Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: purytanie

  1. Polscy biskupi nie propagują „kalwinistyczno-purytańskiej” herezji abstynencji.

    Leave a Comment

    W ostatnim czasie ukazał się list biskupa Tadeusza Bronakowskiego (pełniącego z ramienia polskiego Episkopatu funkcję przewodniczącego Zespołu ds. Apostolstwa Trzeźwości i Osób Uzależnionych), w którym ten zaapelował do Polaków o uczczenie 100 rocznicy odzyskania przez nasz kraj niepodległości stu dniami całkowitej abstynencji od napojów alkoholowych. Niektórzy z tradycjonalistycznych katolików szybko wykorzystali tę sytuację, by zarzucić polskim biskupom propagowanie „kalwinistycznej” i „purytańskiej” herezji abstynencji. Niestety nie są to w tych kręgach oskarżenia nowe, gdyż podobne głosy da się w nich słyszeć rokrocznie, gdy zbliża lub rozpoczyna się sierpień, a więc miesiąc, w którym polscy biskupi od wielu już lat tradycyjnie apelują o zachowanie abstynencji od alkoholu. Niestety, ale trzeba jasno powiedzieć, iż tego rodzaju oskarżenia i zarzuty świadczą tylko o co najmniej kompletnej ignorancji, a może i złej woli ich autorów.

     

    Przede wszystkim, należy sobie raz na zawsze powiedzieć, że „herezja abstynencji” nie ma charakteru „kalwinistycznego” i „purytańskiego”. Ani bowiem Jan Kalwin, ani jego uczniowie, ani purytanie nie twierdzili, iż picie alkoholu z umiarem i ostrożnością jest grzechem czy występkiem. Jan Kalwin pisał, iż:

    dozwolone jest używanie wina nie tylko w przypadku konieczności, ale także w ten sposób, abyśmy byli weseli” (Komentarz do Psalmu 104).

    Takie samo podejście do tej kwestii zajmowali purytanie. W zakładanych przez siebie na terenach dzisiejszych USA koloniach oczywiście w ten czy inny sposób zwalczali pijaństwo (co było dobre), ale nie zakazywali picia alkoholu jako takiego. Wręcz przeciwnie, w amerykańskich koloniach XVII i XVIII wieku, napoje alkoholowe spożywano jawnie, często i przy różnych okazjach. Dość powiedzieć, że na przewożącym do Ameryki Północnej  pierwszych purytańskich kolonistów statku „Mayflower” było więcej piwa niż wody, a  produkcja rumu stała się najwcześniejszą i najlepiej prosperującą gałęzią gospodarki kolonialnej Nowej Anglii. Znawca amerykańskiej historii i kultury, Zbigniew Lewicki tak opisuje podejście do alkoholu mieszkańców XVII i XVIII wiecznych kolonii:

    Alkohol pito nawet do śniadania, co walnie przyczyniło się do rozpowszechnienia przekonania, iż Amerykanie to „naród pijaków”. Jak jednak pisze Mark H. Zanger, „trudno mówić o alkoholizmie w społeczeństwie, w którym każdy pije do każdego posiłku” (…). Konsumpcja alkoholu gwałtownie wzrastała przy wszelkich specjalnych okazjach: ślubach, pogrzebach, zakończeniu budowy kościoła czy wyświęcaniu duchownych. Gospodarz, który nie podałby w takich okolicznościach alkoholu, byłby długo i negatywnie wspominany. Towarzyską wartość kolonisty mierzono liczbą toastów, jakie był w stanie wznieść i spełnić, gdyż w dobrym tonie było ceremionialne spożywanie alkoholu, co jednak nie powodowało zmniejszenia rozmiarów ani tempa konsumpcji. (…) na głowę przeciętnego białego kolonisty powyżej piętnastego roku życia przypadało wówczas dwa litry czystego alkoholu miesięcznie, czyli mniej więcej dwa razy więcej niż obecnie w Ameryce (Zbigniew Lewicki, „Historia cywilizacji amerykańskiej. Era tworzenia 1607 – 1789”, Warszawa 2009, s. 267).

    Jest zatem szczytem ignorancji przypisywanie czy to Kalwinowi czy purytanom „herezji abstynencji”. Oczywiście, wyznawali oni różne wstrętne herezje, ale rzekome twierdzenie o tym, by picie alkoholu było samo w sobie etycznie złe, do nich nie należało. Nie istnieje zatem coś takiego jak „kalwinistyczna i purytańska herezja abstynencji”. Każdy, kto coś takiego utrzymuje, jest co najmniej ignorantem, a jeśli powtarza takie twierdzenie po tym jak został poinformowany o fałszywości takowej myślowej zbitki, to z ignoranta staje się kłamcą i oszczercą. Jest bowiem kłamstwem i oszczerstwem świadome przypisywanie rzeczy nie mających miejsca również heretykom (także tym, którzy już nie żyją).

     

    Nawet więc, gdyby polski Episkopat propagował jakieś błędy czy herezji w odniesieniu do kwestii spożywania alkoholu, to nie miałyby one charakteru „kalwinistycznego” i „purytańskiego”. Jednak w rzeczonym na początku tego artykułu liście i apelu biskupa Tadeusza Bronakowskiego nie ma stwierdzeń o tym, jakoby picie alkoholu było zawsze i wszędzie złe (a coś takiego owszem byłoby herezją). Są oczywiście nagany pijaństwa ale w tym nie ma przecież żadnej kontrowersji. Są zachęty do dobrowolnego wyrzeczenia się alkoholu na czas 100 dni dla uczczenia okrągłej rocznicy polskiej niepodległości, ale i w tym nie ma niczego złego. Nie są to bowiem nakazy dozgonnej i absolutnej abstynencji od alkoholu dla wszystkich ludzi w każdym czasie. Poza tym, to są tylko zachęty, a władze kościelne gdyby chciały miałyby nawet moc nałożyć na swych wiernych obowiązek czasowej abstynencji od alkoholu – tak jak czyni się to wciąż np. wobec mięsa (którego katolicy w niektórych krajach nie mogą spożywać w niemal wszystkie piątki całego roku) oraz jak to było niegdyś ustanawiane nawet w stosunku do małżeńskiego seksu (którego małżonkom nie wolno było czynić przez około 40 procent roku). W liście bp Bronakowskiego nie ma także zachęt do wprowadzenia prohibicji, ale jest tylko poparcie słusznych i rozsądnych postulatów w rodzaju całkowitego zakazu reklamy trunków, usunięcia takowych napojów ze sprzedaży na stacjach paliwowych czy też podniesienia wieku legalnego nabywania alkoholu do progu 20 lat.

