Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: brawaryzm

  1. Czy niewolnictwo jest wewnętrznie złe?

    Możliwość komentowania Czy niewolnictwo jest wewnętrznie złe? została wyłączona

    Papież Jan Paweł II w swej encyklice „Veritatis splendor” nauczał, iż niewolnictwo należy zaliczać do czynów wewnętrznie złych (a więc zawsze zakazanych):

    Dzięki świadectwu rozumu wiemy jednak, że istnieją przedmioty ludzkich aktów, których nie można przyporządkować Bogu, ponieważ są one radykalnie sprzeczne z dobrem osoby, stworzonej na Jego obraz. Tradycyjna nauka moralna Kościoła mówi o czynach, które są „wewnętrznie złe” (intrinsece malum): są złe zawsze i same z siebie, to znaczy ze względu na swój przedmiot, a niezależnie od ewentualnych intencji osoby działającej i od okoliczności. Dlatego nie umniejszając w niczym wpływu okoliczności, a zwłaszcza intencji na moralną jakość czynu, Kościół naucza, że „istnieją akty, które jako takie, same w sobie, niezależnie od okoliczności, są zawsze wielką niegodziwością ze względu na przedmiot”. Sam Sobór Watykański II, mówiąc o szacunku należnym ludzkiej osobie, wymienia wiele przykładów takich czynów: „Wszystko, co godzi w samo życie, jak wszelkiego rodzaju zabójstwa, ludobójstwa, spędzanie płodu, eutanazja i dobrowolne samobójstwo; wszystko, cokolwiek narusza całość osoby ludzkiej, jak okaleczenia, tortury zadawane ciału i duszy, wysiłki w kierunku przymusu psychicznego; wszystko, co ubliża godności ludzkiej, jak nieludzkie warunki życia, arbitralne aresztowania, deportacje, niewolnictwo, prostytucja, handel kobietami i młodzieżą, a także nieludzkie warunki pracy, w których traktuje się pracowników jak zwykłe narzędzia zysku, a nie jak wolne, odpowiedzialne osoby; wszystkie te i tym podobne sprawy i praktyki są czymś haniebnym; zakażają cywilizację ludzką, bardziej hańbią tych, którzy się ich dopuszczają, niż tych, którzy doznają krzywdy i są jak najbardziej sprzeczne z czcią należną Stwórcy” (tamże, n. 80 – podkreślenie moje MS).

    Chociaż niewielu tzw. katolickich tradycjonalistów to podkreśla to takie, a nie inne potraktowanie niewolnictwa musi jawić się jako kontrowersyjne, gdyż ani Pismo święte, ani „przedsoborowa” doktryna Kościoła nie określała niewolnictwa jako wewnętrznie złego. Owszem, krytycznie wskazywano na liczne nadużycia owej instytucji i wzywano właścicieli niewolników do ich unikania. Owszem, papieże czasami potępiali handel niewolnikami oraz niesprawiedliwe pozbawienie wolności członków ludów na nowo odkrytych terenach, ale i to jeszcze nie było równoznaczne ze stwierdzeniem, iż np. posiadanie niewolników jest zawsze i wszędzie moralnie zakazane (a więc „wewnętrznie złe”). Jeszcze w XIX wieku Magisterium Kościoła i wybitni teolodzy katoliccy podtrzymywali twierdzenie, iż niewolnictwo nie jest wewnętrznie złe. Św. Oficjum w swym dokumencie z dnia 20 czerwca 1866 roku pisało:

    Sama niewola (…) nie jest w żadnym wypadku sprzeczna z prawem naturalnym i Bożym, i może być obecnych bardzo wiele sprawiedliwych tytułów dla poddaństwa (…) Rzeczywiście, tak jak niewolników można legalnie kupić, tak i oni mogą legalnie zostać sprzedani, ale całkowicie konieczne jest, aby sprzedający był prawowitym posiadaczem niewolnika i nie robił nic w sprzedaży, przez co życie, moralność lub wiara katolicka niewolnika, który ma zostać sprzedany, zostałyby naruszone (…)

    Odpowiedź na pytanie 16: Jak zauważono w odpowiedzi na powyższe pytania, istnieją pewne słuszne tytuły lub przyczyny, dzięki którym niewolnik może zostać legalnie pozbawiony wolności i prawowicie zatrzymany przez pana (…) Odpowiedź na pytania 18 i 19: Regularne prawo do ucieczki przysługuje niewolnikom, którzy zostali niesprawiedliwie sprowadzeni do niewoli; nie wolno uciekać niewolnikom, którzy przechodzą sprawiedliwe zniewolenie, chyba że są zachęcani przez pana do jakiegoś grzechu lub są traktowani nieludzko” (Por. Wikipedia English, Catholic Church and Slavery).

    Kardynał John H. Newman w swym liście do T. W. Alleisa z dnia 8 listopada 1863 roku stwierdzał, że pragnąłby likwidacji niewolnictwa, ale owa instytucja nie jest wewnętrznie zła, gdyż w przeciwnym razie św. Paweł Apostoł poleciłby Filemonowi natychmiastowe wyzwolenie wszystkich niewolników, których ten posiadał (co jak wiadomo – nie miało miejsca).

    W owym (19) stuleciu być może najbliżej do przyjęcia pozycji o wewnętrznie złym charakterze niewolnictwa był papież Leon XIII, ale nawet on, nie posunął się tak daleko. W swej encyklice „In Prulimis” nazywał on co prawda niewolnictwo „potworną przewrotnością” oraz „najhaniebniejszą zarazą”, ale z drugiej strony rozróżniał pomiędzy pogańskim a chrześcijańskim traktowaniem niewolników, a także (raczej aprobatywnie) przywoływał wywody katolickich teologów o tym, że: „panowie mają wprawdzie słuszne prawo do pracy niewolników, lecz wcale nie jest dozwolona owa sroga władza nad ich życiem ani okrutna surowość„. 

    ***

    Czy zatem nauczanie Jana Pawła II o domniemanym wewnętrznie złym charakterze niewolnictwa przeczy Pismu świętemu i tradycyjnej doktrynie katolickiej?

    Odpowiedź na powyższe pytanie w dużej mierze zależy od próby odnalezienia odpowiedzi na to, co Jan Paweł II rozumiał przez pojęcie niewolnictwa? Jest to bardzo ważna kwestia, gdyż nieporozumienia odnośnie właściwego rozumienia tych czy innych elementów doktryny katolickiej niejednokrotnie biorą się z tego, iż pod tym samym pojęciem (np. kłamstwo czy kradzież) poszczególni katolicy nieraz rozumieją inne treści. Czy dajmy na to, można powiedzieć, iż wedle nauczania katolickiego „Kradzież jest wewnętrznie zła”? Owszem, będzie to zgodne z prawdą. Jednocześnie jednak będzie także zgodne z prawdą, inne – pozornie sprzeczne z powyższą tezą – stwierdzenie, a mianowicie, iż: „Jest moralnie dozwolone, nawet wbrew woli właściciela, zabieranie jego prywatnej własności”. Wedle bowiem tradycyjnego nauczania Kościoła, oczywiście każda kradzież jest zła i zakazana (czyli wewnętrznie zła), ale nie każde zabranie czyjejś własności jest kradzieżą. Głodujący więzień z Auschwitz mógł np. samowolnie wziąć z pełnego jedzenia stołu niemieckiego oficera pętko kiełbasy i nie była to kradzież. Odmowa dania jedzenia takiemu człowiekowi była wszak niesprawiedliwością i brakiem miłosierdzia ze strony właściciela tej kiełbasy – a więc zgodnie z tradycyjnie katolicką definicją kradzieży – jej zabranie nie było rzeczywistą kradzieżą. Co innego jednak, gdyby taki głodujący więzień zabrał kawałek chleba innemu głodującemu – coś takiego byłoby kradzieżą i nie miałoby się moralnego prawa tego czynić nawet dla ratowania swego życia (Więcej na ten temat można przeczytać w tym artykule).

    Podobnie jest z kwestią niewolnictwa. Aby udowodnić Janowi Pawłowi II, iż potępiając ową instytucję jako wewnętrznie złą miał na myśli również to co Pismo św. Magisterium Kościoła oraz dawniejsi teolodzy tradycyjnie określali jako moralnie dozwolone i sprawiedliwe formy zniewolenia – należałoby właśnie to wykazać.

    Tradycyjna teologia katolicka rozróżniała zaś dwa aspekty niewolnictwa: jeden moralnie zakazany; drugi moralnie dozwolony. Otóż niewolnictwo traktowane jako nieograniczona lub prawie nieograniczona władza nad drugą osobą, posuwająca się do prawnego i/lub faktycznego odmawiania niewolnikom ich naturalnych praw i ludzkiej godności, było uważane za niemoralne i niesprawiedliwe. Jednak niewolnictwo rozumiane jako ograniczona władza nad pracą i miejscem przebywania drugiej osoby było traktowane jako mogące być zgodne z moralnością, sprawiedliwością oraz prawem naturalnym. W ramach takiego sprawiedliwego niewolnictwa mogło się mieścić też sprzedawanie i kupowanie niewolników, gdyż przez sprzedaż i kupno rozumiano tu (w sensie: tradycyjnie teologowie tak to wykładali) nie handlowanie godnością tych ludzi, ale kupno i sprzedaż pracy owych osób. Kardynał Gerdil (1718-1802) tak podsumowywał istotę tego nauczania:

    Niewolnictwo nie powinno być rozumiane jako przyznanie jednemu człowiekowi takiej samej władzy nad drugim, jaką ludzie mają nad bydłem. Dlatego błądzili ci, którzy w dawnych czasach odmawiali włączania niewolników do osób ; i wierzyli, że jakkolwiek barbarzyńsko pan potraktował swego niewolnika, nie naruszył żadnego prawa niewolnika. Albowiem niewolnictwo nie znosi naturalnej równości ludzi: stąd przez niewolnictwo rozumie się, że jeden człowiek podlega panowaniu drugiego w takim stopniu, w jakim pan ma wieczyste prawo do wszystkich tych usług, które jeden człowiek może słusznie wykonywać na rzecz drugiego; i pod warunkiem, że pan troszczy się o swojego niewolnika i traktuje go w sposób humanitarny (Comp. Instit. Civil., L, vii). (Cytat za: Catholic Encyklopedia. Ethical Aspect of Slavery).

    Oczywiście nie trzeba długich wywodów, iż, historycznie rzecz biorąc, to co było nazywane niewolnictwem zwykle na płaszczyźnie prawnej nie odpowiadało moralnym restrykcjom, jakie niewolnictwu stawiała tradycyjna moralistyka katolicka. Zazwyczaj pod mianem niewolnictwa rozumiano takie uregulowania prawne, które dawały właścicielom niewolników nieograniczoną lub prawie nieograniczoną władzę nad podległymi in niewolnikami. Panowie więc mogli np. nakładać na swych niewolników pracę ponad ich siły, arbitralnie wymierzać im niewspółmierne do rangi występków srogie kary, wykorzystywać seksualnie, sprzedawać do domów rozpusty, urządzać z nimi krwawe walki dla rozrywki publiczności, rozdzielać z rodzinami. Wszystkie te rzeczy były złe, niemoralne i niesprawiedliwe wobec niewolników. I prawodawstwo, które aprobowało taki sposób traktowania swych bliźnich, można śmiało nazwać „wewnętrznie złym”. To nie znaczy i tak jednak, że każdy właściciel niewolników działający w ramach tak wewnętrznie złego systemu prawnego, sam postępował wewnętrznie źle wobec podległych sobie osób. Tak jak fakt, iż prawo większości dzisiejszych państw pozwala matkom na zabijanie swych nienarodzonych dzieciątek (co jest wewnętrznie złe) nie sprawia, że dokładnie każda matka korzysta z owego „prawa”. O ile więc można powiedzieć, że historycznie istniejące regulacje prawne tyczące się niewolników prawie zawsze były wewnętrznie złe, to prawdopodobnie nie każdy właściciel niewolników z nich korzystał (a wtedy nie postępował wewnętrznie źle wobec swych niewolników).

    ***

    Czy więc przez wewnętrznie złe niewolnictwo Jana Paweł II rozumiał to, co historycznie rzecz biorąc, rzeczywiście je oznaczało? Czy może rozumiał on przez nie także to, co tradycyjni teologowie nazywali „sprawiedliwym niewolnictwem”? Trudno na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć, gdyż papież ów potępiając jako wewnętrznie złe niewolnictwo, jednocześnie nie sprecyzował, co przez nie w sposób szczegółowy rozumie. Pewne światło na to, co ów papież mógł mieć na myśli, rzuca punkt numer 2414 promulgowanego przez niego Katechizmu, gdzie czytamy:

    Siódme przykazanie zakazuje czynów lub przedsięwzięć, które dla jakiejkolwiek przyczyny – egoistycznej czy ideologicznej, handlowej czy totalitarnej – prowadzą do zniewolenia ludzi, do poniżania ich godności osobistej, do kupowania ich, sprzedawania oraz wymiany, jakby byli towarem. Grzechem przeciwko godności osób i ich podstawowym prawom jest sprowadzanie ich przemocą do wartości użytkowej lub do źródła zysku. Św. Paweł nakazywał chrześcijańskiemu panu traktować swego chrześcijańskiego niewolnika „nie jako niewolnika, lecz… jako brata umiłowanego… w Panu” (Flm 16).

    Z powyższych słów można więc wywnioskować, że przez wewnętrznie złe niewolnictwo rozumie się „sprowadzenie (ludzi) przemocą do wartości użytkowej lub źródła zysku„. Takie podejście do sprawy nie wydaje się sprzeczne z tradycyjną doktryną katolicką, gdyż postępujący sprawiedliwie właściciel niewolników powinien widzieć w nich ludzi z ich naturalną godnością, a nie narzędzia do dostarczania mu zysków. Rzecz jasna, miał on prawo oczekiwać od nich pracy, ale nie tylko do tego powinna się zacieśniać jego relacja z tymi osobami. Pewien problem budzi jednak cytowane z Katechizmu stwierdzenie potępiające „kupowanie, sprzedawanie oraz wymianę (ludzi), jakby byli towarem”. Oczywiście, jeśli rozumieć te słowa jako potępienie kupowania, sprzedawania i wymiany ludzi z intencją sprowadzania ich tylko/lub głównie do wartości użytkowej, to jest to niemoralne. Jeśli jednak rozumieć owo kupowanie, sprzedawanie i wymianę jako odnoszącą się nie do osób niewolników jako takich, ale do ich pracy (w sensie: wycenia się tu wartość usług pracowniczych danej osoby) to wedle tradycyjnych teologów i dawniejszego Magisterium nie jest to samo w sobie niemoralne i złe. Co więcej, samo Pismo święte co najmniej zezwala na kupno i sprzedaż niewolników (patrz: Wj 21, 2; Kpł 25, 44; Wj 21, 7). Rzecz jasna, można się zastanawiać, czy owe biblijne przepisy w odniesieniu do handlu niewolnikami były aktami tylko Bożej tolerancji czy już może pozytywnymi nakazami czynienia danego zachowania, ale gdybyśmy mieli dojść do tej drugiej konkluzji (a więc, że były to pozytywne nakazy, a nie tylko Boża tolerancja), to wówczas należałoby stwierdzić, że samo kupowanie czy sprzedawanie niewolników nie było jeszcze wewnętrznie złe.

    Stwórca ze swej natury jako absolutnie dobry i święty nie może w pozytywny sposób zatwierdzać czegoś, co by było złe w swej istocie (a więc zawsze i wszędzie). Jak bowiem mówi Pismo święte: „Nikomu nie przykazał On być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć” (Syr 15, 19-20). Pius XII wykładał tę prawdę w następujący sposób:

    Przede wszystkim trzeba jasno stwierdzić, żadna ludzka władza (…) nie może wydać pozytywnego upoważnienia do nauczania lub czynienia tego, co byłoby wbrew religijnej prawdzie lub dobru moralnemu (…) Nawet Bóg nie mógłby dać takiego pozytywnego przykazania lub upoważnienia, gdyż stałoby to w sprzeczności z Jego absolutną prawdą i świętością” (Przemówienie „Ci resce”, podkreślenie moje – MS).

    Podkreślam, że sam nie mam w tej kwestii jasnej opinii, jednak podaję powyżej pewne wskazówki co do tego, jak można by próbować rozjaśnić ten problem (czyli spojrzenie na moralność sprzedaży i kupowania ludzi).

    Warto też dodać, że patrząc od strony zdroworozsądkowej nie wydaje się by samo kupowanie, a nawet sprzedawanie niewolników było wewnętrznie złe. Czy bowiem za moralnie zakazane uznalibyśmy kupno niewolnika w sytuacji, gdy coś takiego mogłoby go wybawić od dostania się w ręce okrutnego i niemoralnego pana? Podobnie, czy pan sprzedający swego niewolnika dlatego, że ów niewolnik zachowywał się u niego źle, deprawował innych, etc., na pewno postępował w sposób absolutnie niedopuszczalny?

    ***

    Wszystko co zostało tu powyżej napisane, nie ma celu być apologią, pochwałą czy doradzaniem czegoś, co można by nazwać sprawiedliwymi formami niewolnictwa. Nawet bowiem hipotetyczne prawa, które „na papierze” zakazywałyby wszelkich niemoralnych czynów wobec niewolników, byłyby bardzo trudne do zrealizowania w praktyce i wielu właścicieli niewolników nawet pod ich panowaniem i tak najpewniej krzywdziłaby tych ludzi. Lepiej zatem, aby na świecie nie było nawet tego, to tradycyjni teologowie określali mianem „sprawiedliwego niewolnictwa”.

    Mirosław Salwowski

    Przeczytaj też:

    Kardynał Avery Dulles, Devolopment or Revelsal?

    Czy chrześcijaństwo popierało niewolnictwo?

    Źródło obrazka wykorzystanego w artykule:

    https://www.dw.com/en/how-are-gulf-countries-coming-to-terms-with-their-history-of-slavery/a-60686264

  2. Co należy sądzić o hazardzie?

    Możliwość komentowania Co należy sądzić o hazardzie? została wyłączona

    Gry hazardowe można zdefiniować jako „zakłady pieniężne robione w celu pomnożenia pieniędzy w sposób wysoce ryzykowny”. Opublikowany w 1992 roku za pontyfikatu Jana Pawła II Katechizm Kościoła Katolickiego odnośnie hazardu stwierdza rzecz następującą:

    Gry hazardowe (karty itd.) bądź zakłady nie są same w sobie sprzeczne ze sprawiedliwością. Stają się moralnie nie do przyjęcia, gdy pozbawiają osobę tego, czego jej koniecznie trzeba dla zaspokojenia swoich potrzeb i potrzeb innych osób. Namiętność do gry może stać się poważnym zniewoleniem. Nieuczciwe zakłady bądź oszukiwanie w grach stanowi materię poważną, chyba że wyrządzana szkoda jest tak mała, że ten, kto ją ponosi, nie mógłby w sposób uzasadniony uznać jej za znaczącą. (Tamże: n. 2413).

