Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: herezja

  1. Czy Joe Biden jest katolikiem?

    Możliwość komentowania Czy Joe Biden jest katolikiem? została wyłączona

    W ostatnim czasie uwadze niektórych komentatorów nie umknęła okoliczność, iż prezydent-elekt USA, czyli Joe Biden, jest drugim po Johnie F. Kennedym amerykańskim politykiem, który został wybrany na to najwyższe w owym państwie stanowisko, deklarującym się jednocześnie w sposób jawny jako wierzący oraz praktykujący katolik. Jest to swego rodzaju ewenement, gdyż w przeszło 200-letniej historii tej demokracji i republiki coś takiego wydarzyło się tylko dwa razy. Z drugiej strony nie sposób jednak przejść do porządku rzeczy nad wątpliwościami, jakie odnośnie deklarowanego przez prezydenta-elekta katolicyzmu podnoszą niektórzy co bardziej konserwatywni publicyści katoliccy. Jest bowiem wiedzą publiczną, iż Joe Biden w swej działalności politycznej od dawna wspiera małżeństwa sodomickie oraz legalność aborcji, a więc rzeczy, które w jasny sposób są potępiane przez nauczanie katolickie. Czy więc nowy prezydent Stanów Zjednoczonych może być rzeczywiście katolikiem popierając takie niegodziwości? A może w rzeczywistości jest on heretykiem, któremu zdaje się, że jest katolikiem, albo który udaje katolika?

    Odpowiedź na powyższe pytania nie jest wcale tak łatwa i prosta, jak mogłaby się z pozoru wydawać. Żadna z „zerojedynkowych” odpowiedzi nie jest tu bowiem łatwa do stwierdzenia. Ani wszak stwierdzenie: „Joe Biden jest katolikiem„, ani „Joe Biden jest heretykiem” nie okazują się być po bliższym przyjrzeniu w pełni zadowalające. Osobiście przychylałbym się do twierdzenia, iż o nowym prezydencie USA nie należy mówić w bardziej pewny sposób „Jest katolikiem” albo „Jest heretykiem„, ale powinno się raczej używać wobec niego jednego z bardziej „przedsoborowych” określeń teologiczno-kanoniczych, a mianowicie, że jest on „podejrzany o herezję„. Poniżej postaram się wyjaśnić, dlaczego postrzegam prezydenta-elekta Joe Bidena właśnie w ten sposób.

    ***

    Po pierwsze: by zarzucić komuś herezję i „niebycie katolikiem” nie wystarczy wskazać na popełnianie przez daną osobę, choćby i w sposób jawny oraz uporczywy zachowań, które są materią ciężkiego grzechu. Co więcej, nawet gdybyśmy byli pewni, iż taka osoba nie tylko czyni coś będącego materią ciężkiego grzechu, ale jeszcze dodatkowo ściąga na swe sumienie ciężką winę to i tak to samo nie uprawniałoby jeszcze nas do twierdzenia, iż taki człowiek dopuszcza się herezji, a co za tym idzie, nie jest katolikiem. Człowiek bowiem, który z jednej strony na poziomie intelektualnym zgadza się, iż dane zachowanie jest moralnie złe, ale i tak decyduje się je praktykować, ciągle jest katolikiem. Dodam, że nawet jeśli za swe złe czyny taka osoba nie żałuje, ale mimo to, na płaszczyźnie rozumowej oraz intelektualnej przyznaje, iż popełniane przez niego zachowania są moralnie złe, taki ktoś jest nadal katolikiem. Oczywiście, ów osobnik jest złym katolikiem, który znajduje się na drodze do piekła, ale jednak tak czy inaczej jest on/ona katolikiem. To co, czyniłoby takiego człowieka heretykiem to uporczywe zaprzeczanie, iż pewne praktykowane przez niego niemoralne rzeczy są moralnie złe, nie zaś same choćby i wieloletnie oraz pozbawione szczerej skruchy ich praktykowanie (o czym szerzej poniżej). Przenosząc zaś powyższe rozróżnienie na grunt działalności politycznej czy urzędowej, to można wyobrazić sobie sytuację, w której ten czy inny polityk albo urzędnik czyni coś moralnie bardzo złego, pomimo swej intelektualnej zgody na nauczanie katolickie w danej sprawie. Na przykład, niektórzy politycy mogą głosować za legalizacją aborcji, nie dlatego, iż uważają ją za moralnie dobrą w pewnych okolicznościach (co byłoby już herezją), ale dlatego, że boją się ostracyzmu ze strony swych partyjnych kolegów. Podobnie, ten czy inny urzędnik może udzielać ślubów parom sodomitów i lesbijek, nie dlatego, iż uważa czyny homoseksualne za dobre lub przynajmniej obojętne moralnie, ale może on to czynić z obawy przed utratą swej pracy. Osobiście podejrzewam, iż Joe Bidena raczej nie dotyczą tego rodzaju okoliczności i przynajmniej za jego publicznym wspieraniem sodomickich „małżeństwo” stoi jego wewnętrzne intelektualne przekonanie, to jednak nawet to podejrzenie nie rozwiązuje do końca problemu, czy w takim razie powinien być on uważany za heretyka.

    ***

    Po drugie: zgodnie chociażby z kanonem 751 Kodeksu Prawa Kanonicznego herezją jest uporczywe po przyjęciu chrztu negowanie lub (pozytywne) powątpiewanie tym elementom nauczania katolickiego, które należy przyjmować wiarą Boską i katolicką. Jak zaś uczy Sobór Watykański I:

    wiarą boską i katolicką należy wierzyć w to wszystko, co zawiera się w słowie Bożym spisanym lub przekazanym, i jest do wierzenia przedkładane przez Kościół – albo uroczystym orzeczeniem, albo zwyczajnym i powszechnym nauczaniem – jako objawione przez Boga (Patrz: „Konstytucja dogmatyczna o wierze katolickiej”, Rozdział III, p. 34) .

    Od razu dodam, iż herezją może być negowanie bądź (pozytywne) powątpiewanie o prawdach i zasadach, o których Magisterium Kościoła w sposób nieomylny uczy w zakresie moralności. Na przykład, jeśli ktoś uważa, iż onanizm albo bezpośrednie zabijanie niewinnych nie są wewnętrznie złe, dopuszcza się w ten sposób co najmniej materialnej herezji. Na poparcie tego mego stwierdzenia mogę podać przykłady konkretnych wypowiedzi Magisterium Kościoła, w których pewne błędne wypowiedzi odnoszące się do postępowania na płaszczyźnie moralnej zostały zakwalifikowane jako właśnie „heretyckie”.

    I tak np. Sobór w Konstancji potępił następujący pogląd:

    „Każdy tyran może i powinien, w sposób dozwolony i słusznie, zostać zgładzony przez jakiegokolwiek swego wasala czy poddanego, także przy użyciu zasadzki, fałszywego pochlebstwa czy udawania miłości, bez względu na złożoną mu przysięgę albo zawarte z nim przymierze, bez czekania na wyrok czy polecenie jakiegokolwiek sądu” (Patrz: Sesja XVII, V, 2).

    Ojcowie tego soboru uzasadnili napiętnowanie owego poglądu, w taki oto sposób:

    Pragnąc przeciwstawić się temu błędowi i usunąć go z korzeniami, święty synod, po dojrzałym namyśle ogłasza, orzeka i ustala, że doktryna tego rodzaju jest błędna w wierze i z punktu widzenia obyczajów, odrzucają i potępia jako heretycką, gorszącą, wywołującą niepokój i otwierającą drogę dla fałszu, oszustwa, kłamstwa, zdrady i wiarołomstwa. Ponadto ogłasza, orzeka i określa, że ci, którzy z uporem podtrzymują tę najbardziej zgubną doktrynę, są heretykami i jako tacy powinni być karani według prawnych sankcji kanonicznych.” (Patrz: Sesja XVII, V, 3, podkreślenia moje – MS).

