Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: LGBT

  1. Czy „marsze równości” mogą komuś „ukraść” męża?

    Możliwość komentowania Czy „marsze równości” mogą komuś „ukraść” męża? została wyłączona

    Nie tak dawno, na jednej z platform streamingowych oglądałem debatę pomiędzy posłem Krzysztofem Śmiszkiem a Kają Godek na temat projektu ustawy zakazującego marszów LGBT. Pośród różnych wypowiedzi padających w tymże programie moją uwagę przykuło jedno raczej retoryczne pytanie ze strony posła Śmiszka do pani Godek. Otóż polityk ten w pewnym momencie zapytał panią Kaję: „Czy naprawdę wierzy Pani, że marsz równości może ukraść Pani męża?” (cytat z mej strony co prawda niedosłowny, ale oddający istotę tego pytania – przyp. moje MS). Nie trzeba być zbyt inteligentnym i dociekliwym, by domyślać się sposobu myślenia ukrytego w tym retorycznym zapytaniu. Pan poseł Śmiszek prawdopodobnie chciał w nim wyrazić przekonanie, że jeśli ktoś znajduje się już w heteroseksualnym małżeństwie to żadne demonstracje pro-LGBT nie zachęcą go do porzucenia swej rodziny i praktykowania czynów homoseksualnych. W niniejszym artykule chciałbym wskazać na to, iż taki – domyślnie negowany przez pana Śmiszka – scenariusz, wcale nie wydaje się abstrakcyjnym.

    ***

    Otóż, wyobraźmy sobie mężczyznę, który miał silniejsze bądź słabsze tendencje homoseksualne, ale pomimo żywienia takowych postanowił w pewnym momencie swego życia zawrzeć normalny, tradycyjny związek małżeński z kobietą. Sam fakt, iż miałby on takie skłonności, nie musiałby czynić jego małżeństwa nieszczęśliwym. Owszem, konieczność walki z pojawiającymi się od czasu do czasu myślami i pokusami o charakterze homoseksualnym, byłaby dla takiego człowieka pewnym problemem, ale przecież samo istnienie w naszym życiu problemów i kłopotów nie czyni go od razu nieszczęśliwym. Posiadanie dzieci, realizacja swego ojcowskiego powołania, bliskość drugiej osoby choćby i w postaci otaczającej go ciepłem oraz opieką kobiety mogłaby czynić życie tego mężczyzny całkiem szczęśliwym. Taki mężczyzna, mimo swych tendencji homoseksualnych mógłby prowadzić całkiem normalne, spokojne oraz ustabilizowane życie rodzinne i małżeńskie, pozostawiając na poboczu swe nieuporządkowane ciągoty. Taki człowiek być może nigdy nie angażowałby się w homoseksualne pożycie, nie stykał się z gejowską pornografią oraz nie chodził do miejsc sodomskich schadzek. W ramach kultury i porządku prawnego, które zwalczałyby aktywność homoseksualną taki scenariusz wcale nie wydaje się nierealistyczny.

    Oczywiście, zawsze zdarzali by się homoseksualni mężczyźni, którzy zdradzaliby swe żony z innymi mężczyznami, jednak można mieć nadzieję, iż niechętna aktom sodomii kultura oraz prawo w znacznym stopniu ograniczałaby występowanie takich godnych pożałowania występków.

    Rzecz jasna zdaję sobie sprawę z tego, iż nakreślony przeze mnie wyżej scenariusz dla zwolenników ruchu LGBT jest wizją uciśnionych przez „homofobiczną” kulturę oraz prawo mężczyzn i kobiet, którzy dali się „psychologicznie sterroryzować” nie podążając za swymi prawdziwymi pragnieniami. Cóż, nie chcę w poniższym artykule rozwlekać tego wątku, ale w tym miejscu wskażę tylko, że nie każde pragnienie jest godne realizacji i nieraz po prostu trzeba takowe pragnienia w sobie tłamsić, czego przykładem są choćby ludzie z tendencjami do pijaństwa, sadyzmu, okrucieństwa, zoofilii, pedofilii czy nekrofilii.

    ***

    Wyobraźmy sobie teraz sytuację takiego homoseksualnego mężczyzny w ramach społeczeństwa, którego kultura i prawo są przychylne aktom sodomii z jednej strony, a niechętne „homofobii” z drugiej. O ile, „homofobiczna” kultura i prawo zachęcały takiego mężczyznę do ujarzmiania swych nieuporządkowanych tendencji oraz trwania w normalnym i tradycyjnym małżeństwie, o tyle sytuacja odwrotna, niemal na co dzień będzie zachęcała go do ulegania tym skłonnościom. Człowiek taki będzie bowiem często słyszał o tym, że aktywność homoseksualna jest całkowicie normalna oraz pożądana (za to krytyka takowej nie jest normalna), w łatwy sposób może on wtedy też umówić się na sodomski seks oraz mieć dostęp do gejowskiej pornografii. W ostatecznym więc rozrachunku, takiemu homoseksualnemu mężczyźnie o wiele trudniej będzie być wiernym swej żonie i ryzyko, że w pewnym momencie porzuci on swą rodzinę na rzecz gejowskiego stylu życia, znacznie wzrośnie.

    ***

    Odpowiadając za tym na retoryczne pytanie pana Krzysztofa Śmiszka: tak, przysłowiowy „marsz równości” może ukraść niejednej kobiecie męża i niejednemu mężczyźnie żonę. Między innymi z tego względu, potrzebne są różne prawa, które – w zależności od okoliczności danego miejsca i czasu – będą albo ograniczały aktywność homoseksualną oraz jej propagowanie, albo też będą jej zakazywały.

    Mirosław Salwowski

  2. Papież Franciszek a prawa osób homoseksualnych

    Możliwość komentowania Papież Franciszek a prawa osób homoseksualnych została wyłączona

    W ostatnim czasie mass media informowały o – nie mającej rangi magisterialnej – wypowiedzi papieża Franciszka, w której ten miał stwierdzić:

    Osoby homoseksualne mają prawo do bycia w rodzinie; są dziećmi Boga; mają prawo do rodziny. Nikogo nie można wyrzucić z rodziny, ani sprawić, by jego życie było z tego powodu niemożliwe. To, co musimy stworzyć, to prawo do wspólnego pożycia. One mają prawo do tego, by być prawnie chronionymi”.

    Szybko wyodrębniły się dwie interpretacje powyższych słów Franciszka. Zwolennicy pierwszej z nich twierdzą, że obecny Biskup Rzymu poparł w ten sposób prawną instytucję związków partnerskich dla osób homoseksualnych. Zwolennicy drugiej interpretacji utrzymują, iż wypowiedź Franciszka tyczyła się sytuacji, w których dzieci o tendencjach homoseksualnych są wyrzucane z domu przez swych rodziców i w ten sposób papież sprzeciwił się takiej praktyce, sugerując przy tym, że powinna być ona prawnie zakazana.

    Osobiście uważam, że niezależnie od tego, którą wykładnię słów Franciszka przyjąć, tak czy inaczej stawiają one formację doktrynalną aktualnego papieża w podejrzanym świetle. Poniżej postaram się wyjaśnić, skąd bierze się taka, a nie inna ma opinia na ów temat.

    ***

    Po pierwsze: samo pojęcie praw osób homoseksualnych jest dwuznaczne. Owszem, homoseksualiści i lesbijki mają swe prawa. Jednakże są to prawa naturalne przysługujące im jako ludziom, a nie jako osobom z zaburzeniami seksualnymi. Innymi słowy, jeśli dane działanie osoby homoseksualnej nie tyczy się w bardziej bezpośredni czy bliski sposób realizacji jej dewiacyjnych skłonności i jest ono zgodne z moralnością, to władze cywilne powinny je chronić. Na przykład osoba homoseksualna ma prawo do własności prywatnej (posiadania domu na własność), działalności gospodarczej (prowadzenia dajmy na to piekarni). Jednakże osoby homoseksualne nie mają żadnego naturalnego prawa do praktykowania swych ohydnych czynów (choćby i prywatnie) ani tym bardziej do ich propagowania w sferze publicznej. Wielką zuchwałością jest zatem domaganie się od władz cywilnych ochrony i uznawania tak rozumianych „praw” osób homoseksualnych. Pozwolę sobie przypomnieć w tym miejscu, iż Kongregacja Nauki Wiary w swym liście „Homosexualitatis problema” z dnia 1 października 1986 roku stwierdzała, że aktywność homoseksualna jest zachowaniem „dla którego nikt nie może domagać się jakiegokolwiek prawa” krytykując przy tym wprowadzanie prawodawstwa cywilnego biorącego w obronę takową aktywność (patrz: tamże, n. 10). Z kolei Leon XIII w encyklice „Immortale Dei” uczył:

    tego co się prawdzie i cnocie sprzeciwia, nie godzi się na jaw wydobywać i przed oczy ludziom stawiać, a tym mniej opieką prawa godzi się popierać

    Warto też wspomnieć, iż mówienie czy sugerowanie w odniesieniu do aktywności homoseksualnej, że powinna ona cieszyć się opieką ze strony władz cywilnych, jest po prostu niezgodne z Pismem świętym. Nowy Testament poucza nas bowiem o tym, iż zadaniem władz cywilnych jest karanie zła oraz złoczyńców (patrz: Rz 13, 3-4; 1 P 2, 14). W Starym Testamencie zaś mężczyźni współżyjący ze sobą mieli być z Bożego rozkazu karani nawet śmiercią (patrz: Kpł 20, 13). I choć starotestamentowe prawa karne nie obowiązują już w ścisłym sensie chrześcijan sprawujących rządy nad narodami, to nie można powiedzieć, iż taka sankcja karna była wewnętrznie zła, gdyż Stwórca jako absolutnie dobry i święty nigdy nie rozkazuje ludziom grzeszyć (por. Syr 15, 19-20).