    W poniższym artykule poddam refleksji to, czy, a jeśli tak, to w jakim stopniu to nauczanie Jana Pawła II jest zgodne z tradycyjnie katolicką refleksją na temat gier hazardowych. Postaram się również odpowiedzieć w nim na pytanie, jakie mogą być minusy owej rozrywki.

    ***

    Samo Pismo święte w bezpośredni i wyraźny sposób nie wspomina o hazardzie. Ten fakt nie jest jednak wystarczającą przesłanką, by katolicy nie patrzyli nań w sposób krytyczny, tak jak nieobecność na kartach Biblii wyraźnych potępień antykoncepcji, masturbacji czy pojedynków, nie stała na przeszkodzie temu, by tak starożytni chrześcijanie (w odniesieniu do pierwszych dwóch rzeczy), jak i Magisterium Kościoła doszli do wyraźnego potępiania tych wszystkich zachowań. Ponadto, choć Pismo św. milczy o hazardzie, jako takim, to podaje ono zasady, których konsekwentne zastosowanie raczej nie nastawia pozytywnie wobec omawianej rozrywki. I tak np. Biblia ostrzega przed chciwością, dążeniem do bogactwa oraz miłością do pieniędzy:

    „O bogactwo się nie ubiegaj i odstąp od swojej rozwagi (…)” (Przyp 23, 4)

    Ten, kto złoto miłuje, nie ustrzeże się winy, a ten, kto goni za zyskami, przez nie zostanie oszukany.” (Syr 31, 5)

    Bardzo wielu zgrzeszyło dla zysku, a ten, kto stara się wzbogacić, odwraca oko” (Syr 27, 1)

    ci, którzy chcą się bogacić, wpadają w pokusę i w zasadzkę oraz w liczne nierozumne i szkodliwe pożądania. One to pogrążają ludzi w zgubę i zatracenie. Albowiem korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniędzy” (1 Tym 6, 9 –10)

    Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wnijść do Królestwa niebieskiego” (Mt 19, 24)

    Pismo mówi nam też, byśmy zadowalali się skromnym życiem oraz możliwością zaspokajania z umiarem swych podstawowych potrzeb życiowych:

    „nie dawaj mi bogactwa ni nędzy, żyw mnie chlebem niezbędnym” (Przyp 30, 8)

    Postępowanie wasze niech będzie wolne od zachłanności na pieniądze: zadowalajcie się tym, co macie.„(Hbr 13, 5)

    Mając natomiast żywność i odzienie, i dach nad głową, bądźmy z tego zadowoleni!” (1 Tym 6, 8 – 10)

    Ponadto, Biblia ostrzega nas także przed głupotą (por. Mk 7, 22; Przyp 19, 3) oraz chwali pracowitość między innymi jako sposób na uczciwe zarabianie pieniędzy (por. 2 Tes 3,12-15; Przyp 18, 9).

    Można by zatem zapytać, czy – przynajmniej w praktyce – hazard jest bardzo często sprzeczny z powyższymi biblijnymi zasadami? Czyż wszak osoby oddające się tej rozrywce nie chcą się zwykle w ten sposób szybko wzbogacić będąc niezadowolonymi ze skromnego i umiarkowanego trybu życia? Czy nie jest także jakąś formą głupoty liczenie na zdobycie fortuny w efekcie gier hazardowych w sytuacji, gdy np. szansa na wygranie przysłowiowej „szóstki” w Lotto jest niemal 20 razy mniejsza niż na bycie zabitym przez meteoryt i wynosi 1 do 13 983 816?

    Do tych wszystkich – pośrednio wynikających z Pisma świętego- zastrzeżeń wobec hazardu można by dodać te bardziej zdroworozsądkowe i oparte na naszym codziennym doświadczeniu. I tak np. nie jest żadną tajemnicą, że gry hazardowe są jedną z ulubionych form inwestowania pieniędzy przez świat przestępczy. W dzielnicach, w których skoncentrowane są lokale hazardowe, odnotowuje się także więcej przestępczości niż w miejscach, w których nie ma takiej koncentracji. Przemysł hazardowy ma również w nierzadki sposób powiązania ze światem prostytucji oraz pornografii. Hazard wydaje się też żerować na biedniejszych ludziach, gdyż takowi wydają nań proporcjonalnie więcej pieniędzy niż osoby zamożniejsze. Nieraz się także słyszy o tym, że nawet wielkie wygrane w hazardzie nie są „szczęśliwymi pieniędzmi” i duża część spośród nielicznych, którzy tego dostąpili, w końcu je roztrwaniała i/albo popadała przez nie w jakieś większe kłopoty. Nie od rzeczy będzie tu przypomnieć o jednym z tradycyjnych powiedzeń „Łatwo przyszło. Łatwo poszło!„. Tak to już bowiem jest, iż często nie ceni się pieniędzy zbyt łatwo i szybko uzyskanych, wskutek czego wydaje się je znacznie szybciej, beztrosko i w mniej odpowiedzialny sposób. Ta zaś świadomość, że za konkretną sumą pieniężną stał nasz mierzony w czasie wysiłek (praca), skłania nas do bardziej odpowiedzialnego i przemyślanego pożytkowania uzyskanych w ten sposób finansów.

    Można wreszcie zapytać, czy jeśli lichwa była niegdyś potępiana na zasadzie, iż „Pieniądz sam w sobie nie ma wartości i jego posiadanie nie powinno być źródłem zysku” to, czy tym bardziej owego zastrzeżenia nie należałoby odnieść do hazardu? Źródłem zysku w grach hazardowych są bowiem dwie rzeczy: pieniądze, które ktoś zainwestował w tę rozrywkę oraz tzw. ślepy traf.

    ***

    Przypatrzmy się teraz temu, jak do gier hazardowych podchodzili starożytni chrześcijanie, święci, ojcowie i doktorzy Kościoła oraz papieże.

    Żyjący w latach 295-373 św. Atanazy Aleksandryjski (zwany też „Wielkim”) w swych kanonach uczył:

    Nie może bowiem człowiek nieczysty zbliżać się do ołtarza, ni dopuszczający się zdrady, ni pijany, ni nienawidzący bliźniego, ni oddający się hazardowi, ni przeklinający innych” (Patrz: Synody i kolekcje praw tom 3 Kanony Ojców Greckich. Kraków 2009, s. 135).

    Odbywający się ok. 306 roku Synod w Elwirze w kanonie 79 stwierdzał:

    Jeśli ktoś z wiernych gra w kości o pieniądze winien być wyłączony. Gdy poprawi się i zaprzestanie tego, po roku może być dopuszczony do komunii„.

    Pochodzące najprawdopodobniej z IV wieku, a będące de facto zapisem wiary i praktyki starożytnych chrześcijan „Konstytucje Apostolskie” stanowiły w odniesieniu do hazardu między innymi:

    „Subdiakon, lektor albo kantor uprawiający podobny proceder niechaj go zaniecha albo niech będzie wyłączony ze wspólnoty. To samo dotyczy również chrześcijan świeckich” (Patrz: „Synody i Kolekcje Praw, Tom II, Konstytucje Apostolskie oraz Kanony Pamfilosa z apostolskiego synodu w Antiochii; Prawo kanoniczne świętych Apostołów; Kary świętych Apostołów dla upadłych; Euchologion Serapiona”, Wydawnictwo WAM, Kraków 2007, s.282).

    Papież Mikołaj I w datowanym na 866 rok w liście do nawróconego na wiarą chrześcijańską króla Bułgarów w odpowiedzi na pytanie czy jest dozwolone chrześcijanom uprawiać gry hazardowe w czasie Wielkiego Postu napisał:

    Nie jest to dozwolone chrześcijanom nie tylko w okresie Wielkiego Postu, ale także w jakimkolwiek innym czasie.” (…) [Rozdział 47].

    W żywocie króla Francji, św. Ludwika IX czytamy, iż zakazał on w rządzonym przez siebie kraju produkcji kości do gry:

    Chcemy i rozporządzamy aby wszyscy nasi prewoci i bajlifowie powstrzymywali się od wymawiania słów, które odnoszą z lekceważeniem do Boga, Najświętszej Maryi Panny i wszystkich świętych, aby wystrzegali się gry w kości oraz tawern. Chcemy aby produkcja kości została zabroniona w całym naszym królestwie (…) [Patrz: Jean de Joinville, „Czyny Ludwika Świętego króla Francji”, Warszawa 2002, s. 200].

    W innym miejscu biografii tego świętego króla możemy odnaleźć to, iż w liście do swego syna zachęcał, go by jako jeden z grzechów, do zgniecenia których powinien on użyć swej królewskiej władzy potraktował również gry hazardowe (Patrz: Jean de Joinville, jw., s. 212-213].

    Z kolei założyciel Towarzystwa Jezusowego, św. Ignacy Loyola w liście pisanym do mieszkańców Azpeitii chwalił jako „święte i chwalebne zarządzenie” ustanawiające zakaz gry w karty oraz handlowania takowymi (Patrz: Św. Ignacy Loyola, „Listy Wybrane”, Kraków 2017, s. 48).

    Inny z czołowych przedstawicieli katolickiej kontrreformacji, doktor Kościoła św. Franciszek Salezy w swej słynnej „Filotei” pisał:

    Gry w kości, w karty i tym podobne, w których wygrana zależy od losu, są nie tylko niebezpiecznymi rozrywkami – jak tańce – ale są po prostu z natury złe i naganne, dlatego są zakazane tak przez prawo cywilne jak i kościelne. Lecz cóż w tych grach jest tak bardzo złego – zapytasz mnie. Nie decydują w nich słuszne racje o wygranej, lecz przypadek. Ten zaś bardzo sprzyja temu, który nie zasłużył na to ani zręcznością, ani przemyślnością, a to sprzeciwia się zdrowemu rozumowi. Powiesz mi: myśmy się tak tak umówili! Z tego wynika tylko tyle, że ten kto wygrywa, nie wyrządza krzywdy drugim, jednak to nie świadczy jeszcze, żeby ta umowa, jak i sama gra, były rozsądne, bowiem wygrana, która winna być nagrodą za zręczność, jest zdana jedynie na los szczęścia, który nie zasługuje na żadną nagrodę, bo bynajmniej od nas nie zależy.” (Patrz: Św. Franciszek Salezy, „Filotea. Wprowadzenie do życia pobożnego”, Kraków 2000, s. 197).

    W żywocie św. Ludwika Marii Grignion de Monfort czytamy zaś, że w spisanym przez niego „Przymierzu z Bogiem” jako jedną z praktyk, którą mieli czynić chrześcijanie odnawiający swe chrzcielne przyrzeczenia było następujące postanowienie:

    Będę unikać tańca, komedii i innych przedstawień, gier hazardowych, zbytków, próżności, złych książek i piosenek” (Patrz: „Ludwik Maria Grignion de Monfort. Boży szaleniec, który uczy nas, jak zawierzać się Maryi”, Kraków 2017, s. 194).

    Święty ten pewnego razu zniszczył też cenny stolik do gier hazardowych, a na wyrzuty jakie z tego tytułu mu czyniono odpowiedział:

    Powiedziałem, iż z całą ochotą i z serca całego dałbym pięćdziesiąt milionów liwrów w złocie, li tylko bym je miał, a z nimi całą krew z moich żył, aby spalić wszystkie do gier hazardowych stoły, podobne temu, którym rozbił” (Patrz: „Ludwik Maria Grignion de Monfort. Boży szaleniec, który uczy nas, jak zawierzać się Maryi”, Kraków 2017, s. 80).

    ***

    Wszystkie powyższe wypowiedzi wybitnych chrześcijańskich autorytetów na temat gier hazardowych należą do tych bardziej rygorystycznie i kategorycznie oceniających ową rozrywkę. Przejdę teraz do tych katolickich teologów, którzy mieli w tej kwestii łagodniejsze, acz ciągle jeszcze mocno krytyczne zdanie.

    I tak w XIX-wiecznej „Teologii moralnej dla plebanów i spowiedników” czytamy następującą opinię jej autora, kardynała Thomasa M. Gousseta:

    Gra nie jest zła z natury swojej, lecz bardzo łatwo jest nadużyć jej. Należy więc urządzić ją wedle mądrości chrześcijańskiej, z zachowaniem względu na osoby, czas, miejsce i okoliczności jej towarzyszące (…)

    Gry hazardowe w ogóle zakazane są prawami kościelnymi, lecz surowość dawnych ustaw znacznie złagodził zwyczaj, przynajmniej co się tyczy osób świeckich” (Patrz: Kardynał Gousset, „Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników”, Warszawa 1858, s. 169).

    W wydanych na początku XX wieku „Naukach katechizmowych zebranych na podstawie różnych autorów” ks. Wojciecha Andersza o grach hazardowych czytamy zaś:

    Grzeszą gracze, co grają w karty, lub w co innego nie dla zabawy lecz jedynie z chęci łatwego zysku; powiększa się zaś ich grzech, jeśli przytem pragną oszukiwać nawet albo wyzyskać nieumiejętność lub młodość współgraczy” (Patrz: Ks. Wojciech Andersz, „Nauki katechizmowe ułożone na podstawie różnych autorów”, Tom IV, Poznań 1910, s. 275-276).

    Z kolei w wydanej w 1957 roku Teologii moralnej autorstwa Dominika M. Prummera można przeczytać, iż gry hazardowe są moralnie dozwolone między innymi pod warunkiem, iż zysk nie powinien być w nich głównym motywem gry, ani też być zbyt gorliwie poszukiwany. Ponadto teolog ten stwierdzał:

    Ponieważ gry o stawki są najbardziej niebezpieczne z powodu poważnych zaburzeń, które często następują, spowiednik powinien je roztropnie cenzurować” (Cytat za: Blog „Introibo Ad Altare Dei. The World as Seen from a Traditionalist Catholic Perspective”, Don’t Bet On It ).

    ***

    Jak więc widać, w tradycyjnie katolickiej refleksji nad hazardem jeszcze do nie tak dawnych czasów dominowało mniej lub bardziej krytyczne doń podejście. Z tym że ta bardziej rygorystyczna ocena owej rozrywki była historycznie rzecz biorąc zdecydowanie większościowa, by nie powiedzieć, że na przestrzeni kilkunastu wieków katolickiego nauczania niemalże jednolita i powszechna. Opublikowany w 1992 roku Katechizm Jana Pawła II w swym nauczaniu na temat hazardu poszedł jednak za zdecydowanie mniejszościową tradycją katolickiej moralistyki (reprezentowaną w tym artykule przez kard. Gousseta i Dominika M. Prummera) wskazując, iż owa rozrywka nie jest sama w sobie zła, jednak wspominając o pewnych niebezpieczeństwach z niej wynikających. Czy Katechizm więc w tej kwestii myli się, skoro ignoruje wręcz powszechne i jednolite nauczanie katolickie na temat hazardu? Cóż, nie znam w 100 procentach odpowiedzi na to pytanie – jednak, nawet gdyby ów dokument się tu nie mylił (w bardziej ścisłym tego słowa znaczeniu), to i tak można wskazać na pewne jego braki w sposobie, w którym wypowiada się on na temat omawianej rozrywki. Nawet, gdyby bowiem przyjąć, że niemal powszechne nauczanie starożytnych chrześcijan, soborów lokalnych, papieży i świętych na ten temat nie było nieomylne i popadało w pewną przesadę to i tak owa przesada ciągle mogłaby nam wskazywać zasadniczo słuszny kierunek patrzenia na hazard. A mianowicie, nawet jeśli nie byłby on wewnętrznie zły, to ciągle stanowiłby on duży problem moralny, który nie wynikałby tylko z jakichś marginalnych, acz krzykliwych nadużyć z nim związanych, ale tyczyłby się bardzo częstych niebezpieczeństw z niego wynikających. Trudno wszak uprawiać gry hazardowe nie popadając w niebezpieczeństwo chciwości, pragnienia łatwego wzbogacenia się, wzbudzania głupich i bezsensownych nadziei, a także wzgardzenia prostym, skromnym oraz umiarkowanym stylem życia. Ponadto, hazard jest – jak już o tym powyżej wspomniałem – bardzo często powiązany ze światem przestępczym, prostytucją oraz pornografią. Czyż nie byłoby więc ze strony autorów „posoborowego” Katechizmu rzeczą bardziej roztropną mocniejsze zaakcentowanie wskazanych wyżej częstych zagrożeń dla moralności, jakie niesie hazard – nawet przy jednoczesnej odmowie nazywania go wewnętrznie złym? Czy nie powinno się też w tymże Katechizmie dodać zastrzeżeń w rodzaju, iż gry hazardowe nie są złe pod warunkiem, że ich głównym motywem nie jest zysk oraz nie gra się w nich o duże stawki pieniężne? Do takiej oceny gier hazardowych osobiście bym się przychylał – choć gwoli ścisłości i tak, jak to zostało powyżej wykazane, taka ocena jest łagodna w porównaniu z historycznie większościowym katolickim nauczaniem. Miejmy zatem nadzieję, że w przyszłości „posoborowy” Katechizm pójdzie w stronę silniejszego niż obecnie akcentowania niebezpieczeństw hazardu oraz podkreślania, iż zysk nie powinien być jego głównym motywem. Ostatecznie jednak biorąc, warto zauważyć, że takie krytyczne podejście do gier hazardowych nie jest negowane przez aktualne nauczanie Kościoła, choć z drugiej strony nie jest ono też przezeń specjalnie promowane.

    Mirosław Salwowski

  3. Dlaczego antykoncepcja nie powinna być prawnie zakazana?

    Możliwość komentowania Dlaczego antykoncepcja nie powinna być prawnie zakazana? została wyłączona

    Moja publicystyka nieraz błędnie kojarzy się z tezą, jakoby wszelkie grzechy powinny być prawnie zakazane przez władze cywilne. Jest to oczywiście mylne, choć jednak zrozumiałe wrażenie, jakie niektórzy ludzie odnoszą z czytania mych tekstów, gdyż prawdą jest, że częściej piszę o tym, co powinno być zakazane przez prawo, aniżeli o tym, co nie powinno być w ten sposób represjonowane. Sam jednak fakt częstotliwości poruszania przeze mnie takiej tematyki nie oznacza, iż uważam, że rzeczywiście wszystkie bądź choćby zdecydowana większość grzechów powinna być kryminalizowana. Istnieją wszak grzechy, których szkodliwość społeczna jest niska, albo których zakazanie w danych okolicznościach społeczno-kulturowych spowodowałoby by więcej zła niż ich tolerowanie. Tego rodzaju nieprawości władze cywilne nie powinny penalizować. W poniższym tekście zamierzam dłużej pochylić się nad uzasadnieniem tezy, dlaczego tak używanie, jak i rozprzestrzenianie środków antykoncepcyjnych (mimo że takowe w małżeństwie są wewnętrznie i poważnie złe) nie powinno stać się przedmiotem karnych represji ze strony władz cywilnych.

