Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: Innocenty XI

  1. Św. Alfons Liguori: Jak powinien zachować się spowiednik wobec grzeszników recydywistów?

    Możliwość komentowania Św. Alfons Liguori: Jak powinien zachować się spowiednik wobec grzeszników recydywistów? została wyłączona

    Recydywiści natomiast są to ci, którzy po spowiedzi upadli na nowo w ten sam lub prawie ten sam sposób, bez poprawy. Jak powszechnie się uczy, nie mogą oni otrzymać rozgrzeszenia przez znaki zwyczajne, to znaczy przez samą spowiedź i powiedzenie, że żałują i postanawiają poprawę. Wynika to z rozporządzenia 50 potępionego przez Innocentego XI, ponieważ zaciągnięty nawyk i powtarzające się upadki w przeszłości i bez żadnej poprawy wzbudzają poważne podejrzenie, że żal i postanowienie, które penitent czyni, nie są prawdziwe. Toteż należy im odłożyć rozgrzeszenie na pewien czas, aż zauważy się jakiś roztropny znak poprawy. W tym miejscu trzeba się użalić nad wielkim upadkiem, do jakiego prowadzą liczni źli spowiednicy, którzy rozgrzeszają bez różnicy tych recydywistów. Ci ostatni bowiem, widząc, że zawsze z taką łatwością są rozgrzeszani, gubią wstręt do grzechu i dalej gniją w złych nawykach aż do śmierci. Niektórzy uczeni dopuszczają, że recydywista może być rozgrzeszony od razu za pomocą zwyczajnych znaków nawet trzeci i czwarty raz, ale ja nigdy nie mogłem zgodzić się z tą opinią. Nałogowiec bowiem, który upadł ponownie po jednej choćby spowiedzi bez poprawy, jest już prawdziwym recydywistą i wzbudza uzasadnione podejrzenie, że nie jest odpowiednio dysponowany. (…)

    Oby Bóg sprawił, że spowiednicy będą rozgrzeszać recydywistów tylko wówczas, gdy ci wykazują się znakami nadzwyczajnymi! Zło polega na tym, że większość, by nie powiedzieć znakomita większość spowiedników powszechnie rozgrzesza recydywistów bez różnicy, bez znaku nadzwyczajnego, bez napomnienia ich i bez wskazania im przynajmniej jakiegoś środka do poprawy. I z tego właśnie naprawdę bierze się (a nie z rozgrzeszenia dysponowanych) powszechny upadek tak wielu dusz.

    Św. Alfons Maria de Liguori, „Praktyczny przewodnik dla spowiednika aby dobrze sprawował swoją posługę„, Kraków 2010, ss. 88-89, 97-98.

  2. Czy dozwolona jest aborcja w sytuacji zagrożenia życia matki?

    Leave a Comment

    Choć ogólnie rzecz biorąc doktryna katolicka na temat moralnej i prawnej ochrony życia nienarodzonych jest znana, istnieje jedna sytuacja, odnośnie której nawet wśród konserwatywnych katolików istnieją poważne wątpliwości i niejasności co do tego, jakie jest rzeczywiste nauczania Kościoła na ów temat. Chodzi mianowicie o kwestię tyczącą się tego, czy jest moralnie dozwolone przerwanie ciąży wówczas, gdy ta zagraża życiu matki? Na to pytanie, zwykle słyszy się odpowiedź, iż albo w tej jednej wyjątkowej sytuacji dozwolona jest aborcja, albo też mówi się, że przerwanie ciąży nie powinno się wówczas nazywać aborcją, gdyż celem takiego zabiegu nie jest uśmiercenie nienarodzonego dziecka, ale ratowanie życia matki.

    Tego rodzaju wypowiedzi, niestety mocno zaciemniają autentyczną treść nauczania katolickiego na temat owej ekstremalnej sytuacji, dlatego też warto przypomnieć, co tak naprawdę uczy w tej sprawie kościelne Magisterium.