    Po drugie: nawet gdyby rozumieć przez prawa osób dopuszczających się czynów sodomskich np. domniemane prawo do bycia niewyrzuconym przez rodziców z domu, to również w tym wypadku trudno mówić o jakichś bardziej uniwersalnych czy tym bardziej absolutnych zasadach. Rodzice mają po prostu prawo karać swe dzieci za popełnianie takich występków (zresztą władze cywilne też mają prawo je karać) i jeśli nie widać nadziei na poprawę, a dalsza bytność takich osób pod jednym dachem może deprawować np. pozostałe dzieci, to wyrzucenie z domu sodomity czy lesbijki nie wydaje się w żaden sposób działaniem „per se” złym, ale jawi się jako jedna z moralnie uprawnionych metod karcenia. Można to porównać z wyrzuceniem narkomana z domu. Jeśli pomimo wcześniejszych łagodniejszych sankcji ktoś taki nadal to czyni, a jeszcze dodatkowo próbuje namawiać do zażywania narkotyków swych braci i siostry, to wyrzucenie takiej osoby z domu może być moralnie w porządku. Myślę, że takie podejście jest zgodne przynajmniej z duchem nauczania św. Pawła Apostoła (które jest jednocześnie nauczaniem Pana Jezusa – por. Łk 10, 16), który w jednym ze swych listów dawał następujące pouczenie:

    Dlatego pisałem wam wówczas, byście nie przestawali z takim, który nazywając się bratem, w rzeczywistości jest rozpustnikiem, chciwcem, bałwochwalcą, oszczercą, pijakiem lub zdziercą. Z takim nawet nie siadajcie wspólnie do posiłku. Jakże bowiem mogę sądzić tych, którzy są na zewnątrz? Czyż i wy nie sądzicie tych, którzy są wewnątrz?  Tych, którzy są na zewnątrz, osądzi Bóg. Usuńcie złego spośród was samych (1 Kor 5, 11-13).

    Powyższe oczywiście nie oznacza, że wyrzucony z rodzinnego domu sodomita czy narkoman nie powinien już mieć żadnej możliwości powrotu doń. Rzecz jasna, jeśli w pewnym momencie taka osoba zadeklaruje chęć walki ze swym grzechem i pewne zewnętrzne oznaki będą wskazywały na to, że nie jest to tylko pozorowana i udawana deklaracja, to należy wtedy kogoś takiego ponownie przyjąć do domu.

    ***

    Reasumując: jakkolwiek by nie interpretować niemagisterialne słowa papieża Franciszka o potrzebie prawnej ochrony dla osób homoseksualnych, to nie mają one podstawy ani w Piśmie świętym ani w Tradycji Kościoła. Jest czymś bardzo smutnym, że Franciszek kolejny raz miesza katolikom w głowach.

    Mirosław Salwowski

  3. Promotorzy i uczestnicy marszów LGBT powinni być ekskomunikowani

    Leave a Comment

    W Kodeksie Prawa Kanonicznego nie ma zapisów, które w bezpośredni sposób poruszałyby kwestię uczestnictwa i wspierania marszów, których celem jest udzielanie poparcia homoseksualnym grzechom oraz innego rodzaju dewiacjom. Istnieją jednak poważne przesłanki, by twierdzić, że uczestnictwo w takich wydarzeniach albo ich popieranie co najmniej bardzo przybliża katolika do zaciągnięcia kary ekskomuniki na mocy samego zaistnienia faktu. A nawet, gdyby nie można było jeszcze mówić o ekskomunice za takie zachowania to i tak władze kościelne powinny w stanowczy sposób ukarać uczestników oraz promotorów marszów wspierających idee LGBT. Poniżej spróbuję wyjaśnić powody, dla których oceniam tę sytuację właśnie w ten sposób.

    Po pierwsze, ogólnie rzecz biorąc ochrzczeni katolicy, którzy uczestniczą lub promują marsze LGBT, są co najmniej podejrzani o przestępstwo herezji. A kanoniczne przestępstwo herezji mocą samego faktu ściąga na winnego karę automatycznej ekskomuniki. Kodeks Prawa Kanonicznego mówi wszak:

    Odstępca od wiary, heretyk lub schizmatyk podlega ekskomunice wiążącej mocą samego prawa”  (kanon 1364).

    Dlaczego zaś katolicy popierający marsze LGBT są podejrzani o herezję? Ano dlatego, że intencją marszów LGBT jest kwestionowanie tego, co w oparciu o Boże Objawienie na temat grzechów sodomskich uczy zwyczajne i powszechne Magisterium Kościoła. A negowanie bądź poddawanie w wątpliwość między innymi tego rodzaju nauczania katolickiego wypełnia znamiona herezji. Herezją jest bowiem: „uporczywe, po przyjęciu chrztu, zaprzeczanie jakiejś prawdzie, w którą należy wierzyć wiarą Boską i katolicką, albo uporczywe powątpiewanie o niej” (vide: Kodeks Prawa Kanonicznego, kanon 751). Sobór Watykański I deklaruje zaś, iż:

    „wiarą boską i katolicką należy wierzyć w to wszystko, co zawiera się w słowie Bożym spisanym lub przekazanym, i jest do wierzenia przedkładane przez Kościół – albo uroczystym orzeczeniem, albo zwyczajnym i powszechnym nauczaniem – jako objawione przez Boga” (Patrz: „Konstytucja dogmatyczna o wierze katolickiej”, Rozdział III, p. 34) .

    Nawet zaś, gdyby uznać podejrzenie o zaciągnięcie ekskomuniki przez uczestników lub promotorów marszów LGBT za zbyt surowe podejście, to należałoby się zastanowić, czy ludzie o których mowa nie podpadają pod kanon 1369 Prawa Kanonicznego?:

    kto w publicznym widowisku, w kazaniu, w rozpowszechnionym piśmie albo w inny sposób przy pomocy środków społecznego przekazu, wypowiada bluźnierstwo, poważnie narusza dobre obyczaje albo znieważa religię lub Kościół bądź wywołuje nienawiść lub pogardę, powinien być ukarany sprawiedliwą karą

    Tak czy inaczej, osoby aktywnie uczestniczące w marszach LGBT zasługują na to, by być przez władze kościelne przykładnie ukarani, gdyż w sposób publiczny poważnie naruszają dobre obyczaje, popierając jeden z wołających o pomstę do Nieba grzechów.

  4. O dobrej i złej „homofobii”

    Leave a Comment

    Ruch LGBT należy zwalczać. To nie ulega żadnej wątpliwości. Jednak w każdej walce powinny obowiązywać jakieś reguły, których nie należy przekraczać, choćby i dzięki ich złamaniu można byłoby odnieść zwycięstwo nad przeciwnikiem. Poniżej spróbuję zatem nakreślić, kiedy walka z ruchem LGBT jest moralnie oraz światopoglądowo dobra, a kiedy zaczyna ulegać wypaczeniu i degeneracji.

    Dobra „homofobia”

    A więc dobra „homofobia” jest wówczas, gdy:

    Akcentujemy, iż grzechy homoseksualne są szczególnie ciężkie, gdyż wołają o pomstę do Nieba. Oczywiście, każdy najmniejszy nawet grzech jest rzeczą straszną, gdyż stanowi coś gorszego od nawet największego doczesnego nieszczęścia. Nie mniej jednak nie wszystkie grzechy są sobie równe. Są grzechy mniejsze i są większe. Ba, nawet pośród grzechów ciężkich nie wszystkie z nich są tak samo złe i okropne. Jedne z grzechów ciężkich bardziej obrażają Boga, a inne mniej co będzie wiązało się ze stopniem dolegliwości kar piekielnych za poszczególne z owych nieprawości. Przykładowo nierząd (czyli seks pomiędzy osobami wolnymi) jest ciężką nieprawością, ale cudzołóstwo (czyli zdrada małżeńska) jest czymś znacznie gorszym, w związku z czym cudzołożnicy będą cierpieć w piekle większe męki od tych, którzy dopuszczali się samego tylko nierządu. Wracając zaś do czynów homoseksualnych, to takowe pośród różnych grzechów ciężkich są szczególnym objawem degeneracji, gdyż stanowią bezpośrednie naruszenie naturalnego porządku i ściągają na ziemię różne Boże kary. Należy więc podkreślać szczególne zło aktów homoseksualnych, nie zaś rozmywać je w „religijnie poprawnych” sformułowaniach typu: „Homoseksualizm jest co prawda grzechem, ale przecież wszyscy jesteśmy grzesznikami„.

