dozwolone.

    Widzimy więc, że nawet dziś w dobie szczególnego akcentowania na płaszczyźnie prawnej zasady wolności osobistej wciąż uznaje się za nielegalne niektóre z tych zachowań, które co prawda nie są „per se” naruszeniem czyjejś wolności, jednak ze względu na poważne niebezpieczeństwo, jakie z nich wynika dla innych ludzi, są zakazywane przez prawodawców. Podobnie niewierność małżeńska może i sama w sobie nie narusza wolności drugiej dorosłej osoby, ale z pewnością wiąże się z wyrządzaniem ogromu krzywd innym osobom i dlatego powinna być ona kryminalizowana.


    2. Niewierność małżeńska zwykle wiąże się z oszustwem oraz jest złamaniem publicznie danej obietnicy i obopólnie zawartej umowy w bardzo ważnej kwestii.

    Prawo zwykle przewiduje odpowiedzialność karną za łamanie umów zawieranych w innych kwestiach. Dlaczego więc nie miałoby karać za złamanie umowy małżeńskiej? Przecież umowa małżeńska tyczy się bardzo ważnych – tak dla jednostek, jak i całego społeczeństwa – spraw.


    Niewierność małżeńska zazwyczaj wiąże się także z oszukiwaniem swego współmałżonka. Często też polega ona na psychomanipulacji w „dziele” uwodzenia drugiej osoby (np. ukrywaniu swego statusu cywilnego bądź fałszywym lub przeinaczonym przedstawianiu powodów, dla których zdradza się swego współmałżonka). Jeśli prawo przewiduje możliwość karania za np. wprowadzenie w błąd co do istotnych cech danego towaru (dajmy na to poprzez ukrycie jego wad i ułomności), to niby dlaczego miałoby wykluczać odpowiedzialność karną za przynajmniej niektóre z przypadków cudzołóstwa (np. gdy niewierny małżonek okłamywał swą kochankę)?


    3. Niewierność małżeńska wiąże się z oczywistym wyrządzaniem ogromu krzywd innym osobom.

    Czy trzeba mówić, w jak bardzo negatywny sposób cudzołóstwo wpływa tak na zdradzaną osobę, jak i dzieci pochodzące z dotkniętego tym występkiem związku? Bycie zdradzonym w sferze seksualnej jest jednym z najbardziej traumatycznych przeżyć, jakie można sobie wyobrazić, a dzieci w rodzinach, w których pojawiła się zdrada, częściej niż inni małoletni popadają w pijaństwo, rozwiązłość, narkomanię oraz przestępczość. Wedle badań przeprowadzonych w USA prawdopodobieństwo popełnienia samobójstwa jest o 30 proc. wyższe wśród nastolatków, które wychowały się bez ojca. Podobnie 90 proc. dzieci bezdomnych i uciekających z domu, 3/4 nastoletnich narkomanów i 85 proc. młodocianych przestępców (w tym 72 proc. nieletnich morderców i 60 proc. gwałcicieli), wzrastało w rodzinie pozbawionej ojca (Patrz: „Ameryka bez ojców„, „Newsweek”, 10. 03. 2002, s. 82).

    Do tego wszystkiego można jeszcze dodać fakt, iż prowadzący bardzo rozwiązłe życie niewierny mąż lub niewierna żona może relatywnie łatwo zarazić swego współmałżonka wirusem HIV bądź różnymi chorobami wenerycznymi.


    4. W dalszej perspektywie niewierność małżeńska szkodzi całemu społeczeństwu.

    Dzieci, które dorastały w dotkniętych tą nieprawością rodzinach, częściej krzywdzą innych ludzi przez różne patologiczne zachowania.

    Jaskrawym przykładem tego, do jakich konsekwencji prowadzą nierząd i między innymi cudzołóstwo, może być rzeczywistość czarnej społeczności w USA. Wedle danych z początków XXI wieku 69 proc. czarnych dzieci nie pochodziło ze związku małżeńskiego, a 57 proc. nastolatków wychowywanych było przez jednego z rodziców (najczęściej przez matkę). Wówczas to szacowało się też, iż odpowiednio 43 proc. czarnych mężczyzn i 42 proc. kobiet nie żyło nigdy w małżeństwie. Ponad połowa morderstw i 42 proc. innych ciężkich przestępstw było wtedy dokonywanych przez kryminalistów wywodzących się z 13 -procentowej czarnej społeczności. Szacowało się też, iż 28, 5 proc. czarnych chłopców trafi do aresztów i więzień. W dużych miastach 4 na 10 czarnoskórych mężczyzn w wieku od 17 do 35 lat przebywało w więzieniach (Por. Patrick J. Buchanan, „Śmierć Zachodu”, Wrocław 2005, s. 93-95).


    5. Wprowadzenie karalności niewierności małżeńskiej nie musi wiązać się z tworzeniem jakiegoś specjalnego systemu powszechnej inwigilacji społeczeństwa.

    Do dziś wszak takie występki seksualne jak kazirodztwo (również osób dorosłych) oraz zoofilia są prawnie karane, a jednak nie oznacza to instalowania kamer w domach, oborach albo stajniach. Po prostu czasami niewierność małżeńska wychodzi na jaw i wtedy powinna być ona ukarana.


    6. Kryminalizacja cudzołóstwa oczywiście nie zlikwidowałaby tego zjawiska, ale by je ograniczyła.

    Nawet jeśli z pewnych względów wyroki sądowe w sprawach o niewierność małżeńską zapadałyby rzadko, to i tak świadomość ich istnienia w pewien sposób temperowałaby zapędy części osób w tej sferze (na zasadzie „A może mnie tym razem złapią„). Poza tym prawo ma walor wychowawczy i wzmacnia w społeczeństwie potępienie dla kryminalizowanego przezeń zjawiska.

    Innymi słowy: niektórzy ludzie przestaliby to robić ze strachu przed karą. Inne osoby czyniłyby to rzadziej, albo przynajmniej nie chwaliłyby się tym przed innymi po to, by nie zostać ukaranymi. Jeszcze inni, łącząc w swych sercach i rozumach tak moralne i prawne potępienie dla cudzołóstwa, nie weszliby nigdy na drogę tego występku, podczas gdy w warunkach jego legalności mogliby łatwiej ulec jego pokusie. Oczywiście, tak czy inaczej, niektórzy ludzie dopuszczaliby się niewierności małżeńskiej w sposób podobny do tego, jak czyniliby to w warunkach jej legalności. Jednak ogólnie rzecz biorąc, można słusznie domniemywać, iż w sytuacji kryminalizacji cudzołóstwa zmniejszyłaby się częstotliwość jego występowania.


    7. Pan nasz Jezus Chrystus uwalniając cudzołożną niewiastę od ukamienowania (J 8, 1-11) nie pokazał w ten sposób, iż ŻADNA prawna kara nie należy się za ten grzech.

    W najlepszym wypadku co najwyżej zasugerował (choć to też jest bardzo dyskusyjne), że pod rządami Nowego Testamentu winno się unikać karania śmiercią za ten grzech. Jednak to jeszcze by nie znaczyło odrzucenia jakichkolwiek kar prawnych za ów występek (np. chłosty czy przymusowych prac społecznych). Najbardziej zaś oczywistą interpretacją faktu, iż Pan Jezus uwolnił cudzołożną niewiastę od kamieniowania, jest to, że powstrzymał On w ten sposób samosąd dokonywany w wątpliwych intencjach, a ponadto posiadając Boską wiedzę, był świadom, iż w tym konkretnym wypadku rezygnacja z kary śmierci przyniesienie większe dobro.

    8. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie jest postulatem kalwińskim.

    Faktem jest, iż w krajach rządzonych przez kalwinistów cudzołóstwo było prawnie karalne. Ale niby czego to ma dowodzić? A jeśliby w państwach władanych przez kalwinistów zabroniona była też aborcja, to miałoby to oznaczać, że w takim razie prawny zakaz zabijania nienarodzonych dzieci jest postulatem kalwinistycznym? Oczywiście tego rodzaju myślenie jest absurdalne. Za stricte kalwinistyczne należałoby dopiero uznać coś, co nie tylko występowało w naukach tych czy innych kalwinistów, ale co zostało potępione przez Magisterium Kościoła jako błędne, heretyckie lub też pod inną cenzurą teologiczną. Jednak postulat prawnej karalności niewierności małżeńskiej nigdy nie został potępiony przez nauczanie Kościoła (o czym poniżej).

    Ponadto, da się z łatwością wykazać, iż w państwach katolickich na przestrzeni wielu wieków cudzołóstwo oraz inne przejawy rozwiązłości seksualnej były prawnie karane.

