Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: patriotyzm

  1. Kiedy patriotyzm staje się grzeszny?

    Leave a Comment

    W ostatnich 100 – 150 latach, zwłaszcza na polskim gruncie, bardzo rozwinęła się myśl łącząca katolicyzm i chrześcijaństwo z patriotyzmem. Czasami przybiera to takie rozmiary i akcenty, iż dokonuje się swoista „sakralizacja” wartości patriotycznych. Choć ani w Piśmie świętym ani nauczaniu Ojców Kościoła nie ma przykazań typu: „Będziesz czcił swą świętą Matkę Ojczyznę„; „Zachowasz swój język ojczysty„; „Nie opuszczaj na stałe swego kraju, by gdzie indziej ułożyć sobie życie” albo „Zawsze walcz z zaborcami i okupantami swego kraju” to słuchając niektórych pobożnych wypowiedzi na temat patriotyzmu można odnieść nieodparte wrażenie, iż wspomniane wyżej maksymy mają rangę co najmniej równorzędną (a czasami może nawet wyższą) co rzeczywiście biblijne przykazania w rodzaju: „Czcij ojca swego i matkę swoją„, „Nie będziesz cudzołożył„; „Nie będziesz czcił bożków„, „Nie będziecie się wzajemnie okłamywać” lub „Nie upijajcie się winem„. Przez tę nieco krytyczną aluzję pod adresem pewnych przejawów patriotyzmu nie chcę oczywiście negować jakichkolwiek związków miłości do własnej ojczyzny z bardziej tradycyjnie pojmowaną moralnością chrześcijańską. Rzecz jasna, przywiązanie do ojczystego języka, ziemi, historii, kultury, chęć życia w niepodległym kraju – to wszystko są rzeczy ważne i mogą być konsekwencją właściwie pojętej miłości do Boga i bliźniego. Jak zawsze jednak, gdy chodzi o wartości doczesne (a przywiązanie do ojczyzny jest stricte doczesne, gdyż w Niebie nie będzie już odrębnych narodów, państw i krajów) trzeba zadawać sobie pytania o granice takowej miłości. I w tym tekście pragnę wskazać na kilka objawów niezdrowego, przesadnego, by nie powiedzieć wręcz grzesznego patriotyzmu.

     

    OBJAW NUMER 1: JĘZYK UBÓSTWIAJĄCY OJCZYZNĘ.

    Jednym z niebezpiecznych przejawów przesadnego patriotyzmu jest mówienie o swej ojczyźnie i wartościach patriotycznych językiem sakralnym, religijnym, przywołującym skojarzenia z Boskością i nadprzyrodzonością. Już wyrażenia typu: „Święta Matka Ojczyzna”; „Dekalog Polaka”, etc., wydają się być mocno dwuznaczne i dobrze by było wyeliminować je z naszego słownictwa. Czy bowiem np. mówienie o „Dekalogu Polaka” nie sugeruje tworzenia jakiejś dziwnej autonomicznej patriotycznej moralności? Oczywiście, pewne obowiązki i postawy patriotyczne konsekwentnie wynikają z niektórych Bożych przykazań, ale czymś niestosownym wydaje się sugerowanie, jakoby miłość wobec ojczyzny musiała stanowić główną oś zdrowej, chrześcijańskiej moralności (a coś takiego sugeruje wyrażenie „Dekalog Polaka”). Oczywistym nadużyciem jest zaś mickiewiczowskie mówienie o Polsce, jako „Chrystusie narodów”, etc. Jako inny z tego objawów można podać przykład grafiki, jaka została zaprojektowana na tegoroczną (2014 r.) pielgrzymkę środowisk kibicowskich na Jasną Górę. Plakat promujący to wydarzenie pokazywał bowiem postać Matki Bożej w sukni przyozdobionej symbolami „Polski Walczącej” i trzymającą na swych dłoniach chłopca wyglądającego jak niepełnoletni uczestnik Powstania Warszawskiego. W ten sposób, na płaszczyźnie symbolicznej zrównano niejako naszego Pana Jezusa Chrystusa z polskimi patriotami walczącymi o niepodległość i wolność naszej ojczyzny, a postać błogosławionej Marii z Nazaretu została wciągnięta w propagowanie polskiej myśli patriotycznej. Czy jednak stosowne jest takie ścisłe łączenie ze swej natury ponadnarodowego i nadprzyrodzonego Królestwa Bożego z propagowaniem jakby nie było doczesnej rzeczywistości, jaką jest przywiązanie do naszego kraju, narodu i ojczyzny? Pomińmy zaś już milczeniem to, iż żaden, choćby najszlachetniejszy i najświętszy człowiek nie może być stawiany na równi z Bogiem-Człowiekem, Jezus Chrystusem: co na płaszczyźnie symbolicznej zostało dokonane na wspomnianym wyżej obrazku.

     

    OBJAW NUMER 2: MYŚLENIE W KATEGORIACH „WSZYSTKO CO JEST POŻYTECZNE DLA OJCZYZNY STANOWI DOBRO”.

    Pan Jezus ostrzegał nas: Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien (Mt 10, 37). Z kolei, św. Jan Apostoł nauczał: Po tym zaś poznajemy, że Go znamy, jeżeli zachowujemy Jego przykazania. Kto mówi: „Znam Go”, a nie zachowuje Jego przykazań, ten jest kłamcą i nie ma w nim prawdy ( 1 J 2, 3-4). Papież Paweł VI niejako konkretyzując te biblijne przestrogi wyjaśniał zaś:

    W rzeczywistości (…) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny – a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka – nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw(„Humanae vitae”, n. 14).

    W nowożytnej teologii katolickiej podkreśla się, iż patriotyzm jest logicznym rozwinięciem biblijnego przykazania o czci i szacunku należnych własnym rodzicom. Skoro tak, to powyższe przestrogi o tym, by nie stawiać miłości rodziców ponad miłość do Pana Jezusa i że miłość do Boga przejawia się w przestrzeganiu Jego przykazań, winniśmy odnieść też do miłości ojczyzny. Zły i heretycki jest zatem taki patriotyzm, który usprawiedliwia łamanie tych Bożych przykazań, które zabraniają czynienia rzeczy złych ze swej natury. Tak jak miłość i szacunek dla rodziców nie uprawomacnia spełniania pewnych ich niemoralnych poleceń (np. gdyby ojciec kazał nam kogoś okraść czy kłamać mamy obowiązek odmówić), tak „patriotyzm” i racja stanu nie usprawiedliwiają np. kłamania, cudzołożenia, bezpośredniego zabijanie niewinnych ludzi czy też czynów homoseksualnych. Nie trudno zaś wskazać na sytuacje, w których właśnie z pobudek patriotycznych usprawiedliwia się takie niemoralne działania. Jednym z tego przykładów jest typowe usprawiedliwianie działań, jakie w ramach swej pracy wywiadowczej często podejmują agenci służb specjalnych poszczególnych krajów. Mogą oni seksualnie uwodzić, szerzyć oszczerstwa i dokonywać innych podłości, ale kwituje się to stwierdzeniem, że „etyka służb specjalnych jest szczególna” i że „racja stanu usprawiedliwia takie działania”. Innym przykładem powyższego niezdrowego objawu patriotyzmu są twierdzenia pewnego młodego polskiego historyka, który w kontekście pożądanej przez niego kolaboracji Polski z Niemcami utrzymuje, że „interes narodowy jest jedynym kryterium wedle którego powinno oceniać się prawidłowość takiej kolaboracji”, zaś fakt, iż Polacy w ramach takiej współpracy złożyli by Hitlerowi pewne obietnice nie powinien stanowić dla nas przeszkody, by później świadomie i celowo owe obietnice złamać. I tutaj widzimy jak absolutyzuje się pojęcie interesu narodowego oraz „racji stanu” usprawiedliwiając działania, które są ze swej natury niemoralne (z góry zaplanowane łamanie albo choćby poważne lekceważenie składanych przez siebie obietnic jest bowiem czymś złym, jako że stanowi jedną z odmian kłamstwa – inną rzeczą jest to, że nie powinno się składać obietnic zakładających czynienie czegoś złego).

     

    OBJAW NUMER 3: WYBIELANIE CIEMNYCH ASPEKTÓW WŁASNEJ HISTORII.

    Przykładów takiego podejścia nie brakuje. Chyba większość narodów ma w swej historii ciemne karty od których zamiast jasno i zdecydowanie się odciąć, usprawiedliwia je, a nawet tworzy z nich swego rodzaju „mity założycielskie”. Przykładowo, my Polacy mamy mocno wpisane w swą nowoczesną tożsamość narodową szacunek i uznanie dla naszych narodowych powstań. Powstania listopadowe, styczniowe, warszawskie, a od kilku lat „Żołnierze Wyklęci” weszły do kanonu naszej patriotycznej tożsamości i wszelkie bardziej krytyczne wypowiedzi względem nich wielu odbiera jako „znieważanie narodowych świętości”. Obiektywnie jednak rzecz biorąc – wszystkie z wymienionych wyżej rzeczy (prócz „Powstania Warszawskiego”) należałoby ocenić mniej lub bardziej krytycznie. Były to bowiem zbrojne bunty przeciwko zazwyczaj legalnym władzom (a takowe są moralnie złe poza pewnymi praktycznie bardzo rzadko zdarzającymi się sytuacjami). Innym przykładem z naszego polskiego podwórka, może być atencja, jaką zwłaszcza kręgi konserwatywne, darzą istniejącą w Rzeczpospolitej pomiędzy XVI a XVIII wiekiem kulturę sarmacką. W imię tej estymy pomija się milczeniem lub nawet usprawiedliwia takie wady i nieprawości sarmatów jak pijaństwo, pieniactwo (czyli procesowanie się o byle błahostki), skłonność do bójek i pojedynków, rozrzutność i marnotrawstwo dóbr materialnych (objawiające się w wywodzącym się ze zwyczajów sarmackich powiedzeniu „zastaw się, a postaw się„), urządzenia wystawnych i nieskromnych balów, rokosze i nieposłuszeństwo rządzącym. To wybielanie zaś wskazanych wyżej ciemnych aspektów tradycyjnej kultury sarmackiej skutkuje zaś tym, iż są one „w imię wierności tradycji” utrwalane w następnych pokoleniach. Oczywiście ten problem nie dotyczy tylko czy głównie Polaków. Popatrzmy wszak na naszych wschodnich sąsiadów, czyli Ukrainę. Tam ich nowożytna tożsamość narodowa jest budowana na kreowaniu wielce pozytywnego obrazu Ukraińskiej Armii Powstańczej (UPA). W dominującym przekazie UPA to zatem szlachetni „gieroje” walczącymi z komunistami i Niemcami, a to, że „przy okazji” w bestialski sposób wymordowali oni około 100 tyś. polskich cywilów sprowadza się do komunistycznych przekłamań, przerysowań, itp. Jakże bardzo od takiego wybielającego i usprawiedliwiającego własne narodowe wady i grzechy zaślepionego patriotyzmu, różnił się patriotyzm proroków starożytnego, biblijnego Izraela. Ci ostatni wszak w imię Boga i właściwie pojętej miłości do swego narodu odważnie wypominali mu jego grzechy choćby i bardzo mocno wrosły już one w jego historię, kulturę i tożsamość. Prorocy ci nie wahali się też mówić, iż nieszczęścia, które spadają na Izraelitów są Bożą karą i chłostą za ich nieprawości. Prorok Jeremiasz rzekł niegdyś:

