Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: geje

  1. Papież Franciszek a prawa osób homoseksualnych

    Możliwość komentowania Papież Franciszek a prawa osób homoseksualnych została wyłączona

    W ostatnim czasie mass media informowały o – nie mającej rangi magisterialnej – wypowiedzi papieża Franciszka, w której ten miał stwierdzić:

    Osoby homoseksualne mają prawo do bycia w rodzinie; są dziećmi Boga; mają prawo do rodziny. Nikogo nie można wyrzucić z rodziny, ani sprawić, by jego życie było z tego powodu niemożliwe. To, co musimy stworzyć, to prawo do wspólnego pożycia. One mają prawo do tego, by być prawnie chronionymi”.

    Szybko wyodrębniły się dwie interpretacje powyższych słów Franciszka. Zwolennicy pierwszej z nich twierdzą, że obecny Biskup Rzymu poparł w ten sposób prawną instytucję związków partnerskich dla osób homoseksualnych. Zwolennicy drugiej interpretacji utrzymują, iż wypowiedź Franciszka tyczyła się sytuacji, w których dzieci o tendencjach homoseksualnych są wyrzucane z domu przez swych rodziców i w ten sposób papież sprzeciwił się takiej praktyce, sugerując przy tym, że powinna być ona prawnie zakazana.

    Osobiście uważam, że niezależnie od tego, którą wykładnię słów Franciszka przyjąć, tak czy inaczej stawiają one formację doktrynalną aktualnego papieża w podejrzanym świetle. Poniżej postaram się wyjaśnić, skąd bierze się taka, a nie inna ma opinia na ów temat.

    ***

    Po pierwsze: samo pojęcie praw osób homoseksualnych jest dwuznaczne. Owszem, homoseksualiści i lesbijki mają swe prawa. Jednakże są to prawa naturalne przysługujące im jako ludziom, a nie jako osobom z zaburzeniami seksualnymi. Innymi słowy, jeśli dane działanie osoby homoseksualnej nie tyczy się w bardziej bezpośredni czy bliski sposób realizacji jej dewiacyjnych skłonności i jest ono zgodne z moralnością, to władze cywilne powinny je chronić. Na przykład osoba homoseksualna ma prawo do własności prywatnej (posiadania domu na własność), działalności gospodarczej (prowadzenia dajmy na to piekarni). Jednakże osoby homoseksualne nie mają żadnego naturalnego prawa do praktykowania swych ohydnych czynów (choćby i prywatnie) ani tym bardziej do ich propagowania w sferze publicznej. Wielką zuchwałością jest zatem domaganie się od władz cywilnych ochrony i uznawania tak rozumianych „praw” osób homoseksualnych. Pozwolę sobie przypomnieć w tym miejscu, iż Kongregacja Nauki Wiary w swym liście „Homosexualitatis problema” z dnia 1 października 1986 roku stwierdzała, że aktywność homoseksualna jest zachowaniem „dla którego nikt nie może domagać się jakiegokolwiek prawa” krytykując przy tym wprowadzanie prawodawstwa cywilnego biorącego w obronę takową aktywność (patrz: tamże, n. 10). Z kolei Leon XIII w encyklice „Immortale Dei” uczył:

    tego co się prawdzie i cnocie sprzeciwia, nie godzi się na jaw wydobywać i przed oczy ludziom stawiać, a tym mniej opieką prawa godzi się popierać

    Warto też wspomnieć, iż mówienie czy sugerowanie w odniesieniu do aktywności homoseksualnej, że powinna ona cieszyć się opieką ze strony władz cywilnych, jest po prostu niezgodne z Pismem świętym. Nowy Testament poucza nas bowiem o tym, iż zadaniem władz cywilnych jest karanie zła oraz złoczyńców (patrz: Rz 13, 3-4; 1 P 2, 14). W Starym Testamencie zaś mężczyźni współżyjący ze sobą mieli być z Bożego rozkazu karani nawet śmiercią (patrz: Kpł 20, 13). I choć starotestamentowe prawa karne nie obowiązują już w ścisłym sensie chrześcijan sprawujących rządy nad narodami, to nie można powiedzieć, iż taka sankcja karna była wewnętrznie zła, gdyż Stwórca jako absolutnie dobry i święty nigdy nie rozkazuje ludziom grzeszyć (por. Syr 15, 19-20).

    Po drugie: nawet gdyby rozumieć przez prawa osób dopuszczających się czynów sodomskich np. domniemane prawo do bycia niewyrzuconym przez rodziców z domu, to również w tym wypadku trudno mówić o jakichś bardziej uniwersalnych czy tym bardziej absolutnych zasadach. Rodzice mają po prostu prawo karać swe dzieci za popełnianie takich występków (zresztą władze cywilne też mają prawo je karać) i jeśli nie widać nadziei na poprawę, a dalsza bytność takich osób pod jednym dachem może deprawować np. pozostałe dzieci, to wyrzucenie z domu sodomity czy lesbijki nie wydaje się w żaden sposób działaniem „per se” złym, ale jawi się jako jedna z moralnie uprawnionych metod karcenia. Można to porównać z wyrzuceniem narkomana z domu. Jeśli pomimo wcześniejszych łagodniejszych sankcji ktoś taki nadal to czyni, a jeszcze dodatkowo próbuje namawiać do zażywania narkotyków swych braci i siostry, to wyrzucenie takiej osoby z domu może być moralnie w porządku. Myślę, że takie podejście jest zgodne przynajmniej z duchem nauczania św. Pawła Apostoła (które jest jednocześnie nauczaniem Pana Jezusa – por. Łk 10, 16), który w jednym ze swych listów dawał następujące pouczenie:

    Dlatego pisałem wam wówczas, byście nie przestawali z takim, który nazywając się bratem, w rzeczywistości jest rozpustnikiem, chciwcem, bałwochwalcą, oszczercą, pijakiem lub zdziercą. Z takim nawet nie siadajcie wspólnie do posiłku. Jakże bowiem mogę sądzić tych, którzy są na zewnątrz? Czyż i wy nie sądzicie tych, którzy są wewnątrz?  Tych, którzy są na zewnątrz, osądzi Bóg. Usuńcie złego spośród was samych (1 Kor 5, 11-13).

