Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: bogactwo

  1. Czy płacić podatki?

    Leave a Comment

    Płacenie różnorodnych podatków nie jest przyjemne. Gdy uświadomimy sobie przy tym dodatkowo, iż współcześnie podatki nie tylko są wysokie, ale pewna ich część idzie na dotowanie złych działań (np. aborcji, in vitro czy promocji homoseksualizmu), ich płacenie staje się tym mniej miłe. Zrozumiałe są zatem coraz częściej pojawiające się pytania o różne moralne aspekty płacenia podatków.

    Czy rzeczywiście płacenie podatków jest etycznym obowiązkiem w sytuacji, gdy ich wysokość faktycznie sięga połowy naszych dochodów? Czy płacenie wymaganych przez państwo danin wówczas, gdy pewien ich procent przeznaczany jest na finansowanie różnych niemoralnych przedsięwzięć, nie stanowi czasem niedozwolonych form brania udziału w tychże złych działaniach? A może wszelkiego rodzaju podatki tak naprawdę stanowią usankcjonowaną prawnie kradzież i dlatego dobrym uczynkiem jest uchylanie się od ich uiszczania?

    Chrześcijańska powinność

    Zacznijmy od tego, iż zarówno w świetle Pisma Świętego, jak i nauczania Magisterium Kościoła płacenie podatków jawi się bardzo jasno jako moralna powinność. Obowiązek uiszczania władzom cywilnym wymaganych należności był nauczany przez Pana Jezusa oraz św. Pawła Apostoła. Zbawiciel, zapytany o to, czy należy płacić podatki cesarzowi, wskazując na monetę podatkową z wizerunkiem owego władcy, odpowiedział: „Oddawajcie więc, co jest cesarskie cesarzowi, a co Bożego Bogu” (Mt 22, 21).

    Św. Paweł w liście do Rzymian, ucząc o roli, jaką w społeczeństwie pełni władza, oraz o związanym z tym obowiązku okazywania jej posłuszeństwa i szacunku, napominał m.in.:

    Z tego samego też powodu płacicie podatki. Bo ci, którzy się tym zajmują, z woli Boga pełnią swój urząd. Oddajcie każdemu to, mu się należy: komu podatek – podatek, komu cło – cło, komu uległość – uległość, komu cześć – cześć. ” (tamże: 13, 6-7).

    W będących ważnym zapisem wiary i obyczajowości pierwszych chrześcijan dokumencie o nazwie „Konstytucje Apostolskie” znajdujemy zaś następujący zapis:

    Będziesz się lękał króla, wiedząc, że ustanowienie pochodzi od Pana. Będziesz szanował przedstawicieli władzy jako sługi Boga, oni bowiem karcą wszelką nieprawość. Dobrowolnie płaćcie im podatki, cło i wszelką należność” (tamże: VII, 16).

    W sposób jasny na ten temat wypowiada się też – zatwierdzony i ogłoszony przez Jana Pawła II – Katechizm Kościoła Katolickiego:

    Uległość wobec władzy i współodpowiedzialność za dobro wspólne wymagają z moralnego punktu widzenia płacenia podatków, korzystania z prawa wyborczego, obrony kraju (…)” (tamże: n. 2240).

    Zalegalizowana kradzież?

    Już sam fakt, iż w ramach tradycyjnej moralności chrześcijańskiej mieści się obowiązek płacenia podatków, zadaje kłam twierdzeniom co poniektórych skrajnych liberałów i libertarian, jakoby wszelkie podatki były jedną z form kradzieży, tyle że dokonywaną przez państwo. Jeśli bowiem podatek ze swej istoty jest kradzieżą, to absurdem byłoby mówienie o tym, iż istnieje moralna powinność uiszczania go. Nie istnieje bowiem coś takiego jak moralny obowiązek oddawania złodziejowi rzeczy, które należą do nas.

