Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: Katechizm św. Piusa V

  1. Ogień piekielny jest rzeczywisty, a nie tylko metaforyczny

    Leave a Comment

    Pismo święte wielokrotnie i w jasnych słowach opisuje piekło jako miejsce i rzeczywistość, w których to będzie  „nieugaszony ogień„, (Mk 9, 47),  potępieni  będą wrzuceni  do „jeziora gorejącego siarką” (Ap 21, 8), „pójdą na wieczną mękę” (Mt 25, 46), gdzie  „będą cierpieć katusze we dnie i w nocy na wieki wieków„(Ap 20, 10), „Pan Wszechmocny ich ukarze w dzień sądu, ześle w ich ciało ogień i robactwo, i jęczeć będą z bólu na wieki” (Jdt 16, 17). Biblia mówi też, iż w piekle „robak nie umiera, a ogień nie gaśnie” (Mk 9, 47 – 48); „Pan Jezus (przyjdzie) z aniołami swojej potęgi w płomienistym ogniu, wymierzyć karę tym, którzy Boga nie uznają i nie są posłuszni Ewangelii Pana naszego Jezusa” (2 Tes 1, 7-8) zaś „plewy (czyli zatwardziali grzesznicy – przyp. moje MS) będą spaleni w ogniu nieugaszonym” (Łk 3, 17).

    Niczym więc dziwnym nie jest, że przez wiele wieków chrześcijanie rozumieli piekło, jako miejsce, „w którym grzesznicy smażą się w ogniu„.  Jak to zostało ujęte w jednym z popularnych podręczników nauki katolickiej:

    Kara zmysłów polega przede wszystkim na ogniu będącym fizyczną męką potępieńców (…) Chodzi tu zatem o prawdziwy, realny ogień, nie metaforyczny, podtrzymywany i podsycany mocą Bożą. Ten ogień działa na szatana i na dusze odłączone od ciała; po sądzie ostatecznym będzie dręczyć dusze i ciała” [1].

    Taka tradycyjna i dosłowna interpretacja piekła zaczęła się zmieniać w XIX wieku, kiedy to najpierw Adwentyści Dnia Siódmego, a później Świadkowie Jehowy zaczęli twierdzić, iż zadawanie wiecznych mąk choćby i zatwardziałym grzesznikom nie zgadza się z miłosiernym charakterem Boga, dlatego też coś takiego nie może być prawdą. Tego rodzaju myślenie w końcu zaczęło też być popularne i wśród katolików, którym co prawda nie wypadało wprost zanegować czegoś, co w końcu jest jednym z nieomylnie ogłoszonych dogmatów wiary katolickiej (a więc istnienia wiecznego piekła) jednak zaczęli oni – w imię swojego pojmowania miłosierdzia Boga – na różne sposoby łagodzić i osładzać pojmowanie natury wiecznego potępienia. Jedną zaś z metod owego „osładzania” piekła jest popularne twierdzenie, iż  jasne słowa Pisma świętego o „wiecznych ogniu” i tym podobnych karach dla złoczyńców nie mogą być odczytywane dosłownie i są tylko symbolami oraz metaforami innej, też przykrej, bolesnej i smutnej, ale nie odczuwalnej na płaszczyźnie zmysłowo-cielesnej rzeczywistości. Podkreśla się przy tym, że piekło będzie polegało na odłączeniu od Boga, a nie mękach, które będą odczuwane przez nasze zmysły i ciało (wówczas, gdy ono zmartwychwstanie).

    Co można odpowiedzieć na tego rodzaju twierdzenia i interpretacje? Cóż, patrząc na nie od strony tylko zdroworozsądkowej i racjonalnej, na ich przykładzie widać, jak podkreślanie pewnych prawdziwych elementów nauki o piekle (a więc prawdy o tym, że główną karą wiecznego potępienia będzie utrata Pana Boga na zawsze) połączone z lekceważeniem bądź negowaniem innych prawd na ten temat, praktycznie rzecz biorąc uspokaja i zwodzi tych, którzy swym życiem pędzą ku zatraceniu. Cóż bowiem oznacza powiedzenie jakiemuś wielkiemu grzesznikowi, któremu bardzo dobrze się powodzi na tym świecie: „Stracisz Boga na wieczność„? W wielu wypadkach jegomość taki odpowie: „To świetnie! Radzę sobie bez Boga na tym świecie doskonale: pełno mam kasy, samochodów i panienek. Kiedy pójdę do piekła, to bez Boga będę tam wiecznie imprezować ze swymi kumplami„. I nie ma co się łudzić, że ogrom ludzi tak myślących w końcu przejmie się pustką i bezsensem kryjącym się za takim wartościowaniem swego ziemskiego życia. Realistycznie rzecz ujmując, trzeba bowiem powiedzieć, iż różne doczesne uciechy mogą dość mocno zagłuszyć wyrzuty sumienia oraz tęsknotę za życiem pełnym głębszego sensu objawiającym się choćby „w szukaniu wpierw Królestwa Bożego i Jego sprawiedliwości„.

    Ważniejsze jest jednak to, iż interpretacja zaprzeczająca realności ognia piekielnego i związanych z nim odczuwalnych na płaszczyźnie zmysłowej cierpień potępionych, a zawężająca te prawdy tylko do jakiejś symbolu i metafory cierpienia o charakterze duchowym jest po prostu niezgodna z odwiecznym nauczaniem Kościoła.

    Przykładowo, Katechizm św. Piusa V w następujących słowa naucza o charakterze mąk piekielnych:

    Będą i drugie męki cierpieć, że na wieki w ogniu będą goreć. A to zowią Teologowie <Paenam sensus> ( to określenie oznacza „kary zmysłowe” – przyp. moje MS). Bo, gdy kogo biją, czuje na ciele i na duszy swojej, tak gdy ludzi potępionych w piekle ogień będzie palił, czuć będą nie tylko na ciele, ale i na duszy swojej męki ogromne, a to bez pociechy i bez końca” [2].

    Ów Katechizm omawiając prawdę o zmartwychwstaniu ciała stwierdza też, iż potępieńcy:

    wszystkie spełna członki mieć będą, nie ku dobremu ich, ale ku większemu utrapieniu, iż w każdym członku będą boleść i wielką mękę cierpieć” [3].

    Z powyższych słów wynika jasno, że potępieni będą cierpień nie tylko w sensie duchowym, ale również w znaczeniu cielesnym i zmysłowym, i że jednym ze środków kary będzie ogień zadający mękę ciału oraz zmysłom osób potępionych.

    W innych dokumentach kościelnych czytamy zaś, iż „po zmartwychwstaniu ciał, człowiek w całej pełni swej natury, to znaczy z duszą i w ciele będzie wiecznie szczęśliwy albo będzie wiecznie cierpiał” (Katechizm św. Piusa X) [4]; „Kościół wierzy (…), że kara wieczna czeka grzesznika, który będzie pozbawiony Boga; wierzy również, że ta kara obejmie całe <jestestwo> grzesznika” (Kongregacja Nauki Wiary, „List do biskupów o niektórych zagadnieniach dotyczących eschatologii” z dnia 17 maja 1979 roku, n. 7) [5].

    W przytoczonym powyżej liście Kongregacji Nauki Wiary z dnia 17 maja 1979 roku stwierdzono też, że:

    Obrazy użyte w Piśmie Świętym należy jednak uszanować. Trzeba koniecznie przyjąć ich głęboki sens, unikając ryzyka nadmiernego złagodzenia, które często jest równoznaczne z pozbawieniem istotnych treści, wyrażanych przez te obrazy„[6].

    Wreszcie zaś urząd Świętej Penitencjarni decyzją z dnia 30 kwietnia 1899 roku orzekł, że nie można dać rozgrzeszenia penitentowi, który będąc pouczony, uparcie utrzymywałby, że ogień piekielny nie jest ogniem realnym, lecz metaforycznym [7].

    Nie ma się zatem co łudzić, obraz piekła, jako miejsca/stanu, w którym grzesznicy „smażą się w ogniu„, mimo swych pewnych uproszczeń, z pewnością jest zdecydowanie bliższy Prawdzie, aniżeli ogólnikowa i niejasna wizja, w której jedyną karą potępionych jest „utrata Boga„.

