Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: aktorstwo

  1. Grzech w pracy aktora

    Możliwość komentowania Grzech w pracy aktora została wyłączona

    W jakim stopniu aktorzy w filmach są odpowiedzialni za grzechy, które są ukazywane w odgrywanych przez nich scenach? Zapewne wszyscy lub prawie wszyscy pobożni katolicy zgodziliby się z twierdzeniem, iż materią grzechu jest występowanie w filmach o charakterze jawnie pornograficznym, w których to na planie dochodzi do rzeczywistych aktów seksualnych polegających np. na penetracji genitalnej, oralnej czy analnej. Jednak prawdopodobnie niewielu pobożnych katolików byłoby skłonnych wysuwać podobną konstatację wobec aktorów grających przykładowo:
    a) w filmach w przychylny sposób przedstawiających pewne fałszywe doktryny i/lub niemoralne zachowania, nawet, gdy owe życzliwe prezentowanie tych rzeczy nie musi w sposób konieczny wiązać się z realistycznymi obrazami tych czy innych grzechów. Można np. wyobrazić sobie film pokazujący w sympatycznym świetle grzechy homoseksualne, jednak jednocześnie bez ukazywania scen stosunków seksualnych bądź innego typu czynności seksualnych dokonywanych pomiędzy osobami tej samej płci.
    b) w filmach, które niekoniecznie przedstawiają w życzliwy sposób różne niemoralne zachowania, ale które wymagają od zaangażowanych w nie aktorów rzeczywistego, a nie tylko symulowanego czy pozorowanego, wykonywania pewnych czynności o charakterze erotycznym, nieposuwających się jednak w swym natężeniu do aktów mających charakter stosunku seksualnego. Mam tu ma myśli np. pocałunki polegające na dotykaniu się wzajemnie językami (czyli tzw. francuskie pocałunki), głaskanie przez mężczyznę okolic kobiecych piersi, leżenie osób płci przeciwnej obok siebie w samej bieliźnie przy jednoczesnym dotykaniu się. Jak zaznaczyłem wcześniej, takie sceny mogą pojawiać się również w filmach, które niekoniecznie przedstawiają te czy inne grzechy w sympatyczny dla nich sposób. Mogą one znajdować się również w tych widowiskach, których ostateczna konkluzja zmierza do krytyki albo i nawet potępienia pokazywanych w ten sposób grzechów.

    W niniejszym artykule chciałem spróbować odpowiedzieć na powyższe pytania, mając na względzie to, iż wielu pobożnych oraz konserwatywnych katolików jest skłonnych bronić tego rodzaju zachowań aktorów w filmach, kierując się tym, iż w przemyśle filmowym funkcjonuje relatywnie niemało aktorów nieraz gorliwie przyznających się do wiary katolickiej, którzy jednak na swym koncie mają występy w tego typu filmach i scenach (np. Małgorzata Kożuchowska, Radosław Pazura, Michał „Misiek” Koterski, Maciej Musiał, Mel Gibson, Jim Cavialez). Wspomniani aktorzy są przez wiele środowisk katolickich postrzegani jako osoby mogące uczynić wiele dobra przez to, iż z racji swego zawodu i popularności docierają do milionów ludzi, co prawdopodobnie jest przyczyną tego, że głosy krytyczne w rodzaju poniższego mego artykułu nie chcą być ani wysłuchiwane, ani nawet brane pod uwagę. Rzeczywiste lub hipotetyczne dobro, jakie może stać się udziałem tego typu ludzi, nie może zwalniać nas od powinności krytycznego myślenia i trzeźwej oceny tego, czy aby na pewno wszystkie z podejmowanych przez nich zachowań zawodowych są moralnie dobre czy chociażby „moralnie obojętne”. Stąd też jest mój poniższy artykuł. Wyjaśniam jednocześnie, iż przy jego pisaniu w dużej mierze inspirowałem się tekstem pt. „Sin in the Movies”, który pochodzi z anglojęzycznego tradycjonalistycznie katolickiego bloga o nazwie „Unam Sanctam Catholicam”. Część ze sformułowań ujętych w tym mym artykule może być więc w związku z tym dosłownym lub prawie dosłownym powtórzeniem formuł zawartych w owym tekście, do którego link też podaję.