    Albo więc wszelkie podatki są złodziejstwem i wówczas nie mamy moralnej powinności ich płacić, albo też podatki jako takie nie stanowią kradzieży, ale są czymś, co z naszej strony należy się państwu – i w związku tym powinniśmy sumiennie je uiszczać.


    Owszem, pozornie rzecz biorąc, podatki wyglądają na kradzież. Wszak polegają one na tym, iż władze cywilne zabierają obywatelom część ich pieniędzy niezależnie od tego, czy wyrażają oni na to zgodę, czy nie. Nie każde naruszenie czyjejś własności stanowi jednak kradzież. Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie nr 2408 tak wyjaśnia, na czym polega ów występek:

    Siódme przykazanie zabrania kradzieży, która polega na przywłaszczeniu dobra drugiego człowieka wbrew racjonalnej woli właściciela. Nie mamy do czynienia z kradzieżą, jeśli przyzwolenie może być domniemane lub jeśli jego odmowa byłaby sprzeczna z rozumem i z powszechnym przeznaczeniem dóbr. Ma to miejsce w przypadku nagłej i oczywistej konieczności, gdy jedynym środkiem zapobiegającym pilnym i podstawowym potrzebom (pożywienie, mieszkanie, odzież…) jest przejęcie dóbr drugiego człowieka i korzystanie z nich”.

    Chociaż w przywołanym powyżej fragmencie Katechizmu nie ma bezpośrednio mowy o podatkach, to jednak nie trudno jest na jego podstawie wykazać, iż podatki jako takie, choć są przymusowym odbieraniem przez państwo czyichś pieniędzy, nie stanowią kradzieży. Państwo bowiem jest wspólnym dobrem wszystkich obywateli. Wszyscy wszak w jakimś zakresie korzystamy z instytucji finansowanych przez rząd. Odmowa płacenia podatków byłaby więc sprzeczna z rozumem, gdyż doprowadziłaby do totalnej destabilizacji funkcjonowania władz cywilnych – a te przecież są niezbędne w każdej społeczności.Postrzeganie podatków jako kradzieży staje się jeszcze mniej wiarygodne, gdy zważymy na to, że Pismo Święte, choć w niejednym miejscu potępia kradzież, to jednak nie tylko nakazuje płacenie podatków, lecz nie piętnuje też wykonywania zawodu poborcy podatkowego. Z jednej strony czytamy wszak w Biblii takie słowa jak: „Nie będziesz kradł” (Wj 20, 15); „Nie kradnij” (Mt 19, 18); „Kto kradnie, niech kraść przestanie” (Ef 4, 28); „Ani złodzieje, ani chciwi (…), ani zdziercy nie odziedziczą Królestwa Bożego” (1 Kor 6, 10) – z drugiej jednak strony w tej samej Biblii czytamy, iż znany ze swej niezłomności i bezkompromisowości w głoszeniu i obronie Bożych zasad św. Jan Chrzciciel przychodzącym do niego poborcom podatków (tzn. celnikom) nie nakazał porzucenia swego zawodu, lecz powiedział im: „Nie pobierajcie nic więcej ponad to, co dla was ustalono” (Łk 3, 13). Z kolei pełniący funkcję przełożonego nad poborcami podatkowymi Zacheusz, gdy nawrócił się do Pana Jezusa i „zbawienie stało się udziałem jego domu” (Łk 19, 9), zadeklarował, iż odda połowę swego majątku ubogim oraz zwróci poczwórnie, jeśli kogoś skrzywdził, jednakże nie obiecał porzucenia swej profesji (por. Łk 19, 8). Jak widać więc, Pismo Święte potępia tylko nadużycia w pracy polegającej na pobieraniu podatków, nie zaś sam ów zawód. Gdyby jednak wszelkie podatki były kradzieżą, to konsekwentnie rzecz biorąc, praca poborcy podatkowego nie różniłaby się niczym istotnym od fachu złodzieja. A zatem prawi i bogobojni ludzie nie mogliby jej wykonywać. Skoro jednak mają do tego moralne prawo, to wniosek jest jasny: pobieranie podatków nie jest złodziejstwem, a podatki nie stanowią kradzieży.

