Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: santeria

  1. O mądrych i głupich formach inkulturacji

    Możliwość komentowania O mądrych i głupich formach inkulturacji została wyłączona

    Jako że na prawicy zdarzają się działać też neopoganie, można w związku z tym od czasu do czasu ze strony konserwatywnych katolików usłyszeć wobec nich „umizgi” w stylu: „Katolicyzm jest taki fajny również dlatego, że pozwolił na przetrwanie rozmaitych elementów pogańskiego dziedzictwa, co nie miało miejsca w krajach protestanckich. Co więcej, katolicyzm w swej mądrości chrystianizował różne elementy pogańskiej kultury i obrzędowości, przez co w pewien sposób doceniał ich wartość„.

    Jak należy odpowiedzieć na tego rodzaju narrację? Oczywiście, można mówić o mądrym i roztropnym (przynajmniej w swych pierwszych założeniach) chrystianizowaniu elementów pogańskiej kultury i obrzędowości – o ile te elementy nie były ze swej natury złe i błędne. Na przykład, nie zawsze trzeba było palić pogańskie świątynie. Jeśli usunęło się z nich figury bożków i inne świństwa, to można je było używać do chrześcijańskiego kultu, gdyż, ostatecznie rzecz biorąc, ten czy inny budynek nie jest jako taki zły sam w sobie. Podobnie, jeśli przyzwyczajonym do wzywania duchów zmarłych i składania im ofiar niegdysiejszym poganom powiedziano: „Teraz już tego nie róbcie, ale wspominajcie w tych dniach przykład miłych Bogu świętych oraz módlcie się za swych zmarłych przodków„, to było to posunięcie mądre. W ten bowiem sposób zdegenerowane przez pogaństwo formy czegoś, co było może w swych początkach wyrazem naturalnej szlachetności (pamięć o bliskich zmarłych) próbowano oczyścić i skierować na pobożne tory.

    To jednak, że istniały mądre oraz roztropne formy chrystianizacji pogańskiej przeszłości nie oznacza, że wszelkie takie próby były dobre albo też, iż to, co może w swych początkach było mądre oraz roztropne, z czasem się nie wykrzywiło i zdegenerowało. Podobnie, przesadne tolerowanie przez duszpasterzy różnych nadużyć z tym związanych mogło trwać przez wiele wieków, gdyż świętość Kościoła nie jest równoznaczna z zapewnieniem, że większa część hierarchii zawsze będzie postępować dobrze i cnotliwie. Hipotetycznym i nieco przejaskrawionym przykładem nadużycia w tej sferze mogłoby być przemianowanie jakiś pogańskich orgii seksualnych i pijackich na uroczystości ku czci świętych. Jeśliby np. biskupi danego miejsca powiedzieli coś w rodzaju: „Możecie robić to co robiliście na tych imprezach do tej pory, tylko nie przywołujcie już przy tej okazji imion Wenery i Bachusa, ale róbcie to na cześć świętych pańskich„, to byłoby to oczywiście złe, bezbożne i bluźniercze. Bardziej zaś realistycznym przykładem nadużycia, które wkradło się do pierwotnie zapewne mądrej próby chrystianizacji elementów dawnej pogańskiej zwyczajowości może być sposób, w jaki przez wieki w naszej części świata celebrowano tzw. Wigilię św. Jana Chrzciciela. W pogańskich czasach celebrowano w tym czasie za pomocą rozpusty, wróżb i rozmaitych zabobonów dzień przesilenia letniego. Kościół chcąc odciągnąć uwagę ludzi od takiego sposobu świętowania owego czasu, ustanowił więc dzień, w którym wspomina się wielkiego biblijnego proroka i świętego, jakim był Jan Chrzciciel. I to było mądre oraz roztropne posunięcie powiedzieć ludziom: „Zamiast ganiać po lasach i się tam łajdaczyć wspominajcie w tym dniu wielkiego świętego, który za swą walkę z rozpustą został ścięty mieczem„. Tyle tylko, że ludzie owszem zaczęli w tym dniu wspominać św. Jana Chrzciciela, ale dalej robili to co w tym czasie czynili ich pogańscy przodkowie. A więc uprawiali wówczas rozpustę, a jakby było tego mało, to dorabiali do tego jeszcze absurdalne teorie w rodzaju, iż św. Jan Chrzciciel miał być rzekomo miłośnikiem kobiet i alkoholu, a poczęte w wigilię jego święta nieślubne dzieci będą cieszyć się jego specjalną opieką. W ten więc sposób coś, co w swych pierwszym założeniu stanowiło mądrą próbą odwrócenia uwagi niegdysiejszych pogan od ich niemoralności i zabobonów, zdegenerowało się do poziomu jakiegoś quasi-synkretyzmu, gdzie wielki chrześcijański święty zaczął być używany do usprawiedliwiania rozpusty. Ci z prawicy, którzy przymilają się neopoganom, powiedzieliby może: „O, patrzcie, jaki to piękny przykład zachowania przez katolicyzm pogańskiego dziedzictwa„, ale w rzeczywistości należałoby o tym rzec: „Jaki to smutny przykład bluźnienia św. Janowi Chrzcicielowi, który powstał być może przez zaniedbania i przesadną tolerancję ze strony części duchowieństwa„.