    Mirosław Salwowski

    Przypisy:

    1. Patrz: „Wykład nauki chrześcijańskiej. Dogmatyka”, Bracia szkół chrześcijańskich, Poznań 1960, s. 417 – 418.

    2. Cytat za: „Katechizm rzymski z wyroku św. Soboru Trydenckiego ułożony, z rozkazu Piusa V. Papieża wydany, i od Klemensa XIII szczególniej zalecony. Tom I”, Warszawa 1827, s. 83-84.

    3. Cytat za: „Katechizm rzymski”, jw., s. 125.

    4. Cytat za: „Katechizm św. Piusa X. Vademecum katolika”, Sandomierz 2006, s. 64.

    5. Cytat za: „W trosce o pełnię wiary. Dokumenty Kongregacji Nauki Wiary 1966 – 1994”, Tarnów 1995, s. 131.

    6. Cytat za: „W trosce o pełnię wiary”, jw., s. 131.

    7. Cytat za: „Wykład nauki chrześcijańskiej. Dogmatyka”, jw., s. 418.

  2. Na czym polega Boża nienawiść do „miłujących nieprawość”?

    Leave a Comment

    Zapewne jednymi z najbardziej trudnych fragmentów Pisma świętego są te z nich, które w jasny sposób wyrażają prawdę o tym, iż Bóg nienawidzi oraz brzydzi się nie tylko grzechem, ale również tymi ludzi, których na kartach tej Księgi określa się mianem „kochających nieprawość„, „przewrotnych” oraz „krwawych” i „podstępnych„. W Biblii czytamy wszak następujące:


    Bo Ty nie jesteś Bogiem, któremu miła nieprawość, złego nie przyjmiesz do siebie w gościnę. Nieprawi nie ostoją się przed Tobą. Nienawidzisz wszystkich złoczyńców, zsyłasz zgubę na wszystkich, co mówią kłamliwie. Mężem krwawym i podstępnym brzydzi się Pan” (Psalm 5, 6-7);

    Jednakowo Bogu są nienawistni i grzesznik, i jego grzech” (Mądrości 14, 9);

    „Bo Pan się brzydzi przewrotnym, a z wiernymi obcuje przyjaźnie. Przekleństwo Pana na domu bezbożnych, On błogosławi mieszkanie prawych” (Przysłów 3, 32 -33).

    „Pan bada sprawiedliwego i występnego, nie cierpi Jego dusza tego, kto kocha nieprawość”(Psalm 11, 5).

    Powyższe stwierdzenia Pisma św. są najczęściej ignorowane, gdyż wydają się być one nie do pogodzenia z innymi prawdami wyrażanymi na kartach tej świętej Księgi, a więc tymi mówiącymi o Bożej miłości do grzeszników oraz o tym, że Bóg z miłości do złoczyńców posłał Swego Jednorodzonego Syna, by poniósł śmierć za winy nas wszystkich. Te – w pewnym sensie słuszne uwagi – nie dają jednak żadnego rozsądnego wyjaśnienia podstawowego problemu, którym jest to, iż oba – wydawałoby się sprzeczne ze sobą stwierdzenia (o Bożej nienawiści i miłości do grzeszników) znajdują się nie w dwóch odrębnych od siebie księgach, ale zostały zawarte w jednej i tej samej Księdze, którą jest Pismo święte.

    Prócz ignorowania biblijnych stwierdzeń o Bożej nienawiści i obrzydzeniu względem „miłujących nieprawość” czasami są jednak podejmowane jakieś próby znalezienia odpowiedzi na pytanie, jak jedna i ta sama Księga może łączyć ze sobą tak wydawałoby się przeciwstawne sobie prawdy, jak Boża miłość i nienawiść do złoczyńców. Poniżej pozwolę sobie nakreślić tego rodzaju próby, jednak już teraz nadmienię, iż wszystkie one są na gruncie prawowierności katolickiej niezwykle słabe.

    Czy Biblia się myli?

    Tak więc, pierwszą z prób wyjaśniania nakreślonego wyżej problemu jest twierdzenie/sugestia, jakoby osoby spisujące Pismo święte odnotowując fragmenty mówiące o Bożej nienawiści do złoczyńców kierowały się wówczas bardziej swymi niedoskonałymi, ludzkimi wyobrażeniami o Bożym charakterze, aniżeli objawioną im w tym względzie przez Ducha Świętego prawdą. Te wyjaśnienie jest jednak nie do pogodzenia z wiarą katolicką mówiącą nam, iż Pismo święte jest wolne od wszelkich błędów oraz, że wszystko co się w nim znajduje zostało stwierdzone przez Ducha Świętego. Katechizm św. Jana Pawła II uczy na temat w następujących słowach:

    Ponieważ wszystko, co twierdzą autorzy natchnieni, czyli hagiografowie, powinno być uważane za stwierdzone przez Ducha Świętego, należy zatem uznawać, że księgi biblijne w sposób pewny, wiernie i bez błędu uczą prawdy, jaka z woli Bożej miała być przez Pismo święte utrwalona dla naszego zbawienia” (n. 107).

    Z kolei papież Benedykt XV w encyklice „Spiritus Paraclitus” naucza:

    boskie natchnienie rozciąga się bez żadnego wyjątku i różnicy na wszystkie części pism biblijnych i żaden błąd nie może dotknąć natchnionego tekstu (…)” („Spiritus Paraclitus”).

    Czy Bóg się zmienił?

    Drugą z prób wyjaśnienia omawianego swego rodzaju przeciwstawianie obrazu Boga, jaki został nam przedstawiony w Starym Testamencie obrazowi Boga nakreślonemu w Nowym Testamencie. A zatem Bóg w Starym Przymierzu ma być pokazywany jako „gniewny oraz pomstliwy” za to Chrystus w Nowym Testamencie ukazuje nam Boga „miłosiernego, łaskawego i łagodnego”. I to wyjaśnienie nie wytrzymuje jednak próby ortodoksji, gdyż jego logika prowadzi do jawnie heretyckich wniosków. Albo bowiem musielibyśmy dojść tu do marcjonizmu to znaczy twierdzenia, iż Stary oraz Nowy Testament tak naprawdę nauczają o dwóch odmiennych od siebie Bóstwach. Albo też doszlibyśmy do stwierdzenia, że co prawda tak Stary jak i Nowy Testament uczą o jednym i tym samym Bogu, którego jednak charakter z czasem się w sposób radykalny zmieniał. To jednak nie zgadza się z tym, co na temat Bożego charakteru mówi choćby Księga Malachiasza (3: 6): „… Ja, Pan, nie odmieniam się” […]. Nie jest więc tak, iż Bóg zmienia się w Swych cechach charakteru albo też w Swych osobowych cechach. Przed 5000 lat Bóg był tak samo miłosierny jak dziś oraz istniał w trzech Osobach, a nie tylko jednej czy dwudziestu. Owszem, niektóre z zasad i praw ustanawianych przez Boga mogły się zmieniać i faktycznie się zmieniały w zależnie od pewnych czynników i okoliczności, np. kiedyś Bóg wymagał od członków wybranego przez Siebie ludu obrzezania, ale wymóg ten został przez Niego zniesiony przed prawie 2 000 lat. Nie należy jednak mylić zmiany niektórych Bożych wymagań ze zmianą Jego charakteru. Tytułem pewnej analogii: to, że ojciec stawiał nieco inne wymagania swemu synowi, gdy ten miał 6 lat niż gdy miał 16 lat nie oznacza, że jego charakter się zmienił. Taki ojciec może mieć ciągle te same cechy charakteru jednak wciąż pozostając w zgodzie z tymi swymi cechami może on w zależności od poziomu rozwoju swych dzieci w pewnych aspektach modyfikować wyznaczane im zasady postępowania. Warto zresztą dodać, iż nauczanie o niezmienności Boga jest jednym z dogmatów wiary katolickiej:

    Całą mocą wierzymy i bez zastrzeżenia wyznajemy, że jeden tylko jest prawdziwy Bóg, wieczny, nieskończony, niezmienny, niepojęty, wszechmocny i niewymowny, Ojciec i Syn, i Duch Święty: trzy Osoby, ale jedna istota, jedna substancja, czyli natura, całkowicie prosta” [Sobór Laterański IV, (1215): DS 800.] (podkreślenie moje – MS).