    Ponadto niepłacenie podatków jest sprzeczne z zasadą powszechnego przeznaczenia dóbr, gdyż nawet jeśli uznamy, iż sami nie potrzebujemy żadnej pomocy ze strony państwa (choćby nawet w postaci policji i armii mających nas chronić), to nie możemy tego powiedzieć o innych współobywatelach (nie każdego wszak stać na wynajęcie prywatnej armii dobrze uzbrojonych ochroniarzy). A zatem odmawianie płacenia podatków jest jakąś formą braku solidarności społecznej oraz egoizmu.

    Współudział w złu?

    A co w przypadkach, gdy jakiś procent z naszych pieniędzy rząd wydaje na wpieranie różnych form zła? Czy wówczas płacenie podatków nie oznacza współudziału w finansowanych przez państwo nieprawościach? W czasach ziemskiego życia Pana Jezusa oraz św. Pawła Apostoła władze Cesarstwa Rzymskiego wydawały pewną część (prawdopodobnie wyraźnie większą niż ma to miejsce obecnie) pieniędzy podatników na różne złe cele: prowadzenie zaborczych, niesprawiedliwych wojen, budowę i utrzymanie bałwochwalczych świątyń, rozwiązłe życie dworu itp. A mimo to Pan Jezus i św. Paweł Apostoł jasno nauczali, iż powinno się płacić podatki. Jak zatem wyjaśnić fakt, iż Biblia, która w wielu miejscach mówi, że naszą postawą wobec zła winny być: „nienawiść” (por. Prz 8, 13; Ps 101, 3); „niezwracanie ku niemu oczu” (Ps 101, 3); „brzydzenie się nim” (Rz 12, 9); „trzymanie się od niego z daleka” (1 Tes 5, 22), brak uczestnictwa w nim, a raczej karcenie owego (Ef 5, 11), brak przyzwolenia nań (Rz 1, 32) – gdy chodzi o płacenie podatków, zajmuje stanowisko wydające się, szczególnie w kontekście tamtego czasu, pewnym kompromisem?

    Albo jak wytłumaczyć fakt, iż starożytni chrześcijanie, dla których często nie do przyjęcia była praca choćby i tylko przy upiększaniu pogańskich świątyń, jednocześnie za swój obowiązek uważali płacenie podatków, z których pewien procent szedł właśnie na ten cel?

    Odpowiedź na to pytanie staje się w miarę jasna, gdy weźmiemy pod uwagę jedną z tradycyjnych reguł moralistyki katolickiej, a mianowicie tzw. zasadę podwójnego skutku. Reguła ta wychodzi z założenia, iż efektem czynów, które są zasadniczo dobre lub przynajmniej obojętne moralnie, może być nieraz jakieś zło. Na przykład płacenie umówionej pensji jest nie tylko dobre, ale stanowi obowiązek pracodawcy. I dlatego należy to czynić, nawet jeśli jacyś pracownicy przeznaczają cześć swych zarobków na takie nieprawości jak pijaństwo, cudzołóstwo czy wizyty w klubach nocnych. Mamy tu więc do czynienia z czynem dobrym, którego ubocznym efektem może być i faktycznie nierzadko jest coś złego. Jeślibyśmy zastosowali regułę podwójnego skutku do kwestii płacenia podatków, to wychodzi nam mniej więcej coś takiego: większa część podatków idzie na finansowanie dobrych celów, dlatego też ich płacenie jest dobre, a fakt, iż mniejsza ich część przeznaczana jest na opłacanie złych rzeczy, stanowi efekt uboczny naszego dobrego działania.

    Czy podatki należy płacić zawsze i wszędzie?

