Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: pocałunki

  1. Jason Evert (znany apologeta katolicki) o tzw. francuskich pocałunkach

    Leave a Comment

    Przed kilkoma laty opublikowałem na tekst pt. „Zmysłowe pocałunki są grzechem śmiertelnym”. Ów artykuł był w miarę prostym powtórzeniem nauczania Magisterium o tym, iż dokonywane poza granicami małżeństwami pocałunki, w których szuka się przyjemności płynącej ze stanu podniecenia seksualnego (u mężczyzn nazywa się to „erekcją”) stanowią materię grzechu ciężkiego (nawet, gdy nie dąży się w nich do całkowitego zaspokojenia owego pobudzenia, które zwiemy orgazmem). Mimo to jednak, z różnych stron wzbudził on wiele kontrowersji i niezrozumienia. Jednym z przejawów owych negatywnych reakcji był zarzut, jakoby nauczanie piętnujące zmysłowe i namiętne pocałunki jako ciężką nieprawość, było tym elementem doktryny katolickiej, które jest już nieaktualne i dawno przebrzmiałe. Choć ten zarzut wypływa ze złych przesłanek, przyznam, że jest on dla mnie zrozumiały, a to dlatego, że w dzisiejszej katechizacji i duszpasterstwie trudno jest odnaleźć wypowiedzi, które w jednoznaczny i jasny sposób potwierdzałyby słuszność nauczania o poważnym złu moralnym pozamałżeńskich pocałunków, w których szuka się (choćby częściowej) seksualnej przyjemności. Nadal jednak zdarzają się takie osoby, których deklaracje na ten temat, które chociaż może nie są bardzo jasne i jednoznaczne, to jednak przynajmniej zawierają w sobie wyraźne sugestie wspierające dawniej sformułowane nauczanie katolickie na ów temat.

    Jedną z takich osób jest pochodzący z USA, znany i ceniony, apologeta katolicki, Jason Evert. Człowiek ten w szczególny sposób poświęcił się propagowaniu nauczania katolickiego na temat cnoty czystości i skromności, będąc inicjatorem między innymi tego projektu: http://chastityproject.com/

    Poniżej pozwalam sobie zamieścić dłuższe fragmenty jego wypowiedzi na temat tzw. francuskich pocałunków (a więc tych pocałunków, w których języki całujących się osób dotykają się nawzajem, co przynajmniej u chłopców i mężczyzn w normalnym porządku rzeczy wywołuje względnie szybko stan podniecenia seksualnego). Chociaż i ten tekst wydaje się nie stawiać przysłowiowej „kropki nad i”, a miejscami wywołuje wrażenie zbyt „przegadanego” to jednak na tle innych wypowiedzi na ów temat zdaje się być bardziej jasnym i przynajmniej podsuwającym właściwe oraz ortodoksyjne wnioski odnośnie zmysłowych i namiętnych pocałunków.

    Zachęcam zatem do zapoznania się z poniższymi fragmentami wypowiedzi Jasona Everta na temat tzw. francuskich pocałunków:

    Francuskie pocałunki są głęboko jednoczące, ponieważ wnikanie jednej osoby w głąb drugiej jest już etapem stawania się jednym z nią lub z nim w sposób fizyczny. Takie namiętne całowanie mówi ciału mężczyzny, że powinno się szykować do aktu płciowego, a kiedy mężczyzna jest podniecony, zazwyczaj nie będzie zaspokojony, dopóki nie rozładuje napięcia.

    Zatem francuskie pocałunki drażnią ciało pragnieniami, które nie mogą być w sposób moralny zaspokojone poza małżeństwem. W przypadku pary, która odkłada seks na czas małżeństwa, francuskie pocałunki można porównać do piętnastolatka, który siedzi w samochodzie zaparkowanym przed domem, podkręcając tylko obroty silnika, bo wie, że nie posiada prawa jazdy (…)

