Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: Hitler

  1. Bł. Franz Jägerstätter – patron katolickiego nonkonformizmu

    Leave a Comment

    Pod adresem mej działalności i publicystyki od czasu do czasu jest wysuwana obiekcja, którą można streścić w następujących słowach:

    Twierdzisz, że przypominasz różne aspekty nauczania katolickiego, a przecież jesteś zupełnie osamotniony w głoszonych przez siebie przekonaniach. Niezmiernie trudno byłoby znaleźć księży czy jakieś środowiska katolickie, które mówiłoby w pewnych określonych kwestiach (chodzi tu głównie o sprawę tańców damsko-męskich, prawnej karalności cudzołóstwa oraz niektórych bardziej szczegółowych implikacji wynikających z zasady skromności strojów) to samo co Ty. Czy więc można uważać za wiarygodne Twe roszczenia co do prezentowania katolickiej doktryny? Przecież nawet nie jesteś z wykształcenia teologiem„.

    Co zatem odpowiem na ów zarzut? Cóż, paradoksalnie mogę się w dużej części zgodzić z założeniami tkwiącymi u jego podstaw. Prawdą jest bowiem, że jestem prawie zupełnie osamotniony w prowadzonym przez siebie dziele przypominania niektórych przemilczanych prawd nauczania katolickiego. Owszem, istnieją księża oraz osoby świeckie, które podzielają te moje przekonania, ale jest ich tak mało, iż poparcie to nie wydaje się wpływać w żaden wymierny sposób na oblicze współczesnego katolicyzmu. Przyznaję się też, że choć co prawda od przeszło 25 lat moją życiową pasją jest poznawanie i zgłębianie katolickiej doktryny oraz teologii, to tak się moje życie potoczyło, iż nie zdobyłem formalnego wykształcenia teologicznego.

    Czy w związku z powyższym można uznać prowadzoną przeze mnie działalność za poważną? Myślę, że tak i mam na to przynajmniej jeden mocny dowód w postaci przykładu życia, jaki dał nam pewien wywodzący się z Austrii katolik. Chodzi o osobę wyniesionego przez Kościół do chwały ołtarzy bł. Franza Jägerstättera. Ten uczeń Pana Jezusa też bowiem w swym czasie, mimo że nie był z wykształcenia teologiem, powoływał się na swą znajomość nauczania katolickiego, a wnioski jakie stąd wyciągał, wydawały się powszechnie niepodzielane tak przez księży, jak i innych świeckich katolików. Łatwo było więc i wobec błogosławionego Franza wyciągnąć wniosek, iż w takim razie źle on rozumie doktrynę katolicką, oraz że jego postawa wynika z jakiejś zarozumiałości, która nakazuje mu być kimś, kogo potocznie zwykło się określać mianem osoby „bardziej papieskiej od papieża„. Co nie bez znaczenia, pozwolę sobie dodać, iż wszystko to działo się na jeszcze około 20 lat przed Soborem Watykańskim II, a więc w czasie, gdy jednak księża, a co za tym idzie także przynajmniej część świeckich wiernych, mieli, ogólnie rzecz biorąc, bardziej „surową” formację odnośnie co do różnych kwestii moralnych niż ma to miejsce obecnie. A jednak po przeszło 60 latach od męczeńskiej śmierci bł. Franza Jägerstättera Kościół uznał słuszność jego postawy, ogłaszając go błogosławionym.

    Pozwolę sobie poniżej pokrótce przypomnieć w czym rzecz, jeśli chodzi o postawę bł. Franza Jägerstättera. Otóż był on żyjącym w czasach rządów Hitlera i II wojny światowej austriackim rolnikiem, który w pewnym okresie swego życia zaczął czytać Pismo święte oraz zdobywać wiedzę na temat doktryny katolickiej, a także życia poszczególnych Świętych Pańskich. Mimo to nie zdobył on nigdy formalnego wykształcenia teologicznego. Osobista bogobojność i prawość tego człowieka połączone z wiedzą teologiczną, którą zdobywał, doprowadziły go w burzliwym czasie II wojny światowej do wniosku, iż nie jest moralnie dozwolone brać aktywny udział jako żołnierz w wojnie po stronie Hitlera oraz składać przysięgę ślubowania bezwzględnej wierności wobec wodza III Rzeszy. Nieugięte trzymanie się tej postawy doprowadziły w końcu Franza do męczeńskiej śmierci, która miała miejsce w 1943 roku.

    Dziś, gdy potępianie Hitlera i wywołanej przez niego niesprawiedliwej wojny nie wiąże się z żadnym ryzykiem dla katolików, postawa bł. Franza Jägerstättera budzi oczywiście bardzo często podziw, jednak w czasie gdy żył ów uczeń Jezusa sytuacja wyglądała zgoła odmiennie. Po pierwsze bowiem: żaden z księży i biskupów, którym znana była sprawa bł. Franza, nie udzielił mu poparcia w jego dzielnych postanowieniach. Przeciwnie, próbowali oni raczej zniechęcić tego błogosławionego. Po drugie: bł. Franz Jägerstätter był osamotniony w swej postawie pośród innych świeckich katolików. Na kilka milionów zdolnych do służby wojskowej niemieckich i austriackich katolików, Franz był jednym z dosłownie sześciu, którzy odmówili składania przysięgi bezwzględnej wierności Adolfowi Hitlerowi. Co więcej, wielu świeckich katolików wydawało się mieć za złe Jägerstätterowi jego postawę, o czym może świadczyć, iż władze jego rodzinnej miejscowości Sankt Radegund początkowo odmówiły umieszczenia jego nazwiska na miejscowym pomniku wojennym.

    Czy więc pojedynczy, niemający formalnego wykształcenia teologicznego katolik, może mieć rację wbrew milionom innych katolikom, a nawet pomimo stanowiska różnych księży i biskupów? Przykład wyniesionego na ołtarze błogosławionego Franza Jägerstättera daje twierdzącą odpowiedź na to pytanie.

    Mirosław Salwowski

  2. Czy większość Niemców popierała Holocaust?

    Leave a Comment

    Nie tak dawno jeden ze znanych katolickich publicystów napisał, iż większość Niemców popierała „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej” (a więc w domyśle ludobójstwo popełnione na Żydach w czasie II wojny światowej). Wydaje się, iż zarzut ten jest dość popularny w naszym kraju – czy jest on jednak sprawiedliwy? Zastanówmy się nad tym poniżej.

     

    Jest historycznym faktem, iż znaczna część Niemców oddała swój głos na partię nazistowską (NSDAP) doprowadzając w ten sposób do objęcia władzy przez Hitlera i jego partyjnych towarzyszy. W 1932 roku na NSDAP padło 37 procent głosów, zaś w 1933 roku partia ta zdobyła 44 procent wyborczego poparcia. Czy to jednak świadczy o tym, że większość Niemców popierała Holocaust? Oczywiście, że nie. Pomijając już bowiem to, iż NSDAP nie uzyskała w wyborach bezwględnej większości głosów, to przecież partia ta nie szła do wyborów pod hasłem wymordowania Żydów. Owszem, program NSDAP sugerował wysiedlenie z Niemiec ogółu mieszkańców żydowskiego pochodzenia, ale coś takiego różni się jeszcze poważnie od postulatu ich mordowania. W 1932 i 1933 roku głosujący na nazistów Niemcy mieli więc pełne prawo nie wiedzieć, ani nawet wyraźnie nie przeczuwać, jak okrutny los zostanie zgotowany za kilka lat Żydom.

    Czy jednak dalszy przebieg wydarzeń nie uprawdopodabnia tezy o tym, że większość Niemców popierała „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”? Jest mocno prawdopobnym założeniem, iż mimo tego, że NSDAP nie uzyskała większości głosów wyborczych, z biegiem czasu rządy Hitlera cieszyły się poparciem zdecydowanej większości Niemców. Prawdopodobnie też  akceptacją większości mieszkańców III Rzeszy cieszyły się wymierzone w Żydów prześladowania, a także wszczęcie przez Hitlera wojny. Ale nawet te rzeczy nie są dowodem na rzecz twierdzenia o treści: „Większość Niemców popierała Holocaust„. Prześladowania Żydów, które miały charakter jawny, były bowiem ciężkie, ale mimo wszystko mniej więcej do 1941 roku nie polegały na ich masowym zabijaniu. Tak więc, nawet jeśli większość Niemców aprobowała nazistowskie prześladowania wymierzone w Żydów nie oznaczało to jeszcze, że popierała ich mordowanie. Tak jak jest różnica pomiędzy pobiciem a zabiciem kogoś, tak była jeszcze bowiem poważna różnica pomiędzy antyżydowskimi poczynaniami nazistów przed 1941 rokiem, a tym co wyczyniali oni z Żydami po 1941 roku.

