Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Etyka Wyklęta

„Odwołajmy się znowu do żołnierzy podziemia niepodległościowego. W debacie na ich temat mamy z jednej strony sakralizację, a z drugiej – potępianie ich jako bandytów, morderców ludności cywilnej itd. A przecież należałoby pamiętać o tym, że po 1947 roku ci ludzie byli jak zwierzyna na polowaniu. Nie ma już wtedy w zasadzie walk zbrojnych między oddziałami – na każdą kilkuosobową grupę żołnierzy poluje wielokrotnie przeważająca liczebnie masa żołnierzy, milicjantów i funkcjonariuszy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, którym nie chodzi o uwięzienie, lecz o zabicie. Do tego dodajmy warunki materialne, biedę powojenną, pogardę dla życia. Nic dziwnego, że kiedy żołnierze podziemia proszą we wsi o jedzenie, często go nie dostają, a wobec odmowy – zdarza się, że sięgają po przemoc. Ale w ramach debaty wyznaczanej przez tych, którzy chcą stawiać pomniki, i tych, co chcą je obalać, nie ma miejsca na dyskusję o faktach – choćby bolesnych – i stawianie pytań. Efektem jest sytuacja, w której oficjalna historia oddala się od prawdy historycznej” (J. Eisler, Tylko prawda jest nieciekawa?, [podkreślenia moje]).

Zostawiam na boku dyskusję historyczną dotyczącą Żołnierzy Wyklętych. Zostawiam także (i o to proszę Czytelników) wszystkie uczucia jakie mamy wobec naszych narodowych powstań i bohaterów. Z wypowiedzi profesora Eislera podkreśliłem ostatnie zdanie. Dotyczy ono warstwy historycznej, ale i etycznej. Uczucia związane z naszymi narodowymi mitami należy zostawić na boku. Dotyczy to powstań od listopadowego po warszawskie oraz o ostatnią modę na Żołnierzy Wyklętych.

Ab ovo

Jezus przyszedł na świat i oddał życie pod panowaniem okupanta rzymskiego. Apostołowie żyli i umierali pod tym samym panowaniem. A jednak w wypowiedziach Jezusa i tekstach apostołów nie znajdziemy nic, co świadczy o chęci sprzeciwu czy wezwaniu do walki przeciw władzy okupanta. Jest za to wezwanie Jezusa do oddania Bogu, co boskie a cesarzowi, co cesarskie (w tym do płacenia podatków na rzecz okupanta) i polecenie apostołów, aby być posłusznym cezarowi i modlić się za niego (np. 1 Tm 2, 1-8). Sam Chrystus przyjmuje wyrok śmierci z rąk namiestnika władzy okupacyjnej. Przypomnę jeszcze raz, że rzecz dotyczyła okupanta, który militarnie podbił i zniewolił ziemię ludu pierwszego wybrania. Identycznie rzecz ma się z pierwszymi pisarzami chrześcijańskimi. Spośród wielu tekstów warto przypomnieć tekst listu Tertuliana do prokonsula Skapuli (który kazał palić chrześcijan żywcem lub rzucać ich dzikim zwierzętom), w którym chrześcijański pisarz wyraża życzenie, aby cesarstwo trwało do końca świata i w którym wyraża swój szacunek do cesarza. Na marginesie to świetna lekcja dla wielu rozpolitykowanych katolików, którzy w obozie swoich przeciwników widzą osoby gorsze od Judasza i Nerona razem wziętych. Oczywiście, wśród chrześcijańskich pisarzy nie brakowało także tych, którzy porównywali Rzym do Babilonu i widzieli choćby w Neronie apokaliptyczną bestię. Nie znajdziemy jednak takiego tekstu, który wzywałby do walki przeciw władzy, która jest dana z góry (por. J 19, 10n). W tym miejscu dwie uwagi na marginesie. Nie ma tu mowy o tym, że każdorazowy władca ma nadanie boskie (mowa jest o władzy). Rzecz druga dotyczy sposobu nadania władzy. Niektórzy uważają bowiem, że jeśli władca nie został namaszczony przez katolickiego biskupa lub nie wyznaje wiary katolickiej, to jego władzy legalnej czegoś brakuje (będzie to za chwilę ważne przy problemie powstania listopadowego). Starożytność chrześcijańska stworzyła zasady, o których pisałem powyżej, za panowania cesarzy, którzy nie mieli boskiego mandatu w rozumieniu namaszczenia przez biskupa czy wyznawania wiary katolickiej.
Sprawy zaczęły się komplikować po Edykcie mediolańskim a szczególnie po proklamowaniu edyktu De fide catholica przed Teodozjusza (27. 02. 380 r.), w którym chrześcijaństwo uznano za religię państwową. Ten długi temat także zostawiam na boku ponieważ obfitował on w okresy wzlotów, upadków i stabilności.

