Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: II wojna światowa

  1. Bł. Franz Jägerstätter – patron katolickiego nonkonformizmu

    Leave a Comment

    Pod adresem mej działalności i publicystyki od czasu do czasu jest wysuwana obiekcja, którą można streścić w następujących słowach:

    Twierdzisz, że przypominasz różne aspekty nauczania katolickiego, a przecież jesteś zupełnie osamotniony w głoszonych przez siebie przekonaniach. Niezmiernie trudno byłoby znaleźć księży czy jakieś środowiska katolickie, które mówiłoby w pewnych określonych kwestiach (chodzi tu głównie o sprawę tańców damsko-męskich, prawnej karalności cudzołóstwa oraz niektórych bardziej szczegółowych implikacji wynikających z zasady skromności strojów) to samo co Ty. Czy więc można uważać za wiarygodne Twe roszczenia co do prezentowania katolickiej doktryny? Przecież nawet nie jesteś z wykształcenia teologiem„.

    Co zatem odpowiem na ów zarzut? Cóż, paradoksalnie mogę się w dużej części zgodzić z założeniami tkwiącymi u jego podstaw. Prawdą jest bowiem, że jestem prawie zupełnie osamotniony w prowadzonym przez siebie dziele przypominania niektórych przemilczanych prawd nauczania katolickiego. Owszem, istnieją księża oraz osoby świeckie, które podzielają te moje przekonania, ale jest ich tak mało, iż poparcie to nie wydaje się wpływać w żaden wymierny sposób na oblicze współczesnego katolicyzmu. Przyznaję się też, że choć co prawda od przeszło 25 lat moją życiową pasją jest poznawanie i zgłębianie katolickiej doktryny oraz teologii, to tak się moje życie potoczyło, iż nie zdobyłem formalnego wykształcenia teologicznego.

    Czy w związku z powyższym można uznać prowadzoną przeze mnie działalność za poważną? Myślę, że tak i mam na to przynajmniej jeden mocny dowód w postaci przykładu życia, jaki dał nam pewien wywodzący się z Austrii katolik. Chodzi o osobę wyniesionego przez Kościół do chwały ołtarzy bł. Franza Jägerstättera. Ten uczeń Pana Jezusa też bowiem w swym czasie, mimo że nie był z wykształcenia teologiem, powoływał się na swą znajomość nauczania katolickiego, a wnioski jakie stąd wyciągał, wydawały się powszechnie niepodzielane tak przez księży, jak i innych świeckich katolików. Łatwo było więc i wobec błogosławionego Franza wyciągnąć wniosek, iż w takim razie źle on rozumie doktrynę katolicką, oraz że jego postawa wynika z jakiejś zarozumiałości, która nakazuje mu być kimś, kogo potocznie zwykło się określać mianem osoby „bardziej papieskiej od papieża„. Co nie bez znaczenia, pozwolę sobie dodać, iż wszystko to działo się na jeszcze około 20 lat przed Soborem Watykańskim II, a więc w czasie, gdy jednak księża, a co za tym idzie także przynajmniej część świeckich wiernych, mieli, ogólnie rzecz biorąc, bardziej „surową” formację odnośnie co do różnych kwestii moralnych niż ma to miejsce obecnie. A jednak po przeszło 60 latach od męczeńskiej śmierci bł. Franza Jägerstättera Kościół uznał słuszność jego postawy, ogłaszając go błogosławionym.

    Pozwolę sobie poniżej pokrótce przypomnieć w czym rzecz, jeśli chodzi o postawę bł. Franza Jägerstättera. Otóż był on żyjącym w czasach rządów Hitlera i II wojny światowej austriackim rolnikiem, który w pewnym okresie swego życia zaczął czytać Pismo święte oraz zdobywać wiedzę na temat doktryny katolickiej, a także życia poszczególnych Świętych Pańskich. Mimo to nie zdobył on nigdy formalnego wykształcenia teologicznego. Osobista bogobojność i prawość tego człowieka połączone z wiedzą teologiczną, którą zdobywał, doprowadziły go w burzliwym czasie II wojny światowej do wniosku, iż nie jest moralnie dozwolone brać aktywny udział jako żołnierz w wojnie po stronie Hitlera oraz składać przysięgę ślubowania bezwzględnej wierności wobec wodza III Rzeszy. Nieugięte trzymanie się tej postawy doprowadziły w końcu Franza do męczeńskiej śmierci, która miała miejsce w 1943 roku.

    Dziś, gdy potępianie Hitlera i wywołanej przez niego niesprawiedliwej wojny nie wiąże się z żadnym ryzykiem dla katolików, postawa bł. Franza Jägerstättera budzi oczywiście bardzo często podziw, jednak w czasie gdy żył ów uczeń Jezusa sytuacja wyglądała zgoła odmiennie. Po pierwsze bowiem: żaden z księży i biskupów, którym znana była sprawa bł. Franza, nie udzielił mu poparcia w jego dzielnych postanowieniach. Przeciwnie, próbowali oni raczej zniechęcić tego błogosławionego. Po drugie: bł. Franz Jägerstätter był osamotniony w swej postawie pośród innych świeckich katolików. Na kilka milionów zdolnych do służby wojskowej niemieckich i austriackich katolików, Franz był jednym z dosłownie sześciu, którzy odmówili składania przysięgi bezwzględnej wierności Adolfowi Hitlerowi. Co więcej, wielu świeckich katolików wydawało się mieć za złe Jägerstätterowi jego postawę, o czym może świadczyć, iż władze jego rodzinnej miejscowości Sankt Radegund początkowo odmówiły umieszczenia jego nazwiska na miejscowym pomniku wojennym.

    Czy więc pojedynczy, niemający formalnego wykształcenia teologicznego katolik, może mieć rację wbrew milionom innych katolikom, a nawet pomimo stanowiska różnych księży i biskupów? Przykład wyniesionego na ołtarze błogosławionego Franza Jägerstättera daje twierdzącą odpowiedź na to pytanie.

    Mirosław Salwowski

  2. „Przedsoborowe” oblicze pism i objawień św. Faustyny Kowalskiej

    Leave a Comment

    Postać i pisma świętej siostry Faustyny Kowalskiej zyskały aprobatę władz kościelnych po Soborze Watykańskim II. Również tematyka objawień danych tej świętej może wydawać się wręcz stricte „posoborowa”, gdyż koncentrują się one na miłości oraz miłosierdziu Boga i Chrystusa, niezbyt często wspominając o Bożej sprawiedliwości oraz Bożych karach. Czy jednak rzeczywiście można uznać św. Faustynę Kowalską za swoistą prekursorkę różnych „posoborowych” nurtów w duszpasterstwie kościelnym oraz teologii katolickiej? Otóż, niekoniecznie. Poniżej, wykażę bowiem, iż różne fragmenty pism tej świętej mogłyby być przez dużą część współczesnych duszpasterzy uznane za błędne, gorszące, a nawet skandaliczne.

    Zacznijmy od tego, iż św. Faustyna Kowalska rzeczywiście – z Bożego natchnienia – pisała przede wszystkim o miłosierdziu naszego Stwórcy i Zbawiciela. I nie ma w tym niczego niewłaściwego, gdyż inspirowani przez Boga ludzie mogą być pobudzani przez Niego do kładzenia akcentu na rozmaite kwestie wiary oraz moralności. Ktoś np. może być przez Boga powołany do szczególnej opieki nad ubogimi ludźmi, a kogoś innego ten sam Bóg pobudzi do prowadzenia duszpasterstwa osób bardziej finansowo majętnych. A przecież pomiędzy działalnością jednego i drugiego nie będzie – co do samej zasady – rzeczywistej sprzeczności. Podobnie, jednych świętych Bóg może powoływać, by mówili znacznie więcej o miłosierdziu, a innych pobudzać do bardzo częstego nauczania o Bożej sprawiedliwości oraz karach. I, mimo że pozornie rzecz biorąc, nauczanie takich świętych może wydawać się komuś wręcz opozycyjne wobec siebie, to – jeśli takowe nauczanie nie będzie polegało np. na całkowitym przemilczeniu czy zaprzeczaniu lub zniekształcaniu Bożej sprawiedliwości (oraz vice versa) – nie będzie pomiędzy obiema postawami prawdziwej sprzeczności.

    Piekło jest straszne i są w nim konkretni ludzie

    Tak właśnie należy postrzegać św. Faustynę Kowalską. Bóg powołał ją w szczególny sposób do mówienia o Swoim miłosierdziu, ale powołanie to nie polega w jej przypadku na przemilczaniu, zaprzeczaniu czy zniekształcaniu prawdy o Bożej sprawiedliwości, sądzie i karze.

    Jasnym tego przykładem jest chociażby fakt, iż w pismach św. Faustyny znajdujemy fragment mówiący nie tylko o istnieniu piekła:

    Dziś byłam w przepaściach piekła, wprowadzona przez Anioła. Jest to miejsce wielkiej kaźni, jakiż jest obszar jego strasznie wielki. Rodzaje mąk, które widziałam: pierwszą męką, która stanowi piekło, jest utrata Boga; drugie – ustawiczny wyrzut sumienia; trzecie – nigdy się już ten los nie zmieni; czwarta męka – jest ogień, który będzie przenikał duszę, ale nie zniszczy jej, jest to straszna męka, jest to ogień czysto duchowy, zapalony gniewem Bożym; piąta męka – jest ustawiczna ciemność, straszny zapach duszący, a chociaż jest ciemność; widzą się wzajemnie szatani i potępione dusze, i widzą wszystko zło innych i swoje; szósta męka jest ustawiczne, towarzystwo szatana; siódma męka – jest straszna rozpacz, nienawiść Boga, złorzeczenia, przekleństwa, bluźnierstwa. Są to męki, które wszyscy potępieni cierpią razem, ale to jest nie koniec mąk, są męki dla dusz poszczególne, które są męki zmysłów, każda dusza czym grzeszyła, tym jest dręczona w straszny, i nie do opisania sposób. Są straszne lochy, otchłanie kaźni, gdzie jedna męka odróżnia się od drugiej; umarłabym na ten widok tych strasznych mąk, gdyby mnie nie utrzymywała wszechmoc Boża. Niech grzesznik wie, jakim zmysłem grzeszy, takim dręczony będzie przez wieczność całą; piszę o tym z rozkazu Bożego, aby żadna dusza nie wymawiała się, że nie ma piekła, albo tym, że nikt tam nie był i nie wie jako tam jest.

    Ja, Siostra Faustyna, z rozkazu Bożego byłam w przepaściach piekła na to, aby mówić duszom i świadczyć, że piekło jest. (…) Jedno zauważyłam, że tam jest najwięcej dusz, które nie dowierzały, że jest piekło. Kiedy przyszłam do siebie, nie mogłam ochłonąć z przerażenia, jak strasznie tam cierpią dusze, toteż jeszcze się goręcej modlę o nawrócenie grzeszników, ustawicznie wzywam miłosierdzia Bożego dla nich. O mój Jezu, wolę do końca świata konać w największych katuszach, aniżeli bym miała Cię obrazić najmniejszym grzechem.” (Cytat za: Św. s. M. Faustyna Kowalska,Dzienniczek. Miłosierdzie Boże w duszy mojej”, Warszawa 2007, s. 295-296, n.741).

    Zauważmy, jak bardzo ta wizja św. Faustyny Kowalskiej różni się od „posoborowego” mówienia o piekle. Żadnych mrzonek typu: „Prawdopodobnie piekło jest puste” albo „Piekło to tylko i wyłącznie stan duszy polegający na świadomości braku obecności Boga”. Piekło widziane przez siostrę Faustynę to piekło opisane w Biblii oraz pismach Ojców Kościoła i innych świętych. Jest to więc piekło, w którym są konkretni ludzie, gdzie ogień jest zapalany przez gniew Boży i w którym istnieją zmysłowe (a nie tylko czysto duchowe) męki.

    „Nie mogę kochać duszy, którą plami grzech”

    Co więcej, Pan nasz Jezus Chrystus mówi w pewnym momencie do siostry Faustyny, iż „nie może kochać duszy, którą plami grzech”, dotyka grzeszników różnymi utrapieniami, a w razie uporu z ich strony zaczyna się nawet na nich gniewać:

    Napisz: Jestem święty po trzykroć i brzydzę się najmniejszym grzechem. Nie mogę kochać duszy, którą plami grzech, ale kiedy żałuje, to nie ma granicy dla mojej hojności, jaką mam ku niej. Miłosierdzie moje ogarnia ją i usprawiedliwia. Miłosierdziem swoim ścigam grzeszników na wszystkich drogach ich i raduje się serce moje, gdy oni wracają do mnie. Zapominam o goryczach, którymi poili moje serce, a cieszę się z ich powrotu. Powiedz grzesznikom, że żaden nie ujdzie mojej ręki. Jeżeli uciekają przed miłosiernym sercem moim, wpadną w sprawiedliwe ręce moje. Powiedz grzesznikom, że zawsze czekam na nich, wsłuchuję (się) w tętno ich serca, kiedy uderzy dla mnie. Napisz, że przemawiam do nich przez wyrzuty sumienia, przez niepowodzenie i cierpienia, przez burze i pioruny, przemawiam przez głos Kościoła, a jeżeli udaremnią wszystkie łaski moje, poczynam się gniewać na nich, zostawiając ich samym sobie i daje im, czego pragną” (Św. s. M. Faustyna Kowalska, „Dzienniczek. Miłosierdzie Boże w duszy mojej”, Warszawa 2007, s. 575, n. 1728).