    Oczywiście fakt, iż – zasadniczo rzecz biorąc – należy płacić podatki, nie oznacza, że państwo ma prawo je przeznaczać, na cokolwiek chce. Nie jest to też równoznaczne ze stwierdzeniem, iż władze cywilne mają prawo ustalać jakąkolwiek ich wysokość. Pismo Święte naucza wszak również: „Król umacnia kraj prawem; kto ściąga wiele podatków, niszczy go” (Prz 29, 4). Odpowiedzialnością rządzących jest to, by podatki nie stawały się ani źródłem wspierania różnych nieprawości, ani też formą niesprawiedliwego ograbiania obywateli niemal ze wszystkiego. Mimo to jednak bardzo kontrowersyjne wydaje się, by w razie każdorazowej wątpliwości co do np. wysokości podatku obywatele mogli samowolnie odmawiać ich zapłaty. Praktycznie bowiem prowadziłoby to do chaosu i bezprawia. Wszak każdy podatek może wydawać się zbyt duży do płacenia. A tak naprawdę nie jest rzeczą łatwą ustalenie, jaka wysokość podatku jest sprawiedliwa, a jaka nie, gdyż w grę wchodzi tu wiele różnych okoliczności oraz interesów różnych grup społecznych i jednostek.

    Czy zatem nie istnieją żadne wyjątki od moralnego nakazu płacenia podatków? Obowiązek płacenia podatków nie należy do tej grupy moralnych zasad, od których nie ma żadnych wyjątków. Moralna norma „Płaćcie podatki” jest bowiem przykazaniem pozytywnym (a więc określeniem, co należy czynić), a nie negatywnym (określeniem, co jest zabronione). Wedle zaś nauczania Kościoła, od pozytywnych norm moralnych – w odróżnieniu od Bożych zakazów negatywnych – mogą istnieć pewne wyjątki. Jest to uzasadnione tym, że o ile zawsze można powstrzymać się od popełnienia jakiegoś zła (np. kłamstwa, cudzołóstwa czy morderstwa niewinnego), to jeśli chodzi o nasze „pozytywne” powinności, nie zawsze jest możliwe ich wypełnienie. Na przykład powinniśmy praktykować jałmużnę, ale zdarzają się przypadki, gdy po prostu niczego nie mamy, w związku z czym niemożliwe jest, byśmy komuś coś podarowali. Zapewne więc gdyby płacenie podatków oznaczało dla kogoś głodowanie, brak odzienia czy dachu nad głową, taki człowiek byłby zwolniony z obowiązku ich uiszczania. Człowiek bowiem nie istnieje dla państwa, lecz państwo zostało stworzone dla człowieka. Nieporozumieniem byłoby zatem domaganie się od ludzi tak daleko posuniętego posłuszeństwa władzy cywilnej, iż oznaczałoby ono np. głodowanie, bycie bezdomnym lub marznięcie z zimna. Nie zmienia to jednak słuszności ogólnej zasady płacenia podatków i nie oznacza, że można się od nich uchylać np. po to, by mieć więcej pieniędzy na nowy samochód, większy dom czy posyłanie swych dzieci do lepszej szkoły.

  2. Czy chrześcijanin powinien dążyć do bogactwa?

    Leave a Comment

    W swych tekstach nieraz zwracałem uwagę na różne aspekty czegoś, co można nazwać „konserwatywnym leczeniem katolickich kompleksów wobec świata„. Owo zjawisko polega na tym, iż niektóre środowiska katolickie chcąc jednocześnie pozostać w granicach ortodoksji i tradycyjnej moralności, próbują przekonać ludzi „z tego świata”, że katolicyzm nie jest i nie był taki zacofany i „obciachowy„, jak wskazywałby na to obraz kreowany przez jego przeciwników. W tym duchu robi się więc i nagłaśnia akcje pokazujące np. jak  to katoliczki potrafią się malować, seksownie ubierać i chodzić w szpilkach (aby przekonać „światowców”, że katoliczki nie chodzą bynajmniej w długich sukniach i powyciąganych swetrach). Temu mają służyć też różne publikacje nagłaśniające rozmaite postacie ze świata popkultury. Owi aktorzy/aktorki, piosenkarze/piosenkarki, sportowcy/sportsmanki, którzy przyznają się do wyznawania wiary katolickiej, mają uświadamiać ludziom zdystansowanym do Kościoła, iż można być katolikiem, a jednocześnie być sławnym i podziwianym człowiekiem sukcesu.