    Dobrą „homofobią” jest też popieranie prawnej karalności czynów homoseksualnych. Takie zachowania należą bowiem do czynów szczególnie niebezpiecznych społecznie i w związku z tym władze cywilne mają prawo je penalizować. Stopień surowości sankcji karnych może być różny i powinien być roztropnie rozeznawany przez osoby odpowiedzialne za sprawowanie władzy cywilnej.

    Dobrą „homofobią” jest także opowiadanie się za tymi z form dyskryminacji osób homoseksualnych, które są słuszne, roztropne i sprawiedliwe. I może to tyczyć się – podkreślam nie tylko osób aktywnych homoseksualnie – ale nawet jedynie odczuwających silne tendencje homoseksualne. Przykładowo, nie jest czymś roztropnym wpuszczanie osób homoseksualnych do seminariów duchownych czy nowicjatów zakonnych. Podobnie nie jest mądrym rozwiązaniem pozwalanie osobom homoseksualnym na to, by były wychowawcami w szkołach z męskim internatem. Takie ograniczenia wobec owych ludzi są czymś słusznym, gdyż nawet jeśli dany człowiek nie ma zamiaru homoseksualnie grzeszyć, to jednak długie przebywanie w wyłącznie męskim towarzystwie może stać się dla niego silną pokusą do grzechu.

    Dobra „homofobia” polega również na tym, iż unikamy nawiązywania bliższych relacji z osobami popełniającymi czyny homoseksualne wówczas, gdy coś takiego mogłoby zostać uznane za uwiarygadnianie ich złych uczynków. Św. Paweł Apostoł w imieniu Pana Jezusa nauczał wszak, że nie należy „nawet jadać” z takimi jawnogrzesznikami, którzy „zwą się naszymi braćmi” (patrz: 1 Kor 5, 9-11). Tytułem przykładu zatem, jeśli ktoś zwie się katolikiem i chrześcijaninem, a jednocześnie obnosi się ze swymi homoseksualnymi nieprawościami, to z kimś takim nie należy nawiązywać bliższych relacji.

    Zła „homofobia”

    Wszystko powyższe jest dobrą „homofobią”. Przejdę więc teraz do wskazania złych przejawów „homofobii”. A zatem ze złą „homofobią” mamy do czynienia wtedy, gdy:

    Kierujemy w stronę osób homoseksualnych słowa o charakterze wulgarnym. Wprowadzanie – nawet do walki ze złem i niegodziwościami – wulgarnej mowy przypomina próbę wycinania zgangrenowanej tkanki za pomocą umaczanego w fekaliach noża. Najbardziej prawdopodobnym efektem takiej operacji będzie tylko rozjątrzenie ran. Wulgarność jest bowiem mocno połączona z wadą nieczystości, stanowiąc jej jakże częsty słowny wyraz oraz ekspresję. Tak jak gangrenę winno się wycinać za pomocą sterylnie czystych narzędzi, tak z grzechem sodomii należy walczyć w sposób czysty i cnotliwy, a więc bez wulgarności, oszczerstw i innych występków. Pamiętajmy o tym, czego nauczał choćby św. Paweł Apostoł: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj” (Rz 12, 21).

    Zła „homofobia” zachodzi też wówczas, gdy w sposób samowolny używamy przemocy i siły fizycznej względem osób homoseksualnych. To bowiem władze cywilne z Bożego upoważnienia noszą miecz, by karać zło i złych (por. Rz 13, 3-4), a nie prywatne jednostki. Trudno zaś mówić o moralnie usprawiedliwionym przypadku używania przemocy w ramach tzw. koniecznej obrony w sytuacji, gdy np. demonstrujemy przeciw marszom LGBT. Pojęcie obrony koniecznej było bowiem przez tradycyjną moralistykę katolicką formułowane w ścisłym kontekście odpierania przemocy o charakterze fizycznym i nie powinno się tego pojęcia rozszerzać na innego rodzaju sytuacje.

    Zła „homofobia” jest również wtedy, gdy sami nie dajemy np. swym ubiorem i wyglądem dobrej alternatywy wobec tego, co prezentują nam ruchy LGBT. Czy bowiem, dajmy na to protestująca przeciw „marszom równości” młoda niewiasta odziana w krótką obcisłą spódniczkę prezentuje znacznie lepszy widok, niż powiedzmy jakaś feministyczna lesbijka z obciętymi na krótko włosami i kolczykami w nosie? Czyż jakiś uczestniczący w kontrach do marszów LGBT kibic, który w piątek po imprezie uprawiał ze swą dziewczyną za przeproszeniem seks analny, czynił coś choćby o wiele mniej złego niż aktywni homoseksualiści i lesbijki? Otóż nie, nie czynił on w ten sposób czegoś znacznie mniej nieprawego, gdyż choć owszem zwykły nierząd jest grzechem mniejszym od aktów homoseksualnych to jednak wspomniana przeze mnie forma aktywności seksualnej (czyli seks analny) należy do tego samego rodzaju nieprawości co homoseksualizm (to znaczy czegoś, co tradycyjnie miało miano „grzechów przeciw naturze”).

    Złym rodzajem „homofobii” jest też stosowanie zbyt daleko idących, a przez to pochopnych oraz niesprawiedliwych oskarżeń wobec homoseksualistów i lesbijek. Można wszak i należy mówić, że adopcja dzieci przez pary homoseksualne jest czymś złym, ale czy to musi się łączyć z twierdzeniem bądź sugestią, że każda taka para będzie seksualnie molestować adoptowane dzieci??? Oczywiście, nie należy tak mówić, gdyż nawet jeśli ryzyko takich zachowań w owych okolicznościach jest większe, to nie znaczy, że istnieje absolutna i nieznająca wyjątków zależność pomiędzy adopcją dzieci przez pary homoseksualne, a ich późniejszym molestowaniem.

    Walczmy z LGBT rycersko i sprawiedliwie

    Podsumowując: walczmy z ruchami LGBT, ale róbmy to w zgodzie z regułami moralnymi, czyli w sposób sprawiedliwymi, rycerski, bez ciosów poniżej pasa i tym podobnych brzydkich zagrywek.

  5. Kilka racjonalnych powodów dla których należy uznać homoseksualizm za zły i nienaturalny

    Leave a Comment

    Znanym sloganem obrońców homoseksualizmu jest twierdzenie, jakoby jego przeciwnicy powoływali się w swej krytyce wyłącznie na argumenty „stricte religijne”, unikając argumentacji odwołującej się do rozumnych kryteriów pozwalających rozróżniać dobro od zła. Ten zarzut jest jednak dość podstępny. Z jednej strony bowiem z zasady poddaje w wątpliwość zasadność używania „nadprzyrodzonej retoryki” w dyskusji, przez co zachęca nas de facto do przyjmowania laickiej i świeckiej perspektywy. Z drugiej zaś strony sugeruje się w ten sposób, iż moralność wypływająca z religii ma w sobie dużo elementów niedorzeczności, sprzeczności z rozumem, by nie powiedzieć absurdu. Jest oczywiste, że żadnej z tych dwóch sugestii nie powinniśmy przyjąć. Jeśli bowiem wierzymy w Boga, to Jego wola, winna być dla nas najwyższym kryterium rozeznawania pomiędzy dobrem i złem i nie należy tego ukrywać przed innymi. Jest też jasne, iż wypisane w naszych sercach i porządku naturalnym przez Boga zasady moralnego postępowania, nie mogą być nieracjonalne czy absurdalne, gdyż pochodzą One od najmądrzejszego, wszystko wiedzącego Stwórcy.

    Jako wieloletni, stały czytelnik konserwatywnej prasy, mogę z całą pewnością powiedzieć, że przytoczony wyżej zarzut nie jest prawdziwy. W swym życiu czytałem bowiem wiele tekstów, które krytykowały homoseksualne zachowania właśnie z naukowych i racjonalnych pozycji. Nie negując bowiem ani nie ignorując religijnych przyczyn dla których homoseksualizm winien być uważany za zły, dewiacyjny i nienaturalny, można wskazać sporo mocnych argumentów przeciwko niemu poruszając się na płaszczyźnie rozumu, logiki i zdrowego rozsądku. Przyjrzyjmy się poniżej kilku takim argumentom.