     

    Najpiękniejsze miasto w Ojczyźnie naszej … zniszczone jak Sodoma

    W pismach św. Faustyny Kowalskiej znajdujemy też fragmenty mówiące w jasny sposób o tym, iż Bóg gniewa się i zsyła na poszczególne społeczności kary w sferze doczesnej. Przykładowo, w pewnym momencie siostra Faustyna pisze:

    Widziałam gniew Boży ciążący nad Polską. I teraz widzę, że jeśliby Bóg dotknął kraj nasz największymi karami, to byłoby jeszcze Jego wielkie miłosierdzie, bo by nas mógł ukarać wiecznym zniszczeniem za tak wielkie występki” (Św. s. M. Faustyna Kowalska, Dzienniczek. Miłosierdzie Boże w duszy mojej”, Warszawa 2007, s. 517, n. 1533).

    Jako swego rodzaju rozwinięcie i konkretyzację powyższej myśli można uznać inne z natchnień danych św. Faustynie, a mianowicie:

    Pewnego dnia powiedział mi Jezus, że spuści karę na jedno miasto, które jest najpiękniejsze w Ojczyźnie naszej. Kara ta miała być – jaką Bóg ukarał Sodomę i Gomorę. Widziałam wielkie zagniewanie Boże i dreszcz napełnił, przeszył mi serce„ (Św. s. M. Faustyna Kowalska, Dzienniczek. Miłosierdzie Boże w duszy mojej”, Warszawa 2007, s. 46, n. 39).

    Co prawda, nazwa owego miasta nie została wymieniona przez siostrę Faustynę, ale wiemy przecież z historii, które z polskich miast zostało w czasie II wojny światowej w swej olbrzymiej części zniszczone. Była to Warszawa, osławiona w okresie międzywojennym przez duży poziom przestępczości, korupcji i rozwiązłości, które ją nękały. Warto zresztą dodać, iż w jednej ze swych konferencji ks. Sławomir Kostrzewa powoływał się na pewną zakonnicę, która osobiście znała siostrę Faustynę i która to twierdziła, iż święta ta miała mówić wprost o tym, że polskim miastem zniszczonym jak Sodoma będzie właśnie Warszawa.

    Karnawał oraz związany z nim nawał kar i grzechów

    Świętej Faustynie – przynajmniej pośrednio – było także dane poznać prawdę o wielkim niebezpieczeństwie różnych „światowych” rozrywek i zwyczajów, przed którymi współcześnie w Kościele niemal w ogóle się nie przestrzega. Zakonnica ta pisze bowiem:

    W ostatnie te dwa dni karnawału poznałam wielki nawał kar i grzechów. Dał mi Pan poznać w jednym momencie grzechy świata całego w dniu tym popełnione. Zemdlałam z przerażenia i pomimo że znam całą głębię miłosierdzia Bożego, zdziwiłam się, że Bóg pozwala istnieć ludzkości. I dał mi Pan poznać, kto podtrzymuje istnienie tej ludzkości: to są dusze wybrane. Kiedy dopełni się miara wybranych, świat istniał nie będzie” ( Św. s. M. Faustyna Kowalska, „Dzienniczek. Miłosierdzie Boże w duszy mojej”, Warszawa 2007, s. 351, n. 926).

    Z powszechnego doświadczenia wiemy, iż zabawy karnawałowe tradycyjnie obfitują w tańce damsko-męskie, nieskromne stroje oraz nadużywanie alkoholu. Ilu jednak współczesnych księży przestrzega – poza pijaństwem (bo o tym grzechu owszem jeszcze się dość często wspomina) – przed takimi rzeczami? Ba, ilu duchownych nawet bez ostrzegania przed tymi konkretnymi rozrywkami, uczula w jakiś szczególny sposób na to, iż czas karnawału jest szczególnie niebezpiecznym dla życia moralnego okresem roku?

    Jak zatem widać, św. Faustyna Kowalska – delikatnie mówiąc – nie za bardzo nadaje się na bycie patronką wykrzywionej i zniekształconej „posoborowej” wizji Bożego miłosierdzia. Mówi wszak ona o piekle jako stanie oraz miejscu, w którym konkretni ludzie doznają strasznych mąk polegających również na tym, iż znajdujący się tam a zapalany przez Boży gniew ogień dotyka naszych zmysłów. Mówi ona także o tym, iż ludzie grzechy ściągają na nas gniew Boga oraz Jego kary. Jednym zdaniem nie da się tego w żaden sposób pogodzić z twierdzeniami tych, którzy mówią, iż „Bóg nikogo nie karze oraz nie gniewa się na grzeszników”, oraz można, a nawet należy mieć nadzieję, że piekło jest puste.

     

    Nota od redakcji: Po raz pierwszy powyższy artykuł ukazał się na portalu Fronda.pl: http://www.fronda.pl/a/z-ambony-strzeleckiej-salwowskiego-sw-faustyna-nie-bedzie-patronka-katolikow-otwartych,125821.html

  3. Czy Polacy mieli moralny obowiązek ratować Żydów?

    Leave a Comment

    Co pewien czas wybucha z nową siłą spór o to, w jakiej mierze Polacy pomagali w czasie niemieckiej okupacji mordować Żydów oraz czy częstszą postawą wśród naszych przodków było wspieranie członków tego narodu w uniknięciu tragicznej śmierci?

    Zapewne, historycy będą jeszcze długo próbować znaleźć jak najbardziej precyzyjne z możliwych odpowiedzi na te pytania, ale już można z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością powiedzieć, iż Polacy w swej zdecydowanej większości ani nie ratowali ani też nie pomagali mordować Żydów. I co więcej, nie można tym z naszych przodków, którzy właśnie tak postępowali zarzucić czynienia czegoś co byłoby ze swej natury moralnie naganne. O ile bowiem istnieją czyny, które w tradycyjnej moralistyce katolickiej, są wewnętrznie złe, a przez to nie ma się prawa ich popełniać (lub z nimi aktywnie współpracować) nawet w obronie życia swojego lub innych – i jednym z takich zachowań jest właśnie mordowanie niewinnych; o tyle nie istnieje absolutny, bezwzględny i nie znający ograniczeń obowiązek aktywnego ratowania cudzego życia. Innymi słowy, nigdy nie wolno mordować niewinnego człowieka albo też pomagać komuś w popełnianiu takiej zbrodni, ale to nie znaczy, że każdy człowiek bez względu na srogość konsekwencji, które mogą spotkać jego lub jego bliskich ma obowiązek aktywnie przeciwstawiać się takiemu mordowaniu. Podając jeszcze inny przykład owego rozróżnienia: ojciec ukrywający się w czasie wojny wraz z żoną i dziećmi, ze swej kryjówki widzi, jak banda wrogich żołnierze gwałci, a później zabija jakąś kobietę. W imię ocalenia własnej rodziny przed podobnym losem, człowiek ów ma prawo nie zapobiec temu strasznemu wydarzeniu. To znaczy, iż nie ma on obowiązku wyjść z tejże kryjówki i rzucić się z pięściami na gwałcicieli i morderców. Z drugiej jednak strony wspomniany wyżej ojciec rodziny, nawet dla ocalenia swych najbliższych nie mógłby wziąć udziału, czy choćby aktywnie pomagać (np. przytrzymując ową kobietę) w takim ohydnym czynie.

    A przypomnijmy, że w bardzo podobnej sytuacji do wzmiankowanego wyżej ojca rodziny znajdowali się w czasie II wojny światowej Polacy, którzy chcieliby ratować Żydów. Za coś takiego groziła śmierć nie tylko im, ale też członkom ich rodzin. Nie można więc choćby sugerować, iż większość z tych naszych rodaków, którzy nie ratowali Żydów, czyniła w ten sposób coś złego lub występnego.

     

    Mimo jednak tak skrajnie niesprzyjających ratowaniu Żydów warunków znajdowali się Polacy, którzy tak właśnie czynili. I dla nich oczywiście należą się za to wielkie słowa uznania. Czy było ich jednak więcej niż tych z naszych rodaków, którzy zhańbili się pomaganiem w mordowaniu Hebrajczyków? Wiele wskazuje, iż prawdopodobnie tak. Wedle różnych szacunków liczba Polaków zaangażowanych w różne formy pomocy Żydom waha się od 360 tysięcy (wedle Teresy Prekerowej), poprzez „przynajmniej paręset tysięcy” (zdaniem Władysława Bartoszewskiego), aż niemalże po milion (podług Richarda C. Lucasa i Jana Żaryna). Ile zaś było w naszym narodzie ludzi, którzy współpracowali w wyłapywaniu członków nacji żydowskiej albo też ich bezpośrednio mordowali? W tym punkcie jesteśmy w dużej mierze zdani na domysły, jednak możemy próbować wnioskować na podstawie niektórych dostępnych nam danych i szacunków. A więc, z pewnością w wysyłaniu Żydów do niemieckich obozów koncentracyjnych uczestniczyli członkowie tzw. granatowej Policji – tych było ok. 16-18 tysięcy. Do mordowania naszych żydowskich współobywateli przyczyniali się też oczywiście „szmalcownicy”. Nie mamy twardych danych na temat tego, ilu Polaków trudniło się tym procederem, ale wedle Gunnara S. Paulssona w okupowanej Warszawie ich liczba sięgała 3-4 tysięcy. Jeśliby założyć, że proporcje szmalcownictwa były podobne w całej Polsce, to wychodziłoby nam jakieś 90 tysięcy do 120 tysięcy polskich szmalcowników. Pozostałaby nam więc jeszcze do oszacowania liczba Polaków, którzy uczestniczyli w masowych bądź pojedynczych morderstwach dokonywanych na Żydach. Tu chyba jest najtrudniej o szacunki. Przykładowo, w pogromie w Jedwabnem miało uczestniczyć wedle różnych danych od trzydziestu do stukilkudziesięciu polskich mieszkańców tego miasteczka. To daje liczbę od 2 do ok. 10 procent polskiej populacji Jedwabnego. Jednak w tym wypadku nie można przekładać tych szacunków na całą okupowaną Polskę, gdyż podobne co w Jedwabnem pogromy na Żydach nie były u nas codziennością. A zatem chyba nieco zawyżając szacunki tyczące się uczestnictwa Polaków w takich zdarzeniach można by przyjąć za prawdopodobne, iż kilkanaście tysięcy do kilkudziesięciu tysięcy naszych rodaków mogło w nich brać udział.

     

    Podsumujmy więc: po stronie osób ratujących Żydów mamy od 360 tysięcy do miliona Polaków. Po stronie współuczestników masowych mordów popełnianych na Żydach za prawdopodobne możemy uznać liczby wielkości 110 tysięcy do może 200 tysięcy Polaków. Tak czy inaczej więc wychodzi na to, iż znacznie więcej naszych rodaków pomagało niż aktywnie szkodziło członkom żydowskiej nacji. Zdecydowana zaś większość Polaków zachowała się wobec Holocaustu mniej lub bardziej przyzwoicie przynajmniej nie pomagając Niemcom w realizacji tej zbrodni.

  4. A co jeśli Pius XII i św. Jan XXIII kłamali w dobrej sprawie?

    Leave a Comment

    Częstym argumentem przeciw katolickiej nauce o absolutnym zakazie kłamstwa jest powoływanie się na przykład papieży Piusa XII i św. Jana XXIII, którzy w czasie II wojny światowej mieli ratować nękanych Żydów, między innymi, za pomocą wystawianych im fałszywych zaświadczeń chrztu. Sugeruje się więc, iż w ten sposób Kościół katolicki rzekomo zaakceptował używanie kłamstwa w obronie niewinnych osób. Ta sugestia jest jednak nieprawdziwa z kilku względów.

