Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: Leon XIII

  1. O fejkowej parafrazie słów św. Augustyna

    Możliwość komentowania O fejkowej parafrazie słów św. Augustyna została wyłączona

    W Internecie nieraz napotykałem się na PARAFRAZY wypowiedzi św. Augustyna z Hippony, wedle których ów doktor Kościoła miał twierdzić bądź sugerować, iż w przypadku sprzeczności Pisma świętego z naukami przyrodniczymi należy wybrać dosłowne traktowanie tych drugich, a opowiedzieć się za metaforycznym pojmowaniem tego pierwszego (albo i wystąpieniem tam błędu). Co więcej, niektórzy zaczęli tę rzekomą wypowiedź św. Augustyna przenosić również na wypowiedzi Biblii odnoszące się do kwestii moralnych. Przykładem takiego podejścia jest artykuł pt. „Bicie ludzi jest złe … ale dzieci to co innego?” autorstwa pana Marcina Worka umieszczony w internetowym piśmie „Adeste”. Pan Worek krytykując tam karcenie cielesne dzieci (które pochwala Pismo św.) w ten sposób przywołał właśnie ową rzekomą wypowiedź św. Augustyna:

    Słowa św. Augustyna z Hippony: „Jeśli interpretacja Pisma Świętego nie zgadza się z nauką, coś jest nie tak z interpretacją Pisma Świętego”. Co ma być ważniejsze dla chrześcijanina, Biblia czy nauki szczegółowe? Ojciec Kościoła twierdzi, że jedno drugiemu nigdy nie przeczy, to po prostu my źle rozumiemy Biblię.[1]

    Co ciekawe, wspomniana rzekoma wypowiedź św. Augustyna (w formie sugerującej właśnie taką jak wyżej tezę) była zawsze formułowana w postaci wspomnianej przeze mnie parafrazy, a nie dosłownego cytatu. Tymczasem wystarczyło dokopać się do dosłownego cytatu ze św. Augustyna (przywołanego przez Leona XIII w jego encyklice Providentissimus Deus poświęconej studiom nad Pismem świętym) by przekonać się, że ów doktor Kościoła wcale nie głosił tego, co mu dziś niektórzy przypisują. Podaję zatem DOSŁOWNY cytat ze św. Augustyna:

    Wszystko to, mówił, co by uczeni, posługując się poważnymi dowodami, zdołali wykazać o naturze rzeczy, wykażmy, że nie sprzeciwia się Pismu św.; gdyby zaś przedstawili w swych dziełach rzeczy sprzeczne z Pismem św., to jest z wiarą katolicką, wtedy, jeżeli możemy, udowodnijmy albo wierzmy bez żadnego wahania, że te poglądy są błędne” [Św. August, De Gen. ad litt. I, 21, 41.].[2].

    A więc, św. Augustyn nie mówi tutaj, że jeśli dane twierdzenie uczonych (w zakresie przyrody) okaże się niezgodne z Pismem świętym to należy stwierdzić albo błąd w tekście biblijnym albo porzucić dosłowną jego wykładnię. On owszem twierdzi, że należy podjąć wysiłek mający na celu wykazanie, iż Biblia nie zawiera rzeczy sprzecznych z twierdzeniami naukowymi (w zakresie przyrody), ale w przypadku gdy to okaże się niemożliwe należy opowiedzieć się przeciw twierdzeniom uczonych: „wierzmy bez wahania, że te poglądy są błędne„. Tym bardziej zatem nieuprawnione są sugestie o tym, jakoby św. Augustyn z Hippony zachęcał do dopatrywania się błędów w Piśmie świętym (lub niedosłownego jego rozumienia) w odniesieniu do kwestii wiary i/lub moralności.

    Mirosław Salwowski

    Przypisy:

    [1] Patrz: Marcin Worek, Bicie ludzi jest złe …, ale dzieci to co innego?, Adeste, 13 sierpnia 2020.

    [2] Cytat za: Encyklika papieża Leona XIII, Providentissimus Deus (O studiach Pisma świętego, 18. XI. 1893), Warszawa: Wydawnictwo Te Deum 2003, s. 32.

  2. Paszkwile, herezje i bluźnierstwa Stanisława Michalkiewicza

    Leave a Comment

    Na tej stronie pisałem już o tym, jak Pismo święte de facto było dyskredytowane przez pana Grzegorza Brauna, jednego ze znanych przedstawicieli prawicy katolickiej (patrz: https://salwowski.net/2018/12/27/grzegorz-braun-zniewaza-bohaterow-naszej-wiary/ ). Niedawno z pewnym zaskoczeniem przyjąłem fakt, iż inny znany konserwatywny publicysta, a mianowicie pan Stanisław Michalkiewicz poszedł w swych próbach podważania wiarygodności Biblii jeszcze dalej. Oto wszak w napisanym przez siebie tekście pt. „Filip de Villiers zdziera maski” (Tygodnik „Najwyższy Czas!”,  4 lipca 2019) pan Michalkiewicz sugeruje, iż jeden z fundamentalnych dla Starego Testamentu tekstów opisujących wyjście Hebrajczyków z ziemi Egiptu został zafałszowany na potrzeby „mitu założycielskiego Izraela”. Pisze on tam wszak co następuje:

    „W dzisiejszych czasach, a zresztą nie tylko w dzisiejszych, bo i w starożytnych, nie można się obejść bez tak zwanych „mitów założycielskich”. Na przykład mitem założycielskim Izraela była ucieczka z Egiptu, oczywiście podana w nader patetycznym sosie w Księdze Wyjścia. Jak pamiętamy, faraon uparł się, by Izraelitów z Egiptu nie wypuszczać, bo Najwyższy w tym celu specjalnie zatwardził mu serce. Czy zatwardził je faraonowi, na którym nie zrobiły wrażenia nawet plagi, czy też rozmiękczył je Izraelitom, którzy – być może – wcale nie chcieli z Egiptu uciekać w nieznane – tego oczywiście już się nie dowiemy. Warto jednak zatrzymać się nad jedną, ostatnią plagą, która zrobiła wrażenie nawet na złym faraonie. Chodzi oczywiście o zagładę wszystkich pierworodnych w ziemi egipskiej, których w ciągu jednej nocy wytracił Anioł Śmierci. Charakterystyczna jest przy tym wskazówka, jaką Izraelici, na polecenie Mojżesza udzielali Aniołowi Śmierci – gdzie ma zabijać, a gdzie nie. Jak pamiętamy, była to jucha barania, którą Izraelici posmarowali drzwi swoich domostw. Czy taka wskazówka była potrzebna Aniołowi, który chyba przecież i bez tego by wiedział, gdzie robić jatkę, a gdzie nie – czy też członkom specjalnego komanda morderców, którzy bez takiej wskazówki rzeczywiście mogliby narobić sporo zamieszania – tego oczywiście nie wiemy – ale warto w związku z tym zwrócić uwagę, że Izraelici pożyczyli od swoich egipskich sąsiadów kosztowności właśnie przed tą ostatnią plagą. Po co im te kosztowności były potrzebne – tajemnica to wielka, ale jeśli nawet, to wszystko układa się w scenariusz prowokacji. Mojżesz polecił pożyczyć jak najwięcej kosztowności, bo to miał być kapitał założycielski Ziemi Obiecanej, podobnie jak teraz „roszczenia” dotyczące „własności bezdziedzicznej”, zaś ostatnia plaga miała na celu zmuszenie Izraelitów do ucieczki – bo zanim faraon zostałby przekonany, że to Anioł, a nie jacyś nocni mordercy – to spadłaby niejedna głowa i potem nie miałby już kto uciekać. Nie było zatem wyjścia, jak dokonać Wyjścia – na szczęście z kosztownościami. Inna rzecz, że kiedy tylko podczas wędrówki coś szło nie tak, to zaraz Izraelici przeciwko Mojżeszowi „szemrali”, że jak tam w Egipcie było, to było, ale mieli pełną michę i w ogóle, a tu pustynia i zatracenie. Podobnie warto zwrócić uwagę, że kiedy Mojżesz zbyt długo namawiał się z Najwyższym na górze Synaj, Izraelici ze zrabowanych egipskich kosztowności ulali… złotego cielca, czyli egipskiego Apisa. Kiedy powracający Mojżesz to zobaczył, uległ atakowi furii i krzyknął: „kto z Panem – do mnie!” Kiedy zwolennicy Pana już go otoczyli, kazał im dziesiątkować czcicieli Złotego Cielca. Czy to nie byli przypadkiem członkowie komanda, które wykonało mokra robotę za Anioła Śmierci? (…)”

    Tak więc wedle pana Michalkiewicza prawdopodobną jest teza, jakoby w rzeczywistości pierworodnych synów Egiptu nie uśmiercił Boży Anioł (jak twierdzi Pismo święte), ale dokonali tego członkowie specjalnego żydowskiego komanda śmierci. Warto przy tym zwrócić uwagę na właściwy raczej dla młodocianych ateistów z Gimnazjum sposób w jaki ów prawicowy publicysta uzasadnia swą sugestię. Otóż, drzwi domostw, które miał ominąć niosący śmierć Anioł winny być oznaczone krwią zabitego w ofierze paschalnej baranka. Jednak przecież Anioł i bez takiego oznakowania wiedziałby w których domach mieszkają Hebrajczycy, a w których Egipcjanie … Stąd wniosek, że ta część biblijnej historii prawdopodobnie została sfałszowana na potrzeby „mitu założycielskiego Izraela” a zabicia pierworodnych synów Egiptu dokonali sami specjalnie do tego przeznaczeni Żydzi. Cóż, trudno o głębsze niezrozumienie znaczenia biblijnej relacji o tym, iż krew paschalnego baranka miała znaczyć domy Hebrajczyków po to, by Boży Anioł niosący śmierć je ominął. Była to oczywiście starotestamentowa zapowiedź Paschy Nowego Przymierza, a więc Ofiary Krzyżowej Bożego Baranka, czyli Pana naszego Jezusa Chrystusa, którego przelana krew chroni nas od wiecznej śmierci. Nie wiem, czy pan Stanisław Michalkiewicz jest świadomy znaczenia tejże symboliki, jednak obiektywnie rzecz biorąc jego wywody na ów temat są paszkwilem uderzającym w prawdziwość Starego Testamentu.

    „Palestyński kacyk”, „żydowski królik”

    Na tym jednak nie koniec tym podobnych wynurzeń pana Michalkiewicza. Oto z artykule pt. „Oczyszczanie przedpola dla żydowskiej okupacji” publicysta ten wręcz pogardą wypowiada się o św. Dawidzie, królu Izraela (nazywa go wszak „żydowskim królikiem” oraz „palestyńskim kacykiem”) a także sugeruje, iż autor jednej z Ewangelii, a mianowicie św. Mateusz, uległ „żydowskiemu szowinizmowi”, gdy wywodził pochodzenie Pana Jezusa od rodu Dawida. W tekście tym czytamy wszak:

    „Sam pamiętam swoje zaskoczenie, kiedy córka powiedziała mi, że musiała uczyć się imion protoplastów 12 tak zwanych „pokoleń Izraela”, czyli naczelników tamtejszych koczowniczych rodów. Jeden z nich miał na imię Gad i jestem pewien, że musiało ono być znakomicie dobrane do charakteru jego nosiciela. Te żydowskie opowieści włączone zostały do nauki religii katolickiej dlatego, że gwoli przekonania starożytnych Żydów o autentyczności Jezusa z Nazaretu, jako Mesjasza, ewangelista św. Mateusz podał – trudno powiedzieć, czy autentyczny, czy też sprokurowany – bo przecież w tamtych czasach nie było żadnej dokumentacji stanu cywilnego – rodowód Jezusa, w którym dowodził, że pochodzi On z rodu żydowskiego królika Dawida. Na Żydach pewnie takie parantele robiły wrażenie i być może nadal robią, ale dlaczego miałyby robić na nas, którzy przecież żadnymi Żydami nie jesteśmy i palestyński królik Dawid wcale nie musi nam imponować, podobnie jak nie musi nam imponować murzyński król Kazondy, którego śmierć z powodu zapalenia się wypitej przezeń wódki, opisał Juliusz Verne w książce „Piętnastoletni kapitan”? Mniejsza zresztą już o nas, bo ważniejsze wydaje mi się przeświadczenie św. Mateusza, że wyprowadzenie rodowodu Jezusa, którego on sam uważał za Syna Stwórcy Wszechświata, od palestyńskiego kacyka, nie tylko przynosi Mu zaszczyt, ale w ogóle Go legitymizuje. Jedynym wyjaśnieniem, jakie przychodzi mi do głowy jest to, że i święty Mateusz nie był wolny od żydowskiego szowinizmu, który rzymski cesarz Klaudiusz w liście do Żydów aleksandryjskich określił, jako „chorobę świata cywilizowanego”. „

    Paszkwile, herezje, bluźnierstwa

    Wyżej cytowane twierdzenia pana Stanisława Michalkiewicza powinny być w zasadzie nazwane paszkwilami, bluźnierstwami oraz herezjami. Paszkwilami są one dlatego, że sugeruje się w nich, iż święci i natchnieni autorzy Biblii byli w rzeczywistości podłymi kłamcami wymyślającymi na potrzeby „mitu założycielskiego Izraela” bajki. Warto w tym miejscu zauważyć, iż Sobór Trydencki potępił podobne obchodzenie się z Pismem świętym:

    „Następnie [sobór] chce powstrzymać zuchwałość prowadzącą do profanacji słów i zdań z Pisma Świętego w: żartach, bajkach, czczej gadaninie, pochlebstwach, oszczerstwach, przesądach, bezbożnych i diabelskich przyśpiewkach, przepowiedniach i wróżbach, jak również w paszkwilach. Dla zniesienia tego rodzaju znieważania i pogardy poleca i nakazuje, aby w przyszłości nikt nie ośmielał się używać słów Pisma Świętego w takich i podobnych celach, wszyscy zaś zuchwalcy i gwałciciele Słowa Bożego, zostali ukarani przez biskupów zgodnie z prawem i wyrokiem sądu” (Dekret o wydaniu i korzystaniu z Ksiąg świętych, Sesja 4,  Rozdział II, 3).

    Bluźnierstwa pana Michalkiewicza polegają z kolei na tym, iż z wielkim lekceważeniem, jeśli nie wręcz pogardą wypowiada się on o biblijnym świętym, jakim był i jest król Dawid. Nauczanie katolickie głosi bowiem, iż z bluźnierstwem mamy do czynienia również wtedy, gdy obrażamy Świętych Pańskich:

    „Bluźnierstwo jest strasznym grzechem, który polega na użyciu słów lub na działaniach, które są zniewagą albo złorzeczeniem Bogu, Najświętszej Maryi Pannie, świętym albo rzeczom poświęconym Bogu” (Katechizm św. Piusa X, „O drugim przykazaniu Bożym”, p. 3).

    „Drugie przykazanie zabrania nadużywania imienia Bożego, to znaczy wszelkiego nieodpowiedniego używania imienia Boga, Jezusa Chrystusa, Najświętszej Maryi Panny i wszystkich świętych. (…) Zakaz bluźnierstwa rozciąga się także na słowa przeciw Kościołowi Chrystusa, świętym lub rzeczom świętym.” (…) [Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2146 i 2148].

    Herezją są zaś wywody wspomnianego wyżej prawicowego publicysty dlatego, iż poddają one w wątpliwość odwieczne, a także uroczyste nauczanie Kościoła o Boskim natchnieniu i absolutnej bezbłędności Pisma świętego:

    Albowiem wszystkie Księgi, które Kościół przyjął za święte i kanoniczne, tak w całości, jak we wszystkich swych częściach, zostały napisane pod natchnieniem Ducha Świętego.
     Takie jest stare i stałe przekonanie Kościoła, zdefiniowane nadto na Soborze Florenckim i Trydenckim, a ostatnio potwierdzone i wyraźniej sformułowane na Soborze Watykańskim [I], który orzekł w sposób bezwzględny, że Księgi Starego i Nowego Testamentu w całości i we wszystkich swych częściach, jako zostały wyliczone dekretem tego samego Soboru (Trydenckiego) i jako znajdują się w starych wydaniach Wulgaty łacińskiej, należy przyjmować za święte i kanoniczne. „Kościół zaś uważa je za święte i kanoniczne nie dlatego, iż były ułożone ludzkim tylko staraniem, a potem powagą Jego zostały potwierdzone, ani dlatego tylko, że zawierają Objawienie Boże bez błędu, lecz dlatego, że napisane pod natchnieniem Ducha Świętego Boga mają za Autora”[Conc. Vat. I, Sess. III, cap. 2, De revel.]. (…)

    Takie było nauczanie Ojców, które zawsze uważali za rzecz pewną. „Ponieważ, mówi św. Augustyn, oni (tj. święci pisarze) pisali to, co im On sam (tj. Bóg ) pokazał i powiedział, nie można powiedzieć, że On sam nie pisał; gdyż członki pisały to, co poznały od dyktującej głowy”[Św. August, De cons. Evang. I, 35 [54]]. A święty Grzegorz Wielki oświadcza: „Jest rzeczą niepotrzebną badać, kto te rzeczy napisał, skoro wierzy, się mocno, że Autorem Księgi jest Duch Święty. Ten bowiem to napisał, kto dyktował rzeczy mające być napisane; ten napisał, kto był inspiratorem całego dzieła”[Św. Grzeg. W, Moral. in 1. lob praef. 1, 2.]. Wynika z tego, że ci, co sądzą, iż w ustępach autentycznych Ksiąg świętych może znajdować się jakiś błąd, ci z pewnością albo zniekształcają katolickie pojęcie Bożego natchnienia, albo samego Boga czynią sprawcą błędu.

    Wszyscy Ojcowie i Doktorowie byli jak najmocniej przekonani, że Księgi Boże w tej formie, w jakiej wyszły spod pióra świętych pisarzy, są w zupełności wolne od wszelkiego błędu (…) Wszyscy wyznawali jednomyślnie, że Księgi te, tak w całości jak i w swych częściach, są jednako dziełem natchnienia Bożego, i że sam Bóg, mówiąc przez świętych autorów, nie mógł bezwzględnie powiedzieć niczego, co by odbiegało od prawdy”. (Leon XIII, „Providentissimus Deus”).

    Pomiędzy zdrową a chorą podejrzliwością wobec Żydów

    Na sam koniec warto zauważyć, iż istnieje duża różnica pomiędzy zdrową, tradycyjnie chrześcijańską podejrzliwością wobec Żydów, a zdegenerowaną i chorą podejrzliwością względem nich. Ta, pierwsza wynika ze świadomości faktu, iż swego czasu większość Żydów odrzuciła lub nie poznała Jezusa Chrystusa jako swego Pana i Zbawcy. W związku z tym też kolejne pokolenia Żydów były wychowywane w mniejszej bądź większej niechęci wobec chrześcijaństwa. Zdrowa podejrzliwość wobec Żydów jest świadoma tych faktów, ale zarazem godzi wiedzę na ich temat z miłością wobec tego narodu, a także docenieniem tego, co ów przyniósł światu dobrego i co wciąż jest w nim zasługujące na pochwałę.

    Zdegenerowana i chora podejrzliwość wobec Żydów cechuje się zaś m.in. obsesją na ich punkcie, co z kolei wiąże się z doszukiwaniem się u nich za wszelką cenę zła i niegodziwości. Niestety tego rodzaju antysemicka podejrzliwość posuwa się nawet do atakowania Pisma świętego, a zwłaszcza Starego Testamentu, jako żydowskich wytworów pełnych zmyślonych i okrutnych opowieści oraz szowinistycznych bajek. Jak widać takiemu zdegenerowanemu antysemityzmowi ulegają w naszym kraju niektórzy z prawicowych publicystów i polityków. Czego dobrymi przykładami są właśnie Grzegorz Braun oraz Stanisław Michalkiewicz.

    Mirosław Salwowski

  3. Tomasz Terlikowski błądzi

    Leave a Comment

    Tomasz Terlikowski jest znanym konserwatywnym publicystą katolickim, którego gorliwość i oddanie dla pewnych elementów nauki moralnej Kościoła zasługuje na pochwałę. Nie mniej jednak jak każdemu człowiekowi przydarza mu się błądzić, co należy też jemu pokazać. Jednym z przykładów błędnych wypowiedzi Tomasza Terlikowskiego są słowa, które – w odpowiedzi jednej ze współdyskutantek – napisał w dniu 10 kwietnia b. roku – na swej facebookowej tablicy. Otóż pan Terlikowski najpierw zasugerował, iż nie widzi w katolickiej wykładni Pisma świętego i Tradycji Kościoła podstaw do wspierania karania śmiercią czynnych homoseksualistów, a gdy dyskutująca z nim osoba wskazała na konkretne fragmenty Biblii, w których o takowej sankcji za ów grzech jest mowa, publicysta ten napisał, co następuje:

    „Szanowna Pani, katolicka lektura Pisma Świętego dokonuje się zawsze w świetle Tradycji i Magisterium. Nigdy nie czytamy Pisma Św. literalnie. Tak gwoli ścisłości. Nie jesteśmy fundamentalistami biblijnymi. I nigdy nimi nie byliśmy”.

    Nie wiem, czy Tomasz Terlikowski pewnych rzeczy nie wie, czy może na potrzeby dyskusji, nie chce o pewnych kwestiach mówić, ale trzeba sobie jasno powiedzieć, że jego powyższe sugestie i wypowiedzi nie są zgodne ani z prawdą historyczną, ani też nauczaniem katolickim.

     

    Po pierwsze bowiem, w Tradycji Kościoła znajdowały się wypowiedzi i akty wspierające karanie śmiercią za czynny homoseksualizm. Jednym z tego przykładów są dwie bulle autorstwa papieża św. Piusa V: „Cum Primum” oraz „Horrendum illus scelum”. W tych dokumentach tenże święty papież nakazał wydawanie winnych homoseksualnych postępków duchownych władzom cywilnym, by stosowały wobec takowych takie same kary, jakie ówczesne prawo przewidywało za owe grzechy popełniane przez osoby świeckie. A przypomnijmy, że wówczas częstą karą – również w państwach katolickich – za akty homoseksualne była właśnie kara śmierci.

    I nie twierdzę teraz, że każdy katolik z pewnością musi zgadzać się z karaniem śmiercią czynnych homoseksualistów i lesbijek. Wspomniane bulle św. Piusa V jako takie miały bowiem charakter raczej dyscyplinarny, a nie stricte doktrynalny, przez co jako takie nie zobowiązywały katolików do automatycznego uznawania ich za słuszne. Nie mniej jednak, jest historycznym faktem, iż w Tradycji Kościoła miały miejsce czyny i wypowiedzi wspierające karanie śmiercią za sodomię. Można się z tym nie zgadzać, ale należy wówczas uczciwie zmierzyć się z tym historycznym faktem.

     

    Po drugie: kompletną bzdurą jest twierdzenie Tomasza Terlikowskiego, jakoby katolicka lektura Pisma świętego „nigdy” nie polegała na jego „literalnym odczytywaniu”. Jest bowiem niemal dokładnie odwrotnie. Tradycyjnie katolicka wykładnia Biblii zazwyczaj (choć nie zawsze) opiera się na jej dosłownym rozumieniu. Święty Tomasz z Akwinu nauczał, iż: „Wszystkie rodzaje sensu Pisma świętego powinny się opierać na sensie dosłownym” (Summa theologiae, I, 1, 10 ad 1). Papież Leon XIII potwierdził tę zasadę w swej encyklice „Providentissimus Deus”, gdzie uczył, co następuje:

    Niech on [współczesny komentator] jednak z tego powodu nie sądzi, że ma drogę zamkniętą do posuwania się dalej w badaniu i wyjaśnianiu, a tym bardziej, gdy znajdzie się do tego słuszna przyczyna, – byle tylko szedł sumiennie za ową regułą, rozumnie przez św. Augustyna postawioną, a mianowicie, że należy jak najmniej odstępować od sensu literalnego i niejako właściwego, chyba że jakiś powód nie pozwoli go zatrzymać lub konieczność zmusi do opuszczenia go [Św. Aug., De Gen. ad litt. VIII, 7, [13].]. Tej reguły tym mocniej należy się trzymać, im większe jest niebezpieczeństwo pobłądzenia przy tak wielkim pożądaniu nowości i wolności zdań„ (Podkreślenie moje – MS).

    Również Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie numer 116 powtarza wskazaną wyżej zasadę św. Tomasza z Akwinu, iż: „Wszystkie rodzaje sensu Pisma świętego powinny się opierać na sensie dosłownym„.

