Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: prohibicja

  1. Pijaństwo (nie mylić z umiarkowanym piciem) powinno być kryminalizowane

    Możliwość komentowania Pijaństwo (nie mylić z umiarkowanym piciem) powinno być kryminalizowane została wyłączona

    O ile wielu ludzi dostrzega szkody społeczne będące efektem pijaństwa, o tyle bardzo rzadko zdarza się, by ktoś popierał wprowadzenie prawnej karalności (choćby i „tylko” prywatnego) upijania się. W tym artykule zamierzam wskazać na argumenty przemawiające za rozważeniem słuszności takiego postulatu.

    A więc po pierwsze, za kryminalizacją pijaństwa przemawia fakt, iż jest to zachowanie bardzo niebezpieczne dla otoczenia. Nie muszę chyba w tym miejscu rozwodzić się nad tym, ile przestępstw, różnego rodzaju wypadków i chorób powstaje w wyniku upijania się. I wskutek tego grzechu cierpią nie tylko sami pijacy, ale również osoby postronne i niewinne, np. żony i dzieci takich ludzi, ofiary wypadków komunikacyjnych, etc. Pijaka można więc przyrównać do chodzącej i tykającej bomby zegarowej. Nawet jeśli będziemy mieli szczęście, że w danych okolicznościach taka bomba nie wybuchnie i nikogo nie zrani, to ryzyko wystąpienia jej eksplozji jest duże. Podając jeszcze inną analogię: osoba pijana jest jak pirat drogowy – nawet jeśli danego dnia taki „pirat” nikogo nie skrzywdzi, to jego działanie stwarza innym wielki dyskomfort na drodze, a poza tym jest dla nich bardzo niebezpieczne. Libertarianie oraz liberałowie mogą twierdzić, że zachowania niebezpieczne społecznie nie powinny być kryminalizowane, dopóki nie naruszają w bezpośredni sposób czyjejś wolności – ale brakiem zdrowego rozsądku jest utrzymywać taki pogląd! Równie dobrze można by wszak mówić, że jazda po pijanemu nie powinna być prawnie karalna aż do momentu, gdy dany kierowca nie spowoduje wypadku na drodze. Któż jednak w imię „poszanowania wolności” pijaków godziłby się na taki absurd?!?

    Po drugie: pijaństwo często wiąże się z naruszaniem obowiązków sprawiedliwości, jakie zaciągamy wobec swych bliźnich. Mam tu na myśli mężów i ojców, którzy wydają pieniądze na upijanie się, kosztem wydatków potrzebnych dla ich żon oraz dzieci. Można powiedzieć, że w zasadzie każda złotówka, którą pijak przeznacza na swój grzech, a którą powinien wydać na potrzeby swej rodziny, stanowi w rzeczywistości okradanie swej żony i dzieci. Dlatego też tradycyjni moraliści twierdzili, że żony mężczyzn, którzy roztrwaniają pieniądze, mają moralne prawo potajemnie zabierać im pieniądze i nie będzie to z ich strony kradzieżą. Przykładowo, kardynał Thomas M.J. Gousset pisał na ów temat rzecz następującą:

    (…) Nie należy jednak uważać za winną kradzieży żonę, która bierze z dóbr spólności ile jej potrzeba na skromne utrzymanie stosowne do jej stanu, na przyzwoite ubranie dzieci, i inne rzeczy niezbędne dla rodziny, skoro mąż marnotrawca lub skąpiec, nie opatruje ich potrzeb koniecznych.

    Kardynał Gousset, „Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników”, Tom I, Warszawa 1858, s. 238.

    Któż zaś ośmieli się przeczyć temu, że zachowania poważnie niesprawiedliwe, niebezpieczne oraz szkodliwe dla innych nie powinny być przedmiotem karnych represji ze stron władz cywilnych?

    ***

    Oczywiście, zdaje sobie sprawę z tego, iż powyższe moje wywody mogą nie wyczerpywać tematu i wobec zasadności prawnego karania pijaństwa niektórzy ludzie będą podnosić pewne argumenty. Postaram się poniżej odpowiedzieć na kilka z możliwych takich kontrargumentów.

    Nawet Prawo Mojżeszowe, które nakazywało karanie wielu grzechów, nie przewidywało karalności pijaństwa.

    Nie jest to prawdą. Prawo Mojżeszowe nakazywało karać (i to śmiercią) przynajmniej za niektóre przypadki pijaństwa. W Starym Zakonie czytamy wszak:

    Jeśli ktoś będzie miał syna nieposłusznego i krnąbrnego, nie słuchającego upomnień ojca ani matki, tak że nawet po upomnieniach jest im nieposłuszny,  ojciec i matka pochwycą go, zaprowadzą do bramy, do starszych miasta, i powiedzą starszym miasta: Oto nasz syn jest nieposłuszny i krnąbrny, nie słucha naszego upomnienia, oddaje się rozpuście i pijaństwu. Wtedy mężowie tego miasta będą kamienowali go, aż umrze. Usuniesz zło spośród siebie, a cały Izrael, słysząc o tym, ulęknie się” (Pwt 21, 18-21 – podkreślenie moje MS).