     

    PO PIERWSZE: tak naprawdę nie ma mocnych dowodów na rzecz tezy o tym, iż wymienieni wyżej papieże zachowywali się w ten sposób. Jak twierdzi bowiem William Doino Jr jeden z badaczy pontyfikatu Piusa XII, papież ów nigdy nie pochwalał używania kłamstwa w celu ratowania Żydów [1]. Owszem, wielu księży, zakonników i zakonnic w czasie II wojny światowej właśnie w ten sposób pomagało Żydom, ale nieznane są wypowiedzi czy działania Piusa XII, które wyrażały by jego otwartą aprobatę dla owych działań. Ba, jak wynika z wojennych archiwów Stolicy Apostolskiej Watykan ostrzegał jednego z tak postępujących księży, a mianowicie o. Piere Marie Benoit, iż dokonywane przez niego fałszowanie świadectw chrztu jest niewskazane tak ze względów moralnych, jak i praktycznych [2]. Wiele z innych działań o. Benoit majacych na celu ratowanie Żydów zyskiwało wprawdzie aprobatę i pochwałę Watykanu, ale akurat fałszowanie świadectw chrztu nie było przez Stolicą Apostolską pochwalane. To zaś, że Pius XII nie wydał otwartego zakazu takich praktyk było  zgodne z nauką Kościoła wedle której moralnie usprawiedliwione jest tolerowanie (ale nie czynienie czy pochwalanie) mniejszego zła w niektórych okolicznościach. Jeden z jego następców, a mianowicie bł. Paweł VI w swej encyklice „Humanae vitae” tak to wyjaśniał:

    W rzeczywistości (…) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny – a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka – nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw” (tamże, n. 14). 

    Nie można więc samemu czynić czegoś wewnętrznie złego by osiągnąć ten czy inny dobry cel, ale dozwolone jest tolerowanie takiego postępowania u innych, wówczas gdy roztropność nam to podpowiada. Pius XII nie chwaląc ani nie doradzając kłamania w celu ratowania Żydów wykazałby się właśnie taką roztropną tolerancją, nie zakazując otwarcie takiego postępowania swym podwładnym.

    Jak twierdzi przywołany wyżej William Doino Jr także względem papieża św. Jana XXIII (który w czasie wojny był jeszcze kardynałem Angelo Roncallim) nie ma mocnych dowodów na rzecz tezy, iż rzeczywiście ratował on Żydów za pomocą wydawania im fałszywych metryk chrztu. Wedle niego bowiem niektórzy ludzie mylą domniemane świadectwa chrztu mające być wydawane przez kardynała Roncalli z wizami wjazdowymi, świadectwami imigracyjnymi oraz dokumentami pokładowymi.

     

    PO DRUGIE: nawet, gdyby miało się okazać, iż Pius XII oraz św. Jan XXIII rzeczywiście kłamali w celu ratowania Żydów, to tak naprawdę niczego by to jeszcze nie zmieniało w oficjalnym nauczaniu Kościoła na temat absolutnego zakazu kłamstwa. Papieżom obiecano bowiem dar nieomylnego nauczania wówczas, gdy w sposób autorytatywy i uroczysty nauczają prawd wiary lub moralności, ale dogmatu o absolutnej bezgrzeszności papieży nie ma. Może być nawet tak, iż któryś z papieży pięknie i chwalebnie nauczałby o wierze i moralności, lecz w swym codziennym życiu często deptałby to swoje nauczanie. Fakt bardzo złego życia takiego papieża nie zmieniałby w ten sposób oficjalnego nauczania Kościoła.

    Ktoś jednak powie, że Pius XII był świątobliwym papieżem, a świętość Jana XXIII została już nawet uroczyście zadeklarowana przez Kościół. To prawda, jednak jak naucza Sobór Trydencki:

    w tym życiu śmiertelnym nawet święci i sprawiedliwi wpadają niekiedy w lekkie przewinienia i codzienne grzechy, zwane także powszednimi” (Tamże, „Dekret o usprawiedliwieniu”, rozdz. XI)[3].

    A więc nawet osobom świętym mogą zdarzać się grzechy powszednie. Kłamstwo zaś w celu ratowania niewinnych bez wątpienia jest materią grzechu powszedniego, a nie śmiertelnego, nie należałoby się więc zbytnio dziwić temu, iż jakiś Święty Pański mógł się go w pewnych nadzwyczajnych okolicznościach dopuścić. W rzeczywistości, w żywotach Świętych możnaby znaleźć bardziej problematyczne zachowania aniżeli kłamstwo w obronie niewinnych. Przykładowo, jeden z niemieckich cesarzy, św. Henryk II sprzymierzył się z pogańskimi Wieletami w zbrojnej walce przeciw chrześcijańskiej Polsce – za co był zresztą napominany przez innego świętego, a mianowicie św. Brunona z Kwerfurtu. Św. Apollonia chcąc okazać swą pogardę wobec bałwochwalstwa sama rzuciła się w przygotowany dla niej ogień. Jeden z cenionych katolickich moralistów, kard. Gousset tak wyjaśniał podobne przypadki:

    Jeżeli niektórzy męczennicy, zadali sobie śmierć rzucając się w płomienie, na które ich skazano lub wyzywając dzikie zwierzęta, które na pastwę ich wystawiono, to można rzecz, iż to czynili (…) z gorliwości dla religii, sądząc mylnie, lecz w dobrej wierze, że mogą tak działać dla zawstydzenia tyranów” [4].

    Skoro więc nawet w przypadku wrzucania się w ogień niektórzy ze świętych mogli mylić się w dobrej wierze, to tym bardziej niektórzy z nich mogli mylnie lecz w szczerości swego sumienia sądzić, iż mogą kłamać, by ratować niewinnych od śmierci. Inną jednak sprawą jest to, czy takie przypadki Świętych rzeczywiście istniały. Ale nawet, gdyby miały one miejsce, to jak to już wyżej zostało wskazane i tak nie zmieniałoby to niczego w oficjalnej doktrynie Kościoła.

     

    Przypisy:

    [1] Patrz: William Doino Jr, „Did Pius XII Lie to Save Jews„, http://www.thepublicdiscourse.com/2011/02/2662/

    [2] Patrz: William Doino Jr, jw.

    [3] Cytat za: „Breviarium fidei. Wybór doktrynalnych wypowiedzi Kościoła„, Poznań 2007, s. 189.

    [4] Cytat za: Kardynał Gousset, „Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników„, Warszawa 1858, s. 304.

  5. Czy większość Niemców popierała Holocaust?

    Leave a Comment

    Nie tak dawno jeden ze znanych katolickich publicystów napisał, iż większość Niemców popierała „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej” (a więc w domyśle ludobójstwo popełnione na Żydach w czasie II wojny światowej). Wydaje się, iż zarzut ten jest dość popularny w naszym kraju – czy jest on jednak sprawiedliwy? Zastanówmy się nad tym poniżej.

     

    Jest historycznym faktem, iż znaczna część Niemców oddała swój głos na partię nazistowską (NSDAP) doprowadzając w ten sposób do objęcia władzy przez Hitlera i jego partyjnych towarzyszy. W 1932 roku na NSDAP padło 37 procent głosów, zaś w 1933 roku partia ta zdobyła 44 procent wyborczego poparcia. Czy to jednak świadczy o tym, że większość Niemców popierała Holocaust? Oczywiście, że nie. Pomijając już bowiem to, iż NSDAP nie uzyskała w wyborach bezwględnej większości głosów, to przecież partia ta nie szła do wyborów pod hasłem wymordowania Żydów. Owszem, program NSDAP sugerował wysiedlenie z Niemiec ogółu mieszkańców żydowskiego pochodzenia, ale coś takiego różni się jeszcze poważnie od postulatu ich mordowania. W 1932 i 1933 roku głosujący na nazistów Niemcy mieli więc pełne prawo nie wiedzieć, ani nawet wyraźnie nie przeczuwać, jak okrutny los zostanie zgotowany za kilka lat Żydom.

    Czy jednak dalszy przebieg wydarzeń nie uprawdopodabnia tezy o tym, że większość Niemców popierała „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”? Jest mocno prawdopobnym założeniem, iż mimo tego, że NSDAP nie uzyskała większości głosów wyborczych, z biegiem czasu rządy Hitlera cieszyły się poparciem zdecydowanej większości Niemców. Prawdopodobnie też  akceptacją większości mieszkańców III Rzeszy cieszyły się wymierzone w Żydów prześladowania, a także wszczęcie przez Hitlera wojny. Ale nawet te rzeczy nie są dowodem na rzecz twierdzenia o treści: „Większość Niemców popierała Holocaust„. Prześladowania Żydów, które miały charakter jawny, były bowiem ciężkie, ale mimo wszystko mniej więcej do 1941 roku nie polegały na ich masowym zabijaniu. Tak więc, nawet jeśli większość Niemców aprobowała nazistowskie prześladowania wymierzone w Żydów nie oznaczało to jeszcze, że popierała ich mordowanie. Tak jak jest różnica pomiędzy pobiciem a zabiciem kogoś, tak była jeszcze bowiem poważna różnica pomiędzy antyżydowskimi poczynaniami nazistów przed 1941 rokiem, a tym co wyczyniali oni z Żydami po 1941 roku.

     

    Nawet poparcie Niemców dla wszczynanych przez Hitlera wojen nie musiało świadczyć o aprobowaniu przez nich Holocaustu. Wódz III Rzeszy nie zapowiadał bowiem (przynajmniej w sposób jawny i jednoznaczny), iż jednym z celów jego wojny będzie fizyczna eksterminacja żydowskiej nacji. Samo zaś przeprowadzanie Holocaustu nie było ogłaszane do wiadomości publicznej, a w sprawie jego słuszności bądź niesłuszności naziści nie rozpisywali ogólnonarodowego referendum. Czy jednak większość Niemców wiedziała o Holocauście? Są ku temu wątpliwości (o których za chwilę). Jednak, załóżmy na moment, iż przeważająca część Niemców wiedziała o tym ludobójstwie. Czy wiedzieć o jakimś fakcie oznacza od razu popierać jego istnienie? Oczywiście, że nie można stawiać pomiędzy oboma stanami znaku równości. Ja np. wiem o tym, iż w mym mieście są gabinety wróżbiarskie, ale czy to oznacza, że popieram ich funkcjonowanie? Ba, nawet, gdybym nie wypowiedział ani jednego słowa krytyki czy przygany pod ich adresem nie byłoby to równoznaczne z ich popieraniem czy usprawiedliwianiem z mej strony. Być może moje milczenie w tej sprawie byłoby jakaś moralną winą, ale nie można by go jeszcze nazwać mianem „popierania” czy „usprawiedliwiania” istnienia takich miejsc. Tymczasem, nie jest wcale nawet pewne, iż większość Niemców wiedziała o Holocauście. Wedle przeprowadzanych przez historyków Erica Johnsona i Karla Heinz Reuband wywiadów z 3000 Niemców żyjących w czasach II wojny światowej  około 27-29% Niemców miało informacje o Holokauście w pewnym momencie przed końcem wojny, a kolejne 10-13% podejrzewało, że coś strasznego dzieje się przez ten cały czas. Johnson sugeruje (nie zgadzając się ze swoim współautorem), że jest bardziej prawdopodobne, że około 50% ludności niemieckiej było świadome okrucieństw popełnionych wobec narodu żydowskiego.

     

    Oczywiście, naród niemiecki był odpowiedzialny za rządy nazistów. Niestety też, prawdopodobnie większość Niemców popierała prowadzone przez Hitlera wojny. Nie ma co w tych aspektach wybielać Niemców. Należy jednak powstrzymać się od pochopnych, lekkomyślnych i zbyt daleko idących sądów oraz ocen postępowania tak jednostek, jak i całych narodów. Oskarżenie zaś ogółu narodu, iż ten wspierał w swej większości dokonywanie Holocaustu jest bardzo poważnym zarzutem na poparcie którego wypadałoby mieć mocne dowody. Takich dowodów jest jednak brak. Pan nasz Jezus Chrystus ostrzega zaś: „Nie sądźcie z zewnętrznych pozorów, lecz wydajcie wyrok sprawiedliwy” (J 7, 24). Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie numer 2478 stwierdza m.in:

    W celu uniknięcia wydawania pochopnego sądu każdy powinien zatroszczyć się, by – w takiej mierze, w jakiej to możliwe – interpretować w pozytywnym sensie myśli, słowa i czyny swego bliźniego.

    Wydaje się więc, iż zarzucanie większości Niemców żyjących w czasie II wojny światowej, iż popierali oni dokonywane przez władze ich kraju ludobójstwo wobec Żydów jest właśnie takim pochopnym osądem. Niemcy jako naród mieli wówczas wiele win i grzechów, ale nie ma dostatecznych dowodów na to, iż większa część z nich aprobowała masowe mordowanie Żydów.

