Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: Sobór Trydencki

  1. Paszkwile, herezje i bluźnierstwa Stanisława Michalkiewicza

    Leave a Comment

    Na tej stronie pisałem już o tym, jak Pismo święte de facto było dyskredytowane przez pana Grzegorza Brauna, jednego ze znanych przedstawicieli prawicy katolickiej (patrz: https://salwowski.net/2018/12/27/grzegorz-braun-zniewaza-bohaterow-naszej-wiary/ ). Niedawno z pewnym zaskoczeniem przyjąłem fakt, iż inny znany konserwatywny publicysta, a mianowicie pan Stanisław Michalkiewicz poszedł w swych próbach podważania wiarygodności Biblii jeszcze dalej. Oto wszak w napisanym przez siebie tekście pt. „Filip de Villiers zdziera maski” (Tygodnik „Najwyższy Czas!”,  4 lipca 2019) pan Michalkiewicz sugeruje, iż jeden z fundamentalnych dla Starego Testamentu tekstów opisujących wyjście Hebrajczyków z ziemi Egiptu został zafałszowany na potrzeby „mitu założycielskiego Izraela”. Pisze on tam wszak co następuje:

    „W dzisiejszych czasach, a zresztą nie tylko w dzisiejszych, bo i w starożytnych, nie można się obejść bez tak zwanych „mitów założycielskich”. Na przykład mitem założycielskim Izraela była ucieczka z Egiptu, oczywiście podana w nader patetycznym sosie w Księdze Wyjścia. Jak pamiętamy, faraon uparł się, by Izraelitów z Egiptu nie wypuszczać, bo Najwyższy w tym celu specjalnie zatwardził mu serce. Czy zatwardził je faraonowi, na którym nie zrobiły wrażenia nawet plagi, czy też rozmiękczył je Izraelitom, którzy – być może – wcale nie chcieli z Egiptu uciekać w nieznane – tego oczywiście już się nie dowiemy. Warto jednak zatrzymać się nad jedną, ostatnią plagą, która zrobiła wrażenie nawet na złym faraonie. Chodzi oczywiście o zagładę wszystkich pierworodnych w ziemi egipskiej, których w ciągu jednej nocy wytracił Anioł Śmierci. Charakterystyczna jest przy tym wskazówka, jaką Izraelici, na polecenie Mojżesza udzielali Aniołowi Śmierci – gdzie ma zabijać, a gdzie nie. Jak pamiętamy, była to jucha barania, którą Izraelici posmarowali drzwi swoich domostw. Czy taka wskazówka była potrzebna Aniołowi, który chyba przecież i bez tego by wiedział, gdzie robić jatkę, a gdzie nie – czy też członkom specjalnego komanda morderców, którzy bez takiej wskazówki rzeczywiście mogliby narobić sporo zamieszania – tego oczywiście nie wiemy – ale warto w związku z tym zwrócić uwagę, że Izraelici pożyczyli od swoich egipskich sąsiadów kosztowności właśnie przed tą ostatnią plagą. Po co im te kosztowności były potrzebne – tajemnica to wielka, ale jeśli nawet, to wszystko układa się w scenariusz prowokacji. Mojżesz polecił pożyczyć jak najwięcej kosztowności, bo to miał być kapitał założycielski Ziemi Obiecanej, podobnie jak teraz „roszczenia” dotyczące „własności bezdziedzicznej”, zaś ostatnia plaga miała na celu zmuszenie Izraelitów do ucieczki – bo zanim faraon zostałby przekonany, że to Anioł, a nie jacyś nocni mordercy – to spadłaby niejedna głowa i potem nie miałby już kto uciekać. Nie było zatem wyjścia, jak dokonać Wyjścia – na szczęście z kosztownościami. Inna rzecz, że kiedy tylko podczas wędrówki coś szło nie tak, to zaraz Izraelici przeciwko Mojżeszowi „szemrali”, że jak tam w Egipcie było, to było, ale mieli pełną michę i w ogóle, a tu pustynia i zatracenie. Podobnie warto zwrócić uwagę, że kiedy Mojżesz zbyt długo namawiał się z Najwyższym na górze Synaj, Izraelici ze zrabowanych egipskich kosztowności ulali… złotego cielca, czyli egipskiego Apisa. Kiedy powracający Mojżesz to zobaczył, uległ atakowi furii i krzyknął: „kto z Panem – do mnie!” Kiedy zwolennicy Pana już go otoczyli, kazał im dziesiątkować czcicieli Złotego Cielca. Czy to nie byli przypadkiem członkowie komanda, które wykonało mokra robotę za Anioła Śmierci? (…)”

    Tak więc wedle pana Michalkiewicza prawdopodobną jest teza, jakoby w rzeczywistości pierworodnych synów Egiptu nie uśmiercił Boży Anioł (jak twierdzi Pismo święte), ale dokonali tego członkowie specjalnego żydowskiego komanda śmierci. Warto przy tym zwrócić uwagę na właściwy raczej dla młodocianych ateistów z Gimnazjum sposób w jaki ów prawicowy publicysta uzasadnia swą sugestię. Otóż, drzwi domostw, które miał ominąć niosący śmierć Anioł winny być oznaczone krwią zabitego w ofierze paschalnej baranka. Jednak przecież Anioł i bez takiego oznakowania wiedziałby w których domach mieszkają Hebrajczycy, a w których Egipcjanie … Stąd wniosek, że ta część biblijnej historii prawdopodobnie została sfałszowana na potrzeby „mitu założycielskiego Izraela” a zabicia pierworodnych synów Egiptu dokonali sami specjalnie do tego przeznaczeni Żydzi. Cóż, trudno o głębsze niezrozumienie znaczenia biblijnej relacji o tym, iż krew paschalnego baranka miała znaczyć domy Hebrajczyków po to, by Boży Anioł niosący śmierć je ominął. Była to oczywiście starotestamentowa zapowiedź Paschy Nowego Przymierza, a więc Ofiary Krzyżowej Bożego Baranka, czyli Pana naszego Jezusa Chrystusa, którego przelana krew chroni nas od wiecznej śmierci. Nie wiem, czy pan Stanisław Michalkiewicz jest świadomy znaczenia tejże symboliki, jednak obiektywnie rzecz biorąc jego wywody na ów temat są paszkwilem uderzającym w prawdziwość Starego Testamentu.

    „Palestyński kacyk”, „żydowski królik”

    Na tym jednak nie koniec tym podobnych wynurzeń pana Michalkiewicza. Oto z artykule pt. „Oczyszczanie przedpola dla żydowskiej okupacji” publicysta ten wręcz pogardą wypowiada się o św. Dawidzie, królu Izraela (nazywa go wszak „żydowskim królikiem” oraz „palestyńskim kacykiem”) a także sugeruje, iż autor jednej z Ewangelii, a mianowicie św. Mateusz, uległ „żydowskiemu szowinizmowi”, gdy wywodził pochodzenie Pana Jezusa od rodu Dawida. W tekście tym czytamy wszak:

    „Sam pamiętam swoje zaskoczenie, kiedy córka powiedziała mi, że musiała uczyć się imion protoplastów 12 tak zwanych „pokoleń Izraela”, czyli naczelników tamtejszych koczowniczych rodów. Jeden z nich miał na imię Gad i jestem pewien, że musiało ono być znakomicie dobrane do charakteru jego nosiciela. Te żydowskie opowieści włączone zostały do nauki religii katolickiej dlatego, że gwoli przekonania starożytnych Żydów o autentyczności Jezusa z Nazaretu, jako Mesjasza, ewangelista św. Mateusz podał – trudno powiedzieć, czy autentyczny, czy też sprokurowany – bo przecież w tamtych czasach nie było żadnej dokumentacji stanu cywilnego – rodowód Jezusa, w którym dowodził, że pochodzi On z rodu żydowskiego królika Dawida. Na Żydach pewnie takie parantele robiły wrażenie i być może nadal robią, ale dlaczego miałyby robić na nas, którzy przecież żadnymi Żydami nie jesteśmy i palestyński królik Dawid wcale nie musi nam imponować, podobnie jak nie musi nam imponować murzyński król Kazondy, którego śmierć z powodu zapalenia się wypitej przezeń wódki, opisał Juliusz Verne w książce „Piętnastoletni kapitan”? Mniejsza zresztą już o nas, bo ważniejsze wydaje mi się przeświadczenie św. Mateusza, że wyprowadzenie rodowodu Jezusa, którego on sam uważał za Syna Stwórcy Wszechświata, od palestyńskiego kacyka, nie tylko przynosi Mu zaszczyt, ale w ogóle Go legitymizuje. Jedynym wyjaśnieniem, jakie przychodzi mi do głowy jest to, że i święty Mateusz nie był wolny od żydowskiego szowinizmu, który rzymski cesarz Klaudiusz w liście do Żydów aleksandryjskich określił, jako „chorobę świata cywilizowanego”. „

    Paszkwile, herezje, bluźnierstwa

    Wyżej cytowane twierdzenia pana Stanisława Michalkiewicza powinny być w zasadzie nazwane paszkwilami, bluźnierstwami oraz herezjami. Paszkwilami są one dlatego, że sugeruje się w nich, iż święci i natchnieni autorzy Biblii byli w rzeczywistości podłymi kłamcami wymyślającymi na potrzeby „mitu założycielskiego Izraela” bajki. Warto w tym miejscu zauważyć, iż Sobór Trydencki potępił podobne obchodzenie się z Pismem świętym:

    „Następnie [sobór] chce powstrzymać zuchwałość prowadzącą do profanacji słów i zdań z Pisma Świętego w: żartach, bajkach, czczej gadaninie, pochlebstwach, oszczerstwach, przesądach, bezbożnych i diabelskich przyśpiewkach, przepowiedniach i wróżbach, jak również w paszkwilach. Dla zniesienia tego rodzaju znieważania i pogardy poleca i nakazuje, aby w przyszłości nikt nie ośmielał się używać słów Pisma Świętego w takich i podobnych celach, wszyscy zaś zuchwalcy i gwałciciele Słowa Bożego, zostali ukarani przez biskupów zgodnie z prawem i wyrokiem sądu” (Dekret o wydaniu i korzystaniu z Ksiąg świętych, Sesja 4,  Rozdział II, 3).

    Bluźnierstwa pana Michalkiewicza polegają z kolei na tym, iż z wielkim lekceważeniem, jeśli nie wręcz pogardą wypowiada się on o biblijnym świętym, jakim był i jest król Dawid. Nauczanie katolickie głosi bowiem, iż z bluźnierstwem mamy do czynienia również wtedy, gdy obrażamy Świętych Pańskich:

    „Bluźnierstwo jest strasznym grzechem, który polega na użyciu słów lub na działaniach, które są zniewagą albo złorzeczeniem Bogu, Najświętszej Maryi Pannie, świętym albo rzeczom poświęconym Bogu” (Katechizm św. Piusa X, „O drugim przykazaniu Bożym”, p. 3).