    Leżeć musimy w hańbie i wstyd nas okrywa, bo zgrzeszyliśmy wobec Pana, Boga naszego, my i przodkowie nasi, począwszy od młodości aż do dziś; nie słuchaliśmy głosu Pana, Boga naszego” (Jr 3, 23).

    Porównajmy to odważne, biblijne mówienie o karach Bożych za grzechy własnego narodu z tym jak odbierane są dziś w pewnych kręgach wszelkie wzmianki o tym, że pewne nieszczęścia, które dotykały Polaków mogły być właśnie tego rodzaju karą. Wiem coś o tym, gdyż jeszcze świeżo w pamięci mam gniewne reakcje na mój tekst, w którym, w oparciu o Pismo święte i zapiski polskich mistyczek, św. Faustyny Kowalskiej i służebnicy Bożej Rozalii Celakówny, stwierdziłem, iż dokonane w skutek Powstania Warszawskiego zniszczenie Warszawy było Bożą chłostą ze rozliczne nieprawości, z których słynęła ona w okresie międzywojennym. Pamiętajmy zatem, że i patriotyzm musi mieć swoje pewne granice. Owszem, miłość do własnej ojczyzny jest konsekwencją pewnych Bożych przykazań, ale z drugiej strony nie możemy zapominać o nauczaniu Pisma świętego i Ojców Kościoła, wedle których: „nasza ojczyzna jest w niebie” (Flp 3, 20); bohaterowie wiary „uznawali siebie za obcych i gości na tej ziemi” (Hbr 11, 13), „duma z naszych przodków jest próżna” (św. Jan Chryzostom), a starożytni chrześcijanie „w każdej ziemi czuli się jak w swojej ojczyźnie i w każdym kraju postrzegali się jak obcy”.

  2. Od czego jeszcze powinni odciąć się organizatorzy „Marszu Niepodległości”?

    Leave a Comment

    Dobrze się stało, iż organizatorzy tegorocznego „Marszu Niepodległości” (dalej MN) zdystansowali się od rasistowskich haseł, które niestety się na nim pojawiły. Nie zapominajmy jednak o tym, że nawiązania do rasizmu (a niekiedy nawet wręcz nazizmu) nie były jedynym problemem obecnym na owej demonstracji. Rzeczy nagannych było tam więcej i raczej nie słychać, by organizatorzy MN je piętnowali. Poniżej pozwolę sobie wymienić owe niewłaściwe zachowania obecne w tym roku na tej manifestacji.

    1. Publiczne i wręcz ostentacyjne naruszanie prawnego zakazu używania rac i petard.

    Każdy kto widział relacje z MN mógł się się przekonać o tym, iż race oraz petardy były tam odpalane niemalże powszechnie. Jest to jednak złamanie artykułu 52 Kodeksu wykroczeń, który zabrania nawet posiadania tego rodzaju materiałów w czasie zgromadzeń. I nie jest to jakieś głupie czy niemoralne prawo, przeciwnie służy ono dobru innych ludzi. Odpalona raca lub petarda może wszak w relatywnie łatwy sposób stać się narzędziem do wywoływania rozruchów, a także ranić i kaleczyć innych bliźnich. To prawo powinno być więc szanowane i przestrzegane, wszak jak naucza Magisterium Kościoła w osobie papieża Leona XIII:

    Jeden jest tylko powód uwalniający ludzi od posłuszeństwa, mianowicie gdyby żądano od nich czegoś przeciwnego prawu naturalnemu albo Bożemu, tam bowiem, gdzie zachodzi pogwałcenie prawa natury lub woli Bożej, zarówno sam rozkaz, jak wykonanie go byłoby zbrodnią. (…) (Encyklika „Diuturnum illud”).

    2. Używanie słów powszechnie uznawanych za nieprzyzwoite i wulgarne.

    Nie jest też tajemnicą, iż swoistą tradycją MN są wulgarne hasła intonowane przez część jego uczestników. I w tym roku można było wszak usłyszeć tam zawołania w rodzaju „Je**ć TVN” czy „Je**ć Antifę”. Również w tym wypadku mamy do czynienia z naruszeniem prawa, które zakazuje używania takich słów w miejscach publicznych, a co jeszcze ważniejsze coś takiego jest jawnym pogwałceniem moralności katolickiej. Ponadto, MN jest reklamowany jako miejsce na który mogą przyjść rodziny wraz z dziećmi – tym bardziej zatem należy dbać o to, by takie słowa nie pojawiały się w czasie tej manifestacji.

    3. Wznoszenie bardzo dwuznacznych etycznie haseł.

    Tradycyjną poetykę MN stanowiły także hasła typu: „Śmierć wrogom ojczyzny”; „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”. „Na tych drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”. Dlaczego uważam takie slogany za co najmniej dwuznaczne moralnie? Nie dlatego, żebym np. sądził, iż propagowanie komunizmu powinno być prawnie legalne. Ale nawet, jeśli głoszenie poglądów komunistycznych winno być zakazane, to czy rozsądne jest domaganie się zań kary śmierci i to jeszcze w formie sugerującej zamiłowanie do bardziej okrutnych, a może nawet nielegalnych form jej wymierzania? Jeszcze bardziej wątpliwe jest hasło „Śmierć wrogom ojczyzny”. Nie kwestionuję tego, iż w pewnych szczególnych okolicznościach karanie śmiercią niektórych ze skrajnie wrogich wobec ojczyzny i państwa działań może być usprawiedliwione. Jednak mam obiekcje co do tego w jaki sposób rozumieją te słowa intonujący je ludzie. Czy np. wrogiem ojczyzny zasługującym na śmierć jest ktoś kwestionujący zasadność kultu „Żołnierzy Wyklętych”? Jako przeciwnikowi tego kultu zdarzało mi się już wszak słyszeć pod swym adresem owe słowa. Czy śmierć ta miałaby być wymierzana po przeprowadzeniu starannego i uczciwego procesu sądowego, czy może takowy proces byłby zbędny i dziarscy narodowcy aplikowaliby ową karę hojnie i wedle własnego uznania? Wreszcie można się też zapytać, czy nawet jeśli uznaje się moralną zasadność stosowania kary śmierci w odniesieniu do niektórych nieprawości stosowne jest akcentowanie życzenia śmierci pewnym osobom? To czego przede wszystkim powinniśmy pragnąć dla ludzi, których uważamy za złych, to ich poprawy i nawrócenia, a nie śmierci. Owszem, nawet kara śmierci może być dla niektórych ludzi środkiem prowadzących ich do dobrej przemiany, ale to nie zadawanie śmierci – choć usprawiedliwione – ma być tu celem samym w sobie. Pamiętajmy, że choć kara śmierci jest w pewnych okolicznościach polecona przez Boga, to Stwórca mówi o sobie też:

    Czyż tak bardzo mi zależy na śmierci występnego – wyrocznia Pana Boga – a nie raczej na tym, by się nawrócił i żył? (…) Ja nie mam żadnego upodobania w śmierci – wyrocznia Pana Boga. Zatem nawróćcie się, a żyć będziecie (Ez 18, 23; 32).

    Bo śmierci Bóg nie uczynił i nie cieszy się ze zguby żyjących.
    Stworzył bowiem wszystko po to, aby było, i byty tego świata niosą zdrowie: nie ma w nich śmiercionośnego jadu ani władania Otchłani na tej ziemi (Mdr 1, 13 – 14). 

     

    O innych nagannych aspektach omawianego Marszu takich jak jego radykalna antyimigranckość oraz promowanie nań kultu „Żołnierzy Wyklętych” nie będę już w tym artykule wspominał, gdyż o owych sprawach pisałem już nieraz w innych miejscach.

  3. Etyka Wyklęta

    Leave a Comment

    „Odwołajmy się znowu do żołnierzy podziemia niepodległościowego. W debacie na ich temat mamy z jednej strony sakralizację, a z drugiej – potępianie ich jako bandytów, morderców ludności cywilnej itd. A przecież należałoby pamiętać o tym, że po 1947 roku ci ludzie byli jak zwierzyna na polowaniu. Nie ma już wtedy w zasadzie walk zbrojnych między oddziałami – na każdą kilkuosobową grupę żołnierzy poluje wielokrotnie przeważająca liczebnie masa żołnierzy, milicjantów i funkcjonariuszy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, którym nie chodzi o uwięzienie, lecz o zabicie. Do tego dodajmy warunki materialne, biedę powojenną, pogardę dla życia. Nic dziwnego, że kiedy żołnierze podziemia proszą we wsi o jedzenie, często go nie dostają, a wobec odmowy – zdarza się, że sięgają po przemoc. Ale w ramach debaty wyznaczanej przez tych, którzy chcą stawiać pomniki, i tych, co chcą je obalać, nie ma miejsca na dyskusję o faktach – choćby bolesnych – i stawianie pytań. Efektem jest sytuacja, w której oficjalna historia oddala się od prawdy historycznej” (J. Eisler, Tylko prawda jest nieciekawa?, [podkreślenia moje]).