    ***

    Po pierwsze zatem: nie jest wcale pewne, czy sztuczne ubezpładnianie wszelkich seksualnych aktów jest wewnętrznie złe i samo w sobie stanowi materię grzechu. Owszem takowe działanie jest wewnętrznie złe i obiektywnie grzeszne wobec aktów małżeńskich, ale już niekoniecznie wobec aktów pozamałżeńskich. We wszystkich magisterialnych wypowiedziach Kościoła, jakie na ten temat czytałem (np. „Humanae Vitae” Pawła VI, „Casti Connubii” Piusa XI, Katechizm Jana Pawła II) potępiano używanie antykoncepcji w odniesieniu do stosunków małżeńskich, a nie jakichkolwiek aktów seksualnych. To więc, że małżonkowie nigdy nie powinni sztucznie ubezpładniać swych aktów seksualnych jest w świetle tradycyjnego nauczania Kościoła jasne. To jednak, czy np. prostytutki albo osoby współżyjące poza małżeństwem popełniają dodatkowy grzech, używając przy swej i tak już złej aktywności seksualnej, dajmy na to prezerwatyw, nie jest już takie jasne i nawet przed Soborem Watykańskim II opinie teologów moralnych i hierarchów były tu podzielone. Przykładowo biskup diecezji Linz Józef Calasanz Fließer latem 1945 roku pouczał podległych sobie księży, by poszkodowane przez gwałt kobiety udawały się natychmiast po zdarzeniu do lekarzy, aby ci nie dopuścili do poczęcia w ten sposób dziecka (Patrz: Erna Putz, Boży dezerter. Franz Jägerstätter 1907-1943, Warszawa 2008, s. 265). Oczywiście, jest to przykład skrajny, ale i on pokazuje, że sztuczne ubezpładnianie pozamałżeńskiego aktu seksualnego (w tym wypadku: gwałtu) nie było i przed Vaticanum II uważane powszechnie za wewnętrznie złe. Skoro zaś, nie ma jasności, czy takowe działanie jest wewnętrznie złe, to otwiera to dyskusję odnośnie moralnej dopuszczalności stosowania środków antykoncepcyjnych w innych niż zgwałcenie formach pozamałżeńskiej aktywności seksualnej. Na przykład, czy prostytutkom – jeśli nie da się ich nawrócić – należałoby doradzać stosowanie prezerwatyw? Osobiście sądzę, że tak. Jeśli bowiem taka kobieta się nie nawróci, to poczęcie przez nią w owych okolicznościach dziecka skutkowałoby w zdecydowanej większości wypadków większym złem, czyli jego zabiciem. Ponadto, w tych przypadkach, w których prostytutki zdecydowałyby się jednak urodzić poczęte dziecko, to najczęściej takowa istota ludzka byłaby narażona na wykorzystywanie seksualne, wdrażano by ją w arkana profesji jej matki, etc.

    Po drugie: władze cywilne powinny tolerować te z grzechów, co do których można roztropnie przewidywać, iż ich prawne zakazanie spowodowałoby więcej zła, lub też utrudniałoby osiągnięcie większego dobra. O tej zasadzie nauczał chociażby papież Leon XIII w encyklice „Libertas praestantissimum”:

    Niemniej jednak okiem matki ocenia Kościół wielkie ciążenie słabości ludzkiej: i nie jest nieświadomy, dokąd ten prąd umysłów i spraw unosi wiek nasz. Z tych przyczyn, nie przyznając atoli prawa jak tylko temu, co prawdziwe i co uczciwe jest, nie wzbrania jednak, iżby publiczna władza tolerowała coś prawdzie i sprawiedliwości obcego, a to dlatego, aby albo jakieś większe zło ominąć, albo dobro osiągnąć lub zachować. Sam najopatrzniejszy Bóg, choć jest nieskończoną dobrocią i choć wszystko może, dozwala jednak złemu istnieć na świecie, już to, aby nie przeszkodzić wzrostowi dobrego, już to, aby większe zła nie wynikły. Godzi się w sterowaniu państwami naśladować sternika świata: co więcej, gdy władza ludzka nie może wszystkiego złego wzbronić, winna wiele dopuścić i bezkarnie pozostawić, dosięgnie tam już tego sprawiedliwie opatrzność Boża.

    Gdyby więc nawet uznać sztuczne ubezpładnianie wszelakich aktów seksualnych (nie tylko małżeńskich) za wewnętrznie złe to z tej konkluzji nie wynikałby jeszcze w sposób konieczny słuszność kryminalizacji używania i rozpowszechniania środków antykoncepcyjnych. Zanim poparłoby się taki postulat, należałoby zatem wpierw zastanowić się nad prawdopodobnymi skutkami jego wprowadzenia. Czy zmniejszenie dostępu do antykoncepcji skutkowałoby np. większą częstotliwością większego zła, jakim jest zabijanie nienarodzonych dzieci? Czy dzieci poczęte wskutek braku antykoncepcji byłyby częściej wychowywane w dobrych tak moralnie, jak i materialnie warunkach? Cóż, możliwa odpowiedź na oba pytania skłania mnie do tezy, iż władze cywilne powinny jednak tolerować tak używanie, jak i rozpowszechnianie środków antykoncepcyjnych. Co więcej, przypuszczam, że takowa tolerancja może być tu bardziej uniwersalnym, niż tylko czasowo ograniczonym sposobem działania. Większość (a przynajmniej znaczna część) ludzi – niezależnie od czasów i kultur – prawdopodobnie czyniła, czyni i będzie czynić – seks przedmałżeński. To oczywiście jest poważnie złe, ale taka jest najpewniej rzeczywistość, którą to należy przyjąć do wiadomości. Powstaje więc pytanie: jeśli tej większości (lub znacznej) części ludzi, odebrałoby się, lub poważnie ograniczyło dostęp do środków antykoncepcyjnych, to efektem tego byłaby większa czy mniejsza liczba prenatalnych lub postnatalnych dzieciobójstw? Obawiam się, że jednak mielibyśmy wówczas do czynienia z większą liczbą tych zbrodni. Poza tym, niechciane, a jednak poczęte poza małżeństwem dzieci (nawet jeśli się narodzą) najczęściej są bardzo zaniedbywane na różnych płaszczyznach. I odnośnie tego aspektu można się pytać, czy coś takiego jest czymś lepszym niż użycie środka antykoncepcyjnego. Powracając zaś jeszcze na chwilę do przykładu prostytutki, która nie używałaby prezerwatyw, to spróbujmy sobie wyobrazić los poczętych w ten sposób dzieci. Powiedzmy, że taka prostytutka 10 razy zaszłaby w ciążę. 8 na 10 tych ciąż skończyłoby się aborcją. Na 2 urodzonych dzieci 1 zostałoby oddane do sierocińca, a 1 trafiło w ręce „opiekuna” prostytutki, który by je molestował, a kiedy by ono już podrosło, nakazałby jej (powiedzmy, że byłaby to dziewczynka) przejąć zawodową schedę po matce. Czy naprawdę, biorąc pod uwagę, taki możliwy scenariusz wydarzeń można rozsądnie twierdzić, że tolerowanie przez władze cywilne antykoncepcji nie miałoby tu na celu zapobieganie większemu złu?

    Po trzecie: chociaż władze kościelne niektórych krajów (np. Włoch i Irlandii) w nieformalny sposób wpływały na rządy, by te zakazywały rozpowszechniania środków antykoncepcyjnych, to jednak nie znam żadnych oficjalnych magisterialnych wypowiedzi Kościoła na ów temat. Póki zaś dana teza nie jest przedmiotem oficjalnego nauczania Kościoła, powszechnej opinii teologów albo jednomyślnej doktryny Ojców Kościoła, póty nie zobowiązuje ona do posłuszeństwa serca i rozumu katolików. W nieformalny zaś sposób władze kościelne mogły wpływać na rządy państw w różnych sprawach i to nie zawsze słusznie. Na przykład można się zastanawiać, dlaczego w krajach z większością katolicką tak rzadko dopuszczający się przestępstw seksualnych księża trafiali do więzień? Czy hipoteza o tym, że taka daleko posunięta łagodność organów ścigania wobec nich nie odbywała się bez pewnych nieformalnych nacisków ze strony władz kościelnych jest aby na pewno błędna?

    ***

    Być może niektórzy z Czytelników byliby skłonni zgodzić się z mymi powyższymi wywodami pod warunkiem, że tyczyłyby się one prezerwatyw, a nie antykoncepcji hormonalnej, która ma mieć działanie również wczesnoporonne, a więc bezpośrednio niszczące niewinne, a nienarodzone ludzkie życie. Cóż odpowiem na ten argument? Otóż przyznam się w tym momencie otwarcie, że nie wiem, czy antykoncepcja hormonalna rzeczywiście działa tak, iż w razie gdy nie uda się za jej pomocą w sztuczny sposób ubezpłodnić aktu seksualnego, to następnym jej etapem jest koniecznie uśmiercenie poczętego już życia. Nawet jednak gdyby właśnie takie było konieczne działanie owego rodzaju antykoncepcji, to i tak nie zrównywałbym go z bezpośrednią aborcją (która oczywiście powinna być zawsze zakazana przez władze cywilne). Tak czy inaczej, podstawowym działaniem antykoncepcji hormonalnej jest bowiem niedopuszczenie do poczęcia się nowego życia, a nie jego przerwanie. Jak już więc przerwanie takiego życia należałoby tu traktować w kategoriach czegoś, co tradycyjna teologia moralna nazywała „skutkiem ubocznym”. Poza tym, o ile zasada, iż nigdy nie ma się moralnego prawda do bezpośredniego niszczenia nienarodzonego życia jest jasna, o tyle nie jest jednak oczywiste, kiedy dokładnie następuje wlanie ludzkiej duszy do poczętego już płodu. Może następuje ono w pierwszej chwili poczęcia, a może następuje ono później. Nie wiemy tego z całą pewnością, a Katechizm Soboru Trydenckiego nauczał na ten temat rzeczy następującej:

    (…) kiedy się człowiek poczyna w żywocie matki swojej, dusza bywa wlewana, ale za czasem, kiedy ciało zupełnie człowiecze będzie. (…) [Cytat za: „Katechizm rzymski z wyroku św. Soboru Trydenckiego ułożony, z rozkazu Piusa V. Papieża wydany, i od Klemensa XIII szczególniej zalecony. Tom I”, Warszawa 1827, s. 42).

    Gdyby zatem dusza nie była wlewana do ludzkiego płodu z pierwszą chwilą jego poczęcia, to tym bardziej (i tak uboczne) wczesnoporonne działanie antykoncepcji hormonalnej trudno by było postawić na jednej płaszczyźnie z bezpośrednim zabiciem niewinnej osoby ludzkiej. Jeszcze raz podkreślam, nie chodzi mi w tym miejscu u rzekomą moralną dopuszczalność jakiejkolwiek bezpośredniej aborcji – rzecz w stosowaniu pewnych rozróżnień, które mają też swoje znaczenie dla oceny, czy dane działanie powinno, czy nie powinno być przedmiotem kryminalizacji ze strony władz państwowych.

    ***

    Reasumując zatem: sztuczne ubezpładnianie aktów małżeńskich jest z pewnością wewnętrznie i poważnie złe. Dlatego też stanowi materię ciężkiego grzechu. Nie jest jednak już pewne, czy wewnętrznie złe jest sztuczne ubezpładnianie wszelakich aktów seksualnych. A i tak nie każdy grzech powinien być zakazany, oraz karany przez władze cywilne. Jednym z ważnych powodów dla którego dane grzechy powinny być tolerowane przez prawo i państwo jest to, że ich kryminalizacja mogłaby przynieść gorsze efekty od zamierzonych. Można zaś zdroworozsądkowo przypuszczać, iż w większości wypadków zakazanie używania i rozpowszechniania antykoncepcji przyczyniałoby się do szerzenia jeszcze większego zła w postaci prenatalnych i postnatalnych dzieciobójstw. A zatem nie wydaje się, by prawny zakaz antykoncepcji winien być czymś doradzanym większości tak aktualnie, jak i niegdyś rządzących.

    Mirosław Salwowski

  4. Pijaństwo (nie mylić z umiarkowanym piciem) powinno być kryminalizowane

    Możliwość komentowania Pijaństwo (nie mylić z umiarkowanym piciem) powinno być kryminalizowane została wyłączona

    O ile wielu ludzi dostrzega szkody społeczne będące efektem pijaństwa, o tyle bardzo rzadko zdarza się, by ktoś popierał wprowadzenie prawnej karalności (choćby i „tylko” prywatnego) upijania się. W tym artykule zamierzam wskazać na argumenty przemawiające za rozważeniem słuszności takiego postulatu.

    A więc po pierwsze, za kryminalizacją pijaństwa przemawia fakt, iż jest to zachowanie bardzo niebezpieczne dla otoczenia. Nie muszę chyba w tym miejscu rozwodzić się nad tym, ile przestępstw, różnego rodzaju wypadków i chorób powstaje w wyniku upijania się. I wskutek tego grzechu cierpią nie tylko sami pijacy, ale również osoby postronne i niewinne, np. żony i dzieci takich ludzi, ofiary wypadków komunikacyjnych, etc. Pijaka można więc przyrównać do chodzącej i tykającej bomby zegarowej. Nawet jeśli będziemy mieli szczęście, że w danych okolicznościach taka bomba nie wybuchnie i nikogo nie zrani, to ryzyko wystąpienia jej eksplozji jest duże. Podając jeszcze inną analogię: osoba pijana jest jak pirat drogowy – nawet jeśli danego dnia taki „pirat” nikogo nie skrzywdzi, to jego działanie stwarza innym wielki dyskomfort na drodze, a poza tym jest dla nich bardzo niebezpieczne. Libertarianie oraz liberałowie mogą twierdzić, że zachowania niebezpieczne społecznie nie powinny być kryminalizowane, dopóki nie naruszają w bezpośredni sposób czyjejś wolności – ale brakiem zdrowego rozsądku jest utrzymywać taki pogląd! Równie dobrze można by wszak mówić, że jazda po pijanemu nie powinna być prawnie karalna aż do momentu, gdy dany kierowca nie spowoduje wypadku na drodze. Któż jednak w imię „poszanowania wolności” pijaków godziłby się na taki absurd?!?

    Po drugie: pijaństwo często wiąże się z naruszaniem obowiązków sprawiedliwości, jakie zaciągamy wobec swych bliźnich. Mam tu na myśli mężów i ojców, którzy wydają pieniądze na upijanie się, kosztem wydatków potrzebnych dla ich żon oraz dzieci. Można powiedzieć, że w zasadzie każda złotówka, którą pijak przeznacza na swój grzech, a którą powinien wydać na potrzeby swej rodziny, stanowi w rzeczywistości okradanie swej żony i dzieci. Dlatego też tradycyjni moraliści twierdzili, że żony mężczyzn, którzy roztrwaniają pieniądze, mają moralne prawo potajemnie zabierać im pieniądze i nie będzie to z ich strony kradzieżą. Przykładowo, kardynał Thomas M.J. Gousset pisał na ów temat rzecz następującą:

    (…) Nie należy jednak uważać za winną kradzieży żonę, która bierze z dóbr spólności ile jej potrzeba na skromne utrzymanie stosowne do jej stanu, na przyzwoite ubranie dzieci, i inne rzeczy niezbędne dla rodziny, skoro mąż marnotrawca lub skąpiec, nie opatruje ich potrzeb koniecznych.

    Kardynał Gousset, „Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników”, Tom I, Warszawa 1858, s. 238.

    Któż zaś ośmieli się przeczyć temu, że zachowania poważnie niesprawiedliwe, niebezpieczne oraz szkodliwe dla innych nie powinny być przedmiotem karnych represji ze stron władz cywilnych?

    ***

    Oczywiście, zdaje sobie sprawę z tego, iż powyższe moje wywody mogą nie wyczerpywać tematu i wobec zasadności prawnego karania pijaństwa niektórzy ludzie będą podnosić pewne argumenty. Postaram się poniżej odpowiedzieć na kilka z możliwych takich kontrargumentów.

    Nawet Prawo Mojżeszowe, które nakazywało karanie wielu grzechów, nie przewidywało karalności pijaństwa.

    Nie jest to prawdą. Prawo Mojżeszowe nakazywało karać (i to śmiercią) przynajmniej za niektóre przypadki pijaństwa. W Starym Zakonie czytamy wszak:

    Jeśli ktoś będzie miał syna nieposłusznego i krnąbrnego, nie słuchającego upomnień ojca ani matki, tak że nawet po upomnieniach jest im nieposłuszny,  ojciec i matka pochwycą go, zaprowadzą do bramy, do starszych miasta, i powiedzą starszym miasta: Oto nasz syn jest nieposłuszny i krnąbrny, nie słucha naszego upomnienia, oddaje się rozpuście i pijaństwu. Wtedy mężowie tego miasta będą kamienowali go, aż umrze. Usuniesz zło spośród siebie, a cały Izrael, słysząc o tym, ulęknie się” (Pwt 21, 18-21 – podkreślenie moje MS).

    Z powyższego Bożego przykazania widzimy zatem, iż pijaństwo miało być karane śmiercią w przypadku, gdy było ono połączone z rozpustą oraz uporczywym nieposłuszeństwem wobec napomnień rodzonego ojca i matki. Nie należy zatem szukać w Piśmie świętym jakiegoś naturalnego prawa do braku kary za pijaństwo ze strony władz cywilnych.

    Poza tym nawet gdyby Prawo Mojżeszowe nie nakazywało nigdy i w żadnym wypadku karać pijaństwa (co nie jest – jak już wyżej wskazałem – prawdą), to i tak nie byłby to jeszcze rozstrzygający argument przeciwko wprowadzeniu takich praw przez chrześcijańskich władców. Prawo Mojżeszowe, choć bowiem było dobre, mądre i sprawiedliwe, to nie we wszystkich swych aspektach reprezentowało tak wysoki poziom moralności co księgi Nowego Testamentu. A z wyższej moralności Nowego Przymierza płyną też czasami konkluzje o charakterze prawnych wskazań dla chrześcijańskich rządzących. Przykładowo, Prawo Mojżeszowe tolerowało rozwody oraz poligamię, ale władcy chrześcijańscy – na ile w danych okolicznościach będzie to roztropne – powinni dążyć do prawnego zakazania tych rzeczy.

    Tradycja krajów katolickich w ciągu wieków nie przewidywała kryminalizacji prywatnie czynionego pijaństwa.

