Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: muzyka

  1. Czego należy strzec się w popkulturze?

    Leave a Comment

    Czy można powiedzieć, że większa część z rozrywki oferowanej przez współczesne mass-media, nawet jeśli jest dość niskich lotów, nie stanowi dla dobra naszych dusz większego zagrożenia? Czy poza pornografią i jakąś ekstremalną przemocą można powiedzieć, iż duża część oferowanych dziś filmów, programów rozrywkowych czy też muzyki stanowi poważniejsze niebezpieczeństwo dla naszej wiary i moralności? Chociaż, powszechne jest (i to nie tylko wśród chrześcijan) narzekanie na niski, miałki i „jarmarczny” poziom współczesnej popkultury to z drugiej strony (zwłaszcza, gdy przechodzi się do poruszania kwestii bardziej konkretnych tworów tejże) nieraz można dojść do wniosku, iż za prawdziwe zagrożenia dla dobra duchowego uważa się tylko najbardziej skrajne odmiany niemoralności promowanej przez mass media (czyli np. jawną pornografię). Sam nieraz czytałem i słyszałem wywody w rodzaju: „Co złego jest w oglądaniu Kill Billa, South Parku, Family Guy, słuchaniu zespołu „Metallica„, a przyczepiać się do do tak niegroźnego serialu jak „Allo Allo” to może się naprawdę tylko jakiś obsesjonat„. Powszechność tego rodzaju wywodów i obrony często naprawdę bardzo obrazoburczych wytworów współczesnej popkultury (i to nawet wśród konserwatywnych katolików) wskazuje w istocie na to, iż duża część popularnej rozrywki jest dziś postrzegana jako zasadniczo niegroźna dla przeciętnego, w miarę normalnie ukształtowanego odbiorcy owych treści.
    Przyjrzyjmy się zatem pokrótce tradycyjnej postawie katolickiej  wobec tego, co niegdyś było odpowiednikiem współczesnej popkultury, oraz spróbujmy wyciągnąć z tejże jakieś konkretne wnioski wobec tego, co dziś jest nam oferowane w postaci filmów, muzyki i programów rozrywkowych.

                                                Złe widowiska psują nasze dusze
    Zacznijmy jednak od zgoła psychologicznej obserwacji (która tym nie mniej ma swe pewne podstawy w Piśmie świętym). To, na co patrzymy i czego słuchamy (czyli także rzeczy, którymi karmimy się w ramach obcowania z popkulturą), ma na nas mniejszy bądź większy wpływ. Jeśli to będą treści dobre, owe oddziaływanie będzie pozytywne i budujące, jeżeli zaś karmimy się treściami złymi, będzie to wpływ negatywny i szkodliwy. Trzeba jednak od razu zastrzec, iż takowe skutki stykania się z dobrą lub złą stroną popkultury nie zawsze będą takie same. Poza tym, to co oglądamy i czego słuchamy, jest jednym z ważnych, ale nie jedynym czynnikiem kształtującym nasz charakter i postawy w sferze wiary i moralności. Bardziej szczegółowe omówienie tego, co mam w tej chwili na myśli, wymagałoby zapewne dłuższego artykułu poświęconego tylko temu tematowi, jednak podam poniżej parę przykładów, aby to zilustrować.
    Jestem więc np. przekonany o tym, iż każdy człowiek, który jako jedną z rozrywek wybrał sobie oglądanie brutalnych i krwawych widowisk, z biegiem czasu pogorszy swe postępowanie albo nawet przynajmniej wewnętrzne nastawienie w sferze takich chrześcijańskich cnót i postaw jak łagodność, uprzejmość, unikanie przemocy (o ile ta nie jest naprawdę konieczna), miłość bliźniego, etc. Czy to oznacza, że każdy albo „prawie każdy” kto lubi patrzeć na rozlew krwi, prędzej czy później weźmie karabin albo nóż i zabije drugiego człowieka? Oczywiście, że nie. Zdecydowana większość z ludzi patrzących z upodobaniem na krwawe widowiska nie stanie się mordercami w sensie fizycznym. Jednych przed taką ekstremalną niegodziwością będą powstrzymywać inne czynniki, które nań wywierały wpływ, typu przykład nieskłonnych do jakiejkolwiek agresji rodziców, chodzenie do kościoła, życie w kraju, gdzie większość ludzi jest łagodnego usposobienia. Jeszcze innych przed czymś takim pohamuje strach przed ziemską karą, niepewność własnej siły w sferze psychologicznej i/lub fizycznej, brak okazji w rodzaju wojny czy anarchii kraju. Jednak tak czy inaczej, wszystkich miłośników krwawych rozrywek owa skłonność jakoś tam pogorszy. Raz będzie to – bicie słabszych kolegów w szkole, a innym razem po prostu ich wyzywanie albo też znęcanie się nad własnym domowym zwierzątkiem. Jedni staną się psychicznymi tyranami, którzy przy byle okazji będą krzyczeć na innych, niektórzy zaś nawet jeśli w większości sytuacji zachowają łagodne i uprzejme usposobienie, to jednak emocjonalna agresja będzie zdarzać się im częściej niż wtedy, gdyby przez lata nie obcowali z krwawą rozrywką.
    Coś podobnego, można by powiedzieć o obcowaniu z pornografią. Większość ludzi tak czyniących zapewne – z różnych względów – nie dopuści się gwałtu czy molestowania seksualnego, ale na każdym z nich odbije ona swe, mniejsze bądź większe, ale negatywne piętno. Raz będzie to nałogowa masturbacja, kiedy indziej przedwczesne pożycie, zdradzanie współmałżonka, korzystanie z usług prostytutek, a czasami może tylko bardziej natarczywe i natrętne nieczyste oraz pożądliwe myśli i fantazje.

                                                   Nie patrzeć na zło, nie słuchać o zbrodni
    Na część z powyższych obserwacji można by podawać dowody z różnych socjologicznych i psychologicznych badań, innym razem wydają się na to wskazywać pewne dość mocne poszlaki, ale dla mnie osobiście najmocniejszą przesłanką, która przekonuje, że treści jakimi się karmimy nie są bynajmniej obojętne dla naszego duchowego zdrowia, jest fakt, iż samo Pismo święte wskazuje nam na rangę tego problemu. Przyjrzyjmy się teraz poniżej nauczaniu Biblii na ów temat:

    Nie łudźcie się! <Wskutek złych rozmów psują się dobre obyczaje>” (1 Kor 15: 33).

    Nie będę zwracał oczu ku sprawie niegodziwej; w nienawiści mam przestępstwa: nie przylgną one do mnie. Serce przewrotne będzie ode mnie z daleka; tego, co jest złe, nawet znać nie chcę” (Ps 101, 3-4).