     

    1. Homoseksualizm w oczywisty sposób jest nienaturalny.

    Trudno zaprzeczyć temu, iż wszystko w naturze ma swój cel, porządek i logikę. I nie jest rzeczą zbyt trudną rozeznać, co mieści się w owym naturalnym porządku, a co jest od niego wypaczeniem i dewiacją. Czy bowiem ktoś dyskutuje z tym, iż normalnym sposobem picia mleka jest wlewanie go do ust, a nie wciąganie nosem? Albo czy trudnym jest przyznanie racji, że – zasadniczo rzecz biorąc – to nogi, a nie ręce zostały dane ludziom do chodzenia?

    Tymczasem w odniesieniu do seksualności neguje się najbardziej oczywiste reguły, które się do niej odnoszą. Jest bowiem jasne, że ciało mężczyzny i kobiety oraz zachodzące w nich reakcje fizjologiczne są tak skonstruowane, iż pasują oni do siebie na płaszczyźnie seksualnej. Tymczasem, stosunki homoseksualne wymagają istnego „kombinatorstwa” w naturze naszych ciał. Jest to zwłaszcza widoczne w przypadku męskiego homoseksualizmu, gdzie przeważająca i podstawowa forma intymnych zbliżeń ma charakter „analny”. Nie trzeba się długo rozwodzić nad tym, iż odbyt biologicznie nie jest przystosowany do wkładania weń penisa. Ktoś powiedział kiedyś dość obcesowo, iż „gdyby homoseksualizm był normalny i naturalny, to odbytnica wydzielałaby w czasie seksu wazelinę„. Nie jest to może zbyt eleganckie postawienie sprawy, tym nie mniej stanowi ono swoisty „strzał w dziesiątkę„. Po prostu stosunki homoseksualne przypominają picie wody za pomocą nosa albo też chodzenie na rękach zamiast nogach. Także praktykowany przez homoseksualistów i lesbijki seks oralny, choć nie jawi się tak drastycznie jak stosunki analne, trudno uznać za realizację naturalnego przeznaczenia poszczególnych części ludzkiego ciała.

    Ktoś powie, że przecież seks analny i oralny praktykują ze sobą również mężczyźni i kobiety. To prawda, jednak w tym wypadku, jest to niekonieczna forma seksualnych zbliżeń i można by się bez takowych doskonale obejść. Poza tym, doświadczenie pokazuje, iż takowe formy pożycia w świecie heteroseksualnym są częstsze właśnie w jego zdegenerowanych formach (cudzołóstwo, nierząd, prostytucja i pornografia) aniżeli normalnych i prawowitych przejawach takowego (czyli małżeństwie). Nie jest wszak tajemnicą, iż żony najczęściej z niechęcią podchodzą do czynienia ze swymi mężami podobnych praktyk. Tymczasem w przypadku relacji homoseksualnych stosunki analne i oralne są po prostu wyrazem specyficznej konieczności.

    Oczywiście, nienaturalność danego zachowania nie zawsze jest decydującym kryterium jego moralnego zła lub dobra – jakby nie patrzeć wszak dializa nerek, karmienie za pomocą kroplówki czy nawet zwykła operacja chirurgiczna nie są naturalne, ale nie oznacza to przecież, że są one w ten sposób niemoralne. Tym nie mniej pogwałcenie celowości i naturalnego przeznaczenia sygnalizuje nam, że dzieje się tu coś bardzo niebezpiecznego. Kiedy zaś naturalny porządek jest naruszany nie w nadzwyczajnych czy ekstremalnych okolicznościach, ale robi się z samego założenia i czyni z tego swego rodzaju normę, to jest to już moralnie złe.

    2. Homoseksualizm (zwłaszcza męski) w samej swej naturze zawiera wielką skłonność do rozwiązłości.

    Gdyby poprosić ludzi o przemyślaną odpowiedź, to prawdopodobnie, nawet współcześnie (mimo szerokiej propagandy libertynizmu seksualnego), mniejszość ludzi przyznałaby, iż rozwiązłość seksualna przynosi dobre rzeczy dla jednostek, rodzin czy społeczeństw. Mimo wszystko, większość ludzi ciągle uważa, że seks powinien być osadzony w kontekście wzajemnej wierności, szacunku, odpowiedzialności i przynajmniej w miarę stałego związku (choć niestety niekoniecznie już małżeństwa). Nie jest bowiem czymś trudnym do rozeznania dostrzeżenie faktu, iż wzrost nieporządku w tej dziedzinie pociąga ze sobą odpowiednio więcej negatywnych skutków – złamanych serc, samotności, porzuconych bądź zabitych dzieci, chorób wenerycznych, itd.

    Natura heteroseksualizmu – mimo wielu istniejących i tu wypaczeń – faktycznie sprzyja bowiem tym wartościom i regułom. O ile bowiem, męska seksualność ma tendencje do większego promiskuityzmu i „skakania z kwiatka na kwiatek”, o tyle już żeńska seksualność ma silną skłonność do stabilności, wierności i odpowiedzialności. W heteroseksualnym związku te dwa podejścia stykają się ze sobą i ścierają. Kobieta w związku z mężczyzną najczęściej będzie dążyć do tego, by był on jej wierny, brał odpowiedzialność za poczęte dzieci, etc. Innymi słowy, kobieta zazwyczaj dąży do tego, by męską seksualność bardziej ucywilizować i wziąć w karby. I trzeba powiedzieć, że heteroseksualizm – mówiąc kolokwialnie – często zdawał i mimo wszystko wciąż zdaje egzamin. Większość heteroseksualnych mężczyzn i kobiet żyje ze sobą w związkach małżeńskich i nawet współcześnie większa część z tych małżeństw nie kończy się rozwodem. W zależności od danego kraju poziom rozwodów waha się bowiem od najniższych 15-20 procent do najwyższych 40-60 procent – tak więc „wyśrodkowując” można przyjąć, iż „przeciętna” średnia rozwodzących się heteroseksualnych małżeństw to jakieś 30 do 35 procent. Owszem, to nie jest mało i stanowi to o jakieś 30 do 35 procent rozwodów za wiele, ale mimo to pokazuje względną trwałość i stabilność tradycyjnego heteroseksualnego małżeństwa.

    Podobnie, gdy przyjrzymy się poziomowi zdrad w takowych małżeństwach dojdziemy do wniosku, iż wzajemna wierność nie jest tu wcale zjawiskiem rzadkim i unikalnym. I tak np. wedle badań przeprowadzonych w ciągu 15 lat przez Uniwersytety w Waszyngtonie i Seatlle na przeszło 19 tysiącach mężczyzn i kobiet, poziom cudzołóstwa wśród płci męskiej waha się pomiędzy 20 a 28 procent, zaś jeśli chodzi o niewiasty wskaźnik ten to liczby rzędu 5 do 15 procent1. Z kolei badania Giessen z 2000 r. Sugerują, że nawet w odniesieniu do niemałżeńskich związków heteroseksualnych poziom incydentalnej bądź trwałej niewierności to ok. 30 do 40 procent. Jedne z wyższych wskaźników cudzołóstwa można było odnotować w latach 90-tych XX wieku w Rosji – mianowicie miało ono dotyczyć 50 procent tamtejszych mężczyzn i 25 procent kobiet2.

    Nawet, gdy przyjrzymy się ilości erotycznych partnerów w ciągu całego życia wśród osób heteroseksualnych, to – według światowego raportu „Durexu” z 2005 roku – średnia wynosi tu 9 (dla mężczyzn jest to 10, a dla kobiet 6 )3. Ba, choć odsetek osób niewspółżyjących seksualnie przed ślubem jest współcześnie niemal powszechnie dramatycznie niski (i waha się pomiędzy 1 a 10 %), to w amerykańskim pokoleniu urodzonym przed 1910 rokiem, poziom ten sięgał 87 procent wśród niewiast i 50 procent pośród mężczyzn4..

    A jak wyglądają podobne statystyki wśród osób praktykujących homoseksualizm?

    Po pierwsze, choć niestety rośnie liczba krajów, w których osoby homoseksualne mogą oficjalnie zawierać ze sobą „związki partnerskie” bądź „małżeństwa” zdecydowana mniejszość z nich korzysta z tej możliwości (np. ok. 3 proc. w Holandii, niewiele ponad 2 proc. w Szwecji, w Vermont w USA było to 21 procent)5.

