Prawda i Konsekwencja

Tag Archive: Pachamama

  1. O tym, że baptystyczny pastor Bob może znajdować się na drodze do Nieba (pomimo swych błędów i herezji)

    Możliwość komentowania O tym, że baptystyczny pastor Bob może znajdować się na drodze do Nieba (pomimo swych błędów i herezji) została wyłączona

    A więc w jakiejś małej mieścinie na środkowym zachodzie USA w rodzinie “niezależnych baptystów” urodził się mały Bob. Bob dorasta w kochającej się rodzinie – Tata jest pracowity, wierny żonie i nigdy nie pije alkoholu (być może kierując się błędnym doktrynalnie przekonaniem, iż wszelkie rekreacyjne picie takowego jest grzechem). Mama jest troskliwą matką, wierną żoną i udziela się w miejscowej charytatywnej kuchni dla osób ubogich. W ich domu nie ma krzyża i świętych obrazków, ale jest codzienna modlitwa, a dzieci zamiast oglądania MTV uczą się od małego czytać Biblię. Bob pomimo to, gdy zaczyna dorastać ulega nastoletnim pokusom – popala więc sobie marihuanę, pije nielegalnie alkohol, a także – między innymi za namową swego będącego katolickim ministrantem – starszego kolegi zaczyna oglądać pornografię i oddawać się masturbacji. Młody Bob nie czuje się jednak z tym dobrze, gdyż od swych chrześcijańskich (vel: heretyckich) rodziców wyniósł wiedzę, iż takie rzeczy nie podobają się Jezusowi. Pewnej niedzieli Bob słyszy wezwanie gorliwego baptystycznego kaznodziei o tym, że chrześcijaninem nie można się urodzić ani nawet nie można się stać przez samo wychowanie w chrześcijańskim domu, ale trzeba się w tym celu “na nowo narodzić” i że takie “nowe narodzenie” daje pokój i rzeczywistą siłę do walki z grzechem. Kaznodzieja ów na końcu swego kazania zachęca wszystkich tych, którzy czują się zmęczeni swym dotychczasowym życie, by “oddali je Jezusowi” i w ten sposób “narodzili się na nowo”. Młody Bob czując się zmęczonym i przytłoczonym swymi grzechami postanawia wyjść na środek swego kościółka i w szczerej oraz gorliwej modlitwie przeprasza Jezusa za swe grzechy, prosi Go by przejął stery jego życia. Bob po tej modlitwie czuje niezwykłą radość, pokój i coś w rodzaju wszechogarniającej miłości. Młody Bob nazywa to swe doświadczeniu po heretycku “nowym narodzeniem” (w świetle katolickiego nauczania nowym narodzeniem jest wszak chrzest). Od tego momentu życie młodego Boba na trwałe się zmienia – nie popala już marihuany, nie pije alkoholu (być może kierując się błędnym doktrynalnie przekonaniem, iż rekreacyjne picie takowego jest grzechem), a upadki w sferze porno i onanizmu jeśli mu się zdarzają to zdarzają się 20 razy rzadziej niż wcześniej, aż w końcu w ciągu 2 lat przestają mu się one zdarzać się w ogóle.