    „Drugie przykazanie zabrania nadużywania imienia Bożego, to znaczy wszelkiego nieodpowiedniego używania imienia Boga, Jezusa Chrystusa, Najświętszej Maryi Panny i wszystkich świętych. (…) Zakaz bluźnierstwa rozciąga się także na słowa przeciw Kościołowi Chrystusa, świętym lub rzeczom świętym.” (…) [Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2146 i 2148].

    Herezją są zaś wywody wspomnianego wyżej prawicowego publicysty dlatego, iż poddają one w wątpliwość odwieczne, a także uroczyste nauczanie Kościoła o Boskim natchnieniu i absolutnej bezbłędności Pisma świętego:

    Albowiem wszystkie Księgi, które Kościół przyjął za święte i kanoniczne, tak w całości, jak we wszystkich swych częściach, zostały napisane pod natchnieniem Ducha Świętego.
     Takie jest stare i stałe przekonanie Kościoła, zdefiniowane nadto na Soborze Florenckim i Trydenckim, a ostatnio potwierdzone i wyraźniej sformułowane na Soborze Watykańskim [I], który orzekł w sposób bezwzględny, że Księgi Starego i Nowego Testamentu w całości i we wszystkich swych częściach, jako zostały wyliczone dekretem tego samego Soboru (Trydenckiego) i jako znajdują się w starych wydaniach Wulgaty łacińskiej, należy przyjmować za święte i kanoniczne. „Kościół zaś uważa je za święte i kanoniczne nie dlatego, iż były ułożone ludzkim tylko staraniem, a potem powagą Jego zostały potwierdzone, ani dlatego tylko, że zawierają Objawienie Boże bez błędu, lecz dlatego, że napisane pod natchnieniem Ducha Świętego Boga mają za Autora”[Conc. Vat. I, Sess. III, cap. 2, De revel.]. (…)

    Takie było nauczanie Ojców, które zawsze uważali za rzecz pewną. „Ponieważ, mówi św. Augustyn, oni (tj. święci pisarze) pisali to, co im On sam (tj. Bóg ) pokazał i powiedział, nie można powiedzieć, że On sam nie pisał; gdyż członki pisały to, co poznały od dyktującej głowy”[Św. August, De cons. Evang. I, 35 [54]]. A święty Grzegorz Wielki oświadcza: „Jest rzeczą niepotrzebną badać, kto te rzeczy napisał, skoro wierzy, się mocno, że Autorem Księgi jest Duch Święty. Ten bowiem to napisał, kto dyktował rzeczy mające być napisane; ten napisał, kto był inspiratorem całego dzieła”[Św. Grzeg. W, Moral. in 1. lob praef. 1, 2.]. Wynika z tego, że ci, co sądzą, iż w ustępach autentycznych Ksiąg świętych może znajdować się jakiś błąd, ci z pewnością albo zniekształcają katolickie pojęcie Bożego natchnienia, albo samego Boga czynią sprawcą błędu.

    Wszyscy Ojcowie i Doktorowie byli jak najmocniej przekonani, że Księgi Boże w tej formie, w jakiej wyszły spod pióra świętych pisarzy, są w zupełności wolne od wszelkiego błędu (…) Wszyscy wyznawali jednomyślnie, że Księgi te, tak w całości jak i w swych częściach, są jednako dziełem natchnienia Bożego, i że sam Bóg, mówiąc przez świętych autorów, nie mógł bezwzględnie powiedzieć niczego, co by odbiegało od prawdy”. (Leon XIII, „Providentissimus Deus”).

    Pomiędzy zdrową a chorą podejrzliwością wobec Żydów

    Na sam koniec warto zauważyć, iż istnieje duża różnica pomiędzy zdrową, tradycyjnie chrześcijańską podejrzliwością wobec Żydów, a zdegenerowaną i chorą podejrzliwością względem nich. Ta, pierwsza wynika ze świadomości faktu, iż swego czasu większość Żydów odrzuciła lub nie poznała Jezusa Chrystusa jako swego Pana i Zbawcy. W związku z tym też kolejne pokolenia Żydów były wychowywane w mniejszej bądź większej niechęci wobec chrześcijaństwa. Zdrowa podejrzliwość wobec Żydów jest świadoma tych faktów, ale zarazem godzi wiedzę na ich temat z miłością wobec tego narodu, a także docenieniem tego, co ów przyniósł światu dobrego i co wciąż jest w nim zasługujące na pochwałę.

    Zdegenerowana i chora podejrzliwość wobec Żydów cechuje się zaś m.in. obsesją na ich punkcie, co z kolei wiąże się z doszukiwaniem się u nich za wszelką cenę zła i niegodziwości. Niestety tego rodzaju antysemicka podejrzliwość posuwa się nawet do atakowania Pisma świętego, a zwłaszcza Starego Testamentu, jako żydowskich wytworów pełnych zmyślonych i okrutnych opowieści oraz szowinistycznych bajek. Jak widać takiemu zdegenerowanemu antysemityzmowi ulegają w naszym kraju niektórzy z prawicowych publicystów i polityków. Czego dobrymi przykładami są właśnie Grzegorz Braun oraz Stanisław Michalkiewicz.

    Mirosław Salwowski

  2. Piekielna herezja ks. Szustaka

    Leave a Comment

    Ojciec Adam Szustak jest jednym z najbardziej popularnych księży katolickich w Polsce. Zdecydowana większość jego wypowiedzi wydaje się słuszna i budująca, jednak od czasu do czasu zdarza mu się rzec coś skandalicznego, głupiego czy wręcz heretyckiego.

    Wcześniej pisałem już o tym, jak tenże ksiądz chwalił bluźniercze filmiki youtubowego kanału G.F. Darwin czy też sugerował, iż tragicznie zmarły prezydent Gdańska Paweł Adamowicz jest już na pewno w Niebie (mimo że ten popierał sodomię oraz legalność aborcji). Powyższe wypowiedzi ojca Szustaka można by jednak zaliczyć do głupich i skandalicznych, ale jeszcze nie samych w sobie heretyckich. Zakonnik ten ma jednak na swym koncie również stwierdzenia o charakterze jawnie heretyckim. Chodzi mianowicie o wyrażaną przez niego bardzo mocną nadzieję powszechnego zbawienia, czyli przekonanie o tym, iż absolutnie wszyscy ludzie dostąpią wiecznego szczęścia z Bogiem i że nikt nie trafi do piekła. Myśl ta została przez o. Szustaka niezwykle jasno wyartykułowana w umieszczonym na kanale „YouTube” filmiku pt. „Czy wszyscy będą ZBAWIENI?”. Ksiądz mówi w tym filmowym materiale między innymi następujące rzeczy:

    Głęboko wierzę i mam taką nadzieję, że absolutnie wszyscy będą zbawieni. Wszyscy. Absolutnie wszyscy. W momencie śmierci będzie sąd i zobaczymy całą prawdę o Bogu, dobru i złu. Nie będzie oszustw i zakłamań. Zobaczymy jaki jest Bóg. I Bóg nas zapyta:

    – Teraz kiedy widzisz całą prawdę – czy chcesz być ze mną na wieki czy trafić do piekła? Jeśli człowiek zapragnie być w niebie, to Bóg wpuści go. Może przez czyściec. Ale kiedy człowiek zobaczy Boga, to Mu się nie oprze. To nie będzie branie siłą. Nikt nie wpadnie na pomysł, by Mu się oprzeć i Go wybierze„.

    Ojciec Adam chociaż zastrzega, iż powyższa jego opinia ma charakter prywatny, jednocześnie de facto w pewien sposób ją dogmatyzuje, gdyż w ścisłym nawiązaniu do tegoż swego poglądu stwierdza też:

    „Jeśli chrześcijanin nie ma takiej nadziej, to jest to du**a, a nie chrześcijanin. Jeśli ktoś nie pragnie tego, nie marzy, nie działa by tak się stało – to żaden z niego chrześcijanin” (wykropkowanie wulgaryzmu moje – MS).

    Choć podobne – jak czyni to ks. Szustak – stawianie sprawy, a więc: „Piekło jest, ale dobrze jest mieć nadzieję, iż nikt do niego nie trafia” nie stanowi niczego niezwykłego wśród współczesnych katolików, trzeba jasno to sobie powiedzieć, iż taki pogląd jest heretycki.

    Po pierwsze bowiem: choć – z pewnymi wyjątkami (o których poniżej) – owszem nie wiemy, które konkretne osoby spędzą wieczność w piekle, to jednak możemy być pewni, iż część ludzi tam trafi. Innymi słowy, nie znamy „z imienia i nazwiska” osób, które są, lub będą w piekle, ale wiemy, że niektórzy ludzie będą wiecznie potępieni. Mówi nam o tym Pan nasz Jezus Chrystus, gdy naucza o Sądzie Ostatecznym, w czasie którego ludzkość zostanie podzielona na dwie kategorie osób. Do tych znajdujących się po lewej stronie Chrystus powie:

    Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! (…) I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego” (Mt 25: 41, 46).

    O tym, że niektórzy ludzi będą wiecznie potępieni naucza też Magisterium Kościoła. Ot, choćby Sobór Laterański IV, uczy na temat powtórnego przyjścia Pana Jezusa następującą rzecz:

    na końcu wieków przyjdzie sądzić żywych i umarłych, każdemu odda według jego uczynków, zarówno odrzuconemu, jak i wybranemu,Wszyscy oni powstaną w swoich własnych ciałach, które teraz mają, aby otrzymać stosownie do swoich czynów, dobrych czy złych, jedni karę wieczną z diabłem, inni zaś wiekuistą chwałę z Chrystusem„.

    Podobne wypowiedzi Pisma świętego i Magisterium Kościoła można by mnożyć, ale warto zauważyć w tym miejscu jedną rzecz. Otóż na temat wiecznego potępienia niektórych ludzi wypowiadają się one w duchu faktu, który nastąpi, a nie tylko teoretycznej możliwości. Pan Jezus w przytoczonych wyżej słowach nie mówi: „Jeśli w ogóle znajdą się takie osoby, które do końca życia będą trwać w grzechu, takie osoby skażą się na potępienie. Nie objawiam wam jednak tego, czy tacy ludzie będą istnieli”. Chrystus mówi, że będą tacy ludzie i wyda On na nich wyrok wiecznego potępienia.

    Po drugie: co do wiecznego potępienia przynajmniej jednej wymienionej z imienia osoby Magisterium Kościoła wypowiedziało się jasno. W Katechizmie Soboru Trydenckiego czytamy bowiem:

    Judasz, który żalem przywiedziony obwiesiwszy się, i żywot i duszę utracił” (Rozdział V „O Sakramencie pokuty” Pytanie 6).

    Chyba nie trzeba zaś specjalnie tłumaczyć, co w świetle katolickiej terminologii oznacza, iż ktoś „utracił swą duszę”.

    Po trzecie: jest rzeczą skrajnie trudną pogodzić przekonanie ks. Szustaka o tym, iż każdy umarły stając po śmierci przed obliczem Boga, zdecyduje się jednak nawrócić i żałować za swoje grzechy z nauczaniem Pana Jezusa, który w przypowieści o bogaczu i Łazarzu mówił o następującym dialogu, jaki miał się odbyć pomiędzy cierpiącym męki ognia bogaczem a Abrahamem:

    Tamten rzekł: „Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca! Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki”. Lecz Abraham odparł: „Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają!”.”Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą”. Odpowiedział mu: „Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą”» (Łk 16, 27-31).