    I tak np. król Franków Karol Wielki w 805 roku ogłosił kapitularz, w którym wyraźnie zabronił osobom płci obojga m.in. cudzołóstwa. Syn Karola Wielkiego król Ludwik Pobożny uznał zaś za obowiązujące w swym państwie uchwały synodu w Akwizgranie, wedle których do obowiązków dobrego władcy należy: „powściągania kradzieży i karania cudzołóstw„. Z kolei, jeden z pierwszych władców Polski, król Bolesław Chrobry nakazywał przyłapanych na niewierności małżeńskiej lub rozpuście mężczyzn karać w ten sposób, iż przybijano ich mosznę z jądrami do mostu targowego, a następnie dawano im ostry nóż pozostawiając do wyboru, albo własnoręczne dokonanie kastracji, albo powolną śmierć. W państwie założonym przez krzyżowców na terenach dzisiejszej Palestyny i Izraela obowiązywał z kolei Kodeks karny z Nablus, wedle którego cudzołożnej niewieście groziło obcięcie nosa, zaś mężczyzna, który dopuścił się tego czynu mógł zostać wykastrowany. Z kolei, powstałe w latach 1230-1235 „Zwierciadło Saskie” (będące spisem saskiego prawa zwyczajowego), które w późniejszym okresie zaczęło być przyjmowane jako obowiązujące prawo również w innych niż niemieckie krajach, za cudzołóstwo przewidywało nawet karę śmierci.

    Powyżej, wymieniłem tylko niektóre z przykładów karania niewierności małżeńskiej w państwach katolickich. Przykłady te, celowo tyczą się czasów sprzed powstania kalwinizmu, aby pokazać, iż katoliccy władcy wprowadzający takie sankcje i represje za cudzołóstwo, siłą rzeczy nie mogli inspirować się Janem Kalwinem, bądź jego uczniami, których wszak nie było jeszcze na tym świecie. Oczywiście można by tym prawom zarzucać, iż były zbyt drastyczne (kastracja), ich praktyczne wykonanie nierzadko było stronnicze (podobno częściej karano w tych sprawach kobiety niż mężczyzn) albo, że sami władcy je wprowadzający nie świecili przykładem życia w sferze cnoty czystości (vide: Karol Wielki i jego kilka nałożnic). Nie negując zasadności takich krytycznych uwag, nie sposób jednak zaprzeczyć temu, iż na długo przed powstaniem kalwinizmu w katolickiej świadomości prawno-politycznej żywa była potrzeba prawnej karalności niewierności małżeńskiej.

    9. Postulat prawnej karalności niewierności małżeńskiej należy do autentycznego zwyczajnego Magisterium Kościoła.

    Pius XI w encyklice „Casti connubii” nauczał wszak:

    Lecz, Czcigodni Bracia, w interesie państwa leży zabezpieczenie nie tylko materialnych warunków bytu rodziny i małżeństwa, ale także i tych, które się określa mianem dóbr duchowych: ustanowić mianowicie należy słuszne prawa i wiernie ich przestrzegać, aby stale chroniły  czystą wierność  oraz wzajemne wspieranie się małżonków”.

    W tym samym dokumencie Pius XI do rzędu „hańbiących i podłych pomysłów„, które „szlachetne poczucie , jakie cechuje wstydliwe małżeństwo, a nawet sam zdrowy pęd natury (…) odrzuca z pogardą i potępia” zaliczył między innymi pogląd tych, którzy:

    chcą, aby uznać za nijakie lub znieść wszelkie ustawy karne, jakie państwo wydało dla zachowania wierności małżeńskiej„.

    Powyższe nauczanie Piusa XI nie zostało do tej pory skorygowane lub zmienione przez magisterialne wypowiedzi następnych papieży. Nawet papież Franciszek w swym łagodnym podejściu do cudzołożników żyjących w nowych związkach nie posunął się do negowania zasadności prawnej karalności niewierności małżeńskiej. Owszem wskazywał on na to, że w pewnych okolicznościach wina za ów grzech może być łagodniejsza, ale i to nie oznacza samo w sobie kwestionowania postulatu prawnego zakazu cudzołóstwa. Tytułem analogii: to, że wina za kradzież może być raz większa, a raz mniejsza, nie jest równoznaczne ze stwierdzeniem, iż złodziejstwo z samej swej zasady nie powinno być karane przez władze cywilne.

    Doktryna wyłożona przez Piusa XI jest zatem wciąż elementem obowiązującego katolików w sercu i rozumie nauczania Kościoła. Oczywiście nie jest to samo w sobie dogmatem, ale nie tylko dogmatom katolicy mają być posłuszni.

    10. Brak prawnej karalności niewierności małżeńskiej w obecnym prawodawstwie Watykanu nie jest argumentem na rzecz jej dekryminalizacji.

    Kodeks karny Państwa Kościelnego z 1832 roku przewidywał karę 5 lat galer za niewierność małżeńską. Zawarte w 1929 roku Traktaty Laterańskie wprowadzały zaś zasadę, iż Kodeks karny państwa włoskiego jest jednocześnie prawem karnym państwa watykańskiego. Nie zmieniało to jednak samej zasady prawnej karalności cudzołóstwa na terenie Watykanu, gdyż w samych Włoszech niewierność małżeńska była zakazana do 1969 roku. Od tego czasu zaś wraz ze zniesieniem kryminalizacji cudzołóstwa we Włoszech prawo to zostało też zniesione na terenie Watykanu. Owszem od pewnego czasu Watykan może modyfikować niektóre z przepisów włoskiego Kodeksu karnego na swym terenie, lecz nie czyni tego w stosunku do cudzołóstwa. Katolików obowiązuje w sumieniu jednak posłuszeństwo nauczaniu Kościoła nie zaś taka czy inna prawna praktyka obowiązująca na terenie państwa watykańskiego.

    11. Brak kryminalizacji niewierności małżeńskiej w kodeksach karnych prawie wszystkich post-chrześcijańskich krajów nie jest argumentem na rzecz jej dekryminalizacji.

    Niektóre ze zmian w prawie i ustroju społecznym mogą być dobre, a niektóre mogą być złe. Słuszność danych zmian prawnych powinna być oceniana z perspektywy Pisma świętego, nauczania Kościoła i rozumu, nie można jej jednak oceniać na podstawie samej jej powszechności. To prawda, że obecnie w prawie wszystkich krajach post-chrześcijańskich cudzołóstwo nie jest już prawnie zakazane, ale to nie jest żaden argument na rzecz słuszności tej praktyki. Ostatecznie w większości post-chrześcijańskich państw legalna jest aborcja oraz homo-małżeństwa lub związki partnerskie. Czy to jednak miałoby znaczyć, że w takim razie są to słuszne i sprawiedliwe prawa?

    12. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie jest cechą państw totalitarnych.

    Prawna karalność cudzołóstwa istniała na wiele wieków przed powstaniem państw o charakterze totalitarnym. W istocie zaś rzeczy państwa, które są utożsamiane z totalitaryzmem, a więc te rządzone przez partie komunistyczne, faszystowskie i nazistowskie, w swej większości nie zawierały prawnego zakazu niewierności małżeńskiej. Przykładowo pośród kilkunastu państw w których u władzy byli komuniści tylko dwa z nich – to znaczy Rumunia oraz Korea Północna – przewidywały taką karalność. Z drugiej strony nie-komunistyczne państwa zachodnie w swej znamienitej większości utrzymywały prawny zakaz cudzołóstwa co najmniej do lat 60-tych, 70-tych lub 80-tych XX wieku. Jeśli zaś chodzi o nazistowskie Niemcy, to nie wprowadzały one żadnych specjalnych praw przeciwko cudzołóstwu jako takiemu. Owszem surowo karano tam seks pomiędzy Aryjczykami oraz osobami innej rasy lub pochodzenia żydowskiego, ale jest to przecież zupełnie inna kwestia. W tym prawie nie chodziło o niewierność małżeńską jako taką, ale o błędną zasadą utrzymywania czystości rasowej. Nie należy mieszać tych dwóch spraw.

    13. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie jest próbą narzucania norm o charakterze stricte religijnym.

    Szkodliwość cudzołóstwa owszem jest nauczana przez religię chrześcijańską, jednak jednocześnie jest ona elementem prawa naturalnego, które w łatwy sposób może być rozpoznane przez wszystkich ludzi. Jeśli więc ktoś mówi, iż prawny zakaz niewierności małżeńskiej stanowiłby próbę narzucania niewierzącym zasad o charakterze ściśle religijnym, to podobnie mógłby twierdzić w odniesieniu do zakazów morderstwa, kradzieży czy gwałtów.


    14. Popieranie prawnej karalności niewierności małżeńskiej nie musi wiązać się z popieraniem karania przez władze cywilne jakichkolwiek grzechów.

