Prawda i Konsekwencja

Tag Archive: absolutyzm moralny

  1. Czy Irena Gut postąpiła właściwie?

    Możliwość komentowania Czy Irena Gut postąpiła właściwie? została wyłączona

    W kontrowersyjnym i dwuznacznym moralnie – przynajmniej co do jednego ze swych wątków – a opartym na faktach filmie pt. “Przysięga Ireny” jest wątek opowiadający o tym, jak główna bohaterka (Irena Gut) stanowcza odmawia nawet podjęcia się, nawet bliskiej materialnie współpracy z grzechem aborcji, mimo że zgodnie ze zdrowym rozsądkiem można było przypuszczać, iż niewykonanie owego zabiegu poskutkuje w tych okolicznościach większym złem jakim byłoby zabicie przez Niemców (i/lub ich pomocników z innych narodów) kilku bądź kilkunastu innych niewinnych ludzi. Obecność wszak niemowlęcia pośród ukrywających się przed śmiertelnym niebezpieczeństwem osób stwarzało wielkie ryzyko ich wykrycia, a następnie posłania na bardzo prawdopodobną śmierć: chodzi oczywiście o to, że niekontrolowany płacz tak małego dziecka zwracałaby uwagę na obecność ukrywających się ludzi. Irena Gut słusznie jednak wierzyła, iż nigdy i w żadnych okolicznościach nie ma się moralne prawa zabijać niewinnych osób ludzkich, dlatego też postąpiła słusznie odmawiając swej bliskiej materialnie współpracy z tym wewnętrznie złym czynem jakim jest aborcja. I choć ostatecznie okazało się jednak, że fakt narodzenia się dziecięcia nie przyczynił się do wysłania na śmierć kilku/kilkunastu niewinnych osób, to postąpiłaby ona słusznie nawet, gdyby efektem i konsekwencją tej jej decyzji byłaby śmierć owych niewinnych ludzi.

    I tak samo Irena Gut powinna postąpić, gdy była namawiana przez niemieckiego oficera (Eduarda Rügemer ) do popełniania z nim grzechu nierządu (ów żołnierz jest w filmie przedstawiany jako osoba wolna i samotna, więc seks z nim byłby w takim wypadku nierządem, a nie cudzołóstwem). Nierząd jest bowiem choć jest materią mniej poważnego grzechu niż aborcja, ciągle jest bowiem aktem wewnętrznie złym. Nikt i nigdy – nawet dla ratowania życia niewinnych osób – nie ma, na płaszczyźnie obiektywnej – moralnego prawa go popełniać. Jeśliby Bóg by zechciał to ocaliłby tych niewinnych ludzi, tak jak w przypadku aborcji, bez popełniania nierządu. A gdyby odmowa popełnienia nierządu skutkowała śmiercią niewinnych ludzi, to ciągle, nawet wielkie prawdopodobieństwo wystąpienia takiego efektu nie dawałoby nikomu do tego moralnego prawa. Nie należały w tym podobnych wypadkach oskarżać kogoś, iż “zabił niewinnych”, tak jak nie powinno się męczennikom zarzucać, że de facto – móc ratować swe własne życie za pomocą dokonania tego czy innego wewnętrznie złego aktu – a nie czyniąc tego, popełniali wobec siebie samobójstwo. Nie jest też silnym argumentem na rzecz rzekomej moralnej zasadności ratowania innych ludzi przy pomocy aktów wewnętrznie złych to, iż w takich wypadkach działa się nie na w obronie siebie samego, ale niejako „altruistycznie”, czyli z miłości do swych bliźnich i dla ich dobra. Może być bowiem chwalebne i godne podziwu żywienie do kogoś większej miłości niż do samego siebie, ale – przynajmniej w stosunku do ludzi z nami niespokrewnionych – nie mamy takiego moralnego obowiązku. Jeślibyśmy więc mieli prawo ratować życie innych ludzi np. poprzez popełnienie cudzołóstwa, nierządu czy bałwochwalstwo, to tym bardziej byłoby to usprawiedliwione gdy rzecz tyczyłaby się ratowania swego własnego życia.

    To wszystko co powyżej piszę odnosi się jednak do płaszczyzny obiektywnej postępowania Ireny Gut. Na płaszczyźnie subiektywnej mogła być ona jednak całkowicie niewinna. Jeśli np. albo nie znała nauczania katolickiego o absolutnym zakazie pozamałżeńskich aktów seksualnych albo szczerze nie mogła go w swym sumieniu i rozumie pojąć, to mogła nie ponosiła ona żadnej winy za wybór sposobu w jaki postanowiła ratować niewinnych ludzi. Bóg mógł zatem po śmierci jej powiedzieć: “Wiem, że chciałaś dobrze i byłaś szczerze przekonana o słuszności tego co robiłaś. Dlatego nie pójdziesz za to ani do piekła ani nawet do czyśćca.. Jednak tak naprawdę Moją wolą dla tej sytuacji, nie było to co czyniłaś“.

    Gdyby sięgnąć tu po jakąś analogię z tym podobnymi sytuacjami to można by odwołać się do sytuacji sędziego, który w błędnej, acz dobrej wierze, skazałby jakiegoś niewinnego człowieka na śmierć. A więc o ile na płaszczyźnie obiektywnej jest zasadą, iż nigdy nie powinno się skazywać na karę śmierci niewinnych ludzi, to na sędzia rozpatrujący daną sprawę może mieć bez własnej winy fałszywe dowody i informacje wskazujące, iż w rzeczywistości niewinny człowiek popełnił zbrodnię zagrożoną karą śmierci. Na płaszczyźnie więc subiektywnej sędzia kierując się tą swą niezawinioną przez siebie błędną oceną sytuacji nie grzeszy (w sensie zaciągnięcia osobistej winy) skazując na karę śmierci w rzeczywistości niewinnego człowieka Podobnie, aktywne podjęcie tych czy innych pozamałżeńskich czynności seksualnych po to by oddalić od niewinnych wysokie niebezpieczeństwo śmierci nie będzie wiązało się z osobistą winą grzechu, wówczas gdy dana osoba ma błędnie (acz szczerze) uformowane sumienie. Innymi słowy, mówiąc językiem tradycyjnej teologii moralnej, takie działanie zawsze będzie “grzechem materialnym”, ale nie zawsze będzie “grzechem formalnym” i nigdy nie będzie można powiedzieć, iż na płaszczyźnie obiektywnej takie zachowanie było właściwe bądź moralnie dozwolone.

    Nie należy jednak czynić z domniemań tyczących się stopnia subiektywnej winy poszczególnych osób czynić jakiejś obiektywnej normy. Dlatego też trzeba jasno powiedzieć: Irena Gut (pierwowzór głównej bohaterki filmu pt. „Przysięga Ireny”) nie miała moralnego prawa do podjęcia pozamałżeńskich aktów seksualnych, nawet jeśli czyniła to w intencji ratowania życia niewinnych osób ludzkich. Czy w swym sumieniu była ona winna przed Bogiem popełnienia grzechu, tego jako ludzie nie wiemy – ale płaszczyzna obiektywna tego czynu – jest właśnie taka, jak napisałem.

    Mirosław Salwowski

    Przeczytaj też:

    Tradycyjny absolutyzm moralny przeciw etyce sytuacyjnej (pytania i odpowiedzi)

  2. O moralności w polityce zagranicznej

    Możliwość komentowania O moralności w polityce zagranicznej została wyłączona

    Ktoś powiedział: “Państwa nie mają przyjaciół. Państwa mają interesy“. Nie zgadzam się z duchem tego stwierdzenia. Jest to bowiem duch, który każe patrzeć na politykę międzynarodową przez pryzmat cynizmu i zimnych kalkulacji, a nie moralności, cnót i zasad. Tymczasem i w polityce międzynarodowej pierwsze skrzypce powinno odgrywać wejrzenie na wolę Boga i Jego sprawiedliwość – z wiarą, że wszystko inne (dobra materialne, powodzenie w interesach) będzie nam wówczas dane. Biblia mówi wszak: Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane (Mateusz 6, 33); Sprawiedliwość wywyższa naród, a czyn haniebny pomniejsza narody (Przysłów 14, 34).

    Owszem, często może nie być bardzo prostego i bardzo bezpośredniego przełożenia zasad moralnych, jakimi kierujemy się w życiu prywatnym na politykę zagraniczną – tym niemniej pewne najbardziej podstawowe normy cnotliwego postępowania powinny być i w niej zachowane. Poniżej postaram się wskazać na te z reguł moralnych, które winny być zachowywane przez rządzących także na płaszczyźnie postępowania z innymi narodami oraz państwami.

    ***

    Tak też i w polityce międzynarodowej obowiązują takie zasady moralne jak:

    1. Nie bije się ani nie zabija niewinnych, choćbyśmy mogli w ten sposób wiele zyskać. A więc rządzący nie mają moralnego prawa wszczynać niesprawiedliwych wojen, czyli napadać innych narodów po to, by zyskać w ten sposób więcej zasobów, pieniędzy, respektu pośród innych narodów albo też przejść do historii jako “sławni zdobywcy” etc. Kiedy zaś prowadzi się sprawiedliwą wojnę, to nie rozkazuje się swym żołnierzom posługiwania się na niej wewnętrznie złymi metodami, np. bezpośredniego zabijania niewalczących cywilów, gwałcenia kobiet. Powyższa reguła oznacza również, że nie popiera się w innych krajach (choćby nam wrogim) ruchów proaborcyjnych.

    2. Nie kłamie się o swych bliźnich ani nie mówi się o nich nieprawdy (choćby i byli naszymi największymi wrogami). A zatem nie wolno mówić o nieprzyjaznych sobie rządach rzeczy nieprawdziwych choćbyśmy mogli w ten sposób osiągnąć większe dobro (np. bardziej zmobilizować swój naród do obrony).

    3. Dotrzymuje się danych obietnic. Należy więc dotrzymywać podpisanych przez siebie traktatów, zobowiązań, umów międzynarodowych, etc. Jednymi z nielicznych wyjątków od tej zasady są sytuacje polegające na tym, iż w radykalny sposób zmieniły się okoliczności towarzyszące niegdyś podpisywaniu danej umowy, bądź też wypełnienie obietnicy, praktycznie rzecz biorąc, wiązałoby się z popełnieniem czegoś niemoralnego.


    4. W miarę możności pomaga się biednym i słabszym, daje się im jałmużnę, itd. A więc np. wspiera się kraje w których panuje bieda, wysyła im się żywność, leki. Pomaga się także narodom dotkniętym katastrofami naturalnymi, etc.


    5. Prowadzi się czyste i cnotliwe życie w sferze seksualnej. Ta zasada moralna w odniesieniu do polityki zagranicznej powinna oznaczać, iż np. nie zachęca się pracowników swego wywiadu do seksualnego uwodzenia dyplomatów innych państw oraz nie popiera się na terenie wrogich nam krajów ruchów pro-homoseksualnych, etc.


    6. Nie okrada się swych bliźnich. Nie rabuje się więc innych krajów, płaci uczciwie za zagraniczne produkty, itp.

    7. Wyznaje się wiarę w Pana naszego Jezusa Chrystusa. A więc w miarę możności popiera się prowadzenie misji chrześcijańskich w krajach niechrześcijańskich, a gdy pokojowe prowadzenie takich misji jest zagrożone w razie konieczności i, gdy jest to roztropne, wysyła się swych żołnierzy do obrony misjonarzy.

    ***

    Oczywiście, wszystko powyższe wydawać się może całkowicie nierealistyczną bajeczką i rzecz jasna historia polityki zagranicznej podałaby nam masę przykładów tego, w jaki sposób rządzący nie przestrzegali owych moralnych reguł. Jednak fakt bardzo częstego nieprzestrzegania pewnych zasad moralnych nie oznacza jeszcze, iż nie są one możliwe do praktycznej realizacji. Poza tym prawdopodobnie gdyby przyjrzeć się w sposób bardziej szczegółowy postępowaniu co bardziej świątobliwych i chrześcijańskich władców, to zobaczylibyśmy przykłady przestrzegania przez nich przynajmniej części z tych zasad. Ot, np. król Francji, św. Ludwik IX upierał się przy tym, iż złożona przez niego muzułmańskim wrogom obietnica, iż zapłacony zostanie za jego głowę okup w wysokości dwustu tysięcy lirów (był bowiem u nich przez pewien czas w niewoli), będzie skrupulatnie zrealizowana. Zaiste, piękny to był przykład dotrzymywania przez owego świętego monarchę danego słowa – choć wielu mogłoby to skrytykować jako przykład wręcz skrajnej głupoty.