     

    Nawet poparcie Niemców dla wszczynanych przez Hitlera wojen nie musiało świadczyć o aprobowaniu przez nich Holocaustu. Wódz III Rzeszy nie zapowiadał bowiem (przynajmniej w sposób jawny i jednoznaczny), iż jednym z celów jego wojny będzie fizyczna eksterminacja żydowskiej nacji. Samo zaś przeprowadzanie Holocaustu nie było ogłaszane do wiadomości publicznej, a w sprawie jego słuszności bądź niesłuszności naziści nie rozpisywali ogólnonarodowego referendum. Czy jednak większość Niemców wiedziała o Holocauście? Są ku temu wątpliwości (o których za chwilę). Jednak, załóżmy na moment, iż przeważająca część Niemców wiedziała o tym ludobójstwie. Czy wiedzieć o jakimś fakcie oznacza od razu popierać jego istnienie? Oczywiście, że nie można stawiać pomiędzy oboma stanami znaku równości. Ja np. wiem o tym, iż w mym mieście są gabinety wróżbiarskie, ale czy to oznacza, że popieram ich funkcjonowanie? Ba, nawet, gdybym nie wypowiedział ani jednego słowa krytyki czy przygany pod ich adresem nie byłoby to równoznaczne z ich popieraniem czy usprawiedliwianiem z mej strony. Być może moje milczenie w tej sprawie byłoby jakaś moralną winą, ale nie można by go jeszcze nazwać mianem „popierania” czy „usprawiedliwiania” istnienia takich miejsc. Tymczasem, nie jest wcale nawet pewne, iż większość Niemców wiedziała o Holocauście. Wedle przeprowadzanych przez historyków Erica Johnsona i Karla Heinz Reuband wywiadów z 3000 Niemców żyjących w czasach II wojny światowej  około 27-29% Niemców miało informacje o Holokauście w pewnym momencie przed końcem wojny, a kolejne 10-13% podejrzewało, że coś strasznego dzieje się przez ten cały czas. Johnson sugeruje (nie zgadzając się ze swoim współautorem), że jest bardziej prawdopodobne, że około 50% ludności niemieckiej było świadome okrucieństw popełnionych wobec narodu żydowskiego.

     

    Oczywiście, naród niemiecki był odpowiedzialny za rządy nazistów. Niestety też, prawdopodobnie większość Niemców popierała prowadzone przez Hitlera wojny. Nie ma co w tych aspektach wybielać Niemców. Należy jednak powstrzymać się od pochopnych, lekkomyślnych i zbyt daleko idących sądów oraz ocen postępowania tak jednostek, jak i całych narodów. Oskarżenie zaś ogółu narodu, iż ten wspierał w swej większości dokonywanie Holocaustu jest bardzo poważnym zarzutem na poparcie którego wypadałoby mieć mocne dowody. Takich dowodów jest jednak brak. Pan nasz Jezus Chrystus ostrzega zaś: „Nie sądźcie z zewnętrznych pozorów, lecz wydajcie wyrok sprawiedliwy” (J 7, 24). Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie numer 2478 stwierdza m.in:

    W celu uniknięcia wydawania pochopnego sądu każdy powinien zatroszczyć się, by – w takiej mierze, w jakiej to możliwe – interpretować w pozytywnym sensie myśli, słowa i czyny swego bliźniego.

    Wydaje się więc, iż zarzucanie większości Niemców żyjących w czasie II wojny światowej, iż popierali oni dokonywane przez władze ich kraju ludobójstwo wobec Żydów jest właśnie takim pochopnym osądem. Niemcy jako naród mieli wówczas wiele win i grzechów, ale nie ma dostatecznych dowodów na to, iż większa część z nich aprobowała masowe mordowanie Żydów.

     

  3. Czy Polska powinna domagać reparacji wojennych się od współczesnych Niemiec?

    Leave a Comment

    W naszym kraju wrócił ostatnio temat domagania się reparacji wojennych od państwa niemieckiego. Czy jest jednak słusznym postulatem wymaganie od dzisiejszych Niemców płacenia za coś, co nie jest już ich winą? Wszak, minęły 72 lata od zakończenia II wojny światowej. W tym czasie ogromna większość tych z Niemców, którzy brali aktywny udział lub też w moralny sposób popierali podbijanie przez III Rzeszę innych krajów już nie żyje na tym świecie. Obecni zaś mieszkańcy Niemiec to w swej przytłaczającej masie dzieci, wnuki, prawnuki i pra-prawnuki tych, którzy mieli coś wspólnego z napaścią zbrojną na Polskę i inne kraje Europy.  W Niemczech żyje już tylko garstka ludzi, którzy służyli w Wehrmachcie czy SS, głosowali na NSDAP albo wznosili okrzyk „Heil Hitler” na nazistowskich wiecach w III Rzeszy. Co więcej, we współczesnych Niemczech nie ma liczącej się siły politycznej, która w pozytywny sposób odwoływałaby się do dziedzictwa rządów Hitlera, chwaliłaby wywoływane przez niego wojny, itp. Można co prawda przynajmniej po części coś takiego powiedzieć o działającej w tym kraju NPD, ale partia ta nigdy nie uzyskała nawet 5 procent poparcia w wyborach i w związku z tym nie weszła do Bundestagu (czyli ogólnokrajowego parlamentu). W ostatnich zaś wyborach parlamentarnych w Niemczech, które odbyły się w 2013 roku NPD uzyskała ledwie 1, 3 procent głosów.

    Pomysł domagania się reparacji wojennych wydawałby się bardziej słuszny i sprawiedliwy, gdyby w Niemczech żyło jeszcze wielu ludzi biorących bezpośredni udział w II wojnie światowej, bądź moralnie ją popierających. Miałoby to też jakiś większy sens, gdyby partia w rodzaju NPD albo jacyś inni zwolennicy lub sympatycy nazizmu cieszyli się wśród Niemców dużym poparciem, uczestniczyliby w koalicji rządowej, etc. Żadnej z tych rzeczy nie można jednak powiedzieć o dzisiejszych Niemcach – czy jest więc sprawiedliwe domaganie się od nich odszkodowań za coś, w czym nie brali udziału i czego sami nie pochwalają ani nie usprawiedliwiają?

    Co więcej, nie wydaje się, by domaganie się reparacji wojennych od współczesnych Niemców było zgodne z logiką sprawiedliwości oraz miłosierdzia, jaką w Swym Słowie objawił nam Bóg. W Piśmie św. czytamy wszak co następuje:

    Wy zaś mówicie: „Dlaczego syn nie odpowiada za winy swego ojca?” Ależ syn postępował według prawa i sprawiedliwości, zachowywał wszystkie moje ustawy i postępował według nich, a więc powinien żyć. Umrze tylko ta osoba, która grzeszy. Syn nie ponosi odpowiedzialności za winę swego ojca ani ojciec – za winę swego syna. Sprawiedliwość sprawiedliwego jemu zostanie przypisana, występek zaś występnego na niego spadnie (Ez 18, 19 – 20).

    Owszem w Biblii pisze też, iż: „Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą” (Wj 20, 5), jednak np. Katechizm św. Piusa V wykłada to w ten sposób, iż ta zasada tyczy się tych potomków danego złoczyńcy, którzy naśladują złe czyny swych przodków. W owym Katechizmie czytamy na ten temat:

    „syn, który Ojca złego nieprawości naśladuje, ten też ojcowskiej złości winnym zostaje. Bo syn wiedząc, że Pan Bóg grzechami ojcowskimi się obraża, śmiał jednak bez bojaźni bożej, swoje też grzechy przyłączyć do ojcowskich, dlatego nie tylko za swoje, ale za ojcowskie grzechy winien być karanym. Lecz, który syn nie naśladował złości ojcowskiej, ten też nie winien żadnego karania za ojca swojego cierpieć”.

    Nie sposób zaś powiedzieć, by dzisiejsi Niemcy w swej większości naśladowali grzechy swych popierających Hitlera i jego wojny przodków, dlaczego więc mieliby być oni karani za zło, które owi czynili?

    Ponadto, w Starym Testamencie Bóg ustanowił rok jubileuszowy, który miał odbywać się co 50 lat i w którym to czasie miały być anulowane wszelkie długi. Tymczasem od zakończenia II wojny światowej minęło już 72 lata, a więc więcej niż 50 lat.