     

  6. Czy Polska powinna wziąć udział w II wojnie światowej po stronie Niemiec?

    Leave a Comment

    Zapewne wielu z Czytelników tej strony słyszało o poglądach znanego historyka Piotra Zychowicza, wedle którego Polska w czasie II wojny światowej powinna przyłączyć się do hitlerowskich Niemiec w ich planowanej inwazji na Związek Sowiecki, by następnie zadać Hitlerowi cios w plecy, przyłączając się do Aliantów. Nie jest większą tajemnicą, iż podobne opinie na temat polskiego zaangażowania w owym okresie historii są mocno zbliżone do wspomnianego wyżej poglądu Piotra Zychowicza. Osobiście poddaję w wątpliwość słuszność tych wywodów z kilka względów:

    1. Zwolennicy akcesu Polski do prowadzonej przez Hitlera wojny skupiają się na politycznym realizmie i kalkulacji zysków oraz strat, które nasz kraj miałby ponieść w wyniku podjęcia takiej decyzji, ale wydają się nie dostrzegać faktu, iż od tych rzeczy ważniejszą wartością jest zachowanie tych zasad moralnych, które mają absolutny charakter. Oczywiście polityczny realizm oraz ważenie zysków i strat nie mogą być lekceważone, ale nie są to wartości absolutne. Pismo święte przestrzega przed absolutyzowaniem takich rzeczy:

    Z całego serca Bogu zaufaj, nie polegaj na swoim rozsądku,
    myśl o Nim na każdej drodze, a On twe ścieżki wyrówna (Prz 3, 5-6).

    Nie uratuje króla liczne wojsko ani wojownika nie ocali wielka siła.  W koniu zwodniczy ratunek i mimo wielkiej swej siły nie umknie. Oto oczy Pana nad tymi, którzy się Go boją, nad tymi, co ufają Jego łasce,  aby ocalił ich życie od śmierci i żywił ich w czasie głodu.  Dusza nasza wyczekuje Pana, On jest naszą pomocą i tarczą. W Nim przeto raduje się nasze serce, ufamy Jego świętemu imieniu” (Ps 33: 16 – 17).

    Z powyższych Bożych pouczeń widzimy więc, że nie we wszystkich sytuacjach powinniśmy polegać na własnej racjonalnej, politycznej bądź militarnej kalkulacji. Ponad tym wszystkim winna być ufność do Boga wyrażająca się m.in. w przestrzeganiu Jego przykazań. Nauka katolicka uczy zaś, że niektóre z Bożych przykazań są na tyle doniosłe i ważne, iż nie wolno ich łamać w jakichkolwiek okolicznościach, choćby chodziło nawet o osiągnięcie znacznie większego dobra bądź uniknięcie większego zła:

    W rzeczywistości (…) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny – a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka – nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw.” (Paweł VI, „Humanae vitae”,  n. 14).

    Kościół zawsze nauczał, że nie należy nigdy popełniać czynów zabronionych przez przykazania moralne, ujęte w formie negatywnej w Starym i Nowym Testamencie (…). Dzięki świadectwu rozumu wiemy (…), że istnieją przedmioty ludzkich aktów, których nie można przyporządkować Bogu, ponieważ są one radykalnie sprzeczne z dobrem osoby stworzonej na jego obraz. Tradycyjna nauka moralna Kościoła mówi o czynach, które są „wewnętrznie złe”: są złe zawsze i same w sobie, to znaczy ze względu na swój przedmiot, a niezależnie od ewentualnych intencji osoby działającej i od okoliczności. Dlatego nie umniejszając w niczym wpływu okoliczności, a zwłaszcza intencji na moralną jakość czynu, Kościół naucza, że << istnieją akty, które jako takie, same w sobie niezależnie od okoliczności, są zawsze wielką niegodziwością ze względu na przedmiot>> (…) Jeśli czyny są wewnętrznie złe, dobra intencja lub szczególne okoliczności mogą łagodzić ich zło, ale nie mogą go usunąć: są to czyny nieodwracalnie złe, same z siebie i same w sobie niezdatne do tego, by je przyporządkować Bogu i dobru osoby (…). Tak więc okoliczności lub intencje nie zdołają nigdy przekształcić czynu ze swej istoty niegodziwego ze względu na przedmiot w czyn <<subiektywnie>> godziwy lub taki którego wybór można usprawiedliwić (Jan Paweł II, „Veritatis splendor”).

    2. Aby brać udział w wojnie po stronie III Rzeszy przeciw Związkowi Sowieckiemu należałoby uznać, iż wojna taka będzie wojną sprawiedliwą. A żeby była on sprawiedliwą, trzeba by udowodnić, iż to w rzeczywistości III Rzesza broniła się przed Związkiem Sowieckim albo wskazać, że Niemcy niosły narodom Związku Sowieckiego coś wyraźnie lepszego, niż miały one do tej pory pod panowaniem bolszewików.

    Czy jednak rzeczywiście III Rzesza broniła się przed Związkiem Sowieckim? Owszem, mniejszość historyków wysuwa taką tezę, ale jest to teza bardzo dyskusyjna.  Wątpliwe jest też twierdzenie, jakoby Niemcy niosły narodom Związku Sowieckiego coś wyraźnie lepszego. Jak bowiem pokazała historia naziści wytworzyli system, którego zbrodniczość, niemoralność i bezbożnictwo były porównywalne z poziomem zła reprezentowanym przez sowiecką wersję komunizmu (a może nawet było od niego większe – uwzględniając proporcje czasu, w którym nazizm działał). Katolicki męczennik II wojny światowej, bł. Franciszek Jagerstatter tak komentował twierdzenia o rzekomo sprawiedliwym charakterze niemieckiej wojny z Sowietami:

    To smutne, że chrześcijanie co i rusz twierdzą, jakoby wojna prowadzona przez Niemcy nie była aż tak dalece niesprawiedliwa, ponieważ ma na celu wytępienie bolszewizmu. Tak, to prawda, że większość naszych żołnierzy przebywa obecnie w najgorszym bolszewickim kraju, chcąc unieszkodliwić i rozbroić wszystkich stawiających opór. Mam jednak pytanie. Kogo tam zwalczają? Bolszewizm czy naród rosyjski? (…) Nawet pobieżna analiza historii nasuwa konstatację: jeśli władca napada zbrojnie na inny kraj, to zazwyczaj nie po to, aby zmieniać ten kraj na lepsze, lub coś mu ofiarować. Zazwyczaj najeźdźca pragnie czegoś dla siebie i bierze to. Pojawia się więc pytanie, przeciw komu prowadzona jest ta walka? Jeśli przeciw bolszewizmowi, wówczas dziwić  musi fakt, dlaczego tak dużo mówi się o innych sprawach, jak złoża rud, ropy naftowej czy urodzajnej ziemi? 

    (Cytat za: Erna Putz, „Boży dezerter. Franz Jagerstatter 1907 – 1943”, Warszawa 2008, s 226, 227).

    3. Zwolennicy polsko-niemieckiego sojuszu sugerują, iż mimo zaistnienia takowego byłoby bardzo prawdopodobne, iż Polakom udałoby się uniknąć współpracy z Hitlerem w zakresie mordowania Żydów. Powołują się oni w tym względzie na przykład Bułgarii, Danii i Finlandii, które mimo bycia sojusznikami III Rzeszy odmówiły wydawania swych własnych żydowskich obywateli i Hitler nie podjął przeciw nim kroków odwetowych za ów akt „niesubordynacji”. Cóż, te kalkulacje nie uwzględniają jednak dwóch czynników. Po pierwsze: w większości krajów sprzymierzonych z III Rzeszą jednak do ścisłej współpracy miejscowych władz w eksterminacji Żydów doszło. Działo się tak we Francji, Rumunii, Słowacji, Chorwacji, a także – po zainstalowaniu przez Niemcy bardziej uległych namiestników – na Węgrzech i we Włoszech. Po drugie: Polska w Europie miała największą społeczność żydowską, więc wątpliwe jest, by Niemcy przymykali oko na jej istnienie, choćby i w celach taktyczno-militarnych. Co innego jest tolerowanie oporu przed współpracą w eksterminacji Żydów w krajach, gdzie takowych nie było zbyt wielu, a co innego, przymykanie oczu na spokojne funkcjonowanie największej diaspory żydowskiej w Europie. Za bardzo prawdopodobną należy więc uznać tezę, iż w razie polsko-niemieckiego sojuszu wojennego III Rzesza wywierałaby ogromną presję na władze naszego kraju, by pomagały one w eksterminacji Żydów. Niewykluczone też, że w razie oporu polskich władz Niemcy siłowo usunęliby nieposłuszny im rząd zastępując go ludźmi bardziej uległymi wobec Hitlera.

    Ktoś może jednak powie, iż nawet, gdyby Polacy zgodzili się na współpracę z Niemcami w eksterminacji Żydów, to i tak paradoksalnie uratowaliby ich większą ilość przed śmiercią, gdyż w krajach współpracujących z III Rzeszą wojnę przetrwało proporcjonalnie rzecz biorąc więcej Żydów niż w krajach przez Niemcy okupowanych. Ten argument odwołuje się jednak do błędnego etycznie założenia, iż wolno czynić pewne ze swej natury złe rzeczy po to, by oddalić większe zło. Podajmy przykład takiego myślenia. Sytuacja z przysłowiowego „Dzikiego Zachodu”. Rodzina osadników jest ścigana przez chcących ją wymordować Indian. Nagle, w kryjówce owej rodziny zaczyna płakać niemowlę, co może zasygnalizować będącym w pobliżu Indianom ich obecność. Co powinien w takiej sytuacji zrobić ojciec ściganej przez Indian rodziny? Wziąć nóż i podciąć gardło swemu małemu dziecku, by swym płaczem nie ściągnęło na całą rodzinę groźby bycia wymordowanymi przez Indian? Otóż, wedle moralności katolickiej nawet w takiej sytuacji ojciec nie powinien tego czynić, nawet jeżeli miałoby się to skończyć jeszcze większym złem w postaci śmierci z rąk Indian wszystkich członków jego rodziny. Racjonalna kalkulacja typu: śmierć jednego człowieka albo śmierć kilkunastu osób nie powinna tu być stosowana. Nawet jeśli, w wyniku odmowy zabicia przez ojca swego niewinnego dziecka z rąk Indian zginie znacznie więcej ludzi, ten ojciec postąpiłby słusznie i sprawiedliwie.

    4. Najbardziej kontrowersyjnym moralnie aspektem twierdzeń zwolenników udziału Polski w II wojnie światowej po stronie Niemiec jest jednak opinia, jakoby nasz kraj w pewnym momencie miał zdradzić III Rzeszę i przystąpić do Aliantów. Takie działanie, o ile byłoby z góry zaplanowane bądź przewidywane, stanowiłoby wszak formę kłamstwa, gdyż niedotrzymywanie obietnic i umów przez siebie podjętych właśnie w taki sposób należy kwalifikować. Jak uczy Katechizm Kościoła Katolickiego:

    Obietnice powinny być dotrzymywane i umowy ściśle przestrzegane, o ile zaciągnięte zobowiązanie jest moralnie słuszne (tamże n. 2410).

    Owszem są sytuacje, gdy nie należy dotrzymywać danego przez siebie słowa. Jeśli np. już po złożeniu danej obietnicy orientujemy się, iż jej realizacja wiązałaby się z pogwałceniem zasad wiary i moralności, to oczywiście nie należy takiej obietnicy spełniać. Czym innym jest jednak z góry zamierzone i zaplanowane łamanie bądź lekceważenie danego przez siebie słowa. Nie można mówić komuś np. „Dam Ci 1000 złotych„, a w sercu sobie myśleć: „Nie dam Ci 1000 złotych” albo „Może dam Ci te 1000 złotych, a może nie dam tego 1000 złotych – to będzie zależne od mego humoru„. Jeśli zaś przed złożeniem jakiejś obietnicy już przewidujemy, że wiązałaby się ona z czynieniem czegoś etycznie złego, to po prostu nie należy jej składać. To wynika z cnoty prawdomówności i odnosi się też do relacji międzynarodowych, a nie tylko prywatnych.

  7. Zniszczenie Warszawy było karą Bożą za jej liczne grzechy

    Leave a Comment

    Niedługo będziemy wspominać 73 rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Do dziś toczą się burzliwe spory o jego zasadność i celowość, ale jedno jest pewne: efektem tego wydarzenia było niemal całkowite zniszczenie Warszawy oraz tragiczna śmierć ok. 200 tysięcy jej mieszkańców. Nie mam zamiaru w tym tekście rozważać tego, czy Powstanie Warszawskie miało sens, czy może było bezsensownym przelewem polskiej krwi.  Celem mojego wpisu jest zwrócenie uwagi na to, co najczęściej pomija się w rozważaniu kwestii związanych z tym wydarzeniem. Chodzi mi mianowicie o to, że końcowy efekt Powstania Warszawskiego, jakim było zniszczenie Warszawy, najprawdopodobniej stanowił karę Bożą dla tego miasta za rozliczne grzechy i nieprawości, które pleniły się na jego terenie, zwłaszcza w okresie międzywojennym.

