Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tańce damsko-męskie – kilka prostych powodów dla których należy je odradzać

Dlaczego uważam, iż wielowiekowe nauczanie autorytetów kościelnych na temat pozamałżeńskich tańców damsko-męskich (dalej tańce d-m) było nie tylko słuszne w czasach, kiedy było ono formułowane, ale jest aktualne tym bardziej dziś? Czyli innymi, słowy, czemu uważam, iż tańce d-m wówczas kiedy mają miejsce pomiędzy dojrzałymi seksualnie (bądź wkraczającymi w tzw. okres dojrzewania) osobami płci przeciwnej nie będącymi małżeństwem zazwyczaj i na podstawie samej swej konwencji, będą wiązały się z poważnym ryzykiem popadnięcia w grzech? Jest ku temu kilka prostych powodów.

 

PO PIERWSZE: pozamałżeńskie tańce d-m oznaczają praktycznie zawsze przekraczanie kulturowych oraz naturalno-biologicznych granic bliskości cielesnej, poufałości i skromności pomiędzy płciami.

Konkretne formy tańców d-m zmieniały się w ciągu wieków. Większość takowych tańców rozpowszechnionych jeszcze gdzieś do początków XIX wieku, współcześnie byśmy uznali za niewinne, skromne, a nawet wręcz „purytańskie”. Lekkie ujęcie dłoni kobiety, wdzięczne podskoki i ukłony, zasadniczo długie suknie tańczących niewiast – to był bowiem mniej więcej kanon dawniejszych tańców d-m. Pewno, gdyby istniała jakaś realniejsza szansa na bardziej powszechne przywrócenie w czasach współczesnych takich form tańców d-m, można by się zastanawiać czy stanowiłyby one dziś jeszcze poważniejsze niebezpieczeństwo grzechu. Ale – proszę zauważyć, że nawet te relatywnie niewielkie i nieśmiałe gesty bliskości stanowiły w czasie, gdy wspomniane formy tańców d-m były rozpowszechnione, wyraźne przekroczenie przekroczenie granic bliskości, poufałości i skromności pomiędzy płciami, które obowiązywały w ówczesnej kulturze. I tak np. w innych sytuacjach nie wypadałoby, aby mężczyzna trzymał kobietą za dłoń, ale już na sali balowej to uchodziło. Nawet suknie niewiast choć długie, to i tak w pewnych swych aspektach odbiegały one na tańcach od ogólnie przyjętych w innych społecznych kontekstach, zasad skromności i wstydliwości – np. obnażone ramiona, głębsze dekolty, więcej biżuterii, etc. Ba – bądźmy szczerzy, nawet dziś trzymanie dłoni kobiety przez mężczyznę nie jest odbierane jako tylko wyrażenie pewnej uprzejmości i grzeczności, ale stanowi oznakę wejścia na pewien poziom większej bliskości, poufałości i intymności pomiędzy osobami różnej płci, które na to sobie pozwalają.

A jak ma się korelacja pomiędzy współczesnymi formami tańców d-m, a przekraczaniem wspomnianych kanonów bliskości, poufałości i skromności? Przyjrzyjmy się tym formom współczesnych tańców d-m, które nie są ich skrajnym czy ekstremalnym jej przejawem. Nie zajmujmy się więc w tym miejscu skrajnie obscenicznymi tańcami d-m w rodzaju „lambady”, „bahaty” czy „doggy style”, ale rzućmy okiem na standardowe tańce rozpowszechnione np. na weselach. Cóż tam widzimy? Mężczyźni w takt muzyki trzymają kobiety w ramionach, albo – co wcale nie jest rzadkie – obejmują je w okolicach bioder. Kobiety przy tym najczęściej są ubrane w dość krótkie (np. odsłaniające nogi do połowy ud), obcisłe i posiadające liczne głębokie wycięcia (w okolicach dekoltu, ramion i pleców) spódnice lub sukienki – do tego dochodzi jeszcze zazwyczaj bardziej obfity makijaż, więcej biżuterii, wymyślniejsze fryzury. Czy takie rzeczy – nawet współcześnie – są uważane za całkiem normalne – w szeregu innych sytuacji? Oczywiście, że nie! Kobiety poza parkietem tanecznym zazwyczaj nie pozwalają mężczyznom, z którymi nie są związane jakimś silniejszym węzłem uczuciowym, trzymać się za ramiona czy dotykać w okolicach bioder. Zazwyczaj też – mimo daleko posuniętej nieskromności i bezwstydu w ubiorach oraz ozdobach – dziewczęta i niewiasty ubierają się jednak mniej wyzywająco i krzykliwie, gdy idą do pracy, szkoły czy na spacer.