     

    Wszystko powyższe skłania mnie do konkluzji, iż postulat domagania się od dzisiejszego państwa niemieckiego reparacji wojennych na rzecz Polski jest pomysłem moralnie wątpliwym i dwuznacznym.

     

  4. Zniszczenie Warszawy było karą Bożą za jej liczne grzechy

    Leave a Comment

    Niedługo będziemy wspominać 73 rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Do dziś toczą się burzliwe spory o jego zasadność i celowość, ale jedno jest pewne: efektem tego wydarzenia było niemal całkowite zniszczenie Warszawy oraz tragiczna śmierć ok. 200 tysięcy jej mieszkańców. Nie mam zamiaru w tym tekście rozważać tego, czy Powstanie Warszawskie miało sens, czy może było bezsensownym przelewem polskiej krwi.  Celem mojego wpisu jest zwrócenie uwagi na to, co najczęściej pomija się w rozważaniu kwestii związanych z tym wydarzeniem. Chodzi mi mianowicie o to, że końcowy efekt Powstania Warszawskiego, jakim było zniszczenie Warszawy, najprawdopodobniej stanowił karę Bożą dla tego miasta za rozliczne grzechy i nieprawości, które pleniły się na jego terenie, zwłaszcza w okresie międzywojennym.

    Sodoma Wschodu

    Kiedy wspomina się o owym zniszczeniu Warszawy najczęściej pojawiają się przy tym nazwiska dwóch polskich mistyczek – św. Faustyny Kowalskiej oraz Służebnicy Bożej Rozalii Celakówny. W sporządzanych jeszcze przed wybuchem II wojny światowej przez obie te niewiasty zapiskach niejednokrotnie pojawiają się  jasne przestrogi, iż gniew Boży zbliża się do Polski za liczne grzechy jej mieszkańców (zwłaszcza za rozpustę, nienawiść, aborcje i inne morderstwa). W pismach Celakówny po tym, jak wspomina się o nadchodzącej wojnie jako „strasznej Bożej karze za grzechy” autorka pisze wprost: „Warszawa to miasto gorsze niż Sodoma„. Z kolei Faustyna Kowalska w swym słynnym dziś „Dzienniczku” pisze tak:

    Pewnego dnia powiedział mi Jezus, że spuści karę na jedno miasto, które jest najpiękniejsze w Ojczyźnie naszej. Kara ta miała być – jaką Bóg ukarał Sodomę i Gomorę. Widziałam wielkie zagniewanie Boże i dreszcz napełnił, przeszył mi serce„.

    Ktoś powie, że powyższe aluzje i przestrogi nie są czymś w co chrześcijanie zobowiązani są wierzyć i uznawać za prawdę. Owszem. Jednak spokojne przyjrzenie się tak ich szerszemu kontekstowi historycznemu, jak i temu co na temat Bożych kar mówi Pismo święte oraz Tradycja Kościoła przekonuje raczej, iż były one logiczne i trafne. Dlaczego?

    Zacznijmy od tego, iż biblijne oraz katolickie nauczanie w bardzo jasny sposób naucza, iż niektóre (choć nie dokładnie wszystkie z nich) z doczesnych nieszczęść – a zwłaszcza katastrofy naturalne, epidemie i wojny – są Bożą karą za grzechy. Spośród wielu fragmentów Pisma świętego, które o tym mówią można wymienić choćby ten:

    „Tak mówi Pan: Oto ja sprowadzę nieszczęście na to miejsce i na jego mieszkańców, zgodnie ze wszystkimi słowami tej księgi, którą przeczytał król judzki. Za to, że mnie opuścili i spalali kadzidła innym bogom, drażniąc mnie wszystkim, co czynią ich ręce; toteż rozgorzał mój gniew na to miejsce i nie ochłonie” (2 Królewska 22: 16 – 17).

    Z kolei, papież św. Pius V w swej bulli „Cum Primum” nauczając o grzechach sodomii i symonii wyjaśniał:

    „Za przewiny te Bóg sprawiedliwie karze ludy i narody zsyłając na nie kataklizmy, wojny, głód i zarazę (…)”.

    Czy przedwojenna Polska, ze specjalnym uwzględnieniem Warszawy, mogła być obiektem szczególnego gniewu Bożego? Przyjrzyjmy się kilku faktom historycznym. Na tle ówczesnego świata, prawodawstwo Drugiej Rzeczpospolitej w pewnych swych punktach i aspektach mogło być uznane wręcz za będące w awangardzie „postępu” i liberalizmu. Podczas, gdy w większości krajów w tamtym czasie nielegalne i karalne były homoseksualizm, cudzołóstwo i prostytucja, w przedwojennej Polsce obrzydliwości te nie stanowiły przestępstwa ani nawet wykroczenia.  Od 1932 roku, nawet niektóre z aborcyjnych morderstw zostały w II RP zalegalizowane (wówczas, gdy ciąża pochodziła z gwałtu lub innego przestępstwa, kiedy zagrażała życiu lub zdrowiu matki). Choć dziś taki stopień dopuszczalności aborcji wydaje się wielu przejawem panowania konserwatywnie-chrześcijańskiego betonu, to jednak w latach 30-tych XX wieku stawiał nasz kraj w czołówce libertyńskiego podejścia do legalizacji aborcji.

    Tym niemoralnym prawom towarzyszył też dość niski poziom obyczajowości w Drugiej Rzeczpospolitej. Wskaźniki takich przestępstw jak morderstwa, ciężkie pobicia i kradzieże były w przedwojennej Polsce znacznie wyższe niż dziś. Szeroko rozprzestrzeniona była też korupcja i łapownictwo, zaś prostytucja przybierała w niektórych miastach rozmiary wręcz istnej plagi.  Jak to zaś zwykle bywa, różne naganne moralnie zachowania ogniskują się zwłaszcza w stolicach danych krajów. Nie inaczej było też w przypadku Warszawy, zwanej „Paryżem wschodu”. Miano to, stolica naszego kraju miała nie tylko ze względu na jej estetyczne piękno, ale także na rozkwitające w niej  życie nocne z setkami kabaretów, dancingów, teatrów, domów publicznych, kasyn i całym moralnym rozluźnieniem z tym związanym. Dość wspomnieć, iż stołeczna policja liczbę prostytutek szacowała na 25 tyś., niektórzy zaś twierdzą, że mogło być ich nawet kilka razy więcej. Nie trzeba chyba też mówić, iż ów „wielki luz” Warszawy przyciągał do niej różnej maści przestępców, zaś osoby parające się dokonywaniem „skrobanek” nie mogły narzekać na brak klientów. W przedwojennej Polsce zabito od 2. 000. 000 do 2. 600. 000. nienarodzonych dzieci. Warto zresztą zwrócić tu uwagę, iż w czasie II wojny światowej, mniej więcej tyle zostało zabitych osób narodowości polskiej.

    Trudno zatem nie podejrzewać, iż zniszczenie Warszawy oraz II wojna światowa, która tak tragicznie doświadczyła nasz kraj, były karą Boga za ogrom grzechów i nieprawości, który rozlewał się niczym wielka fala po przedwojennej Polsce.

    Czy Hitler był Bożym sługą?

    Już słyszę jednak pełne oburzenia głosy: „A więc co, to może Hitler był dobrym sługą Boga, skoro karał Polskę za jej grzechy?„; „Z tego wynika, że gwałcący w czasie Powstania Warszawskiego kobiety i zabijający małe dzieci SS-mani czynili dobro, wszak byli narzędziem Bożej pomsty!” albo „Co były winne polskie dzieci, którym niemieccy żołnierze strzelali dla zabawy prosto w głowę, chwaląc się później przed sobą: Ale to był celny strzał!„.

    Powyższe kontrowersje wynikają z pomieszania pewnych pojęć, a także są objawem nierozsądnej próby ogarnięcia ograniczonym ludzkim rozumem i logiką nieograniczonej mądrości Pana Boga. Fakt bowiem, iż wojna może być Bożą karą za grzechy, nie musi oznaczać, iż strona, która takową wojnę wszczyna jest popierana i błogosławiona przez Boga.  Jeśli dana wojna jest niesprawiedliwa (a taką oczywiście była agresja Hitlera), a metody na niej stosowane są zbrodnicze, to oczywiście jej inspiratorem nie jest Bóg, ale ludzka złośliwość i szatan wraz ze swymi demonami. Bóg w swej mądrości i wszechwiedzy potrafi jednak wykorzystać ku swym celom niepopierane przez siebie działania złych ludzi i demonów. Tę prawdę można zilustrować na przykładzie następującej analogii: żaden rozsądny rząd nie popiera piractwa drogowego, ale skoro już ono się zdarza, to nagłaśniając jego tragiczne efekty próbuje przekonać obywateli do większego poszanowania kodeksu drogowego.