    Powyższe oczywiście nie oznacza, że wyrzucony z rodzinnego domu sodomita czy narkoman nie powinien już mieć żadnej możliwości powrotu doń. Rzecz jasna, jeśli w pewnym momencie taka osoba zadeklaruje chęć walki ze swym grzechem i pewne zewnętrzne oznaki będą wskazywały na to, że nie jest to tylko pozorowana i udawana deklaracja, to należy wtedy kogoś takiego ponownie przyjąć do domu.

    ***

    Reasumując: jakkolwiek by nie interpretować niemagisterialne słowa papieża Franciszka o potrzebie prawnej ochrony dla osób homoseksualnych, to nie mają one podstawy ani w Piśmie świętym ani w Tradycji Kościoła. Jest czymś bardzo smutnym, że Franciszek kolejny raz miesza katolikom w głowach.

    Mirosław Salwowski

  2. Kilka racjonalnych powodów dla których należy uznać homoseksualizm za zły i nienaturalny

    Leave a Comment

    Znanym sloganem obrońców homoseksualizmu jest twierdzenie, jakoby jego przeciwnicy powoływali się w swej krytyce wyłącznie na argumenty „stricte religijne”, unikając argumentacji odwołującej się do rozumnych kryteriów pozwalających rozróżniać dobro od zła. Ten zarzut jest jednak dość podstępny. Z jednej strony bowiem z zasady poddaje w wątpliwość zasadność używania „nadprzyrodzonej retoryki” w dyskusji, przez co zachęca nas de facto do przyjmowania laickiej i świeckiej perspektywy. Z drugiej zaś strony sugeruje się w ten sposób, iż moralność wypływająca z religii ma w sobie dużo elementów niedorzeczności, sprzeczności z rozumem, by nie powiedzieć absurdu. Jest oczywiste, że żadnej z tych dwóch sugestii nie powinniśmy przyjąć. Jeśli bowiem wierzymy w Boga, to Jego wola, winna być dla nas najwyższym kryterium rozeznawania pomiędzy dobrem i złem i nie należy tego ukrywać przed innymi. Jest też jasne, iż wypisane w naszych sercach i porządku naturalnym przez Boga zasady moralnego postępowania, nie mogą być nieracjonalne czy absurdalne, gdyż pochodzą One od najmądrzejszego, wszystko wiedzącego Stwórcy.

    Jako wieloletni, stały czytelnik konserwatywnej prasy, mogę z całą pewnością powiedzieć, że przytoczony wyżej zarzut nie jest prawdziwy. W swym życiu czytałem bowiem wiele tekstów, które krytykowały homoseksualne zachowania właśnie z naukowych i racjonalnych pozycji. Nie negując bowiem ani nie ignorując religijnych przyczyn dla których homoseksualizm winien być uważany za zły, dewiacyjny i nienaturalny, można wskazać sporo mocnych argumentów przeciwko niemu poruszając się na płaszczyźnie rozumu, logiki i zdrowego rozsądku. Przyjrzyjmy się poniżej kilku takim argumentom.

     

    1. Homoseksualizm w oczywisty sposób jest nienaturalny.

    Trudno zaprzeczyć temu, iż wszystko w naturze ma swój cel, porządek i logikę. I nie jest rzeczą zbyt trudną rozeznać, co mieści się w owym naturalnym porządku, a co jest od niego wypaczeniem i dewiacją. Czy bowiem ktoś dyskutuje z tym, iż normalnym sposobem picia mleka jest wlewanie go do ust, a nie wciąganie nosem? Albo czy trudnym jest przyznanie racji, że – zasadniczo rzecz biorąc – to nogi, a nie ręce zostały dane ludziom do chodzenia?

    Tymczasem w odniesieniu do seksualności neguje się najbardziej oczywiste reguły, które się do niej odnoszą. Jest bowiem jasne, że ciało mężczyzny i kobiety oraz zachodzące w nich reakcje fizjologiczne są tak skonstruowane, iż pasują oni do siebie na płaszczyźnie seksualnej. Tymczasem, stosunki homoseksualne wymagają istnego „kombinatorstwa” w naturze naszych ciał. Jest to zwłaszcza widoczne w przypadku męskiego homoseksualizmu, gdzie przeważająca i podstawowa forma intymnych zbliżeń ma charakter „analny”. Nie trzeba się długo rozwodzić nad tym, iż odbyt biologicznie nie jest przystosowany do wkładania weń penisa. Ktoś powiedział kiedyś dość obcesowo, iż „gdyby homoseksualizm był normalny i naturalny, to odbytnica wydzielałaby w czasie seksu wazelinę„. Nie jest to może zbyt eleganckie postawienie sprawy, tym nie mniej stanowi ono swoisty „strzał w dziesiątkę„. Po prostu stosunki homoseksualne przypominają picie wody za pomocą nosa albo też chodzenie na rękach zamiast nogach. Także praktykowany przez homoseksualistów i lesbijki seks oralny, choć nie jawi się tak drastycznie jak stosunki analne, trudno uznać za realizację naturalnego przeznaczenia poszczególnych części ludzkiego ciała.

    Ktoś powie, że przecież seks analny i oralny praktykują ze sobą również mężczyźni i kobiety. To prawda, jednak w tym wypadku, jest to niekonieczna forma seksualnych zbliżeń i można by się bez takowych doskonale obejść. Poza tym, doświadczenie pokazuje, iż takowe formy pożycia w świecie heteroseksualnym są częstsze właśnie w jego zdegenerowanych formach (cudzołóstwo, nierząd, prostytucja i pornografia) aniżeli normalnych i prawowitych przejawach takowego (czyli małżeństwie). Nie jest wszak tajemnicą, iż żony najczęściej z niechęcią podchodzą do czynienia ze swymi mężami podobnych praktyk. Tymczasem w przypadku relacji homoseksualnych stosunki analne i oralne są po prostu wyrazem specyficznej konieczności.