    To też nie jest do końca prawdą, ale nawet gdyby tak było to i tak nie byłby to jeszcze decydujący argument. Czasami bowiem, kraje katolickie potrzebowały wielu wieków, by dojrzeć do uznania słuszności realizacji pewnych prawnych postulatów. Dobrym tego przykładem jest zakaz niewolnictwa, który w krajach katolickich został – miejmy nadzieję ostatecznie – zaprowadzony w XIX wieku.

    A przytoczony kontrargument nie jest do końca prawdą, gdyż da się pokazać przykłady katolickich władców, którzy – czasami aż do przesady – zwalczali za pomocą prawnych represji nawet prywatne pijaństwo. Na czele takowych wymienić należy Brzetysława I Czeskiego (1002 -1055), który to w wydanych przez siebie dekretach nakazał przyłapanych na piciu poddanych wtrącać do więzień aż do czasu zapłacenia przez nich do książęcego skarbca kwoty 300 denarów (Link do informacji na ten temat znajduje się w tym miejscu). Niestety nie dotarłem do informacji na temat tego, czy pod pojęciem „przyłapanych na piciu” należało tu uważać osoby tylko upijające się, czy też pijące z umiarem (w tym drugim wypadku byłaby to oczywiście przesada), jednak, tak czy inaczej, wychodzi na to, że pośród władców katolickich był co najmniej jeden, który karał nawet prywatne pijaństwo. Jako przykład innego z katolickich władców, który zachęcał do prawnego represjonowania pijaństwa, podać można króla Francji św. Ludwika IX, który to w liście do swego syna pisał:

    (…) troszcz się aby grzech został unicestwiony w twoich ziemiach, to znaczy bluźnierstwa i wszystkie rzeczy, które czyni się lub mówi przeciw Bogu, Najświętszej Marii Pannie i świętym, grzechy cielesne, gry w kości, tawerny, lub inne grzechy. Zgnieć wszystko to w swojej ziemi roztropnie i w dobry sposób” (podkreślenie – moje MS).

    Patrz:  Jean de Joinville, „Czyny Ludwika Świętego króla Francji”, Warszawa 2002, s. 212-213.

    Jeśli chodzi o bardziej duszpasterskie działania to mogę tu powołać się na przykład św. Franciszka Ksawerego, który na prowadzonych przez siebie misjach nakazywał wtrącanie do aresztu niewiast dopuszczających się pijaństwa:

    Św. Franciszkowi Ksaweremu doniesiono, iż kobiety z Punnaikayal oddają się pijaństwu. Ksawery posłał tam jednego człowieka, jako policjanta, obiecując mu, że za każdą kobietę, którą pochwyci na piciu araku, otrzyma nagrodę jeden „fanam”, winna zaś odsiedzi karę 3-dniowego aresztu.

    Patrz: O. Stanisław Cieślak SJ, „Św. Franciszek Ksawery (Wielcy ludzie Kościoła)”, Kraków 2005, s. 40.

    Widać zatem, iż nie jest w 100 procentach prawdziwy argument o tym, że w historii katolickich krajów i społeczności nie znalazłoby się żadnych przykładów kryminalizacji prywatnego pijaństwa. Ja sam, nie będąc historykiem i nie poddając tego zagadnienia badaniu potrafiłem wynaleźć na to 2-3 przykłady, więc kto wie, ilu tym podobnych działań ze strony władców katolickich doliczyliby się profesjonalni historycy, którzy chcieliby się zająć szczegółową analizą tego tematu.

    Karanie pijaństwa byłoby niepraktyczne, gdyż mogłoby prowadzić do skazywania niewinnych (np. chorych) ludzi.

    Jeśli w tym argumencie chodzi o to, że np. policjant mógłby wziąć za osobę pijaną człowieka tak naprawdę chorego i skierować wniosek o jego ukaranie, to jest to słaby kontrargument. Zwłaszcza dziś, gdy istnieją wszak alkomaty można łatwo wykazać, czy takie rzeczy jak bełkotliwa mowa, niespójność ruchów, itp są wynikiem przebrania miary w piciu alkoholu czy też rzeczywistych chorobowych zaburzeń.

    ***

    Kończąc, pragnę zaznaczyć, iż w żadnym razie, powyższy artykuł nie stanowi poparcia dla postulatu prohibicji. Co innego, wszak picie alkoholu z umiarem oraz ostrożnością (co może być dobre i miłe Bogu), a co innego upijanie się, które nie „tylko” jest grzechem, ale stanowi zachowanie bardzo poważnie szkodliwe społecznie. Rzecz jasna, nie wszystkie grzechy powinny być karane przez władze cywilne, ale te z nich, które w wyraźny sposób szkodzą innym ludziom, należy zwalczać również za pomocą świeckiego miecza (por. Rzymian 13, 1-4). Pijaństwo zaś z pewnością należy do tej kategorii grzechów.

    Mirosław Salwowski

    Źródło obrazka wykorzystanego w artykule:
    https://melmagazine.com/en-us/story/medieval-europe-beer-clean-water

    Przeczytaj też:

    Które grzechy powinny karane przez państwo?

    Czy karanie nieprawości mija się z celem?

    Pomiędzy pijaństwem a prohibicją

    Św. Cezary z Arles: „Zło pijaństwa jest bardzo wielkie i Bogu obrzydłe”

    O tradycyjnie chrześcijańskiej kulturze picia alkoholu

  5. Preferencje podatkowe dla samotnych rodziców są niemoralne

    Możliwość komentowania Preferencje podatkowe dla samotnych rodziców są niemoralne została wyłączona

    Niedawno premier Mateusz Morawiecki przedstawił na konferencji prasowej pomysł przywrócenia preferencyjnego rozliczania „samotnych rodziców” na zasadach sprzed wprowadzenia „Polskiego Ładu”. Obecnie bowiem przysługuje im ulga podatkowa w wysokości 1500 zł rocznie. Miałaby im przysługiwać możliwość obliczenia podatku jako dwukrotności podatku obliczonego od połowy dochodu. Zmiany postulowane przez premiera zakładać mają również obniżenie pierwszej stawki podatkowej do 12%. W tekście poniższym postaram się wyjaśnić, dlaczego zaproponowane działanie należy ocenić negatywnie.

    Zacząć należy od tego, kogo uważa się za „samotnego rodzica” – w dużym uproszczeniu będzie to rodzic niepozostający w związku małżeńskim. Może być więc tak, że rodzice nie zawarli związku małżeńskiego, a następnie jeden z nich uzyskał od drugiego alimenty na dziecko, rodzice byli w związku małżeńskim i następnie się rozwiedli, dokonali separacji lub też jeden z nich zmarł. Jak widać są to różne sytuacje, a łączy je to, że rodzice nie są w związku małżeńskim.

    Państwo w swojej polityce powinno raczej preferować wychowanie dzieci w pełnych rodzinach i zniechęcać do rozwodów i rozwiązłości, a nie przeciwnie. Po przyjęciu postulowanych zmian, podatkowo bardziej uzasadnione będzie niestety wychowywanie dzieci samotnie, a nie w małżeństwie. Małżonkowie mogą bowiem rozliczać się razem (o ile mają wspólnotę majątkową – nieuzasadniona dyskryminacja małżonków z rozdzielnością majątkową). Rozliczenie to jest jednak znacznie mniej korzystne, niż rozliczenie z dzieckiem, gdyż zawsze nie ma ono dochodu. Dla dochodów w przedziale 60 000 zł/rocznie – 120 000 zł/rocznie rodzic rozliczając się z nim będzie zyskiwał 3600 zł rocznie. Przy dochodach na poziomie 240 000 zł rocznie korzyści te mogą sięgnąć nawet 27 600 zł rocznie. Drugi rodzic zachowuje przy tym prawo do kwoty wolnej, nie traci go na rzecz samotnego rodzica. Rodzice żyjący w małżeństwie zyskają tyle samo, gdy jeden z małżonków odpowiada za całość dochodów rodziny. Gdy ich dochody są wyrównane (oba w przedziale 0-30 tys zł/rok, 30-120 tys/rok lub powyżej 120 tys/rok), korzyści w ogóle nie będzie.

    Można wyjaśnić to na przykładzie: rodzice Ani tworzą małżeństwo, w którym mama zarabia 60 tysięcy rocznie, zaś tata 70 tysięcy rocznie. Rozliczają się razem i płacą 8400 zł rocznie. Rodzice Basi są po rozwodzie. Mama także zarabia 60 tysięcy zł rocznie, zaś tata 70 tysięcy złotych rocznie i płaci 12 tysięcy złotych rocznie alimentów. Mama Basi rozlicza się jako rodzic samotnie wychowujący dziecko i nie płaci w ogóle podatku dochodowego, zaś jej tata płaci 4800 zł rocznie, czyli jej rodzice mogą na rozwodzie zaoszczędzić 3600 zł rocznie.

    Odpowiadając na argumenty zwolenników tego rozwiązania:

    1. Państwo nie powinno interweniować w to, jak dorośli ludzie układają sobie życie. Odpowiedź: państwo jak najbardziej powinno zniechęcać (być może nawet środkami karnymi) ludzi do rozwiązłości i rozwodów. Postulowane rozwiązanie nie tylko jednak wyrównuje pozycję rozwodników i osób rozwiązłych z małżeństwami, ale te drugie dyskryminuje.

    2. Cierpią na tym też wdowy i wdowcy. Odpowiedź: Wdowy i wdowców można wyłączyć i przyznać im pewne ulgi.

    3. Cierpią na tym też ofiary przemocy domowej, osoby zdradzane itp. Odpowiedź: powinny one udowodnić swoją sytuację i korzystać ze wsparcia jako ofiary przestępstw. Przede wszystkim jednak należy karać ich małżonków, a nie dyskryminować małżeństwa. W wielu przypadkach „samotne rodzicielstwo” jest skutkiem wyboru osoby, czy nawet jest pozorowane.

    4. Bezdzietne małżeństwa mają możliwość wspólnego rozliczania, a samotni rodzice nie. Odpowiedź: Jeżeli oboje małżonkowie mają dochód 30 – 120 tysięcy złotych rocznie, to nic na tym nie zyskują. Jeśli jeden pracuje, a drugi jest bezrobotny, to bierze na utrzymanie niepracującego małżonka, dzięki czemu państwo nie musi mu płacić zasiłku okresowego (ok. 418 zł/mc, 5016 zł/rok), czym powoduje wymierne oszczędności dla państwa.

    5. Mieszkanie przez rodziców w dwóch domach to większy koszt niż w jednym mieszkaniu (jak u małżonków). Odpowiedź: Tak, ale jest to skutkiem: śmierci jednego z rodziców (pkt. 2), winy jednej ze stron – wówczas ona powinna przede wszystkim to kompensować, jeśli zaś „samotny rodzic” sam tego chce, to państwo nie powinno go wspierać ekonomicznie w nieracjonalnej ekonomicznie decyzji (to tak jakby właściciele bardziej paliwożernych samochodów płacili mniej za jednostkę paliwa).

    Podsumowując, państwo powinno walczyć z rozwiązłością, cudzołóstwem i rozwodami. Powinno wspierać rodziny i małżeństwa. Nie powinno jednak wyżej preferować „samotnych rodziców” kosztem małżeństw. Jako możliwe rozwiązania należy zasugerować:

    1. Zostawienie rozwiązań w wersji przyjętej przez „Polski Ład”.

    2. Przyznanie możliwości preferencyjnego rozliczenia przez „samotnych rodziców” dla tych, którzy są wdowcami/wdowami, ofiar gwałtów, ew. osób, które są samotnymi rodzicami na skutek rozwodu/separacji z wyłącznej winy drugiego małżonka, połączonej z przestępstwem dokonanym przez niego na szkodę członka rodziny.

    3. Wprowadzenie możliwości rozliczenia na zasadach „samotnych rodziców” także dla rodziców w małżeństwach.

    4. Wprowadzenie rozliczenia rodzinnego (obliczanie podatku od dochodu podzielonego przez liczbę członków rodziny, a następnie mnożenie go przez liczbę członków rodziny).

    Jednocześnie należałoby dążyć do ograniczenia innych form dyskryminacji małżeństw, między innymi w przypadku zasad obliczania dochodu do świadczeń socjalnych.

    Daniel Dylewski

  6. Czy w obronie wolno używać broni atomowej ?

    Możliwość komentowania Czy w obronie wolno używać broni atomowej ? została wyłączona

    Wyobraźmy sobie jeden z najbardziej pesymistycznych scenariuszy aktualnej sytuacji na froncie wojennym w Ukrainie. Otóż zniecierpliwiony brakiem znaczących sukcesów swych wojsk, prezydent Putin wydaje rozkaz zrzucenia bomby atomowej na jedno z ukraińskich miast. Wskutek tego aktu masowego morderstwa ginie dziesiątki, a może i nawet setki tysięcy cywili. Czy w takiej sytuacji, by zapobiec zwycięstwu Rosji, dowództwo NATO miałoby moralne prawo przyjść z pomocą Ukrainie poprzez odwetowy atak za pomocą broni jądrowej na jedno z rosyjskich miast? Coś, co potocznie zwie się „chłopskim rozumem” wydaje się nam podpowiadać odpowiedź twierdzącą. Wszak, rezygnacja z obrony Ukrainy przy pomocy odwetowego ataku jądrowego najprawdopodobniej zachęciłaby prezydenta Putina do wzmożenia swych agresywnych działań oraz dalszego używania bomb atomowych. W tym artykule postaram się jednak udowodnić, iż ów „chłopski rozum” się myli i użycie broni jądrowej przeciw miastom pełnym nie-walczących cywilów jest wewnętrznie złe, a przez to moralnie zawsze zakazane – nawet jeśli miałoby to zostać użyte w obronie niesprawiedliwie zaatakowanego kraju.

    ***

    Zacznijmy więc od tego, że bezpośrednie zabijanie niewinnych osób ludzkich – wedle tradycyjnego nauczania katolickiego – należy do czynów wewnętrznie złych. W nieomylny sposób o tej doktrynie przypomniał papież Jan Paweł II:

    „Istotnie, absolutna nienaruszalność niewinnego życia ludzkiego jest prawdą moralną bezpośrednio wynikającą z nauczania Pisma Świętego, niezmiennie uznawaną przez Tradycję Kościoła i jednomyślnie głoszoną przez jego Magisterium. Ta jednomyślność jest oczywistym owocem owego „nadprzyrodzonego zmysłu wiary”, wzbudzonego i umacnianego przez Ducha Świętego, który chroni od błędu Lud Boży, gdy „ujawnia on swą powszechną zgodność w sprawach wiary i obyczajów” (…)

    Dlatego mocą Chrystusowej władzy udzielonej Piotrowi i jego Następcom, w komunii z biskupami Kościoła Katolickiego, potwierdzam, że bezpośrednie i umyślne zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze aktem głęboko niemoralnym. Doktryna ta, oparta na owym niepisanym prawie, które każdy człowiek dzięki światłu rozumu znajduje we własnym sercu (por. Rz 2, 14-15), jest potwierdzona w Piśmie Świętym, przekazana przez Tradycję Kościoła oraz nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne.

    Świadoma i dobrowolna decyzja pozbawienia życia niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze złem z moralnego punktu widzenia i nigdy nie może być dozwolona ani jako cel, ani jako środek do dobrego celu. Jest to bowiem akt poważnego nieposłuszeństwa wobec prawa moralnego, co więcej, wobec samego Boga, jego twórcy i gwaranta; jest to akt sprzeczny z fundamentalnymi cnotami sprawiedliwości i miłości. „Nic i nikt nie może dać prawa do zabicia niewinnej istoty ludzkiej, czy to jest embrion czy płód, dziecko czy dorosły, człowiek stary, nieuleczalnie chory czy umierający. Ponadto nikt nie może się domagać, aby popełniono ten akt zabójstwa wobec niego samego lub wobec innej osoby powierzonej jego pieczy, nie może też bezpośrednio ani pośrednio wyrazić na to zgody. Żadna władza nie ma prawa do tego zmuszać ani na to przyzwalać”.

    Pod względem prawa do życia każda niewinna istota ludzka jest absolutnie równa wszystkim innym. Ta równość stanowi podstawę wszelkich autentycznych relacji społecznych, które rzeczywiście zasługują na to miano tylko wówczas, gdy są oparte na prawdzie i na sprawiedliwości, uznając i broniąc każdego człowieka jako osoby, a nie jako rzeczy, którą można rozporządzać. Wobec normy moralnej, która zabrania bezpośredniego zabójstwa niewinnej istoty ludzkiej, „nie ma dla nikogo żadnych przywilejów ani wyjątków. Nie ma żadnego znaczenia, czy ktoś jest władcą świata, czy ostatnim «nędzarzem» na tej ziemi: wobec wymogów moralnych jesteśmy wszyscy absolutnie równi” („Evangelium vitae”, n. 57).

    Skoro zaś bezpośrednie zabijanie niewinnych jest wewnętrznie złe, to nie mamy moralnego prawa dopuszczać się tego nawet w najbardziej ekstremalnych okolicznościach. O tej prawdzie uczył chociażby Paweł VI:

    „W rzeczywistości (…) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny – a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka – nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw” („Humanae vitae”, n. 14).

    Tak więc, nawet gdyby za pomocą bezpośredniego zabicia „tylko” jednego niewinnego człowieka można było uratować od śmierci całą kilkumiliardową resztę ludzkiej populacji, nikt nie miałby moralnego prawa tego uczynić. Tak jest tradycyjne nauczanie Kościoła o aktach wewnętrznie złych.

    Sięgając zaś po jeszcze inny przykład, wyobraźmy sobie, iż na wioskę napada banda morderców i gwałcicieli. Dowodzący owymi rzezimieszkami stawia przed jednym z mieszkańców następujący dylemat: „Albo ty zabijesz jedno z niemowląt, a wówczas my zostawimy w spokoju całą wieś, albo w przeciwnym razie my wyrżniemy wszystkich mieszkańców, a kobiety dodatkowo przy tym zgwałcimy„. Jakkolwiek współczujemy ludziom znajdującym się w podobnych ekstremalnych i beznadziejnych sytuacjach, nie można przyznać racji tym, którzy byliby gotowi zabić to niemowlę. Nie wolno zamordować choćby jednego niewinnego, aby ocalić wszystkich pozostałych niewinnych.

    ***

    Można jednak spytać się, kto jest „niewinnym” na wojnie, a nawet jeśli pewne osoby powinny być w czasie wojennych działań traktowane jako „niewinne”, to co oznacza zwrot „bezpośrednie zabijanie”?