    Na sam koniec warto przytoczyć mądre słowa Piusa XI w jego liście z dnia 26 lipca 1926 roku:

    Katolik w trunkach nie widzi trucizny lecz jeden z darów bożych. Winna latorośl została nawet przez Stwórcę upatrzona na przedziwną osłonę tajemnicy Eucharystii. Lecz nadmierne użycie trunków wyskokowych jest trucizną, trucizną dla dobrobytu, trucizną małżeńskiego szczęścia i pokoju domowego, a także aż nazbyt gwałtowną i częstą trucizną dla rozwoju przyszłych pokoleń. Ostrożne i umiarkowane używanie napojów alkoholowych nie jest grzechem. Ale nadużycie alkoholu jest grzechem, a tam, gdzie staje się powodem smutnych następstw, grzechem ciężkim, a nawet wołającym o pomstę do nieba. Umiarkowanie i abstynencja są w pierwszej linii naturalnymi środkami panowania nad sobą i dlatego jak wszystkie inne siły czysto naturalne nie są zdolne do wyrobienia moralnie mocnych charakterów. Lecz tam, gdzie wzrastają one na gruncie silnej woli, na którą pada nadprzyrodzona rosa łask, są one bardzo cennymi i nieodzownymi środkami do wytworzenia równowagi między ciałem i duszą, materią a duchem, której Bóg się domaga. Kościół katolicki nie może się zgodzić na przymus całkowitej prohibicji. Obowiązek całkowitej abstynencji zachodzi tylko wtedy, gdy inaczej nie można opanować namiętności. Lecz dobrowolna abstynencja w celu zadośćuczynienia za grzechy nadużycia alkoholu, dawania bliźnim dobrego przykładu i powstrzymywania ich od nadmiernego spożycia trunków wyskokowych jest apostolstwem, które Kościół św. popiera i uznaje, pochwala i błogosławi.

     

     

     

  2. Czy surowość moralna jest „z ducha” niekatolicka?

    Leave a Comment

    Niemal zawsze gdy przypominam tradycyjne nauczanie Ojców, Doktorów, Świętych i Papieży na takie tematy jak: tańce damsko-męskie, skromność stroju i zachowania, zgubność zbyt łatwego udzielania rozgrzeszenia, prawo władz cywilnych do karania części z grzechów przeciw czystości; spotykam się z zarzutem szerzenia jakichś purytańskich, kalwinistycznych czy nawet muzułmańskich postulatów. Przyzwyczaiłem się jednak już do tego, że gdy proszę o jakieś konkretne dowody na poparcie tych ciężkich zarzutów (np. przytoczenie potępienia lub choćby krytyki ze strony Magisterium Kościoła owych tez) to dosłownie nigdy ich nie dostaję. Nikt nigdy nie pokazał mi jakiejś papieskiej encykliki, bulli, orzeczenia św. Oficjum (dzisiejszej Kongregacji Nauki Wiary) czy też soborowego dekretu, w których napiętnowano by, lub choćby wyrażono sceptycyzm wobec stwierdzeń w stylu: „Tańce damsko-męskie zazwyczaj są bliską okazją do grzechu”;„Władze publiczne powinny karać i zakazywać niemałżeńskich związków seksualnych”; „Mężczyźni i niewiasty nie powinni kąpać się razem lub przebywać w stopniu prawie całkowitego negliżu w tym samym miejscu”; „Brak przemiany życia jest dowodem na to, iż prawdopodobnie skrucha penitenta była zwodnicza, fałszywa i w takim wypadku kapłan powinien wstrzymać się z udzieleniem rozgrzeszenia” (oczywiście nikt nie pokazał mi krytyki zdania, które co prawda nie brzmiałoby identycznie, lecz jego sens dał by się ująć w tych słowach).

    Pomijam już fakt, że owe tezy są nie tylko „nie-potępionymi opiniami Ojców, Doktorów i Świętych”, ale wszystkie one należą do różnych szczebli  nauczania Magisterium Kościoła. Ci więc, którzy próbują dowodzić błędności czy wręcz heretyckości owych prawd i zasad mają zatem duży problem z dowiedzeniem swych oskarżeń. Najczęściej zatem przeciwnicy  zarysowanej powyżej „surowości moralnej” twierdzą, że co prawda tezy te nie zostały skrytykowane czy potępione przez Magisterium Kościoła, lecz wypływają one z „kalwinistycznej i purytańskiej mentalności”. Inaczej mówiąc są one „niekatolickie z ducha”. Cóż można powiedzieć, że jest to bardzo wygodny argument, gdyż zwalnia z konieczności konkretnego dowodzenia ciężkich zarzutów odwołując się za to do (praktycznie) bardzo często mglistych i nieprecyzyjnych pojęć typu „duch” i „mentalność”. Przypomina to postępowanie człowieka, który nie mogąc złapać swego przeciwnika na żadnym konkretnym złym słowie lub czynie, zaczyna mówić, że „coś jest z nim nie tak, bo mu źle z oczu patrzy”.