    Zostawiam na boku dyskusję historyczną dotyczącą Żołnierzy Wyklętych. Zostawiam także (i o to proszę Czytelników) wszystkie uczucia jakie mamy wobec naszych narodowych powstań i bohaterów. Z wypowiedzi profesora Eislera podkreśliłem ostatnie zdanie. Dotyczy ono warstwy historycznej, ale i etycznej. Uczucia związane z naszymi narodowymi mitami należy zostawić na boku. Dotyczy to powstań od listopadowego po warszawskie oraz o ostatnią modę na Żołnierzy Wyklętych.

    Ab ovo

    Jezus przyszedł na świat i oddał życie pod panowaniem okupanta rzymskiego. Apostołowie żyli i umierali pod tym samym panowaniem. A jednak w wypowiedziach Jezusa i tekstach apostołów nie znajdziemy nic, co świadczy o chęci sprzeciwu czy wezwaniu do walki przeciw władzy okupanta. Jest za to wezwanie Jezusa do oddania Bogu, co boskie a cesarzowi, co cesarskie (w tym do płacenia podatków na rzecz okupanta) i polecenie apostołów, aby być posłusznym cezarowi i modlić się za niego (np. 1 Tm 2, 1-8). Sam Chrystus przyjmuje wyrok śmierci z rąk namiestnika władzy okupacyjnej. Przypomnę jeszcze raz, że rzecz dotyczyła okupanta, który militarnie podbił i zniewolił ziemię ludu pierwszego wybrania. Identycznie rzecz ma się z pierwszymi pisarzami chrześcijańskimi. Spośród wielu tekstów warto przypomnieć tekst listu Tertuliana do prokonsula Skapuli (który kazał palić chrześcijan żywcem lub rzucać ich dzikim zwierzętom), w którym chrześcijański pisarz wyraża życzenie, aby cesarstwo trwało do końca świata i w którym wyraża swój szacunek do cesarza. Na marginesie to świetna lekcja dla wielu rozpolitykowanych katolików, którzy w obozie swoich przeciwników widzą osoby gorsze od Judasza i Nerona razem wziętych. Oczywiście, wśród chrześcijańskich pisarzy nie brakowało także tych, którzy porównywali Rzym do Babilonu i widzieli choćby w Neronie apokaliptyczną bestię. Nie znajdziemy jednak takiego tekstu, który wzywałby do walki przeciw władzy, która jest dana z góry (por. J 19, 10n). W tym miejscu dwie uwagi na marginesie. Nie ma tu mowy o tym, że każdorazowy władca ma nadanie boskie (mowa jest o władzy). Rzecz druga dotyczy sposobu nadania władzy. Niektórzy uważają bowiem, że jeśli władca nie został namaszczony przez katolickiego biskupa lub nie wyznaje wiary katolickiej, to jego władzy legalnej czegoś brakuje (będzie to za chwilę ważne przy problemie powstania listopadowego). Starożytność chrześcijańska stworzyła zasady, o których pisałem powyżej, za panowania cesarzy, którzy nie mieli boskiego mandatu w rozumieniu namaszczenia przez biskupa czy wyznawania wiary katolickiej.
    Sprawy zaczęły się komplikować po Edykcie mediolańskim a szczególnie po proklamowaniu edyktu De fide catholica przed Teodozjusza (27. 02. 380 r.), w którym chrześcijaństwo uznano za religię państwową. Ten długi temat także zostawiam na boku ponieważ obfitował on w okresy wzlotów, upadków i stabilności.

    Powstanie listopadowe i Porozumienie 1950 roku

    Papież Grzegorz XVI encykliką Cum primum potępił powstanie listopadowe. I to jest fakt. Papieża próbuje się bronić przez wyjaśnienie wpływu Rosji na papieskim dworze lub/i przez wypowiedź samego papieża na audiencji, na której miał on stwierdzić: „Ależ ja was nie potępiłem”. Wyjaśnienie takie jest cokolwiek dziwne ponieważ mamy dokument Magisterium z jednej strony a z drugiej jakieś wypowiedzi papieża (nie znalazłem ich źródła bibliograficznego), który sam sobie zaprzecza. Nawet jeśli przyjąć fakt, że słowa takie zostały wypowiedziane, to nie znoszą one wypowiedzi Magisterium zawartej w encyklice (nie znalazłem żadnego dokumentu tej rangi znoszącego nauczanie zawarte w Cum primum). Sytuacja jest trochę podobna do dzisiejszego „Magisterium samolotowego” papieża Franciszka, gdzie wygłasza on pewne zadziwiające tezy a potem o. Lombardi musi mówić na konferencji „co papież miał na myśli”. W takiej sytuacji katolicy winni sprawdzić co na dany temat mówi Tradycja Kościoła i w tej niezmiennej formie nauczanie przyjmować. Wracając jednak do Grzegorza XVI. Tym co boli nasze narodowe uczucia najbardziej, jest stwierdzenie, że car Mikołaj jest legalnym władcą ówczesnego Królestwa Polskiego. Nie wchodząc w kwestię legalności jego władzy, trzeba sobie przypomnieć w tym miejscu sytuację Jezusa, apostołów i pisarzy chrześcijańskich. Mikołaj I nie był władcą katolickim (w rozumieniu wyznawania rzymskiego katolicyzmu), nie był namaszczony przez katolickiego biskupa i przez fakt rozbiorów, był okupantem. Wypisz, wymaluj sytuacja analogiczna do Jerozolimy około 33 roku po Chr.
    Druga rzeczywistość i znacznie nam bliższa, to sytuacja Żołnierzy Wyklętych. Konkretnie chodzi tu o Porozumienie między Rządem a Episkopatem z 14 kwietnia 1950 roku. W owym Porozumieniu zawarty został słynny punkt ósmy w brzmieniu: „Kościół katolicki, potępiając zgodnie ze swymi założeniami każdą zbrodnię, zwalczać będzie również zbrodniczą działalność band podziemia oraz będzie piętnował i karał konsekwencjami kanonicznymi duchownych, winnych udziału w jakiejkolwiek akcji podziemnej i antypaństwowej”. Ciekawym jest także punkt siódmy: „Kościół – zgodnie ze swymi zasadami – potępiając wszelkie wystąpienia antypaństwowe będzie przeciwstawiał się zwłaszcza nadużywaniu uczuć religijnych w celach antypaństwowych”. I znów próbuje się ten tekst usprawiedliwić jakimś rodzajem wymuszenia na Episkopacie takiego brzmienia. Druga linia wytłumaczenia idzie poprzez stwierdzenie, że nie znamy faktu potępienia żadnego kapłana w związku z jego uczestnictwem w podziemiu antykomunistycznym. Drugi argument akurat dość łatwo wyjaśnić, wiedząc, że kapelani mają obowiązek nieść posługę każdej stronie konfliktu zgodnie z zasadą, że zbawienie duszy jest najwyższym prawem (na tej zasadzie np. możemy znaleźć kapelanów w armii Stanów Zjednoczonych niezależnie gdzie akurat ów kraj niesie demokrację na swoich czołgach i czy Watykan taką interwencję popiera).
    Ciekawszym jest jednak argument z przymusu ze strony rządowej na taki zapis. Nic podobnego. Przeciw takiej tezie świadczą wypowiedzi Stefana kardynała Wyszyńskiego, którego trudno posądzać o ludzką sympatię do komunizmu czy socjalizmu. Również Episkopat wydał 22. 04. 1950 roku komunikat do wiernych interpretujący Porozumienie. Czytamy w nim: „Wychodząc z założeń katolickiej moralności Kościół ze swej strony wzmacnia w wiernych poszanowanie prawa i władzy, zachęca do wytrwałej pracy nad odbudową kraju” (cyt. za: Z. Hemmerling, M. Nadolski, Opozycja antykomunistyczna w Polsce 1944-1956. Wybór dokumentów, Warszawa 1990).

    Oddając głos samemu Wyszyńskiemu:
    „Episkopat spotkał się z zarzutem jakoby tego porozumienia nie chciał. W rzeczywistości znana jest prawda, że Kościół stoi zawsze na stanowisku koniecznej współpracy z państwem”.
    Skąd takie podejście Prymasa?
    „Dlaczego prowadziłem do ‚Porozumienia’?
    Byłem od początku i jestem nadal tego zdania, że Polska, a z nią Kościół święty, zbyt wiele utraciła krwi w czasie okupacji hitlerowskiej, by mogła sobie obecnie pozwolić na dalszy jej upływ. Trzeba za każdą możliwą cenę zatrzymać ten proces duchowego wykrwawiania się, by można było wrócić do normalnego życia niezbędnego dla rozwoju Narodu i Kościoła, do życia normalnego, o które tak w Polsce ciągle trudno”. A do Bieruta Prymas Wyszyński wprost pisze: „[Kościół] Zachęca wiernych do (…) twórczego udziału w odbudowie kraju oraz do podnoszenia wydajności pracy. Potępia ruchy wywrotowe i podziemne” (cytaty za: S. Wyszyński, Dzieła zebrane, t. 1, 1949-1953, Warszawa 1991. str. 247-265).

    Stanowisko Kościoła, wyrażone przez Wyszyńskiego, jest jasne niezależnie od tego jakie dziś narodowe uczucia nam towarzyszą przy kolejnych upamiętnieniach Żołnierzy Wyklętych. Aby tę wizję przypieczętować, jeszcze dwa cytaty z Prymasa Tysiąclecia: „Wydaje mi się, że ideałem na czasy dzisiejsze musi być raczej ‚umiejętność życia dla Kościoła i Polski’ niż umiejętność umierania. Bo że umierać umiemy za Kościół i za Polskę, to już pokazaliśmy (…). Dziś mamy pokazać co innego. Męczeństwo zawsze jest i łaską i zaszczytem. Ale gdy zważę, jak wielkie Polska katolicka ma dziś zadania i potrzeby, to wolę to męczeństwo jak najpóźniej. (…) I tak też układamy naszą ‚taktykę’ w Polsce” (16. 10. 1952). A po uwolnieniu Prymas powiedział: „Nie sztuką jest umierać dla Ojczyzny. Sztuką jest dobrze żyć dla niej – to najważniejsze zadanie!” (październik 1956 roku; cytaty odpowiednio za: M. P. Romaniuk, Życie, twórczość i posługa Prymasa tysiąclecia, t. I, s. 550 i t. III, s. 389).