    Jednym z bardziej dobitnych przykładów tego, iż Magisterium i Tradycja Kościoła wykłada Pismo święte w sposób literalny, jest choćby dogmat o Rzeczywistej i Substancjalnej Obecności Ciała i Krwi Pana naszego Jezusa Chrystusa w konsekrowanych Hostiach. To dogmatyczne nauczanie jest oczywiście dosłownym i literalnym rozumieniem następujących słów z Ewangelii św. Mateusza: „Jezus wziął chleb i odmówiwszy błogosławieństwo, połamał i dał uczniom, mówiąc: «Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje». Następnie wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie, dał im, mówiąc: «Pijcie z niego wszyscy, bo to jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów” (tamże: 26, 26-28). A podobnych przykładów literalnej interpretacji Pisma św. jaką daje nam Magisterium Kościoła jest o wiele, wiele więcej.

    Warto zresztą zauważyć, iż pan Terlikowski de facto popada w sprzeczność sam ze sobą, gdy pisze, iż Pisma świętego „nigdy” nie należy traktować literalnie. Gdyby bowiem tak było, to również w kwestii potępienia przez Biblię aktów homoseksualnych (które wspomniany redaktor wszak też piętnuje) należałoby uciekać się do niedosłowności  wskazując zarazem, że przecież owe potępienie było formułowane w kontekście innych czasów, innej kultury i innych zwyczajów (jak czyni to zresztą wielu teologów). Tradycja i Magisterium Kościoła od wieków rozeznaje jednak biblijne potępienia homoseksualizmu w sensie dosłownym i uniwersalnym, a nie symbolicznym czy też kulturowo relatywistycznym. Niech się więc Tomasz Terlikowski zdecyduje, albo Biblii rzeczywiście nie należy „nigdy” interpretować literalnie, a wówczas jego publicystyczne batalie przeciwko sodomii można schować do buta, albo jednak Pismo święte częściej niż mu się to wydaje trzeba wykładać dosłownie.

  4. Czy żony powinny być posłuszne mężom?

    Leave a Comment

    Boża zasada mówiąca o tym, iż to mąż jest głową rodziny, a w związku z tym żona powinna mu okazywać posłuszeństwo, jest współcześnie także w środowiskach katolickich, bardzo często negowana, lekceważona, albo przynajmniej mocno relatywizowana. Przyjrzyjmy się zatem niektórym z aspektów tej zasady oraz sposobom, za pomocą których jest ona podważana.

    Jednym z najczęściej używanych argumentów przeciwko posłuszeństwu żony wobec męża jest twierdzenie, jakoby owo biblijne nauczanie było produktem patriarchalnej i ukierunkowanej na mężczyzn kultury, w ramach której spisywane i tworzone było Pismo święte. Jest to jednak typowe, aż do nudności, relatywizowanie nauczania Biblii, za pomocą którego można unieważnić dosłownie każde z zapisanych w niej przykazań, prawd i pouczeń. Choć owszem nie można zaprzeczyć temu, iż w treści Pisma święte znajdują się pewne odwołania do kultury i pojęć czasów, w których było ono spisywane, to tym nie mniej zapisane w tej Księdze rzeczy nie są po prostu zapisem historii obyczajów tamtych czasów, ale stanowią Boże Słowo dane ku pouczenia wszystkim ludziom wszystkich czasów. Biblijna zasada posłuszeństwa żony wobec męża jest tak samo Bożym pouczeniem, jak znajdujące się tam zakazy zabijania niewinnych, cudzołożenia, oszukiwania, etc. Jak mówi Pismo święte samo o sobie:

    Wszelkie Pismo od Boga natchnione [jest] i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości – aby człowiek Boży był doskonały, przysposobiony do każdego dobrego czynu” (2 Tm 3, 16);

    Słowo Pańskie – to słowo szczere, wypróbowane srebro, bez domieszki ziemi siedmiokroć czyszczone” (Ps 12, 7);

    Niebo i ziemia przeminą, a moje słowa nie przeminą” (Łk 21, 33).

    Innym ze sposobów podważania omawianej zasady jest próba faktycznego jej unieważnienia za pomocą stronniczej interpretacji jednego zdania z listu do Efezjan, w którym to św. Paweł Apostoł opisując relacje pomiędzy mężem a żoną stwierdza: „Bądźcie sobie wzajemnie poddani w bojaźni Chrystusowej!” (tamże: 5, 21). Wielu próbuje dowodzić za pomocą tego fragmentu, iż rzekomo w ten sposób Pismo św. unieważnia regułę posłuszeństwa żony mężowi, gdyż z owego wersetu ma wynikać, że mąż ma być też posłuszny żonie. Skoro więc oboje małżonkowie mają być sobie poddani to ma oznaczać, że nie ma żadnego „pierwszeństwa w posłuszeństwie”, które należało by się mężowi od żony. Ta interpretacja jest jednak słaba, choćby z tego powodu, iż istnieje wiele tekstów biblijnych, w których wzywa się żony do posłuszeństwa mężom oraz pochwala się tę cnotę (np. Tt 2, 5; 1 P 3, 1-2; 1 P 3, 5-6). Co więcej, w Piśmie św. to mąż, a nie żona jest nazywany głową kobiety (1 Kor 11, 3), a to przynajmniej sugeruje zasadę, iż to mąż ma być swego rodzaju „kierownikiem” rodziny podejmując najważniejsze i kluczowe dla niej decyzje. Gdyby rodzina miała dwie głowy, to można by rozumieć słowa o „wzajemnym poddaniu się” w sensie braku „pierwszeństwa w posłuszeństwie”. Ale skoro rodzina ma tylko jedną głowę, a nie dwie i tą głową jest mąż, a nie żona, to płynie z tego dość prosty wniosek, iż „pierwszeństwo w posłuszeństwie” przysługuje właśnie mu. Co więc może oznaczać „wzajemne poddanie się w bojaźni Chrystusowej” małżonków? Cóż, nie jest to zbyt trudne do wyjaśnienia. Otóż, w życiu małżeństwa i rodziny nieraz może dochodzić do sytuacji, gdy miłość nakazuje mężowi, by był uległy słusznym oczekiwaniom swej żony. Na przykład żona może być w danym czasie chora, a mąż ma wówczas ochotę na seks. W takiej sytuacji mąż powinien być poddanym żonie i nie domagać się od niej cielesnego obcowania. Inny przykład, żona może być bardzo zmęczona i prosić męża, by umył naczynia. I w tym wypadku, mąż powinien spełnić życzenie swej żony. Ale te i inne przypadki, w których dobrze jest, gdy mąż okazuje swej żonie pewną uległość, nie zmieniają generalnej zasady, iż to on, a nie żona jest głową rodziny i to niego do należy ostatnie słowo w kluczowych sprawach tyczących się domu.

    Oczywiście, zasada posłuszeństwa żony mężowi nie usprawiedliwia spełniania przez żonę wszelkich choćby i ewidentnie niemoralnych zachcianek męża – mąż np. nie ma prawa nakazać żonie okłamywać swych bliźnich, a gdyby coś takiego polecił jej czynić, to ona „powinna słuchać raczej Boga niż ludzi” (Dz 5, 29). Mąż nie powinien też traktować swej żony w sposób, który potocznie przypisywany jest sposobowi odnoszenia się panów do niewolników czy sług. Nie należy więc ze swej mężowskiej władzy czynić swego rodzaju tyranii, odnosząc się do żony w sposób wyniosły, opryskliwy, pogardliwy czy okrutny. Warto w tym kontekście zacytować nauczanie papieża Piusa XI wyrażone w encyklice „Casti connubii”

    W społeczności domowej, wzmocnionej węzłem miłości, winien koniecznie zakwitnąć czynnik, nazywany przez św. Augustyna porządkiem miłości. Porządek ten obejmując tak pierwszeństwo męża przed żoną i dziećmi, jak i skora, wolna od niechęci uległość i podporządkowanie się żony. To poleca Apostoł w tych słowach: „Żony niechaj będą poddane swym mężom, jako Panu. Albowiem mąż jest głową żony, jako Chrystus jest głową Kościoła” (Efez., V, 22-23). To zaś podporządkowanie się, bynajmniej nie zaprzecza i nie znosi tej wolności, która niewieście słusznie przysługuje na podstawie godności ludzkiej i ze względu na zaszczytne obowiązki małżonki, matki i towarzyszki. Nie zobowiązuje ją też ono do posłuszeństwa dla jakichkolwiek zachcianek męża, mniej zgodnych z rozsądkiem i jej kobiecą godnością, nie stawia jej też na równi z osobami, które prawo uważa za małoletnie i którym dla braku dojrzałego sądu i życiowego doświadczenia odmawia się wolnego wykonywania praw osobistych, lecz zakazuje wolności przesadnej, zaniedbującej dobro rodziny; nie dopuszcza się również do tego, aby w ciele rodziny było oderwane serce od głowy, z ogromną szkodą dla całości ciała i z niebezpieczeństwem bliskiej jego zagłady. Gdy bowiem mąż jest głową rodziny, żona jest jej sercem, i jak mąż posiada pierwszeństwo rządów, tak żona może i powinna zagarnąć dla siebie pierwszeństwo miłości, jako jej się należące.

    Stopień i sposób podporządkowania się żony wobec męża może być różny, zależnie od okoliczności w stosunku do osób, miejsc i czasu. Jeżeli mąż swoje obowiązki zaniedbuje, wtedy jest to nawet powinnością żony zastąpić go w rządzie rodziny. Jednakże nigdy i nigdzie nie wolno obalać lub naruszać zasadniczej budowy rodziny i jej podstawowego prawa, postanowionego i zatwierdzonego przez Boga. O stosunku i porządku, jaki zachodzić powinien między mężem a żoną, naucza z przedziwną mądrością ś.p. Nasz Poprzednik Leon XIII we wspomnianej już swej Encyklice o małżeństwie chrześcijańskim: „Mąż jest przełożonym rodziny i głową niewiasty. Żona, ponieważ jest ciałem z ciała i kością z jego gośći, ma być mężowi posłuszną, jednak nie na sposób służącej, lecz towarzyszki, tak mianowicie, aby jej posłuszeństwo nie przyniosło ujmy ani uczciwości ani jej godności. I w tym, który przewodzi, i w tej, która słucha, ponieważ oboje mają przedstawiać obraz – on Chrystusa, ona Kościoła – niech przewodniczką wzajemnych obowiązków będzie zawsze Boża miłość” (Encyklika „Arcanum”, 10 luty 1880).

     

    Czy jednak zasada uległości żony wobec męża nie deprecjonuje kobiety czyniąc z niej istotą nierówną mężczyźnie. Co można odpowiedzieć na ten argument?

    Otóż, zacznijmy od tego, że już sam przykład Świętej Rodziny (to znaczy ziemskiego bytowania św. Józefa, błogosławionej Marii Panny i Pana Jezusa) przeczy założeniu, jakoby okazywanie komuś posłuszeństwa czyniło z osoby posłusznej i uznającej czyjeś zwierzchnictwo osobą gorszą. W ramach Świętej Rodziny to bowiem Pan Jezus odznaczał się największą, bo wszak boską godnością i naturą, a jednak był On posłuszny oraz poddany swym ziemskim rodzicom (Łk 2, 51). Po Jezusie zaś najwyższą godnością obdarzona została Jego Matka, a jednak to nie Ona, ale św. Józef został ustanowiony głową i kierownikiem Świętej Rodziny. To do niego, a nie Najświętszej Marii Panny Bóg za pośrednictwem Anioła zwracał się z konkretnymi wskazówkami, co ów miał czynić z Maryją i Dzieciątkiem (Mt 2, 13 – 20). To też św. Józef, a nie Najświętsza Panna nadaje – zgodnie z żydowskim zwyczajem – imię Dziecięciu. W modlitwach zaś Kościoła św. Józefa nazywa się „Głową Najświętszej Rodziny” oraz tym, którego „Bóg ustanowił Panem nad swoim domem”.

    Czy można jednak powiedzieć, iż kobiety nie są równe mężczyznom? Otóż tak, ale to samo można rzecz w odwrotnym kierunku, to znaczy: mężczyźni także nie są równi niewiastom. Ba, można takie rozważania ciągnąć dalej i wskazywać na różne nierówności występujące w zależności od innych czynników: wieku, środowiska, w którym się urodziliśmy oraz wychowaliśmy, itd. Po prostu, ogólnie rzecz biorąc ludzie są przez Boga obdarowani w nierównym stopniu różnymi zdolnościami i tendencjami. Jedne osoby są lepsze w tym, a gorsze w tamtym i tak też jest pomiędzy mężczyznami a niewiastami. Na przykład, mężczyźni zwykle są bardziej predysponowani do wykonywania bardzo ciężkiej pracy fizycznej, sprawowania funkcji kierowniczych, uprawiania sportu, kobiety zaś lepiej nadają się do – zwłaszcza bardziej bezpośredniej – opieki nad dziećmi, pielęgnowania chorych oraz innych prac i zajęć wymagających większej delikatności, okazywania emocjonalnej czułości, etc. I z tych też naturalnych różnic i nierówności pomiędzy płciami wynika to, że mężczyźni w większym stopniu niż kobiety nadają się na budowlańców, żołnierzy, kierowników firm oraz na głowy rodzin, a już w mniejszym na pielęgniarzy, „przedszkolanki”, itp.

    Powyższe jednak nie przeczy równości kobiet i mężczyzn w znaczeniu fundamentalnym. Wskazane wyżej nierówności nie tyczą się bowiem samej istoty ludzkiej godności oraz fundamentalnych praw i obowiązków z niej wynikających. Te nierówności obejmują kwestie poboczne, można by powiedzieć drugorzędne. Oczywiście zaś, kobiety są równe mężczyznom w tym sensie, iż zostały stworzone przez Boga, tak jak mężczyźni zostały one odkupione przez Chrystusową mękę, oraz są wezwane do prowadzenia świętego życia i osiągnięcia zbawienia wiecznego. A to, że nie mają one takich samych zdolności co mężczyźni do podnoszenia ciężarów czy kierowania losami swej rodziny, nie czyni z nich istot gorszych, gdyż nie na takich zdolnościach zasadza się ludzka godność. Na czym polega autentyczna równość pomiędzy ludźmi pięknie nauczał papież Leon XIII w encyklice „Quod apostolici muneris”:

    według dokumentów Ewangelii równość ludzi polega na tym, że posiadają wszyscy tę samą naturę, są powołani do najwznioślejszej godności synów Bożych i mając wszyscy wyznaczony ten sam cel, będą pojedynczo sądzeni według tego samego prawa, otrzymując według zasług karę lub nagrodę. Nierówność zaś prawa i władzy pochodzi od samego Twórcy natury” .

     

    Nota od redakcji: Powyższy artykuł został wcześniej opublikowany na portalu Fronda.pl: https://www.fronda.pl/a/z-ambony-strzeleckiej-salwowskiego-czy-zony-powinny-byc-posluszne-mezom,123333.html

  5. Kamienowanie cudzołożników i cudzołożnic było dobre, mądre oraz sprawiedliwe

    Leave a Comment

     

    Jednym z bardziej kontrowersjnych aspektów Starego Testamentu jest fakt, iż zawarte w nim Prawo Mojżeszowe nakazywało karać śmiercią za grzech cudzołóstwa (czyli niewierności małżeńskiej). Pośród praw i przykazań, jakie Bóg dał Mojżeszowi zawarte jest wszak następujące polecenie:

    Ktokolwiek cudzołoży z żoną bliźniego, będzie ukarany śmiercią, i cudzołożnik i cudzołożnica (Kpł 20, 10).

    Jeśli znajdzie się człowieka śpiącego z kobietą zamężną, oboje umrą: mężczyzna śpiący z kobietą i ta kobieta. Usuniesz zło z Izraela (Pwt 22, 22).

    Jako, że w naszym kręgu kulturowym niewierności małżeńskiej nie karze się śmiercią od paruset lat, a od jakichś 20 do 50 lat zrezygnowano z jakichkolwiek sankcji karnych względem tego występku, w naturalny sposób nie utożsamiamy cudzołóstwa z czymś, co powinno być represjonowane przez władze cywilne. A co dopiero w takim razie mówić o wymierzaniu za ów czyn najsurowszej ziemskiej kary, jaką jest śmierć? W poniższym artykule zamierzam udowodnić, iż:

    1. Starotestamentowe prawo nakazujące karać śmiercią za cudzołóstwo było Bożym, a nie ludzkim zamysłem.

    2. Zwłaszcza w czasach Starego Testamentu było to prawo dobre, mądre i sprawiedliwe.
    3. Pan nasz Jezus Chrystus uwalniając cudzołożną kobietę od kary śmierci (J 8, 1 – 11) nie zamierzał pokazać, iż rzeczone prawo starotestamentowe było złe, Jego Ojciec ustanawiajac je się pomylił i w przyszłości nikt nie będzie miał absolutnie żadnego uprawnienia do karania w ten czy inny sposób cudzołóstwa.

    4. Nawet po nastaniu czasów Nowego Testamentu nie można powiedzieć, iż karanie śmiercią cudzołóstwa jest zawsze złe czy zawsze niewłaściwe.

    A zatem:

    Ad. 1. Prawo polecające karanie śmiercią za zdradę małżeńską nie było wymysłem jakichś prymitywnych ludów pustynnych, ale stanowiło zamysł Boga. To nie Żydzi wpadli na ten pomysł, a później przypisali swe fantazje Bogu, ale to Bóg nakazał im to czynić. Dowodem na to jest fakt, iż w Księdze Kapłańskiej omawiane prawo poprzedzone jest słowami: „Dalej Pan mówił do Mojżesza … (Kpł 20, 1). Z kolei, w Księdze Powtórzonego Prawa część, w której spisany jest nakaz karania śmiercią cudzołóstwa kończy się stwierdzeniem: „Dziś Pan, Bóg twój, rozkazuje ci wykonać te prawa i nakazy. Przestrzegaj ich, wypełniaj z całego swego serca i z całej duszy” (Pwt 26, 16). To więc nie Mojżesz albo inny Żyd ubzdurał sobie, iż niewierność małżeńska ma być karana śmiercią, ale sam Pan Bóg przekazał mu to polecenie. Bóg ze swej istoty nie mógł się zaś mylić czy nakazywać czynienia czegoś co było zawsze i wszędzie złe. Jak bowiem mówi Pismo święte: „Nikomu  nie przykazał On być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć” (Syr 15, 19-20).

    Pius XII wykładał tę prawdę w następujący sposób:

    Przede wszystkim trzeba jasno stwierdzić, żadna ludzka władza (…) nie może wydać pozytywnego upoważnienia do nauczania lub czynienia tego, co byłoby wbrew religijnej prawdzie lub dobru moralnemu (…) Nawet Bóg nie mógłby dać takiego pozytywnego przykazania lub upoważnienia, gdyż stałoby to w sprzeczności z Jego absolutną prawdą i świętością” (Przemówienie „Ci resce”, podkreślenie moje – MS).

    Starotestamentowe prawo nakazujace karanie cudzołóstwa śmiercią było więc prawem mądrym, dobrym i sprawiedliwym, gdyż w rzeczy samej nie mogło być innym, skoro pochodziło ono od Boga. Katechizm Soboru Trydenckiego potwierdza zresztą, iż owe prawo było Bożego autorstwa:

    Bo i w starym Zakonie Pan Bóg był rozkazał  kamieniować cudzołożników: i wszystkie niemal prawa pospolite cudzołożników na gardle karzą.

    Ktoś powie może jednak, iż prawo nakazujące karanie śmiercią za cudzołóstwo było takim samym prawem, jak zgoda Mojżesza na rozwody, ktora została udzielona Żydom nie dlatego, jakoby rozwodzenie się było czymś dobrym i sprawiedliwym, ale po to, by ustrzec ową społeczność od popadania w jeszcze większe zło (jakim np. mogło by być wówczas zabijanie żon, z którymi nie chciałoby się dalej przebywać). Nie jest to jednak trafna analogia, gdyż jak uczył Pan Jezus prawo o rozwodzie było zezwoleniem na ów czyn, a nie rozkazem czy poleceniem jego dokonania. Chrystus mówi wszak:

    Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony, lecz od początku tak nie było (Mt 19, 8).

    Zauważmy, że Zbawiciel nie mówi tu, iż Mojżesz nakazał rozwodzenie się czy też je pochwalał, ale że na nie tylko zezwalał. Jest zaś zasadnicza różnica pomiędzy zezwalaniem na coś, a nakazywaniem czy pochwalaniem czegoś. Dobry prawodawca może dla uniknięcia większego zła pozwalać na popełnianie mniejszego zła, ale nie może go nakazywać, pochwalać czy do niego zachęcać. Uczy o tym Magisterium Kościoła:

    Podczas, gdy Kościół zapewnia prawa tylko temu co prawdziwe i czcigodne, to jednak nie sprzeciwia się tolerancji, którą władza publiczna, aby uniknąć większego zła albo osiągnąć bądź zachować większe dobro, uznaje za stosowną praktykować ze względu na pewne rzeczy stojące w opozycji do prawdy i sprawiedliwości (Leon XIII, „Libertas praestantissumum”).

    Tymczasem prawo karzące cudzołożników i cudzołożnice śmiercią było właśnie nakazem, a nie tylko zezwoleniem.

     

    Ad. 2. Choć kara śmierci za cudzołóstwo może nam się wydawać okrutna i niemiłosierna, to Bóg znał lepiej niż my okoliczności czasów oraz miejsca, w których ustanowił On to prawo. Stopień surowości danych sankcji karnych może być różny, w zależności od uwarunkowań historycznych i kulturowych, w których owe prawa funkcjonują. Na przykład, surowiej karze się różne przestępstwa w czasie wojny, a łagodniej podczas pokoju – i nie ma w tym niczego złego. Inaczej karze sie dzieci, a inaczej osoby dorosłe – i w tym też nie ma niczego niewłaściwego. Większa kara należy się za kradzież chleba w sytuacji plagi głodu, a mniejsza wówczas, gdy żywności jest pod dostatkiem i taka kradzież nie zdecyduje o tym, iż ktoś będzie przez następne kilka dni głodował. Okoliczności historyczno-kulturowe czasów i miejsca, w których Bóg nakazał karanie śmiercią cudzołóstwa były zaś takie, iż Żydzi żyli wówczas otoczeni przez pogańskie i bardzo zdeprawowane (również w sferze seksualnej) narody. Dla sąsiadujących z Izraelem ludów niczym dziwnym nie były takie ohydne praktyki jak homoseksualizm, zoofilia, pedofilia oraz sakralna prostytucja. Roztropne więc i madrę było temperowanie skłonności Żydów do przejmowania różnych pogańskich obyczajów za pomocą bardziej surowych sankcji karnych.

     

    Ad. 3. Zachowanie Pana Jezusa względem cudzołożnej kobiety wielu przedstawia w taki sposób, jakby chciał On pokazać, iż nie zgadzał się ze zbytnią surowością Swego Ojca, a Swój przykład miłosierdzia wobec grzeszników przeciwstawiał okrucieństwu i srogości praw Starego Przymierza. Jest to jednak perspektywa całkowicie błędna, gdyż Jezus był całkowicie oddany woli Swego Ojca (J 5, 30), stanowi Jego doskonały Obraz (Kol 1, 15), a ponadto sam jest Słowem (J 1, 14), które Bóg Ojciec wypowiedział również w Starym Testamencie. Jeden ze starożytnych dokumentów kościelnych, jakim są Konstytucje Apostolskie wprost mówi o Jezusie jako tym, który „wziął ogień i spuścił go na Sodomę” (tamże: V: 20, 5), a także pisze o Nim następująco:

    Jego ujrzał Jozue, syn Nawego, jako uzbrojonego wodza zastępów Pana i swego sprzymierzeńca w wyprawie na Jerycho (tamże: V: 20, 7)

    Możemy więc być na więcej niż 100 procent pewni, że Pan Jezus nie miał absolutnie nic przeciwko woli Swego Ojca, wyrażonej w Prawie Mojżeszowym, a którą było karanie cudzołóstwa śmiercią. Dlaczego więc Chrystus doprowadził do zaniechania wykonania kary śmierci na cudzołożnej kobiecie? Możliwych i wiarygodnych przyczyn tego stanu rzeczy jest kilka:

    a) Prawo nakazujace karanie śmiercią różnych grzechów (w tym cudzołóstwa) było Bożym prawem, ale przez samego Boga nie było traktowane jako przepis, który nie zna absolutnie żadnych wyjątków. W pewnych okolicznościach również w Starym Testamencie Bóg odstępował od karania śmiercią sprawców przestępstw zagrożonych tą sankcją. Przykładowo, mimo że Kain zamordował swego brata Abla, Bóg polecił, by żaden z ludzi nie czyhał na jego życie ( Rdz 4, 15) – zasadniczo jednak mordercy byli z nakazu Bożego karani śmiercią (Rdz 9, 6). Król Dawid popełnił nawet dwa grzechy, za które Prawo Mojżeszowe rozkazywało ich sprawców uśmiercać (a mianowicie dopuścił się cudzołóstwa i morderstwa), ale pomimo tego faktu Bóg posłał do Dawida swego proroka, by ten go zganił, a także zapowiedział śmierć jego syna (2 Sm 1 – 14), ale jego samego jako sprawcę tych obrzydliwości nie nakazał ukarać śmiercią. Jeszcze innym przykładem takiego nie-absolutnego podejścia Boga do kary śmierci za różne grzechy jest fakt postępowania pobożnego króla Asy, który co prawda pozbawił swą matkę godności królowej-matki za to, że ta uczyniła bożka ku czci Aszery, jednak nie polecił jej za to uśmiercić ( 1 Krl 15, 13) mimo, że Prawo Mojżeszowe nakazywało coś takiego karać śmiercią (Pwt 17, 2-5). W Piśmie świętym nie czytamy jednak o tym, by Asa został skarcony przez Boga za zbytnią łagodność w tej kwestii.