    Argument czy „strzał w stopę”?

    Przyznam jednak, że pomiędzy tymi wszystkimi niepoważnymi i pustymi oskarżeniami, jakie wysuwana są pod adresem „surowości moralnej” jeden wydaje się być na pierwszy rzut oka poważnym. Jest nim odwołanie się do utrwalonej praktyki z jednej strony społeczności katolickich, z drugiej zaś społeczności protestanckich. Faktem jest bowiem, iż w krajach tradycyjnie katolickich tańce i bale były przez wieki szeroko rozpowszechnione, stroje niewiast i mężczyzn cechowały się większą próżnością i zmysłowością, zaś władze cywilne rzadziej karały za cudzołóstwo, nierząd czy homoseksualizm, niż miało to miejsce w społeczeństwach protestanckich. Gdyby ująć ową obserwację w popularnie nasuwających się nam obrazach, moglibyśmy pokazać z jednej strony katolickie Rio de Janeiro z jego długą tradycją roztańczonego karnawału pełnego alkoholu i półnagich tancerek samby, z drugiej zaś strony purytańskie osady Nowej Anglii, gdzie żadnych tańców nie było, niewiasty odziewały się skromnie, zaś przyłapanych na cudzołóstwie czy pijaństwie zakuwano w dyby bądź chłostano. Czy jednak ów dowód z „praxis” katolickich narodów naprawdę jest poważnym argumentem? Trudno kwestionować ów argument na płaszczyźnie historycznej i socjologicznej.

    Owszem, tradycyjnie katolickie kraje często pod niejednym względem odznaczały się mniejszą „surowością moralną” aniżeli miało to miejsce w społecznościach protestanckich. Jednak poważne i konsekwentne traktowanie owego faktu jako argumentu na rzecz tezy, iż „surowość moralna jest z ducha protestancka i niekatolicka” może okazać się przysłowiowym „strzałem w stopę” tradycyjnej moralności katolickiej. Gdy przyjrzymy się wszak bliżej różnym aspektom życia moralnego w społecznościach katolickich i protestanckich, zauważymy, iż w tych pierwszych mniejsza surowość obyczajów dominowała nie tylko w takich kwestiach jak tańce, bale, ubiory czy też karanie przez władze pewnych przejawów niemoralności. Na podstawie konkretnych danych i faktów można pokazać, iż w społecznościach katolickich jeszcze na długo przed Soborem Watykańskim II, rozprzestrzenianie się i popularność pewnych grzechów i złych tendencji społeczno-politycznych oraz religijnych były wyraźnie większe niż w krajach o większości protestanckiej. Niniejszym pozwolę sobie na wskazanie trzech takich płaszczyzn: niemoralności seksualnej, przestępczości i poparcia dla ruchów radykalnie lewicowych oraz przeróżnych synkretycznych mieszanek religijnych.

    Rozwiązłość „z ducha katolicka”?

    A więc, jeśli chodzi o rozwiązłość seksualną zwłaszcza w katolickich krajach Ameryki Łacińskiej (ale także we Włoszech) od dawna upowszechniła się kultura i mentalność bardzo sprzyjająca różnym formom rozwiązłości seksualnej. W Ameryce Łacińskiej zdecydowana większość dzieci pochodziła z nieprawego łoża (w XIX-wiecznym Ekwadorze takich dzieci było nawet 75 procent), istniało (i wciąż istnieje) szeroko rozwinięte przyzwolenie na cudzołóstwo w wykonaniu mężczyzn .

    W zastraszających rozmiarach szerzyła się tam prostytucja (np. w latach 50-tych XX wieku, w liczącym wówczas 520 tysięcy kolumbijskim mieście Cali istniało 2600 domów publicznych z 13 000 zatrudnionych tam prostytutek, co daje ok. 5 procent całej żeńskiej populacji tego miasta). Ideałem latynoskiego mężczyzny od dawna stanowi tzw. machos, a więc osobnik, który z założenia źle traktuje swą żonę (zdradza ją i bije), a wyznacznikiem prawdziwej męskości dla niego jest posiadanie licznych kochanek, wizyty w domach publicznych, itp.

    Z kolei w USA, w 1947 roku, stan katolickiej mniejszości tego kraju, katolicki biskup John F. Noll (zwany ze względu na swą gorliwość dla wiary katolickiej „krzyżowcem”) podsumował w następujących słowach:

    „Prawie całe zło w społeczeństwie przeważa tam  gdzie my [rzymscy katolicy] żyjemy my, a nie gdzie żyją protestanci (…).  Tylko 7.000.000 członków  protestanckich kościołów żyje w pięćdziesięciu największych miastach kraju, ale 20.000.000 katolików. Osiemdziesiąt procent protestantów mieszka na wsi. I to w tej wiejskiej Ameryki, życie rodzinne jest najzdrowszym  a  współczynnik rozwodów jest nadal niski. Z drugiej strony, tam gdzie żyje większość katolików, połowa małżeństw kończy się rozwodem. Tam też  skupiają się wielkie centra kin, brudne czasopisma, tawerny i salony hazardu”.

    Niestety także, jeśli chodzi o częsty smutny i tragiczny owoc rozwiązłości seksualnej jakim jest aborcja, statystki pokazują, iż przynajmniej w USA, częściej jest ona popełniana przez katoliczki aniżeli protestantki. Według Instytutu Alana Guttmachera protestanckie niewiasty stanowiące ok. 54 procent ludności USA dokonują 37 % wszystkich morderstw na nienarodzonych dzieciach, za katoliczki, których jest tam 31 procent są odpowiedzialne za 31 procent aborcji. Wychodzi zatem na to, iż prawdopodobieństwo zabicia swego nienarodzonego dziecięcia przez nielatynoskie katoliczki jest o 29 procent większe niż przez protestantki. Gdy weźmie się pod uwagę katoliczki latynoskiego pochodzenia to ów wskaźnik jest wyższy o 33 procent.