    Mirosław Salwowski

    ___
    Obrazek został dołączony do artykułu za następującym źródłem internetowym: https://studioopinii.pl/tag/polityka-zagraniczna

  3. Kiedy zabranie cudzej własności jest wewnętrznie złe?

    Możliwość komentowania Kiedy zabranie cudzej własności jest wewnętrznie złe? została wyłączona

    Jak wiadomo, tradycyjnie katolickie podejście do własności prywatnej jest dość odległe od jej liberalnego czy skrajnie kapitalistycznego pojmowania. O ile np. w tej drugiej perspektywie własność prywatna jest niemalże “święta”, o tyle w świetle tej pierwszej istnieje niemało wyłączeń od jej nietykalności. Klasycznym tego przykładem jest choćby kwestia rozumienia kradzieży. W tradycyjnie katolickiej perspektywie osoba cierpiąca dajmy na to głód i nie mająca możności innego sposobu jego zaspokojenia, może wziąć w tym celu z cudzej własności i to zachowanie wcale nie będzie kradzieżą. Takie pojmowanie tych kwestii sugeruje chociażby punkt numer 2408 Katechizmu Kościoła Katolickiego:

    Siódme przykazanie zabrania kradzieży, która polega na przywłaszczeniu dobra drugiego człowieka wbrew racjonalnej woli właściciela. Nie mamy do czynienia z kradzieżą, jeśli przyzwolenie może być domniemane lub jeśli jego odmowa byłaby sprzeczna z rozumem i z powszechnym przeznaczeniem dóbr. Ma to miejsce w przypadku nagłej i oczywistej konieczności, gdy jedynym środkiem zapobiegającym pilnym i podstawowym potrzebom (pożywienie, mieszkanie odzież…) jest przejęcie dóbr drugiego człowieka i korzystanie z nich.

    Kazus “zabranie czyjejś własności z głodu” nie jest zresztą jedynym, w którym naruszenie czyjegoś mienia będzie moralnie dozwolone i nie będzie stanowiło kradzieży. Jak wszak pisał o tym jeden z “przedsoborowych” duchownych, ks. Wojciech Andersz:

    Kradzieżą jest jednak zabranie cudzej własności wtenczas dopiero, kiedy dzieje się wbrew rozsądnej i uprawnionej woli właściciela. (…) A więc nie popełniłby kradzieży, ktoby, n.p. drugiemu wziął jakie narzędzie, nóż, powróz, pistolet, truciznę, i.t.p., któremiby chciał kto odebrać życie sobie lub innym. Nie jest kradzieżą zabranie książki szkodliwej, bo rozsądny człowiek nie powinien mieć nic przeciw temu. Nie popełniają kradzieży żony, jeśli mężom potajemnie zabierają pieniądze, którychby ci użyli na pijaństwo, byleby spotrzebowały je uczciwie na potrzeby domowe (…)

    Nie tylko grzeszą przeciw przykazaniu siódmemu, co z kradzieży i innych grzechów  do niej podobnych mają korzyść, lecz nadto ci, co, choćby bez korzyści dla siebie, bliźniemu szkodzą niesprawiedliwie na jego własności. 

    Wyraźnie wypowiadam <<niesprawiedliwie>>, bo można uszkodzić cudzą własność <<sprawiedliwie>>, a wtedy też nie ma grzechu. 

    Patrz: “Nauki katechizmowe ułożone na podstawie różnych autorów”, Tom IV, Poznań 1910, s. 125.

    W świetle przytoczonego powyżej klasycznego katolickiego nauczania na temat tego, co kradzieżą jest, a co nią nie jest, można jednak zapytać, czy w takim razie istnieją przypadki naruszenia prywatnej własności, które można by zaliczyć do tego, co tradycyjna moralistyka nazywała “aktami wewnętrznie złymi”, a więc zawsze i wszędzie zakazanymi? Choć może wydawać się to na pierwszy rzut oka niezbyt spójne, to owszem istnieją takie wypadki i sugeruje to choćby nauczanie św. Augustyna, który kradzież zaliczał właśnie do takowych zawsze zabronionych zachowań:

    Jeśli czyny są same z siebie grzechami jak na przykład kradzież, cudzołóstwo, bluźnierstwo lab tym podobne, to któż ośmieliłby się twierdzić, że gdy dokonane zostają dla dobrych powodów, nie są już grzechami lub — co jeszcze bardziej nielogiczne — są grzechami usprawiedliwionymi?” („Contra mendacium” VII, 18).

    Powyższa wypowiedź Augustyna nie jest tylko jego prywatną opinią, gdyż nauczanie o wewnętrznym złu kradzieży zostało potwierdzone chociażby przez papieża Piusa XII:

    Fundamentalne obowiązki prawa moralnego opierają się na istocie i naturze człowieka, na jego podstawowych relacjach I dlatego obowiązują w przypadku każdego człowieka. Fundamentalne obowiązki prawa chrześcijańskiego w stopniu, w którym są one nadrzędne wobec prawa naturalnego, opierają się na istocie nadprzyrodzonego porządku ustanowionego przez Boskiego Zbawiciela. Z zasadniczych relacji między człowiekiem a Bogiem, człowiekiem a człowiekiem, mężem a żoną, rodzicami a dziećmi z zasadniczej wspólnoty relacji typowych dla rodziny, w Kościele i w Państwie wynika między innymi, że nienawiść do Boga, bluźnierstwo, bałwochwalstwo, porzucanie prawdziwej wiary, wyparcie się wiary, krzywoprzysięstwo, morderstwo, dawanie fałszywego świadectwa, oszczerstwo, cudzołóstwo i nierząd, przemoc małżeńska, samogwałt, kradzież i rabunek, odbieranie rzeczy niezbędnych do przeżycia, pozbawianie pracowników ich sprawiedliwej zapłaty (Jk 5,4), monopolizacja podstawowego pożywienia, niesprawiedliwe podwyżki cen, nieuczciwe bankructwo, niesprawiedliwe manewry spekulacyjne – wszystko to jest surowo zabronione przez Boskiego Prawodawcę. Nie są tu konieczne żadne badania. Niezależnie od sytuacji danej osoby, nie ma ona żadnego innego wyboru, jak tylko zachować posłuszeństwo. (…) Chrześcijanin nie może być nieświadomy faktu, że musi poświęcić wszystko, nawet własne życie, aby ocalić swoją duszę. Przypominają nam o tym wszyscy męczennicy. Męczenników jest bardzo wielu, również w naszych czasach. Matki Machabeuszy wraz ze swoimi synami święte Perpetua i Felicyta, wraz z ich nowo narodzonymi dziećmi; Maria Goretti i tysiące innych mężczyzn i kobiet, których czci Kościół – czy w obliczu sytuacji, w której się znaleźli, bezsensownie lub wręcz błędnie zaryzykowali krwawą śmierć? Nie, z pewnością nie, a w swojej krwi są oni najbardziej ewidentnymi świadkami prawdy przeciwko nowej moralności”.

    Patrz: Pius XII, przemówienie Soyez les bienvenues do Katolickiej Światowej Federacji Młodych Kobiet, 18 kwietnia 1952 r., nr 11.

    A zatem logicznie rzecz biorąc z takiego postawienia sprawy wynika, że choć nie każde naruszenie czyjejś prywatnej własności jest kradzieżą, to pewne rodzaje takich naruszeń są kradzieżami, które to z kolei są aktami wewnętrznie złymi, a co za tym idzie zawsze zakazanymi. Poniżej postaram się podać przykłady tego rodzaju naruszeń własności prywatnej, które są kradzieżą i których nigdy – nawet dla ratowania własnego życia – nie mamy moralnego prawa się dopuszczać.

    Jako przykład pierwszej z takich sytuacji przywołam postawę jednego ze świętych (którego imienia jednak niestety nie wspomnę), który był nakłaniany przez pewnego rzezimieszka do kradzieży owoców. Ten rzezimieszek bodajże groził owemu świętemu nawet śmiercią w razie odmowy spełnienia jego żądań. Ów święty nie zgodził się jednak na takie postępowanie uzasadniając to tym, iż woli raczej cierpieć niż łamać Siódme Przykazanie Dekalogu.

    Przykładem drugim, może być sytuacja bardziej specyficzna dla obozów koncentracyjnych, w których oprawcy głodzili więźniów. O ile taki głodzony więzień miał pełne moralne prawo dajmy na to wziąć kawałek kiełbasy z zastawionego po brzegi stołu swych oprawców – i nie byłaby to kradzież – o tyle już ten sam więzień nie miałby podobnego prawa, by odebrać jedzenie innemu będącemu w podobnej sytuacji więźniowi. W pierwszym przypadku bowiem, więzień postąpiłby sprawiedliwie – choćby dlatego, że takowa rekompensata należała mu się za niewolniczą pracę przy głodowych warunkach. W drugim jednak przypadku, ów więzień w imię ratowania bądź polepszenia swej sytuacji, odbierałby swemu bliźniemu coś co i owemu bliźniemu byłoby bardzo potrzebne do życia. Takie działanie – nawet dla ratowania swego życia – byłoby niesprawiedliwym naruszeniem czyjejś własności, a co za tym idzie aktem wewnętrznie złym, czyli kradzieżą.

    Mirosław Salwowski

    Przeczytaj też:

    Czy “kradzież” z ubóstwa jest wyjątkiem od Bożych przykazań?

    Czy mamy prawo niszczyć (cudze) bożki, pornografię, okultystyczne przedmioty, itp?

    Źródło obrazka wykorzystanego w artykule:

  4. Czy zabicie niepoczytalnego napastnika jest wyjątkiem od zakazu mordowania niewinnych?

    Możliwość komentowania Czy zabicie niepoczytalnego napastnika jest wyjątkiem od zakazu mordowania niewinnych? została wyłączona

    Jedną z prawd katolickiego nauczania moralnego jest to, iż nigdy, nigdzie i w żadnym najlepszym nawet celu nie mamy prawa w bezpośredni sposób zabijać niewinnych osób. O tej zasadzie moralnej wyraźnie uczył choćby papież Jan Paweł II w encyklice “Evangelium Vitae”:

    “(…) przykazanie „nie zabijaj” ma wartość absolutną w odniesieniu do osoby niewinnej, i to tym bardziej wówczas, gdy jest to człowiek słaby i bezbronny, który jedynie w absolutnej mocy Bożego przykazania znajduje radykalną obronę przed samowolą i przemocą innych.

    (…) Dlatego mocą Chrystusowej władzy udzielonej Piotrowi i jego Następcom, w komunii z biskupami Kościoła Katolickiego, potwierdzam, że bezpośrednie i umyślne zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze aktem głęboko niemoralnym. Doktryna ta, oparta na owym niepisanym prawie, które każdy człowiek dzięki światłu rozumu znajduje we własnym sercu (por. Rz 2, 14-15), jest potwierdzona w Piśmie Świętym, przekazana przez Tradycję Kościoła oraz nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne.

    Świadoma i dobrowolna decyzja pozbawienia życia niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze złem z moralnego punktu widzenia i nigdy nie może być dozwolona ani jako cel, ani jako środek do dobrego celu. Jest to bowiem akt poważnego nieposłuszeństwa wobec prawa moralnego, co więcej, wobec samego Boga, jego twórcy i gwaranta; jest to akt sprzeczny z fundamentalnymi cnotami sprawiedliwości i miłości. Nic i nikt nie może dać prawa do zabicia niewinnej istoty ludzkiej, czy to jest embrion czy płód, dziecko czy dorosły, człowiek stary, nieuleczalnie chory czy umierający. (…)

    Pod względem prawa do życia każda niewinna istota ludzka jest absolutnie równa wszystkim innym. Ta równość stanowi podstawę wszelkich autentycznych relacji społecznych, które rzeczywiście zasługują na to miano tylko wówczas, gdy są oparte na prawdzie i na sprawiedliwości, uznając i broniąc każdego człowieka jako osoby, a nie jako rzeczy, którą można rozporządzać. Wobec normy moralnej, która zabrania bezpośredniego zabójstwa niewinnej istoty ludzkiej, nie ma dla nikogo żadnych przywilejów ani wyjątków. Nie ma żadnego znaczenia, czy ktoś jest władcą świata, czy ostatnim «nędzarzem» na tej ziemi: wobec wymogów moralnych jesteśmy wszyscy absolutnie równi”.” (tamże, n. 57).

    Ten absolutny i nieznający żadnych wyjątków Boży zakaz nie jest jednak sprzeczny z prawem naturalnym, które mówi nam, iż wolno jest bronić siebie i innych przed niesprawiedliwą napaścią, nawet gdybyśmy mieli przy tym zadać agresorowi śmiertelny cios. W istocie rzeczy bowiem człowiek dokonujący niesprawiedliwej napaści nie powinien być traktowany w kategoriach “niewinnej osoby”, przez co absolutny zakaz zabijania niewinnych nie tyczy się takiego agresora. Innymi słowy: atakujesz spokojnych ludzi, trudno w tej sytuacji uznawać cię za niewinnego człowieka.

    Można jednak ktoś spytać, co wtedy, gdy niesprawiedliwym napastnikiem jest np. osoba chora psychicznie? Czy śmiertelne odparcie ataku takiego człowieka nie będzie równała się z bezpośrednim zabiciem niewinnej osoby, skoro takowa byłaby chora psychicznie, a co się z tym wiąże, jej moralna odpowiedzialność za dokonywane działania mogłaby być całkowicie albo poważnie ograniczona?