    I dziś zresztą mamy przykłady, do czego może prowadzić błędnie pojęta chrystianizacja pogańskiej przeszłości. W Ameryce Łacińskiej mamy na to miliony przykładów (voo doo, macumba, santeria, kult Santa Muerte). Pochodzący z tego kontynentu papież Franciszek nawet sam patronował czczeniu w Watykanie figurki nagiej Pachamamy, a co niektórzy apologeci tego wydarzenia próbowali usprawiedliwiać, mówiąc, że przecież ta figurka przedstawia Maryję Dziewicę. Pomijając zaś już nawet to, iż nie wszystkie wyrazy czci przysługują wyobrażeniom naszej błogosławionej Matki (np. padanie na twarz przysługuje tylko Bogu – a niestety miało to miejsce w odniesieniu do figurek Pachamamy), to ileż absurdu jest zawartych w tego rodzaju apologiach. A więc, coś nazywane jest imieniem ciągle czczonej przez amazońskich pogan bogini (Pachamamy), coś wygląda jak typowe, tradycyjne przedstawienie takich bogiń (naga kobieta) – ale wystarczy, że nazwiesz to coś wizerunekiem Maryi Dziewicy i już wszystko ma być w porządku! Równie dobrze, można by i tradycyjne dla hinduistów wizerunki bogini Kali nazywać wizerunkami Maryi, a ich bardziej obrazoburcze elementy (np. Kali trzymająca odcięte ludzkie głowy) tłumaczyć tym, że przecież w katolickiej apologetyce i teologii Mate Bożej też przypisuje się pewne bardziej „waleczne” motywy (np. zniszczenie wszystkich herezji, zmiażdżenie głowy diabelskiego węża).

    Nie należy zatem bezkrytycznie usprawiedliwiać faktu, iż w kulturze krajów katolickich rzeczywiście przetrwało więcej elementów pogańskiej przeszłości. W istocie rzeczy, to, co było niemoralnego, zabobonnego i bałwochwalczego w pogańskiej kulturze, należało wypalać do cna i wyrywać wraz z korzeniami. A walka z pogaństwem to nie są przelewki, gdyż tam gdzie było i jest pogaństwo, zwykle jest więcej krzywdzenia niewinnych, śmierci (ofiary z ludzi, a nawet dzieci) oraz rozwiązłości seksualnej. Walka z pogaństwem nie jest więc „tylko” walką o zbawienie wieczne, ale stanowi także bój o to, by i na tym świecie ludziom żyło się lepiej. To do czego zresztą prowadzi łączenie chrześcijaństwa z pogaństwem widać chociażby na przykładzie wspomnianej już Ameryki Łacińskiej, która obok Afryki jest najbardziej niebezpiecznym, skorumpowanym i zdeprawowanym regionem świata.

    Mirosław Salwowski

  2. Czy Ameryka Łacińska jest nadzieją dla katolicyzmu?

    Leave a Comment

    Kiedy na stanowisko papieża wybrano pochodzącego z Ameryki Łacińskiej kardynała Bergoglio, mocniejsze stały się głosy sugerujące, iż to właśnie na tym kontynencie należy upatrywać nowego źródła inspiracji i nadziei dla katolicyzmu. Czy jednak aby na pewno należy w ten sposób patrzeć na latynoską część Kościoła katolickiego? Przyjrzyjmy się zatem suchym faktom, odstawiając na bok zrozumiałe pozytywne emocje wynikające z historycznego precedensu, którym jest wybór pierwszego pochodzącego z Ameryki Łacińskiej biskupa Rzymu.