    Poziom szkodliwości różnych grzechów jest rozmaity. Jedne z nich wyrządzają bliźnim relatywnie niskie szkody, inne wyrządzają im duże szkody. Te z grzechów, które wyrządzają innym ludziom wymierne szkody, powinny być karane przez władze cywilne. Cudzołóstwo zaś z pewnością należy do tych nieprawości, które w wydatny sposób krzywdzą innych ludzi.

    15. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie jest sprzeczna z zasadą wybaczania naszym krzywdzicielom.

    Czy molestowane seksualnie przez swego ojca dziecko powinno mu wybaczyć? Oczywiście, gdyż nakaz wybaczania nie zna żadnych wyjątków. Czy to jednak oznacza, że taki ojciec nie powinien być ukarany przez władze cywilne? Jasne, że nie. To, że pragnie się dobra dla naszych krzywdzicieli (co jest jednym z elementów wybaczenia) nie jest równoznaczne z dawaniem im bezkarności. Przeciwnie, karanie złoczyńców jest wyświadczeniem dobra tak im, jak i całemu społeczeństwu.

    16. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie musi prowadzić do rozbijania rodzin.

    W sytuacji, gdy cudzołóstwo byłoby karane, zwykle jest ono już na tyle jawne, że zdradzany małżonek i tak zazwyczaj wie, że takowy czyn zaistniał. Ewentualne ujawnienie go przed sądem nie stanowiłoby więc wtedy dla zdradzonego jakiegoś nagłego szoku, który mógłby go/ją pobudzić do tym bardziej gorliwego dążenia do zakończenia swego związku. Ponadto, można powiedzieć, że sądowe ukaranie niewierności małżeńskiej mogłoby powściągać chęć zemszczenia się drugiej strony za doznaną krzywdę. Poza obok prawnej karalności cudzołóstwa można by wypracować różne procedury, które pomagałyby małżonkom w pogodzeniu się ze sobą. Trzeba również dodać, iż instytucja rozwodu również powinna zostać zniesiona, a więc na płaszczyźnie prawnej sądowe ukaranie cudzołóstwa po prostu nie kończyłoby dotkniętego nim małżeństwa. Ogólnie zaś rzecz biorąc, nawet jeśli w niektórych wypadkach ukaranie cudzołóstwa przyczyniałoby się do większego skłócenia ze sobą małżonków, to z drugiej strony prawny zakaz cudzołóstwa mógłby skutkować ocaleniem większej ilości małżeństw. Karalność cudzołóstwa może bowiem przyczyniać się do faktycznego ograniczania jego występowania, a co za tym idzie do mniejszej ilości rozbitych rodzin. Takie podejście do tego problemu jest zgodne z tradycyjnie katolicką zasadą podwójnego skutku. Zasada ta pozwala bowiem na podejmowanie pewnych dobrych moralnie działań, co do których przewiduje się jednak wystąpienie pewnych negatywnych skutków ubocznych. Przykładowo: zakaz aborcji jest słuszny i dobry, chociaż jednym ze skutków ubocznych może być tu większa ilość zgonów kobiet wynikających z zabijania nienarodzonych dzieci w warunkach mniej higienicznych, niż działoby się to w okolicznościach, gdy owa zbrodnia byłaby legalna. Summa summarum jednak więcej istot ludzkich zostanie w wyniku takiego prawa uratowanych.


    17. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie musi uderzać przede wszystkim w kobiety.

    Wedle różnych badań to mężczyźni częściej niż kobiety dopuszczają się cudzołóstwa, a więc to właśnie osoby płci męskiej winny być częściej karane za ów występek. Prawny zakaz cudzołóstwa oczywiście powinien tyczyć się w równym stopniu tak mężczyzn, jak i kobiet, a nie jak to czasami w historii bywało tylko kobiet. Gdyby miało okazać się, że i tak w praktyce częściej za ów grzech karano by kobiety, to nie byłaby to wina takiego prawa jako takiego, ale konkretnych ludzi, którzy by je stronniczo realizowali. W takich wypadkach należałoby pracować nad poprawą świadomości osób odpowiedzialnych za wdrażanie prawnej karalności cudzołóstwa oraz udoskonalać różne procedury z tym związane.

    18. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie musi oznaczać wsadzania ludzi do więzień.

    Kara więzienia nie jest jedyną wyobrażalną sankcją prawną. Czy nie istnieje wszak coś takiego jak np. przymusowe prace społeczne? W istocie rzeczy nie powinno się zbyt prędko wsadzać ludzi do więzień, gdyż takowe miejsca sprzyjają głębszej deprawacji ludzi tam osadzonych. Prace społeczne są karami mniej skomplikowanymi do wdrożenia oraz bardziej wychowawczymi. I właśnie takie sankcje powinny być preferowane względem cudzołożników i cudzołożnic.

    19. Prawna karalność niewierności małżeńskiej nie oznacza „przymuszania ludzi do miłości”.

    Oczywiście nie da się przymusić ludzi do miłości, jednak jeśli ktoś powstrzymuje się od takiego czy innego zewnętrznego grzechu jedynie z obawy przed karą doczesną to: a) co prawda nie zasługuje w ten sposób na zbawienie; b) ale przynajmniej w mniejszym rozmiarze krzywdzi swych bliźnich; c) zyskuje sobie mniej srogie potępienie w piekle; d) strach przed karami doczesnymi może go w końcu pobudzić do prawdziwej skruchy (jak uczył o tym choćby św. Augustyn). Tytułem analogii: jeśli złodziej przestanie kraść tylko z obawy przed karami doczesnymi, to i tak dobrze się stanie w tym sensie, że jakaś liczba ludzi nie zostanie już przez niego okradziona.

    20. Jest bardzo dyskusyjne twierdzenie, iż obecnie obowiązujące w Polsce prawo karze niewierność małżeńską.

    Art. 23 zd. 2 polskiego Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego co najwyżej poleca zachowywanie wierności małżeńskiej, ale bez wyznaczania żadnych kar za jej złamanie. Owszem, w wyniku procesów rozwodowych niewierni małżonkowie mogą być de facto w jakiś tam sposób ukarani (wyższymi alimentami), ale jest to rozwiązanie zarówno wadliwe, jak i mocno niepełne, gdyż:
    a) Nie powinno być w prawie instytucji rozwodu.
    b) Formalnie rzecz biorąc, sąd nie daje wyższych alimentów konkretnie za cudzołóstwo.
    c). Co najwyżej tylko jedna strona cudzołóstwa jest wtedy karana. Brak jest kar za ów występek dla drugiej strony (czyli np. tego kto do owej nieprawości zachęcał, namawiał).
    d). Wciąż nie ma kary dla tych, którzy cudzołóstwo pochwalają, propagują, ułatwiają jego zaistnienie – a to na pewnej płaszczyźnie jest jeszcze gorsze niż samo popełnienie cudzołóstwa jako takiego.

    Mirosław Salwowski

  2. Czy nauka Piusa XI o prawnej karalności cudzołóstwa jest wciąż obowiązująca?

    Leave a Comment

    Jak wiemy sprawujący swój pontyfikat w latach 1922 – 1939 papież Pius XI w wydanej przez siebie encyklice „Casti connubii” w sposób jasny i zdecydowany nauczał, iż władze cywilne powinny zakazywać oraz karać występek niewierności małżeńskiej. W dokumencie tym pisał wszak:

    Lecz, Czcigodni Bracia, w interesie państwa leży zabezpieczenie nie tylko materialnych warunków bytu rodziny i małżeństwa, ale także i tych, które się określa mianem dóbr duchowych: ustanowić mianowicie należy słuszne prawa i wiernie ich przestrzegać, aby stale chroniły  czystą wierność  oraz wzajemne wspieranie się małżonków” (podkreślenie moje – MS).

    W tej samej encyklice Pius XI do rzędu „hańbiących i podłych pomysłów„, które „szlachetne poczucie, jakie cechuje wstydliwe małżeństwo, a nawet sam zdrowy pęd natury (…)odrzuca z pogardą i potępia” zaliczył między innymi pogląd tych, którzy:

    chcą, aby uznać za nijakie lub znieść wszelkie ustawy karne, jakie państwo wydało dla zachowania wierności małżeńskiej„.

    Powyższe wypowiedzi Piusa XI należą oczywiście przynajmniej do tzw. autentycznego oraz zwyczajnego nauczania Kościoła, gdyż mają one charakter tak urzędowy, jak i publiczny (to znaczy zostały ujęte w encyklice papieskiej) oraz tyczą się moralności (czyli dokładniej rzecz ujmując moralnych powinności osób sprawujących rządy). Dodatkowo, stwierdzenia tego papieża miały charakter zdecydowany i stanowczy, nie mieszcząc się w kategorii jakichś luźnych spekulacji czy hipotetycznych rozważań. Poza tym – co jeszcze raz podkreślam – były to wypowiedzi na temat moralności (czyli tego jak należy postępować), a nie historii (np. w którym roku wybuchła II wojna światowa albo ile było ofiar Holocaustu) lub socjologii (np. stwierdzenia odnośnie do tego, który naród w historii był bardziej religijny).

