Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: bunt zbrojny

  1. Kiedy patriotyzm staje się grzeszny?

    Leave a Comment

    W ostatnich 100 – 150 latach, zwłaszcza na polskim gruncie, bardzo rozwinęła się myśl łącząca katolicyzm i chrześcijaństwo z patriotyzmem. Czasami przybiera to takie rozmiary i akcenty, iż dokonuje się swoista „sakralizacja” wartości patriotycznych. Choć ani w Piśmie świętym ani nauczaniu Ojców Kościoła nie ma przykazań typu: „Będziesz czcił swą świętą Matkę Ojczyznę„; „Zachowasz swój język ojczysty„; „Nie opuszczaj na stałe swego kraju, by gdzie indziej ułożyć sobie życie” albo „Zawsze walcz z zaborcami i okupantami swego kraju” to słuchając niektórych pobożnych wypowiedzi na temat patriotyzmu można odnieść nieodparte wrażenie, iż wspomniane wyżej maksymy mają rangę co najmniej równorzędną (a czasami może nawet wyższą) co rzeczywiście biblijne przykazania w rodzaju: „Czcij ojca swego i matkę swoją„, „Nie będziesz cudzołożył„; „Nie będziesz czcił bożków„, „Nie będziecie się wzajemnie okłamywać” lub „Nie upijajcie się winem„. Przez tę nieco krytyczną aluzję pod adresem pewnych przejawów patriotyzmu nie chcę oczywiście negować jakichkolwiek związków miłości do własnej ojczyzny z bardziej tradycyjnie pojmowaną moralnością chrześcijańską. Rzecz jasna, przywiązanie do ojczystego języka, ziemi, historii, kultury, chęć życia w niepodległym kraju – to wszystko są rzeczy ważne i mogą być konsekwencją właściwie pojętej miłości do Boga i bliźniego. Jak zawsze jednak, gdy chodzi o wartości doczesne (a przywiązanie do ojczyzny jest stricte doczesne, gdyż w Niebie nie będzie już odrębnych narodów, państw i krajów) trzeba zadawać sobie pytania o granice takowej miłości. I w tym tekście pragnę wskazać na kilka objawów niezdrowego, przesadnego, by nie powiedzieć wręcz grzesznego patriotyzmu.

     

    OBJAW NUMER 1: JĘZYK UBÓSTWIAJĄCY OJCZYZNĘ.

    Jednym z niebezpiecznych przejawów przesadnego patriotyzmu jest mówienie o swej ojczyźnie i wartościach patriotycznych językiem sakralnym, religijnym, przywołującym skojarzenia z Boskością i nadprzyrodzonością. Już wyrażenia typu: „Święta Matka Ojczyzna”; „Dekalog Polaka”, etc., wydają się być mocno dwuznaczne i dobrze by było wyeliminować je z naszego słownictwa. Czy bowiem np. mówienie o „Dekalogu Polaka” nie sugeruje tworzenia jakiejś dziwnej autonomicznej patriotycznej moralności? Oczywiście, pewne obowiązki i postawy patriotyczne konsekwentnie wynikają z niektórych Bożych przykazań, ale czymś niestosownym wydaje się sugerowanie, jakoby miłość wobec ojczyzny musiała stanowić główną oś zdrowej, chrześcijańskiej moralności (a coś takiego sugeruje wyrażenie „Dekalog Polaka”). Oczywistym nadużyciem jest zaś mickiewiczowskie mówienie o Polsce, jako „Chrystusie narodów”, etc. Jako inny z tego objawów można podać przykład grafiki, jaka została zaprojektowana na tegoroczną (2014 r.) pielgrzymkę środowisk kibicowskich na Jasną Górę. Plakat promujący to wydarzenie pokazywał bowiem postać Matki Bożej w sukni przyozdobionej symbolami „Polski Walczącej” i trzymającą na swych dłoniach chłopca wyglądającego jak niepełnoletni uczestnik Powstania Warszawskiego. W ten sposób, na płaszczyźnie symbolicznej zrównano niejako naszego Pana Jezusa Chrystusa z polskimi patriotami walczącymi o niepodległość i wolność naszej ojczyzny, a postać błogosławionej Marii z Nazaretu została wciągnięta w propagowanie polskiej myśli patriotycznej. Czy jednak stosowne jest takie ścisłe łączenie ze swej natury ponadnarodowego i nadprzyrodzonego Królestwa Bożego z propagowaniem jakby nie było doczesnej rzeczywistości, jaką jest przywiązanie do naszego kraju, narodu i ojczyzny? Pomińmy zaś już milczeniem to, iż żaden, choćby najszlachetniejszy i najświętszy człowiek nie może być stawiany na równi z Bogiem-Człowiekem, Jezus Chrystusem: co na płaszczyźnie symbolicznej zostało dokonane na wspomnianym wyżej obrazku.

     

    OBJAW NUMER 2: MYŚLENIE W KATEGORIACH „WSZYSTKO CO JEST POŻYTECZNE DLA OJCZYZNY STANOWI DOBRO”.

    Pan Jezus ostrzegał nas: Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien (Mt 10, 37). Z kolei, św. Jan Apostoł nauczał: Po tym zaś poznajemy, że Go znamy, jeżeli zachowujemy Jego przykazania. Kto mówi: „Znam Go”, a nie zachowuje Jego przykazań, ten jest kłamcą i nie ma w nim prawdy ( 1 J 2, 3-4). Papież Paweł VI niejako konkretyzując te biblijne przestrogi wyjaśniał zaś:

    W rzeczywistości (…) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny – a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka – nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw(„Humanae vitae”, n. 14).

    W nowożytnej teologii katolickiej podkreśla się, iż patriotyzm jest logicznym rozwinięciem biblijnego przykazania o czci i szacunku należnych własnym rodzicom. Skoro tak, to powyższe przestrogi o tym, by nie stawiać miłości rodziców ponad miłość do Pana Jezusa i że miłość do Boga przejawia się w przestrzeganiu Jego przykazań, winniśmy odnieść też do miłości ojczyzny. Zły i heretycki jest zatem taki patriotyzm, który usprawiedliwia łamanie tych Bożych przykazań, które zabraniają czynienia rzeczy złych ze swej natury. Tak jak miłość i szacunek dla rodziców nie uprawomacnia spełniania pewnych ich niemoralnych poleceń (np. gdyby ojciec kazał nam kogoś okraść czy kłamać mamy obowiązek odmówić), tak „patriotyzm” i racja stanu nie usprawiedliwiają np. kłamania, cudzołożenia, bezpośredniego zabijanie niewinnych ludzi czy też czynów homoseksualnych. Nie trudno zaś wskazać na sytuacje, w których właśnie z pobudek patriotycznych usprawiedliwia się takie niemoralne działania. Jednym z tego przykładów jest typowe usprawiedliwianie działań, jakie w ramach swej pracy wywiadowczej często podejmują agenci służb specjalnych poszczególnych krajów. Mogą oni seksualnie uwodzić, szerzyć oszczerstwa i dokonywać innych podłości, ale kwituje się to stwierdzeniem, że „etyka służb specjalnych jest szczególna” i że „racja stanu usprawiedliwia takie działania”. Innym przykładem powyższego niezdrowego objawu patriotyzmu są twierdzenia pewnego młodego polskiego historyka, który w kontekście pożądanej przez niego kolaboracji Polski z Niemcami utrzymuje, że „interes narodowy jest jedynym kryterium wedle którego powinno oceniać się prawidłowość takiej kolaboracji”, zaś fakt, iż Polacy w ramach takiej współpracy złożyli by Hitlerowi pewne obietnice nie powinien stanowić dla nas przeszkody, by później świadomie i celowo owe obietnice złamać. I tutaj widzimy jak absolutyzuje się pojęcie interesu narodowego oraz „racji stanu” usprawiedliwiając działania, które są ze swej natury niemoralne (z góry zaplanowane łamanie albo choćby poważne lekceważenie składanych przez siebie obietnic jest bowiem czymś złym, jako że stanowi jedną z odmian kłamstwa – inną rzeczą jest to, że nie powinno się składać obietnic zakładających czynienie czegoś złego).

     

    OBJAW NUMER 3: WYBIELANIE CIEMNYCH ASPEKTÓW WŁASNEJ HISTORII.

    Przykładów takiego podejścia nie brakuje. Chyba większość narodów ma w swej historii ciemne karty od których zamiast jasno i zdecydowanie się odciąć, usprawiedliwia je, a nawet tworzy z nich swego rodzaju „mity założycielskie”. Przykładowo, my Polacy mamy mocno wpisane w swą nowoczesną tożsamość narodową szacunek i uznanie dla naszych narodowych powstań. Powstania listopadowe, styczniowe, warszawskie, a od kilku lat „Żołnierze Wyklęci” weszły do kanonu naszej patriotycznej tożsamości i wszelkie bardziej krytyczne wypowiedzi względem nich wielu odbiera jako „znieważanie narodowych świętości”. Obiektywnie jednak rzecz biorąc – wszystkie z wymienionych wyżej rzeczy (prócz „Powstania Warszawskiego”) należałoby ocenić mniej lub bardziej krytycznie. Były to bowiem zbrojne bunty przeciwko zazwyczaj legalnym władzom (a takowe są moralnie złe poza pewnymi praktycznie bardzo rzadko zdarzającymi się sytuacjami). Innym przykładem z naszego polskiego podwórka, może być atencja, jaką zwłaszcza kręgi konserwatywne, darzą istniejącą w Rzeczpospolitej pomiędzy XVI a XVIII wiekiem kulturę sarmacką. W imię tej estymy pomija się milczeniem lub nawet usprawiedliwia takie wady i nieprawości sarmatów jak pijaństwo, pieniactwo (czyli procesowanie się o byle błahostki), skłonność do bójek i pojedynków, rozrzutność i marnotrawstwo dóbr materialnych (objawiające się w wywodzącym się ze zwyczajów sarmackich powiedzeniu „zastaw się, a postaw się„), urządzenia wystawnych i nieskromnych balów, rokosze i nieposłuszeństwo rządzącym. To wybielanie zaś wskazanych wyżej ciemnych aspektów tradycyjnej kultury sarmackiej skutkuje zaś tym, iż są one „w imię wierności tradycji” utrwalane w następnych pokoleniach. Oczywiście ten problem nie dotyczy tylko czy głównie Polaków. Popatrzmy wszak na naszych wschodnich sąsiadów, czyli Ukrainę. Tam ich nowożytna tożsamość narodowa jest budowana na kreowaniu wielce pozytywnego obrazu Ukraińskiej Armii Powstańczej (UPA). W dominującym przekazie UPA to zatem szlachetni „gieroje” walczącymi z komunistami i Niemcami, a to, że „przy okazji” w bestialski sposób wymordowali oni około 100 tyś. polskich cywilów sprowadza się do komunistycznych przekłamań, przerysowań, itp. Jakże bardzo od takiego wybielającego i usprawiedliwiającego własne narodowe wady i grzechy zaślepionego patriotyzmu, różnił się patriotyzm proroków starożytnego, biblijnego Izraela. Ci ostatni wszak w imię Boga i właściwie pojętej miłości do swego narodu odważnie wypominali mu jego grzechy choćby i bardzo mocno wrosły już one w jego historię, kulturę i tożsamość. Prorocy ci nie wahali się też mówić, iż nieszczęścia, które spadają na Izraelitów są Bożą karą i chłostą za ich nieprawości. Prorok Jeremiasz rzekł niegdyś:

    Leżeć musimy w hańbie i wstyd nas okrywa, bo zgrzeszyliśmy wobec Pana, Boga naszego, my i przodkowie nasi, począwszy od młodości aż do dziś; nie słuchaliśmy głosu Pana, Boga naszego” (Jr 3, 23).

    Porównajmy to odważne, biblijne mówienie o karach Bożych za grzechy własnego narodu z tym jak odbierane są dziś w pewnych kręgach wszelkie wzmianki o tym, że pewne nieszczęścia, które dotykały Polaków mogły być właśnie tego rodzaju karą. Wiem coś o tym, gdyż jeszcze świeżo w pamięci mam gniewne reakcje na mój tekst, w którym, w oparciu o Pismo święte i zapiski polskich mistyczek, św. Faustyny Kowalskiej i służebnicy Bożej Rozalii Celakówny, stwierdziłem, iż dokonane w skutek Powstania Warszawskiego zniszczenie Warszawy było Bożą chłostą ze rozliczne nieprawości, z których słynęła ona w okresie międzywojennym. Pamiętajmy zatem, że i patriotyzm musi mieć swoje pewne granice. Owszem, miłość do własnej ojczyzny jest konsekwencją pewnych Bożych przykazań, ale z drugiej strony nie możemy zapominać o nauczaniu Pisma świętego i Ojców Kościoła, wedle których: „nasza ojczyzna jest w niebie” (Flp 3, 20); bohaterowie wiary „uznawali siebie za obcych i gości na tej ziemi” (Hbr 11, 13), „duma z naszych przodków jest próżna” (św. Jan Chryzostom), a starożytni chrześcijanie „w każdej ziemi czuli się jak w swojej ojczyźnie i w każdym kraju postrzegali się jak obcy”.

  2. Czy Pius XII ganił prymasa Wyszyńskiego za potępienie Żołnierzy Wyklętych?

    Leave a Comment

    Znanym jest fakt, iż Episkopat Polski w swym zawartym z rządem PRL porozumieniu z dnia 14 kwietnia 1950 roku ganił zbrojną działalność ludzi, których dziś nazywa się „Żołnierzami Wyklętymi”. W dokumencie tym czytamy wszak:

    Kościół — zgodnie ze swymi zasadami — potępiając wszelkie wystąpienia antypaństwowe będzie przeciwstawiał się zwłaszcza nadużywaniu uczuć religijnych w celach antypaństwowych.

     Kościół katolicki, potępiając zgodnie ze swymi założeniami każdą zbrodnię, zwalczać będzie również zbrodniczą działalność band podziemia oraz będzie piętnował i karał konsekwencjami kanonicznymi duchownych, winnych udziału w jakiejkolwiek akcji podziemnej i antypaństwowej.

    Współcześnie, niektórzy z katolików pragną podważyć powagę powyżej cytowanych sformułowań autorstwa polskich hierarchów powołując się na dwie przesłanki. Pierwszą z nich jest sugestia, jakoby prymas Wyszyński (który stał również stał za owym porozumieniem) w trosce o swobodę działania Kościoła w Polsce czuł się przymuszony przez komunistów do podpisania potępienia aktywności „Żołnierzy Wyklętych”, jednak tak naprawdę się z ową ich przyganą  nie zgadzał. Drugim twierdzeniem mającym istotnie zrelatywizować kościelne potępienie „Wyklętych” jest powoływanie się na niechętne stanowisko, jakie wobec treści porozumienia miał zajmować sam papież Pius XII. Przyjrzyjmy się zatem tym dwóm punktom.

    A zatem, nie wiem, czy ci, którzy powołują się na pierwszą z wymienionych przesłanek, a więc to, iż prymas Wyszyński miał rzekomo tak naprawdę nie zgadzać się z treścią aprobowanego przez siebie porozumienia, jednak publicznie aprobować i promować je w dobrym celu, jakim było zapewnienie wolności Kościołowi, zdają sobie sprawę, że tak naprawdę zarzucają mu coś jeszcze gorszego. Otóż, wedle nauki katolickiej, dobry cel nie czyni usprawiedliwionym używanie złych ze swej natury środków. Jak uczył o tym choćby bł. Paweł VI w punkcie 14 encykliki „Humanae vitae”:

    „W rzeczywistości (…) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny – a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka – nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw”.

    Gdyby kardynał Wyszyński tak naprawdę uważał „Wyklętych” za godnych czci i naśladowania patriotów słusznie walczących z komunistami, jednak w dobrym celu publicznie określałby ich jako zasługujących na potępienie bandytów, to dopuszczałby się względem nich oszczerstwa. Oszczerstwo zaś jako szczególnie wstrętna odmiana kłamstwa jest zawsze zakazane i nie jest dozwolone w żadnych okolicznościach, choćby i można było za jego pomocą osiągnąć bardzo wiele dobra. Kardynał Wyszyński naruszałby więc w ten sposób jedną z fundamentalnych zasad katolickiego nauczania moralnego, a więc to, iż „cel nie uświęca środków”.

    Prymas Wyszyński bynajmniej zaś nigdy nie twierdził, iż porozumienie z rządem PRL było na nim przez komunistów wymuszone (choć nawet, gdyby było wymuszone, to i tak nie usprawiedliwiałoby to rzucania oszczerstw na kogokolwiek). Ten kościelny hierarcha podtrzymywał zaś swe stanowisko w tej sprawie, pisząc na przykład:

    Dlaczego prowadziłem do ‚Porozumienia’?
    Byłem od początku i jestem nadal tego zdania, że Polska, a z nią Kościół święty, zbyt wiele utraciła krwi w czasie okupacji hitlerowskiej, by mogła sobie obecnie pozwolić na dalszy jej upływ. Trzeba za każdą możliwą cenę zatrzymać ten proces duchowego wykrwawiania się, by można było wrócić do normalnego życia niezbędnego dla rozwoju Narodu i Kościoła, do życia normalnego, o które tak w Polsce ciągle trudno (Patrz: S. Wyszyński, Dzieła zebrane, t. 1, 1949-1953, Warszawa 1991. str. 247-265).

    Nic więc nie wskazuje na to, by kardynał Wyszyński potępił działalność „Żołnierzy Wyklętych” wbrew swemu wewnętrznemu o nich przekonaniu.

     

    Jak zaś ustosunkować się do tego, iż papież Pius XII miał być niechętny treści porozumienia z 14 kwietnia 1950 roku? To porozumienie miało 19 punktów i składało się z przeszło 1000 słów, obrońcy zaś „Wyklętych” powołują się na to, iż ówczesnemu papieżowi nie podobał się „propagandowy język tekstu” w nim użytego. Nie są oni jednak w stanie wskazać, iż Piusowi XII nie podobały się konkretnie 2 z 19 punktów potępiających działalność zbrojnego podziemia. Ba, nie wskazują nawet, które z punktów owego dokumentu budziły niechęć tego papieża. A może było tak, iż Piusowi XII z przeszło 1000 słów omawianego porozumienia nie podobało się tylko 50 lub 100 wyrazów, a z 19 znajdujących się tam punktów miał istotne zastrzeżenia tylko do jednego z nich (i to tego, które nie tyczyło się „Wyklętych”)? Zarzut, iż Piusowi XII nie podobał się „propagandowy język tekstu” to zdecydowanie za mało i za ogólnie, by twierdzić, że stawał on w ten sposób w obronie „Żołnierzy Wyklętych”. Ba, to nie jest nawet wątła poszlaka, by tak twierdzić.