    ***

    Pierwszym argumentem, który należy usunąć z drogi, jest standardowa wymówka wysuwana w obronie aktorów, twierdząca, że ​​„oni tylko grają” i dlatego aktorzy w filmie nie ponoszą odpowiedzialności za wszystko, co odegrają. Coś takiego nie może być uznane za satysfakcjonującą odpowiedź, wszak doprowadzając jej logikę do ostatecznej konsekwencji, to taką samą wymówkę można by znaleźć dla aktorów w filmach pornograficznych. Oczywiście większość powiedziałby, że istnieje różnica między filmem porno a typami grzesznych zachowań przedstawionych w „zwyczajnych” filmach. To rodzi dobre pytanie – jaka jest różnica między faktycznymi stosunkami seksualnymi pokazanymi w filmie pornograficznym a czynnościami erotycznymi ukazywanymi w filmach, gdzie grają „szanowani”, przyznający się do wiary katolickiej aktorzy? Czy moralnie dozwolone jest, aby robili oni w tej sferze wszystko, co tylko nie będzie faktyczną penetracją seksualną?
    Ale zanim dojdziemy do odpowiedzi, warto wyodrębnić różne sposoby przedstawiania grzechu w filmie.

    ***

    Przede wszystkim mamy grzechy, które można niewinnie symulować, to znaczy grzechy, które można pozorować, ale bez ich faktycznego popełniania. Dzieje się tak, gdy aktor wydaje się robić w filmie coś grzesznego, co w rzeczywistości byłoby grzechem w prawdziwym życiu, ale co ze względu na sytuację, okoliczności, etc., nie jest faktycznie zachowaniem będącym materią grzechu. Przykładem może być napad na bank przedstawiany w filmach. Gdyby ktoś robił to, co jest symulowane w takich filmach w prawdziwym życiu, byłby to poważny grzech; jednak samo odegranie sceny napadu na bank nie jest grzechem. Powody tego są oczywiste: aktor tu bowiem nie okrada nikogo, ale odgrywa scenariusz, ponieważ ludzie, których „okrada„, nie są prawdziwymi pracownikami banku, ale innymi aktorami, którzy „w nim uczestniczą”, ponieważ pieniądze, które kradnie, nie są prawdziwymi pieniędzmi, ale fałszywkami, gdyż „bank” nie jest nawet często faktycznie bankiem, ale innego rodzaju budynkiem. Ponadto, w rzeczywistości naprawdę nic nie zostało skradzione, ponieważ wszystko wraca na swoje miejsce po zakończeniu sesji zdjęciowej. Reasumując tę część naszych rozważań: nie można powiedzieć, że aktor jest winny rzeczywistego napadu na bank. To samo można powiedzieć o scenach, w których ktoś zostaje „zabity” na ekranie – nikt tak naprawdę nie jest zabijany, ani nie ma w tym związku z jego złością lub nienawiścią. Tego rodzaju grzechy zatem jak kradzież, rabunek czy morderstwo można symulować bez faktycznego ich popełniania. Trudno zatem byłoby mówić, iż sam fakt odgrywania przez aktorów scen pokazujących takie nieprawości, czyniłaby ich winnymi rzeczywistego ich popełniania.

    ***

    Sam jednak fakt, iż można z powodzeniem przedstawiać na ekranie niektóre grzechy bez ich realnego popełniania, nie oznacza jeszcze, że moralnie dozwolone jest aktorowi granie w jakichkolwiek filmach to w taki sposób pokazujących. Jeśli bowiem dane widowisko co prawda nie wymaga od aktora rzeczywistego popełnienia aktu kradzieży, ale jednocześnie np. kontekst całego filmu wskazuje na uniewinnianie czy pochwalanie takiego występku, to nie należy brać udziału w takiej produkcji jako aktor. Wchodzi tu bowiem w grę zasada absolutnego unikania tzw. formalnej współpracy ze złem. Po prostu nigdy i nigdzie, choćby i dla zapobieżenia większemu złu czy osiągnięcia większego dobra nie mamy moralnego prawa bezpośrednio uczestniczyć np. w pochwalaniu czy zachęcaniu do tej, czy innej nieprawości. Przykładowo zatem, jeśli dany aktor ma propozycję zagrania roli abortera w filmie, którego treść i fabuła wskazywałyby na usprawiedliwianie procederu zabijania nienarodzonych dzieci choćby i tylko w wyjątkowych okolicznościach, to powinien on bezwzględnie odmówić przyjęcia takiej roli. I głupio taki aktor tłumaczyłby się – gdyby zaakceptował ową propozycję – że przecież na ekranie nie dokona żadnej aborcji, a poza tym trzeba odróżnić prawdziwe życie, w którym jest on przeciwnikiem tej zbrodni od filmów, w których bierze udział w ramach swej zawodowej pracy.