    Z powyższego Bożego przykazania widzimy zatem, iż pijaństwo miało być karane śmiercią w przypadku, gdy było ono połączone z rozpustą oraz uporczywym nieposłuszeństwem wobec napomnień rodzonego ojca i matki. Nie należy zatem szukać w Piśmie świętym jakiegoś naturalnego prawa do braku kary za pijaństwo ze strony władz cywilnych.

    Poza tym nawet gdyby Prawo Mojżeszowe nie nakazywało nigdy i w żadnym wypadku karać pijaństwa (co nie jest – jak już wyżej wskazałem – prawdą), to i tak nie byłby to jeszcze rozstrzygający argument przeciwko wprowadzeniu takich praw przez chrześcijańskich władców. Prawo Mojżeszowe, choć bowiem było dobre, mądre i sprawiedliwe, to nie we wszystkich swych aspektach reprezentowało tak wysoki poziom moralności co księgi Nowego Testamentu. A z wyższej moralności Nowego Przymierza płyną też czasami konkluzje o charakterze prawnych wskazań dla chrześcijańskich rządzących. Przykładowo, Prawo Mojżeszowe tolerowało rozwody oraz poligamię, ale władcy chrześcijańscy – na ile w danych okolicznościach będzie to roztropne – powinni dążyć do prawnego zakazania tych rzeczy.

    Tradycja krajów katolickich w ciągu wieków nie przewidywała kryminalizacji prywatnie czynionego pijaństwa.

    To też nie jest do końca prawdą, ale nawet gdyby tak było to i tak nie byłby to jeszcze decydujący argument. Czasami bowiem, kraje katolickie potrzebowały wielu wieków, by dojrzeć do uznania słuszności realizacji pewnych prawnych postulatów. Dobrym tego przykładem jest zakaz niewolnictwa, który w krajach katolickich został – miejmy nadzieję ostatecznie – zaprowadzony w XIX wieku.

    A przytoczony kontrargument nie jest do końca prawdą, gdyż da się pokazać przykłady katolickich władców, którzy – czasami aż do przesady – zwalczali za pomocą prawnych represji nawet prywatne pijaństwo. Na czele takowych wymienić należy Brzetysława I Czeskiego (1002 -1055), który to w wydanych przez siebie dekretach nakazał przyłapanych na piciu poddanych wtrącać do więzień aż do czasu zapłacenia przez nich do książęcego skarbca kwoty 300 denarów (Link do informacji na ten temat znajduje się w tym miejscu). Niestety nie dotarłem do informacji na temat tego, czy pod pojęciem „przyłapanych na piciu” należało tu uważać osoby tylko upijające się, czy też pijące z umiarem (w tym drugim wypadku byłaby to oczywiście przesada), jednak, tak czy inaczej, wychodzi na to, że pośród władców katolickich był co najmniej jeden, który karał nawet prywatne pijaństwo. Jako przykład innego z katolickich władców, który zachęcał do prawnego represjonowania pijaństwa, podać można króla Francji św. Ludwika IX, który to w liście do swego syna pisał:

    (…) troszcz się aby grzech został unicestwiony w twoich ziemiach, to znaczy bluźnierstwa i wszystkie rzeczy, które czyni się lub mówi przeciw Bogu, Najświętszej Marii Pannie i świętym, grzechy cielesne, gry w kości, tawerny, lub inne grzechy. Zgnieć wszystko to w swojej ziemi roztropnie i w dobry sposób” (podkreślenie – moje MS).

    Patrz:  Jean de Joinville, „Czyny Ludwika Świętego króla Francji”, Warszawa 2002, s. 212-213.

    Jeśli chodzi o bardziej duszpasterskie działania to mogę tu powołać się na przykład św. Franciszka Ksawerego, który na prowadzonych przez siebie misjach nakazywał wtrącanie do aresztu niewiast dopuszczających się pijaństwa:

    Św. Franciszkowi Ksaweremu doniesiono, iż kobiety z Punnaikayal oddają się pijaństwu. Ksawery posłał tam jednego człowieka, jako policjanta, obiecując mu, że za każdą kobietę, którą pochwyci na piciu araku, otrzyma nagrodę jeden „fanam”, winna zaś odsiedzi karę 3-dniowego aresztu.

    Patrz: O. Stanisław Cieślak SJ, „Św. Franciszek Ksawery (Wielcy ludzie Kościoła)”, Kraków 2005, s. 40.

    Widać zatem, iż nie jest w 100 procentach prawdziwy argument o tym, że w historii katolickich krajów i społeczności nie znalazłoby się żadnych przykładów kryminalizacji prywatnego pijaństwa. Ja sam, nie będąc historykiem i nie poddając tego zagadnienia badaniu potrafiłem wynaleźć na to 2-3 przykłady, więc kto wie, ilu tym podobnych działań ze strony władców katolickich doliczyliby się profesjonalni historycy, którzy chcieliby się zająć szczegółową analizą tego tematu.

    Karanie pijaństwa byłoby niepraktyczne, gdyż mogłoby prowadzić do skazywania niewinnych (np. chorych) ludzi.

    Jeśli w tym argumencie chodzi o to, że np. policjant mógłby wziąć za osobę pijaną człowieka tak naprawdę chorego i skierować wniosek o jego ukaranie, to jest to słaby kontrargument. Zwłaszcza dziś, gdy istnieją wszak alkomaty można łatwo wykazać, czy takie rzeczy jak bełkotliwa mowa, niespójność ruchów, itp są wynikiem przebrania miary w piciu alkoholu czy też rzeczywistych chorobowych zaburzeń.