    Z kolei Sobór w Vienne tak wypowiedział się na temat tych, którzy broniliby uprawiania lichwy:

    (…) Jeśli ktoś popadłby w taki błąd, że śmiałby z uporem twierdzić, iż uprawianie lichwy nie jest grzechem, postanawiamy, że powinien być ukarany jako heretyk, przy czym zobowiązujemy stanowczo miejscowych ordynariuszy i inkwizytorów niegodziwości herezji, aby występowali przeciw oskarżonym lub podejrzanym o tego rodzaju błąd tak samo, jak nie wahają się występować przeciw oskarżonym lub podejrzanym o herezję.” (podkreślenie moje – MS).

    Kongregacja Nauki Wiary zaś w dokumencie o nazwie „Wyjaśnienie doktrynalne dotyczące końcowej części formuły <Wyznania wiary>” z dnia 29 czerwca 1998 roku prawdę nauczania katolickiego głoszącą, iż: „bezpośrednie i umyślne zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej jest niezwykle poważnym wykroczeniem moralnym” zaliczała do rzędu tych prawd, które:

    „(…) powinny być przez wszystkich wierzących przyjęte z wiarą teologalną. Dlatego gdyby ktoś uporczywie podawał je w wątpliwość lub odrzucał, podlegałby cenzurze herezji, zgodnie z odnośnymi kanonami Kodeksów kanonicznych”.

    Jeśli więc, Joe Biden na płaszczyźnie intelektualnej i rozumowej przyjmuje błędne tezy o braku wewnętrznego zła sodomii albo aborcji to oczywiście dopuszcza się on w ten sposób materialnej herezji. Materialna herezja nie jest jednak jeszcze w pełni tego słowa herezją. Herezją w sensie bardziej ścisłym jest dopiero „uporczywe” przyjmowanie heretyckich tez. A z taką sytuacją mamy do czynienia między innymi wtedy, gdy ktoś dobrze wie, że przyjmowany przez niego pogląd jest nie do pogodzenia z nieomylną częścią nauczania Kościoła. Sytuacja byłaby więc jasna i jednoznaczna, gdyby Joe Biden powiedział coś w stylu: „Tak wiem, iż aborcja oraz czyny homoseksualne są potępione przez nieomylne wypowiedzi Magisterium Kościoła, ale mimo to nie zgadzam się z tym nauczaniem„. Wtedy oczywiście mielibyśmy do czynienia z herezją formalną, a nie tylko materialną ze strony prezydenta-elekta USA. Jednakże, przynajmniej póki co, nie możemy całkowicie wykluczyć tego, iż prezydent Biden przyjmuje takie heretyckie tezy nie mając owej wiedzy. Oczywiście, naiwnością byłoby przypuszczać, że ów już wszak sędziwy mężczyzna w ogóle nie ma świadomości tego, iż przyjmowane przez niego opinie są w jakiś sposób sprzeczne z nauką Kościoła. Takie przypuszczenie można by może formułować względem 12-letniego chłopca, który uczęszcza do kościoła może raz na 2 miesiące, a nie wobec niemal 80-letniego mężczyzny, który co tydzień uczestniczy w niedzielnej Mszy świętej. Mimo to jednak Joe Biden może – w sposób szczery – uważać, iż kwestionowane przez niego nauczanie katolickie nie należy do tego typu doktryny, która jest nieomylna i którą należy przyjmować wiarą Boską i katolicką. W takim wypadku byłby on odpowiedzialny jedynie za przyjmowanie herezji materialnej, ale nie popadałby on jeszcze w herezję formalną. Inna sprawa, że jeśli tak miałoby być, to tym bardziej pasterze Kościoła powinni starać się wyprowadzić Joe Bidena z błędu, publicznie napominając go w tej kwestii oraz wzywając do porzucenia takich heretyckich opinii. W sytuacji, gdy nie jest to w sposób jasny czynione, a sam Biden otrzymuje Komunię świętą z rąk nawet i papieża Franciszka, polityk ten może być tym bardziej utwierdzany w swym ewentualnie błędnym przekonaniu o braku nieomylnego nauczania Kościoła w kwestiach wewnętrznego zła czynów homoseksualnych oraz aborcji.

    ***

    Joe Biden niekoniecznie jest zatem formalnym heretykiem. Jak już jednak wspomniałem, w przedsoborowej teologii i prawie kanonicznym istniała odrębna, acz zbliżona do heretyków kategoria osób „podejrzanych o herezję”. Ty mianem określano ochrzczonych katolików, którzy np. dawali na wychowanie swe dzieci w religii niekatolickiej, zawierali małżeństwo przed pastorem a nie księdzem czy też pomagali w szerzeniu herezji. Tytułem analogii prezydent-elekt Biden może być traktowany jako „podejrzany o herezję”, gdyż wytrwale przez wiele lat sprzyjał szerzeniu się herezji o braku wewnętrznego zła aktów sodomskich oraz zabijania niewinnych osób ludzkich poprzez chociażby swe głosowania czy fakt, iż będąc jeszcze wiceprezydentem udzielał on ślubu dwóm homoseksualistom. Poza tym, o ile nie można wykluczyć, że nie wie on o tym, iż nauczanie Kościoła w nieomylny sposób potępia aborcję oraz czyny homoseksualne, to podejrzenie to można równie dobrze odwrócić w drugą stronę. A mianowicie, nie można wykluczyć, że Joe Biden dobrze wie o tym, że wspierane przez niego nieprawości są napiętnowane w per se nieomylnej części doktryny katolickiej, jednak mimo to, postanawia je publicznie popierać oraz bronić.

    Na sam koniec dodam, iż mimo swej niepewności co do formalnej herezji, w jaką nowy prezydent USA miałby popaść, uważam za słuszny fakt odmówienia mu swego czasu udzielenia Komunii świętej przez jednego z katolickich duchownych. Nawet bowiem, gdyby przyjąć domniemanie, iż Joe Biden wspiera legalność aborcji i homoseksualizm z innych powodów niż przyjęcie przez siebie heretyckich opinii na ten temat to tak czy inaczej takie wsparcie jest obiektywnie rzecz biorąc materią grzechu ciężkiego. A osoby jawnie żyjące w zachowaniach będących obiektywnie materią ciężkiego zła powinny być wedle Prawa kanonicznego nie dopuszczane do Komunii świętej. Oczywiście, niestety nie mam złudzeń, że tego typu chwalebne zachowanie ze strony wspomnianego wyżej księdza będzie się częściej powtarzać.

