Prawda i Konsekwencja

Tag Archive: św. Oficjum

  1. Czy (część) tradsów ma rację kwestionując dokument “Mater Populis fidelis”?

    Leave a Comment

    Gwałtowny sprzeciw jaki pośród dużej części tradsów (oraz Bractwa św. Piusa X – dalej FSSPX – „jako takiego”) wywołał dokument “Mater populis fidelis” Dykasterii Nauki Wiary (dalej: DNW) w sprawie „absolutnej niewłaściwości” stosowania wobec Maryi tytułu „Współodkupicielki” pokazuje pewien metodologiczny problem jaki część tradsów wydaje się mieć z rozeznawaniem tego co powinno być, a co nie powinno być punktem sporu pomiędzy tradsami a współczesnym Magisterium Kościoła (zakładającym na ten moment, że w ogóle taki spór ma prawo zaistnieć).

    O co dokładniej chodzi?

    Zacznę od czegoś co może wyglądać na pewien paradoks, a więc od konstatacji, iż z jednej strony należy być wewnętrznie posłusznym również „zwykłemu, lecz omylnemu Magisterium Kościoła” ale z drugiej strony w przypadku rzeczywistej bądź pozornej sprzeczności pomiędzy dwiema wypowiedziami należącymi do tego rodzaju Magisterium należy wybrać posłuszeństwo tym jego późniejszym wypowiedziom. W odniesieniu do tego dylematu trzeba bowiem przyjąć zasadę, iż jeden omylny akt może być korygowany przez inny omylny akt – i do katolików nie należy roztrząsanie tego za którym z tych aktów mogło stać więcej racji. Tytułem analogii: niegdyś niektórzy lekarze podobno nawet zalecali palenie tytoniu jako czegoś zdrowego. Dziś, chyba każdy lekarz odradza palenie tytoniu widząc w takowym coś szkodliwego dla zdrowia. Żadna z tych medycznych opinii nie jest per se nieomylna, ale to nie znaczy, że zwykły pacjent powinien przedkładać opinie dawniejszych lekarzy nad consensus współczesnej medycyny w tej kwestii.

    Piszę powyżej o rzeczywistym bądź pozornym konflikcie dwóch omylnych „zestawów” wypowiedzi Magisterium Kościoła, gdyż jak najbardziej ma to zastosowanie odnośnie kontrowersji w sprawie tytułowania Maryi mianem „Współodkupicielki”. Żadna z wypowiedzi magisterialnych na ów temat nie miała bowiem charakteru per se nieomylnego – tak więc wydaje się, iż późniejsze w porządku historycznym wypowiedzi Magisterium na ów temat miały prawo skorygować wcześniejsze deklaracje Magisterium. Co więcej, nie będzie nadinterpretacją rzec, iż w istocie rzeczy to dokument DNW zakazujący używania wobec Maryi tytułu „Współodkupicielki” miał nawet większą rangę doktrynalną niż wcześniejsze wspierające go wypowiedzi niektórych papieży. Ten dokument został bowiem zatwierdzony przez papieża, w wyraźny sposób jest skierowany do całego Kościoła, a ponadto jest on autorstwa tej rzymskiej kongregacji, która w specjalny sposób jest odpowiedzialna za badanie i rozstrzyganie (choćby na poziomie „omylnym”) różnych problemów doktrynalnych. Z kolei wypowiedzi niektórych papieży, którzy w przeszłości wspierali tytułowanie Maryi mianem „Współodkupicielki” miały w najlepszym razie niski magisterialny status. Przykładowo, papież Benedykt XV wyrażał dlań aprobatę w jednym z listów bezpośrednio skierowanych do jednego z pobożnych stowarzyszeń (a nie do ogółu Kościoła) – chodzi o list “Inter Sodalicia”. Niektórzy tradsi być może w tym miejscu zaprotestują twierdząc, iż o Maryi jako „Współodkupicielce” nauczał także w encyklice „Iucunda Semper Expactatione” – czyli dokumencie pośrednio skierowanym do całego Kościoła – papież Leon XIII. Jednak nawet, gdyby tak było, to de facto ostatni dokument DNW ma tę samą rangę doktrynalną co papieska encyklika – gdyż został zatwierdzony przez papieża, jest skierowany do całego Kościoła, a ponadto jest on autorstwa kongregacji, której zadaniem jest rozstrzyganie różnych problemów doktrynalnych. Poza tym, istnieją kontrowersje odnośnie tego, czy tłumaczenie wspomnianej encykliki w miejscu w którym Maryja została nazwana „Współodkupicielką” jest poprawne (np. w polskiej jego wersji opublikowanej przez przez wydawnictwo “Te Deum” – a więc instytucję prowadzoną przez Bractwo św. Piusa X – ów tytuł tam się nie znajduje). Podobne uwagi można odnieść do powoływania się w tym zakresie na encyklikę św. Piusa X “Ad diem illum”, gdzie w pewnych jej tłumaczeniach Maryja nazywana jest “Odkupicielką upadłej ludzkości” podczas, gdy w łacińskiej wersji tego dokumentu w odnośnym miejscu nie pojawia się słowo “Coredemptrix” (czego poprawnym tłumaczeniem jest wyraz “Współodkupicielka”) ale znajduje się tam termin “Repatrix”, którego lepszym polskim tłumaczeniem są terminy w rodzaju “Naprawicielka”.

