Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Moralność a praca służb specjalnych

Czasami w kontekście różnych rozważań na temat moralności pojawia się pytanie, czy pracownicy rozmaitych służb specjalnych (np. tajni agenci) mogą (w sensie moralnej aprobaty) w ramach swej pracy dokonywać różnych działań, które w innych okolicznościach są uważane za zdecydowanie złe i występne. Tajemnicą Poliszynela jest wszak, iż służby specjalne różnych krajów aby ustrzec swe państwa i społeczeństwa od rozmaitych niebezpieczeństw pozwalają sobie na używanie takich środków jak kłamstwo, cudzołóstwo, homoseksualne uwodzenia, a być może też na inne niemoralne akty w rodzaju oszczerstwa, krzywoprzysięstwa czy nawet zabijania niewinnych ludzi. Co więc w takim razie, gdy na jednej szali mamy mniejsze zło w postaci np. pójścia do łóżka z mężatką, a na drugiej ocalenie za pomocą tego czynu dajmy na to tysiąca niewinnych i bezbronnych osób, które w przeciwnym razie mogłyby zginąć w zamachu terrorystycznym? Idąc dalej w tym rozumowaniu, czy można za absolutnie niedopuszczalne uznać zabicie dajmy na to jednego niewinnego człowieka po to, by uchronić w ten sposób od śmierci 10 000 innych niewinnych ludzi?

Na tego rodzaju pytania zwykle otrzymuje się odpowiedź, iż „moralność pracowników służb specjalnych jest szczególna„, a większe dobro, interes państwa oraz racja stanu usprawiedliwiają czynienie wyżej wspomnianych złych rzeczy. Problem z tą odpowiedzią polega jednak na tym, iż – w świetle tradycyjnego nauczania katolickiego – jest ona całkowicie błędna i fałszywa. Jakkolwiek bowiem, by się to uznało za głupie, nieroztropne i szaleńcze, istnieje pewna kategoria ludzkich zachowań, która nie mogą być uznane za moralnie dopuszczalne nigdy, nigdzie i w żadnych okolicznościach, nawet, gdyby za ich pomocą można było oddalić bardzo wielkie zło lub osiągnąć bardzo wielkie dobro.

Jasno nauczał o tym, choćby papież Jan Paweł II w encyklice „Veritatis splendor”:

„istnieją zachowania, które nigdy i w żadnej okoliczności nie mogą uchodzić za działania właściwe – to znaczy za zgodne z ludzką godnością. (,,,) 

Kościół zawsze nauczał, że nie należy nigdy popełniać czynów zabronionych przez przykazania moralne, ujęte w formie negatywnej w Starym i Nowym Testamencie (…). Dzięki świadectwu rozumu wiemy(…), że istnieją przedmioty ludzkich aktów, których nie można przyporządkować Bogu, ponieważ są one radykalnie sprzeczne z dobrem osoby stworzonej na jego obraz. Tradycyjna nauka moralna Kościoła mówi o czynach, które są „wewnętrznie złe”: są złe zawsze i same w sobie, to znaczy ze względy na swój przedmiot, a niezależnie od ewentualnych intencji osoby działającej i od okoliczności. Dlatego nie umniejszając w niczym wpływu okoliczności, a zwłaszcza intencji na moralną jakość czynu, Kościół naucza, że << istnieją akty, które jako takie, same w sobie niezależnie od okoliczności, są zawsze wielką niegodziwością ze względu na przedmiot>> (…) Jeśli czyny są wewnętrznie złe, dobra intencja lub szczególne okoliczności mogą łagodzić ich zło, ale nie mogą go usunąć: są to czyny nieodwracalnie złe, same z siebie i same w sobie niezdatne do tego, by je przyporządkować Bogu i dobru osoby (…). Tak więc okoliczności lub intencje nie zdołają nigdy przekształcić czynu ze swej istoty niegodziwego ze względu na przedmiot w czyn <<subiektywnie>> godziwy lub taki którego wybór można usprawiedliwić”.

Ta doktryna o absolutnym i bezwzględnym zakazie pewnych czynów została powtórzona przez Jana Pawła II również w promulgowanym przez niego Katechizmie:

„Błędna jest więc ocena moralności czynów ludzkich, biorąca pod uwagę tylko intencję, która ją inspiruje, lub okoliczności (środowisko, presja społeczna lub konieczność działania, itd.) stanowiące ich tło. Istnieją czyny, które z siebie i w sobie, niezależnie od okoliczności i intencji, są zawsze i bezwzględnie niedozwolone ze względu na ich przedmiot, jak bluźnierstwo i krzywoprzysięstwo, zabójstwo i cudzołóstwo. Niedopuszczalne jest czynienie zła, by wynikło z niego dobro (…). Dobra intencja (np. pomoc bliźniemu) nie czyni dobrym, ani słusznym zachowania, które samo w sobie jest nieuporządkowane (jak kłamstwo czy oszczerstwo). Cel nie uświęca środków (…). Okoliczności, a w tym także konsekwencje, są drugorzędnymi elementami czynu moralnego. Przyczyniają się one do powiększenia lub zmniejszenia dobra lub zła moralnego czynów ludzkich (np. wysokość skradzionej kwoty). Mogą one również zmniejszyć lub zwiększyć odpowiedzialność sprawcy (np. działanie ze strachu przed śmiercią). Okoliczności nie mogą same z siebie zmienić jakości moralnej samych czynów; nie mogą uczynić ani dobrym, ani słusznym tego działania, które jest samo w sobie złe. (Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 1753-1754, 1756).