    Poza tym, wedle nauki katolickiej nawrócenie może dokonać się za ziemskiego życia, nie zaś po śmierci. Jednostkowy sąd Boży, który odbędzie się po śmierci danej osoby, stanowić będzie wyrok przypieczętowujący efekt dokonanych za życia ziemskiego wyborów, nie zaś ostatnią szansę, by żałować za swe grzechy.

    Na sam koniec tego artykułu pozwolę sobie zaproponować małe logiczne ćwiczenie pokazujące, jak omawiana opinia o. Szustaka może być szkodliwa dla dusz. Otóż, załóżmy czysto teoretycznie, że ksiądz ten ma rację i jest bardzo prawdopodobne, że nikt z ludzi nie trafia do piekła. Cóż, jednak wtedy za szkodę niosą ludzkim duszom ci, którzy mówią, że piekło jest i że przebywają tam niektóre osoby? Jeśli i tak wszyscy idą do Nieba, to co najwyżej niektórzy ludzie postresują się wizją piekła, ale ostatecznie ten stres i tak zostanie im wynagrodzony w Niebie, gdzie wszak Bóg „otrze każdą łzę” (Ap 7, 17). Jeśli jednak piekło jest i przebywa tam część ludzkości to rozpowszechnianie twierdzeń w rodzaju: „Prawdopodobnie w piekle nie ma nikogo z ludzi, a stając po śmierci przed Bogiem i tak się nawrócimy” jest niewyobrażalnie szkodliwe. W ten sposób bowiem de facto zachęca się ludzi do praktykowania dwu z sześciu grzechów przeciwko Duchowi Świętemu, którymi są: „Przeciwko miłosierdziu Bożemu zuchwale grzeszyć” oraz „Rozmyślnie trwać w niepokucie”. Ostatecznie zaś takie opinie prowadzą do tego, iż więcej osób trafi do piekła będąc przekonanymi, że przecież i tak nie mają się czego obawiać.

  3. Co należy sądzić o nagości w Kaplicy Sykstyńskiej?

    Leave a Comment

    Podczas różnych dyskusji na temat dopuszczalności bądź niedopuszczalności publicznego pokazywania seksu, nagości i erotyki niemal zawsze pojawia się argument w obronie takowych, który streścić można za pomocą słów: „Popatrzcie na Kaplicę Sykstyńską, ile tam jest nagości, a przecież jest to jedno z najważniejszych miejsc katolickiego kultu„. Powyższe zdanie czasami brzmi dla katolików niczym szach-mat, czy można wszak podważać obecność erotyki choćby i w popkulturze, jeśli w samym sercu katolickiego świata aż roi się od golizny? Rzadko zaś da się słyszeć ze strony katolików głosy poddające w wątpliwość zasadność takowych malowideł w owym miejscu -a jeśli takowe się pojawiają, to są one ciche i nieeksponowane przez ich autorów.  Coś takiego mówił np. jeden z głównych inspiratorów katolickiego tradycjonalizmu, to znaczy arcybiskup Marcel Lefebvre, jednak choć przez wiele lat byłem stałym czytelnikiem publikacji wydawanych przez założone przez niego Bractwo św. Piusa X, nie przypominam sobie, by poza książką „Oni Jego zdetronizowali” (w której bezpośrednio została przytoczona ta jego wypowiedź) zdarzyło mi się przeczytać powtórzenie tej z jego opinii w innym z wydawnictw Bractwa. Podobnie, kilka razy wyraźnie krytyczną opinię na temat zawartości Sykstyny słyszałem w kręgach założonego przez prof. Plinio Correa de Oliveira stowarzyszenia TFP, ale zawsze raczej były to zdania wypowiadane w wewnętrznym kręgu znajomych, nie zaś coś o czym pisałoby się publicznie. Widać więc, iż wielu katolików traktuje obecność nagości w Kaplicy Sykstyńskiej jako wręcz oczywisty wyraz tego, jakie jest katolickie podejście do kwestii erotyki w sztuce, ci zaś z nielicznych wiernych, którym to się nie podoba, nie przejawiają zbyt wielkiej chęci, by swe stanowisko w tej sprawie eksponować i upubliczniać. Summa summarum powstaje więc wrażenie, iż wylewająca się z Sykstyny nagość to niekwestionowany wyraz katolickiego ducha, co jednak konsekwentnie czyni trudniejszym zwalczanie takowej w innych publicznych sytuacjach – np. kiedy słynna polska tenisistka Agnieszka Radwańska dała rozbieraną sesję fotograficzną jednemu ze sportowych czasopism, od razu pojawił się argument: „Czego od niej chcecie i tak pokazała mniej, niż uczynił to Michał Anioł w Kaplicy Sykstyńskiej„.

    Kiedy jednak przyjrzymy się bliżej sprawie stosunku Kościoła do nagości, która istotnie obfituje w Kaplicy Sykstyńskiej, to możemy mieć duże wątpliwości co do tezy, jakoby stanowiła ona wyraz „katolickiego ducha” czy też, co więcej, jakoby aprobując ją, Kościół uznał tym samym za zasadne publiczne eksponowanie golizny. Zacznijmy bowiem od tego, że tak naprawdę, Kościół katolicki w swych oficjalnych aktach nie tylko, że nie uznał zasadności nagości tam zawartej, a wręcz przeciwnie zdecydowanie ją zakwestionował. Otóż, ojcowie Soboru Trydenckiego wydali następującej treści postanowienie na ów temat:

    „Postaciom na malowidle w kaplicy sykstyńskiej należy dodać szaty, podobnie w innych kościołach, jeśli przedstawiają coś obscenicznego lub wyraźnie fałszywego zgodnie z dekretem z 2 sesji 9 (25) za Piusa” (patrz: Dokumenty po sesji 25/B, pkt 11).

    Powyższe zaś polecenie ojców Trydentu było nawiązaniem do innego z dokumentów tego Soboru, a mianowicie dekretu „O wzywaniu, czci i relikwiach świętych oraz świętych obrazach”, gdzie w punkcie numer 9 stwierdza się, iż umieszczane w kościołach wizerunki nie powinny przedstawiać żadnej błędnej nauki ani też cechować się „bezwstydnym powabem”. Skoro więc, w nakazie „dodania szat” do postaci na malowidle w Kaplicy Sykstyńskiej powołano się właśnie na to stwierdzenie, to najwidoczniej ojcowie Trydentu uznali, iż malowidła te naruszają owe zasady (czyli pokazują błędną naukę i/albo są zdobione „bezwstydnym powabem”).

    I dzięki Bogu, zarządzenie to, nie pozostało martwym prawem, ale władze kościelne zrealizowały je pod koniec XVI wieku i aż do lat 80-tych XX wieku, najbardziej intymne miejsca na wizerunkach w Kaplicy Sykstyńskiej pozostawały zamalowane.

    Nietrudno zresztą znaleźć uzasadnienie dla takowego sposobu potraktowania malowideł w Sykstynie przez Sobór Trydencki. Gdy się bowiem owym przyjrzymy, to istotnie dostrzeżemy tam wiele nagości, nieraz całkowicie nieuzasadnionej kontekstem pokazywanych za jej pomocą scen, a nawet ukazanej w taki sposób, iż można mieć podejrzenia co do tego, czy ich autor rzeczywiście nie był homoseksualistą, jak tu mu się niekiedy przypisuje (nagie kobiety w Sykstynie umięśnione niczym mężczyźni, przedstawiciele płci męskiej odmalowani w swej nagości za to z dużą dbałością, etc.). Niektóre zaś ze scen tam namalowanych po prostu rażą swą nonszalancją wobec Bożego Majestatu (Bóg Ojciec w szacie podkreślającej pośladki).

    Tak więc, to bynajmniej nie Kościół popierał nagość w Kaplicy Sykstyńskiej, ale takową temperował przez 400 lat jej istnienia, aż do lat 80-tych XX wieku, kiedy to Jan Paweł II postanowił, iż po kolejnych pracach konserwatorskich dokonanych w tym miejscu nie będzie już domalowanych szat do znajdujących się tam nagich postaci.  Czy jednak można powiedzieć, iż ta decyzja Jana Pawła II oznaczała zmianę postawy Kościoła wobec nagości eksponowanej w Kaplicy Sykstyńskiej? Należy raczej w to powątpiewać. Ów akt Jana Pawła II nie miał bowiem charakteru doktrynalnego, ale był jednym z wielu działań administracyjnych, których za pontyfikatu każdego papieża podejmuje się w tysiącach. Nie można mówić o tego typu decyzjach, że są „nauczaniem Kościoła”, tak jak nie można mówić, iż „nauczaniem Magisterium” było powołanie tego czy innego księdza na biskupa danej diecezji albo też przenoszenie duchownych winnych skandali seksualnych z diecezji do diecezji. Oczywiście, prawdopodobnie, za administracyjną decyzją o zerwaniu z 400-letnią tradycją zamalowania scen nagości w Sykstynie kryło się pewne teologiczne spojrzenie Jana Pawła II na ów problem, ale przynajmniej z prawnego i formalnego punktu widzenia nie miała ona żadnej rangi doktrynalnej, a więc czegoś co zobowiązywałoby katolików w sumieniu do uznawania za stosowne i dobre tym podobnych rzeczy.

     

     

     

     

  4. O czynach „wewnętrznie nieuporządkowanych”, etyce sytuacyjnej i zasadzie „cel uświęca środki” (zbiór wypowiedzi)

    Leave a Comment

    PISMO ŚWIĘTE
    Oczy Jego patrzą na bojących się Go – on sam poznaje każdy czyn człowieka. Nikomu On nie przykazał być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć” –  Syr 15, 19-20

    „I czyż to znaczy, iż mamy czynić zło, aby stąd wynikło dobro? – jak nas niektórzy oczerniają i jak nam zarzucają, że tak mówimy. Takich czeka sprawiedliwa kara” –  Rz 3, 8

    Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj!” – Rz 12, 21.

     „Pokusa nie nawiedziła was większa od tej, która zwykła nawiedzać ludzi. Wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania abyście mogli przetrwać” – 1 Kor 10, 13.

     

    TRADYCJA KOŚCIOŁA

    ŚW. AUGUSTYN:

    Jeśli czyny są same z siebie grzechami jak na przykład kradzież, cudzołóstwo, bluźnierstwo lab tym podobne, to któż ośmieliłby się twierdzić, że gdy dokonane zostają dla dobrych powodów, nie są już grzechami lub — co jeszcze bardziej nielogiczne — są grzechami usprawiedliwionymi?” – św. Augustyn, „Contra mendacium”VII, 18.

