Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: Żołnierze Wyklęci

  1. Czy Pius XII ganił prymasa Wyszyńskiego za potępienie Żołnierzy Wyklętych?

    Leave a Comment

    Znanym jest fakt, iż Episkopat Polski w swym zawartym z rządem PRL porozumieniu z dnia 14 kwietnia 1950 roku ganił zbrojną działalność ludzi, których dziś nazywa się „Żołnierzami Wyklętymi”. W dokumencie tym czytamy wszak:

    Kościół — zgodnie ze swymi zasadami — potępiając wszelkie wystąpienia antypaństwowe będzie przeciwstawiał się zwłaszcza nadużywaniu uczuć religijnych w celach antypaństwowych.

     Kościół katolicki, potępiając zgodnie ze swymi założeniami każdą zbrodnię, zwalczać będzie również zbrodniczą działalność band podziemia oraz będzie piętnował i karał konsekwencjami kanonicznymi duchownych, winnych udziału w jakiejkolwiek akcji podziemnej i antypaństwowej.

    Współcześnie, niektórzy z katolików pragną podważyć powagę powyżej cytowanych sformułowań autorstwa polskich hierarchów powołując się na dwie przesłanki. Pierwszą z nich jest sugestia, jakoby prymas Wyszyński (który stał również stał za owym porozumieniem) w trosce o swobodę działania Kościoła w Polsce czuł się przymuszony przez komunistów do podpisania potępienia aktywności „Żołnierzy Wyklętych”, jednak tak naprawdę się z ową ich przyganą  nie zgadzał. Drugim twierdzeniem mającym istotnie zrelatywizować kościelne potępienie „Wyklętych” jest powoływanie się na niechętne stanowisko, jakie wobec treści porozumienia miał zajmować sam papież Pius XII. Przyjrzyjmy się zatem tym dwóm punktom.

    A zatem, nie wiem, czy ci, którzy powołują się na pierwszą z wymienionych przesłanek, a więc to, iż prymas Wyszyński miał rzekomo tak naprawdę nie zgadzać się z treścią aprobowanego przez siebie porozumienia, jednak publicznie aprobować i promować je w dobrym celu, jakim było zapewnienie wolności Kościołowi, zdają sobie sprawę, że tak naprawdę zarzucają mu coś jeszcze gorszego. Otóż, wedle nauki katolickiej, dobry cel nie czyni usprawiedliwionym używanie złych ze swej natury środków. Jak uczył o tym choćby bł. Paweł VI w punkcie 14 encykliki „Humanae vitae”:

    „W rzeczywistości (…) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny – a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka – nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw”.

    Gdyby kardynał Wyszyński tak naprawdę uważał „Wyklętych” za godnych czci i naśladowania patriotów słusznie walczących z komunistami, jednak w dobrym celu publicznie określałby ich jako zasługujących na potępienie bandytów, to dopuszczałby się względem nich oszczerstwa. Oszczerstwo zaś jako szczególnie wstrętna odmiana kłamstwa jest zawsze zakazane i nie jest dozwolone w żadnych okolicznościach, choćby i można było za jego pomocą osiągnąć bardzo wiele dobra. Kardynał Wyszyński naruszałby więc w ten sposób jedną z fundamentalnych zasad katolickiego nauczania moralnego, a więc to, iż „cel nie uświęca środków”.

    Prymas Wyszyński bynajmniej zaś nigdy nie twierdził, iż porozumienie z rządem PRL było na nim przez komunistów wymuszone (choć nawet, gdyby było wymuszone, to i tak nie usprawiedliwiałoby to rzucania oszczerstw na kogokolwiek). Ten kościelny hierarcha podtrzymywał zaś swe stanowisko w tej sprawie, pisząc na przykład:

    Dlaczego prowadziłem do ‚Porozumienia’?
    Byłem od początku i jestem nadal tego zdania, że Polska, a z nią Kościół święty, zbyt wiele utraciła krwi w czasie okupacji hitlerowskiej, by mogła sobie obecnie pozwolić na dalszy jej upływ. Trzeba za każdą możliwą cenę zatrzymać ten proces duchowego wykrwawiania się, by można było wrócić do normalnego życia niezbędnego dla rozwoju Narodu i Kościoła, do życia normalnego, o które tak w Polsce ciągle trudno (Patrz: S. Wyszyński, Dzieła zebrane, t. 1, 1949-1953, Warszawa 1991. str. 247-265).

    Nic więc nie wskazuje na to, by kardynał Wyszyński potępił działalność „Żołnierzy Wyklętych” wbrew swemu wewnętrznemu o nich przekonaniu.

     

    Jak zaś ustosunkować się do tego, iż papież Pius XII miał być niechętny treści porozumienia z 14 kwietnia 1950 roku? To porozumienie miało 19 punktów i składało się z przeszło 1000 słów, obrońcy zaś „Wyklętych” powołują się na to, iż ówczesnemu papieżowi nie podobał się „propagandowy język tekstu” w nim użytego. Nie są oni jednak w stanie wskazać, iż Piusowi XII nie podobały się konkretnie 2 z 19 punktów potępiających działalność zbrojnego podziemia. Ba, nie wskazują nawet, które z punktów owego dokumentu budziły niechęć tego papieża. A może było tak, iż Piusowi XII z przeszło 1000 słów omawianego porozumienia nie podobało się tylko 50 lub 100 wyrazów, a z 19 znajdujących się tam punktów miał istotne zastrzeżenia tylko do jednego z nich (i to tego, które nie tyczyło się „Wyklętych”)? Zarzut, iż Piusowi XII nie podobał się „propagandowy język tekstu” to zdecydowanie za mało i za ogólnie, by twierdzić, że stawał on w ten sposób w obronie „Żołnierzy Wyklętych”. Ba, to nie jest nawet wątła poszlaka, by tak twierdzić.

  2. „… Abyśmy spokojnie i cicho żyli”

    Leave a Comment

    W Nowym Testamencie znajdujemy następujące pouczenie:

    Polecam więc przede wszystkim zanosić błagania, modlić się, prosić i dzięki czynić za wszystkich ludzi, za królów i wszystkich posiadających władzę, żebyśmy mogli żyć spokojnie i cicho w wielkiej pobożności i uczciwości” (1 Tm 2, 1).

    Widać więc, iż jedną z cech uczniów Pana Jezusa winno być spokojne i ciche życie. I to nawet wówczas, gdy sprawujący władzę bynajmniej nie są chrześcijanami. W czasach wszak, gdy były pisane powyżej zacytowane słowa rządzącymi byli poganami, a jednak Apostołowie nie nawoływali chrześcijan do wszczynania rozruchów, buntów, powstań i tym podobnych ekscesów. Jak uczył nasz narodowy kaznodzieja, ks. Piotr Skarga:

    Nie doznana rzecz, póki chrześcijanom Pan Bóg dawał panów pogańskich, aby im się kiedy Święci Męczennicy mocą bronili, albo na ich urzędników rękę podnieśli i lud burzyli. Znali w nich z Apostołem moc i urząd Boski, i źle a niewinnie rozlewających krew ich czcili, i byli posłuszni tam, gdzie jawnego grzechu w ich rozkazaniu nie było, chociaż z największą szkodą, żalem i utratą majętności i zdrowia swego” [1].

    Taką postawę pierwszych chrześcijan pochwalał i stawiał za wzór papież Leon XIII w encyklice „Diuturnum illud”:

    Pierwsi chrześcijanie postawili nam pod tym względem wzór znakomity; z największą niesprawiedliwością i okrucieństwem prześladowani przez pogańskich cesarzy, nigdy nie przestali się zachowywać posłusznie i ulegle; wydawało się wprost, iż tamtych srogość chcą przemóc własną pokorą (…) Inna sprawa była, gdy cesarze przez swoje dekrety lub pretorzy przez swoje groźby chcieli ich zmusić do sprzeniewierzenia się wierze chrześcijańskiej lub innym obowiązkom: w takich chwilach woleli zaiste odmówić posłuszeństwa ludziom niż Bogu. Wszakże i w podobnych okolicznościach dalecy byli od tego, aby jakikolwiek wszczynać bunt i majestat cesarski obrażać, a jednego tylko żądali, aby wolno im było swoją wiarę otwarcie wyznawać i być jej niezachwianie wiernymi. Poza tym nie myśleli o żadnym buncie, a na tortury szli tak spokojnie i ochoczo, że wielkość ich ducha brała górę nad wielkością zadawanych im mąk”[2].

    Dość retorycznym pytaniem jest więc to, jak do postawy tych naszych znamienitych braci w wierze ma się tak drogi nam Polakom kult powstań narodowych,  estyma dla „Żołnierzy Wyklętych” czy też choćby owa krzykliwość i brak umiaru za pomocą których zwykło się ganić swych przeciwników politycznych czy też tych rządzących, którzy akurat w danym czasie nam nie odpowiadają.

    Oczywiście to nie znaczy, że w takim razie chrześcijanie nie mają prawa opierać się np. niesprawiedliwym prawom ustanawianym przez tę czy inną władzę. Mają ku temu prawo, a nieraz nawet jest to ich obowiązkiem. Jednak – pomijając pewne naprawdę wyjątkowe sytuacje – opór ów powinien cechować się spokojem i cichością. Dobrym przykładem takiego właśnie oporu względem niesprawiedliwości sankcjonowanej przez rządzących jest postawa reprezentowana przez znaną kanadyjską działaczkę „Pro Life” panią Mary Wagner. Ta dzielna, a jednocześnie wręcz emanującą skromnością, pokorą i spokojem niewiasta była już wielokrotnie więziona za próby odwodzenia innych kobiet od aborcji. Mimo to nie popada ona w agresję, nie miota obelgami przeciwko rządowi swego kraju, nie wzywa do jakichś zbrojnych buntów. Przeciwnie, jak skomentował postawę Mary Wagner rozpatrujący jej sprawę sędzia:

    Chcę mocno podkreślić, że podczas procesu Pani zachowanie było nienaganne. Wszelkie komentarze były pełne szacunku i przemyślane. Nie zawsze tak bywa podczas procesów„[3].