    Bob widząc co przeżył i jak zmieniło się jego życie w wyniku tego co błędnie nazwał “nowym narodzeniem” pałą miłością do Jezusa (który w niektórych aspektach jest mu obiektywnie błędnie przedstawiony) i z tejże miłości postanawia zostać baptystycznym pastorem: chce on bowiem, by więcej ludzi doświadczyło tego co on sam doświadczył. Młody Bob zaczyna się więc uczyć na pastora. W międzyczasie zakochuje się w pięknej i skromnej Sarze, a pewien czas po ślubie zostaje wysłany na 2-letnią misję do katolickiej Polski. Można by zatem rzecz: cóż za wspaniała okazja, by szczery w swej herezji Bob poznał jedyną prawdziwą wiarę katolicką! Czyż Bob nie będzie miał w ten sposób wielu okazji do pouczających rozmów z gorliwymi katolikami (w tym także z mądrymi i pobożnymi księżmi)? Bob zaczyna zatem pracę misyjną w Polsce: często polega ona na tym, że stojąc na ulicy tego czy innego miasta wygłasza kazanie o tym, że “jedynym pośrednikiem jest Jezus Chrystus (a nie Maryja i święci)”, iż wyniesiona z domu religijność zwykle nic albo niewiele daje, a by doświadczyć prawdziwego pokoju i rzeczywistej mocy do walki z grzechem najpierw trzeba się “na nowo narodzić”. Bob żyjąc w kraju większości katolickim raczej utwierdza się jednak w swych heretyckich przekonaniach. Co prawda, wielu polskich katolików których spotyka na swej drodze wydaje mu się być na pierwszy rzut oka całkiem miłymi ludźmi, ale przy bliższym ich poznaniu widzi też wielu duchowych i moralnych problemów: jedni z nich chodzą do wróżek, inni upijają się, niesprawiedliwie traktują swych bliźnich, oszukują, kradną, zdradzają żony, oglądają porno – co więcej te problemy tyczą się też bardziej zaangażowanych religijnie i sakramentalnie katolików. Bob w międzyczasie zaprzyjaźnia się nawet z pewnym katolickim księdzem (nazwijmy go Janem), który w mniej lub bardziej sprawny sposób przedstawia mu niektóre z argumentów na rzecz prawdziwości religii katolickiej. Coś jednak Bobowi zgrzyta w argumentacji owego księdza. Jan mu np. mówi, że “Maryja w żadnym razie nie jest boginią ani katolicy nie traktują ją jako równą Jezusowi“, ale Bobowi wpada w ręce katolicki brewiarz, gdzie znajduje modlitwę w której Maryja zostaje nazwana “jedyną nadzieją człowieka grzesznego“. Pewien bardziej konserwatywny katolik wręcza nawet Bobowi książeczkę autorstwa św. Ludwika Grignion de Montfort pt. “Traktat o doskonałym nabożeństwie do NMP” zapewniając go przy tym “Po jej lekturze zobaczysz jak kult Maryi jest bardzo chrystocentryczny”. Bob przeglądając jednak ową książeczkę znajduje tam formuły typu “Wszystko jest podległe Bogu, ale nawet Bóg jest podległy Maryi” – Bob jest tym bardzo zbulwersowany i nie chce mu się dalej czytać owego dzieła św. Ludwika de Montfort. Ksiądz Jan delikatnie tłumaczy Bobowi, że w “Kościele katolickim jest pełnia środków zbawienia, są wszystkie sakramenty (które są zwyczajną drogą do zbawienia), a u protestantów są co najwyżej 2 lub 1 sakramenty, więc protestanci znajdują się w obiektywnie gorszej sytuacji w stosunku do katolików jeśli chodzi o szanse zbawienie i możliwość prowadzenia świętego życia“. Bob nie widzi jednak jak te słowa księdza Jana miałyby znajdować swe pokrycie w praktyce: wszak zna wielu katolików, którzy przez lata prowadzenia sakramentalnego życia grzeszyli często i poważnie, a dopiero po tym jak owi katolicy doświadczyli “nowego narodzenia” częstotliwość owych grzechów została bardzo ograniczona. Poza tym w międzyczasie do Boba dochodzą wiadomości z Watykanu rządzonego przez papieża Franciszka. Bob zatem słyszy o tym, że w Watykanie oddawano pokłony “Pachamamie” a Franciszek to zaaprobował, a ponadto ów papież później rzekł, że i tak “wszystkie religie prowadzą do Boga”, a “prozelityzm jest grzechem ciężkim”. Bob zastanawia się zatem, czy aby ksiądz Jan nie jest “bardziej papieski od papieża” gdy próbuje go przekonać do prawdziwości wiary katolickiej? Poza tym, dlaczego baptystyczny protestantyzm Boba miałby być problemem dla katolików, skoro dla samego papieża problemem nie było nawet kłanianie się Pachamamie? Bob co prawda od czasu do czasu czyta w Internecie o lefebrystach i sedewakantystach którzy nie zgadzają się z Franciszkiem w tych kwestiach, ale z drugiej strony nie wie dlaczego jakieś marginalne grupy katolików miałyby być bardziej wiarygodnym reprezentantem tego w co wierzy Kościół katolicki aniżeli sam papież? Bob raz nawet spotyka na żywo pewnego gorliwego sedewakantystę: ten sedewakantysta jednak na niego gniewliwie krzyczy, przerywa mu w pół zdania, wyzywa go od “wyklętych heretyków” twierdząc że tak naprawdę do tej pory jest w niewoli szatana i a to co nazywa “nowym narodzeniem” było w rzeczywistości diabelskim zwiedzeniem mającym go utwierdzić w heretyckich kłamstwach. Dla Boba takie podejście przypomina coś w rodzaju “zaklinania rzeczywistości” więc nie bierze gniewliwych wywodów owego sedewakantysty na poważnie.