    Praworządność „z ducha protestancka”?

    Niestety także statystyki przestępczości w społecznościach katolickich nieraz są znacznie wyższe niż ma to miejsce w krajach tradycyjnie protestanckich. Wszyscy wiemy jak bardzo życie południowych Włoch od wieków naznaczone jest przez działalność mafii. Organizacja ta, będąc początkowo bardziej ruchem społecznej samoobrony  przed francuską okupacją części Italii, z biegiem czasu zaczęła praktykować działalność stricte kryminalną, organizując rozboje, kradzieże, wymuszenia, porwania, morderstwa, hazard i prostytucję. Wraz z napływem mas imigrantów z Włoch do Stanów Zjednoczonych mafia zakorzeniła się też za oceanem, podbijając znacznie statystki przestępczości kryminalnej wśród tamtejszych katolików. Niestety także przybywający do USA imigranci z katolickiej Irlandii mieli na to swój spory wpływ (tworząc własne organizacje mafijne). Nie mogło to pozostać bez wpływu na wyznaniowe proporcje wśród więźniów osadzonych w karnych zakładach USA. I tak np. pomiędzy 1940 a 1946 rokiem, w więzieniach stanu Nowy Jork wśród osadzonych 50 procent stanowili rzymscy katolicy, podczas gdy w całym stanie było ich wówczas 27 procent. Podobne proporcje można było zauważyć w tamtym czasie na terenie całych Stanów Zjednoczonych. W ostatnich latach zaś, liczba katolików w USA jest szacowana na od 25 do 30 procent, ale jeśli chodzi o populację w amerykańskich więzieniach procent ów wynosi już 39 procent. Z pewnością jest to spowodowane faktem, iż współcześnie, drugie miejsce po Murzynach, w częstotliwości dokonywanych przestępstw, zajmują Latynosi, którzy najczęściej identyfikują się z katolicyzmem. Niestety owa nadreprezentacja katolików wśród przestępców w krajach o większości protestanckiej nie jest charakterystyczna tylko dla USA. W latach 50-tych 20 wieku, w Szkocji osób deklarujących wyznawanie wiary katolickiej było 15 procent, ale już w tamtejszych więzieniach odsetek ów sięgał 35-40 procent.

    Gdy spojrzy się zaś na statystki przestępczości w tradycyjnie katolickich krajach Ameryki Łacińskiej nieraz ogarnia człowieka wręcz przerażenie. Poziom morderstw i bandytyzmu w takich państwach jak Meksyk, Wenezueli czy Brazylii nieraz przybierał rozmiary przypominające liczbę ofiar wojny domowej.

    Jeden z bardzo oddanych ortodoksji katolickiej, autor popularnego na początku XX wieku „Katolickiego Katechizmu Ludowego”, ks. Franciszek Spirago, tak pisał o poziomie uczciwości i praworządności katolickich Włochów, porównując ów, co prawda z nie z krajami protestanckimi, ale analogicznym podejściem rozpowszechnionym na terenach muzułmańskich:

    „Ci, którzy przebywali dłuższy czas wśród Mahometan, zapewniają, że u nich rozwinięte jest silniej poczucie uczciwości i rzetelności. Nie ma tam prawie nigdzie zamków u drzwi ani zasuwek. Natomiast najtrudniej może o rzetelność i uczciwość we Włoszech, zwłaszcza w części południowej kraju, na Sycylii i Sardynii. Nazwa <rozbójnik> (brygant) uchodzi tam za nieraz za zaszczytną, a rzemiosło rozbójnicze za cechę rycerskości (jak u nas pojedynek). Istnieją osobne rozgałęzione stowarzyszenia uprawiające rozbójnictwo jako rentowny interes. A gdy interes idzie dłuższy czas dobrze, dzielą się członkowie obfitym zyskiem i osiadają jako spokojni kapitaliści po wielkich miastach. W Sardynii istnieje nawet przysłowie: <Kto nie kradnie, ten nie jest mężczyzną>”  (cytat za: „Katolicki Katechizm Ludowy”, cz. II, Mikołów – Warszawa 1906, s. 253).

    Lewica, voo doo, santeria, macumba – katolickie?

    Gdy przyjrzymy się historii takich katolickich krajów jak Włochy, Francja, Hiszpania, nie mówiąc już nawet o Ameryce Łacińskiej, to zauważymy też, iż ugrupowania komunistyczne i socjalistyczne cieszyły się tam wsparciem dużej części społeczeństwa. Na przykład, we Włoszech przez dziesiątki lat tamtejsza partia komunistyczna otrzymywała w wyborach od 30 do 50 procent oddanych głosów. Nieraz zaś bywało tam tak, iż nawet zatwardziali komuniści uważali się za gorliwych katolików, regularnie chodzili na Msze święte i korzystali z sakramentów. Z kolei w wielu krajach Ameryki Łacińskiej komuniści nie objęli rządów tylko dlatego, że nie pozwalały im na to przewroty tamtejszych, opanowanych przez prawicę armii. Trudno tą występującą w tych tradycyjnie katolickich krajach skalę poparcia dla komunizmu i socjalizmu nawet porównać z często znikomym wsparciem, na jakie radykalna lewica mogła liczyć w krajach tradycyjnie protestanckich. Przykładowo, w USA czy Wielkiej Brytanii, nigdy nie działała silna partia o charakterze stricte komunistycznym lub socjalistycznym (wszak, mimo wszystko, trudno byłoby nazwać Demokratów czy brytyjskich Labourzystów tym mianem).