  3. O posłuszeństwie władzy i granicach tego posłuszeństwa

    Leave a Comment

    Katechizm Soboru Trydenckiego:

    Bo jeżeli źli są urzędnicy albo przełożeni, nie ich się złości bojemy, ale onej mocy Boskiej, którą w nich być uważamy, tak, iż (co jest rzecz bardzo dziwna) chociażby nam nieprzyjaciółmi byli i na nas się gniewali się, chociażby najmniej litości w nich nie znać było, jednak co słuszna przyczyna nie jest, czemubyśmy z wielką pilnością im posłuszni być nie mieli, gdyż i Dawid wiele dobrego Saulowi czynił, chociaż on się gniewał, co pokazuje onemi słowy: (Psalm 119). Lecz jeżeliby co niegodziwego i złośliwego rozkazali, więc słuchani w tem być nie mają, ponieważ to nie według onej mocy swej, ale z niesprawiedliwości i z złego umysłu czynią„ [1].

     

    Ks. Piotr Skarga SJ:

    Nie doznana rzecz, póki chrześcijanom Pan Bóg dawał panów pogańskich, aby im się kiedy Święci Męczennicy mocą bronili, albo na ich urzędników rękę podnieśli i lud burzyli. Znali w nich z Apostołem moc i urząd Boski, i źle a niewinnie rozlewających krew ich czcili, i byli posłuszni tam, gdzie jawnego grzechu w ich rozkazaniu nie było, chociaż z największą szkodą, żalem i utratą majętności i zdrowia swego„ [2].

     

    Leon XIII, encyklika „Diuturnum illud”:

    Jeden jest tylko powód uwalniający ludzi od posłuszeństwa, mianowicie gdyby żądano od nich czegoś przeciwnego prawu naturalnemu albo Bożemu, tam bowiem, gdzie zachodzi pogwałcenie prawa natury lub woli Bożej, zarówno sam rozkaz, jak wykonanie go byłoby zbrodnią. (…) 

    A więc pasterze dusz idąc za przykładem Pawła Apostoła, usiłowali z największym naciskiem pouczać ludy, iż powinny „monarchom i władzom być uległe, rozkazów ich słuchać” (Tyt. 3, 1); podobnie modlić się do Boga za wszystkich ludzi, lecz szczególnie  za „królów i za tych, którzy piastują najwyższe godności, to bowiem zaleca nauka Zbawiciela Pana naszego” (1 Tym 2, 1-3). Pierwsi chrześcijanie postawili nam pod tym względem wzór znakomity; z największą niesprawiedliwością i okrucieństwem prześladowani przez pogańskich cesarzy, nigdy nie przestawali zachowywać się posłusznie i ulegle; wydawało się wprost, iż tamtych srogość chcą przemóc własną pokorą. Podobna skromność i niezłomna wola pozostawania wiernymi poddanymi wywierała tak silne wrażenie, iż zaćmić go nie mogły potwarze i złość wrogów (…) Inna sprawa była, gdy cesarze przez swoje dekrety lub pretorzy przez swoje groźby chcieli ich zmusić do sprzeniewierzenia się wierze chrześcijańskiej lub innym obowiązkom: w takich chwilach woleli zaiste odmówić posłuszeństwa ludziom niż Bogu. Wszakże i w podobnych okolicznościach dalecy byli od tego, aby jakikolwiek wszczynać bunt i majestat cesarski obrażać, a jednego tylko żądali, aby wolno im było swoją wiarę otwarcie wyznawać i być jej niezachwianie wiernymi. Poza tym nie myśleli o żadnym buncie, a na tortury szli tak spokojnie i ochoczo, że wielkość ich ducha brała górę nad wielkością zadawanych im mąk„ [3].

     

    Katechizm św. Piusa X:

    Tak, należy przestrzegać wszystkich praw, które są stanowione przez władze świeckie, zgodnie z nakazem i i przykładem, który dał nam nasz Pan Jezus Chrystus, o ile jednak nie są one sprzeczne z prawem Bożym” [4].

     

    Katechizm Kościoła Katolickiego n.1903, 2242:

    Jeśli sprawujący władzę ustanawiają niesprawiedliwe prawa lub podejmują działania sprzeczne z porządkiem moralnym, to rozporządzenia te nie obowiązują w sumieniu. (…)Obywatel jest zobowiązany w sumieniu do nieprzestrzegania zarządzeń władz cywilnych, gdy przepisy te są sprzeczne z wymaganiami ładu moralnego, z podstawowymi prawami osób i ze wskazaniami Ewangelii” [5}.

     

    Kardynał Thomas-Marie-Joseph Gousset

    Na tej to zasadzie ojcowie i pasterze kościoła, ustawnie skłaniali wiernych do płacenia podatków, nauczając ich, że nie można być nigdy nieposłusznym prawom krajowym, chyba gdyby wymagały rzeczy sprzecznych z moralnością i religią, lub były oczywiście niesprawiedliwymi. Na przypadek wątpliwości, należy przechylać się na korzyść prawodawcy i oświadczyć się za prawem” [6].

     

    Ks. Ildefons Bobicz:

    Prawo niesprawiedliwe nie jest właściwie prawem i posłuch mu się nie należy. Zanim ludzie prawo wydali, w sercu każdego wypisane było już prawo boże. Jeżeli więc prawo ludzkie stoi w sprzeczności z prawem bożym, jest niesprawiedliwe i jako takie nie może obowiązywać. Więc cóż pozostaje? Chwycić za broń i przemocą prawo zmienić? Nie! Nawet dla obalenia praw niesprawiedliwych w rzadkich tylko wypadkach wolno poddanym używać siły zbrojnej lub dopuszczać się gwałtów. Zazwyczaj dozwolony jest jedynie opór bierny, wiodący do ulepszenia praw drogą uczciwą i legalną.

    Widzicie więc drodzy bracia, jak źle, jak nie po chrześcijańsku, postępują ci, którzy dla byle powodu, a nieraz i bez powodu, bądź w pismach, bądź na wiecach, bądź w rozmowach prywatnych odgrażają się rządowi i nawołują współobywateli do buntów i zamieszek. Prawy katolik nie będzie dawał tym podżegaczom posłuchu, nie będzie należał do żadnej partii wywrotowej, nie przyłoży ręki do gwałtów i rozruchów ulicznych. Bóg sam rozsądzi sprawę naszą, a sprawiedliwość wcześniej czy później zatryumfuje. Znane są dzieje legii tebańskiej. W III w. po Chrystusie legia ta wysłana w celu prześladowania chrześcijan, nie wykonała rozkazu, ponieważ był bezbożny, ale też nie podniosła rokoszu przeciwko swej władzy, co przecież było jej łatwe, gdyż liczyła w swych szeregach do 6. 600 jednomyślnych i uzbrojonych żołnierzy. Wszyscy woleli umrzeć śmiercią męczeńską, niż czynnie przeciwstawić się prawowitej władzy” [7].

     

    Ks. Franciszek Spirago:

    Obowiązki masze względem panującego są następujące: Posłuszni mamy być wszelkim sprawiedliwym ustawom, ogłoszonym w jego imieniu, mamy mu być wiernymi, okazywać mu szacunek, wspierać go modlitwą, daninami pieniężnymi i daniną krwi.

    Ustaw państwa przestrzegać mamy, nie z obawy przed zagrożoną karą, lecz ze względu na Boga (Rzym. 13, 5). albowiem rozkazy zwierzchności świeckiej są rozkazami Boga (Rzym 13, 2). Zważmy, jak ochoczo usłuchali Marya i Józef rozkazu cesarza Augusta i poszli do Betlejem, aby dać się zapisać (Łuk. 2). Tylko jeśli prawo świeckie nakazuje coś, czego zakazuje Bóg, wtedy postąpić trzeba według słów Apostoła (Dz. Apost. 5, 29). Trzej młodzieńcy w piecu gorejącym posłuszni byli przede wszystkim Bogu, podobnie i bracia Machabejscy; również postąpił święty Maurycy i pułk zwany legią Tebańską (286). Panującemu dochować mamy wierności, zwłaszcza w razie wojny. Dlatego każdy żołnierz musi składać przysięgę na wierność swemu panującemu. Wzorem bohaterskiej wierności dla swego władcy jest Andrzej Hofer, który za czasów wojen napoleońskich bronił dzielnie i skutecznie swego kraju przeciw Francuzom (r. 1809). Nigdy nie wolno powstawać przeciw prawowitemu i sprawiedliwemu panującemu, nawet choćby tenże był tyranem; bo kto sprzeciwia się zwierzchności, sprzeciwia się rozporządzeniu Boga (Rzym. 13, 1). Uległymi być mamy nie tylko dla władcy dobrotliwego, ale i dla złego ( 1 Piotr 2, 18). Źli władcy są zwykle karą Boga za grzechy narodów (Św. Augustyn). Jeśli panujący jest tyranem, to najlepszą radą jest udawać się do Boga o pomoc. A udzieli jej Bóg niezawodnie, lecz tylko jeśli naród wyrzeknie się grzechu (Św. Tomasz z Akwinu)” [8].

     

    Bł. Franciszek Jägerstätter

    Nie wolno nam także zapominać, że powinniśmy być posłuszni władzy świeckiej, nawet wówczas, gdy jest to niezmiernie trudne. Należy okazywać wierne posłuszeństwo świeckim władcom i przełożonym, mimo częstego wrażenia, że jesteśmy traktowani przez władzę niesprawiedliwie. (…) Przykazania boskie mówią nam wprawdzie, że powinniśmy okazywać posłuszeństwo także zwierzchności świeckiej, nawet jeśli nie jest natury chrześcijańskiej, ale tylko do momentu, gdy nie narzuca nam nic złego. Bogu należy się większe posłuszeństwo niż człowiekowi” [9].

     

    Przypisy: 

    1. Cytat za: „Katechizm Rzymski”, Jasło 1866, s. 399.

    2. Cytat za: Ks. Piotr Skarga, „Żywoty Świętych Starego i Nowego Zakonu„, tom II, Petersburg 1862, s. 206.

    3. Patrz: Leon XIII, Encyklika „Diuturnum illud (O władzy politycznej”, Warszawa 2001, s. 12, 14, 15-16.

    4. Patrz: „Katechizm św. Piusa X. Vademecum katolika„, Sandomierz 2006, s. 100.

    5. Patrz: „Katechizm Kościoła Katolickiego„, Poznań 2002, s. 452, 520 – 521.

    6. Patrz: Kardynał Gousset, „Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników„, Warszawa 1858, s. 61.

    7. Patrz: Ks. Ildefons Bobicz, „Wykład codziennego pacierza i katechizmu. Przykazania Boże i kościelne„, t. II, Lwów 1937, s. 220 – 221.

    8. Patrz: Ks. Franciszek Spirago, „Katolicki katechizm ludowy. Część druga: Nauka obyczajów„, Mikołów-Warszawa 1906, s. 202 – 203.  

    9. Cytat za: Erna Putz, „Boży dezerter. Franz Jägerstätter 1907 – 1943„, Warszawa 2008. s. 300 – 301.

  4. Etyka Wyklęta

    Leave a Comment

    „Odwołajmy się znowu do żołnierzy podziemia niepodległościowego. W debacie na ich temat mamy z jednej strony sakralizację, a z drugiej – potępianie ich jako bandytów, morderców ludności cywilnej itd. A przecież należałoby pamiętać o tym, że po 1947 roku ci ludzie byli jak zwierzyna na polowaniu. Nie ma już wtedy w zasadzie walk zbrojnych między oddziałami – na każdą kilkuosobową grupę żołnierzy poluje wielokrotnie przeważająca liczebnie masa żołnierzy, milicjantów i funkcjonariuszy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, którym nie chodzi o uwięzienie, lecz o zabicie. Do tego dodajmy warunki materialne, biedę powojenną, pogardę dla życia. Nic dziwnego, że kiedy żołnierze podziemia proszą we wsi o jedzenie, często go nie dostają, a wobec odmowy – zdarza się, że sięgają po przemoc. Ale w ramach debaty wyznaczanej przez tych, którzy chcą stawiać pomniki, i tych, co chcą je obalać, nie ma miejsca na dyskusję o faktach – choćby bolesnych – i stawianie pytań. Efektem jest sytuacja, w której oficjalna historia oddala się od prawdy historycznej” (J. Eisler, Tylko prawda jest nieciekawa?, [podkreślenia moje]).

    Zostawiam na boku dyskusję historyczną dotyczącą Żołnierzy Wyklętych. Zostawiam także (i o to proszę Czytelników) wszystkie uczucia jakie mamy wobec naszych narodowych powstań i bohaterów. Z wypowiedzi profesora Eislera podkreśliłem ostatnie zdanie. Dotyczy ono warstwy historycznej, ale i etycznej. Uczucia związane z naszymi narodowymi mitami należy zostawić na boku. Dotyczy to powstań od listopadowego po warszawskie oraz o ostatnią modę na Żołnierzy Wyklętych.

    Ab ovo

    Jezus przyszedł na świat i oddał życie pod panowaniem okupanta rzymskiego. Apostołowie żyli i umierali pod tym samym panowaniem. A jednak w wypowiedziach Jezusa i tekstach apostołów nie znajdziemy nic, co świadczy o chęci sprzeciwu czy wezwaniu do walki przeciw władzy okupanta. Jest za to wezwanie Jezusa do oddania Bogu, co boskie a cesarzowi, co cesarskie (w tym do płacenia podatków na rzecz okupanta) i polecenie apostołów, aby być posłusznym cezarowi i modlić się za niego (np. 1 Tm 2, 1-8). Sam Chrystus przyjmuje wyrok śmierci z rąk namiestnika władzy okupacyjnej. Przypomnę jeszcze raz, że rzecz dotyczyła okupanta, który militarnie podbił i zniewolił ziemię ludu pierwszego wybrania. Identycznie rzecz ma się z pierwszymi pisarzami chrześcijańskimi. Spośród wielu tekstów warto przypomnieć tekst listu Tertuliana do prokonsula Skapuli (który kazał palić chrześcijan żywcem lub rzucać ich dzikim zwierzętom), w którym chrześcijański pisarz wyraża życzenie, aby cesarstwo trwało do końca świata i w którym wyraża swój szacunek do cesarza. Na marginesie to świetna lekcja dla wielu rozpolitykowanych katolików, którzy w obozie swoich przeciwników widzą osoby gorsze od Judasza i Nerona razem wziętych. Oczywiście, wśród chrześcijańskich pisarzy nie brakowało także tych, którzy porównywali Rzym do Babilonu i widzieli choćby w Neronie apokaliptyczną bestię. Nie znajdziemy jednak takiego tekstu, który wzywałby do walki przeciw władzy, która jest dana z góry (por. J 19, 10n). W tym miejscu dwie uwagi na marginesie. Nie ma tu mowy o tym, że każdorazowy władca ma nadanie boskie (mowa jest o władzy). Rzecz druga dotyczy sposobu nadania władzy. Niektórzy uważają bowiem, że jeśli władca nie został namaszczony przez katolickiego biskupa lub nie wyznaje wiary katolickiej, to jego władzy legalnej czegoś brakuje (będzie to za chwilę ważne przy problemie powstania listopadowego). Starożytność chrześcijańska stworzyła zasady, o których pisałem powyżej, za panowania cesarzy, którzy nie mieli boskiego mandatu w rozumieniu namaszczenia przez biskupa czy wyznawania wiary katolickiej.
    Sprawy zaczęły się komplikować po Edykcie mediolańskim a szczególnie po proklamowaniu edyktu De fide catholica przed Teodozjusza (27. 02. 380 r.), w którym chrześcijaństwo uznano za religię państwową. Ten długi temat także zostawiam na boku ponieważ obfitował on w okresy wzlotów, upadków i stabilności.

    Powstanie listopadowe i Porozumienie 1950 roku

    Papież Grzegorz XVI encykliką Cum primum potępił powstanie listopadowe. I to jest fakt. Papieża próbuje się bronić przez wyjaśnienie wpływu Rosji na papieskim dworze lub/i przez wypowiedź samego papieża na audiencji, na której miał on stwierdzić: „Ależ ja was nie potępiłem”. Wyjaśnienie takie jest cokolwiek dziwne ponieważ mamy dokument Magisterium z jednej strony a z drugiej jakieś wypowiedzi papieża (nie znalazłem ich źródła bibliograficznego), który sam sobie zaprzecza. Nawet jeśli przyjąć fakt, że słowa takie zostały wypowiedziane, to nie znoszą one wypowiedzi Magisterium zawartej w encyklice (nie znalazłem żadnego dokumentu tej rangi znoszącego nauczanie zawarte w Cum primum). Sytuacja jest trochę podobna do dzisiejszego „Magisterium samolotowego” papieża Franciszka, gdzie wygłasza on pewne zadziwiające tezy a potem o. Lombardi musi mówić na konferencji „co papież miał na myśli”. W takiej sytuacji katolicy winni sprawdzić co na dany temat mówi Tradycja Kościoła i w tej niezmiennej formie nauczanie przyjmować. Wracając jednak do Grzegorza XVI. Tym co boli nasze narodowe uczucia najbardziej, jest stwierdzenie, że car Mikołaj jest legalnym władcą ówczesnego Królestwa Polskiego. Nie wchodząc w kwestię legalności jego władzy, trzeba sobie przypomnieć w tym miejscu sytuację Jezusa, apostołów i pisarzy chrześcijańskich. Mikołaj I nie był władcą katolickim (w rozumieniu wyznawania rzymskiego katolicyzmu), nie był namaszczony przez katolickiego biskupa i przez fakt rozbiorów, był okupantem. Wypisz, wymaluj sytuacja analogiczna do Jerozolimy około 33 roku po Chr.
    Druga rzeczywistość i znacznie nam bliższa, to sytuacja Żołnierzy Wyklętych. Konkretnie chodzi tu o Porozumienie między Rządem a Episkopatem z 14 kwietnia 1950 roku. W owym Porozumieniu zawarty został słynny punkt ósmy w brzmieniu: „Kościół katolicki, potępiając zgodnie ze swymi założeniami każdą zbrodnię, zwalczać będzie również zbrodniczą działalność band podziemia oraz będzie piętnował i karał konsekwencjami kanonicznymi duchownych, winnych udziału w jakiejkolwiek akcji podziemnej i antypaństwowej”. Ciekawym jest także punkt siódmy: „Kościół – zgodnie ze swymi zasadami – potępiając wszelkie wystąpienia antypaństwowe będzie przeciwstawiał się zwłaszcza nadużywaniu uczuć religijnych w celach antypaństwowych”. I znów próbuje się ten tekst usprawiedliwić jakimś rodzajem wymuszenia na Episkopacie takiego brzmienia. Druga linia wytłumaczenia idzie poprzez stwierdzenie, że nie znamy faktu potępienia żadnego kapłana w związku z jego uczestnictwem w podziemiu antykomunistycznym. Drugi argument akurat dość łatwo wyjaśnić, wiedząc, że kapelani mają obowiązek nieść posługę każdej stronie konfliktu zgodnie z zasadą, że zbawienie duszy jest najwyższym prawem (na tej zasadzie np. możemy znaleźć kapelanów w armii Stanów Zjednoczonych niezależnie gdzie akurat ów kraj niesie demokrację na swoich czołgach i czy Watykan taką interwencję popiera).
    Ciekawszym jest jednak argument z przymusu ze strony rządowej na taki zapis. Nic podobnego. Przeciw takiej tezie świadczą wypowiedzi Stefana kardynała Wyszyńskiego, którego trudno posądzać o ludzką sympatię do komunizmu czy socjalizmu. Również Episkopat wydał 22. 04. 1950 roku komunikat do wiernych interpretujący Porozumienie. Czytamy w nim: „Wychodząc z założeń katolickiej moralności Kościół ze swej strony wzmacnia w wiernych poszanowanie prawa i władzy, zachęca do wytrwałej pracy nad odbudową kraju” (cyt. za: Z. Hemmerling, M. Nadolski, Opozycja antykomunistyczna w Polsce 1944-1956. Wybór dokumentów, Warszawa 1990).