    Cóż, jako osoby niewinne na wojnie należy traktować tych ludzi, którzy nie biorą bezpośredniego albo przynajmniej bliskiego udziału w walce zbrojnej. Wybitny XIX-wieczny moralista katolicka, kardynał Thomas M.J. Gousset ujmował to tak:

    Prawa słuszności nie dozwalają także zabijać niewinnych. W tym razie za takich uważają się obywatele spokojni, dzieci, starcy, zakonnicy, słudzy religii, podróżni, wieśniacy nie będący pod bronią. Wtedy atoli mają prawo do względności, skoro nie biorą czynnego udziału w bitwie” ( Kardynał Gousset, „Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników”, Warszawa 1858, s. 302). 

    Bezpośrednim zaś zabijaniem niewinnych jest branie sobie za cel śmiertelnego ataku takich ludzi. Jako jednoznaczne przykłady bezpośredniego zabijania tych osób można podać takie działania jak: Celowe strzelanie w główkę niemowlęcia; Zrzucenie bomb na przedszkole w którym nie było żadnych żołnierzy; Ostrzelanie rakietami spokojnej, a pozbawionej celów militarnych wioski.

    Oczywiście jednak wojna ma to do siebie, że w jej trakcie nieraz osoby walczące (czyli takie, które wolno bezpośrednio zabijać) są mocno zmieszane z osobami niewalczącymi i powstaje wówczas pytanie, czy ma się moralne prawo strzelać do walczących nawet wówczas, gdy prawdopodobnym, albo i pewnym skutkiem ubocznym takiego ostrzału będzie śmierć osób niewalczących? Na to pytanie można odpowiedzieć twierdząco. Wówczas jest to pośrednie, a nie bezpośrednie zabijanie niewinnych i jest to moralnie dozwolone na zasadzie tzw. podwójnego skutku. Przykładem takiej sytuacji może być walka w terenie zabudowanym, gdzie obok żołnierzy znajdują się także niewalczący cywile. Jeśli w sposób zamierzony nie strzela się do tych cywilów, ale ich śmierć może być efektem „zabłąkanej kuli”, to będzie moralnie prawowite prowadzenie walki zbrojnej w tych okolicznościach. Jednak i w takich warunkach należy uwzględnić proporcje i ryzyko niezamierzonego, a pośredniego zabicia niewalczących cywilów. Trudno np. uznać za dozwolone zrzucenie bomby na budynek z 200 cywilami po to, by zabić znajdujących się tam 3 żołnierzy – jeśli już to należałoby próbować zabić tych żołnierzy za pomocą ostrzału z karabinów. Tym bardziej zaś nie powinno się atakować szpitala pełnego osób chorych i rannych, jeśli znajdujący się tam żołnierze nie prowadzą działań ofensywnych, a znajdują się tam jedynie lub głównie po to, by chronić pacjentów przed atakiem. Atakowanie w takiej sytuacji szpitala można by w zasadzie uznać za tak naprawdę bezpośrednie zabijanie niewinnych.

    ***

    Jak zatem w świetle podanych wyżej zasad i rozróżnień ocenić zrzucenie bomby atomowej dajmy na to na miasto składające się z 200 tysięcy niewalczących cywilów i 10 tysięcy gotowych do walki żołnierzy? Czy jeśli epicentrum zdetonowania takiej bomby przypadłoby na wojskowe koszary to można by to uznać za „tylko” pośrednie, a więc moralnie dozwolone w czasie wojny zabijanie niewinnych?

    Cóż, gdyby w danym mieście proporcje między osobami walczącymi a niewalczącymi były odwrotne do wyżej podanych – a więc byłoby tam 200 tysięcy żołnierzy i 10 tysięcy niewalczących cywilów – to prawdopodobnie można by uznać za moralnie dozwolone zrzucenie nań bomby atomowej. W sytuacji jednak, gdy proporcje między walczącymi a niewalczącymi są takie jak podane wyżej to próba usprawiedliwiania zrzucania tam bomby atomowej przypominałaby uznawanie za moralnie dopuszczalne uderzania kogoś młotkiem w głowę po to by zabić komara znajdującego się na tej głowie. Oczywiście, w miarę rozsądna osoba przynajmniej w szczery sposób nie uzasadniałaby popełnienia takiego czynu. Ktoś, kto mówiłby, że w celu zabicia komara na głowie drugiej osoby uderzył ją młotkiem, byłby albo osobą chorą psychicznie, albo jawnie kpiącą sobie z naszej inteligencji i rozsądku. A zatem nawet w sensie intencjonalnym jest czymś nie do uwierzenia, że osoba decydująca się na zaatakowanie miasta pełnego niewalczących cywili za pomocą broni jądrowej tak naprawdę chciałaby w ten sposób przede wszystkim zabić znajdującą się tam mniejszość żołnierzy. Po prostu żaden rozsądny przywódca nie będzie wykorzystywał niezwykle drogiej broni do zabijanie relatywnie niewielkiej ilości żołnierzy, w sytuacji gdy może to uczynić przy pomocy tańszych metod. Zakładając więc, że na czele danego państwa czy układu wojskowego nie stoi osoba chora psychicznie, trzeba przyjąć, iż rzeczywistym celem takiego ataku byłoby zabicie dużej ilości osób niewalczących, by w ten sposób wystraszyć wroga. Skoro jednak celem takiego byłoby masowe zabicie cywilów, to byłby to akt zamierzonego oraz bezpośredniego, a w dodatku masowego morderstwa niewinnych. Owszem, cel takiego aktu mógłby być dobry – powstrzymanie dalszego przelewu krwi – jednak środek doń użyty byłby wewnętrznie zły (w tym wypadku: bezpośrednie zabicie wielu niewinnych osób).

    Mniej więcej to samo, co ja stwierdzam powyżej, jest napisane w jednym z „przedsoborowych” podręczników teologii moralnej. Pozwolę sobie go zacytować w oryginale, czyli języku angielskim:

    1410. The Killing or Wounding of Non-Combatants.

    (a) The indirect killing of non-combatants (i.e., killing which is unintentional and unavoidable) is lawful, according to the rules given for double effect (see 103, 104). Hence, it is lawful to bombard the fortifications, arsenals, munition works, and barracks of a town, to sink passenger liners that are carrying arms or stores to the enemy, to cut off food supplies from a town or country in order to starve out its troops, although these measures will entail the deaths of some civilians as well as of combatants. Humanity requires, however, that an effort be made to spare the non-combatants, when possible, as by serving warning of attack, so that they may be removed to safety. When it is a question, however, of the use of modern weapons (the atom, hydrogen or cobalt bombs) on military targets in the vicinity of large cities, where it is foreseen that many thousands of civilians will be killed or severely wounded, then the principle of double effect seems to rule out the lawfulness of using such devastating weapons. The immediate evil effect, the slaughter of the innocents, could hardly be called incidental and only reluctantly permitted. Concretely, the inevitable results of the use of such weapons would have to be intended directly, if not as an end, at least as a means.

    (b) The direct killing of non-combatants (i.e., killing which is intentional) is unlawful and constitutes the sin of murder. Obliteration bombing, the dropping of H-bombs or atom bombs on a residential section of a city containing no military objectives, are of this character; for they are attacks on civilians. It can not be argued that such an attack would probably break down the morale of the citizens to such an extent that they would force their rulers to make peace and so save many thousands of lives. For this argument is based on the principle that a good end justifies evil means. Occasionally it is argued that modern “total” warfare demands that all citizens contribute to the war effort and that consequently everyone is a combatant. The argument can hardly be sustained, for Catholic doctrine insists that those whose participation is only remote and accidental are not to be classified as combatants. In a well-documented article on “The Morality of Obliteration Bombing,” by John C. Ford, S.J. (Theological Studies, V, 1944, pp. 261-309), the validity of the distinction between combatants and innocent non-combatants, even in the condition of modern war, is upheld. Fr. Ford shows that in an industrial city, as found in the United States, three-fourths of the population belong to the non-combatant category, and he lists more than a hundred trades or professions which, according to the natural law, exclude their members from the category of combatants. Direct attacks on such a population clearly would constitute unjustifiable killing or wounding of non-combatants.

    https://www.gutenberg.org/files/35354/35354-h/35354-h.html

    Warto też zauważyć, że używanie broni jądrowej przeciwko miastom zostało oficjalnie potępione tak przez Sobór Watykański II, jak i Katechizm Jana Pawła II:

    Wszelkie działania wojenne, zmierzające bez żadnej różnicy do zniszczenia całych miast lub też większych połaci kraju z ich mieszkańcami, są zbrodnią przeciw Bogu i samemu człowiekowi, zasługującą na stanowcze i natychmiastowe potępienie” 72 . Ryzykiem nowoczesnej wojny jest stwarzanie okazji posiadaczom broni masowej zagłady, zwłaszcza atomowej, biologicznej lub chemicznej, do popełniania takich zbrodni. – Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2314; Gaudium et spes, n. 80.

    Dodajmy, iż powyższe nauczanie zostało sformułowane jako oczywiste nawiązanie do historycznie zaistniałych już wypadków zrzucenia bomb atomowych na całe miasta. Chodzi rzecz jasna o decyzję prezydenta USA Henry’ego Trumana o potraktowaniu w ten sposób Hiroszimy i Nagasaki. Nie zapominajmy zaś, że to Stany Zjednoczone zostały najpierw zaatakowane przez Japonię i, co więcej, patrząc na to od strony czysto zdroworozsądkowej można by usprawiedliwiać taką, a nie inną decyzję pana Trumana. Wszak, zniszczenie tych miast za pomocą bomb atomowych skłoniło władze Japonii do szybkiej kapitulacji i najpewniej zapobiegło o wiele większej liczbie ofiar śmiertelnych po obu stronach tej wojny w sytuacji, gdy miałaby ona być kontynuowana za pomocą bardziej „konwencjonalnych” metod. Mimo to jednak, Magisterium Kościoła de facto potępiło te działanie władz Stanów Zjednoczonych.

    ***

    Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że rezygnacja z użycia broni jądrowej przeciw miastom pełnym niewalczących cywilów może być uznana za szaleństwo, gdyż dałoby się wówczas olbrzymią przewagę naszemu wrogowi. Nie mniej jednak w życiu prawdziwie chrześcijańskim istnieją sytuacje, gdy zdrowy rozsądek i racjonalne kalkulacje powinny ustąpić wierze i zaufaniu do Boga. Jeśli taka będzie Boża wola, to zwycięży się i bez używania bomb atomowych, wszak jak mówi Pismo święte:

    Nie uratuje króla liczne wojsko ani wojownika nie ocali wielka siła.  W koniu zwodniczy ratunek i mimo wielkiej swej siły nie umknie. Oto oczy Pana nad tymi, którzy się Go boją, nad tymi, co ufają Jego łasce,  aby ocalił ich życie od śmierci i żywił ich w czasie głodu.  Dusza nasza wyczekuje Pana, On jest naszą pomocą i tarczą. W Nim przeto raduje się nasze serce, ufamy Jego świętemu imieniu” (Psalm 33: 16 – 17).

    A jeśli nie da się wygrać danej wojny bez masowego zabijania niewinnych, to najwidoczniej nie było Bożą wolą, abyśmy zwyciężyli.

    Mirosław Salwowski

    Źródło obrazka:

    https://wiadomosci.onet.pl/swiat/bron-atomowa-rosja-i-usa-zwiekszaja-liczbe-rakiet-bomb-i-glowic-nuklearnych/ecf8e73

    Przeczytaj też:

    Czy zrzucenie bomby atomowej na Hiroszimę i Nagasaki było moralnie usprawiedliwione?

    O różnicy pomiędzy bezpośrednim a pośrednim zabiciem niewinnego.

    Na czym polega reguła „podwójnego skutku”?

    Tradycyjny absolutyzm moralny przeciw etyce sytuacyjnej (pytania i odpowiedzi)

    Weigel’s Terrible Arguments

    Two Unsuccessful Arguments for Bombing Hiroshima and Nagasaki

  7. „Okiem tradycjonalisty” promuje herezję etyki sytuacyjnej

    Możliwość komentowania „Okiem tradycjonalisty” promuje herezję etyki sytuacyjnej została wyłączona

    Kilka tygodni temu pan Ludwik Wit opublikował na youtubowym kanale „Okiem tradycjonalisty” filmik zatytułowany „Miłość czy prawo?# Faryzeizm największą pokusą tradycjonalistów„. W tymże materiale pan Wit zarzucił niektórym tradycjonalistycznym katolikom, iż błędnie absolutyzują znaczenie Bożych przykazań, stawiając je ponad najwyższą zasadę miłości przez co w bardzo niebezpieczny sposób zbliżają się do judaizmu i faryzeizmu. Doceniam dobre intencje, którymi prawdopodobnie wspomniany wyżej autor kierował się przy nagrywaniu owego filmiku. Solidaryzuję się też z panem Witem w jego dziele zwalczania na polskiej prawicy wpływów liberalizmu i libertarianizmu. Nie mogę jednak pominąć milczeniem pewnych doktrynalnych błędów (a w zasadzie to nawet herezji) oraz przeinaczeń, których on się w tym filmie dopuścił. Niniejszym zamierzam wskazać, w czym pan Ludwik Wit błądzi.

    Podstawowym błędem pana Wita jest sugestia, iż nawet pośród tych Bożych przykazań, które zabraniają popełniania pewnych czynów, nie ma przykazań o charakterze bezwzględnym i absolutnym i każdy z tych moralnych zakazów może być złamany w imię okazania miłości naszym bliźnim. Autor kanału „Okiem tradycjonalisty” mówi wszak:

    Oczywiście przestrzeganie przykazań jest bardzo istotne i to zaznaczam. Natomiast nie są one prawem absolutnym, ponieważ w pewnych sytuacjach, gdzie miłość wymaga tego by któreś przykazanie warunkowo złamać to możemy je właśnie z miłości złamać.

    Pan Wit nie rozróżnia w tej swej wypowiedzi pomiędzy tzw. pozytywnymi przykazaniami (które nakazują czynienie czegoś – a od których owszem są pewne wyjątki), a tzw. negatywnymi przykazaniami, które zabraniają czynów wewnętrznie złych (np. cudzołóstwa, zabijania niewinnych, oszczerstwa, czczenia bożków) i od zakazu których nie ma absolutnie żadnych wyjątków (nawet w ekstremalnych okolicznościach). Na poparcie tego twierdzenia można przywołać wiele magisterialnych deklaracji Kościoła:

    „Błędna jest więc ocena moralności czynów ludzkich, biorąca pod uwagę tylko intencję, która ją inspiruje, lub okoliczności (środowisko, presja społeczna lub konieczność działania, itd.) stanowiące ich tło. Istnieją czyny, które z siebie i w sobie, niezależnie od okoliczności i intencji, są zawsze i bezwzględnie niedozwolone ze względu na ich przedmiot, jak bluźnierstwo i krzywoprzysięstwo, zabójstwo i cudzołóstwo. Niedopuszczalne jest czynienie zła, by wynikło z niego dobro (…) Okoliczności, a w tym także konsekwencje, są drugorzędnymi elementami czynu moralnego. Przyczyniają się one do powiększenia lub zmniejszenia dobra lub zła moralnego czynów ludzkich (np. wysokość skradzionej kwoty). Mogą one również zmniejszyć lub zwiększyć odpowiedzialność sprawcy (np. działanie ze strachu przed śmiercią). Okoliczności nie mogą same z siebie zmienić jakości moralnej samych czynów; nie mogą uczynić ani dobrym, ani słusznym tego działania, które jest samo w sobie złe” – Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 1753-1754, 1756.

    „(…) normy negatywne prawa naturalnego mają moc uniwersalną: obowiązują wszystkich i każdego, zawsze i w każdej okoliczności. Chodzi tu bowiem o zakazy, które zabraniają określonego działania semper et pro semper, bez wyjątku, ponieważ wyboru takiego postępowania w żadnym przypadku nie da się pogodzić z dobrocią woli osoby działającej, z jej powołaniem do życia z Bogiem i do komunii z bliźnim. Nikomu i nigdy nie wolno łamać przykazań, które bezwzględnie obowiązują wszystkich do nieobrażania w drugim człowieku, a przede wszystkim w samym sobie, godności osoby wspólnej wszystkim ludziom.  (…) Z drugiej strony fakt, że tylko przykazania negatywne obowiązują zawsze i w każdej sytuacji, nie oznacza, że w życiu moralnym zakazy są donioślejsze od obowiązku czynienia dobra, na który wskazują przykazania pozytywne. Ma to następujące uzasadnienie: przykazanie miłości Boga i bliźniego ze względu na swą pozytywną dynamikę nie wyznacza żadnej górnej granicy, określa natomiast granicę dolną, którą przekraczając człowiek łamie przykazanie. Ponadto, to co należy czynić w określonej sytuacji, zależy od okoliczności, których nie można z góry dokładnie przewidzieć; natomiast istnieją zachowania, które nigdy i w żadnej okoliczności nie mogą uchodzić za działania właściwe – to znaczy za zgodne z ludzką godnością. Wreszcie, jest zawsze możliwe, że przymus lub inne okoliczności mogą przeszkodzić człowiekowi w doprowadzeniu do końca określonych dobrych działań; nie sposób natomiast odebrać mu możliwości powstrzymania się od zła, zwłaszcza jeżeli on sam gotów jest raczej umrzeć niż dopuścić się zła. (…) Kościół zawsze nauczał, że nie należy nigdy popełniać czynów zabronionych przez przykazania moralne, ujęte w formie negatywnej w Starym i Nowym Testamencie (…). Dzięki świadectwu rozumu wiemy (…), że istnieją przedmioty ludzkich aktów, których nie można przyporządkować Bogu, ponieważ są one radykalnie sprzeczne z dobrem osoby stworzonej na jego obraz. Tradycyjna nauka moralna Kościoła mówi o czynach, które są „wewnętrznie złe”: są złe zawsze i same w sobie, to znaczy ze względu na swój przedmiot, a niezależnie od ewentualnych intencji osoby działającej i od okoliczności. Dlatego nie umniejszając w niczym wpływu okoliczności, a zwłaszcza intencji na moralną jakość czynu, Kościół naucza, że << istnieją akty, które jako takie, same w sobie niezależnie od okoliczności, są zawsze wielką niegodziwością ze względu na przedmiot>> (…) Jeśli czyny są wewnętrznie złe, dobra intencja lub szczególne okoliczności mogą łagodzić ich zło, ale nie mogą go usunąć: są to czyny nieodwracalnie złe, same z siebie i same w sobie niezdatne do tego, by je przyporządkować Bogu i dobru osoby (…). Tak więc okoliczności lub intencje nie zdołają nigdy przekształcić czynu ze swej istoty niegodziwego ze względu na przedmiot w czyn <<subiektywnie>> godziwy lub taki którego wybór można usprawiedliwić (…). Już w Starym Przymierzu spotykamy się z godnymi podziwu świadectwami wierności wobec świętego prawa Bożego, aż do dobrowolnego przyjęcia śmierci. Ich symbolem może być historia Zuzanny: dwaj niesprawiedliwi sędziowie, którzy grożą jej śmiercią ponieważ nie chce ulec ich nieczystym żądzom słyszą odpowiedź: << jestem w trudnym ze wszystkich położeniu. Jeżeli to uczynię, nie ujdę waszych rąk. Wolę jednak niewinna wpaść w wasze ręce , niż zgrzeszyć wobec Pana>> (Dn 13, 22-23). Zuzanna, która wolała <<niewinna wpaść>> w ręce sędziów, daje świadectwo nie tylko wiary i zaufania do Boga, ale także posłuszeństwa wobec prawdy i absolutnych wymogów porządku moralnego: swoją gotowością przyjęcia męczeństwa głosi, że nie należy czynić tego, co prawo Boże uznaje za złe, aby uzyskać w ten sposób jakieś dobro. Wybiera dla siebie lepszą cząstkę: przejrzyste, bezkompromisowe świadectwo prawdzie dotyczącej dobra oraz świadectwo Bogu Izraela; w ten sposób przez swoje czyny ukazuje świętość Boga. (…) Kościół ukazuje wiernym przykłady licznych świętych (…), którzy głosili i bronili prawdę moralną aż do męczeństwa, albo woleli umrzeć, niż popełnić choćby jeden grzech śmiertelny. Wyniósł ich do chwały ołtarzy , to znaczy kanonizował ich świadectwo i publicznie uznał za słuszne ich przekonanie, że miłość Boga każe bezwarunkowo przestrzegać Jego przykazań nawet w najtrudniejszych okolicznościach i nie pozwala ich łamać nawet dla ratowania własnego życia (…). Męczeństwo odrzuca jako złudne i fałszywe wszelkie ludzkie tłumaczenia, jakimi usiłowałoby się usprawiedliwić – nawet w wyjątkowych okolicznościach – akty moralnie złe ze swej istoty (…). wobec norm moralnych, które zabraniają popełniania czynów wewnętrznie złych, nie ma dla nikogo żadnych przywilejów ani wyjątków. Nie ma żadnego znaczenia, czy ktoś jest władcą świata, czy ostatnim <<nędzarzem>> na tej ziemi wobec wymogów moralnych wszyscy jesteśmy absolutnie równi (…) W określonych sytuacjach przestrzeganie Prawa Bożego może być trudne, a nawet bardzo trudne, nigdy jednak nie jest niemożliwe (…) Każdy z nas jest w stanie dostrzec, jak wielką wagę – nie tylko dla pojedynczych osób, ale dla całej społeczności – ma ponowne stwierdzenie powszechności i niezmienności przykazań moralnych, a w szczególności tych, które bez wyjątku i zawsze zakazują czynów wewnętrznie złych – Jan Paweł II, „Veritatis splendor”, n. 52, 76, 80 – 81, 91 – 93, 96, 102, 115.

