Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Czy legalizacja kazirodztwa byłaby większym złem niż legalizacja cudzołóstwa?

W pewnym czasie, mass media w Polsce, poświęciły względnie dużo uwagi pomysłom legalizacji kazirodztwa (dokonywanego dobrowolnie pomiędzy dorosłymi ludźmi). Stało się to za sprawą dwóch wydarzeń. Najpierw dotarła do nas informacja, iż Niemiecka Rada Etyki wyraziła poparcie dla postulatu zniesienia karalności stosunków seksualnych dokonywanych pomiędzy przyrodnim rodzeństwem, które dorastało osobno i poznało się dopiero w dorosłym życiu. W Polsce, tę ideę, w swoisty sposób podchwycił, związany wówczas z „Twoim Ruchem” prof. Jan Hartman, który wezwał do rozpoczęcia dyskusji nad ideą legalizacji dobrowolnie czynionego kazirodztwa (zastrzegając przy tym, iż nie oznacza to, że sam jest zwolennikiem tego postulatu). Informacje te spotkały się ze słusznym, niemal powszechnym oburzeniem (od wypowiedzi prof. Hartmana odciął się nawet „Twój Ruch”). Warto jednak sobie zadać pytanie, czy legalizacja czynionego dobrowolnie i pomiędzy dorosłymi osobami, kazirodztwa nie jest po prostu kolejnym logicznym wnioskiem płynącym z ideałów i praktyki rewolucji seksualnej? Czyż bowiem, nie pod identycznymi hasłami i założeniami, legalizowano w sferze prawa oraz usprawiedliwiano w zakresie moralności, takie występki jak: cudzołóstwo, nierząd, prostytucja, pornografia i homoseksualizm?
Przyjrzyjmy się idei legalizacji kazirodztwa na tle czegoś co dokonało się w naszym kręgu kulturowym w przeciągu ostatnich 30 – 100 lat, a mianowicie zniesienia prawnej karalności zdrady małżeńskiej (czyli cudzołóstwa). Dziś powszechnie uważa się, że czynienie z cudzołóstwa czegoś nielegalnego i karalnego jest niedorzecznością, a nawet przejawem totalitarnych zapędów państwa, które tak by postępowało. Czy jednak, chcąc być konsekwentnymi i logicznymi, możemy domagać się utrzymania przestępczego charakteru dobrowolnych relacji seksualnych pomiędzy dorosłymi, a blisko spokrewnionymi ze sobą osobami, a jednocześnie oburzać się na ideę delegalizacji cudzołóstwa? Poniżej, wykażę, iż wszystkie z argumentów podnoszonych „za” i „przeciw” legalizacji kazirodztwa mogą być z powodzeniem zastosowane do kwestii legalności cudzołóstwa.

1. „Zakazywanie kazirodztwa jest zbyt daleko posuniętą ingerencją państwa w prywatność obywateli. Jeśli dwoje dorosłych ludzi godzi się na coś takiego, to władze cywilne nie powinny za pomocą przymusu narzucać im swojej wizji moralności”.

Czy czegoś podobnego nie można powiedzieć o cudzołóstwie? Wszak, tak w wypadku dobrowolnego kazirodztwa, jak i cudzołóstwa, ich nielegalność oznacza ingerencję państwa w prywatne, dobrowolne relacje seksualne odbywające się pomiędzy chcącymi tego dorosłymi ludźmi. „Państwo nie ma prawa wtrącać się w to, co w swych łóżkach robią dorośli ludzie” – brzmi znany liberalny slogan. OK, jeśli jest on prawidłowy w stosunku co cudzołóstwa, to nie ma logicznych powodów, by nie zastosować go do dobrowolnych relacji seksualnych dokonywanych pomiędzy dorosłymi, blisko ze sobą spokrewnionymi ludźmi (np. bratem i siostrą, ojcem i synem, etc.).

 

2. „Prawne zakazywanie dobrowolnego kazirodztwa jest uzasadnione dobrem ewentualnego potomstwa, które rodząc się w takich związkach byłoby narażone na poważne choroby i wady genetyczne „.