    Teoria i praktyka oporu

    Oczywiście znana jest teoria tyranobójstwa (tyrannicidii). Warto jednak oddać w tym miejscu głos etyce i nauczaniu Kościoła.
    „Idzie o to, że w myśl chrześcijańskiej etyki społecznej społeczeństwo ma prawo do oporu czynnego względem władzy państwowej, który w krańcowym wypadku może przybierać postać powstania zbrojnego, ale w ściśle określonych granicach. I tak jest to dopuszczalne tylko w stosunku do władzy niesprawiedliwej, gwałcącej podstawowe prawa obywatelskie i nie liczącej się nawet z elementarnymi normami moralno-prawnymi. (…) Ponieważ zaś stany niesprawiedliwości mogą i faktycznie wykazują daleko posunięte ustopniowanie, wobec tego także formy oporu muszą ulec znacznemu zróżnicowaniu. Walka zbrojna jest więc w tym ujęciu czymś tak ostatecznym, że staje się wskutek tego czymś wyjątkowym” (T. Ślipko, Zarys etyki szczegółowej, t. 2, Kraków 1981, s. 310n). Ten sam autor w innym miejscu: „Średniowieczna teoria tyranobójstwa, a raczej – mówiąc współczesnym językiem – teoria zbrojnego oporu, mogłaby mieć zastosowanie jedynie w jakichś bezwzględnie zbrodniczych, praktycznie chyba nierealnych, doraźnych przypadkach. (…) Oczywiście, z kwestią decyzji związanej z ustaleniem zasadniczej moralnej dopuszczalności zamierzonego działania musi iść w parze rozpatrzenie towarzyszących tej decyzji okoliczności, przede wszystkim szans na skuteczne przeprowadzenie tego działania, bilansu strat i korzyści, możliwości wykorzystania innych środków obrony” (tenże, Spacerem po etyce, Kraków 2010, s. 284n). Również Katechizm Kościoła Katolickiego podkreśla pięć elementów uzasadniających zbrojny opór: „Zbrojny opór przeciw uciskowi stosowanemu przez władzę polityczną jest uzasadniony jedynie wtedy, gdy występują równocześnie następujące warunki: 1 – w przypadku pewnych, poważnych i długotrwałych naruszeń podstawowych praw; 2 – po wyczerpaniu wszystkich innych środków; 3 – jeśli nie spowoduje to większego zamętu; 4 – jeśli istnieje uzasadniona nadzieja powodzenia; 5 – jeśli nie można rozumnie przewidzieć lepszych rozwiązań” (KKK 2243, [podkreślenia moje]).

    Tak brzmi nauka Kościoła, którą Katechizm przytacza. Czy więc w przypadku powstania warszawskiego zbrojny opór nie spowodował większego zmieszania? Czy istniała uzasadniona nadzieja powodzenia? Czy w przypadku Żołnierzy Wyklętych (ostatni z nich zginął w 1963 roku) istniała uzasadniona nadzieja powodzenia? Jeśli nawet jakimś cudem odpowiemy twierdząco na te pytania, to co zrobić z wypowiedziami kardynała Wyszyńskiego? Nawet jeśli pominiemy Prymasa Tysiąclecia, istnieje cała gama tekstów papieży i pisarzy potwierdzających tezy, które tu zamieściłem.
    Dla przykładu:
    „Pierwsi chrześcijanie postawili nam pod tym względem wzór znakomity; z największą niesprawiedliwością i okrucieństwem prześladowani przez pogańskich cesarzy, nigdy nie przestali się zachowywać posłusznie i ulegle; wydawało się wprost, iż tamtych srogość chcą przemóc własną pokorą (…) Inna sprawa była, gdy cesarze przez swoje dekrety lub pretorzy przez swoje groźby chcieli ich zmusić do sprzeniewierzenia się wierze chrześcijańskiej lub innym obowiązkom: w takich chwilach woleli zaiste odmówić posłuszeństwa ludziom niż Bogu. Wszakże i w podobnych okolicznościach dalecy byli od tego, aby jakikolwiek wszczynać bunt i majestat cesarski obrażać, a jednego tylko żądali, aby wolno im było swoją wiarę otwarcie wyznawać i być jej niezachwianie wiernymi. Poza tym nie myśleli o żadnym buncie, a na tortury szli tak spokojnie i ochoczo, że wielkość ich ducha brała górę nad wielkością zadawanych im mąk” (Leon XIII, Diuturnum illud).

    „Gdy zaś z pism rozrzuconych pomiędzy ludem, dowiadujemy się, że zdradliwe nauki wziąwszy przewagę nadwątliły wierność i uległość wobec panujących i wszędzie wzniecają bunty, mamy usilnie przestrzegać, aby lud nimi zwiedziony nie zbaczał z prostej drogi. Niech wszyscy uważają, że według przestrogi apostoła: „nie masz zwierzchności jeno od Boga. A które są, od Boga są postanowione. Przeto kto się sprzeciwia zwierzchności, sprzeciwia się postanowieniu Bożemu, a którzy się sprzeciwiają, ci potępienia sobie nabywają” (Rzym 13, 2). Tak więc i Boskie i ludzkie prawa wołają na tych, którzy usiłują za sprawą najohydniejszych buntów i rozruchów drogą zamachu złamać wierność ku panującym i ich samych postrącać z tronu” (Grzegorz XVI, Miriari vos).

    „Nie doznana rzecz, póki chrześcijanom Pan Bóg dawał panów pogańskich, aby im się kiedy Święci Męczennicy mocą bronili, albo na ich urzędników rękę podnieśli i lud burzyli. Znali w nich z Apostołem moc i urząd Boski, i źle a niewinnie rozlewających krew ich czcili, i byli posłuszni tam, gdzie jawnego grzechu w ich rozkazaniu nie było, chociaż z największą szkodą, żalem i utratą majętności i zdrowia swego” (Piotr Skarga, Żywoty Świętych Starego i Nowego Zakonu, t. II, Petersburg 1862, s. 206).

    Patriotyzm to nie tylko uczucia i kolejne pomniki, to również trzeźwa ocena sytuacji i roztropność, która jest woźnicą cnót.

    x. Tomasz Delurski

    http://delurski.pl/6243/etyka-wykleta/

  4. Powstanie listopadowe było niemoralne

    Leave a Comment

    Fakt potępienia powstania listopadowego przez papieża Grzegorza XVI w encyklice „Cum primum” do dziś budzi kontrowersje. W kręgach katolickich na ogół – w pewien sposób – próbuje się bronić postawę Watykanu w tej sprawie, twierdząc, że Grzegorz XVI napiętnował działania listopadowych powstańców będąc wprowadzonym w błąd oraz po części zastraszonym przez Rosjan.

    Ów papież miał również wycofać się ze swej wcześniejszej negatywnej oceny powstania listopadowego, wówczas, gdy zdał sobie sprawę z tego, iż został oszukany przez rosyjską dyplomację odnośnie rewolucyjnego i antychrześcijańskiego charakteru owej insurekcji. Jako dowód na zmianę postawy wspomnianego papieża w tej sprawie przytacza się jego wypowiedź, którą miał skierować na audiencji, jaką udzielił generałowi Władysławowi Zamoyskiemu w 1837 roku. W trakcie tegoż spotkania papież miał powiedzieć „Ależ ja was nie potępiłem” dodając przy tym, iż jego decyzja w tej sprawie została spowodowana groźbą ze strony Rosji, iż w przeciwnym razie Kościół katolicki na terenie rosyjskiego zaboru zostanie poddany dotkliwym represjom.

    Pomyłka Magisterium?

    Czy jednak rzeczywiście encyklika „Cum primum” była pomyłką Urzędu Nauczycielskiego Kościoła? Nawet, gdyby tak miał być w swej istocie, to powoływanie się na słowa, które Grzegorz XVI miał powiedzieć do kogoś w trakcie prywatnej audiencji, jako dowód w tej sprawie, jest nieporozumieniem. Po pierwsze bowiem: katolików obowiązuje nauczanie zawarte w oficjalnych wypowiedziach Magisterium Kościoła (zawarte m.in. w encyklikach i katechizmach), nie zaś prywatne opinie danego papieża wypowiadane np. w trakcie prywatnych audiencji udzielanych różnym osobom. Jeśli więc potępienie powstania listopadowego nie zostało skorygowane przez jakiś inny akt oficjalnego nauczania Kościoła, to tak naprawdę nie ma powodów sądzić, by postawa Magisterium kościelnego względem tego wydarzenia uległa zmianie. Po drugie: wypowiedzi nie mające charakteru publicznego i oficjalnego, lecz prywatny, ze swej natury narażone są na dość duże niebezpieczeństwo zniekształceń czy nawet jawnych zafałszowań. Trudniej jest bowiem w takim wypadku dokonać weryfikacji prawdziwości relacji danej osoby na temat słów, które wypowiedział do niej ktoś inny. Po trzecie: nawet gdyby relacja gen. Zamoyskiego odnośnie słów Grzegorza XVI była w 100 procentach prawdziwa, to i tak wynikałoby z niej, że co prawda prywatna opinia tego papieża była odnośnie powstania 1830 roku stała się znacznie łagodniejsza, co nie jest równoznaczne jednak z automatycznym pochwalaniem tegoż wydarzenia. „Nie potępianie” czegoś nie zawsze bowiem oznacza „pochwalanie i usprawiedliwianie”. Pomiędzy tymi dwoma postawami mogą się wszak kryć jeszcze takie moralne postawy jak: sceptycyzm, dystans lub po prostu nie zajmowanie określonego stanowiska.

    Niezależnie jednak od tego, czy Grzegorz XVI zmienił w tej sprawie swą prywatną opinię, osobiście uważam, że jego encyklika „Cum Primum” nie była pomyłką, a zawarta w niej krytyczna ocena powstania listopadowego była mocno ugruntowana w nauczaniu Pisma świętego, historycznych faktach oraz zasadach tradycyjnej moralistyki katolickiej mówiących o warunkach, jakie musi spełnić każdy zbrojny opór powzięty przeciw władzy publicznej, by móc być uznany za moralnie dopuszczalny.

