Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: salwowski.net

  1. Dlaczego papież Franciszek nie potępia prezydenta Putina?

    Możliwość komentowania Dlaczego papież Franciszek nie potępia prezydenta Putina? została wyłączona

    Część komentatorów dziwi się temu iż papież Franciszek do tej pory nie zdecydował się na jasne potępienie Rosji za to, iż 24 lutego b. roku wywołała ona niesprawiedliwą wojnę z Ukrainą. Niektórzy katoliccy publicyści (np. Tomasz Terlikowski) wyrażają w związku z tym wobec Franciszka swoją krytykę. Osobiście jednak nie śpieszyłbym się z krytykowaniem aktualnego Biskupa Rzymu za przyjmowanie takiej, a innej postawy. Powodów, dla których Franciszek nie potępia prezydenta Putina za to co uczynił, może być kilka, np.:


    1. Franciszek jest zdemoralizowanym cynikiem, który w zamian za jakieś doczesne korzyści (albo ich obietnicę) nie chce potępiać prezydenta Putina.
    2. Franciszek błędnie, ale w dobrej wierze myśli, że prezydent Putin wszczął sprawiedliwą wojnę.
    3. Papież Franciszek wie znacznie więcej od nas i w związku z tym ma świadomość, że prezydent Putin prowadzi sprawiedliwą wojnę.

    4. Franciszek uważa, że wszystkie wojny prowadzone w dzisiejszych czasach (tak napastnicze, jak i obronne) są niesprawiedliwe, a co za tym idzie, nie chce potępiać tylko jednej strony aktualnego konfliktu.
    5. Franciszek kieruje się zasadą tolerowania mniejszego zła i rozsądnie przypuszczając, że otwarte potępienie działań prezydenta Putina doprowadziłoby do jeszcze większego zła albo oddaliło osiągnięcie większego dobra – postanowił milczeć na ten temat.
    6. Franciszek wychodzi z założenia, że nie ma kompetencji do wypowiadania się na te tematy i dlatego milczy.

    ***

    Która z powyższych interpretacji wydaje się być więc najbardziej wiarygodna w odniesieniu do Franciszka? Cóż, punkt numer 1 uznaję za najmniej wiarygodny, a to, co choćby dlatego, że jedną z zasad moralnych, którą winniśmy się kierować wobec naszych bliźnich jest reguła pozytywnego interpretowania niejasnych i dwuznacznych czynów oraz słów drugiej osoby.

    Tak naucza o tym chociażby Katechizm Kościoła Katolickiego, idąc tu za św. Ignacym Loyolą:

    Każdy dobry chrześcijanin winien być bardziej skory do ocalenia wypowiedzi bliźniego niż do jej potępienia. A jeśli nie może jej ocalić, niech spyta go, jak on ją rozumie; a jeśli on rozumie ją źle, niech go poprawi z miłością; a jeśli to nie wystarcza, niech szuka wszelkich środków stosownych do tego, aby on, dobrze ją rozumiejąc, mógł się ocalić (patrz: św. Ignacy Loyola, Ćwiczenia duchowne, 22; zobacz również; Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2478).

    W poprzedzającym ów cytat sformułowaniu autorzy Katechizmu stwierdzają zaś:

    W celu uniknięcia wydawania pochopnego sądu każdy powinien zatroszczyć się, by – w takiej mierze, w jakiej to możliwe – interpretować w pozytywnym sensie myśli, słowa i czyny swego bliźniego (…) (Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2478).

    Choć nie ukrywam, że darzę papieża Franciszka pewną dozą niechęci (choćby za Pachamamę i potępienie kary śmierci) to jednak i wobec niego należy zachować zasadę tłumaczenia wątpliwości na korzyść „oskarżonego”. Ponadto, nie dane mi było osobiście poznać aktualnego Biskupa Rzymu, więc tym bardziej nie czuję się upoważniony do wysuwania wobec niego tym podobnych podejrzeń.