    Mirosław Salwowski

  2. W obronie Marcina Zielińskiego

    Możliwość komentowania W obronie Marcina Zielińskiego została wyłączona

    Postać charyzmatyka Marcina Zielińskiego wzbudza liczne kontrowersje w co bardziej konserwatywnych kręgach katolickich. Wiele z zarzutów kierowanych w jego stronę mniej lub bardziej otwarcie oscyluje wokół oskarżania go o herezję, bycie kimś w rodzaju protestanckiego konia trojańskiego, itp. Ze swej strony napiszę jednak kilka zdań w obronie Marcina Zielińskiego. Zanim jednak przejdę do sedna mej jego obrony, chciałbym wyjaśnić, iż:
    1. Nie bronię Marcina Zielińskiego (dalej MZ) dlatego, że go osobiście znam. Bo w zasadzie go, nie znam. Osobiście widziałem MZ tylko raz i przez relatywnie krótki czas. Co prawda zrobił on na mnie dobre wrażenie (czyli człowieka ujmującego swą skromnością oraz pewnego rodzaju naturalną, szczerą prostotą) ale to nie byłby jeszcze powód, by angażować się jego obronę. A to choćby dlatego, że zwykle większość ludzi „zyskuje przy pierwszym poznaniu”.
    2. Nie bronię MZ dlatego, żebym był jakimś szczególnym sympatykiem tego co zwie się dziś charyzmatyczną duchowością. Oczywiście widzę w niej plusy, ale widzę też rzeczy wątpliwe albo i wręcz wprost negatywne. Tymi rzeczami wątpliwymi lub negatywnymi są chociażby: nauczanie niewiast w owych wspólnotach (wyraźnie sprzeczne z Pismem świętym, patrz: 1 Tm 2, 12 – 14; 1 Kor 14, 34 – 35) brak nakrycia głowy przez osoby płci pięknej w czasie modlitw (wyraźnie sprzeczne z Pismem świętym, patrz: 1 Kor 11: 5-16) , brak tłumaczenia modlitwy językami (wyraźnie sprzeczne z Pismem świętym, patrz: 1 Kor 14, 5-28), akcent kładziony na szukanie cudów oraz cudowności.
    3. Nie twierdzę, że wszystko co głosi i/lub MZ na pewno jest godne pochwały. Wręcz przeciwnie, może to źle zabrzmi, ale niestety doświadczenie życiowe nauczyło mnie tego, iż w zasadzie w przypadku każdego księdza, publicysty czy działacza katolickiego można zakładać, że znajdzie się w jego nauczaniu/publicystyce czy praktyce duszpasterskiej rzeczy błędne albo co najmniej bardzo dwuznaczne. Ta uwaga dotyczy w zasadzie wszystkich nurtów w Kościele, począwszy od charyzmatyków, a skończywszy na tradsach.

    Dlaczego więc postanowiłem napisać tych parę słów w obronie MZ? A to dlatego, że dużą część z kierowanych przeciwko niemu zarzutów uważam za niesprawiedliwe albo będące na wyrost. A zatem;

    Po pierwsze: MZ nie jest heretykiem. Nawet bowiem jeśli czasami zdarza mu się wypowiedzieć coś błędnego, dwuznacznego albo i literalnie rzecz biorąc w swej treści heretyckiego to do bycia heretykiem to nie wystarcza. Aby rzeczywiście być heretykiem potrzebny jest do tego jeszcze upór przy wyznawaniu heretyckich twierdzeń. Innymi słowy, dana osoba musi dobrze wiedzieć, że dane nauczanie, które kwestionuje jest uroczystym (tzw. definicją dogmatyczną) lub powszechnym i zwyczajnym nauczaniem Kościoła, a mimo to się temu konsekwentnie nauczaniu sprzeciwiać. Dopiero ta wiedza połączona z uporem czyni z danego ochrzczonego heretyka, a nie sam fakt choćby i aprobatywnego wypowiedzenia heretyckiej opinii. Gdyby więc np. MZ powiedział: „Tak, wiem, że nauczanie Kościoła od wieków potępia seks przedmałżeński, ale ja się z tym nie zgadzam” to można by go bardzo mocno podejrzewać o bycie heretykiem. Ale, gdyby np. MZ pochwalał seks przedmałżeński nie wiedząc, że powszechne i zwyczajne nauczanie Kościoła uznaje je za grzech, to co prawda głosiłby on opinię w swej treści heretycką, jednak sam jeszcze by nie był heretykiem. Oczywiście to tylko hipotetyczny przykład, gdyż zarzuty doktrynalne wobec MZ nie tyczą się tego typu spraw. Chodzi jednak o to, że choć owszem można MZ wytykać niektóre sformułowania, które w swej treści są dwuznaczne, a może nawet jawnie błędne, jednak nie ma poważniejszych przesłanek by twierdzić, że tych dwuznacznym albo i błędnym sformułowaniom padającym z ust MZ towarzyszy wiedza, iż mogą one być sprzeczne z nauczaniem katolickim, a co za tym idzie upór by mimo to głosić je dalej. Co więcej, przykłady dwuznacznych, a może i błędnych wypowiedzi MZ dotyczą raczej kwestii bardziej skomplikowanych teologicznie oraz tych, które nie są na co dzień podnoszone w katechizacji bądź praktyce duszpasterskiej przesz co tym bardziej można domniemywać niezawiniony błąd u osób, które głoszą w tych sprawach jakieś podejrzanej ortodoksji opinie.

    Po drugie: moim zdaniem, złamaniem zasady domniemania dobrej wiary jest zarzucanie czy sugerowanie MZ, iż jego nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny ma charakter czysto zewnętrzny, pokazowy i mający tylko oddalać od niego zarzuty o popadnięcie w protestancką herezję. Czym jest wszak zasada dobrej wiary? To sformułowana przez św. Ignacego Loyolę, a w aprobatywny sposób cytowana przez Katechizm Kościoła Katolickiego sentencja o następującej treści:

    Każdy dobry chrześcijanin winien być bardziej skory do ocalenia wypowiedzi bliźniego niż do jej potępienia. A jeśli nie może jej ocalić, niech spyta go, jak on ją rozumie; a jeśli on rozumie ją źle, niech go poprawi z miłością; a jeśli to nie wystarcza, niech szuka wszelkich środków stosownych do tego, aby on, dobrze ją rozumiejąc, mógł się ocalić (patrz: św. Ignacy Loyola, Ćwiczenia duchowne, 22; zobacz również; Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2478).

    Powyższa sentencja św. Ignacego Loyoli jest poprzedzona uwagę autorów Katechizmu, w której czytamy:

    W celu uniknięcia wydawania pochopnego sądu każdy powinien zatroszczyć się, by – w takiej mierze, w jakiej to możliwe – interpretować w pozytywnym sensie myśli, słowa i czyny swego bliźniego (…) (Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2478).

    Stosując powyższe katolickie nauczanie do MZ powinniśmy więc raczej ufać, iż jego zmiana w podejściu do Maryi jest autentyczna, a nie udawana. Nawet jeśli bowiem przez pewien czas, nabożeństwo do NMP nie było przez MZ akcentowane to ani nie znamy jego stanu umysłu ani też nie dostępne nam żadne jego ustne lub pisemne wypowiedzi, które dowodziłyby, iż zmiana która nastąpiła w jego nauczaniu oraz praktyce miałaby charakter czysto zewnętrzny i w swej istocie oszukańczy oraz uwodzicielski. Może więc zamiast zarzucać MZ oszukańcze i złe intencje po prostu przyjąć domniemanie jego dobrej wiary, a więc, że np. w miarę upływu czasu i być może pod wpływem krytycznych uwag szczerze przemyślał tą kwestię i szczerze doszedł do wniosku, iż wyznawana przez niego wiara katolicka wymaga kładzenia większego akcentu na okazywanie szczególnego szacunku wobec Najświętszej Maryi Panny.

    Po trzecie: niektórzy twierdzą/sugerują, że MZ „jest heretykiem, gdyż modli się z heretykami„. To powiedzenie papieża św. Agatona nie było jednak nawet w „przedsoborowej” doktrynie i praktyce Kościoła pojmowane w absolutny – a więc nie znający żadnych wyjątków – sposób. Owszem, zwyczajną zasadą postępowania było unikanie modlitwy z innowiercami, ale sam fakt takowej modlitwy nie konstytuował jeszcze zadeklarowania, iż osoba czyniąca w ten sposób jest heretykiem. Dopiero dłuższe, regularne uczęszczanie na innowiercze nabożeństwa czyniło w świetle dawnego prawa kanonicznego daną osobę „podejrzaną o herezję”, a więc jeszcze też nie heretyka w sensie ścisłym. Poza tym św. Oficjum w dekrecie z 1949 roku zezwoliło katolikom na pewne formy wspólnej modlitwy z chrześcijanami innych wyznań (chodzi o modlitwę „Ojcze nasz”). Sam zasadniczo zgadzam się z „przedsoborowym”, czyli powiedzmy sceptycznym podejściem do modlitw z innowiercami, a to głównie z powodu dwuznaczności z tego wynikających (nawet wszak wypowiadając te same słowa ich znaczeniu może być różne w ustach katolika oraz protestanta), ale nie byłbym taki szybki do nazywania heretykiem z tego tytułu MZ. Poza tym, należy jeszcze uwzględnić poziom świadomości katolików, którzy modlą się np. z protestantami. Jeśli więc np. posoborowi papieże, wielu dzisiejszych biskupów tak czyni, to tym bardziej można domniemywać, iż MZ czyni to w dobrej wierze, nie zaś w celu kwestionowania katolickiego nauczania.