    Co prawda, w historycznie protestanckich krajach Skandynawii od lat władzę sprawują partie mające zwące siebie „socjaldemokratycznymi”, ale i tak trudno jest tu o jakieś analogie, gdyż w rzeczywistości jest (i dawniej też było) tam mało ludności (w Szwecji np. mieszka niespełna 10 milionów osób, a we Włoszech dla porównania przeszło 60 milionów; Norwegia liczy sobie niespełna 5 milionów mieszkańców, a Brazylię zasiedla 150 milionów ludzi). Poza tym, skandynawskie partie socjaldemokratyczne trudno by było nazwać mianem ugrupowań stricte socjalistycznych czy komunistycznych. Wychodzi więc na to, że przez dziesiątki lat, w sporej części krajów tradycyjnie katolickich sympatia dla komunizmu i socjalizmu była o wiele większa, aniżeli w krajach tradycyjnie protestanckich.

    W USA zaś katolicy częściej niż protestanci popierają Partię Demokratyczną (której politycy często wspierają legalność aborcji i homoseksualnych „małżeństw”). Przykładowo, w 2008 roku pro-aborcyjny i pro-homoseksualny Barack Obama otrzymał przeszło 54 procent głosów katolików (jest to o kilka procent więcej niż wśród protestantów). Tradycyjnie w stanach,  których żyje procentowo najwięcej katolików (np: Kalifornia, stany Nowej Anglii) tradycyjnie głosują na demokratów, podczas gdy stany typowo protestanckie (jak Kansas, Alabama, Arizona i inne) na ogół głosują na republikanów.

    Także różne  formy synkretyzmu i okultyzmu jak voo doo, santeria czy macumba, rozpowszechniły się o wiele bardziej na terenach katolickich (Brazylia, Haiti, Kuba, Luizjana), aniżeli w krajach protestanckich. W Meksyku popularny jest nawet kult „Santa Muerte” („Świętej śmierci”). Wyznawcy owego kultu – często mordercy, handlarze narkotyków i prostytutki – wierzą, iż czczona przez nich postać (wspomniana „Święta śmierć”) zapewni im ochronę i opiekę. Na obrazach „Santa Muerte” często przedstawiana jest w sposób przypominający Najświętszą Marię Pannę: charakterystyczna suknia, figura, tyle, że zamiast twarzy Matki Bożej jest tam czaszka i szkielet trupa).

    Oczywiście wszystkie wspomniane wyżej fakty nie oznaczają, że rozwiązłość, aborcja, kryminalna przestępczość, socjalizm, komunizm, okultyzm czy różne formy religijnego synkretyzmu są tradycyjnie katolickie, a stanowczy sprzeciw wobec nich stanowi wyraz purytańskiej, kalwinistycznej czy nawet muzułmańskiej mentalności. Widać jednak, iż często stosowany argument powołujący się na popularność pewnych obyczajów czy przekonań w krajach katolickich jako na dowód ich katolickości jest bezsensowny, bezużyteczny i stosowany konsekwentnie musi prowadzić na manowce. Któż bowiem ośmieliłby się twierdzić , iż przytoczone wyżej obrzydliwości są tradycyjnie katolickie tylko dlatego, że od dawna są mocno zakorzenione wśród narodów katolickich?

  3. Czy w Ameryce Północnej doszło do ludobójstwa Indian?

    Leave a Comment

    Twierdzenie o ludobójstwie, jakie zostało dokonane przez białych chrześcijan na Indianach w Ameryce Północnej jest jednym z ulubionych zarzutów wrogów cywilizacji chrześcijańskiej. Jako, że owa teza jest oskarżeniem kierowanym w stronę protestantów, często jest ona powtarzana też przez tradycjonalistycznych katolików, którzy dodają przy tym: „Patrzcie, ile w Ameryce Łacińskiej pozostało ludności pochodzenia indiańskiego, a ile w protestanckich USA! Wniosek jest taki, że protestanci wyrżnęli tubylców bez skrupułów„. Przyjrzyjmy się jednak bliżej historii relacji Indian z anglosaskimi kolonistami i (później) z rządem USA. Pod lupę weźmy lata 1607 – 1890, a więc okres obejmujący początek anglosaskiej kolonizacji terenów dzisiejszych stanów, aż do ostatniego z większych krwawych wydarzeń, które miało miejsce w 1890 roku.

    Protestanckie „ostateczne rozwiązanie”?

    Dobry Indianin to martwy Indianin” – zwykł mawiać jeden z generałów armii USA, William Tecumseh Sherman. To powiedzenie jest często nagłaśniane przez zwolenników tezy o ludobójstwie, które miało zostać dokonane na ludności tubylczej dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. Czy można jednak powiedzieć, iż praktyczne wcielanie w życie poglądu gen. Shermana stanowiła tradycyjną linię polityki kolonistów i rządu USA względem Indian? Owszem, w długiej, bo prawie 300-letniej historii owych relacji bywały wypowiedzi, a nawet czyny, które możnaby zinterpretować jako przejaw dążenia do fizycznej eksterminacji Indian. Trudno wszakże w innych kategoriach odczytywać uchwałę władz kolonii Pensywalnia z 1726 roku, obiecującą 130 dolarów za skalp indiańskiego mężczyzny oraz 50 dolarów za skalp kobiety-Indianki. Nieuczciwością byłoby jednak stwierdzić, iż podobna postawa była typowa dla angielskich, a później amerykańskich rządzących. Wizje ułożenia sobie stosunków z miejscową ludnością były różne. Często wyrażały się one w podpisywaniu traktatów z wodzami poszczególnych plemion w ramach, których ustalono za jaką cenę odstąpią oni część swych ziem kolonistom. Oczywiście troską anglosaskich kolonistów i późniejszych władz USA było nawrócenie Indian na wiarę chrześcijańską oraz nauczenie ich europejskiego stylu życia (czytania, pisania, uprawy roli, ubiorów). Pośród tego wszystkiego zapędy do fizycznej eksterminacji jak największej ilości Indian stanowiły raczej wyjątek niż normę.