    Pamiętając więc o Mary Wagner w modlitwie uczmy się też od niej właściwej formy oporu wobec zła i niesprawiedliwości.

     

    Przypisy:

    1. Cytat za: Ks. Piotr Skarga, „Żywoty Świętych Starego i Nowego Zakonu„, tom II, Petersburg 1862, s. 206.

    2. Patrz: Leon XIII, Encyklika „Diuturnum illud (O władzy politycznej)”, Warszawa 2001, s. 12, 14, 15-16.

    3. Cytat za: Ks. Tomasz Jaklewicz, „Jak obrona Sokratesa„, Gość Niedzielny nr 44/2017.

     

  3. „Strzeżcie się wilków”

    Leave a Comment

    Postać wilka w naszym kręgu kulturowym od wieków symbolizowała zło, zagrożenie i niebezpieczeństwo. Takie spojrzenie w dużej mierze wypływało z Biblii, gdzie owe zwierzę jest jednoznacznie i stale przedstawiane w negatywnych konotacjach. Jako „wilki” przedstawiani są wszak w Piśmie świętym „fałszywi prorocy” i heretycy (Mt 7, 18, Dz 20, 29), źli władcy i sędziowie (Ez 22, 27; So 3, 3), a nawet sam diabeł. Wilki skradające się, by znienacka zaatakować stado owiec są zatem symbolem diabelskiego podstępu i chytrości. Skłonność zaś wilków do bezwzględności w atakowaniu swych ofiar i swoista żarłoczność z jaką zabierają się one do ich zjadania sprawiły, iż Słowo Boże przedstawia je jako duchowe odpowiedniki bezwzględności, chciwości i okrucieństwa. Można śmiało powiedzieć, że to, co należy do naturalnego sposobu bycia wilków jest konsekwentnie w tej świętej Księdze przedstawiane na płaszczyźnie symbolicznej jako alegoria nieprawości i zagrożenia. Jedyne zaś względnie pozytywne odniesienie do tego zwierzęcia, jakie można znaleźć w Piśmie świętym, tak naprawdę odziera wilka z jego właściwych, naturalnych i specyficznych cech. Chodzi mianowicie o ustępy z pism Izajasza, gdzie czytamy, że „Wilk zamieszka wraz z barankiem” (tamże: 11, 6; 65, 25).

    Ten fragment jest wizją przyszłego raju, w którym nie będzie już zła, przemocy i cierpienia, czymś zaś wielce nienaturalnym jest pokojowa koegzystencja wilków z barankami.

    To jednoznaczne – na płaszczyźnie alegoryczno-symbolicznej – przedstawianie wilków utrwaliło się przez stulecia w obrębie naszej cywilizacji. Oprócz Biblii wpływ na to miały też doświadczenia ludzi z wilkami. Niegdyś wszak owych zwierząt było znacznie więcej niż dziś, a warunki życia człowieka sprawiały, iż częściej niż współcześnie był on narażony na nieprzyjemne z nim spotkania. W czasie długich podróży nieraz zamiast hotelu czy gospody nocowało się pod gołym niebem, a szansa spotkania wówczas wygłodniałych wilków nie była aż tak znikoma. Także napady wilczych watah na stada owiec, baranów i innych hodowanych przez ludzi zwierząt zdarzały się częściej niż dziś. A gdy dodamy do tego fakt, iż wilki jeśli już atakują ludzi, to czynią to zazwyczaj względem dzieci albo kobiet, to nie ma co się dziwić, iż negatywne ich postrzeganie było w europejskiej i chrześcijańskiej kulturze dość powszechne. Tak więc przez wieki powstawały bajki, legendy i opowieści o wilkach czyhających na małe dziewczynki w lesie, krwawych wilkołakach czy też czarownicach, które udają się na sabat w towarzystwie wilków jako wierzchowców.

    Co ciekawe, to wyrastające z tradycyjnego chrześcijaństwa postrzeganie wilka jako alegorii grzechu, szatana i niebezpieczeństwa, nie jest już typowe dla kultur i wierzeń o charakterze pogańskim. W tych ostatnich bowiem zwierzę to częściej jest przedstawiane w pozytywnych i dobrych odniesieniach. Na przykład, w kulturze japońskiej utrwalił się obraz wilków jako strażników gór i pomagających ludziom, których zabicie miało wywoływać gniew i zemstę bogów. W wierzeniach Estów, Karelów i Lapończyków pośmiertne wcielenie się człowieka w postać wilka miało być nagrodą dla dzielnych wojowników. Symbolem zaś starożytnego Rzymu był wilk, co związane jest z legendą o powstaniu tego miasta, wedle której początek dali mu dwaj bracia wykarmieni przez wilczycę. Dość wspomnieć też o zamiłowaniu pogan do przebierania się w wilcze skóry czy też noszenia kłów tego zwierzęcia jako talizmanu mającego chronić przed złem i niebezpieczeństwem. Nawet tam, gdzie wilk był bardziej postrzegany jako siła zła i demoniczna, poganie często dowartościowywali owe zwierzę poprzez wiarę, iż mimo to, należy starać się wykorzystać do swych celów wilczą moc.

    Okazuje się, że w opozycji do chrześcijańskiej symboliki, a dziwnie zgodnie z pogaństwem, postać wilka jest coraz częściej pozytywnie przedstawiana w kręgach radykalnej prawicy. Można to zaobserwować choćby przy okazji corocznego „Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych„, gdzie wówczas na różnych prawicowych i „narodowo-radykalnych” blogach i witrynach wrzucane są grafiki przedstawiające wilki oraz hasło w rodzaju: „Ponieważ żyli prawem wilka, historia o nich głucho milczy”. Niektórzy z radykalnych prawicowców lubią też na portalach społecznościowych wstawiać jako swe „ikony” zdjęcia owych zwierząt . Wilk staje się coraz bardziej w kręgach radykalnej prawicy symbolem niezależności, buntu i walki względem „demoliberalnego systemu”. Pomijając już pewną nadmuchaną patetyczność owej „wilczej symboliki”, zwłaszcza, gdy zważy się na fakt, iż wielu z tych radykałów całkiem dobrze sobie radzi w rzeczywistości, w której rzekomo są oni prześladowani niczym niegdyś wilki przez ludzi, można spytać, czy nie ma naprawdę lepszych alegorycznych odniesień? Ot, choćby postać Lwa jest dobrym symbolem siły, odwagi i waleczności, a zarazem nie niesie za sobą tak jednoznacznego negatywnego bagażu odniesień w Biblii (np. lew owszem czasami jest symbolem szatana, ale nieraz też stanowi alegorię Boga i Chrystusa).

    W Polsce, jednym z pierwszych, który rozpoczął owe oswajanie z symbolem wilka na prawicy był zmarły w 2012 roku Bogdan Kozieł. Człowiek ten założył pismo o nazwie „Szary Wilk”, a w swym tekście wspominającym jednego ze zmarłych nacjonalistycznych rockmanów w tonie pochwalnym pisał o nim tak: „Był prawdziwym szarym wilkiem, w świecie zdominowanym przez barany, świnie i lisy„. Nie od rzeczy będzie wspomnieć, iż p. Kozieł był jednym z głównych promotorów w Polsce myśli neopogańskiego i antychrześcijańskiego filozofa, Juliusa Evoli. Napisał on też słynny tekst pt. „Czerwona Walkiria” będący laurką dla lewackiej terrorystki Urliki Meihhoff, w którym pisał m.in: „Być może wkrótce spotkamy się razem w jakiejś Walhalli buntowników, gdzie trafiają wszystkie niespokojne duchy, zrewoltowani aniołowie, rewolucjoniści i heretycy, ci wszyscy, którzy nie godzą się na rolę niewolników systemu. Wiemy, że ty, Ulriko, jesteś już tam, i gdy nadejdzie czas przyjdziesz po mnie jak czerwona Walkiria w blasku purpurowej kolczugi…”. Cóż pozostaje mieć nadzieję, że zmarły p. Kozieł po swej śmierci, nie trafił tam, gdzie miał nadzieję trafić … I tym razem jednak widać, że zamiłowanie do niechrześcijańskiej symboliki dziwnie pokrywa się z sympatią dla pogańskiej i antychrześcijańskiej filozofii.

    Oczywiście, nie można powiedzieć, że wilk jako taki jest zwierzęciem złym, istnym wcieleniem bądź wręcz tworem samego diabła. Takie twierdzenie byłoby wszak wręcz herezją. To bowiem Bóg jest „stwórcą wszystkich rzeczy„, a więc także wszystkich zwierząt. Działaniom wilków, jak i innych zwierząt, nie można przypisywać jakiejś pozytywnej bądź negatywnej wartości moralnej, gdyż te kierują się instynktem i nie są zdolne dokonywać wyborów o charakterze etycznym. Także wobec wilków należy zachować normy moralne, jakie obowiązują ludzi względem świata zwierzęcego, a więc np. nie znęcać się nad nimi, nie zadawać niepotrzebnych cierpień, etc.

