Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: Nergal

  1. Czy palenie książek Osho jest jak palenie Biblii?

    Leave a Comment

    Przy okazji ostatniej medialnej afery z paleniem uznanych za duchowo szkodliwe książek (oraz talizmanów i amuletów) krytycy tej akcji posługiwali się argumentem w stylu: „Skoro nie podobało się wam, jak Nergal niszczył na swym koncercie Biblię, to dlaczego pochwalacie palenie książek, które wam się nie podobają. To jest istna mentalność Kalego„. Choć na pierwszy rzut oka ów argument może wydawać się chwytliwy, to jednak tak naprawdę jest on zwodniczy i bezsensowny. Próbując bowiem wykazać swego rodzaju relatywizm zwolennikom publicznego niszczenia przedmiotów, które mają nas prowadzić do złego, w istocie rzeczy wskazane wyżej rozumowanie samo wypływa z relatywistycznego sposobu myślenia.

    Po pierwsze bowiem, stawianie na jednej płaszczyźnie Pisma świętego i dajmy na to pism neohinduistycznego guru Osho (bo takowe też zostały spalone na słynnym gdańskim „stosie”) jest de facto zrównywaniem ich obu. W istocie rzeczy mówi się bowiem wówczas albo, że „każdy ma swoją prawdę i nie istnieje jedna absolutna Prawda” albo też twierdzi się, iż „nie da się poznać prawdy i wszystko trzeba traktować w taki sam sposób„. Przy przyjęciu takich założeń rzeczywiście nie byłoby żadnej różnicy pomiędzy niszczeniem Biblii a paleniem tych czy innych ksiąg tak, jak podobnie należałoby traktować wrzucenie do śmietnika zgniłych jabłek oraz świeżych pomarańczy. Traktowanie jednak w ten sposób Pisma świętego jest stawianiem go na jednej płaszczyźnie z wytworami ludzkiej wyobraźni oraz szatańskimi zwiedzeniami. Na coś takiego uczniowie Pana Jezusa nie mogą się zaś godzić.

     

    Po drugie: tak jak istnieje Bóg i szatan, Prawda oraz kłamstwo, dobro i zło, tak też istnieją książki obiektywnie dobre oraz obiektywnie przynoszące więcej szkód niż pożytku. Nie odróżniać jednych od drugich to tak, jak nie robić różnicy pomiędzy jabłkami zdrowymi a jabłkami zgniłymi i robaczywymi. Czy ktoś ma pretensje do sadownika, iż zdrowe jabłka pakuje do kosza, zgniłe zaś i robaczywe wyrzuca do śmieci? Czy wreszcie można mieć za złe sędziom oraz policjantom, iż jednych ludzi wtrącają do aresztu albo więzienia, a innych zostawiają w spokoju? O ile jest to oparte o obiektywne normy moralności i sprawiedliwości nie można im robić z tego tytułu wyrzutu.

    Po trzecie: choć analogia pomiędzy niszczeniem Biblii a paleniem złych książek jest zasadniczo rzecz biorąc fałszywa, tkwi w niej pewne ziarno prawdy. Otóż, owszem są normy moralne, których nigdy i nigdzie nie wolno jest łamać. Nie mamy np. moralnego prawa gwałcić ludzi, choćby i to byli najbardziej zwyrodniali pedofile w więzieniach. Podobnie, nawet w najszlachetniejszych celach nie wolno jest cudzołożyć, kłamać, fałszywie przysięgać, zabijać niewinnych, czcić bałwany. Są to przykłady absolutnych norm moralnych, których nie należy naruszać w żadnej sytuacji. Nie wymyślajmy sobie jednak moralnych absolutów na nowo, skoro śladu po nich nie ma ani w Piśmie świętym, ani nauce katolickiej. Nie ma żadnej normy moralnej w stylu: „Nigdy nie będziesz palił książek lub przedmiotów prowadzących do zła” – należy o tym pamiętać. Wręcz przeciwnie, tego rodzaju zachowanie ma swe mocne podstawy tak w Biblii, jak i Tradycji Kościoła, a sama czynność spalenia czegoś jest pięknym biblijnym symbolem całkowitego odcięcia się od potraktowanego w ten sposób zła.