    SOBÓR TRYDENCKI:

    Żaden człowiek, choć usprawiedliwiony, nie może się uważać za zwolnionego z przestrzegania przykazań; nikt nie powinien podzielać tego błędnego mniemania, potępionego przez Ojców, wedle którego przestrzeganie Bożych przykazań jest dla człowieka usprawiedliwionego niemożliwe. Bóg bowiem nie nakazuje tego, co niemożliwe, lecz nakazując przynagla cię, byś czynił wszystko, co możesz, a prosił o to, czego nie możesz, On zaś pomoże ci, byś mógł; albowiem «przykazania Jego nie są ciężkie» (1 J 5, 3), a «jarzmo Jego jest słodkie i brzemię lekkie» (por. Mt 11, 300” – Sobór Trydencki, Sesja VI, Dekr. o usprawiedliwieniu „Cum hoc tempore”, rozdz. 11.

    PIUS XI:

    Żadne bowiem trudności nie mogą znieść prawomocności przykazań Bożych, zabraniających czynów z natury swej złych” –  Pius XI, „Casti connubii”.

    PAWEŁ VI:

    „W rzeczywistości (…) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny – a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka – nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw” –  Paweł VI, „Humanae vitae”, n. 14.

    KATECHIZM JANA PAWŁA II:

    „Błędna jest więc ocena moralności czynów ludzkich, biorąca pod uwagę tylko intencję, która ją inspiruje, lub okoliczności (środowisko, presja społeczna lub konieczność działania, itd.) stanowiące ich tło. Istnieją czyny, które z siebie i w sobie, niezależnie od okoliczności i intencji, są zawsze i bezwzględnie niedozwolone ze względu na ich przedmiot, jak bluźnierstwo i krzywoprzysięstwo, zabójstwo i cudzołóstwo. Niedopuszczalne jest czynienie zła, by wynikło z niego dobro (…). Dobra intencja (np. pomoc bliźniemu) nie czyni dobrym, ani słusznym zachowania, które samo w sobie jest nieuporządkowane (jak kłamstwo czy oszczerstwo). Cel nie uświęca środków (…). Okoliczności, a w tym także konsekwencje, są drugorzędnymi elementami czynu moralnego. Przyczyniają się one do powiększenia lub zmniejszenia dobra lub zła moralnego czynów ludzkich (np. wysokość skradzionej kwoty). Mogą one również zmniejszyć lub zwiększyć odpowiedzialność sprawcy (np. działanie ze strachu przed śmiercią). Okoliczności nie mogą same z siebie zmienić jakości moralnej samych czynów; nie mogą uczynić ani dobrym, ani słusznym tego działania, które jest samo w sobie złe” – Katechizm bł. Jana Pawła II, n. 1753-1754, 1756.

     JAN PAWEŁ II:

    „(…) normy negatywne prawa naturalnego mają moc uniwersalną: obowiązują wszystkich i każdego, zawsze i w każdej okoliczności. Chodzi tu bowiem o zakazy, które zabraniają określonego działania semper et pro semper, bez wyjątku, ponieważ wyboru takiego postępowania w żadnym przypadku nie da się pogodzić z dobrocią woli osoby działającej, z jej powołaniem do życia z Bogiem i do komunii z bliźnim.Nikomu i nigdy nie wolno łamać przykazań, które bezwzględnie obowiązują wszystkich do nieobrażania w drugim człowieku, a przede wszystkim w samym sobie, godności osoby wspólnej wszystkim ludziom.  (…) Z drugiej strony fakt, że tylko przykazania negatywne obowiązują zawsze i w każdej sytuacji, nie oznacza, że w życiu moralnym zakazy są donioślejszeod obowiązku czynienia dobra, na który wskazują przykazania pozytywne. Ma to następujące uzasadnienie: przykazanie miłości Boga i bliźniego ze względu na swą pozytywną dynamikę nie wyznacza żadnej górnej granicy, określa natomiast granicę dolną, którą przekraczając człowiek łamie przykazanie. Ponadto, to co należy czynić w określonej sytuacji, zależy od okoliczności, których nie można z góry dokładnie przewidzieć; natomiast istnieją zachowania, które nigdy i w żadnej okoliczności nie mogą uchodzić za działania właściwe – to znaczy za zgodne z ludzką godnością. Wreszcie, jest zawsze możliwe, że przymus lub inne okoliczności mogą przeszkodzić człowiekowi w doprowadzeniu do końca określonych dobrych działań; nie sposób natomiast odebrać mu możliwości powstrzymania się od zła, zwłaszcza jeżeli on sam gotów jest raczej umrzeć niż dopuścić się zła. (…) Kościół zawsze nauczał, że nie należy nigdy popełniać czynów zabronionych przez przykazania moralne, ujęte w formie negatywnej w Starym i Nowym Testamencie (…). Dzięki świadectwu rozumu wiemy (…), że istnieją przedmioty ludzkich aktów, których nie można przyporządkować Bogu, ponieważ są one radykalnie sprzeczne z dobrem osoby stworzonej na jego obraz. Tradycyjna nauka moralna Kościoła mówi o czynach, które są „wewnętrznie złe”: są złe zawsze i same w sobie, to znaczy ze względu na swój przedmiot, a niezależnie od ewentualnych intencji osoby działającej i od okoliczności. Dlatego nie umniejszając w niczym wpływu okoliczności, a zwłaszcza intencji na moralną jakość czynu, Kościół naucza, że << istnieją akty, które jako takie, same w sobie niezależnie od okoliczności, są zawsze wielką niegodziwością ze względu na przedmiot>> (…) Jeśli czyny są wewnętrznie złe, dobra intencja lub szczególne okoliczności mogą łagodzić ich zło, ale nie mogą go usunąć: są to czyny nieodwracalnie złe, same z siebie i same w sobie niezdatne do tego, by je przyporządkować Bogu i dobru osoby (…). Tak więc okoliczności lub intencje nie zdołają nigdyprzekształcić czynu ze swej istoty niegodziwego ze względu na przedmiot w czyn <<subiektywnie>> godziwy lub taki którego wybór można usprawiedliwić (…).Już w Starym Przymierzu spotykamy się z godnymi podziwu świadectwami wierności wobec świętego prawa Bożego, aż do dobrowolnego przyjęcia śmierci. Ich symbolem może być historia Zuzanny: dwaj niesprawiedliwi sędziowie, którzy grożą jej śmiercią ponieważ nie chce ulec ich nieczystym żądzom słyszą odpowiedź: << jestem w trudnym ze wszystkich położeniu. Jeżeli to uczynię, nie ujdę waszych rąk. Wolę jednak niewinna wpaść w wasze ręce , niż zgrzeszyć wobec Pana>> (Dn 13, 22-23). Zuzanna, która wolała <<niewinna wpaść>> w ręce sędziów, daje świadectwo nie tylko wiary i zaufania do Boga, ale także posłuszeństwa wobec prawdy i absolutnych wymogów porządku moralnego: swoją gotowością przyjęcia męczeństwa głosi, że nie należy czynić tego, co prawo Boże uznaje za złe, aby uzyskać w ten sposób jakieś dobro. Wybiera dla siebie lepszą cząstkę: przejrzyste, bezkompromisowe świadectwo prawdzie dotyczącej dobra oraz świadectwo Bogu Izraela; w ten sposób przez swoje czyny ukazuje świętość Boga. (…) Kościół ukazuje wiernym przykłady licznych świętych (…), którzy głosili i bronili prawdę moralną aż do męczeństwa, albo woleli umrzeć, niż popełnić choćby jeden grzech śmiertelny. Wyniósł ich do chwały ołtarzy , to znaczy kanonizował ich świadectwo i publicznie uznał za słuszne ich przekonanie, że miłość Boga każe bezwarunkowo przestrzegać Jego przykazań nawet w najtrudniejszych okolicznościach i nie pozwala ich łamać nawet dla ratowania własnego życia (…). Męczeństwo odrzuca jako złudne i fałszywe wszelkie ludzkie tłumaczenia, jakimi usiłowałoby się usprawiedliwić – nawet w wyjątkowych okolicznościach – akty moralnie złe ze swej istoty (…). wobec norm moralnych, które zabraniają popełniania czynów wewnętrznie złych, nie ma dla nikogo żadnych przywilejów ani wyjątków. Nie ma żadnego znaczenia, czy ktoś jest władcą świata, czy ostatnim <<nędzarzem>> na tej ziemi wobec wymogów moralnych wszyscy jesteśmy absolutnie równi (…) W określonych sytuacjach przestrzeganie Prawa Bożego może być trudne, a nawet bardzo trudne, nigdy jednak nie jest niemożliwe (…) Każdy z nas jest w stanie dostrzec, jak wielką wagę – nie tylko dla pojedynczych osób, ale dla całej społeczności – ma ponowne stwierdzenie powszechności i niezmienności przykazań moralnych, a w szczególności tych, które bez wyjątku i zawsze zakazują czynów wewnętrznie złych – Bł. Jan Paweł II, „Veritatis splendor”, n. 52, 76, 80 – 81, 91 – 93, 96, 102, 115.

    KOMPENDIUM KATECHIZMU KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO:

    „Istnieją czyny, które same przez się i w sobie są zawsze bezwzględnie niedozwolone ze względu na ich przedmiot (na przykład: bluźnierstwo, zabójstwo, cudzołóstwo). Ich wybór pociąga za sobą nieuporządkowanie woli, to znaczy zło moralne, które nie może być usprawiedliwione odniesieniem do dobra, które mogłoby ewentualnie z nich wyniknąć” – Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego, n. 369.

     

    Przeczytaj też: https://salwowski.net/2016/03/02/tradycyjny-absolutyzm-moralny-przeciw-etyce-sytuacyjnej-pytania-i-odpowiedzi/

  5. Pomiędzy psychologią a psycho-herezjami

    Leave a Comment

    Od jakichś kilkudziesięciu lat psychologia cieszy się niezmienną popularnością. Widać to nie tylko po mnogości psychoterapeutycznych gabinetów i osób korzystających z usług psychologów, ale także po tym, jak wiele z psychologicznych zwrotów i pojęć weszło już na stałe do naszego języka. „afirmacja”, „depresja”, „asertywność”, „alkoholizm”, „samoakceptacja”, „samorealizacja”, „niskie poczucie własnej wartości” – to tylko niektóre z takich wyrażeń. Można nawet powiedzieć, iż dla milionów ludzi na świecie psychologia stała się substytutem religii i duchowości. To u psychologów i w pisanych przez nich książkach często szuka się dziś pocieszenia, sensu życia, rad mających być odpowiedzią na pytania dotyczącego tego, jak być pogodzonym z samym sobą i otaczającym nas światem. Oczywiście, fakt, iż psychologia stała się dla niektórych zamiennikiem chrześcijańskiej duchowości, nie musi przekreślać owej gałęzi nauki z samej jej definicji i natury. Istnieje wszak wiele nurtów psychologii oraz tez głoszonych przez psychologów, które nie zawsze przecież stoją w opozycji do chrześcijaństwa. Ba, opinie i poglądy psychologów, choć są wyrażane odmiennym językiem, często potwierdzają tradycyjnie chrześcijański sposób patrzenia na rzeczywistość. Na przykład, psychologia mówiąca o dużym wpływie zmartwień, lęków i różnych innych psychologicznych bolączek na powstanie i rozwój wielu fizycznych chorób, w istocie swej tylko powtarza to, co już przed kilkoma tysiącami laty na ów temat objawił Pan Bóg w swoim Słowie: „Radość serca wychodzi na zdrowie, duch przygnębiony wysusza kości” (Przys. 17, 22). Innym z przykładów dobrych i czerpiących wiele z chrześcijaństwa, popularnych rad psychologicznych, może być podkreślanie wagi optymizmu, wiary w zmiany na lepsze, etc. Wszak Pismo święte w niejednym miejscu mówi o tym, by się nie lękać, mieć ufność w Bogu, wierzyć w to, że zmiany są możliwe (por. Psalmy: 55, 23; 27, 5; 37, 5; 1 List św. Piotra 5, 7; Hebr 13, 5).