    Po czwarte: niektórzy sugerują MZ bycie heretykiem ze względu na jego obecność na spotkaniach prowadzonych przez protestantów oraz jego pozytywne wyrażanie się o protestantach. Co więcej MZ ma nawet w pewnych aspektach stawiać katolikom protestantów jako wzór, więc sprawa wydaje się być dla niektórych tym bardziej podejrzana.

    Cóż, co do uczestnictwa w spotkaniach prowadzonych przez protestantów to przynajmniej częściowo odpowiedziałem na ten zarzut w punkcie trzecim. Jeśli chodzi o docenianie pewnych pozytywnych rzeczy u protestantów, a nawet -w pewnym sensie i aspektach stawianie ich za wzór dla katolików – to nie jest to samo w sobie złe ani błędne. To jest po prostu kwestia sprawiedliwego traktowania swych bliźnich oraz intelektualnej uczciwości. Jeśli wczytać się bardziej uważnie w „przedsoborowe” źródła to i tam dostrzeżemy docenianie pozytywów nie tylko wśród protestantów, ale i żydów oraz muzułmanów. Ot, choćby w wydanych w 1909 roku „Naukach katechizmowych ułożonych na podstawie różnych autorów” ich autor ks. Wojciech Andersz z jednej strony utyskuje na zaniedbywanie właściwego sposobu czczenia dnia niedzielnego przez katolików, a z drugiej tak pisze o tym, w jaki sposób swe świąteczne dni traktują protestanci i żydzi:

    Pamiętajcie o tem, że niedziela jest dniem Pańskim, więc poświęćcie ją P. Bogu całkowicie, bo woła na nas (Exod. 35, 2): <<Dzień siódmy świętym wam będzie!>>. Bierzmy sobie pod tym względem za przykład żydów, którzy mimo wrodzonej im chciwości szanują szabaty i pewnie źle na tem nie wychodzą! Bierzcie sobie za przykład Anglików! Naród to najbogatszy, albo też niedzielę usiłują święcić jak najdokładniej (Cytat za: „Nauki katechizmowe ułożone na podstawie różnych autorów”, Tom III, O Przykazaniach, Poznań 1909, s. 430).

    Jak więc widać pochwały, a nawet stawianie za wzór katolikom sposobu postępowania innowierców zyskały swe „przedsoborowe” imprimatur. Ktoś może jednak powie, że tego rodzaju wywody de facto zaprzeczają nauce o tym, iż to w Kościele katolickim jest pełnia Prawdy oraz środków zbawienia? Otóż, niekoniecznie. Ktoś może bowiem mieć do dyspozycji 5 000 zł i lepiej je wykorzystać niż ten kto ma pod ręką 10 tysięcy złotych. To nie będzie znaczyło, że właściciel 5 tysięcy złotych był bogatszy od tego kto miał kwotę dwukrotnie od niego większą.

    Po piąte: to, że w nauczaniu i praktyce MZ mogą znajdować się twierdzenia lub rzeczy błędne nie musi od razu przekreślać całej reszty jego działalności oraz nauczania. Owszem, czasami jeden błąd może być tak silny w swym oddziaływaniu, iż zatruje on resztę pierwotnie zdrowej całości, ale nie zawsze tak jest. Pismo św. z jednej strony oczywiście przestrzega przed „odrobiną zakwasu, która zakwasza całe ciasto” (por: 1 Kor 5, 6), ale z drugiej strony to samo Pismo np. w Apokalipsie św. Jana udziela zasadniczo albo przynajmniej w dużej części pochwały niektórym lokalnym kościołom mimo, że jednocześnie wskazuje na pewne nadużycia w nich występujące (patrz: Ap 2, 12-17; 2, 18-23). Również z praktyki i nauczania Kościoła możemy wysnuć wniosek, iż nie zawsze jeden czy choćby i kilka błędów są wystarczające do tego, by przekreślać całą resztą. Ot, choćby Orygenes i Tertulian są często aprobatywni cytowani przez Ojców, Doktorów i papieży Kościoła mimo, że przecież w ich nauczaniu oraz praktyce duszpasterskiej znajdowały się błędy. To nie oznacza oczywiście, że należy te błędy lekceważyć – przeciwnie należy je wykazywać oraz korygować, ale nie każdy błąd ma tą samą siłę oddziaływania. Należy roztropnie rozeznać pomiędzy błędami, które da się skorygować przy jednoczesnym docenieniu reszty nauczania i praktyki błądzącego, a błędami, które zakażają i czynią śmiertelnie chorym cały organizm. Innymi słowy, trzeba rozróżniać pomiędzy rybą, z której trzeba starannie wyjmować ości, by nie pokaleczyć nimi swego przełyku, a szklanką soku z kroplą lub kroplami trucizny. Niekiedy błąd jest taką ością w rybie, a niekiedy kroplą trucizny.

    Mirosław Salwowski

  3. Błędy i dwuznaczności ks. Szymona Bańki (FSSPX) odnośnie aborcji, cz. II

    Leave a Comment

    W pierwszej części tego artykułu omówiłem błędy i dwuznaczności, których w jednym z programów na kanale „Media Narodowe” dopuścili się ks. Szymon Bańka i redaktor Michał Murgrabia. Chodziło konkretnie o sugestię, jakoby istniał jeden wyjątek od kategorycznego zakazu zabijania nienarodzonych dzieci i że tym wyjątkiem miałyby być sytuacja ratowania życia matki. W tej części przyjrzę się zaś twierdzeniu ks. Bańki o tym, jakoby popieranie aborcji zasługiwało co prawda na miano grzechu i błędu, jednak raczej nie stanowiłoby herezji. W wywiadzie, jaki ks. Szymon Bańka udzielił redaktorowi Murgrabiemu, słyszymy wszak co następuje:

    Michał Murgrabia: Czy akceptacja aborcji jest grzechem czy herezją?

    Ks. Szymon Bańka: Hm, pytanie jest dosyć trudne. To znaczy, akceptacja aborcji jest przede wszystkim błędem, błędem dotyczącym moralności. To w pierwszej linii. Błędem, który może mieć bardzo poważne konsekwencje. Człowiek, który ma błędne przekonanie o tym co jest dopuszczalne, a co nie, bardzo łatwo wpada w grzechy, bardzo łatwo naraża swoje życie wieczne na zagrożenie, na utratę łaski i wieczne potępienie. Jeśli pytamy o to, czy to jest grzech, czy to jest herezja? Negowanie takiej prawdy moralnej – jeśli ta osoba już wie, że Kościół tak naucza i że Kościół tu naucza bardzo mocno, znaczy się z wielkim autorytetem – to wtedy, jako wierny katolik ma obowiązek się poddać. Także na pewno mielibyśmy tutaj do czynienia z grzechem, jeśli uporczywie sprzeciwia się nauce Kościoła w tak newralgicznym punkcie, gdzie Kościół mówi, że coś jest grzechem ciężkim, a coś nie jest. Także, taka świadoma i dobrowolna negacja pomimo ostrzeżenia ze strony Kościoła: uwaga, tutaj koniecznie trzeba, tego, w ten sposób patrzeć na tą sprawę, na pewno będzie grzechem, na pewno będzie grzechem ciężkim. No, nie jest, wydaje mi się, że nie jest to herezja, dlatego, że nie jest to zanegowanie bezpośrednio jakiegoś dogmatu wiary. Jest to kwestia moralna, nie dotycząca bezpośrednio jakiejś prawdy wiary. (Na podstawie: https://www.youtube.com/watch?v=7gjZV6pSwBg , minuty 8. 19 – 9. 59).