    Najprościej mówiąc, bezpośrednia i zamierzona aborcja nie jest moralnie dozwolona ani usprawiedliwiona w żadnych, choćby najbardziej ekstremalnych okolicznościach, gdyż stanowi ona akt zabicia niewinnej istoty ludzkiej. Bezpośrednie zabicie niewinnego człowieka zaliczane jest zaś przez tradycyjną moralistykę do tzw. czynów wewnętrznie złych, które nie mogą być dozwolone ani jako cel ani jako środek, choćby za ich pomocą można było osiągnąć najbardziej szlachetne cele. 

    Urząd Nauczycielski Kościoła nieraz dość szczegółowo i wyraźnie wypowiadał się odnośnie tego, jaką postawę należy przyjąć wówczas, gdy rozwijająca się ciąża zagraża życiu matki.

    I tak np. bł. Innocenty XI potępił opinię, wedle której dozwoloną byłaby aborcja, w przypadku, gdyby w razie zaniechania tego czynu, matka dziecka mogła umrzeć.

    Pius XI w encyklice „Casti connubii” odnosząc się do wypadku, w którym za przerwaniem ciąży przemawia chęć ocalenia życia matki stwierdził, iż:

    „Czy się zadaje śmierć matce, czy jej potomstwu, zawsze jest to sprzeczne z przykazaniem Boga i głosem natury: <Nie zabijaj!> (…) W obronie i zachowaniu życia obojga, matki i dziecka, chlubnie się zapisują lekarze, odznaczający się uczciwością i doświadczeniem; a przeciwnie okazaliby się zupełnie niegodnymi szlachetnego tytułu lekarza ci, którzy zamierzaliby śmierć jednego z dwojga, czy to ze względów leczniczych, czy to też z motywów źle pojętej litości”.

    Pius XII z kolei, omawiając ten sam problem:

    „Błędem jest formułowanie pytania w sposób alternatywny: albo życie dziecka, albo życie matki. Nie: ani życie dziecka, ani życie matki nie mogą być wydane na zatracenie. Tak w odniesieniu do jednego, jak i do drugiego, jedyną konieczną zasadą powinno być zastosowanie wszelkich możliwych środków, aby uratować życie, zarówno życie matki, jak i życie dziecka” (Przemówienie z dń. 27 listopada 1951 r., wygłoszone na kongresie „Frontu rodziny”)1.

    Uroczyste i nieomylne potępienie wszelakiej aborcji ogłosił zaś św. Jan Paweł II w encyklice „Evangelium Vitae”:

    „mocą władzy, którą Chrystus udzielił Piotrowi i jego Następcom, w komunii z Biskupami — którzy wielokrotnie potępili przerywanie ciąży, zaś w ramach wspomnianej wcześniej konsultacji wyrazili jednomyślnie — choć byli rozproszeni po świecie — aprobatę dla tej doktryny — oświadczam, że bezpośrednie przerwanie ciąży, to znaczy zamierzone jako cel czy jako środek, jest zawsze poważnym nieładem moralnym, gdyż jest dobrowolnym zabójstwem niewinnej istoty ludzkiej. Doktryna ta, oparta na prawie naturalnym i na słowie Bożym spisanym, jest przekazana przez Tradycję Kościoła i nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne. Żadna okoliczność, żaden cel, żadne prawo na świecie nigdy nie będą mogły uczynić godziwym aktu, który sam w sobie jest niegodziwy, ponieważ sprzeciwia się Prawu Bożemu, zapisanemu w sercu każdego człowieka, poznawalnemu przez sam rozum i głoszonemu przez Kościół” (tamże, n. 62).

    W powyższych wypowiedziach widać wyraźnie zarysowane trzy zasady:

     

    1. Nigdy, w sposób zamierzony nie wolno niszczyć, ani życia dziecka, ani życia matki.

    2.  Aborcja stanowi morderstwo niewinnej istoty ludzkiej, a więc jest zakazana zawsze i wszędzie, obojętnie czy jest traktowana jako cel, czy też środek do osiągnięcia innego celu.