Wcześniej na ten temat wypowiedział się też Paweł VI, który w punkcie 14 encykliki „Humanae vitae” nauczał co następuje:

„W rzeczywistości (…) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny – a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka – nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw. 

 

Oczywiście, jeśli ktoś chce może upierać się, iż użyte w owych aktach Magisterium Kościoła kategoryczne i jasne zwroty w rodzaju: „nigdy„; „nigdzie„, „nikomu„, „w żadnych okolicznościach„, „nie wolno nawet dla najpoważniejszych przyczyn„, „zawsze i bezwzględnie niedozwolone” nie oznaczają absolutnego zakazu pewnych czynów i pracownikom służb specjalnych wolno jest np. kłamać, cudzołożyć, homoseksualnie współżyć czy nawet zabijać niewinnych. Jednak w ewidentny sposób będzie to rozumowanie absurdalne i niezgodne z oczywistym znaczeniem tych słów.

Co więc w praktyce oznacza powyższe nauczanie katolickie dla pracowników służb specjalnych? Czy należy uznać zatem, iż de facto postępując zgodnie z tradycyjną moralnością katolicką mieliby oni w swej pracy skrępowane ręce? Cóż, z pewnością pracownik takich służb musiałby więcej natrudzić się, by wydobyć różne informacje, nie stosując niektórych z metod tradycyjnie stosowanych przez służby. Jednak, nie oznaczałoby to, iż nie ma on do dyspozycji żadnych ze środków wywiadowczych, o ile bowiem np. nie mógłby on mówić nieprawdy na czyjś temat (gdyż oszczerstwa jest absolutnie zakazane), to ciągle stosowne by było dla niego prowadzić nasłuch czyichś rozmów, czytać cudzą korespondencję, etc. (takie bowiem zachowania nie są w sensie bezwzględnym niedozwolone, nawet jeśli w większości sytuacji należałoby je uznać za co najmniej niestosowne). Można też uznać za moralnie dozwolone stosowanie pewnych środków „z pogranicza”, o ile owe nie przekroczą jeszcze granicy absolutnie złych czynów.  Na przykład, być może jest dozwolone by agent służb specjalnych dawał jakiejś mężatce kwiaty, prawił jej komplementy, ale z pewnością nigdy nie jest usprawiedliwione by uprawiał z nią seks czy choćby tylko „inne czynności erotyczne” (np. całował się z nią w zmysłowy sposób).

Co jednak w sytuacji, gdy przed danym pracownikiem służb specjalnych stanąłby twardy dylemat w rodzaju: albo będziesz uprawiał seks z cudzą żoną albo za kilka dni zginie tysiąc niewinnych osób? Nie ma to innej dobrej odpowiedzi, jak to, iż powinien on odmówić podjęcia takiego działania, a zamiast cudzołożenia wzmóc inne środki wywiadowcze oraz tym gorliwiej prosić Boga o oddalenie niebezpieczeństwa dla niewinnych ludzi. Jeśli bowiem Bóg zechce ocalić tych ludzi to uczyni w to inny sposób bez konieczności używania przez nas metod i środków, które są złe i wstrętne w Jego oczach.  Słowo Boże w wielu miejscach wzywa nas byśmy bardziej pokładali ufność w sile, potędze i opiece Boga aniżeli w naszych ludzkich staraniach czy też innych ludziach. Na przykład w Psalmach czytamy co następuje: „Nie uratuje króla liczne wojsko ani wojownika nie ocali wielka siła.  W koniu zwodniczy ratunek i mimo wielkiej swej siły nie umknie. Oto oczy Pana nad tymi, którzy się Go boją, nad tymi, co ufają Jego łasce,  aby ocalił ich życie od śmierci i żywił ich w czasie głodu.  Dusza nasza wyczekuje Pana, On jest naszą pomocą i tarczą. W Nim przeto raduje się nasze serce, ufamy Jego świętemu imieniu” (Psalm 33: 16 – 17). Jakie praktyczne znaczenie miałyby jednak te zapewnienia, gdybyśmy po to uratować siebie lub innych od jakiegoś nieszczęścia mogli złamać każdą z Bożych zasad? Czy jest sens mówić Bogu: „Ufam Ci Boże”, a jednocześnie czynić coś, co ten sam Bóg zakazał robić i co jest w Jego oczach wstrętne i niegodziwe? Poza tym, Pismo święte uczy nas, że: „Wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania, abyście mogli przetrwać” (1 Koryntian 11,13). A zatem, dobry Bóg nie pozwala na sytuacje, w których „musielibyśmy czynić zło”, z których nie byłoby dobrego moralnie wyjścia.

 

Ps. Jako, że przy różnych okazjach wychodzi na jaw to, iż niektóre osoby niezbyt rozumieją tradycyjne rozróżnienie pomiędzy „zabiciem niewinnej osoby” (czyli morderstwem”), a zabiciem złoczyńcy zapobiegliwie wyjaśniam, że pracownicy służb specjalnych mają prawo w pewnych okolicznościach zabijać złoczyńców (czyli np. terrorystów, morderców, itp.), ale nigdy i nigdzie nie wolno jest im zabijać niewinnych osób ( a więc np. małych dzieci albo co prawda dorosłych, lecz zachowujących się w spokojny sposób ludzi). Zabicie złoczyńcy nie jest bowiem absolutnie złe, jednak celowe odebranie życie niewinnemu człowiekowi owszem jest już zawsze, wszędzie i w każdych okolicznościach niedozwolone oraz zakazane.