    Tak czy inaczej pozwolę sobie powtórzyć główną tezę mych dotychczasowych wywodów: wewnętrzne posłuszeństwo należy się ze strony katolików także omylnym aktom Magisterium Kościoła, jednak w przypadku gdy istnieje rzeczywista bądź pozorna sprzeczność pomiędzy takimi aktami posłuszeństwo należy okazać tym historycznie późniejszym z nim.

    Warto zresztą dodać, iż tradsi stosują wyżej zarysowaną zasadą w przypadku innych rzeczywistych bądź problemów doktrynalnych, które miały miejsce w obrębie Kościoła katolickiego. Przykładowo, św. Inkwizycja na początku 17 wieku zakazała nauczania heliocentryzmu jako doktryny „sprzecznej z Pismem świętym”. To wcześniejsze magisterialne orzeczenie zostało jednak odwrócone przez późniejszy dekret św. Oficjum, który za pontyfikatu Piusa VII zezwolił na nauczanie heliocentryzmu (miało to miejsce na początku 19 stulecia). Oczywiście, wyżej wskazany przypadek nie jest jedynym, w którym tradsi de facto uznają, iż późniejsze omylne akty Magisterium mają prawo korygować wcześniejsze omylne akty magisterialne. Dlaczego więc, wydają się oni nie uznawać tej prawidłowości w przypadku rzeczonego wyżej dokumentu DNW?

    ***
    Na wszystkie te wywody ktoś może jednak rzec, iż w odniesieniu do zakazu używania wobec Maryi tytułu „Współodkupicielki” mamy do czynienia w rzeczywistości z konfliktem na linii „zwyczajne i powszechne Magisterium (które może być nieomylne i które miało wspierać stosowanie tego tytułu) vs. zwykłe Magisterium Kościoła (które jest omylne i które sprzeciwia się używaniu tego tytułu)”.

    Do zwolenników powyżej zarysowanej tezy mam jednak następujące pytania: 1. Ile czasu spędziliście nad szczegółową weryfikacją tezy o tym, jakoby nauka o „Maryi Współodkupicielce” należała do „zwyczajnego i powszechnego Magisterium”? Czy aby na pewno możecie z ręką na sercu powiedzieć, iż zbadaliście tak dokładnie temat, by solennie zadeklarować, że np. w okresie 100 lat wszyscy katoliccy biskupi głosili tę naukę jako objawioną przez Boga prawdę wiary?; 2. A jeśli nie jesteście w stanie szczerze i pozytywnie odpowiedzieć na pytanie numer to czy przynajmniej możecie dowieść, iż biskupi w sposób pośredni – czyli poprzez aprobowane przez siebie katechizmy i zatwierdzane dzieła teologiczne – dawali do zrozumienia, iż ta doktryna jest objawioną przez Boga prawdą?
    Zadaję powyższe pytania nie bez kozery, gdyż: Ad 1; Z góry wiem, iż wykonanie opisanego w pytaniu zadania praktycznie rzecz biorąc stanowiłoby tytaniczną, niemal niemożliwą dla zrealizowania choćby i dla teologa pracę – takową pracę jak już mógłby wykonać jakiś specjalistyczny zespół badaczy, który w sposób wyłączny poświęciłby się jej przez dłuższy czas; Ad 2: Na podstawie swego własnego (nie tak skromnego) oglądu treści „przedsoborowych” katechizmów i zatwierdzonych pism teologicznych mogę z całą pewnością powiedzieć, że niemała część z nich nie wspominała o Maryi jako „Współodkupicielce” a niektórzy z „przedsoborowych” teologów nawet dość otwarcie poddawali w wątpliwość stosowność używania tego tytułu.