    Jednak, jak zapewne domyśliła się już większość czytelników tego tekstu, w odniesieniu do psychologii, istnieje też przysłowiowa „druga strona medalu”. Jest to pokaźna liczba opinii i tez wyznawanych przez niemałą część psychologów, które w świetle tradycyjnego chrześcijaństwa są co najmniej dwuznaczne, niebezpieczne, a nieraz nawet jawnie błędne i bezbożne. W tym tekście pozwolę sobie na wymienienie i omówienie kilku z nich. Wbrew temu, co by się mogło wydawać, nie skupię w nim na tym, że wielu psychologów wyznaje światopogląd co najmniej niechrześcijański i w związku tym mają oni silną tendencję, by w swych opiniach i radach, usprawiedliwiać różne nieprawości, grzechy czy bliskie okazje do grzechy (np. nierząd, cudzołóstwo, homoseksualizm czy rozwód), przedstawiając je jako zdrowe formy „samorealizacji”. W tym artykule spróbuję się skupić na pewnych, najbardziej akceptowanych, będących wręcz wyrazem powszechnej zgody wśród psychologów, tezach i opiniach, które można uznać za będące korzeniem i źródłem wielu innych błędów i dwuznaczności popularyzowanych przez znaczną część psychologicznego światka.

    W stronę egocentryzmu

    I tak wedle „opinio communis” psychologicznego światka głównym źródłem problemów człowieka jest „niska samoakceptacja” i „niskie poczucie własnej wartości”. Psycholodzy o bardziej chrześcijańskim nastawieniu określają to jako „brak miłości do samego siebie i darzenie siebie nienawiścią”. Nieraz w tym kontekście pojawia się nawet odwołanie do jednego z najważniejszych przykazań Bożych, które nakazuje nam kochać swych bliźnich, jak siebie samego (Mt 22: 39). Wedle takiej psychologicznej interpretacji owego Bożego nakazu, nie można miłować innych, póki nie kocha się samego siebie. A zatem, pierwszą rzeczą, jaką należy w swym życiu uczynić, to „pokochać siebie”, „zaakceptować siebie”, „mieć pozytywny obraz samego siebie”.

    W czym tkwi błędność i niebezpieczeństwo takiego postawienia sprawy? Otóż, w świetle Pisma świętego i tradycyjnej duchowości katolickiej problemem człowieka jest raczej nadmiar miłości do samego siebie (tzw. miłość własna), aniżeli „autonienawiść”. Podobnie, zbytnie przekonanie o własnej wartości, było przez 20 wieków chrześcijaństwa zwane niepochlebnym mianem „pychy”, której „początkiem (jest) grzech, a kto się jej trzyma zalany będzie obrzydliwością” (Syr. 10, 13). Na kartach Pisma świętego i w nauczaniu Ojców Kościoła oraz Świętych można znaleźć wiele tego rodzaju ostrzeżeń. I tak św. Paweł ostrzega, iż w czasach ostatnich ludzie będą „samolubni” (2 Tym. 3, 1); Pan Jezus naucza z kolei: „Ten, kto kocha swoje życie traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne” (Jn. 12, 25). W Biblii mamy też wezwania do zapierania się samego siebie (Łk. 9, 23; Mt. 16, 24); uniżania siebie jako drodze do prawdziwego wywyższenia (Łk 18, 14); polecenia typu: „Im większy jesteś tym bardziej się uniżaj” (Syr. 3, 18); „w pokorze oceniajcie jedni drugich za wyżej stojących od siebie” (Flp 2, 3) oraz wyznania w stylu: „(jestem) pierwszy z grzeszników” (1 Tym.1,15); „Nieszczęsny ja człowiek!” (Rzym.7, 24); „mnie, jako poronionemu płodowi” (1 Kor 15, 3,8); „najmniejszy ze wszystkich świętych” (Ef 3, 8). Ojcowie i Święci Kościoła nieraz głosili nauki jeszcze bardziej będące na bakier z omawianymi doktrynami psychologicznymi. Papież św. Grzegorz Wielki uczył, iż człowiek uważający, że jest czymś, jest niemądry, a gdyby siebie dobrze znał, czułby do siebie wstręt i pogardę. Św. Wincenty Fereriusz twierdził: „jestem niczym, nie mogę niczego, nie mam wartości. Zawsze Tobie służę źle i we wszystkim jestem sługą niepożytecznym”. Św. Ludwik Grignion de Monfort pisał: „Mądrość nieskończona (…) każe nam nienawidzić samych siebie, Nic tak nie jest godne miłości jak Bóg, nic tak godne nienawiści jak my sami”. Św. Jan Vianney uczył: „Człowiek (…) sam z siebie nie wnosi niczego, oprócz grzechu i kłamstwa”

    Nakaz miłowania innych tak jak samych siebie wcale zaś nie oznacza, że aby kochać bliźniego najpierw musimy pokochać samych siebie. W rzeczywistości bowiem każdy miłuje już siebie ze swej natury. List do Efezjan ujmuje to w następujących słowach: „Przecież nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią  do własnego ciała, lecz (każdy) je żywi i pielęgnuje” (tamże: 5, 29). Zadanie jakie jest przed nami postawione to więc nie: „najpierw pokochaj siebie, byś mógł kochać innych”, ale raczej: „siebie już z natury rzeczy kochasz, teraz zacznij miłować innych tak, jak miłujesz siebie samego”.

    A co z autodestrukcją, samobójstwami, ciężkimi depresjami, samogłodzeniem się, negatywnym obrazem samego siebie i tym podobnymi zjawiskami? Czy nie są one dobitnym dowodem na to, że człowiek może sam siebie nienawidzić? To co na pierwszy rzut oka wydaje się nam nienawidzeniem samego siebie może być równie dobrze interpretowane jako przejaw „miłości własnej”. Kobiety np. często cierpią z powodu przekonania o swej fizycznej nieatrakcyjności. Czy to oznacza, że dlatego nienawidzą samych siebie? Nie. One nienawidzą swego wyglądu, dlatego, że kochają siebie i chciałyby ładnie wyglądać. Inni nienawidzą swych porażek, gdyż kochają siebie i chcieliby w związku z tym odnosić sukcesy. Nawet w wypadku anorektyków nie jest trudne do wykazania, iż ich patologiczna niechęć do jedzenia, nie musi wcale wypływać z nienawiści do siebie. Wszak dla cierpiących na anoreksję, chude ciało jest ideałem piękna i właśnie w imię owego „wzoru” postanawiają oni głodzić swój organizm. Dla nich głodzenie swego ciała jest – rzecz jasna chorą i skrajnie kaleką – formą troski o nie.

    Co ciekawe, wedle badań opublikowanych swego czasu przez „Psychological Review”, a przeprowadzonych przez trójkę profesorów psychologów: Ray F. Baumeister z Case Western Reserve University oraz Joseph M. Boden i Laura Smart z „University of Virginia”, to właśnie „poczucie własnej wartości” może być źródłem najbardziej bolesnych problemów. Naukowcy ci doszli do wniosku, iż zbyt wysokie mniemanie o sobie może być główną przyczyną szczególnej brutalności w przestępstwach takich jak gwałt, napad zbrojny, wojny gangów i zbrodnie powodowane nienawiścią. Wspomniana wyżej trójka psychologów swoje badania oparła na podstawie analizy literatury historycznej, socjologicznej i społecznej. Piszą oni:
    Gdyby prawdziwą przyczyną przemocy było niskie poczucie własnej wartości to terapeutycznie rozsądne byłoby przekonanie gwałciciela, mordercy, znęcającego się nad żoną, płatnego zabójcy, tyrana, sadysty itd., że jest kimś nadzwyczajnym” – gdy tymczasem zdaniem autorów osoby te już mają o sobie takie przekonanie (…) Mężowie o długich brodach i łysych głowach już od tysięcy lat przekonują, że najlepszym sposobem na szczęście – i w wymiarze osobistym, i społecznym – jest myśleć o sobie bardzo skromnie, unikać egotyzmu i poświęcać swój interes w imię wyższego bądź wspólnego dobra”.

    Jednym z argumentów za tym przemawiającym są liczne wyniki badań prowadzonych w więzieniach, które przekonują, iż typową cechą kryminalistów jest przekonanie o byciu istotą lepszą od innych. Charakterystyczne jest np. dla mężów znęcających się nad żonami i rasistów, mówienie, iż czynili to po to by pokazać swym ofiarom „gdzie jest ich miejsce”. Nie od rzeczy, jest też uwaga autorów tych badań, iż popełnienie przestępstw wiążą się zwykle z ryzykiem, a ludzie, którzy ryzykują, najczęściej wierzą, iż są zdolni przetrzymać to, czego nie przetrzymałby zwykły, gorszy śmiertelnik. Wspomniana trójka psychologów zwraca też uwagę, że ludzie pogrążeni w depresji, którzy  mają ewidentnie niskie mniemanie o sobie, niemal nigdy nie czynią krzywdy drugiej osobie, co najwyżej sobie samemu (na postawie artykułu: „Poczucie własnej wartości na cenzurowanym”; http://www.tiqva.pl/o-psychologii/104-czy-biblia-kae-nam-naladowa-narcyza-http://www.tiqva.pl/o-psychologii/104-czy-biblia-kae-nam-naladowa-narcyza- ).

    Oczywiście tego, co zostało tu wyżej napisane, nie należy interpretować, jakoby ideałem było ciągłe mówienie o sobie: „Jestem do niczego”; „Nic mi się nie uda”; „Nienawidzę siebie”. Trzeba wszak wierzyć, iż z Bożą łaską i pomocą, można osiągnąć wiele, a czucie się kochanym przez Pana Boga z pewnością jest ważne. Pismo święte wszak naucza też, że jako ludzie zostaliśmy „cudownie stworzeni” (Psalm 139, 14) oraz zapewnia, iż jesteśmy „ważniejsi niż wiele wróbli” (Łk 12, 6-7). Chodzi jednak o, że w tradycyjnie chrześcijańskiej perspektywie brak jest podstaw, by popierać twierdzenie o rzekomym braku miłości do samego siebie oraz „negatywnym wizerunku własnej osoby” jako głównym źródle ludzkich problemów. To raczej ciągłe mówienie o tym, że człowiek musi się kochać, darzyć samoakceptacją i dbać o pozytywny obraz samego siebie może w niezbyt długiej perspektywie prowadzić do pychy oraz egocentryzmu. Tym bardziej będzie prowadziło to do tych bardzo złych cech, jeśli „pozytywny obraz samego siebie”, „samoakceptacja” i „miłość do siebie” będę budowane w oderwaniu od wiary w Pana Boga oraz Jego cudownej łaski.