    W tym nurcie „katolickich pokazów mody„, „ewangelizacyjnych dyskotek” oraz „katolików odnoszących sukcesy w świecie popkultury” mieści się też walka z utożsamianiem katolicyzmu z biedą i niechęcią do bogactwa i bogaczy. Mało kto lubi być biednym, wielu chciało by być bogatymi. Szczególnie dziś, jesteśmy ciągle kuszeni do tego by piąć się po szczeblach kariery, oraz mieć coraz więcej pieniędzy i dóbr, które można za nie kupić. Reklamy wciąż podszeptują: „Kup sobie nowego I-phona„; „Posiądź najnowszy model samochodu, po co masz jeździć starym autem„, „Zaciągnij pożyczkę w banku, by było cię stać na więcej„. W tym świetle religia, która gloryfikuje materialne ubóstwo musi więc jawić się rzeszom ludzi jako zniechęcająca i odstręczająca. Łatwo zatem rodzi się pokusa, by zdjąć z chrześcijaństwa owe odium sympatii do biedy i niechęci do bogactwa, przekonując, iż takie utożsamienie jest czystym mitem, a katolik ma pełne prawo dążyć do maksymalnego powiększenia stanu swego posiadania (oczywiście z poszanowaniem zasad moralnych). Czy jednak aby na pewno nie jest to pokusa i pułapka? A może rzeczywiście nie ma niczego niebezpiecznego i wstydliwego w dążeniu do bogactwa, sam Pan Jezus był bogaczem, a chrześcijaństwo tak naprawdę bardziej przychylnie patrzy na bogatych niż biednych? Przyjrzyjmy się zatem bliżej argumentacji stojącej za tą „katolicką teologią sukcesu” porównując ją z Pismem świętym i Tradycją Kościoła.

    „Bogaćcie się” czy „zadowalajcie się tym co macie”?

    Rzucającą się w oczy cechą „katolickich teologów sukcesu” jest głoszenie tezy, iż nie ma niczego podejrzanego w dążeniu do bycia bogatym. Oczywiście nie twierdzi się przy tym, że do bogactwa można dążyć „po trupach„, wszelkimi sposobami czy też, że czymś dobrym jest pokładanie swych nadziei w ilości posiadanych dóbr … Co to, to nie. W tym przypadku zachowane zostają tradycyjnie chrześcijańskie przestrogi o tym, by nie przywiązywać swego serca do bogactwa i nie dążyć do niego w niemoralny sposób. Nie zmienia to jednak faktu, iż samo postawienie sprawy w sposób: „Nie ma nic podejrzanego w dążeniu do bycia bogatym” jest bardzo dwuznaczne i kontrowersyjne. Nie mówiąc już o wypowiedziach radykalnych zwolenników „katolickiej teologii sukcesu” w stylu: „Katolik powinien być bogatym” lub „Katolik zobowiązany jest być bogatym„, które niestety daje się coraz częściej słyszeń.

    W całym Piśmie świętym trudno jest bowiem znaleźć polecenia czy zachęty wzywające do bogacenia się (oczywiście ciągle mówi się tu o bogactwie w sensie materialnym, a nie duchowym czy moralnym). Można za to powiedzieć, iż Biblia dość sceptycznie patrzy na samo dążenie do bogactwa:

    O bogactwo się nie ubiegaj i odstąp od swojej rozwagi (…)” (Przyp 23, 4);

    Ten, kto złoto miłuje, nie ustrzeże się winy, a ten, kto goni za zyskami, przez nie zostanie oszukany.” (Syr 31, 5) ;

    nie dawaj mi bogactwa ni nędzy, żyw mnie chlebem niezbędnym” (Przyp 30, 8).