    3. Należy próbować ratować życie obojga.

     

    Co jednak, gdy wydaje się, iż nie ma możliwości uratowania obojga, tzn. matki i dziecka? Magisterium Kościoła wyraźnie odrzuca możliwość celowego zamordowania dziecka w celu ratowania życia matki, i na odwrót. Jedynym działaniem, jakie jest dopuszczalne w tej sytuacji stanowi podjęcie działań leczniczych, których efektem ubocznym może być śmierć dziecięcia lub matki. Nie można jednak powiedzieć: „Trudno, nie mam wyjścia, muszę zabić albo dziecko, albo matkę, by ratować choć jedno życie”. Byłby to bowiem zamierzony mord popełniony na niewinnym, w celu ratowania innego niewinnego. Nie wolno też stwierdzić wówczas: „Nie chcę wprawdzie zabijać dziecka, i chciałbym, aby ono żyło, ale uczynię to, w celu ratowania matki”. Coś takiego stanowiłoby wszak przyjęcie aborcji, wprawdzie nie jako celu, ale jako środka prowadzącego do dobrego skutku. Przypominałoby to sytuację, w której na wioskę napada banda morderców i gwałcicieli. Dowodzący owymi rzezimieszkami stawia przed jednym z mieszkańców następujący dylemat: „Albo ty zabijesz jedno z niemowląt, a wówczas my zostawimy w spokoju całą wieś, albo w przeciwnym razie my wyrżniemy wszystkich mieszkańców, a kobiety dodatkowo przy tym zgwałcimy„. Ów mieszkaniec chcąc ratować całą wieś, zabiłby owe niemowlę. Jakkolwiek współczujemy ludziom znajdującym się w podobnych ekstremalnych i (w perspektywie ludzkiej patrząc) beznadziejnych sytuacjach, nie możemy przyznać racji takim pomysłom. Nie wolno zamordować choćby jednego niewinnego, aby ocalić wszystkich pozostałych niewinnych.

    Ktoś jednak może odwrócić tę sytuację i powiedzieć, że odmowa dokonania aborcji na dziecku oznacza zadanie śmierci matce. Wbrew pozorom nie jest to prawidłowa analogia. W wypadku aborcji mamy bowiem do czynienia z aktywnym działaniem wprost zmierzającym do zniszczenia niewinnego życia dziecka poczętego. Lekarz w takim przypadku bierze np. szczypce i po kawałku rozrywa ciało nienarodzonego. Jest to więc aktywność, która bezpośrednio polega na mordowaniu czyjegoś życia. W wypadku odmowy przerwania ciąży nie mamy jednak z czymś takim do czynienia. Lekarz nie podejmuje żadnych aktywnych czynności, które wprost prowadziłby do zabicia matki. Nie bierze noża i nie podrzyna gardła niewieście. Jedyne co czyni w tej kwestii, to odmawia zamordowania dziecka, wiedząc, że dalszy rozwój ciąży może spowodować (vel spowoduje) śmierć matki. Choć zarówno efektem aborcji, jak i odmowy tego czynu, będzie śmierć któregoś z dwojga, to jednak istota tych dwóch zachowań jest diametralnie różna. Aborcja jest aktywnym, bezpośrednim zniszczeniem życia. Odmowa przerwania ciąży stanowi zaś rezygnację z morderczego działania, przy jednoczesnym przyjęciu faktu, iż doprowadzi to do czyjejś śmierci. Brak jest tu jednak sedna każdego morderstwa, a więc aktywnego i bezpośredniego działania mającego na celu przerwanie czyjegoś życia. Różnica pomiędzy oboma zachowaniami jest taka, jak pomiędzy strzeleniem komuś w głowę z karabinu, a wyborem kogo pierwszego będzie się ratować z budynku objętego pożarem. Jest oczywiste, że decyzja o tym, iż najpierw ratujemy kobiety, starców i dzieci, nie jest równoznaczna z aktem zamordowania pozostałych mężczyzn. Nawet, jeśli pewnym jest, że pierwszeństwo ratowania jednych, oznacza mniejszą bądź większą pewność, iż ci drudzy nie przeżyją.