Powstanie listopadowe i Porozumienie 1950 roku

Papież Grzegorz XVI encykliką Cum primum potępił powstanie listopadowe. I to jest fakt. Papieża próbuje się bronić przez wyjaśnienie wpływu Rosji na papieskim dworze lub/i przez wypowiedź samego papieża na audiencji, na której miał on stwierdzić: „Ależ ja was nie potępiłem”. Wyjaśnienie takie jest cokolwiek dziwne ponieważ mamy dokument Magisterium z jednej strony a z drugiej jakieś wypowiedzi papieża (nie znalazłem ich źródła bibliograficznego), który sam sobie zaprzecza. Nawet jeśli przyjąć fakt, że słowa takie zostały wypowiedziane, to nie znoszą one wypowiedzi Magisterium zawartej w encyklice (nie znalazłem żadnego dokumentu tej rangi znoszącego nauczanie zawarte w Cum primum). Sytuacja jest trochę podobna do dzisiejszego „Magisterium samolotowego” papieża Franciszka, gdzie wygłasza on pewne zadziwiające tezy a potem o. Lombardi musi mówić na konferencji „co papież miał na myśli”. W takiej sytuacji katolicy winni sprawdzić co na dany temat mówi Tradycja Kościoła i w tej niezmiennej formie nauczanie przyjmować. Wracając jednak do Grzegorza XVI. Tym co boli nasze narodowe uczucia najbardziej, jest stwierdzenie, że car Mikołaj jest legalnym władcą ówczesnego Królestwa Polskiego. Nie wchodząc w kwestię legalności jego władzy, trzeba sobie przypomnieć w tym miejscu sytuację Jezusa, apostołów i pisarzy chrześcijańskich. Mikołaj I nie był władcą katolickim (w rozumieniu wyznawania rzymskiego katolicyzmu), nie był namaszczony przez katolickiego biskupa i przez fakt rozbiorów, był okupantem. Wypisz, wymaluj sytuacja analogiczna do Jerozolimy około 33 roku po Chr.
Druga rzeczywistość i znacznie nam bliższa, to sytuacja Żołnierzy Wyklętych. Konkretnie chodzi tu o Porozumienie między Rządem a Episkopatem z 14 kwietnia 1950 roku. W owym Porozumieniu zawarty został słynny punkt ósmy w brzmieniu: „Kościół katolicki, potępiając zgodnie ze swymi założeniami każdą zbrodnię, zwalczać będzie również zbrodniczą działalność band podziemia oraz będzie piętnował i karał konsekwencjami kanonicznymi duchownych, winnych udziału w jakiejkolwiek akcji podziemnej i antypaństwowej”. Ciekawym jest także punkt siódmy: „Kościół – zgodnie ze swymi zasadami – potępiając wszelkie wystąpienia antypaństwowe będzie przeciwstawiał się zwłaszcza nadużywaniu uczuć religijnych w celach antypaństwowych”. I znów próbuje się ten tekst usprawiedliwić jakimś rodzajem wymuszenia na Episkopacie takiego brzmienia. Druga linia wytłumaczenia idzie poprzez stwierdzenie, że nie znamy faktu potępienia żadnego kapłana w związku z jego uczestnictwem w podziemiu antykomunistycznym. Drugi argument akurat dość łatwo wyjaśnić, wiedząc, że kapelani mają obowiązek nieść posługę każdej stronie konfliktu zgodnie z zasadą, że zbawienie duszy jest najwyższym prawem (na tej zasadzie np. możemy znaleźć kapelanów w armii Stanów Zjednoczonych niezależnie gdzie akurat ów kraj niesie demokrację na swoich czołgach i czy Watykan taką interwencję popiera).
Ciekawszym jest jednak argument z przymusu ze strony rządowej na taki zapis. Nic podobnego. Przeciw takiej tezie świadczą wypowiedzi Stefana kardynała Wyszyńskiego, którego trudno posądzać o ludzką sympatię do komunizmu czy socjalizmu. Również Episkopat wydał 22. 04. 1950 roku komunikat do wiernych interpretujący Porozumienie. Czytamy w nim: „Wychodząc z założeń katolickiej moralności Kościół ze swej strony wzmacnia w wiernych poszanowanie prawa i władzy, zachęca do wytrwałej pracy nad odbudową kraju” (cyt. za: Z. Hemmerling, M. Nadolski, Opozycja antykomunistyczna w Polsce 1944-1956. Wybór dokumentów, Warszawa 1990).