    Bob, wraca do swego miasteczka w USA i razem z Sarą wychowuje pięcioro dzieci (nawet nie używa antykoncepcji, choć po heretycku nie uważa by była ona wewnętrznie zła). Bob pracuje jako pastor i nawołuje ludzi by “narodzili się na nowo” – widząc, że często po tym życie ludzi w sposób radykalny zmienia się na lepsze. Bob oczywiście widzi różne tak moralne, jak i doktrynalne problemy pośród protestantów, ale kierując się swą wiedzą i doświadczeniem nabytym po zetknięciu się z katolikami i katolicyzmem, nie spostrzega powodu by postrzegać takowe problemy jako większe po stronie protestanckiej (Bob nie wie wszystkiego, ale taki jest po prostu jego szczery osąd owej sytuacji).

    Czy pastor Bob aktualnie znajduje się na drodze do wiecznego potępienia czy na drodze do wiecznego zbawienia??? Czy pastor Bob jest formalnym czy materialnym heretykiem???

    Mirosław Salwowski

    Przeczytaj też:
    Św. Józef Bilczewski: O zbawieniu innowierców

    Czy grzechy przeciwko wierze są najcięższe?

    ***
    Grafika została dołączona do powyższego tekstu za następującym linkiem internetowym: https://www.cleanpng.com/png-pastor-preacher-christian-church-pulpit-sermon-pas-1325189/

  2. O mądrych i głupich formach inkulturacji

    Możliwość komentowania O mądrych i głupich formach inkulturacji została wyłączona

    Jako że na prawicy zdarzają się działać też neopoganie, można w związku z tym od czasu do czasu ze strony konserwatywnych katolików usłyszeć wobec nich “umizgi” w stylu: “Katolicyzm jest taki fajny również dlatego, że pozwolił na przetrwanie rozmaitych elementów pogańskiego dziedzictwa, co nie miało miejsca w krajach protestanckich. Co więcej, katolicyzm w swej mądrości chrystianizował różne elementy pogańskiej kultury i obrzędowości, przez co w pewien sposób doceniał ich wartość“.

    Jak należy odpowiedzieć na tego rodzaju narrację? Oczywiście, można mówić o mądrym i roztropnym (przynajmniej w swych pierwszych założeniach) chrystianizowaniu elementów pogańskiej kultury i obrzędowości – o ile te elementy nie były ze swej natury złe i błędne. Na przykład, nie zawsze trzeba było palić pogańskie świątynie. Jeśli usunęło się z nich figury bożków i inne świństwa, to można je było używać do chrześcijańskiego kultu, gdyż, ostatecznie rzecz biorąc, ten czy inny budynek nie jest jako taki zły sam w sobie. Podobnie, jeśli przyzwyczajonym do wzywania duchów zmarłych i składania im ofiar niegdysiejszym poganom powiedziano: “Teraz już tego nie róbcie, ale wspominajcie w tych dniach przykład miłych Bogu świętych oraz módlcie się za swych zmarłych przodków“, to było to posunięcie mądre. W ten bowiem sposób zdegenerowane przez pogaństwo formy czegoś, co było może w swych początkach wyrazem naturalnej szlachetności (pamięć o bliskich zmarłych) próbowano oczyścić i skierować na pobożne tory.