    Co jest, a co nie jest herezją?

    Jak można skomentować powyższe słowa? Cóż, zacznijmy od tego, iż należy odróżnić samo czynienie aborcji od jej popierania w sensie intelektualnym. Oczywiście, jeśli ktoś tylko czyni tzw. aborcję i nawet sam jej nie żałuje, ale nie twierdzi przy tym, że takowy grzech jest dobry, dozwolony moralnie albo usprawiedliwiony, to oczywiście żadnej herezji czy błędu doktrynalnego się w ten sposób nie dopuszcza. Rzecz jasna popełnia w ten sposób coś, co jest bardzo obrzydliwe Panu Bogu i jeśli nie będzie za ową zbrodnię szczerze żałować, to jeśli umrze w tym stanie i – zakładając, że ów grzech był czyniony w pełni dobrowolny i świadomy sposób – niechybnie pójdzie na wieczną mękę wraz z szatanem, diabłami oraz innymi potępionymi. W przypadku potępionych katolików ta męka w piekle będzie prawdopodobnie znacznie cięższa niż kary piekielne wymierzane niekatolikom i niechrześcijanom, gdyż grzechy ciężkie popełniane przez katolików mają jeszcze większy ciężar niż takowe czynione przez niekatolików oraz niechrześcijan. A to dlatego, że katolicy mieli większy dostęp do skarbnicy Bożych łask niż niechrześcijanie. Katolicy, którzy czynili aborcję, nie żałując za nią, lecz nie zaprzeczając w swych umysłach, iż jest ona czymś bardzo złym, nie dopuścili się jednak herezji i jeśli będą wiecznie potępieni, to nie będą tam cierpieć w piekle jako heretycy.

    Powyższe podejście do zabijania nienarodzonych dzieci różni się jednak od sytuacji, w której ktoś nie tylko to czyni, ale też utrzymuje – wbrew powszechnemu i odwiecznemu nauczaniu Kościoła – że coś takiego może być dobre, usprawiedliwione lub moralnie dozwolone. Wówczas to, istotnie należy zastanowić się, czy mamy do czynienia nie tylko z utrzymywaniem przez takie osoby czegoś, co zwie się „błędem doktrynalnym”, ale również, czy nie jest to po prostu herezją? Popieranie na płaszczyźnie intelektualnej grzechu aborcji już na pierwszy rzut oka wydaje się spełniać większą część z tego, co przynależy do definicji „herezji”. Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie 2089 cytując kanon 751 Kodeksu Prawa Kanonicznego, mówiąc o różnych rodzajach grzechów przeciw wierze i jedności Kościoła, stwierdza:

    Herezją nazywa się uporczywe, po przyjęciu chrztu, zaprzeczanie jakiejś prawdzie, w którą należy wierzyć wiarą Boską i katolicką, albo uporczywe powątpiewanie o niej (…)” [2].

    Sobór Watykański I deklaruje zaś, iż:

    wiarą boską i katolicką należy wierzyć w to wszystko, co zawiera się w słowie Bożym spisanym lub przekazanym, i jest do wierzenia przedkładane przez Kościół – albo uroczystym orzeczeniem, albo zwyczajnym i powszechnym nauczaniem – jako objawione przez Boga (Patrz: „Konstytucja dogmatyczna o wierze katolickiej”, Rozdział III, p. 34) .

    Herezją jest zatem uporczywe kwestionowanie tych prawd, które:

    – zostały przez Boga objawione w Piśmie świętym lub ustnym podaniu przekazanym przez apostołów.

    – są podawane przez Kościół jako objawione przez Boga albo przez uroczyste orzeczenie (czyli definicję dogmatyczną) albo przez zwyczajne i powszechne nauczanie (czyli jednomyślne nauczanie wszystkich biskupów w łączności z Papieżem).

    Prawda o moralnym zakazie aborcji wydaje się spełniać te kryteria, gdyż:

    Po pierwsze: została przez Boga objawiona co prawda nie bezpośrednio w Piśmie świętym, ale w ustnym podaniu przekazanym apostołom. Dowodzi tego fakt, iż potępiania tej haniebnej praktyki są obecne już w najstarszych pismach chrześcijańskiej starożytności, np. w „Didache”.

    Po drugie: prawda, z której bezpośrednio wynika potępienie aborcji, a mianowicie zakaz zabijania niewinnych osób ludzkich została wyraźnie objawiona przez Boga na kartach Pisma świętego (patrz: Prz 6, 16-19; Wj 23, 7; Mdr 12, 3-6).

    Po trzecie: Magisterium Kościoła od wieków nauczało potępiania aborcji, a papież Jan Paweł II w wyraźny sposób rozeznał tę doktryną jako należącą do zwyczajnego i powszechnego – a więc nieomylnego – Magisterium Kościoła:

    ” Dlatego mocą władzy, którą Chrystus udzielił Piotrowi i jego Następcom, w komunii z Biskupami — którzy wielokrotnie potępili przerywanie ciąży, zaś w ramach wspomnianej wcześniej konsultacji wyrazili jednomyślnie — choć byli rozproszeni po świecie — aprobatę dla tej doktryny — oświadczam, że bezpośrednie przerwanie ciąży, to znaczy zamierzone jako cel czy jako środek, jest zawsze poważnym nieładem moralnym, gdyż jest dobrowolnym zabójstwem niewinnej istoty ludzkiej. Doktryna ta, oparta na prawie naturalnym i na słowie Bożym spisanym, jest przekazana przez Tradycję Kościoła i nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne” (Jan Paweł II, „Evangelium vitae”, n. 62).

    Ujmując więc rzecz w skrócie: prawda o zakazie aborcji została objawiona przez Boga i była przekazywana przez Magisterium Kościoła w jego stałym, powszechnym oraz zwyczajnym nauczaniu. Czyż więc kwestionowanie tej prawdy nie przypomina herezji? Powie jednak może ktoś, że herezją jest tylko negowanie bądź dobrowolne powątpiewanie w te z Bożych prawd, które tyczą się porządku wiary, a nie moralności. Cóż, na pierwszy rzut oka ów zarzut może wydawać się zasadnym, ale czy po głębszej analizie rzeczywiście wygląda on na słuszny? Czyż bowiem nie można powiedzieć, że wierzyć należy nie tylko w prawdy typu Boskość Pana Jezusa, wieczyste dziewictwo Matki Bożej, ustanowienie sakramentu chrztu, ale również można rzec, iż wierzyć można w to, jak należy moralnie, zgodnie z wolą Boga postępować? Nie sądzę, żeby pomiędzy oboma płaszczyznami prawd istniała jakaś wielka różnica – wszak wszystkie one zostały nam objawione przez Boga.

    Herezje przeciw moralności

    Co więcej zaś, można podać przykłady konkretnych wypowiedzi Magisterium Kościoła, w których pewne błędne wypowiedzi odnoszące się do postępowania na płaszczyźnie moralnej zostały zakwalifikowane jako właśnie „heretyckie”.

    I tak np. Sobór w Konstancji potępił następujący pogląd:

    „Każdy tyran może i powinien, w sposób dozwolony i słusznie, zostać zgładzony przez jakiegokolwiek swego wasala czy poddanego, także przy użyciu zasadzki, fałszywego pochlebstwa czy udawania miłości, bez względu na złożoną mu przysięgę albo zawarte z nim przymierze, bez czekania na wyrok czy polecenie jakiegokolwiek sądu” (Patrz: Sesja XVII, V, 2).