    Z pewnością Bóg nie chciał zatem, by w czasie Powstania Warszawskiego kobiety były gwałcone przez SS-manów, a małe dzieci zabijane z zimną krwią przez strzał w głowę. Wszechmogący pozwolił jednak na te złe działania, by pokazać nam, że zło rodzi zło. I w tym sensie była to Jego kara, gdyż, jak to czasami bywa, mógł nawet w fizycznym sensie przeszkodzić złoczyńcom w czynieniu nieprawości, np. uderzając piorunem z nieba gwałciciela bądź mordercę. Można powiedzieć, że pozwalając na te okropności, Bóg mówił: „Słusznie płaczecie i oburzacie się na los zabijanych dzieci, dlaczego jednak wcześniej pozwalaliście, by poczęte dzieci były rozszarpywane w łonach swych matek? Ci, którzy teraz gwałcą wasze żony i córki, nie ujdą Mej kary, jednak podobna sromota zalegała wasze miasto przez wiele lat„.

    Nie jest też argumentem przeciwko widzeniu w zniszczeniu Warszawy kary za grzechy przywoływanie przykładu Abrahama, któremu Bóg obiecał, iż nie zniszczyłby Sodomy, jeśli znalazłby tam choćby i tylko 10 sprawiedliwych (Rodzaju 18, 20). Ów biblijny przykład nie jest bowiem jedynym przykładem Bożego sposobu karcenia. W Piśmie świętym przywołane są też zdarzenia, z których wynika, iż zsyłane przez Boga kary dotykały obok występnych i niesprawiedliwych także osoby niewinne. Jednym z takich wydarzeń było wytracenie przez Pańskiego Anioła wszystkich pierworodnych z Egiptu za to, iż Faraon nie chciał zgodzić się wypuścić Żydów ze swej niewoli (inną sprawą jest to, iż dla tych dzieci było to raczej błogosławieństwo niż kara, gdyż oszczędziło im życia w tym pogańskim i zdeprawowanym kraju).

    Dlaczego Warszawa, a nie Paryż czy Moskwa?

    Kiedy mówi się o tym, iż zniszczenie Warszawy mogło być karą za jej grzechy, często pojawiają się głosy w rodzaju: „Dlaczego zatem nie został ukarany np. Paryż, który zdawał się być jeszcze bardziej zdeprawowany aniżeli Warszawa? Albo, czemu podobny los nie dotknął Moskwy, skoro była ona wtedy światową stolicą komunizmu i ateizmu?„.

    Tego typu uwagi nie biorą jednak pod uwagę Bożej suwerenności wyrażającej się m.in. w tym, iż to Wszechmogący wie najlepiej kiedy i jak skarcić daną społeczność czy jednostkę. To On zna najlepiej nasze serca, naszą sytuację, okoliczności, a w związku z tym wie, ile czasu potrzebujemy na pokutę i jakie środki karne mogą być dla nas najlepsze. Tak więc, choć owszem nieprawości popełniane przed II wojną światową przez mieszkańców Paryża mogły się wydawać większe od tych czynionych przez ludzi z Warszawy, jednak być może Bóg odłożył ich ukaranie np. z tego powodu, iż ci pierwsi mieli mniej okazji usłyszeć wezwania do pokuty, przestrogi przed Bożą karą, etc., skoro już wtedy Francja była bardziej zeświecczonym i zlaicyzowanym krajem niż Polska. Przypomnijmy wszak, iż już od 1875 roku we Francji mocno ograniczano wpływy religii chrześcijańskiej na życie publiczne, co wyrażało się m.in. w usunięciu zakonników i zakonnic ze szkół państwowych, kapelanów z wojska, symboli religijnych z sądów i szpitali, w zniesieniu publicznych modlitw inaugurujących obrady parlamentu czy w transformacji opieki społecznej w instytucję zupełnie świecką. Tego rodzaju antykatolickich obostrzeń nie było w Polsce, w związku z czym Polacy mogli mieć więcej możliwości do słyszenia Bożej nauki niż Francuzi. W o wiele większym zaś stopniu odnosiło się to do mieszkańców Moskwy i Związku Sowieckiego, gdzie od czasów bolszewickiej rewolucji chrześcijaństwo było bardzo mocno prześladowane. Polacy grzeszyli jednak strasznie mimo, iż w międzywojennej Polsce życie kościelne rozkwitało, a Kościół katolicki był w pewien sposób uprzywilejowany. Przeciętny Polak czynił zło mimo, iż prawdopodobnie mógł częściej niż przeciętny Francuz słyszeć upomnienia przed grzeszeniem i obrażaniem w ten sposób Boga, nie mówiąc już o sytuacji mieszkańców Moskwy w tym względzie, gdzie większość kościołów i cerkwi została zniszczona, zamknięta albo przeznaczona na inne świeckie cele. Poziom świadomości w czynieniu nieprawości Polaków mógł być więc większy od tego, którym mogli się wykazać mieszkańcy Paryża albo Moskwy.

    Pokutujmy albowiem inaczej „wszyscy tak samo zginiemy”

    Wiele więc wskazuje na to, iż to rzeczywiście Warszawa była tym „najpiękniejszym miastem w naszej ojczyźnie”, które wedle św. Faustyny Kowalskiej miało zostać z Bożego wyroku „zniszczone niczym Sodoma i Gomora„.  Czy my Polacy wyciągniemy jednak z tej lekcji historii właściwe wnioski, czy może spróbujemy je zagłuszyć za pomocą szyderstw i kpin? Cóż, to już zależy od nas, ale pamiętajmy, że jeśli nie będziemy pokutować, „wszyscy tak samo  zginiemy” (Łukasz 13, 5). Obyśmy poszli śladem mieszkańców Niniwy, a nie Sodomy.

  5. Dlaczego nasz państwowy hymn jest moralnie dwuznaczny?

    Leave a Comment

    Wyobraźmy sobie, że, dajmy na to, w hymnie państwowym Ukrainy, znalazłyby się słowa w rodzaju: „Dał nam przykład Adolf Hitler jak zwyciężać mamy!” oraz „Marsz, marsz Bandera do ziemi ukraińskiej. Za twoim przewodem złączym się z narodem!”; „Co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy!„.  Czyż słusznie nie oburzalibyśmy się na tego rodzaju wysławianie owych negatywnych postaci w państwowej pieśni tego kraju? Czy bylibyśmy zadowoleni z tłumaczeń Ukraińców, którzy broniliby takiej pieśni podkreślając, że przecież: „Słowa pochwały dotyczą tylko militarnych zdolności Hitlera, a nie zbrodni, które on dokonywał i samego faktu wywołania przez niego niesprawiedliwej wojny” albo „Tu jest mowa tylko o tym, że Bandera miał uzyskać dla nas niepodległość, a nie pochwała jego błędnej ideologii”? Oczywistym jest, że takie usprawiedliwienia większość z nas z uznałaby za śmieszne wykręty dla skandalicznych sformułowań uświęconych przez te państwo.