    To jednak, że istniały mądre oraz roztropne formy chrystianizacji pogańskiej przeszłości nie oznacza, że wszelkie takie próby były dobre albo też, iż to, co może w swych początkach było mądre oraz roztropne, z czasem się nie wykrzywiło i zdegenerowało. Podobnie, przesadne tolerowanie przez duszpasterzy różnych nadużyć z tym związanych mogło trwać przez wiele wieków, gdyż świętość Kościoła nie jest równoznaczna z zapewnieniem, że większa część hierarchii zawsze będzie postępować dobrze i cnotliwie. Hipotetycznym i nieco przejaskrawionym przykładem nadużycia w tej sferze mogłoby być przemianowanie jakiś pogańskich orgii seksualnych i pijackich na uroczystości ku czci świętych. Jeśliby np. biskupi danego miejsca powiedzieli coś w rodzaju: “Możecie robić to co robiliście na tych imprezach do tej pory, tylko nie przywołujcie już przy tej okazji imion Wenery i Bachusa, ale róbcie to na cześć świętych pańskich“, to byłoby to oczywiście złe, bezbożne i bluźniercze. Bardziej zaś realistycznym przykładem nadużycia, które wkradło się do pierwotnie zapewne mądrej próby chrystianizacji elementów dawnej pogańskiej zwyczajowości może być sposób, w jaki przez wieki w naszej części świata celebrowano tzw. Wigilię św. Jana Chrzciciela. W pogańskich czasach celebrowano w tym czasie za pomocą rozpusty, wróżb i rozmaitych zabobonów dzień przesilenia letniego. Kościół chcąc odciągnąć uwagę ludzi od takiego sposobu świętowania owego czasu, ustanowił więc dzień, w którym wspomina się wielkiego biblijnego proroka i świętego, jakim był Jan Chrzciciel. I to było mądre oraz roztropne posunięcie powiedzieć ludziom: “Zamiast ganiać po lasach i się tam łajdaczyć wspominajcie w tym dniu wielkiego świętego, który za swą walkę z rozpustą został ścięty mieczem“. Tyle tylko, że ludzie owszem zaczęli w tym dniu wspominać św. Jana Chrzciciela, ale dalej robili to co w tym czasie czynili ich pogańscy przodkowie. A więc uprawiali wówczas rozpustę, a jakby było tego mało, to dorabiali do tego jeszcze absurdalne teorie w rodzaju, iż św. Jan Chrzciciel miał być rzekomo miłośnikiem kobiet i alkoholu, a poczęte w wigilię jego święta nieślubne dzieci będą cieszyć się jego specjalną opieką. W ten więc sposób coś, co w swych pierwszym założeniu stanowiło mądrą próbą odwrócenia uwagi niegdysiejszych pogan od ich niemoralności i zabobonów, zdegenerowało się do poziomu jakiegoś quasi-synkretyzmu, gdzie wielki chrześcijański święty zaczął być używany do usprawiedliwiania rozpusty. Ci z prawicy, którzy przymilają się neopoganom, powiedzieliby może: “O, patrzcie, jaki to piękny przykład zachowania przez katolicyzm pogańskiego dziedzictwa“, ale w rzeczywistości należałoby o tym rzec: “Jaki to smutny przykład bluźnienia św. Janowi Chrzcicielowi, który powstał być może przez zaniedbania i przesadną tolerancję ze strony części duchowieństwa“.