    Ojcowie tego soboru uzasadnili napiętnowanie owego poglądu, w taki oto sposób:

    Pragnąc przeciwstawić się temu błędowi i usunąć go z korzeniami, święty synod, po dojrzałym namyśle ogłasza, orzeka i ustala, że doktryna tego rodzaju jest błędna w wierze i z punktu widzenia obyczajów, odrzucają i potępia jako heretycką, gorszącą, wywołującą niepokój i otwierającą drogę dla fałszu, oszustwa, kłamstwa, zdrady i wiarołomstwa. Ponadto ogłasza, orzeka i określa, że ci, którzy z uporem podtrzymują tę najbardziej zgubną doktrynę, są heretykami i jako tacy powinni być karani według prawnych sankcji kanonicznych.” (Patrz: Sesja XVII, V, 3, podkreślenia moje – MS).

    Z kolei Sobór w Vienne tak wypowiedział się na temat tych, którzy broniliby uprawiania lichwy:

    (…) Jeśli ktoś popadłby w taki błąd, że śmiałby z uporem twierdzić, iż uprawianie lichwy nie jest grzechem, postanawiamy, że powinien być ukarany jako heretyk, przy czym zobowiązujemy stanowczo miejscowych ordynariuszy i inkwizytorów niegodziwości herezji, aby występowali przeciw oskarżonym lub podejrzanym o tego rodzaju błąd tak samo, jak nie wahają się występować przeciw oskarżonym lub podejrzanym o herezję.” (podkreślenie moje – MS).

    Kongregacja Nauki Wiary zaś w dokumencie o nazwie „Wyjaśnienie doktrynalne dotyczące końcowej części formuły <Wyznania wiary>” z dnia 29. 06. 1998 roku prawdę nauczania katolickiego głoszącą, iż: „bezpośrednie i umyślne zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej jest niezwykle poważnym wykroczeniem moralnym” zaliczała do rzędu tych prawd, które:

    „(…) powinny być przez wszystkich wierzących przyjęte z wiarą teologalną. Dlatego gdyby ktoś uporczywie podawał je w wątpliwość lub odrzucał, podlegałby cenzurze herezji, zgodnie z odnośnymi kanonami Kodeksów kanonicznych”.

    Podsumowanie

    Wiele więc wskazuje na to, iż kwestionowanie bądź poddawanie w wątpliwość katolickiego nauczania o zakazie zabijania nienarodzonych dzieci rzeczywiście powinno być kwalifikowane jako herezja. Podobnie zresztą jako herezja powinno być traktowanie kwestionowanie innych prawd nauczania katolickiego w sferze moralnej, a więc np. nieuznawanie wewnętrznego zła kłamstwa, nierządu, homoseksualizmu, itd. Ci zatem, którzy twierdzą, że bezpośrednia aborcja może być w pewnych okolicznościach moralnie dozwolona dopuszczają się co najmniej materialnej herezji.

    Mirosław Salwowski

  4. Piekielna herezja ks. Szustaka

    Leave a Comment

    Ojciec Adam Szustak jest jednym z najbardziej popularnych księży katolickich w Polsce. Zdecydowana większość jego wypowiedzi wydaje się słuszna i budująca, jednak od czasu do czasu zdarza mu się rzec coś skandalicznego, głupiego czy wręcz heretyckiego.

    Wcześniej pisałem już o tym, jak tenże ksiądz chwalił bluźniercze filmiki youtubowego kanału G.F. Darwin czy też sugerował, iż tragicznie zmarły prezydent Gdańska Paweł Adamowicz jest już na pewno w Niebie (mimo że ten popierał sodomię oraz legalność aborcji). Powyższe wypowiedzi ojca Szustaka można by jednak zaliczyć do głupich i skandalicznych, ale jeszcze nie samych w sobie heretyckich. Zakonnik ten ma jednak na swym koncie również stwierdzenia o charakterze jawnie heretyckim. Chodzi mianowicie o wyrażaną przez niego bardzo mocną nadzieję powszechnego zbawienia, czyli przekonanie o tym, iż absolutnie wszyscy ludzie dostąpią wiecznego szczęścia z Bogiem i że nikt nie trafi do piekła. Myśl ta została przez o. Szustaka niezwykle jasno wyartykułowana w umieszczonym na kanale „YouTube” filmiku pt. „Czy wszyscy będą ZBAWIENI?”. Ksiądz mówi w tym filmowym materiale między innymi następujące rzeczy:

    Głęboko wierzę i mam taką nadzieję, że absolutnie wszyscy będą zbawieni. Wszyscy. Absolutnie wszyscy. W momencie śmierci będzie sąd i zobaczymy całą prawdę o Bogu, dobru i złu. Nie będzie oszustw i zakłamań. Zobaczymy jaki jest Bóg. I Bóg nas zapyta:

    – Teraz kiedy widzisz całą prawdę – czy chcesz być ze mną na wieki czy trafić do piekła? Jeśli człowiek zapragnie być w niebie, to Bóg wpuści go. Może przez czyściec. Ale kiedy człowiek zobaczy Boga, to Mu się nie oprze. To nie będzie branie siłą. Nikt nie wpadnie na pomysł, by Mu się oprzeć i Go wybierze„.

    Ojciec Adam chociaż zastrzega, iż powyższa jego opinia ma charakter prywatny, jednocześnie de facto w pewien sposób ją dogmatyzuje, gdyż w ścisłym nawiązaniu do tegoż swego poglądu stwierdza też:

    „Jeśli chrześcijanin nie ma takiej nadziej, to jest to du**a, a nie chrześcijanin. Jeśli ktoś nie pragnie tego, nie marzy, nie działa by tak się stało – to żaden z niego chrześcijanin” (wykropkowanie wulgaryzmu moje – MS).

    Choć podobne – jak czyni to ks. Szustak – stawianie sprawy, a więc: „Piekło jest, ale dobrze jest mieć nadzieję, iż nikt do niego nie trafia” nie stanowi niczego niezwykłego wśród współczesnych katolików, trzeba jasno to sobie powiedzieć, iż taki pogląd jest heretycki.

    Po pierwsze bowiem: choć – z pewnymi wyjątkami (o których poniżej) – owszem nie wiemy, które konkretne osoby spędzą wieczność w piekle, to jednak możemy być pewni, iż część ludzi tam trafi. Innymi słowy, nie znamy „z imienia i nazwiska” osób, które są, lub będą w piekle, ale wiemy, że niektórzy ludzie będą wiecznie potępieni. Mówi nam o tym Pan nasz Jezus Chrystus, gdy naucza o Sądzie Ostatecznym, w czasie którego ludzkość zostanie podzielona na dwie kategorie osób. Do tych znajdujących się po lewej stronie Chrystus powie:

    Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! (…) I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego” (Mt 25: 41, 46).

    O tym, że niektórzy ludzi będą wiecznie potępieni naucza też Magisterium Kościoła. Ot, choćby Sobór Laterański IV, uczy na temat powtórnego przyjścia Pana Jezusa następującą rzecz:

    na końcu wieków przyjdzie sądzić żywych i umarłych, każdemu odda według jego uczynków, zarówno odrzuconemu, jak i wybranemu,Wszyscy oni powstaną w swoich własnych ciałach, które teraz mają, aby otrzymać stosownie do swoich czynów, dobrych czy złych, jedni karę wieczną z diabłem, inni zaś wiekuistą chwałę z Chrystusem„.

    Podobne wypowiedzi Pisma świętego i Magisterium Kościoła można by mnożyć, ale warto zauważyć w tym miejscu jedną rzecz. Otóż na temat wiecznego potępienia niektórych ludzi wypowiadają się one w duchu faktu, który nastąpi, a nie tylko teoretycznej możliwości. Pan Jezus w przytoczonych wyżej słowach nie mówi: „Jeśli w ogóle znajdą się takie osoby, które do końca życia będą trwać w grzechu, takie osoby skażą się na potępienie. Nie objawiam wam jednak tego, czy tacy ludzie będą istnieli”. Chrystus mówi, że będą tacy ludzie i wyda On na nich wyrok wiecznego potępienia.