    I w tym miejscu warto zwrócić uwagę na niespójność stanowiska niektórych tradsów (teraz mam na myśli głównie FSSPX), którzy z jednej strony wydają się wyolbrzymiać doktrynalną rangę wcześniejszego nauczania o Maryi jako „Współodkupicielce” z drugiej zaś, gdy jest im to wygodne poddają w wątpliwość nawet powszechne (lub „prawie powszechne”) nauczanie przedsoborowych teologów. Chodzi mi w tym momencie konkretnie o twierdzenie księży należących do FSSPX jakoby można było bezpiecznie odejść od powszechnej niegdyś opinii teologicznej głoszącej, iż zatwierdzone dla całego Kościoła normy dyscyplinarne cieszą się „nieomylnym bezpieczeństwem” (czyli nie mogą one wyrządzać poważnej szkody duszom). Oczywiście, zastosowanie tegoż „przedsoborowego nauczania” do posoborowej rzeczywistości Kościoła stawiałoby pod co najmniej wielkim znakiem zapytania zasadność choćby odrzucania przez FSSPX godziwości nowego rytu Mszy – stąd księża owego Bractwa sugerują, iż można odejść od owej powszechnej dla „przedsoborowych” teologów opinii (która zresztą znalazła wyraz także w niektórych stricte magisterialnych aktach takich jak bulla „Auctorem Fidei” Piusa VI czy encyklika Piusa XII „Mystici Corporis”).

    ***

    Summa summarum problem z kwestionowaniem co prawda omylnego, ale wciąż obowiązującego katolików w sumieniu nauczania DNW, które uznaje nazywanie Maryi mianem „Współodkupicielki” sprowadza się do odpowiedzi na pytanie: czy w przypadkach wątpliwych należy zaufać przedstawicielom Magisterium Kościoła, iż to oni rozeznali lepiej okoliczność, czy dana – nauczana wcześniej przez pewien czas – doktryna była nieomylna (a co za tym idzie niereformowalna) czy była jednak omylna, a przez to mogąca zostać poddana korektom przez późniejsze akty magisterialne?

    Mirosław Salwowski

  2. Czy niewolnictwo jest wewnętrznie złe?

    Możliwość komentowania Czy niewolnictwo jest wewnętrznie złe? została wyłączona

    Papież Jan Paweł II w swej encyklice “Veritatis splendor” nauczał, iż niewolnictwo należy zaliczać do czynów wewnętrznie złych (a więc zawsze zakazanych):

    Dzięki świadectwu rozumu wiemy jednak, że istnieją przedmioty ludzkich aktów, których nie można przyporządkować Bogu, ponieważ są one radykalnie sprzeczne z dobrem osoby, stworzonej na Jego obraz. Tradycyjna nauka moralna Kościoła mówi o czynach, które są „wewnętrznie złe” (intrinsece malum): są złe zawsze i same z siebie, to znaczy ze względu na swój przedmiot, a niezależnie od ewentualnych intencji osoby działającej i od okoliczności. Dlatego nie umniejszając w niczym wpływu okoliczności, a zwłaszcza intencji na moralną jakość czynu, Kościół naucza, że „istnieją akty, które jako takie, same w sobie, niezależnie od okoliczności, są zawsze wielką niegodziwością ze względu na przedmiot”. Sam Sobór Watykański II, mówiąc o szacunku należnym ludzkiej osobie, wymienia wiele przykładów takich czynów: „Wszystko, co godzi w samo życie, jak wszelkiego rodzaju zabójstwa, ludobójstwa, spędzanie płodu, eutanazja i dobrowolne samobójstwo; wszystko, cokolwiek narusza całość osoby ludzkiej, jak okaleczenia, tortury zadawane ciału i duszy, wysiłki w kierunku przymusu psychicznego; wszystko, co ubliża godności ludzkiej, jak nieludzkie warunki życia, arbitralne aresztowania, deportacje, niewolnictwo, prostytucja, handel kobietami i młodzieżą, a także nieludzkie warunki pracy, w których traktuje się pracowników jak zwykłe narzędzia zysku, a nie jak wolne, odpowiedzialne osoby; wszystkie te i tym podobne sprawy i praktyki są czymś haniebnym; zakażają cywilizację ludzką, bardziej hańbią tych, którzy się ich dopuszczają, niż tych, którzy doznają krzywdy i są jak najbardziej sprzeczne z czcią należną Stwórcy” (tamże, n. 80 – podkreślenie moje MS).