    I dziś zresztą mamy przykłady, do czego może prowadzić błędnie pojęta chrystianizacja pogańskiej przeszłości. W Ameryce Łacińskiej mamy na to miliony przykładów (voo doo, macumba, santeria, kult Santa Muerte). Pochodzący z tego kontynentu papież Franciszek nawet sam patronował czczeniu w Watykanie figurki nagiej Pachamamy, a co niektórzy apologeci tego wydarzenia próbowali usprawiedliwiać, mówiąc, że przecież ta figurka przedstawia Maryję Dziewicę. Pomijając zaś już nawet to, iż nie wszystkie wyrazy czci przysługują wyobrażeniom naszej błogosławionej Matki (np. padanie na twarz przysługuje tylko Bogu – a niestety miało to miejsce w odniesieniu do figurek Pachamamy), to ileż absurdu jest zawartych w tego rodzaju apologiach. A więc, coś nazywane jest imieniem ciągle czczonej przez amazońskich pogan bogini (Pachamamy), coś wygląda jak typowe, tradycyjne przedstawienie takich bogiń (naga kobieta) – ale wystarczy, że nazwiesz to coś wizerunekiem Maryi Dziewicy i już wszystko ma być w porządku! Równie dobrze, można by i tradycyjne dla hinduistów wizerunki bogini Kali nazywać wizerunkami Maryi, a ich bardziej obrazoburcze elementy (np. Kali trzymająca odcięte ludzkie głowy) tłumaczyć tym, że przecież w katolickiej apologetyce i teologii Mate Bożej też przypisuje się pewne bardziej “waleczne” motywy (np. zniszczenie wszystkich herezji, zmiażdżenie głowy diabelskiego węża).

    Nie należy zatem bezkrytycznie usprawiedliwiać faktu, iż w kulturze krajów katolickich rzeczywiście przetrwało więcej elementów pogańskiej przeszłości. W istocie rzeczy, to, co było niemoralnego, zabobonnego i bałwochwalczego w pogańskiej kulturze, należało wypalać do cna i wyrywać wraz z korzeniami. A walka z pogaństwem to nie są przelewki, gdyż tam gdzie było i jest pogaństwo, zwykle jest więcej krzywdzenia niewinnych, śmierci (ofiary z ludzi, a nawet dzieci) oraz rozwiązłości seksualnej. Walka z pogaństwem nie jest więc “tylko” walką o zbawienie wieczne, ale stanowi także bój o to, by i na tym świecie ludziom żyło się lepiej. To do czego zresztą prowadzi łączenie chrześcijaństwa z pogaństwem widać chociażby na przykładzie wspomnianej już Ameryki Łacińskiej, która obok Afryki jest najbardziej niebezpiecznym, skorumpowanym i zdeprawowanym regionem świata.

    Mirosław Salwowski

  3. Dziewięć powodów dla których czczenie figurek Pachamamy było złem

    Możliwość komentowania Dziewięć powodów dla których czczenie figurek Pachamamy było złem została wyłączona

    Upłynęło już kilka miesięcy od czasu, gdy w Watykanie za aprobatą papieża Franciszka kłaniano się do samej ziemi przed figurkami mającymi przedstawiać tzw. Pachamamę. Jako że emocje narosłe wokół tego wydarzenia zdążyły już opaść, warto w nieco spokojniejszy sposób przedstawić kilka argumentów na rzecz twierdzenia, iż takie potraktowanie tychże przedmiotów było czymś złym, obrzydliwym oraz skandalicznym.

    Po pierwsze zatem: żaden papież nie ma przywileju bezgrzeszności bądź bezbłędności swego postępowania. Ta uwaga nie traci na swej słuszności, nawet jeśli złe moralnie postępowanie danego Wikariusza Chrystusa jest publicznie znane albo, gdy on sam je nagłaśnia. Historia Kościoła zna wszak przypadki papieży, których ewidentnie niegodziwe postępki były publicznie znane (np. Jan XII, Aleksander VI). Co więcej, wiemy też o pewnych wątpliwych moralnie zachowaniach, które stawały się czymś w rodzaju może nieoficjalnego, ale publicznie znanego zwyczaju kościelnego, czego przykładem było przyjmowanie do kościelnych chórów chłopców specjalnie w tym celu okaleczanych za pomocą kastracji. Na ową praktykę zezwolił w 1599 roku papież Klemens VIII, a zakazał jej dopiero Leon XIII pod koniec XIX wieku. Mimo jednak, że coś takiego działo się z przyzwoleniem papieży przez prawie 300 lat, nikt dziś raczej nie twierdzi, że było to coś godnego pochwały. Podobnie fakt publicznego wsparcia papieża Franciszka dla czczenia figurek Pachamamy w Watykanie nie musi przesądzać o moralnej godziwości tej praktyki.