    Po drugie: co do wiecznego potępienia przynajmniej jednej wymienionej z imienia osoby Magisterium Kościoła wypowiedziało się jasno. W Katechizmie Soboru Trydenckiego czytamy bowiem:

    Judasz, który żalem przywiedziony obwiesiwszy się, i żywot i duszę utracił” (Rozdział V „O Sakramencie pokuty” Pytanie 6).

    Chyba nie trzeba zaś specjalnie tłumaczyć, co w świetle katolickiej terminologii oznacza, iż ktoś „utracił swą duszę”.

    Po trzecie: jest rzeczą skrajnie trudną pogodzić przekonanie ks. Szustaka o tym, iż każdy umarły stając po śmierci przed obliczem Boga, zdecyduje się jednak nawrócić i żałować za swoje grzechy z nauczaniem Pana Jezusa, który w przypowieści o bogaczu i Łazarzu mówił o następującym dialogu, jaki miał się odbyć pomiędzy cierpiącym męki ognia bogaczem a Abrahamem:

    Tamten rzekł: „Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca! Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki”. Lecz Abraham odparł: „Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają!”.”Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą”. Odpowiedział mu: „Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą”» (Łk 16, 27-31).

    Poza tym, wedle nauki katolickiej nawrócenie może dokonać się za ziemskiego życia, nie zaś po śmierci. Jednostkowy sąd Boży, który odbędzie się po śmierci danej osoby, stanowić będzie wyrok przypieczętowujący efekt dokonanych za życia ziemskiego wyborów, nie zaś ostatnią szansę, by żałować za swe grzechy.

    Na sam koniec tego artykułu pozwolę sobie zaproponować małe logiczne ćwiczenie pokazujące, jak omawiana opinia o. Szustaka może być szkodliwa dla dusz. Otóż, załóżmy czysto teoretycznie, że ksiądz ten ma rację i jest bardzo prawdopodobne, że nikt z ludzi nie trafia do piekła. Cóż, jednak wtedy za szkodę niosą ludzkim duszom ci, którzy mówią, że piekło jest i że przebywają tam niektóre osoby? Jeśli i tak wszyscy idą do Nieba, to co najwyżej niektórzy ludzie postresują się wizją piekła, ale ostatecznie ten stres i tak zostanie im wynagrodzony w Niebie, gdzie wszak Bóg „otrze każdą łzę” (Ap 7, 17). Jeśli jednak piekło jest i przebywa tam część ludzkości to rozpowszechnianie twierdzeń w rodzaju: „Prawdopodobnie w piekle nie ma nikogo z ludzi, a stając po śmierci przed Bogiem i tak się nawrócimy” jest niewyobrażalnie szkodliwe. W ten sposób bowiem de facto zachęca się ludzi do praktykowania dwu z sześciu grzechów przeciwko Duchowi Świętemu, którymi są: „Przeciwko miłosierdziu Bożemu zuchwale grzeszyć” oraz „Rozmyślnie trwać w niepokucie”. Ostatecznie zaś takie opinie prowadzą do tego, iż więcej osób trafi do piekła będąc przekonanymi, że przecież i tak nie mają się czego obawiać.

  5. Promotorzy i uczestnicy marszów LGBT powinni być ekskomunikowani

    Leave a Comment

    W Kodeksie Prawa Kanonicznego nie ma zapisów, które w bezpośredni sposób poruszałyby kwestię uczestnictwa i wspierania marszów, których celem jest udzielanie poparcia homoseksualnym grzechom oraz innego rodzaju dewiacjom. Istnieją jednak poważne przesłanki, by twierdzić, że uczestnictwo w takich wydarzeniach albo ich popieranie co najmniej bardzo przybliża katolika do zaciągnięcia kary ekskomuniki na mocy samego zaistnienia faktu. A nawet, gdyby nie można było jeszcze mówić o ekskomunice za takie zachowania to i tak władze kościelne powinny w stanowczy sposób ukarać uczestników oraz promotorów marszów wspierających idee LGBT. Poniżej spróbuję wyjaśnić powody, dla których oceniam tę sytuację właśnie w ten sposób.

    Po pierwsze, ogólnie rzecz biorąc ochrzczeni katolicy, którzy uczestniczą lub promują marsze LGBT, są co najmniej podejrzani o przestępstwo herezji. A kanoniczne przestępstwo herezji mocą samego faktu ściąga na winnego karę automatycznej ekskomuniki. Kodeks Prawa Kanonicznego mówi wszak:

    Odstępca od wiary, heretyk lub schizmatyk podlega ekskomunice wiążącej mocą samego prawa”  (kanon 1364).

    Dlaczego zaś katolicy popierający marsze LGBT są podejrzani o herezję? Ano dlatego, że intencją marszów LGBT jest kwestionowanie tego, co w oparciu o Boże Objawienie na temat grzechów sodomskich uczy zwyczajne i powszechne Magisterium Kościoła. A negowanie bądź poddawanie w wątpliwość między innymi tego rodzaju nauczania katolickiego wypełnia znamiona herezji. Herezją jest bowiem: „uporczywe, po przyjęciu chrztu, zaprzeczanie jakiejś prawdzie, w którą należy wierzyć wiarą Boską i katolicką, albo uporczywe powątpiewanie o niej” (vide: Kodeks Prawa Kanonicznego, kanon 751). Sobór Watykański I deklaruje zaś, iż:

    „wiarą boską i katolicką należy wierzyć w to wszystko, co zawiera się w słowie Bożym spisanym lub przekazanym, i jest do wierzenia przedkładane przez Kościół – albo uroczystym orzeczeniem, albo zwyczajnym i powszechnym nauczaniem – jako objawione przez Boga” (Patrz: „Konstytucja dogmatyczna o wierze katolickiej”, Rozdział III, p. 34) .

    Nawet zaś, gdyby uznać podejrzenie o zaciągnięcie ekskomuniki przez uczestników lub promotorów marszów LGBT za zbyt surowe podejście, to należałoby się zastanowić, czy ludzie o których mowa nie podpadają pod kanon 1369 Prawa Kanonicznego?:

    kto w publicznym widowisku, w kazaniu, w rozpowszechnionym piśmie albo w inny sposób przy pomocy środków społecznego przekazu, wypowiada bluźnierstwo, poważnie narusza dobre obyczaje albo znieważa religię lub Kościół bądź wywołuje nienawiść lub pogardę, powinien być ukarany sprawiedliwą karą

    Tak czy inaczej, osoby aktywnie uczestniczące w marszach LGBT zasługują na to, by być przez władze kościelne przykładnie ukarani, gdyż w sposób publiczny poważnie naruszają dobre obyczaje, popierając jeden z wołających o pomstę do Nieba grzechów.

  6. Popieranie in vitro nie jest apostazją

    Leave a Comment

    W ostatnim czasie Patryk Jaki ogłosił, iż będzie kandydował na urząd prezydenta Warszawy, zapytany zaś o kwestię finansowania programu in vitro z miejskiego budżetu, odpowiedział:

    Sądzę, że tak [miejski program in vitro może liczyć na moje wsparcie]. Sądzę, że to taki element, w którym można byłoby poszukać porozumienia. Sądzę, że tak. Moja stanowcza deklaracja jest taka: jeżeli chodzi o same in vitro – popieram. Natomiast jaka ilość środków z budżetu Warszawy miałaby być ewentualnie na to przeznaczona, to tutaj musimy się poważnie zastanowić [1].

    Te słowa spotkały się z następującą reakcją pana Tomasza Terlikowskiego:

    Kandydat PiS na prezydenta Warszawy Patryk Jaki stanowczo popiera in vitro. Warszawa warta apostazji? Pytanie tylko po co wierzący autentycznie katolik ma głosować w Warszawir na PiS, żeby dostać kandydata z poglądami PO czy Nowoczesnej? (Facebook, 28 kwietnia 2018, godz 14. 39).