    Chociaż niewielu tzw. katolickich tradycjonalistów to podkreśla to takie, a nie inne potraktowanie niewolnictwa musi jawić się jako kontrowersyjne, gdyż ani Pismo święte, ani “przedsoborowa” doktryna Kościoła nie określała niewolnictwa jako wewnętrznie złego. Owszem, krytycznie wskazywano na liczne nadużycia owej instytucji i wzywano właścicieli niewolników do ich unikania. Owszem, papieże czasami potępiali handel niewolnikami oraz niesprawiedliwe pozbawienie wolności członków ludów na nowo odkrytych terenach, ale i to jeszcze nie było równoznaczne ze stwierdzeniem, iż np. posiadanie niewolników jest zawsze i wszędzie moralnie zakazane (a więc “wewnętrznie złe”). Jeszcze w XIX wieku Magisterium Kościoła i wybitni teolodzy katoliccy podtrzymywali twierdzenie, iż niewolnictwo nie jest wewnętrznie złe. Św. Oficjum w swym dokumencie z dnia 20 czerwca 1866 roku pisało:

    Sama niewola (…) nie jest w żadnym wypadku sprzeczna z prawem naturalnym i Bożym, i może być obecnych bardzo wiele sprawiedliwych tytułów dla poddaństwa (…) Rzeczywiście, tak jak niewolników można legalnie kupić, tak i oni mogą legalnie zostać sprzedani, ale całkowicie konieczne jest, aby sprzedający był prawowitym posiadaczem niewolnika i nie robił nic w sprzedaży, przez co życie, moralność lub wiara katolicka niewolnika, który ma zostać sprzedany, zostałyby naruszone (…)

    Odpowiedź na pytanie 16: Jak zauważono w odpowiedzi na powyższe pytania, istnieją pewne słuszne tytuły lub przyczyny, dzięki którym niewolnik może zostać legalnie pozbawiony wolności i prawowicie zatrzymany przez pana (…) Odpowiedź na pytania 18 i 19: Regularne prawo do ucieczki przysługuje niewolnikom, którzy zostali niesprawiedliwie sprowadzeni do niewoli; nie wolno uciekać niewolnikom, którzy przechodzą sprawiedliwe zniewolenie, chyba że są zachęcani przez pana do jakiegoś grzechu lub są traktowani nieludzko” (Por. Wikipedia English, Catholic Church and Slavery).

    Kardynał John H. Newman w swym liście do T. W. Alleisa z dnia 8 listopada 1863 roku stwierdzał, że pragnąłby likwidacji niewolnictwa, ale owa instytucja nie jest wewnętrznie zła, gdyż w przeciwnym razie św. Paweł Apostoł poleciłby Filemonowi natychmiastowe wyzwolenie wszystkich niewolników, których ten posiadał (co jak wiadomo – nie miało miejsca).

    W owym (19) stuleciu być może najbliżej do przyjęcia pozycji o wewnętrznie złym charakterze niewolnictwa był papież Leon XIII, ale nawet on, nie posunął się tak daleko. W swej encyklice “In Prulimis” nazywał on co prawda niewolnictwo “potworną przewrotnością” oraz “najhaniebniejszą zarazą”, ale z drugiej strony rozróżniał pomiędzy pogańskim a chrześcijańskim traktowaniem niewolników, a także (raczej aprobatywnie) przywoływał wywody katolickich teologów o tym, że: “panowie mają wprawdzie słuszne prawo do pracy niewolników, lecz wcale nie jest dozwolona owa sroga władza nad ich życiem ani okrutna surowość“. 

    ***

    Czy zatem nauczanie Jana Pawła II o domniemanym wewnętrznie złym charakterze niewolnictwa przeczy Pismu świętemu i tradycyjnej doktrynie katolickiej?

    Odpowiedź na powyższe pytanie w dużej mierze zależy od próby odnalezienia odpowiedzi na to, co Jan Paweł II rozumiał przez pojęcie niewolnictwa? Jest to bardzo ważna kwestia, gdyż nieporozumienia odnośnie właściwego rozumienia tych czy innych elementów doktryny katolickiej niejednokrotnie biorą się z tego, iż pod tym samym pojęciem (np. kłamstwo czy kradzież) poszczególni katolicy nieraz rozumieją inne treści. Czy dajmy na to, można powiedzieć, iż wedle nauczania katolickiego “Kradzież jest wewnętrznie zła”? Owszem, będzie to zgodne z prawdą. Jednocześnie jednak będzie także zgodne z prawdą, inne – pozornie sprzeczne z powyższą tezą – stwierdzenie, a mianowicie, iż: “Jest moralnie dozwolone, nawet wbrew woli właściciela, zabieranie jego prywatnej własności”. Wedle bowiem tradycyjnego nauczania Kościoła, oczywiście każda kradzież jest zła i zakazana (czyli wewnętrznie zła), ale nie każde zabranie czyjejś własności jest kradzieżą. Głodujący więzień z Auschwitz mógł np. samowolnie wziąć z pełnego jedzenia stołu niemieckiego oficera pętko kiełbasy i nie była to kradzież. Odmowa dania jedzenia takiemu człowiekowi była wszak niesprawiedliwością i brakiem miłosierdzia ze strony właściciela tej kiełbasy – a więc zgodnie z tradycyjnie katolicką definicją kradzieży – jej zabranie nie było rzeczywistą kradzieżą. Co innego jednak, gdyby taki głodujący więzień zabrał kawałek chleba innemu głodującemu – coś takiego byłoby kradzieżą i nie miałoby się moralnego prawa tego czynić nawet dla ratowania swego życia (Więcej na ten temat można przeczytać w tym artykule).