    Któż z nas wytrzyma przy trawiącym ogniu, któż z nas wytrwa wobec wieczystych płomieni? Ten, kto postępuje sprawiedliwie i kto mówi prawdę, Kto odrzuca zyski bezprawne i wzbrania się rękami przed wzięciem podarku, Kto zatyka uszy, BY NIE SŁUCHAĆ O ZBRODNI, i zamyka oczy, BY NA ZŁO NIE PATRZEĆ” (Iz 33, 14 – 15).

    W końcu, bracia, wszystko, co jest prawdziwe, co godne, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co zasługuje na uznanie: jeśli jest jakąś cnotą i czynem chwalebnym – to miejcie na myśli!” (Flp 4, 8).

    Zauważmy, że w przytoczonych wyżej Bożych napomnieniach mowa jest nie tylko o tym, by samemu nie czynić zła, ale także „by nie zwracać oczu ku sprawie niegodziwej„, „zamykać oczy by na zło nie patrzeć„, „zatykać uszy nie słuchać o zbrodni„, „mieć na myśli, to co jest jest jakąś cnotą i czynem chwalebnym„. Pomyślmy szczerze i logicznie, czy da się te przestrogi pogodzić z beztroskim patrzeniem na pokazujące w obfity sposób zło filmy, widowiska i programy? Czy wzorem natchnionego Duchem Świętym króla Dawida i proroka Izajasza możemy powiedzieć, iż „nawet nie chcemy znać zła” oraz „nie słuchać o zbrodni”, gdy z odtwarzacza CD muzykę pełną wulgaryzmów bądź opowiadającą o czarach, wróżbach, szatanie, etc.?
    Czy można także obcując ze złymi wytworami popkultury stwierdzić: „To tylko rozrywka. To nie wywiera na mnie żadnego wpływu” wówczas, gdy na poważnie bierze się choćby takie z Bożych poleceń: „Miejcie wstręt do złego, podążajcie za dobrem” (Rz12: 9); „Bać się Pana – znaczy nienawidzić zła” (Prz 8, 13). Czy możliwym jest wszak szczerze nienawidzić i brzydzić się złem, a jednocześnie czynić sobie z oglądania i/lub słuchania przesiąkniętych nim widowisk rozrywkę?
    Nie ma się więc co łudzić i zwodzić, parafrazując jeden z przytoczonych powyżej wersetów Pisma świętego: „Złe widowiska psują nasze obyczaje„.
    Powyższe wywody odnośnie relacji pomiędzy życiem chrześcijańskim, a korzystaniem ze złych widowisk miały charakter bardziej ogólny, z którymi być może nawet dość libertyńsko nastawieni chrześcijanie ostatecznie mogliby się jakoś tam zgodzić (zastrzegając jednak ze swej strony, iż pod mianem niegodziwych widowisk rozumieją np. tylko jawną pornografię). Przejdźmy zatem do bardziej szczegółowych rozróżnień odnośnie tego, co w rzeczywistości jest tą złą albo przynajmniej niebezpieczną rozrywką, której w ramach popkultury winniśmy się strzec i unikać jej.

                                                     „Każdy kto pożądliwie patrzy na niewiastę”
    Z pewnością najbardziej ewidentnym i oczywistym przejawem złych treści w popkulturze jest pornografia (która przyjmijmy, że ukazuje seks lub daleko posunięte czynności seksualne) i erotyka (a więc nagość lub półnagość pokazywane w jawnie prowokacyjnym kontekście, np. taniec striptiz albo „go go”). Jeśli ktoś chce upierać się, że np. przedstawiona tu definicja erotyki jest błędna, może to czynić, ale nie zmienia to istoty rzeczy, a więc tego, iż obcowanie z takimi treściami po to, by dostarczyć sobie w ten sposób rozrywki albo zaspokoić swą ciekawość jest nie do pogodzenia z następującym nauczaniem naszego Pana i Zbawcy Jezusa Chrystusa:

    Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa. Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła. I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła. ” (Mt 5: 28).

    Pornografia i erotyka ze swej natury są ukierunkowane na wzbudzanie pożądliwości i przynajmniej na dłuższą metę nie da się z takowymi treściami obcować (w ramach rozrywki lub z ciekawości), nie tylko nie wzbudzając w sobie pożądliwych myśli, ale także nie grzesząc przeciw cnocie czystości w bardziej zewnętrzny sposób (np. masturbacją, cudzołóstwem, korzystaniem z usług prostytutek, etc.). Owszem, może się zdarzyć, iż ktoś w ramach obowiązków służbowych (czyli np. sędziowie, policjanci albo prokuratorzy)  będzie zmuszony do zapoznawania się z takimi materiałami, ale wówczas osoba taka winna to czynić w możliwie najkrótszy sposób, pilnie strzec się przy tym wywołania jakiejkolwiek nieczystej myśli oraz tym bardziej chronić swój umysł od możliwych negatywnych skutków obcowania z czymś takim poprzez modlitwę i zwracanie się do Boga.

                                                     „Odwróć swe oko od pięknej kobiety”
    Pismo święte podaje nam też następujące polecenie, które w dość łatwy sposób możemy zastosować do naszego wyboru rozrywki:

    Nie wpatruj się w dziewicę, abyś przypadkiem nie poniósł kar z jej powodu (…)Odwróć oko od pięknej kobiety, a nie przyglądaj się obcej piękności: przez piękność kobiety wielu zeszło na złe drogi, przez nią bowiem miłość namiętna rozpala się jak ogień” (Syr 9: 5, 8).

    Zauważmy, że w odróżnieniu od poprzednio cytowanych słów Chrystusa o „pożądliwym patrzeniu na kobietę„, w wypadku tej Bożej przestrogi nie ma zastrzeżenia, iż powinno się unikać patrzenia na niewiasty wówczas, gdy równocześnie towarzyszy mu ewidentnie pożądliwa intencja. Jest owszem sugestia, iż często „piękność kobiety” prowadzi do zła i grzechu, jednak samemu patrzeniu przed którym przestrzega Bóg nie musi od razu towarzyszyć jakaś jawnie seksualna myśl albo pragnienie. Nie jest tu bowiem napisane „Nie wpatruj się w dziewicę pożądliwie” ale jest po prostu zostało powiedziane: „Nie wpatruj się w dziewicę„. Nie zostało tutaj też napisane: „nie przyglądaj się obcej piękności z pożądliwością”, ale po prostu: „nie przyglądaj się obcej piękności„. Najwyraźniej więc Bóg w tych Swych słowach przestrzega mężczyzn przed samym tylko „estetycznym podziwianiem piękna niewiast„, a nie tylko przed takim patrzeniem nań, którym towarzyszą rozbudowane i szczegółowe myśli na temat możliwych stosunków seksualnych albo, które wywołuje biologiczne podniecenie seksualne (czyli erekcję). Jeśli więc mówisz, iż „chcesz tylko zawiesić oko na tej kobiecie” albo też: „Nie patrzysz by się podniecić, ale bo kochasz patrzeć na piękne kobiety” to wiedz, że nawet jeśli nie wpadłeś jeszcze w samą przepaść, to jesteś już na śliskiej i niebezpiecznej drodze doń prowadzącej. Bóg zna bowiem zasady działania męskiego umysłu i serca i wie, że dla zdrowego mężczyzny patrzenie na piękną kobietę nie jest tym samym co podziwianie ślicznego górskiego krajobrazu i że to pierwsze będzie prowadzić nas w końcu (prędzej czy później) do jawnie seksualnych myśli, pragnień oraz spojrzeń.
    Powyższa interpretacja przytoczonego wyżej fragmentu Pisma świętego, nie jest tylko moją prywatną wykładnią, gdyż w nawiązaniu doń, jeden z doktorów Kościoła (a zarazem patron spowiedników i teologów moralnych), św. Alfons Liguori nauczał tak:

    Czy jest grzechem poglądać na kobiety? Tak, przyjacielu, gdy niewiasty są młode, poglądać na nie jest przynajmniej grzechem powszednim; a gdy spojrzenia się powtarzają, wtedy jest nawet niebezpieczeństwem grzechu śmiertelnego” [1].

    Zwróćmy też uwagę na to, iż w czasach i miejscu, gdy i gdzie Syrach z Bożego natchnienia przekazywał powyższe napomnienie, niewiasty ubierały się znacznie skromniej niż współcześnie (czyli np. w długie suknie, zasłony na głowie). Co więc można powiedzieć o przyglądaniu się kobietom, które nie tyle mają długie suknie, ale są odziane w minispódniczki, obcisłe leginsy czy bluzki z głębokim dekoltem albo nawet w samą tylko bieliznę lub plażowe bikini? Czy więc trudno jest wskazać w dzisiejszej popkulturze widowiska, w których łatwo jest narazić się na złamanie powyższych Bożych przestróg i napomnień? Czy np. patrzenie na pokazy mody, konkursy piękności, seriale w rodzaju „Słoneczny patrol” nie jest podeptaniem zasady, by „odwrócić swój wzrok od pięknej kobiety”? Albo czy oglądanie np. występów pięknych i atrakcyjnych piosenkarek da się pogodzić z tym, by „nie przyglądać się obcej piękności” (zwłaszcza dziś, gdy owe eksponują swe cielesny wdzięki, w sposób, którego nie powstydziłyby się nawet prostytutki)? Sądzę też, iż trudno jest normalnemu mężczyźnie oglądać zawody sportowe, w których biorą udział (głównie lub wyłącznie) młode i ładne niewiasty (np. kobieca piłka plażowa, kobiecy tenis, gimnastyka artystyczna) bez „podziwiania piękna” owych kobiet (tym bardziej, że delikatnie mówiąc strój używany do tych sportów pozostawia dużo do życzenia, jeśli chodzi o jego wstydliwość i skromność).
    Ktoś może powiedzieć, że cytowane wyżej Boże przykazanie jest niemożliwe do spełnienia, gdyż żyjąc na tym świecie nie jesteśmy w stanie nie widzieć pięknych niewiast. Na to zastrzeżenie możemy jednak dać odpowiedź, iż czym innym jest mimowolne, krótkie albo niezamierzone spostrzeganie pięknych kobiet, którego rzeczywiście, gdybyśmy chcieli unikać, musielibyśmy albo się oślepić albo zaszyć się gdzieś na pustyni. Syrach w imieniu Boga przestrzega jednak nie tyle przed samym widzeniem czy dostrzeganiem pięknych kobiet, ale raczej przed „wpatrywaniem się„, „przyglądaniem się” im, a więc czymś co nie jest kwestią przypadkowego spojrzenia, ale stanowi bardziej długotrwałą i poniekąd przemyślaną czynność (przemyślaną, w tym sensie, iż np. przy drugim czy trzecim spojrzeniu mogliśmy podjąć bardziej świadomą decyzję co do tego czy patrzeć dalej czy nie). Owszem, żyjąc zwyczajnie w społeczeństwie, możemy nie mieć wielkiego wyboru, by nie widzieć kobiecej piękności, ale zasadniczo mamy wybór, czy spojrzymy na ową piękność drugi lub trzeci raz, a tym bardziej możemy przecież zdecydować czy obejrzymy dany film lub program, w którym eksponuje się nie tylko piękne niewiasty, ale jeszcze przy tym owe piękno odziane jest w nieskromny, bezwstydny i nieprzyzwoity sposób.
    Ktoś inny może rzecz, że przy takim postawieniu sprawy, młody mężczyzna nie mógłby ocenić piękna i atrakcyjności swej przyszłej żony, co byłoby dość absurdalne. Sądzę jednak, że omawiana zasada bardziej tyczy się beztroskiego patrzenia na inne kobiety, aniżeli umiarkowanego podziwiania i dostrzegania atrakcyjności niewiasty, co do której ma się poważne matrymonialne plany. Czy innym jest chyba spojrzeć bez pożądliwości na swą skromnie, a zarazem gustownie odzianą narzeczoną, a czym innym jest wlepiać swój wzrok w piękności ze „Słonecznego patrolu”, nawet jeśli przy tym nie ma się erekcji. Każdy rozsądny człowiek chyba widzi lub wyczuwa tę różnicę.

                                                                      „Tańce nierządnic”
    Sobór Nicejski II przestrzegał także świeckich chrześcijan m.in., przed „patrzeniem na tańczące nierządnice„[2]. Co może być odpowiednikiem „tańczących nierządnic” w dzisiejszej popkulturze? Nie trzeba chyba wielu wywodów, by uznać za słuszne twierdzenie, iż wiele z eksponowanych dziś tańców ma wyraźnie obsceniczną i seksualną treść, przez co przywołują one na myśl skojarzenie z „tańczącymi nierządnicami”. Muzyczne teledyski, w których nieraz pełno jest półnagich, sugestywnie wywijających się młodych kobiet czy też programy w rodzaju „Taniec z gwiazdami”, gdzie pląsające ze sobą pary w swych tanecznych ruchach i pozach nieraz w jawny sposób naśladują różne czynności seksualne, to z pewnością jedne z ewidentniejszych przykładów dawniejszych „tańczących nierządnic„. Co prawda, możemy nie wiedzieć, czy modelki tańczące w wideoclipach 50 Centa, Snoop Dogga osobiście trudnią się dosłownie rozumianą prostytucją, ale czy nie jest zgodne przynajmniej z duchem Soboru Nicejskiego II nazwać ich pląsy „tańcem nierządnic”? Albo, czy naśladowania gry wstępnej albo wręcz ruchów frykcyjnych przez pary tańczące w „Tańcu z gwiazdami” nie można określić w ten sposób?