    Oczywiście, nienaturalność danego zachowania nie zawsze jest decydującym kryterium jego moralnego zła lub dobra – jakby nie patrzeć wszak dializa nerek, karmienie za pomocą kroplówki czy nawet zwykła operacja chirurgiczna nie są naturalne, ale nie oznacza to przecież, że są one w ten sposób niemoralne. Tym nie mniej pogwałcenie celowości i naturalnego przeznaczenia sygnalizuje nam, że dzieje się tu coś bardzo niebezpiecznego. Kiedy zaś naturalny porządek jest naruszany nie w nadzwyczajnych czy ekstremalnych okolicznościach, ale robi się z samego założenia i czyni z tego swego rodzaju normę, to jest to już moralnie złe.

    2. Homoseksualizm (zwłaszcza męski) w samej swej naturze zawiera wielką skłonność do rozwiązłości.

    Gdyby poprosić ludzi o przemyślaną odpowiedź, to prawdopodobnie, nawet współcześnie (mimo szerokiej propagandy libertynizmu seksualnego), mniejszość ludzi przyznałaby, iż rozwiązłość seksualna przynosi dobre rzeczy dla jednostek, rodzin czy społeczeństw. Mimo wszystko, większość ludzi ciągle uważa, że seks powinien być osadzony w kontekście wzajemnej wierności, szacunku, odpowiedzialności i przynajmniej w miarę stałego związku (choć niestety niekoniecznie już małżeństwa). Nie jest bowiem czymś trudnym do rozeznania dostrzeżenie faktu, iż wzrost nieporządku w tej dziedzinie pociąga ze sobą odpowiednio więcej negatywnych skutków – złamanych serc, samotności, porzuconych bądź zabitych dzieci, chorób wenerycznych, itd.

    Natura heteroseksualizmu – mimo wielu istniejących i tu wypaczeń – faktycznie sprzyja bowiem tym wartościom i regułom. O ile bowiem, męska seksualność ma tendencje do większego promiskuityzmu i „skakania z kwiatka na kwiatek”, o tyle już żeńska seksualność ma silną skłonność do stabilności, wierności i odpowiedzialności. W heteroseksualnym związku te dwa podejścia stykają się ze sobą i ścierają. Kobieta w związku z mężczyzną najczęściej będzie dążyć do tego, by był on jej wierny, brał odpowiedzialność za poczęte dzieci, etc. Innymi słowy, kobieta zazwyczaj dąży do tego, by męską seksualność bardziej ucywilizować i wziąć w karby. I trzeba powiedzieć, że heteroseksualizm – mówiąc kolokwialnie – często zdawał i mimo wszystko wciąż zdaje egzamin. Większość heteroseksualnych mężczyzn i kobiet żyje ze sobą w związkach małżeńskich i nawet współcześnie większa część z tych małżeństw nie kończy się rozwodem. W zależności od danego kraju poziom rozwodów waha się bowiem od najniższych 15-20 procent do najwyższych 40-60 procent – tak więc „wyśrodkowując” można przyjąć, iż „przeciętna” średnia rozwodzących się heteroseksualnych małżeństw to jakieś 30 do 35 procent. Owszem, to nie jest mało i stanowi to o jakieś 30 do 35 procent rozwodów za wiele, ale mimo to pokazuje względną trwałość i stabilność tradycyjnego heteroseksualnego małżeństwa.

    Podobnie, gdy przyjrzymy się poziomowi zdrad w takowych małżeństwach dojdziemy do wniosku, iż wzajemna wierność nie jest tu wcale zjawiskiem rzadkim i unikalnym. I tak np. wedle badań przeprowadzonych w ciągu 15 lat przez Uniwersytety w Waszyngtonie i Seatlle na przeszło 19 tysiącach mężczyzn i kobiet, poziom cudzołóstwa wśród płci męskiej waha się pomiędzy 20 a 28 procent, zaś jeśli chodzi o niewiasty wskaźnik ten to liczby rzędu 5 do 15 procent1. Z kolei badania Giessen z 2000 r. Sugerują, że nawet w odniesieniu do niemałżeńskich związków heteroseksualnych poziom incydentalnej bądź trwałej niewierności to ok. 30 do 40 procent. Jedne z wyższych wskaźników cudzołóstwa można było odnotować w latach 90-tych XX wieku w Rosji – mianowicie miało ono dotyczyć 50 procent tamtejszych mężczyzn i 25 procent kobiet2.

    Nawet, gdy przyjrzymy się ilości erotycznych partnerów w ciągu całego życia wśród osób heteroseksualnych, to – według światowego raportu „Durexu” z 2005 roku – średnia wynosi tu 9 (dla mężczyzn jest to 10, a dla kobiet 6 )3. Ba, choć odsetek osób niewspółżyjących seksualnie przed ślubem jest współcześnie niemal powszechnie dramatycznie niski (i waha się pomiędzy 1 a 10 %), to w amerykańskim pokoleniu urodzonym przed 1910 rokiem, poziom ten sięgał 87 procent wśród niewiast i 50 procent pośród mężczyzn4..

    A jak wyglądają podobne statystyki wśród osób praktykujących homoseksualizm?

    Po pierwsze, choć niestety rośnie liczba krajów, w których osoby homoseksualne mogą oficjalnie zawierać ze sobą „związki partnerskie” bądź „małżeństwa” zdecydowana mniejszość z nich korzysta z tej możliwości (np. ok. 3 proc. w Holandii, niewiele ponad 2 proc. w Szwecji, w Vermont w USA było to 21 procent)5.