    Podobnie jest z kwestią niewolnictwa. Aby udowodnić Janowi Pawłowi II, iż potępiając ową instytucję jako wewnętrznie złą miał na myśli również to co Pismo św. Magisterium Kościoła oraz dawniejsi teolodzy tradycyjnie określali jako moralnie dozwolone i sprawiedliwe formy zniewolenia – należałoby właśnie to wykazać.

    Tradycyjna teologia katolicka rozróżniała zaś dwa aspekty niewolnictwa: jeden moralnie zakazany; drugi moralnie dozwolony. Otóż niewolnictwo traktowane jako nieograniczona lub prawie nieograniczona władza nad drugą osobą, posuwająca się do prawnego i/lub faktycznego odmawiania niewolnikom ich naturalnych praw i ludzkiej godności, było uważane za niemoralne i niesprawiedliwe. Jednak niewolnictwo rozumiane jako ograniczona władza nad pracą i miejscem przebywania drugiej osoby było traktowane jako mogące być zgodne z moralnością, sprawiedliwością oraz prawem naturalnym. W ramach takiego sprawiedliwego niewolnictwa mogło się mieścić też sprzedawanie i kupowanie niewolników, gdyż przez sprzedaż i kupno rozumiano tu (w sensie: tradycyjnie teologowie tak to wykładali) nie handlowanie godnością tych ludzi, ale kupno i sprzedaż pracy owych osób. Kardynał Gerdil (1718-1802) tak podsumowywał istotę tego nauczania:

    Niewolnictwo nie powinno być rozumiane jako przyznanie jednemu człowiekowi takiej samej władzy nad drugim, jaką ludzie mają nad bydłem. Dlatego błądzili ci, którzy w dawnych czasach odmawiali włączania niewolników do osób ; i wierzyli, że jakkolwiek barbarzyńsko pan potraktował swego niewolnika, nie naruszył żadnego prawa niewolnika. Albowiem niewolnictwo nie znosi naturalnej równości ludzi: stąd przez niewolnictwo rozumie się, że jeden człowiek podlega panowaniu drugiego w takim stopniu, w jakim pan ma wieczyste prawo do wszystkich tych usług, które jeden człowiek może słusznie wykonywać na rzecz drugiego; i pod warunkiem, że pan troszczy się o swojego niewolnika i traktuje go w sposób humanitarny (Comp. Instit. Civil., L, vii). (Cytat za: Catholic Encyklopedia. Ethical Aspect of Slavery).

    Oczywiście nie trzeba długich wywodów, iż, historycznie rzecz biorąc, to co było nazywane niewolnictwem zwykle na płaszczyźnie prawnej nie odpowiadało moralnym restrykcjom, jakie niewolnictwu stawiała tradycyjna moralistyka katolicka. Zazwyczaj pod mianem niewolnictwa rozumiano takie uregulowania prawne, które dawały właścicielom niewolników nieograniczoną lub prawie nieograniczoną władzę nad podległymi in niewolnikami. Panowie więc mogli np. nakładać na swych niewolników pracę ponad ich siły, arbitralnie wymierzać im niewspółmierne do rangi występków srogie kary, wykorzystywać seksualnie, sprzedawać do domów rozpusty, urządzać z nimi krwawe walki dla rozrywki publiczności, rozdzielać z rodzinami. Wszystkie te rzeczy były złe, niemoralne i niesprawiedliwe wobec niewolników. I prawodawstwo, które aprobowało taki sposób traktowania swych bliźnich, można śmiało nazwać “wewnętrznie złym”. To nie znaczy i tak jednak, że każdy właściciel niewolników działający w ramach tak wewnętrznie złego systemu prawnego, sam postępował wewnętrznie źle wobec podległych sobie osób. Tak jak fakt, iż prawo większości dzisiejszych państw pozwala matkom na zabijanie swych nienarodzonych dzieciątek (co jest wewnętrznie złe) nie sprawia, że dokładnie każda matka korzysta z owego “prawa”. O ile więc można powiedzieć, że historycznie istniejące regulacje prawne tyczące się niewolników prawie zawsze były wewnętrznie złe, to prawdopodobnie nie każdy właściciel niewolników z nich korzystał (a wtedy nie postępował wewnętrznie źle wobec swych niewolników).