     

    Przypisy:

  3. Zmysłowe pocałunki są grzechem śmiertelnym

    Leave a Comment

    Czy całowanie się jest grzechem? Takie pytanie pojawia się dość często przy okazji roztrząsania różnych dylematów na temat tego „na jak wiele można sobie pozwolić” podczas „chodzenia ze sobą” lub w okresie narzeczeństwa.

    Wydaje się, iż nawet współcześnie nawet wśród pobożnych i konserwatywnych katolików istnieje duże zamieszanie oraz ignorancja, gdy dochodzi się do prób odpowiedzi na to pytanie. Najczęściej bowiem słyszy się w takich kręgach pogląd, że pocałunki dokonywane pomiędzy osobami, które poważnie myślą i dążą do wejście ze sobą w związek małżeński nie są występne i grzeszne, stanowiąc uprawniony wyraz uczucia i miłości, które istnieją między nimi. W pewien sposób to przekonanie jest wzmacniane też przez część dzisiejszych moralistów katolickich, którzy mówiąc na temat takich pocałunków wypowiadają się w dość dwuznaczny i niejasny sposób, sugerując jednak, iż przy zachowaniu pewnego umiaru i ostrożności takowe są moralnie dozwolone.

    A jakie jest tradycyjnie katolickie przekonanie odnośnie pocałunków dokonywanych pomiędzy „randkowiczami” i narzeczonymi?

    Oczywiście, podkreślmy, że mowa jest tu o pocałunkach, które z założenia zakładają już pewne wyrażenie wobec siebie pociągu erotycznego, a nie są tylko zwykłym gestem grzeczności, szacunku czy też (platonicznej) miłości bliźniego. Rzecz jasna nie chodzi zatem tu np. o pocałunki w dłoń, policzek czy czoło, które choć zdarzają się w związkach stricte damsko-męskich, to równie dobrze, albo i częściej występują w relacjach i sytuacjach, które normalnie rzecz biorąc są pozbawione aspektu erotycznego, a więc np. rodzice – dzieci, wnukowie – dziadkowie czy np. powitanie się dwóch kobiet. W takich pocałunkach trudno zresztą o wzbudzenie jakichś erotycznych myśli czy reakcji, choćby z powodu samej ich formy (a więc dlatego, że są jednocześnie krótkie i delikatne).

    Konkretyzując więc, chodzi o takie pocałunki, których celem jest uzyskanie pewnej przyjemności z tego faktu, iż osoba, z którą to czynimy, pociąga nas seksualnie. Jeszcze innymi słowy – problem w tych pocałunkach, których pragniemy i szukamy po to by doświadczyć przy tym  podniecenia seksualnego, nawet jeśli chcemy owej przyjemności stąd wynikającej postawić pewne ostre granice (np. „całujemy się w usta z tzw. języczkiem, ale nic ponadto nie wchodzi w grę”). I właśnie odnośnie takich zmysłowych – bo zakładających czerpanie z nich pewnej (choćby ograniczonej) dozy przyjemności erotycznej – pocałunków, trzeba powiedzieć sobie jasno: poza granicami małżeństwami są one obiektywnie poważnym naruszeniem porządku moralnego w dziedzinie seksualnej i stanowią materię grzechu śmiertelnego (czyli, gdy dochodzi do tego jeszcze pełna wiedza i dobrowolność czyniący w ten sposób ściągają na siebie ciężką winę, która nie zmazana szczerą skruchą skazuje ich na wieczne piekło).