     

    Po raz pierwszy artykuł ten ukazał się na portalu Fronda.pl: https://www.fronda.pl/a/z-ambony-strzeleckiej-salwowskiego-czy-palenie-ksiazek-osho-jest-jak-palenie-biblii,124661.html

  2. Po chrześcijańsku życzę „Nergalowi” surowej kary

    Leave a Comment

    Większość Czytelników tego bloga zapewne wie, jak okropnego bluźnierstwa przed paroma dniami dopuścił się pan Adam Darski (ps. „Nergal”). Nie będę tego ohydztwa opisywał w szczegółach, gdyż każdy może to sobie sprawdzić sam w Internecie. Osobiście nie ukrywam, iż znajduję się pośród tych osób, które w reakcji na ów pornograficzno-bluźnierczy eksces p. Darskiego życzą mu surowej kary (jednak odbytej na tym, a nie tamtym świecie). Serdecznie pragnąłbym aby w Polsce istniało prawo karzące takie osoby w przykładny i dotkliwy sposób. Także, gdyby okazało się, iż p. Darski zachorował teraz na jakąś ciężką chorobę, odebrałbym ową okoliczność jako sprawiedliwy sąd Boga za popełnione przez niego ohydztwa. Zapewne, teraz niektóre osoby powiedzą, iż to zupełnie nie po chrześcijańsku życzyć panu Darskiemu zła, bo wszak wrogów należy miłować, przebaczać im i błogosławić ich. Otóż, ludzie, którzy rozumują w ten sposób mylą się, gdyż w pewnych okolicznościach wolno jest życzyć złoczyńcom doczesnego zła i nie jest to zawsze sprzeczne z Bożym nakazem ich miłowania.

    Jest absolutnie niezaprzeczalną prawdą, iż powinniśmy miłować choćby i największych złoczyńców. To miłowanie winno się wyrażać w życzeniu im dobra, modlitwie za nich oraz gotowości do niesienia im pomocy, gdy zajdzie taka potrzeba. Dotyczy to wszystkich rodzajów złoczyńców i naszych wrogów – ojciec powinien w ten sposób miłować zboczeńca, który zgwałcił mu córkę, matka powinna tak miłować zwyrodnialca, który zabił jej syna i my uczniowie Chrystusa powinniśmy też tak miłować „Nergala”, który ostatnio tak strasznie znieważył naszego Pana i Zbawiciela. Ale pomimo to, mamy prawo w pewnych okolicznościach życzyć doczesnego zła grzesznikom, o ile tylko w jasny i jednoznaczny sposób pragniemy, by owo doczesne zło posłużyło tym złoczyńcom ku ich poprawie i nawróceniu. Mamy więc prawo życzyć więzienia pedofilom, złodziejom i mordercom, o ile nie życzymy im przy tym by ich tam gwałcono czy torturowano, ale chcemy, by owa kara zmieniła tych ludzi na lepsze. Ba, mamy nawet prawo życzyć komuś podobnemu ciężkiej choroby, o ile nie pragniemy takiej choroby dla niej samej, ale w jasny sposób odbieramy ją jako środek do nawrócenia takiej osoby. Tak samo mamy moralne prawo życzyć „Nergalowi” np. surowej kary, o ile nie kieruje nami ślepe pragnienie wywarcia na nim zemsty, ale traktujemy taką karę jako środek do poprawienia tego człowieka lub – jeśli to go nie poprawi – przynajmniej odstraszenia go na przyszłość od podobnych czynów, by przynajmniej innych nie deprawował i nie psuł swymi ohydnymi czynami.