    ***

    Czy więc przez wewnętrznie złe niewolnictwo Jana Paweł II rozumiał to, co historycznie rzecz biorąc, rzeczywiście je oznaczało? Czy może rozumiał on przez nie także to, co tradycyjni teologowie nazywali “sprawiedliwym niewolnictwem”? Trudno na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć, gdyż papież ów potępiając jako wewnętrznie złe niewolnictwo, jednocześnie nie sprecyzował, co przez nie w sposób szczegółowy rozumie. Pewne światło na to, co ów papież mógł mieć na myśli, rzuca punkt numer 2414 promulgowanego przez niego Katechizmu, gdzie czytamy:

    Siódme przykazanie zakazuje czynów lub przedsięwzięć, które dla jakiejkolwiek przyczyny – egoistycznej czy ideologicznej, handlowej czy totalitarnej – prowadzą do zniewolenia ludzi, do poniżania ich godności osobistej, do kupowania ich, sprzedawania oraz wymiany, jakby byli towarem. Grzechem przeciwko godności osób i ich podstawowym prawom jest sprowadzanie ich przemocą do wartości użytkowej lub do źródła zysku. Św. Paweł nakazywał chrześcijańskiemu panu traktować swego chrześcijańskiego niewolnika “nie jako niewolnika, lecz… jako brata umiłowanego… w Panu” (Flm 16).

    Z powyższych słów można więc wywnioskować, że przez wewnętrznie złe niewolnictwo rozumie się “sprowadzenie (ludzi) przemocą do wartości użytkowej lub źródła zysku“. Takie podejście do sprawy nie wydaje się sprzeczne z tradycyjną doktryną katolicką, gdyż postępujący sprawiedliwie właściciel niewolników powinien widzieć w nich ludzi z ich naturalną godnością, a nie narzędzia do dostarczania mu zysków. Rzecz jasna, miał on prawo oczekiwać od nich pracy, ale nie tylko do tego powinna się zacieśniać jego relacja z tymi osobami. Pewien problem budzi jednak cytowane z Katechizmu stwierdzenie potępiające “kupowanie, sprzedawanie oraz wymianę (ludzi), jakby byli towarem”. Oczywiście, jeśli rozumieć te słowa jako potępienie kupowania, sprzedawania i wymiany ludzi z intencją sprowadzania ich tylko/lub głównie do wartości użytkowej, to jest to niemoralne. Jeśli jednak rozumieć owo kupowanie, sprzedawanie i wymianę jako odnoszącą się nie do osób niewolników jako takich, ale do ich pracy (w sensie: wycenia się tu wartość usług pracowniczych danej osoby) to wedle tradycyjnych teologów i dawniejszego Magisterium nie jest to samo w sobie niemoralne i złe. Co więcej, samo Pismo święte co najmniej zezwala na kupno i sprzedaż niewolników (patrz: Wj 21, 2; Kpł 25, 44; Wj 21, 7). Rzecz jasna, można się zastanawiać, czy owe biblijne przepisy w odniesieniu do handlu niewolnikami były aktami tylko Bożej tolerancji czy już może pozytywnymi nakazami czynienia danego zachowania, ale gdybyśmy mieli dojść do tej drugiej konkluzji (a więc, że były to pozytywne nakazy, a nie tylko Boża tolerancja), to wówczas należałoby stwierdzić, że samo kupowanie czy sprzedawanie niewolników nie było jeszcze wewnętrznie złe.

    Stwórca ze swej natury jako absolutnie dobry i święty nie może w pozytywny sposób zatwierdzać czegoś, co by było złe w swej istocie (a więc zawsze i wszędzie). Jak bowiem mówi Pismo święte: „Nikomu nie przykazał On być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć” (Syr 15, 19-20). Pius XII wykładał tę prawdę w następujący sposób:

    Przede wszystkim trzeba jasno stwierdzić, żadna ludzka władza (…) nie może wydać pozytywnego upoważnienia do nauczania lub czynienia tego, co byłoby wbrew religijnej prawdzie lub dobru moralnemu (…) Nawet Bóg nie mógłby dać takiego pozytywnego przykazania lub upoważnienia, gdyż stałoby to w sprzeczności z Jego absolutną prawdą i świętością” (Przemówienie „Ci resce”, podkreślenie moje – MS).