    ***

    Oprócz grzechów, które można niewinnie symulować, mamy inny rodzaj zachowań aktorskich: grzechy, których zasadniczo rzecz biorąc nie można symulować bez ich rzeczywistego popełnienia. Są to grzechy, które albo popełniasz, albo nie, i jeśli próbujesz je zagrać, w rzeczywistości popełniasz je. Jedynym sposobem, aby ich nie popełnić, jest nieodgrywanie ich.
    Najbardziej oczywistym tego przykładem są niektóre z przedstawień seksualnych. Nie piszę tutaj o aktach pornograficznych, o których wszyscy wiemy, że są złe, ale o innych erotycznych działaniach – na przykład leżenie razem i dotykanie się będąc odzianymi tylko w bieliznę, symulowanie aktów seksualnych, całowanie się polegające na wzajemnym dotykaniu językami, obmacywanie przez mężczyznę kobiecych piersi, itp. Aktor nie może dajmy na to „udawać”, że dokonał z aktorką tzw. francuskiego pocałunku, nie robiąc tego. Gdyby pocałował on ją w policzek lub symulował „francuski pocałunek” przybliżając jedynie swą twarz do jej twarzy, a resztę zasugerowałaby odpowiednia praca kamery, to byłoby to moralnie dozwolone. Ale jeśli rzeczywiście namiętnie się całują, to faktycznie robią to, co jednocześnie jest ich aktorską grą.

    ***

    Ktoś może jednak do powyższej uwagi wnieść obiekcję polegającą na tym, iż nie wszyscy aktorzy i nie wszystkie aktorki muszą odczuwać podniecenie seksualne nawet wówczas, gdy rzeczywiście dotykają się językami, obmacują swe rejony erogenne czy też leżą obok siebie w samej bieliźnie. Innymi słowy, niektórzy z aktorów i aktorek mogą być tak przyzwyczajeni do praktykowania podobnych form bliskości cielesnej, które dla większości ludzi prawdopodobnie oznaczałyby podniecenie genitalne.
    Co można odpowiedzieć na ten argument? Cóż, niektóre osoby wykonujące zawód prostytutki także mogą być na tyle przyzwyczajone lub w pewien sposób „zobojętniałe”, iż wykonywanie przez nie tych czy innych czynności seksualnych nie będzie dla nich osobiście wiązało się z odczuwaniem genitalnego podniecenia. Czy w takim wypadku powiemy zatem, iż męskie lub żeńskie prostytutki nie czynią czegoś obiektywnie występnego, gdyż nie odczuwają wówczas seksualnego podniecenia? Oczywiście, że nie, a to choćby dlatego, że jakby nie patrzeć specyfika dokonywanych przez te osoby czynności jest ukierunkowana na wzbudzanie w drugiej stronie seksualnego napięcia. Podobnie, nawet jeśli dajmy na to aktor nie odczuwa przy danych czynnościach erotycznych seksualnego napięcia to skąd ma on mieć pewność, że aktorka z którą to czyni, takiego podniecenia też nie przeżywa podczas odgrywania takiej sceny? Przeciwnie, jeśli już, to w najlepszym wypadku powinien on być co do tego bardzo niepewny.
    A nawet, gdyby przyjąć – wedle mnie – bardzo nierealistyczny scenariusz, wedle którego para aktorów nie odczuwałaby żadnego, ale to żadnego napięcia seksualnego w czasie kręcenia sceny przedstawiającej np. francuski pocałunek, to pozostałyby do rozważenia jeszcze dwa pytania: a) jak tego typu sceny wpływają na moralność zwłaszcza młodych widzów?; b) czy można założyć, że do niczego złego nie dojdzie po kręceniu takich scen?
    Jeśli na pytanie zawarte w punkcie „a” odpowiemy sobie, iż jest bardzo prawdopodobne, iż sceny realistycznie pokazujące francuskie pocałunki bądź obmacywanie przyczyniają do obniżania moralności zwłaszcza młodych widzów to mamy wtedy do czynienia z ich deprawowaniem, a to wszak na pewno nie jest dobrze.
    Jeśli zaś na pytanie zawarte w punkcie „b” odpowiemy, że jest prawdopodobne, iż nawet jeśli w momencie kręcenia danej sceny nie było się podnieconym seksualnie, to jednak np. wspomnienie jej nakręcania często doprowadzało do popełniania rzeczy nieczystych w późniejszym czasie, to mamy wówczas do czynienia z czymś, co w tradycyjnej teologii moralnej nazywa się bliską okazją do grzechu. A to też nie jest właściwa sytuacja.