Oddając głos samemu Wyszyńskiemu:
„Episkopat spotkał się z zarzutem jakoby tego porozumienia nie chciał. W rzeczywistości znana jest prawda, że Kościół stoi zawsze na stanowisku koniecznej współpracy z państwem”.
Skąd takie podejście Prymasa?
„Dlaczego prowadziłem do ‚Porozumienia’?
Byłem od początku i jestem nadal tego zdania, że Polska, a z nią Kościół święty, zbyt wiele utraciła krwi w czasie okupacji hitlerowskiej, by mogła sobie obecnie pozwolić na dalszy jej upływ. Trzeba za każdą możliwą cenę zatrzymać ten proces duchowego wykrwawiania się, by można było wrócić do normalnego życia niezbędnego dla rozwoju Narodu i Kościoła, do życia normalnego, o które tak w Polsce ciągle trudno”. A do Bieruta Prymas Wyszyński wprost pisze: „[Kościół] Zachęca wiernych do (…) twórczego udziału w odbudowie kraju oraz do podnoszenia wydajności pracy. Potępia ruchy wywrotowe i podziemne” (cytaty za: S. Wyszyński, Dzieła zebrane, t. 1, 1949-1953, Warszawa 1991. str. 247-265).

Stanowisko Kościoła, wyrażone przez Wyszyńskiego, jest jasne niezależnie od tego jakie dziś narodowe uczucia nam towarzyszą przy kolejnych upamiętnieniach Żołnierzy Wyklętych. Aby tę wizję przypieczętować, jeszcze dwa cytaty z Prymasa Tysiąclecia: „Wydaje mi się, że ideałem na czasy dzisiejsze musi być raczej ‚umiejętność życia dla Kościoła i Polski’ niż umiejętność umierania. Bo że umierać umiemy za Kościół i za Polskę, to już pokazaliśmy (…). Dziś mamy pokazać co innego. Męczeństwo zawsze jest i łaską i zaszczytem. Ale gdy zważę, jak wielkie Polska katolicka ma dziś zadania i potrzeby, to wolę to męczeństwo jak najpóźniej. (…) I tak też układamy naszą ‚taktykę’ w Polsce” (16. 10. 1952). A po uwolnieniu Prymas powiedział: „Nie sztuką jest umierać dla Ojczyzny. Sztuką jest dobrze żyć dla niej – to najważniejsze zadanie!” (październik 1956 roku; cytaty odpowiednio za: M. P. Romaniuk, Życie, twórczość i posługa Prymasa tysiąclecia, t. I, s. 550 i t. III, s. 389).

Teoria i praktyka oporu

Oczywiście znana jest teoria tyranobójstwa (tyrannicidii). Warto jednak oddać w tym miejscu głos etyce i nauczaniu Kościoła.
„Idzie o to, że w myśl chrześcijańskiej etyki społecznej społeczeństwo ma prawo do oporu czynnego względem władzy państwowej, który w krańcowym wypadku może przybierać postać powstania zbrojnego, ale w ściśle określonych granicach. I tak jest to dopuszczalne tylko w stosunku do władzy niesprawiedliwej, gwałcącej podstawowe prawa obywatelskie i nie liczącej się nawet z elementarnymi normami moralno-prawnymi. (…) Ponieważ zaś stany niesprawiedliwości mogą i faktycznie wykazują daleko posunięte ustopniowanie, wobec tego także formy oporu muszą ulec znacznemu zróżnicowaniu. Walka zbrojna jest więc w tym ujęciu czymś tak ostatecznym, że staje się wskutek tego czymś wyjątkowym” (T. Ślipko, Zarys etyki szczegółowej, t. 2, Kraków 1981, s. 310n). Ten sam autor w innym miejscu: „Średniowieczna teoria tyranobójstwa, a raczej – mówiąc współczesnym językiem – teoria zbrojnego oporu, mogłaby mieć zastosowanie jedynie w jakichś bezwzględnie zbrodniczych, praktycznie chyba nierealnych, doraźnych przypadkach. (…) Oczywiście, z kwestią decyzji związanej z ustaleniem zasadniczej moralnej dopuszczalności zamierzonego działania musi iść w parze rozpatrzenie towarzyszących tej decyzji okoliczności, przede wszystkim szans na skuteczne przeprowadzenie tego działania, bilansu strat i korzyści, możliwości wykorzystania innych środków obrony” (tenże, Spacerem po etyce, Kraków 2010, s. 284n). Również Katechizm Kościoła Katolickiego podkreśla pięć elementów uzasadniających zbrojny opór: „Zbrojny opór przeciw uciskowi stosowanemu przez władzę polityczną jest uzasadniony jedynie wtedy, gdy występują równocześnie następujące warunki: 1 – w przypadku pewnych, poważnych i długotrwałych naruszeń podstawowych praw; 2 – po wyczerpaniu wszystkich innych środków; 3 – jeśli nie spowoduje to większego zamętu; 4 – jeśli istnieje uzasadniona nadzieja powodzenia; 5 – jeśli nie można rozumnie przewidzieć lepszych rozwiązań” (KKK 2243, [podkreślenia moje]).