    Podkreślam, że sam nie mam w tej kwestii jasnej opinii, jednak podaję powyżej pewne wskazówki co do tego, jak można by próbować rozjaśnić ten problem (czyli spojrzenie na moralność sprzedaży i kupowania ludzi).

    Warto też dodać, że patrząc od strony zdroworozsądkowej nie wydaje się by samo kupowanie, a nawet sprzedawanie niewolników było wewnętrznie złe. Czy bowiem za moralnie zakazane uznalibyśmy kupno niewolnika w sytuacji, gdy coś takiego mogłoby go wybawić od dostania się w ręce okrutnego i niemoralnego pana? Podobnie, czy pan sprzedający swego niewolnika dlatego, że ów niewolnik zachowywał się u niego źle, deprawował innych, etc., na pewno postępował w sposób absolutnie niedopuszczalny?

    ***

    Wszystko co zostało tu powyżej napisane, nie ma celu być apologią, pochwałą czy doradzaniem czegoś, co można by nazwać sprawiedliwymi formami niewolnictwa. Nawet bowiem hipotetyczne prawa, które “na papierze” zakazywałyby wszelkich niemoralnych czynów wobec niewolników, byłyby bardzo trudne do zrealizowania w praktyce i wielu właścicieli niewolników nawet pod ich panowaniem i tak najpewniej krzywdziłaby tych ludzi. Lepiej zatem, aby na świecie nie było nawet tego, to tradycyjni teologowie określali mianem “sprawiedliwego niewolnictwa”.

    Mirosław Salwowski

    Przeczytaj też:

    Kardynał Avery Dulles, Devolopment or Revelsal?

    Czy chrześcijaństwo popierało niewolnictwo?

    Źródło obrazka wykorzystanego w artykule:

    https://www.dw.com/en/how-are-gulf-countries-coming-to-terms-with-their-history-of-slavery/a-60686264

  3. Zmysłowe pocałunki są grzechem śmiertelnym

    Leave a Comment

    Czy całowanie się jest grzechem? Takie pytanie pojawia się dość często przy okazji roztrząsania różnych dylematów na temat tego “na jak wiele można sobie pozwolić” podczas “chodzenia ze sobą” lub w okresie narzeczeństwa.

    Wydaje się, iż nawet współcześnie nawet wśród pobożnych i konserwatywnych katolików istnieje duże zamieszanie oraz ignorancja, gdy dochodzi się do prób odpowiedzi na to pytanie. Najczęściej bowiem słyszy się w takich kręgach pogląd, że pocałunki dokonywane pomiędzy osobami, które poważnie myślą i dążą do wejście ze sobą w związek małżeński nie są występne i grzeszne, stanowiąc uprawniony wyraz uczucia i miłości, które istnieją między nimi. W pewien sposób to przekonanie jest wzmacniane też przez część dzisiejszych moralistów katolickich, którzy mówiąc na temat takich pocałunków wypowiadają się w dość dwuznaczny i niejasny sposób, sugerując jednak, iż przy zachowaniu pewnego umiaru i ostrożności takowe są moralnie dozwolone.

    A jakie jest tradycyjnie katolickie przekonanie odnośnie pocałunków dokonywanych pomiędzy “randkowiczami” i narzeczonymi?

    Oczywiście, podkreślmy, że mowa jest tu o pocałunkach, które z założenia zakładają już pewne wyrażenie wobec siebie pociągu erotycznego, a nie są tylko zwykłym gestem grzeczności, szacunku czy też (platonicznej) miłości bliźniego. Rzecz jasna nie chodzi zatem tu np. o pocałunki w dłoń, policzek czy czoło, które choć zdarzają się w związkach stricte damsko-męskich, to równie dobrze, albo i częściej występują w relacjach i sytuacjach, które normalnie rzecz biorąc są pozbawione aspektu erotycznego, a więc np. rodzice – dzieci, wnukowie – dziadkowie czy np. powitanie się dwóch kobiet. W takich pocałunkach trudno zresztą o wzbudzenie jakichś erotycznych myśli czy reakcji, choćby z powodu samej ich formy (a więc dlatego, że są jednocześnie krótkie i delikatne).