    Mikołaj I legalnym władcą Królestwa Polskiego?

    Jednym z najtrudniejszych do przełknięcia przez Polaków fragmentów „Cum Primum” są słowa Grzegorza XVI określające powstanie listopadowe mianem buntu przeciw „legalnej władzy książąt”. Określanie w ten sposób władzy jednego z zaborców, a mianowicie cara Rosji Mikołaja I oraz jego namiestnika Wielkiego Księcia Konstantego, nad częścią Rzeczpospolitej jawi się jako swoiste bluźnierstwo przeciw idei polskiej niepodległości. Wszak, czy może prawowitą władzę nad Polakami sprawować następca carycy Katarzyny, która do spółki z królami Prus i Austrii pozbawiła nasz kraj niepodległości i przymusiła ostatniego króla Polski do abdykacji na jej rzecz? Czy w ogóle można mówić o władaniu częścią Polski przez monarchę obcego imperium w kategoriach innych niż uzurpacja? Cóż, jakkolwiek nie byłoby to trudne dla naszej narodowej dumy, wszystko wskazuje na to, że Mikołaj I był legalnym władcą Królestwa Polskiego (zwanego też „Królestwem Kongresowym”), któremu należało okazywać posłuszeństwo i szacunek. Jedną z ważnych przesłanek, które na to wskazują jest fakt, iż Pan Jezus i św. Paweł Apostoł uznawali legalność władzy cesarzy rzymskich i ich namiestników nad Izraelem. Owe uznanie wyrażało się w tym, że nakazywali okazywanie władzom rzymskim posłuszeństwa, uległości, czci, zanoszenie modlitw za nimi, płacenie danin, ceł i podatków, które one nakładały (Rzym13, 1 – 7; Mat 22, 21; 1 Piotr 2, 13 – 14; Tyt 3, 1; 1 Tm 2, 2). Dodatkowo Pan Jezus wyraźnie stwierdził, iż władza, jaką sprawował namiestnik Rzymu, Poncjusz Piłat, została nadana mu z Nieba ( Jn 19, 11), zaś św. Paweł Apostoł ucząc chrześcijan podległości rządom Nerona pisał, iż „nie ma władzy, która by nie pochodziła od Boga” (Rzym 13, 1). A przecież imperium Rzymskie rządziło ludem żydowskim w wyniku militarnego podboju ich ziemi i ciągłego okupowania terytorium Izraela. Jeśli więc okupacyjna władza obcego pogańskiego imperium nad ludem wybranym została uznana za godną okazywania jej uległości przez samego Zbawiciela i Apostołów, to nie ma powodów, by w inny sposób traktować rządy rosyjskiego prawosławnego monarchy, będącego następcą zaborczyni Katarzyny nad katolickimi Polakami. Tym bardziej należy uznać legalność owych rządów, gdy zważy się na to, iż w czasie istnienia Królestwa Kongresowego nie było żadnego konkurencyjnego ośrodka władzy (np. rządu na uchodźstwie czy rządu podziemnego), który przypisywałby sobie legitymację do sprawowania władzy w tej części Polski.

    Pragnę zaznaczyć, iż powyższych słów nie piszę z pozycji jakiegoś „rusofila”. Wprost przeciwnie: mój stosunek do Rosji, jej historii, kultury, mentalności i cywilizacji, jest mocno krytyczny. Uważam np. iż to co za przyzwoleniem rosyjskiego rządu czyniła armia tego kraju w Czeczenii jest nie dającą się usprawiedliwić zbrodnią ludobójstwa. Stwierdzenie jednak tego, iż legalną władzę nad Królestwem Kongresowym w latach 1815 – 1830 sprawowali rosyjscy monarchowie i ich namiestnicy jest dla mnie po prostu sprawą intelektualnej uczciwości. Tylko tyle i aż tyle.

    Powstańcy listopadowi XIX-wiecznymi Machabeuszami?

    Skoro nie ma silnych podstaw ku temu, by kwestionować legalność władzy Mikołaja I oraz jego namiestnika wielkiego księcia Konstantego nad Królestwem Kongresowym, to w związku z tym rodzi się pytanie, czy powstanie zbrojne skierowane przeciw ich rządom mogło być moralnie usprawiedliwione? Zarówno Biblia jak i oficjalne nauczanie Kościoła choć nie potępiają w sposób absolutny i bezwarunkowy takiej formy oporu względem legalnej władzy, to jednak wydają się usprawiedliwiać ją tylko w bardzo rzadkich sytuacjach. Pozostaje sobie zatem odpowiedzieć na pytanie; czy powstanie listopadowe spełniało wymogi, jakie tradycyjna moralność chrześcijańska stawia zbrojnym rebeliantom, by móc usprawiedliwić ich działania?

    Na kartach Pisma świętego większość zbrojnych buntów przeciw rządzącym jest potępianych. Oczywiście nie oznacza to, że Pismo święte pochwala ślepe posłuszeństwo ludziom sprawującym rządy. W tej świętej Księdze znajdujemy wszak wielu pozytywnych bohaterów, którzy odmawiali wykonywania niemoralnych poleceń autorstwa swych ludzkich przełożonych. Najczęściej jednak owe przypadki błogosławionego nieposłuszeństwa nie przybierały charakteru zbrojnej rebelii skierowanej przeciw rządzącym. W Biblii mamy do czynienia tylko z dwoma przypadkami zaaprobowanego przez Boga zbrojnego powstania przeciw władzy. Pierwszy z nich to obalenie niegodziwej królowej Atalii. W tym przypadku mieliśmy do czynienia z rozkazem zabicia owej władczyni pochodzącym od Bożego sługi i pobłogosławionym przez Boże Słowo (2 Krn 23, 14). Drugie z powstań, które jak na to wszystko wskazuje – było błogosławione przez Boga – zostało opisane w księgach machabejskich. Polegało ono na zbrojnym wystąpieniu Machabeuszy przeciw despotycznej władzy Antiocha IV, którzy za pomocą przymusu i przemocy próbowali zwalczać wiarę Mojżeszową. Za rządów tego człowieka śmiercią karane było obrzezywanie niemowląt, przestrzeganie szabatu oraz posiadanie świętych Ksiąg Prawa. Antioch IV nakazywał też żydom uczestniczenie w pogańskich obrzędach, w których dodatkowo najczęściej składano ofiarę ze świń (i z których mięso miało być spożywane w ramach tych rytuałów). Do tego dochodziło jeszcze ustawianie posągów bożków wszędzie gdzie to było możliwe i popieranie przez owe władze sakralnej prostytucji. Rządy Antiocha IV faktycznie więc delegalizowały wyznawanie i praktykowanie objawionej wówczas przez prawdziwego Boga religii i za pomocą represji próbowały zmusić wszystkich żydów do przyjęcia pogaństwa i niemoralności.

    Czy można jednak porównać powstanie listopadowe z pobłogosławionymi przez Boga, aczkolwiek rzadkimi i wyjątkowymi, przypadkami zbrojnego wystąpienia przeciw władzy? Nie sposób dostrzec tu analogii. Trudno bowiem porównać grupę młodzieńców z rozgrzanymi głowami, którzy grali główną rolę podczas „Nocy Listopadowej” do Bożych Proroków występujących w imieniu samego Boga. Tym bardziej trudno tu dostrzec jakiekolwiek podobieństwo, gdy zważy się na fakt, iż ludzie, którzy wywołali to powstanie w przeważającej części należeli do masonerii lub ugrupowań o charakterze paramasońskim. Wiara chrześcijańska zaś w Królestwie Kongresowym generalnie rzecz biorąc nie była prześladowana, nie mówiąc już o tym, by za pewne praktyki z nią związane groziła kara śmierci, zaś Mikołaj I nie narzucał prawosławia za pomocą przymusu i siły.

    Powstanie Listopadowe w świetle Katechizmu Jana Pawła II

    Ogłoszony w 1992 roku przez papieża Jana Pawła II „Katechizm Kościoła Katolickiego” w punkcie numer 2243 powtórzył tradycyjne zasady moralistyki katolickiej, których RÓWNOCZESNE spełnienie JEDYNIE pozwala usprawiedliwić powzięcie zbrojnej rebelii przeciw panującemu w danym czasie rządowi. Przypatrzmy się tym regułom i spróbujmy sobie odpowiedzieć, czy powstanie listopadowe czyniło im zadość?

    „1 – w przypadku pewnych, poważnych i długotrwałych naruszeń podstawowych praw”.Faktem jest, iż car Mikołaj I oraz jego namiestnik w Warszawie Konstanty zaczęli łamać niektóre z postanowień konstytucji Królestwa Kongresowego. Czy jednak to ich postępowanie miało charakter „poważnego, pewnego i długotrwałego naruszania podstawowych praw”? Jeśli mowa jest o ograniczaniu wolności słowa poprzez np. wprowadzenie cenzury prewencyjnej, to niezwykle trudno jest nazwać takie działanie „naruszaniem podstawowych praw”. Zasada wolności słowa nie jest bowiem nieograniczona, a władze cywilne mają prawo i obowiązek karania i zakazywania rozprzestrzeniania wad psujących serca i moralność. A może za naruszenie „podstawowych praw” należałoby uznać delegalizację masonerii w Królestwie Kongresowym, które nastąpiło w 1821 roku?

    Rządy Mikołaja I oraz Wielkiego Księcia Konstantego z pewnością nie należały do najlepszych, ale Królestwo Kongresowe nawet w czasie nich miało cieszyło się daleko posuniętą autonomią, wiara katolicka nie była wówczas represjonowana, nie dochodziło do masowych egzekucji dokonywanych na Polakach, zaś kultura i instytucje polskie mogły się w nim bardzo swobodnie rozwijać. Trudno byłoby zatem dowieść, iż posłuszeństwo Mikołajowi I oraz księciu Konstantemu oznaczało ze strony Polaków popełniania czegoś co byłoby w sposób jasny i ewidentny sprzeczny z przykazaniami Bożymi lub prawem naturalnym (a tylko taka sytuacja daje obywatelom prawo do sprzeciwiania się władzy – a nawet w takim wypadku opór z użyciem broni powinien być ostatecznością).