Widać więc, że mimo zmieniających się w ciągu wieków tak konkretnych form tańca d-m, jak i pewnych społecznych konwenansów i obyczajów, jedna rzecz pozostaje w omawianej kwestii niezmienna. A jest nią łatwo zauważalna prawidłowość polegająca na tym, iż w tańcach d-m zawsze idzie się „o kilka mostów za daleko” w przekraczaniu granic bliskości cielesnej, poufałości i skromności, które obowiązują w innych sytuacjach pomiędzy płciami. Innymi słowy – na parkiecie tanecznym przystoi to, co gdzie indziej czynić za bardzo nie wypada. Tu można śmielej dotknąć obcą sobie kobietę i nikt nie będzie ciebie oskarżać o bycie zboczeńcem, no bo „przecież to jest tylko taniec i takie są kroki tego tańca”. Tu kobieta może odsłonić i uwydatnić znacznie więcej niż gdzie indziej i mało kto się tym obruszy, gdyż „przecież bal to nie kościół”. To wszystko próbuje się tłumaczyć tzw. konwencją. Ale właśnie usprawiedliwianie takich niebezpiecznych gestów i form rozrywkową konwencją, w której owe się odbywają jest diabelską zasadzką i pułapką.

Przekraczanie naturalnych i kulturowych granic bliskości cielesnej, poufałości i skromności pomiędzy płciami – zwłaszcza, gdy odbywa się w atmosferze rozrywki i relaksu (a czymś takim zasadniczo mają być tańce d-m) – siłą rzeczy musi przyciągać znacznie więcej pokus, niebezpieczeństw i okazji do grzechu. Można i w takich warunkach nie zgrzeszyć, ale ryzyko jest o wiele bardziej poważne. To jest coś bardzo podobnego jak np. w przypadku mieszkania ze sobą przed ślubem czy też np. sypiania w jednym łóżku. Bywa, że pary tak czyniące nie grzeszą w skutek tego, ale nie zmienia to faktu, iż np. wielka bliskość i intymność z tym związana będzie ich bardzo prowokować do przekroczenia granicy grzechu. I podobnie ma się sprawa z pozamałżeńskimi tańcami d-m.

 

PO DRUGIE: Pozamałżeńskie tańce d-m są nadzwyczaj niebezpieczne, gdyż polegają one na wzajemnym dotykaniu się w kontekście rozrywkowym osób płci odmiennej nie pozostających ze sobą w małżeństwie.

Jeśli czyni się taniec d-m DLA ROZRYWKI (nie piszę tu o sytuacjach, gdy intencją takowego nie jest rozrywka, ale np. okazanie grzeczności czy wypełnienie swoiście rozumianego obowiązku), a zwyczajnym oraz silnym elementem takowego tańca jest wzajemne dotykanie się w nim partnerów, to „de facto” oznacza to, iż czerpie się przyjemność z takowego dotykania. I nie mam tu na myśli koniecznie przyjemności o charakterze stricte seksualnym (czyli takiej, która płynie z uczucia biologicznego podniecenia odczuwanego w intymnych rejonach ludzkiego ciała). Nawet jednak, gdy w tańcach d-m mężczyzna dotyka niewiasty dla przyjemności, która nie jest jeszcze stricte seksualna, to czy można powiedzieć, iż najpewniej odczuwana przez niego wtedy przyjemność jest taka sama jak miłe uczucie związane z głaskaniem małego puchatego kotka??? Oczywiście, że nie. Miło i przyjemnie jest głaskać kota, ale dla normalnego i zdrowego mężczyzny szukanie przyjemności związanej z dotykaniem kobiety nie będzie tym samym. Może to jeszcze nie być przyjemność ściśle erotyczna, ale z pewnością będzie to już wkraczanie na bardzo grząski, śliski i dwuznaczny grunt. Drążąc jeszcze ten temat : chęć pozamałżeńskiego tańca damsko-męskiego dla rozrywki oznacza de facto powiedzenie do swej tanecznej partnerki; „Hm, wiesz chciałbym Cię trochę podotykać dla przyjemności, niekoniecznie oznacza to, że chcę się przy tym seksualnie podniecać, ale lubię Cię trochę podotykać„. Warto widzieć sprawy, takimi jakimi one są. Oczywiście, może istnieć wiele powodów, kontekstów i okoliczności, w których dotykanie osoby płci przeciwnej nawet poza małżeństwem nie będzie moralnie problematyczne, złe albo niebezpieczne. Praca ginekologa czy choćby lekarza, który musi nieraz dotykać nawet bardzo intymnych sfer ciała osób płci przeciwnej, nie jest zła, o ile ów człowiek traktuje tę czynność jako niesienie pomocy pacjentom, a nie okazję do czerpania przyjemności z takiego dotykania. Podobnie należy traktować np. mycie osób chorych i niedołężnych. Ale, w tych i tym podobnych wypadkach, przynajmniej z założenia, nie mamy do czynienia z chęcią czerpania z nich przyjemności czy rozrywki. A zasadniczym kontekstem tańców d-m jest właśnie rozrywka i przyjemność.