    ***

    Warto wreszcie zastanowić się, co np. normalny mąż powiedziałby do swej żony, gdyby nakrył ją z innym mężczyzną w sytuacji typowej dla aktorów i aktorek wykonujących na planie filmowym różne czynności seksualne, oprócz samej tylko penetracji? Czy więc gniew tego męża ustąpiłby po tłumaczeniach żony o tym, że przecież zarabia ona w ten sposób pieniądze? Gdyby dał się w ten sposób przekonać do jej moralności, to słusznie uznalibyśmy go za degenerata gotowego kupczyć ciałem swej małżonki. Jest zatem strasznym zaślepieniem sytuacja, w której mężowie akceptują występowanie swych żon w tzw. scenach łóżkowych pod pretekstem, że przecież „taki mają zawód„.

    ***

    Wszystko powyższe jest ważnym argumentem na rzecz tezy, iż nieroztropna była z jednej strony rezygnacja z tradycyjnie chrześcijańskiego sceptycyzmu względem aktorskiego rzemiosła, z drugiej zaś strony niejednokrotnie ochocze i bezkrytyczne otwarcie się środowisk katolickich na „świadectwa wiary” ze strony znanych aktorów i aktorek. Nie popadając bowiem w przesadę, którą byłoby absolutne potępianie zawodu aktora, trzeba realistycznie zdawać sobie sprawę z poważnych i często występujących niebezpieczeństw związanych z tym zajęciem. Ochocze zaś wynajdywanie w środowisku aktorskim osób deklarujących swe przywiązanie do wiary katolickiej, by później je promować oraz nagłaśniać, poskutkowało tym, iż tym bardziej nie chciano brać pod uwagę tradycyjnie chrześcijańskiej ostrożności i przestróg w tym względzie. Jeszcze bowiem okazałoby się, iż wszystkie albo przynajmniej prawie wszystkie z przypadków aktorów i aktorek w ten sposób nagłaśnianych trzeba by poddać jednak bardziej krytycznej ocenie i refleksji. Stąd więc najprawdopodobniej nieliczne krytyczne głosy na ten temat ignoruje się lub próbuje przykryć powiedzonkami w rodzaju: „To jest ich zawód„; „Trzeba odróżnić aktorską grę od prawdziwego życia„, które jednak przy bliższej ich konfrontacji z zasadami moralności chrześcijańskiej okazują się być niezwykle słabymi i powierzchownymi.


    Mirosław Salwowski

  2. Neal McDonough: „Nie zamierzam całować innej kobiety”

    Leave a Comment

    Jak informuje portal Deon.pl aktor Neal McDonough znany m.in., z takich produkcji filmowych jak: „Gotowe na wszystko”, „Raport mniejszości” i „Captain America” odmówił swego czasu wzięcia udziału w scenie, w której musiałby całować kobietę nie będącą jego żoną (konkretnie sławną aktorkę Virginię Madsen). Ta decyzja kosztowała go stratę roli w serialu telewizyjnym, milion dolarów oraz poważne kłopoty ze znalezieniem pracy przy kręceniu innych filmowych widowisk. Jak sam powiedział w wywiadzie udzielonym „Closer Weekly”: Nie mogłem znaleźć pracy, bo wszyscy uważali mnie za religijnego fanatyka„.

     