    Skoro więc nawet w Starym Testamencie Bóg czynił wyjątki od swego przykazania karania śmiercią, to i w Nowym Testamencie mógł coś takiego uczynić.

    b) W czasie ziemskiego życia Pana Jezusa Żydzi znajdowali się pod obcym panowaniem nie mogli sami orzekać i wykonywać wyroków śmierci.  Gdyby więc Chrystus wziął udział w kamienowaniu cudzołożnicy, dopuściłby się złamania prawa i samosądu. Jezus co prawda był Bogiem i jako Boga nie krępowały Go prawa stanowione przez ludzi, ale zgodził się być też Człowiekiem, a co się z tym wiąże, przystał też na posłuszeństwo tym z ludzkich praw, które jako takie nie stanowiły nieposłuszeństwa wobec Boga.

    c) Intencje faryzeuszy, którzy przyprowadzili do Jezusa cudzołożną kobietę nie były czyste. Pismo święte zaświadcza bowiem, że uczynili to „wystawiając Go na próbę, aby mieć o co Go oskarżyć” (J 8, 6). Poza tym, można zadać pytanie, co się stało ze wspólnikiem grzechu tej kobiety, czyli cudzołożnym mężczyzną? Przecież Prawo Mojżeszowe nakazywało karać śmiercią tak mężczyznę jak i kobietę przyłapanych na tym występku (Pwt 22, 22). Skoro udało się do Jezusa przyprowadzić kobietę przyłapaną na cudzołóstwie, dlaczego nie uczyniono tego w stosunku do mężczyzny?

    Powyższe okoliczności wskazują więc na to, iż faryzeuszom bardziej chodziło o złośliwe przyczepienie się do Pana Jezusa aniżeli o sprawiedliwe i zgodne z Prawem Mojżeszowym ukaranie cudzołóstwa.

    d) Pan Jezus jako Bóg znał serce i przyszłość owej cudzołożnej kobiety. Wiedział, że szczerze się ona nawróci i da później przykład gorliwej pokuty za popełnione przez siebie grzechy (to mówią na ów temat różne źródła).  A skoro tak, to wiedział też, że większym dobrem w tym konkretnym wypadku będzie darowanie jej życia aniżeli jej uśmiercenie. Można to porównać do sytuacji, w której z jakichś  powodów wiedzielibyśmy, iż dany morderca w przyszłości się nawróci, będzie ostrzegał wielu innych ludzi, by nie podążali jego drogą, przez co odwiedzie wielu od naśladowania swego dawnego złego przykładu. Co by było lepsze w takiej sytuacji? Skazanie go na śmierć i wykonanie na nim wyroku,czy może jednak pozwolenie, by dalej żył i dawał dobry przykład tysiącom ludzi? Oczywiście, że lepszym rozwiązaniem byłoby darowanie życia takiemu człowiekowi. Problem polegałby tylko na tym, że my ludzie zwykle nie możemy znać przyszłości w takich wypadkach, co jednak nie było dla Chrystusa jako Boga trudnością.

     

    Ad. 4. Choć osobiście jestem przekonany, iż w czasach współczesnych lepiej jest preferować łagodniejsze niż śmierć kary za cudzołóstwo, to nie jestem w stanie potępić tych spośród władców, którzy po głębokim namyśle doszli do wniosku, że w swych krajach będą represjonować ów występek nawet w tak surowy sposób. Nie można bowiem wykluczyć wystąpienia podobnych co w Starym Testamencie okoliczności, które upoważniałyby do surowszego karania takich grzechów. Prawa karno-cywilne Starego Przymierza co prawda nie obowiązują chrześcijańskich władców w sensie bardziej ścisłym, ale też nie są im zakazane. W wielu katolickich państwach cudzołóstwo było zagrożone karą śmierci przez wiele wieków i Kościół przeciwko temu nie oponował ani nie protestował.

     

     

     

     

  6. Zabicie prezydenta Narutowicza było haniebnym morderstwem

    Leave a Comment

    Dziś mija 95-rocznica zabicia przez Eligiusza Niewiadomskiego pierwszego legalnie wybranego prezydenta II RP Gabriela Narutowicza. Nie jest większą tajemnicą, iż mimo upływu długiego czasu, który to dawał szansę na krytyczną refleksję względem tego czynu, w kręgach radykalnej prawicy wciąż trudno jest o jasne i jednoznaczne jego potępienie. Ba, nadal pojawiają się tam głosy mniej lub bardziej sprzyjające Niewiadomskiemu i popełnionej przez niego zbrodni. Przykładowo, popularny wśród polskich narodowców i związany niegdyś z Narodowym Odrodzeniem Polski, rockowy zespół „NaRa” wydał piosenkę na cześć mordercy prezydenta Narutowicza pod znamiennym tytułem „Niewiadomski. Święta misja. Święty cel”. Z kolei, do dziś na stronie internetowej łódzkiej brygady ONR można przeczytać przychylny, wręcz „laurkowy” wobec tego człowieka tekst.

    Z tych powodów, warto jasno podkreślić, iż zabicie prezydenta Narutowicza było godnym potępienia aktem ohydnego morderstwa. W wypadku tej sprawy nie mamy do czynienia absolutnie z żadną przesłanką, która mogła by choćby tylko w nieznaczny sposób uprawdopodobniać usprawiedliwienie dla tego uczynku. Nawet wszak zabicie tyrana jest moralnie dozwolone tylko w ostateczności i to nie ma mocy swego prywatnego rozeznania, ale z upoważnienia jakiegoś autorytetu publicznego. Normalnym zaś sposobem odnoszenia się do złych władców jest okazywanie im szacunku przy jednoczesnym biernym opieraniu się ich nakłaniającym do grzechu rozkazom. Papież Leon XIII jako wzór stawiał wszak przykład pierwszych chrześcijan w tym względzie:

    Pierwsi chrześcijanie postawili nam pod tym względem wzór znakomity; z największą niesprawiedliwością i okrucieństwem prześladowani przez pogańskich cesarzy, nigdy nie przestali się zachowywać posłusznie i ulegle; wydawało się wprost, iż tamtych srogość chcą przemóc własną pokorą (…) Inna sprawa była, gdy cesarze przez swoje dekrety lub pretorzy przez swoje groźby chcieli ich zmusić do sprzeniewierzenia się wierze chrześcijańskiej lub innym obowiązkom: w takich chwilach woleli zaiste odmówić posłuszeństwa ludziom niż Bogu. Wszakże i w podobnych okolicznościach dalecy byli od tego, aby jakikolwiek wszczynać bunt i majestat cesarski obrażać,a jednego tylko żądali, aby wolno im było swoją wiarę otwarcie wyznawać i być jej niezachwianie wiernymi. Poza tym nie myśleli o żadnym buncie, a na tortury szli tak spokojnie i ochoczo, że wielkość ich ducha brała górę nad wielkością zadawanych im mąk”[1].

    Tymczasem prezydent Narutowicz nie był ani złym władcą ani tym bardziej tyranem. Sprawował on wszak urząd prezydencki zdecydowanie za krótko, by móc o nim cokolwiek w tym względzie powiedzieć. Nie można zaś kogoś zabijać tylko na podstawie własnych przypuszczeń co do tego, w jaki sposób może potoczyć się przyszłość danego człowieka. Biorąc pod uwagę znajomość historii jest skrajnie wątpliwe, by prezydent Narutowicz stał się jakimkolwiek tyranem. To zaś, człowiek ten był agnostykiem nie upoważniało nikogo do jego zabicia. Pierwsi chrześcijanie wszak jako obywatele podlegali władzy pogan, a jednak żaden z nich nie podnosił z tego tytułu ręki na swych władców. W tym kontekście warto przypomnieć też postawę biskupa św. Cezarego z Arles wobec jego, wyznającego ariańską herezję króla Alaryka:

    Pouczał nieustannie Kościół, zarówno tam, jak i w każdym innym miejscu, aby oddać Bogu, co Boże, a Cezarowi, co Cezarowe. oraz zgodnie z nauką Apostoła okazywać posłuszeństwo królom i władzom, gdy nakazują rzeczy sprawiedliwe, natomiast mieć w pogardzie niegodziwość wiary ariańskiego władcy” [2].

    Zabicie prezydenta Narutowicza nie różniło się zatem wiele od zabicia króla Ludwika XVI przez Jakobinów czy cara Mikołaja II przez bolszewików i w podobny sposób powinno być oceniane.

     

    Przypisy:

    [1] Patrz: Leon XIII, Encyklika „Diuturnum illud (O władzy politycznej)”, Warszawa 2001, s. 12, 14, 15-16.

    [2] Patrz: Cyprian Firmin, Wiwencjusz, Messjan, Stefan, „Żywot Cezarego z Arles”, Poznań 2006, s. 53 – 54.

  7. Janusz Waluś nie jest bohaterem

    Leave a Comment

    W środowiskach prawicowych co pewien czas podnoszą się głosy mniej lub bardziej sugerujące podziw i uznanie dla Janusza Walusia. Przypomnijmy: człowiek ten to obywatel RPA polskiego pochodzenia, który przed laty został skazany na karę śmierci (zamienioną następnie na dożywocie) za zabicie Chrisa Haniego, niegdysiejszego lidera południowoafrykańskich komunistów. Jakkolwiek bym nienawidził komunizmu, to zdecydowanie nie zgadzam się z apologią Janusza Walusia i jego wiadomego czynu.

    Tradycyjne nauczanie Kościoła jest bowiem jasne w swym potępieniu krwawych samosądów, a zabicie Haniego przez Walusia takim samosądem było. O tej zasadzie uczył chociażby papież Leon XIII w liście „Pastoralis offici” z dnia 12 września 1891 roku:

    Obydwa rodzaje prawa Bożego, zarówno to, które rozpoznajemy w świetle naturalnego rozumu, jak też to, które zostało obwieszczone w księgach spisanych pod Bożym natchnieniem, wyraźnie zakazują, aby nikt poza publiczną sprawą sądową nie pozbawiał kogokolwiek życia, ani go ranił, chyba że został zmuszony do tego koniecznością obrony samego siebie„.

    Być może Chris Hani zasługiwał na śmierć, ale od oceny tego był sąd, który w ewentualnym procesie wysłuchałby argumentów przemawiających za jego obroną, a gdyby skazał go na śmierć, to dałby mu czas na pożegnanie się z rodziną oraz ponowne przemyślenie swych czynów. Janusz Waluś nie został jednak powołany przez Boga na sędziego, a mimo to postanowił pełnić wobec Chrisa Haniego rolę nie tylko sędziego, ale też prokuratora oraz kata w jednej osobie. I nie zmienia tu nic fakt, iż po zniesieniu Apartheidu Hani najpewniej nie stanąłby przed żadnym sądem za swe wcześniejsze czyny. Po prostu od orzekania kary śmierci są sądy, a jeśli w danych okolicznościach historycznych urzędy te pewnych nieprawości już nie karzą to i tak mniejszym złem jest cierpliwe znoszenie zła i złych niż pozwolenie na to, by przez samosądy kraj pogrążał się w wojnie i anarchii.

    Nie można też powiedzieć, iż ów uczynek Janusza Walusia mieścił się w ramach moralnie uprawnionej obrony koniecznej. Chris Hani co prawda we wcześniejszym okresie swego życia angażował się w nielegalną i zbrojną działalność przeciw rządowi RPA, ale akurat w czasie, gdy Waluś podniósł przeciw niemu swą rękę zrezygnował on już z takiej swej aktywności i optował za pokojowymi rozwiązaniami. Poza tym nawet, gdyby Hani wciąż zabijał i ranił swych bliźnich, to obrona konieczna zakłada bezpośredniość odparcia danego ataku. Gdyby Hani w danej chwili zaatakował Walusia lub innych ludzi, to w obronie koniecznej można by było go wtedy zabić lub zranić. Ale wiemy przecież, że nie na tym polegało zabicie Haniego przez Walusia.

    Nie sądzę też, by w obronie Janusza Walusia uzasadnione było odwoływanie się do niektórych biblijnych postaci, które również bez wyroku sądowego zabijały złoczyńców (np. Judyta, Eliasz, Pinchas). Osoby te czyniły to bowiem albo w okolicznościach toczącej się wojny albo też prawdopodobnie w wyniku bezpośredniego Bożego natchnienia. Czyn Walusia został jednak dokonany zasadniczo w czasie pokoju, a on sam nigdy nie twierdził, iż usłyszał głos z Nieba na którego autentyczność dodatkowo miałby mocne dowody, nakazujący mu przelać krew Chrisa Haniego. Jeśli dziś chwalimy więc Janusza Walusia za to co zrobił to jutro konsekwentnie rzecz biorąc powinniśmy też zacząć podziwiać Andersa Breivika za zabicie kilkudziesięciu aktywistów szkodzącej jego krajowi lewicowej partii.

     

    To wszystko nie zmienia jednak tego, iż postulat uwolnienia Janusza Walusia z więzienia wydaje się być zasadny. Człowiek ten bowiem odsiedział już w więzieniu wiele lat, a morderstwo też jest morderstwu nierówne. Co innego wszak zabić dla kilku złotych staruszkę, a co innego skrócić życie sadyście znęcającemu się nad rodziną. Choć oba czyny są naganne moralnie, to jednak ich obrzydliwość nie jest sobie równa i powinno to też mieć wyraz w stopniu surowości kar za nie wymierzanych. Chris Hani z pewnością nie zasługiwał na bycie ofiarą krwawego samosądu (bo nikt na to nie zasługuje), ale nie był też niewiniątkiem, więc kara za jego zabicie winna być prawdopodobnie łagodniejsza. Ale tak czy inaczej Janusz Waluś nie zasługuje na miano bohatera.

  8. „… Abyśmy spokojnie i cicho żyli”

    Leave a Comment

    W Nowym Testamencie znajdujemy następujące pouczenie:

    Polecam więc przede wszystkim zanosić błagania, modlić się, prosić i dzięki czynić za wszystkich ludzi, za królów i wszystkich posiadających władzę, żebyśmy mogli żyć spokojnie i cicho w wielkiej pobożności i uczciwości” (1 Tm 2, 1).

    Widać więc, iż jedną z cech uczniów Pana Jezusa winno być spokojne i ciche życie. I to nawet wówczas, gdy sprawujący władzę bynajmniej nie są chrześcijanami. W czasach wszak, gdy były pisane powyżej zacytowane słowa rządzącymi byli poganami, a jednak Apostołowie nie nawoływali chrześcijan do wszczynania rozruchów, buntów, powstań i tym podobnych ekscesów. Jak uczył nasz narodowy kaznodzieja, ks. Piotr Skarga:

    Nie doznana rzecz, póki chrześcijanom Pan Bóg dawał panów pogańskich, aby im się kiedy Święci Męczennicy mocą bronili, albo na ich urzędników rękę podnieśli i lud burzyli. Znali w nich z Apostołem moc i urząd Boski, i źle a niewinnie rozlewających krew ich czcili, i byli posłuszni tam, gdzie jawnego grzechu w ich rozkazaniu nie było, chociaż z największą szkodą, żalem i utratą majętności i zdrowia swego” [1].

    Taką postawę pierwszych chrześcijan pochwalał i stawiał za wzór papież Leon XIII w encyklice „Diuturnum illud”:

    Pierwsi chrześcijanie postawili nam pod tym względem wzór znakomity; z największą niesprawiedliwością i okrucieństwem prześladowani przez pogańskich cesarzy, nigdy nie przestali się zachowywać posłusznie i ulegle; wydawało się wprost, iż tamtych srogość chcą przemóc własną pokorą (…) Inna sprawa była, gdy cesarze przez swoje dekrety lub pretorzy przez swoje groźby chcieli ich zmusić do sprzeniewierzenia się wierze chrześcijańskiej lub innym obowiązkom: w takich chwilach woleli zaiste odmówić posłuszeństwa ludziom niż Bogu. Wszakże i w podobnych okolicznościach dalecy byli od tego, aby jakikolwiek wszczynać bunt i majestat cesarski obrażać, a jednego tylko żądali, aby wolno im było swoją wiarę otwarcie wyznawać i być jej niezachwianie wiernymi. Poza tym nie myśleli o żadnym buncie, a na tortury szli tak spokojnie i ochoczo, że wielkość ich ducha brała górę nad wielkością zadawanych im mąk”[2].

    Dość retorycznym pytaniem jest więc to, jak do postawy tych naszych znamienitych braci w wierze ma się tak drogi nam Polakom kult powstań narodowych,  estyma dla „Żołnierzy Wyklętych” czy też choćby owa krzykliwość i brak umiaru za pomocą których zwykło się ganić swych przeciwników politycznych czy też tych rządzących, którzy akurat w danym czasie nam nie odpowiadają.

    Oczywiście to nie znaczy, że w takim razie chrześcijanie nie mają prawa opierać się np. niesprawiedliwym prawom ustanawianym przez tę czy inną władzę. Mają ku temu prawo, a nieraz nawet jest to ich obowiązkiem. Jednak – pomijając pewne naprawdę wyjątkowe sytuacje – opór ów powinien cechować się spokojem i cichością. Dobrym przykładem takiego właśnie oporu względem niesprawiedliwości sankcjonowanej przez rządzących jest postawa reprezentowana przez znaną kanadyjską działaczkę „Pro Life” panią Mary Wagner. Ta dzielna, a jednocześnie wręcz emanującą skromnością, pokorą i spokojem niewiasta była już wielokrotnie więziona za próby odwodzenia innych kobiet od aborcji. Mimo to nie popada ona w agresję, nie miota obelgami przeciwko rządowi swego kraju, nie wzywa do jakichś zbrojnych buntów. Przeciwnie, jak skomentował postawę Mary Wagner rozpatrujący jej sprawę sędzia:

    Chcę mocno podkreślić, że podczas procesu Pani zachowanie było nienaganne. Wszelkie komentarze były pełne szacunku i przemyślane. Nie zawsze tak bywa podczas procesów„[3].

    Pamiętając więc o Mary Wagner w modlitwie uczmy się też od niej właściwej formy oporu wobec zła i niesprawiedliwości.

     

    Przypisy:

    1. Cytat za: Ks. Piotr Skarga, „Żywoty Świętych Starego i Nowego Zakonu„, tom II, Petersburg 1862, s. 206.

    2. Patrz: Leon XIII, Encyklika „Diuturnum illud (O władzy politycznej)”, Warszawa 2001, s. 12, 14, 15-16.

    3. Cytat za: Ks. Tomasz Jaklewicz, „Jak obrona Sokratesa„, Gość Niedzielny nr 44/2017.

     

  9. O posłuszeństwie władzy i granicach tego posłuszeństwa

    Leave a Comment

    Katechizm Soboru Trydenckiego:

    Bo jeżeli źli są urzędnicy albo przełożeni, nie ich się złości bojemy, ale onej mocy Boskiej, którą w nich być uważamy, tak, iż (co jest rzecz bardzo dziwna) chociażby nam nieprzyjaciółmi byli i na nas się gniewali się, chociażby najmniej litości w nich nie znać było, jednak co słuszna przyczyna nie jest, czemubyśmy z wielką pilnością im posłuszni być nie mieli, gdyż i Dawid wiele dobrego Saulowi czynił, chociaż on się gniewał, co pokazuje onemi słowy: (Psalm 119). Lecz jeżeliby co niegodziwego i złośliwego rozkazali, więc słuchani w tem być nie mają, ponieważ to nie według onej mocy swej, ale z niesprawiedliwości i z złego umysłu czynią„ [1].

     

    Ks. Piotr Skarga SJ:

    Nie doznana rzecz, póki chrześcijanom Pan Bóg dawał panów pogańskich, aby im się kiedy Święci Męczennicy mocą bronili, albo na ich urzędników rękę podnieśli i lud burzyli. Znali w nich z Apostołem moc i urząd Boski, i źle a niewinnie rozlewających krew ich czcili, i byli posłuszni tam, gdzie jawnego grzechu w ich rozkazaniu nie było, chociaż z największą szkodą, żalem i utratą majętności i zdrowia swego„ [2].

     

    Leon XIII, encyklika „Diuturnum illud”:

    Jeden jest tylko powód uwalniający ludzi od posłuszeństwa, mianowicie gdyby żądano od nich czegoś przeciwnego prawu naturalnemu albo Bożemu, tam bowiem, gdzie zachodzi pogwałcenie prawa natury lub woli Bożej, zarówno sam rozkaz, jak wykonanie go byłoby zbrodnią. (…) 

    A więc pasterze dusz idąc za przykładem Pawła Apostoła, usiłowali z największym naciskiem pouczać ludy, iż powinny „monarchom i władzom być uległe, rozkazów ich słuchać” (Tyt. 3, 1); podobnie modlić się do Boga za wszystkich ludzi, lecz szczególnie  za „królów i za tych, którzy piastują najwyższe godności, to bowiem zaleca nauka Zbawiciela Pana naszego” (1 Tym 2, 1-3). Pierwsi chrześcijanie postawili nam pod tym względem wzór znakomity; z największą niesprawiedliwością i okrucieństwem prześladowani przez pogańskich cesarzy, nigdy nie przestawali zachowywać się posłusznie i ulegle; wydawało się wprost, iż tamtych srogość chcą przemóc własną pokorą. Podobna skromność i niezłomna wola pozostawania wiernymi poddanymi wywierała tak silne wrażenie, iż zaćmić go nie mogły potwarze i złość wrogów (…) Inna sprawa była, gdy cesarze przez swoje dekrety lub pretorzy przez swoje groźby chcieli ich zmusić do sprzeniewierzenia się wierze chrześcijańskiej lub innym obowiązkom: w takich chwilach woleli zaiste odmówić posłuszeństwa ludziom niż Bogu. Wszakże i w podobnych okolicznościach dalecy byli od tego, aby jakikolwiek wszczynać bunt i majestat cesarski obrażać, a jednego tylko żądali, aby wolno im było swoją wiarę otwarcie wyznawać i być jej niezachwianie wiernymi. Poza tym nie myśleli o żadnym buncie, a na tortury szli tak spokojnie i ochoczo, że wielkość ich ducha brała górę nad wielkością zadawanych im mąk„ [3].

     

    Katechizm św. Piusa X:

    Tak, należy przestrzegać wszystkich praw, które są stanowione przez władze świeckie, zgodnie z nakazem i i przykładem, który dał nam nasz Pan Jezus Chrystus, o ile jednak nie są one sprzeczne z prawem Bożym” [4].

     

    Katechizm Kościoła Katolickiego n.1903, 2242:

    Jeśli sprawujący władzę ustanawiają niesprawiedliwe prawa lub podejmują działania sprzeczne z porządkiem moralnym, to rozporządzenia te nie obowiązują w sumieniu. (…)Obywatel jest zobowiązany w sumieniu do nieprzestrzegania zarządzeń władz cywilnych, gdy przepisy te są sprzeczne z wymaganiami ładu moralnego, z podstawowymi prawami osób i ze wskazaniami Ewangelii” [5}.

     

    Kardynał Thomas-Marie-Joseph Gousset

    Na tej to zasadzie ojcowie i pasterze kościoła, ustawnie skłaniali wiernych do płacenia podatków, nauczając ich, że nie można być nigdy nieposłusznym prawom krajowym, chyba gdyby wymagały rzeczy sprzecznych z moralnością i religią, lub były oczywiście niesprawiedliwymi. Na przypadek wątpliwości, należy przechylać się na korzyść prawodawcy i oświadczyć się za prawem” [6].