    Zresztą, jeśli uważniej przypatrzymy się temu co naucza Nowy Testament to również znajdziemy w nim fragmenty, które swą wymową przypominają to co Stary Testament uczył o Bożej nienawiści do „miłujących nieprawość„. Jednym z dobitniejszych tego przykładów są słowa Pana Jezusa, które kieruje On do lokalnego kościoła w Laodycei:

    „Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust (Ap 3, 15 – 16). [Podkreślenie moje – MS].

    Warto w tym kontekście podkreślić, iż zwrot, który w polskim tłumaczeniu został przełożony jako „wyrzucić z mych ust” w bardziej dosłownym swym znaczeniu brzmi dosadniej, a mianowicie: „zwymiotować„, a nawet „wyrzygać„. A więc Chrystus Pan przestrzega nas, że możemy dojść do takiego momentu w swym życiu, iż będzie chciał On nas „wyrzygać„. Przyznajmy, że niezbyt pasuje do wręcz romantycznego pojmowania miłości Bożej, jaką tą wizją jesteśmy dziś często karmieni w kościołach. Jeśli już to Pan Jezus „wyrzygujący” niektórych ludzi bardziej współbrzmi z przywołanymi wyżej wersetami Starego Testamentu w których Bóg „brzydzi się” oraz „nie cierpi” niektórych rodzajów ludzi (Ps 11, 5; Prz 3, 32).

    Z kolei w Liście do Rzymian św. Paweł w aprobatywny sposób przytacza starotestamentową księgę Malachiasza, gdzie czytamy, iż Bóg Jakuba umiłował a Ezawa miał w nienawiści (por. Rz 9, 13; Ml 1, 2-3). W opisie zaś Sądu Ostatecznego czytamy, iż Pan nasz Jezus Chrystus rzeknie do potępionych: „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci (…)” [patrz: Mt 25, 41] oraz:
    Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości!” (Mt 7, 23). I w tym wypadku widzimy, iż słowa Chrystusa swą wymową pasują do nauczania Starego Testamentu wedle którego Bóg jest tym, który „złych nie przyjmie do siebie w gościnę”; „zsyła zgubę na wszystkich co mówią kłamliwie” zaś „Nieprawi nie ostoją się (przed Nim)” [por. Ps 5, 6-7].

    Czy Biblię należy rozumieć tylko niedosłownie?

    Kolejną próbą zaprzeczania nauczaniu Pisma św. na temat Bożej nienawiści jest popularne wśród katolików, acz zasadniczo niekatolickie twierdzenie o tym, jakoby Biblii „nie należało rozumieć dosłownie„. Oczywiście nie jest tak, iż dokładnie każde zdanie czy słowo zawarte w Piśmie świętym winno być rozumiane w dosłowny sposób jednak normalną regułą interpretacji tej Księgi jest właśnie rozumienie jej w taki sposób.

    Święty Tomasz z Akwinu nauczał wszak, iż: „Wszystkie rodzaje sensu Pisma świętego powinny się opierać na sensie dosłownym”  (Summa theologiae, I, 1, 10 ad 1). Papież Leon XIII potwierdził tę zasadę w swej encyklice „Providentissimus Deus”, gdzie uczył co następuje:

    Niech on [współczesny komentator] jednak z tego powodu nie sądzi, że ma drogę zamkniętą do posuwania się dalej w badaniu i wyjaśnianiu, a tym bardziej, gdy znajdzie się do tego słuszna przyczyna, – byle tylko szedł sumiennie za ową regułą, rozumnie przez św. Augustyna postawioną, a mianowicie, że należy jak najmniej odstępować od sensu literalnego i niejako właściwego, chyba że jakiś powód nie pozwoli go zatrzymać lub konieczność zmusi do opuszczenia go [Św. Aug., De Gen. ad litt. VIII, 7, [13].]. Tej reguły tym mocniej należy się trzymać, im większe jest niebezpieczeństwo pobłądzenia przy tak wielkim pożądaniu nowości i wolności zdań„ (podkreślenie moje – MS).

    Również Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie numer 116 powtarza wskazaną wyżej zasadę św. Tomasza z Akwinu, iż:

    Wszystkie rodzaje sensu Pisma świętego powinny się opierać na sensie dosłownym„.

    Poza tym również Tradycja Kościoła mówi o Bożej nienawiści do złoczyńców.

    Przykładowo, doktor Kościoła, św. Alfons Liguori w swym znamienitym dziele „Przygotowanie się do śmierci” stwierdza wprost:

    Bóg oświadczył wprost, że nienawidzi grzechu, a tym samym nienawidzi też tego, to go popełnia” [1] (podkreślenie moje – MS).

    Także Katechizm Soboru Trydenckiego naucza rzeczy następującej:

    Pan Bóg (…) ma w nienawiści wszystkich ludzi grzesznych, jako Dawid Prorok świadczy” [2]. Warto też dodać, iż niektóre z uznanych przez Kościół prywatnych objawień także mówi na ów temat w bardzo podobny sposób.

    Na przykład w objawieniach danych św. Brygidzie Wielkiej w odniesieniu do wróżbitów, czarownic oraz ludzi, którzy ich wspierają, czytamy takie słowa:

    Wszyscy oni – zarówno ci, którzy przeklętych wróżbitów i czarownice przetrzymują w swych domach i żywią ich, jak i  ci, którzy szukają u nich diabelskich porad i pomocy, jak wreszcie sami wróżbici i czarownice, obiecujący spełnić wspomniane życzenia – są przeklęci i znienawidzeni przez Boga. I jak długo będą trwać w tym stanie i takiej postawie, tak długo żadne natchnienie ani łaska Ducha Świętego nie spłynie na nich  i nie napełni ich serc. Jednakże ci, którzy by za to żałowali i pokornie oczyścili się, podejmując mocne postanowienie niewracania więcej do tych praktyk, dostąpią u Mojego Syna łaski i miłosierdzia” (podkreślenie moje – MS) [3].

    Co więcej, podobną myśl, jeśli uważnie się wczytać, można znaleźć nawet w objawieniach przekazanych św. Faustynie Kowalskiej, które wszak trudno jest oskarżać o niedocenianie prawdy o Bożym miłosierdziu. W jej słynnym już „Dzienniczku” możemy wszak przeczytać co następuje:

    Napisz: Jestem święty po trzykroć i brzydzę się najmniejszym grzechem. Nie mogę kochać duszy, którą plami grzech, ale kiedy żałuje, to nie ma granicy dla mojej hojności, jaką mam ku niej. Miłosierdzie moje ogarnia ją i usprawiedliwia. Miłosierdziem swoim ścigam grzeszników na wszystkich drogach ich i raduje się serce moje, gdy oni wracają do mnie. Zapominam o goryczach, którymi poili moje serce, a cieszę się z ich powrotu. Powiedz grzesznikom, że żaden nie ujdzie mojej ręki. Jeżeli uciekają przed miłosiernym sercem moim, wpadną w sprawiedliwe ręce moje. Powiedz grzesznikom, że zawsze czekam na nich, wsłuchuję (się) w tętno ich serca, kiedy uderzy dla mnie. Napisz, że przemawiam do nich przez wyrzuty sumienia, przez niepowodzenie i cierpienia, przez burze i pioruny, przemawiam przez głos Kościoła, a jeżeli udaremnią wszystkie łaski moje, poczynam się gniewać na nich, zostawiając ich samym sobie i daje im, czego pragną” (podkreślenie moje – MS) [4].

    Czym zatem jest Boża nienawiść do złoczyńców?