    Tymczasem, z pod pewnymi względami podobną sytuacją, mamy do czynienia w przypadku naszego narodowego hymnu, a mianowicie „Mazurka Dąbrowskiego”, gdzie śpiewa się, iż „dał nam przykład Bonaparte, jak zwyciężać mamy!” oraz „Marsz, marsz Dąbrowski z ziemi włoskiej do Polski! Za twoim przewodem złączym się z narodem!„, „Co nam obca przemoc wzięła szablą odbierzemy!„. W tej pieśni wychwala się wszak tak dwuznaczne postacie jak Napoleon Bonaparte oraz Józef Dąbrowski. Oczywiście, zło wyrządzone przez Napoleona było znacznie mniejsze niż te uczynione przez Hitlera, jednak nie ulega wątpliwości, iż w historii zapisał się on bardzo dwuznacznie. Choć, co prawda,  ukrócił on pewne ekscesy rewolucji francuskiej, jednocześnie promując niektóre z dobrych jej idei (jak np. większą równość bez względu na pochodzenie klasowe), to jednak szerzył on też niejedną z nieprawości. Na przykład, w wydanym za jego rządów Kodeksie Cywilnym wprowadzone zostały rozwody, a instytucja małżeństwa została poddana laicyzacji. Z kolei, w Kodeksie karnym również przez niego uchwalonym podtrzymana została, dokonana wcześniej, bo w 1791 roku, legalizacja czynów homoseksualnych. Także na polu militarnym, dokonania Napoleona były wybitnie moralnie dwuznaczne. Wciągnął on wszak Europę w wir długiej, krwawej wojny, najeżdżając i prowokując wiele z krajów. Część z prowadzonych przez niego wojen z pewnością była agresywna i niesprawiedliwa, tak też choć nie jest on odpowiedzialny tak jak Hitler za ludobójstwo i masowe mordy na ludności cywilnej, to jednak nie do końca bez racji nazywany jest on przez niektórych „małym Hitlerem swych czasów”. Warto zresztą dodać, że po tym jak z rozkazu Napoleona jego armia najechała na Państwo Kościelne i splądrowała Rzym, został on ekskomunikowany przez papieża Piusa VII. Podobnie sprawa wygląda, z drugim bohaterem naszego hymnu, czyli generałem Józefem Henrykiem Dąbrowskim. Owszem, on też nie dorównywał w swych niegodziwościach Hitlerowi czy Banderze, ale nie zmienia to faktu, iż niezbyt nadaje się  do podziwiania i stawiania go innym za wzór. Był to bowiem założyciel jednej z lóż wolnomularskich „Wielkiego Wschodu”, a poza tym brał udział w niesprawiedliwych wojnach prowadzonych przez Napoleona, w tym inwazji na Państwo Kościelne, a także w tłumieniu powstań chrześcijan wiernych swym prawowitym władcom. Nie od rzeczy będzie też wspomnieć, iż podczas okupacji Państwa Kościelnego trzymał on konie swej armii w rzymskich kościołach, co raczej trudno interpretować inaczej niż w kategoriach wyrażanej przez niego w ten sposób pogardy dla katolicyzmu i chrześcijaństwa. Kompozytor i dyrygent Stanisław Hadyna w analizie okoliczności powstania naszego aktualnego hymnu, pisał w następujący sposób: „Gotów był do współpracy z każdym, byleby osiągnąć cel, a tym celem była wolna Polska. Był to najbardziej cierpliwy i uparty generał, który jak Twardowski podpisałby cyrograf na duszę diabłu, byle osiągnąć niepodległość Polski. (… ) kierował się zasadą ocalenia publicznego, która usprawiedliwiała moralnie wszystkie kombinacje polityczne, nagłe zmiany frontów, partnerów, sojuszników i wrogów„. Gdyby Hadyn mniej więcej w trafny sposób scharakteryzował postać gen. Dąbrowskiego oznaczałoby to, iż człowiek ten był swego rodzaju bałwochwalcą, który swą ojczyznę i naród stawiał ponad Boga i Jego przykazania. Można więc zapytać, czy aby na pewno dobrze by było, gdyby „pod jego przewodem złączylim się z narodem„?

    Wreszcie, słowa o tym, iż: „co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy” również są wysoce wątpliwe, zwłaszcza, gdy weźmiemy pod uwagę kontekst historyczny w którym stwierdzenie to zostało wymyślone. Czy bowiem tego chcemy, czy nie – nasz kraj został wówczas poddany rozbiorom za akceptacją ówczesnych władz Polski, przez co legalnymi rządzącymi dla Polaków stali się zaborcy. Poza tym, nawet, gdyby rozbiory nie były legalne, to i tak nie było przez długi czas żadnej realnej alternatywy w postaci równoległego, mającego jakieś prawne umocowania rządu, który mógłby sobie rościć – w opozycji do zaborców – prawo do reprezentowania Polaków. Tak czy inaczej więc, władzę państw zaborczych należało uznać za legalną i w związku z tym nie należało próbować jej obalać za pomocą zbrojnych rozruchów. Nawet, jeśli zabory byłyby moralnym złem wobec Polski i Polaków, to jak uczy św. Paweł Apostoł: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj!” (Rzymian 12: 21) oraz: „Nikomu złem za złe nie odpłacajcie” (Rzymian 12: 17).

     

    Czy więc uczniowie Pana Jezusa powinni wykonywać hymn, w którym chwali się postacie moralnie dwuznaczne, a także zachęca się do zwyciężania zła za pomocą zła i odpłacania niegodziwością za niegodziwość?  W tym wypadku nie umiem dać bardzo jednoznacznej odpowiedzi, ale co do siebie przyznam się, iż od wielu już lat celowo nie śpiewam naszego hymnu. Jakoś nie przekonują mnie bowiem wywody tych, którzy mówią, że „przecież Mazurek Dąbrowskiego nie chwali zła dokonywanego przez Bonaparte, ale jego odwagę i zmysł militarny”, tak jak nie przekonywałyby mnie pochwały udzielane mordercy przy dodaniu, iż chwaliło się tylko odwagę i zręczność takiego człowieka, a nie same jego czyny. Nie za bardzo też daję posłuch tym, którzy mówią, że owa pieśń „została uświęcona krwią tych, którzy ginęli w jej takt za Polskę”, gdyż ludzie umierali i dokonywali pewnych dobrych czynów również np. pod czerwonymi sztandarami (vide: żołnierze Armii Sowieckiej wyzwalający obóz koncentracyjny w Oświęcimiu). Nie przekonuje mnie też argument „z patriotyzmu”, gdyż miłość do własnej ojczyzny i narodowej tradycji oraz historii jest ważna, ale nie najważniejsza.

     

  6. Kto był „Katechonem” w czasie II wojny światowej?

    Leave a Comment

    Niedawno minęła kolejna, bo już 71 rocznica zwycięstwa tzw. Aliantów nad III Rzeszą. Jak co roku też, przy tej okazji, w szeroko pojętych środowiskach konserwatywnych pojawiły się głosy wyrażające wątpliwość odnośnie tego, czy aby na pewno dobrze się stało, iż armia Hitlera została pokonana przez siły USA, Wielkiej Brytanii i ZSRR (oraz inne pomniejsze państwa koalicji alianckiej). Argumentacja jaka pojawia się na rzecz tejże wątpliwości jest mniej więcej taka: Hitler, naziści oraz ich europejscy sprzymierzeńcy oczywiście mieli wiele poważnych wad i zbrodni, jednak w porównaniu z nimi Alianci byli jeszcze gorsi, gdyż reprezentowali połączenie polityczno-społecznego liberalizmu z komunizmem, które to ustroje zostały w efekcie porażki III Rzeszy narzucone Europie oraz dużej części świata pozaeuropejskiego. Zwolennicy takiej wizji historii podkreślają jeszcze przy tym, iż nawet jeśli sam Hitler był niechętny chrześcijaństwu, to jednak de facto wspierał w Europie siły konserwatywno-chrześcijańskie poprzez tworzenie zależnych od siebie państw rządzonych przez zwolenników takich opcji (Francja Vichy, Niezależne Państwa Chorwackie, Słowacja pod rządami x. Tiso, Węgry za Horthy’ego). Summa summarum, można by więc powiedzieć, iż w II wojnie światowej elementy konserwatywne i chrześcijańskie były silniej reprezentowane przez koalicję wytworzoną przez III Rzeszę aniżeli przez „masońsko-liberalnych” oraz komunistycznych Aliantów. Używając więc pewnego biblijnego sformułowania, w l. 1939 – 1945 swego rodzaju „Katechonem” powstrzymującym marsz „Antychrysta” był Hitler razem z jego sojusznikami, a nie niosący światu liberalizm, demokrację i komunizm Alianci.

    Choć na pierwszy rzut oka tego rodzaju spojrzenie może wydawać się nawet dość przekonywujące, to spokojniejsza jego analiza pozwala dostrzec jak poważne ono ma luki i wady.  Przyjrzyjmy się tym lukom i wadom poniżej.