       „Szatańskie śpiewy”, „pieśni poświęcone czartowi”, „pieśni namiętne”
    Przywołane wyżej orzeczenie Soboru Nicejskiego II przestrzegało też chrześcijan przed słuchaniem czegoś, co ojcowie owego soboru, nazwali „szatańskimi śpiewami”. Z kolei, Klemens Aleksandryjski, jeden z wybitniejszych nauczycieli kościelnych wczesnych wieków, nauczał:

    Precz od was, wszelkie pieśni, w których miłość światowa odgrywa rolę. Chrześcijanin nie zna innych pieśni, prócz poświęconych chwale Pana. Odstępuje mężczyznom pijanym i niewiastom rozpustnym pieśni zniewieściałe i rozwiązłe„[3].

    Jeden z Ojców Kościoła, św. Ambroży, uczył zaś:

    Idźmy, z pieśniami świętymi na ustach, nie powtarzajmy zaś pieśni poświęconych czartowi, Naszym pieśniom świętym towarzyszą wszelkie światłości niebieskie, myśl o Niebie, pokój duszy …; pieśniom światowym towarzyszy zaćmienie umysłu, namiętności bezwstydne i występne„[4].

    Bardziej uważny czytelnik, spostrzeże kilka kategorii pośród „pieśni”, których Ojcowie i nauczyciele Kościoła, zdecydowanie odradzali chrześcijanom, a były nimi:

    1. „Pieśni poświęcone czartowi„.

    Bezpośrednio w czasach, gdy formułowano te ostrzeżenia, najpewniej chodziło o pieśni, piosenki, w których poganie lub pozostający jeszcze pod wpływem dawnych pogańskich wierzeń, chrześcijanie, wspominali różnych bogów i boginie (albowiem w tradycyjnym języku chrześcijańskim pogańskie bożki były jednoznacznie utożsamiane z szatanem i jego demonami). Dziś co prawda, utwory muzyczne o charakterze ściśle pogańskim są raczej marginesem odsłuchiwanym w środowiskach skrajnej prawicy, jednak trudno zaprzeczyć temu, iż tematyka szatana, czarów, okultyzmu, etc.,  jest szeroko rozpowszechniona w pewnych nurtach muzycznych. Istotnie bowiem, zwłaszcza w gałęzi muzyki zwanej Heavy Metalem oraz jego pochodnymi, tematyka demoniczna jest na porządku dziennym. Widać to zresztą nie tylko w wyśpiewywanych słowach, ale także w wizualnym „image” tego gatunku. Okładki płyt i plakaty koncertów są tu pełne jasnych skojarzeń i odwołań do świata ciemności. Najczęściej, utrzymane w ciemnych, mrocznych bądź ognistych kolorach przedstawiają one rysunki głów demonów, ukrzyżowanych postaci, potwornych noworodków, szkieletów, pentagramów, czarnych świec, numerów 666, scen torturowanych ludzi oraz innych krwawych obrazów. I nawet jeśli nie zawsze coś takiego jest pokazywane w Heavy Metalu i i jego pochodnych w jawnie aprobatywnym duchu, to ciężko wytłumaczyć takie natężenie owych treści inaczej niż w kategoriach obsesyjnego zainteresowania demoniczną tematyką, za którą prawdopodobnie kryje się przynajmniej podświadoma fascynacja szatanem, demonami oraz tym co mroczne, ciemne i odrażające. W tym więc sensie i znaczeniu, duża część współczesnej muzyki może być określona językiem Ojców Kościoła jako „szatańskie śpiewy” i „pieśni poświęcone czartu„.

    2. „Pieśni namiętne„.

    W czasach pogańskich pieśni i piosnki nieraz miały w sobie różne odniesienia lub przynajmniej podteksty o charakterze erotycznym. W dużej mierze było to związane z faktem, iż kulty pogańskie często ubóstwiały płodność, seks oraz erotyczną zmysłowość. Gdy religia chrześcijańska stała się dominującą, tego typu utwory muzyczne przetrwały zwłaszcza w niektórych gałęziach tradycyjnej muzyki ludowej, gdzie różne pozostałości pogaństwa często przez wieki miały się jeszcze dość dobrze. W dzisiejszych czasach także nietrudno jest znaleźć odpowiednik dawnych „pieśni namiętnych”. Temat pozamałżeńskiego seksu i różnych pochodnych tego grzechu (np. fantazji erotycznych, bezwstydu) jest wszak często poruszany we współczesnej muzyce począwszy od skrajnie ordynarnych i wulgarnych popisów twórców w rodzaju „Gangu Albanii”, poprzez przypominające ludową przaśność teksty muzyków „Disco Polo”, a skończywszy na bardziej subtelnych, czy wręcz poetyckich tego opisach, jakie czasami można znaleźć pośród niektórych piosenkarzy nurtu pop. I choć różna jest siła rażenia wspomnianych wyżej sposobów opisywania grzechów nieczystości, chrześcijanie nie powinni mieć chyba większych wątpliwości, iż od wszystkich z nich powinni trzymać się z dala.
    Zapewne jednak, inną kwalifikację etyczną należało by dać tym utworom muzycznym, które w w subtelny sposób i bez dosadności opisują miłość pomiędzy mężczyzną a niewiastą i czynią to jeszcze w sposób sugerujący, iż miłość ta nie ma mieć charakteru występnego i grzesznego, ale ma prowadzić do życia w ramach dozgonnego, monogamicznego małżeństwa (np. teksty w rodzaju: „Chcę być z tobą już na zawsze„; „Będziemy ze sobą aż po kres dni„, „I ty tylko ty, będziesz moją panią” albo „Umówiłem się z nią na dziewiątą„). W wypadku takowej muzyki, nie widziałbym większego zagrożenia grzechem i sądzę, że odpowiednio miarkowana może być ona dobrą dla chrześcijan.

                                                          „Nieprzyzwoite dowcipy”
    Św. Paweł Apostoł w imieniu Chrystusa nauczał i przestrzegał:

    O nierządzie zaś i wszelkiej nieczystości albo chciwości niechaj nawet mowy nie będzie wśród was, jak przystoi świętym, ani o tym, co haniebne, ani o niedorzecznym gadaniu lub nieprzyzwoitych żartach, bo to wszystko jest niestosowne. Raczej winno być wdzięczne usposobienie” (Ef 5, 4).