    Oddając głos samemu Wyszyńskiemu:
    „Episkopat spotkał się z zarzutem jakoby tego porozumienia nie chciał. W rzeczywistości znana jest prawda, że Kościół stoi zawsze na stanowisku koniecznej współpracy z państwem”.
    Skąd takie podejście Prymasa?
    „Dlaczego prowadziłem do ‚Porozumienia’?
    Byłem od początku i jestem nadal tego zdania, że Polska, a z nią Kościół święty, zbyt wiele utraciła krwi w czasie okupacji hitlerowskiej, by mogła sobie obecnie pozwolić na dalszy jej upływ. Trzeba za każdą możliwą cenę zatrzymać ten proces duchowego wykrwawiania się, by można było wrócić do normalnego życia niezbędnego dla rozwoju Narodu i Kościoła, do życia normalnego, o które tak w Polsce ciągle trudno”. A do Bieruta Prymas Wyszyński wprost pisze: „[Kościół] Zachęca wiernych do (…) twórczego udziału w odbudowie kraju oraz do podnoszenia wydajności pracy. Potępia ruchy wywrotowe i podziemne” (cytaty za: S. Wyszyński, Dzieła zebrane, t. 1, 1949-1953, Warszawa 1991. str. 247-265).

    Stanowisko Kościoła, wyrażone przez Wyszyńskiego, jest jasne niezależnie od tego jakie dziś narodowe uczucia nam towarzyszą przy kolejnych upamiętnieniach Żołnierzy Wyklętych. Aby tę wizję przypieczętować, jeszcze dwa cytaty z Prymasa Tysiąclecia: „Wydaje mi się, że ideałem na czasy dzisiejsze musi być raczej ‚umiejętność życia dla Kościoła i Polski’ niż umiejętność umierania. Bo że umierać umiemy za Kościół i za Polskę, to już pokazaliśmy (…). Dziś mamy pokazać co innego. Męczeństwo zawsze jest i łaską i zaszczytem. Ale gdy zważę, jak wielkie Polska katolicka ma dziś zadania i potrzeby, to wolę to męczeństwo jak najpóźniej. (…) I tak też układamy naszą ‚taktykę’ w Polsce” (16. 10. 1952). A po uwolnieniu Prymas powiedział: „Nie sztuką jest umierać dla Ojczyzny. Sztuką jest dobrze żyć dla niej – to najważniejsze zadanie!” (październik 1956 roku; cytaty odpowiednio za: M. P. Romaniuk, Życie, twórczość i posługa Prymasa tysiąclecia, t. I, s. 550 i t. III, s. 389).

    Teoria i praktyka oporu

    Oczywiście znana jest teoria tyranobójstwa (tyrannicidii). Warto jednak oddać w tym miejscu głos etyce i nauczaniu Kościoła.
    „Idzie o to, że w myśl chrześcijańskiej etyki społecznej społeczeństwo ma prawo do oporu czynnego względem władzy państwowej, który w krańcowym wypadku może przybierać postać powstania zbrojnego, ale w ściśle określonych granicach. I tak jest to dopuszczalne tylko w stosunku do władzy niesprawiedliwej, gwałcącej podstawowe prawa obywatelskie i nie liczącej się nawet z elementarnymi normami moralno-prawnymi. (…) Ponieważ zaś stany niesprawiedliwości mogą i faktycznie wykazują daleko posunięte ustopniowanie, wobec tego także formy oporu muszą ulec znacznemu zróżnicowaniu. Walka zbrojna jest więc w tym ujęciu czymś tak ostatecznym, że staje się wskutek tego czymś wyjątkowym” (T. Ślipko, Zarys etyki szczegółowej, t. 2, Kraków 1981, s. 310n). Ten sam autor w innym miejscu: „Średniowieczna teoria tyranobójstwa, a raczej – mówiąc współczesnym językiem – teoria zbrojnego oporu, mogłaby mieć zastosowanie jedynie w jakichś bezwzględnie zbrodniczych, praktycznie chyba nierealnych, doraźnych przypadkach. (…) Oczywiście, z kwestią decyzji związanej z ustaleniem zasadniczej moralnej dopuszczalności zamierzonego działania musi iść w parze rozpatrzenie towarzyszących tej decyzji okoliczności, przede wszystkim szans na skuteczne przeprowadzenie tego działania, bilansu strat i korzyści, możliwości wykorzystania innych środków obrony” (tenże, Spacerem po etyce, Kraków 2010, s. 284n). Również Katechizm Kościoła Katolickiego podkreśla pięć elementów uzasadniających zbrojny opór: „Zbrojny opór przeciw uciskowi stosowanemu przez władzę polityczną jest uzasadniony jedynie wtedy, gdy występują równocześnie następujące warunki: 1 – w przypadku pewnych, poważnych i długotrwałych naruszeń podstawowych praw; 2 – po wyczerpaniu wszystkich innych środków; 3 – jeśli nie spowoduje to większego zamętu; 4 – jeśli istnieje uzasadniona nadzieja powodzenia; 5 – jeśli nie można rozumnie przewidzieć lepszych rozwiązań” (KKK 2243, [podkreślenia moje]).

    Tak brzmi nauka Kościoła, którą Katechizm przytacza. Czy więc w przypadku powstania warszawskiego zbrojny opór nie spowodował większego zmieszania? Czy istniała uzasadniona nadzieja powodzenia? Czy w przypadku Żołnierzy Wyklętych (ostatni z nich zginął w 1963 roku) istniała uzasadniona nadzieja powodzenia? Jeśli nawet jakimś cudem odpowiemy twierdząco na te pytania, to co zrobić z wypowiedziami kardynała Wyszyńskiego? Nawet jeśli pominiemy Prymasa Tysiąclecia, istnieje cała gama tekstów papieży i pisarzy potwierdzających tezy, które tu zamieściłem.
    Dla przykładu:
    „Pierwsi chrześcijanie postawili nam pod tym względem wzór znakomity; z największą niesprawiedliwością i okrucieństwem prześladowani przez pogańskich cesarzy, nigdy nie przestali się zachowywać posłusznie i ulegle; wydawało się wprost, iż tamtych srogość chcą przemóc własną pokorą (…) Inna sprawa była, gdy cesarze przez swoje dekrety lub pretorzy przez swoje groźby chcieli ich zmusić do sprzeniewierzenia się wierze chrześcijańskiej lub innym obowiązkom: w takich chwilach woleli zaiste odmówić posłuszeństwa ludziom niż Bogu. Wszakże i w podobnych okolicznościach dalecy byli od tego, aby jakikolwiek wszczynać bunt i majestat cesarski obrażać, a jednego tylko żądali, aby wolno im było swoją wiarę otwarcie wyznawać i być jej niezachwianie wiernymi. Poza tym nie myśleli o żadnym buncie, a na tortury szli tak spokojnie i ochoczo, że wielkość ich ducha brała górę nad wielkością zadawanych im mąk” (Leon XIII, Diuturnum illud).

    „Gdy zaś z pism rozrzuconych pomiędzy ludem, dowiadujemy się, że zdradliwe nauki wziąwszy przewagę nadwątliły wierność i uległość wobec panujących i wszędzie wzniecają bunty, mamy usilnie przestrzegać, aby lud nimi zwiedziony nie zbaczał z prostej drogi. Niech wszyscy uważają, że według przestrogi apostoła: „nie masz zwierzchności jeno od Boga. A które są, od Boga są postanowione. Przeto kto się sprzeciwia zwierzchności, sprzeciwia się postanowieniu Bożemu, a którzy się sprzeciwiają, ci potępienia sobie nabywają” (Rzym 13, 2). Tak więc i Boskie i ludzkie prawa wołają na tych, którzy usiłują za sprawą najohydniejszych buntów i rozruchów drogą zamachu złamać wierność ku panującym i ich samych postrącać z tronu” (Grzegorz XVI, Miriari vos).

    „Nie doznana rzecz, póki chrześcijanom Pan Bóg dawał panów pogańskich, aby im się kiedy Święci Męczennicy mocą bronili, albo na ich urzędników rękę podnieśli i lud burzyli. Znali w nich z Apostołem moc i urząd Boski, i źle a niewinnie rozlewających krew ich czcili, i byli posłuszni tam, gdzie jawnego grzechu w ich rozkazaniu nie było, chociaż z największą szkodą, żalem i utratą majętności i zdrowia swego” (Piotr Skarga, Żywoty Świętych Starego i Nowego Zakonu, t. II, Petersburg 1862, s. 206).

    Patriotyzm to nie tylko uczucia i kolejne pomniki, to również trzeźwa ocena sytuacji i roztropność, która jest woźnicą cnót.

    x. Tomasz Delurski

    http://delurski.pl/6243/etyka-wykleta/

  5. Czy „Żołnierze Wyklęci” postępowali moralnie?

    Leave a Comment

    Historyczne uznanie dla słuszności działalności tzw. Żołnierzy Wyklętych w XXI wieku stało się jedną z podwalin współczesnego Państwa Polskiego. Od kilku wszak lat istnieje w naszym kraju oficjalnie obchodzone i promowane przez władze naszego kraju święto o nazwie „Narodowy Dzień Pamięci Wyklętych”, za którego uchwaleniem głosowali nie tylko posłowie partii centrowych i prawicowych (PO i PIS), ale nawet – z wyjątkiem Leszka Millera – przedstawiciele Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Skoro istnieje tak powszechny polityczny consensus wokół wychwalania Żołnierzy Wyklętych, to trudno się dziwić, iż w środowiskach szeroko pojmowanej prawicy owa estyma urasta wręcz do rangi dogmatu, za którego choćby i łagodne podważanie, nieraz dostaje się ostre przygany w rodzaju bycia nazwanym komunistą albo ewentualnie „wnuczkiem UB-eka, synem/córką PZPR-owca„, itp. Gdy zaś wspomina się o ewidentnych zbrodniach i nadużyciach w wykonaniu niektórych z „Wyklętych” z miejsca jest kwalifikowane to albo jako kompletny margines w ich działalności, albo nawet jako obelga i oszczerstwo, wszak nawet jeśli „Wyklętym” zdarzało się zabijać bezbronnych cywilów, to niemal na pewno musieli to być „komunistyczni zdrajcy” albo „sowieccy kolaboranci”.

    Cóż, osobiście, czuję się człowiekiem o dość wyraźnie prawicowych i konserwatywnych przekonaniach, a co więcej, nie jest mi wiadome, by ktokolwiek z mych przodków należał do UB, SB, PPR czy PZPR. Mimo to jednak, od dłuższego czasu mam zdecydowanie krytyczny stosunek do działalności „Żołnierzy Wyklętych”. Powiem wprost – uznając, iż wielu z „Wyklętych” prawdopodobnie działało w dobrej wierze, a  część z nich starała się walczyć po rycersku, unikając popełniania zbrodni wojennych – uważam, że obiektywnie rzecz biorąc, samo „clou” ich działalności, a mianowicie zbrojna walka z nową władzą – było niegodziwe, złe i niemoralne. Poniżej, postaram się pokazać szanownym Czytelnikom, dlaczego tak uważam. A mianowicie:

    1. Żadna władza cywilna czy też inny autorytet publiczny nie dał „Wyklętym” rozkazu ani upoważnienia  do prowadzenia działań zbrojnych na terenie Polski po ustaniu okupacji niemieckiej.

    Czy jest moralnie dozwolone zabijanie albo ranienie uzbrojonych i gotowych do walki wrogów? Tak, owszem, jednak poza sytuacją tzw. obrony koniecznej (o której szerzej poniżej) coś takiego jest etycznie usprawiedliwione w ramach wojny sprawiedliwej. Jednym z warunków wojny sprawiedliwej jest, by takowa była prowadzona z rozkazu legalnej władzy albo też przynajmniej z upoważnienia jakiegoś uznanego autorytetu publicznego. Problem zaś ze zbrojną działalnością „Wyklętych” polegał zaś na tym, iż takiego rozkazu ani upoważnienia oni nie mieli. Nie dał bowiem im takiego rozkazu emigracyjny rząd w Londynie i nie dali im podobnego upoważnienia ani Papież ani biskupi (wręcz przeciwnie, ci ostatni, w formie oficjalnej i publicznej nawet ostro zganili ich działalność).

    Owszem, można powiedzieć, że jedno z ugrupowań zrzeszających niektórych „Wyklętych”, a mianowicie „Wolność i Niezawisłość” (dalej „WiN”) w jakiś tam sposób działało za wiedzą i zgodą rządu w Londynie. Tyle tylko, że „WiN” skupiało mały procent ogółu „Wyklętych” (kilka tysięcy na, wedle różnych szacunków, od 80 tysięcy do 120-180 tysięcy osób). Ponadto, co najważniejsze, „WiN” w swych założeniach miało być ruchem konspiracyjnym, jednak unikającym walki zbrojnej, a nastawionym na różne formy cywilnego oporu. To prawda, że członkowie „WiN” nieraz faktycznie podejmowali się walki zbrojnej z przedstawicielami nowej władzy, ale wówczas zwykle wykraczali poza swe kompetencje. Zresztą, założyciel i pierwszy dowódca tej organizacji, pułkownik Jan Rzepecki był zdecydowanym przeciwnikiem prowadzenia działalności zbrojnej wymierzonej w nową władzę, uznając takową za zupełnie bezcelową, a przez to szkodliwą.

    Tak więc, pomijając nawet szereg innych okoliczności i argumentów, działalność „Żołnierzy Wyklętych” była niemoralna już z tego jednego powodu, a mianowicie faktu, iż postanowili oni prowadzić wojnę domową na własną rękę, bez rozkazu legalnej władzy. Nawet, gdyby żaden z „Wyklętych” nie zabił choćby jednego nieuzbrojonego cywila, nie zgwałcił ani jednej kobiety, to już ta powyższa okoliczność czyniłaby ich walkę zbrojną niegodziwą i niedozwoloną.

    2.  W wypadku „Żołnierzy Wyklętych” bardzo trudno jest usprawiedliwiać dokonywane przez nich zabijanie i ranienie swych bliźnich zasadą tzw. obrony koniecznej. 

    Przywołana wyżej zasada „obrony koniecznej” uznaje za moralnie usprawiedliwione zabicie napastnika w sytuacji, gdy ów w sposób niesprawiedliwy i bezpośredni atakuje nasze (lub czyjeś) życia albo seksualną nietykalność. Można więc bez grzechu bronić siebie lub innych przed kimś, kto w bezpośredni sposób zmierza do zabicia lub zgwałcenia. Ale taka napaść musi być bezpośrednia – to znaczy, że np. napastnik już sięga po broń, a nie, że słyszymy od kogoś, że chce nas za kilka dni zabić ;  oraz niesprawiedliwa – bandyta nie ma prawa zabijać ścigających go uzbrojonych policjantów, ale jak już to policjanci mają prawo strzelać do atakujących ich bandytów.

    Z kilku zaś względów, obiektywnie rzecz biorąc, trudno jest uznać zbrojną działalność „Wyklętych” za uzasadnioną w świetle podanych wyżej zasad obrony koniecznej.

    Po pierwsze: ogromna większość z członków niekomunistycznych ugrupowań zbrojnych przeżyła nawet najdrastyczniejszy okres PRL-u. Ba, większość z nich nie trafiła nawet na dłużej do więzienia czy obozu pracy. Nie jest więc tak, iż przed członkami AK czy NSZ faktycznie istniała perspektywa śmierci albo dalszego prowadzenia działalności militarnej. W rzeczywistości mniejszość z nich została zabita albo na dłużej uwięziona, tak też nie był to de facto wybór „śmierć albo walka”.

    Po drugie: nawet w sytuacji bezpośredniej starcia zbrojnego zwykle „Wyklęci” nie stawali przed dylematem „śmierć albo walka”. Pomijając bowiem sytuacje, w których rozstrzeliwano na miejscu walczących, żołnierze ci mogli uratować swe życie składając broń po wezwaniu do poddania się. Poza tym, choć wobec 5 tysięcy „Wyklętych” nowe władze orzekły karę śmierci, to połowa z tych wyroków nie została wykonana. Ponadto, zdecydowana większość nawet z aktywnie działających „Wyklętych” nie została skazana na karę śmierci.

    Po trzecie: bardzo kontrowersyjne byłoby stwierdzić, iż „Wyklęci” bronili się przed niesprawiedliwą napaścią. To oni bowiem w sposób samowolny prowadzili wojnę domową.  Należy zapytać o to komu należało w tej sytuacji przyznać większe prawo do zabijania w walce swych bliźnich? „Wyklętym”, którzy zabijali w walce bez upoważnienia jakiejkolwiek władzy (również rządu w Londynie)? Czy też żołnierzom LWP i członków MO, którzy walczyli z „Wyklętymi” przynajmniej na rozkaz jakiejś władzy (choćby i był to PRL) i których działania były nieraz następstwem tego, iż wcześniej „Wyklęci” zabijali żołnierzy LWP, członków MO, nachodzili biednych mieszkańców wsi żądając od nich żywności, której wszak ci nie mieli w nadmiarze, albo też dokonywali na tychże mieszkańcach krwawych samosądów uzasadnianych jakże często niejasno brzmiącymi definicjami „kolaboracji”?