    Papież Jan Paweł II w cytowanej już powyżej encyklice “Evangelium Vitae” odpowiedział, iż jest moralnie dozwolone zabicie napastnika, nawet w sytuacji, gdy ten byłby chory psychicznie:

    Zdarza się niestety, że konieczność odebrania napastnikowi możliwości szkodzenia prowadzi czasem do pozbawienia go życia. W takim przypadku spowodowanie śmierci należy przypisać samemu napastnikowi, który naraził się na nią swoim działaniem, także w sytuacji, kiedy nie ponosi moralnej odpowiedzialności ze względu na brak posługiwania się rozumem (tamże, n. 55).

    Czy zatem w rzeczywistości moralna zgoda na uśmiercenie chorego psychicznie agresora jest wyjątkiem od zakazu zabijania niewinnych ludzi? Twierdząca odpowiedź na to pytanie byłaby zdecydowanie zbyt pochopna. Zasada moralna zabraniająca tego czynić nie zasadza się bowiem na stwierdzaniu subiektywnej winy poszczególnych niesprawiedliwych napastników. Polega ona raczej na dostrzeżeniu obiektywnego wymiaru danego działania (w tym wypadku: niesprawiedliwej agresji) i odpowiednim do takowego bronieniu się przed nim. Ocena zaś, czy na płaszczyźnie subiektywnej dany napastnik jest w pełni lub częściowy winien swego zachowania, nie należy do obowiązków osoby zaatakowanej. Podobnie, nawet jeśli w poszczególnych przypadkach może zdarzyć się, że napastnik w ogóle nie będzie subiektywnie winien, nie musi to wpływać na rezygnację z obrony siebie lub innych. W zwyczajnym porządku rzeczy nie jest się bowiem w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia i zdrowia w stanie tego ocenić. A nawet, gdyby tak się zdarzyło, iż wiedzielibyśmy, że dany agresor jest osobą chorą psychicznie, to i tak najpewniej nie moglibyśmy w sposób całkowity wykluczyć tego, że w jego działaniu byłyby jakieś złośliwe elementy. Po prostu, gdy jesteśmy niesprawiedliwie napadnięci, to mamy prawo się bronić bez rozważania, czy i jaki stopień osobistej winy leży po stronie agresora. Może ten agresor jest całkowicie winien, może częściowo, a może w ogóle – w zwyczajnym porządku rzeczy tego nie wiemy i gdy nasze życie oraz zdrowie jest bezpośrednie zagrożone nie mamy obowiązku tego rozważać, czy oceniać.

    Na koniec dodam, iż ewentualna analogia pomiędzy moralnym prawem we własnej obronie nawet chorego psychicznie napastnika a rzekomym prawem do aborcji w sytuacji zagrożenia życia matki nie jest uprawniona. A to choćby dlatego, że w tym drugim przypadku po prostu możemy mieć 100 procent pewności, iż zagrożenie, jakie stwarza dla życia matki rozwój ciąży, nie jest spowodowane nawet w najmniejszym stopniu żadnymi intencjonalnymi działaniami ze strony nienarodzonego dziecięcia. Takie dziecko jest na pewno niewinne tego, iż jego biologiczny rozwój stwarza dla życia matki zagrożenie. W pierwszym przypadku jednak nie wiemy, czy choćby i chora psychicznie osoba byłaby na pewno w 100 procentach niewinna swego działania. Może tak być, ale jako, że nie jesteśmy w stanie tego ocenić, domniemanie słuszności leży po stronie broniącej się osoby. I na tym polega też różnica pomiędzy obiema tymi sytuacjami.

    Mirosław Salwowski

    Przeczytaj też:
    Kiedy moralnie dozwolone jest zabijanie złoczyńców?

    Przemoc w Starym i Nowym Testamencie

    Obrazek użyty w tekście został wykorzystany za poniżej linkowanym źródłem:
    https://www.huffpost.com/entry/violence-in-the-bible-greatest-hits_b_5861bd66e4b068764965be0a

  5. Czy palenie książek Osho jest jak palenie Biblii?

    Leave a Comment

    Przy okazji ostatniej medialnej afery z paleniem uznanych za duchowo szkodliwe książek (oraz talizmanów i amuletów) krytycy tej akcji posługiwali się argumentem w stylu: “Skoro nie podobało się wam, jak Nergal niszczył na swym koncercie Biblię, to dlaczego pochwalacie palenie książek, które wam się nie podobają. To jest istna mentalność Kalego“. Choć na pierwszy rzut oka ów argument może wydawać się chwytliwy, to jednak tak naprawdę jest on zwodniczy i bezsensowny. Próbując bowiem wykazać swego rodzaju relatywizm zwolennikom publicznego niszczenia przedmiotów, które mają nas prowadzić do złego, w istocie rzeczy wskazane wyżej rozumowanie samo wypływa z relatywistycznego sposobu myślenia.

    Po pierwsze bowiem, stawianie na jednej płaszczyźnie Pisma świętego i dajmy na to pism neohinduistycznego guru Osho (bo takowe też zostały spalone na słynnym gdańskim “stosie”) jest de facto zrównywaniem ich obu. W istocie rzeczy mówi się bowiem wówczas albo, że “każdy ma swoją prawdę i nie istnieje jedna absolutna Prawda” albo też twierdzi się, iż “nie da się poznać prawdy i wszystko trzeba traktować w taki sam sposób“. Przy przyjęciu takich założeń rzeczywiście nie byłoby żadnej różnicy pomiędzy niszczeniem Biblii a paleniem tych czy innych ksiąg tak, jak podobnie należałoby traktować wrzucenie do śmietnika zgniłych jabłek oraz świeżych pomarańczy. Traktowanie jednak w ten sposób Pisma świętego jest stawianiem go na jednej płaszczyźnie z wytworami ludzkiej wyobraźni oraz szatańskimi zwiedzeniami. Na coś takiego uczniowie Pana Jezusa nie mogą się zaś godzić.

     

    Po drugie: tak jak istnieje Bóg i szatan, Prawda oraz kłamstwo, dobro i zło, tak też istnieją książki obiektywnie dobre oraz obiektywnie przynoszące więcej szkód niż pożytku. Nie odróżniać jednych od drugich to tak, jak nie robić różnicy pomiędzy jabłkami zdrowymi a jabłkami zgniłymi i robaczywymi. Czy ktoś ma pretensje do sadownika, iż zdrowe jabłka pakuje do kosza, zgniłe zaś i robaczywe wyrzuca do śmieci? Czy wreszcie można mieć za złe sędziom oraz policjantom, iż jednych ludzi wtrącają do aresztu albo więzienia, a innych zostawiają w spokoju? O ile jest to oparte o obiektywne normy moralności i sprawiedliwości nie można im robić z tego tytułu wyrzutu.

    Po trzecie: choć analogia pomiędzy niszczeniem Biblii a paleniem złych książek jest zasadniczo rzecz biorąc fałszywa, tkwi w niej pewne ziarno prawdy. Otóż, owszem są normy moralne, których nigdy i nigdzie nie wolno jest łamać. Nie mamy np. moralnego prawa gwałcić ludzi, choćby i to byli najbardziej zwyrodniali pedofile w więzieniach. Podobnie, nawet w najszlachetniejszych celach nie wolno jest cudzołożyć, kłamać, fałszywie przysięgać, zabijać niewinnych, czcić bałwany. Są to przykłady absolutnych norm moralnych, których nie należy naruszać w żadnej sytuacji. Nie wymyślajmy sobie jednak moralnych absolutów na nowo, skoro śladu po nich nie ma ani w Piśmie świętym, ani nauce katolickiej. Nie ma żadnej normy moralnej w stylu: “Nigdy nie będziesz palił książek lub przedmiotów prowadzących do zła” – należy o tym pamiętać. Wręcz przeciwnie, tego rodzaju zachowanie ma swe mocne podstawy tak w Biblii, jak i Tradycji Kościoła, a sama czynność spalenia czegoś jest pięknym biblijnym symbolem całkowitego odcięcia się od potraktowanego w ten sposób zła.

     

    Po raz pierwszy artykuł ten ukazał się na portalu Fronda.pl: https://www.fronda.pl/a/z-ambony-strzeleckiej-salwowskiego-czy-palenie-ksiazek-osho-jest-jak-palenie-biblii,124661.html

  6. Jamie Schmidt – amerykańska męczennica cnoty czystości

    Leave a Comment

    Niedawno temu, bo 19 listopada 2018 roku, za Oceanem, w amerykańskim mieście St. Louis w stanie Missouri miało miejsce zdarzenie, które powinno być źródłem nadziei i inspiracji dla katolików na całym świecie. Otóż, w tym dniu śmierć w obronie cnoty czystości poniosła 53-letnia katoliczka Jamie Schmidt, mająca opinię cichej i spokojnej kobiety, matka trojga dzieci. Jest to wydarzenie tym bardziej znamienne, gdyż jeśli w przyszłości Kościół zdecydowałby się na jej kanonizację byłaby to pierwsza męczennica, która urodziła się na terenie Stanów Zjednoczonych.

    Jamie Schmidt została zabita po tym, jak udała się do miejscowej filii Catholic Supply, głównego dostawcy dewocjonaliów po to by nabyć różańce, które rozprowadzała w ramach swej katolickiej aktywności. Owego dnia zastała jednak tam obok pracownic sklepu także Thomasa Bruce’a, który wcześniej sterroryzował dwie inne znajdujące się tam kobiety. Mężczyzna z bronią w ręku zażądał od kobiet rozebrania się, a następnie odbycia z nim perwersyjnego aktu seksualnego. O ile dwie kobiety pod wpływem strachu zgodziły się na żądania napastnika o tyle Jamie Schmidt odpowiedziała mu: “W imię Boga. Nie rozbiorę się”. To rozśwccieczyło Thomasa Bruce’a, który słysząc odmową tej dzielnej kobiety, strzelił do niej z pistoletu. Ciężko ranna Jamie, wedle ocalałych świadków tego zdarzenia miała jeszcze szeptać słowa modlitwy “Ojcze nasz”. Niestety, ratownikom medycznym nie udało się uratować owej kobiety i zmarła ona w niedługim czasie po jej postrzeleniu przez napastnika.

    Choć na płaszczyźnie emocjonalnej powyższe wydarzenie jest oczywiście smutne i jawi nam się jako bardzo tragiczne, daje ono nam nadzieję oraz powinno być dla nas źródłem inspiracji. Okazuje się bowiem, że także w dzisiejszych czasach, czyli w początkach XXI wieku istnieją osoby, które wzorem kanonizowanych i beatyfikowanych wcześniej świętych niewiast (vide: Maria Goretti, Karolina Kózkówna) oraz mężczyzn (np. Karol Lwanga wraz z towarzyszami, Fernando Saperas) są gotowe raczej umrzeć niż zgrzeszyć przeciwko świętej cnocie czystości.

    Inspirujące zaś to wydarzenie jest dlatego, iż zasada “Lepiej umrzeć niż zgrzeszyć” nie jest tylko jakąś dobrą, acz fakultatywną radą, ale stanowi – w razie zaistnienia takiej potrzeby – obowiązek każdego chrześcijanina. Jak wszak nauczał św. Jan Paweł II w swej encyklice “Veritatis splendor”:

    Kościół ukazuje wiernym przykłady licznych świętych (…), którzy głosili i bronili prawdę moralną aż do męczeństwa, albo woleli umrzeć, niż popełnić choćby jeden grzech śmiertelny. Wyniósł ich do chwały ołtarzy , to znaczy kanonizował ich świadectwo i publicznie uznał za słuszne ich przekonanie, że miłość Boga każe bezwarunkowo przestrzegać Jego przykazań nawet w najtrudniejszych okolicznościach i nie pozwala ich łamać nawet dla ratowania własnego życia (…). Męczeństwo odrzuca jako złudne i fałszywe wszelkie ludzkie tłumaczenia, jakimi usiłowałoby się usprawiedliwić – nawet w wyjątkowych okolicznościach – akty moralnie złe ze swej istoty” (tamże, n. 91 – 92).

    Podobnie, papież Pius XII w przemówieniu z dnia 18 kwietnia 1952 roku uczył:

    Chrześcijanin nie może być nieświadomy faktu, że musi poświęcić wszystko, nawet własne życie, aby ocalić swoją duszę. Przypominają nam o tym wszyscy męczennicy. Męczenników jest bardzo wielu, również w naszych czasach. Matki Machabeuszy wraz ze swoimi synami święte Perpetua i Felicyta, wraz z ich nowo narodzonymi dziećmi; Maria Goretti i tysiące innych mężczyzn i kobiet, których czci Kościół – czy w obliczu sytuacji, w której się znaleźli, bezsensownie lub wręcz błędnie zaryzykowali krwawą śmierć? Nie, z pewnością nie, a w swojej krwi są oni najbardziej ewidentnymi świadkami prawdy przeciwko nowej moralności”.