    Normalnym zatem wnioskiem, jaki katolicy winni wyciągnąć z powyższego, wydaje się konstatacja, że choć co prawda wskazane wyżej nauczanie Piusa XI nie należy do orzeczeń o charakterze dogmatycznym (czyli samych w sobie nieomylnych), to jednak jako część autentycznego i zwyczajnego nauczania Kościoła powinno być przyjmowany przez katolików z posłuszeństwem serca oraz rozumu. Nie wszyscy jednak katolicy tak rozumują, czego przykładem jest choćby internetowa rozmowa, jaką w ostatnich dniach odbyłem na profilu jednego z katolickich duchownych. Ksiądz ów w dyskusji ze mną utrzymywał, iż skoro „aktualna” (w znaczeniu „soborowa” oraz „posoborowa”) doktryna Kościoła nie powtarza już nauczania Piusa XI o potrzebie prawnej karalności cudzołóstwa, to oznacza właśnie, że rzeczone nauczanie już katolików nie obowiązuje. Czy należy więc zgodzić się z tym rozumowaniem?

    Milczenie nie zawsze oznacza negację

    Zacznijmy od tego, iż owszem (poza jednym wyjątkiem o którym więcej poniżej) „soborowe” (czyli Vaticanum II) oraz „posoborowe” Magisterium Kościoła nie powtarza nauczania Piusa XI na temat potrzeby prawnej karalności cudzołóstwa, to jednak nie formułuje też ono tezy przeciwnej do tejże doktryny. Innymi słowy, aktualne Magisterium Kościoła po prostu nie wypowiada się na temat tego, czy cudzołóstwo powinno być prawnie karalne, ale nie mówi też czegoś przeciwnego temu, co na ów temat uczył Pius XI. Nie ma więc we współczesnym oficjalnym nauczaniu Kościoła ani postulatu: „Niewierność małżeńska powinna być przez władze cywilne karalna” ani także tezy przeciwnej, czyli :”Niewierność małżeńska nie powinna być przez władze cywilne karalna„. Nawet więc, gdyby uznać, że istotnie nauczanie Piusa XI już nie obowiązuje katolików, to z całą pewnością nie można by przejść od tego do konstatacji, że w takim razie ci katolicy, którzy współcześnie popierają prawną karalność cudzołóstwa polemizują, albo okazują w ten sposób jakieś nieposłuszeństwo aktualnemu Magisterium Kościoła. W takim bowiem wypadku milczenie nauczania Kościoła na ów temat oznaczałoby po prostu, iż katolicy mają swobodę opinii na temat tego, czy władze cywilne powinny, czy nie powinny karać występek niewierności małżeńskiej.

    Przejdźmy jednak do najbardziej istotnego wątku tego artykułu. Spróbujmy bowiem odpowiedzieć na pytanie, czy fakt prawie całkowitego milczenia soborowego i posoborowego Magisterium Kościoła w kwestii prawnej karalności cudzołóstwa oznacza, iż wcześniejsze nauczanie Piusa XI na ten temat już katolików nie obowiązuje? Otóż mam spore wątpliwości, czy aby na pewno można wysunąć taką tezę.

    Po pierwsze bowiem: można by zapytać, przez ile lat Kościół nie powinien wypowiadać się na dany temat, by uznać, że dawniejsze nauczanie już nie jest dla katolików wiążące? Czy to ma być 10, 20, 50, a może 100 lub 200 lat? Czy jeśliby np. przez ostatnich 15 lat nie wyszedł z Watykanu żaden dokument podtrzymujący tradycyjne nauczanie o tym, iż prawo państwowe winno zakazywać i karać zbrodnię aborcji oznaczałoby to w takim razie, że katolicy mogą już popierać prawną legalizację zabijania nienarodzonych dzieci? A co w przypadku, jeśliby takie urzędowe milczenie Kościoła na ów temat trwało nie 15, ale dajmy na to 50 albo i 100 lat?

    Między innymi z tego powodu, uważam za bezpieczniejsze przyjmowanie założenia, że jeśli nawet samo w sobie nie-nieomylne nauczanie Kościoła nie jest powtarzane przez jakiś czas, ale jednocześnie aktualne Magisterium nie przeszło do głoszenia jakiejś przeciwnej temu wcześniejszemu nauczaniu tezy, to należy zakładać, że takie wcześniejsze nauczanie nadal jest obowiązujące. Oczywiście, zastrzegam, iż powyższe rozważania dotyczą możliwości zaprzeczenia tylko tzw. autentycznemu zwyczajnemu Magisterium, które samo w sobie nie jest nieomylne. Nie tyczą się jednak one ani uroczystego ani tzw. powszechnego (a nie tylko autentycznego) i zwyczajnego nauczania Kościoła, któremu to nauczaniu nie ma prawa zaprzeczać żaden papież ani sobór. Te dwa rodzaje nauczania katolickiego cieszą się bowiem wolnością od błędu i omyłki, a następni papieże lub sobory mogą je tylko precyzować i rozwijać, jeśli chodzi o rozumienie różnych szczegółów w nim zawartych. Przykładowo, żaden papież nie mógłby w prawowity sposób zobowiązać katolików w sumieniu do przyjęcia twierdzenia, iż picie alkoholu nawet czynione w bardzo ostrożny i umiarkowany sposób jest zawsze moralnie niedopuszczalne, gdyż przeczyłoby to powszechnemu i zwyczajnemu nauczaniu Kościoła na ten temat. Wyobrażam sobie jednak sytuację polegającą jednak na tym, że któryś z następnych papieży stwierdziłby, iż, dajmy na to, konkretnie wódka jako napój alkoholowy jest zbyt mocno upajająca i w związku z tym jej spożywanie jest zawsze moralnie niedozwolone. Nie odebrałbym też jako przeczenia tradycyjnemu nauczaniu na temat dopuszczalności umiarkowanego picia alkoholu, gdyby ten lub inny Biskup Rzymu w odniesieniu do konkretnego narodu, w którym bardzo silne byłyby tradycje pijaństwa i nadużywania trunków wzywał całą tamtejszą społeczność do całkowitego wyrzeczenia się spożywania napojów alkoholowych.

    Po drugie: jeśli przyjmiemy założenie, że milczenie tego czy innego aktualnego dokumentu kościelnego na dany temat oznacza, iż wcześniejsze nauczanie już nie obowiązuje, to możemy dojść czasami do bardzo dziwnych wniosków. Przykładowo, Katechizm Kościoła Katolickiego z 1992 roku słusznie potępiając grzech obmowy (tamże, n. 2477 i 2479) nie powtarza przy tym tradycyjnego nauczania moralistów katolickich o tym, jak powinien się zachować człowiek, który słyszy obmowę (czyli, że winien wówczas albo polecić obmówcy zamilknięcie, albo też wyrazić swe niezadowolenie z tego tytułu w inny sposób). Czy to jednak oznacza, że to nauczanie katolickie nie jest już obowiązujące?

    Owszem, różne dokumenty kościelne mogą w miarę dokładny sposób przedstawiać wykładnię Magisterium na wiele tematów, ale to nie znaczy, że czynią to one w sposób absolutny. Innymi słowy, nie można oczekiwać od dokumentów Magisterium – choćby i miały one kilkaset stron – iż przedstawią dokładnie całą naukę Kościoła na absolutnie każdy temat. To jest zupełnie nierealistyczne i niepraktyczne podejście do tematu.

    Po trzecie: tak naprawdę nie jestem pewien, czy w „soborowym” i „posoborowym” Magisterium Kościoła w żadnym miejscu nie powtarza się nauczania Piusa XI na temat potrzeby prawnej karalności niewierności małżeńskiej. O ile bowiem np. Katechizm Kościoła Katolickiego z 1992 roku odnosząc się do obowiązków władz cywilnych w sferze moralności seksualnej, wspomina jedynie o tym, że takowe winny zabraniać produkcji i rozpowszechniania pornografii (patrz: n. 2354), o tyle już ogłoszone przez Benedykta XVI w 2005 roku Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego wydaje się tę kwestię traktować szerzej w punkcie numer 494, nauczając co następuje:

    Władze cywilne, ponieważ są zobowiązane szanować godność osoby ludzkiej, powinny stwarzać środowisko przyjazne dla czystości, zakazując także stosownymi prawami, rozprzestrzeniania się wyżej wspomnianych ciężkich wykroczeń przeciwko czystości, aby chronić przede wszystkim małoletnich i bardziej słabych” (podkreślenie moje – MS).