    ***

    Kończąc, pragnę zaznaczyć, iż w żadnym razie, powyższy artykuł nie stanowi poparcia dla postulatu prohibicji. Co innego, wszak picie alkoholu z umiarem oraz ostrożnością (co może być dobre i miłe Bogu), a co innego upijanie się, które nie „tylko” jest grzechem, ale stanowi zachowanie bardzo poważnie szkodliwe społecznie. Rzecz jasna, nie wszystkie grzechy powinny być karane przez władze cywilne, ale te z nich, które w wyraźny sposób szkodzą innym ludziom, należy zwalczać również za pomocą świeckiego miecza (por. Rzymian 13, 1-4). Pijaństwo zaś z pewnością należy do tej kategorii grzechów.

    Mirosław Salwowski

    Źródło obrazka wykorzystanego w artykule:
    https://melmagazine.com/en-us/story/medieval-europe-beer-clean-water

    Przeczytaj też:

    Które grzechy powinny karane przez państwo?

    Czy karanie nieprawości mija się z celem?

    Pomiędzy pijaństwem a prohibicją

    Św. Cezary z Arles: „Zło pijaństwa jest bardzo wielkie i Bogu obrzydłe”

    O tradycyjnie chrześcijańskiej kulturze picia alkoholu

  2. Pomiędzy pijaństwem a prohibicją

    Leave a Comment

    Kwestia relacji pomiędzy piciem alkoholu a chrześcijaństwem nie od dziś wywołuje wiele kontrowersji. Jedni katolicy gorliwie promują abstynencję, czasami posuwając się nawet do stwierdzeń w rodzaju „wszelki alkohol to trucizna”, inni zaś nazywają abstynentów „protestanckimi purytanami”, którzy pogardzają jednym z Bożych darów. Przed oczami pierwszych zawsze będą pojawiać się biblijne przestrogi dotyczące pijaństwa, drudzy zaś nieodmiennie będą przytaczać cudowną przemianę wody w wino, czasami wręcz posuwając się do sugestii, iż w ten sposób Pan Jezus nie tylko, że zaaprobował picie alkoholu, ale nawet pobłogosławił spożywanie go w dużych ilościach. Wyznawcy, którego z zarysowanych wyżej stanowisk mają rację? Odrzucając najbardziej skrajne tendencje obu kierunków utożsamiające z jednej strony wszelki alkohol z trucizną, z drugiej zaś sugerujące, że picie alkoholu w wielkich ilościach może być moralnie w porządku, zaś wszelka abstynencja jest jakimś heretyckim wypaczeniem, można powiedzieć, iż obie strony mają rację. Prawdą jest wszak, że pijaństwo jest nieprawością, która nie podoba się Panu Bogu, ale racją jest też, iż picie alkoholu z umiarem nie jest grzechem, a nawet może być popierane przez Wszechmocnego (czego jednym z dowodów jest rzeczony cud w Kanie Galilejskiej).

    Powtarzając zatem za jednym z klasyków można by zatem spytać się: „Jeśli jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?”. Gdy przyjrzymy się wszak bliżej różnym „okołoalkoholowym” dysputom zauważymy, iż rozmaite spory pomiędzy katolickimi poplecznikami abstynencji a osobami jej niechętnymi, biorą się z pojęciowego chaosu nagromadzonego wokół takich słów jak pijaństwo, trzeźwość czy też tego na czym ma polegać abstynencja. Niniejszy artykuł stanowi skromną próbę chociaż częściowego sprecyzowania tych pojęć i wyjaśnienia różnych nieporozumień narosłych wokół omawianego zagadnienia.

    Wino darem Boga, pijaństwo dziełem diabła

    Tradycyjnie nauczanie Kościoła zwykło rozróżniać pomiędzy godnym stanowczego napiętnowania pijaństwem a umiarkowanym spożywaniem napojów alkoholowych, które na owo potępienie nie zasługuje. Pismo święte i Ojcowie Kościoła jasno uczą o tym, że pijaństwo jest dziełem szatana (św. Jan Chryzostom), prowadzącym ludzi do piekła (1 Kor 6, 10), odbierającym rozum (Oz 4, 11), wykolejającym młodych (Syr 19, 2), „kąsającym jak żmija” (Prz 23, 31) oraz będącym przyczyną rozwiązłości (Ef 5, 18). Św. Cezary z Arles w jednym ze swych kazań uczył:

    Zło pijaństwa jest bardzo wielkie i Bogu obrzydłe (…) Ten kto zmusza drugiego, aby pił aż do upicia się, popełniłby mniejsze zło raniąc go mieczem, niż przez pijaństwo zabijając jego duszę(…) Wszyscy pijacy są niczym bagna(…) to, co rodzi się z pijaństwa jest przeznaczone dla ognia”.