    Grzech czy choroba?

    Innym z bardzo niebezpiecznych poglądów psychologii jest nazywanie pewnych złych ludzkich zachowań (zwłaszcza tych dokonywanych nałogowo) mianem „choroby”.

    Nie byłoby  w tym niczego groźnego, gdyby określanie grzechów jako „chorób” oznaczało tylko tyle, iż zło moralne owocuje w życiu człowieka różnymi negatywnymi następstwami oraz sprawia, iż nie funkcjonuje się wówczas w sposób prawidłowy i normalny na różnych płaszczyznach. Analogiczne skutki wywołują wszak na płaszczyźnie biologicznej choroby o fizycznym charakterze. W tym sensie, można więc nazwać grzech „chorobą”. Istnieje jednak też sens słowa „choroba”, którego przenoszenie na płaszczyznę moralną, musi owocować różnymi błędami. Otóż w przypadku części chorób fizycznych, bardzo trudno lub wręcz niemożliwym, jest mówić o moralnej odpowiedzialności za bycie chorym. Można np. dość łatwo zarazić się przeziębieniem, czasami dzieci dziedziczą po swych rodzicach różne choroby, niektórzy ludzie nabyli wirusa HIV lub HPV nie wskutek prowadzonego przez siebie nieporządnego życia, ale w wyniku transfuzji krwi, nie zachowania potrzebnych wymogów higieny przy przeprowadzanych w szpitalach operacjach i zabiegach, etc. Inną cechą stanu chorobowego jest to, iż w trakcie choroby nie mamy kontroli nad pewnymi fizycznymi reakcjami swego organizmu. Nie można wtedy np. rozkazać swej głowie, by przestała gorączkować, albo nakazać swemu brzuchowi by już nie bolał.

    Nietrudno dostrzec, jak niszczące może być patrzenie na moralność w tych kategoriach. Owocuje to uwalnianiem z moralnej odpowiedzialności sprawców różnych nieprawości. Zamiast rozpustników mamy więc „seksoholików”, w miejsce pijaków powstali „alkoholicy”.

    Mówi się „Ten człowiek nie odpowiada za swe czyny, nie ponosi winy, bo jest chory„; „To choroba, a więc nie można mówić w tym wypadku o grzechu„; „Nie winię samego siebie, gdyż moje zachowanie wynikało z choroby„; „Jestem chory, nie mogę się powstrzymać od nadmiernego picia i seksu”.

    Skonfrontujmy ten sposób myślenia z wiatą katolicką wyrażoną w poniższych wypowiedziach Magisterium Kościoła”:

    Wreszcie, jest zawsze możliwe, że przymus lub inne okoliczności mogą przeszkodzić człowiekowi w doprowadzeniu do końca określonych dobrych działań; NIE SPOSÓB NATOMIAST ODEBRAĆ MU MOŻLIWOŚĆ POWSTRZYMANIA SIĘ OD ZŁA, zwłaszcza jeżeli on sam gotów jest raczej umrzeć niż dopuścić się zła (…) W określonych sytuacjach przestrzeganie prawa Bożego może być trudne, nawet bardzo trudne, NIGDY JEDNAK NIE JEST NIEMOŻLIWE.” –  Jan Paweł II, „Veritatis splendor”, n. 52, 102.

    ŻADEN CZŁOWIEK, choć usprawiedliwiony, nie może się uważać za zwolnionego z przestrzegania przykazań; nikt nie powinien podzielać błędnego mniemania, potępianego przez Ojców, wedle którego przestrzeganie Bożych przykazań jest dla człowieka usprawiedliwionego niemożliwe. Bóg bowiem nie nakazuje tego, co niemożliwe, lecz nakazując przynagla cię, byś czynił wszystko, co możesz, a prosił o to, czego nie możesz, On zaś pomoże ci, byś mógł, albowiem „przykazania Jego nie są ciężkie” (1 J 5, 3), a „jarzmo Jego jest słodkie i brzemię lekkie”>>” (por. Mt 11, 30) – Sobór Trydencki, Sesja VI, „Dekret o usprawiedliwieniu”, rozdz. 11.

    Jeśli choroba psychiczna, nałóg lub uzależnienia sprawia, iż dany człowiek nie jest w stanie powstrzymać się od popełniania jakiejś nieprawości, to powyższe nauczanie katolickie jest kłamstwem.

    Oczywiście, trudno kwestionować istnienie, pewnego rodzaju- czy to zewnętrznych czy wewnętrznych – rodzajów przymusów, które w jakiś tam sposób ograniczają dobrowolność podejmowania decyzji. Tyle tylko, że nie istnieje przymus o charakterze bezwzględnym, nie ma takiej choroby, w skutek, której człowiek nie mógłby się w żaden sposób oprzeć pokusie do pijaństwa, nieczystości, obżarstwa czy nienawiści. Jasne, że jeśli ktoś odczuwa jakiś rodzaj przymusu, to wina za popełnianie tych nieprawości może być mniejsza, ale nie można powiedzieć, że człowiek ów „po prostu jest chory i nie odpowiada za swoje czyny, gdyż nie jest w stanie się od nich powstrzymać„.

    Szukajmy wpierw jedzenia czy Królestwa Bożego?

    Kolejnym niebezpiecznym i dwuznacznym twierdzeniem psychologii jest tzw. hierarchia potrzeb, czyli opinia, jakoby fizyczne potrzeby człowieka, takie jak pożywienie, ubranie i schronienie, muszą być zaspokojone najpierw, później tak zwane potrzeby psychologiczne, a dopiero na końcu potrzeby duchowe. Od razu rzuca się w oczy, iż takie stawianie sprawy wydaje się być sprzeczne z tym czego nauczał Pana Jezus, a mianowicie:
    Starajcie się naprzód o królestwo (Boga) i o Jego sprawiedliwości, a to wszystko (pożywienie, ubiór, schronienie) będzie wam dodane” (Mt 6,33)

    „Hierarchia potrzeb” może mieć swą właściwą interpretację, jeśli traktować ją, jako dostrzeżenie pewnej socjologicznej prawidłowości, którą można streścić w słowach:Większość ludzi niezbyt interesuje się sprawami duszy, jeśli potrzeby ich ciała nie są zaspokojone”. Niebezpieczeństwo tego psychologicznego poglądu polega jednak na tym, że łatwo jest uczynić z dostrzeżenia owego socjologicznego, acz smutnego faktu, właściwy, pożądany model postępowania i wartościowania rzeczywistości. Ktoś może zatem rzecz (i bardzo często tak się dzieje): „Póki nie będę miał pełnej miski, nie mam zamiaru przejmować się jakimś tam posłuszeństwem wobec jakiegoś tam Pana Boga” albo: „Człowieku, muszę kraść, kłamać i oszukiwać, aby przetrwać, Bóg mi przecież nie ześle manny z nieba”. Sprzeczność takiego podejścia do spraw duszy i ciała z tradycyjnym chrześcijaństwem, będzie w tym wypadku, oczywista, radykalna i rażąca.

    Można by jeszcze dużo pisać o różnych wątpliwych, jeśli nie otwarcie błędnych poglądach wielu psychologów. A więc np. o idei „katharsis” („oczyszczenia”) zakładającej, iż pewne negatywne emocje powinny być uwalniane na polu sztuki i kultury, która otworzyła drogę do istnego wylewu bluźnierstw, wyuzdania, pornografii i przemocy na teren popkultury. Albo o niemal jednomyślnym przekonaniu psychologów o szkodliwości kar cielesnych nawet tych stosowanych względem dzieci; co jest bezpośrednim zaprzeczeniem tych fragmentów Pisma świętego, które owe kary chwalą, polecają i nakazują. Nie wspominając już o jednym z najbardziej popularnych przekonań psychologii, iż tłumienie w sobie pewnych myśli, pragnień i emocji, jest źródłem stresów i kompleksów, a zatem należy dać im otwarty, nieskrępowany wyraz, „wykrzyczeć je”; co jest prostą drogą do praktykowania i usprawiedliwiania różnych grzechów i nieprawości.

    Czy chodzi mi zatem o to, iż cała psychologia jest nauką diabelską, bezbożną i zwodniczą? Bynajmniej. Rzecz w tym, by do rozmaitych psychologicznych tez i koncepcji podchodzić z odpowiednim dystansem i ostrożnością, zgodnie z nakazem św. Pawła Apostoła:Wszystko badajcie, a co szlachetne – zachowujcie. Unikajcie wszelkiego rodzaju zła” (1 Tes 5, 21 – 22). Po prostu, psychologia niesie za sobą dobre i w swej istocie chrześcijańskie koncepcje, ale niemało jest też w niej błędnych, złych i zwodniczych rad. Mądrością jest to, by odróżniać jedno od drugiego.

  6. Czy Pan Jezus nosił długie włosy?

    Leave a Comment

    Zgodnie z nauczaniem Pisma św. i Tradycji Kościoła normą ogólną, jeśli chodzi o wygląd mężczyzn i kobiet, winno być odróżnianie się ich, między innymi przez długość włosów. Mówiąc w skrócie, mężczyźni powinni mieć krótkie włosy, a niewiasty długie. Jednym z najczęściej powtarzanych przeciwko tej zasadzie argumentem jest twierdzenie, jakoby sam nasz Pan Jezus Chrystus nosił długie włosy. Czasem dodaje się też, że niektórzy ze Świętych Pańskich także mieli nie przestrzegać tej reguły, np. św. Joanna D’Arc miała włosy ostrzyżone na krótko. Co można powiedzieć o tych zastrzeżeniach?

    Otóż, Chrystus nie nosił długich włosów – przynajmniej jeśli weźmie się pod uwagę zwyczaje czasu i miejsca, w którym jako Człowiek żył na ziemi. Na podstawie bowiem najbardziej prawdopodobnego i wiarygodnego wizerunku Pana Jezusa, jakim dysponujemy, to znaczy „Całunu Turyńskiego” możemy wywnioskować, iż nosił On włosy, które swą długością lekko opadały na ramiona. Czy można zaś powiedzieć, że były to dla ówczesnych mężczyzn długie włosy, jeśli weźmie się pod uwagę tamtejszą hebrajską kulturę? Cóż, jest to wątpliwy wniosek, gdyż wówczas w Palestynie niewiasty nosiły znacznie dłuższe włosy niż wiele kobiet współcześnie. Tak też, hebrajskie kobiety zapuszczały wówczas włosy nieraz do samych bioder. W porównaniu z tym, włosy u mężczyzny sięgające ledwo ramion trudno byłoby nazwać długimi. Istota bowiem normy ganiącej zapuszczanie przez mężczyzn długich włosów nie leży w wymierzaniu, czy takie włosy mogą mieć 3, 5 czy 6 cm, ale chodzi tu o to, by przedstawiciele brzydszej płci nosili włosy wyraźnie krótsze od sposobu w jaki czynią to niewiasty. W kulturze zaś, gdzie kobiety zwykły nosić włosy nawet do bioder, męskie włosy sięgające ledwie ramion nie jawiły się jako długie. Owszem, w dzisiejszych czasach taką fryzurę u mężczyzn można by uznać za „długie włosy”, ale to nie dlatego, by istniała jakaś absolutna norma mówiąca: „Męskie włosy nie mogą choćby i lekko opadać na ramiona„. Współcześnie takie włosy można uznać za długie u mężczyzn z powodu zmieniających się mód w tej sferze pośród kobiet, a mianowicie tego, iż przedstawicielki płci pięknej zaczęły nosić często (choć nie zawsze) znacznie krótsze włosy niż przez wiele wieków wcześniej.