    Po drugie: nawet gdyby te figurki miały przedstawiać Najświętszą Maryję Pannę (co w zasadzie jest bardzo niewiarygodne), to i tak niezwykle dyskusyjne byłoby kłanianie się im aż do ziemi. Taki bowiem gest jest w sensie fizycznym wyrazem najgłębszego rodzaju czci oraz uniżenia się, co na płaszczyźnie religijnej oznacza kult adoracji, który to kult należy się tylko i wyłącznie Bogu jako naszemu Panu, Stwórcy, Zbawcy i Odkupicielowi. Owszem, Najświętszej Pannie Maryi należy się cześć szczególnego rodzaju, jako Matce Bożej i najwierniejszej służebnicy Pana w historii, jednak nie przysługuje Jej kult, który miałby być równy czci oddawanej Bogu. Warto w tym kontekście zauważyć, że katolicka liturgia w swej odmianie zwanej popularnie “trydencką” znała rozróżnienie również na płaszczyźnie zewnętrznej, czyli powiedzmy “fizyczno-cielesnej” pomiędzy czcią należną Bogu i Panu naszemu Jezusowi Chrystusowi – na którego imię miano w niej wykonywać tzw. głęboki pokłon, a czcią oferowaną Maryi – na której imię powinno się czynić tzw. pokłon głowy “mierny”. Nie od rzeczy będzie też przypomnienie w tym miejscu nauczania papieża św. Grzegorza Wielkiego, który w liście do jednego z biskupów na temat obrazów chwaląc obecność religijnych wizerunków w kościołach, stwierdzał jednocześnie, iż: “padać na twarz winno się jedynie podczas adoracji Trójcy Świętej“.

    Po trzecie: nawet gdyby uparcie się trzymać przy niezwykle mało wiarygodnej interpretacji owych figurek jako wyobrażeń Maryi to i tak przedstawianie Matki Bożej jako całkowicie nagiej kobiety jest haniebne oraz godne potępienia. Choć bowiem nie jest tak, że nagość w sztuce kościelnej stanowi coś absolutnie nagannego, to nie ma żadnych powodów, by przedstawiać Najświętszą Maryję Pannę jako całkowicie nagą niewiastę. Żadne z wydarzeń przywoływanych w Piśmie świętym nie opisuje wszak nagości Maryi ani też w żadnych z uznanych przez Kościół objawień maryjnych Matka Boża nie pokazywała się w ten sposób. Po grzechu pierworodnym ludzie powinni raczej zakrywać swą nagość niż ją całkowicie bądź częściowo odkrywać, gdyż takowa od grzechu Adama wiąże się w dużym stopniu ze wstydem oraz nieuporządkowaną pożądliwością. Dlatego, jeśli już w pewnych wytworach kultury i sztuki przedstawia się nagość, to zawsze powinno się to robić bardzo ostrożnie i jeśli jest uzasadnione kontekstem. Choć Maryja Panna na mocy Bożego przywileju została uwolniona od winy i zmazy grzechu pierworodnego, nie ma żadnych uzasadnionych powodów, by pokazywać ją całkowicie bądź częściowo nagą (może poza sceną karmienia małego Jezusa, gdzie jednak owa nagość jest bardzo niewielka).

    Po czwarte: mało, kto to publicznie podnosił, jednakże co najmniej podejrzany charakter wizerunków Pachamamy w Watykanie podkreśla jeszcze jeden fakt. Otóż w czasie pamiętnej uroczystości kłaniania się w watykańskich ogrodach aż do ziemi przed tymi figurkami oprócz wizerunków nagich kobiet były tam też obecne inne pomniejsze figurki. Jedna z tych figurek była usadowiona z pozycji leżącej i przedstawiała obnażonego mężczyznę z penisem w stanie wzwodu. To rodzi uzasadnione pytania o to, czy czczenie Pachamamy w Watykanie oprócz swych pogańskich konotacji nie zawierało w sobie też elementów fallicznych i orgiastycznych – zresztą również przecież nierzadkich dla religii politeistycznych.