    Jak więc pogodzić jednoczesne nauczanie Pisma świętego o tym, iż Bóg z jednej strony kocha złoczyńców, z drugiej zaś ich nienawidzi? Otóż, mimo pozornie wielkiej sprzeczności jaka wydaje się zachodzić pomiędzy tymi obiema biblijnymi doktrynami połączenie ich ze sobą w jedną całość jest łatwiejsze niż wielu sobie myśli. Sęk bowiem w tym, iż natchnieni przez Ducha Świętego autorzy biblijni, gdy używali tych czy innych słów lub zwrotów nie musieli ich rozumieć dokładnie w 100 procentach tak, jak rozumie się je dziś. Wszyscy wszak wiemy, iż niektóre słowa przynajmniej częściowo zmieniają z biegiem czasu znaczenie. Nasze potoczne rozumienie słowa „nienawiść” owszem często wyklucza jednoczesne darzenie miłością nienawidzonej osoby. Gdy mówimy bowiem o kimś, że go „nienawidzimy” to nierzadko mamy na myśli, iż ta osoba jest dla nas całkowicie „skreślona”, nie chcemy jej do końca swych dni znać, wykluczamy uczynienie dla niej czegokolwiek dobrego, pragniemy dla tego kogoś tylko zła, a nawet piekła. I rzecz jasna takie nasze ludzkie potoczne rozumienie nienawiści zakłada coś grzesznego i niegodziwego. Czy jednak Bóg jest związany naszym rozumieniem słowa „nienawiść”? Oczywiście, że nie, wszak jak On sam o Sobie mówi:

    Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje – nad waszymi drogami i myśli moje – nad myślami waszymi” (Iz 55, 9-9).

    Najlepszym zatem wyjaśnieniem omawianego problemu wydaje się konstatacja, iż Bóg w pewien (całkowicie znany Sobie) sposób, w Swym charakterze, łączy ze sobą z jednej strony miłość i życzliwość wobec bezbożnych, z nienawiścią i obrzydzeniem wobec nich. Boża miłość wobec złoczyńców polega na tym, że póki żyją oni jeszcze na tym świecie, Wszechmogący pragnie dla nich zbawienia, nie chcąc ich wiecznej śmierci oraz zguby (2 P 3, 9; Ez 33, 11).  Najwyższym tego wyrazem był Krzyż Chrystusa, gdzie Bóg Ojciec wydał swego Jednorodzonego Syna na odkupienie win wszystkich ludzi (por. 1 J 4, 8-9; Rz 8, 32). Innymi tego przejawami jest to, iż Bóg na różne sposoby wzywa i zachęca złoczyńców, by porzucili swe nieprawości i okazali skruchę. W sferze zaś bardziej doczesnej Bóg także w pewien sposób okazuje bezbożnym Swą życzliwość, sprawiając, że  „słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych” (Mt 5, 45) – innymi słowy, Wszechmogący sprawia, iż (ogólnie rzecz biorąc) także źli i niesprawiedliwi mają co jeść, co pić, gdzie mieszkać, w co się ubrać, etc.

    Z kolei Boża nienawiść wobec złoczyńców i bezbożnych wyraża się w tym, że już na tej ziemi Bóg w szczególny sposób objawia im Swój gniew i przygotowuje im karę (Ps 11, 6; Syr 39, 28-31; Prz 16, 4), nie odpowiada na ich modlitwy (Prz 28, 9) oraz nie przyjmuje ich ofiar (Prz 21, 27). W pewien sposób, jeszcze za swego doczesnego życia, źli, bezbożni i niesprawiedliwi są też od Boga dalecy, są Jego wrogami (Ps 68, 21) i są Mu obrzydli (Ps 5, 7; Prz 3, 32) . W najwyższym zaś stopniu owa Boża nienawiść oraz obrzydzenie do występnych i bezbożnych spełnią się w karze wiecznego ognia, na którą owych ludzi skarze sam Pan Jezus, wyrażając w ten sposób względem nich Swój święty i sprawiedliwy gniew (por. 2 Tes 1, 5-9; Mt 25, 41-46; 1 Tes 4, 6; Jud 1, 14-16). 

    Podsumowanie

    Oczywiście można zgodzić się w tym, że ze względu na nasze potoczne rozumienie słowa „nienawiść” powinno się z dużą ostrożnością posługiwać tymi fragmentami Pisma świętego, które mówią o Bożej nienawiści względem „miłujących nieprawość”. Ta ostrożność nie powinna jednak przeradzać się w faktyczne ignorowanie czy cenzurowanie tego co w Słowie Bożym jest dla nas niezrozumiałe lub trudne do przyjęcia. Po prostu, jeśli Pismo święte i Tradycja Kościoła mówią o Bożej nienawiści do złoczyńców to trzeba to z pokorą przyjąć oraz dobrze zrozumieć, nie zaś traktować to, jako coś czego się wstydzimy i czego się wypieramy.

    Mirosław Salwowski

    Przypisy:

    1 . Cytat za: Św. Alfons Maria de Liguori, „Przygotowanie do śmierci„, Kraków 2011, s. 141.

    2. Cytat za: „Katechizm rzymski z wyroku św. Soboru Trydenckiego ułożony, z rozkazu Piusa V. Papieża wydany, i od Klemensa XIII szczególniej zalecony. Tom III”, Warszawa 1827, s. 197.

    3. Cytat za: Św. Brygida Wielka, „Objawienia i inne dzieła„, Kraków 2004, s. 338.

    4. Cytat za: Św. s. M. Faustyna Kowalska, „Dzienniczek. Miłosierdzie Boże w duszy mojej„, Warszawa 2007, s. 575.

  3. Czy Żydzi są narodem morderców Chrystusa?

    Leave a Comment

    Sobór Watykański II w deklaracji „Nostra Aetate” uczy na temat odpowiedzialności narodu żydowskiego za mękę i śmierć Pana naszego Jezusa Chrystusa między innymi:

    A choć władze żydowskie wraz ze swymi zwolennikami domagały się śmierci Chrystusa, jednakże to, co popełniono podczas Jego męki, nie może być przypisane ani wszystkim bez różnicy Żydom wówczas żyjącym, ani Żydom dzisiejszym“.

    Z kolei, opublikowany w 1992 roku Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie numer 598 stwierdza:

    Uwzględniając fakt, że nasze grzechy dotykają samego Chrystusa, Kościół nie waha się przypisać chrześcijanom największej odpowiedzialności za mękę Jezusa, którą zbyt często obciążali jedynie Żydów.

    Część tradycjonalistycznych katolików (zwłaszcza tych skupionych wokół Bractwa św. Piusa X) krytykowało powyższe „soborowe” oraz „posoborowe” nauczanie Kościoła, jako rzekome zerwanie z tradycyjną teologią katolicką, w ramach której nieraz obdarzano Żydów mianem „narodu bogobójców”. Czy te zarzuty są uzasadnione?

    Zacznijmy od tego, iż naprawdę trudno jest widzieć coś błędnego lub zwodniczego w przytoczonym wyżej nauczaniu Vaticanum II o tym, iż nie można przypisywać takiej samej odpowiedzialności za śmierć Pana Jezusa ani wszystkim Żydom żyjącym w tamtym czasie ani tym bardziej Żydom dzisiejszym. Takie odrzucone przez Sobór Watykański II twierdzenie nie jest bowiem umocowane ani w Piśmie świętym, ani nawet w zdrowym rozsądku. Po pierwsze bowiem, Biblia nie wspomina o tym, by w czasie procesu i ukrzyżowania Chrystusa wszyscy Żydzi popierali zabicie Jezusa. Owszem, za zbrodnią bogobójstwa opowiedziały się władze religijne narodu żydowskiego czyli Sanhedryn oraz liczne zgromadzenie Żydów obecne na placu umiejscowionym przed siedzibą rzymskiego namiestnika Piłata. Pomijając jednak już zaś nawet tak oczywiste wyjątki Żydów, którzy nie popierali w tamtym czasie i miejscu skazania Pana Jezusa na śmierć, a więc np. Najświętszej Marii Panny, Nikodema, Józefa z Arymatei, Apostołów (nie licząc Judasza), to i tak nie sposób założyć, iż dokładnie wszyscy inni członkowie narodu żydowskiego byli obecni w tłumie wołającym do Piłata: „Ukrzyżuj Go!„. Owszem, na tym haniebnym zgromadzeniu było obecnych wielu Żydów, jednak nie wiemy jakiego dokładnie procentu ówczesnej nacji żydowskiej to dotyczyło. Nawet jeśli była to duża część spośród ówcześnie żyjących Żydów to i tak nie byli to wszyscy Żydzi.