    Za najbardziej wiarygodne wytłumaczenia postawy Franciszka wobec omawianej kwestii uważam punkty 4 i 5. Istotnie bowiem, obecny papież w encyklice „Fratelli Tutti” wyraził co najmniej swój sceptycyzm wobec tego, czy współcześnie można mówić o istnieniu jakichkolwiek wojen sprawiedliwych. Odmawiając więc jednostronnego potępiania wojny prowadzonej przez Putina, Franciszek byłby więc w ten sposób przynajmniej konsekwentny wobec tego, co sam wcześniej sugerował w swej encyklice. Wszak, jeśli prawdą byłoby, że w dobie dzisiejszej nie można już prowadzić żadnych sprawiedliwych wojen, to gdyby zdecydował się on potępić prezydenta Putina za atak na Ukrainę, to powinien on wtedy powiedzieć też Ukraińcom, żeby nie stawiali zbrojnego oporu Rosjanom. Coś takiego, mogłoby jednak być bardzo niezrozumiałe, więc nie byłoby dziwne, że Franciszek nie chciałby się na ten temat wypowiadać.

    Jeśli zaś papież Franciszek nie chce otwarcie potępiać prezydenta Putina, gdyż obawia się, iż w ten sposób doprowadziłby do zaistnienia większego zła albo też ma nadzieję, iż brak takiego potępienia ocali jakieś większe dobro, to – przynajmniej co do stanu czysto teoretycznego – ma on moralne prawo tak postąpić. Jest bowiem tradycyjnym katolickim nauczaniem, iż, choć nie mamy prawa czynić mniejszego zła, to takowe mniejsze zło może być przez nas czasami tolerowane:

    W rzeczywistości (…) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny – a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka – nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw” (Paweł VI, „Humanae vitae”, n. 14).

    Tolerowanie zaś mniejszego zła może przybierać tak formę jego niekarania, jak i braku słownego napominania za jego czynienie. Upominanie złoczyńców, choć jest Bożym przykazaniem, to nie należy do tzw. absolutnych norm moralnych i w pewnych okolicznościach można zaniechać spełnienia tego obowiązku braterskiej miłości. Jak pisał o tym św. Tomasz z Akwinu:

    Dlatego, jeśli zachodzi prawdopodobieństwo, że upominany nie przyjmie upomnienia, lecz, przeciwnie, stanie się jeszcze gorszy, należy upomnienia zaniechać, bo środki do celu należy stosować w zależności od tego, czy do celu prowadzą. (…) Upomnienie bratnie jest nakazane przykazaniem jako uczynek cnoty, jeśli odpowiada celowi. Gdy więc raczej przeszkadza osiągnięciu celu, np. gdy przez nie człowiek staje się gorszym, upomnienie rozmija się z prawdą życia i nie jest nakazane przykazaniem. (…) Środki do celu są dobre ze względu na cel. Dlatego upomnienie bratnie, które jest przeszkodą w osiągnięciu celu, a więc w poprawie grzesznika, już nie jest czymś dobrym. Zaniechanie tego upomnienia nie jest więc pominięciem dobra dla uniknięcia zła.

    Jeśli więc papież Franciszek ma rozsądne przyczyny, by obawiać się, że jego publiczne oraz jawne potępienie wojennych działań prezydenta Putina nie tylko nic nie da, a jeszcze pogorszy sytuację, to w świetle tradycyjnej katolickiej doktryny ma on moralne prawo do powstrzymania się od powzięcia takiego aktu. Osobiście, nie wiem, czy na pewno istnieją tego rodzaju „rozsądne przyczyny”, ale można wskazać na pewne poszlaki na nie wskazujące. Po pierwsze bowiem, prezydent Putin nie jest katolikiem i chyba nawet nie jest on jakimś pobożnym prawosławnym. Dlaczego więc miałby się on przejmować potępieniami ze strony papieża? Po drugie: w Rosji katolików jest zaledwie 0,5 procenta, a więc pośród rosyjskich żołnierzy odsetek takowych zapewne też jest podobny. Nawet więc, gdyby znaczna część rosyjskich katolików wzięłaby sobie do serca ewentualne potępienie Putina ze strony Franciszka (co też jest praktycznie mało realne), to i tak coś takiego nie miałoby większego wpływu na sposób postępowania prezydenta Rosji.