    Chodzi jednak o szacunek dla tradycyjnej, a przede wszystkim biblijnej symboliki. Ci, którzy machną na ten tekst ręką i powiedzą: „Bajania przewrażliwionego gościa” zapewne w zupełnie odmienny sposób zareagowaliby na to, gdyby ktoś zaczął oswajać ich z symbolem skrzyżowanego sierpa i młota albo czerwonego sztandaru. I najpewniej nie daliby się oni przekonać do takowych tłumaczeniami w stylu: „Sierp i młot nie są same w sobie niczym złym, przeciwnie można nimi czynić wiele dobra” albo „Przecież czerwień to jeden z tradycyjnych kolorów Kościoła rzymskiego, symbol gotowości poniesienia męczeńskiej śmierci za wiarę„. Zapewne też nie wybraliby oni na symbol swych akcji postaci świni, tłumacząc to tym, że przecież zwierzę owo też zostało stworzone przez Boga, a nie szatana … Mieliby oni w tych wypadkach słuszność, gdyż czymś bardzo nieroztropnym jest lekceważenie całego bagażu kulturowo i historycznie utrwalonych znaczeń i skojarzeń.

    A co dopiero mówić, gdy  oswajamy symbole, których negatywne postrzeganie wypływa nie tylko z tradycyjnej konwencji kulturowo-historycznej, ale jest osadzone w samym bezbłędnym i nieomylnym Słowie Bożym? Wszystko co bowiem zostało napisane w Piśmie świętym jest tam ujęte dla naszego zbudowania i zbawienia. Jeśli zatem właściwe i specyficzne cechy wilków zostały w Biblii konsekwentnie i bez żadnego wyjątku pokazane w celu zobrazowania tego co na płaszczyźnie moralno-duchowej jest złe, szkodliwe i niebezpieczne, to oswajanie przez część radykalnej prawicy z symboliką wilka musi budzić niepokój.

  4. Etyka Wyklęta

    Leave a Comment

    „Odwołajmy się znowu do żołnierzy podziemia niepodległościowego. W debacie na ich temat mamy z jednej strony sakralizację, a z drugiej – potępianie ich jako bandytów, morderców ludności cywilnej itd. A przecież należałoby pamiętać o tym, że po 1947 roku ci ludzie byli jak zwierzyna na polowaniu. Nie ma już wtedy w zasadzie walk zbrojnych między oddziałami – na każdą kilkuosobową grupę żołnierzy poluje wielokrotnie przeważająca liczebnie masa żołnierzy, milicjantów i funkcjonariuszy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, którym nie chodzi o uwięzienie, lecz o zabicie. Do tego dodajmy warunki materialne, biedę powojenną, pogardę dla życia. Nic dziwnego, że kiedy żołnierze podziemia proszą we wsi o jedzenie, często go nie dostają, a wobec odmowy – zdarza się, że sięgają po przemoc. Ale w ramach debaty wyznaczanej przez tych, którzy chcą stawiać pomniki, i tych, co chcą je obalać, nie ma miejsca na dyskusję o faktach – choćby bolesnych – i stawianie pytań. Efektem jest sytuacja, w której oficjalna historia oddala się od prawdy historycznej” (J. Eisler, Tylko prawda jest nieciekawa?, [podkreślenia moje]).

    Zostawiam na boku dyskusję historyczną dotyczącą Żołnierzy Wyklętych. Zostawiam także (i o to proszę Czytelników) wszystkie uczucia jakie mamy wobec naszych narodowych powstań i bohaterów. Z wypowiedzi profesora Eislera podkreśliłem ostatnie zdanie. Dotyczy ono warstwy historycznej, ale i etycznej. Uczucia związane z naszymi narodowymi mitami należy zostawić na boku. Dotyczy to powstań od listopadowego po warszawskie oraz o ostatnią modę na Żołnierzy Wyklętych.

    Ab ovo

    Jezus przyszedł na świat i oddał życie pod panowaniem okupanta rzymskiego. Apostołowie żyli i umierali pod tym samym panowaniem. A jednak w wypowiedziach Jezusa i tekstach apostołów nie znajdziemy nic, co świadczy o chęci sprzeciwu czy wezwaniu do walki przeciw władzy okupanta. Jest za to wezwanie Jezusa do oddania Bogu, co boskie a cesarzowi, co cesarskie (w tym do płacenia podatków na rzecz okupanta) i polecenie apostołów, aby być posłusznym cezarowi i modlić się za niego (np. 1 Tm 2, 1-8). Sam Chrystus przyjmuje wyrok śmierci z rąk namiestnika władzy okupacyjnej. Przypomnę jeszcze raz, że rzecz dotyczyła okupanta, który militarnie podbił i zniewolił ziemię ludu pierwszego wybrania. Identycznie rzecz ma się z pierwszymi pisarzami chrześcijańskimi. Spośród wielu tekstów warto przypomnieć tekst listu Tertuliana do prokonsula Skapuli (który kazał palić chrześcijan żywcem lub rzucać ich dzikim zwierzętom), w którym chrześcijański pisarz wyraża życzenie, aby cesarstwo trwało do końca świata i w którym wyraża swój szacunek do cesarza. Na marginesie to świetna lekcja dla wielu rozpolitykowanych katolików, którzy w obozie swoich przeciwników widzą osoby gorsze od Judasza i Nerona razem wziętych. Oczywiście, wśród chrześcijańskich pisarzy nie brakowało także tych, którzy porównywali Rzym do Babilonu i widzieli choćby w Neronie apokaliptyczną bestię. Nie znajdziemy jednak takiego tekstu, który wzywałby do walki przeciw władzy, która jest dana z góry (por. J 19, 10n). W tym miejscu dwie uwagi na marginesie. Nie ma tu mowy o tym, że każdorazowy władca ma nadanie boskie (mowa jest o władzy). Rzecz druga dotyczy sposobu nadania władzy. Niektórzy uważają bowiem, że jeśli władca nie został namaszczony przez katolickiego biskupa lub nie wyznaje wiary katolickiej, to jego władzy legalnej czegoś brakuje (będzie to za chwilę ważne przy problemie powstania listopadowego). Starożytność chrześcijańska stworzyła zasady, o których pisałem powyżej, za panowania cesarzy, którzy nie mieli boskiego mandatu w rozumieniu namaszczenia przez biskupa czy wyznawania wiary katolickiej.
    Sprawy zaczęły się komplikować po Edykcie mediolańskim a szczególnie po proklamowaniu edyktu De fide catholica przed Teodozjusza (27. 02. 380 r.), w którym chrześcijaństwo uznano za religię państwową. Ten długi temat także zostawiam na boku ponieważ obfitował on w okresy wzlotów, upadków i stabilności.

    Powstanie listopadowe i Porozumienie 1950 roku

    Papież Grzegorz XVI encykliką Cum primum potępił powstanie listopadowe. I to jest fakt. Papieża próbuje się bronić przez wyjaśnienie wpływu Rosji na papieskim dworze lub/i przez wypowiedź samego papieża na audiencji, na której miał on stwierdzić: „Ależ ja was nie potępiłem”. Wyjaśnienie takie jest cokolwiek dziwne ponieważ mamy dokument Magisterium z jednej strony a z drugiej jakieś wypowiedzi papieża (nie znalazłem ich źródła bibliograficznego), który sam sobie zaprzecza. Nawet jeśli przyjąć fakt, że słowa takie zostały wypowiedziane, to nie znoszą one wypowiedzi Magisterium zawartej w encyklice (nie znalazłem żadnego dokumentu tej rangi znoszącego nauczanie zawarte w Cum primum). Sytuacja jest trochę podobna do dzisiejszego „Magisterium samolotowego” papieża Franciszka, gdzie wygłasza on pewne zadziwiające tezy a potem o. Lombardi musi mówić na konferencji „co papież miał na myśli”. W takiej sytuacji katolicy winni sprawdzić co na dany temat mówi Tradycja Kościoła i w tej niezmiennej formie nauczanie przyjmować. Wracając jednak do Grzegorza XVI. Tym co boli nasze narodowe uczucia najbardziej, jest stwierdzenie, że car Mikołaj jest legalnym władcą ówczesnego Królestwa Polskiego. Nie wchodząc w kwestię legalności jego władzy, trzeba sobie przypomnieć w tym miejscu sytuację Jezusa, apostołów i pisarzy chrześcijańskich. Mikołaj I nie był władcą katolickim (w rozumieniu wyznawania rzymskiego katolicyzmu), nie był namaszczony przez katolickiego biskupa i przez fakt rozbiorów, był okupantem. Wypisz, wymaluj sytuacja analogiczna do Jerozolimy około 33 roku po Chr.
    Druga rzeczywistość i znacznie nam bliższa, to sytuacja Żołnierzy Wyklętych. Konkretnie chodzi tu o Porozumienie między Rządem a Episkopatem z 14 kwietnia 1950 roku. W owym Porozumieniu zawarty został słynny punkt ósmy w brzmieniu: „Kościół katolicki, potępiając zgodnie ze swymi założeniami każdą zbrodnię, zwalczać będzie również zbrodniczą działalność band podziemia oraz będzie piętnował i karał konsekwencjami kanonicznymi duchownych, winnych udziału w jakiejkolwiek akcji podziemnej i antypaństwowej”. Ciekawym jest także punkt siódmy: „Kościół – zgodnie ze swymi zasadami – potępiając wszelkie wystąpienia antypaństwowe będzie przeciwstawiał się zwłaszcza nadużywaniu uczuć religijnych w celach antypaństwowych”. I znów próbuje się ten tekst usprawiedliwić jakimś rodzajem wymuszenia na Episkopacie takiego brzmienia. Druga linia wytłumaczenia idzie poprzez stwierdzenie, że nie znamy faktu potępienia żadnego kapłana w związku z jego uczestnictwem w podziemiu antykomunistycznym. Drugi argument akurat dość łatwo wyjaśnić, wiedząc, że kapelani mają obowiązek nieść posługę każdej stronie konfliktu zgodnie z zasadą, że zbawienie duszy jest najwyższym prawem (na tej zasadzie np. możemy znaleźć kapelanów w armii Stanów Zjednoczonych niezależnie gdzie akurat ów kraj niesie demokrację na swoich czołgach i czy Watykan taką interwencję popiera).
    Ciekawszym jest jednak argument z przymusu ze strony rządowej na taki zapis. Nic podobnego. Przeciw takiej tezie świadczą wypowiedzi Stefana kardynała Wyszyńskiego, którego trudno posądzać o ludzką sympatię do komunizmu czy socjalizmu. Również Episkopat wydał 22. 04. 1950 roku komunikat do wiernych interpretujący Porozumienie. Czytamy w nim: „Wychodząc z założeń katolickiej moralności Kościół ze swej strony wzmacnia w wiernych poszanowanie prawa i władzy, zachęca do wytrwałej pracy nad odbudową kraju” (cyt. za: Z. Hemmerling, M. Nadolski, Opozycja antykomunistyczna w Polsce 1944-1956. Wybór dokumentów, Warszawa 1990).