    Podsumowując ten wątek artykułu można powiedzieć, iż w normie polecającej noszenie przez mężczyzn krótkich, a przez kobiety długich włosów są dwie płaszczyzny – jedna obiektywna i niezmienna, druga zaś zmienna i uwarunkowana kulturowymi okolicznościami. Obiektywną i niezmienną płaszczyzną tej normy jest to, by mężczyźni nosili włosy o długości znacznie krótszej od kobiet. Zmienny zaś i relatywny kulturowo jej element stanowi konkretna wyrażona w centymetrach długość włosów u mężczyzn i niewiast. Ten ostatni aspekt może się zmieniać, byle nie zmieniała się zasada, iż mężczyźni noszą od kobiet wyraźnie krótsze włosy. Nie ma zaś podstaw, by zarzucać Panu Jezusowi to, by w długości swych włosów upodabniał się do kobiet żyjących w Jego czasach i bliskim Mu otoczeniu kulturowym.

     

    A co zatem z niektórymi Świętymi, którzy mogli nie przestrzegać zasady tyczącej się różnicy w długości włosów zależnie od płci? Cóż, pomijając już to, że w konkretnych czasach i danej kulturze jakiś uznany za świętego mężczyzna, który nosił włosy np. opadające na ramiona, nie musiał naruszać tej zasady (bo kobiety mogły wtedy zapuszczać znacznie dłuższe włosy), to ostatecznie rzecz biorąc, nie można wykluczyć tego, iż i w tej sferze ten czy inny święty mógł po prostu grzeszyć, albo też czynić coś obiektywnie niewłaściwego, acz kierując się tu niezawinioną przez siebie niewiedzą. Wedle nauczania Kościoła bowiem: „w tym życiu śmiertelnym nawet święci i sprawiedliwi wpadają niekiedy w lekkie przewinienia i codzienne grzechy, zwane także powszednimi” (Sobór Trydencki, „Dekret o usprawiedliwieniu”, rozdział XI).  Co innego, gdyby wielu Świętych nauczało, że np. mężczyźni mogą nosić długie włosy, a niewiasty krótkie, ale sam fakt, że temu czy innemu świętemu się coś takiego zdarzyło nie jest zbyt poważnym argumentem przeciwko obowiązywaniu tej zasady.

    Można jednak wskazać na konkretny przykład świętej niewiasty, której rzeczywiście (biorąc pod uwagę uwarunkowania kulturowe w których żyła) zdarzyło się nosić krótkie włosy. Chodzi o wspomnianą na początku tego artykułu św. Joannę D’Arc. Sprawa upodobnienia się w swym wyglądzie do mężczyzny przez tę świętą była poruszana i w przekonujący sposób wyjaśniona na jej kościelnym procesie rehabilitacyjnym. Mianowicie, w nawiązaniu do faktu, iż św. Joanna D’Arc w czasie swej misji nosiła męskie odzienie stwierdzono, że dozwolone było dla niej się tak ubierać, gdyż przebywała wówczas głównie wśród mężczyzn, a bardziej męski wygląd ograniczał ryzyko bycia zgwałconą lub seksualnie molestowaną. Jej męskie odzienie było więc wyjątkiem od reguły, a nie przyzwoleniem na jej ogólne lekceważenie. Analogicznie, można to rozumowanie zastosować do męskiej fryzury św. Joanny D’Arc. Choć bowiem część z przykazań Bożych obowiązuje w każdej sytuacji (np. zakaz kłamstwa, cudzołóstwa, bałwochwalstwa, krzywoprzysięstwa, zabijania niewinnych) od niektórych z nich są pewne wyjątki – np. ogólnie rzecz biorąc trzeba być posłusznym władzom, ale nie wówczas, gdy te nakazują nam grzeszyć. I taką zasadą, którą należy ogólnie przestrzegać, ale mimo to znającą pewne wyjątki – są też reguły tyczące się odmiennego dla obu płci wyglądu.

    Przeczytaj też ten artykuł:
    https://salwowski.net/2016/05/06/czy-mezczyzni-moga-nosic-dlugie-wlosy/

     

  7. Ojciec Adam Szustak chwali bluźniercze filmiki

    Leave a Comment

    Jeden z najbardziej znanych w Polsce duchownych katolickich dominikanin o. Adam Szustak jest autorem różnych wypowiedzi. Prawdopodobnie ogromna większość z wypowiadanych przez niego twierdzeń jest na szczegółowym lub przynajmniej ogólnym poziomie słuszna, mądra i pożyteczna. Wszystkim jednak nam zdarza się błądzić, mylić i mówić rzeczy ewidentnie niemądre oraz głupie. Ksiądz Adam Szustak niestety nie jest wyjątkiem od tejże życiowej reguły. Jednym z przykładów takich jawnie błędnych i głupich jego wypowiedzi jest gorąca pochwała, jaką udzielił on internetowej twórczości youtubowego kanału o nazwie „G.F. Darwin”. Ojciec Szustak w swym – umieszczonym dnia 08. 09. 2016 roku na serwisie „YouTube” filmiku pt. „Jak ty to KRĘCISZ?” w następujący sposób odpowiada na pytanie odnośnie tego, co sądzi o twórczości grupy „G.F. Darwin”:

    Otóż, chciałbym powiedzieć, że jestem absolutnym fanem filmów Grupy Filmowej Darwina. Nie mam pojęcia dlaczego ogromna większość różnych komentarzy oczywiście bardzo zagorzałych katolików mówi, że jest to  obrazoburcze i tak dalej. Uwaga, proszę państwa! To jest kabaret! To są filmy satyryczne. Absolutnie, uważam, że niektóre są fenomenalne. A zazwyczaj te o Panu Bogu są w ogóle  są najlepsze, są najśmieszniejsze. (….) Więc tak, bardzo lubię Darwina. Uważam, że ten humor jest przedni. Uważam, że jak Pan Bóg ogląda filmy o Darwinie … czyli nie o Darwinie, tylko filmy, które Darwin prezentuje filmy o Panu Bogu, to przypuszczam że ma ubaw po pachy. Mam nadzieję, że mnie Darwin kiedyś zaangażuje do jakiegoś filmu i że razem zrobimy coś satyrycznego o Panu Bogu

    (Minuty 7.05 -8.22; https://www.youtube.com/watch?v=35c4DHyDMco).

     

    Przyznam, że choć wiele rzeczy już w swym życiu widziałem i słyszałem, ta wypowiedź o. Adama Szustaka szczerze mną wstrząsnęła. Doprawdy trudno mi bowiem pojąć, jak osoba, która codziennie odmawia cztery części różańca, odprawia Mszę, a także rozważa Pismo święte, może być tak tragicznie zaślepiona, jeśli chodzi o ewidentnie antychrześcijańskie bluźnierstwa zawarte w twórczości kanału „G.F. Darwin”. Filmy tej grupy, które, gdy tyczą się Boga, zwykle bazują na historiach pierwotnie pokazanych w Piśmie świętym, przekręcają  prawdy w nim przedstawione i w sposób skrajny fałszują oraz przeinaczają cechy charakteru Boga Ojca i Pana naszego Jezusa Chrystusa. Bóg Ojciec jest w nich wszak pokazywany jako miejscami śmieszna postać, która nie posiada wszechwiedzy, która w niesprawiedliwy sposób ocenia swe stworzenia, a także okłamuje je i wprowadza w błąd. Przykładowo, w nakręconym przez ową grupę filmie na temat Kaina i Abla, całkowicie odwraca się sens owej biblijnej historii pokazując Kaina jako sprawiedliwego, pobożnego i oddanego Bogu, Abel zaś jest tu ukazany jako leń i krętacz, któremu za pomocą wybiegu udaje się oszukać swego Stwórcę. W efekcie Bóg błędnie ocenia Kaina, a udziela pochwały Ablowi. W innym filmiku „G.F. Darwin” Bóg Ojciec daje się oszukać Hitlerowi co do jego skruchy za wcześniej popełnione grzechy, po czym obiecuje mu wejście do Nieba, by na końcu powiedzieć, że tak naprawdę to żartował i „do Nieba by go nie wpuścił„. Co więcej w tym samym filmiku, to szatan przedstawiany jest jako osoba bardziej sprawiedliwa i rozsądna od Boga.

    Tego rodzaju bluźnierstwa są jednak usprawiedliwiane przez ks. Szustaka jako żart, „kabaret”, z których sam Pan Bóg zapewne „ma ubaw po pachy”. Pismo święte mówi jednak: „Nie łudźcie się: Bóg nie dozwoli z siebie szydzić” (Galatów 6: 7 – 8). Czy zresztą ojciec Adam w podobny sposób usprawiedliwiałby działania tych, którzy niby „tylko w żartach” w skrajny sposób przeinaczaliby dobre cechy charakteru jego rodziców? Czy to samo powiedziałby, gdyby wbrew faktom i jego życiowemu doświadczeniu, naśmiewano by się np. z jego matki pokazując ją jako osobę głupią, złośliwą oraz niesprawiedliwą?

    Zwłaszcza jako katolickiemu księdzu, warto o. Adamowi Szustakowi przypomnieć następujące, a będące faktycznym potępieniem filmowej twórczości kanału „G. F. Darwin”, pouczenie Soboru Trydenckiego:

    Następnie [sobór] chce powstrzymać zuchwałość prowadzącą do profanacji słów i zdań z Pisma Świętego w: ŻARTACH, bajkach, CZCZEJ GADANINIE, pochlebstwach, oszczerstwach, przesądach, bezbożnych i diabelskich przyśpiewkach, przepowiedniach i wróżbach, jak również w paszkwilach. Dla zniesienia tego rodzaju znieważania i pogardy poleca i nakazuje, aby w przyszłości nikt nie ośmielał się używać słów Pisma Świętego w takich i podobnych celach, wszyscy zaś zuchwalcy i gwałciciele Słowa Bożego, zostali ukarani przez biskupów zgodnie z prawem i wyrokiem sądu” (Dekret o wydaniu i korzystaniu z Ksiąg świętych, Sesja 4,  Rozdział II, 3, podkreślenie moje – MS).

     

    Jeden z najlepszych władców w historii, król Francji św. Ludwik IX nakazał surowo karać bluźnierców mówiąc, iż sam chętnie dałby się okaleczyć, gdyby w ten sposób udało mu się oczyścić swój kraju od tego rodzaju nieprawości. Dziś dożyliśmy czas, w których nawet katoliccy księża publicznie chwalą autorów bluźnierstw wraz z ich bluźnierczymi tworami.