    Z drugiej jednak faktem jest też, iż tak Pismo święte jak i Ojcowie Kościoła nie postrzegają picia alkoholu (w tamtych czasach było to głównie wino), jako czegoś złego ze swej natury. W innym przypadku trudno było wszak wyjaśnić zawartą w Biblii pochwałę wina, jako napoju „co rozwesela serce” ( Ps 104) oraz będącego „dla ludzi życiem, przynoszącym zadowolenie serca i radość duszy” (Syr 31, 27-29). Nie wspominając już o powiedzeniu św. Jana Chryzostoma (i innych Ojców Kościoła), iż wino jest dziełem Boga, a pijaństwo wynalazkiem diabła.

    Pijaństwo czy „rozweselenie serca”?

    Można się jednak zapytać: Od kiedy zaczyna się zatem pijaństwo? Czy mamy do czynienia z nim tylko wówczas, gdy „urwał nam się film”, a poza tego rodzaju sytuacjami można jeszcze mówić o wprowadzaniu się w pochwalany przez Pismo święte stan „rozweselenia serca”? Czy istnieją jeszcze jakieś inne wyraźne zasady odnoszące się do picia alkoholu?

    Naturalne wyczucie, zdrowy rozsądek, medycyna, a nawet samo Pismo święte dają nam wiele jasnych kryteriów pozwalających rozróżnić umiar w piciu i dobre „rozweselenie serca” z tym związane od zgubnej i niszczącej praktyki jaką jest pijaństwo (oraz tego co doń prowadzi). Wymieńmy kilka z tych zasad:

     

    1. Pijaństwo oznacza utratę kontroli nad swym zachowaniem i reakcjami. Pismo święte ostrzega, iż „wino i moszcz odbierają rozum” (Oz 4, 11); pijaństwo „jest przyczyną rozwiązłości” (Ef 5, 11). W innych fragmentach Biblia dość precyzyjnie wymienia poszczególne oznaki pijaństwa; czytamy w niej wszak, iż nadużywający alkoholu kapłani: „chodzą chwiejnie z powodu wina, zataczają się pod wpływem sycery” (Iz 28, 7), zaś Księga Przysłów uczy:

    U kogo „Ach”, u kogo „Biada”, u kogo swary, u kogo żale, u kogo rany bez powodu, u kogo oczy są mętne? U przesiadających przy winie, u chodzących próbować mieszanego wina (…) twoje oczy dostrzegą dziwne rzeczy, a serce twe brednie wypowie. Zdajesz się spać na dnia morza lub spoczywać na szczycie masztu. << Obili mnie, nic nie czułem, chłostali, nie wiedziałem. Kiedy się zbudzę, jeszcze nadal o nie poproszę>>” (tamże: 23, 30 – 31; 33 – 35).

    Widzimy więc, że i tym razem biblijne kryteria nadużycia w piciu alkoholu zasadniczo zgadzają się z naszymi zdroworozsądkowymi i medycznymi ocenami tego zachowania. Pijacy „chwieją się i zataczają”, czyli mówiąc językiem świata medycyny: mają „zaburzenia koordynacji ruchowej”. Brak miary w piciu wina „odbiera rozum”, „jest przyczyną rozwiązłości”, „mętnych oczu ”, „widzenia dziwnych rzeczy”, „wypowiadania przez serce bredni”. Czyż nie jest to dobry braku kontroli nad psychologicznymi i duchowymi zachowaniami człowieka przebierającego miarę w piciu? Pijani ludzie są bardziej skłonni do czynienia rzeczy głupich, używania wulgarnej mowy, rozwiązłości, agresji. Nieraz widzą oni też (mam na myśli teraz perspektywę stricte materialną) innych ludzi lub rzeczy w mocno zniekształcony sposób (np. pijanym mężczyznom wydają się atrakcyjnymi niewiasty, które w stanie trzeźwym w ogóle nie wzbudziłyby ich zainteresowania lub też widzą pewne pojedyncze przedmioty „podwójnie”).

    3. Złe picie wiąże się z szkodzeniem swemu zdrowiu. Biblijna księga Przysłów mówi o nadmiarze w piciu wina, iż jest ono niczym „wąż, który w końcu ukąsi, jak żmija (co) swój jad wypuści” (tamże: 23, 32); Mądrość Syracha zaś uczy:

    Jak wystarczające jest człowiekowi wychowanemu trochę wina! A śpiąc nie będziesz obciążony od niego, ani nie poczujesz boleści. Bezsenność, wymioty i boleści żołądka mężowi nieumiarkowanemu (…)” (w tłumaczeniu ks. Jakuba Wujka, tamże: 31, 22 – 23). 

    Najwyraźniej więc jedną z cech pijaństwa są występujące wskutek niego różne negatywne reakcje zdrowotne (wymioty, bóle, etc). Jeśli na drugi dzień po piciu pojawia się tzw. kac, jest to pewny znak, iż poprzedniego dnia przebraliśmy miarę i nasz organizm został wskutek tego częściowy zatruty, niczym ukąszony przez węża lub żmiję.