    „W rzeczywistości (…) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny – a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka – nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw” –  Paweł VI, „Humanae vitae”, n. 14.

    Nie wiem, czy pan Ludwik Wit jako tradycjonalistyczny katolik jest gotów uznać słuszność przytoczonego powyżej „posoborowego” Magisterium, więc przytoczę jeszcze poniżej „przedsoborowe” wypowiedzi Urzędu Nauczycielskiego Kościoła:

    Żadne bowiem trudności nie mogą znieść prawomocności przykazań Bożych, zabraniających czynów z natury swej złych” –  Pius XI, „Casti connubii”.

    Fundamentalne obowiązki prawa moralnego opierają się na istocie i naturze człowieka, na jego podstawowych relacjach I dlatego obowiązują w przypadku każdego człowieka. Fundamentalne obowiązki prawa chrześcijańskiego w stopniu, w którym są one nadrzędne wobec prawa naturalnego, opierają się na istocie nadprzyrodzonego porządku ustanowionego przez Boskiego Zbawiciela. Z zasadniczych relacji między człowiekiem a Bogiem, człowiekiem a człowiekiem, mężem a żoną, rodzicami a dziećmi z zasadniczej wspólnoty relacji typowych dla rodziny, w Kościele i w Państwie wynika między innymi, że nienawiść do Boga, bluźnierstwo, bałwochwalstwo, porzucanie prawdziwej wiary, wyparcie się wiary, krzywoprzysięstwo, morderstwo, dawanie fałszywego świadectwa, oszczerstwo, cudzołóstwo i nierząd, przemoc małżeńska, samogwałt, kradzież i rabunek, odbieranie rzeczy niezbędnych do przeżycia, pozbawianie pracowników ich sprawiedliwej zapłaty (Jk 5,4), monopolizacja podstawowego pożywienia, niesprawiedliwe podwyżki cen, nieuczciwe bankructwo, niesprawiedliwe manewry spekulacyjne – wszystko to jest surowo zabronione przez Boskiego Prawodawcę. Nie są tu konieczne żadne badania. Niezależnie od sytuacji danej osoby, nie ma ona żadnego innego wyboru, jak tylko zachować posłuszeństwo. (…) Chrześcijanin nie może być nieświadomy faktu, że musi poświęcić wszystko, nawet własne życie, aby ocalić swoją duszę. Przypominają nam o tym wszyscy męczennicy. Męczenników jest bardzo wielu, również w naszych czasach. Matki Machabeuszy wraz ze swoimi synami święte Perpetua i Felicyta, wraz z ich nowo narodzonymi dziećmi; Maria Goretti i tysiące innych mężczyzn i kobiet, których czci Kościół – czy w obliczu sytuacji, w której się znaleźli, bezsensownie lub wręcz błędnie zaryzykowali krwawą śmierć? Nie, z pewnością nie, a w swojej krwi są oni najbardziej ewidentnymi świadkami prawdy przeciwko nowej moralności”.
    Pius XII, przemówienie Soyez les bienvenues do Katolickiej Światowej Federacji Młodych Kobiet, 18 kwietnia 1952 r., nr 11.

    Warto przy tym zauważyć, że również tradycjonalistyczne Bractwo św. Piusa X podziela tak przedsoborowe, jak i posoborowe nauczanie Kościoła o istnieniu czynów wewnętrznie złych, których nie ma się moralnego prawa popełniać nigdy i nigdzie, nawet w ekstremalnych okolicznościach:

    “(…) człowiek powinien raczej wybierać śmierć niż obrazę Boga poprzez choćby jeden popełniony świadomie grzech. (…) Można tolerować mniejsze zło, ale nigdy nie można go pozytywnie czynić. Oto nauka Kościoła! (…) Nie można dokonać choćby i najmniejszego grzechu w celu zbawienia nawet całego świata” – Biskup Bernard Tissier de Mallerais, “Komunikat Bractwa św. Piusa X” [1].

    Ktoś może powie, że w przytoczonych wyżej wypowiedziach Magisterium dosłownie jest tylko mowa o tym, że pewnych czynów nie wolno popełniać „nawet dla ratowania własnego życia”, nie ma tam zaś literalnych stwierdzeń, iż nie wolno ich czynić „nawet dla ratowania życia innych osób”. Ten argument jest jednak niezwykle łatwy do obalenia. Nawet jeśli nie ma tam dosłownych sformułowań o tym, iż pewnych rzeczy nie wolno robić „nawet dla ratowania życia innych osób”, to jest w Magisterium pełno i konsekwentnie powtarzanych wyrażeń do tego analogicznych typu, że owych czynów nie wolno popełniać „nigdy i nigdzie”, „w żadnych okolicznościach”, że są one zakazane „zawsze i wszędzie”, że od ich zakazu „nie ma żadnych wyjątków”, że nawet „dla najpoważniejszych przyczyn”; dla „zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw” nie ma się moralnego prawa ich dopuszczać. Ponadto, gdybyśmy mieli moralne prawo – dajmy na to np. cudzołożyć – by ocalić od śmierci innych niewinnych ludzi, to tym bardziej mielibyśmy prawo to robić, by ocalić od śmierci swoją własną osobę. W pewnym bowiem sensie, mamy prawo w pierwszym rzędzie troszczyć się o zachowanie własnych dóbr przed dobrami innych osób, np. nie mamy obowiązku ratować cudzego życia wówczas, gdy wiązałoby się to z wielkim ryzykiem narażenia swego własnego życia. Pozostając zatem na gruncie tradycyjnej moralistyki katolickiej, to gdyby można było popełniać wewnętrznie złe czyny dla ratowania innych ludzi, to, logicznie rzecz biorąc, tym bardziej można by to było czynić dla ratowania własnego życia. Tak jednak nie jest i nie będzie.

    Celną uwagę na temat znaczenia absolutnych przykazań moralnych wygłosił w jednej ze swych książek pan Benjamin Wiker i warto aby zwolennicy etyki sytuacyjnej wzięli ją sobie do serca:

    „Sugerując komuś, że niektóre czyny są w w swojej istocie tak złe i tak niemoralne, że nawet myślenie o nich kładzie się cieniem na naszej duszy, najczęściej otrzymujemy w odpowiedzi jakiś wymuszony uśmiech, po którym można się spodziewać wziętego na chybił trafił przykładu, który jakby zmusza siłą rzeczy do wyboru haniebnego czynu dla uniknięcia jeszcze bardziej okropnych konsekwencji. „A co jeśli terrorysta dałby ci do wyboru: jeśli nie zastrzelisz i nie obedrzesz ze skóry swojej babci, to my wysadzimy w powietrze Nowy Jork?” Oczywiście taka naiwna osoba zakłada, że jest bardziej moralne uratowanie całego miasta, nawet jeśli wymagałoby to zastrzelenia i obdarcia ze skóry naszej babci. U podstaw podobnego założenia leży oczywiście fakt, że nie ma czegoś takiego jak moralny absolut. Naiwni ludzie rzadko też są logiczni, bo jeśli rzeczywiście nie ma czynów z gruntu rzeczy niemoralnych, wówczas byłoby zasadne wysadzić w powietrze Nowy Jork, by uratować babcię”. 

    Benjamin Wiker, „Dziesięć książek, które zepsuły świat. Ponadto pięć innych, które temu dopomogły”, Warszawa 2008, s. 27-28.

    Podsumowując tę część naszych rozważań: owszem nie wszystkie Boże przykazania są absolutne. Te z owych przykazań, które mają charakter pozytywny, a więc coś nakazują, nie są absolutne i można ich nie wypełniać dla ważnych powodów. Na przykład, zasadniczo powinniśmy dawać biednym jałmużny, nie mniej jednak nie mamy zawsze takiego obowiązku, a czasami nawet nie powinniśmy tego robić. Podobnie, zasadniczo powinniśmy być posłuszni władzom cywilnym, ale istnieją od tego przykazania wyjątki. Nie mniej jednak istnieją też Boże przykazania, które zabraniają czynów wewnętrznie złych i od których zakazu nie ma żadnych, ale to żadnych wyjątków, nawet gdyby wydawało nam się, że ich złamanie będzie wyrazem miłości do bliźnich. Tak też, nie mamy moralnego prawa np. cudzołożyć, by ocalić niewinnego, czcić bałwany, by uchronić życie swoje i swych bliźnich, rozpowszechniać oszczerstw choćby i o naszych największych wrogach po to, by w ten sposób przynieść dobro naszemu narodowi.

    ***

    Pan Ludwik Wit sugeruje, iż miłość do bliźniego może w niektórych okolicznościach nakazywać popełnianie nawet tych czynów, które tradycyjna moralistyka katolicka uznaje za wewnętrznie złe. Jest to jednak fałszywy i niekatolicki dylemat. Papież Jan Paweł II tak odpowiadał na ową trudność:

    Kiedy apostoł Paweł stwierdza, że przykazanie miłowania bliźniego jak siebie samego stanowi wypełnienie całego prawa (por. Rz 13, 8 – 10), nie osłabia znaczenia przykazań, ale raczej je potwierdza, ukazuje bowiem ich wymogi i ich powagę. Miłość Boga i miłość bliźniego jest nieodłączna od zachowywania przykazań Przymierza odnowionego przez krew Chrystusa i przez dar Ducha Świętego. Chrześcijanie szczycą się tym, że słuchają raczej Boga niż ludzi (por. Dz 4, 19; 5, 29), co gotowi są poświadczyć nawet męczeństwem, jak to uczynili święci i święte Starego i Nowego Testamentu, którzy zasłużyli sobie na to miano, ponieważ woleli oddać życie raczej niż dokonać jakiegoś czynu sprzecznego z wiarą lub cnotą (…)” (Jan Paweł II, „Veritatis splendor”, n. 76).

    Nie jest więc tak, iż najwyższe przykazanie miłości może czynić dozwolonym coś, co w swej istocie jest zakazane i miłe Panu Bogu. Przeciwnie miłość do Pana Boga i bliźniego uzdatnia nas i umacnia do nienaruszania negatywnych zasad moralnych, choćby w najtrudniejszych okolicznościach.

    Wspomnę w tym miejscu, że perspektywa, jaką prezentuje na te kwestie pan Wit, bynajmniej nie jest tradycyjnie katolicka, ale jako żywo przypomina wywody jednego z twórców tzw. etyki sytuacyjnej anglikanina Josepha F. Fletchera.

    Człowiek ten w swej książce pt. „Situation Ethics. The New Morality” („Etyka sytuacyjna. Nowa moralność”) otwarcie negował istnienie absolutnych i bezwarunkowych zakazów moralnych. Wedle niego, ani kłamstwo, ani cudzołóstwo, ani mord niewinnego, jak również żaden z innych czynów, które tradycyjnie uważano za niemoralne ze swej natury, nie są złe w swej istocie i dlatego nie można ich traktować jako zawsze nieprawych i niedozwolonych. Zło i dobro takich aktów zależy, w mniemaniu Fletchera, od intencji i okoliczności im towarzyszących. Jeśli np. cudzołożymy, lub kłamiemy z miłości do innych bliźnich, to czyny te są dobre. Jeżeli jednak czynimy to z nienawiści, to wówczas są one złe. W ten sposób autor „Situation Ethics” zakwestionował też jedność pomiędzy najwyższym prawem miłości a pozostałymi Bożymi przykazaniami. O ile bowiem tradycyjne prawowierne chrześcijaństwo uznawało, iż miłość do Boga i bliźniego będzie nas prowadzić do absolutnego i bezwarunkowego przestrzegania moralnych zakazów, o tyle Fletcher twierdził coś zupełnie odwrotnego. Wedle niego miłość nieraz koliduje z Bożym prawem i dlatego są sytuacje, w których prawdziwie pojmowana miłość będzie wymagała złamania negatywnych norm moralnych.

    ***

    Pan Ludwik Wit w swej apologii etyki sytuacyjnej sięga po doświadczony sposób kwestionowania „absolutyzmu moralnego” i podaje przykład „Żydów w piwnicy”, których w czasie II wojny światowej należałoby chronić także za pomocą kłamstwa. Tak sformułowane stanowisko jest jednak niezgodne z wielowiekowym nauczaniem katolickim wyrażonym, chociażby w tych wypowiedziach:

    „Nie trzeba mniemać, iż kłamstwo nie jest grzechem, skoro posługuje na korzyść cudzą (…) Czy kłamstwo może kiedykolwiek nie być złem? Czy może kiedykolwiek być dobrem? (…) Powinniśmy nienawidzieć powszechnie wszelkiego rodzaju kłamstwa, ponieważ nie ma żadnego, które przeciwnym nie byłoby prawdzie. Podobnie jak nie masz zgody pomiędzy światłem a ciemnością, między religią a bezbożnością, zdrowiem a chorobą, życiem a śmiercią: tak też nie ma żadnej godziwej umowy między kłamstwem a prawdą. O ile ta jest dla nas drogą, o tyle kłamstwem brzydzić się powinniśmy. Ale oto jest człowiek niewinny, któremu trzeba ocalić życie, oświadczając wbrew prawdzie, że nie wiemy gdzie się ukrył. Czy powiedzielibyście to samo w obecności najwyższego Sędziego, któryby wam zadał to pytanie? Czyliż nie jest większą odwagą i cnotą odpowiedzieć: Nie będę ani donosicielem ani kłamcąBiskup Thagaste, imieniem Firmus wezwany imieniem cesarza, o wydanie człowieka, który się ukrywał u niego, odpowiedział śmiało, że nie chce ani kłamać, ani wydać nieszczęśliwego, woląc raczej wycierpieć najsroższe męki, niżeli uczynić to, czego wymagają po nim, lub powiedzieć fałsz. (…) Gdy nas przymuszają do kłamania z powodu zbawienia wiekuistego jakiej osoby, na przykład gdy idzie o udzielenie jej sakramentu chrztu świętego, do kogoż wtedy mam się uciec, jeżeli nie do ciebie; o prawdo święta? Ale czy prawda może pozwolić dopuścić się kłamstwa? (…) Nie uważane są za kłamstwa, pewne żarty, w których jawnie okazuje się ze sposobu, w jakim je wyrażamy, że nie mamy zamiaru oszukiwać, nawet mówiąc nieprawdę” (Św. Augustyn z Hippony) [2].

    „Unikajmy troskliwie wszelkiego rodzaju kłamstwa. Są wprawdzie kłamstwa lekkie: na przykład skłamać, aby ocalić życie bliźniemu swemu. Wszelako ponieważ powiedziane jest w Piśmie świętym: (Ks. Mądrości 1:11), tudzież (Ps 5: 5-6); nie masz żadnej wątpliwości, że każdy chrześcijanin, który pragnie przyjść do doskonałości, unikać powinien owych kłamstw usłużnych, stronić troskliwie od wszelkiego rodzaju skrytości, nawet w przypadku, o którym wspomnieliśmy, z obawy, iżby chcąc ocalić życie doczesne bliźniego, nie zaszkodzić dobru żywota duchownego (…)” (Papież św. Grzegorz Wielki)[3].

    „Nie wolno mówić kłamstwa, nawet by ocalić kogoś z jakiegokolwiek niebezpieczeństwa.” (Św. Tomasz z Akwinu).

    „Pismo św. Starego i Nowego Zakonu przestrzega nas przed kłamstwem. Czynią to i Święci, mówiąc, że nawet dla uratowania świata całego od zagłady nie należałoby kłamać. Choćby nawet przez kłamstwo można z piekła uwolnić potępionych i wprowadzić ich do nieba, nie wolnoby nam było tego uczynić. (…) Choćbyśmy mogli kogoś uchronić od śmierci kłamstwem, nie wolnoby go popełnić. (…) Dla ocalenia życia i majątku nie wolno zasmucać Boga, bo życie i majątek trwają do czasu, a Bóg i szczęśliwość duszy trwać będą na wieki” (Św. Jan Maria Vianney) [4].

    „Nigdy nie można kłamać, ani w żartach, ani dla własnej korzyści, ani dla korzyści kogoś innego, gdyż kłamstwo zawsze jest złem samym w sobie” (Katechizm św. Piusa X) [5].