    Często dostaję e-maile od par powstrzymujących się od współżycia, które mówią, że naprawdę się kochają i chcą zachować czystość, lecz wciąż na nowo upadają i popełniają te same grzechy w sferze seksualnej. Wzbudzają oni w sobie te pragnienia i odkrywają, że takich pożądań nie da się łatwo ujarzmić, gdy już się je obudzi. Takie pary pragną zatrzymać się na granicy, utrzymując pewną intymność seksualną, a jednocześnie uniknąć posunięcia się „za daleko”. Zaczynają jednak zdawać sobie sprawę z faktu, że mężczyźni i kobiety nie są stworzeni, by funkcjonować w ten sposób. Anielska czystość jest łatwiejsza do przeżywania niż czystość połowiczna, ponieważ w tym drugim przypadku nieustannie drażnisz samego siebie.

    Pomimo tego niektórzy mówią, że francuskie pocałunki nie są niczym szczególnym i nic nie znaczą. Czy jednak coś w tobie nie pragnie, aby były one właśnie czymś ważnym? Im więcej oddajemy z siebie samych, tym mniej cenimy dar swojego ciała i ciała naszego „ja” (a ludzie w konsekwencji będą także traktować nas z mniejszym szacunkiem). Zapytaj siebie samą, ile warte są twoje pocałunki. Czy są sposobem na odwdzięczenie się chłopakowi za miły wieczór? Czy są lekarstwem na nudę podczas randki? Czy są sposobem na ukrycie zranień lub samotności? Czy też co gorsza, są tylko „niewinną” zabawą. Jeśli odpowiedzią na któreś z tych pytań jest „tak” , oznacza to, że zapomnieliśmy, jaki jest cel pocałunku i sens intymności. Zatem nie oddzielaj fragmentu swojej seksualności jako czegoś „mało ważnego”. Całe twoje ciało jest czymś nieskończenie wielkim, a w tym także twoje pocałunki. Jeśli zdamy sobie z tego sprawę, to najzwyklejszy pocałunek stanie się bezcenny i przyniesie więcej bliskości i radości niż sto łóżkowych przygód na jedną noc. (…)

    W liceum nie zastanawiałem się wiele nad tym rodzajem pocałunków. Uważałem, że inni robią gorsze rzeczy, więc nie było to dla mnie czymś szczególnym. Dziś najbardziej żałuję właśnie tego, że zamiast zachować takie pocałunki dla swojej żony, rozdawałem je dziewczynom, których po maturze już nigdy nie spotkałem. Patrzyłem jedynie wokół na rówieśników z klasy i stwierdzałem, że widocznie życie ma tak właśnie wyglądać.

    W miarę dojrzewania i pogłębiania się moich związków oraz własnej modlitwy w ich intencji, porzuciłem ten rodzaj pocałunków, ponieważ zawsze rozpalał on we mnie pragnienie pójścia dalej. Odsuwałem przy tym także na bok inne aspekty związku. Wiedziałem w sercu, że nie mógłbym z przekonaniem powiedzieć, iż ten rodzaj intymności podoba się Bogu.

    Zatem rozmawiałem z dziewczyną na początku mojej znajomości i zgadzaliśmy się na taką ofiarę. Było to ogromne błogosławieństwo i od razu widziałem, że nasz związek staje się bardziej święty i radosny. Nie byliśmy doskonali, lecz dostrzegłem wtedy po raz pierwszy, że im więcej było w moich związkach namiętnego całowania, tym mniej było wszystkiego innego. Gdybym z tym nie skończył, nie zdołałbym tego zrozumieć.

    Zachęcam was, byście spróbowali pójść tą drogą. Porzućcie głębokie pocałunki aż do ślubu (…)

    Mówiąc prosto, moralność seksualna ma na celu wychwalanie Boga za pomocą swojego ciała. Sposób w jaki używasz swojej seksualności, powinien odzwierciedlać twoją miłość do Boga i wyrażać miłość Boga ku innym. Jeśli jakieś działania wydają ci się w tej dziedzinie niepewne, nie podejmuj ich. Czyń jedynie te rzeczy, co do których z przekonaniem wiesz, że chwalą Boga. (…)

    W świetle tego wszystkiego, co zostało powiedziane, nie powinniśmy już skupiać się na tym, jak daleko możemy posunąć się, nim zgrzeszymy. Gdy nasze serca są prawe względem Boga, troszczymy się o to, co jest naprawdę czyste, i jak możemy chwalić Boga naszymi ciałami. Pragniemy, by każdy uczynek wynikający z uczucia odzwierciedlał fakt, że to On jest pierwszy w naszym życiu. Zanim do tego dojdziemy, będzie nam niezmiernie trudno odróżniać miłość od pożądania.