    A co z krwawymi masakrami popełniany przez kolonistów i żołnierzy armii USA na Indianach? W istocie rzeczy zarzut ten jest bardzo wyolbrzymiony. To prawda, że pomiędzy 1607 a 1890 rokiem, historia dzisiejszych Stanów Zjednoczonych była częstym świadkiem walk z Indianami. Ale, nie jest prawdą, jakoby regułą w nich było dokonywanie przez białych chrześcijan masowych morderstw na bezbronnych tubylcach. Co więcej, nie jest wcale tak jasne, która ze stron konfliktu była tu bardziej agresywna i okrutna. Wedle Williama M. Osborna, autora książki pt. „The Wild Frontier: Atrocities during the American-Indian War from Jamestown Colony to Wounded Knee” w latach 1622 – 1890, biali koloniści „w aktach okrucieństwa” zabili 7. 193 osoby, za to z rąk Indian zginęło w ten sposób aż 9.156 ludzi. Osborn pod mianem „aktów okrucieństwa” zdefiniował morderstwa, tortury, okaleczanie i rany zadawane cywilom lub jeńcom wojennym. Należy też wziąść pod uwagę okoliczność, iż nie wszystkie zdarzenia, które są dziś nazywane „masakrami”, należałoby uznać za zbrodnie wojenne w sensie prawnym czy moralnym. Przykładem tego mogą być choćby wydarzenia w Wounded Knee z 1890 r., które uważane są powszechnie za ostatnią masakrę dokonaną na Indianach przez białych. Tymczasem, wszystko tam zaczęło się od serii strzałów oddanych przez wojowników z plemienia Siouxów do żołnierzy 7 pułku kawalerii armii USA. To nie biali Amerykanie byli więc tu tymi, którzy pierwsi otworzyli ogień. W istocie rzeczy pod Wounded Knee mieliśmy do czynienia raczej z kilkugodzinną bitwą z uzbrojonymi Indianami, aniżeli masakrą. To prawda, że pewną część z zabitych wtedy Siouxów stanowiły kobiety i niezdolne do walki dzieci (szacuje się, że było ich 62 na łaczną liczbę ok. 290 zabitych Indian), ale w warunkach bitwy toczącej się na terenie, w którym mężczyźni, niewiasty i dzieci są mocno ze sobą wymieszane, takie tragiczne zdarzenia są wręcz nieuniknione i nie zawsze muszą łączyć się zamierzonym i celowym zabiciem niewinnej oraz bezbronnej osoby. Warto wspomnieć, iż ranni wojownicy nie byli dobijani przez amerykańskich żołnierzy, lecz zostali przetransportowani do szpitali. Oczywiście, nie można zaprzeczyć, iż w wojnach z Indianami zdarzały się też akty prawdziwego i dużych rozmiarów okrucieństwa ze strony białych, w których celem ataku byli bezbronni lub/i pokojowo nastawieni autochtoni. Najbardziej ewidentnym tego przykładem jest masakra dokonana w dniu 29 listopada 1864 r. przez oddział pułkownika Johna Chivingtona na obozowisko plemienia Cheyene i Arapaho pod Sant Creek. Była to prawdziwa rzeź w czasie, której żołnierze Chivingtona zabili około 200 mężczyzn, kobiet, dzieci i starców, często w niezwykle okrutny sposób, specjalnie okaleczając przy tym ciała swych niewinnych ofiar. Wydarzenie to spotkało się jednak z oburzeniem i potępieniem ze strony amerykańskiej opinii publicznej, a względem sprawców tej masakry przynajmniej próbowano pociągnąć do odpowiedzialności karnej.

    Należy piętnować każde zamierzone zabicie niewinnego człowieka, ale nie powinno się przy tym zapominać o zachowaniu pewnych proporcji i słusznych zastrzeżeń. Nawet, jeśli anglosascy i amerykańscy koloniści w ciągu 278 lat celowo zabiliby 7. 193 Indian (co jak to zostało wyżej zasugerowane, oczywiśćie jest liczbą przesadzoną) to nie sposób nazwać tego mianem „ludobójstwa”.

    Propagotorzy mitu „o ludobójstwie Indian” niewiele mówią o drugiej stronie medalu, czyli niewinnych ofiarach po stronie białych osadników. Zatrzymajmy się zatem nad tym chwilę. Wizja Indian, jako „owieczek bez skazy” dręczonych przez żądnych krwi kolonistów, mało ma wspólnego z prawdą historyczną. Wymyślne torturowanie jeńców wojennych (po którym nieraz następowały uczty kanibalistyczne) oraz gwałcenie białych kobiet było normą pośród rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej. Pierwszą rzezią na terenie dzisiejszych USA był mord dokonany przez Indian w 1622 roku, z plemienia Powhatan na 347 mężczyznach, niewiastach i dzieciach zamieszkałych w Jamestown. Innym z wielu przykładów podobnego okrucieństwa ze strony tubylców było postępowanie Siouxów podczas buntu (nazywanego dumnie „powstaniem”), jakie wszczęli w sierpniu 1862 roku, w stanie Minnesota. Owo „powstanie” zaczęło się od podstępnego wymordowania przez Indian pokojowo nastawionych doń osadników, a dalszy jego przebieg polegał na atakowaniu, paleniu, plądrowaniu domów ludzi, którzy nie tylko, że najczęściej nie czynili niczego złego „czerwonoskórym”, to jeszcze nawet nie bronili się w obliczu ich agresji. Szacuje się, że w wyniku tego buntu zamordowanych zostało aż 737 białych osadników (w zdecydowanej większości kobiet i dzieci), zaś ok. 30 do 40 tysięcy z nich musiało uciekać przed pożogą. Trudno się zatem dziwić, iż początkowo, aż 306 uczestników „powstania” (które główną treścią było zabicie kilkuset pokojowo nastawionych farmerów i członków ich rodzin) sąd wojskowy skazał na karę śmierci. Ostatecznie jednak zrewidowano liczbę tych wyroków i na szubienicę skazano 40 Siouxów, którym to udowodniono popełnienie najcięższych zbrodni. Warto zauważyć, iż doszło do tego pod wpływem interwencji samego prezydenta USA, Abrahama Lincolna.