    4. Przy piciu alkoholu należy być raczej tchórzem niż bohaterem. Pismo święte w niejednym miejscu ostrzega przed śmiałością w korzystaniu z alkoholu. Czytamy tam m.in.: „Biada tym, którzy są bohaterami w piciu wina” (Iz 5, 22);Przy piciu wina nie bądź zbyt odważny” (Syr 31, 25); „wystarczające jest człowiekowi wychowanemu trochę wina” (Syr 31, 22, w tłumaczeniu ks. Jakuba Wujka); „Radością duszy i serca wino miernie pite” (Syr 31, 37, w tłumaczeniu ks. Jakuba Wujka). Nieraz słyszy się ludzi, którzy chwalą się tym, jaką to mają „mocną głowę” przy alkoholu, ile to potrafią kieliszków i kufli wypić i jeszcze po tym nie stracić przytomności. Inni cieszą się na samą myśl o imprezie, w której wedle zapowiedzi ma lać się strumieniami alkohol i licytują się z innymi na to, kto więcej z nich więcej wypije. Słowo Boże pokazuje też zgubne skutki „przesiadywania przy winie” (Prz 23, 30); zostawania „do późna w noc, bo wino ich rozgrzewa” (Iz 5,11). Biblijne przestrogi przed byciem „bohaterem w picu wina”, „zbytnią odwagą temu towarzyszącą” oraz pochwały „mierności” w jego spożywaniu pokazują wyraźnie, iż takie postawy są całkowicie bezbożne i niechrześcijańskie. Wielowiekowe zaś doświadczenie ludzkości nieraz pokazało, że od bycia „bohaterem w piciu wina” do zostania pijakiem jest już bardzo krótka droga.

    5. Względem picia alkoholu należy zastosować znacznie większą ostrożność i czujność niż wobec jedzenia. Niektórzy próbują osłabiać znaczenie tradycyjnych przestróg katolickich odnośnie przebierania miary w piciu twierdzeniem, że przecież brak umiaru w jedzeniu też jest grzechem, a zatem nie powinno się w jakiś szczególny sposób wyróżniać w tym względzie alkoholu. Kiedy przyjrzymy się jednak uważniej postawie, jaką względem napojów alkoholowych przybiera Pismo święte i Tradycja Kościoła widzimy, że znacznie częściej pojawiają się tam przestrogi przed przebieraniem miary w piciu alkoholu aniżeli nieumiarkowaniu w jedzeniu. Zło pijaństwa jest tam też o wiele bardziej precyzyjnie odmalowane niż grzech obżarstwa. Łatwo jest domyśleć się przyczyn takiej, a nie innej postawy. Ktoś kto obje się np. czekoladą czyni zło, którego bezpośrednie skutki przejawiają się jednak głównie na płaszczyźnie fizycznej. Po nadmiernym jedzeniu zazwyczaj nie jest się jednak wulgarnym, agresywnym, rozwiązłym, nie ma się tendencji do mówienia czy czynienia głupot. Tego wszystkiego nie da się niestety jednak powiedzieć o pijaństwie.

    Wbrew twierdzeniom niektórych istnieją więc jasne kryteria określające kiedy zaczyna się nadużywanie alkoholu. Oczywiście próba podania jakiejś uniwersalnej i absolutnie niezmiennej w każdych okolicznościach granicy wypitego alkoholu po przekroczeniu której zaczyna się pijaństwo musi być skazana na niepowodzenie. To czy ktoś się wszak upije daną ilością alkoholu zależy m.in. od tego, w jak krótkim czasie będzie on pił; czy w międzyczasie będzie dużo jadł, wykonywał spory wysiłek fizyczny, ile się waży, etc. Nie znaczy to jednak, iż nie jest możliwe podanie w pewnym przybliżeniu miar, jakie dobrze jest zachowywać przy piciu napojów alkoholowych. Takie standardy zostały już wypracowane przez świat medycyny i czymś złym i głupim jest okazywanie im lekceważenia oraz pogardy. Wszak Słowo Boże uczy: „ Oddaj lekarzowi cześć należą jego posłudze, albowiem i jego stworzył Pan (…) daj miejsce lekarzowi, bo jego też stworzył Pan, nie odsuwaj się od niego, albowiem on jest ci potrzebny” (Syr 38, 1; 12). Jasnym jest też, że o ile można pić tak by „nasze serce się rozweseliło” (a więc w celu poprawy swego humoru) to jednak, nie mamy moralnego prawa by czynić to w taki sposób, który będzie owocował byciem bardziej wulgarnym, rozwiązłym, agresywnym, czynieniem rzeczy głupich, zaburzeniami w widzeniu, przysłowiowym „chwianiu się i zataczaniu”, wymiotami czy porannym kacem. Z pewnością więc pijaństwo nie zaczyna się wówczas, gdy leżymy z przepicia pod stołem lub stajemy się bezdomnymi żebrakami.

    Czy Pan Jezus pobłogosławił pijaństwo?

    Tradycyjnym argumentem tych, którzy usprawiedliwiają grzech pijaństwa (bądź też maksymalnie starają się zawęzić jego granice) jest przywoływanie cudu Pana Jezusa na weselu w Kanie Galilejskiej polegającego na przemianie wody w wino. „Skoro zabrakło na weselu wina, a Pan Jezus sprawił, iż było go więcej (6 stągwi, czyli ok. 500 litrów), to czy nie oznacza ów fakt, że picie alkoholu w dużych ilościach może być OK, a nawet samo pijaństwo należy uznać za czasami uprawnione?” – argumentują zwolennicy takiej „egzegezy” tego fragmentu Pisma świętego. Wiem, że dla niektórych czytelników może się to wydawać niewiarygodne, ale nieraz słyszałem wypowiedzi, które wręcz wprost twierdziły, że cud w Kanie oznacza moralną aprobatę dla pijaństwa w pewnych okolicznościach.