    Sodoma Wschodu

    Kiedy wspomina się o owym zniszczeniu Warszawy najczęściej pojawiają się przy tym nazwiska dwóch polskich mistyczek – św. Faustyny Kowalskiej oraz Służebnicy Bożej Rozalii Celakówny. W sporządzanych jeszcze przed wybuchem II wojny światowej przez obie te niewiasty zapiskach niejednokrotnie pojawiają się  jasne przestrogi, iż gniew Boży zbliża się do Polski za liczne grzechy jej mieszkańców (zwłaszcza za rozpustę, nienawiść, aborcje i inne morderstwa). W pismach Celakówny po tym, jak wspomina się o nadchodzącej wojnie jako „strasznej Bożej karze za grzechy” autorka pisze wprost: „Warszawa to miasto gorsze niż Sodoma„. Z kolei Faustyna Kowalska w swym słynnym dziś „Dzienniczku” pisze tak:

    Pewnego dnia powiedział mi Jezus, że spuści karę na jedno miasto, które jest najpiękniejsze w Ojczyźnie naszej. Kara ta miała być – jaką Bóg ukarał Sodomę i Gomorę. Widziałam wielkie zagniewanie Boże i dreszcz napełnił, przeszył mi serce„.

    Ktoś powie, że powyższe aluzje i przestrogi nie są czymś w co chrześcijanie zobowiązani są wierzyć i uznawać za prawdę. Owszem. Jednak spokojne przyjrzenie się tak ich szerszemu kontekstowi historycznemu, jak i temu co na temat Bożych kar mówi Pismo święte oraz Tradycja Kościoła przekonuje raczej, iż były one logiczne i trafne. Dlaczego?

    Zacznijmy od tego, iż biblijne oraz katolickie nauczanie w bardzo jasny sposób naucza, iż niektóre (choć nie dokładnie wszystkie z nich) z doczesnych nieszczęść – a zwłaszcza katastrofy naturalne, epidemie i wojny – są Bożą karą za grzechy. Spośród wielu fragmentów Pisma świętego, które o tym mówią można wymienić choćby ten:

    „Tak mówi Pan: Oto ja sprowadzę nieszczęście na to miejsce i na jego mieszkańców, zgodnie ze wszystkimi słowami tej księgi, którą przeczytał król judzki. Za to, że mnie opuścili i spalali kadzidła innym bogom, drażniąc mnie wszystkim, co czynią ich ręce; toteż rozgorzał mój gniew na to miejsce i nie ochłonie” (2 Królewska 22: 16 – 17).

    Z kolei, papież św. Pius V w swej bulli „Cum Primum” nauczając o grzechach sodomii i symonii wyjaśniał:

    „Za przewiny te Bóg sprawiedliwie karze ludy i narody zsyłając na nie kataklizmy, wojny, głód i zarazę (…)”.

    Czy przedwojenna Polska, ze specjalnym uwzględnieniem Warszawy, mogła być obiektem szczególnego gniewu Bożego? Przyjrzyjmy się kilku faktom historycznym. Na tle ówczesnego świata, prawodawstwo Drugiej Rzeczpospolitej w pewnych swych punktach i aspektach mogło być uznane wręcz za będące w awangardzie „postępu” i liberalizmu. Podczas, gdy w większości krajów w tamtym czasie nielegalne i karalne były homoseksualizm, cudzołóstwo i prostytucja, w przedwojennej Polsce obrzydliwości te nie stanowiły przestępstwa ani nawet wykroczenia.  Od 1932 roku, nawet niektóre z aborcyjnych morderstw zostały w II RP zalegalizowane (wówczas, gdy ciąża pochodziła z gwałtu lub innego przestępstwa, kiedy zagrażała życiu lub zdrowiu matki). Choć dziś taki stopień dopuszczalności aborcji wydaje się wielu przejawem panowania konserwatywnie-chrześcijańskiego betonu, to jednak w latach 30-tych XX wieku stawiał nasz kraj w czołówce libertyńskiego podejścia do legalizacji aborcji.

    Tym niemoralnym prawom towarzyszył też dość niski poziom obyczajowości w Drugiej Rzeczpospolitej. Wskaźniki takich przestępstw jak morderstwa, ciężkie pobicia i kradzieże były w przedwojennej Polsce znacznie wyższe niż dziś. Szeroko rozprzestrzeniona była też korupcja i łapownictwo, zaś prostytucja przybierała w niektórych miastach rozmiary wręcz istnej plagi.  Jak to zaś zwykle bywa, różne naganne moralnie zachowania ogniskują się zwłaszcza w stolicach danych krajów. Nie inaczej było też w przypadku Warszawy, zwanej „Paryżem wschodu”. Miano to, stolica naszego kraju miała nie tylko ze względu na jej estetyczne piękno, ale także na rozkwitające w niej  życie nocne z setkami kabaretów, dancingów, teatrów, domów publicznych, kasyn i całym moralnym rozluźnieniem z tym związanym. Dość wspomnieć, iż stołeczna policja liczbę prostytutek szacowała na 25 tyś., niektórzy zaś twierdzą, że mogło być ich nawet kilka razy więcej. Nie trzeba chyba też mówić, iż ów „wielki luz” Warszawy przyciągał do niej różnej maści przestępców, zaś osoby parające się dokonywaniem „skrobanek” nie mogły narzekać na brak klientów. W przedwojennej Polsce zabito od 2. 000. 000 do 2. 600. 000. nienarodzonych dzieci. Warto zresztą zwrócić tu uwagę, iż w czasie II wojny światowej, mniej więcej tyle zostało zabitych osób narodowości polskiej.

    Trudno zatem nie podejrzewać, iż zniszczenie Warszawy oraz II wojna światowa, która tak tragicznie doświadczyła nasz kraj, były karą Boga za ogrom grzechów i nieprawości, który rozlewał się niczym wielka fala po przedwojennej Polsce.

    Czy Hitler był Bożym sługą?

    Już słyszę jednak pełne oburzenia głosy: „A więc co, to może Hitler był dobrym sługą Boga, skoro karał Polskę za jej grzechy?„; „Z tego wynika, że gwałcący w czasie Powstania Warszawskiego kobiety i zabijający małe dzieci SS-mani czynili dobro, wszak byli narzędziem Bożej pomsty!” albo „Co były winne polskie dzieci, którym niemieccy żołnierze strzelali dla zabawy prosto w głowę, chwaląc się później przed sobą: Ale to był celny strzał!„.

    Powyższe kontrowersje wynikają z pomieszania pewnych pojęć, a także są objawem nierozsądnej próby ogarnięcia ograniczonym ludzkim rozumem i logiką nieograniczonej mądrości Pana Boga. Fakt bowiem, iż wojna może być Bożą karą za grzechy, nie musi oznaczać, iż strona, która takową wojnę wszczyna jest popierana i błogosławiona przez Boga.  Jeśli dana wojna jest niesprawiedliwa (a taką oczywiście była agresja Hitlera), a metody na niej stosowane są zbrodnicze, to oczywiście jej inspiratorem nie jest Bóg, ale ludzka złośliwość i szatan wraz ze swymi demonami. Bóg w swej mądrości i wszechwiedzy potrafi jednak wykorzystać ku swym celom niepopierane przez siebie działania złych ludzi i demonów. Tę prawdę można zilustrować na przykładzie następującej analogii: żaden rozsądny rząd nie popiera piractwa drogowego, ale skoro już ono się zdarza, to nagłaśniając jego tragiczne efekty próbuje przekonać obywateli do większego poszanowania kodeksu drogowego.

    Z pewnością Bóg nie chciał zatem, by w czasie Powstania Warszawskiego kobiety były gwałcone przez SS-manów, a małe dzieci zabijane z zimną krwią przez strzał w głowę. Wszechmogący pozwolił jednak na te złe działania, by pokazać nam, że zło rodzi zło. I w tym sensie była to Jego kara, gdyż, jak to czasami bywa, mógł nawet w fizycznym sensie przeszkodzić złoczyńcom w czynieniu nieprawości, np. uderzając piorunem z nieba gwałciciela bądź mordercę. Można powiedzieć, że pozwalając na te okropności, Bóg mówił: „Słusznie płaczecie i oburzacie się na los zabijanych dzieci, dlaczego jednak wcześniej pozwalaliście, by poczęte dzieci były rozszarpywane w łonach swych matek? Ci, którzy teraz gwałcą wasze żony i córki, nie ujdą Mej kary, jednak podobna sromota zalegała wasze miasto przez wiele lat„.

    Nie jest też argumentem przeciwko widzeniu w zniszczeniu Warszawy kary za grzechy przywoływanie przykładu Abrahama, któremu Bóg obiecał, iż nie zniszczyłby Sodomy, jeśli znalazłby tam choćby i tylko 10 sprawiedliwych (Rodzaju 18, 20). Ów biblijny przykład nie jest bowiem jedynym przykładem Bożego sposobu karcenia. W Piśmie świętym przywołane są też zdarzenia, z których wynika, iż zsyłane przez Boga kary dotykały obok występnych i niesprawiedliwych także osoby niewinne. Jednym z takich wydarzeń było wytracenie przez Pańskiego Anioła wszystkich pierworodnych z Egiptu za to, iż Faraon nie chciał zgodzić się wypuścić Żydów ze swej niewoli (inną sprawą jest to, iż dla tych dzieci było to raczej błogosławieństwo niż kara, gdyż oszczędziło im życia w tym pogańskim i zdeprawowanym kraju).

    Dlaczego Warszawa, a nie Paryż czy Moskwa?

    Kiedy mówi się o tym, iż zniszczenie Warszawy mogło być karą za jej grzechy, często pojawiają się głosy w rodzaju: „Dlaczego zatem nie został ukarany np. Paryż, który zdawał się być jeszcze bardziej zdeprawowany aniżeli Warszawa? Albo, czemu podobny los nie dotknął Moskwy, skoro była ona wtedy światową stolicą komunizmu i ateizmu?„.

    Tego typu uwagi nie biorą jednak pod uwagę Bożej suwerenności wyrażającej się m.in. w tym, iż to Wszechmogący wie najlepiej kiedy i jak skarcić daną społeczność czy jednostkę. To On zna najlepiej nasze serca, naszą sytuację, okoliczności, a w związku z tym wie, ile czasu potrzebujemy na pokutę i jakie środki karne mogą być dla nas najlepsze. Tak więc, choć owszem nieprawości popełniane przed II wojną światową przez mieszkańców Paryża mogły się wydawać większe od tych czynionych przez ludzi z Warszawy, jednak być może Bóg odłożył ich ukaranie np. z tego powodu, iż ci pierwsi mieli mniej okazji usłyszeć wezwania do pokuty, przestrogi przed Bożą karą, etc., skoro już wtedy Francja była bardziej zeświecczonym i zlaicyzowanym krajem niż Polska. Przypomnijmy wszak, iż już od 1875 roku we Francji mocno ograniczano wpływy religii chrześcijańskiej na życie publiczne, co wyrażało się m.in. w usunięciu zakonników i zakonnic ze szkół państwowych, kapelanów z wojska, symboli religijnych z sądów i szpitali, w zniesieniu publicznych modlitw inaugurujących obrady parlamentu czy w transformacji opieki społecznej w instytucję zupełnie świecką. Tego rodzaju antykatolickich obostrzeń nie było w Polsce, w związku z czym Polacy mogli mieć więcej możliwości do słyszenia Bożej nauki niż Francuzi. W o wiele większym zaś stopniu odnosiło się to do mieszkańców Moskwy i Związku Sowieckiego, gdzie od czasów bolszewickiej rewolucji chrześcijaństwo było bardzo mocno prześladowane. Polacy grzeszyli jednak strasznie mimo, iż w międzywojennej Polsce życie kościelne rozkwitało, a Kościół katolicki był w pewien sposób uprzywilejowany. Przeciętny Polak czynił zło mimo, iż prawdopodobnie mógł częściej niż przeciętny Francuz słyszeć upomnienia przed grzeszeniem i obrażaniem w ten sposób Boga, nie mówiąc już o sytuacji mieszkańców Moskwy w tym względzie, gdzie większość kościołów i cerkwi została zniszczona, zamknięta albo przeznaczona na inne świeckie cele. Poziom świadomości w czynieniu nieprawości Polaków mógł być więc większy od tego, którym mogli się wykazać mieszkańcy Paryża albo Moskwy.