    Do tego dochodzi jeszcze wielokrotne akcentowanie w Piśmie świętym zagrożeń i niebezpieczeństw związanych nie tylko z pokładaniem zaufania w dobrach doczesnych, ale też samym faktem bycia bogatym i dążeniu do osiągnięcia takowego stanu. I tak możemy wyczytać tam, iż:

    Bardzo wielu zgrzeszyło dla zysku, a ten, kto stara się wzbogacić, odwraca oko(Syr 27, 1);

    ci, którzy chcą się bogacić, wpadają w pokusę i w zasadzkę oraz w liczne nierozumne i szkodliwe pożądania. One to pogrążają ludzi w zgubę i zatracenie. Albowiem korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniędzy” ( 1 Tym 6, 9 –10);

    Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wnijść do Królestwa niebieskiego” (Mt 19, 24);

    Błogosławiony bogacz, którego znaleziono bez winy, który nie gonił za złotem.Któż to jest? Wychwalać go będziemy, uczynił bowiem rzeczy podziw wzbudzające między swoim ludem. Któż poddany pod tym względem próbie został doskonały?” (Syr 31, 8 – 10).

    W tej świętej Księdze możemy też przeczytać następujące wezwania:

    Postępowanie wasze niech będzie wolne od zachłanności na pieniądze: zadowalajcie się tym, co macie.(Hbr 13, 5);

    Mając natomiast żywność i odzienie, i dach nad głową, bądźmy z tego zadowoleni!(1 Tym 6, 8 – 10);

    Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się i kradną. Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się i nie kradną” (Mt 6, 19 – 20).

    Oczywiście to nie znaczy, że bogactwo jako takie jest złe. Nie oznacza to także, iż każdy bogacz ma się pozbyć całego swojego majątku i żyć jak biedak. Z drugiej strony prawdą jest wszak, iż w tej samej Biblii podane mamy przykłady ludzi bogatych, a zarazem sprawiedliwych, pobożnych i moralnych (np. Hiob, Dawid, Józef, Zacheusz, Abraham), zaś samo bogactwo jest czasami ukazywane jako Boże błogosławieństwo i owoc dobrego życia: „Owocem pokory jest bojaźń Pańska, bogactwo, szacunek i życie”(Przyp 22, 4); „Koroną mądrych jest bogactwo” (Przyp 14, 24).

    Jaki jest więc problem w „katolickiej teologii sukcesu”? Rzecz nie w tym, że mówi się: „katolik może być bogaty„. Przestrzeganie moralności chrześcijańskiej w zakresie zdobywania dóbr doczesnych (pracowitość, skromne życie i wynikająca z tego oszczędność, rozwaga i uczciwość w prowadzeniu interesów) mogą (choć nie muszą) owocować bogactwem. I nie ma nic nieprawego w tym, jeżeli w ten sposób zostało się majętnym. Problem polega jednak na wyznaczaniu przed katolikami celu: „Macie się bogacić„. Coś takiego bowiem stanowi przysłowiowe „stawianie karocy przed woły„. Bogactwo materialne może być wszak owocem chrześcijańskiego życia, to nie jest jednak równoznaczne z tym, iż powinno być ono jednym z jego celów. Poza tym, jak już wspomniałem nie ma takiej normy moralnej: „Bogać się” jest za to: „zadowalaj się tym co masz„. Poplecznicy „katolickiej teologii sukcesu” powołują się jednak w swych wywodach na te stwierdzenia Pisma świętego w których człowiek jest wezwany do „panowania nad ziemią” oraz „pomnażania swych talentów” jako dowodu na to, iż rzeczywiście zasada „Bogać się człowieku” jest objawiona przez Pana Boga. Takie stawianie sprawy jest jednak klasycznym błędem interpretacyjnym polegającym na przedkładaniu mniej jasnych fragmentów Pisma świętego ponad jego bardziej jasne i oczywiste sformułowania. W istocie rzeczy bowiem ani „panowanie nad ziemią” ani „pomnażanie swych talentów” nie musi wiązać się z byciem majętnym człowiekiem. Można rozwijać swe zdolności, a dochody mieć całkiem umiarkowane, a nawet skromne. Można ujarzmiać ziemię, a mimo to nie być bogaczem. Podobnie niektóre sformułowania z nauczania Kościoła mówiące o tym, że nie ma nic złego w dążeniu do polepszenia swego materialnego bytu, są zbyt pośpiesznie interpretowane jako udzielanie moralnego imprimatur dla stawiania sobie za życiowy cel bogactwa. Wszak pomiędzy „polepszaniem swego bytu„, a „dążeniem do bogactwa” może istnieć jeszcze cała masa opcji i stanów. Oba pojęcia nie są bowiem absolutnie ze sobą tożsame.