    Ów zapis jest zaś nawiązaniem do punktu 492, gdzie do ciężkich wykroczeń przeciwko cnocie czystości zostało zaliczone między innymi cudzołóstwo, czyli niewierność małżeńska.

    Oczywiście, nie chcę przez powyższe powiedzieć, że w takim razie papież Benedykt XVI w sposób jasny i jednoznaczny powtórzył w ten sposób nauczanie Piusa XI. Ciągle bowiem można zastanawiać się, co przez „rozprzestrzenianie ciężkich wykroczeń przeciw czystości” należy tu rozumieć? Czy wystarczy już tu tylko w prywatnym zaciszu namawiać kogoś do cudzołóstwa (wszak i w ten sposób ów występek się rozprzestrzenia)? Czy może chodzi o działania o bardziej zorganizowanym charakterze (np. działalność portali randkowych ułatwiających niewierność małżeńską lub też upowszechnianie pism, filmów i innego rodzaju wydawnictw usprawiedliwiających cudzołożenie)? Tak czy inaczej, stwierdzenie Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego na ten temat jest jednak w pewien sposób bliższe nauczaniu Piusa XI, osłabiając tezę, jakoby aktualne Magisterium Kościoła już w żaden, ale to żaden sposób nie wypowiadało się w tej kwestii.

    Podsumowanie

    Biorąc więc pod uwagę wszystkie powyższe rozważania, uważam za bardzo wątpliwą tezę, jakoby domniemany brak powtórzenia przez aktualne Magisterium Kościoła nauczania papieża Piusa XI o tym, że niewierność małżeńska powinna być prawnie karalna, oznaczał, że w takim razie owa doktryna przestała być częścią obowiązującego katolików w sumieniu nauczania. A już jako skrajnie niesprawiedliwe oceniam sugestie, jakoby podtrzymywanie słuszności tego postulatu było wyrazem polemiki czy nieposłuszeństwa wobec „soborowego” i „posoborowego” nauczania Kościoła.

    Mirosław Salwowski

  3. Św. Tomasz z Akwinu: Czy wolno mężowi zabić żonę przyłapaną na akcie cudzołóstwa?

    Leave a Comment

    Postawienie problemu. Wydaje się, że wolno, bo:

    1.         Prawo Boże nakazywało kamienować kobietę przychwyconą na cudzołóstwie (Pwt 22, 24; Kpł 20,10). Kto zań wykonuje prawo Boże, ten nie grzeszy. A więc kto zabija własną żoną jeśli jest cudzołożnicą, nie grzeszy.

    2.         To, co jest dozwolone przez prawo, jest dozwolone także temu, komu zlecono wykonanie tego prawa. Otóż prawo pozwala na zabicie cudzołożnicy, podobnie jak każdej innej osoby winnej kary śmierci. Skoro więc prawo zleciło mężowi zabicie żony, przyłapanej na popełnianiu cudzołóstwa, wydaje się, że wolno mu ją zabić.

    3.         Mąż ma większą władzę nad żoną, która popełniła cudzołóstwo, niż nad mężczyzną, który popełnił je wraz z nią. Otóż jeśli mąż uderzy duchownego, którego przyłapał przy swej żonie, nie podlega klątwie. A więc wydaje się, że może zabić swą żonę, jeśli ją przychwyci na cudzołóstwie.

    4.         Mąż winien karcić swą żonę. Karcenie zaś dokonuje się przez wymierzanie słusznej kary. Skoro zaś śmierć jest słuszną karą za cudzołóstwo, które jest uznane za przestępstwo karane śmiercią, wobec tego wydaje się, że mężowi wolno zabić żonę, która popełniła cudzołóstwo.

    Ale z drugiej strony Sentencje powiadają, że „Kościół Boży, nie mając obowiązku przystosowywać się do praw świeckich, ma tylko duchowy miecz”. Wydaje się więc, że kto chce być członkiem Kościoła, nie może korzystać z prawa, które pozwala na żonobójstwo. Zresztą mąż i żona mają równe prawa. Otóż żonie nie wolno zabić męża przychwyconego na cudzołóstwie. A więc także mężowi nie wolno zabić żony.

    Odpowiedź. W dwojaki sposób zdarza się, że mąż zabija żonę: oddając sprawę do sądu, lub osobiście. Nie ulega wątpliwości, że mąż kierując się gorliwym pragnieniem sprawiedliwości, a nie uczuciem zemsty lub nienawiści, może bez grzechu oskarżyć w sądzie żonę, która popełniła cudzołóstwo o to przestępstwo, i żądać kary śmierci, ustanowionej przez prawo, podobnie jak wolno oskarżyć o zabójstwo lub o inne przestępstwo tego, kto je popełnił. Ale takiego oskarżenia nie powinno się czynić przed sądem kościelnym, gdyż ,,Kościół nie ma miecza materialnego”, jak mówi Piotr Lombard.

    Natomiast nie wolno mężowi zabijać osobiście żony, której nie udowodniono winy w sądzie. Ani prawo cywilne, ani prawo sumienia nie pozwala mężowi zabić żony poza momentem przyłapania jej na gorącym uczynku cudzołóstwa, choćby wiedział, że ona je popełniła. Ale prawo cywilne jakby uznawało za dozwolone zabicie żony w chwili, gdy mąż ją przyłapie na akcie cudzołóstwa — w tym znaczeniu, że nie przewiduje za ten czyn kary należnej za morderstwo, a nie w tym znaczeniu, jakoby nakazywało mężowi zabić żonę; bierze bowiem pod uwagę jego wzburzenie w owej chwili, popychające go do zabójstwa żony. Ale Kościół nie jest związany prawami ludzkimi. Nie ma więc obowiązku uznać tego, co sąd świecki puszcza bezkarnie, za wolne od winy zasługującej na karę wieczną lub kary, które ma wymierzyć sąd kościelny. A więc w żadnym wypadku nie wolno mężowi zabić żony na podstawie własnej władzy.

    Rozwiązanie trudności:

    1. Prawo porucza wymierzenie tej kary nie osobom prywatnym, ale wyznaczonym urzędowo do tego rodzaju spraw. Mąż zaś nie jest sędzią żony. Dlatego nie wolno mu jej zabijać, choć wolno mu oskarżyć ją przed sędzią.

    2.         Prawo cywilne nie poruczyło mężowi zabicia żony, nie dało mu takiego nakazu. Gdyby otrzymał taki nakaz, nie zgrzeszyłby wykonując wyrok, podobnie jak kat, będący sługą sprawiedliwości, gdy zabija złoczyńcę, skazanego przez sąd na karę śmierci. Prawo to przyzwala na to zabicie w tym znaczeniu, że nie ustanowiło kary za nie, owszem podało pewne utrudniające warunki by powstrzymać męża od żonobójstwa.

    3.         Ten przykład nie dowodzi, że ów czyn jest zasadniczo dozwolony, ale tylko że nie ustanowiono kary za ów czyn, gdyż klątwa jest także karą.

    4.         Wspólnota może być dwojaka: domowa, utworzona z rodziny, oraz polityczna, jak państwo, królestwo, księstwo itp Otóż naczelnik społeczności politycznej, np. król lub sędzia, może wymierzać kary zarówno takie, które maja na celu poprawienie sprawcy jakiegoś przestępstwa, jak i takie, które zmierzają do usunięcia jakiegoś osobnika dla oczyszczenia jakiegoś społeczeństwa. Natomiast ten, kto stoi na czele pierwszej społeczności, a więc rodziny, np. ojciec, może wymierzać tylko kary, mające na celu poprawienie winowajcy, a nie rozciągające się dalej. Kara śmierci zaś przekracza te uprawnienia. Dlatego mąż, choć jest „głową żony” nie ma prawa jej zabić, choć może ukarać ją w inny sposób.