    Choć trudno jest uzasadniać działalność „Żołnierzy Wyklętych” zasadą tzw. obrony koniecznej, gdyż większość z nich przeżyła najkrwawszy okres PRL, niektórzy próbują bronić ich działalności twierdząc, że tak czy inaczej walczyli o to, by nie żyć w poniżeniu, „chodzić z podniesioną głową”, etc. Ale na miły Bóg, to może i są względnie ważne wartości, jednak nie jest usprawiedliwione zabijanie czy ranienie swych bliźnich w imię zachowania takowych! Nie jestem co prawda zwolennikiem skrajnie dosłownej interpretacji nauczania Pana Jezusa o „nadstawianiu drugiego policzka” (gdyż szerszy kontekst Biblii wskazuje, iż raczej chodziło tu raczej o cierpliwe znoszenie zniewag, aniżeli o potępienie bronienia się przed fizyczną napaścią), ale doprawdy trudno mi przyjąć tak ekstremalne pomijanie ducha tej zasady. Czy my chrześcijanie, których zadaniem jest śladem Pana Jezusa i Apostołów cierpliwe znoszenie zła i niesprawiedliwości wyrządzanych nam przez innych, naprawdę nie potrafimy pojąć, co to może oznaczać w praktyce? Co innego jest fizycznie bronić się przed ekstremalną, zmierzającą do zadania śmierci, przemocą, a co innego zabijać bądź ranić  swych bliźnich w imię „chodzenia z podniesioną głową”.

    3. „Wyklęci” nie dość, że zabijali i ranili swych bliźnich w ramach samowolnie prowadzonej wojny domowej, to jeszcze często rościli sobie prawo do samowolnego wymierzania kary śmierci. 

    Karanie śmiercią winnych szczególnie ciężkich nieprawości może być moralnie dobre, jednak pod warunkiem, że taką sankcję orzekają i wymierzają przedstawiciele legalnej władzy po uprzednim starannym zbadaniu sprawy. To bowiem „władza nosi miecz by karać zło” (Rzymian 13: 4), nie zaś „Kowalski” czy „Nowak” pragnący zostać nowym Breivikiem, Januszem Walusiem albo bohaterem filmów z serii „Życzenie śmierci”.

    Skoro zaś „Wyklęci” nie mieli upoważnienia legalnej władzy do prowadzenia na terenie naszego kraju wojny, to tym bardziej nie mieli oni prawa do skazywania osób cywilnych na karę śmierci. A niestety, przeszło 5100 cywilów zginęło z ich rąk w wyniku samozwańczych egzekucji. Apologeci „Wyklętych” w odniesieniu do tych cywilnych ofiar twierdzą, że albo był to niewielki margines w wykonaniu niewielkiej liczby przeciwników nowej władzy albo też nawet usprawiedliwiają te zabójstwa utrzymując, iż były one dokonywane na „komunistycznych zdrajcach” i „sowieckich kolaborantach”.

    Te tłumaczenia są jednak bardzo wątpliwe. Cywilne ofiary antykomunistycznego podziemia trudno bowiem nazwać jego marginesem, skoro w bezpośrednich starciach zbrojnych zginęło wcale nie o wiele więcej, bo prawie 10 tysięcy przedstawicieli nowej władzy (licząc żołnierzy LWP, członków MO, UB, KBW, WOP, nie licząc zaś żołnierzy Armii Czerwonej, co do których strat w owej wojnie nie ma bardziej precyzyjnych danych). Stosunek cywilnych ofiar „Wyklętych” do zabitych przez nich „nie-cywilów” wynosi więc 1 do 3. Czy jest to „tylko margines”? Jeśli tak, to jest to bardzo szeroki margines.

    Jeśli zaś chodzi o zabijanie „komunistycznych zdrajców” i „sowieckich kolaborantów”, to pozostaje pytanie jakimi kryteriami posługiwali się „Wyklęci” przy rozeznawaniu i osądzaniu tego, kto zasługuje, by być przez nich zabitym w aktach samosądu? Jak szeroką np. przyjmowali oni definicję „kolaboracji z Sowietami”? Czy w ramach takiej kolaboracji mieściło się np. też wskazanie przez mieszkańców wioski kierunku z którego przyszli „Wyklęci”, by zabrać im ostatniego świniaka w zagrodzie? A może za akt kolaboracji uznawano też danie kwiatka żołnierzowi Armii Czerwonej? Czy było sprawiedliwe i moralne zabijanie chłopów biorących ziemię z reformy rolnej? Kto był sędzią w takich sprawach? Czy i jak toczyły się przewody sądowe odnośnie następnie zabijanych ludzi? Czy zabijani mieli prawo do obrońcy, przedstawiania dowodów i racji na swą niewinność?

    4. Nie ma dowodów i przesłanek na to, iż papież Pius XII w sposób zasadniczy zakwestionował treść porozumienia Episkopatu Polski z rządem w PRL, w którym znajdowało się też potępienie działalności „Żołnierzy Wyklętych”. 

    Jest historycznych faktem, iż kardynał Stefan Wyszyński w 1950 roku, w  sposób publiczny i oficjalny uznał władze PRL-u za legalny rząd w naszym kraju, a także jawnie zganił działalność „zbrojnych band” przeciwko tej władzy występujących. Na ową okoliczność chwalcy „Żołnierzy Wyklętych” odpowiadają jednym z artykułów profesora Jacka Bartyzela, w którym ten próbuje dowodzić, iż w rzeczywistości treść owego porozumienia polskich biskupów z rządem PRL nie przypadła do gustu ówczesnemu papieżowi Piusowi XII oraz jego otoczeniu. Tyle tylko, że prof. Bartyzel w żaden sposób nie uwiarygadnia w tym swym tekście tezy, jakoby Piusowi XII nie spodobało się konkretnie zganienie działalności „Wyklętych”, a jedynie pisze, iż był on niezadowolony z propagandowego języka tego dokumentu. To jednak są dwie różne sprawy – jakieś sformułowanie może wyrażać zasadniczo dobrą treść, mimo to jednak używając przy tym błędnych czy dwuznacznie brzmiących sformułowań. Na przykład gdybym powiedział: „Lud pracujący miast i wsi ma prawo do godziwego wynagrodzenia za swój robotniczo-chłopski trud” to choć sposób sformułowania byłby naśladownictwem komunistyczno-socjalistycznej retoryki, to ta okoliczność nie zmieniałaby  faktu, iż zasadnicza treść zawarta w takim zdaniu byłaby prawdziwa (a mianowicie, że należy w odpowiedni sposób wynagradzać pracowników). Ogólnikowe więc stwierdzenie, jakoby Piusowi XII nie podobał się język dokumentu w którym uznano rząd PRL i napiętnowano działalność „Wyklętych” jeszcze niczego nie dowodzi. Pomijam zaś to, że Pius XII przekazywał swe uwagi na ten temat w sposób nieoficjalny i niepubliczny, przez co i tak ich taka czy inna treść nie należałaby do wiążącego sumienia katolików nauczania Magisterium Kościoła.

    A co z argumentem, iż polscy hierarchowie kościelni dla „większego dobra” tak naprawdę ugięli się pod presją władz PRL-u i aby chronić wolność Kościoła zdecydowali się podpisać coś, co w swym sumieniu uważali za niesłuszne? Cóż, tak poważne oskarżenia wymagałyby mocnych dowodów. Gdyby bowiem tak było w istocie, to kardynał Wyszyński i polscy biskupi musieliby w tym aspekcie zostać uznani za tchórzy, kłamców i oszczerców łamiących jedną z podstawowych zasad tradycyjnej moralności katolickiej, a mianowicie, że „Dobry cel nie uświęca złych środków„.

    Wszystko powyższe nie oznacza oczywiście jednak, jakobym uważał, iż należało być w sposób ślepy i absolutny posłuszny rządzącym w PRL-u. Jest jasnym, iż w pewnych konkretnych aspektach należała się tym władzom tak krytyka, jak i nieposłuszeństwo. Jednak należy odróżnić nieposłuszeństwo konkretnym złym prawom stanowionym przez władzę od wszczynania przeciwko takiej władzy krwawych rozruchów.

  6. Powstanie listopadowe było niemoralne

    Leave a Comment

    Fakt potępienia powstania listopadowego przez papieża Grzegorza XVI w encyklice „Cum primum” do dziś budzi kontrowersje. W kręgach katolickich na ogół – w pewien sposób – próbuje się bronić postawę Watykanu w tej sprawie, twierdząc, że Grzegorz XVI napiętnował działania listopadowych powstańców będąc wprowadzonym w błąd oraz po części zastraszonym przez Rosjan.

    Ów papież miał również wycofać się ze swej wcześniejszej negatywnej oceny powstania listopadowego, wówczas, gdy zdał sobie sprawę z tego, iż został oszukany przez rosyjską dyplomację odnośnie rewolucyjnego i antychrześcijańskiego charakteru owej insurekcji. Jako dowód na zmianę postawy wspomnianego papieża w tej sprawie przytacza się jego wypowiedź, którą miał skierować na audiencji, jaką udzielił generałowi Władysławowi Zamoyskiemu w 1837 roku. W trakcie tegoż spotkania papież miał powiedzieć „Ależ ja was nie potępiłem” dodając przy tym, iż jego decyzja w tej sprawie została spowodowana groźbą ze strony Rosji, iż w przeciwnym razie Kościół katolicki na terenie rosyjskiego zaboru zostanie poddany dotkliwym represjom.

    Pomyłka Magisterium?

    Czy jednak rzeczywiście encyklika „Cum primum” była pomyłką Urzędu Nauczycielskiego Kościoła? Nawet, gdyby tak miał być w swej istocie, to powoływanie się na słowa, które Grzegorz XVI miał powiedzieć do kogoś w trakcie prywatnej audiencji, jako dowód w tej sprawie, jest nieporozumieniem. Po pierwsze bowiem: katolików obowiązuje nauczanie zawarte w oficjalnych wypowiedziach Magisterium Kościoła (zawarte m.in. w encyklikach i katechizmach), nie zaś prywatne opinie danego papieża wypowiadane np. w trakcie prywatnych audiencji udzielanych różnym osobom. Jeśli więc potępienie powstania listopadowego nie zostało skorygowane przez jakiś inny akt oficjalnego nauczania Kościoła, to tak naprawdę nie ma powodów sądzić, by postawa Magisterium kościelnego względem tego wydarzenia uległa zmianie. Po drugie: wypowiedzi nie mające charakteru publicznego i oficjalnego, lecz prywatny, ze swej natury narażone są na dość duże niebezpieczeństwo zniekształceń czy nawet jawnych zafałszowań. Trudniej jest bowiem w takim wypadku dokonać weryfikacji prawdziwości relacji danej osoby na temat słów, które wypowiedział do niej ktoś inny. Po trzecie: nawet gdyby relacja gen. Zamoyskiego odnośnie słów Grzegorza XVI była w 100 procentach prawdziwa, to i tak wynikałoby z niej, że co prawda prywatna opinia tego papieża była odnośnie powstania 1830 roku stała się znacznie łagodniejsza, co nie jest równoznaczne jednak z automatycznym pochwalaniem tegoż wydarzenia. „Nie potępianie” czegoś nie zawsze bowiem oznacza „pochwalanie i usprawiedliwianie”. Pomiędzy tymi dwoma postawami mogą się wszak kryć jeszcze takie moralne postawy jak: sceptycyzm, dystans lub po prostu nie zajmowanie określonego stanowiska.

    Niezależnie jednak od tego, czy Grzegorz XVI zmienił w tej sprawie swą prywatną opinię, osobiście uważam, że jego encyklika „Cum Primum” nie była pomyłką, a zawarta w niej krytyczna ocena powstania listopadowego była mocno ugruntowana w nauczaniu Pisma świętego, historycznych faktach oraz zasadach tradycyjnej moralistyki katolickiej mówiących o warunkach, jakie musi spełnić każdy zbrojny opór powzięty przeciw władzy publicznej, by móc być uznany za moralnie dopuszczalny.

    Mikołaj I legalnym władcą Królestwa Polskiego?

    Jednym z najtrudniejszych do przełknięcia przez Polaków fragmentów „Cum Primum” są słowa Grzegorza XVI określające powstanie listopadowe mianem buntu przeciw „legalnej władzy książąt”. Określanie w ten sposób władzy jednego z zaborców, a mianowicie cara Rosji Mikołaja I oraz jego namiestnika Wielkiego Księcia Konstantego, nad częścią Rzeczpospolitej jawi się jako swoiste bluźnierstwo przeciw idei polskiej niepodległości. Wszak, czy może prawowitą władzę nad Polakami sprawować następca carycy Katarzyny, która do spółki z królami Prus i Austrii pozbawiła nasz kraj niepodległości i przymusiła ostatniego króla Polski do abdykacji na jej rzecz? Czy w ogóle można mówić o władaniu częścią Polski przez monarchę obcego imperium w kategoriach innych niż uzurpacja? Cóż, jakkolwiek nie byłoby to trudne dla naszej narodowej dumy, wszystko wskazuje na to, że Mikołaj I był legalnym władcą Królestwa Polskiego (zwanego też „Królestwem Kongresowym”), któremu należało okazywać posłuszeństwo i szacunek. Jedną z ważnych przesłanek, które na to wskazują jest fakt, iż Pan Jezus i św. Paweł Apostoł uznawali legalność władzy cesarzy rzymskich i ich namiestników nad Izraelem. Owe uznanie wyrażało się w tym, że nakazywali okazywanie władzom rzymskim posłuszeństwa, uległości, czci, zanoszenie modlitw za nimi, płacenie danin, ceł i podatków, które one nakładały (Rzym13, 1 – 7; Mat 22, 21; 1 Piotr 2, 13 – 14; Tyt 3, 1; 1 Tm 2, 2). Dodatkowo Pan Jezus wyraźnie stwierdził, iż władza, jaką sprawował namiestnik Rzymu, Poncjusz Piłat, została nadana mu z Nieba ( Jn 19, 11), zaś św. Paweł Apostoł ucząc chrześcijan podległości rządom Nerona pisał, iż „nie ma władzy, która by nie pochodziła od Boga” (Rzym 13, 1). A przecież imperium Rzymskie rządziło ludem żydowskim w wyniku militarnego podboju ich ziemi i ciągłego okupowania terytorium Izraela. Jeśli więc okupacyjna władza obcego pogańskiego imperium nad ludem wybranym została uznana za godną okazywania jej uległości przez samego Zbawiciela i Apostołów, to nie ma powodów, by w inny sposób traktować rządy rosyjskiego prawosławnego monarchy, będącego następcą zaborczyni Katarzyny nad katolickimi Polakami. Tym bardziej należy uznać legalność owych rządów, gdy zważy się na to, iż w czasie istnienia Królestwa Kongresowego nie było żadnego konkurencyjnego ośrodka władzy (np. rządu na uchodźstwie czy rządu podziemnego), który przypisywałby sobie legitymację do sprawowania władzy w tej części Polski.

    Pragnę zaznaczyć, iż powyższych słów nie piszę z pozycji jakiegoś „rusofila”. Wprost przeciwnie: mój stosunek do Rosji, jej historii, kultury, mentalności i cywilizacji, jest mocno krytyczny. Uważam np. iż to co za przyzwoleniem rosyjskiego rządu czyniła armia tego kraju w Czeczenii jest nie dającą się usprawiedliwić zbrodnią ludobójstwa. Stwierdzenie jednak tego, iż legalną władzę nad Królestwem Kongresowym w latach 1815 – 1830 sprawowali rosyjscy monarchowie i ich namiestnicy jest dla mnie po prostu sprawą intelektualnej uczciwości. Tylko tyle i aż tyle.

    Powstańcy listopadowi XIX-wiecznymi Machabeuszami?

    Skoro nie ma silnych podstaw ku temu, by kwestionować legalność władzy Mikołaja I oraz jego namiestnika wielkiego księcia Konstantego nad Królestwem Kongresowym, to w związku z tym rodzi się pytanie, czy powstanie zbrojne skierowane przeciw ich rządom mogło być moralnie usprawiedliwione? Zarówno Biblia jak i oficjalne nauczanie Kościoła choć nie potępiają w sposób absolutny i bezwarunkowy takiej formy oporu względem legalnej władzy, to jednak wydają się usprawiedliwiać ją tylko w bardzo rzadkich sytuacjach. Pozostaje sobie zatem odpowiedzieć na pytanie; czy powstanie listopadowe spełniało wymogi, jakie tradycyjna moralność chrześcijańska stawia zbrojnym rebeliantom, by móc usprawiedliwić ich działania?

    Na kartach Pisma świętego większość zbrojnych buntów przeciw rządzącym jest potępianych. Oczywiście nie oznacza to, że Pismo święte pochwala ślepe posłuszeństwo ludziom sprawującym rządy. W tej świętej Księdze znajdujemy wszak wielu pozytywnych bohaterów, którzy odmawiali wykonywania niemoralnych poleceń autorstwa swych ludzkich przełożonych. Najczęściej jednak owe przypadki błogosławionego nieposłuszeństwa nie przybierały charakteru zbrojnej rebelii skierowanej przeciw rządzącym. W Biblii mamy do czynienia tylko z dwoma przypadkami zaaprobowanego przez Boga zbrojnego powstania przeciw władzy. Pierwszy z nich to obalenie niegodziwej królowej Atalii. W tym przypadku mieliśmy do czynienia z rozkazem zabicia owej władczyni pochodzącym od Bożego sługi i pobłogosławionym przez Boże Słowo (2 Krn 23, 14). Drugie z powstań, które jak na to wszystko wskazuje – było błogosławione przez Boga – zostało opisane w księgach machabejskich. Polegało ono na zbrojnym wystąpieniu Machabeuszy przeciw despotycznej władzy Antiocha IV, którzy za pomocą przymusu i przemocy próbowali zwalczać wiarę Mojżeszową. Za rządów tego człowieka śmiercią karane było obrzezywanie niemowląt, przestrzeganie szabatu oraz posiadanie świętych Ksiąg Prawa. Antioch IV nakazywał też żydom uczestniczenie w pogańskich obrzędach, w których dodatkowo najczęściej składano ofiarę ze świń (i z których mięso miało być spożywane w ramach tych rytuałów). Do tego dochodziło jeszcze ustawianie posągów bożków wszędzie gdzie to było możliwe i popieranie przez owe władze sakralnej prostytucji. Rządy Antiocha IV faktycznie więc delegalizowały wyznawanie i praktykowanie objawionej wówczas przez prawdziwego Boga religii i za pomocą represji próbowały zmusić wszystkich żydów do przyjęcia pogaństwa i niemoralności.