    Powyżej wskazana zasada, jest właśnie wyrazem prawdziwej miłości do złoczyńców. Chcemy dla nich największego dobra, jakim jest nawrócenie i życie wieczne z Bogiem, ale uznajemy przy tym, iż nieraz, aby grzesznik się poprawił i nawrócił, musi na tym świecie być karany i dotykany różnymi nieszczęściami. Ten sposób myślenia jest jak najbardziej biblijny i tradycyjnie chrześcijański. Największy z doktorów Kościoła, św. Tomasz z Akwinu tak to wyjaśniał:

    „Jeśliby natomiast ktoś nakazywał lub życzył komuś zła dla jakiegoś dobra, wówczas tego rodzaju złorzeczenie byłoby dozwolone. Nie będzie to jednak przekleństwo we właściwym znaczeniu, lecz tylko przygodnie, gdyż główny zamiar złorzeczącego człowieka odnosi się do dobra,  a nie do zła.

    Można zaś złorzeczyć nakazem lub życzeniem ze względu na dwojakiego rodzaju dobro: Po pierwsze, ze względu na sprawiedliwość, i w tym znaczeniu sędziemu wolno rzec zło człowiekowi, którego skazuje na słuszną karę. W tym też znaczeniu Kościół wypowiada zło, gdy kogoś wyklina. Podobnie prorocy zapowiadali zło grzesznikom, jakby uzgadniając swą wolę ze sprawiedliwością Bożą, chociaż  tego rodzaju złorzeczenia można, także tłumaczyć jako proroctwa. Po drugie, można mówić zło ze względu na pewien pożytek, np. gdy ktoś grzesznikowi życzy, by zachorował lub natknął się na jakąś przeszkodę po to, aby stał się lepszy, albo przynajmniej  zaprzestał szkodzić innym”.

     

    W Piśmie świętym zaś (także, co chcę podkreślić w Nowym Testamencie) jest wiele przykładów, gdy sprawiedliwi i bogobojni mężowie życzyli pewnego rodzaju doczesnego i fizycznego zła grzesznikom po to, by ci się poprawili i nawrócili. Przykładowo, Eliasz modlił się do Boga o to, by w Królestwie Izraela nie padał deszcz i Stwórca wysłuchał go tak, iż przez trzy i pół roku ów rejon był dotknięty suszą (Jk 5, 17). Eliasz nie grzeszył jednak w ten sposób i został wysłuchany, gdyż choć pragnął dla swych rodaków pewnego fizycznego zła, to kierował się przy tym jednocześnie miłością do nich, gdyż chciał, by to nieszczęście ich nawróciło. Z kolei, św. Paweł Apostoł doradzał kościołowi w Koryncie, by żyjącego wśród nich rozpustnika „(wydać) takiego szatanowi na zatracenie ciała, lecz ku ratunkowi jego ducha w dzień Pana Jezusa” (1 Kor 1, 5). A zatem, św. Paweł pragnął dla owego złoczyńcy nawet poważnych szkód cielesnych, byle tylko ów się nawrócił. Ten sam Apostoł zresztą w cudowny sposób oślepił na pewien czas Elimasa-maga, który próbował odwodzić prokonsula Sergiusza od przyjęcia Ewangelii i wiary chrześcijańskiej (Dz 13, 6-11). Co więcej, w Apokalipsie czytamy, iż znajdujący się już w niebie męczennicy proszą Boga, by wymierzył sprawiedliwą karę ich prześladowcom (Ap 6, 10).

     

    A więc, po biblijnemu i chrześcijańsku życzę panu Adamowi Darskiemu surowej i sprawiedliwej kary na tym świecie. Nie życzę mu tego z nienawiści i ślepej zemsty, ale przeciwnie powoduje mną tu miłość do niego, jak i tych spośród ludzi, których może on deprawować. Chcę, by pan Darski się poprawił, a surowa kara może mu w tym pomóc. Nie chcę też by dalej zatruwał on dusze innych bluźnierstwami, satanizmem i antychrześcijańską nienawiścią i w tym surowe kary też mogą pomóc.