    Chyba wszystkie z badań potwierdzają, iż „statystyczny gej” ma nieporównywalnie więcej partnerów seksualnych niż „statystyczny heteroseksualista”. Jeszcze w latach 70-tych ubiegłego wieku w USA przeszło 70 procent ankietowanych homoseksualistów rasy białej przyznawało się do posiadania więcej niż 500 partnerów erotycznych6. Co prawda, epidemia AIDS po części ostudziła tę gigantyczną rozwiązłość „gejów”, ale mimo to odnośne liczby wciąż są oszałamiające. Wedle raportu „Lambda” z 1996 r. 40 procent homoseksualistów miało przeszło 40 kochanków. Z kolei, opublikowane w 1997 roku badania pod kierownictwem Paula Van de Vena obejmujące wypowiedzi 2538 starszych homoseksualistów wykazały, iż od 20,4 do 31,4 procent spośród nich deklarowało utrzymywanie stosunków erotycznych z 500 lub więcej partnerami. Najczęstszą zaś wymienianą przez starszych „gejów” liczbą było pomiędzy 101 a 500 kochanków7.

    A może przynajmniej jeśli chodzi o wzajemną wierność w ramach trwającego związku homoseksualiści są podobni do osób heteroseksualnych? Nic z tych rzeczy. Wedle opublikowanej przez wydawnictwo Uniwersytetu Oxfordzkiego „Handbook of Family Diversity” osoby żyjące w stałych związkach „gejowskich” jednocześnie deklarowały, iż w czasie trwania tychże relacje średnio rocznie miały okazyjnie przeciętnie od 4 do 5 partnerów seksualnych8. Z kolei, w badaniu przeprowadzonym przez Davida P. McWhirtera i Andrewa Mattisona na 156 homoseksualnych (72 pary) mężczyznach będących ze sobą w związku trwającym przynajmniej rok, tylko 7 par stwierdziło, iż ma stosunki erotyczne wyłącznie w ich ramach. Wszystkie inne pary z owej grupy stwierdziły, że dozwalają sobie na mniejszy bądź większy zakres niewierności9.

    Czego to wszystko dowodzi? Pro-gejowska propaganda może w nieskończoność eksploatować przykłady poszczególnych stabilnych i wiernych sobie związków homoseksualnych, ale statystki mówią same za siebie. Zdrada w takich związkach jest na porządku dziennym i dotyczy olbrzymiej większości z nich. Homoseksualiści zaś mają zazwyczaj o wiele więcej partnerów seksualnych niż osoby heteroseksualne. W tym świecie wzajemna wierność i powściągliwość są czymś unikalnym, normą jest zaś gigantyczna rozwiązłość, „otwarte związki” i szalony libertynizm oraz promiskuityzm. Choć rewolucja seksualna poczyniła swe niszczycielskie postępy także wśród heteroseksualnych mężczyzn i niewiast (zwłaszcza jeśli chodzi o podejście do seksu przedmałżeńskiego), to w porównaniu z homoseksualistami wciąż jawią się oni niczym cnotliwi purytanie (i to nawet biorąc poprawkę na to, że osoby hetero częściej ukrywają swe seksualne wybryki). Czy można więc na poważnie zaprzeczać temu, iż w samej naturze (zwłaszcza męskiego) homoseksualizmu leży wielka skłonność do erotycznego zdziczenia, rozwydrzenia i hiper-rozwiązłości???

    3. Homoseksualizm jest bezpłodny (nie ma z niego dzieci).

    W całym świecie zasadniczą funkcją seksu jest prokreacja. Trudno też zanegować to, iż dzieci są tym co bardzo ubogaca i czyni znacznie trwalszym dany związek. Posiadanie potomstwa sprzyja odpowiedzialności, wierności i szacunkowi. Dzieci są wreszcie wspaniałym owocem wzajemnej miłości i seksualnej intymności. Choć prokreacja nie jest jest jedyną funkcją seksu, to jednak nie można zaprzeczyć, że stanowi ona jego ważny element. Kiedy brak jest potomstwa, łatwiej jest o niewierność, porzucenie partnera i zatracanie się w poszukiwaniu coraz to nowszych doznań seksualnych. Oczywiście bezpłodność w pożyciu płciowym nie jest sama w sobie zła (o ile nie jest z góry zamierzona i planowana), ale stanowi ona częste źródło cierpienia i frustracji.

    Homoseksualizm jako będący pod tym względem jałowy z samej swej natury, musi więc napędzać cierpienie, frustrację i zatracanie się w seksie. Próby swoistego „łatania” tego stanu rzeczy poprzez wprowadzanie instytucji adopcji dzieci dla takich związków powoduje zaś tylko nowe kłopoty będąc tworzeniem kolejnej nienaturalnej i dewiacyjnej hybrydy. Dzieci po prostu nie pasują do jednopłciowych związków – gdyby tak było, to osobniki tej samej płci zachodziłyby ze sobą w ciążę, a czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziano.

    Podsumowując: Pan Bóg wiedział co robi, zakazując i potępiając zachowania homoseksualne.

    Ps. W tym artykule skupiłem się na badaniach i statystykach dotyczących głównie USA, Kanady, Europy (w tym Rosji) oraz kilku krajów azjatyckich. Pominąłem tutaj kraje Ameryki Łacińskiej i i Afryki, gdzie poziom heteroseksualnej rozwiązłości jest najczęściej znacznie wyższy niż w USA, Kanadzie i Europie – można jednak śmiało przypuszczać, iż i tam libertynizm homoseksualistów odpowiednio przewyższa odnośne statystyki rozpasania erotycznego osób heteroseksualnych.

    Przypisy: 

    1Patrz: http://en.wikipedia.org/wiki/Adultery

    2Patrz: Pamela Druckerman, „Dlaczego zdradzamy? Światowy atlas niewierności”, Wydawnictwo Literackie, 2013, s. 171.