    Msza święta pogrzebowa za duszę Jamie Schmidt, amerykańskiej męczennicy za cnotę czystości odbyła się 27 listopada 2018 roku w kościele pod wezwaniem św. Antoniego z Padwy w High Ridge. Osobiście, byłbym bardzo szczęśliwy, gdybym jeszcze na tej ziemi, mógł dożyć dnia, w którym za pełną, publiczną aprobatą Kościoła powiem: “Święta Jamie Schmidt: módl się za nami“.

  7. Męczennicy moralnego absolutyzmu

    Leave a Comment

    Papież Jan Paweł II w swej wiekopomnej encyklice “Veritatis Splendor” nauczał między innymi:

    Kościół ukazuje wiernym przykłady licznych świętych (…), którzy głosili i bronili prawdę moralną aż do męczeństwa, albo woleli umrzeć, niż popełnić choćby jeden grzech śmiertelny. Wyniósł ich do chwały ołtarzy , to znaczy kanonizował ich świadectwo i publicznie uznał za słuszne ich przekonanie, że miłość Boga każe bezwarunkowo przestrzegać Jego przykazań nawet w najtrudniejszych okolicznościach i nie pozwala ich łamać nawet dla ratowania własnego życia (…). Męczeństwo odrzuca jako złudne i fałszywe wszelkie ludzkie tłumaczenia, jakimi usiłowałoby się usprawiedliwić – nawet w wyjątkowych okolicznościach – akty moralnie złe ze swej istoty (tamże, n. 91).

    Choć wielu katolików stosunkowo dobrze zna przykłady tych Świętych Pańskich, którzy woleli umrzeć niż dopuścić się – choćby pozorowanego – grzechu bałwochwalstwa, postacie i czyny Świętych, którzy oddali życie (bądź byli gotowi je oddać) w obronie innych z absolutnych zasad moralnych (lub tego co im się wydawało  taką zasadą) często już nie są tak akcentowane. Warto więc w tym miejscu przypomnieć o tych postaciach.

    Święta Zuzanna – jej postać opisywana jest na kartach biblijnej księgi Daniela (Dn 13, 1-64)). Była ona kuszona przez dwóch starszych sędziów do popełnienia z nimi grzechu cudzołóstwa. Kiedy odmówiła ich naleganiom, ci, zagrozili jej, że pod fałszywym zarzutem skażą ją na śmierć. Zuzanna miłując bardziej Boga niż swe życie odpowiedziała im:  jestem w trudnym ze wszystkich położeniu. Jeżeli to uczynię, nie ujdę waszych rąk. Wolę jednak niewinna wpaść w wasze ręce , niż zgrzeszyć wobec Pana (Dn 13, 22-23). Nikczemne zamiary lubieżnych starców zostały szczęśliwie w porę zdemaskowane, w skutek czego Zuzanna uniknęła przedwczesnej śmierci. Pozostaje jednak ona żywym wzorem tego, że należy raczej umrzeć niż dopuścić się jakiekolwiek grzechu nieczystości. Można powiedzieć, iż za jej przykładem poszły już takie nowotestamentowe i chrześcijańskie męczennice jak bł. Karolina Kózkówna, bł. Laura Vicuña czy św. Maria Goretti, które również wolały cierpieć nawet do oddania swego życia, aniżeli choćby biernie ulec nieczystym zamiarom napastujących ich mężczyzn. Jak o św. Zuzannie pisał Jan Paweł II:

    Zuzanna, która wolała <<niewinna wpaść>> w ręce sędziów, daje świadectwo nie tylko wiary i zaufania do Boga, ale także posłuszeństwa wobec prawdy i absolutnych wymogów porządku moralnego: swoją gotowością przyjęcia męczeństwa głosi, że nie należy czynić tego, co prawo Boże uznaje za złe, aby uzyskać w ten sposób jakieś dobro. Wybiera dla siebie lepszą cząstkę: przejrzyste, bezkompromisowe świadectwo prawdzie dotyczącej dobra oraz świadectwo Bogu Izraela; w ten sposób przez swoje czyny ukazuje świętość Boga (“Veritatis splendor”, n. 91).

    Święty Antym z Nikomedii –  żyjący na przełomie III i IV wieku biskup w czasie prześladowań chrześcijan za czasów Dioklecjana ugościł mających pojmać go żołnierzy. Ci przejęci dobrocią Antyma chcieli puścić go wolno, mówiąc jednak swym przełożonym, iż nie zdołali znaleźć  biskupa. Na tę ich propozycję ów święty odpowiedział, że woli umrzeć męczeńską śmiercią aniżeli zachęcać kogokolwiek do kłamstwa. Rezygnując z takiego sposobu swej obrony Antym został doprowadzony przed oblicze rzymskich władz, a następnie ścięty.

    Święty Firmus – jego postawa została opisana przez św. Augustyna z Hippony w traktacie “De mendacio”. Prawdopodobnie około 297 roku do domu Firmusa przybyli cesarscy żołnierze z zapytaniem, czy nie przechowuje poszukiwanego człowieka? Na co on odrzekł, że ani kłamać nie może, ani wydać nieszczęśliwca. W skutek takiej, a nie innej odpowiedzi, Firmus musiał wiele wycierpieć od rzymskich władz. Ta postawa owego świętego została pochwalona i dana za wzór przez św. Augustyna:

    Ale oto jest człowiek niewinny, któremu trzeba ocalić życie, oświadczając wbrew prawdzie, że nie wiemy gdzie się ukrył. Czy powiedzielibyście to samo w obecności najwyższego Sędziego, któryby wam zadał to pytanie? Czyliż nie jest większą odwagą i cnotą odpowiedzieć: Nie będę ani donosicielem ani kłamcąBiskup Thagaste, imieniem Firmus wezwany imieniem cesarza, o wydanie człowieka, który się ukrywał u niego, odpowiedział śmiało, że nie chce ani kłamać, ani wydać nieszczęśliwego, woląc raczej wycierpieć najsroższe męki, niżeli uczynić to, czego wymagają po nim, lub powiedzieć fałsz. (…) Gdy nas przymuszają do kłamania z powodu zbawienia wiekuistego jakiej osoby, na przykład gdy idzie o udzielenie jej sakramentu chrztu świętego, do kogoż wtedy mam się uciec, jeżeli nie do ciebie; o prawdo święta? Ale czy prawda może pozwolić dopuścić się kłamstwa?

    Błogosławiony Fernando Saperas – to męski naśladowca św. Zuzanny. W czasie hiszpańskiej wojny domowej (1936-1939) był on klaretyńskim zakonnikiem. Na terenach kontrolowanych przez komunistyczne, socjalistyczne i anarchistyczne bojówki los katolickich księży, zakonników i zakonnic był nie do pozazdroszczenia. Fernando był jednym z tych zakonników, którzy przebrani w cywilne ciuchy ukrywali się wówczas przed wściekłością lewackich bojówkarzy. Pewnego dnia Fernando został jednak przez nich zatrzymany. Początkowo raczej nic nie zapowiadało późniejszego dramatycznego końca tej historii, jednak przebrany za cywila zakonnik wzbudził podejrzenia bojówkarzy tym, iż nie chciał słuchać opowiadanych przez nich sprośnych dowcipów. Zaczęli go wówczas pytać, czy nigdy nie współżył seksualnie z kobietą. Na to Fernando odrzekł, iż jest zakonnikiem. Owe wyznanie wzbudziło wściekłość lewackich bojówkarzy, którzy chcąc złamać jego cnotliwe nastawienie, zawieźli go następnie do domu publicznego, próbując biciem zmusić Fernanda do skorzystania z usług jednej z pracujących tam prostytutek. Zakonnik jednak cały czas się modlił i odpowiadał swym oprawcom, iż woli umrzeć aniżeli zgrzeszyć.  Ich okrucieństwo było tak wielkie, że w końcu same prostytutki zaczęły płakać i litować się nad losem naszego błogosławionego. Po 15 godzinach bezskutecznego bicia, zastraszania i molestowania klaretyna, lewaccy bojówkarze zawieźli go na cmentarz Tárrega w Léridzie gdzie wykuli mu oczy, a następnie rozstrzelali.

    Święty Paschalis Baylón – ten żyjący w latach 1540 – 1592 pasterz owiec, a następnie franciszkański zakonnik był gotów umrzeć niż dopuścić się kradzieży. Otóż, pewnego dnia jeden mężczyzna namawiał go do tego, by ukradł dla niego z sąsiedniego pola parę kiści winogron. Gdy Paschalis nie chciał tego uczynić, ów zagroził, że w razie dalszej odmowy po prostu go zabije. Nasz święty odparł jednak na to, że woli umrzeć niż bezprawnie wziąć coś do nie należy do niego. Ostatecznie, Paschalis uszedł z tej “przygody” z życiem, jednak swym postępowaniem dowiódł tego, iż są sytuacje, w których nawet dla ratowania siebie nie należy popełniać kradzieży.

    Święty Karol Lwanga (1860 – 1886) wraz z towarzyszami – był wodzem plemienia Nagweya oraz przełożonym paziów na dworze bugandyjskiego króla Mwangi.  Wraz ze swymi towarzyszami zginał spalony na stosie, po tym jak odmówił swemu królowi wykonania z nim aktów sodomii.

    Błogosławiony Franciszek Jägerstätter (1907 – 1943) – ostatnie lata jego życia przypadły na czasy II wojny światowej. Będąc  Austriakiem był on postrzegany przez władze III Rzeszy jako Niemiec, który powinien służyć swemu krajowi na froncie wojennym. Początkowo Franciszek przyjął wezwanie do Wermachtu, do którego został wcielony w 1940 roku. Po kilku miesiącach służby został on jednak zwolniony do domu, gdzie w międzyczasie coraz bardziej uświadamiał sobie, wielką moralną problematyczność tak walczenia po stronie Hitlera, jak i składania mu przysięgi bezwzględnej wierności oraz posłuszeństwa (co było wymagane od żołnierzy niemieckiej armii). Gdy więc w 1943 roku Franciszek został ponownie powołany do Wermachtu zdecydowanie odmówił złożenia przysięgi na absolutną wierność wodzowi III Rzeszy. Jednocześnie jednak zadeklarował, iż jest gotów służyć w jednostkach sanitarnych. Nie był to jednak wyraz pacyfizmu z jego strony, ale po prostu nie chciał brać aktywnego udziału w wojnie, którą po starannym badaniu i rozeznaniu uznał za niesprawiedliwą. W skutek takiej swej postawy Franciszek trafił do więzienia. Nie zmienił swej decyzji nawet mimo tego, iż do jej zmiany namawiali go księża i biskupi powołując się przy tym na miłość do ojczyzny oraz zapewnienie odpowiedniej egzystencji żonie oraz dzieciom. Franciszek Jägerstätter umarł 9 sierpnia 1943 roku po tym jak został ścięty gilotyną.

    Święta Joanna Beretta-Molla (1922 – 1962) – gdy była w ciąży z czwartym dzieckiem wykryto u niej chorobę nowotworową. W tej sytuacji lekarze doradzali jej przerwanie ciąży, albowiem donoszenie takowej stanowiło zagrożenia dla życia tak kobiety, jak i poczętego dziecięcia. Joanna odmówiła jednak tym naleganiom, postanawiając urodzić swe czwarte dziecko. W tydzień później święta umarła w skutek poporodowych powikłań.

    Błogosławiony Benedykt Tshimangadzo Daswa – to odważny, a żyjący jeszcze nie tak dawno, bo w latach 1946 – 1990 katolik z RPA. Jako wierny uczeń Pana Jezusa: zwalczał bardzo rozpowszechnione wśród miejscowej ludności czary, uważając je za sprzeczne z wiarą i szkodliwe dla ludzi. Podkreślał, że tego rodzaju praktyki prowadzą nierzadko do zabijania niewinnych ludzi, oskarżonych o rzucanie czarów na innych. Potępiał też noszenie amuletów i talizmanów, mających chronić przed złem. Ta postawa doprowadziła go w końcu do męczeńskiej śmierci. Otóż na przełomie stycznia i lutego 1990 roku rodzinne strony Benedykta nawiedziły burze i silne deszcze, co przywiązana do zabobonów tamtejsza ludność uznała za działanie czarowników. Miejscowa starszyzna postanowiła zasięgnąć rady jednego z “uzdrowicieli” w tym celu nakładając na wszystkich mieszkańców podatek w wysokości 5 randów (waluta obowiązująca w RPA). Benedykt odmówił jednak uiszczenia daniny, która miałaby być bezpośrednio skierowana na ów cel, uzasadniając to tym, iż wyznawana przez niego wiara zakazuje mu współuczestniczenia w jakichkolwiek okultystycznych praktykach. Wywołało to wściekłość tubylców, którzy 2 lutego 1990 roku urządzili zasadzkę na przejeżdżającego samochodem Daswę. Początkowo Benedyktowi udało się zbiec przed swymi prześladowcami, jednak później sam się im poddał nie chcąc narażać na ryzyko tych u których znalazł schronienie. Nasz błogosławiony został zasztyletowany przez swych prześladowców, którzy następnie wrzucili jego martwe ciało do gotującej się wody.