    Oddając głos samemu Wyszyńskiemu:
    „Episkopat spotkał się z zarzutem jakoby tego porozumienia nie chciał. W rzeczywistości znana jest prawda, że Kościół stoi zawsze na stanowisku koniecznej współpracy z państwem”.
    Skąd takie podejście Prymasa?
    „Dlaczego prowadziłem do ‚Porozumienia’?
    Byłem od początku i jestem nadal tego zdania, że Polska, a z nią Kościół święty, zbyt wiele utraciła krwi w czasie okupacji hitlerowskiej, by mogła sobie obecnie pozwolić na dalszy jej upływ. Trzeba za każdą możliwą cenę zatrzymać ten proces duchowego wykrwawiania się, by można było wrócić do normalnego życia niezbędnego dla rozwoju Narodu i Kościoła, do życia normalnego, o które tak w Polsce ciągle trudno”. A do Bieruta Prymas Wyszyński wprost pisze: „[Kościół] Zachęca wiernych do (…) twórczego udziału w odbudowie kraju oraz do podnoszenia wydajności pracy. Potępia ruchy wywrotowe i podziemne” (cytaty za: S. Wyszyński, Dzieła zebrane, t. 1, 1949-1953, Warszawa 1991. str. 247-265).

    Stanowisko Kościoła, wyrażone przez Wyszyńskiego, jest jasne niezależnie od tego jakie dziś narodowe uczucia nam towarzyszą przy kolejnych upamiętnieniach Żołnierzy Wyklętych. Aby tę wizję przypieczętować, jeszcze dwa cytaty z Prymasa Tysiąclecia: „Wydaje mi się, że ideałem na czasy dzisiejsze musi być raczej ‚umiejętność życia dla Kościoła i Polski’ niż umiejętność umierania. Bo że umierać umiemy za Kościół i za Polskę, to już pokazaliśmy (…). Dziś mamy pokazać co innego. Męczeństwo zawsze jest i łaską i zaszczytem. Ale gdy zważę, jak wielkie Polska katolicka ma dziś zadania i potrzeby, to wolę to męczeństwo jak najpóźniej. (…) I tak też układamy naszą ‚taktykę’ w Polsce” (16. 10. 1952). A po uwolnieniu Prymas powiedział: „Nie sztuką jest umierać dla Ojczyzny. Sztuką jest dobrze żyć dla niej – to najważniejsze zadanie!” (październik 1956 roku; cytaty odpowiednio za: M. P. Romaniuk, Życie, twórczość i posługa Prymasa tysiąclecia, t. I, s. 550 i t. III, s. 389).

    Teoria i praktyka oporu

    Oczywiście znana jest teoria tyranobójstwa (tyrannicidii). Warto jednak oddać w tym miejscu głos etyce i nauczaniu Kościoła.
    „Idzie o to, że w myśl chrześcijańskiej etyki społecznej społeczeństwo ma prawo do oporu czynnego względem władzy państwowej, który w krańcowym wypadku może przybierać postać powstania zbrojnego, ale w ściśle określonych granicach. I tak jest to dopuszczalne tylko w stosunku do władzy niesprawiedliwej, gwałcącej podstawowe prawa obywatelskie i nie liczącej się nawet z elementarnymi normami moralno-prawnymi. (…) Ponieważ zaś stany niesprawiedliwości mogą i faktycznie wykazują daleko posunięte ustopniowanie, wobec tego także formy oporu muszą ulec znacznemu zróżnicowaniu. Walka zbrojna jest więc w tym ujęciu czymś tak ostatecznym, że staje się wskutek tego czymś wyjątkowym” (T. Ślipko, Zarys etyki szczegółowej, t. 2, Kraków 1981, s. 310n). Ten sam autor w innym miejscu: „Średniowieczna teoria tyranobójstwa, a raczej – mówiąc współczesnym językiem – teoria zbrojnego oporu, mogłaby mieć zastosowanie jedynie w jakichś bezwzględnie zbrodniczych, praktycznie chyba nierealnych, doraźnych przypadkach. (…) Oczywiście, z kwestią decyzji związanej z ustaleniem zasadniczej moralnej dopuszczalności zamierzonego działania musi iść w parze rozpatrzenie towarzyszących tej decyzji okoliczności, przede wszystkim szans na skuteczne przeprowadzenie tego działania, bilansu strat i korzyści, możliwości wykorzystania innych środków obrony” (tenże, Spacerem po etyce, Kraków 2010, s. 284n). Również Katechizm Kościoła Katolickiego podkreśla pięć elementów uzasadniających zbrojny opór: „Zbrojny opór przeciw uciskowi stosowanemu przez władzę polityczną jest uzasadniony jedynie wtedy, gdy występują równocześnie następujące warunki: 1 – w przypadku pewnych, poważnych i długotrwałych naruszeń podstawowych praw; 2 – po wyczerpaniu wszystkich innych środków; 3 – jeśli nie spowoduje to większego zamętu; 4 – jeśli istnieje uzasadniona nadzieja powodzenia; 5 – jeśli nie można rozumnie przewidzieć lepszych rozwiązań” (KKK 2243, [podkreślenia moje]).

    Tak brzmi nauka Kościoła, którą Katechizm przytacza. Czy więc w przypadku powstania warszawskiego zbrojny opór nie spowodował większego zmieszania? Czy istniała uzasadniona nadzieja powodzenia? Czy w przypadku Żołnierzy Wyklętych (ostatni z nich zginął w 1963 roku) istniała uzasadniona nadzieja powodzenia? Jeśli nawet jakimś cudem odpowiemy twierdząco na te pytania, to co zrobić z wypowiedziami kardynała Wyszyńskiego? Nawet jeśli pominiemy Prymasa Tysiąclecia, istnieje cała gama tekstów papieży i pisarzy potwierdzających tezy, które tu zamieściłem.
    Dla przykładu:
    „Pierwsi chrześcijanie postawili nam pod tym względem wzór znakomity; z największą niesprawiedliwością i okrucieństwem prześladowani przez pogańskich cesarzy, nigdy nie przestali się zachowywać posłusznie i ulegle; wydawało się wprost, iż tamtych srogość chcą przemóc własną pokorą (…) Inna sprawa była, gdy cesarze przez swoje dekrety lub pretorzy przez swoje groźby chcieli ich zmusić do sprzeniewierzenia się wierze chrześcijańskiej lub innym obowiązkom: w takich chwilach woleli zaiste odmówić posłuszeństwa ludziom niż Bogu. Wszakże i w podobnych okolicznościach dalecy byli od tego, aby jakikolwiek wszczynać bunt i majestat cesarski obrażać, a jednego tylko żądali, aby wolno im było swoją wiarę otwarcie wyznawać i być jej niezachwianie wiernymi. Poza tym nie myśleli o żadnym buncie, a na tortury szli tak spokojnie i ochoczo, że wielkość ich ducha brała górę nad wielkością zadawanych im mąk” (Leon XIII, Diuturnum illud).

    „Gdy zaś z pism rozrzuconych pomiędzy ludem, dowiadujemy się, że zdradliwe nauki wziąwszy przewagę nadwątliły wierność i uległość wobec panujących i wszędzie wzniecają bunty, mamy usilnie przestrzegać, aby lud nimi zwiedziony nie zbaczał z prostej drogi. Niech wszyscy uważają, że według przestrogi apostoła: „nie masz zwierzchności jeno od Boga. A które są, od Boga są postanowione. Przeto kto się sprzeciwia zwierzchności, sprzeciwia się postanowieniu Bożemu, a którzy się sprzeciwiają, ci potępienia sobie nabywają” (Rzym 13, 2). Tak więc i Boskie i ludzkie prawa wołają na tych, którzy usiłują za sprawą najohydniejszych buntów i rozruchów drogą zamachu złamać wierność ku panującym i ich samych postrącać z tronu” (Grzegorz XVI, Miriari vos).

    „Nie doznana rzecz, póki chrześcijanom Pan Bóg dawał panów pogańskich, aby im się kiedy Święci Męczennicy mocą bronili, albo na ich urzędników rękę podnieśli i lud burzyli. Znali w nich z Apostołem moc i urząd Boski, i źle a niewinnie rozlewających krew ich czcili, i byli posłuszni tam, gdzie jawnego grzechu w ich rozkazaniu nie było, chociaż z największą szkodą, żalem i utratą majętności i zdrowia swego” (Piotr Skarga, Żywoty Świętych Starego i Nowego Zakonu, t. II, Petersburg 1862, s. 206).