    Czy można wszak np. twierdzić, iż polityka, ideologiczne założenia, praktyczne działania III Rzeszy i jej sojuszników ogólnie rzecz biorąc charakteryzowały się mniejszą ilością etycznego zła i doktrynalnych wypaczeń niż analogiczne rzeczy po stronie ich wojennych przeciwników, czyli Wielkiej Brytanii, USA i ZSRR? Choć odpowiedź na to pytanie nie wydaje się być bardzo prostą, gdyż w jej udzieleniu trzeba by uwzględnić wiele różnych aspektów oraz płaszczyzn, jak choćby różną sytuację poszczególnych krajów należących do obu stron konfliktu wojennego, to można z dużą dozą pewności powiedzieć, iż owszem więcej dobra i mniej zła było tu po stronie Aliantów, a nie III Rzeszy i jej sprzymierzeńców. Ot, choćby jeśli przyjrzymy się skalom zbrodni wojennych (tzn. mordy popełniane na spokojnie zachowujących się cywilach, seksualne gwałty, niehumanitarne traktowanie jeńców) popełnionych przez Niemcy, Japonię i inne państwa osi, to bez trudu dostrzeżemy, że takowych było co najmniej kilkukrotnie więcej niż tych czynionych przez Aliantów. Owszem i Aliantom zdarzały się czyny całkowicie niegodne i ohydne w rodzaju gwałcenia niemieckich kobiet, zabijania rozbrojonych i wziętych do niewoli niemieckich żołnierzy, czy też dywanowych nalotów na zamieszkane głównie przez cywilów niemieckie i japońskie miasta, jednak, choć wszystkie te czyny godne były surowej nagany, w swych rozmiarach w żaden sposób nie dorównywały podobnym działaniom ze strony Niemców, Japończyków czy Chorwatów. Przykładowo, najbardziej krwawe naloty Aliantów na Drezno, Tokio,  Hiroszimę i Nagasaki pochłonęły łącznie ok. 310 tysięcy ofiar cywilnych. To o 310 tysięcy osób za dużo, jednak ofiar samego zgotowanego Żydom przez Niemcy holocaustu było jakieś 5 do 6 milionów, a dodać by to tego trzeba jeszcze kilka milionów często  nieagresywnie zachowujących się osób cywilnych wymordowanych przez oddziały SS oraz Wehrmachtu w różnorodnych masakrach, rzeziach, zbiorowych egzekucjach, pacyfikacjach wsi, etc. Innym przykładem wyraźnej dysproporcji pomiędzy skalą zbrodni Aliantów z jednej strony i państwami Osi z drugiej jest choćby to, ilu jeńców niemieckich ocalało z sowieckiej niewoli, a ilu żołnierzy sowieckich wyszło żywych z hitlerowskich obozów. Choć, Sowieci mówiąc kolokwialnie „nie cackali się” z niemieckimi żołnierzami wziętymi do niewoli, to i tak ok. 2/3 z nich przeżyło tę niedolę. Jednak już tylko 1/3 sowieckich jeńców wojennych opuściła żywa niemieckie obozy do których byli wysyłani.

    Odrębną kwestią jest sprawa gwałtów popełnianych na kobietach przez żołnierzy walczących państw i w tym konkretnym punkcie rzeczywiście można mówić, iż prawdopodobnie „summa summarum” liczba nadużyć popełnionych przez Aliantów (wliczając w to również żołnierzy ZSRR) była znacznie wyższa niż ta czyniona przez Niemców (łącznie prawie 3 miliony zgwałconych niewiast). To jednak i tak jest to kilka razy mniej ofiar niż suma zbrodni czynionych przez państwa Osi. Ogólnie rzecz biorąc bilans zbrodni i nadużyć, od której strony by nie spojrzeć, ciągle jest o wiele wyższy po stronie Niemców, Japończyków i ich sojuszników aniżeli po stronie Aliantów.

     

    A co z ideologią i praktyką hitlerowskich Niemiec, Japonii i ich satelickich państw? Czy rzeczywiście można powiedzieć, iż zawierały one więcej pozytywnych elementów niż państwowość USA, Wielkiej Brytanii, czy choćby nawet Związku Sowieckiego? Ktoś po stronie plusów np. III Rzeszy może podawać  obowiązujący tam zakaz aborcji, homoseksualizmu, pornografii czy prostytucji. Tyle tylko, że po pierwsze, takie rzeczy były w tamtych czasach nielegalne też w „liberalno-masońskich” USA i Wielkiej Brytanii, a także ZSRR. Po drugie zaś, zakaz owych nieprawości w nazistowskich Niemczech miał więcej wyjątków i wyłomów aniżeli w wymienionych wyżej krajach. Przykładowo, zabijanie dzieci poczętych owszem było tam zabronione, jednak nie wówczas, gdy owe dziecko pochodziło z rodziców dziedzicznie obciążonych, albo jedno z jego rodziców było żydowskiego pochodzenia. Z kolei, pornografia i prostytucja, choć były nielegalne, to z drugiej strony władze III Rzeszy w czasie wojny zaczęły popierać wydawanie prasy erotycznej, tworzenie domów publicznych dla niemieckich żołnierzy, a jeszcze przed wojną wspierały (w celu większej prokreacji) seks przedmałżeński, a także zliberalizowały wcześniejsze prawo rozwodowe (np. mąż mógł się swobodnie rozwieść nawet z nienagannie prowadzącą się żoną, o ile opuścił ją dla innej kobiety i poprzedzone to zostało trwającą trzy lata separacją). Domniemany więc konserwatyzm obyczajowy III Rzeszy przy bliższym przyjrzeniu się  okazuje się więc mocno selektywny, ułomny oraz czyniący w wielu swych aspektach większe ustępstwa na rzecz libertynizmu niż wiele innych współczesnych mu, a dziś przez niektórych nazywanych „liberalno-masońskimi” państw.

    Również jeśli chodzi o stosunek III Rzeszy do religii chrześcijańskiej to ów z pewnością nie był lepszy niż w USA czy Wielkiej Brytanii. To bowiem, w nazistowskich Niemczech, a nie Wielkiej Brytanii, zamykano do więzień i obozów setki księży i pastorów, stopniowo wyrzucano krzyże ze szkół i urzędów, ingerowano w nauczanie religii próbując zeń usuwać niezgadzające się z państwową ideologią elementy (np. wzmianki o Abrahamie, Izaaku, Jakubie – powód, zbyt mocno kojarzyli się z żydowskością), masowo indoktrynowano młodzież w jawnie antychrześcijańskim duchu. Ktoś powie na to, że przecież w ZSRR prześladowania chrześcijaństwa były ostrzejsze niż w Niemczech – to prawda, jednak, paradoksalnie rzecz biorąc, było tak do pewnego czasu i kiedy antychrześcijańskie represje wzmagały się w III Rzeszy, w państwie sowieckim zaczęły one tracić na swej sile (to za Stalina w czasie II wojny światowej otworzono część zamkniętych cerkwi , a nawet przywrócono kapelanów w armii). A co powiedzieć o Japonii, gdzie obywatelom narzucano czczenie cesarza jako boga?

    I w  tym więc aspekcie, uwzględniając sytuację poszczególnych krajów będących członkami skonfliktowanych ze sobą obozów wojennych, bardzo wątpliwe okazuje się założenie, jakoby państwa Osi charakteryzowały się jakąś wyższością w stosunku do państw alianckich.

    A co z państwami satelickimi III Rzeszy, które rzeczywiście nieraz miały charakter konserwatywno-chrześcijański (Vichy, Słowacja, Chorwacja, Węgry, Rumunia)? Czy nie przeważają one szali negatywów i pozytywów na korzyść Osi? Cóż, w kontekście tamtych czasów ów konserwatyzm tyczył się w bardziej silny sposób odrzucenia przez rządy tych państw demokracji, parlamentaryzmu i idei równości wobec prawa, co samo w sobie nie jest jakimś wielkim plusem, który wyróżniałby owe na tle USA czy Wielkiej Brytanii (np. ustrój demokratyczny nie jest zły sam w sobie, więc jego odrzucenie nie stanowi czegoś, za co należałoby dany rząd wielce pochwalać). Jeśli zaś chodzi o obyczajowy konserwatyzm owych rządów, to nawet, jeśli w pewnych swych aspektach był on mocniejszy i konsekwentniejszy niż takowy w wykonaniu III Rzeszy, to i tak w ówczesnych czasach nie był on jakimś ewenementem (konserwatywne pod tym względem, jak już wspomniałem powyżej były też Wielka Brytania, USA, a nawet w pewnym sensie Związek Sowiecki). Poza tym, czy np. fakt, iż za rządów chorwackich ustaszy bardziej gorliwie represjonowano aborcję i homoseksualizm sprawia, iż przysłowiowym „pikusiem”, nie wartym większego roztrząsania jest to, iż ci sami ustasze często w niezwykle okrutny i bestialski sposób zamordowali ok. 700 tysięcy prawosławnych, Żydów i Cyganów?