    3Patrz: http://web.archive.org/web/20080430082451/http://www.durex.com/cm/gss2005Content.asp?intQid=943&intMenuOpen=

    4Patrz: James R. Petersen, Stulecie seksu, Poznań 2002, s. 145.

    5Patrz: „Facts:Population,” Directory and Complete Guide to Sweden 2000″ oraz „At a Glance: Netherlands Statistics” UNICEF . Podaję za: http://www.frc.org/get.cfm?i=IS04C02

    6Patrz: A. P. Bell and M. S. Weinberg, „Homosexualities: A Study of Diversity Among Men and Women”(New York: Simon and Schuster, 1978), s. 308, 309. Podaję za: http://www.frc.org/get.cfm?i=IS04C02

    7 Patrz: Paul Van de Ven et al., „A Comparative Demographic and Sexual Profile of Older Homosexually Active Men,” Journal of Sex Research 34 (1997): 354. Podaję za: http://www.frc.org/get.cfm?i=IS04C02

    8 Patrz: David H. Demo, „Handbook of Family Diversity”, (New York:Oxford University Press, 2000): 73. Podaję za: http://www.frc.org/get.cfm?i=IS04C02

    9 Patrz: David P. McWhirter, Andrew M. Mattison, „The Male Couple: How Relationships Develop”(Englewood Cliffs: Prentice-Hall, 1984): 252, 253. Podaję za: http://www.frc.org/get.cfm?i=IS04C02

  3. Za co KONKRETNIE chce przepraszać „gejów” i lesbijki papież Franciszek?

    Leave a Comment

    Wyobraźmy sobie sytuację, iż któryś z papieży pewnego dnia mówi: „Kościół powinien przeprosić morderców, pedofilów i złodziei, gdyż nieraz chrześcijanie ich dyskryminowali i znieważali„. Mimo, iż tego rodzaju wypowiedź można by zrozumieć – choć z pewnym trudem – w sposób zgodny z tradycyjnym nauczaniem katolickim, to z drugiej strony nie należałoby się dziwić, iż wywołałaby ona powszechne oburzenie. Pierwszymi wszak skojarzeniami z takim postawieniem sprawy nie byłoby  stwierdzenie, iż pewni chrześcijanie mogli niesprawiedliwie oraz niemiłosiernie traktować morderców, pedofilów i złodziei np. odmawiając im prawa do nawrócenia (twierdząc, że Bóg na pewno nie wybaczy im grzechów, choćby i ci żałowali), albo też nie patrząc na sądowy wymiar sprawiedliwości dokonywali na nich samosądów (nie przekazując ich policji, ale samemu ich zabijając). Taka interpretacja owej teoretycznej papieskiej wypowiedzi byłaby zgodna z tradycyjną doktryną, jednak w oczywisty sposób powszechnie przyjęto by inną jej wykładnię, a więc, że papież wzywając do przepraszania takich osób za okazywaną im przez chrześcijan dyskryminację, gani w ten sposób to, iż mordercy, pedofile i złodziei byli np. wsadzani do więzień, albo, że ktoś ośmielał się krytykować ich występki w nieco ostrzejszych słowach niż „To jest grzech, ale cóż wszyscy jesteśmy grzesznikami i kim ja jestem aby sądzić swego bliźniego„.  I nie ma co się łudzić, że prawdopodobnie bliższa intencjom papieża, który by wypowiedział takie słowa byłaby ta druga interpretacja, nawet wówczas, gdyby ów papież nie skonkretyzował, co dokładnie miał na myśli, mówiąc o dyskryminacji sprawców morderstw, kradzieży i pedofilii, za którą chrześcijanie winni przepraszać.

    Tymczasem, podobne słowa padły z ust papieża Franciszka, co prawda, nie odnośnie morderców, złodziei i pedofilów, ale w stosunku do homoseksualistów i lesbijek. W czasie bowiem swych słynnych już „pokładowych konferencji prasowych” Franciszek odnosząc się do słów kardynała Marxa o tym, iż katolicy winni przeprosić za „marginalizowanie” i „dyskryminowanie” społeczności homoseksualnej,  nie skrytykował jego słów lecz odrzekł, iż Kościół powinien przeprosić homoseksualistów „których znieważył„, a także, iż według nauczania Katechizmu Kościoła Katolickiego „nikogo nie powinno się dyskryminować„. Aktualny papież dodał przy tym, iż przez wyrażenie „Kościół powinien przeprosić” rozumie chrześcijan, którzy wszak ów Kościół tworzą.