    Dobra intencja (np. pomoc bliźniemu) nie czyni dobrym, ani słusznym zachowania, które samo w sobie jest nieuporządkowane (jak kłamstwo czy złorzeczenie). Cel nie uświęca środków (…) Kłamstwo jest ze swej natury godne potępienia. Jest profanacją słowa, które ma za zadanie komunikować innym poznaną prawdę. Dobrowolny zamiar wprowadzenia bliźniego w błąd przez wypowiedzi sprzeczne z prawdą narusza sprawiedliwość i miłość. Wina jest jeszcze większa, gdy intencja oszukania może mieć zgubne skutki dla tych, których odwraca od prawdy” (Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 1753; 2485) [6].

    Owszem, mniejszość teologów katolickich akceptuje tzw. zastrzeżenie domyślne w ramach, którego uważa się za dozwolone posługiwanie się pewnymi wyrażeniami dwuznacznymi, a czasami nawet nieprawdziwymi, o ile okoliczności czasu i miejsca pozwalają odbiorcy takich sformułowań łatwo domyśleć się, że nie ma on do czynienia z dosłownie prawdziwą informacją. Jednak i ci teolodzy nie nazywają tego kłamstwem, jednocześnie podtrzymując tradycyjne twierdzenie o tym, że uciekanie się do kłamstwa jest zawsze moralnie niedozwolone. Autor „Okiem tradycjonalisty” być może zdaje sobie sprawę z różnic pod względem bardziej szczegółowej definicji kłamstwa, które funkcjonowały w tradycyjnej moralistyce katolickiej, nie mniej jednak nic o nich nie wspomina i w swym filmiku po prostu potępia absolutny zakaz kłamstwa. Jest heretyckim sposobem mówienia mylenie kłamstwa z zastrzeżeniem domyślnym, tak jak heretyckim sposobem mówienia jest nazywanie kościelnych stwierdzeń nieważności mianem „kościelnych rozwodów”. Poza tym, gdyby pan Wit przychylał się do tej łagodniejszej definicji kłamstwa (która nie nazywa kłamstwem świadome mówienie nieprawdy w pewnych szczególnych okolicznościach), to i tak powinien mieć jako tradycyjny katolik szacunek dla bardziej rygorystycznej definicji kłamstwa, która historycznie była podtrzymywana przez większość teologów katolickich (w tym przez św. Augustyna i św. Tomasza z Akwinu). Jeszcze innymi słowy: pan Wit może twierdzić, iż świadome powiedzenie nieprawdy w sytuacji przysłowiowych już „Żydów w piwnicy” nie było kłamstwem, ale nie może on utrzymywać, że kłamstwo jest kiedykolwiek dozwolone. Jeśli używa on takiej terminologii, to wykracza tym samym poza granice katolickiej prawowierności. Poza tym autor „Okiem tradycjonalisty” powinien z szacunkiem odnosić się do tych, którzy twierdzą, że takie zachowanie byłoby kłamstwem i w związku z tym byłoby zakazane. Niestety u pana Wita okazywania takiego szacunku wobec tej bardziej „rygorystycznej” definicji kłamstwa nie widać. Sam osobiście, przychylam się do twierdzenia, iż wspomniane zachowanie nie byłoby jednak kłamstwem, nie mniej jednak szanuję pogląd tych, którzy twierdzili inaczej i zdaję sobie sprawę z tego, że moja opinia historycznie rzecz biorąc sytuowała się pośród mniejszości katolickich teologów.

    ***

    Nie za bardzo wiem, co pan Ludwik Wit ma na myśli, mówiąc, iż zwolennicy tradycyjnego absolutyzmu moralnego traktują niczym „prawo” wypowiedzi tych świętych pańskich, którzy aprobowali udział w wojnie sprawiedliwej. Jak dla mnie to jest bardzo dziwne sformułowanie i odnoszę wrażenie, że pan Wit próbuje tutaj włożyć własne wyobrażenia o sposobie myślenia zwolenników moralnego absolutyzmu w ich głowy. Osobiście, akceptuję ideę wojny sprawiedliwej dlatego, że jest ona wyrażona na kartach Pisma świętego oraz Magisterium Kościoła i owszem można ją traktować jako wyraz miłości do swych bliźnich (choćby tych słabych oraz bezbronnych, których trzeba zbrojnie bronić przed niesprawiedliwą napaścią). Przy tej okazji pozwolę sobie zauważyć, że autor „Okiem tradycjonalisty” ponownie wydaje się nie widzieć ważnych rozróżnień obecnych w tradycyjnym nauczaniu katolickim odnoszącym się do Piątego Przykazania. Mówi on bowiem tak, jakby zabijanie niesprawiedliwych napastników było wyjątkiem od tego przykazania. Tymczasem Piąte Przykazanie w absolutny sposób zakazuje bezpośredniego i zamierzonego zabijania niewinnych osób – nie zaś wszelkiego zabijania złoczyńców. I także na wojnie sprawiedliwej zakazane jest takie bezpośrednie zabijanie niewinnych – choćby i za jego pomocą można by ocalić jeszcze większą liczbę niewinnych ludzi.

    ***

    Co do sugestii, jakoby zwolennicy tradycyjnego absolutyzmu moralnego w swym spojrzeniu na te sprawy naśladowali żydów, to również się pan Ludwik Wit tu się myli. Błędem faryzeuszy było rygorystyczne spojrzenie na niektóre z przykazań, które nie miały w Bożym zamiarze mieć charakteru rygorystycznego. I tego typu przykazaniem był starotestamentowy nakaz święcenia soboty (por Mk 2, 23-28). Z drugiej strony faryzeusze potrafili być zbyt łagodni jeśli chodzi o przestrzeganie innych przykazań (patrz: Mt 15, 3-6). Nasz Pan Jezus Chrystus nie ganił też dokładnie wszystkiego czego nauczali faryzeusze, ale potrafił nawet wzywać do okazywania posłuszeństwa ich nauczaniu z jednej strony przy jednoczesnym unikaniu naśladowania ich uczynków z drugiej (patrz: Mt 23, 1-3). Ponadto o ile Pan Jezus wskazywał na to, iż faryzeusze zbyt rygorystycznie traktowali Boże przykazanie świętowania szabatu, to nie czynił takich uwag w stosunku do wielu z innych przykazań. Biorąc zaś pod uwagę okoliczności kulturowe i historyczne, w których przyszło na tej ziemi działać Jezusowi to wszak nie trudno sobie wyobrazić tym podobnych Jego uwag w odniesieniu do rzekomo zbyt rygorystycznego traktowania dajmy na to Bożego przykazania zakazującego cudzołóstwa i innych nieczystych występków. Wszak, niegdyś kobiety pozbawione opieki mężczyzn były nieraz „zmuszane” przez życie do uprawiania prostytucji – w przeciwnym razie mogła im nawet grozić śmierć głodowa. Czy jednak widzimy na kartach Ewangelii Jezusa sugerującego, iż wolno uprawiać prostytucję wówczas, gdy jest to konieczne do przeżycia? Czy kobiecie przyłapanej na cudzołóstwie (być może również prostytucji) Pan nasz Jezus Chrystus rzekł „Jeśli będziesz to czyniła po to by nie zginąć z głodu, to możesz to robić. Wszak nie człowiek jest dla Prawa, ale Prawo dla człowieka„? Oczywiście, Chrystus Pan nie przekładał narracji użytej przez siebie w odniesieniu do kwestii zasięgu obowiązywania przykazania święcenia szabatu do wszystkich innych przykazań. Co więcej, Pan Jezus Chrystus sugerował również, że pewnych rzeczy nie wolno czynić nawet dla ratowania własnego życia (Mt 10, 21-23), a w całym Piśmie świętym mamy przykłady oddanych Bogu mężczyzn i niewiast, którzy byli gotowi ponieść męczeńską śmierć niż złamać pewne z Bożych przykazań (np. Zuzanna – Dn 13: 22 – 23; Trzej hebrajscy młodzieńcy – Dn 3: 17 – 18; Matka i jej siedmiu synów – 2 Mch 7). Wszystkie te i tym podobne historie biblijne nie zostały spisane na próżno, ale Duch Święty natchnął autorów Pisma św. do ich utrwalenia po to by nas zbudować, poprawić i wychować ku prowadzeniu cnotliwego oraz sprawiedliwego życia (por. 2 Tm 3, 16).

    Konkluzja jaka więc się w tym miejscu nasuwa jest taka, iż pan Ludwik Wit na własną rękę interpretuje Pismo święte, tak wyrywając jego niektóre fragmenty z szerszego kontekstu, jak i wykładając je wbrew powszechnemu i zwyczajnemu nauczaniu Kościoła.

    Wracając zaś jeszcze do judaizmu to zakres przykazań, których nie wolno łamać nawet dla ratowania swojego życia jest w tej religii węższy niż w katolicyzmie i są nimi tylko trzy zakazy (bałwochwalstwa, cudzołóstwa i morderstwa), Tymczasem w katolicyzmie tego rodzaju czynów jest znacznie więcej. W jednym tylko cytowanym już powyżej przemówieniu Pius XII wymienia ich 21 (lub 22 – zależy jak liczyć).

    ***

    Cała sprawa z filmikiem pana Ludwika Wita jest zatem więcej niż dziwaczna. W swej opinii chce on więc bronić tradycyjnych katolików przed mającymi im zagrażać „judaizacją” i faryzejskim spojrzeniem na moralność, ale sam popada przy tym w herezje głoszone przez jednego z anglikańskich uczonych (wspomnianego wyżej Josepha F. Fletchera), którego tezy były niejednokrotnie odrzucane przez tak „przedsoborowe” jak i „posoborowe” Magisterium Kościoła. Autor kanału „Okiem tradycjonalisty” wypowiada się tak, jakby chronił prawdziwą wizję katolickiej moralności, a jednocześnie wydaje się nie mieć kompletnego pojęcia o jednej z podstawowych kategorii katolickiej doktryny moralnej, czyli prawdzie zakładającej istnienie czynów wewnętrznie złych, a przez to zawsze oraz wszędzie zakazanych.

    I powtarzam niniejszym, że pan Wit głosi w tym swym filmiku przynajmniej materialnie heretyckie tezy. Kwestionowanie wielowiekowego oraz powszechnego nauczania Kościoła w sprawach moralności również bowiem stanowi materię herezji.

    Przyjrzymy się bowiem znaczeniu, w jakim herezję określa choćby kanon 751 Kodeksu Prawa Kanonicznego. Jest tam mowa o tym, iż herezję stanowi odrzucanie bądź poddawanie w wątpliwość nauki, w którą należy wierzyć „wiarą Boską i katolicką”. Sobór Watykański I z kolei w rozdziale trzecim konstytucji „Dei Filius” przypomina:

    „Wiarą Boską i katolicką należy wierzyć w to wszystko, co jest zawarte w słowie Bożym pisanym lub podanym i co Kościół jako objawione od Boga do wierzenia podaje bądź uroczystym wyrokiem, bądź też w zwyczajnym i powszechnym nauczaniu”.

    Z połączenia tych dwóch wypowiedzi wynika więc, iż herezją jest kwestionowanie nauki, którą Kościół podaje do wierzenia za pośrednictwem swego uroczystego bądź też zwyczajnego i powszechnego nauczania. A Magisterium Kościoła uczy o tym, że objawione przez Boga zostały nie tylko pewne prawdy stricte religijne, ale do kategorii tej należą też zasady moralnego postępowania. Przedmiotem zaś powszechnego i zwyczajnego nauczania Kościół katolickiego jest istnienie czynów bezwzględnie zakazanych i wewnętrznie złych. Jak uczył Jan Paweł II:

    Istnienie szczegółowych norm moralnych odnoszących się do działania człowieka w świecie, których moc obowiązywania zawsze i w każdych okolicznościach wyklucza istnienie wyjątków, stanowi przedmiot odwiecznej nauki Tradycji i Magisterium Kościoła. Nauka ta nie może zostać poddana w wątpliwość przez teologa katolickiego” (Przemówienie z dń. 12. XII 1988 r.)

    W wielokrotnie już tu cytowanej encyklice „Veritatis Splendor” Jan Paweł II przypominał też, iż Kościół „zawsze” występował przeciw moralności sytuacjonistycznej.

    Co więcej zaś, można podać przykłady konkretnych wypowiedzi Magisterium Kościoła, w których pewne błędne wypowiedzi odnoszące się do postępowania na płaszczyźnie moralnej zostały zakwalifikowane jako właśnie „heretyckie”.

    I tak np. Sobór w Konstancji potępił następujący pogląd:

    „Każdy tyran może i powinien, w sposób dozwolony i słusznie, zostać zgładzony przez jakiegokolwiek swego wasala czy poddanego, także przy użyciu zasadzki, fałszywego pochlebstwa czy udawania miłości, bez względu na złożoną mu przysięgę albo zawarte z nim przymierze, bez czekania na wyrok czy polecenie jakiegokolwiek sądu” (Patrz: Sesja XVII, V, 2).

    Ojcowie tego soboru uzasadnili napiętnowanie owego poglądu, w taki oto sposób:

    Pragnąc przeciwstawić się temu błędowi i usunąć go z korzeniami, święty synod, po dojrzałym namyśle ogłasza, orzeka i ustala, że doktryna tego rodzaju jest błędna w wierze i z punktu widzenia obyczajów, odrzucają i potępia jako heretycką, gorszącą, wywołującą niepokój i otwierającą drogę dla fałszu, oszustwa, kłamstwa, zdrady i wiarołomstwa. Ponadto ogłasza, orzeka i określa, że ci, którzy z uporem podtrzymują tę najbardziej zgubną doktrynę, są heretykami i jako tacy powinni być karani według prawnych sankcji kanonicznych.” (Patrz: Sesja XVII, V, 3, podkreślenia moje – MS).

    Z kolei Sobór w Vienne tak wypowiedział się na temat tych, którzy broniliby uprawiania lichwy:

    (…) Jeśli ktoś popadłby w taki błąd, że śmiałby z uporem twierdzić, iż uprawianie lichwy nie jest grzechem, postanawiamy, że powinien być ukarany jako heretyk, przy czym zobowiązujemy stanowczo miejscowych ordynariuszy i inkwizytorów niegodziwości herezji, aby występowali przeciw oskarżonym lub podejrzanym o tego rodzaju błąd tak samo, jak nie wahają się występować przeciw oskarżonym lub podejrzanym o herezję.” (podkreślenie moje – MS).

    Kongregacja Nauki Wiary zaś w dokumencie o nazwie „Wyjaśnienie doktrynalne dotyczące końcowej części formuły <Wyznania wiary>” z dnia 29. 06. 1998 roku prawdę nauczania katolickiego głoszącą, iż: „bezpośrednie i umyślne zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej jest niezwykle poważnym wykroczeniem moralnym” zaliczała do rzędu tych prawd, które:

    „(…) powinny być przez wszystkich wierzących przyjęte z wiarą teologalną. Dlatego gdyby ktoś uporczywie podawał je w wątpliwość lub odrzucał, podlegałby cenzurze herezji, zgodnie z odnośnymi kanonami Kodeksów kanonicznych”.

    Nawet jeśli więc sytuacjonistyczna doktryna nie jest nazywana wprost mianem „heretyckiej”, to jasno wynika to z nauczania Magisterium. Odrzucanie nauki Kościoła, która w imię Jezusa jest „odwieczna” i była głoszona „zawsze” bezapelacyjnie stanowi herezję. Ergo, pan Ludwik Wit dopuścił się w swym filmiku głoszenia herezji – prawdopodobnie materialnej herezji, gdyż wynikającej z jego głębokiej niewiedzy odnośnie tego, co Magisterium Kościoła tradycyjnie głosiło na temat istnienia czynów wewnętrznie złych. W tym swym artykule wyłożyłem panu Witowi tę odwieczną doktrynę, a jeśli obawiając się, że pod wpływem jego lektury musiałby on zmienić swe zdanie na ten temat, nie przeczyta go nawet, to jego niewiedza może już nabrać charakteru zawinionego, a przez to zbliżającego go wówczas do popełnienia kanonicznego przestępstwa herezji formalnej.

    Mirosław Salwowski

    Źródło załączonego do tekstu obrazka: https://www.youtube.com/watch?v=vmBcWvynU48

    Przypisy:

    1. Cytat za: Zawsze Wierni, nr. 11/ 1996, s. 5.

    2. Cytat za: Ks. Ambroży Guillois, „Wykład historyczny, dogmatyczny, moralny, liturgiczny i kanoniczny wiary katolickiej”, Wilno 1863, s. 382, 380.
    3.  Cytat za: Ks. Ambroży Guillois, jw., s. 384.

    4. Cytat za, Bł. X. Jan Marya Vianney, „Kazania niedzielne i świąteczne”, Lwów 1906, tom I, s. 138 – 139, 140 – 141.

    5. Cytat za: „Katechizm św. Piusa X. Vademecum katolika„, Sandomierz 2006, s. 109.

    6. Cytat za: „Katechizm Kościoła Katolickiego„, Poznań 2002, s. 425; 568.

  8. Jeszcze 3 uwagi o cielesnym karceniu chłopców

    Możliwość komentowania Jeszcze 3 uwagi o cielesnym karceniu chłopców została wyłączona

    W swym poprzednim tekście skupiłem się na obronie biblijnego i tradycyjnie chrześcijańskiego podejścia do karcenia cielesnego dzieci (a zwłaszcza chłopców). Choć zawarłem w nim wiele spostrzeżeń i uwag tyczących się tego problemu, w międzyczasie uświadomiłem sobie, że pewne jego aspekty nie zostały tam albo wcale poruszone, albo też nie uczyniłem tego w dostateczny sposób. Tytułem zatem dopowiedzenia, w niniejszym artykule chciałbym dodać jeszcze trzy uwagi do mego poprzedniego tekstu.

    Po pierwsze zatem: zaznaczam, iż nie jest moją intencją pochwalanie czy namawianie do łamania obowiązującego w naszym kraju prawa tyczącego się zakazu cielesnego karcenia dzieci. Korzystam jednak ze swego konstytucyjnego prawa do wolności słowa i wolności wyrażania przekonań religijnych, w efekcie czego poddaję krytyce owo prawo, jako przesadne oraz niesprawiedliwe, które dobrze byłoby znieść. Nie mówię zatem ani nie sugeruję rodzicom: „Dawajcie klapsy swym chłopcom, nawet jeśli jest to nielegalne” ale sugeruję im raczej: „Dążcie do zmiany niesprawiedliwego prawa, które w sposób wręcz absolutny zakazuje cielesnego karcenia dzieci„.