    Czy są jakieś podstawy do takowej wykładni cudu przemiany wody w wino?

    Zacznijmy od tego, że w omawianym fragmencie Biblii, nie ma ani jednego słowa, które stwierdzałoby, iż weselni goście w Kanie przebrali miarę piciu wina i dopuścili się pijaństwa. Ba, nie ma tam nawet wzmianki, że choćby jeden z gości się upił. Cała więc wizja owego wesela jako pijackiej biesiady jest wymysłem mającym najpewniej źródło w przekładaniu naszych polskich wyobrażeń o tym, jak wygląda wesele (gdzie rzeczywiście dość często dochodzi do pijaństwa) na myślenie o tym, jak mogła przebiegać tradycyjna impreza weselna w Palestynie 2000 lat temu. Skoro zaś pijaństwo tak w Starym, jak i Nowym Testamencie konsekwentnie, bez żadnych wyjątków, nazywane jest grzechem i obrzydliwością w oczach Boga, to wszelkie sugestie, jakoby absolutnie bezgrzeszny i święty Pan Jezus, mógł swym cudem owo zachowanie aprobować i do niego zachęcać, są bluźnierczym nadużyciem. Jak uczy Pismo święte i Tradycja Kościoła Pan Bóg do grzechu nikogo nie kusi (Jakub 1, 13; Katechizm Kościoła Katolickiego,  n. 2846); nie zachęca, ani nie daje dlań pozytywnego upoważnienia (Syr 15, 20; Pius XII, przemówienie „Ci resce”).

    Prócz powyższego istnieje jeszcze parę racjonalnych przesłanek, pozwalających się domyślać, iż w Kanie Galilejskiej pijaństwa nie było. Są to m.in.:

    1. Wino w czasach Nowego Testamentu było o wiele słabe i niskoprocentowe. Napój był wówczas mieszany z wodą w różnych proporcjach. Najczęściej było tak, że na jedną część wina przypadało od trzech do czterech części wody. Upicie się zatem ówczesnym winem wymagało zatem znacznie większych ilości owego napoju niż obecnie.

    2. Tradycyjne żydowskie wesele mogło trwać nawet 7 dni z udziałem więcej niż 100 osób (mogło to być nawet 200, 300 czy jeszcze więcej osób). Nie można wykluczyć, iż do rzadkości nie należałoby, w tamtym czasie i miejscu, wesela, na których zjawiało się ok. 500 osób. Wszak żydowskie rodziny często były wielodzietne i wielopokoleniowe.

    3. Wesele żydowskie obfitowało w jedzenie i skoczne, a więc wyciskające wiele potu (rozdzielnopłciowe) tańce, co dodatkowo zmniejszało niebezpieczeństwo upicia się.

    Dobra i zła abstynencja

    Skoro jednak umiar w piciu alkoholu jest dobry, a tylko pijaństwo złe, jawi się pytanie, czy aby na pewno abstynencja w tym względzie (czyli całkowite się odeń wstrzymanie) może stanowić postawę właściwą?

    Z pewnością, wyrzeczenie się wszelkiego picia alkoholu, ze względu na jakieś większe dobro, jako takie jest godne wielkiej pochwały. Pismo święte podaje mam w tym względzie przykład, jednego z największych proroków, św. Jana Chrzciciela, co do którego, jeszcze przed jego narodzinami zostało zapowiedziane iż „wina i sycery pić nie będzie” (Łk 1, 15). Spisane Słowo Boże uczy także, iż „Dobrą rzeczą jest nie jeść mięsa i nie pić wina, nie czynić niczego, co twego brata razi ” (Rz 14, 21).

    Trzeba przyznać, iż w historii chrześcijaństwa zdarzały się postawy abstynenckie godne potępienia, gdyż zasadzające się na całkowitym odrzuceniu materialnej strony Bożego stworzenia. Tego rodzaju złą abstynencję reprezentowali w pierwszych wiekach istnienia Kościoła zwłaszcza gnostycy i manichejczycy. I taka postawa spotykała się z ostrą reprymendą Ojców apostolskich. Nie sądzę jednak, by można było podobną motywację przypisać większości współczesnych chrześcijańskich ruchów abstynenckich. Owe sięgają bowiem korzeniami do ruchów powstałych w XVIII wieku, kiedy to na wielką skalę zaczęły być upowszechniane alkohole znacznie mocniejsze niż wino, co wiązało się ze wzrostem pijaństwa i problemów z nim związanych. Ówczesne ruchy abstynenckie niekonieczne więc były opozycyjne względem wszelkiego alkoholu i nie zawsze forsowały pogląd o tym, jakoby całkowite niepicie trunków stanowiła moralną powinność dla wszystkich chrześcijan. A już z pewnością 18-wieczni protestanccy abstynenci nie wyznawali manicheizmu czy gnostycyzmu (było to wszak już wtedy herezje dawno wymarłe). Początkowo owe ruchy znajdowały poparcie w łonie różnych wyznań protestanckich, jednak już w pierwszej połowie XIX wieku, zaczęły się one upowszechniać również wśród katolików. Co prawda, na początku napotykały one pewien opór ze strony części hierarchii katolickiej, ale ostatecznie znaczna część kardynałów i biskupów udzieliła im otwartego poparcia. Ruchy abstynenckie zyskały też pochwałę i aprobatę ze strony takich papieży jak Leon XIII czy św. Pius X.