    Po piąte: wielu obrońców i popleczników omawianego wydarzenia przyznaje otwarcie, iż figurki nagiej kobiety miały przedstawiać nie Maryję, ale właśnie tzw. Pachamamę. A Pachamama jest czczoną nie tylko niegdyś, ale też obecnie pogańską boginią. Oddawanie zaś pokłonów wizerunkom pogańskich bożków jest bałwochwalstwem i czczeniem demonów, a więc czymś, przed czym wielu chrześcijan wzdragało się z obrzydzeniem aż do męczeńskiego przelewu własnej krwi.

    Po szóste: cała sprawa wygląda na synkretyczne pomieszanie z poplątaniem. A więc pokazuje się figurki dwóch nagich kobiet w ciąży: jedni mogą to próbować interpretować jako swoistą interpretację sceny nawiedzenia św. Elżbiety przez Maryję; z drugiej jednak strony scena ta jest jednak przedstawiona w sposób typowy dla różnych pogańskich wyobrażeń (nagość, a nawet wulgarność i obsceniczność, skojarzenia z Pachamamą, itp.). Zaryzykowałbym więc przypuszczenie, iż ludzie stojący za całą tą aranżacją chcieli ją przedstawiać tak, by zarówno chrześcijanie, jak i poganie mogli ją – przynajmniej po części – interpretować na swój własny sposób.

    Po siódme: nawet gdyby próbować tłumaczyć owe wydarzenia w kategoriach inkulturacji to przecież istnieją pewne tak doktrynalne, jak i choćby zdroworozsądkowe jej granice. Inkulturacja nie powinna np. oznaczać inkorporacji stricte pogańskich wierzeń do religii chrześcijańskiej. Dajmy na to tłumaczenie poganom prawdy o czci należnej Świętym Pańskim, nie powinno przeradzać się w swego rodzaju mruganie do nich okiem i mówienie im: “No wiecie, nasi święci to byli goście podobni do waszych bogów i oni też lubili się od czasu do czasu ostro zabawić“. Podobnie, przekroczeniem zdroworozsądkowej granicy inkulturacji byłaby np. próba przedstawiania Maryi na podobieństwo jednej z pogańskich bogiń, która ukazywana jest jako karmiąca wieloma piersiami.

    Po ósme: zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej – a więc w rejonie, z którego przywiezione zostały wizerunki Pachamamy – istnieje duży problem synkretyzmu wśród katolików, czego przykładem są rozpowszechnione wśród nich kulty w rodzaju voodoo, macumba czy santeria. Publiczne eksponowanie figurek, które w najlepszym razie łaczą ze sobą motywy chrześcijańskie i pogańskie, stanowi więc de facto wsparcie dla owej złej i obrzydliwej wobec Boga mentalności dużej części katolików z Ameryki Łacińskiej.

    Po dziewiąte: jedną z zasad moralnych jest unikanie zgorszenia, a więc działania lub zaniechania, które w danych okolicznościach w realistyczny sposób mogłoby zachęcić naszych bliźnich do grzechu lub też sprawić, iż pomyślą oni, by takiego występku się dopuściliśmy. Jeśli np. żonaty mężczyzna musi wybrać się ze swą koleżanką z pracy w służbową podróż, to nie powinien dzielić z nią jednego pokoju hotelowego, choćby i były w nim dwa odrębne łóżka i ów mężczyzna nie miałby zamiaru czynić z nią niczego nieczystego. Czy w takim przypadku mielibyśmy pretensje żony tego mężczyzny za nieuzasadnione niczym podejrzenia? Podobnie, czy można mieć pretensje wobec tych, którzy podejrzewają pogaństwo i/lub synkretyzm w oddawaniu pokłonów wizerunków nagich kobiet nazywanych imieniem jednej z czczonych do dziś przez pogan bogiń?

    Mirosław Salwowski