    VooDoo, santeria, synkretyzm, candomble

    Jedną z rzucających się w oczy cech latynoskiej wersji katolicyzmu są szeroko rozpowszechnione tam synkretyczne mieszanki łączące chrześcijaństwo z różnymi pogańskimi wierzeniami. Mamy tu więc do czynienia z całą paletą takich religijnych „koktajli”, by wymienić najpopularniejsze z nich: voo doo (Haiti, Dominikana, Brazylia), santeria (Kuba, Karaiby, Meksyk), candomble (Brazylia) , macumba (Brazylia), „Santa Muerte” (Meksyk). I w przypadku tych kultów nie mamy do czynienia z jakimiś tam mniejszej wagi zabobonami (w rodzaju zwyczaju spluwania przez lewe ramię), ale wszystkie one wypaczają i zniekształcają chrześcijaństwo w bardzo poważnym wymiarze i aspektach. Pod fasadą pewnych katolickich praktyk i pojęć, wzywa się w nich bowiem pogańskie bóstwa (czyli tak naprawdę demony) oraz duchy zmarłych, praktykuje czary a także składa się krwawe ofiary ze zwierząt. Niektóre zaś z tych synkretycznych mieszanek w tak jawny sposób manifestują zły charakter (jak np. voo doo, gdzie podstawowym obrzędem jest wejście w stan opętania, czy „Santa Muerte”, w którym obiektem kultu jest postać kościotrupa), iż trudno mieć choćby najmniejsze wątpliwości co do demonicznej inspiracji za nimi stojącej. Owe pogańskie kulty nie stanowią też jakiegoś marginesu latynoskich społeczeństw, ale są ich ważną częścią. Przykładowo, w samej Brazylii funkcjonuje kilkadziesiąt tysięcy kaplic i światyń w których sprawowane są obrzędy candomble, zaś liczba zwolenników tego kultu jest tam szacowana nawet na 20 do 40 milionów (co stanowi od 15 do 30 procent całego społeczeństwa).

    Nawet statystki coniedzielnego uczestnictwa w Mszy nie są imponujące, jeśli chodzi o Amerykę Łacińską. W Brazylii i Argentynie jest to 20 procent, a więc mniej niż np. w Polsce,(41%) Włoszech (35 %).

    Rozwiązłość, „machizm”, wojny gangów, korupcja

    Latynoski katolicyzm nie słynie też bynajmniej z wysokiego poziomu moralności (delikatnie mówiąc). Rokroczny karnawał w Rio de Janeiro w czasie, którego miliony ludzi uprawia tam rozpustę i pijaństwo jest tylko symbolem zgnilizny moralnej toczącej Amerykę Łacińską. W rzeczywistości jeśli chodzi o rozwiązłość seksualną zwłaszcza w katolickich krajach Ameryki Łacińskiej od dawna upowszechniła się kultura i mentalność bardzo sprzyjająca różnym formom rozwiązłości seksualnej. W Ameryce Łacińskiej zdecydowana większość dzieci pochodziła z nieprawego łoża (w XIX-wiecznym Ekwadorze takich dzieci było nawet 75 procent), istniało (i wciąż istnieje) szeroko rozwinięte przyzwolenie na cudzołóstwo w wykonaniu mężczyzn. W zastraszających rozmiarach szerzyła się tam prostytucja (np. w latach 50-tych XX wieku, w liczącym wówczas 520 tysięcy kolumbijskim mieście Cali istniało 2600 domów publicznych z 13 000 zatrudnionych tam prostytutek, co daje ok. 5 procent całej żeńskiej populacji tego miasta). Ideał latynoskiego mężczyzny od dawna stanowi tzw. machos, a więc osobnik, który z założenia źle traktuje swą żonę (zdradza ją i bije), a wyznacznikiem prawdziwej męskości jest dla niego  posiadanie licznych kochanek, wizyty w domach publicznych, itp.

    Gdy spojrzy się zaś na statystyki przestępczości w tradycyjnie katolickich krajach Ameryki Łacińskiej nieraz ogarnia człowieka wręcz przerażenie. Poziom morderstw i bandytyzmu w takich państwach jak Meksyk, Wenezueli, Gwatemali czy Brazylii nieraz przybierał rozmiary przypominające liczbę ofiar wojny domowej. Przykładowo, w liczącej zaledwie 12 milionów ludzi Gwatemali dokonywanych jest ok. 4-5 tysięcy zabójstwo rocznie. Z kolei , w 2006 roku, w Brazylii (prawie 194 miliony ludności) w wyniku przestępczości kryminalnej zostało zabitych 49.145 osób. Oznacza to, iż w Gwatemali i Brazylii jest około 20-krotnie wyższy wskaźnik morderstw niż w Polsce, zaś przeszło 5-krotnie większy niż w USA.