  4. Kara śmierci dla cudzołożnych i zboczonych księży

    Leave a Comment

    Kiedy został upowszechniony jeden z mych tekstów na temat słuszności prawnej karalności niewierności małżeńskiej wiele osób błędnie interpretowało go, jako popieranie przeze mnie powszechnego karania śmiercią za ów występek. Tymczasem nie raz tłumaczyłem, iż choć nie mogę absolutnie wykluczyć zasadności nawet tak surowej sankcji, to ogólnie rzecz biorąc uważam, że powinno się stosować łagodniejsze kary za ową nieprawość (np. chłostę lub prace społeczne). Swe stanowisko w tej sprawie szerzej wyjaśniałem w poniższym artykule: https://salwowski.net/2017/03/16/czy-jestem-zwolennikiem-kary-smierci-za-cudzolostwo/

     

    O ile więc, ogólnie rzecz biorąc nie wykluczam, to jednak nie preferuję też karania śmiercią za cudzołóstwo (czyli niewierność małżeńską). Można jednak powiedzieć, iż w przypadku nielicznych przypadków tym podobnych czynów opowiadałbym się za stosowaniem tej kary. Jedną z takich okoliczności stanowią przypadki tych osób duchownych (księży i zakonników), którzy wielokrotnie dopuszczali się uwodzenia cudzych żon, homoseksualizmu bądź wykorzystywania seksualnego osób nieletnich. W takich wypadkach karę śmierci traktowałbym nie tylko jako jedną z możliwych opcji, ale nawet preferowałbym ją. Seksualne nieprawości w wykonaniu osób duchownych są bowiem obiektywie jeszcze cięższym złem niż podobne zachowania popełniane przez osoby świeckie. Ksiądz lub zakonnik powinien wszak mieć jeszcze większą świadomość obrzydliwości takich czynów aniżeli członkowie laikatu. Poza tym, osoby duchowne pełnią zawód tzw. zaufania społecznego, a co za tym idzie zgorszenie przez nie wywoływane jest o wiele bardziej niszczące w skutkach niż analogiczne zgorszenie w wykonaniu osób świeckich. A przecież jak wiemy nasz Pan Jezus Chrystus mówił o gorszycielach:

    Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza. Biada światu z powodu zgorszeń! Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie (Mt 18, 6-7).

    Warto w tym miejscu też przypomnieć, iż papież św. Pius V nakazał w stosunku do księży winnych uczynków seksualnych przeciwnych naturze (a więc m.in. sodomii) wydawanie ich w ręce władz cywilnych by te wymierzyły im przewidzianą przez prawo karę (a taką w przypadku owych nieprawości była wówczas zazwyczaj kara śmierci).

     

    Myślę więc, że pomysł karania śmiercią księży i zakonników notorycznie (w rozumieniu: kilkukrotnie) dopuszczających się aktów homoseksualizmu, uwodzenia cudzych żon oraz molestowania seksualnego osób nieletnich naprawdę nie powinien wywoływać większych kontrowersji. Można by się jeszcze spytać, a co w wypadku, gdy osoby duchowne odpowiedzialne za takie grzechy nie doczekały się za swego ziemskiego życia sprawiedliwego osądzenia swych niecnych postępków, ale te obrzydliwości zostały szerzej nagłośnione po ich śmierci? Sądzę, iż należałoby wtedy dokonać symbolicznego ukarania ich po śmierci i wzorem pobożnego króla Jozjasza wykopać kości takich osób i je spalić (vide: 2 Krl 23, 20). Ktoś może w tym wypadku zaprotestować, że przecież jednym z uczynków miłosiernych wobec ciała jest „zmarłych pogrzebać„. To prawda, jednak nie jest to zasada absolutna, a więc nie znająca żadnych wyjątków. Jest moralnie dozwolone w imię większego dobra np. dokonywać sekcji zwłok, mimo, że w pewien sposób narusza to powyższą regułę. Podobnie uważam, że przywołany wyżej biblijny przykład króla Jozjasza uzasadnia nakreślony przeze mnie sposób potraktowania zwłok pewnych nieukaranych za życia złoczyńców. Jozjasz jest bowiem ukazany na kartach Pisma św. jako król dobry, bogobojny i sprawiedliwy, a jego czyn wykopania i spalenia kości zmarłych wcześniej ludzi nie został w żadnym miejscu Biblii napiętnowany czy zganiony.

    Na sam koniec dodam i sprecyzuję, iż oczywiście nie nawołuję w tym artykule do samosądów oraz innych przestępstw (zabijania cudzołożnych i zboczonych księży lub samowolnego bezczeszczenia ich zwłok). Po prostu uważam, że władze cywilne powinny ustanawiać prawa, które w ten sposób represjonowałyby takie grzechy. Co niech da nam Bóg wszechmogący w Trójcy Jedyny oraz Pan nasz i Zbawca Jezus Chrystus, któremu niech będzie cześć, chwała i uwielbienie na wieki wieków Amen.

  5. Czy legalizacja kazirodztwa byłaby większym złem niż legalizacja cudzołóstwa?

    Leave a Comment

    W pewnym czasie, mass media w Polsce, poświęciły względnie dużo uwagi pomysłom legalizacji kazirodztwa (dokonywanego dobrowolnie pomiędzy dorosłymi ludźmi). Stało się to za sprawą dwóch wydarzeń. Najpierw dotarła do nas informacja, iż Niemiecka Rada Etyki wyraziła poparcie dla postulatu zniesienia karalności stosunków seksualnych dokonywanych pomiędzy przyrodnim rodzeństwem, które dorastało osobno i poznało się dopiero w dorosłym życiu. W Polsce, tę ideę, w swoisty sposób podchwycił, związany wówczas z „Twoim Ruchem” prof. Jan Hartman, który wezwał do rozpoczęcia dyskusji nad ideą legalizacji dobrowolnie czynionego kazirodztwa (zastrzegając przy tym, iż nie oznacza to, że sam jest zwolennikiem tego postulatu). Informacje te spotkały się ze słusznym, niemal powszechnym oburzeniem (od wypowiedzi prof. Hartmana odciął się nawet „Twój Ruch”). Warto jednak sobie zadać pytanie, czy legalizacja czynionego dobrowolnie i pomiędzy dorosłymi osobami, kazirodztwa nie jest po prostu kolejnym logicznym wnioskiem płynącym z ideałów i praktyki rewolucji seksualnej? Czyż bowiem, nie pod identycznymi hasłami i założeniami, legalizowano w sferze prawa oraz usprawiedliwiano w zakresie moralności, takie występki jak: cudzołóstwo, nierząd, prostytucja, pornografia i homoseksualizm?
    Przyjrzyjmy się idei legalizacji kazirodztwa na tle czegoś co dokonało się w naszym kręgu kulturowym w przeciągu ostatnich 30 – 100 lat, a mianowicie zniesienia prawnej karalności zdrady małżeńskiej (czyli cudzołóstwa). Dziś powszechnie uważa się, że czynienie z cudzołóstwa czegoś nielegalnego i karalnego jest niedorzecznością, a nawet przejawem totalitarnych zapędów państwa, które tak by postępowało. Czy jednak, chcąc być konsekwentnymi i logicznymi, możemy domagać się utrzymania przestępczego charakteru dobrowolnych relacji seksualnych pomiędzy dorosłymi, a blisko spokrewnionymi ze sobą osobami, a jednocześnie oburzać się na ideę delegalizacji cudzołóstwa? Poniżej, wykażę, iż wszystkie z argumentów podnoszonych „za” i „przeciw” legalizacji kazirodztwa mogą być z powodzeniem zastosowane do kwestii legalności cudzołóstwa.

    1. „Zakazywanie kazirodztwa jest zbyt daleko posuniętą ingerencją państwa w prywatność obywateli. Jeśli dwoje dorosłych ludzi godzi się na coś takiego, to władze cywilne nie powinny za pomocą przymusu narzucać im swojej wizji moralności”.

    Czy czegoś podobnego nie można powiedzieć o cudzołóstwie? Wszak, tak w wypadku dobrowolnego kazirodztwa, jak i cudzołóstwa, ich nielegalność oznacza ingerencję państwa w prywatne, dobrowolne relacje seksualne odbywające się pomiędzy chcącymi tego dorosłymi ludźmi. „Państwo nie ma prawa wtrącać się w to, co w swych łóżkach robią dorośli ludzie” – brzmi znany liberalny slogan. OK, jeśli jest on prawidłowy w stosunku co cudzołóstwa, to nie ma logicznych powodów, by nie zastosować go do dobrowolnych relacji seksualnych dokonywanych pomiędzy dorosłymi, blisko ze sobą spokrewnionymi ludźmi (np. bratem i siostrą, ojcem i synem, etc.).

     

    2. „Prawne zakazywanie dobrowolnego kazirodztwa jest uzasadnione dobrem ewentualnego potomstwa, które rodząc się w takich związkach byłoby narażone na poważne choroby i wady genetyczne „.

    Trudno zaprzeczyć temu, iż powyższy argument jest ważną przesłanką za utrzymywaniem nielegalności kazirodztwa. Ale, czy nierząd (czyli seks przedmałżeński)  i cudzołóstwo także nie zagrażają zdrowiu, a nawet życiu spłodzonych z nich dzieci? Oczywiście, że tak. Nawet, jeśli chodzi o zdrowie fizyczne, to przecież niektóre z chorób wenerycznych mogą przenosić się na dzieci (np. chlamydia, AIDS). Nie wspominając już o milionach nienarodzonych dzieci mordowanych dlatego, że są owocem przedmałżeńskiej „wpadki” lub pozamałżeńskiego romansu. A co powiedzieć o rozlicznych niebezpieczeństwach dla zdrowia emocjonalnego, psychicznego i duchowego, jakie dla niewinnych dzieci, niosą grzechy nierządu i cudzołóstwa? Nie wiem, czy ktokolwiek ośmieliłby się twierdzić, że wychowywanie się w sierocińcu lub domu bez ojca, ewentualnie w rodzinie słabej i ciągle trapionej napięciami wynikłymi m.in. z niewierności ojca lub matki, może być korzystne dla rozwoju dziecka? A przecież im więcej jest nierządu i cudzołóstwa, tym więcej też będzie dzieci zabijanych (przed lub po narodzeniu), opuszczonych, dorastających w rozbitych domach, etc.