     

    PS. Tekst pierwotnie opublikowany na portalu Fronda.pl:  http://www.fronda.pl/a/okiem-salwowskiego-ks-adam-szustak-chwali-bluzniercze-filmiki,79414.html

  8. Pismo święte jest całkowicie nieomylne i bezbłędne

    Leave a Comment

    Jednym z paradoksów naszych czasów jest to, iż miliony świeckich katolików wyznając pewne poważne błędy doktrynalne i herezje, często są przekonani o tym, że owe fałszywe poglądy są tak naprawdę wyrazem czystej katolickiej ortodoksji. W tym przekonaniu rzesze katolików są podtrzymywane nieraz przez całe tabuny katolickich teologów, którzy jako nauczanie Kościoła prezentują twierdzenia niejednokrotnie potępione oraz odrzucone przez papieży oraz sobory.

    Chyba najdobitniejszym przykładem takiego zupełnie niekatolickiego, a jednak powszechnie przedstawianego jako katolickie twierdzenia jest opinia głosząca, iż Pismo święte nie jest bezbłędne przynajmniej wtedy, gdy wypowiada się na tematy historyczne, geograficzne, przyrodnicze, biologiczne. Zwolennicy tego poglądu wychodząc ze słusznego założenia, iż Biblia jest przewodnikiem na drodze wiary i moralności, nie zaś podręcznikiem historii, geografii czy biologii, fałszywie jednak twierdzą, jakoby poza kwestiami dotyczącymi ściśle religii i obyczajów mogła ona podawać informacje błędne i nieprawdziwe. Pogląd ten został jednak niejednokrotnie – implicite, a nieraz też explicite – odrzucony przez Magisterium Kościoła.

    I tak np. papież Leon XIII w encyklice „Providentissimus Deus” nauczał co następuje:

    „Natomiast bezwzględnie nie wolno ograniczać natchnienia do niektórych tylko części Pisma św., albo przyjmować, że pobłądził sam święty autor. Nie można także tolerować zapatrywania tych, którzy, chcąc uniknąć powyższych trudności, nie wahali się wcale przyjąć zdania, że natchnienie Boże rozciąga się jedynie do rzeczy wiary i obyczajów i do niczego poza tym; błędnie bowiem sądzą, że prawdziwości sensu nie tyle należy szukać w tym, co Bóg powiedział, ile raczej w motywach, dla których rzeczy te powiedział. Albowiem wszystkie Księgi, które Kościół przyjął za święte i kanoniczne, tak w całości, jak we wszystkich swych częściach, zostały napisane pod natchnieniem Ducha Świętego.
     Takie jest stare i stałe przekonanie Kościoła, zdefiniowane nadto na Soborze Florenckim i Trydenckim, a ostatnio potwierdzone i wyraźniej sformułowane na Soborze Watykańskim [I], który orzekł w sposób bezwzględny, że Księgi Starego i Nowego Testamentu w całości i we wszystkich swych częściach, jako zostały wyliczone dekretem tego samego Soboru (Trydenckiego) i jako znajdują się w starych wydaniach Wulgaty łacińskiej, należy przyjmować za święte i kanoniczne. „Kościół zaś uważa je za święte i kanoniczne nie dlatego, iż były ułożone ludzkim tylko staraniem, a potem powagą Jego zostały potwierdzone, ani dlatego tylko, że zawierają Objawienie Boże bez błędu, lecz dlatego, że napisane pod natchnieniem Ducha Świętego Boga mają za Autora”[Conc. Vat. I, Sess. III, cap. 2, De revel.]. (…)

    Takie było nauczanie Ojców, które zawsze uważali za rzecz pewną. „Ponieważ, mówi św. Augustyn, oni (tj. święci pisarze) pisali to, co im On sam (tj. Bóg ) pokazał i powiedział, nie można powiedzieć, że On sam nie pisał; gdyż członki pisały to, co poznały od dyktującej głowy”[Św. August, De cons. Evang. I, 35 [54]]. A święty Grzegorz Wielki oświadcza: „Jest rzeczą niepotrzebną badać, kto te rzeczy napisał, skoro wierzy, się mocno, że Autorem Księgi jest Duch Święty. Ten bowiem to napisał, kto dyktował rzeczy mające być napisane; ten napisał, kto był inspiratorem całego dzieła”[Św. Grzeg. W, Moral. in 1. lob praef. 1, 2.]. Wynika z tego, że ci, co sądzą, iż w ustępach autentycznych Ksiąg świętych może znajdować się jakiś błąd, ci z pewnością albo zniekształcają katolickie pojęcie Bożego natchnienia, albo samego Boga czynią sprawcą błędu.

    Wszyscy Ojcowie i Doktorowie byli jak najmocniej przekonani, że Księgi Boże w tej formie, w jakiej wyszły spod pióra świętych pisarzy, są w zupełności wolne od wszelkiego błędu (…) Wszyscy wyznawali jednomyślnie, że Księgi te, tak w całości jak i w swych częściach, są jednako dziełem natchnienia Bożego, i że sam Bóg, mówiąc przez świętych autorów, nie mógł bezwzględnie powiedzieć niczego, co by odbiegało od prawdy”. 

    Z kolei, za pontyfikatu papieża  Piusa X  św. Oficjum wydało dekret „Lamentabili”, w którym odrzuciło i potępiło (a nie pochwaliło) m.in. następujący pogląd:

    Natchnienie Boże nie rozciąga się do tego stopnia na całość Pisma świętego, by wszystkie i poszczególne jego części zabezpieczało przed wszelkim błędem”.

    Papież Benedykt XV napiętnował opinię zakładającą, iż Boże natchnienie Pisma świętego ograniczało się tylko do kwestii religijnych zaś w zakresie nauk świeckich

    Bóg dopuszcza słabość pisarza” potwierdzając zarazem odwieczną naukę Kościoła o tym, że: „boskie natchnienie rozciąga się bez żadnego wyjątku i różnicy na wszystkie części pism biblijnych i żaden błąd nie może dotknąć natchnionego tekstu(…)” („Spiritus Paraclitus”).

    Pius XII w encyklice „Humani generis” nauczał zaś:

    Są bowiem tacy, co przekręcając zuchwale definicję Watykańskiego Soboru o Bogu, jako właściwym autorze ksiąg świętych, wznawiają zdanie, kilkakrotnie już potępione, jakoby Pismo święte w tym tylko nie mogło zawierać błędu, co wypowiada o Bogu albo o rzeczach, moralności i religii dotyczących. Co więcej, całkiem opacznie mówią o jakimś ludzkim sensie ksiąg świętych, pod którym miałby być ukryty, jako wyłączny podmiot bezbłędności, inny sens, Boży” (n. 17).

    Również promulgowany w 1992 roku przez Jana Pawła Katechizm powtarza za konstytucją „Dei verbum” Soboru Watykańskiego II, iż:

    Ponieważ wszystko, co twierdzą autorzy natchnieni, czyli hagiografowie, powinno być uważane za stwierdzone przez Ducha Świętego, należy zatem uznawać, że księgi biblijne w sposób pewny, wiernie i bez błędu uczą prawdy, jaka z woli Bożej miała być przez Pismo święte utrwalona dla naszego zbawienia” (n. 107).

    Ktoś powie jednak: „Jakie znacznie ma to, iż Pismo święte nie myli się w kwestiach nie dotyczących wiary i moralności, skoro nie ma ono za zadanie uczyć nas historii, przyrody albo geografii?”.

    Otóż, jak najbardziej ma to znaczenie. W istocie bowiem, choć Biblia była spisywana przez ludzi i w związku z tym poszczególne jej księgi noszą pewne znamiona charakterystycznego dla poszczególnych autorów stylu, to jednocześnie jednak wszystko co zostało w niej zapisane pochodzi od Ducha Świętego i ma za zadanie budować naszą wiarę i cnotliwe życie. Praktycznie, rozdzielenie tego co Pismo święte mówi na temat religii i moralności od zawartych tam faktów historycznych, geograficznych, biologicznych, jest bardzo niebezpieczne. Ktoś może np. zacząć poddawać w wątpliwość istnienie potopu, zniszczenie Sodomy i Gomory, dziewicze poczęcie Pana Jezusa albo relacje dotyczące śmierci Mesjasza, twierdząc, że przecież w tych sprawach Biblia dotyka warstwy historycznej (np. okoliczności procesu Zbawiciela), przyrodniczej (zniszczenie całej ziemi przez potop) czy biologicznej (kwestia poczęcia Jezusa), a więc nie należy traktować tego, co w tych sprawach zapisane jest na jej stronach, jako bezbłędnych faktów. Na tych i wielu innych przykładach, widać jednak jak bardzo pewne relacje historyczne, przyrodnicze czy biologiczne łączą się z prawdami wiary i zasadami moralności. To, że np. Pismo święte mówi, iż Dekalog został nadany na górze Synaj (a nie na Mount Blanc czy Rysach) choć dotyczy też faktu geograficznego, ma znaczenie również religijne. Oddzielanie więc sfery wiary i moralności, w których wypowiada się nieomylnie Biblia od innych spraw, w których rzekomo natchnieni autorzy mogli błądzić, jest zatem tak naprawdę czymś sztucznym i w dalszej perspektywie prowadzącym do podważania wiary w absolutną nieomylność i bezbłędność Pisma świętego, jako taką.

    Nikt też nie twierdzi, że Biblia jest podręcznikiem do historii, biologii czy geografii. I dlatego też w tych kwestiach autorzy Pisma św. mogli wypowiadać się z mniejszą precyzją, dokładnością czy nawet posługując się sformułowaniami bardziej potocznymi. Ale tego nie należy mylić z potępionym przez Magisterium Kościoła poglądem, jakoby w tych kwestiach autorzy Biblii mogli podawać stwierdzenia błędne, mylne czy nieprawdziwe. Otóż nie, Duch Święty rozciągnął swą gwarantującą wolność od błędu asystencję na dokładnie każdą część, każde stwierdzenie, każde zdanie, które zostało zapisane w Piśmie świętym. Poza tym tak naprawdę, dokładnie każde zdanie i słowo ujęte w Biblii znalazło się tam nieprzypadkowo i czegoś ma nas uczyć (a więc nawet te kwestie, które z pozoru informują nas bardziej o historii czy biologii niż wierze lub moralności). Dominikanin, o. Michał Chaberek komentując takie twierdzenia sugerujące, iż Biblia może zawierać błędy w rzeczach nie odnoszących się do wiary i moralności „gdyż nie została napisana jako podręcznika do biologii, historii czy geografii” podał trafną analogię. Otóż, jak powiedział: inny jest styl, w którym np. o powstaniu warszawskim mówi wykładowca akademicki, a jeszcze inny sposób, w którym o tym wydarzeniu opowiadała swym wnukom babcia. Ale to, że opowieści babci nie przypominały swym stylem naukowego wykładu zawartego w podręcznikach do historii, nie oznacza od razu, iż  musiała ona przekazywać swym wnukom jakieś błędy czy nieprawdy odnoszące się do powstania warszawskiego.

    Mirosław Salwowski