    Patriotyzm to nie tylko uczucia i kolejne pomniki, to również trzeźwa ocena sytuacji i roztropność, która jest woźnicą cnót.

    x. Tomasz Delurski

    http://delurski.pl/6243/etyka-wykleta/

  5. Czy „Żołnierze Wyklęci” postępowali moralnie?

    Leave a Comment

    Historyczne uznanie dla słuszności działalności tzw. Żołnierzy Wyklętych w XXI wieku stało się jedną z podwalin współczesnego Państwa Polskiego. Od kilku wszak lat istnieje w naszym kraju oficjalnie obchodzone i promowane przez władze naszego kraju święto o nazwie „Narodowy Dzień Pamięci Wyklętych”, za którego uchwaleniem głosowali nie tylko posłowie partii centrowych i prawicowych (PO i PIS), ale nawet – z wyjątkiem Leszka Millera – przedstawiciele Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Skoro istnieje tak powszechny polityczny consensus wokół wychwalania Żołnierzy Wyklętych, to trudno się dziwić, iż w środowiskach szeroko pojmowanej prawicy owa estyma urasta wręcz do rangi dogmatu, za którego choćby i łagodne podważanie, nieraz dostaje się ostre przygany w rodzaju bycia nazwanym komunistą albo ewentualnie „wnuczkiem UB-eka, synem/córką PZPR-owca„, itp. Gdy zaś wspomina się o ewidentnych zbrodniach i nadużyciach w wykonaniu niektórych z „Wyklętych” z miejsca jest kwalifikowane to albo jako kompletny margines w ich działalności, albo nawet jako obelga i oszczerstwo, wszak nawet jeśli „Wyklętym” zdarzało się zabijać bezbronnych cywilów, to niemal na pewno musieli to być „komunistyczni zdrajcy” albo „sowieccy kolaboranci”.

    Cóż, osobiście, czuję się człowiekiem o dość wyraźnie prawicowych i konserwatywnych przekonaniach, a co więcej, nie jest mi wiadome, by ktokolwiek z mych przodków należał do UB, SB, PPR czy PZPR. Mimo to jednak, od dłuższego czasu mam zdecydowanie krytyczny stosunek do działalności „Żołnierzy Wyklętych”. Powiem wprost – uznając, iż wielu z „Wyklętych” prawdopodobnie działało w dobrej wierze, a  część z nich starała się walczyć po rycersku, unikając popełniania zbrodni wojennych – uważam, że obiektywnie rzecz biorąc, samo „clou” ich działalności, a mianowicie zbrojna walka z nową władzą – było niegodziwe, złe i niemoralne. Poniżej, postaram się pokazać szanownym Czytelnikom, dlaczego tak uważam. A mianowicie:

    1. Żadna władza cywilna czy też inny autorytet publiczny nie dał „Wyklętym” rozkazu ani upoważnienia  do prowadzenia działań zbrojnych na terenie Polski po ustaniu okupacji niemieckiej.

    Czy jest moralnie dozwolone zabijanie albo ranienie uzbrojonych i gotowych do walki wrogów? Tak, owszem, jednak poza sytuacją tzw. obrony koniecznej (o której szerzej poniżej) coś takiego jest etycznie usprawiedliwione w ramach wojny sprawiedliwej. Jednym z warunków wojny sprawiedliwej jest, by takowa była prowadzona z rozkazu legalnej władzy albo też przynajmniej z upoważnienia jakiegoś uznanego autorytetu publicznego. Problem zaś ze zbrojną działalnością „Wyklętych” polegał zaś na tym, iż takiego rozkazu ani upoważnienia oni nie mieli. Nie dał bowiem im takiego rozkazu emigracyjny rząd w Londynie i nie dali im podobnego upoważnienia ani Papież ani biskupi (wręcz przeciwnie, ci ostatni, w formie oficjalnej i publicznej nawet ostro zganili ich działalność).

    Owszem, można powiedzieć, że jedno z ugrupowań zrzeszających niektórych „Wyklętych”, a mianowicie „Wolność i Niezawisłość” (dalej „WiN”) w jakiś tam sposób działało za wiedzą i zgodą rządu w Londynie. Tyle tylko, że „WiN” skupiało mały procent ogółu „Wyklętych” (kilka tysięcy na, wedle różnych szacunków, od 80 tysięcy do 120-180 tysięcy osób). Ponadto, co najważniejsze, „WiN” w swych założeniach miało być ruchem konspiracyjnym, jednak unikającym walki zbrojnej, a nastawionym na różne formy cywilnego oporu. To prawda, że członkowie „WiN” nieraz faktycznie podejmowali się walki zbrojnej z przedstawicielami nowej władzy, ale wówczas zwykle wykraczali poza swe kompetencje. Zresztą, założyciel i pierwszy dowódca tej organizacji, pułkownik Jan Rzepecki był zdecydowanym przeciwnikiem prowadzenia działalności zbrojnej wymierzonej w nową władzę, uznając takową za zupełnie bezcelową, a przez to szkodliwą.

    Tak więc, pomijając nawet szereg innych okoliczności i argumentów, działalność „Żołnierzy Wyklętych” była niemoralna już z tego jednego powodu, a mianowicie faktu, iż postanowili oni prowadzić wojnę domową na własną rękę, bez rozkazu legalnej władzy. Nawet, gdyby żaden z „Wyklętych” nie zabił choćby jednego nieuzbrojonego cywila, nie zgwałcił ani jednej kobiety, to już ta powyższa okoliczność czyniłaby ich walkę zbrojną niegodziwą i niedozwoloną.

    2.  W wypadku „Żołnierzy Wyklętych” bardzo trudno jest usprawiedliwiać dokonywane przez nich zabijanie i ranienie swych bliźnich zasadą tzw. obrony koniecznej. 

    Przywołana wyżej zasada „obrony koniecznej” uznaje za moralnie usprawiedliwione zabicie napastnika w sytuacji, gdy ów w sposób niesprawiedliwy i bezpośredni atakuje nasze (lub czyjeś) życia albo seksualną nietykalność. Można więc bez grzechu bronić siebie lub innych przed kimś, kto w bezpośredni sposób zmierza do zabicia lub zgwałcenia. Ale taka napaść musi być bezpośrednia – to znaczy, że np. napastnik już sięga po broń, a nie, że słyszymy od kogoś, że chce nas za kilka dni zabić ;  oraz niesprawiedliwa – bandyta nie ma prawa zabijać ścigających go uzbrojonych policjantów, ale jak już to policjanci mają prawo strzelać do atakujących ich bandytów.

    Z kilku zaś względów, obiektywnie rzecz biorąc, trudno jest uznać zbrojną działalność „Wyklętych” za uzasadnioną w świetle podanych wyżej zasad obrony koniecznej.

    Po pierwsze: ogromna większość z członków niekomunistycznych ugrupowań zbrojnych przeżyła nawet najdrastyczniejszy okres PRL-u. Ba, większość z nich nie trafiła nawet na dłużej do więzienia czy obozu pracy. Nie jest więc tak, iż przed członkami AK czy NSZ faktycznie istniała perspektywa śmierci albo dalszego prowadzenia działalności militarnej. W rzeczywistości mniejszość z nich została zabita albo na dłużej uwięziona, tak też nie był to de facto wybór „śmierć albo walka”.

    Po drugie: nawet w sytuacji bezpośredniej starcia zbrojnego zwykle „Wyklęci” nie stawali przed dylematem „śmierć albo walka”. Pomijając bowiem sytuacje, w których rozstrzeliwano na miejscu walczących, żołnierze ci mogli uratować swe życie składając broń po wezwaniu do poddania się. Poza tym, choć wobec 5 tysięcy „Wyklętych” nowe władze orzekły karę śmierci, to połowa z tych wyroków nie została wykonana. Ponadto, zdecydowana większość nawet z aktywnie działających „Wyklętych” nie została skazana na karę śmierci.

    Po trzecie: bardzo kontrowersyjne byłoby stwierdzić, iż „Wyklęci” bronili się przed niesprawiedliwą napaścią. To oni bowiem w sposób samowolny prowadzili wojnę domową.  Należy zapytać o to komu należało w tej sytuacji przyznać większe prawo do zabijania w walce swych bliźnich? „Wyklętym”, którzy zabijali w walce bez upoważnienia jakiejkolwiek władzy (również rządu w Londynie)? Czy też żołnierzom LWP i członków MO, którzy walczyli z „Wyklętymi” przynajmniej na rozkaz jakiejś władzy (choćby i był to PRL) i których działania były nieraz następstwem tego, iż wcześniej „Wyklęci” zabijali żołnierzy LWP, członków MO, nachodzili biednych mieszkańców wsi żądając od nich żywności, której wszak ci nie mieli w nadmiarze, albo też dokonywali na tychże mieszkańcach krwawych samosądów uzasadnianych jakże często niejasno brzmiącymi definicjami „kolaboracji”?