Trudno zaprzeczyć temu, iż powyższy argument jest ważną przesłanką za utrzymywaniem nielegalności kazirodztwa. Ale, czy nierząd (czyli seks przedmałżeński)  i cudzołóstwo także nie zagrażają zdrowiu, a nawet życiu spłodzonych z nich dzieci? Oczywiście, że tak. Nawet, jeśli chodzi o zdrowie fizyczne, to przecież niektóre z chorób wenerycznych mogą przenosić się na dzieci (np. chlamydia, AIDS). Nie wspominając już o milionach nienarodzonych dzieci mordowanych dlatego, że są owocem przedmałżeńskiej „wpadki” lub pozamałżeńskiego romansu. A co powiedzieć o rozlicznych niebezpieczeństwach dla zdrowia emocjonalnego, psychicznego i duchowego, jakie dla niewinnych dzieci, niosą grzechy nierządu i cudzołóstwa? Nie wiem, czy ktokolwiek ośmieliłby się twierdzić, że wychowywanie się w sierocińcu lub domu bez ojca, ewentualnie w rodzinie słabej i ciągle trapionej napięciami wynikłymi m.in. z niewierności ojca lub matki, może być korzystne dla rozwoju dziecka? A przecież im więcej jest nierządu i cudzołóstwa, tym więcej też będzie dzieci zabijanych (przed lub po narodzeniu), opuszczonych, dorastających w rozbitych domach, etc.

Wedle badań przeprowadzonych w USA prawdopodobieństwo popełnienia samobójstwa jest o 30 proc. wyższe wśród nastolatków, które wychowały się bez ojca. Podobnie 90 proc. dzieci bezdomnych i uciekających z domu, 3/4 nastoletnich narkomanów i 85 proc. młodocianych przestępców (w tym 72 proc. nieletnich morderców i 60 proc. gwałcicieli), wzrastało w rodzinie pozbawionej ojca. Z grzechami nierządu i cudzołóstwa połączona jest też niemała liczba morderstw, pobić, samobójstw (dokonywanych np. przez zazdrosnych mężów, konkubentów, kochanków, etc). Jaskrawym przykładem tego, do jakich konsekwencji prowadzą nierząd i cudzołóstwo, może być rzeczywistość czarnej społeczności w USA. Wedle danych z początku obecnego stulecia, 69 proc. czarnych dzieci nie pochodzi ze związku małżeńskiego, a 57 proc. nastolatków wychowywanych jest przez jednego z rodziców (najczęściej przez matkę). Szacowano wówczas, iż odpowiednio 43 proc. czarnych mężczyzn i 42 proc. kobiet nie żyło nigdy w małżeństwie. Ponad połowa morderstw i 42 proc. innych ciężkich przestępstw było wtedy dokonywanych przez kryminalistów wywodzących się z 13 – procentowej czarnej społeczności. Ocenia się, iż 28, 5 proc. czarnych chłopców trafi do aresztów i więzień. W dużych miastach 4 na 10 czarnoskórych mężczyzn w wieku od 17 do 35 lat przebywa w więzieniach.

Wniosek jest więc prosty i jasny: jeśli ze względu na dobro dzieci utrzymuje się nielegalność i karalność także dobrowolnych związków kazirodczych, to z tego samego powodu przestępstwem powinna być zdrada małżeńska oraz seks przedmałżeński.

3. „Cudzołóstwo jest bardzo trudne do wykrycia, dlatego prawo je zakazujące, byłoby martwym prawem”.