     

    Cytat za: Jason Evert, „Jeśli naprawdę mnie kochasz. 100 pytań na temat randek, związków i czystości seksualnej„, Kraków 2012, ss. 124, 125-126, 126-127, 128.

  2. Zmysłowe pocałunki są grzechem śmiertelnym

    Leave a Comment

    Czy całowanie się jest grzechem? Takie pytanie pojawia się dość często przy okazji roztrząsania różnych dylematów na temat tego „na jak wiele można sobie pozwolić” podczas „chodzenia ze sobą” lub w okresie narzeczeństwa.

    Wydaje się, iż nawet współcześnie nawet wśród pobożnych i konserwatywnych katolików istnieje duże zamieszanie oraz ignorancja, gdy dochodzi się do prób odpowiedzi na to pytanie. Najczęściej bowiem słyszy się w takich kręgach pogląd, że pocałunki dokonywane pomiędzy osobami, które poważnie myślą i dążą do wejście ze sobą w związek małżeński nie są występne i grzeszne, stanowiąc uprawniony wyraz uczucia i miłości, które istnieją między nimi. W pewien sposób to przekonanie jest wzmacniane też przez część dzisiejszych moralistów katolickich, którzy mówiąc na temat takich pocałunków wypowiadają się w dość dwuznaczny i niejasny sposób, sugerując jednak, iż przy zachowaniu pewnego umiaru i ostrożności takowe są moralnie dozwolone.

    A jakie jest tradycyjnie katolickie przekonanie odnośnie pocałunków dokonywanych pomiędzy „randkowiczami” i narzeczonymi?

    Oczywiście, podkreślmy, że mowa jest tu o pocałunkach, które z założenia zakładają już pewne wyrażenie wobec siebie pociągu erotycznego, a nie są tylko zwykłym gestem grzeczności, szacunku czy też (platonicznej) miłości bliźniego. Rzecz jasna nie chodzi zatem tu np. o pocałunki w dłoń, policzek czy czoło, które choć zdarzają się w związkach stricte damsko-męskich, to równie dobrze, albo i częściej występują w relacjach i sytuacjach, które normalnie rzecz biorąc są pozbawione aspektu erotycznego, a więc np. rodzice – dzieci, wnukowie – dziadkowie czy np. powitanie się dwóch kobiet. W takich pocałunkach trudno zresztą o wzbudzenie jakichś erotycznych myśli czy reakcji, choćby z powodu samej ich formy (a więc dlatego, że są jednocześnie krótkie i delikatne).

    Konkretyzując więc, chodzi o takie pocałunki, których celem jest uzyskanie pewnej przyjemności z tego faktu, iż osoba, z którą to czynimy, pociąga nas seksualnie. Jeszcze innymi słowy – problem w tych pocałunkach, których pragniemy i szukamy po to by doświadczyć przy tym  podniecenia seksualnego, nawet jeśli chcemy owej przyjemności stąd wynikającej postawić pewne ostre granice (np. „całujemy się w usta z tzw. języczkiem, ale nic ponadto nie wchodzi w grę”). I właśnie odnośnie takich zmysłowych – bo zakładających czerpanie z nich pewnej (choćby ograniczonej) dozy przyjemności erotycznej – pocałunków, trzeba powiedzieć sobie jasno: poza granicami małżeństwami są one obiektywnie poważnym naruszeniem porządku moralnego w dziedzinie seksualnej i stanowią materię grzechu śmiertelnego (czyli, gdy dochodzi do tego jeszcze pełna wiedza i dobrowolność czyniący w ten sposób ściągają na siebie ciężką winę, która nie zmazana szczerą skruchą skazuje ich na wieczne piekło).