    Wielka szkoda jednak, iż Franciszek nie sprecyzował co konkretnie i bardziej szczegółowo miał na myśli mówiąc o „dyskryminacji”i „znieważaniu” homoseksualistów za które chrześcijanie „powinni przepraszać”? Oczywiście bowiem, że istnieją pewne formy niesprawiedliwego i niemiłosiernego traktowania osób homoseksualnych, za które należy wyrażać skruchę i których trzeba unikać. Można nawet powiedzieć, iż obok jak najbardziej uprawnionych i sprawiedliwych form dyskryminacji homoseksualistów i lesbijek  istnieją niegodziwe i niesprawiedliwe odmiany dyskryminacji takich osób. Tytułem przykładu – podchodzi do mnie żebrak, o którym skądinąd wiem, że ów jest „gejem” i prosi mnie o jedzenie, gdyż nie jadł on kilka dni. Niesprawiedliwą dyskryminacją byłoby, gdybym odmówił nakarmienia takiego głodnego kierując się tym, iż jest on homoseksualistą. Jednak, gdyby jakiś „gej” poprosił mnie o pieniądze, po to by mógł on za nie poszaleć w jakimś klubie dla sodomitów, moja odmowa byłaby „sprawiedliwą dyskryminacją”. Przechodząc zaś na  płaszczyznę stricte prawną „niesłuszną dyskryminacją osób homoseksualnych” byłoby np. zakazywanie takim ludziom posiadania własności prywatnej, budowania domu, prowadzenia samochodu, itp. Wszystkie te rzeczy są albo realizacją naturalnych praw ludzkich, albo też nie mają ścisłego związku z nieuporządkowanymi skłonnościami takich osób. Słuszną dyskryminacją „osób homoseksualnych” byłoby już jednak utrudnianie im możliwości pracy z młodzieżą tej samej płci, uniemożliwianie oficjalnego sankcjonowania ich związków,  zakazywanie promowania ich dewiacji, czy nawet prawne karanie prywatnych aktów homoseksualnych.  Homoseksualiści i lesbijki mają bowiem prawa bardziej jako ludzie, a nie jako osoby pragnące realizować swe zboczone skłonności. Istnieją naturalne prawa należne wszystkim ludziom, ale żaden człowiek nie ma prawa czynić zła, a jeśli już czyni coś sprzecznego z wolą Boga, to państwo nie ma obowiązku otaczania ochroną owych jego konkretnych złych czynów. Sam zresztą kardynał Joseph Ratzinger, który jest „pierwotnym” autorem słów o „unikaniu oznak niesłusznej dyskryminacji wobec osób homoseksualnych”  musiał znać i rozumieć to rozróżnienie, skoro już jako Benedykt XVI zatwierdził tzw. Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego, gdzie w punkcie numer 494 naucza się, że „władze cywilne powinny stosownymi prawami zakazywać rozprzestrzeniania się ciężkich wykroczeń przeciw czystości” (wśród których wymienione również czyny homoseksualne). Wcześniej zresztą, kardynał Ratzinger, w dokumencie Kongregacji Nauki Wiary „Omosessualit” precyzował rozróżnienie pomiędzy sprawiedliwą i niesprawiedliwą dyskryminacją homoseksualistów i lesbijek: „Istnieją dziedziny, w których nie jest przejawem niesprawiedliwej dyskryminacji uwzględnienie skłonności seksualnej, na przykład gdy chodzi o adopcję dziecka lub powierzenie go opiekunom, zatrudnienie nauczycieli lub trenerów sportowych, służbę wojskową. Osoby homoseksualne, jako osoby ludzkie, mają te same prawa co wszyscy ludzie, w tym prawo do takiego traktowania, które nie uwłacza ich godności osobistej. Obok innych praw wszyscy ludzie mają prawo do pracy, mieszkania itd. Nie są to jednak prawa absolutne. Mogą zostać słusznie ograniczone ze względu na obiektywne nieuporządkowane zachowania zewnętrzne. Jest to nie tylko dopuszczalne, ale konieczne. Co więcej, zasada ta dotyczy nie tylko przypadków zachowań zawinionych, ale także działań osób chorych fizycznie lub umysłowo. Jest zatem przyjęte, że państwo może ograniczyć możliwość korzystania z pewnych praw, na przykład osobom cierpiącym na chorobę zakaźną lub umysłową, by chronić dobro wspólne” (tamże: n. 11-12).

    Oczywiście jest prawdopodobne, iż w historii Kościoła setki milionów chrześcijan mogło miliardy razy grzeszyć w ten czy inny sposób przeciwko osobom homoseksualnym. Działo się tak choćby wtedy, gdy ktoś zamiast modlić się o łaskę skruchy dla takich osób wyzywał je knajackimi określeniami w rodzaju: „Ciota” czy „cwel”. Miało to miejsce wtedy, gdy ktoś mówił o takich ludziach: „Oni już są straceni, nie ma co się starać o ich nawrócenie” albo też w niewybredny sposób żartował sobie o nich: „Czy robicie to z wazeliną czy bez wazeliny?„.  Inni z chrześcijan mogli zaś nie pomóc komuś w jego godziwej potrzebie (czyli odziać, nakarmić, napoić, opatrzyć rany) dlatego, że ów potrzebujący był akurat homoseksualistą czy lesbijką. Jeszcze inni chrześcijanie mogli dopuszczać się aktów samosądu przeciw takim ludziom, raniąc, okaleczając lub zabijając ich nie mając do tego upoważnienia ze strony władz cywilnych, czyniąc to na własną rękę bez przeprowadzenia procesu sądowego, etc.  Znając życie, takich obiektywnie grzesznych czynów w wykonaniu chrześcijan mogło być w historii wiele. Na czym więc polega problem z wypowiedziami papieża Franciszka na temat potrzeby przepraszania homoseksualistów za ich „dyskryminowanie” i „znieważanie” przez chrześcijan? Otóż, jak już wskazałem powyżej, Franciszek nie skonkretyzował tego, za co w sensie bardziej szczegółowym należy przepraszać homoseksualistów. Mówiąc więc np. że „nikogo nie powinno się dyskryminować” nie dodał, iż dyskryminacja raz może niesprawiedliwa, a innym razem sprawiedliwa. Dlatego też w bardzo łatwy sposób jego słowa na ten temat mogą być rozumiane w zupełnie błędnym i zaprzeczającym tradycyjnemu nauczaniu i praktyce Kościoła duchu. Setki milionów katolików oraz niekatolików słysząc i czytając takie słowa nie zrozumie ich jako ganienia tylko postaw w rodzaju: „Nie dam ci chleba, choć jesteś głodny, bo jesteś homoseksualistą” (co było złe), ale wrzuci do tego również fakt, iż nawet święci papieże zachęcali władze cywilne do surowego karania czynów homoseksualnych (co nie było złe). Podobnie, przez „znieważanie” homoseksualistów wielu katolików i niekatolików nie będzie rozumieć tylko słów w rodzaju: „pedały”, „cioty” czy „cwele”, ale zinterpretuje to sobie również jako np. ganienie nazywania tej dewiacji „obrzydliwością„, „grzechem wołającym o pomstę do Nieba” nie mówiąc już o takich używanych przez niektórych świętych sformułowaniach jak: „Cóż jest wstrętniejszego od męskiej nierządnicy? Co bardziej przeklętego?” (św. Jan Chryzostom); „przeklęta sodomia„, „zboczona żądza bliska szaleństwu” (św. Bernardyn ze Sieny); „nieszczęśni” (św. Katarzyna ze Sieny).