  3. Czy wolność słowa i ekspresji są wartościami nadrzędnymi?

    Leave a Comment

    Tradycyjne nauczanie katolickie o tym, iż uznawanie przez władze cywilne prawa do nieograniczonej wolności słowa jest ohydnym błędem, sprzyjającym szerzeniu się zła w społeczeństwie, nie znajduje dziś posłuchu nawet wśród katolików. Wedle najbardziej rozpowszechnionej dziś opinii, wolność propagowania przeróżnych poglądów i zachowań jest wartością nadrzędną względem innych dóbr, którą państwo powinno chronić niemal niczym świętość. Co najwyżej uznaje się, iż wolność słowa może być prawnie ograniczana w jakichś najbardziej ekstremalnych, bardzo rzadko występujących przypadkach. Tego rodzaju argumentacja najbardziej widoczna jest  wówczas, gdy opinia publiczna poruszana jest wiadomościami o kolejnych bluźnierczych ekscesach rozmaitych artystów, lub też gdy przekraczane są przez popkulturę następne z granic w eksponowania seksu i przemocy. Dobrym tego przykładem może być słynna sprawa znieważania przez p. Adama „Nergala” Darskiego, wokalistę zespołu „Behemoth”, Pisma świętego, poprzez podarcie jednego z jego egzemplarzy i nazwanie go „gów*m”. Obrońcy tego bluźniercy twierdzili, iż; choć można nie zgadzać się ze skrajnie antychrześcijańskimi ekscesami p. Darskiego, to państwo nie ma prawa ich zakazywać oraz karać, gdyż prawna ochrona „wolności ekspresji” jest ważniejsza niż gwarancja szacunku dla czyichś uczuć religijnych. Jak utrzymują zwolennicy tak pojmowanej „wolności słowa” póki nikt nikogo nie zmusza do obcowania z treściami, z którymi się nie zgadza, władze cywilne nie mają prawa karać autorów choćby najbardziej obrzydliwych, obscenicznych czy obrazoburczych wypowiedzi.

    Niestety także po prawej stronie sceny politycznej różne ohydne i niemoralne formy wypowiedzi są bronione pod hasłem „wolności słowa”. Było tak choćby w przypadku twórcy słynnej strony „Anty-Komor”, która w swej pierwotnej wersji wulgarnie lżyła poprzedniego Prezydenta naszego kraju (Bronisława Komorowskiego), prezentując go jako homoseksualistę, prostytutkę, pijaka oraz upowszechniała gry polegające na strzelaniu do głowy państwa albo rzucaniu weń kałem. Niestety zamiast moralnej dezaprobaty dla tych plugawych wybryków, na prawicy częściej było słychać głosy oburzenia z powodu „prześladowania” jakie dotknęło twórcę owej witryny i tłamszenia w ten sposób „wolności słowa”.

                    Dobra wyższe niż „wolność słowa i ekspresji”

    Można jednak z łatwością wykazać, iż pogląd o wolności słowa jako „wartości nadrzędnej” jest niedorzeczny i absurdalny, zaś jego konsekwentna realizacja doprowadziłaby do rozbicia więzi społecznych, a nawet mogłaby realnie zagrażać nawet najbardziej elementarnym podstawom funkcjonowania państwa. W rzeczywistości istnieje bowiem wiele dóbr i wartości, którym w razie ich konfliktu z „wolnością słowa i ekspresji” porządek prawny powinien przyznawać pierwszeństwo i ochronę.

    Jednym z najbardziej oczywistych przykładów wartości, które państwo winno strzec nawet kosztem „wolności słowa” jest bezpieczeństwo narodowe. Nie ma chyba na świecie kraju, który w swym prawodawstwie nie zakazywałby ujawniania tzw. tajemnic państwowych. Jak najsłuszniej wszak uznaje się, iż np. informacje o tym, gdzie i w jakiej ilości rozmieszczone są wojska danego państwa, nie powinny być przedmiotem informacji rozpowszechnianych w mass mediach, a gdyby coś takiego się wydarzyło, to odpowiedzialni za to powinni być surowo ukarani.