    Opcja preferencyjna na rzecz bogatych?

    Naciąganie pewnych fragmentów Biblii przez zwolenników „katolickiej teologii sukcesu” widoczne jest też w ich próbach dowodzenia, jakoby Jezus Chrystus – nasz Pan i Zbawiciel – był osobą bogatą. Jako dowody na rzekomą majętność Pana Jezusa podaje się zatem następujące fakty oraz następujące po nich interpretacje:

    1. Chrystus nosił na sobie nietkaną tunikę, o którą po Jego śmierci krzyżowej losy rzucali żołnierze – Jn 19, 23 – 24 (wniosek: taka szata była droga, a zatem musiał On być bogaty);

    2. Zbawiciel dał się namaścić Marii bardzo drogim olejkiem – Jn 12, 3-6 (a zatem był majętny).

    Cóż, chwila spokojnej refleksji pozwala ujrzeć przytoczone wyżej argumenty jako czyste domysły. Tak naprawdę nie mamy bowiem żadnych pewnych danych, które pozwalałaby stwierdzić, ile rzeczywiście kosztowała tunika, którą Pan Jezus miał na sobie. To zaś, że rzymscy żołdacy rzucali o nią losy niczego jeszcze nie dowodzi. Wszak w hazardzie nie zawsze stawką jest gra o fortunę (tym bardziej w dorywczej jego wersji, uprawianej w przerwach pomiędzy jedną a drugą pracą). A zresztą nawet, gdyby owa szata Pana Jezusa była bardzo droga, to przecież nie jest w żaden sposób wykluczone, iż była ona prezentem danym Mesjaszowi przez jednego z jego bardziej majętnych przyjaciół (gdyż takowych owszem też posiadał). Powoływanie się zaś na to, iż Pan Jezus dał sobie namaścić stopy cennym olejkiem nie wytrzymuje już krytyki wcale. Przecież owa maść nie była własnością Pana Jezusa, ale Marii, która Go nim uhonorowała.

    W rzeczywistości istnieją silniejsze „biblijne poszlaki” wskazujące na to, iż Pan Jezus był materialnie ubogi. Po pierwsze: Zbawiciel urodził się w biednej rodzinie. Józef i Maryja złożyli ofiarę nakazaną ubogim, gdy przynieśli małego Jezusa do świątyni (Łk 2, 22 – 24; Kpł 5, 7, 12, 8). Sama zaś Matka Boża w swym wielkim hymnie „Magnificat” wydaje się bardziej utożsamiać z biednymi niż bogatymi mówiąc: „(Bóg) Głodnych syci dobrami, a bogaczy z niczym odprawia” (Łk 1, 53). Zbawiciel z kolei mówił o sobie: „Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie mógłby głowę położyć” ( (Łk 9, 58). Także sugestie, jakoby św. Piotr Apostoł był jakimś majętnym przedsiębiorcą nie zbyt pasują do słów, które on sam wypowiedział uzdrawiając chromego od urodzenia: „Nie mam srebra ani złota, ale co mam, to ci daję. W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź” (Dz. Ap. 3, 6).