    Chyba wszystkie z badań potwierdzają, iż „statystyczny gej” ma nieporównywalnie więcej partnerów seksualnych niż „statystyczny heteroseksualista”. Jeszcze w latach 70-tych ubiegłego wieku w USA przeszło 70 procent ankietowanych homoseksualistów rasy białej przyznawało się do posiadania więcej niż 500 partnerów erotycznych6. Co prawda, epidemia AIDS po części ostudziła tę gigantyczną rozwiązłość „gejów”, ale mimo to odnośne liczby wciąż są oszałamiające. Wedle raportu „Lambda” z 1996 r. 40 procent homoseksualistów miało przeszło 40 kochanków. Z kolei, opublikowane w 1997 roku badania pod kierownictwem Paula Van de Vena obejmujące wypowiedzi 2538 starszych homoseksualistów wykazały, iż od 20,4 do 31,4 procent spośród nich deklarowało utrzymywanie stosunków erotycznych z 500 lub więcej partnerami. Najczęstszą zaś wymienianą przez starszych „gejów” liczbą było pomiędzy 101 a 500 kochanków7.

    A może przynajmniej jeśli chodzi o wzajemną wierność w ramach trwającego związku homoseksualiści są podobni do osób heteroseksualnych? Nic z tych rzeczy. Wedle opublikowanej przez wydawnictwo Uniwersytetu Oxfordzkiego „Handbook of Family Diversity” osoby żyjące w stałych związkach „gejowskich” jednocześnie deklarowały, iż w czasie trwania tychże relacje średnio rocznie miały okazyjnie przeciętnie od 4 do 5 partnerów seksualnych8. Z kolei, w badaniu przeprowadzonym przez Davida P. McWhirtera i Andrewa Mattisona na 156 homoseksualnych (72 pary) mężczyznach będących ze sobą w związku trwającym przynajmniej rok, tylko 7 par stwierdziło, iż ma stosunki erotyczne wyłącznie w ich ramach. Wszystkie inne pary z owej grupy stwierdziły, że dozwalają sobie na mniejszy bądź większy zakres niewierności9.

    Czego to wszystko dowodzi? Pro-gejowska propaganda może w nieskończoność eksploatować przykłady poszczególnych stabilnych i wiernych sobie związków homoseksualnych, ale statystki mówią same za siebie. Zdrada w takich związkach jest na porządku dziennym i dotyczy olbrzymiej większości z nich. Homoseksualiści zaś mają zazwyczaj o wiele więcej partnerów seksualnych niż osoby heteroseksualne. W tym świecie wzajemna wierność i powściągliwość są czymś unikalnym, normą jest zaś gigantyczna rozwiązłość, „otwarte związki” i szalony libertynizm oraz promiskuityzm. Choć rewolucja seksualna poczyniła swe niszczycielskie postępy także wśród heteroseksualnych mężczyzn i niewiast (zwłaszcza jeśli chodzi o podejście do seksu przedmałżeńskiego), to w porównaniu z homoseksualistami wciąż jawią się oni niczym cnotliwi purytanie (i to nawet biorąc poprawkę na to, że osoby hetero częściej ukrywają swe seksualne wybryki). Czy można więc na poważnie zaprzeczać temu, iż w samej naturze (zwłaszcza męskiego) homoseksualizmu leży wielka skłonność do erotycznego zdziczenia, rozwydrzenia i hiper-rozwiązłości???

    3. Homoseksualizm jest bezpłodny (nie ma z niego dzieci).

    W całym świecie zasadniczą funkcją seksu jest prokreacja. Trudno też zanegować to, iż dzieci są tym co bardzo ubogaca i czyni znacznie trwalszym dany związek. Posiadanie potomstwa sprzyja odpowiedzialności, wierności i szacunkowi. Dzieci są wreszcie wspaniałym owocem wzajemnej miłości i seksualnej intymności. Choć prokreacja nie jest jest jedyną funkcją seksu, to jednak nie można zaprzeczyć, że stanowi ona jego ważny element. Kiedy brak jest potomstwa, łatwiej jest o niewierność, porzucenie partnera i zatracanie się w poszukiwaniu coraz to nowszych doznań seksualnych. Oczywiście bezpłodność w pożyciu płciowym nie jest sama w sobie zła (o ile nie jest z góry zamierzona i planowana), ale stanowi ona częste źródło cierpienia i frustracji.

    Homoseksualizm jako będący pod tym względem jałowy z samej swej natury, musi więc napędzać cierpienie, frustrację i zatracanie się w seksie. Próby swoistego „łatania” tego stanu rzeczy poprzez wprowadzanie instytucji adopcji dzieci dla takich związków powoduje zaś tylko nowe kłopoty będąc tworzeniem kolejnej nienaturalnej i dewiacyjnej hybrydy. Dzieci po prostu nie pasują do jednopłciowych związków – gdyby tak było, to osobniki tej samej płci zachodziłyby ze sobą w ciążę, a czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziano.

    Podsumowując: Pan Bóg wiedział co robi, zakazując i potępiając zachowania homoseksualne.

    Ps. W tym artykule skupiłem się na badaniach i statystykach dotyczących głównie USA, Kanady, Europy (w tym Rosji) oraz kilku krajów azjatyckich. Pominąłem tutaj kraje Ameryki Łacińskiej i i Afryki, gdzie poziom heteroseksualnej rozwiązłości jest najczęściej znacznie wyższy niż w USA, Kanadzie i Europie – można jednak śmiało przypuszczać, iż i tam libertynizm homoseksualistów odpowiednio przewyższa odnośne statystyki rozpasania erotycznego osób heteroseksualnych.

    Przypisy: 

    1Patrz: http://en.wikipedia.org/wiki/Adultery

    2Patrz: Pamela Druckerman, „Dlaczego zdradzamy? Światowy atlas niewierności”, Wydawnictwo Literackie, 2013, s. 171.

    3Patrz: http://web.archive.org/web/20080430082451/http://www.durex.com/cm/gss2005Content.asp?intQid=943&intMenuOpen=

    4Patrz: James R. Petersen, Stulecie seksu, Poznań 2002, s. 145.

    5Patrz: „Facts:Population,” Directory and Complete Guide to Sweden 2000″ oraz „At a Glance: Netherlands Statistics” UNICEF . Podaję za: http://www.frc.org/get.cfm?i=IS04C02

    6Patrz: A. P. Bell and M. S. Weinberg, „Homosexualities: A Study of Diversity Among Men and Women”(New York: Simon and Schuster, 1978), s. 308, 309. Podaję za: http://www.frc.org/get.cfm?i=IS04C02

    7 Patrz: Paul Van de Ven et al., „A Comparative Demographic and Sexual Profile of Older Homosexually Active Men,” Journal of Sex Research 34 (1997): 354. Podaję za: http://www.frc.org/get.cfm?i=IS04C02

    8 Patrz: David H. Demo, „Handbook of Family Diversity”, (New York:Oxford University Press, 2000): 73. Podaję za: http://www.frc.org/get.cfm?i=IS04C02

    9 Patrz: David P. McWhirter, Andrew M. Mattison, „The Male Couple: How Relationships Develop”(Englewood Cliffs: Prentice-Hall, 1984): 252, 253. Podaję za: http://www.frc.org/get.cfm?i=IS04C02

  6. Męczennicy z Ugandy wołają o pomstę nad „gejami”

    Leave a Comment

    Co pewien czas mass media informują opinię publiczną o nasilających się w Ugandzie represjach wobec osób praktykujących (bądź promujących) homoseksualizm. Głośno jest zwłaszcza o ciągle rozpatrywanym w tym kraju projekcie nowej ustawy zwanej „Anti-Homosexuality Bill”, która w swej pierwotnej wersji przewidywała jedne z najsurowszych na świecie sankcji za praktykowanie tej dewiacji, a mianowicie dożywotnie więzienie za „przestępstwo homoseksualizmu” oraz karę śmierci za „kwalifikowany homoseksualizm” (wówczas, gdy sprawcą takiego czynu jest osoba zarażona HIV, pełniąca funkcje publiczne, rodzic lub też występek taki został popełniony wobec osoby nieletniej bądź niepełnosprawnej). Ustawa ta przewidywała też karę grzywny bądź więzienia do trzech lat dla tych wszystkich, którzy wiedząc o czynach homoseksualnych nie powiadomiliby o tym stosownych władz. Jednak od 2009 roku, kiedy to po raz pierwszy zaczęto procedować nad „”Anti-Homosexuality Bill” jej przepisy uległy złagodzeniu (usunięto z niej zapis o karze śmierci), a to najpewniej z powodu powszechnego oburzenia, jakie względem nich wyrazili przywódcy i autorytety świata zachodniego. Przykładowo, prezydent Obama nazwał projektowane prawo „odrażającym”, a parlament UE zagroził obcięciem finansowej pomocy dla Ugandy w razie przyjęcia takich przepisów.