    I niestety, niewiele albo wręcz zgoła nic, będzie wskazywało na to, iż interpretujący w ten sposób rzeczone wypowiedzi papieża Franciszka będą to czynili wbrew jego rzeczywistym intencjom. Owszem, powie ktoś, że Franciszek przecież jeszcze jako kardynał Bergoglio piętnował pomysł wprowadzania homoseksualnych „małżeństw” do prawodawstwa Argentyny albo też wyrażał krytyczne sugestie wobec niektórych publicznych manifestacji LGBT. To jednak jest zdecydowanie za mało, by twierdzić, iż Franciszek zgadza się np. również z papieżem św. Piusem V, który polecił wydawanie czynnych homoseksualistów władzom cywilnym, by te ich surowo karały albo pod pojęciem „znieważania” osób homoseksualnych nie uważał nazywania ich praktyk mianem „zboczonej żądzy bliskiej szaleństwa„, „przeklętej sodomii„, etc. I choć nie sądzę, by Bóg dopuścił do tego, aby papież Franciszek w bardziej autorytatywny sposób niż za pośrednictwem swych „samolotowych konferencji” (czyli np. w swej encyklice) jednoznacznie odciął się od tradycyjnego nauczania i praktyki Kościoła na temat homoseksualizmu, to efekt medialny jego słów o „przepraszaniu za dyskryminację i znieważanie homoseksualistów” będzie właśnie taki jak opisałem go wyżej.

    Zważając na to wszystko, niestety coraz mniej absurdalny wydaje się żart, jaki swego czasu dopuścił się jeden z profili facebookowych, a mianowicie, że dojdzie do sytuacji, w której Franciszek przeprosi społeczność LGBT za zniszczenie Sodomy i Gomory…

     

     

     

  4. Kto bardziej zasługiwał na śmierć? „Geje” czy członkowie PPR/PZPR?

    Leave a Comment

    Po mym artykule na temat zamachu w Orlando, w którym w pewien sposób zrównałem Omara Mateena, sprawcę dokonanego tam samosądu z działaniami „Żołnierzy Wyklętych”, którzy również na własną rękę zabijali nie tylko uzbrojonych członków LWP, milicjantów, etc., ale również cywilów należących do PPR, PZPR, będących urzędnikami państwowymi, nauczycielami w szkołach, w niektórych miejscach rozpętała się istna burza. Jednym z głównych zarzutów stawianych mym wypowiedziom na ów temat było stwierdzenie, które można by ująć w następujących słowach: „Jak można porównywać zabijanie biednych pogubionych ludzi, jakimi są homoseksualiści z egzekucjami dokonywanymi na zdrajcach narodu i kolaborantach, jakimi byli członkowie PPR i PZPR?!?„.

    Otóż, mam złą wiadomość dla autorów tego oburzenia. Mianowicie, nie tylko, że można porównywać te dwie sytuacje, ale tak naprawdę samowolne zabijanie aktywnych homoseksualistów jawi się jako mniej złe niż samowolne zabijanie członków PPR, PZPR, urzędników PRL, nauczycieli ówczesnych szkół, etc. A to dlatego, że zabijanie za czyny homoseksualne nie jest wewnętrznie i absolutnie złe. Więcej nawet, jeśli jest to czynione na mocy ustanowionego przez władze cywilne prawa i po przeprowadzeniu odpowiedniego procesu sądowego może być nawet to czymś moralnie dobrym. Sam bowiem Bóg nakazał rządzącym wymierzanie kary śmierci za homoseksualne czyny dając Mojżeszowi następujące polecenie: „Ktokolwiek obcuje cieleśnie z mężczyzną, tak jak obcuje się z kobietą, popełnia obrzydliwość. Obaj będą ukarani śmiercią, ich krew (spadnie) na nich” (Kapłańska 20: 13).  Owszem, nie wszystkie z przykazań Starego Testamentu obowiązują chrześcijan, jednak skoro Bóg jest niezmienny (Malachiasz 3: 6) i „nie ma w nim żadnej ciemności” (1 Jana 1: 5), to nie można mówić, że coś co niegdyś On sam wprost nakazał czynić, dziś jest zawsze i wszędzie złe. Poza tym Słowo Boże mówi: „Nikomu On nie przykazał być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć” (Mądrość Syracha 15: 20), a gdyby karanie śmiercią za homoseksualizm było samo w sobie złe, słowa te stanowiły by kłamstwo (gdyż wtedy Bóg w istocie nakazałby ludziom grzeszyć). Jeśli zaś chodzi, o wyżej wymienione przykazanie Starego Przymierza to było ono przez wieki z poparciem autorytetu Kościoła aplikowane już pod rządami Nowego Zakonu. Można nawet powiedzieć, iż pewnego rodzaju rewolucją jaką wniosło chrześcijaństwa do naszej cywilizacji, była właśnie zachęta do takiego surowego karania homoseksualnych uczynków. Wszak, to po upadku pogaństwa w Imperium Rzymskim, z inspiracji biskupa Mediolanu, św. Ambrożego, rządzący nim wprowadzili karę śmierci przez spalenie na stosie za aktywny homoseksualizm, podczas gdy wcześniej ów występek był tam traktowany z dużą dozą wręcz przyzwolenia. Osobiście, co prawda uważam, iż władze cywilne winny karać czynny homoseksualizm w łagodniejszy sposób, ale z pewnością nie odważyłbym się potępiać tych rządzących, którzy zdecydowali się ów prześladować za pomocą kary śmierci, gdyż w ten sposób de facto potępiałbym Boga. Jeśli bowiem coś mogło być dobre w oczach Boga za czasów Mojżesza, to nie może być zawsze złe i niemoralne współcześnie.