    Stwierdzenie Soboru Watykańskiego II o tym, iż nie można „bez różnicy” (czyli inaczej mówiąc: w takim samym stopniu) obciążać wszystkich żyjących w czasie ukrzyżowania Chrystusa czy tym bardziej istniejących współcześnie Żydów jest więc tak zdroworozsądkowe, jak i biblijne. Czy w takim razie należy potępić często używane w tradycyjnej teologii katolickiej sformułowanie nazywające Żydów mianem „narodu bogobójców”? Cóż, odpowiedź na to pytanie nie należy do bardzo łatwych. Z jednej bowiem strony nie wszyscy Żydzi popierali skazanie na śmierć Pana Jezusa, z drugiej zaś strony wielu z nich właśnie tak uczyniło. Warto też zauważyć, iż ogół Żydów został w relatywnie krótkim czasie ukarany przez Boga zburzeniem światyni w Jerozolimie a następnie ich wygnaniem z Palestyny co uprawdopodabnia tezę o tym, że rzeczywiście duża część narodu żydowskiego mogła solidaryzować się z posunięciem swych władz (czyli Sanhedrynu), które zdecydowały się wydać Zbawiciela na śmierć.

    Czy może więc błędne i sprzeczne z Tradycją Kościoła jest stwierdzenie punktu 598 „posoborowego” Katechizmu Kościoła Katolickiego o tym, iż to chrześcijanie ponoszą największą odpowiedzialność za mękę Jezusa? Cóż, owe sformułowanie może być uznane za lekko dwuznaczne, gdyż brakuje w nim dodania słowa, iż to „źli” chrześcijanie są większymi od żydów mordercami Chrystusa. Albowiem na płaszczyźnie nadprzyrodzonej to grzechy wszystkich ludzi przyczyniły się do śmierci Pana Jezusa. Im zaś kto ma większy dostęp do łask, tym jego wina jaką ponosi za popełniane przez siebie akty nieposłuszeństwa Bogu jest większa. Chrześcijanie zaś mają danych więcej łask niż żydzi, a co się z tym wiąże popełniane przez nich grzechy są większe aniżeli żydów. Im więc dany chrześcijanin więcej grzeszy tym większym też – w sensie nadprzyrodzonym – jest mordercą Chrystusa. Gdyby więc uściślić i doprecyzować punkt 598 Katechizmu Kościoła Katolickiego poprzez dodanie doń dopowiedzenia, iż to źli chrześcijanie ponoszą większą od Żydów odpowiedzialność za mękę Pana Jezusa to nie byłoby w tym stwierdzeniu jakiejkolwiek, choćby i lekkiej dwuznaczności. Warto zresztą odnotować co na ten temat nauczał Katechizm Soboru Trydenckiego:

    Musimy uznać za winnych tej strasznej nieprawości tych, którzy nadal popadają w grzechy. To nasze przestępstwa sprowadziły na Pana naszego Jezusa Chrystusa mękę krzyża; z pewnością więc, ci, którzy pogrążają się w nieładzie moralnym i złu, <krzyżują … w sobie Syna Bożego i wystawiają go na pośmiewisko> (Hbr 6,6). Trzeba uznać, że nasza wina jest w tym przypadku większa niż Żydów. Oni bowiem, według świadectwa Apostoła, <nie ukrzyżowaliby Pana chwały> (1 Kor 2,8), gdyby go poznali. My przeciwnie, wyznajemy, że Go znamy. Gdy więc zapieramy się Go przez nasze uczynki, podnosimy na niego w jakiś sposób nasze zbrodnicze ręce“.

    Nie od rzeczy będzie zresztą przypomnienie tego co na temat odpowiedzialności złych chrześcijan za śmierć Chrystusa uczył św. Jan Maria Vianney, patron wszystkich proboszczów:

    Źli chrześcijanie będą kiedyś w piekle ponosili straszniejsze męczarnie, niż niewierni… Chrześcijanom, gdy tylko dojdą do wieku, w którym mogą już korzystać z rozumu, przyświeca niczym wspaniałe słońce pochodnia wiary. W sposób wystarczający mogą więc poznać swoje obowiązki względem Boga, względem samych siebie, względem bliźniego. Jakie straszne, jakie okropne będzie piekło chrześcijan! Jak niebo oddalone jest od ziemi, tak potępienie chrześcijanin będzie daleko cięższe od potępienia niewiernych. Bo sprawiedliwy Bóg surowiej ukarze tego, kto otrzymał więcej łask, ale wzgardził nimi, zamiast z nich korzystać i wiernie służyć Panu… Jak z trupów potopionych Egipcjan wypływa woda, tak z ust potępieńców przez całą wieczność będą płynęły narzekania, że nie chcieli wykorzystywać Bożych łask, że za życia znieważali Ciało i Krew Jezusową w Komunii Świętej. Na wieki – wedle słów św. Bernarda – stać im będą przed oczyma cierpienia i męka Jezusa Chrystusa, które zniósł także dla ich zbawienia… nie zniknie im nigdy sprzed oczu obraz łez, które przelał Boski Zbawiciel, obraz Jego pokuty… Będą Go widzieli w Ogrodzie Oliwnym, gdzie krwawymi łzami opłakiwał ich grzechy. Zobaczą go w śmiertelnej agonii, zobaczą włóczonego po ulicach Jerozolimy. Będą słyszeli uderzenia młotów, które Go krzyżowały na Kalwarii (…)” (Cytat za: Św. Jan Maria Vianney, „Kazania Proboszcza z Ars”, Warszawa 1999, ss. 337, 340).

    Po raz pierwszy powyższy artykuł ukazał się na portalu Fronda.pl: https://www.fronda.pl/a/z-ambony-strzeleckiej-salwowskiego-czy-zydzi-sa-narodem-mordercow-chrystusa,125493.html

  4. Czy należy bać się szatana?

    Leave a Comment

    W  Ewangelii wg. św. Łukasza 12, 4-5 przytaczane są następujące słowa Pana naszego Jezusa Chrystusa:

    Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a potem nic już więcej uczynić nie mogą. Pokażę wam, kogo macie się obawiać; bójcie się Tego, który po zabiciu ma moc wtrącić do piekła. Tak, mówię wam: Tego się bójcie!„.

    Choć w dość naturalny i prosty sposób wydaje się, iż powyższe przestrogi odnoszą się do samego Boga, istnieją tacy duszpasterze i kaznodzieje, którzy zaprzeczają tej interpretacji. Przykładowo, ks. Grzegorz Kramer, w jednym ze swych internetowych filmików twierdzi, że Pan Jezus chciał wezwać nas do tego, byśmy bali się szatana, a nie Boga. Taka ezgegeza wydaje się być prostą konsekwencją szerszego trendu w duszpasterstwie, który neguje objawioną po wielkroć  w Piśmie świętym prawdę o tym, że Boga i Jego wyroków należy się bać. Jednak, czy owa interpretacja jest prawidłowa? Czy naprawdę należy się bać szatana, a nie Boga?

     

    Zacznijmy od tego, iż gdyby rzeczywiście Chrystus w przytoczonym wyżej fragmencie swego nauczania chciał nas zachęcić do lękania się szatana, to byłby jedyny fragment w całej Biblii, który by taką postawę wobec tej osoby zalecał. Nie ma bowiem w Piśmie świętym żadnych innych ustępów polecających czy pochwalających okazywanie lęku wobec szatana. Jest za to masa biblijnych wezwań do tego, by bać się Pana Boga ( np. Pwt 6, 1- 2; Koh 12, 12; Ps 34, 10; Syr 1, 20; 1 P 2, 17; Ap 16, 4). Co więcej, w rzeczywistości Pismo święte zaleca nam nie to, byśmy się bali szatana, ale coś odwrotnego: mamy mu się odważnie przeciwstawiać. Św. Piotr Apostoł w jednym ze swych kanonicznych listów pisze wszak:

    Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł jak lew ryczący krąży, szukając, kogo pożreć. Mocni w wierze przeciwstawiajcie się jemu” (1 P 5, 8-9).

    Dlaczego więc, nagle mielibyśmy uznać, iż Pan Jezus wbrew wielu innym fragmentom Pisma św. zachęcał nas do bania się szatana, a nie Boga? Może dlatego, że prawda o Bogu, którego wyroków, sprawiedliwości i gniewu należy się bać, nie pasuje do współczesnego, zbyt ckliwego duszpasterstwa?