                                     Ciężki los LGBT

    Tak czy inaczej, sytuacja praktykujących homoseksualistów i „pro-gejowskich” działaczy w tej części Afryki jest diametralnie odmienna od tej, z którą mamy do czynienia w Europie, obu Amerykach czy też Australii (a więc krajach, gdzie przynajmniej wedle oficjalnych deklaracji większość mieszkańców to chrześcijanie). Homoseksualne czyny są na chwilę obecną zagrożone karą do 14 lat pozbawienia wolności, zakaz „homo-małżeństw” został otwarcie wpisany do konstytucji, zaś społeczni działacze występujący „w obronie praw gejów i lesbijek” (używając politycznie poprawnego języka) są poddawani represjom ze strony władz. „Amnesty International” od co najmniej kilkunastu już lat z oburzeniem donosi o różnych przypadkach takich prześladowań. I tak np. 20 lipca 2005 roku, policja przeszukała dom Victorii Juliet Mukasy, przewodniczącej organizacji „Mniejszości Seksualnych Ugandy” (SMUG), zaś inna z działaczek tego ugrupowania została wówczas zatrzymana i przewieziona na policyjny posterunek. Wcześniej zaś, bo w lutym 2005 r., Rada Mediów w Ugandzie zakazała emisji sztuki „Monologi waginy” amerykańskiej dramaturg, Eve Ensler, uznając owe widowisko za „w pierwszej kolejności promujące i chwalące nienaturalny seks… lub homoseksualność.” Z kolei, w czerwcu 2012 roku, oddziały policji otoczyły hotel w Kampali (stolicy Ugandy) w czasie, gdy tam odbywały się warsztaty pro-homoseksualnych aktywistów z różnych krajów Afryki, po czym ludzie ci zostali wyłapani i odprowadzeni do policyjnych radiowozów. 14 lutego tego samego roku, na czele podobnego nalotu na działaczy LGBT stał sam Minister ds. Etyki i i uczciwości Ugandy, p. Simon Lokodo. Ta postawa władz Ugandy wyśmienicie zresztą współgra z nastawieniem ogromnej większości mieszkańców tego kraju, którzy uważają homoseksualizm za obrzydliwość i nienaturalne zboczenie.

                                      Chrześcijańskie odrodzenie

    Ciężki los praktykujących homoseksualistów w Ugandzie jest jednak elementem szerszego zjawiska, które dotknęło ów kraj. Otóż państwo to od przeszło 20 lat przeżywa prawdziwe odrodzenie moralne i religijne. Na początku lat 90-tych XX wieku Uganda przedstawiała obraz przysłowiowej „nędzy i rozpaczy”. W pamięci mieszkańców tego kraju wciąż żywe były wspomnienia krwawej dyktatury szalonego Amina Dady (w trakcie której wymordowano 300 tyś. osób) oraz wojny domowej, która nastąpiła po upadku jego rządów. Uganda była wtedy wyniszczona ekonomicznie (inflacja osiągała rozmiary ok. 250 procent), moralnie (czego przejawem była m.in. powszechna korupcja), a wiele wskazywało na to, iż w niezbyt długim czasie może nawet ona stanąć na progu fizycznego wyludnienia (liczba ludności zarażone wirusem HIV sięgała wówczas 15 procent, a wedle przewidywać WHO do 1997 roku odsetek ten miał sięgnąć 60 procent). I w tej właśnie tragicznej sytuacji, ugandyjscy chrześcijanie rozpoczęli wielką akcję wstawienniczej modlitwy za swój naród. Miliony Ugandyjczyków zaczęło dzień w dzień wołać do Boga o ratunek, miłosierdzie i litość dla swego kraju. Modlić  zaczęły się całe rodziny, wioski oraz ludzie wszystkich warstw społecznych, od najprostszych chłopów zaczynając, na politykach i ministrach kończąc. No i oblicze owej ziemi zaczęło się wyraźnie zmieniać.  Liczba osób zarażonych HIV zmalała z 15 proc na początku 1990 r. do 5 procent w 2001 roku. Stało się tak w dużej mierze dzięki rządowemu programowi „ABC” kładącemu nacisk na abstynencję seksualną przed ślubem i zachowanie wierności małżeńskiej, jako główne metody w profilaktyce AIDS. Program „ABC” wpłynął też na wyraźne zmniejszenie popularności wśród mieszkańców Ugandy dość tradycyjnych dla Afryki obrzydliwości takich jak przypadkowy seks czy poligamia. W kraju tym wydatnie zmalał też poziom praktykowania okultyzmu i różnych magicznych obrzędów (z czego też znana jest Afryka). Doszło do tego, że szamani opuszczają niektóre wioski, gdyż nikt tam nie chce już korzystać z ich usług. Kraj podnosi się także ekonomicznie i gospodarczo; choć w tym zakresie ciągle trapią go niemałe problemy (np. powszechna korupcja), to nie ma już tam plag głodu, odradza się rolnictwo, handel, prywatne inicjatywy gospodarcze. Inflacja spadła tam z poziomu 240 procent w 1987 r. co 7, 3 procent w 2003 roku. Z kolei inwestycje wzrosły z niespełna 14 procent w 1999 roku do prawie 21 proc. w 2003 r.

    W ogóle chrześcijaństwo wydaje się przenikać całe życie Ugandy. Prezydent, ministrowie i parlamentarzyści tego kraju mówią otwarcie o swej wierze w Pana Jezusa, modlitwie, itp. Jadąc zaś autobusem często można słuchać puszczanej w tle chrześcijańskiej muzyki, a sklepy nieraz noszą biblijne nazwy.

                                Krew męczenników woła do Nieba

    Nie ma się zatem co dziwić, iż w miarę rosnących wpływów żywego i konsekwentnie pojmowanego chrześcijaństwa sytuacja tych, którzy chcą praktykować i/lub promować homoseksualizm staje się coraz bardziej trudna i niekomfortowa. Znajomość pewnych wydarzeń w historii tego kraju pozwala jednak wysnuć jeszcze dalej idący wniosek. Pod koniec XIX wieku, na terenie dzisiejszej Ugandy sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Wtedy bowiem władzę tam nie sprawowali chrześcijańscy „homofobi”, a ofiarą prześladowań nie padali praktykujący sodomici. Wówczas mieliśmy tam do czynienia z sytuacją wręcz odwrotną. Królestwem Bugandy (teren dzisiejszej Ugandy) rządził prześladujący chrześcijan król Mwanga II Mukasa, który dodatkowo zmuszał swych paziów do odbywania z nim homoseksualnych stosunków. Jednak w latach 1885 – 1886 zboczone pragnienia tego człowieka natrafiły na opór ze strony kilkudziesięciu chrześcijan (katolików i protestantów), którzy woleli umrzeć niż spełniać jego ohydne zachcianki uzasadniając to swą wiernością Chrystusowi. Mwanga II był wściekły na chrześcijan i polecił zamordować tych, którzy nie chcieli uczestniczyć w jego erotycznych ekscesach. Szacuje się, iż w ten sposób zostało zabitych co najmniej 45 chrześcijan – część z nich została spalona żywcem, zakuta dzidami lub rozsiekana na kawałki pod drodze.

    Jaki wniosek można wyciągnąć z powyższej historii w kontekście dzisiejszej sytuacji Ugandy, a zwłaszcza klimatu, jaki panuje w tym kraju wobec czynnych homoseksualistów i aktywistów LGBT? Otóż na tym przykładzie widzimy praktyczną realizację dwóch prawd chrześcijańskich. Pierwszą z tych prawd jest wyrażona przez Tertuliana sentencja: „Krew męczenników jest nasieniem chrześcijan„. Nie bez znaczenia jest zaś fakt, że męczeństwo ugandyjskich chrześcijan było jednym z pierwszych i najkrwawszych tego typu aktów w bardziej nowożytnej historii Afryki. W tym też należy upatrywać jednej z przyczyn faktu, iż Uganda stała się dziś najbardziej chrześcijańskim krajem i państwem Afryki, którego oddanie Chrystusowi i Bożym przykazaniom znajduje swój wyraz także w jego polityce i porządku prawnym. Drugą prawdą, której realizację widzimy dziś w Ugandzie jest to, iż m.in. morderstwo niewinnych oraz seksualne obcowanie przeciwne naturze (czyli m.in. homoseksualizm) stanowią „grzechy wołające o pomstę do Nieba„. Jak naucza Katechizm św. Piusa X: „O grzechach tych mówi się, że wołają o pomstę do nieba, ponieważ tak uczy Duch Święty i ponieważ ich niegodziwość jest tak wielka i tak oczywista, że skłaniają Boga, by wymierzał za nie najsurowsze kary”. Trafność tego nauczania widzimy na przykładzie różnych biblijnych fragmentów, gdzie czytamy, iż np. krew niewinne zabitego Abla wołała do niebios (Rodz. 4, 10); a skarga na mieszkańców Sodomy i Gomory rozległa się głośno i doszła do samego Pana Boga (Rodz. 18, 20). Szczególnego wydźwięku w kontekście omawianego w tym tekście problemu nabiera też scena z Apokalipsy św. Jana, gdzie widzimy „dusze zabitych dla Słowa Bożego i dla świadectwa, jakie mieli” wołających do Boga o karę za ich niewinnie przelaną krew:Jak długo jeszcze Władco święty i prawdziwy nie będziesz sądził i wymierzał za krew naszą kary tym, co mieszkają na ziemi?(tamże: 6, 10).