    Oczywiście, zamachowiec z Orlando nie uczynił dobrze zabijając przebywających w barze „gejów”, gdyż nie był do tego upoważnionym przez rządzącą jego krajem władzę. To był więc z jego strony klasyczny samosąd. Poza tym, o ile pomiędzy orzeczeniem przez sąd kary śmierci a jej wykonaniem upływa pewien okres czasu, w którym skazany nań ma wiele okazji do refleksji nad swym życiem oraz wyrażenia skruchy za zło, które czynił, to trudno o czymś takim mówić w przypadku nagłego samosądu, przez co można powiedzieć, iż taki gwałtowny akt w pewien sposób utrudnia jego ofiarom nawrócenie się (w przeciwieństwie do kary głównej). Wreszcie, nie jest powiedziane, że ofiarą samosądu dokonanego przez Mateena musieli paść tylko aktywni homoseksualiści i lesbijki – w takim miejscu mogły się wszak znajdować osoby niezaangażowane w tę obrzydliwość, np. zatrudnione tam sprzątaczki, albo też osoby głupie, nieroztropne, np. młode dziewczęta które przyszły tam z głupiej ciekawości odnośnie tego jak wygląda zabawa w gejowskim klubie. Z tych powodów czyn Mateena był zły. Nie było nim jednak samo zabicie aktywnych homoseksualistów, ale to, że uczynił to w sposób samowolny oraz mogący narazić na śmierć osoby w rzeczywistości nie będące winnymi takich czynów.

    O ile jednak Bóg polecił karanie homoseksualizmu śmiercią, o tyle nie uczynił tego w stosunku do bycia członkiem PPR, PZPR, sprawowania funkcji urzędniczych w nielubianym przez kogoś państwie. Ba, w Piśmie świętym nie ma nawet polecenia karania śmiercią za ogólnikowo pojętą „zdradę narodową” czy „kolaborację”, a jeśli już to niektórzy ze zdrajców swego kraju (np. Rahab) oraz kolaborantów (np. Daniel) są ukazywani w Biblii jako bohaterowie wiary. Oczywiście, w samym Piśmie świętym siłą rzeczy nie mogło być nakazu karania śmiercią za wstąpienie do PPR, PZPR czy udział w aparacie państwowym PRL, gdyż w czasie gdy Biblia była spisywana takowych organizacji i instytucji po prostu nie było. Jednak nawet, gdyby dokonać interpretacji rozszerzającej pewnych występków, które Bóg nakazał karać śmiercią, a więc np. potraktować namawianie do „pójścia za cudzymi bogami” jako również ateizm, albo też głoszenie „fałszywych proroctw” jako głoszenie komunizmu, to i tak byłoby bardzo problematyczne zakwalifikowanie do takich kategorii członkostwa w PPR, PZPR, bycia urzędnikiem publicznym w PRL, etc. Różne były bowiem motywacje, cele i poziom świadomości ludzi wstępujących do wymienionych organizacji i instytucji w czasie zbrojnej działalności „Żołnierzy Wyklętych”. Trudno np. powiedzieć, by wstąpienie do PPR-u w latach 1945 – 1948 oznaczało faktyczne popieranie światopoglądu ateistycznego, skoro w tym okresie władze tego ugrupowania w sposób jawny nie promowały ateizmu i antychrześcijaństwa, a sam Bierut publicznie uczestniczył w uroczystościach religijnych. Nawet jeśli chodzi o popieranie komunizmu to akces do PPR oraz PZPR nie musiał tego oznaczać, gdyż przynajmniej w pierwszych latach funkcjonowania „Polski Ludowej” owe ugrupowania unikały eksponowania otwartych nawiązań do komunizmu, a bardziej akcentowały hasła postępu, odbudowy ojczyzny, ulżenia doli robotników i chłopów. Kontrowersyjne jest również stawianie znaku równości pomiędzy przystąpieniem do PPR i PZPR albo przyjęciem urzędniczych posad w PRL a aktem narodowej zdrady i „kolaboracji z okupantem”. Nasz kraj znajdował się bowiem wtedy w złożonej i wieloaspektowej rzeczywistości społeczno-politycznej, Polacy byli zmęczeni wieloletnią wojną często upatrując w nowym stanie rzeczy nadziei na odbudową naszej ojczyzny, a sowiecka armia było, nie było, ale siłą rzeczy wyzwoliła Polskę z rąk dotychczasowych jej okupantów. Przynajmniej zatem w sferze intencjonalnej, wstąpienie do PPR, PZPR albo aparatu urzędniczego nowej władzy nie musiało równać się chęci szkodzenia naszemu krajowi. Zresztą, czy obiektywnie rzecz biorąc można mówić o akcie „zdrady narodowej” np. w sytuacji, gdy państwowy urzędnik rozdzielał ziemię z reformy rolnej, albo też podejmował trud walki z analfabetyzmem? Czy takie działania również zasługiwały na karę śmierci i to jeszcze samowolnie orzekaną i wymierzaną?

    Rozumiałbym i jakoś tam szanował, gdyby ktoś krytykował mój poprzedni artykuł twierdząc, iż równie złe jest zabijanie w aktach samosądu tak homoseksualistów, jak i członków PPR oraz PZPR. Jeśli jednak ktoś oburza się na to pierwsze, a usprawiedliwia to drugie zachowanie, to tylko pokazuje w ten sposób, jak bardzo pokręcone i dalekie od biblijnego pojmowanie moralności wyznaje. Taki człowiek jest po prostu zaślepiony, a jego pogląd w tej sprawie nie wynika z racjonalnej i logicznej analizy obu tych sytuacji, a jest wynikiem uprzedzeń. Innymi słowy, mamy tu do czynienia ze swego rodzaju moralnością Kalego, a więc: „Kiedy Arab i islamista zabija w samosądzie to jest źle. Kiedy jednak Polak-katolik zabija w samosądzie to dobrze„.