     

    Ks. Ildefons Bobicz:

    Prawo niesprawiedliwe nie jest właściwie prawem i posłuch mu się nie należy. Zanim ludzie prawo wydali, w sercu każdego wypisane było już prawo boże. Jeżeli więc prawo ludzkie stoi w sprzeczności z prawem bożym, jest niesprawiedliwe i jako takie nie może obowiązywać. Więc cóż pozostaje? Chwycić za broń i przemocą prawo zmienić? Nie! Nawet dla obalenia praw niesprawiedliwych w rzadkich tylko wypadkach wolno poddanym używać siły zbrojnej lub dopuszczać się gwałtów. Zazwyczaj dozwolony jest jedynie opór bierny, wiodący do ulepszenia praw drogą uczciwą i legalną.

    Widzicie więc drodzy bracia, jak źle, jak nie po chrześcijańsku, postępują ci, którzy dla byle powodu, a nieraz i bez powodu, bądź w pismach, bądź na wiecach, bądź w rozmowach prywatnych odgrażają się rządowi i nawołują współobywateli do buntów i zamieszek. Prawy katolik nie będzie dawał tym podżegaczom posłuchu, nie będzie należał do żadnej partii wywrotowej, nie przyłoży ręki do gwałtów i rozruchów ulicznych. Bóg sam rozsądzi sprawę naszą, a sprawiedliwość wcześniej czy później zatryumfuje. Znane są dzieje legii tebańskiej. W III w. po Chrystusie legia ta wysłana w celu prześladowania chrześcijan, nie wykonała rozkazu, ponieważ był bezbożny, ale też nie podniosła rokoszu przeciwko swej władzy, co przecież było jej łatwe, gdyż liczyła w swych szeregach do 6. 600 jednomyślnych i uzbrojonych żołnierzy. Wszyscy woleli umrzeć śmiercią męczeńską, niż czynnie przeciwstawić się prawowitej władzy” [7].

     

    Ks. Franciszek Spirago:

    Obowiązki masze względem panującego są następujące: Posłuszni mamy być wszelkim sprawiedliwym ustawom, ogłoszonym w jego imieniu, mamy mu być wiernymi, okazywać mu szacunek, wspierać go modlitwą, daninami pieniężnymi i daniną krwi.

    Ustaw państwa przestrzegać mamy, nie z obawy przed zagrożoną karą, lecz ze względu na Boga (Rzym. 13, 5). albowiem rozkazy zwierzchności świeckiej są rozkazami Boga (Rzym 13, 2). Zważmy, jak ochoczo usłuchali Marya i Józef rozkazu cesarza Augusta i poszli do Betlejem, aby dać się zapisać (Łuk. 2). Tylko jeśli prawo świeckie nakazuje coś, czego zakazuje Bóg, wtedy postąpić trzeba według słów Apostoła (Dz. Apost. 5, 29). Trzej młodzieńcy w piecu gorejącym posłuszni byli przede wszystkim Bogu, podobnie i bracia Machabejscy; również postąpił święty Maurycy i pułk zwany legią Tebańską (286). Panującemu dochować mamy wierności, zwłaszcza w razie wojny. Dlatego każdy żołnierz musi składać przysięgę na wierność swemu panującemu. Wzorem bohaterskiej wierności dla swego władcy jest Andrzej Hofer, który za czasów wojen napoleońskich bronił dzielnie i skutecznie swego kraju przeciw Francuzom (r. 1809). Nigdy nie wolno powstawać przeciw prawowitemu i sprawiedliwemu panującemu, nawet choćby tenże był tyranem; bo kto sprzeciwia się zwierzchności, sprzeciwia się rozporządzeniu Boga (Rzym. 13, 1). Uległymi być mamy nie tylko dla władcy dobrotliwego, ale i dla złego ( 1 Piotr 2, 18). Źli władcy są zwykle karą Boga za grzechy narodów (Św. Augustyn). Jeśli panujący jest tyranem, to najlepszą radą jest udawać się do Boga o pomoc. A udzieli jej Bóg niezawodnie, lecz tylko jeśli naród wyrzeknie się grzechu (Św. Tomasz z Akwinu)” [8].

     

    Bł. Franciszek Jägerstätter

    Nie wolno nam także zapominać, że powinniśmy być posłuszni władzy świeckiej, nawet wówczas, gdy jest to niezmiernie trudne. Należy okazywać wierne posłuszeństwo świeckim władcom i przełożonym, mimo częstego wrażenia, że jesteśmy traktowani przez władzę niesprawiedliwie. (…) Przykazania boskie mówią nam wprawdzie, że powinniśmy okazywać posłuszeństwo także zwierzchności świeckiej, nawet jeśli nie jest natury chrześcijańskiej, ale tylko do momentu, gdy nie narzuca nam nic złego. Bogu należy się większe posłuszeństwo niż człowiekowi” [9].

     

    Przypisy: 

    1. Cytat za: „Katechizm Rzymski”, Jasło 1866, s. 399.

    2. Cytat za: Ks. Piotr Skarga, „Żywoty Świętych Starego i Nowego Zakonu„, tom II, Petersburg 1862, s. 206.

    3. Patrz: Leon XIII, Encyklika „Diuturnum illud (O władzy politycznej”, Warszawa 2001, s. 12, 14, 15-16.

    4. Patrz: „Katechizm św. Piusa X. Vademecum katolika„, Sandomierz 2006, s. 100.

    5. Patrz: „Katechizm Kościoła Katolickiego„, Poznań 2002, s. 452, 520 – 521.

    6. Patrz: Kardynał Gousset, „Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników„, Warszawa 1858, s. 61.

    7. Patrz: Ks. Ildefons Bobicz, „Wykład codziennego pacierza i katechizmu. Przykazania Boże i kościelne„, t. II, Lwów 1937, s. 220 – 221.

    8. Patrz: Ks. Franciszek Spirago, „Katolicki katechizm ludowy. Część druga: Nauka obyczajów„, Mikołów-Warszawa 1906, s. 202 – 203.  

    9. Cytat za: Erna Putz, „Boży dezerter. Franz Jägerstätter 1907 – 1943„, Warszawa 2008. s. 300 – 301.

  10. Libertarianizm kontra tradycyjne chrześcijaństwo

    Leave a Comment

    Państwo nie ma prawa zakazywać tego, co nie stanowi naruszenia wolności innych dorosłych osób, choćby i to było niemoralne, wstrętne, bezbożne i zboczone”; „Władze cywilne nie są od regulowania i narzucania moralności swym obywatelom”; „Państwo ma być stróżem nocnym pilnującym wolności i własności obywateli, a nie aniołem stróżem, który strzeże wiary i cnoty”; „Wszelkie prawne zakazy są bezsensowne i szkodliwe, gdyż nie likwidują problemu, ale sprawiają tylko, że schodzi on do podziemia”.

    Te i inne libertariańskie hasła wydają się zdobywać popularność na prawicy. W istocie rzeczy dla niejednego prawicowca libertarianizm zaczyna się wręcz jawić jako jedyna prawdziwie dobra alternatywa dla lewicowości, etatyzmu i socjalizmu. Co więcej, niejednokrotnie idee libertariańskie przedstawiane są jako będącymi w swych fundamentach całkowicie zgodnymi z tradycyjnym chrześcijaństwem, gdyż kładącymi nacisk na zasadę poszanowania wolnej woli człowieka. Trzeba przyznać, że w obliczu historycznych doświadczeń z socjalistycznymi i nazistowskimi reżimami, a także współczesnych etatystycznych ciągot Unii Europejskiej, wizja libertarianizmu jako zgodnego z chrześcijaństwem i prawicowością może być kusząca. Tyle razy wszak owe lewicowo zorientowane rządy i reżimy próbowały narzucać za pomocą stanowionych przez siebie praw rzeczy złe, wątpliwe czy wręcz niedorzeczne, iż za właściwą nań odpowiedź ma się pokusę uznać stan rzeczy, w którym interwencja państwa będzie ograniczana do absolutnego minimum, a więc sytuacji obrony przed zewnętrzną agresją oraz karania jedynie tych spośród zachowań, które polegają na naruszaniu czyjejś wolności.

    Za akceptacją tego libertariańskiego poglądu pozornie rzecz biorąc wydaje się przemawiać niejedna przesłanka. Czyż dorośli ludzie nie powinni być traktowani, jako odpowiedzialne osoby, które same muszą ponosić skutki własnych czynów i decyzji? Czy w związku z tym wszelkie przymusy, które ograniczają wolność dorosłych ludzi do czynienia, tego, co im się podoba, nie są przejawem tyranii i totalitaryzmu? Czy władze cywilne mają prawo decydować za dorosłych obywateli co jest dla nich dobre i właściwe? Czy zgodnie z zasadą prawa rzymskiego mówiącą, iż „Chcącemu nie dzieje się krzywda„, nie należy uznać, że każdy dorosły człowiek sam na własnej skórze poniesie negatywne skutki własnych złych czynów, a co za tym idzie, władze cywilne nie powinny się tym interesować? Czyż wreszcie wszelkie zakazy i kary, które mają na celu ograniczanie wolności dorosłych ludzi nie mijają się z celem? Czy tak naprawdę prawne represje skierowane w jakieś zło, nie likwidują zjawiska, które chcą zwalczyć, ale zgodnie z logiką powiedzenia mówiącego, iż „Zakazany owoc lepiej smakuje” nie powodują one tak naprawdę wzrostu zainteresowania zakazywaną rzeczą? Jaki zresztą sens ma mieć zakazywanie czegoś dorosłym ludziom, skoro, nawet jeśli zewnętrznie podporządkują się oni owym zakazom, to, tak czy inaczej, nie odmieni to ich wnętrza, a tym samym nie staną się przez to lepsi?

    Niniejszy tekst stanowi próbę udowodnienia, iż wszelkie formy libertarianizmu w żaden sposób nie dadzą się pogodzić z tradycyjnym nauczaniem Kościoła katolickiego. Ze względu na swą objętość został on podzielony na trzy części:Pierwsza (powyższa) część poświęcona jest zdefiniowaniu samego libertarianizmu oraz dość szczegółowemu ukazaniu tego, jakie w poszczególnych kwestiach społecznych i prawnych winny zajmować osoby pragnące być konsekwentnymi libertarianami. W tej części pokazane też zostanie, w jakim stopniu kształt współczesnych porządków prawnych odpowiada libertariańskim zasadom, a w jakim jest z nimi sprzeczny.Drugą część tego opracowania stanowi obalenie libertariańskich zasad i założeń w świetle nauczania Pisma świętego i Tradycji Kościoła.Trzecia część artykułu będzie będzie zaś poświęcona omówieniu różnych libertariańskich sofizmatów zwłaszcza w oparciu o zasad zdrowego rozsądku, logicznego myślenia i historycznego doświadczenia ludzkości.Pragnę też zadeklarować, iż niniejszy tekst stanowi swego rodzaju dokończenie prowadzonych przeze mnie w swym czasie polemik ze zwolennikami libertarianizmu, które ze względu na inne zajęcia, nie zawsze miałem czas doprowadzić do końca.

    CZYM JEST LIBERTARIANIZM? W odniesieniu do rozumienia porządku prawnego mianem libertarianizmu można określić pogląd twierdzący, iż władze cywilne powinny zakazywać i karać tylko te z ludzkich zachowań, których istota polega na naruszaniu wolności innych dorosłych osób. Owo tradycyjnie libertariańskie przekonanie zakłada więc, iż wszystkie inne czyny, które takowej wolności nie gwałcą winny być bezkarne i legalne. Kryterium przy ustalaniu przez władze cywilne prawnych zakazów, kar i represji nie powinno być nic innego, a tylko to, czy dany ludzki akt stanowi naruszenie wolności jakiegoś dorosłego człowieka, czy dorosłych osób. Nie ważne więc, jak bardzo dane zachowanie jest niemoralne, wstrętne Panu Bogu, poniżające ludzką godność, zboczone, obrzydliwe, etc. Póki nie wiąże się ono z wkroczeniem w przestrzeń wolności innego człowieka lub innych ludzi, władze cywilne nie mają prawa ingerować tu ze swoimi karami i zakazami. Choćby coś było więc bardzo złym, upadlającym, niemoralnym, bluźnierczym, czy dewiacyjnym; czynienie tego osobiście, z innymi ludźmi, a także przekonywanie, zachęcanie, namawianie do owych aktów innych, ma być bezkarne, póki nie gwałci czyjejś swobody.

    Libertarianizm można więc uznać za najbardziej konsekwentną i radykalną formę ideologii liberalnej. Różnica pomiędzy tradycyjnymi liberałami a libertarianami jest zasadniczo tylko taka, iż ci pierwsi częściej są skłonni iść na kompromisy z wyznawaną przez siebie zasadą prymatu wolności w porządku prawnym, aniżeli ci drudzy. Dlatego też w tym tekście, jako synonimy słów „libertarianizm” i „libertarianie” będę czasami używać wyrażeń: „skrajny liberalizm”, „konsekwentni liberałowie”, „skrajni liberałowie”.

    Choć libertariański pogląd na zasięg i rolę prawnych kar i zakazów, jest, w sensie werbalnych deklaracji, powszechnie przyjęty w naszym kręgu kulturowym, to jednak daleko jeszcze do konsekwentnego wcielania go w życie. Często nie zdajemy sobie nawet sprawy, jak daleko jest nam do pełnej akceptacji owego skrajnie liberalnego spojrzenia na państwo i prawo, mimo powtarzania przez nas libertariańskie brzmiących formułek typu: „Każdy decyduje sam za siebie i władzy nic do tego”. Spójrzmy choćby tylko na całą sferę jeszcze istniejących prawnych zakazów, kar i ograniczeń i zestawmy ich sensowność z tradycyjnie libertariańskim kanonem myślenia.

    OCHRONA ŻYCIA I ZDROWIA. Zgodnie z zasadą, iż władze winny represjonować tylko te z czynów, które naruszają czyjąś wolność, nielegalnymi należałoby uczynić w tej sferze tylko morderstwo, pobicie i napad. Daleko jest jednak do konsekwentnej realizacji tej zasady. Prawnymi represjami obok morderstw, pobić i napadów są wszak objęte także: samobójstwo, dobrowolne bójki i bijatyki, pojedynki, używanie narkotyków, nadużywanie alkoholu, palenie papierosów. Wszystkie te zachowania z istoty swej polegają przecież na działaniu dobrowolnym. Naturą samobójstwa jest odebranie samemu sobie życia. Człowiek decyduje więc sam, iż nie chce dalej żyć. Dobrowolne bójki i bijatyki oraz pojedynki polegają na umawianiu się ze sobą dwojga lub większej ilości osób na wzajemną walkę. Wszelkie rany, obrażenia, a nawet śmierć, będąca ich wynikiem, są więc efektem decyzji tych osób. Używanie narkotyków, palenie papierosów oraz nadużywanie alkoholu także w swej istocie nie polegają na deptaniu czyjeś wolności. Po prostu dany człowiek postanawia, iż w zamian za różnego rodzaju przyjemności, jakie dostarczają owe używki, narazi na poważny szwank własne życie i zdrowie.

    Tymczasem jednak:

    Samobójstwo jest represjonowane choćby poprzez zakaz eutanazji. W większości krajów z naszego kręgu kulturowego karalne jest udzielanie komuś pomocy w samobójstwie, nawet, gdy ta osoba sobie tego życzy, a co więcej żąda i nalega, by odebrano jej życie. Co prawda zakaz eutanazji jest coraz bardziej mocno kontestowany, jednak należy przypuszczać, że jeszcze jakieś 20 lat zajmie zwolennikom legalności tej formy samobójstwa przekonanie większości rządów do jego zniesienia. Podobnie spore problemy z prawem, mogłyby mieć książki, wydawnictwa i publikacje, które namawiały by choćby i dorosłych ludzi do samobójstwa. Policja wezwana do niedoszłego samobójcy, także nie ogranicza się jedynie do słownego zniechęcania owego jegomościa, ale, w razie potrzeby, za pomocą bezpośredniego przymusu fizycznego przeszkadza mu w realizacji owego własnowolnie podjętego postanowienia. Jednym z konkretnych przykładów nie szanowania przez współczesne państwa „prawa” do odebrania sobie życia, może być głośny przypadek niemieckiego kanibala-homoseksualisty, który w 2003 r. w Internecie ogłosił, iż szuka chętnego samobójcy, zgadzającego się na to, by on go zabił, a następnie skonsumował jego zwłoki. Wszystko tu odbyło się więc za obopólną zgodą zainteresowanych. Do kanibala zgłosił się mężczyzna, wyrażający zgodę na bycie przez niego zabitym, a następnie zjedzonym. Mimo to jednak, czyn ten wywołał powszechną negatywną reakcję w społeczeństwie niemieckim, zaś wymiar sprawiedliwości nie omieszkał się dotkliwie go ukarać.

    Dobrowolne bójki, bijatyki i pojedynki są znacznie ograniczane przez współczesne prawodawstwa. Tak zwane kibicowskie ustawki, które polegają przecież na tym, że zainteresowane bijatyką osoby dobrowolnie umawiają się w ustronnym miejscu (a więc nie na terenie, gdzie ich aktywność mogłaby być ograniczeniem wolności osób postronnych) na wzajemne zadawanie sobie ran i ciosów, nadal są nielegalne, a ich organizatorzy w każdej chwili mogą stać obiektem zainteresowania policji. Także bójka bądź pojedynek, w których obie strony wyraźnie zgodziłyby się na ryzyko poniesienia śmierci, nie należą do legalnych prawnie zachowań. Uczestnik takiego czynu, który zabiłby w ten sposób drugiego człowieka, na 99 proc. trafiłby do więzienia, choćby i miał na swoją obronę własnoręcznie podpisaną zgodę swej ofiary, w której ta, zaręczałaby, iż godzi się na ryzyko poniesienia śmierci w wyniku bójki lub pojedynku.

    Używanie narkotyków, palenie papierosów i nadużywanie alkoholu należą do czynów objętych szeregiem prawnych zakazów. W ogromnej większości państw karalna jest nie tylko sprzedaż i rozpowszechnianie narkotyków wśród osób dorosłych, ale również zażywanie przez nie tego rodzaju specyfików. Nawet w Holandii, która słynie z legalizacji narkotyków, bezkarność zażywania i rozpowszechniania tejże używki jest mocno ograniczona, albowiem dotyczy jedynie tzw. jej miękkich odmian, czyli marihuany i haszyszu. Ciężkie narkotyki w rodzaju kokainy, heroiny, LSD, amfetaminy, etc, są także w tym kraju zakazane. Co prawda, coraz częściej odzywają się głosy za legalizacją przynajmniej „lekkich” narkotyków, zaś ich promocja przez sporą część popkultury jest de facto bezkarna, jednak nie wydaje się, by powszechna liberalizacja przepisów prawnych w tej kwestii, była tylko kwestią krótkiego odstępu czasu. Względem palenia papierosów wprowadza się szereg różnorodnych ograniczeń. Często ustanawia się zakaz reklamy tytoniu w mass mediach. W części krajów nie wolno także palić w miejscach publicznych, nawet, gdy naruszanie przez to wolności niepalących jest mocno wątpliwe. Nadużywanie alkoholu jest z kolei prawnie ograniczane przez specjalne koncesje wydawane na obrót trunkami, zakaz podawania napojów alkoholowych nietrzeźwym klientom, nielegalność ich spożywania poza publicznymi miejscami do tego specjalnie wyznaczanymi (tj. barami, restauracjami, kawiarniami, itp.).

    SEKSUALNOŚĆ. Tradycyjnie libertariańskie podejście do prawa i państwa nie pozwala czynić przestępstwami zbyt wielu czynów z tej dziedziny. Z pewnością zgwałcenie, jako przymuszenie kogoś przy użyciu fizycznej siły (bądź też za pomocą wykorzystania nieświadomości drugiej osoby, np. podania jej narkotyku) do odbycia stosunku płciowego powinno mieć swój paragraf w libertariańskim kodeksie karnym. Wymuszanie na kimś różnorodnych zachowań seksualnych poprzez stosowanie gróźb, szantażu, pogróżek, także wiąże się pogwałceniem czyjeś wolności, a więc każdy liberał przyklaśnie prawnemu zakazywaniu takich czynów. Przyjmując także, iż tylko wolność ludzi dorosłych winna być chroniona, za sprzeczną z zasadami libertarianizmu nie należy uznawać karalność pedofilii, nawet gdy ta dokonywana jest za zgodą dziecka. Z pewnością w naszym kręgu kulturowym prawodawstwo chyba już wszystkich krajów zniosło karalność wielu niemoralnych czynów, których istota nie polega na naruszaniu wolności innych dorosłych osób. Tak też od dziesięcioleci legalne są: homoseksualizm, nierząd, cudzołóstwo, prostytucja, pornografia, onanizm, orgie seksualne. Prawo uczyniło bezkarnym, nie tylko praktykowanie takich czynów, w tzw. czterech ścianach domu, ale – pomijając pewne szczegółowe zastrzeżenia – o których będę, jeszcze pisać, również zachęcanie, namawianie i inspirowanie do nich innych ludzi. Mimo to jednak wciąż zakazane są niektóre z niemoralnych zachowań, których sednem nie jest przecież gwałcenie czyjeś wolności. Są nimi: kazirodztwo oraz zoofilia.

    Kazirodztwo wcale nie musi polegać na naruszaniu czyjeś swobody. Prawdą jest, że często ów czyn się z tym wiąże, jednak nie jest to jego nieodłącznym elementem. Może wszak być ( i faktycznie znane są takie wypadki), gdy dwoje blisko spokrewnionych ze sobą osób pragnie ze sobą seksualnie obcować. W takim wypadku do zdeptania niczyjej wolności nie dochodzi. Dzisiejsze kodeksy karne zakazują jednak kazirodztwa niezależnie od tego, czy jest ono praktykowane dobrowolnie przez dorosłych ludzi, czy też nie.

    Zoofilia jakkolwiek wstrętną i nienaturalną jest praktyką, to nie można powiedzieć, by wiązała ona z naruszeniem wolności człowieka. Czyn ten stanowi pogwałcenie swobody zwierzęcia. Gdybyśmy jednak chcieli chronić wolność nie tylko ludzi, ale także istot czworonożnych, musielibyśmy zakazywać również ich zabijania, trzymania na uwięzi, zamykania w klatkach, etc.Niektóre z przejawów seksualnej niemoralności, które zasadniczo są legalne, czasami poddawane są też zgoła nieliberalnym ograniczeniom prawnym.

    Prostytucja jest w Polsce ograniczana poprzez istnienie zakazu sutenerstwa i stręczycielstwa. Czyn nielegalny stanowi więc czerpanie zysków oraz pomaganie komuś w praktykowaniu płatnego seksu. De facto jest to w naszym kraju przepis martwy, tym niemniej jednak wciąż on funkcjonuje w kodeksie karnym. Z kolei, w Szwecji wprowadzono kary nie dla prostytutek, ale ich klientów.

    Pornografia jest hamowana poprzez prawa zakazujące jej produkcji i rozprzestrzeniania, wówczas, gdy ukazuje ona szczególnie zwyrodniałe postawy, tj. zoofilia czy stosowanie przemocy. I znów wypada zauważyć, że przecież nie zmusza się ludzi do oglądania tego rodzaju materiałów. Nawet zaś pornografia z użyciem przemocy nie musi wiązać z naruszaniem czyjejś wolności. Osoby tam występujące, mogą zgadzać się być bite, poniżane (są np. sadomasochistami).

    SZACUNEK DLA RELIGII. Wiele bluźnierstw i świętokradztw jest w naszym kręgu cywilizacyjnym legalnych i bezkarnych. Nawet jednak w tej dziedzinie, w części krajów, istnieją prawne przepisy wymierzone w tego rodzaju zachowania. Niekiedy są one wcielane w życie. W naszym państwie mieliśmy z tym do czynienia, wówczas, gdy gdański sąd ukarał p. Dorotę Nieznalską za to, iż wystawiła tzw. instalację, która ukazywała Krzyż z namalowanymi nań męskimi genitaliami. Sprzeczność tego wyroku z założeniami libertarianizmu jest oczywista. Prezentacja owego bluźnierczego malowidła, nie była nikomu narzucana, a patrzył na nie, ten kto wyrażał na to zgodę.

    RASIZM. Jakkolwiek byśmy potępiali i odrzucali uprzedzenia rasowe, faktem jest, że wiele z istniejących lub forsowanych obecnie rozwiązań prawnych wymierzonych w rasizm nie da się pogodzić z libertariańskimi zasadami. Z pewnością w 100 proc. libertariańskie jest karanie mordów, pobić, kradzieży i napadów dokonywanych ze względów rasowych. Zapewne zgodne z libertarianizmem jest także prawne zakazywanie zachęcania innych do tego rodzaju czynów.