    Wedle badań przeprowadzonych w USA prawdopodobieństwo popełnienia samobójstwa jest o 30 proc. wyższe wśród nastolatków, które wychowały się bez ojca. Podobnie 90 proc. dzieci bezdomnych i uciekających z domu, 3/4 nastoletnich narkomanów i 85 proc. młodocianych przestępców (w tym 72 proc. nieletnich morderców i 60 proc. gwałcicieli), wzrastało w rodzinie pozbawionej ojca. Z grzechami nierządu i cudzołóstwa połączona jest też niemała liczba morderstw, pobić, samobójstw (dokonywanych np. przez zazdrosnych mężów, konkubentów, kochanków, etc). Jaskrawym przykładem tego, do jakich konsekwencji prowadzą nierząd i cudzołóstwo, może być rzeczywistość czarnej społeczności w USA. Wedle danych z początku obecnego stulecia, 69 proc. czarnych dzieci nie pochodzi ze związku małżeńskiego, a 57 proc. nastolatków wychowywanych jest przez jednego z rodziców (najczęściej przez matkę). Szacowano wówczas, iż odpowiednio 43 proc. czarnych mężczyzn i 42 proc. kobiet nie żyło nigdy w małżeństwie. Ponad połowa morderstw i 42 proc. innych ciężkich przestępstw było wtedy dokonywanych przez kryminalistów wywodzących się z 13 – procentowej czarnej społeczności. Ocenia się, iż 28, 5 proc. czarnych chłopców trafi do aresztów i więzień. W dużych miastach 4 na 10 czarnoskórych mężczyzn w wieku od 17 do 35 lat przebywa w więzieniach.

    Wniosek jest więc prosty i jasny: jeśli ze względu na dobro dzieci utrzymuje się nielegalność i karalność także dobrowolnych związków kazirodczych, to z tego samego powodu przestępstwem powinna być zdrada małżeńska oraz seks przedmałżeński.

    3. „Cudzołóstwo jest bardzo trudne do wykrycia, dlatego prawo je zakazujące, byłoby martwym prawem”.

    Przywołany argument jest w swej pierwszej części prawdziwy. Oczywiście, że trudno jest wykryć cudzołóstwo  – ale czy sprawa ma się tu zasadniczo inaczej w przypadku kazirodztwa? Przecież stosunki kazirodcze też są najczęściej dokonywane prywatnie, w czterech ścianach domu, co czyni takowe trudnymi do wykrycia i udowodnienia (chyba, że ich sprawcy sami się z nimi obnoszą, albo też kończą się one poczęciem dziecka – ale to samo można powiedzieć o cudzołóstwie).  Zarówno więc tak w przypadku cudzołóstwa jak i kazirodztwa, zakazujący ich prawodawca powinien brać pod uwagę, że ogromna większość takich czynów nie będzie wykrywana i faktycznie karana.  Gdyby choćby 1 na 100 przypadków owych nieprawości było wykrywanych przez zakazujące je władze cywilne, to i tak byłoby to dużo. Można więc spytać, czy jest sens pozostawiania nielegalnymi czynów, których wykrywalność będzie niemal z założenia tak bardzo niska? Otóż, wbrew pozorom – tak. Albowiem, w warunkach istnienia nielegalności danych zachowań, już sam fakt prawnego ich zakazu, wysyła do społeczeństwa ważny sygnał, który można streścić w następujących słowach: „Skoro prawo tego zakazuje, przemyślcie, czy czasem nie jest to coś złego„. Czy się to komuś podoba czy nie, prawo ma swój walor wychowawczy i gdy coś jest przez nie zakazane, zazwyczaj mniej ludzi po to sięga. Nawet więc, gdy prawny zakaz nie powoduje znacznego spadku praktykowania danego zachowania wśród ludzi już je czyniących, to świadomość jego istnienia może powstrzymać od niego, wielu, którzy w warunkach jego legalności skusiliby by się nań. Posłużmy się tu przykładem – załóżmy, że przy istnieniu prawnego zakazu kazirodztwa, 0, 5 procenta społeczeństwa żyje w stałych kazirodczych relacjach, a jakieś 5 procent ma za sobą mniej lub bardziej rzadkie tego rodzaju incydenty. Co by się stało w wypadku legalizacji kazirodztwa? Zapewne, w ciągu 2 czy 3 lat te liczby nie uległyby znaczącemu wzrostowi.  Ale już po 20 czy 30 latach legalności tej nieprawości, gdy wzrosło by już całe pokolenie oswojone z tym, iż kazirodztwo nie jest przestępstwem, niektórzy ludzie się z nim obnoszą, a w mass mediach równorzędnie traktowane są poglądy broniące jego moralnej prawowitości, liczba osób stale praktykujących kazirodztwo mogłaby wzrosnąć z 0, 5 % do 3 czy 4 %, a tych, którzy by je czynili incydentalnie z 5 do 20 procent. Ktoś powie, że są to dane „z sufitu” – owszem, tą są moje przypuszczenia, ale tak właśnie działa logika prawa. Po prostu prawo (nawet te, które jest w dużej mierze bardzo trudne do wyegzekwowania) wychowuje, pomaga kształtować społeczne pojęcia o dobru i złu oraz wielu odstrasza od sięgania „po zakazany owoc”.  Działa to tak w przypadku kazirodztwa, jak i cudzołóstwa.

     

    Do tego wszystkiego dodajmy jeszcze jedną obserwację. Otóż, choć kazirodztwo jest większym złem niż cudzołóstwo, to tak naprawdę legalizacja tego drugiego jest bardziej szkodliwa dla społeczeństwa. A to dlatego, że osób psychicznie i mentalnie zdolnych do nawiązywania relacji kazirodczych zawsze będzie zdecydowana mniejszość. Większość ludzi najprawdopodobniej nigdy bowiem nawet nie miała poważnej pokusy, by uprawiać seks z własnymi rodzicami czy rodzeństwem. I w związku z tym, także legalizacja takich zachowań nie będzie wpływała destruktywnie na całość społeczeństwa. Tego samego nie można jednak powiedzieć o cudzołóstwie, które prawdopodobnie było udziałem większości ludzi (a nawet jeśli nie większości, to najpewniej większa część mężów i żon poważnie zmagała się z pokusą zdradzenia swego współmałżonka). Dlatego legalizacja, i idące za nim faktyczne ułatwienie cudzołóstwa, będzie wpływać negatywnie na znacznie większą część społeczeństwa niż zniesienie karalności kazirodztwa. W tym więc aspekcie można wręcz powiedzieć, iż legalizacja kazirodztwa byłaby czymś mniej złym niż dokonana już depenalizacja zdrady małżeńskiej.

    Nie chodzi oczywiście jednak o to, by powiedzieć sobie teraz: „Ech, skoro cudzołóstwo jest legalne, to nie ma co się oburzać na postulat legalizacji kazirodztwa”. Nie ma bowiem sensu dokładać do częściowo naładowanego już rewolweru kolejnych śmiercionośnych naboi. Warto jednak zdać sobie sprawę z tego, że „idee mają konsekwencje”, a tak dobro, jak i zło lubią  być logiczne.  Jeśli wciąż będziemy bezkrytycznie powtarzać liberalne slogany o tym, że „państwo nie ma żadnego prawa wtrącać się w dobrowolne relacje seksualne pomiędzy dorosłymi ludźmi„, „władze cywilne nie są od pilnowania moralności i zaglądania ludziom do łóżka” to dyskusja o zasadności legalizacji dobrowolnego kazirodztwa zawita do nas prędzej czy później. I co gorsza, nie będziemy mieć wtedy dobrych argumentów, by logicznie i racjonalnie obalić zasadność tego postulatu.