    Oczywiście nie można popierać poglądu, jakoby picie alkoholu było samo w sobie złe, jednak abstynencja pojmowana jako rezygnacja z mniejszego dobra na rzecz większego jest niewątpliwie postawą cenną i godną popierania. Można by podać wiele okoliczności i powodów, w których abstynencja jest wskazana. Może tak być, że nawet nasze umiarkowane spożywanie alkoholu będzie dla kogoś go nadużywającego usprawiedliwieniem dla jego pijaństwa. Wówczas zgodnie z zacytowaną wyżej radą św. Pawła zawartą w liście do Rzymian „dobrze jest nie pić wina”. Istnieją ludzie, dla których nawet mała dawka alkoholu zazwyczaj jest wstępem do pijaństwa. Wtedy to trzeba uznać wszelką ilość wina, piwa czy wódki za „oko” lub „rękę”, o których Pan Jezus mówił, że lepiej jest je wyłupić albo odciąć, niż wylądować przez nie w ogniu piekielnym. Może być wreszcie nawet tak, iż wręcz całe grupy społeczne czy etniczne, z różnych czy to naturalnych czy kulturowo-historycznych względów, nie są gotowe na picie alkoholu. Jest tak np. w przypadku dzieci, młodzieży czy niewiast w ciąży. Historia pokazała, iż w dawniejszych wiekach picie alkoholu w niezwykle szybkim tempie wyniszczało i degradowało Indian. A i dziś można by wskazać na niejeden kraj, w którym kultura picia jest tak niska, iż można się zastanawiać, czy nie powinno się tam wprowadzić nawet i prohibicji?

    A zatem podsumowując cały ów wywód w maksymalnie krótkich stwierdzeniach: picie alkoholu z umiarem jest moralnie w porządku, ale umiar nie oznacza tu tego, iż jeszcze nie padliśmy pod stół (pijaństwo jest zawsze złe i prowadzi do piekła); Pan Jezus z pewnością żadnym ze swych cudów, po prostu nie mógł dać imprimatur dla pijackiej biesiady; abstynencja zaś choć może być czasami zła i heretycka, to jednak sama w sobie jest godna pochwały.

  3. Amerykańska prohibicja była skuteczna

    Leave a Comment

    „Popatrzcie na prohibicję w USA!” – tego rodzaju hasło pojawia się zawsze, gdy na forum publiczne wypływa kwestia wprowadzenia do porządku publicznego praw zakazujących bądź mających ograniczyć jakieś negatywne moralnie i szkodliwe społecznie zjawiska w rodzaju pornografii, prostytucji czy aborcji. Przykład amerykańskiej prohibicji ma tu być koronnym dowodem na to, że tego rodzaju prawa i zakazy są bezsensowne i „przeciwskuteczne”, gdyż zamiast zlikwidować bądź ograniczyć objęte nimi zachowania, powodują tylko ich rozrost w „szarej strefie” i kryminalnym podziemiu.

    Czy jednak aby na pewno, nawet w przypadku alkoholowej prohibicji w USA można powiedzieć, iż jest ona sztandarowym przykładem na bezsens i bezskuteczność innych prawnych zakazów wymierzonych np. w aborcję, pornografię czy prostytucję? Cóż, zanim przyjrzymy się nieco dokładniej rzeczywistym skutkom samej prohibicji w Ameryce, pozwólmy sobie na pewną wydawałoby się całkiem oczywistą dygresję. Otóż, nawet, gdyby prawdą miała być teza, iż wspomniana prohibicja skończyła się całkowitą klęską, to owa okoliczność nie byłaby jeszcze dowodem na to, iż podobnego rodzaju zakazy prawne zawsze czy zazwyczaj, niejako ze swej natury są bezsensowne i nieskuteczne. Brakiem rzetelności jest bowiem eksponowanie jednego historycznie istniejącego przypadku (rzekomej) „przeciwskuteczności” danego prawnego zakazu i automatyczne przekładać go na wszelkie inne tego typu prawne restrykcje. Choć jest to temat na odrębny artykuł – można bowiem całkowicie spokojnie podać liczne przykłady na to, że zakazy prawne w ciągu wielu wieków funkcjonowały całkiem sprawnie, wydatnie ograniczając objęte nimi złe zjawisko, ponadto spełniając swą dobrą wychowawczą rolę dla społeczeństwa, umacniając w nim przekonanie o tym, że zakazana prawnie rzecz jest również moralnie zła i obrzydliwa. Przykładem może być chociażby jest obowiązujący w Polsce od 1993 roku, prawie całkowity zakaz zabijania dzieci poczętych. Tak naprawdę bowiem, wszystkie dostępne statystyki i szacunkowe dane (nawet te znacznie wyolbrzymiane przez feministki) dotyczące ilości nielegalnych aborcji w naszym kraju pokazują, iż w rzeczywistości w porównaniu do PRL (kiedy zabijanie nienarodzonych dzieci do pewnego momentu ich życia było legalne na życzenie) liczba tego rodzaju morderstw znacznie spadła. Poza tym, wyraźnie wzrosła wśród Polaków świadomość tego, iż aborcja jest moralnie zła i powinna być ona prawnie zabroniona. Z kolei, w Szwecji np. prostytucja uliczna w ciągu 2 lat od wprowadzenia zakazu korzystania z płatnych usług seksualnych zmniejszyła się o 50 proc, zaś w Francji prawo ustanowione przez Nicolasa Sarkozy’ego (wówczas, gdy był on jeszcze ministrem spraw wewnętrznych), a wymierzone w uliczny handel ciałem, spowodowało spadek tego zjawiska w Paryżu o 40 proc. Można też pokazać wiele przykładów tego, jak uchylenie pewnych prawnych zakazów przyczyniło się do gwałtownego rozrostu objętej wcześniej nimi patologii, a także – w dalszej perspektywie – przyczyniło się do innych złych skutków. Przykładowo, dekryminalizacja zachowań homoseksualnych na Zachodzie (w latach 60 i 70-tych XX wieku) przyczyniła się do wybuchu epidemii AIDS w latach 80-tych, a także rozzuchwaliła homoseksualnych aktywistów, którzy z biegiem czasu zaczęli się dla siebie domagać już nie tylko „praw”, ale też przywilejów („małżeństw”, zakazu wszelkiej dyskryminacji, karalności bardziej stanowczych form krytyki ich zboczenia, etc.).