     

    Czy zatem, aby na pewno, zwycięstwo Aliantów popchnęło świat w gorszym kierunku niż miałoby to miejsce w przypadku wygrania II wojny światowej przez Niemcy, Japonię i ich sojuszników? Czy demokracja, parlamentarne formy rządów, a nawet socjalizm, jaki wszedł w wyniku tego zwycięstwa do krajów Europy Środkowo-Wschodniej, były bardziej zbrodnicze, niemoralne i błędne ideologiczne od tego co niósł Hitler i naziści?  Obawiam się, że summa summarum odpowiedź na to pytanie jest korzystna dla państw alianckich. To one w II wojnie światowej spełniały rolę biblijnego „Katechona”, a więc kogoś kto powstrzymuje i ogranicza rozrost zła. Świat z nazistowskim i germańskim Imperium prawdopodobnie byłby światem znacznie gorszym, zdeprawowanym i zbrodniczym niż świat, w którym zwyciężyły zachodnie demokracje nawet wraz ze Związkiem Sowieckim.

     

     

  7. Coś o Piłacie, Hitlerze, Nabuchodonozorze i zaborcach

    Leave a Comment

    W odniesieniu do  artykułu opublikowanego pt. „O tym, dlaczego zaborcy stanowili legalną władzę dla Polaków” pojawiło się kilka krytycznych głosów, do których chciałbym się niniejszym odnieść.

    Hitler legalnym władcą dla Polaków?

    A więc, tradycyjnie przy okazji podkreślania, w odniesieniu do naszego narodu i kraju, biblijnej prawdy o tym, że „każda władza pochodzi od Boga” odezwały się mniej lub bardziej ironiczne albo szydercze głosy w stylu, iż „w takim razie Polacy powinni poddać się też władzy Hitlera, który podbił i najechał nasz kraj„. Jest to jednak, wbrew pozorom dość słaba analogia z władzą zaborców nad Polską. Państwom zaborczym rządy nad naszym krajem zostały bowiem oficjalnie przekazane przez wcześniejszych władców Polski. W odniesieniu zaś do III Rzeszy, która najechała i podbiła Drugą Rzeczpospolitą nie tylko, że taka sytuacja nie miała miejsca, ale jeszcze zachowana została prawna sukcesja rządu w tym państwie wcześniej władającego, który to w żaden sposób nie zrzekł się  władzy nad Polską na rzecz Hitlera i jego namiestników. W czasie niemieckiej okupacji w l. 1939 – 1945 – w odróżnieniu od sytuacji mającej miejsce pod zaborami – ciągle istniał (tyle, że na emigracji) rząd II Rzeczpospolitej, który w dodatku miał na terenie Polski własne struktury wojskowe (Armia Krajowa), administracyjne i sądowe. Przynajmniej więc na płaszczyźnie stricte prawnej sytuacja Polski pod zaborami i pod hitlerowską okupacją różniła się diametralnie. Hitler owszem, przynajmniej do pewnego poziomu oraz etapu reprezentował legalną władzę, tyle, że dla Niemców (przez których został wybrany zgodnie z prawem i konstytucją), jednak Polacy ciągle mieli swego prezydenta, premiera i ministrów oraz ich reprezentantów pod okupacją.

    Nabuchodonozor legalnym władcą dla Żydów?

    Innym głosem krytycznym przeciwko uznaniu zaborców za legalną władzę dla Polaków było podkreślanie, iż – poza Austrią – rządy sprawowali tam niekatolicy, a wszak czy godzi się uznawać polityczną zwierzchność niekatolików nad katolikami? Ten argument jest jednak bardzo słaby z wielu względów. Ot, choćby nietrudno byłoby wskazać, iż Pan Bóg aprobował nie tylko władzę niekatolików nad katolikami, ale coś znacznie dalej idącego rządy pogan nad wybranym przez siebie ludem Izraela, a później też nad chrześcijanami. Dobrym przykładem tej pierwszej sytuacji jest choćby najazd i podbicie w niewolę Żydów przez pogańskiego króla Nabuchodonozora. W biblijnej księdze Jeremiasza jest napisane w sposób bardzo jasny, iż Bożym postanowieniem było, aby Żydzi w karze za swe grzechy poddali się władzy tego króla. Czytamy tam m.in:

    Teraz zaś dałem wszystkie te ziemie w ręce Nabuchodonozora, króla babilońskiego, mojego sługi; oddaję mu nawet zwierzęta polne, by mu służyły. (…) Naród i królestwo, które nie chciałyby służyć Nabuchodonozorowi, królowi babilońskiemu, i które nie poddałyby swego karku pod jarzmo króla babilońskiego, nawiedzę mieczem i zarazą – wyrocznia Pana – dopóki nie oddam ich w jego ręce. (…) Narodowi zaś, który podda swój kark pod jarzmo króla babilońskiego, by mu służyć, pozwolę spoczywać w swej ziemi – wyrocznia Pana – będzie ją uprawiał i w niej mieszkał».

    Do Sedecjasza, króla judzkiego, powiedziałem, zgodnie z tymi wszystkimi słowami: «Poddajcie swe karki pod jarzmo króla babilońskiego, służcie jemu i jego narodowi, a będziecie żyć. Dlaczego chcecie umrzeć, ty wraz ze swym narodem, od miecza, głodu i zarazy, jak to przepowiedział Pan o narodzie, który nie chciałby służyć królowi babilońskiemu?  Nie słuchajcie też słów proroków, mówiących do was: „Nie będziecie służyć królowi babilońskiemu”. Prorokują wam bowiem kłamstwo (Jeremiasz 27: 6, 8, 11 – 14).

    Warto dodać, iż jeden z biblijnych proroków, a mianowicie Daniel stał się nawet wysoko postawionym urzędnikiem na dworze pogańskiego króla Babilonii (co wielu patriotów i nacjonalistów mogłoby uznać za akt zdrady narodowej). Poza tym trudno, nie widzieć dość daleko idących analogii i podobieństw pomiędzy sytuacją Żydów w niewoli u Nabuchodonozora, a rozbiorami Polski. Tak bowiem jak Żydzi dostali się w tę niewolę w karze za popełniane przez siebie nieprawości, tak i upadek oraz rozbiory Polski poprzedzone były długim okresem narastania w naszym kraju różnych występków, wad i grzechów. By wspomnieć choćby o coraz bardziej uciążliwych i okrutnych formach pańszczyzny czy rozwijającej się się kulturze sarmackiej. co do której wielu aspektów można by zastosować biblijne ostrzeżenie o „ludziach mających pozór pobożności lecz wyrzekających się jej mocy” ( 2 Tymoteusz 3: 5)  – z jednej strony ostentacyjna nieraz wręcz religijność, z drugiej pielęgnowanie wielu grzechów, np. pijaństwa, pieniactwa, obżarstwa, pojedynków). I tak jak Żydzi, tak nasz naród został oddany pod panowanie władzy w dużej mierze sobie obcej. Istnieje jeszcze jedno podobieństwo – otóż, tak jak Żydzi po pobycie w niewoli babilońskiej nie wracali już później przynajmniej do jednego ze swych grzechów, a mianowicie bałwochwalstwa, tak Polakom rozbiory w pewnych ważnych aspektach wyszły na dobre, np. w czasie ich trwania zniesiona została pańszczyzna chłopów, ukrócono samowolę szlachty, a także ogólnie rzecz biorąc w życie naszego narodu wniesiono więcej poczucia porządku, społecznej dyscypliny, pracowitości i solidności.

    Prawdopodobnie więc rację mieli ci, z kościelnych kaznodziejów, którzy twierdzili, iż rozbiory były dla Polski i Polaków karą Bożą za ich grzechy. Najwidoczniej, tak nam, jak i Żydom potrzebne było takie skarcenie, byśmy mogli pewne rzeczy przemyśleć oraz do pewnych postaw dojrzeć.

    Innym z przykładów, kiedy to już chrześcijanie pokornie poddawali się pod władzę pogan były choćby pierwsze wieki po Chrystusie, kiedy to wyznawcy Pana Jezusa żyli w Imperium Rzymskim. Ich postawę w taki sposób charakteryzował ks. Piotr Skarga:

    Nie doznana rzecz, póki chrześcijanom Pan Bóg dawał panów pogańskich, aby im się kiedy Święci Męczennicy mocą bronili, albo na ich urzędników rękę podnieśli i lud burzyli. Znali w nich z Apostołem moc i urząd Boski, i źle a niewinnie rozlewających krew ich czcili, i byli posłuszni tam, gdzie jawnego grzechu w ich rozkazaniu nie było, chociaż z największą szkodą, żalem i utratą majętności i zdrowia swego„.