     

    Przeczytaj też:

     https://salwowski.net/2016/05/08/dlaczego-nierzad-cudzolostwo-i-homoseksualizm-powinny-byc-nielegalne/

  6. Czy prawna karalność cudzołóstwa oznacza totalną inwigilację społeczeństwa?

    Leave a Comment

    Mimo iż pogląd wedle którego należy: „uznać za nijakie lub znieść wszelkie ustawy karne, jakie państwo wydało dla zachowania wierności małżeńskiej” został przez papieża Piusa XI w encyklice „Casti Connubii” jasno potępiony jako „podły i haniebny pomysł„, nawet wśród konserwatywnych katolików nie brakuje przeciwników prawnego zakazu i karalności zdrady małżeńskiej (to znaczy cudzołóstwa). Chyba najczęściej powtarzanym przez nich argumentem (a może bardziej hasłem?) przeciwko owej tradycyjnej doktrynie jest twierdzenie, iż tego rodzaju prawo byłoby praktycznie nie do wyegzekwowania, a gdyby rządzący rzeczywiście chcieli je wprowadzać w życie musieliby przeprowadzać jakąś totalną inwigilację społeczeństwa (np. montować kamery w sypialniach obywateli) i wsadzać do więzień jakieś 50 procent społeczeństwa.

    Przywołany wyżej argument przeciwników prawnej karalności cudzołóstwa wydaje się być na pierwszy rzut oka trafny, jednak po bliższej analizie okazuje się  bardzo powierzchownym, kalekim oraz przynajmniej częściowo opartym na fałszywych założeniach. Zwolennicy tego poglądu nie zauważają bowiem choćby tego, iż nie musi być celem każdego z prawnych zakazów wykrycie wszystkich czy choćby większości z objętych nim zachowań. Czasami celem danego prawa może być po prostu częściowe ograniczenie występowania danego czynu poprzez wzmacnianie w społeczeństwie przekonania o jego złu i obrzydliwości oraz niezbyt częste jego egzekwowanie w praktyce. O co chodzi w tym rozumowaniu? Pokażę to na przykładzie funkcjonowania prawnego zakazu zoofilii (czyli seksualnego współżycia ze zwierzętami). Otóż, nawet w krajach, gdzie zboczenie to jest prawnie zakazane i karalne, policja zwykle nie inwigiluje posiadaczy czworonogów na wypadek tego, czy aby część z nich nie czyni z nimi czegoś sprośnego. W takich państwach raczej bardzo rzadkie są też procesy o zoofilię (nie wiem np. czy w Polsce w zeszłym, to jest 2015 roku odbyła się choćby jedna sprawa karna w takiej sprawie). Można jednak założyć, iż każdego roku, dajmy na to, w przeszło 30-milionowym kraju kilka tysięcy ludzi dopuszcza się tego zboczenia. Ktoś mógłby więc powiedzieć, że skoro na kilka tysięcy faktycznie dopuszczających się zoofilii ludzi, rocznie skazywanych jest za ów czyn jedynie kilka, kilkanaście, a może góra kilkadziesiąt osób, to w takim razie prawo takie jest martwe i należy je znieść. W tym myśleniu tkwi jednak poważny błąd. Otóż, wyobraźmy sobie, że w myśl takiego założenia, prawodawca postanawia znieść prawny zakaz prywatnych praktyk zoofilskich. Prawdopodobnie, w ciągu 1, 2 czy 3 lat nie oznaczałoby to gwałtownego wzrostu przypadków seksualnego wykorzystywania zwierząt. Ale, czy można by coś takiego założyć w przełożeniu do całego pokolenia wychowanego w poczuciu bezkarności takowego zboczenia? Czy w ciągu 20-30 lat takiej prawnej bezkarności można uznać za prawdopodobne, iż liczba przypadków zoofilii nie wzrosłaby, dajmy na to z 5 tysięcy rocznie do 10 -15 tysięcy? Otóż, owszem prawdopodobnie, doszłoby do podobnego wzrostu i nie trudno jest wskazać na możliwe tego przyczyny. Otóż, o ile w sytuacji nawet słabo egzekwowanego zakazu zoofilii, dopuszczający się takich rzeczy musiałby się przynajmniej trochę liczyć z ryzykiem, iż spotka go za to kara, o tyle w przypadku zniesienia takiego zakazu, to niebezpieczeństwo odeszłoby w niebyt. W związku z tym, taki zoofil w śmielszy niż w czasach prawnej karalności tej obrzydliwości sposób mógłby mówić o tym innym, zachęcać do tego innych, a także częściej niż wcześniej wykorzystywać zwierzęta. I nawet, jeśli większość ludzi ciągle z dezaprobatą patrzyłaby na jego ohydne czyny, to taki człowiek mógłby wciągnąć w swe zboczenie więcej  ludzi niż w czasach jego prawnej nielegalności. Sam też tym bardziej mógłby się w swej obrzydliwości pogrążać, czyniąc ją częściej, gdyż zapewnienie ze strony państwa o całkowitej bezkarności, czyniłaby go jeszcze bardziej zuchwałym i „odważnym” w jej popełnianiu. Dodatkowo, o ile funkcjonowanie prawnego zakazu sprawiało, iż wielu ludziom owe czyny wydawałyby się tym bardziej ohydne, o tyle ich legalizacja osłabiałaby w społeczeństwie poczucie, iż są one w rzeczywistości złe, obrzydliwe i wstrętne. O ile, w czasach karalności zoofilii 99 procent mieszkańców danego kraju uważałoby ją za coś absolutnie złego, o tyle już po 30 latach od zniesienia jej prawnego zakazu, tak uważałoby już np. 80 procent, zaś dalszych 20 procent w różny sposób relatywizowałoby jej zło, mówiąc, że „to zależy”, „że jeśli robi się to w swoim domu, to nic mi do tego”, albo, że to jest „po prostu jedna z seksualnych orientacji”.

    Tak też, czy mimo braku szeroko zakrojonej inwigilacji właścicieli zwierząt oraz bardzo rzadkich procesów karnych przeciw zoofilom, państwa utrzymujące prawny zakaz zoofilii czynią źle, utrzymując w ten sposób rzekomo „martwe prawo”?  Oczywiście, że robią one dobrze zakazując seksualnego wykorzystywania zwierząt, gdyż najpewniej zdają sobie sprawę z tego, iż legalizacja tej praktyki w dłuższej perspektywie czasowej przyczyniałaby się do jej rozszerzania oraz osłabiania w społeczeństwie przekonania o jej złu. I działoby się tak najpewniej również w sytuacji, gdyby zoofilia została zalegalizowana „tylko” w jej prywatnym wymiarze, a publiczna propaganda tego zboczenia wciąż byłaby prawnie zakazana.

    Bardzo podobnie jest ze zniesieniem prawnego zakazu i karalności zdrady małżeńskiej.  Nawet, jeśli zdecydowana większość z winnych cudzołóstwa i tak nie jest zań karana, to w warunkach jego nielegalności muszą oni przynajmniej kilka razy zastanowić się nad tym, czy aby na pewno chwalić tym przed innymi, czy opłaca się uwodzić cudzą żonę, etc.? W ten sposób ich zły wpływ na społeczeństwo zmniejsza się. Ponadto, mąż czy żona, przed którymi stoi pokusa cudzołóstwa muszą też kilka razy zastanowić się, czy aby na pewno kilkadziesiąt minut przyjemności jest warte poniesienia choćby i małego, ale jednak ryzyka odczucia na sobie prawnie negatywnych tego konsekwencji? W ten zaś sposób część ludzi, która w warunkach prawnej legalności cudzołóstwa uczyniłaby je, w sytuacji gdy jest ono zakazane, powstrzyma się od niego. Dochodzi do tego jeszcze kwestia wychowawczej roli prawa, a więc faktu, iż prawo zakazując danego zachowania wzmacnia w ludziach przekonanie o tym, że jest ono złe i ohydne. O ile więc, w sytuacji, gdy cudzołóstwo jest legalne jego poziom w danym społeczeństwie może sięgać 30-50 procent, o tyle w sytuacji, gdy jest ono nielegalne, nawet, gdy procesy tyczącego się takowego są rzadkie, ten procent może być dwu albo i trzykrotnie niższy. W ten sposób, nawet bez systemu powszechnej inwigilacji społeczeństwa, zostaje osiągnięty cel danego prawa, którym jest ograniczenie występowania zakazanego przezeń negatywnego zjawiska w społeczeństwie.

    I jeszcze na koniec – prawny zakaz niewierności małżeńskiej nie musi oznaczać, iż winne osoby szłyby zań do więzienia. Takie postawienie sprawy wynika bowiem z błędnego założenia, jakoby wsadzenie kogoś za kratki było jedyną możliwą i najlepszą karą. Tymczasem, istnieje wiele możliwych, a przy tym mogących się okazać lepszymi i bardziej wychowawczymi od więzienia sankcji karnych, np. grzywna, prace społeczne, chłosta, zakucie w dyby. Dlaczego niby mamy sądzić, iż każde przestępstwo powinno być karane więzieniem?

     

    PS. Przeczytaj też:
    https://salwowski.net/2016/03/01/czy-cnota-powinna-byc-wymuszana-policyjna-palka/

    Libertarianizm kontra tradycyjne chrześcijaństwo