    Czy jednak naruszeniem czyjejś wolności nie jest już np. zakaz używania słów wyrażających pogardę względem innych ras. To prawda, że, przykładowo wyrażenie „Czarnuch” jest obraźliwe dla Murzynów, jednak póki nikt nie przymusza nikogo do wysłuchiwania tego rodzaju słownictwa, to chyba trudno jest mówić o pogwałceniu czyjejś wolności? Podobnie, rozprowadzanie wydawnictw, w których nazywa się osoby rasy czarnej „małpami”, „małpoludami”, „śmieciami”, itp., w swej istocie nie jest naruszeniem niczyjej swobody, gdyż nie przymusza się nikogo do czytania tego rodzaju wywodów. Nawet przypadek polegający na tym, iż prywatny przedsiębiorca z powodów rasowych nie zatrudni jakiejś osoby, nie podpada pod libertariański kodeks karny. Czy można bowiem zmuszać ludzi, by z własną własnością robili to, czego nie chcą? Nikt nikomu nie nakazuje zatrudniać się u przedsiębiorcy rasisty, a więc przedsiębiorca rasista może zatrudniać kogo tylko chce. Na tej samej zasadzie, członek Ku Klux Klanu będący zarazem właścicielem restauracji może wywiesić tabliczkę z napisem: „Czarnuchom i kundlom wstęp wzbroniony” i nie będzie to przecież naruszeniem czyjejś wolności. Ów lokal jest przecież jego własnością i ma prawo tam wpuszczać i nie wpuszczać kogo tylko zapragnie. Tymczasem prawodawstwo wielu krajów już zakazało lub podjęło wyraźne kroki w celu wprowadzenia karalności tego rodzaju rasistowskich poczynań.

    EKONOMIA. Tradycyjnie libertariańskim ideałem jest, by stosunki pomiędzy pracodawcą a pracownikiem były regulowane wyłącznie w drodze zawieranej między nimi umowy. Wysokość wynagrodzenia, urlop, dni wolne od pracy, ilość przepracowanych godzin, charakter wykonywanych obowiązków, itp. – to wszystko winno być obustronną decyzją podjętą przez pracownika i pracodawcę w spisanej przez nich umowie o pracę. Zgodnie z zasadą mówiącą, iż „chcącemu nie dzieje się krzywda”, w takiej umowie mogą być zawarte choćby nie wiadomo jak niesprawiedliwe, krzywdzące i poniżające jedną ze stron zapisy. Póki obie strony podpisały umowę dobrowolnie, póty władzy nic do jej treści. W umowie będzie zapisane, że należy pracować po 17 godzin dziennie, nie wyłączając z tego niedziel i świąt, za 400 złoty miesięcznie, dodatkowo będąc odzianą w koszulkę z napisem: „Jestem suką„. Trudno, nikt nie zmuszał do podpisywania tego rodzaju umowy, a jak się nie podoba, to zawsze można się zwolnić. I tym razem widać, jak bardzo daleko jest nam do akceptacji libertariańskiej doktryny. Chyba w każdym kraju istnieją bowiem kodeksy pracy, które wyznaczają odgórnie, jakie standardy winny spełniać poszczególne umowy o pracę. Prawo wyznacza więc ilość dni urlopu, minimalną pensję, wolne dni od pracy, zakazuje kobietom wykonywania niektórych zawodów, etc.

    GDZIE SIĘ PODZIALI KONSEKWENTNI LIBERAŁOWIE?

    Być może część czytelników na wykaz powyższych nieliberalnych praw, zakazów i kar w zastosowaniu krajów sławiących liberalne wolności, oburzy się, stwierdzając, iż tak naprawdę przedstawiam karykaturę libertarianizmu, próbując sprowadzić go do absurdu. Jeszcze inni, ale tych chyba będzie mniejszość, w dużej, albo przynajmniej większej części spraw, przyznają mi rację, stwierdzając, iż rzeczywiście przytaczane rozwiązania prawne są sprzeczne z libertarianizmem, a wynika to tak naprawdę z niezrozumienia przez rządzących prawdziwie liberalnych ideałów.

    Zwolennikom tej pierwszej opcji odpowiem, iż to nie ja sprowadzam libertarianizm do karykatury i absurdu. To tak naprawdę tradycyjne libertariańskie ideały odsłaniają w ten sposób swoją straszną, absurdalną karykaturę właściwego spojrzenia na obowiązki władzy i prawa. Konsekwentne zastosowanie zasady mówiącej, iż władze cywilne nie mają prawa karać i zakazywać czynów, które nie naruszają wolności innych dorosłych osób, musiałoby doprowadzić do uznania słuszności legalizacji eutanazji i innych rodzajów samobójstw, używania narkotyków, dobrowolnych bójek, bijatyk oraz pojedynków, kazirodztwa, zoofilii, pornografii z udziałem zwierząt, bluźnierstw, świętokradztw, nazywania ludzi innej rasy „czarnuchami”, „żółtkami” i „białasami”, niesprawiedliwego traktowania pracowników, etc. Jeśli jednak, czujesz się zwolennikiem liberalizmu, ale oburzasz się na pomysł bezkarności takich czynów, to mam dla Ciebie dobrą wiadomość. Nie jesteś jeszcze prawdziwym libertarianinem. Możesz zajmować libertariańskie stanowisko w większej lub mniejszej ilości spraw, ale tkwi w Tobie jeszcze jakaś ilość tradycyjnie chrześcijańskich i zdroworozsądkowych odruchów oraz przekonań. Faktycznie przyznajesz bowiem, że istnieją wartości, które władze cywilne i stanowione przez nie prawa są zobowiązane stawiać ponad wolność. Wciąż uznajesz, iż prawa, zakazy i kary mają sięgać dalej aniżeli tylko poza ochronę tego, by niczyja wolność nie była gwałcona. Nadal więc uważasz, że pewne czyny złe, podłe, wstrętne, niemoralne i zboczone, należy karać, nawet, gdy są one całkowicie dobrowolne i niewymuszone.

    Będąc zwolennikiem prawnego zakazu samobójstwa, eutanazji, dobrowolnych bójek, bijatyk, pojedynków, narkotyków, uznajesz, że ważniejszy jest szacunek dla czyjegoś zdrowia i życia, aniżeli czyjeś „prawo” do dobrowolnego zabicia się, okaleczenia lub zatruwania.

    Optując za karalnością kazirodztwa i zoofilii, przyznajesz, iż ochrona zdrowych więzi rodzinnych, niekrzywdzenie zwierząt oraz po prostu godność ludzkiej płciowości ograniczają prawo do podejmowania dobrowolnych aktów seksualnych.

    Kiedy jesteś za zakazem bluźnierstw oraz profanacji przyznajesz rację tym, którzy utrzymują, iż np. szacunek dla męki naszego Pana Jezusa Chrystusa, jest cenniejszy, aniżeli zachcianki pseudoartystów ukazujących Krzyż Pański unurzany w moczu, nawet, gdy nikogo nie zmuszają oni do oglądania swych „dzieł”.

    Jeśli jesteś przekonany, iż nazywanie Murzynów „małpami” winno być zakazane, to tym samym wierzysz w to, iż szacunek dla ludzi niezależnie od ich koloru skóry, wymaga, by propaganda rasizmu była prawnie karalna, nawet, gdy nikt nie zmusza nikogo do obcowania z nią.

    Wreszcie, je żeli uważasz, że nakazywanie ekspedientkom noszenia t-shirtów z hasłem: „Jestem suką” nie może być legalne, nawet, gdyby coś takiego zostało zapisane w umowie o pracę, to tym samym przyznajesz, iż sprawiedliwość oraz godność człowieka stoi ponad wolnością umów.Moje gratulacje: w niejednej kwestii zajmujesz więc tradycyjnie chrześcijańskie, a zatem antyliberalne stanowisko. Wciąż jesteś przekonany, iż prawo powinno represjonować złe, niemoralne i wstrętne zachowania, również wtedy, gdy nie gwałcą one wolności. Wciąż traktujesz władzę w sposób paternalistyczny, a więc, jako ojca karzącego zło i wskazującego właściwą dobrą drogę. Są więc poważne nadzieje, iż niezależnie od tego, w jak wielkiej części spraw wyznajesz libertariańskie przekonania, zdrowe poglądy, jakie jeszcze posiadasz, pozwolą ci porzucić Twą sympatię względem liberalizmu.

    Zwolennikom opcji mówiącej, że tak naprawdę przywołane przez mnie przykłady pokazują, iż w niejednej sprawie, rządzący wciąż nie kierują się libertarianizm ideologią, przyznam więc naturalnie rację. Tak naprawdę znalezienie osoby, która wyznawała by w 100 procentach twardy i bezkompromisowy liberalizm jest wciąż zadaniem trudnym. Z pewnością mianem najkonsekwentniejszych liberałów należałoby uznać tak zwanych libertarian, którzy przyklasnęliby postulatowi zniesienia wszystkich, a przynajmniej prawie wszystkich zakazów, które powyżej wymieniłem.

    Większości ludzi deklarujących się jako liberałowie niewątpliwie więc wiele brakuje do liberalnego ideału, którym jest libertarianizm. Nie należy jednak w związku z tym popadać w zbytni optymizm. Tradycyjnie libertariański sposób myślenia zdołał przeniknąć wprawdzie jeszcze nie do wszystkich, ale na pewno do wielu płaszczyzn naszego patrzenia na prawo i państwo. Także fakt stosowania przez współczesne państwa represji wobec dobrowolnych zachowań uderzających z tradycyjną moralność chrześcijańską na dłuższą metę nie jest zbyt pocieszający. Z drugiej strony bowiem prawne zakazy i przymusy coraz częściej godzą także w chrześcijańskie obowiązki i powinności. Dobrym tego przykładem są kary nakładane na pastorów za nazywanie homoseksualizmu grzechem i zboczeniem a aborcji ludobójstwem. Podobny wydźwięk mają prawa, które przymuszają chrześcijan prowadzących drukarnie i hotele, do drukowania pro-homoseksualnych materiałów oraz wynajmowania pokoi parkom homoseksualistów. Długo można by jeszcze wymieniać tego rodzaju zakazy i kary: nagany za modlitwę przy posiłku, zabranianie noszenia obrączek symbolizujących świętą cnotę czystości, i tym podobne. Jednym zdaniem: współczesne rządy mimo zachowania pewnej części swych tradycyjnie chrześcijańskich przyzwyczajeń, dają wiele wolności złu, nierzadko represjonując przy tym dobro. Przypominają one więc ojca, który od niekarania grzechów swych synów przeszedł do wymierzania chłosty za ich cnotliwe uczynki.Tytułem uzupełnienia, warto dodać, że choć w podanych wyżej przykładach, mimo czasami ich szokującej natury, bardzo łatwo było wskazać, które zachowanie nie narusza czyjeś wolności, a więc zgodnie z konsekwentnie liberalnym poglądem powinno być bezkarne i legalne, nie zawsze jest to tak bezproblemowe. Jednym z przykładów trudności w określaniu co jest, a co już nie jest, pogwałceniem czyjejś wolności, może być kwestia obscenicznych demonstracji. Każda osoba uważająca się za libertarianina, z pewnością uzna, iż propaganda np. homoseksualizmu winna być bezkarna, póki jest prowadzona w sposób nie narażający ludzi, którzy sobie tego nie życzą, na styczność z tego rodzaju promocją. W libertariańskiej perspektywie jest więc bezdyskusyjne, iż promowanie homoseksualizmu może się legalnie odbywać w klubach, kinach, etc. Są to bowiem lokale, do których nikt nie jest przymuszany uczęszczać. Czy jednak władze cywilne winny zezwalać na parady homoseksualistów odbywające się na ulicach miast? Co wówczas z wolnością osób, które nie chcą na nie patrzeć? Czy nie będą one przymuszone do styczności z czymś, z czym kontaktu mieć nie chcą? Tego rodzaju zastrzeżenia względem legalności homoseksualnych manifestacji są wysuwane ze strony tzw. konserwatywnych liberałów, głównie tych skupionych wokół Unii Polityki Realnej i „Nowej Prawicy” Janusza Korwina Mikke.

    Większość libertarian zdecydowanie jednak odrzuca tego rodzaju obiekcje, argumentując, iż także w przypadku ulicznych parad homoseksualistów nikt nie jest zmuszony się im przyglądać. To prawda, że niemało przechodniów może być przeciwnikami homoseksualizmu i nie życzy sobie oglądania takich demonstracji. Czy jednak rzeczywiście muszą oni na nie patrzeć? Mogą po prostu odwrócić wzrok w innym kierunku, iść dalej i trudno wówczas jest mówić o przymusie stosowanym względem kogokolwiek.Zresztą, gdybyśmy chcieli na poważnie potraktować zagwarantowanie każdemu prawa do nawet przypadkowego i sporadycznego nie oglądania rzeczy, które nie chce on widzieć, to musielibyśmy zakazać wychodzenia na ulicę wszystkim ludziom. Co z procesjami Bożego Ciała? Przecież ulicami chodzą także protestanci, dla których są one wyrazem bałwochwalstwa oraz ateiści widzący w tym zabobon i ciemnotę. Zarówno protestanci jak i ateiści mogą nie chcieć patrzeć na tego rodzaju procesje. Czyżby noszenie Hostii po ulicach należałoby uznać za gwałcenie wolności innowierców i bezwyznaniowców do nie patrzenia na takie manifestacje? Z kolei białych rasistów może drażnić widok Murzynów. Czy w związku z tym należałoby zakazać osobom o czarnym kolorze skóry wychodzenia z domu? Przecież widok Murzyna zmusza białego rasistę do kierowania wzroku w inną stronę, albo przechodzenia na drugą stronę ulicy.Widać więc, iż z konsekwentnie liberalnego punktu widzenia niezwykle trudno by było uzasadnić zakaz publicznych demonstracji homoseksualistów. Chociaż z jednej strony niektórzy ludzie napotykający się na nie, rzeczywiście mogą nie chcieć ich oglądać, z drugiej jednak strony nikogo nie zmusza się by patrzył na te demonstracje i poza sporadycznym kontaktem istnieje przecież możliwość ich ominięcia. Tak zwani konserwatywni liberałowie kontestując legalność publicznych parad zboczeńców wykazują w tej sprawie więc więcej przywiązania do chrześcijaństwa, aniżeli liberalnej konsekwencji.

    CZYM LIBERTARIANIZM BYĆ NIE MUSI?

    Zanim jednak to uczynię, zacznę od przyznania racji liberalnie nastawionym chrześcijanom. Z pewnością formułowane przez kręgi chrześcijańskie zarzuty względem liberalizmu są nieraz przesadne.

    Przesadą jest choćby stawianie absolutnego znaku równości pomiędzy byciem libertarianinem, a popieraniem różnych wynaturzeń moralnych. Wbrew temu popularnemu wyobrażaniu konsekwentnym liberałem może być nie tylko obyczajowy permisywista, bluźnierca bądź ateista, ale również Amisz czy też zachowująca dziewictwo do ślubu żarliwa chrześcijanka. Sednem libertarianizmu nie jest bowiem nadawanie przeróżnym grzechom moralnego imprimatur, ale twierdzenie, iż owe występki winny być wyjęte spod obszaru prawnych represji, zakazów i kar, póty nie gwałcą one czyjejś wolności. Nie jest więc trudne wyobrażenie sobie jakiegoś libertarianina jako z jednej strony chrześcijańskiego kaznodziei grzmiącego przeciw homoseksualizmowi z ambony, z drugiej zaś uważającego, iż mimo jego osobistej wiary w to, iż czyn ten stanowi wielki grzech i sromotę, sądzi on jednocześnie, że piętnowane przez niego moralnie zjawisko, nie powinno być prawnie zakazywane i karane.

    Kontrowersyjne jest tak że bezwarunkowe utożsamianie nawet skrajnych form liberalizmu z ruchem na rzecz legalnej aborcji. Konsekwentny liberał, który, zgodnie z prawdą, widzi w nienarodzonych dzieciach, istoty ludzkie, od razu na coś takiego odparuje, iż domaganie się bezkarności przerywania ciąży nie jest żadną liberalizacją, ale przeciwnie stanowi posunięcie wybitnie antyliberalne. Albowiem postulat ów zasadza się na gwałceniu wolności zabijanych dzieci, które przecież nikt się o zgodę na „zabieg” nie pyta. Oczywiście bez trudu znajdzie się też zwolenników libertarianizmu, którzy będą bronić legalności aborcji, twierdząc, iż mamy tu do czynienia nie z istotą ludzką, ale tzw. płodem czy embrionem, a więc nie można utrzymywać, iż gwałci się wolność innych ludzi.

    Czy jednak fakt, iż libertarianizm nie musi być tożsamy ze stricte moralnym przyzwoleniem na zło czy też domaganiem się prawnej legalizacji aborcji, może spowodować uznanie owego za możliwy do pogodzenia z tradycyjnym chrześcijaństwem i prawicowością?Usunięcie zarzutów o nierozłączne związki libertarianizmu z moralnym permisywizmem czy też postulatem legalnej aborcji, nie jest jeszcze dowodem, iż doktryna ta da się pogodzić z chrześcijaństwem. Nie trzeba wcale demonizować libertarianizmu, poprzez przypisywania mu poglądów, które nie muszą należeć do jego integralnego sedna, by dowieść, że tak czy inaczej jest to ideologia sprzeczna z tradycyjnym prawowiernym chrześcijaństwem. Zaczynając od Biblii, poprzez przykład życia Świętych oraz Błogosławionych, a skończywszy na odwiecznej doktrynie jak i praktyce Kościoła katolickiego, widzimy z całą wyrazistością, iż chrześcijańskiej prawowierności zawsze obcym był libertariański pogląd zakładający, że ostrzem prawnych zakazów i represji winny być dotknięte tylko te uczynki, które naruszają czyjąś wolność.

    KARAĆ NIEPRAWOŚCI MĄDRZE I ROZTROPNIE

    BIBLIA na kartach Starego Testamentu uczy nas, iż Pan Bóg nakazał surowo karać takie czyny jak: bałwochwalstwo (Wj 22, 20), bluźnierstwo (Kpł 24, 15-16), okultyzm (Wj 22, 18), fałszywe proroctwa (Pwt. Prawa 18, 20), homoseksualizm, zoofilia (Kpł 20, 15-16), cudzołóstwo (Kpł 20, 10), kazirodztwo (Kpł 20, 11), gwałcenie szabatu (Wj 31, 14).

    Żaden z tych czynów nie polega w swej istocie na naruszaniu czyjejś swobody, a jednak Wszechmocny nakazał swym sługom, by je karali i zakazywali. Jahwe nie powiedział: „Trudno, czyny te są mi wstrętne, ale każdy jest wolny, a więc zostawcie ich sprawców w spokoju„.

    Także przykłady starotestamentowych Bożych mężów dają w tym względzie wiele do myślenia. Pinchas karzący parę przyłapaną na cudzołóstwie; Eliasz zabijający czcicieli fałszywego bożka Baala, Mojżesz niszczący bałwany oraz wielu innych – z pewnością trudno posądzić owe postacie o bycie uosobieniem libertariańskich „cnót”.

    Z kolei, św. Paweł Apostoł na kartach Nowego Testamentu pouczał chrześcijan:

    Rządzący nie są postrachem dla uczynku dobrego, ale dla złego. A chcesz nie bać się władzy? Czyń dobrze, a otrzymasz od niej pochwałę. Jest ona bowiem narzędziem Boga, który ciebie ma prowadzić ku dobremu. Jeżeli jednak czynisz źle, lękaj się, bo nie na próżno nosi miecz. Jest bowiem narzędziem Boga do wymierzania sprawiedliwej kary temu,który czyni źle” (Rz 13, 3-4).

    Czy nie wydaje si ę, że gdyby św. Paweł Apostoł był libertarianinem, w liście do Rzymian, nie pisałby, iż władza ma być postrachem i narzędziem dla karania złych ludzi i uczynków? Konsekwentny liberał napisałby, że władza ma karać naruszanie wolności dorosłych ludzi, a to, czy wiąże się ono z czynieniem zła, państwa nie powinno interesować. W „ortodoksyjnie” libertariańskim przekładzie, powyższe słowa Apostoła winny być zmienione na następujące: „Rządzący nie są postrachem dla uczynków dobrowolnych, ale dla naruszających czyjąś wolność. A chcesz nie bać się władzy? Nie naruszaj wolności dorosłych ludzi, a otrzymasz od niej pochwałę. Jest ona bowiem narzędziem Boga, który ciebie ma prowadzić ku poszanowaniu wolności twych bliźnich. Jeżeli jednak gwałcisz wolność bliźniego, lękaj się, bo nie na próżno nosi miecz. Jest bowiem narzędziem Boga do wymierzania sprawiedliwej kary temu, który narusza wolność innego bliźniego lub bliźnich.”

    Biblia jednak nie mówi by karać tylko gwałcenie czyjejś wolności, ale by czynić to w stosunku do zła. Złem są jednak również zachowania, które niczyjej wolności nie naruszają. Co więcej nieraz, dobrym uczynkiem jest właśnie ingerencja w czyjąś wolność. Dobrze np. czyni ten, kto rzuca się na pomoc samobójcy, mimo, że ten z własnego wyboru pragnie skończyć ze swym życie.Trudno więc znaleźć w Piśmie świętym poparcia dla libertariańskiego spojrzenia na rolę państwa i prawa.

    ŚWIĘCI I BŁOGOSŁAWIENI również nie dostarczają argumentów zwolennikom libertarianizmu. Cóż powiedzieć np. o św. Bonifacym, który nie pytając się pogan o zgodę ściął czczone przez nich drzewo? Jak skomentować postępowanie św. Franciszku Ksawerego, który nie dość, że zachęcał dzieci do niszczenia fałszywych bożków to nakazał karać aresztem niewiasty przyłapane na pijaństwie (Por. O. Stanisław Cieślak, „Św. Franciszek Ksawery. Wielcy ludzie Kościoła”, Kraków 2005, s. 40)? Albo jak można ocenić przykład, jaki dali nam bł. Jan Chrzciciel i bł. Hiacynt od Aniołów, informujących władze kościelne i cywilne o sprawowaniu bałwochwalczych obrzędów?

    Niby w jaki sposób, w kanon libertariańskiej ideologii można by wpasować następujące słowa, wielkiego chrześcijańskiego króla, św. Ludwika IX, które ten skierował do swego syna-następcy tronu:

    „Chętnie powierzaj władzę ludziom dobrej woli, którzy wiedzą, jak jej dobrze użyć, i troszcz się, aby grzech został unicestwiony w twoich ziemiach, to znaczy bluźnierstwa i wszystkie rzeczy, które czyni się lub mówi przeciw Bogu, Najświętszej Marii Pannie i świętym, grzechy cielesne, gry w kości, tawerny, lub inne grzechy. Zgnieć wszystko to w swojej ziemi roztropnie i w dobry sposób. Ścigaj heretyków i innych złych ludzi w swojej ziemi, aż ziemia twoja będzie oczyszczona „(Cytat za: Jean de Joinville, „Czyny Ludwika Świętego króla Francji”, Warszawa 2002, s. 213-213).

    Dużo można by jeszcze pisać o wyniesionych na ołtarze chrześcijanach, którzy nie zważając na czyjąś własność i wolność wyboru karali, zakazywali i stawiali rozliczne przeszkody takim złym uczynkom jak: bałwochwalstwo, pijaństwo, nierząd czy cudzołóstwo. Z pewnością więc i oni nie zostali kanonizowani bądź beatyfikowani przez Kościół za bycie wzorami libertariańskich „cnót”.

    ODWIECZNA DOKTRYNA I PRAKTYKA KOŚCIOŁA także stanowi zaprzeczenie libertariańskich przekonań.

    Św. Tomasz z Akwinu uczył wszak:

    Królewska funkcja musi zabezpieczać dobre życie ludu zgodnie z tym, co jest mu niezbędne do osiągnięcia niebiańskiego szczęścia; oznacza to, że musi nakazywać to, co do niego prowadzi, a, w stopniu jakim to jest możliwe zakazywać tego, co jest mu przeciwne” ( „De regimine principium”, L 1, rozdz. XV).

    Z kolei, św. Alfons Maria Liguori, w przemowie do króla Neapolu mówił:

    Ty możesz więcej zrobić dla zbawienia dusz, aniżeli ja”.

    Za nim Papieże powtarzali zaś:

    Prawdziwa wolność społeczności ludzkiej nie polega na tym, że każdy człowiek robi to, co chce, ponieważ prowadziłoby to wprost do zamieszania i nieładu, powodując rozbicie państwa; polega ona raczej na tym, że przez wpływ prawa stanowionego wszyscy łatwiej mogą spełniać zapisy prawa wiecznego” ( Leon XIII, „Libertas”).