    Choć trudno jest uzasadniać działalność „Żołnierzy Wyklętych” zasadą tzw. obrony koniecznej, gdyż większość z nich przeżyła najkrwawszy okres PRL, niektórzy próbują bronić ich działalności twierdząc, że tak czy inaczej walczyli o to, by nie żyć w poniżeniu, „chodzić z podniesioną głową”, etc. Ale na miły Bóg, to może i są względnie ważne wartości, jednak nie jest usprawiedliwione zabijanie czy ranienie swych bliźnich w imię zachowania takowych! Nie jestem co prawda zwolennikiem skrajnie dosłownej interpretacji nauczania Pana Jezusa o „nadstawianiu drugiego policzka” (gdyż szerszy kontekst Biblii wskazuje, iż raczej chodziło tu raczej o cierpliwe znoszenie zniewag, aniżeli o potępienie bronienia się przed fizyczną napaścią), ale doprawdy trudno mi przyjąć tak ekstremalne pomijanie ducha tej zasady. Czy my chrześcijanie, których zadaniem jest śladem Pana Jezusa i Apostołów cierpliwe znoszenie zła i niesprawiedliwości wyrządzanych nam przez innych, naprawdę nie potrafimy pojąć, co to może oznaczać w praktyce? Co innego jest fizycznie bronić się przed ekstremalną, zmierzającą do zadania śmierci, przemocą, a co innego zabijać bądź ranić  swych bliźnich w imię „chodzenia z podniesioną głową”.

    3. „Wyklęci” nie dość, że zabijali i ranili swych bliźnich w ramach samowolnie prowadzonej wojny domowej, to jeszcze często rościli sobie prawo do samowolnego wymierzania kary śmierci. 

    Karanie śmiercią winnych szczególnie ciężkich nieprawości może być moralnie dobre, jednak pod warunkiem, że taką sankcję orzekają i wymierzają przedstawiciele legalnej władzy po uprzednim starannym zbadaniu sprawy. To bowiem „władza nosi miecz by karać zło” (Rzymian 13: 4), nie zaś „Kowalski” czy „Nowak” pragnący zostać nowym Breivikiem, Januszem Walusiem albo bohaterem filmów z serii „Życzenie śmierci”.

    Skoro zaś „Wyklęci” nie mieli upoważnienia legalnej władzy do prowadzenia na terenie naszego kraju wojny, to tym bardziej nie mieli oni prawa do skazywania osób cywilnych na karę śmierci. A niestety, przeszło 5100 cywilów zginęło z ich rąk w wyniku samozwańczych egzekucji. Apologeci „Wyklętych” w odniesieniu do tych cywilnych ofiar twierdzą, że albo był to niewielki margines w wykonaniu niewielkiej liczby przeciwników nowej władzy albo też nawet usprawiedliwiają te zabójstwa utrzymując, iż były one dokonywane na „komunistycznych zdrajcach” i „sowieckich kolaborantach”.

    Te tłumaczenia są jednak bardzo wątpliwe. Cywilne ofiary antykomunistycznego podziemia trudno bowiem nazwać jego marginesem, skoro w bezpośrednich starciach zbrojnych zginęło wcale nie o wiele więcej, bo prawie 10 tysięcy przedstawicieli nowej władzy (licząc żołnierzy LWP, członków MO, UB, KBW, WOP, nie licząc zaś żołnierzy Armii Czerwonej, co do których strat w owej wojnie nie ma bardziej precyzyjnych danych). Stosunek cywilnych ofiar „Wyklętych” do zabitych przez nich „nie-cywilów” wynosi więc 1 do 3. Czy jest to „tylko margines”? Jeśli tak, to jest to bardzo szeroki margines.

    Jeśli zaś chodzi o zabijanie „komunistycznych zdrajców” i „sowieckich kolaborantów”, to pozostaje pytanie jakimi kryteriami posługiwali się „Wyklęci” przy rozeznawaniu i osądzaniu tego, kto zasługuje, by być przez nich zabitym w aktach samosądu? Jak szeroką np. przyjmowali oni definicję „kolaboracji z Sowietami”? Czy w ramach takiej kolaboracji mieściło się np. też wskazanie przez mieszkańców wioski kierunku z którego przyszli „Wyklęci”, by zabrać im ostatniego świniaka w zagrodzie? A może za akt kolaboracji uznawano też danie kwiatka żołnierzowi Armii Czerwonej? Czy było sprawiedliwe i moralne zabijanie chłopów biorących ziemię z reformy rolnej? Kto był sędzią w takich sprawach? Czy i jak toczyły się przewody sądowe odnośnie następnie zabijanych ludzi? Czy zabijani mieli prawo do obrońcy, przedstawiania dowodów i racji na swą niewinność?

    4. Nie ma dowodów i przesłanek na to, iż papież Pius XII w sposób zasadniczy zakwestionował treść porozumienia Episkopatu Polski z rządem w PRL, w którym znajdowało się też potępienie działalności „Żołnierzy Wyklętych”. 

    Jest historycznych faktem, iż kardynał Stefan Wyszyński w 1950 roku, w  sposób publiczny i oficjalny uznał władze PRL-u za legalny rząd w naszym kraju, a także jawnie zganił działalność „zbrojnych band” przeciwko tej władzy występujących. Na ową okoliczność chwalcy „Żołnierzy Wyklętych” odpowiadają jednym z artykułów profesora Jacka Bartyzela, w którym ten próbuje dowodzić, iż w rzeczywistości treść owego porozumienia polskich biskupów z rządem PRL nie przypadła do gustu ówczesnemu papieżowi Piusowi XII oraz jego otoczeniu. Tyle tylko, że prof. Bartyzel w żaden sposób nie uwiarygadnia w tym swym tekście tezy, jakoby Piusowi XII nie spodobało się konkretnie zganienie działalności „Wyklętych”, a jedynie pisze, iż był on niezadowolony z propagandowego języka tego dokumentu. To jednak są dwie różne sprawy – jakieś sformułowanie może wyrażać zasadniczo dobrą treść, mimo to jednak używając przy tym błędnych czy dwuznacznie brzmiących sformułowań. Na przykład gdybym powiedział: „Lud pracujący miast i wsi ma prawo do godziwego wynagrodzenia za swój robotniczo-chłopski trud” to choć sposób sformułowania byłby naśladownictwem komunistyczno-socjalistycznej retoryki, to ta okoliczność nie zmieniałaby  faktu, iż zasadnicza treść zawarta w takim zdaniu byłaby prawdziwa (a mianowicie, że należy w odpowiedni sposób wynagradzać pracowników). Ogólnikowe więc stwierdzenie, jakoby Piusowi XII nie podobał się język dokumentu w którym uznano rząd PRL i napiętnowano działalność „Wyklętych” jeszcze niczego nie dowodzi. Pomijam zaś to, że Pius XII przekazywał swe uwagi na ten temat w sposób nieoficjalny i niepubliczny, przez co i tak ich taka czy inna treść nie należałaby do wiążącego sumienia katolików nauczania Magisterium Kościoła.

    A co z argumentem, iż polscy hierarchowie kościelni dla „większego dobra” tak naprawdę ugięli się pod presją władz PRL-u i aby chronić wolność Kościoła zdecydowali się podpisać coś, co w swym sumieniu uważali za niesłuszne? Cóż, tak poważne oskarżenia wymagałyby mocnych dowodów. Gdyby bowiem tak było w istocie, to kardynał Wyszyński i polscy biskupi musieliby w tym aspekcie zostać uznani za tchórzy, kłamców i oszczerców łamiących jedną z podstawowych zasad tradycyjnej moralności katolickiej, a mianowicie, że „Dobry cel nie uświęca złych środków„.

    Wszystko powyższe nie oznacza oczywiście jednak, jakobym uważał, iż należało być w sposób ślepy i absolutny posłuszny rządzącym w PRL-u. Jest jasnym, iż w pewnych konkretnych aspektach należała się tym władzom tak krytyka, jak i nieposłuszeństwo. Jednak należy odróżnić nieposłuszeństwo konkretnym złym prawom stanowionym przez władzę od wszczynania przeciwko takiej władzy krwawych rozruchów.

  6. Czy kult „Żołnierzy Wyklętych” jest drogą do „ukrainizacji” naszej pamięci narodowej?

    Leave a Comment

    Niedawno Paweł Kukiz ośmielił się dodać małą łyżeczkę dziegciu do beczki miodu, którą w naszym kraju otacza się tzw. Żołnierzy Wyklętych. Mianowicie powiedział on, iż szanując postawę większości z tych ludzi, uważa, że i wśród nich zdarzali się bandyci oraz zbrodniarze, dlatego też nie ujmując pamięci tych pierwszych, trzeba w całym kulcie „Wyklętych” zadbać o to, by oddzielono w nim ziarno od plew i nie gloryfikowano tych drugich. Choć osobiście jestem krytyczny wobec samej istoty działalności zbrojnego podziemia z lat 1945 – 1953 powyższa myśl Kukiza mogła by się wydawać także dla zwolenników „Wyklętych” swego rodzaju „oczywistą oczywistością”. W każdej wszak choćby i najlepszej zbiorowości znajdzie się jakiś margines niegodziwców i szubrawców. Ba, nawet wśród Aniołów przed wieloma wiekami jedna trzecia z nich wybrała bycie złymi i wrogami Boga, stając się z własnej woli demonami.

    Cóż, więc w tym dziwnego czy szokującego, iż Paweł Kukiz w realistyczny sposób dostrzegł, że także wśród „Wyklętych” znajdowali się bandyci i zbiry? Dodajmy, że uczynił to zastrzegając przy tym, iż uważa zdecydowaną ich większość za bohaterów i dobrych ludzi. A jednak, owa wypowiedź posła Kukiza ściągnęła na niego falę przysłowiowego „hejtu”. W oczach sporej części wypowiadających się na ten temat prawicowców stał się on „komunistą”, „ruskim agentem”, „który wreszcie pokazał swą prawdziwą twarz”, itp. Jakie wnioski można zatem wyciągnąć z faktu tak wielu i nienawistnych wręcz reakcji na banalne historycznie stwierdzenia Pawła Kukiza?