    Wojna bakteriologiczna?

    Jakkolwiek nie naciągane byłyby liczby Indian zabitych w wojnach i masakrach, niemożliwym jest na ich podstawie twierdzić, iż doszło do ludobójstwa. Faktem jest jednak, że ilość Indian zamieszkujących teren USA pod koniec XIX wieku, obniżyła się drastycznie i radykalnie w stosunku do ich liczby, jaka była szacowana przed przybyciem Europejczyków. Szacunki w tej mierze są bardzo różne. Jedni badacze twierdzą wszak, iż w początkach XVII wieku, tubylców było niespełna 1.300. 000, inni zaś rozciągają tą liczbę nawet do 15 czy 20 milionów. Jako, że nie dysponujemy spisami ludności indiańskiej sprzed białej kolonizacji wszystkie te liczby są raczej domysłami. Sądząc jednak po ilości poszczególnych plemion, za zdecydowanie bardziej realne i bliższe prawdy należy ocenić najmniejsze szacunki, a więc te z nich, które oceniają ilość Indian pierwotnie zamieszkujących obszar dzisiejszych Stanów na ok. 1. 300. 000 osób. Najliczniejsze wszak plemiona liczyły sobie po 56 tyś. (Senekowie) czy 30 tyś. (Siouxowie). Większość indiańskich plemion nie przekraczała liczby 10, a nawet 5 tysięcy. Tak czy inaczej, spadek z 1. 300. 000 na początku XVII stulecia do ok. 237 tysięcy pod koniec XIX wieku nalezy uznać za drastyczny. Przyczyną tego stanu rzeczy nie były jednak wojny i masakry, ale w jakichś 80 do 95 procentach choroby przywożone przez Europejczyków (odra, ospa, różyczka, kiła), na walkę z którymi układ odpornościowy Indian nie był przygotowany. Jakie dowody istnieją na to, iż biali chrześcijanie celowo zarażali tubylców? Mamy tylko jeden historycznie potwierdzony i udowodniony wypadek, w którym to biali świadomie posługiwali się zarazkami chorób po to by zabić tubylców. W 1763 roku, oficer armii brytyjskiej, Jeffrey Amherst, nakłonił pułkownika Henry’ego Bouquet by ten dostarczył walczącym pod wodzą Pontiaca Indianom zainfekowane bakteriami ospy koce. Jeden przypadek świadomego użycia chorób jako broni biologicznej to zdecydowanie za mało dla formułowania tezy o prowadzonej przez białych wojnie bakteriologicznej z Indianami. Owej tezie przeczą też wysiłki rządu USA mające na celu szczepienie ludności tubylczej przeciwko ospie. W 1801 roku, prezydent Thomas Jefferson nakazał wdrożenie programu szczepień przeciwko tej chorobie (opartego na procedurze opracowanej 5 lat wcześniej przez lekarza Edwarda Jennera) także w stosunku do Indian. Szczepienie autochtonów nie odbywało się jednak bez komplikacji, gdyż ci podejrzewali, iż jest to ze strony Amerykanów jakaś sztuczka i podstęp. Decyzja prezydenta Jeffersona była też niestety sabotowana przez brak zainteresowania ze strony niektórych urzędników. Mimo to, ów program szczepień pozwolił zmniejszyć ilość śmiertelnych zgonów na ospę wśród Indian.

    Purytanie wobec Indian

    Niektórzy sugerują, iż rzekome ludobójstwo Indian miało swe korzenie w samych purytańskich początkach anglosaskiej kolonizacji. Purytanie mieli wszak gardzić Indianami, uważać ich za kogoś w rodzaju „wcielonych diabłów”, przeznaczonych na wieczne potępienie oraz godnych eksterminacji. Oddajmy głos w tej sprawie, Thomasowi E. Woods’owi Jr, który w swej książce pt. „Niepoprawna politycznie historia Stanów Zjednoczonych” zatrzymuje sie dłużej nad tym zagadnieniem:
    Wobec Indian, z którymi toczyli spory, musieli koloniści prowadzić jakąś politykę. Raz była to polityka lepsza i bardziej sprawiedliwa, innym razem zła i krzywdząca tubylcze ludy. Mało kto jednak zaprzecza, że Indianie byli ofiarami niesprawiedliwości i złego traktowania. Nie oznacza to wcale, jak twierdzi większość Amerykanów, że koloniści gardzili Indianami i szukali tylko okazji, aby ich wypędzić i zająć ich ziemie. Już w drugim dziesięcioleciu swojego funkcjonowania Uniwersytet Harvarda przyjmował studentów z rodów indiańskich. Dla mordujących Indian kolonistów przewidywano karę śmierci, którą często w takich wypadkach wykonywano, a nawróceni na chrześcijaństwo Indianie zamieszkujący Nowej Anglii cieszyli się dużą swobodą.
    Chęć nawrócenia Indian na chrześcijaństwo wzbudza dziś tylko irytację i złośliwe uśmieszki. Spójrzmy jednak, co uczynił John Eliot (1604 – 1690), jeden z najważniejszych purytańskich misjonarzy, dla propagowania wiary chrześcijańskiej wśród autochtonów. Indianie z plemienia Algonkinów nie posiadali języka pisanego. z tego powodu Eliot nauczył się ich mowy, stworzył dla niej formę pisaną, a następnie przetłumaczył i spisał w ich języki Biblię. Gdyby Eliot i purytanie rzeczywiście chcieli prześladować Indian, to z pewnością znaleźliby na to łatwiejszy sposób.
    Nie jest też prawdą, że purytanie uważali siebie za przedstawicieli lepszej rasy, twierdzili jedynie, że stoją na wyższym poziomie kulturowym niż tubylcy. Nie bardzo jednak wiadomo, co innego mogli sądzić purytanie o ludziach nie znających koła czy pisma, o ludziach żyjących właściwie – co tu ukrywać – w epoce kamienia łupanego. Nigdy jednak nie poruszano w ogóle kwestii rasowych
    (…)
    Naukowcy złagodzili ostatnio swoje stanowisko w kwestii surowego traktowanie tubylców przez purytan. Ale od badań specjalistów do rozpowszechnienia ich wyników wśród zwykłych ludzi droga daleka. Na przykład wiele książek o europejskiej historii wciąż przedstawia średniowiecze jako okres zacofania i barbarzyństwa, chociaż gros mediewistów zdaje sobie sprawę z ogromnego znaczenia tego okresu dla rozwoju cywilizacji łacińskiej. (…) Podobnie jak w przypadku naszej wiedzy o stosunkach między Indianami a purytanami: historia ogólna wciąż mówi o okrucieństwach ze strony purytan, chociaż znawcy dziejów tamtego okresu podkreślają, że świadectwa historyczne stawiają purytan w znacznie lepszym świetle niż to się powszechnie uważa.” (tamże, s. 16 – 18).