    Czyż powyższe słowa nie są dobrym opisem tego, co można usłyszeć i zobaczyć w wielu serialach komediowych i telewizyjnych kabaretach? Czy zawarte tam dowcipy często nie żerują na humorystycznych skojarzeniach z rozpustą, cudzołóstwem, nierządem, bezwstydem, a także różnymi zboczeniami i perwersjami seksualnymi? Czy swego rodzaju, przywołany przez św. Pawła Apostoła, test na przyzwoitość , zdałby choćby serial „Allo, Allo” albo programy Benny Hilla?

                                                „Nie patrz na to ani nie słuchaj takich rzeczy”

    Starożytne pismo chrześcijańskie, powstałe już w I wieku po Chrystusie: „Didache, czyli nauka dwunastu apostołów” zwane także „pierwszym Katechizmem” pośród różnych moralnych pouczeń podawało też następujące:

    Dziecko moje, nie zajmuj się wróżbami, ponieważ to skłania do bałwochwalstwa, ani zaklęciami, ani astrologią, ani oczyszczeniami, nie patrz na to ani nie słuchaj takich rzeczy , wszystko to bowiem daje początek bałwochwalstwu” (Tamże, III, 4) [5].

    Widzimy zatem, iż uczniowie, nie tylko nie powinni zajmować się okultyzmem, ale nawet nie powinny patrzeć ani słuchać takich rzeczy? Jak tę zasadę można przenieść na grunt współczesnej popkultury? W najbardziej oczywisty sposób można ją zastosować do różnych programów telewizyjnych, w których jak najbardziej prawdziwe wróżki i wróżbici oferują i przedstawiają widzom swe nikczemne praktyki. Sądzę jednak, iż przeróżne filmy i seriale, w których główną rolę odgrywają osoby mające parać się okultyzmem, także da się podciągnąć przynajmniej pod ducha cytowanej wyżej zasady. Nawet jeśli bowiem w drugim wypadku mamy do czynienia z pozorowanymi, a nie rzeczywistymi aktami okultyzmu, to cel takich widowisk jest podobny – często chodzi w nich wszak o zainteresowanie ludzi owymi niecnymi rzeczami i przedstawienie takowych z sympatią.

    Poza tym myślę, iż tzw. horrory, w których aktywność diabelska jest często głównym punktem odniesienia, a także, gdzie celem jest przestraszenie w ten sposób widza (i paradoksalnie rzecz biorąc dostarczenie mu w ten sposób perwersyjnej rozrywki) są sprzeczna z pouczeniem Pana Jezusa:

    „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle” (Mt 10: 28).

    Katechizm Soboru Trydenckiego nauczał zaś, iż wiara:

    Napomina też nas i ku temu, abyśmy się nie bali, gdzie się bać nie trzeba, ale żebyśmy bali się jednego Boga, w którego mocy i my sami jesteśmy i wszystkie rzeczy nasze zostają” [6].

    Skoro więc mamy bać się tylko Boga (ewentualnie ziemskich zwierzchności ustanowionych przez Boga do karania grzechu – jak naucza list do Rzymian w 13 rozdziale), to czy powinnyśmy dobrowolnie wprowadzać się za pomocą „horrorów” w stan, w którym boimy się straszydeł tam pokazanych?

                                                         Przemoc na ekranie

    Jest znanym faktem głęboka niechęć i obrzydzenie starożytnych chrześcijan do krwawych widowisk, które były popularną rozrywką w dawnym Imperium Rzymskim. Przypomnijmy, że owe widowiska polegały na tym, iż szkoleni do tego gladiatorzy ku uciesze publiczności walczyli ze sobą przy pomocy różnych niebezpiecznych narzędzi, w efekcie zadając sobie śmierć lub poważne rany. Poza walkami gladiatorów, popularną rozrywką tamtych czasów były też walki bokserskie oraz zapasy.

    Jaką lekcję dla współczesności możemy wyciągnąć z odrzucenia przez pierwszych chrześcijan owych form rozrywki?

    Rzucającą się na pierwszy plan analogią wydają się dzisiejsze publiczne i komercyjne walki bokserskie i MMA. Co prawda, realnie tam pokazana przemoc nie przybiera aż tak ekstremalnych form, jak dawniejsze walki gladiatorów, jednak zgodnie z zasadą, iż „nie należy patrzeć na to, czego nie chce się czynić” (Tertulian) i od tego rodzaju rozrywek powinnyśmy się ze wstrętem odwracać. Nie tylko bowiem zabijanie człowieka jest potępione przez Boga, ale także dobrowolne zadawanie mu ran (chyba, że istnieją naprawdę bardzo ważne powody, by kogoś zabić lub zranić). Publiczne walki pięściarskie i MMA są zaś oczywistym naruszeniem moralnej reguły zabraniającej ranienia swych bliźnich bez ważnej ku temu przyczyny. Stąd zaś logiczny wniosek, iż nie powinno się na takie rzeczy patrzeć.

    Nieco bardziej skomplikowaną kwestią jest sprawa co prawda pozorowanej, ale nieraz także w widowiskowy sposób przemocy pokazywanej w różnego rodzaju filmach. Ktoś wszak mógłby powiedzieć, iż skoro tak naprawdę zamiast krwi leje się tam keczup, to moralny problem czerpania rozrywki z patrzenia na realnie dokonującą się przemoc, takowych widowisk się nie tyczy.  Jest to chyba jednak zbyt łatwe usprawiedliwianie tego typu filmów. Czy bowiem można usprawiedliwiać czynienie głównej atrakcji ze scen choćby i pozorowanego, ale wymyślnie pokazanego rozlewu krwi? A jeśli nie da się tego moralnie uprawomocnić, to czy da się uzasadnić oglądanie czegoś takiego dla rozrywki?

    Oczywiście, nie każdy sposób pokazywania w filmach przemocy ma celu ekscytowanie nią widza. Czasem coś takiego, służy raczej podkreślaniu wagi ludzkiego cierpienia, czy też po prostu jest odwzorowaniem ukazanych w danej produkcji historycznych wydarzeń (jak np. w filmach wojennych). Istnieje jednak taki sposób pokazywania i pozorowania przelewu krwi, iż naprawdę nie ma większych wątpliwości, iż jego celem jest podniecanie nim publiczności. Co wszak powiedzieć np. o filmach słynnego Tarantino, gdzie krew rozbryzguje się w nienaturalnie wielkich ilościach, sceny walk są spowalniane tak by trwały dłużej, a jeden człowiek potrafi sam zabić dziesiątki innych?  Trudno wszak mówić tu o podkreślaniu wagi ludzkiego cierpienia czy choćby o „odwzorowywaniu realiów” skoro tego typu sceny praktycznie nie miałyby szans zaistnieć w rzeczywistości.