    Z kolei  papież Leon XIII w encyklice „Diuturnum illud” w taki sposób chwalił nastawienie pierwszych chrześcijan:

    „Inna sprawa była, gdy cesarze przez swoje dekrety lub pretorzy przez swoje groźby chcieli ich zmusić do sprzeniewierzenia się wierze chrześcijańskiej lub innym obowiązkom: w takich chwilach woleli zaiste odmówić posłuszeństwa ludziom niż Bogu. Wszakże i w podobnych okolicznościach dalecy byli od tego, aby jakikolwiek wszczynać bunt i majestat cesarski obrażać, a jednego tylko żądali, aby wolno im było swoją wiarę otwarcie wyznawać i być jej niezachwianie wiernymi. Poza tym nie myśleli o żadnym buncie, a na tortury szli tak spokojnie i ochoczo, że wielkość ich ducha brała górę nad wielkością zadawanych im mąk„.

    Jedna z tradycyjnych reguł logiki i interpretacji mówi, iż „jeśli dozwolone jest coś większego, to tym bardziej dozwolone jest coś mniejszego„. A zatem jeżeli Żydzi i chrześcijanie mieli podporządkować się politycznej władzy sprawowanej przez pogan, to tym bardziej Polacy-katolicy powinni uznawać i respektować nad sobą rządy prawosławnych Rosjan i luterańskich Prusów (nie wspominając już o katolickiej Austrii).

    Poncjusz Piłat legalnym rządcą Izraela?

    Pojawił się też argument kwestionujący wysnutą przeze mnie tezę, jakoby Pan Jezus i Apostołowie uznawali władzę Imperium Rzymskiego nad Izraelem. Stwierdzono nawet, iż uzasadniając ten pogląd stosuję zasadę „Sola Scriptura” („Tylko Pismo”). Cóż, ów argument mych krytyków jest bardzo naciągany, gdyż ze swej strony mógłbym go łatwo odwrócić i powiedzieć, że ci, którzy kwestionują mój pogląd odwołują się do swej własnej prywatnej interpretacji Pisma świętego (albo może jej braku jakiejkolwiek wykładni w tej sprawie). Nawet, gdyby bowiem nie było jakiejś wykładni Ojców Kościoła czy Magisterium na ten temat (czego wcale nie jestem pewien), to nie ma też takowej interpretacji na rzecz przeciwnej memu poglądowi tezy. Poza tym, zasada „Sola Scriptura” oznacza, iż odrzuca się autorytatywną i wiążącą rolę Tradycji Apostolskiej oraz interpretacji dawanej przez Ojców i Urząd Nauczycielski Kościoła, a nie, że odnośnie jakiejś wypowiedzi Pisma świętego, w której być może takiej wykładni jest brak, stosuje się zasady logicznego myślenia.

    Ale przejdźmy do konkretnych fragmentów Biblii, które wydają się przemawiać za tym, iż rzeczywiście Zbawiciel uznawał władzę Imperium nad Żydami za legalną i wiążącą ich sumienia. Tak więc zapytany o to, czy należy płacić podatki cesarzowi, wskazując na monetę podatkową z wizerunkiem owego władcy odpowiedział: „Oddawajcie więc, co jest cesarskie cesarzowi, a co Bożego Bogu” (Mateusz 22, 21). Czy była to odpowiedź tylko „salonowa” albo „kurtuazyjna”? Nie sądzę, gdyż Chrystus wskazał w ten sposób na pewien moralny obowiązek, przez co też de facto uznał legalność rzymskiej władzy (to bowiem legalny rząd ma moralne prawo wymagać podatków od swych poddanych).

    Jeszcze bardziej zaś są wymowne słowa, jakie Pan Jezus rzekł do rzymskiego namiestnika na Palestyną, Poncjusza Piłata: „Nie miałbyś nade mną władzy, gdyby nie była ci ona dana z góry” (Jan 19, 10 – 11). Skoro, ta władza została dana mu „z góry” to znaczy, że pochodziła ona od samego Boga.

    Poza tym, pomijając już wszystkie inne, stwierdzenie, iż powyższe fragmenty prawdopodobnie oznaczają, że Jezus Chrystus uznawał władze Imperium Rzymskiego nad Palestyną za legalną, jest najprostszą i najbardziej logiczną ich interpretacją, za to kwestionowanie tego typu wniosków wymaga wielu skomplikowanych kombinacji myślowych, przez co zachodzi podejrzenie, iż mają one na celu przysłowiowe „odwracanie kota ogonem”.

    Odrzucić patriotyczne fetysze

    Kończąc pragnę przypomnieć coś, co już przy różnych okazjach pisałem. Takie rzeczy i wartości jak niepodległość, miłość do ojczyzny, narodowa tradycja są ważne, ale nie najważniejsze. Nie można czynić sobie z nich bożka czy fetysza, ale muszą być one podporządkowane wyższym od nich prawdom i zasadom. Gdybyśmy o tym pamiętali na co dzień, zapewne łatwiej byłoby nam Polakom przełknąć gorzką, ale tym nie mniej odżywczą pigułkę prawdy o tym, iż nasi zaborcy mogli być naszymi legalnymi władcami, a zabory mogły stanowić dla naszego kraju oczyszczającą karę Bożą.

     

     

  8. Paradoks błogosławionego Franciszka Jägerstättera

    Leave a Comment

    Zapewne większość z Czytelników słyszała o  postaci błogosławionego Franza (po polsku – Franciszka) Jägerstättera.

    On był – w czasie II wojny światowej – jednym z nielicznych katolików, który w swym sumieniu doszedł do jasnego rozeznania, iż wojna prowadzona przez Hitlera jest ewidentnie niesprawiedliwa i dlatego nawet za cenę śmierci, musi odmówić służenia w armii III Rzeszy oraz złożenia przysięgi wojskowej, w której zobowiązałby się do bezwzględnego posłuszeństwa Adolfowi Hitlerowi.

    Chociaż teoretycznie rzecz biorąc, sprawa była prosta, choćby z tego względu, że o ile posłuszeństwo władzom cywilnym jest ważną zasadą moralną, to nikomu z ludzi nie należy się absolutne i bezwzględne posłuszeństwo, gdyż „trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi” (Dzieje Apostolskie 5, 29) to jednak bł. Franz był w tej swej postawie i przekonaniu niemal całkowicie osamotniony. Mimo, że przez lata miliony katolików słyszały nauczanie o tym, iż „trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi” z ust tysięcy swych księży, kiedy „przyszło co do czego”, błogosławiony Franciszek Jägerstätter był jednym z zaledwie 6 niemieckich katolików, który odmówił swego udziału w niesprawiedliwej wojnie i złożenia przysięgi na bezwzględną wierność Adolfowi Hitlerowi.  Inni pobożni katolicy kręcili na to głową, a do zmiany decyzji próbowali namawiać go nawet księża i biskupi. Ale on doszedł do wniosku, iż nauczanie katolickie wymaga od niego, by nie brał udziału w tej niesprawiedliwej wojnie jaką prowadził Hitler. Pomyślmy jak to wtedy wyglądało? Nikt z pobożnych katolików nie dochodzi do tego wniosku, księża i biskupi doradzają mu, by jednak wstąpił do armii, a ten się jeden upiera twierdząc, iż jego decyzja wynika z nauczania Kościoła. Wielu pewno myślało: „To jakiś wariat, albo ukryty świadek Jehowy, wszak to jehowici powszechnie odmawiają służby wojskowej, a katolicy posłusznie wstępują do Wermachtu i nawet, jeśli nie zgadzają się z Hitlerem, to walczą za swoją ojczyzną„.

    I komu po wielu latach „de facto” rację przyznał Kościół wynosząc go do ołtarzy? Tym, którzy namawiali go, by jednak przyjął wezwanie na front czy temu samotnikowi, który uparł się, iż logicznym wnioskiem płynącym z nauczania katolickiego jest to, iż nie może wziąć udziału w prowadzonej przez Hitlera wojnie (oraz składać mu przysięgi bezwzględnej wierności)???

    Jaki płynie wniosek z tej historii? Istnieją czasy i miejsca, gdy płynąca ze znajomości nauczania katolickiego, wierność pewnym Bożym zasadom, będzie wywoływać konsternację i niezrozumienie również ze strony zdecydowanej większości pobożnych katolików, a nawet duchownych. Jeśli więc drogi Czytelniku powiesz któremuś ze swych wierzących katolickich znajomych, iż np. nie pójdziesz na dyskotekę, bal albo na damsko-męską plażę i usłyszysz w związku z tym pełną niezrozumienia uwagę: „Tyle lat chodzę do kościoła i nigdy nie słyszałem, by ksiądz mówił coś przeciwko tym rzeczom” to nie bądź tym ani trochę zdziwiony.