    Trudno nie powiązać zatem męczeństwa ugandyjskich chrześcijan zabitych przecież właśnie za to, że nie chcieli ulegać homoseksualnym pragnieniom swego zboczonego króla z dzisiejszą szczególną surowością, z jaką traktowani są czynni homoseksualiści i aktywiści „gejowscy” w Ugandzie. Wszak ich niewinnie przelana w imię wierności Panu Jezusowi i obrzydzenia dla sodomii krew woła do Boga o to, by okazał swą pomstę, gniew i sprawiedliwość. I tak się jakoś składa, że to właśnie homoseksualiści i ich poplecznicy mają ciężkie życie w Ugandzie. Ale nie ma się co dziwić, wszak „Pan Bóg jest nierychliwy, ale sprawiedliwy„.

  7. O tym jak Bóg ukarał pewnego księdza „geja” i jego obrońcę

    Leave a Comment

    Ta historia wydarzyła się naprawdę. Nie jest żadną tajemnicą, iż w Kościele katolickim funkcjonuje tzw. różowe lobby (chodzi o wzajemnie wspierających się homoseksualistów i kryjących ich ludzi). Działania owego lobby doświadczył jeden z mych znajomych. I mimo całego tragizmu tej sytuacji, nie pisałbym o jego przypadku, gdyż podobnych zapewne było tysiące. Jest jednak w tej historii pewna szczególna lekcja, którą warto pokazać innym.

    W czym zatem rzecz? Otóż, pewien człowiek (ów mój znajomy – nazwijmy go „Andriej”) wstąpił do jezuickiego nowicjatu zakonnego w jednym z krajów byłego bloku wschodniego. I tam jeden z jego przełożonych, uczony teolog, okazał się być czynnym homoseksualistą i pijakiem (nazwijmy go „Ksiądz Enrique”) . W pewnym momencie „ks. Enrique” złożył „Andriejowi” propozycję, by ów został jego kochankiem. „Andriej” odmówił i być może sprawa nie miałaby dalszego ciągu, gdyby nie fakt, że nie chciał on tej sprawy zostawić ot tak sobie. Zaczął więc on działać w kierunku tego, by „ks. Enrique” został jakoś ukarany przez władze kościelne, za praktykowanie swego zboczenia. W ramach tych działań „Andriej” poszedł więc ze skargą do głównego przełożonego swego nowicjatu (nazwijmy go „Księdzem Hansem”). „Ksiądz Hans” wysłuchał „Andrieja” i odparł: „My o tym wiemy i oczywiście nie jest to dobre. Ksiądz Enrique jest jednak dobrze zapowiadającym się teologiem i może poczynić duże zasługi dla naszego zakonu. Poza tym, stoją za nim ważni ludzie w Watykanie, więc i tak nie możemy nic mu zrobić„.  Koniec końców zaś, to nie „ks. Enrique” został ukarany przez swych przełożonych, ale to „Andrieja” wyrzucono z zakonnego nowicjatu. Dodam jeszcze, że gdy „Andriej” napominał „księdza Enrique”, by porzucił swój homoseksualny styl życia, bo inaczej spotka go kara Boża, ten naśmiewał się z niego, pukając się po głowie.

    „Andriej” został więc wyrzucony z nowicjatu, a ks. „Enrique” dalej w nim był. To jednak nie koniec tej historii. Otóż, pewnego dnia, ksiądz „Enrique” oddawał się seksualnym uciechom z męską prostytutką (i jednocześnie kryminalistą) w wynajmowanym przez siebie mieszkaniu. Coś poszło jednak nie tak – i seksualna zabawa skończyła się tym razem dla owego księdza tragicznie. Otóż, ów kochanek po seksie, zabił „Enrique” (nie wiem, czy była to kłótnia kochanków, czy może ów ksiądz był zamieszany w jakieś gangsterskie porachunki). Niespodziewanie jednak, krótko po akcie tego zabójstwa, gdy kochanek „Enrique” nie zdążył się jeszcze ulotnić, do mieszkania wszedł ksiądz „Hans” (ten sam, który wcześniej „de facto” odmówił ukarania „Enrique’a”).  W ten sposób „Hans” też padł śmiertelną ofiarą owego kryminalisty, gdyż ów oczywiście nie chciał pozostawiać przy życiu świadka tego zdarzenia. Taki też był koniec „Enrique” i „Hansa”. Ten pierwszy, w pewnym sensie, zginął od narzędzia własnego grzechu (czyli z rąk swego kochanka), a ten drugi będący faktycznym obrońcą owej nieprawości dokończył swego żywota w podobny sposób.

    Jaka lekcja płynie z tej historii? Otóż, Pismo święte naucza, że: „przez co kto grzeszy, przez to ponosi karę” (Mądrości 11, 16); „i tych, co w głupocie swej  żyli niegodziwie, skarałeś przez ich własne bezeceństwa” (Mądrości 12, 23). Historia ludzkości nieraz już pokazała sprawdzanie się tych prawd w praktyce. Przykładowo, Haman, który chciał powiesił wuja królowej Estery, sam później zginął na szubienicy (Estery 5); Salome, która doprowadziła do ścięcia św. Jana Chrzciciela, umarła pod załamującymi się bryłami lodu na rzecze, które to ucięły jej głowę; Jerozolima, gdzie podburzony tłum domagał się ukrzyżowania Pana Jezusa, w 70 roku po Chr. była świadkiem tego, iż codziennie przez pół roku, Rzymianie krzyżowali w niej około 500 Żydów (97 tysięcy żydowskich młodzieńców zostało zaś sprzedanych do niewoli w cenie 30 ludzi za 1 srebrnik).

    Napoleon mawiał: „Przypadek jest bogiem głupców„. Ktoś inny zaś powiedział: „Nie ma przypadków, są tylko znaki„. W tradycyjnie chrześcijańskiej perspektywie wiemy, iż o żadnym ze zdarzeń nie  można powiedzieć, że było czystym przypadkiem, gdyż nad wszystkim w tym czy innym sensie czuwa Boża opatrzność. Wiemy też, że choć „Bóg nie jest rychliwy, jednak jest sprawiedliwy„. W zrelacjonowanym przeze mnie powyżej przypadku księży „Enrique i Hansa” widać jak na dłoni słuszność owych biblijnych prawd. „Enrique” nie dość, że czynił swą sromotę, to jeszcze naśmiewał się z napomnień do niego skierowanych. „Hans” co prawda tego nie czynił, ale odmową działania w tej sprawie, faktycznie wziął w obronę niecne postępowanie swego podwładnego. Obaj zginęli z ręki innego homoseksualisty – a  sceneria ich śmierci była doprawdy żałosna: leżeli w kałużach krwi pośród zużytych prezerwatyw i opróżnionych butelek po alkoholu.

    Zaiste: „gdy Twe sądy jawią się na ziemi, mieszkańcy świata uczą się sprawiedliwości”  (Izajasz 26, 9).  Źle jednak by się stało, gdybyśmy w przytoczonej historii zatrzymali się tylko na księżach „Enrique i Hansie”. Pamiętajmy wszak, że jeśli „nie będziemy pokutować, wszyscy podobnie zginiemy” (Łukasz 13, 3).

  8. Czy karanie homoseksualistów jest sprzeczne z szacunkiem i miłością do nich?

    Leave a Comment

    Niektórzy z przeciwników prawnej karalności czynów homoseksualnych w swych wywodach na ów temat powołują się na nauczanie Katechizmu Jana Pawła II (znanego powszechniej jako „Katechizm Kościoła Katolickiego”), wedle którego mężczyźni i kobiety o skłonnościach homoseksualnych winni być traktowani z szacunkiem, delikatnością oraz bez oznak niesłusznej dyskryminacji (tamże: numer 2358). Czy jednak rzeczywiście należy traktować to nauczanie, jako wezwanie (lub poparcie) do depenalizacji czynnego homoseksualizmu? Otóż, nie sądzę – przynajmniej wtedy, gdy takie słowa jak „szacunek”, „delikatność” oraz „niesłuszna dyskryminacja” interpretuje się w bardziej tradycyjnych niż nowoczesnych kategoriach.