    Mirosław Salwowski

  8. Dwie katolickie definicje kłamstwa

    Leave a Comment

    W nawiązaniu do mego ostatniego artykułu na temat kłamstwa: https://salwowski.net/2018/10/20/czy-powiedzenie-nieprawdy-niesprawiedliwemu-agresorowi-jest-czy-nie-jest-klamstwem/ jeszcze raz chciałbym przybliżyć i skonkretyzować  na czym polegają i czym się od siebie różnią dwie podstawowe katolickie definicje kłamstwa. A zatem:

     

    I. Pierwsza z nich to mająca za sobą najdłuższą historycznie tradycję teologiczną definicja autorstwa św. Augustyna z Hippony, wedle którego:

    kłamać jest to wyrażać bądź słowami, bądź innym znakiem, w zamiarze oszukania bliźniego, rzecz przeciwną tej, jaką zachowujemy w sercu swoim [1].

    Dziewiętnastowieczny teolog i apologeta katolicki, ks. Ambroise Guillois tak rozwija nauczanie owego Doktora Kościoła na ten temat:

    Kłamstwo jest to słowo, które mówimy, lub znak, który czynimy w zamiarze, aby bliźni uwierzył w rzecz zupełnie przeciwną tej, o jakiej myślimy. Istotą kłamstwa jest mówić, pisać lub czynić przeciw własnej myśli. Jeżeli twierdzimy o rzeczy jakiej, którą uważamy za prawdziwą, a ona taką nie jest, będzie to wówczas błąd, a nie kłamstwo. I przeciwnie, gdy twierdzimy, że rzecz jaka jest prawdziwą, która istotnie jest prawdziwą, wierzymy atoli, że jest fałszywą, wówczas dopuszczamy się kłamstwa, mówiąc nawet prawdę. Kłamstwo więc nie czerpie swojej złości z prawdy lub fałszu tego co mówimy, ale z obłudy serca kłamcy, który chce przekonać mową lub odpowiednimi jej znakami o tym, czego sam nie myśli, i wmówić w bliźniego to, czemu sam nie wierzy. Kłamstwo jest to słowo które mówimy lub znak, który czynimy w zamiarze oszukania bliźniego [2].

    A zatem mówiąc w skrócie: kłamstwem jest przekazanie za pomocą słów lub znaków czegoś co samemu uważa się za nieprawdę w celu wprowadzenia naszego bliźniego w błąd.

    Wedle takiego rozumienia kłamstwa nie jest tym grzechem np. wyznanie na scenie przez aktora aktorce gorących ku niej uczuć, gdyż nawet jeśli owe słowa nie są prawdą to aktor ten w oczywisty sposób nie składa owych deklaracji po to, by kogokolwiek wprowadzić w błąd. Inną sprawą jest, to że aktorskie rzemiosło niesie wiele innych niebezpieczeństw w sferze duchowej i moralnej, ale to jest odrębny temat.

    Nie każdy też żart, w którym opowiada się jakąś fikcyjną historię jest kłamstwem. Jak nauczał św. Augustyn:

    Nieuważane są za kłamstwo, pewne żarty, w których jawnie się okazuje ze sposobu, w jakim je wyrażamy, że nie mamy zamiaru oszukiwać, nawet mówiąc nieprawdę [3].

    Wspomniany już wyżej ks. Ambroise Guilloise rozwija i precyzuje tę kwestię:

    Stąd wynika, że jeśli kto mówi dla śmiechu, rzecz fałszywą z taką miną i powierzchownością, że bliźni nie może być zwiedzionym, ani oszukanym, albo rzecz tak dalece niepodobną do prawdy, że nikt jej wierzyć nie zechce, na przykład, że uszedł pieszo dwadzieścia mil na godzinę, byłoby to nie kłamstwem, ale niedorzecznością, marną gadaniną [4].

    Wedle św. Augustyna, św. Tomasza z Akwinu i większości katolickich moralistów kłamstwem jest zdefiniowany wyżej sposób wprowadzania w błąd, również wówczas, gdy ma on na celu ratowanie życia niewinnych, a nawet wieczne zbawienie dusz. Św. Augustyn pisał:

    „Nie trzeba mniemać, iż kłamstwo nie jest grzechem, skoro posługuje na korzyść cudzą (…) Czy kłamstwo może kiedykolwiek nie być złem? Czy może kiedykolwiek być dobrem? (…) Powinniśmy nienawidzieć powszechnie wszelkiego rodzaju kłamstwa, ponieważ nie ma żadnego, które przeciwnym nie byłoby prawdzie. Podobnie jak nie masz zgody pomiędzy światłem a ciemnością, między religią a bezbożnością, zdrowiem a chorobą, życiem a śmiercią: tak też nie ma żadnej godziwej umowy między kłamstwem a prawdą. O ile ta jest dla nas drogą, o tyle kłamstwem brzydzić się powinniśmy. Ale oto jest człowiek niewinny, któremu trzeba ocalić życie, oświadczając wbrew prawdzie, że nie wiemy gdzie się ukrył. Czy powiedzielibyście to samo w obecności najwyższego Sędziego, któryby wam zadał to pytanie? Czyliż nie jest większą odwagą i cnotą odpowiedzieć: Nie będę ani donosicielem ani kłamcą. Biskup Thagaste, imieniem Firmus wezwany imieniem cesarza, o wydanie człowieka, który się ukrywał u niego, odpowiedział śmiało, że nie chce ani kłamać, ani wydać nieszczęśliwego, woląc raczej wycierpieć najsroższe męki, niżeli uczynić to, czego wymagają po nim, lub powiedzieć fałsz. (…) Gdy nas przymuszają do kłamania z powodu zbawienia wiekuistego jakiej osoby, na przykład gdy idzie o udzielenie jej sakramentu chrztu świętego, do kogoż wtedy mam się uciec, jeżeli nie do ciebie; o prawdo święta? Ale czy prawda może pozwolić dopuścić się kłamstwa?” [5].

    Z kolei św. Tomasz z Akwinu pisał:

    „Nie wolno mówić kłamstwa, nawet by ocalić kogoś z jakiegokolwiek niebezpieczeństwa”.

    O ile jednak kwestia tego co rozumiemy pod pojęciem kłamliwych słów jest jasna, jako mniej jednoznaczne jawi się to, co w bardziej szczegółowym sensie oznaczają “znaki” za pomocą, których również możemy skłamać. Tertulian tak to wyjaśnia:

    Pisałem, powiadają, ale nie wyrzekłem ani jednego słowa. Ale czyliż nie jest mówieniem pisanie? Czyliż nie można wydać głosu bez poruszenia ust? Zachariasz, pozbawiony przez jakiś czas daru mowy, czyliż jednak nie rozmawiał sam z sobą, a przezwyciężając opór swojego języka, zastąpił go mową rąk, na wyrażenie myśli swojego serca … mówi pisząc [6].

    A zatem pod pojęciem znaku należy rozumieć pisanie, gestykulację rękoma czy też np. kiwnięcie głową.

    Zasadnie jednak można spytać się, czy pod pojęciem kłamliwych znaków trzeba też rozumieć dajmy na to pozorowane ruchy armii w czasie wojny albo choćby przybranie tzw. pokerowej miny podczas gry w karty? Teolog moralny z XIX wieku kardynał Gousset powołując się na św. Tomasza z Akwinu pisze, iż podobne działania nie są kłamstwem:

    W czasie wojny wolno używać podejścia, na przykład wydawać rozkazy publicznie do podchodów, ruchów wojsk, mając na myśli, wcale co innego. Takowe udawanie, zwodzenie, nie jest kłamstwem, gdyż właściwie nie jest to kłamać,, ukrywać przed nieprzyjacielem to, co się ma zrobić, aby go zbić z prawdziwego toru [7].

    Oczywiście, ktoś może w tym miejscu zaprotestować, iż rozróżnienie na kłamliwe znaki w rodzaju pisma, ruchów ręką czy kiwnięcia głową i niekłamliwe znaki typu pozorowane ruchy wojska jest nielogiczne i niekonsekwentne. Cóż, nie wiem w tej chwili, czy przyznać słuszność takiej obiekcji, jednak po prostu takie jest mniej więcej tradycyjnie katolickie rozróżnienie w tej sferze. Nie twierdzę, iż nie wymaga on dalszych badań, dociekań, a być może też pewnych poprawek oraz korekt.

     

    II. Jako drugą katolicką definicją kłamstwa można podać tę ukutą w XVI wieku przez niektórych moralistów, która, zachowując podstawowe augustyniańskie rozumienie kłamstwa, jednocześnie łagodzi owo poprzez położenie akcentu na tzw. zastrzeżenie myślne (lub domyślne). Wedle tej koncepcji kłamstwo jest owszem absolutnie zakazane, jednak nie jest kłamstwem taki sposób wyrażania się, który choć dwuznaczny, a nawet literalnie nieprawdziwy, jest przez odbiorcę owej wypowiedzi łatwy do rozpoznania właśnie jako dwuznaczny lub nieprawdziwy, a to z powodu przyjętego w danym kręgu kulturowym zwyczaju lub sposobu mówienia. Ks. Ambroise Guillois tak wyjaśnia ową opinię teologiczną:

    Są wszakże okoliczności, w którym wolno używać wyrażeń dwuznacznych; na przykład, ktoś powodowany ciekawością, zadaje ci pytanie, na które nie możesz odpowiedzieć wyraźnie i stanowczo, bez narażenia się na nieprzyzwoitość lub przykrość; z drugiej zaś strony, twoje milczenie byłoby dostatecznym do objawienia twojej myśli: w takim razie możesz odpowiedzią dwuznaczną powściągnąć natręctwo tego, kto cię zapytuje (…) są wszakże niektóre wyrażenia, nie będące prawdziwymi dosłownie, używać ich wszakże można, ponieważ przyjęte są przez zwyczaj, i znaczenie ich jest wiadome. Służący mówi, że nie masz pana w domu, chociaż jest rzeczywiście: czy kłamie? Nie, ponieważ nie oszukuje tego do kogo mówi. Czyliż nie wiadomo, że słowa te znaczą: że pan nie chce się z kim widzieć, że nie przyjmuje gości? Znaczenie takiej odpowiedzi jest wiadome; nikt się nie omyli na nim; nie masz tu zatem kłamstwa. Prosisz przyjaciela o pożyczenie pieniędzy; ponieważ wie on, że lubisz za nadto wydatki, odpowiada ci: Nie mam, a jednak ma pieniądze. Czy dopuszcza się kłamstwa? Nie, ponieważ słowa, które mówi, nie mogą cię oszukać, i znaczą tylko, według przyjętego zwyczaju: Nie mam pieniędzy, które bym chciał lub mógł ci pożyczyć [8].

    Zwolennikiem takiego rozumienia kłamstwa i zastrzeżenia domyślnego był św. Alfons Maria Liguori, doktor Kościoła i patron katolickich moralistów. Ów święty rozciągał zastosowanie zastrzeżenia domyślnego nawet na zeznania składane w sądzie pod przysięgą wówczas, gdy m.in. treść owych zeznań mogła by ujawnić tajemnicę, której obiecało się strzec, kiedy przestępstwo będące przedmiotem procesu wydawało się być pozbawione winy, albo też sąd dokonujący przesłuchania działał poza granicami prawa.

    Oczywiście, powyższe definiowanie kłamstwa musi logicznie prowadzić do wniosku, że w takim razie trudno za kłamstwo uznać przekazywanie czegoś, co uważa się za nieprawdę w sytuacji, gdy w grę wchodzi obrona życia niewinnych ludzi.

    Z drugiej strony warto zaznaczyć, że zbyt szerokie rozumienie zastrzeżenia myślnego zostało potępione przez papieża bł. Innocentego XI, który odrzucił jako błędne i skandaliczne następujące twierdzenia:

    Jeżeli ktoś, czy sam, czy wobec innych, czy pytany, czy z własnej woli, czy dla zabawy lub w jakimkolwiek innym celu, zaprzysięga, że nie zrobił tego, co w istocie zrobił, lub inną drogę nie tę na której to zrobił, lub cokolwiek dodanego prawdziwego, nie kłamie w rzeczy samej, ani jest krzywoprzysiężcą. Słuszna przyczyna użycia dwuznaczników, ilekroć potrzebne to potrzebne lub korzystne dla ocalenia ciała, honoru, dla zachowania majątku lub jakiegokolwiek innego czynu cnoty, tak że wtedy ukrycie prawdy uważa się za konieczne i dogodne [9].

    Warto też wspomnieć, iż Katechizm Soboru Trydenckiego zdecydowanie odrzuca nie tylko twierdzenie, jakoby zeznając w sądzie wolno było kłamać, ale też stwierdza, że nie godzi się tam zatajać prawdy:

    Powinien świadek każdy nie tylko fałszywie nie świadczyć, ale i prawdy nie taić. Bo jako Augustyn S. powiada: Kto zatai prawdę, a kto kłamstwo powie, obydwa winni; ów iż pomóc bliźniemu nie chce, a ten iż szkodzić chce. Bywa, iż czasem godzi się prawdę zamilczeć, ale nie u sądu. Bo, gdzie Sędzia świadectwo od kogo swoim porządkiem odbiera, tam winien prawdę każdy zawsze powiedzieć. W czym potrzeba świadków ostrzegać, aby nie spuszczając się na pamięć swoją, nie twierdzili tego zapewne, czego dobrze nie pamiętają [10].