    ” 2 – po wyczerpaniu wszystkich innych środków”. Jasnym jest, iż do momentu wybuchu powstania nie zostały wyczerpane wszystkie inne środki oporu. A Królestwo Kongresowe, które cieszyło bardzo dużą autonomią miało do dyspozycji jeszcze wiele innych metod. Powstanie listopadowe wybuchło za przyczyną ludzi, którzy w sposób szybki i gwałtowny pragnęli zrzucić z Królestwa Polskiego zwierzchnictwo rosyjskiego caratu, pomijając przy tym jakiekolwiek zasady roztropności.

    „3 – jeśli nie spowoduje to większego zamętu„. Faktem jest, że owocem powstania listopadowego było znaczne pogorszenie się sytuacji Polaków pod zaborem rosyjskim. Nawet jednak, gdyby owa rebelia odniosła zwycięstwo, to można zastanowić się, czy rządy, które w jej wyniku by się utrwaliły nie przyniosły by Królestwu Kongresowemu większego zamętu i szkód, niż protektorat Mikołaja I? Wszak powstanie to było w dużej mierze inspirowane przez kręgi wolnomularskie, a więc antychrześcijańskie ze swej natury.

    „4 – jeśli istnieje uzasadniona nadzieja powodzenia„. Jest bardzo wątpliwe, czy armia Królestwa Kongresowe była w stanie wygrać wojną z Rosją.

    5 – jeśli nie można rozumnie przewidzieć lepszych rozwiązań„. Bardzo duży zakres autonomii, jaką cieszyło się Królestwo Polskie w latach 1815 – 1830, pozwalał na podejmowanie różnych innych pokojowych kroków mających na celu poprawę sytuacji. Niestety inspiratorzy listopadowego buntu postanowili działać z ich ominięciem, dążąc do jak najszybszego wywołania konfliktu zbrojnego.

    Jak widać powstanie z 1830 roku nie spełniało chyba ŻADNEGO z tych pięciu warunków, których RÓWNOCZESNEGO wypełnienia domaga się katolickie nauczanie moralne po to by móc usprawiedliwić fakt zbrojnego oporu przeciw uciskowi stosowanemu przez władzę polityczną. Wniosek jest więc jasny: powstanie listopadowe było niemoralne.

    Trzeba zresztą stwierdzić, iż praktycznie rzecz biorąc sytuacje, w których równocześnie jest wypełnionych pięć tych warunków są bardzo rzadkie, dlatego Magisterium Kościoła z zasady niechętnie patrzyło na podnoszenie miecza przez poddanych przeciw legalnej władzy i choć uznawało prawo i obowiązek okazywania nieposłuszeństwa niemoralnym poleceń przełożonych, to zachęcało by odbywało się to na drodze pokojowej. Widać to choćby w encyklice Leona XIII „Diuturnum illud”, gdzie za przykład właściwego postępowanie w tej mierze postawieni zostali pierwsi chrześcijanie:

    Inna sprawa była, gdy cesarze przez swoje dekrety lub pretorzy przez swoje groźby chcieli ich zmusić do sprzeniewierzenia się wierze chrześcijańskiej lub innym obowiązkom: w takich chwilach woleli zaiste odmówić posłuszeństwa ludziom niż Bogu. Wszakże i w podobnych okolicznościach dalecy byli od tego, aby jakikolwiek wszczynać bunt i majestat cesarski obrażać, a jednego tylko żądali, aby wolno im było swoją wiarę otwarcie wyznawać i być jej niezachwianie wiernymi. Poza tym nie myśleli o żadnym buncie, a na tortury szli tak spokojnie i ochoczo, że wielkość ich ducha brała górę nad wielkością zadawanych im mąk„.

    Nie ma zatem co dziwić się Grzegorzowi XVI. Wszystko wskazuje bowiem na to, że nie został on wprowadzony w błąd co do charakteru listopadowej rebelii. Tak jak napisał ów papież była ona buntem przeciw legalnej władzy inspirowanym przez „sprawców kłamstwa i podstępu” (to znaczy masonów). My Polacy nie jesteśmy nieomylni i bezbłędni, dlatego nie powinniśmy zachowywać się jak kapryśne dzieci, kiedy tylko ktoś nas upomni i wskaże nam błąd.

  5. O tym, jak nie zwalczać Halloween

    Leave a Comment

    Nieubłaganie zbliża się do nas czas, w którym również w Polsce wielu ludzi będzie świętować nieszczęsne “Halloween”. Nie trzeba chyba wielu wywodów, by wykazać duchowe niebezpieczeństwa i szkodliwość owego “święta”. Dość wspomnieć, że epatuje ono estetyczną oraz duchową brzydotą, czyniąc z takowej obiekt rozrywki, żartu i zabawy. Nie jest jednak dla uczniów Pana Jezusa czymś zdrowym oraz normalnym, by przebierać się za postacie tradycyjnie utożsamiane z szatanem, demonami oraz światem ciemności, a więc np. diabły, wampiry, wiedźmy, czarownice, wilkołaki, etc. Niezwykle słabym wytłumaczeniem dla tej praktyki jest twierdzenie, iż “nie robi się tego na poważnie, ale dla zabawy”, gdyż nie każdy temat jest dobrym motywem dla żartów (np. nie należy dowcipkować sobie z tego, iż ktoś został seksualnie wykorzystany albo, że komuś umarła matka, itp.). Poza tym, choć można by się zastanawiać nad zasadnością użycia jakiejś formy satyry w odniesieniu do tego czy innego przejawu zła, to trudno by było w ten sposób bronić “Halloween”. Popularne praktyki i zwyczaje związane z tym “świętem” nie polegają bowiem na wykazywaniu za pomocą dowcipu szkodliwości czy bezsensowności eksponowanych w nim okultystycznych praktyk oraz wierzeń, ale po prostu czynią z nich dobrą okazję do zabawy, koncentrując się na nich, bez cienia jakiejkolwiek jasnej ich krytyki. Ujmując zatem w skrócie niebezpieczeństwo celebrowania “Halloween” można powiedzieć, iż jest ono próbą wcielania w życie jednego z tradycyjnych porzekadeł, a mianowicie: “Nie taki diabeł straszny, jak go malują”. Innymi słowy, “święto” to jest próbą oswojenia nas z grozą i obrzydliwością szatana, demonów oraz świata ciemności. To swoisty duchowy turpizm, gdzie  odbiorcom pokazuje się różne szkaradności i ohydztwa, czyniąc to w taki sposób, by nas one pociągały oraz emocjonowały – w tym konkretnym wypadku przebierając je w szaty rozrywki, zabawy oraz żartu. A nuż, jeszcze ktoś pomyśli, że piekło jest nie tyle miejscem wiecznego cierpienia, ale wiecznej imprezy podobnej do tych, które rokrocznie odbywają się z okazji “Halloween” …

    Nie ulega więc wątpliwości, iż “Halloween” jest czymś co należy ganić oraz krytykować. Nie wszystkie jednak sposoby krytyki tego “święta” są mądre i trafne. Niektóre z nich są po prostu denne, nie trafiając zupełnie w sedno argumentacji, jaką należałoby użyć przeciwko “Halloween”. Jednym z przykładów takiej nietrafnej krytyki “Halloween” są rozpowszechniane od pewnego czasu na Facebooku grafiki o treści “Jestem Polakiem, więc nie obchodzę Halloween”. Można powiedzieć, iż to hasło jest pochodną dość mocno eksponowanego przez różne – w tym również katolickie – środowiska twierdzenia krytykującego obchodzenie “Halloween” jako zwyczaju “niepolskiego”, “obcego, bo amerykańskiego” oraz “sprzecznego z naszą polską tradycją”. Czy jednak rzeczywiście, ważnym elementem krytyki “Halloween” winno być podkreślanie jego niepolskiego i obcego kulturowo pochodzenia? To prawda, że narodowa tradycja, tożsamość i kultura są ważnymi wartościami. Ale nie są to wartości ani absolutne, ani statyczne, ani niezmienne. Pewne nasze narodowe tradycje były wszak złe i dobrze, że udało się je wykorzenić. Na przykład, zwyczaj tzw. “Dziadów”, który przychylnie pokazywał w swym poemacie pod tym samym tytułem nasz wieszcz Mickiewicz, był taką złą polską tradycją (którą nota bene, niektórzy próbują dziś proponować jako dobrą swojską alternatywę dla “obcego i amerykańskiego Halloween”). Poza tym, narodowa tradycja oraz tożsamość nie są czymś statycznym co kształtowało się w całkowitym oderwaniu od wpływów z innych narodów oraz kultur. Niejeden wszak zwyczaj, który dziś uznajemy bez problemu za “swój”, pierwotnie przywędrował do nas z innego kręgu kulturowego, np.  ubieranie drzewa choinkowego w bożonarodzeniowe ozdoby przybyło do Polski z Niemiec, ale z biegiem czasu stało się  częścią naszej polskiej tradycji i nie ma w tym nic złego. Podobnym wpływom z zewnątrz podlegał zresztą nasz narodowy język i rodzima kuchnia, przejmując z innych języków oraz kultur poszczególne słowa, gastronomiczne przepisy, przyprawy, etc. I dziś można by wszak wskazać na przykłady zwyczajów oraz tradycji o pochodzeniu zagranicznym, które mogłyby być z pożytkiem adaptowane do naszej polskiej kultury. Na przykład, piękną tradycją w USA jest  “święto Dziękczynienia”, kiedy to rokrocznie zgromadzeni w swych domach Amerykanie wspominając wydarzenia z początków swej historii dziękują Bogu za to, co wydarzyło się w ich życiu w poprzednim roku. W naszym skłonnym do narzekania i malkontenctwa narodzie przydałoby się upowszechnienie podobnego, acz oczywiście uwzględniającego specyfikę polskiej historii, zwyczaju – co zresztą próbuje na swą lokalną skalę czynić jeden z metropolitów diecezji warszawskiej, arcybiskup Kazimierz Nycz.