    Pokutujmy albowiem inaczej „wszyscy tak samo zginiemy”

    Wiele więc wskazuje na to, iż to rzeczywiście Warszawa była tym „najpiękniejszym miastem w naszej ojczyźnie”, które wedle św. Faustyny Kowalskiej miało zostać z Bożego wyroku „zniszczone niczym Sodoma i Gomora„.  Czy my Polacy wyciągniemy jednak z tej lekcji historii właściwe wnioski, czy może spróbujemy je zagłuszyć za pomocą szyderstw i kpin? Cóż, to już zależy od nas, ale pamiętajmy, że jeśli nie będziemy pokutować, „wszyscy tak samo  zginiemy” (Łukasz 13, 5). Obyśmy poszli śladem mieszkańców Niniwy, a nie Sodomy.

  8. Czy zrzucenie bomby atomowej na Hiroszimę i Nagasaki było moralnie usprawiedliwione?

    Leave a Comment

    W ostatnich dniach wspominaliśmy kolejną, bo 71 rocznicę zrzucenia przez amerykańskie lotniskowce bomb atomowych na japońskie miasta Hiroszimę i Nagasaki. W wyniku tego aktu śmierć poniosło ok. 160 tysięcy obywateli Japonii, pośród których zdecydowaną większość stanowiły osoby cywilne. Choć, ogólnie rzecz biorąc, wszyscy widzą w tym zdarzeniu coś strasznego i tragicznego, nie można powiedzieć, by owe emocjonalne odczucie przekładało się zawsze na jednoznaczne moralne zganienie decyzji prezydenta USA Henry’ego Trumana o ataku atomowym na wyżej wymienione miasta. Czasami wszak słyszy się mniej lub bardziej wprost wyrażone usprawiedliwienia dla owej decyzji w rodzaju: „To w efekcie skróciło wojnę i liczbę jej ofiar” albo: „Gdyby nie zrzucenie bomb atomowych Japończycy bronili by się jeszcze długo i zaciekle„. Można też powiedzieć, iż owe historyczne wydarzenie otworzyło nowy etap w moralnej świadomości i wrażliwości przynajmniej co poniektórych osób i bynajmniej nie mam tu na myśli pozytywnych zmian w tym aspekcie. Różne państwa na świecie zaczęły wszak zabiegać o posiadanie broni jądrowej, nie wykluczając wszak w sposób jasny i jednoznaczny możliwości jej użycia przeciwko obiektom cywilnym. Dziś zaś, gdy zwłaszcza przed Europą staje problem tego, jak odnieść się do imigracji z krajów arabskich i afrykańskich niektórzy z prawicowców nie wahają się wygłaszać „złotych” myśli i porad w stylu: „Należy zrzucić bombę atomową na Mekkę (stolicę Arabii Saudyjskiej)„.

    Nie ulega większej wątpliwości, iż podczas II wojny światowej to Amerykanie i Anglicy byli stroną po której leżało najwięcej racji i słuszności. Trudno też zaprzeczać licznym i czasami wręcz trudnym do wyobrażenia zbrodniom oraz okrucieństwom w wykonaniu japońskiej armii, które w swej skali oraz rozmiarach znacznie przewyższały liczbę ofiar atomowego ataku na Hiroszimę oraz Nagasaki. Można też powiedzieć, że biorąc pod uwagę czysto pragmatyczne względy decyzja o zniszczeniu w ten sposób wyżej wymienionych miast była całkowicie zrozumiała, gdyż w istocie rzeczy prawdopodobnie zmniejszyła ona ogólnie rzecz biorąc liczbę zabitych i rannych w tym konflikcie (w przeciwnym razie wojna z Japonią mogła by wszak trwać jeszcze długo).

    Nigdy nie wolno zabijać niewinnych

    Tym nie mniej, żadna z tych racji nie może na płaszczyźnie etycznej usprawiedliwiać celowego i zamierzonego wymordowania dziesiątek tysięcy niewinnych istot ludzkich. Ba, żadna z okoliczności nie może usprawiedliwić celowego i zamierzonego zabicia choćby jednej niewinnej osoby – nawet, gdyby za pomocą zabicia jednego niewinnego człowieka można było uratować 10 milionów innych niewinnych ludzi. Zabijanie niewinnych należy bowiem do tzw. czynów wewnętrznie złych, które są zakazane i niemiłe Bogu zawsze i w każdych okolicznościach. A zabicie za jednym razem dziesiątek tysięcy niewinnych stanowi masowe morderstwo i tym bardziej zasługuje na naganę. To prawda, że istnieją wojny sprawiedliwe, ale zakaz zamierzonego i bezpośredniego uśmiercania niewinnych obowiązuje też strony prowadzące tego rodzaju wojny. Dobry cel nie uświęca bowiem złych środków. Pokonanie niesprawiedliwego napastnika w wojnie nie czyni dozwolonymi posługiwanie się w tym celu czynami, które są wewnętrznie złe, a więc np. cudzołóstwem, kłamstwem, oszczerstwem, krzywoprzysięstwem czy właśnie zamierzonym zabijaniem niewinnych.

    Jak nauczał papież Jan Paweł II:

    „Istotnie, absolutna nienaruszalność niewinnego życia ludzkiego jest prawdą moralną bezpośrednio wynikającą z nauczania Pisma Świętego, niezmiennie uznawaną przez Tradycję Kościoła i jednomyślnie głoszoną przez jego Magisterium. Ta jednomyślność jest oczywistym owocem owego „nadprzyrodzonego zmysłu wiary”, wzbudzonego i umacnianego przez Ducha Świętego, który chroni od błędu Lud Boży, gdy „ujawnia on swą powszechną zgodność w sprawach wiary i obyczajów” (…)

    Dlatego mocą Chrystusowej władzy udzielonej Piotrowi i jego Następcom, w komunii z biskupami Kościoła Katolickiego, potwierdzam, że bezpośrednie i umyślne zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze aktem głęboko niemoralnym. Doktryna ta, oparta na owym niepisanym prawie, które każdy człowiek dzięki światłu rozumu znajduje we własnym sercu (por. Rz 2, 14-15), jest potwierdzona w Piśmie Świętym, przekazana przez Tradycję Kościoła oraz nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne.

    Świadoma i dobrowolna decyzja pozbawienia życia niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze złem z moralnego punktu widzenia i nigdy nie może być dozwolona ani jako cel, ani jako środek do dobrego celu. Jest to bowiem akt poważnego nieposłuszeństwa wobec prawa moralnego, co więcej, wobec samego Boga, jego twórcy i gwaranta; jest to akt sprzeczny z fundamentalnymi cnotami sprawiedliwości i miłości. „Nic i nikt nie może dać prawa do zabicia niewinnej istoty ludzkiej, czy to jest embrion czy płód, dziecko czy dorosły, człowiek stary, nieuleczalnie chory czy umierający. Ponadto nikt nie może się domagać, aby popełniono ten akt zabójstwa wobec niego samego lub wobec innej osoby powierzonej jego pieczy, nie może też bezpośrednio ani pośrednio wyrazić na to zgody. Żadna władza nie ma prawa do tego zmuszać ani na to przyzwalać”.

    Pod względem prawa do życia każda niewinna istota ludzka jest absolutnie równa wszystkim innym. Ta równość stanowi podstawę wszelkich autentycznych relacji społecznych, które rzeczywiście zasługują na to miano tylko wówczas, gdy są oparte na prawdzie i na sprawiedliwości, uznając i broniąc każdego człowieka jako osoby, a nie jako rzeczy, którą można rozporządzać. Wobec normy moralnej, która zabrania bezpośredniego zabójstwa niewinnej istoty ludzkiej, „nie ma dla nikogo żadnych przywilejów ani wyjątków. Nie ma żadnego znaczenia, czy ktoś jest władcą świata, czy ostatnim «nędzarzem» na tej ziemi: wobec wymogów moralnych jesteśmy wszyscy absolutnie równi” („Evangelium vitae”, n. 57).

    Państwowy terroryzm

    Ktoś może jednak powie, iż nie należy nawet cywilnych mieszkańców Hiroszimy i Nagasaki określać mianem „niewinnych osób” skoro w czasie poprzedzającym zrzucenie na nich atomowej bomby wspierali oni swego Cesarza i swój rząd w dziele prowadzenia niesprawiedliwej wojny, a nadto prawdopodobnie byli gotowi zbrojnie opierać się amerykańskiej armii (co działo się już w innych częściach Japonii, gdzie cywile atakowali żołnierzy USA). Cóż, podobnego rodzaju twierdzenie jest dziś stosowane przez niektórych zwolenników islamskiego terroryzmu w usprawiedliwianiu ataków na czysto cywilne obiekty w państwach zachodnich, np. kawiarnie, restauracje, pizzernie. Zwolennicy tego rodzaju ataków mówią wszak, że nie należy traktować mieszkających w krajach Zachodu osób cywilnych jako „niewinnych”, gdyż społeczeństwa te w demokratycznym głosowaniu wybierały rządy, które następnie wysyłały swych żołnierzy „aby zabijać muzułmanów„. Pomijając już jednak rozważania na temat słuszności czy niesłuszności militarnych interwencji państw Zachodu w krajach islamskich, głosiciele tego rodzaju usprawiedliwień współczesnego islamskiego terroryzmu pomijają szereg czynników, które w oczywisty sposób bardzo osłabiają ich tezę o „winie” zabijanych w krwawych atakach mieszkających w państwach zachodnich cywilów. Na przykład, skąd część z zamachowców z Paryża, którzy 13 listopada 2015 strzelali do przypadkowych ludzi siedzących w kawiarniach i restauracjach, miało wiedzieć, iż ich ofiary popierały działania zbrojne Francji w Syrii? Czy w tych lokalach odbywały się wówczas wiece poparcia dla aktualnie urzędującego prezydenta Francji albo też dla bombardowania terenów Państwa Islamskiego? A może zamachowcy z 13 listopada strzelali tylko do tych gości owych kawiarni i restauracji, którzy mieli na sobie koszulki z napisami popierającymi interwencję zbrojną w Syrii? A co, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że w krajach zachodnich ok. 40 do 50 procent uprawnionych do głosowania nie bierze udziału w wyborach, a ci, którzy korzystają z prawa wyborczego, nie głosują wszak w 100 procentach na zwolenników prowadzenia takich czy innych wojen w krajach islamskich?  Widać więc, iż retoryka usprawiedliwiająca zabijanie w ślepych aktach terroru przypadkowych cywilów jako nie niewinnych, ale złoczyńców moralnie wspierających wojenne działania swych władców jest bardzo, ale to bardzo naciągana.

    Podobnie naciągana jest teza o tym, iż zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki nie była masowym mordem popełnionym na niewinnych ludziach. Owszem, prawdopodobnie duża część z mieszkańców tych miast moralnie popierała wojenne działania swego rządu. Zapewne też jakaś część z nich byłaby gotowa aktywnie walczyć z amerykańskimi żołnierzami. Tak czy inaczej jednak prezydent Truman ani dowództwo amerykańskiej armii z natury rzeczy nie było w stanie ocenić, iż 100 procent mieszkańców owych miast odznaczało się taką postawą. Co wszak jeśli np. gotowych do zabijania i ranienia żołnierzy USA byłoby 10 procent mieszkańców Hiroszimy i Nagasaki? Oczywiście, te 10 procent robiłoby wielkie wrażenie i mogłoby przysporzyć Amerykanom więcej ofiar śmiertelnych, jednak nie zmieniało to by tego, iż pozostałych 90 procent należało traktować jako spokojnych cywilów, którzy zgodnie tak z prawem moralnym, jak i międzynarodowym nie powinni być obiektem bezpośrednich działań zbrojnych.  Sam fakt bycia mieszkańcem Japonii nie implikował takiego poparcia, podobnie jak bycie obywatelem USA albo Francji nie oznacza automatycznego moralnego wsparcia dla prowadzenia interwencji militarnych na Bliskim Wschodzie. Ponadto, czy można powiedzieć, że niesprawiedliwą wojnę prowadzoną przez japońską armię popierały nienarodzone jeszcze dzieci, albo  1-roczne, 2-letnie czy 7-letnie maluchy, które wszak tysiącami zginęły w atomowej zagładzie owych miast?

    Zniszczenie całych miast jako „uboczny skutek”?

    Ktoś może jednak mimo to próbować bronić atomowego zniszczenia wspomnianych japońskich miast twierdząc, iż takie działania mogą być uzasadnione na podstawie nauczanej tradycyjnie przez moralistów katolickich zasady „podwójnego skutku”. Przypomnijmy, iż  reguła ta pozwala na czynienie aktów, które ze swej istoty są albo dobre, albo też neutralne moralnie, jednak z którymi wiąże się mniejsze lub większe ryzyko wystąpienia złych skutków. Przykładowo, jeśli do jakiegoś budynku wtargną terroryści i wezmą tam zakładników, jest moralnie usprawiedliwione strzelanie do tychże złoczyńców nawet jeśli zachodzi przy tym realne niebezpieczeństwo, iż w sposób niezamierzony postrzeli się przy tym śmiertelnie też zakładników. W takim wypadku nie mamy bowiem do czynienia z zamierzonym i bezpośrednim zabijaniem niewinnych osób, lecz ich śmierć jest skutkiem ubocznym innego, moralnie dobrego działania, jakim jest zabijanie (z upoważnienia legalnej władzy i w ramach obrony koniecznej) terrorystów.