     

    Ktoś może jednak powie, że skoro Chrystus mówił o baniu się „Tego, który ma moc wtrącić do piekła”, to musi chodzić o szatana – wszak to mu, a nie Bogu zależy na wiecznym potępieniu człowieka. I ta interpretacja nie wytrzymuje jednak krytyki. Szatan owszem chce zatracić w piekle jak najwięcej ludzkich dusz, ale nie ma on mocy, by wtrącić kogokolwiek do piekła. Gdyby taką moc on miał, to jako, że nienawidzi wszystkich ludzi, wtrąciłby do otchłani piekielnych nas wszystkich – niezależnie do tego, czy bylibyśmy winni czy niewinni. To Pan Bóg jako najwyższy i wszechmocny Sędzia „ma moc wtrącać do piekła”. To Bóg (a w szczególności nasz Pan Jezus Chrystus) na podstawie naszych wolnych wyborów, osądzi i wyda wyrok wiecznego potępienia w odniesieniu do tych, którzy aż do swej śmierci odmówią nawrócenia się.

    Wszystko powyższe, nie jest bynajmniej moją prywatną wykładnią Pisma świętego, gdyż w odniesieniu do słów z Ewangelii św. Łukasza 12, 4-5 mamy jasną interpretację Magisterium Kościoła głoszącą, iż odnoszą się one do Boga, a nie szatana. Katechizm św. Piusa V w swej części pierwszej (omówienie art 1, pytanie 13) naucza bowiem:

    A iż Pana Boga samego  się bać mamy, sam Pan Chrystus nas uczy: ukażę wam kogo  się bać macie. Bójcie się tego, który kiedy zabije, ma moc posłać do piekła (Łuk 12)”.

     

    Nie ma więc, co się łudzić i oszukiwać. Ani kontekst całej Biblii, ani tradycyjna wykładnia Kościoła nie wskazują na to, by słowa o tym, „którego należy się bać i który ma moc wtrącić do piekła” odnosiły się do szatana. Odnoszą się one do Boga. To nie znaczy, że mamy się jednak bardziej Boga bać niż Go kochać. Oczywiście, że miłość musi być u nas w odniesieniu do naszego Stwórcy i Zbawcy na pierwszym miejscu. Jednak, miłość nie zawsze musi być sprzeczna z bojaźnią. Przykładowo, dziecko może szczerze kochać swych rodziców, a jednocześnie bać się ich kary. Podobnie i my możemy zarazem kochać Boga, jak i bać się Jego sprawiedliwych kar. Nie ma w tym żadnej zasadnicznej sprzeczności.

     

  5. Katechizm św. Piusa V: Boże kary są wyrazem Bożej miłości

    Leave a Comment

    „A iż wiele jest ludzi prostych, których gdy Pan Bóg karze, rozumieją, iż łaskę swoją od nich oddalił ojcowską; przeto potrzeba tego nauczać takowych, aby wiedzieli, iż gdy nas Pan Bóg dotyka i nawiedza takim frasunkiem albo przygodą, nie czyni tego z gniewu, ale z tejże miłości ojcowskiej ku nam. Albowiem dla tego grzesznych tu karze, aby się polepszyli, żeby przez te doczesne karanie od wiecznego ich obronił, i choćby nas najbardziej karał, nigdy miłosierdzia swojego od nas nie oddala, jako on mąż cierpliwy Job S. mówił: Pan Bóg zrani i sam uleczy, On uderzy i sam uzdrowi (Job. 19). Także i Jeremiasz prorok mówi: Karałeś mnie i wyćwiczyłem się, jako cielec nieukrócony (Jerem. 31). Przeto przystoi każdemu chrześcijańskiemu człowiekowi, aby w takowych niemiłych przygodach, uznawał ojcowską łaskę bożą, i nie rozumiał żeby go Pan Bóg miał zapomnieć, albo przygodach jego nie wiedział; gdyż sam Chrystus Pan świadczy, iż włosy nasze policzone są, a żaden z nich z głowy naszej nie spadnie bez ojcowskiej woli (Łuk. 21). I owszem człowiek ma się tym cieszyć, co powiedzieć Pan Bóg o sobie raczył: Ja kogo miłuję, karzę (Apok. 3). Także i Paweł S. upomina: Synu miły, nie zaniedbywaj karności pańskiej ani się frasuj, gdy cię Pan Bóg karze: bo kogo miłuje, tego też karze: jeżeli was nie karze, znać, iż was nie ma za własnych synów (Hebr. 12). Więc jeżeliśmy Rodzicom swoim cielesnym posłusznymi byli, choć nas karali, i w uczciwości ich mieli; daleko więcej powinniśmy tę cześć posłuszeństwo Bogu Ojcu niebieskiemu”.

     

    „Katechizm rzymski z wyroku św. Soboru Trydenckiego ułożony, z rozkazu Piusa V. Papieża wydany, i od Klemensa XIII szczególniej zalecony. Tom I”, Warszawa 1827, s. 142 – 143. 

  6. Źli chrześcijanie są największymi mordercami Chrystusa

    Leave a Comment

    Św. Jan Maria Vianney:

    „Źli chrześcijanie będą kiedyś w piekle ponosili straszniejsze męczarnie niż niewierni (…) Chrześcijanom, gdy tylko dojdą do wieku, w którym mogą już korzystać z rozumu, przyświeca niczym wspaniałe słońce pochodnia wiary. W sposób wystarczający mogą więc poznać swoje obowiązki względem Boga, względem samych siebie, względem bliźniego. Jakie straszne, jakie okropne będzie piekło chrześcijan! Jak niebo oddalone jest od ziemi, tak potępienie chrześcijan będzie daleko cięższe od potępienia niewiernych. Bo sprawiedliwy Bóg surowiej ukarze tego, kto otrzymał więcej łask, ale wzgardził nimi, zamiast z nich korzystać i wiernie służyć Panu (…) Jak z trupów potopionych Egipcjan wypływa woda, tak z ust potępieńców przez całą wieczność będą płynęły narzekania, że nie chcieli wykorzystywać Bożych łask, że za życia znieważali Ciało i Krew Jezusową w Komunii Świętej. Na wieki – wedle słów św. Bernarda – stać im będą przed oczyma cierpienia i męka Jezusa Chrystusa, które zniósł także dla ich zbawienia (…) nie zniknie im nigdy sprzed oczu obraz łez, które przelał Boski Zbawiciel, obraz Jego pokuty… Będą Go widzieli w Ogrodzie Oliwnym, gdzie krwawymi łzami opłakiwał ich grzechy. Zobaczą go w śmiertelnej agonii, zobaczą włóczonego po ulicach Jerozolimy. Będą słyszeli uderzenia młotów, które Go krzyżowały na Kalwarii (…)” 1

     

    Katechizm Soboru Trydenckiego:

    „Musimy uznać za winnych tej strasznej nieprawości tych, którzy nadal popadają w grzechy. To nasze przestępstwa sprowadziły na Pana naszego Jezusa Chrystusa mękę krzyża; z pewnością więc, ci, którzy pogrążają się w nieładzie moralnym i złu, „krzyżują… w sobie Syna Bożego i wystawiają go na pośmiewisko” (Hbr 6,6). Trzeba uznać, że nasza wina jest w tym przypadku większa niż żydów. Oni bowiem, według świadectwa Apostoła, „nie ukrzyżowaliby Pana chwały” (1 Kor 2,8), gdyby go poznali. My przeciwnie, wyznajemy, że Go znamy. Gdy więc zapieramy się Go przez nasze uczynki, podnosimy na niego w jakiś sposób nasze zbrodnicze ręce” – (Tamże: V, 1, 5, 112)2

     

    Św. Franciszek z Asyżu:

    „To nie złe duchy ukrzyżowały Go, lecz to ty wraz z nimi Go ukrzyżowałeś i krzyżujesz nadal przez upodobanie w wadach i grzechach”  („Admonitio”, 5, 33) 3

     

    Przypisy:

    1 Cytat za: Św. Jan Maria Vianney, Kazania Proboszcza z Ars, Warszawa 1999, ss. 337, 340.
    2 Cytat za: Katechizm Kościoła Katolickiego, Poznań 2002. s. 153 (n. 598).
    3 Cytat za: Katechizm Kościoła Katolickiego, Poznań 2002, s. 153 (n. 598).