    Warto zresztą zauważyć, iż interpretację Biblii mówiącą o ubóstwie Pana Jezusa w pewien sposób wspiera nauczanie Katechizmu św. Piusa X, gdzie czytamy:

    Chrześcijanin powinien być zadowolony ze stanu ubóstwa wiedząc, że naszym największym dobrem jest czyste i spokojne sumienie, że naszym prawdziwym domem jest niebo i że sam Jezus Chrystus stał się ubogim z miłości do nas i obiecał specjalną nagrodę tym, którzy cierpliwie znosić będą ubóstwo” (tamże: cz. II, omówienie przykazania X, pyt. 4.).

    Z kolei, w odniesieniu do Apostołów, papież, św. Leon Wielki nauczał czegoś takiego:

    Apostołowie, jako pierwsi po Chrystusie Panu dali przykład wielkodusznego ubóstwa. Porzucili wszystko bez wyjątku. (…) Porzuciwszy wszelkie swoje majątki i posiadłości, dzięki swemu świętemu ubóstwu stali się bogatymi w dobra wieczne. Jak świadczy przepowiadanie Apostołów, radowali się bardzo z tego, że nic nie mają na tym świecie, a wszystko mają w Chrystusie” (Kazanie „O błogosławieństwach”).

    Czy się to zatem komuś podoba, czy nie, tradycyjne prawowierne chrześcijaństwo, w pewnym sensie faworyzuje raczej ubóstwo i ubogich, aniżeli bogactwo i bogatych. To religia, w której Bóg „wybrał ubogich tego świata na bogatych w wierze oraz na dziedziców królestwa przyobiecanego tym, którzy Go miłują” (Jk 2, 5). Nie znaczy to, że wszyscy biedacy będą zbawieni, a wszyscy bogacze potępieni. Trudno jednak nie wysnuć wniosku, iż to jednak materialne ubóstwo jest stanem, w którym łatwiej podąża się do Nieba. Jak nauczał św. Nilus: „Ubogi jest jako okręt, który nie obładowany nazbyt dobytkiem doczesnym, nie może tak prędko zatonąć„. Warto w tym miejscu pamiętać też o nauczaniu Katechizmu Soboru Trydenckiego: „O chwałach zaś ubóstwa i wzgardzie bogactw, łatwo to może Pleban i w Piśmie świętym i Ojcach świętych zebrać i chrześcijanom opowiadać„. Co ciekawe, nawet świecka nauka wydaje się potwierdzać tę tradycyjną katolicką doktrynę. Psycholog Paul Piff w swej pracy pt. „Wyższa klasa społeczna czynnikiem sprzyjającym nieetycznemu zachowaniu” dowodzi, iż ludzie bogacąc się, stają się mniej etyczni, bardziej egoistyczni, bardziej odizolowani, mniej współczujący. Pisze on: „Ludzie zamożni znacznie częściej przedkładają własne dobro nad interes innych. Krótko mówiąc, jest bardziej prawdopodobne, że wykażą się cechami, które zwykle przypisujemy dupkom„.

    Nie ma zatem co balansować na granicy ortodoksji, wymyślając nieistniejące normy o rzekomej powinności bogacenia się oraz na siłę zdejmując tradycyjne odium podejrzliwości względem bogatych. Nie ma co naciągać przy tym i przekręcać biblijne wersety, byle tylko dowieść, że Pan Jezus i Apostołowie byli bogaczami, próbując przy tym udowodnić światu, iż chrześcijańskim ideałem jest człowiek sukcesu mający rolexa na dłoni i 10 kart płatniczych w portfelu. Lepiej jest trzymać się prostej, jasnej, i tradycyjnej wykładni chrześcijańskiej. Jesteś biedny, znoś to cierpliwie i z radością. Masz co jeść, pić, w co się odziać i gdzie mieszkać? Ciesz się tym co tym co masz, kochaj Boga i bliźnich, a spotka cię wielki skarb w niebie. Przydarzyło ci ci się być bogatym? Dziękuj za to Bogu, nie przywiązuj jednak do tego swego serca i hojnie dziel się z biednymi.