    Czy można jednak porównać powstanie listopadowe z pobłogosławionymi przez Boga, aczkolwiek rzadkimi i wyjątkowymi, przypadkami zbrojnego wystąpienia przeciw władzy? Nie sposób dostrzec tu analogii. Trudno bowiem porównać grupę młodzieńców z rozgrzanymi głowami, którzy grali główną rolę podczas „Nocy Listopadowej” do Bożych Proroków występujących w imieniu samego Boga. Tym bardziej trudno tu dostrzec jakiekolwiek podobieństwo, gdy zważy się na fakt, iż ludzie, którzy wywołali to powstanie w przeważającej części należeli do masonerii lub ugrupowań o charakterze paramasońskim. Wiara chrześcijańska zaś w Królestwie Kongresowym generalnie rzecz biorąc nie była prześladowana, nie mówiąc już o tym, by za pewne praktyki z nią związane groziła kara śmierci, zaś Mikołaj I nie narzucał prawosławia za pomocą przymusu i siły.

    Powstanie Listopadowe w świetle Katechizmu Jana Pawła II

    Ogłoszony w 1992 roku przez papieża Jana Pawła II „Katechizm Kościoła Katolickiego” w punkcie numer 2243 powtórzył tradycyjne zasady moralistyki katolickiej, których RÓWNOCZESNE spełnienie JEDYNIE pozwala usprawiedliwić powzięcie zbrojnej rebelii przeciw panującemu w danym czasie rządowi. Przypatrzmy się tym regułom i spróbujmy sobie odpowiedzieć, czy powstanie listopadowe czyniło im zadość?

    „1 – w przypadku pewnych, poważnych i długotrwałych naruszeń podstawowych praw”.Faktem jest, iż car Mikołaj I oraz jego namiestnik w Warszawie Konstanty zaczęli łamać niektóre z postanowień konstytucji Królestwa Kongresowego. Czy jednak to ich postępowanie miało charakter „poważnego, pewnego i długotrwałego naruszania podstawowych praw”? Jeśli mowa jest o ograniczaniu wolności słowa poprzez np. wprowadzenie cenzury prewencyjnej, to niezwykle trudno jest nazwać takie działanie „naruszaniem podstawowych praw”. Zasada wolności słowa nie jest bowiem nieograniczona, a władze cywilne mają prawo i obowiązek karania i zakazywania rozprzestrzeniania wad psujących serca i moralność. A może za naruszenie „podstawowych praw” należałoby uznać delegalizację masonerii w Królestwie Kongresowym, które nastąpiło w 1821 roku?

    Rządy Mikołaja I oraz Wielkiego Księcia Konstantego z pewnością nie należały do najlepszych, ale Królestwo Kongresowe nawet w czasie nich miało cieszyło się daleko posuniętą autonomią, wiara katolicka nie była wówczas represjonowana, nie dochodziło do masowych egzekucji dokonywanych na Polakach, zaś kultura i instytucje polskie mogły się w nim bardzo swobodnie rozwijać. Trudno byłoby zatem dowieść, iż posłuszeństwo Mikołajowi I oraz księciu Konstantemu oznaczało ze strony Polaków popełniania czegoś co byłoby w sposób jasny i ewidentny sprzeczny z przykazaniami Bożymi lub prawem naturalnym (a tylko taka sytuacja daje obywatelom prawo do sprzeciwiania się władzy – a nawet w takim wypadku opór z użyciem broni powinien być ostatecznością).

    ” 2 – po wyczerpaniu wszystkich innych środków”. Jasnym jest, iż do momentu wybuchu powstania nie zostały wyczerpane wszystkie inne środki oporu. A Królestwo Kongresowe, które cieszyło bardzo dużą autonomią miało do dyspozycji jeszcze wiele innych metod. Powstanie listopadowe wybuchło za przyczyną ludzi, którzy w sposób szybki i gwałtowny pragnęli zrzucić z Królestwa Polskiego zwierzchnictwo rosyjskiego caratu, pomijając przy tym jakiekolwiek zasady roztropności.

    „3 – jeśli nie spowoduje to większego zamętu„. Faktem jest, że owocem powstania listopadowego było znaczne pogorszenie się sytuacji Polaków pod zaborem rosyjskim. Nawet jednak, gdyby owa rebelia odniosła zwycięstwo, to można zastanowić się, czy rządy, które w jej wyniku by się utrwaliły nie przyniosły by Królestwu Kongresowemu większego zamętu i szkód, niż protektorat Mikołaja I? Wszak powstanie to było w dużej mierze inspirowane przez kręgi wolnomularskie, a więc antychrześcijańskie ze swej natury.

    „4 – jeśli istnieje uzasadniona nadzieja powodzenia„. Jest bardzo wątpliwe, czy armia Królestwa Kongresowe była w stanie wygrać wojną z Rosją.

    5 – jeśli nie można rozumnie przewidzieć lepszych rozwiązań„. Bardzo duży zakres autonomii, jaką cieszyło się Królestwo Polskie w latach 1815 – 1830, pozwalał na podejmowanie różnych innych pokojowych kroków mających na celu poprawę sytuacji. Niestety inspiratorzy listopadowego buntu postanowili działać z ich ominięciem, dążąc do jak najszybszego wywołania konfliktu zbrojnego.

    Jak widać powstanie z 1830 roku nie spełniało chyba ŻADNEGO z tych pięciu warunków, których RÓWNOCZESNEGO wypełnienia domaga się katolickie nauczanie moralne po to by móc usprawiedliwić fakt zbrojnego oporu przeciw uciskowi stosowanemu przez władzę polityczną. Wniosek jest więc jasny: powstanie listopadowe było niemoralne.

    Trzeba zresztą stwierdzić, iż praktycznie rzecz biorąc sytuacje, w których równocześnie jest wypełnionych pięć tych warunków są bardzo rzadkie, dlatego Magisterium Kościoła z zasady niechętnie patrzyło na podnoszenie miecza przez poddanych przeciw legalnej władzy i choć uznawało prawo i obowiązek okazywania nieposłuszeństwa niemoralnym poleceń przełożonych, to zachęcało by odbywało się to na drodze pokojowej. Widać to choćby w encyklice Leona XIII „Diuturnum illud”, gdzie za przykład właściwego postępowanie w tej mierze postawieni zostali pierwsi chrześcijanie:

    Inna sprawa była, gdy cesarze przez swoje dekrety lub pretorzy przez swoje groźby chcieli ich zmusić do sprzeniewierzenia się wierze chrześcijańskiej lub innym obowiązkom: w takich chwilach woleli zaiste odmówić posłuszeństwa ludziom niż Bogu. Wszakże i w podobnych okolicznościach dalecy byli od tego, aby jakikolwiek wszczynać bunt i majestat cesarski obrażać, a jednego tylko żądali, aby wolno im było swoją wiarę otwarcie wyznawać i być jej niezachwianie wiernymi. Poza tym nie myśleli o żadnym buncie, a na tortury szli tak spokojnie i ochoczo, że wielkość ich ducha brała górę nad wielkością zadawanych im mąk„.

    Nie ma zatem co dziwić się Grzegorzowi XVI. Wszystko wskazuje bowiem na to, że nie został on wprowadzony w błąd co do charakteru listopadowej rebelii. Tak jak napisał ów papież była ona buntem przeciw legalnej władzy inspirowanym przez „sprawców kłamstwa i podstępu” (to znaczy masonów). My Polacy nie jesteśmy nieomylni i bezbłędni, dlatego nie powinniśmy zachowywać się jak kapryśne dzieci, kiedy tylko ktoś nas upomni i wskaże nam błąd.

  7. Dlaczego nasz państwowy hymn jest moralnie dwuznaczny?

    Leave a Comment

    Wyobraźmy sobie, że, dajmy na to, w hymnie państwowym Ukrainy, znalazłyby się słowa w rodzaju: „Dał nam przykład Adolf Hitler jak zwyciężać mamy!” oraz „Marsz, marsz Bandera do ziemi ukraińskiej. Za twoim przewodem złączym się z narodem!”; „Co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy!„.  Czyż słusznie nie oburzalibyśmy się na tego rodzaju wysławianie owych negatywnych postaci w państwowej pieśni tego kraju? Czy bylibyśmy zadowoleni z tłumaczeń Ukraińców, którzy broniliby takiej pieśni podkreślając, że przecież: „Słowa pochwały dotyczą tylko militarnych zdolności Hitlera, a nie zbrodni, które on dokonywał i samego faktu wywołania przez niego niesprawiedliwej wojny” albo „Tu jest mowa tylko o tym, że Bandera miał uzyskać dla nas niepodległość, a nie pochwała jego błędnej ideologii”? Oczywistym jest, że takie usprawiedliwienia większość z nas z uznałaby za śmieszne wykręty dla skandalicznych sformułowań uświęconych przez te państwo.

    Tymczasem, z pod pewnymi względami podobną sytuacją, mamy do czynienia w przypadku naszego narodowego hymnu, a mianowicie „Mazurka Dąbrowskiego”, gdzie śpiewa się, iż „dał nam przykład Bonaparte, jak zwyciężać mamy!” oraz „Marsz, marsz Dąbrowski z ziemi włoskiej do Polski! Za twoim przewodem złączym się z narodem!„, „Co nam obca przemoc wzięła szablą odbierzemy!„. W tej pieśni wychwala się wszak tak dwuznaczne postacie jak Napoleon Bonaparte oraz Józef Dąbrowski. Oczywiście, zło wyrządzone przez Napoleona było znacznie mniejsze niż te uczynione przez Hitlera, jednak nie ulega wątpliwości, iż w historii zapisał się on bardzo dwuznacznie. Choć, co prawda,  ukrócił on pewne ekscesy rewolucji francuskiej, jednocześnie promując niektóre z dobrych jej idei (jak np. większą równość bez względu na pochodzenie klasowe), to jednak szerzył on też niejedną z nieprawości. Na przykład, w wydanym za jego rządów Kodeksie Cywilnym wprowadzone zostały rozwody, a instytucja małżeństwa została poddana laicyzacji. Z kolei, w Kodeksie karnym również przez niego uchwalonym podtrzymana została, dokonana wcześniej, bo w 1791 roku, legalizacja czynów homoseksualnych. Także na polu militarnym, dokonania Napoleona były wybitnie moralnie dwuznaczne. Wciągnął on wszak Europę w wir długiej, krwawej wojny, najeżdżając i prowokując wiele z krajów. Część z prowadzonych przez niego wojen z pewnością była agresywna i niesprawiedliwa, tak też choć nie jest on odpowiedzialny tak jak Hitler za ludobójstwo i masowe mordy na ludności cywilnej, to jednak nie do końca bez racji nazywany jest on przez niektórych „małym Hitlerem swych czasów”. Warto zresztą dodać, że po tym jak z rozkazu Napoleona jego armia najechała na Państwo Kościelne i splądrowała Rzym, został on ekskomunikowany przez papieża Piusa VII. Podobnie sprawa wygląda, z drugim bohaterem naszego hymnu, czyli generałem Józefem Henrykiem Dąbrowskim. Owszem, on też nie dorównywał w swych niegodziwościach Hitlerowi czy Banderze, ale nie zmienia to faktu, iż niezbyt nadaje się  do podziwiania i stawiania go innym za wzór. Był to bowiem założyciel jednej z lóż wolnomularskich „Wielkiego Wschodu”, a poza tym brał udział w niesprawiedliwych wojnach prowadzonych przez Napoleona, w tym inwazji na Państwo Kościelne, a także w tłumieniu powstań chrześcijan wiernych swym prawowitym władcom. Nie od rzeczy będzie też wspomnieć, iż podczas okupacji Państwa Kościelnego trzymał on konie swej armii w rzymskich kościołach, co raczej trudno interpretować inaczej niż w kategoriach wyrażanej przez niego w ten sposób pogardy dla katolicyzmu i chrześcijaństwa. Kompozytor i dyrygent Stanisław Hadyna w analizie okoliczności powstania naszego aktualnego hymnu, pisał w następujący sposób: „Gotów był do współpracy z każdym, byleby osiągnąć cel, a tym celem była wolna Polska. Był to najbardziej cierpliwy i uparty generał, który jak Twardowski podpisałby cyrograf na duszę diabłu, byle osiągnąć niepodległość Polski. (… ) kierował się zasadą ocalenia publicznego, która usprawiedliwiała moralnie wszystkie kombinacje polityczne, nagłe zmiany frontów, partnerów, sojuszników i wrogów„. Gdyby Hadyn mniej więcej w trafny sposób scharakteryzował postać gen. Dąbrowskiego oznaczałoby to, iż człowiek ten był swego rodzaju bałwochwalcą, który swą ojczyznę i naród stawiał ponad Boga i Jego przykazania. Można więc zapytać, czy aby na pewno dobrze by było, gdyby „pod jego przewodem złączylim się z narodem„?

    Wreszcie, słowa o tym, iż: „co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy” również są wysoce wątpliwe, zwłaszcza, gdy weźmiemy pod uwagę kontekst historyczny w którym stwierdzenie to zostało wymyślone. Czy bowiem tego chcemy, czy nie – nasz kraj został wówczas poddany rozbiorom za akceptacją ówczesnych władz Polski, przez co legalnymi rządzącymi dla Polaków stali się zaborcy. Poza tym, nawet, gdyby rozbiory nie były legalne, to i tak nie było przez długi czas żadnej realnej alternatywy w postaci równoległego, mającego jakieś prawne umocowania rządu, który mógłby sobie rościć – w opozycji do zaborców – prawo do reprezentowania Polaków. Tak czy inaczej więc, władzę państw zaborczych należało uznać za legalną i w związku z tym nie należało próbować jej obalać za pomocą zbrojnych rozruchów. Nawet, jeśli zabory byłyby moralnym złem wobec Polski i Polaków, to jak uczy św. Paweł Apostoł: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj!” (Rzymian 12: 21) oraz: „Nikomu złem za złe nie odpłacajcie” (Rzymian 12: 17).

     

    Czy więc uczniowie Pana Jezusa powinni wykonywać hymn, w którym chwali się postacie moralnie dwuznaczne, a także zachęca się do zwyciężania zła za pomocą zła i odpłacania niegodziwością za niegodziwość?  W tym wypadku nie umiem dać bardzo jednoznacznej odpowiedzi, ale co do siebie przyznam się, iż od wielu już lat celowo nie śpiewam naszego hymnu. Jakoś nie przekonują mnie bowiem wywody tych, którzy mówią, że „przecież Mazurek Dąbrowskiego nie chwali zła dokonywanego przez Bonaparte, ale jego odwagę i zmysł militarny”, tak jak nie przekonywałyby mnie pochwały udzielane mordercy przy dodaniu, iż chwaliło się tylko odwagę i zręczność takiego człowieka, a nie same jego czyny. Nie za bardzo też daję posłuch tym, którzy mówią, że owa pieśń „została uświęcona krwią tych, którzy ginęli w jej takt za Polskę”, gdyż ludzie umierali i dokonywali pewnych dobrych czynów również np. pod czerwonymi sztandarami (vide: żołnierze Armii Sowieckiej wyzwalający obóz koncentracyjny w Oświęcimiu). Nie przekonuje mnie też argument „z patriotyzmu”, gdyż miłość do własnej ojczyzny i narodowej tradycji oraz historii jest ważna, ale nie najważniejsza.

     

  8. Czy „Łupaszka” powinien być naszym bohaterem narodowym?

    Leave a Comment

    24 kwietnia b. roku, w Warszawie z wielką pompą odbył się uroczysty – państwowy i kościelny – pogrzeb majora Zygmunta Szendzielarza (pseudonim „Łupaszka”). Ta uroczystość stanowiła symboliczne uznanie po latach tej postaci za osobę niezwykle cenną dla polskiej historii i tożsamości narodowo-państwowej. Jako, że wcześniej nie doczekał się normalnego pochówku i był też skrajnie krytycznie oceniany przez propagandę PRL-u ,”Łupaszka” został w ten sposób przez aktualne władze naszego kraju nie tylko „ostatecznie” zrehabilitowany, ale też włączony do kanonu bohaterów narodowych, których pamięć należy kultywować, a czyny (w domyśle) w razie potrzeby naśladować.

    Czy jednak słusznie tak się stało? Cóż, można by mieć wątpliwości, nawet co do zasadności samego pochówku kościelnego dla Zygmunta Szendzielarza, gdyż przed swą śmiercią w żaden zewnętrzny sposób nie wyraził on skruchy za popełnione przez poważne nieprawości, a mianowicie liczne akty dokonywanych i aprobowanych przez niego samowolnych egzekucji na przedstawicielach nowej socjalistyczno-komunistycznej władzy. Zabójstwa te nie były moralnie usprawiedliwione, gdyż „Łupaszka” nie był przez żadną cywilną władzę upoważniony do prowadzenia regularnych działań zbrojnych oraz orzekania i wykonywania kary śmierci choćby i względem złych ludzi. Jego zatem działalność jako „Żołnierza Wyklętego” była zatem poważnym naruszeniem ładu moralnego, zaś tradycyjna dyscyplina kościelna przewidywała pozbawienie kościelnego pogrzebu jawnych grzeszników, którzy przed swą śmiercią nie dali żadnych zewnętrznych oznak skruchy za popełnione przez siebie złe czyny. Na postaci majora Szendzielarza oprócz jego powojennej zbrojnej działalności cieniem się kładzie również jeden z aspektów jego aktywności w czasie niemieckiej okupacji. Chodzi oczywiście o zbrodnie popełnione przez żołnierzy dowodzonej przez niego Piątej Brygady Wileńskiej AK na litewskiej ludności cywilnej w Dubinkach i okolicznych wsiach, w wyniku której śmierć poniosło – wedle różnych szacunków od 27 do 68 osób, w zdecydowanej większości kobiet i dzieci. Była to akcja odwetowa za popełnione wcześniej przez oddziały litewskiej pro-nazistowskiej policji liczne masakry na Polakach. Jednak choć taka zemsta może wydawać się na płaszczyźnie psychologicznej i emocjonalnej zrozumiała, nie ma wątpliwości, iż nie da się jej moralnie usprawiedliwić, gdyż „dobry cel nie uświęca złych środków„, a zamierzone zabicie choćby jednej niewinnej osoby jest rzeczą absolutnie zakazaną, złą i bezbożną.  Cel polegający na odstraszaniu litewskich kolaborantów od dalszych mordów na Polakach oraz na ich ukaraniu był co prawda dobry, ale już środek do tego użyty, jakim było dokonanie krwawych egzekucji na tych Litwinach, co do których nie było często żadnych silniejszych poszlak, iż mogli oni ponosić choćby i tylko moralną odpowiedzialność za dokonane przez ich rodaków wcześniej zbrodnie na Polakach, był z pewnością niegodziwy.