 

PO TRZECIE: osobiście cenię doświadczenie i autorytet, a także wiem, że ani nasze subiektywne odczucia, ani utrwalone kulturowo mody, ani nawet tymczasowo przeważające trendy w Kościele, nie muszą być słusznym i nieomylnym wyznacznikiem tego co obiektywnie dobre i właściwe.

To prawda, że kultura zachodu od wielu wieków daje mniejsze bądź większe przyzwolenie na pozamałżeńskie tańce d-m i dlatego kwestionowanie ich słuszności automatycznie nieraz czyni człowieka „dziwakiem”, „szaleńcem” i „ekstremistą”. Ja jednak nie boję się być nazywanym w ten sposób, gdyż wiem, że kulturowo były już aprobowane jeszcze gorsze rzeczy, np. pojedynkowanie się, dyskryminacja rasowa, korzystanie z usług prostytutek albo znęcanie się nad zwierzętami.

To prawda, że wielu ludzi słysząc lub czytając tym podobne wywody puka się po głowie twierdząc, że przecież oni nigdy w życiu nie zgrzeszyli w skutek tańców d-m i to najwyraźniej ja „muszę mieć jakiś problem” skoro uznaję takowe za „będące zazwyczaj bliską okazją do grzechu”. Osobiście jednak przeżyłem już i widziałem na tyle dużo, by wiedzieć, że my ludzie mamy wielką skłonność do oszukiwania tak innych, jak i samych siebie. Poza tym, wiem, że współcześnie nawet wielu pobożnych katolików ma dość zniekształcone i rozluźnione pojęcie tego co jest, a co nie jest grzeszne w tej materii. Mogą np. uważać jeszcze za nieprawość stosunki przedmałżeńskie, ale często już np. nie traktują w ten sposób zmysłowych pocałunków (a owe również są śmiertelnym grzechem).

To wreszcie prawda, że współcześnie w Kościele katolickim ze święcą szukać duchownych, którzy poddawali by pozamałżeńskie tańce d-m surowej krytyce. Ba, niektórzy z księży nawet owe jawnie wspierają. Jednak ostatnie 40 czy 50 lat to  tylko pewien wycinek w historii Kościoła i nie można go absolutyzować. Zresztą można by podawać o wiele więcej podobnych przykładów milczenia czy nawet wspierania przez wielu duchownych jeszcze bardziej wątpliwych rzeczy niż tańce d-m (np. w niemal połowie katolickich colleagów w USA jawnie funkcjonują kluby dla homoseksualistów i lesbijek). Tym bardziej, że przez wiele wieków Ojcowie, Doktorzy i Święci Kościoła ciągle przestrzegali przed tańcami i balami jako poważnym niebezpieczeństwem dla dusz i bliską okazją do grzechu.

 

Podsumowując: co prawda owszem nie można powiedzieć, by pozamałżeńskie tańce d-m były grzeszne zawsze i wszędzie, to bardzo prawdopodobne jest jednak, iż są one zazwyczaj jedną z bardziej poważnych okazji do grzechu. Ich niebezpieczeństwo wynika w głównej mierze nie tyle ze słabości poszczególnych uczestniczących w takich zabawach ludzi, ale z tradycyjnej specyfiki tańców damsko-męskich polegającej na tym, iż w ramach tej rozrywki pozwala się na więcej poufałości i bliskości cielesnej niż akceptuje się to w wielu innych sytuacjach. Można powiedzieć, że charakter niebezpieczeństwa tych tańców jest podobny do sytuacji, w której to dwoje niepoślubionych sobie osób płci przeciwnej mieszka ze sobą bez ślubu pod jednym dachem. Co prawda, póki nie dochodzi pomiędzy tymi osobami do czynności seksualnej nie jest to sytuacja grzeszna sama w sobie, tym nie mniej jednak ze względu na specyfikę takiego zachowania jest to okoliczność mocno prowokująca i zachęcająca do grzechów nieczystości. Dlatego też pozamałżeńskie tańce damsko-męskie, choć nie są zakazane w sposób absolutny, to należy je stanowczo odradzać.