    Jedynie cnotliwy żywot jest drogą do nieba, dokąd wszyscy zdążamy: a więc zbacza państwo od zasad i przepisów prawa naturalnego, kiedy tak wyuzdaną daje wolność… czynom niegodziwym, że bezkarnie można umysły odwodzić od prawdy i serca od cnoty„(Leon XIII, „Immortale Dei”).

    Ustawy bowiem państwowe bardzo skutecznie mogą wesprzeć niezmiernie ważne zadanie Kościoła, jeśli w swych przepisach uwzględnią to, co nakazują prawa Boskie i Kościelne, a ukarzą tych, którzy je przekraczających (Pius XI, „Casti Connubii”, IV, 4).

    Od tego, czy ustrój jakiegoś państwa jest zgodny z prawem Bożym, zależy zdrowie dusz jego obywateli (…), a zatem to, czy ludzie oddychają powietrzem zdrowym prawdą czy też śmiertelnym bakcylem grzechu i deprawacji” (Pius XII, przemówienie w 50 rocznicę ogłoszenia encykliki Rerum novarum, 01. 06. 1941).

    „Pragniemy więc zwrócić się do Rządów Narodów, ponieważ im to przede wszystkim powierzone zostało najważniejsze zadanie ochrony dobra wspólnego i one mogą tak wiele uczynić dla ratowania dobrych obyczajów; nie dopuście nigdy do upadku dobrych obyczajów wśród waszych narodów!” (Paweł VI, „Humanae Vitae”, nr 22-23).

    Jan Paweł II z kolei w encyklice „Evangelium Vitae” nazwał mianem poglądu wywodzącego z nurtu „etycznego relatywizmu” (a więc nurtu wrogiego chrześcijaństwu) opinię:

    żądającą od państwa, aby nie opowiadało się po stronie żadnej określonej koncepcji etycznej i nie narzucało jej innym, ale by ograniczyło się do zapewnienia każdemu możliwie jak największej przestrzeni wolności, której jedynym ograniczeniem zewnętrznym jest zasada nienaruszania przestrzeni autonomii, do jakiej ma prawo każdy inny obywatel”(tamże: n. 69-70).

    Papież ten, do poglądów wywodzących się z nurtu wrogiemu chrześcijaństwu zaliczył więc podstawową ideę libertarian, a więc przekonanie, iż zadaniem państwa jest strzeżenie jedynie wolności poszczególnych obywateli.

    Treść postulowanych przez doktrynę katolicką szczegółowych prawnych zakazów, kar i represji także nie pozostawia wątpliwości co do ich antylibertariańskiego wydźwięku.

    I tak np. św. Alfons Liguori wzywał chrześcijańskich władców, by wygnali ze swych krajów głosicieli fałszywych doktryn.Wielu papieży potępiało zaś wolność propagowania niemoralności i fałszu, jako: „najbardziej śmiertelną ze swobód, swobodę ohydną, dla której nigdy dość obrzydzenia” (Grzegorz XVI, „Mirari vos”), „swobodę zatracenia prowadzącą dusze do zepsucia obyczajów” (bł. Pius IX, „Quanta cura”, „Syllabus”).

    Leon XIII w odniesieniu do wolności promowania zła uczył zaś:

    tego co się prawdzie i cnocie sprzeciwia, nie godzi się na jaw wydobywać i przed oczy ludziom stawiać, a tym mniej opieką prawa godzi się popierać” („Immortale Dei”);

    zwodnicze doktryny, najbardziej śmiertelna ze wszystkich zaraza umysłu, a także wady psujące serca i moralność, winny być pieczołowicie represjonowane przez władzę publiczną, w imię sprawiedliwości, by powstrzymać zło przed rozprzestrzenianiem się na zgubę społeczeństwa. Dewiacje rozwiązłego umysłu, które dla nieświadomego tłumu, łatwo stają się prawdziwym uciskiem, winny być karane z całą surowością prawa, nie mniej niż kryminalne zamachy gwałtu skierowane przeciwko słabym” („Libertas”).

    Tradycyjne prawowierne chrześcijaństwo ogłasza również, iż prawnie zakazane, winno być rozprzestrzenianie pornografii, nierządu, cudzołóstwa, prostytucji, homoseksualizmu, onanizmu:

    „Władze cywilne powinny zabronić wytwarzania i rozpowszechniania materiałów pornograficznych”(Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2354).

    „Władze cywilne, ponieważ są zobowiązane szanować godność osoby ludzkiej, powinny stwarzać środowisko przyjazne dla czystości, zakazując także, stosownymi prawami,rozprzestrzeniania się wspomnianych wyżej ciężkich wykroczeń przeciw czystości(wyżej zaś, mianem ciężkich wykroczeń przeciw czystości określono: stosunki przed i pozamałżeńskie, onanizm, prostytucję, pornografię, czyny homoseksualne – przyp. moje MS),aby chronić przede wszystkim małoletnich i bardziej słabych” (Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego w odpowiedzi na pytanie nr. 494).

    Co więcej Kościół katolicki otwarcie opowiedział się za prawnym zakazem i karalnością nierządu i cudzołóstwa. Uczynił to Pius XI, który w encyklice „Casti Connubii” w odniesieniu do niemałżeńskiego pożycia seksualnego deklarował:

    prawowita władza ma prawo i obowiązek zakazywania takich haniebnych związków, jako sprzeciwiających się rozsądkowi i naturze ludzkiej, zapobiegania im i karania ich”.W tym samym dokumencie papie ż ów mianem „podłych i haniebnych pomysłów” określa poglądy tych, którzy chcą, „aby uznać za nijakie lub znieść wszelkie ustawy karne, jakie państwo wydało dla zachowania wierności małżeńskiej” („Casti connubii”).

    Doktryna wyłożona w „Casti connubii” w ciągu wieków była praktycznie realizowana w wielu krajach katolickich. Wystarczy spojrzeć choćby na rozwiązania prawne, jakie obowiązywały w Polsce. I tak np. polskie prawo miejskie zdradę małżeńską nierzadko karało ścięciem, a stosunki przedmałżeńskie obwarowane były sankcjami w postaci wypędzenia z miasta, bądź też chłosty. W prawie wiejskim winnym rozpusty i cudzołóstwa odmierzano baty, nakazywano im leżeć krzyżem w kościele przez kilka niedziel, stać w specjalnej kapie pokutnej lub w tzw. kunie (obręczy żelaznej, przytwierdzonej do ściany świątyni), płacić grzywny pieniężne na rzecz dworu, kościoła i sądu. Niekiedy też, odpowiedzialnych za takowe występki wyganiano ze wsi. Warto wspomnieć, iż w prawie każdej polskiej wsi działały swoiste komisje moralności, których zadaniem było tępienie uczynków przeciwnych świętej cnocie czystości. Szczególnie surowo, takie przestępstwa, ścigane były za panowania Bolesława Chrobrego. Wówczas to przyłapanym na cudzołóstwie bądź rozpuście dawano do wyboru: śmierć albo też własnoręczne dokonanie kastracji.

    W innych państwach katolickich władze świeckie także brały się za represjonowanie stosunków przed i pozamałżeńskich. Przykładowo, w „Zwierciadle Saskim” – spisie prawa dokonanym na początku XIII w., którym posługiwały się sądy miast i wsi lokowanych na prawie niemieckim – przewidywano karę śmierci dla niewiernego małżonka. W XVI – wiecznych Włoszech niewierność małżeńska obwarowana była karą więzienia, cudzołożnice chłostano albo też golono im głowy, zaś za pocałowanie mężatki lub wdowy groziły kary cielesne. Z kolei Brzetysław Czeski w 1038 roku, po zajęciu Gniezna ustanowił kary grzywny, wygnania, chłosty za nierząd, wielożeństwo, etc.

    Władze krajów katolickich dość długo były świadome tego, iż to co dokonywane jest w zaciszu sypialni nie powinno być wyjęte spod jurysdykcji kodeksów karnych. Co prawda, wraz z postępującym marszem liberalizmu i laicyzmu, od końca XVIII wieku sukcesywnie łagodzono i znoszono kary wymierzone w nieobyczajność seksualną, to jednak jeszcze do poł. XX stulecia nie było niczym nadzwyczajnym traktowanie w kategoriach przestępstw karnych takich czynów jak: rozpusta, cudzołóstwo i homoseksualizm. W Hiszpanii za rządów gen. Franco zdrada małżeńska zagrożona była 6 latami więzienia, a w Bawarii depenalizacja konkubinatów nastąpiła dopiero w 1969 roku.

    W całym tym okresie, władze kościelne, tak zachęcały, jak i aktywnie współdziałały z władzami cywilnymi w zwalczaniu grzechów ciała. Warto wiedzieć, że św. Inkwizycja obok tropienia herezji zajmowała się również ściganiem niemoralności seksualnej. W Polsce niejednokrotnie misjonarze urządzali nawet nocne najazdy na domy osób podejrzanych o uczynki nieczystości, a w razie przyłapania ich na czymś takim, poddawali takich ludzi karze chłosty, zamykania we wspomnianej wyżej kunie kościelnej, etc. Sobór Trydencki na sesji 24 zachęcał biskupów, by, w miarę potrzeby, w karaniu konkubinatu i cudzołóstwa uciekali się do pomocy władz świeckich.

    Jan Paweł II potwierdził z kolei, iż władza cywilna powinna zakazywać eutanazji:

    Tak więc ustawy, które dopuszczają bezpośrednie zabójstwo niewinnych istot ludzkich, poprzez przerywanie ciąży i eutanazję, pozostają w całkowitej i nieusuwalnej sprzeczności z nienaruszalnym prawem do życia, właściwym wszystkim ludziom, i tym samym zaprzeczają równości wszystkich wobec prawa. Można by wysunąć zastrzeżenie, że nie dotyczy to eutanazji, gdy zostaje ona dokonana na w pełni świadome żądanie zainteresowanego. Jednakże państwo, które uznałoby takie żądanie za prawomocne i zezwoliłoby na jego spełnienie, usankcjonowałoby swoistą formę samobójstwa-zabójstwa, wbrew podstawowym zasadom, które zabraniają rozporządzać życiem i nakazują ochraniać każde niewinne życie. W ten sposób zmierza się do osłabienia szacunku dla życia i otwiera drogę postawom niszczącym zaufanie w relacjach społecznych. Prawa, które dopuszczają oraz ułatwiają przerywanie ciąży i eutanazję, są zatem radykalnie sprzeczne nie tylko z dobrem jednostki, ale także z dobrem wspólnym i dlatego są całkowicie pozbawione rzeczywistej mocy prawnej. Nieuznanie prawa do życia, właśnie dlatego, że prowadzi do zabójstwa osoby, której społeczeństwo ma służyć, gdyż to stanowi rację jego istnienia, przeciwstawia się zdecydowanie i nieodwracalnie możliwości realizacji dobra wspólnego. Wynika stąd, że gdy prawo cywilne dopuszcza przerywanie ciąży i eutanazję, już przez ten sam fakt przestaje być prawdziwym prawem, moralnie obowiązującym” („Evangelium Vitae”, n. 72).

    Także w dawniejszych wiekach, Magisterium Kościoła wzywało rządzących, by nie szanowali „prawa” do dobrowolnego niszczenia własnego lub cudzego życia i zdrowia. Sobór Trydencki na przykład nałożył ekskomunikę na wszystkich władców, którzy w swych granicach tolerowaliby zwyczaj pojedynków. I tym razem tradycyjne chrześcijaństwo nie zdało testu na libertarianizm. Czy libertariańskimi można bowiem nazwać apele o karalność obustronnie dobrowolnych zachowań? Przecież, by doszło do pojedynku druga strona musiał wyrazić na to zgodę.

    Tradycyjne nauczanie Kościoła nie zgadza się z libertariańskim kanonem również w sferze ekonomicznej. Z pewnością rację mają ci, spośród libertarian, którzy próbując wykorzystać katolicką doktrynę społeczną podkreślają, że odrzuciła ona komunizm i socjalizm. Istotnie, Magisterium kościelne nieraz piętnowało nadmierną ingerencję państwa w gospodarkę, dążenie do likwidacji własności prywatnej lub też krępowanie jej licznymi oraz uciążliwymi przepisami, tłamszenie swobody działalności ekonomicznej przez nadmierny centralizm, rozrost biurokracji, etc. Można więc powiedzieć, iż wolny rynek opierający się na prężnie rozwijającej się własności prywatnej, niskich podatkach, skromnej biurokracji jest bliski tradycyjnemu chrześcijaństwu. Odrzucenie „nadmiernej” ingerencji państwa nie oznacza jednak jej negacji jako takiej. Sprzeciw wobec likwidowania lub krępowania własności prywatnej licznymi przepisami nie jest jeszcze tym samym, co proklamacja jej „świętego”, „nienaruszalnego” i „absolutnego” charakteru. Słowem: sprzeciw wobec herezji komunizmu i socjalizmu nie musi jeszcze oznaczać imprimatur dla skrajnego ekonomicznego liberalizmu. Gdy przyjrzymy się z bliska katolickiemu nauczaniu o wolnym rynku dostrzeżmy jak na dłoni, że nie może ono zadowolić żadnego libertarianina.

    Popatrzmy chociażby na wiekopomną encyklikę Leona XIII „Rerum Novarum”. Papież ów wprost odrzuca pogląd, jakoby państwo miało prawo interweniować tylko w wypadku, gdy złamana zostaje obustronnie zawarta pomiędzy pracodawcą a pracownikiem umowa. Leon XIII stwierdza tam, iż sam fakt zawarcia takiej umowy nie wystarcza, by mówić o sprawiedliwych warunkach pracy. Encyklika „Rerum Novarum” wymienia otwarcie szereg przypadków, w których uprawniona jest interwencja państwa w relacje pomiędzy pracodawcą, a pracownikami, nawet wówczas, gdy z punktu widzenia zawartej między nimi umowy wszystko wydaje się przebiegać prawowicie. Leon XIII pośród przypadków takiej uprawnionej interwencji władz cywilnych w życie ekonomiczne wymienia między innymi:

    1. Rozluźnianie naturalnych związków rodzinnych wśród robotników,

    2. Zadawanie gwałtu religijności robotników przez odmawianie im sposobności do spełniania obowiązków względem Boga,

    3. Zagrożenia dla moralności, wynikające z pomieszania osób różnej płci lub z innych pokus do grzechu,

    4. Obarczanie pracowników nadmiernymi ciężarami lub narzucanie innych, niegodnych człowieka warunków pracy,

    5. Szkodzenie zdrowiu przez pracę nad siły lub zmuszanie do pracy niestosownej dla wieku lub płci,

    6. Zbyt niskie w stosunku do włożonej pracy płace (tamże: n. 29-35)

    „Rerum Novarum” naucza też:

    Chociaż więc pracownik i pracodawca wolną z sobą zawrą umowę, a w szczególności ugodzą się co do wysokości płacy, mimo to jednak ponad ich wolą zawsze pozostanie do spełniania prawo sprawiedliwości naturalnej, ważniejsze i dawniejsze od wolnej woli układających się stron, które powiada, że płaca winna pracownikowi rządnemu i uczciwemu wystarczyć na utrzymanie życia”.

    Encyklika ta dodaje przy tym, iż również za parawanem obustronnie zawartej umowy może kryć się gwałt zadawany sprawiedliwości, przeciw któremu należy wykorzystać powagą praw państwowych (tamże n. 34 – 35).

    To nauczanie Leona XIII zostało potwierdzone w innych późniejszych dokumentach Magisterium.W Kompendium Katolickiej Nauki Społecznej czytamy poza tym, że własność prywatna nie jest ani „nienaruszalna”, ani „absolutna”, zaś władze cywilne co prawda nie powinny interweniować w zakresie ekonomii, natrętnie, ale również winny się strzec czynienia tego w sposób „znikomy” (tamże, n. 177, 351).

    Czy „ortodoksyjny” liberał może przystać na to, by władze cywilne ingerowały w treść zawieranych przez strony umów? Czy z libertariańskim myśleniem o ekonomii ewidentnie nie kłócą się postulaty sprowadzające się do tego, by to nie tylko umowy o pracę, ale również państwo ustalało warunki sprawiedliwej pracy i płacy?

    TOLERANCJA MNIEJSZEGO ZŁA

    Ważnym dopowiedzeniem do katolickiej nauki o prawie i obowiązku władz cywilnych do karania i zakazywania zła, jest przypomnienie, iż wolno jest niekiedy tolerować mniejsze zło. Jest to dozwolone wówczas, by zapobiec większemu złu lub ocalić jakieś większe dobro. Tradycyjne rozumienie tolerancji zakłada zawieszenie aktywnego przeciwstawienia (karania czy nawet upominania grzechu) się jakiemuś złu, w imię zachowania jakiegoś większego dobra lub zapobieżenia większemu złu.

    Przekładając takie rozumienie tolerancji na sferę stricte prawną: władza może zrezygnować z karania nieprawości, która w normalnych warunkach winna być zakazana i tępiona, jeśli groziłoby to powstaniem większego zła lub można by było w ten sposób utracić większe dobro. Tolerancja oznacza więc uwarunkowane okolicznościami i warunkami zawieszenie karania zła, ale nie przyznanie nieprawościom rzekomego prawa do bycia wyjętymi spod represji. Kiedy jednak okoliczności na to pozwolą grzech winien być prawnie karany i zakazany.

    Powiedzenie: „Na razie lepiej tego nie karać” nie jest tym samym, co: „Nic mi do tego, nie mam prawa tego karać„. Pierwsze jest wyrazem tradycyjnie chrześcijańskiej roztropności i tolerancji, drugie: libertariańskiej herezji.

    NIE WSZYSTKIE GRZECHY MUSZĄ BYĆ KARANE

    Warto jest również zastrzec, iż prawo oraz obowiązek władz cywilnych do represjonowania nieprawości, nie oznacza bynajmniej, iż dokładnie wszystkie ze złych uczynków winny być prawnie karane i zakazywane. Różny jest stopień szkodliwości społecznej poszczególnych nieprawości. Pewne złe czyny bezpośrednio szkodzą jedynie ich sprawcom, inne z kolei polegają na wciąganiu w to swych bliźnich. Część z nieprawości zagraża zaś wręcz całemu porządkowi społecznemu. Bardzo wątpliwym byłby pomysł karania ludzi, którzy dokonują swych złych uczynków zupełnie potajemnie i w całkowitym odosobnieniu. W końcu przecież nie można powiedzieć, by w ten sposób bezpośrednio szkodzili komuś poza sobą. Czym innym jest już jednak namawianie, pobudzanie, inspirowanie swego bliźniego do zła (co ma miejsce choćby w przypadku grzechów, do których dokonania potrzebne są dwie osoby) i podobnego rodzaju nieprawości, jako działania wymierzone w dobro innych osób powinny stać się przedmiotem prawnych zakazów i kar.

    Swego rodzaju podsumowaniem tradycyjnego nauczania Kościoła na temat karania zła, mogą być dwa kazania wygłoszone przez wybitnych polskich kaznodziejów, gdzie w wyrazisty sposób ukazany jest z jednej strony obowiązek represjonowania nieprawości, z drugiej zaś konieczność wstrzymywania się od realizowania tej powinności, z powodu wglądu na roztropną i mądrą tolerancją mniejszego zła:

    (…) Mówią, iż je karać każem słowem Bożym, upominaniem i wyklinaniem. A jeśli oni o to nie dbają i z tego sięśmieją, to im żadnego karania nie masz. Śmiech z siebie czyni, kto czeladnika słowy karze, na które nic nie dba, i na cudzołożnika albo złodzieja, którego w domu swoim masz, takie penowanie a nie inne nań ustaw, aby inaczej karany nie był; ujrzę, jaki dom swój mieć będziesz, a jako cię do innego karania będzie tęskno i szukać go musisz.Mówią, iż tu Pan Jezus nie kazał wyrywać kąkolu, ależniwa czekać. Nie zganił wielki gospodarz, Pan Jezus, dobrej czeladki swojej, którzy Mu chęć swoję na plewidło ofiarowali, z miłości ku pożytkom Jego, z żałości ku szkodzie Jego, z gniewu ku nieprzyjaciołom Jego. I owszem to im rozkazuje, gdy je posyła do winnice swojej na robotę, która jest najpierwsza: kamienie wybierać i złe ziele wyrywać. To siał diabeł, to nasienie i rodzaj jego; wyrzućcie, mówi przez Apostoła, złe z pośrodku was, aby się inni nie psowali. Trocha kwasu wszystkę dzieżę zaraża); i psują dobre obyczaje rozmowy złe, jako są bardzo jadowite heretyckie. Zelus Boży, to jest żarliwość i gniew o krzywdę Bożą i o zelżywość i szkodę czci świętych Jego, wielce się w Piśmie zaleca, w Mojżeszu, w Phineesie, w Eliaszu, w Ezechiaszu, Matatiaszu i innych. Miłości jednej odrobiny ku Bogu nie ma, kto się o krzywdę Boską nie gniewa. Miłości ku bliźniemu nie ma, kto się nad zgubą dusze jego nie użali. Na grzech się nie gniewa i owszem przyjaźń czartu pokazuje, kto grzechu, gdy może być, nie wymiata ani karze, ponieważ jest nasienie diabelskie.Toby taki cudzołożnikom i mężobójcom i złodziejom i rozbójnikom, którzy się też kąkolem zwać mogą, Pan Jezus wolność w tej Ewangeliej dał, a karać ich urzędem nie kazał. Niewczesnego i niepogodnego plewidła zakazał gospodarz Pan Jezus, takiego, które jest z szkodą Jego i drogiej pszenice Jego; i przeto przydał przyczynę: aby wyrywając kąkol, pszenica się nie wykorzeniała. Ale gdy jest czas, a bez szkody być może, kto i pomyślić ma, aby tego miał kto mądry zakazować? Chyba by ten, co rozumu nie ma, abo się w szkodzie i zelżywości Bożej i w utracie zbawienia ludzkiego i swego kocha. Coby było szatańskie a nie ludzkie serce.Znosić heretyki i ścierpieć, gdy się bez wojny i rozruchów domowych i wszystkiego królestwa karać nie mogą, to każdy rozum przypuścić musi. Boby wiele dobrych poginęło, boby szkodę wielką niewinni podjęli. Uchowaj Boże tego! Toż się o innych grzechach mówi: ktoby wszystkie lichwiarze zaraz wykorzenić chciał, szkodę by tym, którzy pożyczków potrzebują, uczynił. Na dzień sądny, na ono ostatnie żniwo, wszystko się i zaraz ukarze, ale tu na ziemi i najpilniejsze urzędy nie mogą zaraz i wszystkiego złego wykorzenić. Ale złe ganić i wolności im bronić a roztropnie je karać, to powinien urząd każdy „ – Ks. Piotr Skarga, (.Ks. Piotr Skarga, „Kazania na niedziele i święta całego roku„, Tom I. Kraków 1938, s. 144-149).

    Gdzie nie tak to masz rozumieć: żebyśmy mieli milczeć, albo przez szpary patrzeć, kiedy kto źle uczy albo czyni. Albowiem chce to mieć Pan Bóg na świecie, aby przełożeni urzędu swego pilni przestrzegali, aby sprawiedliwość była, aby źli byli karani, a dobrzy obronieni (…) A tak niezakazuje Pan Bóg, i owszem rozkazuje złoczyńców hamować, i karać ich. Ale jako sam cierpi złe nasienie na roli swojej, jedno przez to, aby się pospoły pszenica nie wyrwała: ponieważ wiele takich , którzy dziś są kąkolem, a jutro pszenicą być mogą: tak też rozkazuje urzędom i sługom swoim, aby w tej mierze, i w tym karaniu złych ludzi, skwapliwi nie byli, aby niewinnych przy winnych nie wygładzali. Ale gdzie tej trudności nie masz, tam ma ważyć owa sentencja Pańska: Kto mieczem zabije, ten od miecza zginie (Mt 26). I ona druga: Wyrzućcie złość z pośrodku waszego” – ks. Jakub Wujek (Cytat za: „Wykład Pisma świętego. Postilla Catholica”, cz. I, Komorów 1997, s. 178 – 179).

    ŚW. TOMASZ Z AKWINU ZWOLENNIKIEM LEGALNOŚCI PROSTYTUCJI?

    Poplecznicy libertarianizmu nie składają jednak broni i próbują wykazać, iż również w ramach tradycyjnego prawowiernego chrześcijaństwa istniały nurty libertariańskiego myślenia o państwie i prawie.

    Niezwykle częstym argumentem libertarian jest np. powoływanie się na św. Augustyna oraz św. Tomasza z Akwinu, jako będących zwolennikami bezkarności prostytucji. W ślad za tymi doktorami Kościoła, brak karalności oraz legalność prostytucji miała zaś wspierać nawet cała nauka katolicka oraz wszyscy władcy katoliccy. Takie stawianie sprawy jest jednak mitem oraz przekłamaniem.