    Historia potwierdza więc raczej, że regułą jest, iż to okazywana w porządku prawnym bezkarność i przyzwolenie dla pewnych rodzajów nieprawości, zachęca do nich, powodując też ich rozprzestrzenianie się. I nie ma w tym nic dziwnego wszak nie bez powodu Tradycja Kościoła do tzw. grzechów cudzych zalicza zachowania określone jako: „Grzechu nie karać” oraz „Zezwalać na zło”.

    Wróćmy jednak do amerykańskiej prohibicji. Nawet ona,  po bliższym przyjrzeniu się jej skutkom, nie jawi się jako przykład zakazu, który skończył się całkowitym fiaskiem i porażką.

    Po pierwsze bowiem: prohibicja funkcjonowała w wielu stanach bez większych problemów na długo przed wprowadzeniem jej na terenie całych USA (np. w Maine od 1852 roku)
    Po drugie: w czasie obowiązywania prohibicji spadła ilość przyjęć w szpitalach spowodowanych nadużyciem alkoholu, a także liczba zgonów związanych z praktykowaniem pijaństwa (Patrz: Iwona Niewiadomska/ Marta Sikorska – Głodowicz, „Alkohol. Uzależnienia. Fakty i mity”, Lublin 2004, s. 37).
    Po trzecie: poziom spożycia alkoholu wyraźnie zmalał w czasie obowiązywania prohibicji i do stanu sprzed jej wprowadzenia wrócił dopiero  w 1960 roku, a więc prawie 30 lat po jej zniesieniu.
    Po czwarte: nie wykluczone, iż w perspektywie długofalowej prohibicja przyczyniła się do większej kultury picia wśród Amerykanów. W USA wszak bardzo ściśle jest przestrzegany zakaz sprzedaży alkoholu osobom poniżej 21 roku życia, jest tam też więcej abstynentów niż w innych krajach, zaś pijaków jest mniej niż w Polsce, Wielkiej Brytanii czy Irlandii (nie wspominając już o Rosji czy Finlandii).

    Oczywiście był też jeden negatywny skutek prohibicji, jakim był rozrost przestępczości kryminalnej, która znaczną część swej energii i potencjału ulokowała w nielegalny handel alkoholem. Ale i i co co tego nie do końca wiadomo, czy prohibicja była główną tego przyczyną. Pamiętajmy wszak, iż prohibicja zbiegła się z powrotem setek tysięcy młodych mężczyzn z frontu okrutnej wojny, a także nasiloną imigracją do USA milionów osób z krajów znacznie biedniejszych. Nie należy chyba pomijać tych dwóch czynników (czyli demoralizacja spowodowana wojną i napływ biednych) we wzroście przestępczości zamiast zwalać wszystko na prohibicję.  Nie jest bowiem wcale wykluczone, że w tamtym czasie i okolicznościach, gdyby handel i spożycie alkoholu nie zostały zakazane, to świat przestępczy znalazłby sobie inną sferę nielegalnej działalności, w którą zainwestowałby swą gorliwość i energię. Zamiast alkoholu, mogłoby to być narkotyki, prostytucja, nielegalne walki bokserskie czy nawet pokazy walk psów (czy zatem aby uniknąć wzrostu przestępczości należy to wszystko legalizować?). Być może, to po prostu był taki czas i miejsce, że przestępczość rozwinęłaby się i bez prohibicji.

    Żeby nie było jednak wątpliwości – nie popieram prohibicji jako całkowitego zakazu handlu i spożywania alkoholu w celach relaksacyjnych (jestem  tylko za prawnym zakazem pijaństwa). Nie jest też tak, jakobym postulował prawne zabronienie wszelkich niemoralnych zachowań (optuję tylko za zakazem tych, które w wyraźny sposób szkodzą innym i społeczeństwu) ale nie zgadzam się z uproszczoną wizją jej funkcjonowania jako całkowitego fiaska i dowodu na przeciwskuteczność prawnych zakazów.