    Co ma do tego jednak postać Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”? Historycy co prawda nie są zgodni odnośnie tego, czy ponosi on bezpośrednią odpowiedzialność za zbrodnię wojenną dokonaną przez jego oddział w Dubinkach i okolicach, jednak istnieją silne poszlaki na rzecz twierdzenia, iż niestety w świadomy i zamierzony sposób wydał on swym żołnierzom rozkaz dokonania tej rzezi. Otóż, wedle relacji ówczesnego zastępcy „Łupaszki” – por. cc Jana Wiktora Wiącka „Rakoczego”na wieść o dokonanej przez Litwinów masakrze na polskiej ludności cywilnej w Glinciszkach: „dowódca 5-tej Brygady wysłał 2 szwadrony na Litwę w celu wykonania podobnej egzekucji jako represji na ludności litewskiej”. Relacja ta wydaje się być wiarygodną, gdyż nie została uzyskana pod przymusem czy torturami, a miejscem jej złożenia był powojenny Londyn, a nie np.  więzienie w Warszawie albo Moskwie. Poza tym, akcją odwetową w Dubinkach dowodziło i kierowało dwóch bezpośrednich zastępców majora Szendzielarza, którzy nigdy nie zostali za nią przez niego ukarani. Istnieje zatem, co najmniej bardzo poważna wątpliwość co do tezy obrońców „Łupaszki” czy rzeczywiście nie wydał on rozkazu polecającego zabijanie litewskich cywilów w odwecie za wcześniejsze zbrodnie Litwinów na Polakach. Ponadto, ów akt odwetu był złamaniem rozkazu dowództwa Armii Krajowej, które stanowczo zakazało podobnych działań. Nie sposób też pominąć milczeniem, iż zbrodnia w Dubinkach była sprzeczna z  rycerskim etosem Armii Krajowej, która ogólnie rzecz biorąc unikała bezpośredniego atakowania niepolskiej ludności cywilnej słusznie uważając takie działania za niegodziwe i plamiące żołnierski honor.

    Pozostaje więc pytanie, na ile wychowawcze i historycznie konstruktywne jest kreowanie na bohaterów narodowych postaci co do których dobroci postępowania istnieją tak poważne etycznie wątpliwości? Zwłaszcza, w sytuacji, gdy polska historia zna przecież szereg przykładów osób, których postępowanie nawet jeśli nie było bez skazy i grzechu, to jednak stanowiło o wiele klarowniejszy i wznioślejszy wzór do naśladowania – np. rotmistrz Pilecki, Fieldorf Nil, prof. Bartoszewski. Czy naprawdę jako Polacy chcemy iść drogą Ukrainy, która swą narodową i państwową tożsamość buduje na kulcie zbrodniarzy i morderców?

     

    Przeczytaj też: https://salwowski.net/2016/03/20/czy-zolnierze-wykleci-postepowali-moralnie/

     

     

  9. O tym, dlaczego zaborcy byli legalną władzą dla Polaków

    Leave a Comment

    Kiedy przypomina się biblijną prawdę odnośnie tego, iż „nie ma władzy jak tylko od Boga” (Rzymian 13: 1) często jako kontrargument pojawiają się raczej retoryczne pytania w stylu: „To władza Hitlera albo Stalina też była od Boga?” albo: „Władza zaborców nad Polską była od Boga i nie należało się jej przeciwstawiać?„. Nazwałem te pytania mianem „raczej retorycznych”, gdyż w sposobie, w jaki są one zadawane, a także w kontekście poprzedzających i następujących po nich wypowiedzi, da się najczęściej odczuć, iż celem takowych jest zakwestionowanie wskazanej wyżej prawdy. Cóż, ze swej strony w tym tekście, mam zamiar pokazać to, dlaczego my jako Polacy powinniśmy uważać rządzące niegdyś nami państwa zaborcze za legalną również w stosunku do naszych przodków władzę. Legalną, to znaczy taką, której jako Polacy byliśmy zobowiązani w sumieniu okazywać posłuszeństwo, szacunek i cześć (oczywiście nie w sensie absolutnym i bezwzględnym, ale ograniczone przez wzgląd na Boże przykazania).

    Istnieje, zatem kilka ważnych powodów, by właśnie w ten sposób traktować rządzących niegdyś Polską zaborców. Oto te powody:

    1. Ostatni król Polski przekazał państwom zaborczym władzę nad naszym krajem i mało ważne jest, że uczynił to pod presją czy przymusem. Tak to już jest, że rządzących ma się na dobre i na złe i nieraz cały naród musi ponosić skutki ich decyzji.
    Podobnie, Pan Jezus uznawał legalność okupacyjnej władzy Imperium Rzymskiego nad Jego ojczystym krajem. Być może było to spowodowane tym, iż wcześniej zwierzchnicy Izraela porozumieli się co do uznania zwierzchności Rzymu nad ich krajem – sytuacja w pewnych aspektach podobna, co w zaborach w Polsce.
    2. Zaborcze władze były uznawane za legalne przez hierarchię kościelną, w tym przez papieża Grzegorza XVI, który w encyklice „Cum primum” piętnując powstanie listopadowe nazwał je „podniesieniem głowy przeciw legalnej władzy książąt” oraz „wyłamaniem (Królestwa Polskiego – przyp. moje MS) spod należnego posłuszeństwa„. Niektórzy próbują niwelować wymowę tych jasnych papieskich słów powołując się na treść prywatnej audiencji, jakiej ten sam Grzegorz XVI udzielił hrabiemu Czartoryskiemu, a której ów papież miał powiedzieć, iż wcale nie ganił w ten sposób Polaków, a powstanie listopadowe potępił pod presją Rosji. Jednak nawet, gdyby uznać ową relacją za całkowicie autentyczną i bezbłędną (co wcale nie jest rzeczą pewną zważywszy na samą specyfikę tej sytuacji) to i tak Magisterium Kościoła jest wyrażane w publicznie publikowanych encyklikach, a nie jakichś nieoficjalnych wspomnieniach tych czy innych osób z udzielanych im prywatnych audiencji.
    3. W XIX wieku i tak nie istniał żaden alternatywny ośrodek polityczny, który w opozycji do władz zaborczych mógłby rościć sobie prawo do legalnej władzy nad naszym krajem i narodem. Nawet, gdyby uznać, iż Konstytucja 3 maja wciąż obowiązywała, to i tak na jej podstawie nie dałoby się w większej części XIX stulecia wskazać na innego niż zaborcy prawowitego władcę naszego kraju, gdyż linia dziedziczna przewidziana przez tę konstytucję wygasała na Marii Auguście Wettyn, a i ona nie zgłaszała żadnych pretensji do polskiej korony.

    4. W dziewiętnastym wieku ruchy niepodległościowe w Europie były silnie związane z masonerią i liberalizmem więc jest wątpliwe, aby ich zwycięstwo w Polsce stanowiło lepszą alternatywę dla mniej czy bardziej konserwatywnych rządów naszych zaborców. A nie zapominajmy o tym, iż oba polskie powstania narodowe, jakie miały miejsce w owym stuleciu, w dużej mierze były inspirowane przez masonów. Oczywiście, że niektóre postulaty masonerii i liberałów były słuszne, tym nie mniej jednak część z nich była wątpliwa albo zła. To zaś, co było w owych postulatach godnego poparcia, często i tak było realizowane przez rządzących nami zaborców (np. zniesienie pańszczyzny chłopów), więc  w ostatecznym rozrachunku zwycięstwo sił niepodległościowych w naszym kraju, w tamtym czasie mogłoby przynieść Polsce więcej zła niż dobra.

    Pora więc odłożyć na bok naszą narodową dumę i powiedzieć sobie jasno: w XIX wieku zaborcy sprawowali nad nami legalną władzę, a my nie powinniśmy podnosić przeciw nim swego „miecza”. Nie znaczy to, że nasi przodkowie mieli być im posłuszni dokładnie we wszystkim, jednak tym nie mniej powinni w nich zasadniczo rzecz biorąc uznawać ustanowione przez Boga władze i nie buntować się przeciw nim w sposób zbrojny.

     

    Przeczytaj też: https://salwowski.net/2016/03/08/przeciwko-mentalnej-anarchii-i-upadkowi-zasady-szacunku-wobec-wladzy/

     

  10. Przeciwko mentalnej anarchii i upadkowi zasady szacunku wobec władzy

    Leave a Comment

    Ogólnie rzecz biorąc rządy w większej części świata stają się coraz bardziej niechętne chrześcijaństwu. Nie jest wszak też żadną tajemnicą, iż rządy w naszym kręgu cywilizacyjnym nieraz w dużej swej części oparte są na fałszywych lub co najmniej bardzo dwuznacznych fundamentach ideowych i światopoglądowych. Przykładem takowych błędnych bądź wątpliwych zasad są np. neutralność religijna państwa; reguła mówiąca, iż to „władza pochodzi od narodu (lub od „ludu” vel „społeczeństwa”); równość przyznawana różnym religiom i kultom, zakaz „dyskryminacji ze względu na orientację seksualną„. Do tego dochodzi jeszcze fakt legalizowania i/lub legitymizowania różnych nieprawości, które nauka katolicka nakazywała rządzącym zakazywać, zwalczać i karać, a więc np. aborcji, rozwodów, homoseksualizmu, cudzołóstwa, pornografii, in vitro, oraz (na razie jeszcze okazyjnego i łagodnego) represjonowania tych, którzy w imię wierności Bogu w bardziej stanowczy sposób bronią tych elementów tradycyjnej moralności, które są kwestionowane przez te przejawy zła. Nie bez znaczenia jest też zarzut nadmiernego etatyzmu współczesnych państw, mającym przejawiać się w mnożeniu tysięcy szczegółowych praw i przepisów regulujących coraz drobniejsze kwestie. To ma być z kolei zerwaniem z tradycyjnym konserwatywnym podejściem do prawodawstwa preferującym istnienie małej ilości jasnych i konkretnych praw. Poza tym można by jeszcze do owego zatrutego kociołka dorzucić odwieczne (mniej lub bardziej) uzasadnione zarzuty, które sprowadzają się do powiedzenia, iż sprawujący władzę to „banda przekupnych złodziei, którzy dbają tylko o własne stołki i trzosy„. Całkiem zrozumiałe jest zatem, że w kręgach prawicy coraz mocniejsze wydają się być głosy sugerujące, iż obecne demo-liberalne rządy należy traktować w kategoriach nielegalnych uzurpatorów, wobec których nie istnieje moralna powinność okazywania im czci, szacunku i posłuszeństwa. Historia zna też przykłady konserwatywnych i kontrrewolucyjnych ruchów, które z bronią w ręku występowały przeciwko rewolucyjnie i lewicowo nastawionym rządom, co też jest ważnym źródłem inspiracji dla takowego (zakładającego brak moralnego prawa do rządzenia) podejścia do współczesnych rządzących.

    W tej sytuacji warto jest powtórzyć i rozważyć główne prawdy i zasady nauczania katolickiego odnoszące się do tychże zagadnień.

    Czy aby na pewno każda władza pochodzi od Boga?

    Najpewniej prawie wszyscy czytelnicy kojarzą biblijne teksty o tym, że „Nie ma władzy, jak tylko od Boga, a te, które są, przez Boga są ustanowione (…) kto przeciwstawia się władzy, przeciwstawia się Bożemu postanowieniu (…) ( Rz 13, 1 – 4). Nie ma co jednak kryć, iż jest to jeden z tych fragmentów, które są najtrudniejsze do zaakceptowania dla wielu ludzi. Gdy cytuje się wszak ten fragment apostolskiego nauczania zaraz pojawiają się (brzmiące raczej na retoryczne) pytania, w stylu: „Tak, to może władza Hitlera, Stalina czy Pol Pota też pochodziły od Boga?„. Faktem jest, iż wiele rządów w historii tego świata było złych lub bardzo nieprawych i czymś trudnym do zaakceptowania wydaje się stwierdzenie, że także one dzierżyły władzę z Bożego ustanowienia. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że początek niemałej części z konkretnie sprawujących władzę rządów był niemoralny i/lub nielegalny. Wspomnijmy choćby o rewolucjach, spiskach, skrytobójstwach, w skutek których ich inspiratorzy obalali poprzednio rządzących i sami zdobywali władzę nad danym krajem. Albo cóż można powiedzieć o wielu niesprawiedliwych podbojach i wojnach, których owocem było zastępowanie rządu danego państwa inną narzuconą z zewnątrz władzą? W obliczu tych problemów, niektórzy interpretują przytoczoną wyżej zasadę: „Każda władza pochodzi od Boga” w sposób, który odrywa go od każdorazowego personalnego jej wymiaru, a sprowadza ją jedynie do faktu ustanowienia istoty danej władzy1. Zwolennicy tej interpretacji mówią mniej więcej tak: „Każda władza pochodzi od Boga w tym sensie, iż nie ma na tym świecie społeczności, która nie potrzebowałaby by mieć nad sobą jakichś rządzących. Ale to nie znaczy, że każdy, kto sprawuje władzę nad danym krajem i daną władzą, dzierży ją z Bożego ustanowienia. Źli władcy tak naprawdę nie rządzą z Bożego namaszczenia i ogólnie rzecz biorąc należy traktować ich niczym uzurpatorów, którym nie należy się moralny obowiązek okazywania im posłuszeństwa, czci i szacunku„. Do tego jeszcze dochodzą argumenty w stylu: „Skoro w demokracji uważa się, że władza pochodzi od ludu, a nie od Boga, to demokratyczne republiki same siebie w ten sposób pozbawiają prawa do rządzenia„, itp. Cóż można na to odpowiedzieć? Otóż, nie jest prawdą, że względem „złych władców” (przy całej wieloznaczności takiego określenia) nie ma moralnego obowiązku okazywania im (w sensie ogólnym) czci, posłuszeństwa i szacunku.

    Naucza o tym, choćby Katechizm Soboru Trydenckiego w następujących słowach:

    Bo jeżeli źli są urzędnicy albo przełożeni, nie ich się złości bojemy, ale onej mocy Boskiej, którą w nich być uważamy, tak, iż (co jest rzecz bardzo dziwna) chociażby nam nieprzyjaciółmi byli i na nas się gniewali się, chociażby najmniej litości w nich nie znać było, jednak co słuszna przyczyna nie jest, czemubyśmy z wielką pilnością im posłuszni być nie mieli, gdyż i Dawid wiele dobrego Saulowi czynił, chociaż on się gniewał, co pokazuje onemi słowy: (Psalm 119). Lecz jeżeliby co niegodziwego i złośliwego rozkazali, więc słuchani w tem być nie mają, ponieważ to nie według onej mocy swej, ale z niesprawiedliwości i z złego umysłu czynią2.

    Pouczała też o tym, tradycyjna moralistyka katolicka, czego dowód znajdziemy np. w pismach ks. Piotra Skargi:

    Nie doznana rzecz, póki chrześcijanom Pan Bóg dawał panów pogańskich, aby im się kiedy Święci Męczennicy mocą bronili, albo na ich urzędników rękę podnieśli i lud burzyli. Znali w nich z Apostołem moc i urząd Boski, i źle a niewinnie rozlewających krew ich czcili, i byli posłuszni tam, gdzie jawnego grzechu w ich rozkazaniu nie było, chociaż z największą szkodą, żalem i utratą majętności i zdrowia swego3.