                                                             Podsumowanie

    Powyższe wyliczenie możliwych złych i niebezpiecznych treści, z którymi można zetknąć się w ramach obcowania z popkulturą z pewnością nie jest wyczerpujące. Ta niepełność owego wywodu, częściowo wynika z tego, iż w tym opracowaniu starałem się trzymać norm określonych już wcześniej przez Pismo święte i Tradycję Kościoła, a nie wszystkie ze złych rzeczy, jakie dziś możemy spotkać w mass mediach, były bardziej bezpośrednim problemem w czasach, gdy owe zasady i reguły były formułowane (albo przynajmniej nie zawsze bezpośrednio piętnowano te rzeczy). Tak czy inaczej widać jednak,  iż w świetle przytoczonych kryteriów lwia część współczesnej popkultury nadaje się na śmietnik, a nie na rozrywkę dla chrześcijan.

    Gdyby jednak, ktoś chciał jeszcze bronić zasadności zabawiania się przy pomocy przytoczonych widowisk, przywołując cytowane już wyżej slogany w rodzaju: „Mi to nie szkodzi” polecam wzięcie sobie do serca jedno z następujących pouczeń Ojców i nauczycieli Kościoła:

    „Podobnie czemuż by wolno było patrzeć na to, co hańbą jest czynić? Czemuż by to, co kala człowieka wychodząc z ust, nie miało go kalać, gdy wchodzi doń przez oczy i uszy? Przecież oczy i uszy są sługami ducha, nie może więc on sam okazać się czysty, jeżeli jego słudzy są nieczyści! A więc masz zakaz uczęszczania do teatru, płynący z zakazu bezwstydu” – Tertulian [7].

    Cóż tedy, powiesz, jeśli nie patrzę pożądliwie? Jak mnie o tym przekonasz? Kto się nie wstrzymuje od patrzenia, nawet celowo to czyni, jak może pozostać czysty? Czy twe ciało z kamienia lub z żelaza? Przyobleczony jesteś w ciało, w ludzkie ciało, które łatwiej od siana zapala się od pożądliwością. Cóż wspominać teatr? Na rynku spotykając się z kobietami, często doznajesz poruszeń. A ty siedząc w górze, gdzie jest tyle podniet do szpetności, gdzie patrząc na niewstydliwie wchodzącą kobietę z odkrytą głową, ubraną w złociste szaty, o delikatnych i miękkich ruchach, śpiewającą śliskie pieśni, wypowiadającą nieprzyzwoite słowa, tak bezwstydnie się zachowującą, jak tylko możesz w myśli pojąć, nachylasz się, by spojrzeć, i śmiesz mówić, że nic ludzkiego nie odczuwasz? Czy ciało twe z kamienia lub z żelaza?” – św. Jan Chryzostom [8].

    Niby teksty pisane kilkanaście wieków temu, a jakże aktualnie brzmią – nieprawdaż?

     

    Przypisy:

    1Cytat za: „Katechizm św. Alfonsa Liguoriego”, Miejsce Piastowe 1931, s. 93.

    2Cytat za: „Dokumenty Soborów Powszechnych”, Kraków 2005, tom II, s. 379.

    3Cytat za: Ks. Ambroży Guillois, „Wykład historyczny, dogmatyczny, moralny, liturgiczny i kanoniczny wiary katolickiej”, Wilno 1863, s. 278.

    4Cytat za: Ks. Ambroży Guillois, jw., s. 278.

    5Cytat za: „Pierwsi świadkowie. Pisma Ojców Apostolskich„, Kraków 1998, s. 34.

    6Cytat za: „Katechizm Rzymski”, Jasło 1866, s. 23.

    7 Tertulian, „O widowiskach. O bałwochwalstwie„, Poznań 2005, s. 44-45.

    8 Św. Jan Chryzostom, „Homilie i kazania wybrane”, Warszawa 1971, s. 177 – 178.

  2. Czy katolik może słuchać muzyki z podtekstami seksualnymi?

    Leave a Comment

    (Pytanie) „Jeśli w piosence jest kilka fragmentów (o) podtekście seksualnym, odnoszącym się do kobiet, czy z tego powodu nie należy jej słuchać?”

    Wyobraź sobie, że pewnego dnia zakładasz rodzinę: masz piękną żonę i maleńką córeczkę. Córeczka przypomina bardzo twoją żonę i po prostu przeżywasz drugą miłość. Teraz wyobraź sobie, że piosenkę, o której wspomniałeś, ktoś śpiewa o twojej małej księżniczce. Czy zaśpiewałbyś do wtóru? Czy ściągnąłbyś sobie tę piosenkę na komputer, albo też puszczał ją na cały regulator w swoim samochodzie? Pewnie raczej połamałbyś taką płytę. Jeśli tak, to dlaczego zachwycamy się muzyką, która poniża córki naszego niebieskiego Ojca?

    Jaka jest nasza odpowiedź? „Cóż, brzmi super”.

    Przyznaję, że trudno jest odpuścić sobie muzykę, która nam się podoba. Pozbycie się płyt CD, które lubimy może wydawać się czymś w rodzaju amputacji. To boli. W początkach mojego nawrócenia miałem całe stosy płyt z piosenkami, których nie zaśpiewałbym w kościele. Wcale nie chciałem się ich pozbywać. To była „moja” muzyka i podobała mi się. Myślałem: „Nie jestem przez to złym człowiekiem. Przecież to nie tak, że posłucham muzyki i pójdę szukać przygody na jedną noc. Po prostu lubię taką muzykę”. Zatem trzymałem się jej. Pan Bóg jednak jakimś dziwnym trafem domaga się rzeczy, z których nie chcemy zrezygnować.

    Nie chciałem zachowywać się w tej jest kwestii jak ktoś nawiedzony, więc zacząłem od pozbycia się mojej najgorszej płyty. Przychodzi swoiste uczucie pokoju, gdy wiesz, że rezygnujesz z czegoś ze względu na miłość do Boga. Ostatecznie pozbyłem się moich płyt kolejno jedna po drugiej, aż oczyściłem całą kolekcję. Zatem spróbuj! Oddaj Mu to, co masz najgorszego, a On da ci to, co najlepsze.

    Jedna z moich znajomych powiedziała kiedyś: „Jeśli to nie pochodzi od Boga, nie chcę mieć z tym nic wspólnego”. Życie było dla niej czarno-białe i troszczyła się tylko o oddawanie chwały Bogu podczas tej krótkiej chwili, którą On dał jej na ziemi. Święty Jan Vianney miał takie samo spojrzenie na życie. Ujął je następująco: „Dobrym sposobem postępowania jest robić tylko to, co można ofiarować Bogu”. Zatem jeśli wiesz, że utwór ma fragmenty, które nie podobają się Panu Bogu i zapewne zaszkodzą twojej duchowości, posłuchaj czegoś innego. (…)

    Jason Evert, „Jeśli naprawdę mnie kochasz. 100 pytań na temat randek, związków i czystości seksualnej”, Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 2012, s. 141 – 142.