    Innymi słowy, redaktor Terlikowski przyrównał popieranie metody in vitro do grzechu apostazji. Oczywiście, w żadnym wypadku nie sympatyzuję ze wspomnianym wyżej poglądem pana Patryka Jakiego. Jestem przekonany, iż stosowanie in vitro jest wewnętrznie – czyli w każdych okolicznościach – złe i zakazane. Jednocześnie jednak uważam, że słowa p. Terlikowskiego o rzekomej apostazji tkwiącej w popieraniu in vitro są wyrazem jego ignorancji oraz stanowią bardzo niesprawiedliwy zarzut. Twierdzenie, iż in vitro jest dobre czy godne poparcia oczywiście jest przekonaniem błędnym, a być może nawet heretyckim, ale nie wypełnia jeszcze znamion apostazji. Do apostazji potrzeba czegoś znacznie więcej niż kwestionowania tego czy innego fragmentu nauczania Kościoła.

    Apostazją jest CAŁKOWITE porzucenie wiary chrzescijańskiej, nie zaś podważanie tej czy innej prawdy wiary katolickiej czy tym bardziej któregoś z elementów zwyczajnego nauczania Kościoła. Apostazji nie należy mylić z herezją czy tym bardziej błędem doktrynalnym. Apostazją jest przejście z chrześcijaństwa na agnostycyzm, ateizm, deizm, ewentualnie judaizm, buddyzm, hinduizm, islam czy inną niechrześcijańską religię. Apostatką jest np. Ivanka Trump, która przeszła z chrześcijaństwa na judaizm, a nie pan Patryk Jaki, który popiera in vitro. 

    Rozróżnienia o których mówię, są widoczne w Katechizmie Kościoła Katolickiego oraz Kodeksie Prawa Kanonicznego. Katechizm w punkcie 2089 cytując kanon 751 Kodeksu Prawa Kanonicznego rozróżnia pomiędzy różnymi rodzajami grzechów przeciw wierze i jedności Kościoła:

    Herezją nazywa się uporczywe, po przyjęciu chrztu, zaprzeczanie jakiejś prawdzie, w którą należy wierzyć wiarą Boską i katolicką, albo uporczywe powątpiewanie o niej; apostazją – całkowite porzucenie wiary chrześcijańskiej, schizmą – odmowę uznania zwierzchnictwa Biskupa Rzymu lub wspólnoty z członkami Kościoła uznającymi to zwierzchnictwo” [2].

    Apostazja nie jest więc tym samym co herezja albo schizma. Nie należy mieszać i nie rozróżniać owych grzechów. Oczywiście, wszystkie one są poważnymi grzechami, jednak zachodzi pomiędzy nimi różnica o charakterze jakościowym. I owe rozróżnienia nie są bynajmniej jakimiś „posoborowymi” nowinkami. Takie rozróżniania ujęte są także w „przedsoborowych” kościelnych podręcznikach. Żyjący w XIX wieku, kardynał Gousset w napisanej przez siebie „Teologii moralnej dla plebanów i spowiedników” tak to ujmował:

    Apostazja (odstępstwo) zasadza się odstąpieniu chrześcijaństwa: jest to opuszczenie zupełne wiary chrześcijańskiej. Różni się więc od kacerstwa (czyli herezji – przyp. moje MS) w tem, że odstępca odrzuca wszystkie artykuły wiary, gdy tymczasem kacerz niektórych się tylko zapiera, nie przestając wyznawać chrześcijaństwa” [3].

     

    Herezja czy błąd doktrynalny?

    Popieranie in vitro jest być może herezją, ale bezpieczniej mówić o tej postawie raczej jako o błędzie doktrynalnym niż herezji.  Herezją jest bowiem: uporczywe, po przyjęciu chrztu, zaprzeczanie jakiejś prawdzie, w którą należy wierzyć wiarą Boską i katolicką, albo uporczywe powątpiewanie o niej (vide: Kodeks Prawa Kanonicznego, kanon 751). Sobór Watykański I deklaruje zaś, iż:

    wiarą boską i katolicką należy wierzyć w to wszystko, co zawiera się w słowie Bożym spisanym lub przekazanym, i jest do wierzenia przedkładane przez Kościół – albo uroczystym orzeczeniem, albo zwyczajnym i powszechnym nauczaniem – jako objawione przez Boga (Patrz: „Konstytucja dogmatyczna o wierze katolickiej”, Rozdział III, p. 34) .

    Herezją jest zatem uporczywe kwestionowanie tych prawd, które:

    – zostały przez Boga objawione w Piśmie świętym lub ustnym podaniu przekazanym przez apostołów.

    – są podawane przez Kościół jako objawione przez Boga albo przez uroczyste orzeczenie (czyli definicję dogmatyczną) albo przez zwyczajne i powszechne nauczanie (czyli jednomyślne nauczanie wszystkich biskupów w łączności z Papieżem).

    Czy więc popieranie in vitro jest choćby herezją? Można o tym dyskutować, gdyż:

    – metoda ta nie jest bezpośrednio potępiona w Piśmie świętym (oczywiście takowa nie funkcjonowała w czasach, gdy spisywana była Biblia).

    – nie ma o niej mowy też w podaniu ustnym przekazanym przez apostołów (z podobnych względów co powyżej).
    – sprawa jest relatywnie nowa.
    – in vitro nie zostało potępione przez dogmatyczne wypowiedzi Magisterium Kościoła. 

    Można się więc jedynie zastanawiać, czy popieranie in vitro nie jest herezją, gdyż kwestionuje to czego Kościół naucza w sposób zwyczajny i powszechny jako objawione przez Boga. Jednak i tu mamy pewien problem, gdyż o ile można powiedzieć, iż nauczanie Kościoła piętnujące in vitro ma charakter zwyczajny i powszechny, to trudno by było stwierdzić, iż Kościół uczy tego, jako czegoś bezpośrednio objawionego przez Boga – gdyż Bóg w swym publicznym Objawieniu tej kwestii nie poruszył. Potępienie in vitro jest bowiem pośrednim wnioskiem z innych bardziej wyraźnie i bezpośrednio objawionych przez Boga prawd i zasad. Jest więc kwestią dość dyskusyjną, czy popieranie in vitro – choć stanowi pogląd błędny i grzeszny – wypełnia znamiona choćby i „tylko” herezji (a co dopiero apostazji, która jest czymś znacznie więcej niż herezją).

     

    Czy pan Terlikowski jest winny szerzenia ostrej pornografii?
    Wreszcie,  jeśli popieranie in vitro stanowi „apostazję” to pan Terlikowski w takim razie jest współwinny szerzenia „ostrej pornografii”.  Gdy był on bowiem redaktorem naczelnym TV Republika puszczano w niej reklamy pokazujące kobiety w bikini (w kontekście komercyjnym), a nawet filmy w których były sceny z obnażonymi damskimi piersiami (w kontekście rozrywkowym). Czy pan Terlikowski czułby się dobrze, gdyby ktoś w ten sposób wyolbrzymiał zło, w którym on partycypował? 

    Oczywiście ani popieranie in vitro nie jest apostazją ani pokazywanie bikini czy nawet obnażonych piersi nie jest ostrą pornografią. Choć wszystkie te rzeczy są naganne moralnie, trzeba dbać o sprawiedliwość, rzetelność i uczciwość swych ocen oraz osądów.

     

    Przypisy:

    [1] Cytat za: Portal Do Rzeczy, „Zaskakująca deklaracja Jakiego: popieram in vitro”, https://dorzeczy.pl/kraj/62971/Zaskakujaca-deklaracja-Jakiego-Popieram-in-vitro.html

    [2] Cytat za: „Katechizm Kościoła Katolickiego”, Poznań 2002, s. 491.

    [3] Cytat za: Kardynał Gousset, „Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników”, Warszawa 1870, s. 147 – 148.