    To stanowisko, być może wydaje się bardzo surowe i rygorystyczne, ale jasno wynika z nauczania Magisterium Kościoła na ów temat. Otóż, papież Aleksander VII i św. Oficjum dekretem z 18 marca 1666 roku POTĘPILI uznając za „przynajmniej skandaliczne” następujące twierdzenie pewnych laksystycznych teologów:

    Jest prawdopodobne, że pocałunek, którego się pragnie dla występującej przy tym rozkoszy cielesnej jest tylko grzechem powszednim, jeżeli tylko nie powstaje niebezpieczeństwo pełnego zaspokojenia”.

    To stanowisko było podtrzymywane przez moralistów katolickich przez wieki i jeszcze w wydanym w latach 60-tych XX wieku podręczniku katolickiej teologii moralnej autorstwa skądinąd dość łagodnego odnośnie pewnych kwestii (np. tańców damsko-męskich) ks. Bernarda Haringa, przeczytać można:

    Według ogólnej dziś nauki moralistów nie tylko pełne zaspokojenie, lecz także wszelkie dobrowolne bezpośrednie podniecenie żądzy płciowej poza uporządkowaną miłością małżeńską jest w całym tego rodzaju grzechem ciężkim (…) Gdy chodzi o ciało drugich osób, zwłaszcza innej płci, szacunek i wstydliwość wymagają możliwie największego dystansu„.

    Już jednak słyszę głosy typu: „Chłopak może całować się z dziewczyną, po to by wyrazić do niej miłość i uczucie, a nawet jeśli jest przy tym seksualnie podniecony, to należy to potraktować jako niezamierzony efekt uboczny takiego działania”. Cóż, pozostawiam rozsądkowi czytelników, czy takie stawianie sprawy nie jest dość marnym, neo-faryzeistycznym wybiegiem. Sprawa jest chyba znacznie prostsza: jeśli ktoś całuje się w sposób o którym dobrze wie, że ów wywoła w nim seksualne podniecenie, a mimo wciąż to czyni ponownie, to najwyraźniej akceptuje ów stan rzeczy – reszta to sofistyczne szukanie kruczków i wybiegów by ominać jasne i proste zasady.

    Zmysłowe pocałunki pomiędzy „chodzącymi ze sobą” i narzeczonymi są czymś w rodzaju próby oszukiwania Pana Boga i samych siebie. Pan Bóg przygotował dla małżonków tort seksualnych przyjemności, a zmysłowe pocałunki są „delikatnym” podjadaniem tego tortu przed rozpoczęciem bankietu. Niby każdy jakoś to wyczuwa, iż nie jest zgodne z prawdziwą i szczerą pobożnością wchodzenie na drogę pobudzania żądzy seksualnej przed ślubem choćby to nie odbywało się jeszcze poprzez stosunki przedmałżeńskie. Nie igra się bowiem z ogniem, a moralne przyzwalanie dla pewnych gestów i czynów, które niemal ze swej definicji są zmysłowe i erotyczne, jest właśnie taką zabawą z ogniem. A kiedy człowiek raz zaczyna się bawić z ogniem, to choćby zapewniał, iż skończy ową igraszkę „w odpowiednim momencie” to ryzyko wybuchnięcie pożaru albo eksplozji niepostrzeżenie rośnie z sekundy na sekundę. Poza tym, tak naprawdę filozofia „Na jak wiele można sobie pozwolić” stojąca za konkretnymi pytaniami typu: „Czy można się całować” nie jest właściwym postawieniem sprawy. Równie dobrze można by się bowiem pytać: „Jak blisko mogą bawić przy autostradzie dzieci, by nie zostać potrąconymi przez samochody?”. Tradycyjną postawą chrześcijańską jest wszak raczej uciekanie „od wszelkich pozorów zła” aniżeli balansowanie po cienkiej granicy. Od grzechu trzeba trzymać się najdalej jak to jest możliwe, a nie kombinować jak tu się doń zbliżyć, nie przekraczając jeszcze jego granicy.