    Oczywiście ktoś może rzecz, iż ochrona tajemnic państwowych należy do rzędu najbardziej ekstremalnych sytuacji, którą można zaliczyć do „absolutnych wyjątków od zasady ochrony wolności słowa”, jednak listę dóbr, których potrzebę strzeżenia przez porządek prawny choćby i kosztem czyjejś „swobody ekspresji” można kontynuować.

    Taką wartością jest jest np. czyjeś dobre imię. Czy sprawiedliwym i dobrym byłby porządek prawny, który w imię „wolności słowa i ekspresji” zezwalałby na rozpowszechnienie o kimś nieprawdziwych, oszczerczych informacji lub też uwalniałby od kary za rzucanie obelg czy wyzwisk pod czyimś adresem? Z pewnością nie. Szacunek dla czyjegoś dobrego imienia wymaga tego, by zakazywać i karać rozpowszechnianie obelg, oszczerstw i wyzwisk. I naprawdę słabym argumentem byłoby w obliczu nazywania kogoś przez jakąś gazetę czy telewizję którymś z wulgarnych epitetów tłumaczenie tak poniżonej osobie: „Ale przecież, nikt nie nakazuje ci czytać tej gazety, ani oglądać owej telewizji”.

    Innym dobrem, którego potrzebę chronienia przed „wolnością słowa” łatwo jest udowodnić stanowi porządek społeczny. Trzeba być wszak bardzo mało rozsądnym człowiekiem, by utrzymywać, że, co prawda, karać należy popełnianie takich czynów jak morderstwa, pobicia, zgwałcenia czy kradzieże, ale już pochwalanie i usprawiedliwianie owych przestępstw za pomocą słów czy też innych środków ekspresji powinno być legalne. Sytuacja, w której do więzienia idzie tylko fizyczny sprawca morderstwa, ale już np. piosenkarz wychwalający na scenie zabijanie ludzi, nie jest pociągany do odpowiedzialności karnej, jest co najmniej bardzo dziwaczna i niespójna, jeśli chodzi o przekaz, który w ten sposób prawodawca wysyła do społeczeństwa.

    Wartością, którą należy strzec nawet kosztem „wolności słowa i ekspresji” jest też szacunek dla ludzi odróżniających się od nas kolorem skóry czy też pochodzeniem etnicznym. Historia pokazała wszak bardzo dobitnie jak zatrute słowa nienawiści oraz pogardy motywowane przekonaniem o rasowej niższości danej grupy ludzi potrafiły owocować wieloma zbrodniami i cierpieniami zadawanymi w imię rasizmu. Państwo troszcząc się o utrzymanie spokoju społecznego z jednej strony, z drugiej zaś mając na względzie to, by osoby należące do mniejszości rasowej bądź etnicznej nie były poniżane czy wyszydzane, ma prawo, a nawet obowiązek zakazywania tych przejawów wolności słowa, które są ukierunkowane na szerzenie rasistowskiej nienawiści i pogardy (może to się np. wyrażać w nazywaniu czarnoskórych „małpoludami” albo „czarnuchami”). I w tym wypadku, wyjątkowo słabym tłumaczeniem, byłoby domaganie się legalności dla tego rodzaju słów twierdzeniem, iż przecież „nikt Murzynom, Żydom czy kolorowym, nie nakazuje słuchać wyzwisk pod ich adresem”…