  7. Co oznacza, iż „Nie mamy sądzić, byśmy nie byli sądzeni”?

    Leave a Comment

    Chyba niewiele jest w Piśmie św. tak znanych, ale i jednocześnie nadużywanych wersetów jak słowa naszego Pana Jezusa Chrystusa: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni” (Mt 7, 1). Zdanie to jest nadużywane, gdyż najczęściej stosuje się je w celu rozmycia bardziej jasnych i jednoznacznych ocen moralnych tyczących się różnych zachowań. Zdecydowane mówienie o tym, iż np. homoseksualizm czy cudzołóstwo są zawsze i poważnie złe nieraz spotyka się z ripostą typu: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. Nie spotkałem się jednak nigdy z tym, by podobną odpowiedź dostał ktoś, kto wyraża przekonanie o tym, że Hitler czynił bardzo źle podżegając do mordowania Żydów czy też, że rzeczą ohydną jest gwałcenie kobiet albo seksualne wykorzystywanie dzieci. Co więcej myślę, że zacytowanie słów Jezusa: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni” jako odpowiedź na jednoznaczne potępianie Holocaustu, gwałtów czy pedofilii spotkała by się szybko ze słusznym zarzutem, iż wręcz bluźnierczo nadużywa się tego stwierdzenia naszego Pana i Zbawcy. Jednakże ciągle słyszy się te słowa w odniesieniu do tych elementów moralności chrześcijańskiej, które są dziś kwestionowane i relatywizowane – stąd wniosek, iż cytującym je chodzi o to, by rozmyć jednoznaczność negatywnej oceny niektórych ze złych i ohydnych czynów.

    Skoro widzimy jak bardzo są dziś nadużywane słowa Chrystusa o tym, by „nie sądzić aby nie być sądzonym” warto pochylić się uważniej nad ich autentycznym znaczeniem. Co Pan Jezus miał na myśli wypowiadając tę sentencję? Czy Zbawcy chodziło o to, iż chrześcijanie nie mogą sprawować urzędu sędziowskiego, albo że w ogóle powinny przestać funkcjonować wszelkie ziemskie sądy? A może uczniowie Pana Jezusa powinni przestać oceniać pewne ludzkie zachowania jako złe, ohydne i haniebne, bo przecież „nie należy sądzić”? Czy może rzecz w tym, by żadnemu człowiekowi nie mówić, iż czyni źle, podąża niewłaściwą drogą?

    Zakazać zawodu sędziego?

    Zacznijmy od pierwszej wymienionej przeze mnie, acz dość absurdalnej (choć mogącej być „logicznie” wysuwaną przez popleczników absolutyzowania słów o „niesądzeniu”) tezy, iż zdanie „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni” oznacza zakaz sprawowania przez chrześcijan urzędu sędziego albo też postulat likwidacji wszystkich sądów na tej ziemi. Owszem, nie spotkałem się osobiście jeszcze z tak radykalną interpretacją słów Pana Jezusa, ale czy nie należałoby ją uznać za logiczną przynajmniej w ustach tych, którzy nawet w reakcji na zwykłe oceny moralne tych czy innych czynów przywołują zdanie: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”? Wszak działanie sędziego, który może skazać kogoś np. na kilka lat więzienia znaczy o wiele więcej niż powiedzenie przez  komuś: „Czynisz bardzo źle i nawróć się z tego”. W pierwszym wypadku mamy bowiem do czynienia z konkretnym, bardzo wymiernym oddziaływaniem jednej osoby na życie drugiego człowieka, w drugim zaś są to tylko słowa wyrażające ocenę czyjegoś zachowania. Jeśli zaś zakazane chrześcijanom byłoby formułowanie zwykłych negatywnych ocen takich czy innych czynów, to tym bardziej powinno być im zabronione uczestnictwo w wydawaniu wyroków sądowych pozbawiających danego człowieka wolności oraz pozostawiające prawne odium na jego czci.

    Oczywiście jednak nie o takie absurdy chodziło Panu Jezusowi, gdy wypowiadał słowa „Nie sądźcie abyście nie byli sądzeni”. Gdyby bowiem tak było, to w innych fragmentach Pisma świętego nie byłoby mowy o tym, iż należy ustanowić sędziów, którzy będą wydawać bezstronne i sprawiedliwe wyroki (Pwt 1, 16 – 17; Ps 58, 2; 82, 3-4; Pwt 16, 18-20), władze cywilne są ustanowione po to by karać złoczyńców (a żeby karać złoczyńców trzeba ich wcześniej przecież sprawiedliwie osądzić – por. Rz 13, 4; 1 P 2, 13); a rodzice mają dyscyplinować i karcić swe pociechy, co też w nieunikniony sposób wiąże się z pewnego rodzaju osądzaniem ich przewin (por. Prz 29, 5; 13, 24; 22, 15; 23, 13 – 14; Syr 42, 1; 5). Pan Jezus nie wydałby też następującego polecenia swym uczniom:  „Nie sądźcie z zewnętrznych pozorów, lecz wydajcie wyrok sprawiedliwy” (J 7, 24), a Duch Święty nie zainspirowałby króla Dawida do wypowiedzenia następujących słów: „Naucz mnie trafnego sądu i umiejętności, bo ufam twym przykazaniom” (Ps 119, 66).

    Także Tradycja Kościoła potwierdza, iż w ludzkim społeczeństwie zostały ustanowione pewne urzędy i autorytety, których celem jest sprawiedliwe sądzenie oraz – jeśli taka jest potrzeba – karanie winnych zła osób. Katechizm Soboru Trydenckiego ujmuje to np. tak: „(Bóg) rozkazuje, aby sądy wszystkie sprawiedliwie i według praw były odprawowane (…) upomina Pan Bóg, aby sędziowie winnym nie folgowali, a niewinnych nie potępiali (…) Ma też Urząd moc prawną do zabijania i karania złych ludzi na gardle: i nie idzie zatem, żeby mieli takowi, którzy są na urzędzie, przeciwko temu przykazaniu grzeszyć, ale owszem są woli bożej posłuszni„.

    Rzecz jasna, powyższe rozumienie sądzenia innych ludzi (czyli zakładające prawo wymierzania konkretnych kar) nie przysługuje wszystkim osobom i jest ograniczone do pewnych ich kategorii – sędziów i rodziców, a w jeszcze bardziej ograniczonym wymiarze przełożonych w pracy oraz nauczycieli.

    Zakazać piętnowania zła?

    Może zatem Panu Jezusowi chodziło o zakaz nazywania pewnych rzeczy złymi, ohydnymi, napominania źle czyniących itp? I ta interpretacja nie zdaje testu na jej współbrzmienie z wieloma innymi tekstami Pisma świętego. W wielu bowiem fragmentach Biblii mamy zachęty i ponaglenia, by jasno wskazywać na błędy oraz napominać źle czyniących:

    I nie miejcie udziału w bezowocnych czynach ciemności, a raczej piętnując, nawracajcie [tamtych]!” (Ef 5, 11).

    Jeśli powiem bezbożnemu: „Z pewnością umrzesz”, a ty go nie upomnisz, aby go odwieść od jego bezbożnej drogi i ocalić mu życie, to bezbożny ów umrze z powodu swego grzechu, natomiast Ja ciebie uczynię odpowiedzialnym za jego krew„(Ez 3:18-19).

    Wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz” (2 Tm 4, 2).

    Trwających w grzechu upominaj w obecności wszystkich” (1 Tm 5, 20).

    Co więcej, w niektórych (choć raczej rzadkich) przypadkach Bóg pobudził swych ludzi nawet do oceniania wewnętrznych intencji innych osób, jak to miało miejsce w przypadku św. Pawła Apostoła, który w następujących słowach nazwał maga Elimasa: „O synu diabelski, pełny wszelkiej zdrady i wszelkiej przewrotności, wrogu wszelkiej sprawiedliwości czyż nie zaprzestaniesz wykrzywiać prostych dróg Pańskich!” (Dz 13, 10).

    Przed sądzeniem bliźniego wyrzuć belkę ze swego oka

    Co zatem w rzeczywistości znaczą słowa naszego Pana: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”? Jedno ze znaczeń tego stwierdzenia wyłania się już z samego jego bezpośredniego kontekstu. Po owych słowach Chrystus mówi bowiem: „Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką mierzycie, wam odmierzą. Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a nie widzisz belki we własnym oku? Albo jak możesz mówić swemu bratu: Pozwól, że usunę drzazgę z twego oka, gdy belka [tkwi] w twoim oku? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka twego brata” (Mt 7, 2-5).