    Powyżej opisana sytuacja pokazuje dwie rzeczy. Po pierwsze wskazuje na mądrość Ojców Kościoła, która w chrześcijaństwie była z pewnymi niuansami akcentowana gdzieś aż do początków XX wieku. Mianowicie, bardzo trudno jest być jednocześnie zawodowym aktorem i dobrym chrześcijaninem. Ludzie wykonujący rzemiosło aktorskie są bowiem wręcz nieustannie kuszeni do bezpośredniej i formalnej współpracy w propagowaniu przeróżnych grzechów, od występków przeciw cnocie czystości i wstydliwości zaczynając na takich nieprawościach i fałszywych doktrynach jak czary, libertynizm, okultyzm, kłamstwo, bunt przeciwko prawowitej władzy kończąc. Między innymi z tych też względów Ojcowie Kościoła, Święci i kościelne synody w ciągu wieków gorliwie odradzały (a czasami nawet wprost zakazywały) wykonywania takiego zawodu. I paradoksalnie rzecz biorąc historia Neala McDonougha tylko potwierdza słuszność ich przestróg w tym zakresie. Skoro bowiem nawet ów mający już ugruntowaną w swym zawodzie pozycję aktor miał poważne problemy ze znalezieniem pracy w swym fachu po tym jak odmówił całowania nieswojej żony to co powiedzieć np., o młodych ludziach, którzy dopiero zaczynają uprawiać te rzemiosło? Przecież, im, jeśli tylko będą chcieli postępować jako aktorzy po chrześcijańsku, będzie o wiele, wiele trudniej opierać się propozycjom grania z filmach promujących czy usprawiedliwiających tego lub innego rodzaju zło. I podkreślam w tym miejscu, że nawet, gdyby jakiemuś aktorowi udało się zachować swój zawód odmawiając udziału w scenach mniej lub bardziej erotycznych (a casus McDonougha pokazuje, że jest to trudne nawet dla aktorów posiadających już swą silną pozycję) to jeszcze by nie oznaczało, że taki człowiek nie będzie miał już żadnych innych dylematów w wykonywaniu swego fachu. Wszak można np. samemu nie całować czy nie obściskiwać się na planie filmowym, ale grać w produkcji, gdzie i tak rozpusta będzie pokazywana w korzystnym świetle. Ba, nawet jeśli by zrezygnowało się w udziału w filmach, w których seksualne nieprawości są usprawiedliwiane, to przecież wiele innego rodzaju grzechów jest promowanych przez filmowy przemysł. 

     

    Drugą obserwacją, którą należy tu poczynić jest to, iż postawa Neala McDonougha w tej konkretnej kwestii powinna być zawstydzającą lekcją dla naszych „katocelebrytów”w rodzaju Małgorzaty Kożuchowskiej czy Radosława Pazury. Oni bowiem owszem może i dużo mówią o religii, ale gdy przychodzi co do czego, to i tak obściskują się z nieswoimi małżonkami na planie filmowym (vide: Małgorzata Kożuchowska) lub też zagrzewają swych kolegów po fachu do śmielszego rozbierania się na scenie (czynił tak jeszcze do niedawna Radosław Pazura w spektaklu „Goło i wesoło”). Neal McDonough pokazał im, że w imię wierności Panu Jezusowi i swej żonie można jednak schować do kieszeni powiedzonka w stylu: „Taki mam zawód” albo „Gram, jak mi każą. Jestem przecież aktorem„.

    Dodam, że nie ręczę tym samym za słuszność zawodowej postawy McDonougha w innych sferach, ale – jeszcze raz podkreślam – w tej konkretnej sprawie najprawdopodobniej ma on rację i powinien być traktowany jako wzór. Jeśli bowiem pocałunki, jakich wymagano od tego aktora na planie miały charakter seksualnie pobudzający to miał on ścisły obowiązek powstrzymać się od nich z osobą, która nie była jego żoną. Wynika to choćby z potępienia przez papieża Aleksandra VII i św. Oficjum tezy mówiącej, iż pocałunki, których szuka się dla występującej przy nich zmysłowej rozkoszy nie są grzechem śmiertelnym o ile tylko nie grozi przy nich niebezpieczeństwo osiągnięcia orgazmu (Patrz: Dekret Św. Oficjum z dnia 18 marca 1666 roku). Ba, nawet, gdyby dla tego aktora pocałunki, których od niego oczekiwano  nie byłyby osobiście  pobudzające seksualnie, to i tak formalnie współpracowałby on w złu wówczas, gdyby celem filmu, w którym miałby zagrać byłoby pokazywanie w korzystnym świetle tych czy innych obrażających Boga grzechów. 