    Nie dajmy się więc wpuszczać w przysłowiowy kanał z argumentacją przeciwko “Halloween”. Oczywiście, że święto to jest złe i bezbożne. Ale nie jest ono dlatego złe, gdyż przybyło do nas z USA, ale z innych – wskazanych na początku tego tekstu – powodów. Nie wszystko co kulturowo obce oraz zagraniczne jest niegodziwe, tak jak nie wszystko co nasze polskie jest dobre i chwalebne. “Halloween” jest zły, ale nasze polskie i słowiańskie “Dziady” też były niegodziwe.

    Ps. Powyższy tekst ukazał się po raz pierwszy na portalu Fronda.pl: http://www.fronda.pl/a/okiem-salwowskiego-o-tym-jak-nie-zwalczac-halloween,80496.html

  6. Nadużycie liturgiczne w kościele ks. Tadeusza Rydzyka

    Leave a Comment

    Od kilku miesięcy w liturgicznym użytku funkcjonuje zbudowane na obrzeżach Torunia Sanktuarium NMP Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II. Jest to kościół zbudowany w dużej mierze dzięki inicjatywie i zachętom znanego polskiego redemptorysty, o. Tadeusza Rydzyka. Dlatego też, choć w sensie ściśle formalnym ks. Rydzyk nie jest właścicielem tego obiektu, nazywam ów skrótowo mianem „kościoła ks. Rydzyka”.  Na tle nowoczesnej architektury kościelnej Sanktuarium to wygląda naprawdę pozytywnie. Utrzymywane w klasycznym stylu obrazy i rzeźby, harmonijność stylu, itp., pozwala nazwać wystrój tego kościoła „tradycyjnym” w odróżnieniu od skłonności do brzydoty i dziwactw obecnych w architekturze kościelnej ostatnich kilkudziesięciu lat. Niestety jednak w tej przysłowiowej „beczce miodu”, którą oferuje nam „kościół ks. Rydzyka” znalazło się też kilka dość dużych „łyżek dziegciu”, o których napiszę poniżej.

    Otóż, w nawie tego kościoła znajdującej się bezpośrednio nad jego prezbiterium wisi wielkie malowidło, na którym umieszczone zostały wizerunki różnych historycznych postaci, które w ten czy inny sposób były istotne dla naszego, polskiego dziedzictwa narodowego. Obok kilku znanych polskich świętych i błogosławionych, na owym obrazie pokazano też takie nieżyjące już osoby jak: Adam Mickiewicz, Józef Piłsudski czy Roman Dmowski. Coś takiego należy ocenić jasno, jako liturgiczne, a także doktrynalne nadużycie. Po pierwsze bowiem, jest rzeczą bardzo, ale to bardzo wątpliwą umieszczenie we wnętrzach obiektów kościelnych wizerunków osób, co do których Kościół nie pozwolił (jak w wypadku błogosławionych), ani nie polecił (w przypadku świętych) okazywania im specjalnego publicznego szacunku (zwanego też mianem „publicznego kultu”).  A już w ogóle, trudno jest uzasadniać dekorowanie za pomocą obrazów takich ludzi  bezpośredniego sąsiedztwa najważniejszej części kościoła, jaką jest prezbiterium. Budynki sakralne – jak zresztą już sama ich nazwa na to wskazuje – mają eksponować rzeczywistość nadprzyrodzoną, dlatego jest w nich miejsce na obrazy i rzeźby tych, co do których można mieć mniejszą bądź większą pewność, iż znajdują się już oni w chwale niebieskiej. Takimi osobami są zaś oficjalnie ogłoszeni przez Kościół błogosławieni i święci. Co więc powiedzieć o dekorowaniu okolic prezbiterium malowidłami ludzi, którzy nie dość, że nie zostali ogłoszeni świętymi czy błogosławionymi, ale jeszcze ich życie i poglądy nieraz bardzo odbiegały od ortodoksji i wzoru moralnego postępowania? Co powiedzieć wszak o Adamie Mickiewiczu, który np. usprawiedliwiał spirytyzm oraz rewolucją francuską w swych dziełach, a na dodatek był notorycznym cudzołożnikiem? Albo o Józefie Piłsudskim próbującym dokonać zabójstwa cara Rosji (legalnie przecież rządzącego częścią naszego kraju), popleczniku wolnomularstwa, uczestniczącym w sesjach wywoływania duchów zmarłych, którego rządzący zwolennicy z obozu sanacji zalegalizowali w Polsce homoseksualizm oraz – w niektórych przypadkach – zabijanie nienarodzonych dzieci? Trudno też w zdecydowanie innych kategoriach mówić o Romanie Dmowskim, który przez większą część swego życia był agnostykiem.  Rzecz jasna, nie znamy pośmiertnego miejsca przebywania np. Mickiewicza czy Piłsudskiego i dlatego powinniśmy życzyć im, by znaleźli się w Niebie, ale co jeśli jednak trafili oni do piekła na wieczne męki? Czy jest rzeczą właściwą eksponować w kościele wizerunki osób co których istnieje dość poważne niebezpieczeństwo, iż mogą one znajdować się teraz nie w towarzystwie Boga i świętych lecz wprost przeciwnie?

    Ktoś może jednak powiedzieć, że praktyka umieszczania we wnętrzach kościołów wizerunków osób niekanonizowanych i niebeatyfikowanych jest już spotykana od kilku wieków. Argument ów jednak jest słaby, gdyż to, iż w części kościołów przez dłuższy czas coś robiono nie znaczy od razu, że to było dobre i zgodne z duchem oraz literą tradycyjnej dyscypliny kościelnej. W końcu prawo i zasady łamie się nie od dziś nie tylko w społecznościach cywilnych ale również w społecznościach kościelnych. Przykładowo, przez kilka wieków w Kościele przyzwalano na kastrowanie chłopców po to by mogli oni ładniej śpiewać w watykańskim chórze kościelnym, ale sam fakt trwałości tego zwyczaju nie oznaczał jego godziwości.
    Poza tym istnieje pewna różnica pomiędzy umieszczeniem wizerunku jakiejś nie-kanonizowanej osoby np. w przedsionku kościoła czy jego podziemiach, a umieszczaniem takowego w jego wnętrzu czy bezpośrednich okolicach prezbiterium. Istnieje też pewna różnica pomiędzy umieszczaniem wizerunków osób co prawda nie-kanonizowanych, jednak znanych z pobożności i cnotliwości, a takich, które odznaczały się czymś wręcz przeciwnym. Nie mówię, że umieszczanie takowych wizerunków jest dobre, ale to inny ciężar gatunkowy nadużycia.

    Cała ta sprawa pokazuje zaś głębszy niż „tylko” kwestia umieszczania w kościołach niestosownych wizerunków problem religijnej formacji środowisk skupionych wokół o. Tadeusza Rydzyka. Tą bolączką jest bowiem wyraźny przerost i przeakcentowanie treści patriotycznych i narodowych  w religijnym oraz moralnym przekazie płynącym z takowym kręgów. Dla tych środowisk Pan Jezus, który stał się dla naszego zbawienia człowiekiem żydowskiego pochodzenia, lepiej by było chyba, aby stał się Polakiem mającym uczynić sobie z Polski nowy naród wybrany. Trudno wszak wytłumaczyć fakt, że nawet z obiektów sakralnych czyni się środek propagowania polskiej tradycji, kultury i historii. Owszem, samo w sobie, nie byłoby w tym nic złego, jednak kościoły ze swej natury nie są miejscem do tego przeznaczonym. One mają być symbolicznym przedsionkiem rzeczywistości nadprzyrodzonej, a nie narzędziem propagującym dziedzictwo tego czy innego narodu.

  7. Coś o Piłacie, Hitlerze, Nabuchodonozorze i zaborcach

    Leave a Comment

    W odniesieniu do  artykułu opublikowanego pt. „O tym, dlaczego zaborcy stanowili legalną władzę dla Polaków” pojawiło się kilka krytycznych głosów, do których chciałbym się niniejszym odnieść.

    Hitler legalnym władcą dla Polaków?

    A więc, tradycyjnie przy okazji podkreślania, w odniesieniu do naszego narodu i kraju, biblijnej prawdy o tym, że „każda władza pochodzi od Boga” odezwały się mniej lub bardziej ironiczne albo szydercze głosy w stylu, iż „w takim razie Polacy powinni poddać się też władzy Hitlera, który podbił i najechał nasz kraj„. Jest to jednak, wbrew pozorom dość słaba analogia z władzą zaborców nad Polską. Państwom zaborczym rządy nad naszym krajem zostały bowiem oficjalnie przekazane przez wcześniejszych władców Polski. W odniesieniu zaś do III Rzeszy, która najechała i podbiła Drugą Rzeczpospolitą nie tylko, że taka sytuacja nie miała miejsca, ale jeszcze zachowana została prawna sukcesja rządu w tym państwie wcześniej władającego, który to w żaden sposób nie zrzekł się  władzy nad Polską na rzecz Hitlera i jego namiestników. W czasie niemieckiej okupacji w l. 1939 – 1945 – w odróżnieniu od sytuacji mającej miejsce pod zaborami – ciągle istniał (tyle, że na emigracji) rząd II Rzeczpospolitej, który w dodatku miał na terenie Polski własne struktury wojskowe (Armia Krajowa), administracyjne i sądowe. Przynajmniej więc na płaszczyźnie stricte prawnej sytuacja Polski pod zaborami i pod hitlerowską okupacją różniła się diametralnie. Hitler owszem, przynajmniej do pewnego poziomu oraz etapu reprezentował legalną władzę, tyle, że dla Niemców (przez których został wybrany zgodnie z prawem i konstytucją), jednak Polacy ciągle mieli swego prezydenta, premiera i ministrów oraz ich reprezentantów pod okupacją.

    Nabuchodonozor legalnym władcą dla Żydów?