    Najwyraźniej chodzi więc tu Panu Jezusowi o sytuację, w której ktoś osądza mniejsze grzechy swego bliźniego podczas, gdy sam on jednocześnie tkwi w większych nieprawościach. Rzecz zatem nie w sądzeniu jako takim, ale w sądzeniu pełnym hipokryzji. Jan Chryzostom, święty ojciec i doktor Kościoła tak wykłada te słowa naszego Zbawcy:

    Widzisz zatem, że nie zabrania sądzić, lecz najpierw każe wyjąć belkę z oka swego, a dopiero potem poprawiać błędy innych (…) Tymi słowami przekazał, by ten, który sam podlega niezliczonym błędom, nie był surowym sędzią przewinień innych, gdy są one małe; nie zabrania karcić ani poprawiać, lecz nakazuje  nie zaniedbywać własnych błędów i nie naigrawać się z cudzych„.

    Nie sądź z pozorów i pochopnie

    Inną zasadą, która powinna kierować naszym sądzeniem i ocenianiem jest unikanie lekkomyślnych sądów. Chodzi więc o wydawanie ocen, napomnień w sposób pośpieszny, nie uwzględniający wielu ważnych czynników, bez wysłuchania osoby, której postępowanie oceniamy, co nieraz wiąże się z żywionymi przez nas uprzedzeniami, emocjami, antypatiami wobec danego człowieka. Zakaz lekkomyślnego i pochopnego osądzania innych ludzi jest nauczany m.in. przez Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie 2477, a wynika z biblijnych nakazów o tym, by „nie sądzić z pozorów”, ale by sądzić w sposób sprawiedliwy i bezstronny (Pwt 1, 16 – 17; Ps 58, 2; 82, 3-4; Pwt 16, 18-20; J 7, 24).

    Przykładów pochopnego sądzenia innych ludzi jest wiele. W dyskusjach pomiędzy politykami jeden drugiemu często mówi: „Kłamie pan”, podczas gdy nieraz chodzi o jakąś przez danego człowieka wygłaszaną opinię, która może być mylna lub błędna, lecz niekoniecznie jest wypowiadana w świadomy jej nieprawdziwości sposób (a tylko wtedy mamy do czynienia z kłamstwem). Mogę powiedzieć np., że „Większość Arabów to porządni ludzie” i nawet jeżeli będę się wtedy mylił to czy koniecznie będę wówczas kłamał? Nie – kłamałbym dopiero wówczas, gdybym miał dobrą wiedzę odnośnie tego, że większość Arabów jest jednak łajdakami, a mimo to utrzymywał coś przeciwnego. A tak, to po prostu mogę się mylić, błędnie oceniać daną sytuację, ale nie kłamać. Ktoś inny może widzieć swego znajomego, jak ten odmawia pieniędzy żebrakowi i od razu powiedzieć, że w takim razie jest on chciwcem i sknerą, ale pominąć to, że od tego żebraka pachniało alkoholem, a odmawiający nieraz wcześniej był świadkiem, jak ten proszący o jałmużnę człowiek upija się. Świętemu Mikołajowi zdarzyło się zakraść do domu niewiast o złej sławie, by podrzucić im pieniądze, po to by mogły za nie zacząć nowe życie. Ktoś widząc to mógłby pośpiesznie ocenić św. Mikołaja jako rozpustnika, a w rzeczywistości przecież był on wzorem cnotliwego mężczyzny.

    Nie wyolbrzymiaj czyichś (rzeczywistych bądź rzekomych) wad i błędów

    Innym przykładem niewłaściwego sądzenia jest wyolbrzymianie czyichś błędów lub wad (ewentualnie czegoś co nie jest samo w sobie błędem lub wadą, lecz jest przez pewne osoby tak odbierane). Ktoś dajmy na to ukradnie 5 złotych (czego oczywiście czynić nie powinien), a mówi się o nim, jakby kradł miliony. Inny może być cudzołożnikiem (co rzecz jasna jest straszną rzeczą), a osoba nieprzychylna zacznie go nazywać pedofilem oraz zoofilem. Tego rodzaju wyolbrzymiające sądy nieraz widzimy w świecie polityki. Na przykład, dla zwolenników liberalizmu i libertarianizmu ekonomicznego wystarczy opowiadać się za utrzymaniem zasiłków społecznych, by być przez nich nazywanym socjalistą, albo i nawet komunistą. Z kolei, lewicowy lubią nazywać wszelkie przejawy niechęci wobec islamu mianem „rasizmu”, zaś co bardziej silniejsze tendencje na rzecz wzmocnienia uprawnień państwa czy choćby delikatnego ograniczenia nadużyć wolności słowa i ekspresji obwoływać jako „faszyzm”, „talibizację”, itp.

    Takie wyolbrzymianie czyichś błędów i wad ma często miejsce nie tylko w odniesieniu do jednostek, ale też całych grup społecznych. Widzimy to choćby w stosunku do dzisiejszej fali imigracji, gdzie jej przeciwnicy biorą sobie pewien wycinek negatywnych zachowań w wykonaniu imigrantów i na okrągło uogólniają je na całość imigranckiej społeczności.

    Nie sądź w sposób „absolutny”

    Wreszcie, chyba najważniejszym przejawem niewłaściwego sądzenia jest utrzymane we wręcz absolutnym duchu wyrokowanie o czyimś wiecznym losie. Jest to coś, czego należy zasadniczo rzecz biorąc unikać, gdyż jako ludzie mamy ograniczoną wiedzę o stanie duszy drugiego człowieka, jego intencjach, okolicznościach w których działa oraz wpływie różnych innych czynników na poziom świadomości i dobrowolności jego decyzji. A co się z tym wiąże, trudno jest tak naprawdę powiedzieć nam, czy dany człowiek w danym momencie ściągnął na swe sumienie winę grzechu śmiertelnego i czy gdybym umarł w momencie popełnienia obiektywnie poważnie złego czynu poszedłby do piekła. Tym bardziej zaś zwykle nie wiemy, co choćby i czyniący w swym życiu bardzo wiele zła człowiek przeżywał w ostatnich chwilach swego życia, czy nie zaczął żałować za nieprawości, nie modlił się do Boga o przebaczenie, etc. Dlatego też należy być bardzo ostrożnym w mówieniu o konkretnych ludziach tak, jakbyśmy wiedzieli, że dana osoba ma na sumieniu winę grzechu ciężkiego, a już w ogóle – chyba, że sam Bóg nam to objawi – nie powinniśmy twierdzić, że ten czy inny człowiek jest teraz w piekle. To nie znaczy, że nie należy mówić, iż dane zachowania są poważnie złe, że stanowią one ohydę w oczach Boga i że świadome oraz dobrowolne praktykowanie ich stanowi pewną drogę do piekła. To wszystko należy głosić, ale nie należy tego mylić z wchodzeniem z szaty Pana Boga i próbą uzurpowania sobie wiedzy o danym człowiekiem, którą sam z siebie posiada tylko nasz Stwórca.

    Nie sądźmy z pozorów, ale sprawiedliwym sądem sądźmy

    W słowach Pana Jezusa o tym, by „nie sądzić, aby nie być sądzonym” z pewnością zatem nie chodziło o swego rodzaju relatywizację podejścia do różnych zasad moralnych, zakaz sprawowania zawodu sędziego czy też brak napominania albo karania czyniących zło. Rzecz nie w tym, by w ogóle nie sądzić oraz nie oceniać ale by czynić to w ostrożny, rozsądny, bezstronny i sprawiedliwy sposób.

    Na sam koniec warto przytoczyć zdanie z nauczania św. Jana Chryzostoma, które w bardzo dobry sposób może być skierowane przeciwko współczesnym, bardzo powierzchownym interpretacjom sentencji „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”:

    Inaczej, gdyby się to miało jeszcze utrzymać, wszystko obróci się wniwecz: sprawy Kościoła, państwa , rodziny. Wzmoże się zło, jeśli gospodarz nie będzie sądził sługi, gospodyni służącej, ojciec – syna, a przyjaciel – przyjaciela (…) Cóż więc znaczą te słowa? Uważajmy dobrze, aby nikt nie uznał środków zbawienia i prawa pokoju za prawa przewrotu i zamieszania„.