    Po pierwsze bowiem: to nie doktryna katolicka, ale niektórzy teologowie katoliccy twierdzili, że w ściśle zakreślonych granicach prostytucja powinna pozostać niekaralna. Prawda, że pośród tych teologów znajdowała się tak wybitna postać, jak św. Augustyn. Nie bez znaczenia jest jednak fakt, iż sformułował on ten pogląd, gdy był jeszcze katechumenem nie obeznanym dość mocno z doktryną chrześcijańską.

    Apologeci bezkarnej prostytucji powołują się także na św. Tomasza z Akwinu. Tymczasem, wiele wskazuje na to, że tak naprawdę Akwinata nie jest autorem zdań opowiadających się za – choćby cząstkową – legalnością tego procederu. Część jego dzieła pt. „De regimine principium”, w której jest mowa o potrzebie pozostawienia bezkarną prostytucji, nie została tak naprawdę napisana przez św. Tomasza z Akwinu, lecz przez jego ucznia – Ptolomeusza z Luki. Akwinata przerwał pisanie tej pracy z powodu śmierci księcia, do którego utwór był adresowany. Dokończenia tego dzieła podjął się zaś wspomniany Ptolomuesz z Luki (Patrz: Kinga Wiśniewska – Roszkowska, „Problemy współczesnego erotyzmu”, Warszawa 1986, s. 74-75).

    Tak czy inaczej fałszem jest sugerowanie, jakoby doktryna katolicka opowiadała się za legalnym płatnym nierządem. Jeśli ktoś, chce bronić prawdziwości tej tezy powinien wskazać, nie na opinie poszczególnych teologów (albowiem w niektórych kwestiach nawet niektórzy Święci głosili poglądy, które później były odrzucane przez Magisterium – np. św. Augustyn poddawał w wątpliwość Niepokalane Poczęcie Matki Bożej), ale na orzeczenia Papieży, Soborów i rzymskich Kongregacji. Albo przynajmniej należałoby wykazać, iż coś takiego było przedmiotem powszechnego consensusu wśród katolickich autorów.

    Po drugie: postawa państw katolickich względem prostytucji przejawiała się, albo w absolutnym i całkowitym zakazie, lub też w mocno ograniczonej tolerancji prawnej dla tego zjawiska. Przez długi czas handel ciałem został całkowicie zabroniony m.in. w Hiszpanii, Portugalii i Francji. Trzeba nadmienić, że nierzadko plaga ta była tępiona drakońskimi represjami. Stręczyciel mógł być zatem ścięty, pozbawiony uszu, zakuty w pręgierz, wygnany z miasta, itp. Prostytutki chłostano i zamykano w klatkach na widok publiczny. Mężczyzna korzystający z płatnych usług seksualnych mógł trafić za więzienne kraty. Ci spośród władców, którzy postanowili tolerować w swych granicach płatny nierząd, starali się zamykać go w ściśle określonych granicach, których przekroczenie niejednokrotnie surowo karano. Prostytutki często musiały praktykować swój „zawód” tylko w obrębie specjalnych domów, nierzadko nie miały wstępu w granice miast. Dbano też, by nad owym procederem unosił się silny odór obrzydzenia i ohydy. Płatne nierządnice nieraz były zobowiązane nosić specjalnie wyróżniający strój, a przed domami publicznymi mnisi głosili kazania, w których odmalowywano wiernym ohydę grzechów ciała. Nie wszyscy z tych władców, którzy w ograniczony sposób tolerowali prostytucję byli zresztą przekonani, iż czynią dobrze. Św. Ludwik IX pod koniec swego życia mocno sobie wyrzucał, iż nie wprowadził we Francji całkowitego zakazu prostytucji.

    Błędem jednak byłoby przypisywanie tym spośród teologów i władców katolickich, którzy optowali za częściowo bezkarną prostytucją, libertariańskiego spojrzenia na rolę Państwa w tej sferze. Bez wątpienia, nie byliby oni zachwyceni takim przedstawieniem ich stanowiska, jak gdyby wspierali oni ideę braku ingerencji rządu w prywatny obszar seksualności. Ich ujęcie tego problemu wypływało ze zdecydowanie innych przesłanek. Zakładały one, że w społeczeństwie, w którym istnieje szereg rygorów, kar i represji względem przed i pozamałżeńskich kontaktów cielesnych, winno istnieć jakieś wąskie ujście dla tłamszonej nieczystości, albowiem w przeciwnym razie zacznie się ona wszędzie pokątnie rozlewać. Św. Augustyn porównał to do kloaki, która musi znajdować się w każdym, choćby najschludniejszym domu, albowiem w przeciwnym razie całe domostwo zostanie zanieczyszczone fekaliami i uryną. Można z takim podejściem się nie zgadzać i z nim dyskutować, ale nie sposób go wpisać w liberalną tezę, iż władzom cywilnym nic do tego, co obywatele wyrabiają miedzy sobą za czterema ścianami mieszkania. Teolodzy katoliccy, którzy byli za mocno ograniczoną bezkarnością prostytucji, nie negowali bowiem wcale zasadności ustanawiania praw zakazujących rozpusty oraz cudzołóstwa, ale twierdzili, że w tym obszarze powinien istnieć bardzo wąski margines wolny od prawnych kar i represji.

    PAN JEZUS PRZECIWNIKIEM KARALNOŚCI CUDZOŁÓSTWA?

    Innym z liberalnych argumentów, jaki wysuwany jest przeciw idei karania zła jest powoływanie na ewangeliczną perykopę, w której Pan Jezus „de facto” uchronił cudzołożną niewiastę przed przewidzianą w Starym Testamencie karą ukamienowania, jaką chcieli względem niej wymierzyć faryzeusze (J, 8, 1-11). Tymczasem, jeżeli już ów fragment ma przeciw czemuś świadczyć, to co najwyżej przeciw pomysłowi karania śmiercią za cudzołóstwo. Z pewnością zaś nie jest to przekonywujący argument na rzecz zniesienia jakichkolwiek sankcji karnych wymierzonych w grzechy nieczystości. Co więcej, bardziej uważna lektura tej biblijnej historii wskazuje, iż można mieć wiele wątpliwości również co do tego, czy Pan Jezus ratując cudzołożnicę, rzeczywiście chciał w ten sposób pokazać, iż karanie śmiercią małżeńskiej niewierności jest czymś absolutnie niedopuszczalnym i zakazanym.

    Ważnym w próbie interpretacji tego fragmentu jest dostrzeżenie tego, iż Nowy Testament kładzie duży nacisk na konieczność prostoty i czystości intencji. Nasze dobre czyny, winny być spełniane w celu podobania się Bogu, nie zaś na pokaz, albo dla zaspokojenia własnych egoistycznych interesów. Przykładowo, sędzia powinien kierować się pragnieniem sprawiedliwości i obrony Bożego porządku, odrzucić musi zaś chęć sławy, nienawiść do bliźnich, chciwość dóbr doczesnych, etc. Jednak faryzeusze, którzy pragnęli zabić ową grzesznicę nie kierowali się dążeniem do sprawiedliwości. Biblia wyraźnie wskazuje, iż ich serca były podstępne i zdradliwe. Pierwszą tego oznaką jest to, że cudzołożnica została przyprowadzona przed Chrystusa, sama, bez wspólnika własnego grzechu – tzn. mężczyzny. Tymczasem Prawo Mojżeszowe nakazywało kamienowanie obu stron cudzołóstwa – mężczyzny i kobiety (Ks. Powt. Prawa 22, 22). Pytanie; co się stało z cudzołożnikiem? Czyżby zdołał uciec kilkunastoosobowej grupie mężczyzn? A może „sprawiedliwość” faryzeuszy była wybiórcza? Na ową wybiórczość faryzeuszowskiego poczucia sprawiedliwości wskazuje następujący fragment owej sceny: „Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieć o co Go oskarżyć( Jn, 8,6). Jasno tu widać, iż Prawo Mojżeszowe, było w tym konkretnym wypadku, narzędziem, które podstępni ludzie próbowali wykorzystać nie w celu obrony Bożych przykazań, ale po to by rzucić fałszywe oskarżenia na Syna Bożego. Chrystus Pan znał doskonale ludzkie serca, dlatego też postanowił uwolnić cudzołożną niewiastę. Poza tym należy przypomnieć, iż sam fakt anulowania w poszczególnych przypadkach kary za przestępstwo nie oznacza jeszcze zanegowania samej potrzeby jego karania. Przykładowo, Wszechmogący rzekł: „Kto przeleje krew ludzką, przez ludzi ma być przelana krew jego” (Ks. Rodzaju 9,6);jednak względem Kaina – mordercy Abla, Bóg uczynił wyjątek, dając mu specjalne znamię, aby ludzie nie uśmiercili go (Ks. Rodzaju 4, 15). Ten fakt nie oznacza jednak, że Bóg absolutnie potępił karę śmierci za morderstwo. Analogicznie rzecz biorąc: nie ukaranie śmiercią poszczególnych przypadków cudzołóstwa nie jest jeszcze równoznaczne ze stwierdzeniem, iż nigdy i nigdzie nie wolno w ten sposób karać cudzołożników i cudzołożnice.

    Choć brak jest przekonywujących dowodów na to, iż Pan Jezus rzeczywiście potępił karę śmierci za cudzołóstwo nie oznacza to jeszcze, że należy zawsze i wszędzie stosować tą sankcję względem osób winnych owej nieprawości. Starotestamentowe prawo karne nie jest bowiem – w ścisłym tego słowa znaczeniu – obowiązujące władców chrześcijańskich. W przeciwieństwie do przepisów obrzędowo-rytualnych Starego Zakonu tj. święcenie szabatu, zakaz spożywania krwi i wieprzowiny, ofiary całopalne, uciekanie się przez chrześcijan do sankcji karnych tam zawartych nie zostało jednak zakazane. Z pewnością ustanowione przez Pana Boga w Starym Przymierzu prawodawstwo karne może być moralnie stosowane, o ile uwzględni się przy tym inne objawione przez Wszechmocnego zasady postępowania z czyniącymi nieprawość, tj. łagodność, umiar w karaniu, chęć nawrócenia, a nie zniszczenia grzesznika, zapobieganie zgorszeniom, obrona społeczności przed złem. W zależności do sytuacji może się okazać, iż bardziej godne i sprawiedliwe będzie sięganie raz po łagodniejsze, a innym razem po surowsze środki karne. I tak w jednym wypadku może okazać się, iż bardziej zgodne z miłością i sprawiedliwością będą łagodniejsze kary, a w innym przypadku odpowiednia będzie kara śmierci.

    CZY KARANIE NIEPRAWOŚCI JEST BEZCELOWE?

    Istnieje jeszcze wiele wybiegów za pomoc ą których libertarianie próbują poddawać w wątpliwość słuszność tradycyjnie chrześcijańskiego stanowiska w sprawie prawnego karania i zakazywania zła. Jednym z nich jest opinia głosząca, iż państwo, które represjonuje i karze grzechy, w ten sposób odbiera swym obywatelom najcenniejszy Boży dar, jakim jest wolność wyboru pomiędzy dobrem a złem. Bez wolności wyboru nie ma zaś prawdziwie chrześcijańskiego życia.

    Ten argument miesza ze sobą dwie przesłanki: słuszną (winniśmy czynić dobro i unikać zła w sposób wolny) z błędną (w związku z tym nie wolno karać i zakazywać nieprawości). Przede wszystkim trzeba podkreślić, iż tak naprawdę żadne prawne zakazy i kary nie są w stanie odebrać człowiekowi wewnętrznej wolności wyboru pomiędzy dobrem a złem. Wszakże nawet, gdy z obawy przed ziemskimi karami powstrzymujemy się od dokonania jakiegoś złego uczynku, to nasze myśli i pragnienia wciąż mogą być przeciwne Bożemu prawu. Jasnym jest, iż żadne państwo nie jest w stanie zmusić kogokolwiek do bycia dobrym chrześcijaninem. Bycie dobrym chrześcijaninem zaczyna się bowiem w sercu, którego nie może przecież objąć nadzór sądów i policji. Może więc karanie grzechu faktycznie mija się z celem? Otóż nie. Traktując konsekwentnie ten argument można by zakwestionować zasadność karania choćby zgwałceń. Cóż bowiem z tego, iż potencjalny gwałciciel ze strachu przed karą nie dokona swej zbrodni? Wszak, w swym sercu i tak zgwałci kobietę. A jednak nawet, jeśli ów człowiek tak potwornie zgrzeszy w swych pragnieniach, to jednak: niedoszła ofiara nie zostanie zgwałcona; innym ludziom nie zostanie dany zły przykład do naśladowania; ów grzesznik jeśli się nie nawróci pójdzie co prawda do piekła, jednak jego potępienie nie będzie tak srogie, jak w przypadku, gdyby swe złe pragnienia zrealizował także w czynach. Podobnie, nawet jeśli dany mężczyzna nie uwiedzie młodej dziewczyny tylko z powodu obawy ukarania, to jednak: owa niewiasta nie zostanie wciągnięta przez niego w grzech; innym chłopcom i mężczyznom nie zostanie zaprezentowany kolejny zły przykład do naśladowania; ów grzesznik nie będzie odpowiadał na Bożym Sądzie za swe czyny, a jedynie za myśli i pragnienia, przez co jego potępienie będzie mniej srogie.

    Św. Tomasz z Akwinu pisze:

    „(…) jednak bywają ludzie krnąbrni, skłonni do złych nałogów, którzy nie łatwo dają się poruszyć słowami, dlatego zaistniała konieczność, by takich powstrzymywać od złego siłą i strachem, by przynajmniej z tego względu przestali źle postępować i pozostawili innych w spokoju… Otóż to właśnie wychowanie jest zdaniem ustawodawstwa ludzkiego” (Patrz: Św. Tomasz z Akwinu, „Suma teologiczna w skrócie„, Warszawa 2000, s. 343 – 344).

    Poza tym odpowiednie represje i kary co prawda nie zmieni ą serca grzesznika, ale mogą pobudzić go do zmiany swego stylu myślenia i wartościowania. Św. Augustyn uczy o tym w następujący sposób:

    Teraz widzisz, jak sądzę, iż nie należy zważać na sam fakt istnienia przymusu, ale raczej na to przez co się jest przymuszonym: czy jest to dobro czy zło. Nie jest tak, że każdy może stać się dobrym wbrew sobie, ale strach przed tym czego człowiek nie chce cierpieć kładzie kres uporowi, który stanowił przeszkodę, i przynagla go do poszukiwania prawdy, której nie znał. To sprawia, iż człowiek odrzuca kłamstwo, które wcześniej dopuszczał, szuka prawdy, której nie znał; dochodzi do pragnienia tego, czego nie pragnął” (List „Ad Vincentium”).

    Zawsze też należy pamiętać o dwóch zasadach: zło nie ma żadnych praw; niekaranie grzechu jest jednym z dziewięciu grzechów cudzych.Jeśli zło nie ma żadnych praw to oznacza to, iż nadużyciem jest domagać się dla niego prawnej ochrony, bezkarności czy legalności. Nieprawości są jak rak. Tylko głupiec uzna, iż nowotwory należy ochraniać, że przysługują im jakiekolwiek prawa.

    Niekaranie grzechu jest tradycyjnie wymieniane w katalogu tak zwanych grzechów cudzych. Jeżeli nie karzemy grzechu, mimo, że mamy ku temu możliwości i uprawnienia, a za powstrzymaniem się od represjonowania zła nie przemawia chęć uniknięcia większego zła bądź ocalenia większego dobra, to wówczas nasz brak działania w tej mierze, czyni nas współodpowiedzialnymi za nieprawość, której nie ukarzemy.

    Czy chcącemu nie dzieje się krzywda?

    Stara zasada prawa rzymskiego mówi: „Chcącemu nie dzieje się krzywda”. Człowiek, który wybiera zło sam sobie szkodzi, dlatego też nie jest sprawą rządu próbować sprowadzać go na dobrą drogę. Myśl ta jest następną wykorzystywaną w libertariańskim arsenale.

    Zasada głosząca, iż „Chcącemu nie dzieje się krzywda”, jeśli jest rozumiana w swym nie-dosłownym, ale metaforycznym sensie, może być po części słuszna. Oczywistym jest wszak, że nawet, jeśli dobrowolnie decydujemy się na jakąś nieprawość, fakt ów nie przemienia zachowania szkodliwego w nieszkodliwe. Jeżeli postanawiamy dla zabawy uciąć sobie rękę, to przecież sama dobrowolność tego zachowania nie sprawia, iż nie wyrządziliśmy sobie tym samym krzywdy.

    Częściowa słuszność tej zasady może jednak zasadzać się na stwierdzeniu, iż wiemy co czynimy, a jeśli tak, to będziemy odczuwać skutki swego złego postępowania na własnej skórze. Z tego rodzaju postawieniem sprawy wiąże się jednak niejedna wątpliwość i zastrzeżenie.

    Po pierwsze: każda nieprawość choćby, w mniejszym bądź większym stopniu, pośrednio lub bezpośrednio, szkodzi innym bliźnim, a nawet całemu społeczeństwu. Taka jest po prostu natura zła. Jest ono destrukcyjne, niszczące, zaraźliwe i niebezpieczne nie tylko dla jego sprawców, ale również dla osób postronnych.

    Oczywiście nie każdy grzech szkodzi w bezpośredni sposób innym ludziom. Przykładowo, jeśli onanista dokonuje swych wstrętnych czynów w tajemnicy i całkowitym odosobnieniu, to nie można powiedzieć, by w sensie właściwym szkodził on swym bliźnim. Nie daje on wszak innym złego przykładu, nie namawia, ani nie inspiruje swych bliźnich do czynów, które sam popełnia.

    Cudzołożnik z pewnością jednak krzywdzi już nie tylko siebie, ale choćby wspólniczkę swego grzechu, jej zdradzanego męża oraz dzieci. Na przykładzie cudzołóstwa widać więc, iż niemała część nieprawości wiąże się z licznymi szkodami wyrządzanymi nie tylko ich bezpośrednim uczestnikom, ale również osobom postronnym, a nawet całemu społeczeństwu. Bez problemu można by wykazać, jak bardzo niszcząca dla społeczeństwa jest część grzechów, których bezkarności i legalności domagają się libertarianie.

    JAK GRZECH NISZCZY SPOŁECZEŃSTWO?

    Pijaństwo wiąże się z ogromem mordów, wypadków samochodowych, pobić, kłótni, i zgwałceń, które dokonywane są pod jego wpływem. Większość przestępstw popełniana jest w stanie nadużycia alkoholu. Przyczyną sporej części rozwodów jest pijaństwo. Żony i dzieci pijaków przeżywają nieustanną mękę, będąc w większości wypadków przedmiotem agresji psychicznej lub fizycznej, a czasami też molestowania seksualnego.Narkomania często napędza przestępczość.

    Nałogowi narkomani nierzadko dokonują kradzieży, włamań, pobić i napadów, czyniąc to w celu zdobycia pieniędzy na swą ulubioną rozrywkę.

    Nierząd i cudzołóstwo owocują niszczeniem tradycyjnej rodziny i małżeństwa, które to z kolei są podstawami normalnego i zdrowego społeczeństwa. Dzieci zamordowane przed narodzeniem, oddawane do przytułków po narodzeniu, wychowujące się w rozbitych, przeważnie pozbawionych ojca rodzinach – to tylko niektóre z nieszczęsnych skutków tych nieprawości. Ciężki kryzys tradycyjnej rodziny i małżeństwa w dalszej rodzi takie patologie jak: przestępczość, narkomania, bezdomność. Wedle badań przeprowadzonych w USA prawdopodobieństwo popełnienia samobójstwa jest o 30 proc. wyższa wśród nastolatków, które wychowały się bez ojca. Podobnie 90 proc. dzieci bezdomnych i uciekających z domu, 3/4 nastoletnich narkomanów i 85 proc. młodocianych przestępców (w tym 72 proc. nieletnich morderców i 60 proc. gwałcicieli), wzrastało w rodzinie pozbawionej ojca (Patrz: „Ameryka bez ojców„, „Newsweek”, 10. 03. 2002, s. 82). Z grzechami nierządu i cudzołóstwa połączona jest też niemała liczba morderstw, pobić, samobójstw (dokonywanych np. przez zazdrosnych mężów, konkubentów, kochanków, etc).

    Jaskrawym przykładem tego do jakich konsekwencji prowadzą nierząd i cudzołóstwo może być rzeczywistość czarnej społeczności w USA. Obecnie 69 proc. czarnych dzieci nie pochodzi ze związku małżeńskiego, a 57 proc. nastolatków wychowywanych jest przez jednego z rodziców (najczęściej przez matkę). Szacuje się też, iż odpowiednio 43 proc. czarnych mężczyzn i 42 proc. kobiet nie żyło nigdy w małżeństwie. Ponad połowa morderstw i 42 proc. innych ciężkich przestępstw jest dokonywanych przez kryminalistów wywodzących się z 13 – procentowej czarnej społeczności. Ocenia się, iż 28, 5 proc. czarnych chłopców trafi do aresztów i więzień. W dużych miastach 4 na 10 czarnoskórych mężczyzn w wieku od 17 do 35 lat przebywa w więzieniach ( Por. Patrick J. Buchanan, „Śmierć Zachodu”, Wrocław 2005, s. 93-95).

    Homoseksualizm wiąże się ze zwiększoną częstotliwością dokonywania aktów pedofilii, molestowania nieletnich, przemocy i tym podobnych przestępstw. Około 2 procentowa społeczność homoseksualistów jest odpowiedzialna za od 30 proc. do 50 proc. wszystkich przypadków seksualnego wykorzystywania dzieci. Z szeroko zakrojonych badań wynika, iż przeciętny homoseksualista wykorzystuje 7, 5 razy więcej chłopców, aniżeli heteroseksualny pedofil dziewczynek ( Patrz: Dave Hunt, „Co nam szkodzą homoseksualiści?”, Tymoteusz, nr 9/1997, s. 12). Zbadanie spraw 518 masowych morderców, którzy zabijali na tle seksualnym w USA w l. 1966 – 1983 ujawniło, że 350 (68 %) ofiar zostało zamordowanych przez sprawców będących homoseksualistami oraz że 19 (44%) z 43 morderców było biseksualnych lub homoseksualnych .

    Prostytucja i pornografia owocują nierządem, cudzołóstwem, zgwałceniami, molestowaniem seksualnym, pedofilią. Przeważnie grzechy te powiązane są też ze światem kryminalnym. Prawie zawsze domy publiczne, kluby ze striptizem i innymi tańcami erotycznymi znajdują się pod kontrolą organizacji przestępczych. Przybytki takowe są też ulubionymi miejscami rozrywki kryminalistów. W centrach seksbiznesu notuje się zwiększoną ilość przestępstw. Badania przeprowadzone przez amerykańskie FBI wykazały, iż na 36 notorycznych zabójców, aż 29 było fanami materiałów pornograficznych. Inne analizy, którym poddawani byli przestępcy seksualni, wykazywały zaś, że 64 proc. homoseksualnych pedofilów oraz 86 proc. gwałcicieli permanentnie korzystało z pornografii ( Patrz: David A. Scott, „Pornografia – jej wpływ na rodzinę, społeczeństwo, kulturę„, Gdańsk 1995, s. 24 – 25).

    Ted Bundy, człowiek, który zgwałcił i zamordował co najmniej 28 niewiast i dzieci (podejrzewany był zaś o ok. 100 takich czynów), w wywiadzie jaki udzielił znanemu psychologowi Jamesowi Dobsonowi, wyznał:

    „ Spędziłem wiele czasu w więzieniu. Spotkałem wielu mężczyzn, którzy stosowali przemoc z takich samych motywów, co ja. Każdy z nich – i to co do jednego! – pogrążony był po uszy w pornografii. Każdy był pod jej wpływem i od niej uzależniony. To jedno nie ulega wątpliwości!” (Cytat za: Alfred J. Palla, „Poradnik walki duchowej„, Rybnik 1999, s. 186 – 187).

    Można by podawać jeszcze wiele przykładów złych skutków czynów w istocie swej nie naruszających cudzej wolności, które jednak szkodzą nie tylko osobom je popełniającym, ale również innym bliźnim. Sugestia więc, jakoby złe czyny szkodziły tylko ich sprawcom jest po prostu fałszywa i nieprawdziwa.