     

    A zatem podsumowując:

    1. Wedle zgodnego nauczania katolickich moralistów nigdy i nigdzie nie ma się prawa kłamać. Ta doktryna jest podtrzymywana także przez Magisterium Kościoła.

    2. Katoliccy moraliści różnią się jednak co do tego, w jakich szczegółowych okolicznościach życiowych mamy do czynienia z kłamstwem. Historycznie rzecz ujmując większość moralistów katolickich była zdania, że z kłamstwem mamy do czynienia również w sytuacji przekazywania tego, co uważa się za nieprawdę w celu ratowania życia niewinnych ludzi. Z wywodów mniejszości katolickich moralistów (którzy jednak w ostatnich 200 latach zdobyli przewagę) można jednak wysnuć wniosek, iż nieprawda nie jest wówczas kłamstwem.

    3. Z pewnością kłamstwem nie są żarty po których sposobie opowiadania da się łatwo poznać, iż ich celem nie jest przekazywanie prawdziwej historii. Jasno o tym mówi nawet autor bardziej surowej definicji kłamstwa, czyli św. Augustyn z Hippony.

    4. Oczywistość stanowi też wniosek, że kłamstwem nie jest gra aktorów na scenie czy też opowiadanie dzieciom bajek na dobranoc (o ile w przypadku bajek jasno mówi się, że czytamy w danej chwili bajkę, a nie np. podręcznik do historii). Celem tych działań nie jest bowiem wprowadzanie kogoś w błąd. Każdy rozsądny widz wie bowiem, iż gra aktorska jest grą aktorską, a nie pokazem “reality show”. Również dzieci zwykle dostrzegają różnicę pomiędzy bajkami a prawdziwymi historiami.

    5. Kłamać można nie tylko za pomocą słów, ale także takich znaków jak pismo, ruchy ręką czy też skinięcie głową. Wedle będącego jednak zwolennikiem bardziej rygorystycznej definicji kłamstwa św. Tomasza z Akwinu do tego czynu nie należy zaliczać wojskowych forteli w rodzaju pozorowanych ruchów wojsk, etc.

     

    Przypisy:

    [1] Św. Augustyn z Hippony, “De mendacio”, Lib I.  Cytat za: Ks. Ambroży Guillois, „Wykład historyczny, dogmatyczny, moralny, liturgiczny i kanoniczny wiary katolickiej”, Wilno 1863, s. 380.

    [2] Ks. Ambroży Guillois, „Wykład historyczny, dogmatyczny, moralny, liturgiczny i kanoniczny wiary katolickiej”, Wilno 1863, s. 379 – 380.

    [3] Św. Augustyn z Hippony, “De mendacio”, Lib I. Cytat za: Ks. Ambroży Guillois, jw., s. 380.

    [4] Ks. Ambroży Guillois, jw., s. 380.

    [5] Św. Augustyn z Hippony.  Cytat za: Ks. Ambroży Guillois, jw., s. 382.

    [6] Tertulian, “Opera”. Cytat za:  Ks. Ambroży Guillois, jw., s. 379.

    [7] Kardynał Gousset, „Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników”, Warszawa 1858, s. 303.

    [8] Ks. Ambroży Guillois, s. 385 – 386; 387.

    [9] Cytat za: Kardynał Gousset, jw., s. 271.

    [10] Cytat za: „Katechizm rzymski z wyroku św. Soboru Trydenckiego ułożony, z rozkazu Piusa V, Papieża wydany, i od Klemensa XIII szczególniej zalecony. Tom I”, Warszawa 1827, s. 98.

     

     

     

     

  9. Czy powiedzenie nieprawdy niesprawiedliwemu agresorowi jest czy nie jest kłamstwem?

    Leave a Comment

    Ilekroć mówi się o tradycyjnym nauczaniu katolickim, wedle którego kłamstwo jest zawsze i wszędzie zakazane – a więc również dla ratowania życia swego i swych bliźnich – osoby kwestionujące ową zasadę przywołują jeden z klasycznych problemów, a mianowicie co czynić w przypadku “mordercy u drzwi”? Chodzi mianowicie o sytuację, gdy ktoś w niesprawiedliwy sposób czyha na czyjeś życie, my zaś chroniąc ową niesłusznie prześladowaną osobę zostaniemy spytani przez prześladowcę, czy np. w naszym domu znajduje ta osoba. Często przywołuje się tu przykład ukrywających się w czasie II wojny światowej Żydów. Czy ktoś, kto chronił w swym domu członków tego narodu, w razie przyjścia do niego niemieckich żołnierzy miał moralne prawo powiedzieć, im – z pełną świadomością nieprawdziwości swego oświadczenia – nie, nie ma u mnie żadnych Żydów?

     

    Ze swej strony, wiedząc, iż najpewniej bardziej skomplikuje, niż rozjaśnię odpowiedź na to pytanie, mogę skrótowo na nie odrzec w czterech poniższych punktach:

    1. Tak, wedle tradycyjnego nauczania katolickiego każde kłamstwo jest zakazane, również te dokonywane w celu ratowania niewinnych osób. Takie kłamstwo co prawda jest materią grzechu powszedniego, a nie śmiertelnego, więc nawet jeśli nie będzie się za nie żałować nie pójdzie się w wyniku tego do piekła, jednak nie zmienia to tego, iż Panu Bogu się ono nie podoba. Poparciem dla tej wydawałoby się surowej doktryny jest fakt, iż Pan Bóg w Swym Słowie wielokrotnie potępia kłamstwo, nigdy – przynajmniej bezpośrednio – nie rozróżnia pomiędzy kłamstwami zakazanymi a dozwolonymi (Patrz: Wj 23, 7; Syr 7, 14; Kpł 19, 11; Syr 20, 24 – 26; Mdr 1, 11; Ps 5, 7; Prz 12, 22; Kol 3, 9; Ef 4, 25; Jn 8, 44; Ap 22, 15).

    Jednym z papieży, który nauczał o absolutnym zakazie kłamstwa był św. Grzegorz Wielki:

    „Unikajmy troskliwie wszelkiego rodzaju kłamstwa. Są wprawdzie kłamstwa lekkie: na przykład skłamać, aby ocalić życie bliźniemu swemu. Wszelako ponieważ powiedziane jest w Piśmie świętym: (Ks. Mądrości 1:11), tudzież (Ps 5: 5-6); nie masz żadnej wątpliwości, że każdy chrześcijanin, który pragnie przyjść do doskonałości, unikać powinien owych kłamstw usłużnych, stronić troskliwie od wszelkiego rodzaju skrytości, nawet w przypadku, o którym wspomnieliśmy, z obawy, iżby chcąc ocalić życie doczesne bliźniego, nie zaszkodzić dobru żywota duchownego (…)”.

    2. Uznając słuszność treści ujętej w punkcie numer 1 renomowani teolodzy katolicy mniej więcej od 4 do 16 wieku twierdzili, iż kłamstwem jest świadome powiedzenie nieprawdy również w sytuacji, gdy za jego pomocą chroni się niewinnych przed śmiercią. Tego zdania byli choćby dwaj najwięksi teologowie katoliccy, czyli św. Augustyn z Hippony i św. Tomasz z Akwinu. Na poparcie takiej, a nie innej definicji kłamstwa przywoływali oni postawę niektórych Świętych Pańskich, jak np. św. Antyma, który wolał umrzeć niż w swej obronie doradzać kłamstwo (skłamać chcieli bowiem ścigający go żołnierze, po to by nie wydać go na śmierć ) czy św. Firmus, który pomagając pewnemu człowiekowi w ukrywaniu się, będąc męczony na torturach, odmówił tak udzielenia o nim informacji, jak i skłamania na ów temat.

    Te fragmenty Pisma świętego, które wydają się pokazywać w korzystnym świetle powiedzenie nieprawdy w przywołanych wyżej sytuacjach, czyli np. zachowanie hebrajskich położnych (Wj 1, 18 – 19) albo uczynek Rachab (Joz 2, 4-5) św. Tomasz z Akwinu i św. Augustyn z Hippony tłumaczyli rozróżniając w działaniach tych osób ich aspekt miłosierdzia okazanego swym bliźnim (co miało być pochwalane przez Boga) od niektórych ze sposobów, w jaki owe miłosierdzie zostało zrealizowane (czyli kłamstwa, które przez Boga nie było pochwalane).

    3. Uznając słuszność absolutnego zakazu kłamstwa, niektórzy z cenionych teologów katolickich, zwłaszcza tych tworzących swe dzieła od XVI wieku ukuli doktrynę tzw. zastrzeżenia domyślnego. Wedle tejże doktryny kłamstwo co prawda jest zawsze i wszędzie zakazane, jednak czasami powiedzenie nawet świadomie i w sposób literalny tego, co nie jest prawdą, nie stanowi kłamstwa. Ma się dziać tak wówczas, gdy kontekst kulturowy danego miejsca i czasu sprawia, iż odbiorca naszej wypowiedzi powinien z łatwością domyślić się, że nie przekazujemy mu wówczas prawdziwej wiadomości. Zwolennicy tzw. zastrzeżenia domyślnego (wśród których nadmieńmy jest św. Alfons Maria Liguori, patron katolickich moralistów) w swych wywodach na ów temat twierdzili więc, iż nie jest kłamstwem np. powiedzenie przez służącego “Pana nie ma w domu” (mimo, że w tym czasie ów był w domu), gdyż w w ramach zwyczajów różnych narodów można łatwo się domyśleć, że celem podania tak brzmiącej odpowiedzi nie było informowanie o rzeczywistym stanie rzeczy, ale po prostu powściągnięcie zbytniej ciekawości danego interesanta. W sposób oczywisty można więc przenieść tę zasadę na sytuację ochrony niewinnych przed niesprawiedliwą agresją.

    Doktryna zastrzeżenia domyślnego powołuje się na zachowanie Pana Jezusa, który pytany przez uczniów o to, czy uda się na święto namiotów najpierw rzekł, że jeszcze na nie nie pójdzie, lecz później poszedł na owe, jednak uczynił to w ukryciu (Jn 7, 1- 10). Poza tym, przywoływane są tu niektóre z uczynków Świętych Pańskich. Na przykład, św. Atanazy ścigany przez żołnierzy miał powiedzieć im: Pośpieszcie się, a jeszcze zdążycie go złapać (wówczas, gdy ci żołnierze nie wiedząc, że mają z nim do czynienia pytali go, czy widział może Atanazego) . Z kolei św. Franciszek Asyżu pytany przez rozbójników, którą drogą udał się ścigany przez nich człowiek, wskazał im widocznym dla nich palcem fałszywy kierunek, jednocześnie wskazując ukrytym pod habitem palcem prawdziwy kierunek ucieczki tej osoby).

    4. Najnowsze wypowiedzi Magisterium Kościoła podtrzymują tradycyjne nauczanie o tym, iż kłamstwo jest “z natury swej godne potępienia” (a więc innymi słowy: “wewnętrznie złe”) i że w związku z tym nie można się do niego uciekać nawet w dobrych celach (patrz: Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2485; 1753), jednak jednocześnie widoczne jest w nich pewne rozchwianie co do tego, czy rację należy przyznać raczej zwolennikom podejścia opisanego w punkcie numer 2 czy w apologetom rozróżnień pomiędzy kłamstwem a zastrzeżeniem domyślnym, o których mowa w jest punkcie 3. W pierwszej bowiem wersji punktu numer 2483 Katechizmu Kościoła Katolickiego (opublikowanego w 1992 roku) mieliśmy następującą definicję kłamstwa:

    Kłamać oznacza mówić lub działać przeciw prawdzie, by wprowadzić w błąd, tego kto ma prawo ją znać. 

    Jednak zaledwie w 6 lat po opublikowaniu tej pierwszej wersji owego Katechizmu, czyli w 1998 roku, Kongregacja Nauki Wiary naniosła na jego treść kilkadziesiąt poprawek, wśród których jedna tyczyła się właśnie punktu 2483 i wykreślała zeń słowa: tego kto ma prawo ją znać. Od 1998 roku definicja kłamstwa ujęta w punkcie 2483 Katechizmu Kościoła Katolickiego brzmi:

    Kłamać oznacza mówić lub działać przeciw prawdzie, by wprowadzić w błąd (bez wcześniejszego dopowiedzenia: tego kto ma prawo ją znać – przyp. moje MS).