    Konkretyzując więc, chodzi o takie pocałunki, których celem jest uzyskanie pewnej przyjemności z tego faktu, iż osoba, z którą to czynimy, pociąga nas seksualnie. Jeszcze innymi słowy – problem w tych pocałunkach, których pragniemy i szukamy po to by doświadczyć przy tym  podniecenia seksualnego, nawet jeśli chcemy owej przyjemności stąd wynikającej postawić pewne ostre granice (np. “całujemy się w usta z tzw. języczkiem, ale nic ponadto nie wchodzi w grę”). I właśnie odnośnie takich zmysłowych – bo zakładających czerpanie z nich pewnej (choćby ograniczonej) dozy przyjemności erotycznej – pocałunków, trzeba powiedzieć sobie jasno: poza granicami małżeństwami są one obiektywnie poważnym naruszeniem porządku moralnego w dziedzinie seksualnej i stanowią materię grzechu śmiertelnego (czyli, gdy dochodzi do tego jeszcze pełna wiedza i dobrowolność czyniący w ten sposób ściągają na siebie ciężką winę, która nie zmazana szczerą skruchą skazuje ich na wieczne piekło).

    To stanowisko, być może wydaje się bardzo surowe i rygorystyczne, ale jasno wynika z nauczania Magisterium Kościoła na ów temat. Otóż, papież Aleksander VII i św. Oficjum dekretem z 18 marca 1666 roku POTĘPILI uznając za “przynajmniej skandaliczne” następujące twierdzenie pewnych laksystycznych teologów:

    Jest prawdopodobne, że pocałunek, którego się pragnie dla występującej przy tym rozkoszy cielesnej jest tylko grzechem powszednim, jeżeli tylko nie powstaje niebezpieczeństwo pełnego zaspokojenia”.

    To stanowisko było podtrzymywane przez moralistów katolickich przez wieki i jeszcze w wydanym w latach 60-tych XX wieku podręczniku katolickiej teologii moralnej autorstwa skądinąd dość łagodnego odnośnie pewnych kwestii (np. tańców damsko-męskich) ks. Bernarda Haringa, przeczytać można:

    Według ogólnej dziś nauki moralistów nie tylko pełne zaspokojenie, lecz także wszelkie dobrowolne bezpośrednie podniecenie żądzy płciowej poza uporządkowaną miłością małżeńską jest w całym tego rodzaju grzechem ciężkim (…) Gdy chodzi o ciało drugich osób, zwłaszcza innej płci, szacunek i wstydliwość wymagają możliwie największego dystansu“.

    Już jednak słyszę głosy typu: “Chłopak może całować się z dziewczyną, po to by wyrazić do niej miłość i uczucie, a nawet jeśli jest przy tym seksualnie podniecony, to należy to potraktować jako niezamierzony efekt uboczny takiego działania”. Cóż, pozostawiam rozsądkowi czytelników, czy takie stawianie sprawy nie jest dość marnym, neo-faryzeistycznym wybiegiem. Sprawa jest chyba znacznie prostsza: jeśli ktoś całuje się w sposób o którym dobrze wie, że ów wywoła w nim seksualne podniecenie, a mimo wciąż to czyni ponownie, to najwyraźniej akceptuje ów stan rzeczy – reszta to sofistyczne szukanie kruczków i wybiegów by ominać jasne i proste zasady.

    Zmysłowe pocałunki pomiędzy “chodzącymi ze sobą” i narzeczonymi są czymś w rodzaju próby oszukiwania Pana Boga i samych siebie. Pan Bóg przygotował dla małżonków tort seksualnych przyjemności, a zmysłowe pocałunki są “delikatnym” podjadaniem tego tortu przed rozpoczęciem bankietu. Niby każdy jakoś to wyczuwa, iż nie jest zgodne z prawdziwą i szczerą pobożnością wchodzenie na drogę pobudzania żądzy seksualnej przed ślubem choćby to nie odbywało się jeszcze poprzez stosunki przedmałżeńskie. Nie igra się bowiem z ogniem, a moralne przyzwalanie dla pewnych gestów i czynów, które niemal ze swej definicji są zmysłowe i erotyczne, jest właśnie taką zabawą z ogniem. A kiedy człowiek raz zaczyna się bawić z ogniem, to choćby zapewniał, iż skończy ową igraszkę “w odpowiednim momencie” to ryzyko wybuchnięcie pożaru albo eksplozji niepostrzeżenie rośnie z sekundy na sekundę. Poza tym, tak naprawdę filozofia “Na jak wiele można sobie pozwolić” stojąca za konkretnymi pytaniami typu: “Czy można się całować” nie jest właściwym postawieniem sprawy. Równie dobrze można by się bowiem pytać: “Jak blisko mogą bawić przy autostradzie dzieci, by nie zostać potrąconymi przez samochody?”. Tradycyjną postawą chrześcijańską jest wszak raczej uciekanie “od wszelkich pozorów zła” aniżeli balansowanie po cienkiej granicy. Od grzechu trzeba trzymać się najdalej jak to jest możliwe, a nie kombinować jak tu się doń zbliżyć, nie przekraczając jeszcze jego granicy.