     

    W kontekście tego wszystkiego warto zacytować świadectwo zmiany życiowej, jaka zaszła we włoskim aktorze komediowym Carlu Campaninim, pod wpływem św. Ojca Pio z Pietrelciny:

    Odrzucał także role w wielu filmach, ponieważ Ojciec Pio doradzał mu, by nigdy nie brał udziału w projektach o niemoralnej treści. Wyjaśnił, że ludzie, którzy robią takie filmy, będą musieli odpowiedzieć przed Bogiem za swoje czyny – dotyczyło to wszystkich bez wyjątku: producentów, aktorów, rzemieślników budujących scenografię, a nawet kasjerów sprzedających bilety (…) Ojciec Pio ostrzegał też Carla, by nigdy nie opowiadał nieprzyzwoitych żartów, ani nie używał wulgaryzmów. Jeśli więc w scenariuszu pojawiło się choć jedno przekleństwo, Carlo  nie brał pod uwagę udziału w projekcie. Reżyserzy i producenci nie rozumieli, dlaczego odrzuca tak lukratywne oferty. Gdy zapytali go o powód, on powiedział im po prostu, że jest duchowym synem Ojca Pio, a Ojciec ma bardzo wysokie standardy” (Cytat za: Diane Allen, „Módl się, ufaj i nie martw się. Część druga. Nowe historie o ojcu Pio”, Kraków 2016, s. 227 – 228).

    I na sam koniec, jeśli ktoś w odpowiedzi na powyższe uwagi i refleksje powie, że „przecież Karol Wojtyła (Jan Paweł II) był aktorem„, to warto od razu dodać, iż nie był on aktorem zawodowym, przez co miał znacznie większą swobodę w wyborze ról, jakie chciał grać od tych, którzy wykonują owe zajęcie jako swój sposób zarabiania na życie. Amatorskie aktorstwo, jakie on praktykował wiąże się więc ze znacznie mniejszym niebezpieczeństwem współpracy z różnymi grzechami aniżeli zawodowe, profesjonalne bycie aktorem.  Poza tym, ostatecznie rzecz biorąc, kanonizacja danego człowieka nie jest stwierdzeniem jego absolutnej bezgrzeszności, wszak jak nauczał Sobór Trydencki:

    w tym życiu śmiertelnym nawet święci i sprawiedliwi wpadają niekiedy w lekkie przewinienia i codzienne grzechy, zwane także powszednimi” (Tamże, „Dekret o usprawiedliwieniu”, rozdz. XI).

     

     

  3. Prezydent Duda przyznał order pani Kożuchowskiej. Czy to dobra decyzja?

    Leave a Comment

    Jak poinformowały nas o tym mass media, w dniu 11 listopada b. roku,  wśród osób odznaczonych przez prezydenta Andrzeja Dudę znalazła się znana aktorka i celebrytka, pani Małgorzata Kożuchowska. Kobieta ta uhonorowana została przez głowę naszego państwa Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski za „za wybitne zasługi w pracy artystycznej i twórczej„.

    Można spytać, czy ta decyzja naszego prezydenta była słuszna i właściwa? Otóż mam ku temu duże wątpliwości. Abstrahując już wszak od stricte etycznej oceny zawodowej działalności pani Kożuchowskiej, a skupiając się na jej wartości artystycznej, to niby jakie to wybitne zasługi ma tu owa niewiasta? W jakim to filmie, który zapisałby się na trwale w historii polskiego kina brała udział ta pani? W „Killerze”, „Zróbmy sobie wnuka”, „M jak miłość”, „Rodzinka.pl”? Przecież wszystko to, produkcje klasy B, nie prezentujące sobą żadnej większej wartości artystycznej.

    A co powiedzieć o wkładzie moralnym, jaki wniosła pani Małgorzata Kożuchowska do naszej kultury? Dała ona wybitny przykład podwójnej moralności i religijnej hipokryzji. Z jednej bowiem strony obściskiwała się  przed kamerą nie ze swym mężem, świeciła głębokim dekoltem oraz przyjmowała obsceniczne pozy do aparatów foto, a także grała rolę liberalnie nastawionej matki. Z drugiej zaś strony, po tym wszystkim, jak gdyby nigdy nic wygłaszała religijne deklamacje o Bogu, modlitwie, różańcu czy Janie Pawle II.

    Ani więc pod względem artystycznym, ani moralnym, pani Kożuchowska nie reprezentuje wybitnych uzdolnień czy osiągnięć. Nie stanowi ona osoby, którą należałoby podziwiać, naśladować czy też stawiać za wzór innym. Nie jest ona więc kimś komu odznaczenia państwowe by się należały. Smutne jest więc to, że prezydent Andrzej Duda przyznał tej pani państwowy order, przez co w pewien sposób obniżył rangę tego odznaczenia, a także przynajmniej pośrednio uwiarygodnił bardzo wątpliwą etycznie postawę przez nią reprezentowaną.