    Czy jednak można, o czymś podobnym mówić w przypadku celowego zniszczenia całych miast, w których obiekty militarne nie stanowiły większej części znajdujących się tam budynków, a żołnierze nie byli większością z mieszkających tam osób? Jeśli tak, to można by też usprawiedliwiać zrównanie z ziemią Los Angeles albo Nowego Jorku twierdząc, że pewną część ludności owych miast stanowili członkowie przestępczych gangów. Oczywiście tego rodzaju logika nie prowadzi do niczego dobrego i stanowi pokrętną drogą uzasadniania najgorszych zbrodni.

    Hiroszima i Nagasaki jak Kanaan?

    Nie sądzę też, by dało się usprawiedliwić atomowe zniszczenie Hiroszimy oraz Nagasaki za pomocą odwołania się do biblijnych przykładów, w których to sam Bóg nakazał Żydom całkowitą eksterminację pogańskich ludów zamieszkujących ziemię Kanaanu (Wyścia 23: 23-24; Powt. Prawa 20:17; Jozue 11:20). W tych wypadkach mieliśmy bowiem do czynienia z bezpośrednim rozkazem Boga, który na podstawie swej doskonałej i nieomylnej wiedzy wiedział, iż wszyscy z mieszkańców Kanaanu dopuszczali się obrzydliwości, które On w swym prawie nakazał karać śmiercią. Oprócz obrzydliwego bałwochwalstwa szerzyły się tam różne inne niemoralne i bezbożne praktyki, np. rozwiązłość i zboczenia seksualne, czary, okultystyczne obrzędy, wyrafinowane tortury, mordowanie małych dzieci w ofiarach składanych bożkom, kanibalistyczne uczty. Dokonana z rozkazu Stwórcy eksterminacja ludów Kanaanu nie stanowiła więc rzezi ludzi niewinnych, ale była wymierzeniem kary śmierci sprawcom poważnych nieprawości. Ponadto, Pismo święte mówi, iż Bóg „dawał miejsce i czas, by (owe ludy) odwróciły się od zła” (Mądrości 12: 20). Zabicie mieszkańców tego rejonu świata było poprzedzone 40 latami Bożych cudów, interwencji i kar, które przez ów czas, przy samej swej granicy mogli obserwować Kanaanejczycy. Ludzie ci więc nieraz już słyszeli o prawdziwym Bogu, a także widzieli Jego moc oraz kary, jakie zesłał On wcześniej na Sodomę i Gomorę. Mimo to jednak, mieszkańcy Kanaanu nie nawracali się i dalej trwali w swych ohydnych praktykach.

    Trudno mówić o podobnych okolicznościach w przypadku mieszkańców Hiroszimy i Nagasaki. Po pierwsze bowiem, Bóg nie wydał bezpośredniego rozkazu, by zniszczyć owe miasta wraz z ich ludnością i co się z tym wiąże, nie możemy powiedzieć, iż stopień ich deprawacji był podobny do tego reprezentowanego przez ludy Kanaanu. A nawet, gdyby się nagle okazało, iż prezydent Truman miał jakieś prywatne objawienia nakazujące mu przeprowadzenie ataku atomowego na Hiroszimę oraz Nagasaki to nie mielibyśmy podstaw, by uznawać owe objawienia za autentyczne i wiarygodne. Prezydent Truman nie był bowiem jak Mojżesz i Jozue (którzy wykonali Boży rozkaz zniszczenia Kanaanu): na jego modlitwy wszak Bóg nie odpowiadał rozdzielając morze, zsyłając różnorodne plagi, dając mannę i przepiórki z nieba, etc. Poza tym, o ile w Kanaanie wszyscy mieszkańcy byli bardzo zdemoralizowani i Bóg o tym dobrze wiedział, o tyle prezydent Truman nie posiadał takiej wiedzy odnośnie Japonii, a w Hiroszimie i Nagasaki oprócz pogan i bałwochwalców mieszkali też ludzie wyznający wiarę chrześcijańską.

    Czy jest etyczne posiadanie broni jądrowej?

    Jak zatem widać z powyższych wywodów, nie ma tak naprawdę żadnych mocnych podstaw do usprawiedliwiania zniszczenia przez Amerykanów Hiroszimy oraz Nagasaki w 1945 roku. Dobry cel nie uświęca złych środków, a bezpośrednie i zamierzone zabicie choćby tylko jednego niewinnego człowieka jest właśnie jedną z takich złych etycznie metod, których użycia uzasadniać nie może choćby najszlachetniejszy cel i najtrudniejsze z okoliczności. Można się jednak spytać, czy w takim razie samo posiadanie broni jądrowej albo jej użycie może być w jakichś okolicznościach moralnie dozwolone? Cóż, o ile pewną trudność etyczną sprawia posiadanie takowej broni bez zamiaru jej użycia (gdyż może się w ten sposób wytwarzać fałszywe wrażenie), to mimo wszystko wydaje się, że jest dozwolone. O ile bowiem, rządzący posiadający taki arsenał nie mówią wprost: „W razie czego użyjemy bomb atomowych do mordowania cywilów wroga„, a z drugiej strony nie mają rzeczywiście takiego zamiaru, to nie jest to z ich strony kłamstwo (które podobnie jak mordowanie niewinnych jest zawsze zakazane). Sam więc fakt posiadania w swym arsenale takiej broni bez składania fałszywych obietnic odnośnie jej użycia można porównać do trzymania na swej posesji groźnego psa. Ten groźny pies samą swą obecnością ma odstraszać złych ludzi i nie muszą towarzyszyć temu żadne słowa ani nawet konkretne działania. Coś takiego jest więc prawdopodobnie dozwoloną metodą odstraszania wrogów.

    Czy jednak można sobie wyobrazić moralnie dozwolony sposób nie tylko posiadania, ale też użycia broni jądrowej przeciwko wrogiemu państwu? Wiadomo, iż ze względu na swą „techniczną” naturę coś takiego jest trudne do wyobrażenia, jednak nowsze formy tej broni pozwalają na bardziej ograniczone i precyzyjne jej zastosowanie niż miało to miejsce w początkowych fazach jej istnienia. Gdyby więc np. na jakiejś bezludnej wyspie wrogie państwo skoncentrowało swe wojska, to moralnie usprawiedliwione byłoby zrzucenie na taką wyspę bomby atomowej. Ale oczywiście, nie z czymś takim mieliśmy do czynienia w przypadku Hiroszimy i Nagasaki.

     

     

     

     

     

     

     

  9. Kto był „Katechonem” w czasie II wojny światowej?

    Leave a Comment

    Niedawno minęła kolejna, bo już 71 rocznica zwycięstwa tzw. Aliantów nad III Rzeszą. Jak co roku też, przy tej okazji, w szeroko pojętych środowiskach konserwatywnych pojawiły się głosy wyrażające wątpliwość odnośnie tego, czy aby na pewno dobrze się stało, iż armia Hitlera została pokonana przez siły USA, Wielkiej Brytanii i ZSRR (oraz inne pomniejsze państwa koalicji alianckiej). Argumentacja jaka pojawia się na rzecz tejże wątpliwości jest mniej więcej taka: Hitler, naziści oraz ich europejscy sprzymierzeńcy oczywiście mieli wiele poważnych wad i zbrodni, jednak w porównaniu z nimi Alianci byli jeszcze gorsi, gdyż reprezentowali połączenie polityczno-społecznego liberalizmu z komunizmem, które to ustroje zostały w efekcie porażki III Rzeszy narzucone Europie oraz dużej części świata pozaeuropejskiego. Zwolennicy takiej wizji historii podkreślają jeszcze przy tym, iż nawet jeśli sam Hitler był niechętny chrześcijaństwu, to jednak de facto wspierał w Europie siły konserwatywno-chrześcijańskie poprzez tworzenie zależnych od siebie państw rządzonych przez zwolenników takich opcji (Francja Vichy, Niezależne Państwa Chorwackie, Słowacja pod rządami x. Tiso, Węgry za Horthy’ego). Summa summarum, można by więc powiedzieć, iż w II wojnie światowej elementy konserwatywne i chrześcijańskie były silniej reprezentowane przez koalicję wytworzoną przez III Rzeszę aniżeli przez „masońsko-liberalnych” oraz komunistycznych Aliantów. Używając więc pewnego biblijnego sformułowania, w l. 1939 – 1945 swego rodzaju „Katechonem” powstrzymującym marsz „Antychrysta” był Hitler razem z jego sojusznikami, a nie niosący światu liberalizm, demokrację i komunizm Alianci.

    Choć na pierwszy rzut oka tego rodzaju spojrzenie może wydawać się nawet dość przekonywujące, to spokojniejsza jego analiza pozwala dostrzec jak poważne ono ma luki i wady.  Przyjrzyjmy się tym lukom i wadom poniżej.

    Czy można wszak np. twierdzić, iż polityka, ideologiczne założenia, praktyczne działania III Rzeszy i jej sojuszników ogólnie rzecz biorąc charakteryzowały się mniejszą ilością etycznego zła i doktrynalnych wypaczeń niż analogiczne rzeczy po stronie ich wojennych przeciwników, czyli Wielkiej Brytanii, USA i ZSRR? Choć odpowiedź na to pytanie nie wydaje się być bardzo prostą, gdyż w jej udzieleniu trzeba by uwzględnić wiele różnych aspektów oraz płaszczyzn, jak choćby różną sytuację poszczególnych krajów należących do obu stron konfliktu wojennego, to można z dużą dozą pewności powiedzieć, iż owszem więcej dobra i mniej zła było tu po stronie Aliantów, a nie III Rzeszy i jej sprzymierzeńców. Ot, choćby jeśli przyjrzymy się skalom zbrodni wojennych (tzn. mordy popełniane na spokojnie zachowujących się cywilach, seksualne gwałty, niehumanitarne traktowanie jeńców) popełnionych przez Niemcy, Japonię i inne państwa osi, to bez trudu dostrzeżemy, że takowych było co najmniej kilkukrotnie więcej niż tych czynionych przez Aliantów. Owszem i Aliantom zdarzały się czyny całkowicie niegodne i ohydne w rodzaju gwałcenia niemieckich kobiet, zabijania rozbrojonych i wziętych do niewoli niemieckich żołnierzy, czy też dywanowych nalotów na zamieszkane głównie przez cywilów niemieckie i japońskie miasta, jednak, choć wszystkie te czyny godne były surowej nagany, w swych rozmiarach w żaden sposób nie dorównywały podobnym działaniom ze strony Niemców, Japończyków czy Chorwatów. Przykładowo, najbardziej krwawe naloty Aliantów na Drezno, Tokio,  Hiroszimę i Nagasaki pochłonęły łącznie ok. 310 tysięcy ofiar cywilnych. To o 310 tysięcy osób za dużo, jednak ofiar samego zgotowanego Żydom przez Niemcy holocaustu było jakieś 5 do 6 milionów, a dodać by to tego trzeba jeszcze kilka milionów często  nieagresywnie zachowujących się osób cywilnych wymordowanych przez oddziały SS oraz Wehrmachtu w różnorodnych masakrach, rzeziach, zbiorowych egzekucjach, pacyfikacjach wsi, etc. Innym przykładem wyraźnej dysproporcji pomiędzy skalą zbrodni Aliantów z jednej strony i państwami Osi z drugiej jest choćby to, ilu jeńców niemieckich ocalało z sowieckiej niewoli, a ilu żołnierzy sowieckich wyszło żywych z hitlerowskich obozów. Choć, Sowieci mówiąc kolokwialnie „nie cackali się” z niemieckimi żołnierzami wziętymi do niewoli, to i tak ok. 2/3 z nich przeżyło tę niedolę. Jednak już tylko 1/3 sowieckich jeńców wojennych opuściła żywa niemieckie obozy do których byli wysyłani.

    Odrębną kwestią jest sprawa gwałtów popełnianych na kobietach przez żołnierzy walczących państw i w tym konkretnym punkcie rzeczywiście można mówić, iż prawdopodobnie „summa summarum” liczba nadużyć popełnionych przez Aliantów (wliczając w to również żołnierzy ZSRR) była znacznie wyższa niż ta czyniona przez Niemców (łącznie prawie 3 miliony zgwałconych niewiast). To jednak i tak jest to kilka razy mniej ofiar niż suma zbrodni czynionych przez państwa Osi. Ogólnie rzecz biorąc bilans zbrodni i nadużyć, od której strony by nie spojrzeć, ciągle jest o wiele wyższy po stronie Niemców, Japończyków i ich sojuszników aniżeli po stronie Aliantów.