    Innym głosem krytycznym przeciwko uznaniu zaborców za legalną władzę dla Polaków było podkreślanie, iż – poza Austrią – rządy sprawowali tam niekatolicy, a wszak czy godzi się uznawać polityczną zwierzchność niekatolików nad katolikami? Ten argument jest jednak bardzo słaby z wielu względów. Ot, choćby nietrudno byłoby wskazać, iż Pan Bóg aprobował nie tylko władzę niekatolików nad katolikami, ale coś znacznie dalej idącego rządy pogan nad wybranym przez siebie ludem Izraela, a później też nad chrześcijanami. Dobrym przykładem tej pierwszej sytuacji jest choćby najazd i podbicie w niewolę Żydów przez pogańskiego króla Nabuchodonozora. W biblijnej księdze Jeremiasza jest napisane w sposób bardzo jasny, iż Bożym postanowieniem było, aby Żydzi w karze za swe grzechy poddali się władzy tego króla. Czytamy tam m.in:

    Teraz zaś dałem wszystkie te ziemie w ręce Nabuchodonozora, króla babilońskiego, mojego sługi; oddaję mu nawet zwierzęta polne, by mu służyły. (…) Naród i królestwo, które nie chciałyby służyć Nabuchodonozorowi, królowi babilońskiemu, i które nie poddałyby swego karku pod jarzmo króla babilońskiego, nawiedzę mieczem i zarazą – wyrocznia Pana – dopóki nie oddam ich w jego ręce. (…) Narodowi zaś, który podda swój kark pod jarzmo króla babilońskiego, by mu służyć, pozwolę spoczywać w swej ziemi – wyrocznia Pana – będzie ją uprawiał i w niej mieszkał».

    Do Sedecjasza, króla judzkiego, powiedziałem, zgodnie z tymi wszystkimi słowami: «Poddajcie swe karki pod jarzmo króla babilońskiego, służcie jemu i jego narodowi, a będziecie żyć. Dlaczego chcecie umrzeć, ty wraz ze swym narodem, od miecza, głodu i zarazy, jak to przepowiedział Pan o narodzie, który nie chciałby służyć królowi babilońskiemu?  Nie słuchajcie też słów proroków, mówiących do was: „Nie będziecie służyć królowi babilońskiemu”. Prorokują wam bowiem kłamstwo (Jeremiasz 27: 6, 8, 11 – 14).

    Warto dodać, iż jeden z biblijnych proroków, a mianowicie Daniel stał się nawet wysoko postawionym urzędnikiem na dworze pogańskiego króla Babilonii (co wielu patriotów i nacjonalistów mogłoby uznać za akt zdrady narodowej). Poza tym trudno, nie widzieć dość daleko idących analogii i podobieństw pomiędzy sytuacją Żydów w niewoli u Nabuchodonozora, a rozbiorami Polski. Tak bowiem jak Żydzi dostali się w tę niewolę w karze za popełniane przez siebie nieprawości, tak i upadek oraz rozbiory Polski poprzedzone były długim okresem narastania w naszym kraju różnych występków, wad i grzechów. By wspomnieć choćby o coraz bardziej uciążliwych i okrutnych formach pańszczyzny czy rozwijającej się się kulturze sarmackiej. co do której wielu aspektów można by zastosować biblijne ostrzeżenie o „ludziach mających pozór pobożności lecz wyrzekających się jej mocy” ( 2 Tymoteusz 3: 5)  – z jednej strony ostentacyjna nieraz wręcz religijność, z drugiej pielęgnowanie wielu grzechów, np. pijaństwa, pieniactwa, obżarstwa, pojedynków). I tak jak Żydzi, tak nasz naród został oddany pod panowanie władzy w dużej mierze sobie obcej. Istnieje jeszcze jedno podobieństwo – otóż, tak jak Żydzi po pobycie w niewoli babilońskiej nie wracali już później przynajmniej do jednego ze swych grzechów, a mianowicie bałwochwalstwa, tak Polakom rozbiory w pewnych ważnych aspektach wyszły na dobre, np. w czasie ich trwania zniesiona została pańszczyzna chłopów, ukrócono samowolę szlachty, a także ogólnie rzecz biorąc w życie naszego narodu wniesiono więcej poczucia porządku, społecznej dyscypliny, pracowitości i solidności.

    Prawdopodobnie więc rację mieli ci, z kościelnych kaznodziejów, którzy twierdzili, iż rozbiory były dla Polski i Polaków karą Bożą za ich grzechy. Najwidoczniej, tak nam, jak i Żydom potrzebne było takie skarcenie, byśmy mogli pewne rzeczy przemyśleć oraz do pewnych postaw dojrzeć.

    Innym z przykładów, kiedy to już chrześcijanie pokornie poddawali się pod władzę pogan były choćby pierwsze wieki po Chrystusie, kiedy to wyznawcy Pana Jezusa żyli w Imperium Rzymskim. Ich postawę w taki sposób charakteryzował ks. Piotr Skarga:

    Nie doznana rzecz, póki chrześcijanom Pan Bóg dawał panów pogańskich, aby im się kiedy Święci Męczennicy mocą bronili, albo na ich urzędników rękę podnieśli i lud burzyli. Znali w nich z Apostołem moc i urząd Boski, i źle a niewinnie rozlewających krew ich czcili, i byli posłuszni tam, gdzie jawnego grzechu w ich rozkazaniu nie było, chociaż z największą szkodą, żalem i utratą majętności i zdrowia swego„.

    Z kolei  papież Leon XIII w encyklice „Diuturnum illud” w taki sposób chwalił nastawienie pierwszych chrześcijan:

    „Inna sprawa była, gdy cesarze przez swoje dekrety lub pretorzy przez swoje groźby chcieli ich zmusić do sprzeniewierzenia się wierze chrześcijańskiej lub innym obowiązkom: w takich chwilach woleli zaiste odmówić posłuszeństwa ludziom niż Bogu. Wszakże i w podobnych okolicznościach dalecy byli od tego, aby jakikolwiek wszczynać bunt i majestat cesarski obrażać, a jednego tylko żądali, aby wolno im było swoją wiarę otwarcie wyznawać i być jej niezachwianie wiernymi. Poza tym nie myśleli o żadnym buncie, a na tortury szli tak spokojnie i ochoczo, że wielkość ich ducha brała górę nad wielkością zadawanych im mąk„.

    Jedna z tradycyjnych reguł logiki i interpretacji mówi, iż „jeśli dozwolone jest coś większego, to tym bardziej dozwolone jest coś mniejszego„. A zatem jeżeli Żydzi i chrześcijanie mieli podporządkować się politycznej władzy sprawowanej przez pogan, to tym bardziej Polacy-katolicy powinni uznawać i respektować nad sobą rządy prawosławnych Rosjan i luterańskich Prusów (nie wspominając już o katolickiej Austrii).

    Poncjusz Piłat legalnym rządcą Izraela?

    Pojawił się też argument kwestionujący wysnutą przeze mnie tezę, jakoby Pan Jezus i Apostołowie uznawali władzę Imperium Rzymskiego nad Izraelem. Stwierdzono nawet, iż uzasadniając ten pogląd stosuję zasadę „Sola Scriptura” („Tylko Pismo”). Cóż, ów argument mych krytyków jest bardzo naciągany, gdyż ze swej strony mógłbym go łatwo odwrócić i powiedzieć, że ci, którzy kwestionują mój pogląd odwołują się do swej własnej prywatnej interpretacji Pisma świętego (albo może jej braku jakiejkolwiek wykładni w tej sprawie). Nawet, gdyby bowiem nie było jakiejś wykładni Ojców Kościoła czy Magisterium na ten temat (czego wcale nie jestem pewien), to nie ma też takowej interpretacji na rzecz przeciwnej memu poglądowi tezy. Poza tym, zasada „Sola Scriptura” oznacza, iż odrzuca się autorytatywną i wiążącą rolę Tradycji Apostolskiej oraz interpretacji dawanej przez Ojców i Urząd Nauczycielski Kościoła, a nie, że odnośnie jakiejś wypowiedzi Pisma świętego, w której być może takiej wykładni jest brak, stosuje się zasady logicznego myślenia.

    Ale przejdźmy do konkretnych fragmentów Biblii, które wydają się przemawiać za tym, iż rzeczywiście Zbawiciel uznawał władzę Imperium nad Żydami za legalną i wiążącą ich sumienia. Tak więc zapytany o to, czy należy płacić podatki cesarzowi, wskazując na monetę podatkową z wizerunkiem owego władcy odpowiedział: „Oddawajcie więc, co jest cesarskie cesarzowi, a co Bożego Bogu” (Mateusz 22, 21). Czy była to odpowiedź tylko „salonowa” albo „kurtuazyjna”? Nie sądzę, gdyż Chrystus wskazał w ten sposób na pewien moralny obowiązek, przez co też de facto uznał legalność rzymskiej władzy (to bowiem legalny rząd ma moralne prawo wymagać podatków od swych poddanych).

    Jeszcze bardziej zaś są wymowne słowa, jakie Pan Jezus rzekł do rzymskiego namiestnika na Palestyną, Poncjusza Piłata: „Nie miałbyś nade mną władzy, gdyby nie była ci ona dana z góry” (Jan 19, 10 – 11). Skoro, ta władza została dana mu „z góry” to znaczy, że pochodziła ona od samego Boga.

    Poza tym, pomijając już wszystkie inne, stwierdzenie, iż powyższe fragmenty prawdopodobnie oznaczają, że Jezus Chrystus uznawał władze Imperium Rzymskiego nad Palestyną za legalną, jest najprostszą i najbardziej logiczną ich interpretacją, za to kwestionowanie tego typu wniosków wymaga wielu skomplikowanych kombinacji myślowych, przez co zachodzi podejrzenie, iż mają one na celu przysłowiowe „odwracanie kota ogonem”.

    Odrzucić patriotyczne fetysze

    Kończąc pragnę przypomnieć coś, co już przy różnych okazjach pisałem. Takie rzeczy i wartości jak niepodległość, miłość do ojczyzny, narodowa tradycja są ważne, ale nie najważniejsze. Nie można czynić sobie z nich bożka czy fetysza, ale muszą być one podporządkowane wyższym od nich prawdom i zasadom. Gdybyśmy o tym pamiętali na co dzień, zapewne łatwiej byłoby nam Polakom przełknąć gorzką, ale tym nie mniej odżywczą pigułkę prawdy o tym, iż nasi zaborcy mogli być naszymi legalnymi władcami, a zabory mogły stanowić dla naszego kraju oczyszczającą karę Bożą.