    Po drugie: często jako argument przeciw cielesnemu karceniu dzieci wysuwane jest twierdzenie, iż takowe uczy, że silniejszy może bić słabszego. Tymczasem karcenie cielesne ma przede wszystkim uświadamiać karconemu powagę pewnych złych zachowań. A to, że ktoś karany może być słabszy od wykonującego karę, nie jest decydującym argumentem przeciw. Pojedynczy złoczyńcy też są słabsi od aparatu państwowego, który ich poddaje represji. Kiedy zaś jakiś słabowity gwałciciel dostanie lanie od umięśnionego sportowca o 2 metrach wysokości, to też nie znaczy, że mu się to lanie nie należało, mimo że przecież w tej konfrontacji fizycznej to on był słabszą stroną.

    Po trzecie: choć argument z badań i dociekań naukowców i tak jest drugorzędny w stosunku do Pisma świętego (naukowcy nie są nieomylni, za to Biblia jest nieomylna), to warto by podrążyć temat w kierunku przyjrzenia się temu, jaką metodologię w swych badaniach na temat kar cielesnych przyjęli naukowcy? Można bowiem domniemywać, że zdecydowana większość z tych rodziców, którzy stosowali lub stosują takie formy karcenia, czyni to w nieprawidłowy sposób. A więc np. policzkuje swe dzieci, krzyczy na nie, wulgarnie je wyzywa. Tego rodzaju cielesne karcenie jest nadużyciem i nie ma co się dziwić, że dziecko mu poddawane będzie w przyszłości bardziej agresywne, emocjonalne, nadpobudliwe czy niesprawiedliwe w swych relacjach z bliźnimi. Mimo to jednak, jak mówi jedna z tradycyjnych sentencji: „Nadużycie nie znosi prawidłowego użycia„. Tytułem analogii: jeśli większość ludzi pijących alkohol upija się nim, to nie znaczy, że nie istnieją prawidłowe sposoby korzystania z alkoholu – a więc te, które naznaczone są umiarem i ostrożnością. Jeśli by zatem nawet 99 procent z rodziców stosujących cielesne karcenie czyniło to w sposób nieprawidłowy, to nie znaczy, że kary cielesne są wewnętrznie złe. Być może zatem psycholodzy i pedagodzy koncentrowali się na tych (domniemanych) 99 procentach rodziców, ignorując ów 1 procent z nich, którzy stosowali przysłowiowe klapsy w dobry sposób. Gdyby tak miało miejsce, to nie należałoby wtedy się dziwić, że owym naukowcom wychodziłoby wyniki sugerujące, iż wszelkie kary cielesne są zawsze i wszędzie szkodliwe. Tego rodzaju wnioski czy sugestie wynikałby jednak wtedy z przyjęcia błędnej metodologii owych badań i dociekań. Jednak nawet gdyby naukowe badania w dostateczny sposób uwzględniały ów domniemany 1 procent rodziców to i tak nie byłyby one nieomylne, a nad ich powagą stałby autorytet samego Boga, który przez swych proroków pochwalił cielesne karcenie chłopców.

    Mirosław Salwowski

  9. O różnicy pomiędzy bezpośrednim a pośrednim zabiciem niewinnego

    Możliwość komentowania O różnicy pomiędzy bezpośrednim a pośrednim zabiciem niewinnego została wyłączona

    Tradycyjne katolickie nauczanie (potwierdzone również przez Jana Pawła II) na temat absolutnego zakazu aborcji jest z pewnością bardzo trudne do zaakceptowania. Jego logiczną konkluzję stanowi bowiem stwierdzenie, iż nawet w celu ratowania życia matki nie ma się moralnego prawa w bezpośredni sposób dokonać aborcji. Tę konkluzję jasno zresztą wyraził papież Pius XII w przemówieniu do uczestników kongresu „Katolickiej Włoskiej Unii Położnych”, który odbył się 29 października 1951 roku:

    Oprócz tego każdy ludzki byt, także dziecko w macierzyńskim łonie, ma prawo do życia <<bezpośrednio>> od Boga, nie od rodziców, ani też od jakiegokolwiek społeczeństwa lub ludzkiej władzy. Tak więc nie ma żadnego człowieka, żadnej ludzkiej władzy, żadnej wiedzy, żadnego medycznego, eugenicznego, społecznego, ekonomicznego, moralnego <<wskazania>>, które mogłoby przedłożyć lub dać ważny tytuł prawny dla <<bezpośredniej>> postanowionej dyspozycji nad niewinnym życiem ludzkim, tzn. dyspozycję, która dążyłaby do jego zniszczenia zarówno jako cel, bądź jako środek do innego celu, samego z siebie być może w żaden sposób nie niewłaściwego. W ten sposób, np. uratować życie matki jest najszlachetniejszym celem; lecz bezpośrednie zabicie dziecka jako cel do tego środka nie jest dozwolone ( Patrz: AAS 43/1951/838. Cytat za: O. Henryk Ćmiel OSPPE, „Teologia moralna szczegółowa. Podręcznik dla studentów teologii”, Częstochowa 2013, s. 736 -737).

    Uroczyste i nieomylne potępienie wszelakiej bezpośredniej aborcji ogłosił zaś Jan Paweł II w encyklice „Evangelium Vitae”:

    „mocą władzy, którą Chrystus udzielił Piotrowi i jego Następcom, w komunii z Biskupami — którzy wielokrotnie potępili przerywanie ciąży, zaś w ramach wspomnianej wcześniej konsultacji wyrazili jednomyślnie — choć byli rozproszeni po świecie — aprobatę dla tej doktryny — oświadczam, że bezpośrednie przerwanie ciąży, to znaczy zamierzone jako cel czy jako środek, jest zawsze poważnym nieładem moralnym, gdyż jest dobrowolnym zabójstwem niewinnej istoty ludzkiej. Doktryna ta, oparta na prawie naturalnym i na słowie Bożym spisanym, jest przekazana przez Tradycję Kościoła i nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne. Żadna okoliczność, żaden cel, żadne prawo na świecie nigdy nie będą mogły uczynić godziwym aktu, który sam w sobie jest niegodziwy, ponieważ sprzeciwia się Prawu Bożemu, zapisanemu w sercu każdego człowieka, poznawalnemu przez sam rozum i głoszonemu przez Kościół” (tamże, n. 62).

    Wielu współczesnych katolików, najprawdopodobniej po to, aby ominąć katolicką doktrynę na ten temat powołuje się na regułę podwójnego skutku (nauczaną przez teologów moralnych). Mówiąc w skrócie: reguła ta zakłada, iż jeśli pośrednim efektem jakiegoś dobrego lub neutralnie moralnego działania będzie coś złego, to dla odpowiednio słusznych przyczyn można coś takiego uczynić. Oczywiście, zasada podwójnego skutku nie aprobuje popełniania czynów wewnętrznie złych w celu osiągania dobrych rezultatów, jedynie katolicy którzy powołują się na nią w kontekście ratowania życia ciężarnej matki przez często swój brak precyzji sprawiają wrażenie, jakoby w tej zasadzie właśnie o to chodziło. Innymi słowy, sprawiają oni wrażenie, jakoby zasada podwójnego skutku poprzez odpowiednio dobre intencje i dobre cele przemieniała coś, co normalnie zaliczylibyśmy do „bezpośredniej aborcji” w zaledwie „pośrednią aborcję”. Tak jednak nie jest, co spróbuję poniżej wytłumaczyć na dwóch praktycznych przykładach.

    Ratowanie życia ciężarnej matki poprzez wzięcie szczypców i wyrywanie zeń kawałek po kawałku znajdującego się w jej organizmie ciała nienarodzonego dziecięcia, nie jest żadnym zastosowaniem zasady „podwójnego skutku”, ale stanowi akt zamierzonego i bezpośredniego zabicia nienarodzonego dziecięcia. Jest to działanie wewnętrznie złe, do którego nie ma się nigdy moralnego prawa, chociaż można domniemywać łagodniejszą odpowiedzialność moralną za jego popełnienie, gdyż cel jest dobry (aczkolwiek środek do tego celu niegodziwy) i intencje są dobre, a okoliczności ekstremalne. Zgodne z zasadą „podwójnego skutku” jest z kolei np. usunięcie nowotworowego guza z organizmu ciężarnej kobiety, nawet jeśli jego przewidywanym skutkiem może być/lub będzie śmierć nienarodzonego dziecięcia. Takie działanie nie jest bowiem aktem zamierzonego i bezpośredniego zabicia dziecka w celu ratowania matki, gdyż jego specyfika polega na czymś zupełnie innym. Tu celem „ataku” nie jest niewinne dziecię, które ma być zamordowane po to by ktoś inny miał żyć – tu celem „ataku” jest guz nowotworowy, a ubocznym skutkiem jego likwidacji może być/będzie śmierć niewinnego.

    Można to porównać do sytuacji, w której żołnierze/policjanci strzelają do terrorystów przetrzymujących zakładników. Nawet jeśli jest duże prawdopodobieństwo czy pewność, że w wyniku takiego strzelania na 100 zakładników od zbłąkanych kul zginie 1 czy 2 zakładników to strzelanie do terrorystów będzie tu nadal zgodne z zasadą podwójnego skutku. Ale już np. bezpośrednie zastrzelenie dajmy na to niewinnego dziecka (np. przez zamierzony z góry strzał w jego głowę czy serce), po to by można było ocalić od śmierci 100 innych niewinnych dzieci, nie będzie żadnym działaniem zgodnym z zasadą „podwójnego skutku”, ale będzie działaniem wewnętrznie złym. Owszem będzie to działanie w pewnym sensie zrozumiałe, co do którego można będzie przyjąć domniemanie łagodniejszej odpowiedzialności moralnej. Niemniej jednak nie będzie to działanie, do którego ma się kiedykolwiek moralne prawo.

    Mirosław Salwowski

    Przeczytaj też:

    Na czym polega reguła podwójnego skutku?

    Czy jest dopuszczalne usunięcie ciąży pozamacicznej?

    Czy dozwolona jest aborcja w sytuacji zagrożenia życia matki?

  10. Ogień piekielny jest rzeczywisty, a nie tylko metaforyczny

    Leave a Comment

    Pismo święte wielokrotnie i w jasnych słowach opisuje piekło jako miejsce i rzeczywistość, w których to będzie  „nieugaszony ogień„, (Mk 9, 47),  potępieni  będą wrzuceni  do „jeziora gorejącego siarką” (Ap 21, 8), „pójdą na wieczną mękę” (Mt 25, 46), gdzie  „będą cierpieć katusze we dnie i w nocy na wieki wieków„(Ap 20, 10), „Pan Wszechmocny ich ukarze w dzień sądu, ześle w ich ciało ogień i robactwo, i jęczeć będą z bólu na wieki” (Jdt 16, 17). Biblia mówi też, iż w piekle „robak nie umiera, a ogień nie gaśnie” (Mk 9, 47 – 48); „Pan Jezus (przyjdzie) z aniołami swojej potęgi w płomienistym ogniu, wymierzyć karę tym, którzy Boga nie uznają i nie są posłuszni Ewangelii Pana naszego Jezusa” (2 Tes 1, 7-8) zaś „plewy (czyli zatwardziali grzesznicy – przyp. moje MS) będą spaleni w ogniu nieugaszonym” (Łk 3, 17).

    Niczym więc dziwnym nie jest, że przez wiele wieków chrześcijanie rozumieli piekło, jako miejsce, „w którym grzesznicy smażą się w ogniu„.  Jak to zostało ujęte w jednym z popularnych podręczników nauki katolickiej:

    Kara zmysłów polega przede wszystkim na ogniu będącym fizyczną męką potępieńców (…) Chodzi tu zatem o prawdziwy, realny ogień, nie metaforyczny, podtrzymywany i podsycany mocą Bożą. Ten ogień działa na szatana i na dusze odłączone od ciała; po sądzie ostatecznym będzie dręczyć dusze i ciała” [1].

    Taka tradycyjna i dosłowna interpretacja piekła zaczęła się zmieniać w XIX wieku, kiedy to najpierw Adwentyści Dnia Siódmego, a później Świadkowie Jehowy zaczęli twierdzić, iż zadawanie wiecznych mąk choćby i zatwardziałym grzesznikom nie zgadza się z miłosiernym charakterem Boga, dlatego też coś takiego nie może być prawdą. Tego rodzaju myślenie w końcu zaczęło też być popularne i wśród katolików, którym co prawda nie wypadało wprost zanegować czegoś, co w końcu jest jednym z nieomylnie ogłoszonych dogmatów wiary katolickiej (a więc istnienia wiecznego piekła) jednak zaczęli oni – w imię swojego pojmowania miłosierdzia Boga – na różne sposoby łagodzić i osładzać pojmowanie natury wiecznego potępienia. Jedną zaś z metod owego „osładzania” piekła jest popularne twierdzenie, iż  jasne słowa Pisma świętego o „wiecznych ogniu” i tym podobnych karach dla złoczyńców nie mogą być odczytywane dosłownie i są tylko symbolami oraz metaforami innej, też przykrej, bolesnej i smutnej, ale nie odczuwalnej na płaszczyźnie zmysłowo-cielesnej rzeczywistości. Podkreśla się przy tym, że piekło będzie polegało na odłączeniu od Boga, a nie mękach, które będą odczuwane przez nasze zmysły i ciało (wówczas, gdy ono zmartwychwstanie).

    Co można odpowiedzieć na tego rodzaju twierdzenia i interpretacje? Cóż, patrząc na nie od strony tylko zdroworozsądkowej i racjonalnej, na ich przykładzie widać, jak podkreślanie pewnych prawdziwych elementów nauki o piekle (a więc prawdy o tym, że główną karą wiecznego potępienia będzie utrata Pana Boga na zawsze) połączone z lekceważeniem bądź negowaniem innych prawd na ten temat, praktycznie rzecz biorąc uspokaja i zwodzi tych, którzy swym życiem pędzą ku zatraceniu. Cóż bowiem oznacza powiedzenie jakiemuś wielkiemu grzesznikowi, któremu bardzo dobrze się powodzi na tym świecie: „Stracisz Boga na wieczność„? W wielu wypadkach jegomość taki odpowie: „To świetnie! Radzę sobie bez Boga na tym świecie doskonale: pełno mam kasy, samochodów i panienek. Kiedy pójdę do piekła, to bez Boga będę tam wiecznie imprezować ze swymi kumplami„. I nie ma co się łudzić, że ogrom ludzi tak myślących w końcu przejmie się pustką i bezsensem kryjącym się za takim wartościowaniem swego ziemskiego życia. Realistycznie rzecz ujmując, trzeba bowiem powiedzieć, iż różne doczesne uciechy mogą dość mocno zagłuszyć wyrzuty sumienia oraz tęsknotę za życiem pełnym głębszego sensu objawiającym się choćby „w szukaniu wpierw Królestwa Bożego i Jego sprawiedliwości„.

    Ważniejsze jest jednak to, iż interpretacja zaprzeczająca realności ognia piekielnego i związanych z nim odczuwalnych na płaszczyźnie zmysłowej cierpień potępionych, a zawężająca te prawdy tylko do jakiejś symbolu i metafory cierpienia o charakterze duchowym jest po prostu niezgodna z odwiecznym nauczaniem Kościoła.

    Przykładowo, Katechizm św. Piusa V w następujących słowa naucza o charakterze mąk piekielnych:

    Będą i drugie męki cierpieć, że na wieki w ogniu będą goreć. A to zowią Teologowie <Paenam sensus> ( to określenie oznacza „kary zmysłowe” – przyp. moje MS). Bo, gdy kogo biją, czuje na ciele i na duszy swojej, tak gdy ludzi potępionych w piekle ogień będzie palił, czuć będą nie tylko na ciele, ale i na duszy swojej męki ogromne, a to bez pociechy i bez końca” [2].

    Ów Katechizm omawiając prawdę o zmartwychwstaniu ciała stwierdza też, iż potępieńcy:

    wszystkie spełna członki mieć będą, nie ku dobremu ich, ale ku większemu utrapieniu, iż w każdym członku będą boleść i wielką mękę cierpieć” [3].

    Z powyższych słów wynika jasno, że potępieni będą cierpień nie tylko w sensie duchowym, ale również w znaczeniu cielesnym i zmysłowym, i że jednym ze środków kary będzie ogień zadający mękę ciału oraz zmysłom osób potępionych.

    W innych dokumentach kościelnych czytamy zaś, iż „po zmartwychwstaniu ciał, człowiek w całej pełni swej natury, to znaczy z duszą i w ciele będzie wiecznie szczęśliwy albo będzie wiecznie cierpiał” (Katechizm św. Piusa X) [4]; „Kościół wierzy (…), że kara wieczna czeka grzesznika, który będzie pozbawiony Boga; wierzy również, że ta kara obejmie całe <jestestwo> grzesznika” (Kongregacja Nauki Wiary, „List do biskupów o niektórych zagadnieniach dotyczących eschatologii” z dnia 17 maja 1979 roku, n. 7) [5].

    W przytoczonym powyżej liście Kongregacji Nauki Wiary z dnia 17 maja 1979 roku stwierdzono też, że:

    Obrazy użyte w Piśmie Świętym należy jednak uszanować. Trzeba koniecznie przyjąć ich głęboki sens, unikając ryzyka nadmiernego złagodzenia, które często jest równoznaczne z pozbawieniem istotnych treści, wyrażanych przez te obrazy„[6].

    Wreszcie zaś urząd Świętej Penitencjarni decyzją z dnia 30 kwietnia 1899 roku orzekł, że nie można dać rozgrzeszenia penitentowi, który będąc pouczony, uparcie utrzymywałby, że ogień piekielny nie jest ogniem realnym, lecz metaforycznym [7].

    Nie ma się zatem co łudzić, obraz piekła, jako miejsca/stanu, w którym grzesznicy „smażą się w ogniu„, mimo swych pewnych uproszczeń, z pewnością jest zdecydowanie bliższy Prawdzie, aniżeli ogólnikowa i niejasna wizja, w której jedyną karą potępionych jest „utrata Boga„.

    Mirosław Salwowski

    Przypisy:

    1. Patrz: „Wykład nauki chrześcijańskiej. Dogmatyka”, Bracia szkół chrześcijańskich, Poznań 1960, s. 417 – 418.

    2. Cytat za: „Katechizm rzymski z wyroku św. Soboru Trydenckiego ułożony, z rozkazu Piusa V. Papieża wydany, i od Klemensa XIII szczególniej zalecony. Tom I”, Warszawa 1827, s. 83-84.

    3. Cytat za: „Katechizm rzymski”, jw., s. 125.

    4. Cytat za: „Katechizm św. Piusa X. Vademecum katolika”, Sandomierz 2006, s. 64.

    5. Cytat za: „W trosce o pełnię wiary. Dokumenty Kongregacji Nauki Wiary 1966 – 1994”, Tarnów 1995, s. 131.

    6. Cytat za: „W trosce o pełnię wiary”, jw., s. 131.

    7. Cytat za: „Wykład nauki chrześcijańskiej. Dogmatyka”, jw., s. 418.