    Pismo święte mówi wszak np.: Wszystkich szanujcie, braci miłujcie, Boga się bójcie, czcijcie króla” (1 Piotr 2:17). Oznacza to, iż w pewnych aspektach i płaszczyznach należy okazywać szacunek wszystkim ludziom, obojętnie jak złe rzeczy, by nie robili. Odnosi się to nawet do pedofilów i morderców. Ale czy to znaczy, że pedofile i mordercy powinni być bezkarni, gdyż Biblia mówi: „Wszystkich szanujcie”? Oczywiście, że nie. Dla takich osób wyrazem szacunku będzie np. poddanie ich procesowi sądowemu w ramach, którego będą mieli prawo do bronienia się, sprawienie pochówku, gdy umrą, a nie wyrzucanie ich zwłok na śmietnik, etc.).  Nie rozumiem więc dlaczego mówienie o szacunku wobec osób homoseksualnych miałoby stanowić jakiekolwiek zaprzeczenie wcześniejszego nauczania katolickiego o potrzebie karania sodomii? Wszak szanowanie kogoś nie jest jeszcze równoznaczne z absolutną bezkarnością jego czynów.

     

    A co z delikatnością wobec „osób homoseksualnych”? I w tych słowach trudno jest szukać potwierdzenia dla postulatu bezkarności czynów homoseksualnych. Delikatność wobec bliźnich jest bowiem pochodną łagodności, która  przecież powinna być jedną z podstawowych cech chrześcijanina. Oczywiście łagodność i wypływająca z niej delikatność w obcowaniu z innymi ludźmi nie jest zasadą absolutną i bezwzględną. Pan Jezus i Apostołowie choć zazwyczaj byli łagodni, to w pewnych sytuacjach potrafili niektórym ludziom okazywać surowość i ostrość. Potrzeba tu pewnej rozwagi i mądrości, by rozeznać, kiedy trzeba być bardziej łagodnym i delikatnym, a kiedy bardziej surowym. Nie ulega jednak wątpliwości, że ogólnie rzecz biorąc należy być bardziej prędkim do okazywania innym łagodności niż surowego obchodzenia się z nimi. Słowo Boże mówi o tym tak: „A sługa Pana nie powinien wdawać się w kłótnie, ale ma być łagodny względem wszystkich, skory do nauczania, zrównoważony. Powinien z łagodnością pouczać wrogo usposobionych, bo może Bóg da im kiedyś nawrócenie w stronę pełnego poznania prawdy …” ( 2 Tymoteusza 2: 24-25). Proszę zresztą zwrócić uwagę, że w przytoczonym wyżej zdaniu mowa jest o „szacunku i delikatności wobec  osób homoseksualnych”, a nie wobec ludzi, którzy realizują swe skłonności.  A to też zmienia postać rzeczy. Inne jest bowiem zachowanie osoby homoseksualnej, która pomimo swej nieuporządkowanej skłonności, próbuje uciekać od pokus z nią związanych i na co dzień dźwigać swój krzyż. Taki człowiek tym bardziej zasługuje na nasz szacunek i delikatność.

     

    A co z postulowanym przez Katechizm Jana Pawła II „unikaniem jakiejkolwiek niesłusznej dyskryminacji wobec osób homoseksualnych”? Cóż, jeśli już mamy się czegoś „czepiać” to jest rzeczywiście najbardziej dwuznacznie brzmiący punkt omawianej formuły. Ale nawet ten zwrot  – przy odrobinie dobrej woli i znajomości kontekstu szerszego nauczania Magisterium, a zachowaniu odpowiedniego dystansu względem liberalnych i bardziej współczesnych definicji tych pojęć – może być interpretowany w jak najbardziej tradycyjnie katolicki sposób (i to taki, który nie wyklucza nawet postulatu karania i zakazywania czynów homoseksualnych przez państwo).

    Stwierdzenie bowiem, iż należy unikać „jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji” nie oznacza bowiem, że „wszelka dyskryminacja jest niesłuszna”. Może istnieć tak niesłuszna (której należy unikać), jak i słuszna dyskryminacja (którą należy popierać) osób homoseksualnych. Wyjaśnię to rozróżnienie na przykładzie pewnego znanego mi przykładu z życia. Otóż pewien zaciekły wróg homoseksualizmu udzielał pomocy pewnemu biednemu, bezdomnemu homoseksualiście. Czasami dawał mu pieniądze, a nawet udzielał mu noclegu pod własnym dachem. I w tym aspekcie, człowiek ten unikał „niesłusznej dyskryminacji osób homoseksualnych”. Mimo bowiem swego głębokiego wstrętu wobec sodomii, nie czynił on różnicy w udzielaniu materialnej pomocy tym, którzy jej potrzebowali. Ów człowiek nie pozwoliłby jednak temu homoseksualiście oglądać gejowskiego porno pod swym dachem czy też sprowadzać tam swych kochanków. I w tym sensie była to „słuszna dyskryminacja”. Sam Pan Jezus sugerował nam unikanie podobnej  „niesłusznej dyskryminacji”, gdy mówił, iż powinniśmy dawać jałmużnę temu kto o nią prosi (Mat. 5: 42) oraz by modlić się za tych, którzy są naszymi nieprzyjaciółmi (Mat. 5: 44).

    Przechodząc zaś na  płaszczyznę stricte prawną „niesłuszną dyskryminacją osób homoseksualnych” byłoby np. zakazywanie takim ludziom posiadania własności prywatnej, budowania domu, prowadzenia samochodu, itp. Wszystkie te rzeczy są albo realizacją naturalnych praw ludzkich albo też nie mają ścisłego związku z nieuporządkowanymi skłonnościami takich osób. Słuszną dyskryminacją „osób homoseksualnych” byłoby już jednak utrudnianie im możliwości pracy z młodzieżą tej samej płci, uniemożliwianie oficjalnego sankcjonowania ich związków,  zakazywanie promowania ich dewiacji jak również prawne karanie prywatnych aktów homoseksualnych.  Homoseksualiści i lesbijki mają bowiem prawa bardziej jako ludzie, a nie jako osoby pragnące realizować swe zboczone skłonności. Istnieją naturalne prawa należne wszystkim ludziom, ale żaden człowiek nie ma prawa czynić zła, a jeśli już czyni coś sprzecznego z wolą Boga, to państwo nie ma obowiązku otaczania ochroną owych jego konkretnych złych czynów. Sam zresztą kardynał Joseph Ratzinger, który jest „pierwotnym” autorem słów o „unikaniu oznak niesłusznej dyskryminacji wobec osób homoseksualnych”  musiał znać i rozumieć to rozróżnienie, skoro już jako Benedykt XVI zatwierdził tzw. Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego, gdzie w punkcie numer 494 naucza się, że „władze cywilne powinny stosownymi prawami zakazywać rozprzestrzeniania się ciężkich wykroczeń przeciw czystości” (wśród których wymienione są również czyny homoseksualne). Wcześniej zresztą, kardynał Ratzinger, w dokumencie Kongregacji Nauki Wiary „Omosessualit” precyzował rozróżnienie pomiędzy sprawiedliwą i niesprawiedliwą dyskryminacją homoseksualistów i lesbijek: „Istnieją dziedziny, w których nie jest przejawem niesprawiedliwej dyskryminacji uwzględnienie skłonności seksualnej, na przykład gdy chodzi o adopcję dziecka lub powierzenie go opiekunom, zatrudnienie nauczycieli lub trenerów sportowych, służbę wojskową. Osoby homoseksualne, jako osoby ludzkie, mają te same prawa co wszyscy ludzie, w tym prawo do takiego traktowania, które nie uwłacza ich godności osobistej. Obok innych praw wszyscy ludzie mają prawo do pracy, mieszkania itd. Nie są to jednak prawa absolutne. Mogą zostać słusznie ograniczone ze względu na obiektywne nieuporządkowane zachowania zewnętrzne. Jest to nie tylko dopuszczalne, ale konieczne. Co więcej, zasada ta dotyczy nie tylko przypadków zachowań zawinionych, ale także działań osób chorych fizycznie lub umysłowo. Jest zatem przyjęte, że państwo może ograniczyć możliwość korzystania z pewnych praw, na przykład osobom cierpiącym na chorobę zakaźną lub umysłową, by chronić dobro wspólne” (tamże: n. 11-12).

     

    Na sam koniec przypatrzmy się temu, czy karanie czynnych homoseksualistów musi być sprzeczne z okazywaniem im miłości? Tylko ckliwe i libertyńskie rozumienie miłości do bliźniego z zasady wyklucza karanie ich złych czynów. Tradycyjnie chrześcijańskie pojmowanie miłości nie wyklucza karania tych, których się kocha, ale przeciwnie traktuje to jako jedną z oznak tej postawy. Czy bowiem rodzic, który prawdziwie kocha swe dzieci, nigdy ich nie karze? A może jednak, właśnie dlatego, że je miłuje, czasami – dla ich dobra – także je karze? Oczywiście, że autentyczna miłość zakłada, że dla dobra kochanych czasami karze się też zło przez nich popełniane. Władze cywilne, na swój sposób, pełnią w społeczeństwie funkcję ojcowską, więc również z miłości do czynnych homoseksualistów, powinny ich karać, aby próbować ich poprawić i chronić innych przed ich deprawującym działaniem.