    Ktoś może zapytać, jak powyższe przykłady ograniczania wolności słowa mają się do postulatów karania rozprzestrzeniania obsceniczności, pornografii czy bluźnierstw? To proste, im silniejsze są małżeństwa i rodziny, tym trwalsze są też więzi istniejące w społeczeństwie, mniejsza jest przestępczość i oddziaływanie innych patologii. Porządek społeczny wymaga więc, by władze cywilne chroniły dobro tradycyjnego małżeństwa i rodziny. Ochrona dzieci, młodzieży i osób co prawda dorosłych, ale bardziej słabych moralnie, troska o to, by żony i dzieci nie były porzucane przez niewiernych i nieodpowiedzialnych mężów jest ważniejsza niż chęć zarabiania dużych pieniędzy przez osoby pokroju Larry’ego Flynta, Hugha Heffnera, Lady Gagi, Rihanny, 50- Centa, „Madonny” czy Eminema. Jeszcze większą wartością jest zaś cześć, bojaźń i szacunek dla prawdziwego Boga. Jak naucza św. Paweł w trzynastym rozdziale listu do Rzymian „nie ma władzy, która nie pochodziłaby od Boga”. Jeśli więc, wszystkie rządy na tym świecie sprawują swe funkcję dzięki Bożemu nadaniu albo przynajmniej przyzwoleniu Wszechmocnego, to oczywistym jest, że dzierżący władzę winni okazywać wdzięczność za ów przywilej Bogu. Trudno jednak nazwać mianem wdzięczności Bogu otaczanie przez władze cywilne ochroną bluźnierstw wymierzonych przeciw najchwalebniejszemu imieniu Jezus, szydzenia z Biblii i inne skrajnie antychrześcijańskie ekscesy. Rządy, które tak czynią, mogą spodziewać się zamiast Bożego błogosławieństwa raczej Bożej kary…

                            Słowa, które zabijają…

    Znany przebój Czesława Niemena pt. „Dziwny jest ten świat” zawiera wers: „(…) A jednak często jest, że ktoś słowem złym zabija tak, jak nożem”. Chociaż wykonawca tej piosenki był raczej w swych poglądach daleki od ortodoksji katolickiej, potrafił w tych słowach dobrze wyrazić, co na temat siły i znaczenia słów mówi Pismo święte. Ta święta Księga niejednokrotnie wszak przestrzega przed złem, jakie można wyrządzić bliźnim za pomocą słów. W Biblii czytamy, iż język, którego używamy może być „przekleństwem”, „złem pełnym zabójczego jadu”, „sferą nieprawości”, narzędziem „ognia piekielnego”, co „bezcześci ciało”, „małym ogniem, który podpala wielki las” (Jk 3, 5-10). Inaczej mówiąc słowa potrafią nie tylko leczyć, uzdrawiać i budować, ale też niszczyć, ranić i zabijać. Nieograniczona zaś wolność słowa oznacza de facto nieograniczoną swobodę przyznawaną niszczeniu, zabijaniu i ranieniu, tyle, że dokonywaną nie bezpośrednio w sferze fizycznej i materialnej, lecz czynioną na płaszczyźnie duchowej, psychologicznej i emocjonalnej. Ba, uznawanie tak pojętej wolności słowa, może przyczyniać się nawet do zabijania bliźnich w dosłownym, fizycznym jego znaczeniu. Jednostki słabsze psychicznie potrafią wszak pod wpływem złych słów popełniać samobójstwa, a niektórzy zainspirowani nieodpowiedzialnymi wypowiedziami innych, zdolni są cieleśnie ranić i mordować swych bliźnich.

    Oczywiście wolność słowa jest potrzebna i powinna być chroniona przez porządek prawny w rozsądnych i dobrych granicach. Dobrze jest, gdy dziennikarze, publicyści czy artyści korzystając ze swej swobody ujawniają korupcję na szczytach władzy, demaskują niesprawiedliwość lub krytykują zło, gdziekolwiek by się ono nie znajdowało. Wolność słowa może też okazać się wielce pożyteczna w prowadzeniu różnych dyskusji o charakterze ideowym, politycznym czy światopoglądowym. Uczciwie prowadzona dyskusja, w której przedstawiane są różne argumenty często służy bowiem uznaniu i przyjęciu Prawdy i ukazaniu słabości argumentów wysuwanych na rzecz błędu i fałszu. Jednak pogląd, jakoby władze cywilne powinny uznawać oraz chronić wolność słowa i ekspresji w stopniu nieograniczonym albo ograniczonym jedynie o jakieś bardzo rzadko występujące wyjątki, jest po prostu niedorzeczny, absurdalny i szalony.