     

    A co z ideologią i praktyką hitlerowskich Niemiec, Japonii i ich satelickich państw? Czy rzeczywiście można powiedzieć, iż zawierały one więcej pozytywnych elementów niż państwowość USA, Wielkiej Brytanii, czy choćby nawet Związku Sowieckiego? Ktoś po stronie plusów np. III Rzeszy może podawać  obowiązujący tam zakaz aborcji, homoseksualizmu, pornografii czy prostytucji. Tyle tylko, że po pierwsze, takie rzeczy były w tamtych czasach nielegalne też w „liberalno-masońskich” USA i Wielkiej Brytanii, a także ZSRR. Po drugie zaś, zakaz owych nieprawości w nazistowskich Niemczech miał więcej wyjątków i wyłomów aniżeli w wymienionych wyżej krajach. Przykładowo, zabijanie dzieci poczętych owszem było tam zabronione, jednak nie wówczas, gdy owe dziecko pochodziło z rodziców dziedzicznie obciążonych, albo jedno z jego rodziców było żydowskiego pochodzenia. Z kolei, pornografia i prostytucja, choć były nielegalne, to z drugiej strony władze III Rzeszy w czasie wojny zaczęły popierać wydawanie prasy erotycznej, tworzenie domów publicznych dla niemieckich żołnierzy, a jeszcze przed wojną wspierały (w celu większej prokreacji) seks przedmałżeński, a także zliberalizowały wcześniejsze prawo rozwodowe (np. mąż mógł się swobodnie rozwieść nawet z nienagannie prowadzącą się żoną, o ile opuścił ją dla innej kobiety i poprzedzone to zostało trwającą trzy lata separacją). Domniemany więc konserwatyzm obyczajowy III Rzeszy przy bliższym przyjrzeniu się  okazuje się więc mocno selektywny, ułomny oraz czyniący w wielu swych aspektach większe ustępstwa na rzecz libertynizmu niż wiele innych współczesnych mu, a dziś przez niektórych nazywanych „liberalno-masońskimi” państw.

    Również jeśli chodzi o stosunek III Rzeszy do religii chrześcijańskiej to ów z pewnością nie był lepszy niż w USA czy Wielkiej Brytanii. To bowiem, w nazistowskich Niemczech, a nie Wielkiej Brytanii, zamykano do więzień i obozów setki księży i pastorów, stopniowo wyrzucano krzyże ze szkół i urzędów, ingerowano w nauczanie religii próbując zeń usuwać niezgadzające się z państwową ideologią elementy (np. wzmianki o Abrahamie, Izaaku, Jakubie – powód, zbyt mocno kojarzyli się z żydowskością), masowo indoktrynowano młodzież w jawnie antychrześcijańskim duchu. Ktoś powie na to, że przecież w ZSRR prześladowania chrześcijaństwa były ostrzejsze niż w Niemczech – to prawda, jednak, paradoksalnie rzecz biorąc, było tak do pewnego czasu i kiedy antychrześcijańskie represje wzmagały się w III Rzeszy, w państwie sowieckim zaczęły one tracić na swej sile (to za Stalina w czasie II wojny światowej otworzono część zamkniętych cerkwi , a nawet przywrócono kapelanów w armii). A co powiedzieć o Japonii, gdzie obywatelom narzucano czczenie cesarza jako boga?

    I w  tym więc aspekcie, uwzględniając sytuację poszczególnych krajów będących członkami skonfliktowanych ze sobą obozów wojennych, bardzo wątpliwe okazuje się założenie, jakoby państwa Osi charakteryzowały się jakąś wyższością w stosunku do państw alianckich.

    A co z państwami satelickimi III Rzeszy, które rzeczywiście nieraz miały charakter konserwatywno-chrześcijański (Vichy, Słowacja, Chorwacja, Węgry, Rumunia)? Czy nie przeważają one szali negatywów i pozytywów na korzyść Osi? Cóż, w kontekście tamtych czasów ów konserwatyzm tyczył się w bardziej silny sposób odrzucenia przez rządy tych państw demokracji, parlamentaryzmu i idei równości wobec prawa, co samo w sobie nie jest jakimś wielkim plusem, który wyróżniałby owe na tle USA czy Wielkiej Brytanii (np. ustrój demokratyczny nie jest zły sam w sobie, więc jego odrzucenie nie stanowi czegoś, za co należałoby dany rząd wielce pochwalać). Jeśli zaś chodzi o obyczajowy konserwatyzm owych rządów, to nawet, jeśli w pewnych swych aspektach był on mocniejszy i konsekwentniejszy niż takowy w wykonaniu III Rzeszy, to i tak w ówczesnych czasach nie był on jakimś ewenementem (konserwatywne pod tym względem, jak już wspomniałem powyżej były też Wielka Brytania, USA, a nawet w pewnym sensie Związek Sowiecki). Poza tym, czy np. fakt, iż za rządów chorwackich ustaszy bardziej gorliwie represjonowano aborcję i homoseksualizm sprawia, iż przysłowiowym „pikusiem”, nie wartym większego roztrząsania jest to, iż ci sami ustasze często w niezwykle okrutny i bestialski sposób zamordowali ok. 700 tysięcy prawosławnych, Żydów i Cyganów?

     

    Czy zatem, aby na pewno, zwycięstwo Aliantów popchnęło świat w gorszym kierunku niż miałoby to miejsce w przypadku wygrania II wojny światowej przez Niemcy, Japonię i ich sojuszników? Czy demokracja, parlamentarne formy rządów, a nawet socjalizm, jaki wszedł w wyniku tego zwycięstwa do krajów Europy Środkowo-Wschodniej, były bardziej zbrodnicze, niemoralne i błędne ideologiczne od tego co niósł Hitler i naziści?  Obawiam się, że summa summarum odpowiedź na to pytanie jest korzystna dla państw alianckich. To one w II wojnie światowej spełniały rolę biblijnego „Katechona”, a więc kogoś kto powstrzymuje i ogranicza rozrost zła. Świat z nazistowskim i germańskim Imperium prawdopodobnie byłby światem znacznie gorszym, zdeprawowanym i zbrodniczym niż świat, w którym zwyciężyły zachodnie demokracje nawet wraz ze Związkiem Sowieckim.

     

     

  10. Czy „Łupaszka” powinien być naszym bohaterem narodowym?

    Leave a Comment

    24 kwietnia b. roku, w Warszawie z wielką pompą odbył się uroczysty – państwowy i kościelny – pogrzeb majora Zygmunta Szendzielarza (pseudonim „Łupaszka”). Ta uroczystość stanowiła symboliczne uznanie po latach tej postaci za osobę niezwykle cenną dla polskiej historii i tożsamości narodowo-państwowej. Jako, że wcześniej nie doczekał się normalnego pochówku i był też skrajnie krytycznie oceniany przez propagandę PRL-u ,”Łupaszka” został w ten sposób przez aktualne władze naszego kraju nie tylko „ostatecznie” zrehabilitowany, ale też włączony do kanonu bohaterów narodowych, których pamięć należy kultywować, a czyny (w domyśle) w razie potrzeby naśladować.

    Czy jednak słusznie tak się stało? Cóż, można by mieć wątpliwości, nawet co do zasadności samego pochówku kościelnego dla Zygmunta Szendzielarza, gdyż przed swą śmiercią w żaden zewnętrzny sposób nie wyraził on skruchy za popełnione przez poważne nieprawości, a mianowicie liczne akty dokonywanych i aprobowanych przez niego samowolnych egzekucji na przedstawicielach nowej socjalistyczno-komunistycznej władzy. Zabójstwa te nie były moralnie usprawiedliwione, gdyż „Łupaszka” nie był przez żadną cywilną władzę upoważniony do prowadzenia regularnych działań zbrojnych oraz orzekania i wykonywania kary śmierci choćby i względem złych ludzi. Jego zatem działalność jako „Żołnierza Wyklętego” była zatem poważnym naruszeniem ładu moralnego, zaś tradycyjna dyscyplina kościelna przewidywała pozbawienie kościelnego pogrzebu jawnych grzeszników, którzy przed swą śmiercią nie dali żadnych zewnętrznych oznak skruchy za popełnione przez siebie złe czyny. Na postaci majora Szendzielarza oprócz jego powojennej zbrojnej działalności cieniem się kładzie również jeden z aspektów jego aktywności w czasie niemieckiej okupacji. Chodzi oczywiście o zbrodnie popełnione przez żołnierzy dowodzonej przez niego Piątej Brygady Wileńskiej AK na litewskiej ludności cywilnej w Dubinkach i okolicznych wsiach, w wyniku której śmierć poniosło – wedle różnych szacunków od 27 do 68 osób, w zdecydowanej większości kobiet i dzieci. Była to akcja odwetowa za popełnione wcześniej przez oddziały litewskiej pro-nazistowskiej policji liczne masakry na Polakach. Jednak choć taka zemsta może wydawać się na płaszczyźnie psychologicznej i emocjonalnej zrozumiała, nie ma wątpliwości, iż nie da się jej moralnie usprawiedliwić, gdyż „dobry cel nie uświęca złych środków„, a zamierzone zabicie choćby jednej niewinnej osoby jest rzeczą absolutnie zakazaną, złą i bezbożną.  Cel polegający na odstraszaniu litewskich kolaborantów od dalszych mordów na Polakach oraz na ich ukaraniu był co prawda dobry, ale już środek do tego użyty, jakim było dokonanie krwawych egzekucji na tych Litwinach, co do których nie było często żadnych silniejszych poszlak, iż mogli oni ponosić choćby i tylko moralną odpowiedzialność za dokonane przez ich rodaków wcześniej zbrodnie na Polakach, był z pewnością niegodziwy.

    Co ma do tego jednak postać Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”? Historycy co prawda nie są zgodni odnośnie tego, czy ponosi on bezpośrednią odpowiedzialność za zbrodnię wojenną dokonaną przez jego oddział w Dubinkach i okolicach, jednak istnieją silne poszlaki na rzecz twierdzenia, iż niestety w świadomy i zamierzony sposób wydał on swym żołnierzom rozkaz dokonania tej rzezi. Otóż, wedle relacji ówczesnego zastępcy „Łupaszki” – por. cc Jana Wiktora Wiącka „Rakoczego”na wieść o dokonanej przez Litwinów masakrze na polskiej ludności cywilnej w Glinciszkach: „dowódca 5-tej Brygady wysłał 2 szwadrony na Litwę w celu wykonania podobnej egzekucji jako represji na ludności litewskiej”. Relacja ta wydaje się być wiarygodną, gdyż nie została uzyskana pod przymusem czy torturami, a miejscem jej złożenia był powojenny Londyn, a nie np.  więzienie w Warszawie albo Moskwie. Poza tym, akcją odwetową w Dubinkach dowodziło i kierowało dwóch bezpośrednich zastępców majora Szendzielarza, którzy nigdy nie zostali za nią przez niego ukarani. Istnieje zatem, co najmniej bardzo poważna wątpliwość co do tezy obrońców „Łupaszki” czy rzeczywiście nie wydał on rozkazu polecającego zabijanie litewskich cywilów w odwecie za wcześniejsze zbrodnie Litwinów na Polakach. Ponadto, ów akt odwetu był złamaniem rozkazu dowództwa Armii Krajowej, które stanowczo zakazało podobnych działań. Nie sposób też pominąć milczeniem, iż zbrodnia w Dubinkach była sprzeczna z  rycerskim etosem Armii Krajowej, która ogólnie rzecz biorąc unikała bezpośredniego atakowania niepolskiej ludności cywilnej słusznie uważając takie działania za niegodziwe i plamiące żołnierski honor.

    Pozostaje więc pytanie, na ile wychowawcze i historycznie konstruktywne jest kreowanie na bohaterów narodowych postaci co do których dobroci postępowania istnieją tak poważne etycznie wątpliwości? Zwłaszcza, w sytuacji, gdy polska historia zna przecież szereg przykładów osób, których postępowanie nawet jeśli nie było bez skazy i grzechu, to jednak stanowiło o wiele klarowniejszy i wznioślejszy wzór do naśladowania – np. rotmistrz Pilecki, Fieldorf Nil, prof. Bartoszewski. Czy naprawdę jako Polacy chcemy iść drogą Ukrainy, która swą narodową i państwową tożsamość buduje na kulcie zbrodniarzy i morderców?

     

    Przeczytaj też: https://salwowski.net/2016/03/20/czy-zolnierze-wykleci-postepowali-moralnie/