  3. Czy Heavy Metal jest niebezpieczny „per se”?

    Leave a Comment

    Część tradycjonalistycznych katolików i fundamentalistycznych protestantów twierdzi, iż – szeroko pojmowana – muzyka rockowa już ze swej natury jest zła lub niebezpieczna, przez co nie nadaje się być nośnikiem ewangelizacji lub promocji innych dobrych treści. Chodzi im o to, iż samo brzmienie/rytm owej muzyki ma być już niszczący dla ludzkiej psychiki i duchowości. Choć zgadzam się z tym, iż wielu reprezentantów pop-rocka często propaguje złe rzeczy, to trudno mi przystać na wyżej wskazany pogląd. Nie uważam bowiem, by sam rytm i brzmienie muzyczne mogło nieść za sobą jakąś kwalifikację moralną. Jednak, kiedy kwestię danego gatunku muzycznego rozważamy w jego szerszym, niedosłownym znaczeniu, a więc nie tylko jako określony rytm, ale również spojrzymy nań przez pryzmat pewnego przesłania, wizji świata i rzeczywistości, który wyłania się z tekstów i „wizualnego image” towarzyszącego danej muzyce, to wówczas dany styl muzyki można w ten sposób ocenić. Chociaż w obrębie określonych gatunków muzyki różni wykonawcy mogą podchodzić w rozmaity sposób do wspomnianych powyżej elementów, to bywa jednak tak, iż da się co do nich wyodrębnić pewnego rodzaju „consensus”, który przyjmowany jest przez ogół muzyków zaliczanych do danego stylu. Przyjrzyjmy się zatem, w owym szerszym, całościowym kontekście, muzyce określanej jako „Heavy Metal” (dalej HM). Jaki „consensus”, jakie charakterystyczne cechy, łączą ogół wykonawców tego rodzaju muzyki? I jak w związku z nimi należy ocenić HM w tradycyjnie chrześcijańskiej perspektywie?

    Wyróżniki „Heavy Metalu”

    Na płaszczyźnie stricte muzycznej HM charakteryzuje się głośnym brzmieniem, wyraźnymi basami oraz intensywnym wokalem.

    Jeśli chodzi o warstwę tekstową, tematyka utworów HM skupia się na tym, co w otaczającej nas rzeczywistości jest złe, ciemne, mroczne, przygnębiające i smutne. Piekło, demony, czary, śmierć, tortury, rozpacz, wojna, morderstwa, cierpienie – to tylko część z listy ulubionych motywów poruszanych w tekstach HM. Oczywiście, nie można powiedzieć, że zawsze owa ciemna i smutna strona naszego świata jest opisywana przez muzyków HM w sposób afirmatywny (choć nie da się ukryć, że tak często właśnie jest). Nie sposób uciec jednak od konkluzji, iż nawet jeśli HM nie zawsze gloryfikuje zło i ciemność, to jego opisywanie jest wręcz obsesją wykonawców tego nurtu. Pośród tysięcy tekstów HM bardzo trudno byłoby znaleźć te z nich, które, w swym głównym przesłaniu, poświęcone są wierze, nadziei, radości, miłości i wszystkiemu temu co czyni nasze życie bardziej dobrym i znośnym. Oczywiście nie kwestionuję, iż takowe również w HM się zdarzają, jednak jeśli już się pojawiają to stanowią bardzo rzadki wyjątek i wynajdywanie ich można wręcz przyrównać do szukania igły w stogu siana. Ogólnie rzecz biorąc, o tematyce utworów HM można napisać to, co na temat tekstów grupy „Black Sabbath” – jednego z prekursorów owego nurtu muzycznego – napisali swego czasu, dwaj badacze historii muzyki rockowej, David Hatch i Stephen Millward, a więc, że koncentrują się one „na ponurej i depresyjnej tematyce w stopniu niespotykanym dotąd w jakimkolwiek gatunku muzyki popularnej„.

    Coś podobnego można powiedzieć o „wizualnym image” HM. Okładki płyt i plakaty koncertów są tu pełne jasnych skojarzeń i odwołań do świata ciemności. Najczęściej, utrzymane w ciemnych, mrocznych bądź ognistych kolorach przedstawiają one rysunki głów demonów, ukrzyżowanych postaci, potwornych noworodków, szkieletów, pentagramów, czarnych świec, numerów 666, scen torturowanych ludzi oraz innych krwawych obrazów. I podkreślam jeszcze raz, iż nie mam tu na myśli tylko jakiejś części sceny HM (np. jawnych satanistów tam działających), ale nakreślony wyżej opis tyczy się jego głównego nurtu, pośród których jak najbardziej można wymienić zespoły, które powszechnie są uważane za wolne od jakichkolwiek podejrzeń o propagowanie satanizmu czy okultyzmu (np. „Metallica” albo „Iron Maiden”). Można w poszczególnych wypadkach spierać o interpretację motywów eksponowania tego typu obrazów, ale znów nie ulega wątpliwości, że tak czy inaczej, ich powszechność w HM pokazuje jak bardzo obsesyjnie „ciemna strona rzeczywistości” zajmuje głowy wykonawców tego nurtu.

    Także strój i sposób zachowania się muzyków HM, mimo pewnych występujących pomiędzy nimi różnic, można podciągnąć pod jeden mianownik. Tym mianownikiem jest eksponowanie swego rodzaju ekstrawagancji i buntowniczości. A więc mężczyźni grający HM niemal zawsze noszą długie włosy (przynajmniej póki wiek im na to pozwala), najczęściej odziewają się też w czarne skórzane spodnie i kurtki, ozdobione okultystycznymi, lub przywodzącymi na myśl śmierć, akcesoriami (np. wizerunkami trupich czaszek). Do tego też dochodzi powszechny wśród wykonawców HM (jak zresztą pośród muzyków innych nurtów też) zwyczaj tatuowania swego ciała. I nie chodzi bynajmniej tu o jakieś pojedyncze, ledwo widoczne tatuaże, ale o duże, rzucające się w oczy malunki na ciele. Słowem: im więcej tatuaży, tym lepiej. Wizualnym wyróżnikiem muzyków grających HM jest też wykonywanie dłonią gestu zwanego „maloik”, który najczęściej ma znaczenie satanistyczne, zabobonne albo wulgarne.