     

    A zatem podsumowując: wedle tradycyjnego nauczania katolickiego, które nie zostało zmieniono do dziś; kłamstwo jest zawsze złe i zakazane. Magisterium Kościoła szanuje i akceptuje jednak dwie szkoły jego szczegółowego definiowania, a więc bardziej rygorystyczną, której najbardziej znanymi reprezentantami są św. Augustyn z Hippony i św. Tomasz z Akwinu oraz bardziej łagodną, której najbardziej cenionym przedstawicielem jest św. Alfons Maria Liguori. Z czysto formalnego punktu widzenia można powiedzieć, że choć Kościół naucza, że kłamstwo jest absolutnie zakazane, to jednak akceptuje opinię, wedle której świadome powiedzenie nieprawdy po to by chronić niewinnego nie jest kłamstwem (choć jednocześnie też akceptuje przeciwną doktrynę). Wiem, że to może wyglądać nie tylko na ciężki paradoks, ale nawet pewną obłudę chcącą zjeść ciastko i jednocześnie je mieć. Ja jednak nic na to nie poradzę. Będąc świadomy słabości takiego postawienia sprawy, staram się jednak zarazem najlepiej, jak to w tym miejscu potrafię, przedstawić główne meandry tradycyjnej katolickiej teologii moralnej na ów temat.

    Sam zaś, nie mam bardziej jednoznacznego zdania odnośnie tego, która z tych dwóch szkół ma więcej racji. Na pewno definicja kłamstwa wyznawana przez św. Augustyna i św. Tomasza jest bardziej spójna, logiczna i stoi za nią też historycznie dłuższa tradycja teologiczna. To podejście stanowi też coś w rodzaju ochronnego muru przeciw próbom swoistego “majstrowania” przy definicji innych z absolutnych zasad moralnych (np. podejściem typu: Cudzołóstwo jest zawsze złe, ale nie każda pozamałżeńska czynna aktywność seksualna jest cudzołóstwem). Z kolei, szkoła której reprezentantem jest św. Alfons Liguori wychodzi na przeciw jak się wydaje naturalnym intuicjom moralnym, jak i stwarza mniej problemów z interpretacją takich wydarzeń z Pisma świętego jak: zachowanie położnych hebrajskich (Wj 1, 18-19), szczegóły zachowania się Rachab przy ukrywaniu przez nią żydowskich szpiegów (Joz 2, 4-5) czy też przedstawienie się archanioła Rafała jako człowieka (Tb 5, 13).

    Jednak, tak czy inaczej: doktrynalnie niedopuszczalne jest mówienie: Kłamstwo może być czasami dozwolone. Jest to nieuprawniony i heretycki sposób formułowania myśli nawet wtedy, gdy w rzeczywistości ma się na myśli nie kłamstwo, ale dozwolone moralnie zastrzeżenie domyślne. To jakich słów używamy jest bowiem ważne, ale słowo kłamstwo jest zbyt negatywnie obciążone choćby przez treść samego Pisma świętego, aby było one wymieniane kiedykolwiek w jakimś pozytywnym kontekście. Podobnie, nie powinno się np. mówić o dopuszczalności kościelnych rozwodów nawet jeśli przez te sformułowanie rozumie się nie rozwody w sensie ścisłym, ale uprawnione stwierdzenia nieważności tego czy innego małżeństwa. Nie ma kościelnych rozwodów, choć czasami są kościelne stwierdzenia nieważności małżeństwa (nawet jeśli z pozoru obie rzeczy mogą wyglądać podobnie). Tak samo nie ma dozwolonych i uprawnionych kłamstw, nawet jeśli miałyby istnieć takie formy zastrzeżenia domyślnego, w ramach których można by świadomie mówić nieprawdę.

     

     

  10. Ks. Remigiusz Recław głosi błędy doktrynalne

    Leave a Comment

    Osobiście nigdy nie należałem do wrogów (czy choćby bardziej gorliwych krytyków) o. Remigiusza Recława. Nie oburzałem się nawet, wtedy gdy wielu mych znajomych katolickich “tradsów” rwało sobie włosy z głowy na niektóre z aspektów działalności prowadzonej przez niego charyzmatycznej grupy “Mocni w Duchu” (chodzi tu zwłaszcza o wykonywane tam od czasu do czasu tańce w czasie liturgii). Do dziś zresztą mam wobec o. Recława taką postawę. Można bowiem powiedzieć, że w sensie bardziej ogólnym jego działalność – kolokwialnie mówiąc – ani mnie ziębi ani grzeje. Innymi słowy, zdecydowaną większość z tego co mówi i czyni ten Ksiądz oceniam raczej pozytywnie, a te nieliczne jego słowa oraz czyny, które wzbudzały moje wątpliwości, nie gorszyły mnie na tyle, by robić wokół nich jakiś większy szum. W ostatnim jednak czasie niektóre z wygłaszanych przez o. Remigiusza Recława opinii przekroczyły tę moją krytyczną granicę tak, iż czuję się zobowiązany do zdecydowanego wskazania na ewidentną doktrynalną błędność, a nawet coś co można by nazwać mianem “bliskich herezji” poglądów tego Księdza. Mam tu na myśli głównie (choć nie tylko) słowa, które padły z ust ks. Remigiusza Recława w internetowym filmiku pt. “Czy każde kłamstwo jest grzechem? [Q&A] Remigiusz Recław SJ”. Adres internetowy do tego materiału to: https://www.youtube.com/watch?v=9Cr0xTxyD0E&t=16s

    Czy każde kłamstwo jest grzechem?

    Tak więc, ks. Recław bez wahania stwierdza, iż kłamstwo w celu ratowania życia niewinnych nie jest grzechem:

    W przypadku Żydów, czyli np. ukrywanie Żydów w czasie wojny i powiedzenie do Gestapo: <U mnie nie ma Żydów>; chociaż jest kłamstwem, nie jest żadnym grzechem. Jest ratowaniem człowieka. I tak to trzeba rozumieć” (minuta: 5. 29 – 5. 50).

    Tak sformułowana opinia jest w wyraźny sposób sprzeczna z wielowiekowym nauczaniem Ojców, Doktorów i Świętych Kościoła, których przykładowe wypowiedzi na ów temat podaję poniżej:

    „Nie trzeba mniemać, iż kłamstwo nie jest grzechem, skoro posługuje na korzyść cudzą (…) Czy kłamstwo może kiedykolwiek nie być złem? Czy może kiedykolwiek być dobrem? (…) Powinniśmy nienawidzieć powszechnie wszelkiego rodzaju kłamstwa, ponieważ nie ma żadnego, które przeciwnym nie byłoby prawdzie. Podobnie jak nie masz zgody pomiędzy światłem a ciemnością, między religią a bezbożnością, zdrowiem a chorobą, życiem a śmiercią: tak też nie ma żadnej godziwej umowy między kłamstwem a prawdą. O ile ta jest dla nas drogą, o tyle kłamstwem brzydzić się powinniśmy. Ale oto jest człowiek niewinny, któremu trzeba ocalić życie, oświadczając wbrew prawdzie, że nie wiemy gdzie się ukrył. Czy powiedzielibyście to samo w obecności najwyższego Sędziego, któryby wam zadał to pytanie? Czyliż nie jest większą odwagą i cnotą odpowiedzieć: Nie będę ani donosicielem ani kłamcąBiskup Thagaste, imieniem Firmus wezwany imieniem cesarza, o wydanie człowieka, który się ukrywał u niego, odpowiedział śmiało, że nie chce ani kłamać, ani wydać nieszczęśliwego, woląc raczej wycierpieć najsroższe męki, niżeli uczynić to, czego wymagają po nim, lub powiedzieć fałsz. (…) Gdy nas przymuszają do kłamania z powodu zbawienia wiekuistego jakiej osoby, na przykład gdy idzie o udzielenie jej sakramentu chrztu świętego, do kogoż wtedy mam się uciec, jeżeli nie do ciebie; o prawdo święta? Ale czy prawda może pozwolić dopuścić się kłamstwa? (…) Nie uważane są za kłamstwa, pewne żarty, w których jawnie okazuje się ze sposobu, w jakim je wyrażamy, że nie mamy zamiaru oszukiwać, nawet mówiąc nieprawdę” (Św. Augustyn z Hippony) [1].

    „Unikajmy troskliwie wszelkiego rodzaju kłamstwa. Są wprawdzie kłamstwa lekkie: na przykład skłamać, aby ocalić życie bliźniemu swemu. Wszelako ponieważ powiedziane jest w Piśmie świętym: (Ks. Mądrości 1:11), tudzież (Ps 5: 5-6); nie masz żadnej wątpliwości, że każdy chrześcijanin, który pragnie przyjść do doskonałości, unikać powinien owych kłamstw usłużnych, stronić troskliwie od wszelkiego rodzaju skrytości, nawet w przypadku, o którym wspomnieliśmy, z obawy, iżby chcąc ocalić życie doczesne bliźniego, nie zaszkodzić dobru żywota duchownego (…)” (Papież św. Grzegorz Wielki)[2].

    „Nie wolno mówić kłamstwa, nawet by ocalić kogoś z jakiegokolwiek niebezpieczeństwa.” (Św. Tomasz z Akwinu).

    „Pismo św. Starego i Nowego Zakonu przestrzega nas przed kłamstwem. Czynią to i Święci, mówiąc, że nawet dla uratowania świata całego od zagłady nie należałoby kłamać. Choćby nawet przez kłamstwo można z piekła uwolnić potępionych i wprowadzić ich do nieba, nie wolnoby nam było tego uczynić. (…) Choć byśmy mogli kogoś uchronić od śmierci kłamstwem, nie wolnoby go popełnić. (…) Dla ocalenia życia i majątku nie wolno zasmucać Boga, bo życie i majątek trwają do czasu, a Bóg i szczęśliwość duszy trwać będą na wieki” (Św. Jan Maria Vianney) [3].

    „Nigdy nie można kłamać, ani w żartach, ani dla własnej korzyści, ani dla korzyści kogoś innego, gdyż kłamstwo zawsze jest złem samym w sobie” (Katechizm św. Piusa X) [4].

    Dobra intencja (np. pomoc bliźniemu) nie czyni dobrym, ani słusznym zachowania, które samo w sobie jest nieuporządkowane (jak kłamstwo czy złorzeczenie). Cel nie uświęca środków (…) Kłamstwo jest ze swej natury godne potępienia. Jest profanacją słowa, które ma za zadanie komunikować innym poznaną prawdę. Dobrowolny zamiar wprowadzenia bliźniego w błąd przez wypowiedzi sprzeczne z prawdą narusza sprawiedliwość i miłość. Wina jest jeszcze większa, gdy intencja oszukania może mieć zgubne skutki dla tych, których odwraca od prawdy” (Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 1753; 2485) [5].

    W powyższych wypowiedziach widać wyraźnie, iż kłamstwo – choć może być w pewnych okolicznościach grzechem powszednim – jest zawsze zakazane i niemiłe Bogu. Jest ono zabronione nawet wówczas, gdy można przez nie pomóc bliźniemu, uratować kogoś od śmierci, a nawet – gdyby to było możliwe – uwolnić potępionych z piekła i wprowadzić ich do nieba. To nauczanie, nie jest teologiczną opinią tego czy innego świętego, ale stanowi powszechne i jednolite nauczanie Magisterium Kościoła co najmniej od V wieku aż do czasów nam współczesnych.

    O. Remigiusz popełnia również błędy logiczne w swej wypowiedzi. Kłamstwo oznacza bowiem świadome wprowadzanie w błąd za pomocą sprzecznych ze stanem faktycznym słów lub znaków, jednak kłamstwem nie jest niemówienie wszystkim wszystkiego, co się wie. Kościół naucza tak o absolutnym złu kłamstwa, jak i o powinności milczenia lub roztropności w mowie wówczas, gdy dana osoba nie ma prawa znać tej czy innej informacji:

    „Prawo do ujawniania prawdy nie jest bezwarunkowe. Każdy powinien dostosowywać swoje życie do ewangelicznej zasady miłości braterskiej. W konkretnych sytuacjach wymaga ona rozstrzygnięcia, czy należy ujawniać prawdę temu, kto jej żąda, czy nie.

    Miłość i poszanowanie prawdy powinny kierować odpowiedzią na każdą prośbę o informację lub ujawnienie prawdy. Dobro i bezpieczeństwo drugiego człowieka, poszanowanie życia prywatnego, dobro wspólne są wystarczającymi powodami do przemilczenia tego, co nie powinno być znane, lub do dyskrecji. Obowiązek unikania zgorszenia nakazuje często ścisłą dyskrecję. Nikt nie jest zobowiązany do ujawniania prawdy temu, kto nie ma prawa jej znać” (Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2488 – 2489) [6].

    Być może zresztą ks. Recław nie rozróżnia pomiędzy kłamstwem, a roztropnym milczeniem lub tzw. zastrzeżeniem domyślnym, ale to niestety też niezbyt dobrze świadczy o poziomie doktrynalnej formacji, jaką on w tym aspekcie odebrał.  Takie podstawowe rozróżnienia powinien bowiem znać każdy katolicki teolog, ksiądz lub katecheta.

    Czy wszystko zależy od okoliczności?