    Oczywiście można powiedzieć, iż mimo złych owoców dla całego porządku, które rodzą owe nieprawości, to i tak nie powinny być one represjonowane, póki nie przekraczają granic wolności innych ludzi. Tego rodzaju myślenie przypomina jednak działanie na zasadzie: „Nie zapobiegajmy, ale dopiero jak pojawi się choroba, to ją leczmy”. Tradycyjnie powiada się jednak: „Lepiej zapobiegać, niż leczyć”. Tkwi w tym przysłowiu wiele mądrości. Po co zmagać się z rakiem, jeśli przez odpowiedni styl życia, można znacznie zminimalizować ryzyko jego wystąpienia? Po co przyszywać uciętą dłoń, jeśli można jej nie ucinać?

    Idąc traktem libertariańskiego myślenia równie dobrze należałoby się domagać utrzymania karalności jedynie spowodowania wypadków samochodowych pod wpływem alkoholu, ale zalegalizować trzeba było samą jazdą w stanie nietrzeźwym. O ile bowiem spowodowanie wypadku na drodze jest już naruszeniem czyjejś wolności (wszak nie pytamy się drugiego kierowcy, czy życzy on sobie, by w niego uderzać), to sama jazda w stanie nietrzeźwości nie stanowi jeszcze gwałtu zadanego swobodzie innych kierowców. Zdrowy rozsądek podpowiada jednak, by karać nie tylko same sprawstwo wypadków, ale także to, co do nich bezpośrednio prowadzi, a więc jazdę pod wpływem alkoholu, nadmierną prędkość, itp.

    Właściwie pojęte dobro porządku społecznego wymaga więc, by część z nieprawości, które są popełniane dobrowolnie i bez przymusu, była mimo to represjonowana przez władze cywilne, również za pomocą kar i zakazów. Wiele z negatywnych zjawisk społecznych mogłoby być znacznie ograniczonych poprzez dobrze działające prawa wymierzone w zło.

    ZAKAZANY OWOC SMAKUJE LEPIEJ?

    Być może najczęściej używanym przez libertarian argumentem przeciw jest twierdzenie mówiące, jakoby prawne kary, zakazy i represje powodowały tak naprawdę narastanie zjawisk, które za ich pomocą pragnie się zwalczyć. Nie od dziś wszak ma być wiadomo, iż „zakazany owoc smakuje lepiej”. Prawne represjonowanie pewnych zjawisk potęguje tylko ich szkodliwość, w skutek czego okazuje się ono „lekarstwem gorszym od choroby”.

    Jeden z żarliwych obrońców liberalizmu, publicysta Tomasz Cukiernik, pisze o tym w następujący sposób:

    „ (…) niepotrzebne zakazy państwowe powodują przede wszystkim powstawanie i rozwój zorganizowanej przestępczości, tworzenie się czarnego rynku, a nie rozwiązują żadnego z problemów. Przeciwnie – sytuacja jest gorsza, niż gdyby zakazów nie było”.

    Libertarianie utrzymują zatem, iż najlepszym sposobem walki z jakimś złem jest uczynienie go bezkarnym i zgodnym z prawem. I tak np. zwolennicy legalności pornografii przekonują, iż zakaz tej obrzydliwości nic nie daje, albowiem nielegalnie czy legalnie ludzie zawsze korzystali i będą korzystać z pornografii. Apologeci bezkarności przerywania ciąży przekonują, iż prawa zabraniające aborcji powodują tylko zepchnięcie jej do podziemia, co nie wiąże się jednak ze zmniejszeniem skali dokonywanych „skrobanek”. Koronnym argumentem przeciw sensowności prawnych zakazów ma być historycznych przykład prohibicji w USA, która miała skończyć się jedynie ośmieszeniem tego prawa, napędzając przestępczość i nie zmniejszając przy tym poziomu używania przez Amerykanów alkoholu.

    Czy rzeczywiście receptą na zło jest jego legalizacja, a nie penalizacja? Czy karanie zła, jedynie je wzmacnia, a przynajmniej w ogóle go nie ogranicza? Zanim odpowiem na te pytania, pozwolę sobie na pewną ważną w tym kontekście uwagę. Jeśli rzeczywiście sprawy mają się tej sferze, tak jak je liberałowie prezentują, to konsekwentnie należałoby zakwestionować celowość jakichkolwiek kar, zakazów i ograniczeń. Po co represjonować kradzieże, morderstwa, pobicia, rabunki i gwałty, jeśli wedle libertarian zakazy tylko wzmacniają to co jest zwalczane ? Przecież „zakazany owoc lepiej smakuje”, a więc zapisanie kradzieży w kodeksie karnym sprawia jedynie, iż przybywa śmiałków chcących zakosztować rozkoszy owego czynu. Wizja dożywotniego więzienia albo krzesła elektrycznego za morderstwo napędzałaby w tej perspektywie tylko liczbę zabójstw. Najlepszym rozwiązaniem tego problemu, byłaby więc legalizacja wszelkich przestępstw oraz likwidacja kodeksu karnego, albowiem w myśl libertariańskiej logiki nie ma mądrzejszego sposobu na wytępienie jakiegoś zjawiska, niż uczynienie go bezkarnym i zgodnym z prawem. Albo będziemy więc logiczni oraz konsekwentni i przyznamy, że owocem zakazów i kar jest ograniczenie zjawiska, w które są one wymierzone. Albo też kierując się przekonaniem, iż zabroniony owoc smakuje posuniemy się do pomysłu likwidacji wszelkich kodeksów karnych.

    Libertariańskie dywagacje o „zakazanych owocach” opieraj ą się tak naprawdę na powierzchownej obserwacji rzeczywistości i wyciąganiu pochopnych wniosków w tendencyjnie dobranych przykładów. Owszem, prawdą jest, iż bywają sytuacje, w których zakazy i kary nic nie pomagają, a czasami nawet bardziej szkodzą. Wielkim błędem jest jednak twierdzić, iż owe zakazy i kary, ze swej natury, nie są pomocne w zwalczaniu zła, a co najwyżej sprzyjają jego szerzeniu. Rzeczywistość jest dokładnie odwrotna: mądrze i właściwie wprowadzane kary i zakazy wydatnie pomagają ograniczyć zło. To bezkarność zaś stanowi jeden z największych sprzymierzeńców w procesie rozprzestrzeniania się nieprawości. Jeżeli zaś, kary i zakazy nie pomagają, a szkodzą, to nie jest to winą ich wewnętrznej natury, ale pewnych, szczególnych okoliczności, które im towarzyszą.

    Biblijnym przykładem tego, na czym powinno polegać właściwe karanie nieprawości jest historia Helego i jego synów. Heli, jeden z izraelskich arcykapłanów, chociaż napominał swych synów z powodu złego życia, które prowadzili (kradzieży ofiar i rozpusty), to jednak nie potrafił on sięgnąć po narzędzie kary. Zamiast stanowczo ukarać grzechy synów, Heli ograniczał się tylko do ich napominania i wzywania by się nawrócili (1 Sm 2, 12 – 29). Do dziś postępowanie Helego jest ukazywane w chrześcijaństwie jako obraz grzechu niekarania zła.

    Aby prawne zakazy i kary skutecznie ograniczały zło, potrzebnych jest więc wypełnienie kilku warunków (wszystkich albo przynajmniej większości z nich):

    1. Zakazy i kary powinny być egzekwowane stanowczo i konsekwentnie. Pismo święte mówiąc o takim sposobie karania zła stwierdza: „Cały lud słysząc to ulęknie się i już więcej nie będzie się unosił pychą” ( Ks. Powt. Prawa 17, 13). Prawa egzekwowane w tym duchu powstrzymują więc wielu od popełniania złych czynów. Gdy brakuje jednak owej stanowczości i konsekwencji, autorytet prawa jest narażony na szwank, a zło coraz śmielej zaczyna podnosić swą głowę. Złoczyńcy coraz mniej lękają się kary i bardziej zuchwale popełniają swe nieprawości. Biblia mówi o tym tak: „Ponieważ wyroku nad czynem złym nie wykonuje się zaraz, dlatego serce synów ludzkich bardzo jest skore do czynów złych”(Ks. Koheleta 8, 11). Przykładem tego są choćby dzieje zakazu pornografii w naszym kraju. Na naszym rodzinnym podwórku mogliśmy obserwować, jak to od początku lat 90 – tych ub. wieku, mimo prawnego zakazu, pornografia de facto była w Polsce legalna. Wbrew prawu zabraniającemu rozpowszechniania pornografii, które obowiązywało u nas, aż do 1997 r., przez kilka lat materiały tego były sprzedawane jawnie i bez żadnych sankcji karnych. Czy w tym wypadku zawinił zakaz pornografii? Nie. Albowiem przez dziesiątki lat nie działały w Polsce jawnie otwierane sex schopy. W kioskach i sklepach nie wystawiano pornografii. Stacje telewizyjnego nie umieszczały w swych ramówkach programów o tym charakterze. Owszem, w drugim obiegu krążyła pornografia, jednak z pewnością nie było tak łatwo się z nią zetknąć jak obecnie. Zmieniło to się z początkiem lat 90., kiedy to z praktycznego wyciągania wniosków z istniejących zakazów prawnych, powszechnie zrezygnowała policja oraz wymiar sprawiedliwości. Ten stan doprowadził do istnego wylewu pornografii na Polskę. Przyczyną tego nie był jednak zakaz pornografii, ale brak chęci do jego wcielania w życie. Coś podobnego można zaobserwować odnośnie wielu innych nieprawości. W Holandii np., zanim zdepenalizowano eutanazję, przez wiele lat zwolennicy tej ohydnej zbrodni, uprawiali swą propagandę, której owocem było przekonanie większości społeczeństwa do „dobrej śmierci”. W skutek tego wielu lekarzy coraz bardziej ochoczo mordowało chorych starców, co z kolei spotykało się z przyzwoleniem społecznym oraz tolerancją prokuratorów i sędziów. „Uczy grzechu, kto go nie karze” – te słowa św. Grzegorza z Nazjanzu już nieraz okazały się boleśnie prawdziwe i realne (Cytat za: „Nauki katechizmowe ułożone na podstawie nauk różnych autorów. Tom V. O Przykazaniach”, Poznań 1910, s. 335).

    2. Władza ustanawiająca kary i zakazy powinna cieszyć się moralnym autorytetem. Małego posłuchu mogą się spodziewać zdemoralizowani i skorumpowani rządzący. Jedna z tradycyjnych powiedzeń mówi: „Ryba psuje się od głowy”.

    3. Społeczeństwo powinno być pod różnymi względami gotowe na wprowadzenie określonych zakazów. Przykładowo, choć prawna karalność nierządu i cudzołóstwa jest sama w sobie czymś słusznym, to jednak nie wydaje się, by rozsądne byłoby nagłe ustanawianie takiego prawa w społeczeństwie, w którym zdecydowana większość nie tylko, że popełnia owe czyny, ale jeszcze uważa je za objaw psychicznego zdrowia, normalności i właściwego korzystania z życiowych przyjemności. Tak jak ciasto wymaga odpowiedniego przygotowania, by wyrósł z niego chleb, tak nieraz potrzeba by zanim wprowadzi się zakazy, społeczeństwa zmieniły swą mentalność. Oczywiście, odpowiednie prawa także mają wpływać na zmianę mentalności, jednak przy zbyt wysokim stopniu demoralizacji społeczeństwa, ustanawianie pewnych prawnych zakazów może okazać się zbyt wczesne. Po prostu musi istnieć pewna warstwa zdrowej tkanki społecznej, by było to możliwe. Powodem niskiej efektywności przepisów prawa może być fakt, iż pewne dobre kary i represje są „obcym ciałem” w całokształcie praw i obyczajów danego społeczeństwa. Przykład amerykańskiej prohibicji także jest bardziej dowodem na to, iż pewne szczególne okoliczności mogą zniweczyć owocność prawnych zakazów, nie zaś, że są one, same w sobie bezsensowne. Oczywiście, odpowiednie prawa także mają wpływać na zmianę mentalności, jednak przy zbyt wysokim stopniu demoralizacji społeczeństwa, ustanawianie pewnych prawnych zakazów może okazać się zbyt wczesne. Po prostu musi istnieć pewna warstwa zdrowej tkanki społecznej, by było to możliwe. Powodem niskiej efektywności przepisów prawa może być fakt, iż pewne dobre kary i represje są „obcym ciałem” w całokształcie praw i obyczajów danego społeczeństwa.

    A CO Z AMERYKAŃSKĄ PROHIBICJĄ?

    Przykład amerykańskiej prohibicji także jest ciągle przywoływany przez liberałów i libertarian, jako koronny argument przeciw sensowności prawnych zakazów i kar. Pomijając już fakt, iż na ów jeden przykład domniemanego fiaska państwowych represji można by podać jakichś dziesięć kontrprzykładów pokazujących, iż prawne zakazy i kary wydatnie wpływały na ograniczenie dotkniętych nimi zjawisk, historia prohibicji wcale nie jest tak jasna i bezdyskusyjna, jak to się zwykło przedstawiać. Antyprohibicyjni fanatycy zapominają np. o tym, że zanim prohibicja objęła cały obszar Stanów Zjednoczonych, ( tzn. w 1920 r.), w miarę skutecznie, obowiązywała ona w części stanów (np., w Maine od 1852 roku) a na jej fiasko w skali ogólnokrajowej złożyło się skumulowanie wielu czynników, takich jak: potężny kryzys gospodarczy oraz demoralizacja setek tysięcy Amerykanów wracających z I wojny światowej, połączona z niemożnością znalezienia dla nich prac. Czynniki te wpłynęły na ogromny rozrost gangów i różnorakich organizacji mafijnych, dla których ponętnym kąskiem był handel alkoholem. W czasie obowiązywania prohibicji, w Stanach Zjednoczonych zmniejszył się poziom spożywania alkoholu oraz spadła ilość przyjęć w szpitalach spowodowanych alkoholizmem, a także liczba zgonów związanych z praktykowaniem pijaństwa (Patrz: Iwona Niewiadomska/ Marta Sikorska – Głodowicz, „Alkohol. Uzależnienia. Fakty i mity”, Lublin 2004, s. 37). Warto wiedzieć, że po zniesieniu prohibicji w 1933 roku, wskaźniki spożywania napojów alkoholowych jeszcze przez ok. 30 lat utrzymywały się na niższym poziomie niż miało to miejsce przed jej wprowadzeniem. Można też powiedzieć, iż w perspektywie długofalowej prohibicja przyczyniła się do większej kultury picia wśród Amerykanów. W USA wszak bardzo ściśle jest przestrzegany zakaz sprzedaży alkoholu osobom poniżej 21 roku życia, jest tam też więcej abstynentów niż w innych krajach, zaś pijaków jest mniej niż w Polsce, Wielkiej Brytanii czy Irlandii (nie wspominając już o Rosji czy Finlandii).

    Sam nie jestem zwolennikiem prohibicji, ale w powyższy sposób próbuję jedynie pokazać, iż twierdzenie zatem, iż amerykańska prohibicja skończyła się totalnym fiaskiem nie jest więc wcale aż tak bezdyskusyjne jak to się wielu wydaje.

    Generalnie rzecz biorąc więc, to nie kary, ale bezkarność umacniają i rozszerzają zło. W normalnych okolicznościach prawne zakazy ograniczają występowanie nieprawości. Można by cytować wiele statystyk, które wykazują z jednej strony pozytywne oddziaływanie zakazów i kar, z drugiej zaś związki zachodzące pomiędzy bezkarnością i legalnością zła, a jego natężeniem.

    W Szwecji np. prostytucja uliczna w ciągu 2 lat od wprowadzenia zakazu korzystania z płatnych usług seksualnych zmniejszyła się o 50 proc (Por. Christine Ockrent/Sandrine Treiner, „Czarna Księga Kobiet„, Warszawa 2007, s. 414).

    Z kolei w Francji prawo ustanowione przez obecnego prezydenta tego kraju, a wówczas jeszcze ministra spraw wewnętrznych, Nicolasa Sarkozy’ego, które było wymierzone w uliczną prostytucję, spowodowało jej spadek w Paryżu o 40 proc.

    Co ciekawe, w tych rejonach USA, gdzie powrócono do pewnych restrykcji względem seks-biznesu, ilość przestępstw seksualnych zmalała. Dowodem tego jest chociażby Oklahoma City, gdzie w 1984 roku zamknięto 150 klubów „peep schow”, kin porno, księgarni pornograficznych dla dorosłych. W tym okresie liczba gwałtów zmalała w mieście o przeszło jedną czwartą, gdy tymczasem w całym stanie liczba tych przestępstw wzrosła o 21 proc (Por. Michał Dylewski, „Seks analny i klopsiki„, „Fronda”, nr 27 – 26/2002, s. 275). Badania nad przestępczością seksualną (to znaczy zgwałceniami, molestowaniem seksualnym, pedofilią), chorobami wenerycznymi, rozwodami, aborcjami, ciążami nastolatków, niepełnymi i rozbitymi rodzinami pokazują z kolei, iż w ciągu ostatnich 50 lat rosną one w zastraszającym tempie, nierzadko o 300, 400, 500, a czasami nawet ponad 1000 procent. Wszystkie te zjawiska powiązane są bardzo mocno z rozwiązłością seksualną, która jeszcze 50-60 lat temu, była w naszym kręgu cywilizacyjnym mocno ograniczana przez istniejące jeszcze wówczas prawne zakazy i kary (prawie wszędzie wówczas zabroniona była np. pornografia, w części krajów karano niewierność małżeńską). Czy to tylko przypadek, czy też może logiczna prawidłowość zachodząca pomiędzy legalizacją występków przeciw cnocie czystości, a natężeniem patologii z nimi związanych?

    BIG BROTHER?

    Być może część z Czytelników przekonała się już do niesłuszności głównych założeń libertarianizmu. Mimo to wciąż można mieć wątpliwości do celowości tradycyjnie chrześcijańskich postulatów wzywających do penalizacji również tych spośród złych uczynków, które dokonywane są jedynie „w czterech ścianach domu”.

    Ktoś może zapytać się, czy prawo zakazujące i karzące takowych czynów nie mijało by się całkowicie z celem? Czy nie byłyby to całkowicie martwe przepisy, których praktyczna realizacja wymagałaby montowania kamer w domostwach, albo też jakiś metodycznych najazdów policji na mieszkania obywateli? Czyż życie społeczne nie przypominałoby wówczas programu „Big Brother”, w którym wszyscy są podglądani i podsłuchiwani?

    Z pewnością każdy ma prawo do ochrony życia prywatnego. Czy jednak prawo to ma charakter absolutny? Wiele złych czynów, które dokonywane są w „czterech ścianach domu” jest współcześnie prawnie zakazanych. W domach dokonywane są mordy, masakry, pobicia, zgwałcenia, pedofilia, poligamia, kazirodztwo, zoofilia. Nikt jednak nie twierdzi, iż póki zachowania te nie wykraczają poza „cztery ściany mieszkania” bezsensowne byłoby ich karanie. Co więcej fakt, iż czyny te praktykowane są właśnie w taki „prywatny” sposób wydatnie utrudnia ich wykrycie i ściganie.

    Poza morderstwem, masakrami i poligamią, których sama specyfika, sprawia, iż zazwyczaj wychodzą one na jaw, pozostałe z wymienionych wyżej zachowań nie są łatwe do praktycznego karania.

    Szacuje się, iż np. tylko 10 proc. zgwałceń jest wykrywanych przez policję, albowiem reszta ofiar wstydzi się przyznać do bycia obiektem tego przestępstwa, a poza tym jego przeważnie niepubliczny charakter utrudnia udowodnienie sprawcom winy. Podobnie sprawa wygląda z pedofilią.

    Z kolei, odnośnie kazirodztwa (gdy jest ono dokonywane przez obie strony dobrowolnie) i zoofilii, możliwość ich wykrycia oraz udowodnienia jest jeszcze bardziej nikła. Poza jakimiś naprawdę ekstremalnymi wypadkami w walce z tymi przestępstwami nie używa się też takich metod jak zakładanie podsłuchów i kamer w prywatnych domach.

    Mimo to raczej nie słyszy się postulatów legalizacji tych nieprawości. Najzwyczajniej w świecie przyjmuje się, iż takie czyny jak kazirodztwo czy zoofilia zostaną ukarane wówczas, gdy wyjdą one na jaw. W pewnym sensie przyjmuje się z góry założenie, że poza jakimiś wyjątkowymi sytuacjami, zachowania w rodzaju seksu z krewnymi lub zwierzętami, nie wyjdą na jaw, gdyż taka jest ich specyfika. Nie mówi się jednak: w takim razie wykreślamy te czyny z katalogu przestępstw. Powód tego jest prosty. Nawet, jeśli przeciętny kazirodca czy zoofil wie, iż istnieje mała szansa na to, by jego czyny zostały wykryte i ukarane, to z drugiej strony ma świadomość tego, że może to nastąpić. Nie czuje się więc całkowicie bezkarny. Zniesienie karalności takowych czynów, sprawiłoby zaś, iż amatorzy stosunków seksualnych z własnymi krewnymi i czworonogami, poczuli by się zupełnie bezpieczni i bezkarni, dopóty swe obrzydliwości czynili by w domu. A tak zawsze mają przed oczyma, iż może spotkać ich za to kara. Świadomość ta sprawia, że nawet zło, które jest praktykowane wyłącznie w granicach prywatności, ma swe hamulce i nie rozprzestrzenia się w taki sposób, jakby to się działo, gdyby nie istniały przeciw niemu żadne zakazy i prawa. Warto też dodać, iż wiele z nieprawości, które dziś roszczą sobie prawa i przywileje, zaczynało swą drogę właśnie od realizacji postulatu zniesienia karalności wówczas, gdy dokonywane są one w sferze prywatnej. Klasycznym tego przykładem jest historia ruchu wojujących homoseksualistów. Jakieś 50 lat temu, nikomu by do głowy nie przyszło, iż zwolennicy sodomii będą domagać się „praw” do zawierania oficjalnych „małżeństw” czy też adopcji dzieci. Wojujący homoseksualizm zaczynał właśnie od żądania uznania go za bezkarnym i legalnym „zaledwie” w obszarze prywatności. Nie będzie chyba ani odrobiną przesady stwierdzić, iż publiczna propaganda grzechu, zawsze jest poprzedzona jego bezkarnością w sferze prywatnej. Z tych to powodów, głęboki sens mają zakazy i kary wymierzone w „prywatny” nierząd i cudzołóstwo.

    Czy prawowierny chrześcijanin może być libertarianinem?

    Zapewne jeszcze nie raz, jako chrześcijanie będziemy stawać przed pytaniem: czy libertarianizm może być dobry i chrześcijański? I niejednokrotnie usłyszymy na nie odpowiedź twierdzącą. Nie negując jednak tego, iż w pewnych szczegółowych postulatach libertarianie czasami mogą mieć rację, a nawet reprezentować stanowisko bliskie chrześcijańskiemu, to nie ulega też wątpliwości, iż podstawowe założenia ideologii libertariańskiej są po prostu złe i niezgodne z Bożym porządkiem. Idea, by państwo i prawo delegalizowały jedynie te zachowania, które naruszają czyjąś wolność, ze zdroworozsądkowego punktu widzenia jest absurdalna, a w perspektywie tradycyjnie chrześcijańskiej najzwyczajniej stanowi herezję. Pogląd ten, gdyby był realizowany w praktyce, czyniłby życie w społeczeństwie całkowicie nieznośnym, przypominającym życie na beczce prochu lub jazdę na autostradzie, na której dwie trzecie kierowców jest pijanych. Podpieranie się zaś libertarianizmu niektórymi fragmentami z Biblii czy też faktami z historii chrześcijaństwa jest zaś po prostu skrajnie naciągane. Konsekwentnie liberalne maksymy po głębszej analizie okazują się sprzeczne z podstawowymi zasadami chrześcijańskiego postępowania. Na przykład. cały wysiłek, jaki libertarianie wkładają w przekonywanie, jak to bardzo bezsensowną i niepotrzebną rzeczą jest karanie zła, zderza się z tradycyjną chrześcijańską zasadą, która umieszcza niekaranie grzechu pośród grzechów cudzych, a więc zachowań moralnie napiętnowanych. Niemożliwy jest więc chrześcijański libertarianizm. Niemożliwe jest to nawet, gdybyśmy zacieśnili libertarianizm jedynie do jego ekonomicznego wymiaru. Chociaż postulaty liberalizmu gospodarczego mogą wydawać się w dużej mierze zgodne z doktryną katolicką, to i tu jego rdzeń okazuje się być nie do zaakceptowania.

    Jakikolwiek więc możliwy do zaaprobowania przez prawowierne chrześcijaństwo libertarianizm musiałby bowiem pozbyć się swych podstawowych założeń, pozostawiając co najwyżej swe przypadłości. W ten sposób libertarianizm przestałby być jednak libertarianizmem.