    Myślcie o tym co dobre …

    Jak ma się zatem HM do chrześcijaństwa? Przede wszystkim, niepokój i podejrzenia budzi już samo obsesyjne zainteresowanie wyrażane przez wykonawców tego stylu w tekstach i grafice, złem (moralnym i fizycznym) oraz ciemnością. Obojętnie, czy w danym wypadku mamy do czynienia z otwartą gloryfikacją czy też „jedynie” z rozlewnymi opisami „mrocznej strony życia”, trudno nie dostrzec w takim właśnie podejściu do tej tematyki, głębokiej fascynacji tym co jest diabelskie, złe, występne i chore. Poświęcanie twórczości artystycznej niemal wyłącznie tej sferze naszego życia, z całą pewnością nie jest objawem duchowego zdrowia i równowagi. Co więcej, takie podejście jest sprzeczne z tym, co na temat podejścia do zła, mówi nam Pismo święte. W liście do Filipian czytamy wszak: „Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się! (…) wszystko, co jest prawdziwe, co godne, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co zasługuje na uznanie: jeśli jest jakąś cnotą i czynem chwalebnym – to miejcie na myśli!” (tamże: 4; 4, 8). Z kolei, jeden z Psalmów uczy: „Nie będę zwracał oczu ku sprawie niegodziwej (…) tego, co jest złe, nawet znać nie chcę” (tamże: 101, 3-4). Poza tym Biblia naucza też: „Mowa wasza (niech będzie) zawsze miła” (Kol 4, 6); „Niech nie wychodzi z waszych ust żadna mowa szkodliwa, lecz tylko budująca” (Ef 4, 29); „A teraz i wy odrzućcie to wszystko: gniew, zapalczywość, złość, znieważanie, haniebną mowę od ust waszych!” (Kol 3, 8).

    Podstawowe pytania, jakie należy zadać w tym kontekście do zwolenników HM są następujące:

     

    1. Jak muzyka, której teksty koncentrują się na opisywaniu zła może być zgodna z nauczaniem Pisma świętego, które przecież nakazuje nam byśmy w swych myślach skupiali się na tym co jest dobre, miłe i prawdziwe?

    2. W jaki sposób słowa tekstów, które nieustannie krążą wokół tego co jest złe i smutne, a nieraz wyrażają gniew i złość, mogą nas budować, zachęcać do ciągłego radowania się oraz odrzucania gniewu, zapalczywości i złości (tak jak poleca nam to Słowo Boże)?

     

    Bardzo wątpliwej jakości argumentem jest tu przywołanie okoliczności, iż przecież same Pismo święte też opisuje i przytacza przykłady czynionego przez ludzi (i demony) zła. „Znaj proporcje, Mociumpanie” – chciałoby się powiedzieć. Biblia nie skupia się na tym, by jak najbardziej szczegółowo opisać to, jak nasza rzeczywistość jest zła, smutna, okropna i przygnębiająca. Koncentruje się ona raczej na tym, by dać nam nadzieję, zaszczepić odwagę i pokazać dobre przykłady. To prawda, że np. niektóre z Psalmów w swej pewnej części wydają się być depresyjne, ale nawet te z nich, nie zatrzymują się na tym, gdyż pokazują drogę do pokonania tego co skłania nas do smutku, rozpaczy i beznadziei.

    Niektórzy próbują też bronić graficznej estetyki HM za pomocą przykładów niektórych, starych kościołów, gdzie umieszczano posągi diabłów (jak np. w katedrze Notre Dame) czy też pewnych starszych dzieł sztuki w rodzaju obrazów przedstawiających „Taniec śmierci” (widzimy tam wszak tańczące kościotrupy). I tym razem porównania te są mało przekonywujące. Po pierwsze bowiem: nie wszystkie wytwory artystyczne sprzed wielu wieków należy uznawać za bezbłędne, a przez to wolne od krytyki. Po drugie zaś: trudno snuć analogie pomiędzy katedrą Notre Dame, a obrazami HM. W katedrze Notre Dame wizerunki demonów są tak naprawdę zupełnie poboczne i umiejscowione w sposób sugerujący, ich zupełnie podrzędną pozycję. W obrazach HM świat ciemności przedstawiony przedstawiany jest na pierwszym planie, jako dominujący, a wręcz zwycięski i wszechogarniający. Osobiście jeszcze nigdy nie widziałem kościoła, którego ściany pomalowane byłyby na czarno, wszędzie rozmieszczono by obrazy i figury ukazujące diabły, trupie czaszki oraz sceny zabójstw, tortur i krwawych rzezi … A gdybym w takowym kościele się kiedykolwiek znalazł, to uciekałbym, gdzie pieprz rośnie.

    Także wygląd muzyków HM trudno uznać za godny pochwały. Noszenie długich włosów przez mężczyzn Pismo święte określa wszak jako „haniebne” (1 Kor 11, 14; Pan Jezus, uwzględniając pewne uwarunkowania kulturowe, nie nosił wcale długich włosów, ale jest to temat na odrębny artykuł). Podobnie zwyczaj ów był traktowany przez wczesną Tradycję Kościoła. W „Konstytucjach Apostolskich”, jednym z najstarszych zapisów wiary i praktyki starożytnych chrześcijan, znajdujemy takie wskazania adresowane do mężczyzn: „nie zapuszczaj włosów na głowie, lecz je skracaj i ścinaj (…) Jesteś chrześcijaninem i człowiekiem Bożym, nie wolno ci zatem zapuszczać włosów na głowie, ani ich zaplatać – bo to przejaw zbytku” (tamże: I: 3, 8; 10). Podobnie podejrzaną moralnie praktyką jest zwyczaj tatuowania swego ciała. Coś takiego zostało zakazane w Starym Testamencie (Kapł. 19, 28). Poza tym, gdy przyjrzymy się gorliwości z jaką Ojcowie Kościoła piętnowali praktykę polegającą jedynie na malowaniu swej twarzy (a więc coś co jest łatwo odwracalne), gdyż widzieli w tym występne poprawianie Bożego dzieła stworzenia, to tym bardziej należy uznać za godne zdecydowanego odradzania tatuaże. Owe bowiem polegają na trwałym oszpecaniu („ozdabianiu”) swego ciała, które nie da się usunąć tak łatwo jak makijaż (a w pewnym stopniu są nieodwracalne). Czyż wreszcie da się uznać za praktyczną realizację zasad skromnego ubierania (co też jest tradycyjnie katolicką normą) się strój krzykliwy i ekstrawagancki w swej wymowie? Przecież jedną z cech skromności jest umiarkowanie, unikanie przesady w ubieraniu się, ozdobach i zewnętrznym wyglądzie.

    Wiele wskazuje więc na to, iż biorąc pod uwagę wszystkie elementy HM, styl ów jest, jako całość, bardzo niebezpieczny z samej swej natury. Gdyby bowiem usunąć z HM obsesyjne zainteresowanie (a właściwie fascynację) „ciemną stroną życia”, to HM przestałby być sobą, stając się może jedną z odmian hard rocka.

     

    Przeczytaj też: https://salwowski.net/2016/03/12/czego-nalezy-strzec-sie-w-popkulturze/