    Otóż, mamy tu do czynienia z faktycznie bałwochwalczym stosunkiem do naszej narodowej historii i spuścizny. Skoro, nie można powiedzieć ani słowa krytyki np. pod adresem „Żołnierzy Wyklętych”, bo inaczej jest się komunistą, ruskim agentem albo przynajmniej dzieckiem bądź wnukiem Ubeka, to de facto czyni się z „Wyklętych” osoby bez skazy, a stąd już tylko krok do ich ubóstwiania. Jakże dalekie jest takie podejście do swej narodowej historii od przykładu, jaki dali prorocy starożytnego, biblijnego Izraela. Ci ostatni wszak w imię Boga i właściwie pojętej miłości do swego narodu odważnie wypominali mu jego grzechy, choćby i bardzo mocno wrosły już one w jego historię, kulturę i tożsamość. Prorocy ci nie wahali się też mówić, iż nieszczęścia, które spadają na Izraelitów są Bożą karą i chłostą za ich nieprawości. Prorok Jeremiasz rzekł niegdyś: Leżeć musimy w hańbie i wstyd nas okrywa, bo zgrzeszyliśmy wobec Pana, Boga naszego, my i przodkowie nasi, począwszy od młodości aż do dziś; nie słuchaliśmy głosu Pana, Boga naszego (Jeremiasz 3, 23). Porównajmy to odważne, biblijne mówienie o karach Bożych za grzechy własnego narodu z tym jak odbierane są dziś w pewnych kręgach wszelkie wzmianki o tym, że pewne nieszczęścia, które dotykały Polaków mogły być właśnie tego rodzaju karą. Wiem coś o tym, gdyż jeszcze świeżo w pamięci mam gniewne reakcje na mój tekst, w którym, w oparciu o Pismo święte i zapiski polskich mistyczek, św. Faustyny Kowalskiej i służebnicy Bożej Rozalii Celakówny, stwierdziłem, iż dokonane w skutek Powstania Warszawskiego zniszczenie Warszawy było Bożą chłostą ze rozliczne nieprawości, z których słynęła ona w okresie międzywojennym.

    Takie bezkrytyczne podchodzenie do „Żołnierzy Wyklętych” można też nazwać czymś w rodzaju „ukrainizacji” naszego podejścia do pamięci narodowej. Apologeci „Wyklętych” oburzają się na porównywanie polskiego zbrojnego podziemia antykomunistycznego do UPA, ale sami naśladują w swym zaślepieniu dzisiejszych chwalców owej zbrodniczej organizacji. Popatrzmy wszak na naszych wschodnich sąsiadów, czyli Ukrainę. Tam ich nowożytna tożsamość narodowa jest budowana na kreowaniu wielce pozytywnego obrazu UPA. W dominującym przekazie UPA to zatem szlachetni „gieroje” walczącymi z komunistami i Niemcami, a wszelkie głosy krytyki względem tego ugrupowania, a nawet próby przypominania o popełnianych przez nie niegodziwościach, gniewnie się ucisza jako przejaw komunistycznych sympatii czy bycia przedstawicielem rosyjskiej agentury. Oczywiście, nie można postawić znaku równości pomiędzy „Wyklętymi” a UPA, gdyż ci drudzy popełnili o wiele więcej okrutnych zbrodni niż ci pierwsi, jednak stopień zaślepienia i bezkrytycyzmu, z jakim podchodzi się do obu tych środowisk, jest bardzo podobny, by nie powiedzieć, że identyczny.

  7. Kto bardziej zasługiwał na śmierć? „Geje” czy członkowie PPR/PZPR?

    Leave a Comment

    Po mym artykule na temat zamachu w Orlando, w którym w pewien sposób zrównałem Omara Mateena, sprawcę dokonanego tam samosądu z działaniami „Żołnierzy Wyklętych”, którzy również na własną rękę zabijali nie tylko uzbrojonych członków LWP, milicjantów, etc., ale również cywilów należących do PPR, PZPR, będących urzędnikami państwowymi, nauczycielami w szkołach, w niektórych miejscach rozpętała się istna burza. Jednym z głównych zarzutów stawianych mym wypowiedziom na ów temat było stwierdzenie, które można by ująć w następujących słowach: „Jak można porównywać zabijanie biednych pogubionych ludzi, jakimi są homoseksualiści z egzekucjami dokonywanymi na zdrajcach narodu i kolaborantach, jakimi byli członkowie PPR i PZPR?!?„.

    Otóż, mam złą wiadomość dla autorów tego oburzenia. Mianowicie, nie tylko, że można porównywać te dwie sytuacje, ale tak naprawdę samowolne zabijanie aktywnych homoseksualistów jawi się jako mniej złe niż samowolne zabijanie członków PPR, PZPR, urzędników PRL, nauczycieli ówczesnych szkół, etc. A to dlatego, że zabijanie za czyny homoseksualne nie jest wewnętrznie i absolutnie złe. Więcej nawet, jeśli jest to czynione na mocy ustanowionego przez władze cywilne prawa i po przeprowadzeniu odpowiedniego procesu sądowego może być nawet to czymś moralnie dobrym. Sam bowiem Bóg nakazał rządzącym wymierzanie kary śmierci za homoseksualne czyny dając Mojżeszowi następujące polecenie: „Ktokolwiek obcuje cieleśnie z mężczyzną, tak jak obcuje się z kobietą, popełnia obrzydliwość. Obaj będą ukarani śmiercią, ich krew (spadnie) na nich” (Kapłańska 20: 13).  Owszem, nie wszystkie z przykazań Starego Testamentu obowiązują chrześcijan, jednak skoro Bóg jest niezmienny (Malachiasz 3: 6) i „nie ma w nim żadnej ciemności” (1 Jana 1: 5), to nie można mówić, że coś co niegdyś On sam wprost nakazał czynić, dziś jest zawsze i wszędzie złe. Poza tym Słowo Boże mówi: „Nikomu On nie przykazał być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć” (Mądrość Syracha 15: 20), a gdyby karanie śmiercią za homoseksualizm było samo w sobie złe, słowa te stanowiły by kłamstwo (gdyż wtedy Bóg w istocie nakazałby ludziom grzeszyć). Jeśli zaś chodzi, o wyżej wymienione przykazanie Starego Przymierza to było ono przez wieki z poparciem autorytetu Kościoła aplikowane już pod rządami Nowego Zakonu. Można nawet powiedzieć, iż pewnego rodzaju rewolucją jaką wniosło chrześcijaństwa do naszej cywilizacji, była właśnie zachęta do takiego surowego karania homoseksualnych uczynków. Wszak, to po upadku pogaństwa w Imperium Rzymskim, z inspiracji biskupa Mediolanu, św. Ambrożego, rządzący nim wprowadzili karę śmierci przez spalenie na stosie za aktywny homoseksualizm, podczas gdy wcześniej ów występek był tam traktowany z dużą dozą wręcz przyzwolenia. Osobiście, co prawda uważam, iż władze cywilne winny karać czynny homoseksualizm w łagodniejszy sposób, ale z pewnością nie odważyłbym się potępiać tych rządzących, którzy zdecydowali się ów prześladować za pomocą kary śmierci, gdyż w ten sposób de facto potępiałbym Boga. Jeśli bowiem coś mogło być dobre w oczach Boga za czasów Mojżesza, to nie może być zawsze złe i niemoralne współcześnie.

    Oczywiście, zamachowiec z Orlando nie uczynił dobrze zabijając przebywających w barze „gejów”, gdyż nie był do tego upoważnionym przez rządzącą jego krajem władzę. To był więc z jego strony klasyczny samosąd. Poza tym, o ile pomiędzy orzeczeniem przez sąd kary śmierci a jej wykonaniem upływa pewien okres czasu, w którym skazany nań ma wiele okazji do refleksji nad swym życiem oraz wyrażenia skruchy za zło, które czynił, to trudno o czymś takim mówić w przypadku nagłego samosądu, przez co można powiedzieć, iż taki gwałtowny akt w pewien sposób utrudnia jego ofiarom nawrócenie się (w przeciwieństwie do kary głównej). Wreszcie, nie jest powiedziane, że ofiarą samosądu dokonanego przez Mateena musieli paść tylko aktywni homoseksualiści i lesbijki – w takim miejscu mogły się wszak znajdować osoby niezaangażowane w tę obrzydliwość, np. zatrudnione tam sprzątaczki, albo też osoby głupie, nieroztropne, np. młode dziewczęta które przyszły tam z głupiej ciekawości odnośnie tego jak wygląda zabawa w gejowskim klubie. Z tych powodów czyn Mateena był zły. Nie było nim jednak samo zabicie aktywnych homoseksualistów, ale to, że uczynił to w sposób samowolny oraz mogący narazić na śmierć osoby w rzeczywistości nie będące winnymi takich czynów.