    W przytoczonym filmiku ks. Remigiusza jest jednak jeszcze coś gorszego niż akceptacja tzw. usłużnego kłamstwa. Otóż, swe zdanie w tej sprawie uzasadnia on w całkowicie niekatolicki sposób twierdząc, iż “wszystko zależy od okoliczności”:

    “I to co wydaje mi się, że poznajecie, słuchając po kolei tych odcinków (zachęcam wracajcie do tych, których nie słuchaliście, nawet jak pytanie Cię do końca nie interesuje) to uczę Was, że wszystko zależy od okoliczności. Że nie ma czegoś takiego w obyczajach, w interpretacji prawa, że tak musi być i koniec, kropka, nie ma dyskusji (…) To jest betonowe myślenie. Klapki na oczach. I absolutnie nie o to chodzi. Miłość się dostosowuje. Żeby kochać bardziej”. (minuty: 1. 20 – 2.00).

    Istnieje wiele wypowiedzi Magisterium Kościoła, które wręcz bezpośrednio potępiają powyższy tok rozumowania o. Remigiusza Recława:

    „Błędna jest więc ocena moralności czynów ludzkich, biorąca pod uwagę tylko intencję, która ją inspiruje, lub okoliczności (środowisko, presja społeczna lub konieczność działania, itd.) stanowiące ich tło. Istnieją czyny, które z siebie i w sobie, niezależnie od okoliczności i intencji, są zawsze i bezwzględnie niedozwolone ze względu na ich przedmiot, jak bluźnierstwo i krzywoprzysięstwo, zabójstwo i cudzołóstwo. Niedopuszczalne jest czynienie zła, by wynikło z niego dobro (…) Okoliczności, a w tym także konsekwencje, są drugorzędnymi elementami czynu moralnego. Przyczyniają się one do powiększenia lub zmniejszenia dobra lub zła moralnego czynów ludzkich (np. wysokość skradzionej kwoty). Mogą one również zmniejszyć lub zwiększyć odpowiedzialność sprawcy (np. działanie ze strachu przed śmiercią). Okoliczności nie mogą same z siebie zmienić jakości moralnej samych czynów; nie mogą uczynić ani dobrym, ani słusznym tego działania, które jest samo w sobie złe” – Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 1753-1754, 1756.

    „(…) normy negatywne prawa naturalnego mają moc uniwersalną: obowiązują wszystkich i każdego, zawsze i w każdej okoliczności. Chodzi tu bowiem o zakazy, które zabraniają określonego działania semper et pro semper, bez wyjątku, ponieważ wyboru takiego postępowania w żadnym przypadku nie da się pogodzić z dobrocią woli osoby działającej, z jej powołaniem do życia z Bogiem i do komunii z bliźnim. Nikomu i nigdy nie wolno łamać przykazań, które bezwzględnie obowiązują wszystkich do nieobrażania w drugim człowieku, a przede wszystkim w samym sobie, godności osoby wspólnej wszystkim ludziom.  (…) Z drugiej strony fakt, że tylko przykazania negatywne obowiązują zawsze i w każdej sytuacji, nie oznacza, że w życiu moralnym zakazy są donioślejsze od obowiązku czynienia dobra, na który wskazują przykazania pozytywne. Ma to następujące uzasadnienie: przykazanie miłości Boga i bliźniego ze względu na swą pozytywną dynamikę nie wyznacza żadnej górnej granicy, określa natomiast granicę dolną, którą przekraczając człowiek łamie przykazanie. Ponadto, to co należy czynić w określonej sytuacji, zależy od okoliczności, których nie można z góry dokładnie przewidzieć; natomiast istnieją zachowania, które nigdy i w żadnej okoliczności nie mogą uchodzić za działania właściwe – to znaczy za zgodne z ludzką godnością. Wreszcie, jest zawsze możliwe, że przymus lub inne okoliczności mogą przeszkodzić człowiekowi w doprowadzeniu do końca określonych dobrych działań; nie sposób natomiast odebrać mu możliwości powstrzymania się od zła, zwłaszcza jeżeli on sam gotów jest raczej umrzeć niż dopuścić się zła. (…) Kościół zawsze nauczał, że nie należy nigdy popełniać czynów zabronionych przez przykazania moralne, ujęte w formie negatywnej w Starym i Nowym Testamencie (…). Dzięki świadectwu rozumu wiemy (…), że istnieją przedmioty ludzkich aktów, których nie można przyporządkować Bogu, ponieważ są one radykalnie sprzeczne z dobrem osoby stworzonej na jego obraz. Tradycyjna nauka moralna Kościoła mówi o czynach, które są „wewnętrznie złe”: są złe zawsze i same w sobie, to znaczy ze względu na swój przedmiot, a niezależnie od ewentualnych intencji osoby działającej i od okoliczności. Dlatego nie umniejszając w niczym wpływu okoliczności, a zwłaszcza intencji na moralną jakość czynu, Kościół naucza, że << istnieją akty, które jako takie, same w sobie niezależnie od okoliczności, są zawsze wielką niegodziwością ze względu na przedmiot>> (…) Jeśli czyny są wewnętrznie złe, dobra intencja lub szczególne okoliczności mogą łagodzić ich zło, ale nie mogą go usunąć: są to czyny nieodwracalnie złe, same z siebie i same w sobie niezdatne do tego, by je przyporządkować Bogu i dobru osoby (…). Tak więc okoliczności lub intencje nie zdołają nigdy przekształcić czynu ze swej istoty niegodziwego ze względu na przedmiot w czyn <<subiektywnie>> godziwy lub taki którego wybór można usprawiedliwić (…).Już w Starym Przymierzu spotykamy się z godnymi podziwu świadectwami wierności wobec świętego prawa Bożego, aż do dobrowolnego przyjęcia śmierci. Ich symbolem może być historia Zuzanny: dwaj niesprawiedliwi sędziowie, którzy grożą jej śmiercią ponieważ nie chce ulec ich nieczystym żądzom słyszą odpowiedź: << jestem w trudnym ze wszystkich położeniu. Jeżeli to uczynię, nie ujdę waszych rąk. Wolę jednak niewinna wpaść w wasze ręce , niż zgrzeszyć wobec Pana>> (Dn 13, 22-23). Zuzanna, która wolała <<niewinna wpaść>> w ręce sędziów, daje świadectwo nie tylko wiary i zaufania do Boga, ale także posłuszeństwa wobec prawdy i absolutnych wymogów porządku moralnego: swoją gotowością przyjęcia męczeństwa głosi, że nie należy czynić tego, co prawo Boże uznaje za złe, aby uzyskać w ten sposób jakieś dobro. Wybiera dla siebie lepszą cząstkę: przejrzyste, bezkompromisowe świadectwo prawdzie dotyczącej dobra oraz świadectwo Bogu Izraela; w ten sposób przez swoje czyny ukazuje świętość Boga. (…) Kościół ukazuje wiernym przykłady licznych świętych (…), którzy głosili i bronili prawdę moralną aż do męczeństwa, albo woleli umrzeć, niż popełnić choćby jeden grzech śmiertelny. Wyniósł ich do chwały ołtarzy , to znaczy kanonizował ich świadectwo i publicznie uznał za słuszne ich przekonanie, że miłość Boga każe bezwarunkowo przestrzegać Jego przykazań nawet w najtrudniejszych okolicznościach i nie pozwala ich łamać nawet dla ratowania własnego życia (…). Męczeństwo odrzuca jako złudne i fałszywe wszelkie ludzkie tłumaczenia, jakimi usiłowałoby się usprawiedliwić – nawet w wyjątkowych okolicznościach – akty moralnie złe ze swej istoty (…). wobec norm moralnych, które zabraniają popełniania czynów wewnętrznie złych, nie ma dla nikogo żadnych przywilejów ani wyjątków. Nie ma żadnego znaczenia, czy ktoś jest władcą świata, czy ostatnim <<nędzarzem>> na tej ziemi wobec wymogów moralnych wszyscy jesteśmy absolutnie równi (…) W określonych sytuacjach przestrzeganie Prawa Bożego może być trudne, a nawet bardzo trudne, nigdy jednak nie jest niemożliwe (…) Każdy z nas jest w stanie dostrzec, jak wielką wagę – nie tylko dla pojedynczych osób, ale dla całej społeczności – ma ponowne stwierdzenie powszechności i niezmienności przykazań moralnych, a w szczególności tych, które bez wyjątku i zawsze zakazują czynów wewnętrznie złych –  Jan Paweł II, „Veritatis splendor”, n. 52, 76, 80 – 81, 91 – 93, 96, 102, 115.

    Warto też w sposób specjalny podkreślić słowa te słowa Jana Pawła II, w których odpiera on argument, wedle którego przykazanie miłości Boga i bliźniego mogłoby w pewnych konkretnych sytuacjach usprawiedliwiać łamanie tych Bożych przykazań, które zostały ujęte w formie negatywnej:

    Kiedy apostoł Paweł stwierdza, że przykazanie miłowania bliźniego jak siebie samego stanowi wypełnienie całego prawa (por. Rz 13, 8 – 10), nie osłabia znaczenia przykazań, ale raczej je potwierdza, ukazuje bowiem ich wymogi i ich powagę. Miłość Boga i miłość bliźniego jest nieodłączna od zachowywania przykazań Przymierza odnowionego przez krew Chrystusa i przez dar Ducha Świętego. Chrześcijanie szczycą się tym, że słuchają raczej Boga niż ludzi (por. Dz 4, 19; 5, 29), co gotowi są poświadczyć nawet męczeństwem, jak to uczynili święci i święte Starego i Nowego Testamentu, którzy zasłużyli sobie na to miano, ponieważ woleli oddać życie raczej niż dokonać jakiegoś czynu sprzecznego z wiarą lub cnotą (…)” (Jan Paweł II, “Veritatis splendor”, n. 76).

    Podsumowanie

    A zatem podsumowując: nie kwestionuję tego, iż zdecydowana większość z tego co mówi i czyni o. Remigiusz Recław jest dobra, budująca i pożyteczna. Co więcej, uważam, że przynajmniej część z ataków autorstwa tradycjonalistycznych katolików wymierzonych w jego osobę i dzieło jest niesłuszna albo przynajmniej mocno przesadzona. Nie zmienia to jednak faktu, iż ostatnimi czasy o. Recław posunął się w swych wypowiedziach do głoszenia ewidentnych błędów doktrynalnych albo przynajmniej tez, które zostały przez niego sformułowane w obiektywnie błędny sposób. Wbrew słowom ks. Remigiusza Recława należy podkreślić następujące prawdy:

    1. Nie, nie wszystko zależy od od okoliczności. Niektóre z Bożych zasad i przykazań obowiązuje zawsze i w każdych okolicznościach.

    2. Nie, kłamstwo nie jest dopuszczalne nawet dla ratowania życia niewinnych. Kłamstwo należy do tych Bożych zasad, których zakaz obowiązuje zawsze i w każdych okolicznościach.

    3. Nie, nie istnieje zasada jednej normy, czyli miłości, która w imię miłości pozwalałaby na łamanie wszystkich innych Bożych przykazań o ile tylko okoliczności by to nakazywały. Przykazanie miłości Boga i bliźniego wyraża się w poszczególnych Bożych przykazaniach, spośród których niektóre mają charakter absolutny i bezwarunkowy.

    4. Owszem, w katolickiej teologii moralnej akceptuje się tzw. zastrzeżenie domyślne w ramach, którego uważa się za dozwolone posługiwanie się pewnymi wyrażeniami dwuznacznymi, a czasami nawet nieprawdziwymi, o ile okoliczności czasu i miejsca pozwalają odbiorcy takich sformułowań łatwo domyśleć się, że nie ma on do czynienia z dosłownie prawdziwą informacją, jednak czegoś takiego nie nazywa się kłamstwem. Jest heretyckim sposobem mówienia mylenie kłamstwa z zastrzeżeniem domyślnym, tak jak heretyckim sposobem mówienia jest nazywanie kościelnych stwierdzeń nieważności mianem “kościelnych rozwodów”.

    Źle, że o. Remigiusz Recław podważa wielowiekowe nauczanie Kościoła – w tym zwłaszcza Jana Pawła II – na temat fundamentów moralności, wypowiadając się tak, jakby był zwolennikiem etyki sytuacyjnej.

    Mirosław Salwowski

    Przypisy:

    1. Cytat za: Ks. Ambroży Guillois, „Wykład historyczny, dogmatyczny, moralny, liturgiczny i kanoniczny wiary katolickiej”, Wilno 1863, s. 382, 380.
    2. Cytat za: Ks. Ambroży Guillois, jw., s. 384.

    3. Cytat za, Bł. X. Jan Marya Vianney, „Kazania niedzielne i świąteczne”, Lwów 1906, tom I, s. 138 – 139, 140 – 141.

    4. Cytat za: „Katechizm św. Piusa X. Vademecum katolika„, Sandomierz 2006, s. 109.

    5. Cytat za: „Katechizm Kościoła Katolickiego„, Poznań 2002, s. 425; 568.

    6. Cytat za: „Katechizm Kościoła Katolickiego„ jw., s. 569.