    Oczywiście – jak to zostało już zaznaczone w powyższych wypowiedziach – nie należy być posłusznym tym spośród praw i poleceń takich rządzących, które w wyraźny sposób nakłaniają nas do czynienia tego co złe i nieprawe. Ale to nie jest równoznaczne z odmawianiem im szacunku i posłuszeństwa jako takiego. To rozróżnienie można zobrazować na przykładzie ojca, który w pewnych ważnych aspektów swego postępowania, postępuje bardzo źle, a mianowicie: jest pijakiem. Kiedy taki ojciec poleca swemu synowi kupić wódkę (by mógł się dalej upijać) lub razem z nim uczestniczyć w alkoholowej libacji, ten winien mu stanowczo odmówić. Ale to nie znaczy, że syn nie ma uważać w takim razie go za ojca, zwracać się do niego „per gnido”, a nie „tato” albo być mu nieposłusznym, gdy ten każe mu posprzątać mieszkanie, kupić bułki bądź wynieść śmieci. Poza tym zasady posłuszeństwa i szacunku wobec rządzących tylko względem tych spośród nich, którzy są są „dobrzy”, a odmawianie okazywania owych tym, którzy są „źli” albo też w inny sposób „nie nasi” (np. są zwolennikami demokracji albo historycznymi spadkobiercami dawnych rewolucyjnych ruchów, które obalały niegdyś prawowite władze) w swych praktycznych konsekwencjach mogłoby prowadzić do ogromnego chaosu i dezorientacji. Cóż bowiem oznacza, że dany władca jest „dobry” albo „zły”??? Z pewnością zastosowanie takich określeń nie może być równoznaczne ze stwierdzeniem, iż dobry rządzący podejmuje tylko dobre decyzje i wydaje tylko dobre polecenia, a władza złych w 100 procentach polega na czynieniu i promowaniu zła. Tak naprawdę coś takiego jest niemożliwe, podobnie jak niemożliwym jest istnienie człowieka, który w swym życiu czyniłby tylko zło i nigdy nie popełniłby żadnego dobrego uczynku. Z rządami jest jak z ludźmi. Jedne popełniają więcej zła niż inne, a inne popełniają więcej dobra. Ale praktycznie rzecz biorąc, nie ma i nie było takiego rządu/władzy, która promowała by tylko zło, albo, która promowała by tylko dobro. Można zatem co najwyżej mówić, iż jedni rządzący są bardziej dobrzy i prawi, a inni bardziej źli i występni. Ale niby w jaki sposób można zmierzyć stopień od którego dany władca byłby na tyle zły, by z samej zasady nie należałoby mu się posłuszeństwo i szacunek? Musiałby wydawać 10 procent, a może 20, 30, 50 czy 80 procent złych praw, poleceń i nakazów? A czy na odwrót, by uznać rządzących za „dobrych” to 80, 90 czy 99 procent ich działalności musi być sprawiedliwa, prawa i godziwa? Błędność podobnego stawiania sprawy można łatwo uświadomić sobie, gdy bliżej przyjrzymy się historycznej rzeczywistości. Otóż, nawet jeśli uznamy dzisiejsze soc-demoliberalne rządy za zasadniczo złe, dlatego, że wspierają one np. legalność aborcji czy legitymizację homoseksualizmu to warto uświadomić sobie, że wiele z tradycyjnych monarchii także sankcjonowało nieraz drastyczne formy niesprawiedliwości. Co np. powiedzieć o wielowiekowym pół-kastowym systemie społecznym, gdzie możliwości przejścia z jednej grupy społecznej do drugiej były nieznaczne, zaś zgwałcenie chłopki przez szlachcica było karane grzywną zaś ten sam czyn w stosunku do szlachcianki karą śmierci? Być może ktoś w tej chwili odpowie, że daną władzę czynią złą i nielegalną fakt, że opiera się ona na fałszywych przesłankach światopoglądowych albo jest historycznym dziedzicem władzy zdobytej w zły bądź bezprawny sposób (np. w skutek rewolucji, zbrojnej a zarazem niesprawiedliwej napaści oszustwa, morderstwa, etc.). Ale i w tym wypadku chęć konsekwentnego odrzucania takich rządów praktycznie prowadziłby nas do mentalnej anarchii. Szczegółowa analiza faktycznych okoliczności objęcia władzy przez daną ekipę rządzącą mogłaby wszak nas w w łatwy sposób doprowadzić do wniosku, że nie tylko dziś, ale i dawniej zdecydowana większość władców objęła urzędy z naruszeniem tych zasad. Walka o dojście do władzy jest bowiem niemal nieustanną historią wstrętnych intryg, skrytobójstw, kłamstw, oszustw, zbrojnych agresji i rebelii i fałszywie składanych obietnic. Także kryterium światopoglądowej poprawności danego władcy (przynajmniej w kwestii pochodzenia i uprawnień rządu) może okazać się zawodne. Uznawanie ludu czy narodu jako źródła pochodzenia władzy owszem jest błędne, a nawet heretyckie. Ale czy lepsze jest twierdzenie, iż monarcha ma prawo dzierżyć niczym nieograniczoną, absolutną władzę lub też, że sam on jest osobą boską i w związku z tym należy mu się boska cześć (jak to było w przypadku pogańskich cesarzy Rzymu)??? Odpowiedzią na powyższe dylematy powinno być bliższe przyjrzenie się historycznemu kontekstowi, w którym sformułowana została biblijna nauka o tym, że każda „władza pochodzi od Boga” i że w związku z tym należy okazywać jej być podporządkowanym. Otóż Pan Jezus polecił Żydom płacić podatki władzom cesarstwa rzymskiego, zaś do rzymskiego namiestnika na Palestyną, Poncjusza Piłata rzekł: „Nie miałbyś nade mną, gdyby nie była ci ona dana z góry” (Jn. 19, 10 – 11). W ten sposób Chrystus nie tylko, że uznał powinności względem tej władzy, ale też fakt, że jest ona dzierżona nad mieszkańcami Judei z Bożego ustanowienia. A przecież była to władza obca, okupacyjna, która została zaprowadzona nad Żydami w bardzo wątpliwy, bo drogą zbrojnego najazdu sposób. Z kolei św. Paweł Apostoł, gdy pisał do chrześcijan mieszkających w Rzymie słowa o tym, że „każda władza pochodzi od Boga” władzę nad imperium rzymskim sprawował jeden z najbardziej zdeprawowanych ludzi w historii świata, a mianowicie cesarz Człowiek ten był. Uważającym się za boga, poganinem i bałwochwalcą, wrogiem i mordercą chrześcijan, kazirodcą, który zamordował własną matkę. Zresztą starożytne imperium rzymskie było znacznie gorsze od współczesnych demo-liberalnych rządów. Ówczesne władze popierały wszak kult bożków i bałwanów, przyzwalały, a nieraz wręcz wspierały wiele z form niemoralności (by wymienić tylko zabijanie małych dzieci, prostytucję, homoseksualizm, cudzołóstwo, przelewanie krwi dla rozrywki publiczności), czyniły z dużej części mieszkańców imperium niewolników zdanych na łaskę i niełaskę swych panów (przez większą część istnienia imperium niewolnik miał prawny statut rzeczy, mógł być przez swego pana okaleczony, zgwałcony, zabity bądź porzucony, gdy jego pan miał tylko na to ochotę), więziły i mordowały chrześcijan. Wiele więc wskazuje na to, że o tym, czy dana władza jest taką, której należy się szacunek i posłuszeństwo nie decyduje to, czy sprawują ją dobrzy czy źli, w jaki sposób została ona zdobyta i jakimi zasadami się ona kieruje. Należy raczej uznać, że fakt utrwalenia się danego rządu, zdolność do utrzymywania na danym terenie względnego prawa i porządku oraz brak alternatywnych struktur władzy, które taki ład mogłyby zaprowadzać świadczy o tym, iż Pan Bóg nadał takim ludziom prawo do rządzenia danym społeczeństwem. Nie oznacza to oczywiście, że Bóg aprobuje ze strony rządzących czynienie zła i niesprawiedliwości. Bóg po prostu daje danym ludziom władzę i związane z tym prawo do rządzenia danym krajem, ale ilekroć owe osoby w zły sposób ją wykorzystują jest nadużyciem przez nie tego Bożego błogosławieństwa. Nie można też mówić, że skoro władza zdobyta w niemoralny sposób się ustabilizowała to w takim razie Bóg niejako uświęcił i pobłogosławił ową wcześniejszą niegodziwość. Czy bowiem fakt, że dzieci poczęte poza małżeństwem są Bożym darem i błogosławieństwem, który należy przyjąć z miłością oraz szacunkiem oznacza, iż w ten sposób dobre i święte stają się występki w wyniku, których zostały one powołane do życia? Podobnie każdy z nas otrzymał życie od samego Boga i jako takie jest one wielkim dobrem, ale przecież nie wszyscy wykorzystujemy je w dobry i godziwy sposób. Czy to oznacza, że w takim razie Bóg popiera nasze złe czyny? Ktoś powie, że jeśli tak się sprawy mają to Polacy powinni uznać za legalną nad sobą władzę okupacyjną III Rzeszy, a działalność zbrojnego podziemia byłaby wówczas niemoralna. Otóż niekoniecznie. W wypadku np. Żydów żyjących za czasów Chrystusa stan obcego panowania trwał tam już od kilkuset lat (pod rzymską okupacją znajdowała się zaś od 63 roku przed Chr.), a królestwo Izraela nie istniało od jeszcze dłuższego czasu. Natomiast jeśli chodzi o niemiecką okupację terytoriów Rzeczpospolitej w l. 1939 – 1945 mieliśmy do czynienia z sytuacją całkowicie nową, w której wciąż trwała wojna, istniał mający swą legalną ciągłość polski rząd na emigracji, którego dodatkowo zbrojnym ramieniem na terenie kraju była Armia Krajowa. Niemal wszyscy Polacy pamiętali też wtedy doskonale czas, w którym Polska była niepodległa i nie znajdowała się pod niemiecką okupacją.

    Jak daleko należy być posłusznym?

    Przyjrzyjmy się teraz temu, co co nauczanie katolickie tradycyjnie mówi o tym, jak daleko należy być posłusznym prawom stanowionym przez władze cywilne?

    Jeden jest tylko powód uwalniający ludzi od posłuszeństwa, mianowicie gdyby żądano od nich czegoś przeciwnego prawu naturalnemu albo Bożemu, tam bowiem, gdzie zachodzi pogwałcenie prawa natury lub woli Bożej, zarówno sam rozkaz, jak wykonanie go byłoby zbrodnią.” – Leon XIII, „Diuturnum illud”

    Tak, należy przestrzegać wszystkich praw, które są stanowione przez władze świeckie, zgodnie z nakazem i i przykładem, który dał nam nasz Pan Jezus Chrystus, o ile jednak nie są one sprzeczne z prawem Bożym” – Katechizm św. Piusa X4.

    Jeśli sprawujący władzę ustanawiają niesprawiedliwe prawa lub podejmują działania sprzeczne z porządkiem moralnym, to rozporządzenia te nie obowiązują w sumieniu. (…)Obywatel jest zobowiązany w sumieniu do nieprzestrzegania zarządzeń władz cywilnych, gdy przepisy te są sprzeczne z wymaganiami ładu moralnego, z podstawowymi prawami osób i ze wskazaniami Ewangelii.” – Katechizm bł. Jana Pawła II, n.1903, 22425.

    A zatem należy być posłusznym władzom cywilnym dopóty nie polecają nam one czynić czegoś co jest sprzeczne z Prawem Bożym lub naturalnym, sprawiedliwością, zasadami Ewangelii lub „podstawowymi prawami osób” (w zasadzie to ostatnie trzy z wymienionych kryteriów mieszczą się w pierwszych dwóch). Wówczas, gdy stanowione prawa i nakazy zmuszają nas do naruszania tychże przykazań i praw nie tylko możemy, ale mamy obowiązek być nieposłuszni. Ale uwaga, wedle tradycyjnej moralistyki katolickiej owe nieposłuszeństwo jest dozwolone pod warunkiem, iż realizacja danych stanowionych praw stanowiłaby naruszenie Bożych przykazań lub prawa naturalnego w sposób jasny i ewidentny. W przypadku wątpliwości, czy dane prawo ma taki charakter, należy być posłusznym władzy cywilnej. Tak naucza choćby kardynał Gousset w swym podręczniku teologii moralnej: „Na tej to zasadzie ojcowie i pasterze kościoła, ustawnie skłaniali wiernych do płacenia podatków, nauczając ich, że nie można być nigdy nieposłusznym prawom krajowym, chyba gdyby wymagały rzeczy sprzecznych z moralnością i religią, lub były oczywiście niesprawiedliwymi. Na przypadek wątpliwości, należy przechylać się na korzyść prawodawcy i oświadczyć się za prawem6.

    Aby więc usprawiedliwić nieposłuszeństwo władzy i prawu stanowionemu nie wystarcza zatem tylko wątpliwość lub podejrzenie iż jest ono niesprawiedliwe czy niemoralne. Nie można też być nieposłusznym, gdy dane nakazy lub zakazy wydają się nam być zbyt uciążliwe, za daleko ingerujące w życie obywateli bądź regulujące w stopniu przesadnie szczegółowym pewne kwestie. Tu musi być jasność i ewidentność osądu i rozeznania co do określonego przepisu lub polecenia zakładająca, iż przyjmując zasady racjonalnej pewności, jego realizacja oznaczałaby pogwałcenie Bożych przykazań lub prawa naturalnego. Nie można zatem powiedzieć np. : „Ach zakaz jeżdżenia 70 km na godzinę w terenie zabudowanym za bardzo utrudnia mi życie, a więc jest niemoralny i niesprawiedliwy„. Podobnie, nadużyciem byłoby handlowanie alkoholem w sytuacji obowiązującej w danym państwie prohibicji, któremu towarzyszyłoby tłumaczenie: „Zakaz handlu alkoholem uderza w moje podstawowe prawa jako osoby ludzkiej, przez co takie prawo jest niegodziwością„. Nawet bowiem, jeśli określone przepisy czy zakazy faktycznie są przesadne, to nikt przy zdrowym zmysłach nie może powiedzieć, iż zakaz jeżdżenia 70 km na godzinę w terenie zabudowanym jest (zasadniczo rzecz biorąc) jawnie niesprawiedliwy, a zakaz handlu alkoholem stanowi pogwałcenie „podstawowych praw osoby ludzkiej”. Podobnie jak żaden uczciwy i rozsądny człowiek nie będzie twierdził, że zakaz żucia gumy w czasie szkolnych lekcji czy choćby na terenie całej szkoły „narusza podstawowe prawa osób„. Owszem, tego rodzaju prawa można krytykować, domagać się ich zniesienia czy modyfikacji, ale same z siebie ich przestrzeganie nie wiąże się z naruszeniem Bożych przykazań lub prawa naturalnego, a więc zasadniczo rzecz biorąc powinny być one przestrzegane7.

    Oddać cesarzowi co cesarskie

    A co np. z płaceniem podatków, które nieraz wydają się być za wysokie albo też część z nich idzie na finansowanie złych rzeczy (np. aborcji, zabiegów in vitro, „pro-gejowskiej” czy antychrześcijańskiej kultury i sztuki)? Rzecz jasna, gdyby uiszczenie określonych podatków czyniłoby praktycznie niemożliwym zaspokojenie najbardziej podstawowych potrzeb życiowych (jedzenia, picia, odzienia i dachu nad głową) w ich przynajmniej skromnym wymiarze dla siebie i swej rodziny8, coś takiego takiego stanowiłoby ewidentne naruszenie co najmniej jednej z zasad prawa naturalnego (które mówi, że mamy prawo ratować swoje i czyjeś życie oraz zdrowie). Myślę też, że dozwolone by było niepłacenie podatków, gdyby jasnym było, iż ich lwia część idzie na finansowanie rozrzutnego życia elit rządzących – wówczas bowiem drastycznie naruszony zostałby podstawowy i tradycyjny sens tej daniny, jakim jest wspólne utrzymywanie instytucji i dóbr służących całemu społeczeństwu albo przynajmniej pokaźnej jej części. Ale poza tym wypadkami, nie powinno się odmawiać płacenia podatków, ceł i innych danin nałożonych przez władze cywilne, kierując się kryterium ich wysokości. Nie znaczy to, że wysokie podatki mają się nam podobać i powinniśmy je popierać. Jednak proste zestawienie typu „wysoki podatek = kradzież, a zatem coś czego nie mamy obowiązku uiszczać” nie jest słuszne w każdym wypadku. Tak naprawdę nie jest łatwe ustalenie tego od którego momentu wysokość podatków staje się niesprawiedliwa i w związku z tym trudno jest tu mówić o jednoznaczności i ewidentności negatywnej moralnej oceny danin pobieranych przez państwo, co – jeszcze raz powtarzam – jest elementem koniecznym, by móc odmówić posłuszeństwa władzy i prawu. Jeśli zaś chodzi o sprawę finansowania z pewnej części podatków różnych złych przedsięwzięć to także trudno jest tu mówić o jakiejś ewidentnie złej sytuacji. Po pierwsze mamy historyczno-biblijną analogię, a więc fakt, że w czasach Pana Jezusa i Apostołów część pobieranych przez Imperium Rzymskie pieniędzy też szła na niegodziwe cele, a mimo to Chrystus i Apostołowie nakazywali je płacić. Po drugie, praktycznie rzecz biorąc, obywatele nie mają możliwości rozdzielenia ze swych podatków tych pieniędzy, które idą na dobre lub obojętne cele od tych z nich, z których dofinansowuje się różne nieprawości9.

    Przepisy głupie, bezsensowne, absurdalne?

    Czasami w kontekście omawiania granic posłuszeństwa należnego władzom cywilnym pojawia się kwestia domniemanej głupoty, absurdalności i bezsensowności danych przepisów z jednoczesną sugestią, iż takowych również nie mamy obowiązku przestrzegać. Czy jest to prawidłowe podejście do sprawy? Owszem, ale tylko w wypadku, gdy owa niedorzeczność i nonsensowność jest jasna i ewidentna nie zaś wątpliwa, przypuszczalna czy też naciągana. Jeśli rzeczywiście widać w przypadku określonego prawa, iż jest ono jaskrawie głupie albo nie służy niczemu innemu jak tylko utrudnieniu bądź pognębieniu życia obywateli, to nie sądzę byśmy mieli obowiązek być posłuszni. Głupota jest bowiem moralnym złem (Mk. 7: 1,22), działania bezsensowne są sprzeczne z porządkiem naturalnym, gdzie wszystko ma swój sens i cel, a prawa mają być stanowione po to by służyły one dobru społeczeństwa, a nie jego pognębieniu. Hipotetycznym przykładem takich głupich i mających na celu tylko utrudnienie ludziom życia praw byłby np. przepis nakazujący wszystkim ojcom rodzin wyprawą na szczyt góry Mont Everest. Ale już np. nakaz przeszkolenia wojskowego dla wszystkich żywicieli rodzin choć z pewnością uciążliwy i trudny, może być raz głupi, a raz mądry, dlatego też nie można powiedzieć, że z samej zasady nie należy być mu posłusznym.

    W trakcie różnych dyskusji o posłuszeństwie władzy zetknąłem się też z poglądem sugerującym, iż rządzący mają prawo zakazywać tylko czynów niemoralnych ze swej istoty, a w wypadku, gdy zabraniają one czegoś np. obojętnie moralnego nie należy im się podporządkowanie, gdyż wtedy rzekomo wykraczają poza swoje kompetencje. Takie stawianie sprawy jest jednak przysłowiowym „odwracaniem kota ogonem„. O ile bowiem tradycyjnie katolicka zasada mówi: „Można być nieposłusznym tylko w wypadku zmuszania nas do jawnego przekraczania Bożych przykazań lub prawa naturalnego” o tyle takie ujmowanie tej kwestii oznacza: „Mam obowiązek być posłuszny tylko wtedy, kiedy władza zakazuje mi jawnie grzeszyć„. Tak formułując zasadę posłuszeństwa równie dobrze uczniowie mogliby odmawiać uległości wobec przepisów szkolnych zakazujących żucia gumy, dłubania w nosie czy rozmawiania przez telefon komórkowy czasie lekcji, bo przecież żaden z tych czynów ze swej natury nie jest grzechem. Poza tym, nie jest prawdą, że zakazywanie przez władze cywilne również pewnych zachowań, które same w sobie, nie są niemoralne, jest zawsze nadużyciem. Gdy przemawia za tym wzgląd na dobro wspólne, rządzący mają prawo zakazywać także tych z uczynków, które jako takie są moralnie obojętne. I w istocie rzeczy nieraz tak się dzieje. Przykładowo, przejście na czerwonym świetle bądź w niedozwolonym miejscu nie zawsze jest niemoralne, ale jest to prawnie zakazane, gdyż co by się stało, gdyby większość ludzi nabrała takiego zwyczaju? Podobnie, załatwienie swych potrzeb fizjologicznych w lesie nie jest samo w sobie złe, ale prawo zakazujące czegoś takiego ma celu to, by lasy nie przemieniły się w centra ścieków i kanalizacji. Głupotą jest zatem mówić, że obywatele nie są zobowiązani być posłuszni tym spośród stanowionych praw, które zabraniają czynów nie będących złymi w swej naturze i istocie.

    Co to jest cześć i szacunek wobec władzy?