    O ile jednak Bóg polecił karanie homoseksualizmu śmiercią, o tyle nie uczynił tego w stosunku do bycia członkiem PPR, PZPR, sprawowania funkcji urzędniczych w nielubianym przez kogoś państwie. Ba, w Piśmie świętym nie ma nawet polecenia karania śmiercią za ogólnikowo pojętą „zdradę narodową” czy „kolaborację”, a jeśli już to niektórzy ze zdrajców swego kraju (np. Rahab) oraz kolaborantów (np. Daniel) są ukazywani w Biblii jako bohaterowie wiary. Oczywiście, w samym Piśmie świętym siłą rzeczy nie mogło być nakazu karania śmiercią za wstąpienie do PPR, PZPR czy udział w aparacie państwowym PRL, gdyż w czasie gdy Biblia była spisywana takowych organizacji i instytucji po prostu nie było. Jednak nawet, gdyby dokonać interpretacji rozszerzającej pewnych występków, które Bóg nakazał karać śmiercią, a więc np. potraktować namawianie do „pójścia za cudzymi bogami” jako również ateizm, albo też głoszenie „fałszywych proroctw” jako głoszenie komunizmu, to i tak byłoby bardzo problematyczne zakwalifikowanie do takich kategorii członkostwa w PPR, PZPR, bycia urzędnikiem publicznym w PRL, etc. Różne były bowiem motywacje, cele i poziom świadomości ludzi wstępujących do wymienionych organizacji i instytucji w czasie zbrojnej działalności „Żołnierzy Wyklętych”. Trudno np. powiedzieć, by wstąpienie do PPR-u w latach 1945 – 1948 oznaczało faktyczne popieranie światopoglądu ateistycznego, skoro w tym okresie władze tego ugrupowania w sposób jawny nie promowały ateizmu i antychrześcijaństwa, a sam Bierut publicznie uczestniczył w uroczystościach religijnych. Nawet jeśli chodzi o popieranie komunizmu to akces do PPR oraz PZPR nie musiał tego oznaczać, gdyż przynajmniej w pierwszych latach funkcjonowania „Polski Ludowej” owe ugrupowania unikały eksponowania otwartych nawiązań do komunizmu, a bardziej akcentowały hasła postępu, odbudowy ojczyzny, ulżenia doli robotników i chłopów. Kontrowersyjne jest również stawianie znaku równości pomiędzy przystąpieniem do PPR i PZPR albo przyjęciem urzędniczych posad w PRL a aktem narodowej zdrady i „kolaboracji z okupantem”. Nasz kraj znajdował się bowiem wtedy w złożonej i wieloaspektowej rzeczywistości społeczno-politycznej, Polacy byli zmęczeni wieloletnią wojną często upatrując w nowym stanie rzeczy nadziei na odbudową naszej ojczyzny, a sowiecka armia było, nie było, ale siłą rzeczy wyzwoliła Polskę z rąk dotychczasowych jej okupantów. Przynajmniej zatem w sferze intencjonalnej, wstąpienie do PPR, PZPR albo aparatu urzędniczego nowej władzy nie musiało równać się chęci szkodzenia naszemu krajowi. Zresztą, czy obiektywnie rzecz biorąc można mówić o akcie „zdrady narodowej” np. w sytuacji, gdy państwowy urzędnik rozdzielał ziemię z reformy rolnej, albo też podejmował trud walki z analfabetyzmem? Czy takie działania również zasługiwały na karę śmierci i to jeszcze samowolnie orzekaną i wymierzaną?

    Rozumiałbym i jakoś tam szanował, gdyby ktoś krytykował mój poprzedni artykuł twierdząc, iż równie złe jest zabijanie w aktach samosądu tak homoseksualistów, jak i członków PPR oraz PZPR. Jeśli jednak ktoś oburza się na to pierwsze, a usprawiedliwia to drugie zachowanie, to tylko pokazuje w ten sposób, jak bardzo pokręcone i dalekie od biblijnego pojmowanie moralności wyznaje. Taki człowiek jest po prostu zaślepiony, a jego pogląd w tej sprawie nie wynika z racjonalnej i logicznej analizy obu tych sytuacji, a jest wynikiem uprzedzeń. Innymi słowy, mamy tu do czynienia ze swego rodzaju moralnością Kalego, a więc: „Kiedy Arab i islamista zabija w samosądzie to jest źle. Kiedy jednak Polak-katolik zabija w samosądzie to dobrze„.

     

  8. Czy „Łupaszka” powinien być naszym bohaterem narodowym?

    Leave a Comment

    24 kwietnia b. roku, w Warszawie z wielką pompą odbył się uroczysty – państwowy i kościelny – pogrzeb majora Zygmunta Szendzielarza (pseudonim „Łupaszka”). Ta uroczystość stanowiła symboliczne uznanie po latach tej postaci za osobę niezwykle cenną dla polskiej historii i tożsamości narodowo-państwowej. Jako, że wcześniej nie doczekał się normalnego pochówku i był też skrajnie krytycznie oceniany przez propagandę PRL-u ,”Łupaszka” został w ten sposób przez aktualne władze naszego kraju nie tylko „ostatecznie” zrehabilitowany, ale też włączony do kanonu bohaterów narodowych, których pamięć należy kultywować, a czyny (w domyśle) w razie potrzeby naśladować.

    Czy jednak słusznie tak się stało? Cóż, można by mieć wątpliwości, nawet co do zasadności samego pochówku kościelnego dla Zygmunta Szendzielarza, gdyż przed swą śmiercią w żaden zewnętrzny sposób nie wyraził on skruchy za popełnione przez poważne nieprawości, a mianowicie liczne akty dokonywanych i aprobowanych przez niego samowolnych egzekucji na przedstawicielach nowej socjalistyczno-komunistycznej władzy. Zabójstwa te nie były moralnie usprawiedliwione, gdyż „Łupaszka” nie był przez żadną cywilną władzę upoważniony do prowadzenia regularnych działań zbrojnych oraz orzekania i wykonywania kary śmierci choćby i względem złych ludzi. Jego zatem działalność jako „Żołnierza Wyklętego” była zatem poważnym naruszeniem ładu moralnego, zaś tradycyjna dyscyplina kościelna przewidywała pozbawienie kościelnego pogrzebu jawnych grzeszników, którzy przed swą śmiercią nie dali żadnych zewnętrznych oznak skruchy za popełnione przez siebie złe czyny. Na postaci majora Szendzielarza oprócz jego powojennej zbrojnej działalności cieniem się kładzie również jeden z aspektów jego aktywności w czasie niemieckiej okupacji. Chodzi oczywiście o zbrodnie popełnione przez żołnierzy dowodzonej przez niego Piątej Brygady Wileńskiej AK na litewskiej ludności cywilnej w Dubinkach i okolicznych wsiach, w wyniku której śmierć poniosło – wedle różnych szacunków od 27 do 68 osób, w zdecydowanej większości kobiet i dzieci. Była to akcja odwetowa za popełnione wcześniej przez oddziały litewskiej pro-nazistowskiej policji liczne masakry na Polakach. Jednak choć taka zemsta może wydawać się na płaszczyźnie psychologicznej i emocjonalnej zrozumiała, nie ma wątpliwości, iż nie da się jej moralnie usprawiedliwić, gdyż „dobry cel nie uświęca złych środków„, a zamierzone zabicie choćby jednej niewinnej osoby jest rzeczą absolutnie zakazaną, złą i bezbożną.  Cel polegający na odstraszaniu litewskich kolaborantów od dalszych mordów na Polakach oraz na ich ukaraniu był co prawda dobry, ale już środek do tego użyty, jakim było dokonanie krwawych egzekucji na tych Litwinach, co do których nie było często żadnych silniejszych poszlak, iż mogli oni ponosić choćby i tylko moralną odpowiedzialność za dokonane przez ich rodaków wcześniej zbrodnie na Polakach, był z pewnością niegodziwy.

    Co ma do tego jednak postać Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”? Historycy co prawda nie są zgodni odnośnie tego, czy ponosi on bezpośrednią odpowiedzialność za zbrodnię wojenną dokonaną przez jego oddział w Dubinkach i okolicach, jednak istnieją silne poszlaki na rzecz twierdzenia, iż niestety w świadomy i zamierzony sposób wydał on swym żołnierzom rozkaz dokonania tej rzezi. Otóż, wedle relacji ówczesnego zastępcy „Łupaszki” – por. cc Jana Wiktora Wiącka „Rakoczego”na wieść o dokonanej przez Litwinów masakrze na polskiej ludności cywilnej w Glinciszkach: „dowódca 5-tej Brygady wysłał 2 szwadrony na Litwę w celu wykonania podobnej egzekucji jako represji na ludności litewskiej”. Relacja ta wydaje się być wiarygodną, gdyż nie została uzyskana pod przymusem czy torturami, a miejscem jej złożenia był powojenny Londyn, a nie np.  więzienie w Warszawie albo Moskwie. Poza tym, akcją odwetową w Dubinkach dowodziło i kierowało dwóch bezpośrednich zastępców majora Szendzielarza, którzy nigdy nie zostali za nią przez niego ukarani. Istnieje zatem, co najmniej bardzo poważna wątpliwość co do tezy obrońców „Łupaszki” czy rzeczywiście nie wydał on rozkazu polecającego zabijanie litewskich cywilów w odwecie za wcześniejsze zbrodnie Litwinów na Polakach. Ponadto, ów akt odwetu był złamaniem rozkazu dowództwa Armii Krajowej, które stanowczo zakazało podobnych działań. Nie sposób też pominąć milczeniem, iż zbrodnia w Dubinkach była sprzeczna z  rycerskim etosem Armii Krajowej, która ogólnie rzecz biorąc unikała bezpośredniego atakowania niepolskiej ludności cywilnej słusznie uważając takie działania za niegodziwe i plamiące żołnierski honor.

    Pozostaje więc pytanie, na ile wychowawcze i historycznie konstruktywne jest kreowanie na bohaterów narodowych postaci co do których dobroci postępowania istnieją tak poważne etycznie wątpliwości? Zwłaszcza, w sytuacji, gdy polska historia zna przecież szereg przykładów osób, których postępowanie nawet jeśli nie było bez skazy i grzechu, to jednak stanowiło o wiele klarowniejszy i wznioślejszy wzór do naśladowania – np. rotmistrz Pilecki, Fieldorf Nil, prof. Bartoszewski. Czy naprawdę jako Polacy chcemy iść drogą Ukrainy, która swą narodową i państwową tożsamość buduje na kulcie zbrodniarzy i morderców?

     

    Przeczytaj też: https://salwowski.net/2016/03/20/czy-zolnierze-wykleci-postepowali-moralnie/