    A jak wytłumaczyć fakt, iż na terenach Ameryki Łacińskiej znajduje się dziś o wiele więcej ludności pochodzenia indiańskiego niż w USA? Przyczyny tego są dwie. Dzisiejsza Ameryka Łacińska była pierwotnie o wiele gęściej zaludniona przez Indian niż teren Stanów Zjednoczonych. Szacuje się, iż kraje współczesnej Ameryki Południowej i Środkowej przed europejską kolonizacją zasiedlało aż 42 miliony Indian. Po drugie: katolicy w odróżnieniu od protestantów znacznie chętniej mieszali się z tubylczą ludnością wchodząc z nią w nie-małżeńskie lub małżeńskie związki. Działo się tak przez całe wieki.Stąd dziś znaczna część ludności Ameryki Łacińskiej ma w swych żyłach niemało domieszki indiańskiej krwi.

    Paradoksalnie rzecz biorąc, to postawa protestantów była w tym względzie bardziej katolicka. Magisterium Kościoła zawsze bowiem przestrzegało przed zawieraniem małżeństw z niechrześcijanami, argumentując to tym, iż w takich warunkach niezmiernie trudno jest wychować dzieci na sposób prawdziwie chrześcijański. Owocem chętnego wchodzenia przez katolików w związki seksualne z osobami, które jawnie lub skrycie wyznawały pogaństwo, była bardzo powierzchowna ewangelizacja Ameryki Łacińskiej. Popularność na tych terenach przeróżnych synkretycznych mieszanek łączących chrześcijaństwo z dawnymi pogańskimi wierzeniami i praktykami (np. Santeria, Macumba w Brazylii, kult „Santa Muerte” w Meksyku) jest tylko jednym z tego przejawów.

    Czy koloniści kradli Indianom ziemię?

    O ile zarzut ludobójstwa jest bezpodstawny, o tyle na pierwszy rzut oka oskarżenie o kradzież indiańskich ziem wydaje się być niewątpliwe w stosunku do białych kolonistów. Pomijając jednak nawet fakt odkupywania od tubylców terenów przez kolonistów i rząd, można zadać pytanie: czy rzeczywiście kradzieżą jest zajęcie terenu, do którego prawa rości sobie jakaś społeczność, ale na którym nie ma stałych osad, upraw roli, etc? Z taką bowiem właśnie sytuacją mieli najczęściej do czynienia biali osadnicy. Większość plemion indiańskich prowadziła wszak koczowniczy styl życia, wędrując po wielkich połaciach ziemi, a w związku z tym, nie zakładając na nich stałych osad, nie uprawiając nań roli, itd. Wedle rozumienia tubylców okoliczność ta czyniła ową ziemię przynależną do nich. Jednak tradycyjnie chrześcijańskie i europejskie rozumienie własności ziemi opierało się nie tylko na tym, kto dany teren pierwszy odkrył, ale jej źródło widziało też w fakcie czynienia sobie danych gruntów „poddanymi”, a więc uprawiania ich, doglądania, jednym słowem: wkładania w daną ziemię swej pracy. Uznawanie prawa do własności relatywnie małych grup (bo liczących np. kilka tysięcy osób) do połaci ziemi wielkości np. dzisiejszej Polski, tylko dlatego, że ów teren najpierw został odkryty przez założycieli tej grupy i na nim zwykła owa społeczność wędrować, jest bliskie niedorzeczności i stwarza groźny precedens.

    Spory sporami, ale uczciwość musi być

    Zrozumiałe i uzasadnione są spory katolicko-protestanckie spory o dogmaty i interpretację Pisma świętego, ale czy w związku z tym należy usprawiedliwiać nieuczciwe i nierzetelne podchodzenie do historii? Jasnym jest, że jakkolwiek byśmy się z kimś nie zgadzali w kwestii podejścia to tej czy innej prawdy wiary, nie zwalnia to nas z obowiązku nie naruszania dobrego imienia danej osoby czy społeczności. Wszystko zaś wskazuje na to, iż ochocze podtrzymywanie przez część tradycjonalistycznych katolików twierdzenie o rzekomym ludobójstwie dokonanym na Indianach przez protestantów jest właśnie ciężkim zniesławieniem tych ostatnich.