Przywołany argument jest w swej pierwszej części prawdziwy. Oczywiście, że trudno jest wykryć cudzołóstwo  – ale czy sprawa ma się tu zasadniczo inaczej w przypadku kazirodztwa? Przecież stosunki kazirodcze też są najczęściej dokonywane prywatnie, w czterech ścianach domu, co czyni takowe trudnymi do wykrycia i udowodnienia (chyba, że ich sprawcy sami się z nimi obnoszą, albo też kończą się one poczęciem dziecka – ale to samo można powiedzieć o cudzołóstwie).  Zarówno więc tak w przypadku cudzołóstwa jak i kazirodztwa, zakazujący ich prawodawca powinien brać pod uwagę, że ogromna większość takich czynów nie będzie wykrywana i faktycznie karana.  Gdyby choćby 1 na 100 przypadków owych nieprawości było wykrywanych przez zakazujące je władze cywilne, to i tak byłoby to dużo. Można więc spytać, czy jest sens pozostawiania nielegalnymi czynów, których wykrywalność będzie niemal z założenia tak bardzo niska? Otóż, wbrew pozorom – tak. Albowiem, w warunkach istnienia nielegalności danych zachowań, już sam fakt prawnego ich zakazu, wysyła do społeczeństwa ważny sygnał, który można streścić w następujących słowach: „Skoro prawo tego zakazuje, przemyślcie, czy czasem nie jest to coś złego„. Czy się to komuś podoba czy nie, prawo ma swój walor wychowawczy i gdy coś jest przez nie zakazane, zazwyczaj mniej ludzi po to sięga. Nawet więc, gdy prawny zakaz nie powoduje znacznego spadku praktykowania danego zachowania wśród ludzi już je czyniących, to świadomość jego istnienia może powstrzymać od niego, wielu, którzy w warunkach jego legalności skusiliby by się nań. Posłużmy się tu przykładem – załóżmy, że przy istnieniu prawnego zakazu kazirodztwa, 0, 5 procenta społeczeństwa żyje w stałych kazirodczych relacjach, a jakieś 5 procent ma za sobą mniej lub bardziej rzadkie tego rodzaju incydenty. Co by się stało w wypadku legalizacji kazirodztwa? Zapewne, w ciągu 2 czy 3 lat te liczby nie uległyby znaczącemu wzrostowi.  Ale już po 20 czy 30 latach legalności tej nieprawości, gdy wzrosło by już całe pokolenie oswojone z tym, iż kazirodztwo nie jest przestępstwem, niektórzy ludzie się z nim obnoszą, a w mass mediach równorzędnie traktowane są poglądy broniące jego moralnej prawowitości, liczba osób stale praktykujących kazirodztwo mogłaby wzrosnąć z 0, 5 % do 3 czy 4 %, a tych, którzy by je czynili incydentalnie z 5 do 20 procent. Ktoś powie, że są to dane „z sufitu” – owszem, tą są moje przypuszczenia, ale tak właśnie działa logika prawa. Po prostu prawo (nawet te, które jest w dużej mierze bardzo trudne do wyegzekwowania) wychowuje, pomaga kształtować społeczne pojęcia o dobru i złu oraz wielu odstrasza od sięgania „po zakazany owoc”.  Działa to tak w przypadku kazirodztwa, jak i cudzołóstwa.

 

Do tego wszystkiego dodajmy jeszcze jedną obserwację. Otóż, choć kazirodztwo jest większym złem niż cudzołóstwo, to tak naprawdę legalizacja tego drugiego jest bardziej szkodliwa dla społeczeństwa. A to dlatego, że osób psychicznie i mentalnie zdolnych do nawiązywania relacji kazirodczych zawsze będzie zdecydowana mniejszość. Większość ludzi najprawdopodobniej nigdy bowiem nawet nie miała poważnej pokusy, by uprawiać seks z własnymi rodzicami czy rodzeństwem. I w związku z tym, także legalizacja takich zachowań nie będzie wpływała destruktywnie na całość społeczeństwa. Tego samego nie można jednak powiedzieć o cudzołóstwie, które prawdopodobnie było udziałem większości ludzi (a nawet jeśli nie większości, to najpewniej większa część mężów i żon poważnie zmagała się z pokusą zdradzenia swego współmałżonka). Dlatego legalizacja, i idące za nim faktyczne ułatwienie cudzołóstwa, będzie wpływać negatywnie na znacznie większą część społeczeństwa niż zniesienie karalności kazirodztwa. W tym więc aspekcie można wręcz powiedzieć, iż legalizacja kazirodztwa byłaby czymś mniej złym niż dokonana już depenalizacja zdrady małżeńskiej.

Nie chodzi oczywiście jednak o to, by powiedzieć sobie teraz: „Ech, skoro cudzołóstwo jest legalne, to nie ma co się oburzać na postulat legalizacji kazirodztwa”. Nie ma bowiem sensu dokładać do częściowo naładowanego już rewolweru kolejnych śmiercionośnych naboi. Warto jednak zdać sobie sprawę z tego, że „idee mają konsekwencje”, a tak dobro, jak i zło lubią  być logiczne.  Jeśli wciąż będziemy bezkrytycznie powtarzać liberalne slogany o tym, że „państwo nie ma żadnego prawa wtrącać się w dobrowolne relacje seksualne pomiędzy dorosłymi ludźmi„, „władze cywilne nie są od pilnowania moralności i zaglądania ludziom do łóżka” to dyskusja o zasadności legalizacji dobrowolnego kazirodztwa zawita do nas prędzej czy później. I co gorsza, nie będziemy mieć wtedy dobrych argumentów, by logicznie i racjonalnie obalić zasadność tego postulatu.

 

Przeczytaj też:

 http://salwowski.net/2016/05/08/dlaczego-nierzad-cudzolostwo-i-homoseksualizm-powinny-byc-nielegalne/