    To stanowisko, być może wydaje się bardzo surowe i rygorystyczne, ale jasno wynika z nauczania Magisterium Kościoła na ów temat. Otóż, papież Aleksander VII i św. Oficjum dekretem z 18 marca 1666 roku POTĘPILI uznając za „przynajmniej skandaliczne” następujące twierdzenie pewnych laksystycznych teologów:

    Jest prawdopodobne, że pocałunek, którego się pragnie dla występującej przy tym rozkoszy cielesnej jest tylko grzechem powszednim, jeżeli tylko nie powstaje niebezpieczeństwo pełnego zaspokojenia”.

    To stanowisko było podtrzymywane przez moralistów katolickich przez wieki i jeszcze w wydanym w latach 60-tych XX wieku podręczniku katolickiej teologii moralnej autorstwa skądinąd dość łagodnego odnośnie pewnych kwestii (np. tańców damsko-męskich) ks. Bernarda Haringa, przeczytać można:

    Według ogólnej dziś nauki moralistów nie tylko pełne zaspokojenie, lecz także wszelkie dobrowolne bezpośrednie podniecenie żądzy płciowej poza uporządkowaną miłością małżeńską jest w całym tego rodzaju grzechem ciężkim (…) Gdy chodzi o ciało drugich osób, zwłaszcza innej płci, szacunek i wstydliwość wymagają możliwie największego dystansu„.

    Już jednak słyszę głosy typu: „Chłopak może całować się z dziewczyną, po to by wyrazić do niej miłość i uczucie, a nawet jeśli jest przy tym seksualnie podniecony, to należy to potraktować jako niezamierzony efekt uboczny takiego działania”. Cóż, pozostawiam rozsądkowi czytelników, czy takie stawianie sprawy nie jest dość marnym, neo-faryzeistycznym wybiegiem. Sprawa jest chyba znacznie prostsza: jeśli ktoś całuje się w sposób o którym dobrze wie, że ów wywoła w nim seksualne podniecenie, a mimo wciąż to czyni ponownie, to najwyraźniej akceptuje ów stan rzeczy – reszta to sofistyczne szukanie kruczków i wybiegów by ominać jasne i proste zasady.

    Zmysłowe pocałunki pomiędzy „chodzącymi ze sobą” i narzeczonymi są czymś w rodzaju próby oszukiwania Pana Boga i samych siebie. Pan Bóg przygotował dla małżonków tort seksualnych przyjemności, a zmysłowe pocałunki są „delikatnym” podjadaniem tego tortu przed rozpoczęciem bankietu. Niby każdy jakoś to wyczuwa, iż nie jest zgodne z prawdziwą i szczerą pobożnością wchodzenie na drogę pobudzania żądzy seksualnej przed ślubem choćby to nie odbywało się jeszcze poprzez stosunki przedmałżeńskie. Nie igra się bowiem z ogniem, a moralne przyzwalanie dla pewnych gestów i czynów, które niemal ze swej definicji są zmysłowe i erotyczne, jest właśnie taką zabawą z ogniem. A kiedy człowiek raz zaczyna się bawić z ogniem, to choćby zapewniał, iż skończy ową igraszkę „w odpowiednim momencie” to ryzyko wybuchnięcie pożaru albo eksplozji niepostrzeżenie rośnie z sekundy na sekundę. Poza tym, tak naprawdę filozofia „Na jak wiele można sobie pozwolić” stojąca za konkretnymi pytaniami typu: „Czy można się całować” nie jest właściwym postawieniem sprawy. Równie dobrze można by się bowiem pytać: „Jak blisko mogą bawić przy autostradzie dzieci, by nie zostać potrąconymi przez samochody?”. Tradycyjną postawą chrześcijańską jest wszak raczej uciekanie „od wszelkich pozorów zła” aniżeli balansowanie po cienkiej granicy. Od grzechu trzeba trzymać się najdalej jak to jest możliwe, a nie kombinować jak tu się doń zbliżyć, nie przekraczając jeszcze jego granicy.