    Czy jest przypadkiem, iż katechizmy tradycyjnie omawiają kwestię naszej postawy względem władz publicznych w rozdziałach poświęconych przykazaniu: „Czcij ojca i matkę swoją„? Prawdopodobnie niewielu zechce przyjąć to do wiadomości, ale w ten sposób Kościół sygnalizuje nam, że rządzący państwem pełnią w społeczeństwie rolę podobną co ojcowie w rodzinach i w związku z tym nasze odniesienie do nich powinno być podobne (pod pewnymi ważnymi względami, choć oczywiście nie w 100 procentach) do relacji „dzieci – rodzice„. Ba, Katechizm Soboru Trydenckiego wprost nazywa rządzących społeczeństwami mianem „ojców”:

    Nadto i onych też ojcami zowią, którym przełożeństwa, albo urzędu, lub zwierzchności jakiej powierzono, i którzy pospolitą rzecz sprawujący10.

    Podobnie zatem jak czcimy i szanujemy swych rodziców, tak też powinniśmy okazywać cześć i szacunek rządzącym. Pismo święte mówi wszak: „Wszystkich szanujcie, braci miłujcie, Boga się bójcie, czcijcie króla!(1 Piotr 2, 17).

    Rzecz jasna nie oznacza to bezkrytycznego podchodzenia do danych rządów, bo takowe nieraz zasługuję na surową krytykę. W istocie rzeczy wiele z gromkich napomnień proroków Starego Testamentu przeciw nieprawościom odnosiło się do tych czynionych przez rządzących. Ponadto władający społeczeństwami będą surowiej sądzeni przez Boga, jako że posiadają w związku z tym wielką odpowiedzialność.

    Co oznacza zatem cześć i szacunek wobec władzy praktycznie i bardziej konkretnie rzecz biorąc?

    Po pierwsze: powinniśmy modlić się za rządzących. Taka jest wszak nauka apostolska i odwieczna praktyka Kościoła11: „Zalecam więc przede wszystkim, by prośby, modlitwy, wspólne błagania, dziękczynienia odprawiane były za wszystkich ludzi: za królów i za wszystkich sprawujących władze, abyśmy mogli prowadzić życie ciche i spokojne z całą pobożnością i godnością. Jest to bowiem rzecz dobra i miła w oczach Zbawiciela naszego, Boga” (1 Tym 2, 1-3).

    Po drugie: mamy być posłuszni rządzącym (na czym to polega zostało wyjaśnione powyżej).

    Po trzecie: powinniśmy wobec rządzących stosować należne im tytuły oraz honory (chyba, że te przekraczałyby oznaki czci przynależnej ludziom i zaczęły by przypominać kult należny samemu tylko Bogu). A zatem, jeśli ktoś jest prezydentem to należy do niego zwracać się „per prezydent”, a nie „per namiestnik”, „Komorra”, „Komoruski”; premier rządu to zaś „premier” a nie „Thusk”, „Tfuks” czy „Hoży Ryży”. Miejsce portretów prezydenta jest też na wyróżnionych miejscach w urzędach, a nie w Internecie jako strzelnica do rzucania fekaliami, etc.

    Po czwarte: rządzący są naszymi bliźnimi i wobec nich obowiązują takie same standardy moralne jak wobec innych ludzi. A zatem, należy krytykować zło przez nich czynione, ale to nie znaczy, że mamy prawo rozpowszechniać o nich oszczerstwa, kalumnie, lekkomyślne pochopne sądy, albo też wyolbrzymiać ich nieprawości do nierzeczywistych, monstrualnych rozmiarów, itp. Jeśli np. wiesz o kimś, że jest drobnym złodziejaszkiem, to mów o tym, że dokonuje drobnych kradzieży, a nie od razu, że napada na banki, morduje staruszki, a prawdopodobnie gwałci też dzieci. Po piąte: mamy okazywać rządzącym wdzięczność i życzliwości – oczywiście stosownie i proporcjonalnie do ich zasług (patrz: Katechizm bł. Jana Pawła II, n. 1900)12.

    Czy istnieje prawo rokoszu?

    W związku z możliwością nieposłuszeństwa władzy cywilnej powstaje pytanie odnośnie formy w jakiej miałoby się ono przejawiać. Czy jest moralnie dozwolone, by w pewnych wypadkach wypowiedzenie nieposłuszeństwa miało charakter zbrojnej rebelii skierowanej przeciwko rządzącym? Choć upodobanie do siłowego obalania (bądź ich prób) nielubianych przez siebie władz, powinno się wydawać domeną raczej lewicowców wierzących, iż władza pochodzi nie od Boga lecz od ludu, a zatem domniemanej „woli ludu” można zastąpić jednych rządzących innymi, nie wyłączając użycia przy tym zbrojnej przemocy, jeśli będzie to wskazane – sympatia dla takowych rozwiązań wydaje się być dość silna też dla prawicy. Nie jest to zbyt dziwne, gdy zważy się na fakt, że rządy w naszym kręgu cywilizacyjnym coraz częściej przejawiają lewicowe sympatie, zaś na płaszczyźnie historycznej można by wymienić niemało przykładów zbrojnych wystąpień przeciwko władzy o charakterze konserwatywnym, by wspomnieć choćby o powstaniu w Wandei, hiszpańskich karlistach, meksykańskich „Cristeros”, krucjacie gen. Franco w Hiszpanii, francuskiej OAS czy też naszym zbrojnym antykomunistycznym podziemiu z lat 1945 – 1953. I tym razem jednak muszę zmartwić pewne „gorące głowy”, a marzące o zbrojnym obalaniu „reżimu Tuska” głowy na prawicy. Podstawową formą oporu wobec niesprawiedliwych praw i rządów nie jest podnoszenie miecza, ale tzw. bierny opór przejawiający się w niewykonowaniu grzesznych poleceń, modlitwie za złą władzę, krytyce złych poczynań rządzących oraz ewentualnej ucieczce przed prześladowaniami. Jednak wszczynanie powstań z użyciem siły i przemocy jest moralnie dopuszczalne jedynie w przypadku zaistnienia w danym państwie oczywistego przypadku tyranii i nawet wtedy by móc zbrojnie obalać taką władzę trzeba jeszcze spełnić równocześnie kilka surowych warunków. Co jednak w praktyce można nazwać mianem „tyrańskich rządów” (czyli tych, które można obalać za pomocą „miecza”)?

    Co to jest „tyrania”?

    By odpowiedzieć na to pytanie, przyjrzyjmy się wpierw przykładom zbrojnego oporu przeciw władzy podanym w Biblii, które najwidoczniej zostały pobłogosławione przez Boga. Jest to o tyle ważne, że prawie wszystkie bunty przeciw rządzącym zostały w Piśmie świętym wprost albo przynajmniej pośrednio napiętnowane. Dotyczy to także podnoszenia miecza przeciw złym rządzącym, czego przykładem jest choćby postawa Dawida, który nie ważył się zabić prześladującego go Saula, twierdząc, iż nie godzi się podnosić ręki na tego, którego Bóg wyznaczył królem nad Izraelem. W Biblii są jednak dwa przypadki zaaprobowanego przez Boga zbrojnego powstania przeciw władzy. Pierwszy z nich to obalenie niegodziwej królowej Atalii. W tym wypadku mieliśmy do czynienia z rozkazem zabicia owej władczyni pochodzącym od Bożego sługi i pobłogosławionym przez Boże Słowo (2 Krn 23, 14).

    Drugie z powstań, które jak na to wszystko wskazuje – było błogosławione przez Boga – zostało opisane w księgach machabejskich. Polegało ono na zbrojnym wystąpieniu Machabeuszy przeciw despotycznej władzy Antiocha IV, którzy za pomocą przymusu i przemocy próbowali zwalczać wiarę Mojżeszową. Za rządów tego człowieka śmiercią karane było obrzezywanie niemowląt, przestrzeganie szabatu oraz posiadanie świętych Ksiąg Prawa. Antioch IV nakazywał też żydom uczestniczenie w pogańskich obrzędach, w których dodatkowo najczęściej składano ofiarę ze świń (i z których mięso miało być spożywane w ramach tych rytuałów). Do tego dochodziło jeszcze ustawianie posągów bożków wszędzie gdzie to było możliwe i popieranie przez owe władze sakralnej prostytucji. Rządy Antiocha IV faktycznie więc delegalizowały wyznawanie i praktykowanie objawionej wówczas przez prawdziwego Boga religii i za pomocą represji próbowały zmusić wszystkich żydów do przyjęcia pogaństwa i niemoralności. Drugie ważne źródłem w próbie zdefiniowania tego, czym jest „tyrania” stanowi nauczanie św. Tomasza z Akwinu. Ten wielki teolog katolicki dość obszernie w swych dziełach charakteryzował na czym owa zdegenerowana forma rządów ma polegać. Tak też Akwinata pisał m.in. tak: „Jeżeli więc niesprawiedliwe rządy są sprawowane przez jednego tylko, który w nich szuka swojej korzyści, a nie dla dobra poddanej sobie społeczności, taki władca nazywa się tyranem13 . Pośród innych cech tyranii św. Tomasz z Akwinu wymieniał też: „całym wysiłkiem stara się on o to, aby poddani się go bali14 ; „uciskanie poddanych w różnoraki sposób”15; staranie się o to, aby poddanie nie stali się cnotliwymi, gdyż pod rządami tyrańskimi „bardziej podejrzani są dobrzy niż źli16; sianie niezgody wśród poddanych i celowe podtrzymywanie istniejących konfliktów; zakazywanie „tego, co łączy ludzi, na przykład małżeństw i zebrań oraz tym podobnych rzeczy, dzięki którym rodzi się wśród ludzi zażyłość i zaufanie17; „(wysilanie się) aby poddani nie stali się silni i bogaci18.

    Popatrzmy wreszcie, jak definiuje tyranię bardziej oficjalne nauczanie Kościoła. W instrukcji Kongregacji Nauki Wiary „Libertatis conscientia” z 22 marca 1986 roku czytamy, iż walka zbrojna przeciw niesprawiedliwej władzy jest „ostatecznym środkiem, by położyć kres oczywistej i długotrwałej tyranii poważnie naruszającej podstawowe prawa osoby i niebezpiecznie szkodliwej dla wspólnego dobra kraju19.

    Czy demoliberalne rządy są tyrańskie? Zastanówmy się zatem teraz, czy aby na pewno w historii tego świata mieliśmy często do czynienia z tyrańskimi rządami? Nawet zakładając, iż by mówić o tyranii wystarcza spełnienie tylko części, nie zaś wszystkich z przywołanych wyżej kryteriów to sądzę, że w istocie rzeczy rzadko ten świat widział tyrańskie rządy. Owszem wiele narodów było i jest rządzonych przez władze kierujące się niemałej części fałszywym światopoglądem i wydające częściowo złe i niesprawiedliwe prawa oraz decyzje. Ale to nie wystarcza jeszcze, by nazwać takie rządy „tyrańskimi”. Tyranią bowiem są rządy motywowane w skrajnie egoistyczny sposób (dbanie „tylko” o swoje prywatne dobro bez wglądu na dobro wspólne) oraz nie tylko zezwalające i wspierające różne formy zła, ale też narzucające w brutalny sposób nieprawości całej społeczności (np. poprzez zakazywanie czynienia dobra, drastyczne represje względem ludzi cnotliwych). Dlatego też nie zgadzam się z opinią, jakoby współczesne demoliberalne rządy były przykładem nowoczesnej tyranii. Choć bowiem owszem, nieraz decyzje przez nie podejmowane służą bardziej interesom wpływowych, ale małych grup (np. banków, korporacji, elitom politycznym), aniżeli dobru wspólnemu, to przecież nie można tego powiedzieć, iż dokładnie wszystkie z nich, czy choćby ogromna większość była motywowana w ten sposób. Ciągle wszak wiele ze stanowionych praw ma służyć dobru całego społeczeństwa, a nawet te z decyzji rządzących, w których widać wpływ interesów jakiejś małej grupy czasami mimo to służą też wielu innym ludziom. Przykładem tego może być choćby prawo nakazujące montowanie w samochodach specjalnych fotelików dla dzieci. Mówi się, iż ten przepis był podyktowany interesem jednej z firm masowo produkującej takowe foteliki. Ale z drugiej strony – nawet, gdyby rzeczywiście tak było – to trudno zaprzeczyć temu, iż taki prawny nakaz mógł ocalić zdrowie i życie tysięcy małych dzieci. Demoliberalne rządy owszem zezwalają też, a nawet wspierają różne formy nieprawości, ale nie można jeszcze mówić o brutalnych, krwawych i drastycznych represjach przez nie inspirowanych wymierzonych w ludzi cnotliwych. Warto przy tym zauważyć, że w kontekście rządów, które pod niejednym względem było znacznie bardziej złe, a nawet o wiele łatwiej można by je oskarżyć o cechy tyrańskie niż współczesne demoliberalizmy, a więc starożytnego Imperium Rzymskiego, Magisterium Kościoła za wzór stawiało tych chrześcijan, którzy nie podnosili przeciw ówczesnym władzom miecza, mimo, że byli przez nie prześladowani. Pisze o tym choćby papież Leon XIII w encyklice „Diuturnum illud”:

    „Inna sprawa była, gdy cesarze przez swoje dekrety lub pretorzy przez swoje groźby chcieli ich zmusić do sprzeniewierzenia się wierze chrześcijańskiej lub innym obowiązkom: w takich chwilach woleli zaiste odmówić posłuszeństwa ludziom niż Bogu. Wszakże i w podobnych okolicznościach dalecy byli od tego, aby jakikolwiek wszczynać bunt i majestat cesarski obrażać, a jednego tylko żądali, aby wolno im było swoją wiarę otwarcie wyznawać i być jej niezachwianie wiernymi. Poza tym nie myśleli o żadnym buncie, a na tortury szli tak spokojnie i ochoczo, że wielkość ich ducha brała górę nad wielkością zadawanych im mąk„.

    Pora zatem skończyć z tą całą mentalną anarchią tyle, że w prawicowym wydaniu. Chrześcijanie mają być znani raczej z tego, że są przykładnymi i lojalnymi obywatelami, a nie rewolucjonistami, rebeliantami czy spiskowcami knującymi powstanie. My nie mamy szukać tylko okazji i byle lepszej wymówki by być nieposłuszni władzy i prawu, mówiąc np. że „nie będziemy słuchać się masońskich państw”, ale póki nie jesteśmy zmuszani do czegoś co jest jawnie nieprawością, mamy być posłuszni.

     

     

    1Jakkolwiek teza, iż Pan Bóg każdorazowo w bezpośrednim tego słowa znaczeniu powołuje poszczególne osoby do sprawowania władzy, wydaje się być zbyt daleko idąca, można jednak założyć, że fakt ukonstytuowania się i utrwalenia ekipy rządzącej danym krajem jest znakiem tego, iż Stwórca dał jej moralne prawo do rządzenia daną społecznością (czego nie należy jednak mylić z moralną aprobatą wszystkiego co w ramach danych rządów owi sprawujący władzę ludzie będą czynić). Całkowite zaś odrywanie instytucji władzy od osób ją sprawujących wydaje się być sprzeczne z niektórymi wypowiedziami Pisma św. oraz Ojców Kościoła. Przykładowo, Mądrość Syracha naucza: „Na czele każdego narodu Bóg postawił przywódcę” (tamże: 17, 4) zaś św. Grzegorz Wielki pisze: „Wyznajemy, że cesarzom i królom władza dana jest z Nieba” (Epist. Lib. II ). Mowa jest tu zatem nie tylko o władzy jako takiej, ale o osobach ją sprawujących: „przywódcy”, „cesarze”, „królowie”.
    2Cytat za: „Katechizm Rzymski”, Jasło 1866, s. 399.
    3Cytat za: Ks. Piotr Skarga, „Żywoty Świętych Starego i Nowego Zakonu„, tom II, Petersburg 1862, s. 206.
    4 Patrz: „Katechizm św. Piusa X. Vademecum katolika„, Sandomierz 2006, s. 100.
    5 Patrz: „Katechizm Kościoła Katolickiego„, Poznań 2002, s. 452, 520 – 521.
    6Patrz: Kardynał Gousset, „Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników„, Warszawa 1858, s. 61.
    7Oczywiście używam tu sformułowania: „zasadniczo rzecz biorąc”, gdyż w pewnych określonych, ale raczej praktycznie bardzo rzadko zdarzających się sytuacjach, przestrzeganie przepisów ruchu drogowego może stanowić jawny grzech, np. gdyby ktoś widząc dziecko w niebezpieczeństwie rozjechania przez samochód nie wbiegł na jezdnię tłumacząc się, że „przecież musiałby wbiec na ulicą na czerwonym świetle„.
    8Pismo święte zachęca do skromnego życia: „Mając natomiast żywność i odzienie, i dach nad głową, bądźmy z tego zadowoleni!(1 Tym 6, 8 – 10). A zatem trudno jest usprawiedliwiać niepłacenie podatków twierdzeniami w stylu: „Gdybym płacił wszystkie podatki nie stać by mnie było na budowę większego domu” albo „Mam prawo codziennie jeść pieczone kurczaki, a więc będę uchylał się od płacenia podatków„.
    9 Więcej na temat różnych zagadnień związanych z moralnością płacenia podatków w tekście mego autorstwa pt. „Czy płacić podatki?„: http://www.konserwatyzm.pl/artykul/218/czy-placic-podatki
    10Cytat za: „Katechizm Rzymski„, jw., s. 395.
    11Pierwsza kościelna modlitwa za rządzących powstała już pod koniec I wieku po Chrystusie, a jej autorem jest św. Klemens Rzymski. Treść tej modlitwy jest przytaczana m.in. w punkcie numer 1900 Katechizmu bł. Jana Pawła II.
    12Patrz: „Katechizm Kościoła Katolickiego„, jw., s. 451.
    13Cytat za: Artur Andrzejuk, „Władza według św. Tomasza z Akwinu (1)„, http://www.tomizm.pl/?q=node/27, data wejścia 06. 02. 2013.
    14Cytat za: Artur Andrzejuk, jw.
    15Cytat za: Ks. Karl Stehlin, „Nauka o państwie św. Tomasza z Akwinu a Unia Europejska„, Zawsze Wierni, nr 52/ 2003, s. 13.
    16Cytat za: jw., s. 13.
    17Cytat za: jw., s. 13.
    18Cytat za: jw., s. 13 – 14.

    19Cytat za: „W trosce o pełnię wiary. Dokumenty Kongregacji Nauki Wiary 1966 – 1994„, Tarnów 1995, s. 274.