Tak brzmi nauka Kościoła, którą Katechizm przytacza. Czy więc w przypadku powstania warszawskiego zbrojny opór nie spowodował większego zmieszania? Czy istniała uzasadniona nadzieja powodzenia? Czy w przypadku Żołnierzy Wyklętych (ostatni z nich zginął w 1963 roku) istniała uzasadniona nadzieja powodzenia? Jeśli nawet jakimś cudem odpowiemy twierdząco na te pytania, to co zrobić z wypowiedziami kardynała Wyszyńskiego? Nawet jeśli pominiemy Prymasa Tysiąclecia, istnieje cała gama tekstów papieży i pisarzy potwierdzających tezy, które tu zamieściłem.
Dla przykładu:
„Pierwsi chrześcijanie postawili nam pod tym względem wzór znakomity; z największą niesprawiedliwością i okrucieństwem prześladowani przez pogańskich cesarzy, nigdy nie przestali się zachowywać posłusznie i ulegle; wydawało się wprost, iż tamtych srogość chcą przemóc własną pokorą (…) Inna sprawa była, gdy cesarze przez swoje dekrety lub pretorzy przez swoje groźby chcieli ich zmusić do sprzeniewierzenia się wierze chrześcijańskiej lub innym obowiązkom: w takich chwilach woleli zaiste odmówić posłuszeństwa ludziom niż Bogu. Wszakże i w podobnych okolicznościach dalecy byli od tego, aby jakikolwiek wszczynać bunt i majestat cesarski obrażać, a jednego tylko żądali, aby wolno im było swoją wiarę otwarcie wyznawać i być jej niezachwianie wiernymi. Poza tym nie myśleli o żadnym buncie, a na tortury szli tak spokojnie i ochoczo, że wielkość ich ducha brała górę nad wielkością zadawanych im mąk” (Leon XIII, Diuturnum illud).

„Gdy zaś z pism rozrzuconych pomiędzy ludem, dowiadujemy się, że zdradliwe nauki wziąwszy przewagę nadwątliły wierność i uległość wobec panujących i wszędzie wzniecają bunty, mamy usilnie przestrzegać, aby lud nimi zwiedziony nie zbaczał z prostej drogi. Niech wszyscy uważają, że według przestrogi apostoła: „nie masz zwierzchności jeno od Boga. A które są, od Boga są postanowione. Przeto kto się sprzeciwia zwierzchności, sprzeciwia się postanowieniu Bożemu, a którzy się sprzeciwiają, ci potępienia sobie nabywają” (Rzym 13, 2). Tak więc i Boskie i ludzkie prawa wołają na tych, którzy usiłują za sprawą najohydniejszych buntów i rozruchów drogą zamachu złamać wierność ku panującym i ich samych postrącać z tronu” (Grzegorz XVI, Miriari vos).

„Nie doznana rzecz, póki chrześcijanom Pan Bóg dawał panów pogańskich, aby im się kiedy Święci Męczennicy mocą bronili, albo na ich urzędników rękę podnieśli i lud burzyli. Znali w nich z Apostołem moc i urząd Boski, i źle a niewinnie rozlewających krew ich czcili, i byli posłuszni tam, gdzie jawnego grzechu w ich rozkazaniu nie było, chociaż z największą szkodą, żalem i utratą majętności i zdrowia swego” (Piotr Skarga, Żywoty Świętych Starego i Nowego Zakonu, t. II, Petersburg 1862, s. 206).

Patriotyzm to nie tylko uczucia i kolejne pomniki, to również trzeźwa ocena sytuacji i roztropność, która jest woźnicą cnót.

x. Tomasz Delurski

http://delurski.pl/6243/etyka-wykleta/