    Katolickie republiki?

    Na pocieszenie można powiedzieć jednak, iż do państw Ameryki Łacińskiej nie dotarły w tak dużym wymiarze jak gdzie indziej negatywne tendencje w podejściu do polityki i porządku prawnego. Niektórzy na określenie charakteru państw w tym rejonie używali określenia „katolickie republiki”. I w tym wypadku warto jednak ostudzić entuzjazm dla latynoskiej wersji katolicyzmu. Owszem, pewne złe trendy na płaszczyźnie polityczno-prawnej dotarły do Ameryki Łacińskiej z opóźnieniem i do dziś nie wszystkie z nich przybrały charakter tak radykalny jak w wielu innych krajach. Kwestią, w której najmocniej jest tu jeszcze widoczny wpływ nauki katolickiej na praktykę rządzenia stanowi podejście do legalności aborcji. Poza kilkoma małymi krajami regionami tego kontynentu, gdzie zabijanie nienarodzonych jest legalne na życzenie (np. Urugwaj, Kuba, stolica Meksyku), w zdecydowanej ich większości zbrodnia ta jest prawnie dopuszczalna „tylko” w wyjątkowych okolicznościach (typu: ciąża pochodząca z przestępstwa, zagrożenie dla zdrowia lub życia matki). Jednak jeśli chodzi już o drugą z naczelnych kwestii współczesnej rewolucji obyczajowej, a więc społeczną legitymizację dla homoseksualizmu, to tu sprawy wyglądają niewiele lepiej niż w Europie czy Ameryce Północnej i Australii. Kontakty homoseksualne są legalne w prawie wszystkich państwach tego regionu (czasami od prawie 200 czy 150 lat, jak ma to miejsce w Brazylii od 1834 r czy Meksyku od 1862 r.). Instytucja homo-małżeństw została już wprowadzona w Argentynie, zaś tzw. związki partenerskie prawnie usankcjonowano w Brazylii, Ekwadorze, Kolumbii, Gujanie Francuskiej, części Meksyku. W większości krajów Ameryki Łacińskiej funkcjonują też przepisy zabraniające tzw. dyskryminacji ze względu na orientację seksualną. Te nieszczęsne prawa nie wydają się bynajmniej iść w poprzek nastawieniu tamtejszych społeczeństw. Wedle badawczego instytutu „Pew Global Attitudes Project” w 2007 roku na pytanie: „Czy homoseksualizm powinien być akceptowany przez społeczeństwo?” odpowiedź „Tak” dało: 72 procent ankietowanych Argentyńczyków, 65 proc. Brazyliczyjczyków, 64 proc. Chilijczyków, 51 procent Peruwiańczyków, 47 proc. Wenezuelczyków. Dla porównania, w Stanach Zjednoczonych, pomimo trwającej tam od prawie 30 lat intensywnej kampanii pro-homoseksualnej, odsetek osób uważających, iż ową dewiację należy akcpetować wynosi ok 50 procent Dość wspomnieć, że największa parada „gejowska” odbywa się rokrocznie w brazylijskim Sao Paulo – w 2007 roku zgromadziła ona ok. 3, 5 miliona zboczeńców i ich popleczników. Z kolei obecność homoseksualistów na słynnym karnawale w Rio de Janeiro przybiera jawną formę już od conajmniej początku lat 80-tych 20 wieku.

    Raj dla lewicy

    Także społeczna sympatia, jaka w Ameryce Łacińskiej jest okazywana różnych ruchom lewicowym daje wiele do myślenia. Gdyby nie wpływy USA i działania latynoskich generalicji, najprawdpodobniej większość krajów tego regionu przez dziesiątki lat byłaby rządzona przez komunistów i/lub socjalistów. I działoby się tak bynajmniej nie w drodze jakichś krwawych wojen domowych rozpętywanych przez fanatyczną lewacką mniejszość. Bolszewicy i socjaliści zdobywaliby tam władzę z poparciem dużej części społeczeństw, czego dowodem są chociażby losy np. Chile (prezydentura Allende), Wenezueli (Hugo Chavez), Brazylii (Lula de Silva) czy Boliwii (Evo Morales).

    Zamiast więc ulegać emocjom związanym z wyborem na papieża człowieka pochodzącego z Ameryki Łacińskiej, warto twardo trzymać się faktów i realiów. A owe przemawiają za tym, że bliższe przyjrzenie się latynoskiej odmianie katolicyzmu przekonuje, że owa powinna być raczej źródłem wstydu aniżeli nadziei.