    Przypomnijmy zresztą, że tą tradycyjną zasadą tolerowania mniejszego zła być może kierował się papież Pius XII, gdy w czasie trwania II wojny światowej nie powiedział nigdy wprost, iż wojny wszczynane przez Hitlera były niesprawiedliwe.

    ***

    Podsumowując zatem: nie byłbym zbyt pośpieszny do krytykowania papieża Franciszka za to, iż milczy on odnośnie wskazywania tego, kto jest agresorem w tej wojnie. Być może Franciszek czyni to ze złych pobudek, ale powinniśmy jako bardziej wiarygodne wytłumaczenie przyjmować, że czyni tak motywowany dobrymi intencjami. Jedyną rzeczą, za którą należałoby potępić Biskupa Rzymu, byłaby hipotetyczna sytuacja, w której to ów wiedząc, że ma do czynienia z niesprawiedliwą wojną zacząłby ją chwalić, błogosławić i zachęcać do jej kontynuowania. Jednakże to jest więcej niż abstrakcyjny scenariusz.

    Mirosław Salwowski

    Źródło obrazka wykorzystanego w artykule:
    https://www.reuters.com/world/europe/pope-tells-politicians-examine-their-consciences-before-god-over-ukraine-actions-2022-02-23/

  2. Czy deportacje całych grup etnicznych są wewnętrznie złe?

    Możliwość komentowania Czy deportacje całych grup etnicznych są wewnętrznie złe? została wyłączona

    W historii świata nieraz zdarzało się, że władze danego kraju skazywały na wygnanie całe etniczne i/lub religijne grupy ludności. Tak postępował niejeden średniowieczny władca wobec Żydów, zaś w 20 wieku obserwowaliśmy cały szereg tym podobnych aktów, np. Stalin wypędzał Czeczenów za to, że część z nich współpracowała z III Rzeszą, z kolei władze Polski Ludowej skazały na masową deportację Niemców zamieszkujących wschodnie i północne tereny naszego kraju. Tym podobne czyny danego władcy mogą niejednokrotnie wydawać się zrozumiałe, rozsądne, a nawet konieczne, gdyż nieraz tak bywało, że duża część członków danej grupy etnicznej działała przeciwko dobru kraju ich zamieszkiwania. Oczywistym tego przykładem jest postawa chociażby niemałej liczby Niemców zamieszkujących niegdyś nasz kraj, którzy poprzez swe nieraz ochocze wsparcie dla Hitlera i prowadzonych przez niego niesprawiedliwych wojen przyczynili się do rozlicznych cierpień, jakie Polska zaznała w trakcie II wojny światowej. Z drugiej jednak strony, wygnanie kogoś z jego dotychczasowego, a dłuższego miejsca pobytu jest wyrządzeniem temu komuś bardzo poważnej niedogodności i tradycyjnie w słuszny sposób przez wieki było to traktowane w kategoriach kary, jaką wymierza się przestępcom za ich niegodziwe zachowania. A jeśli tak to, wyganianie całych grup ludności z ich nieraz wszak wielopokoleniowych miejsc zamieszkania musi rodzić co najmniej duże podejrzenia odnośnie sprawiedliwości i moralności takiego ich traktowania. Jakkolwiek bowiem nie byłaby zdeprawowana dana grupa etniczna czy religijna, to nierealistyczne jest przyjmowanie założenia, że dokładnie wszyscy członkowie tej społeczności byli na tyle źli, by sprawiedliwie zasłużyli sobie na karę wygnania ich z ich dotychczasowych miejsc zamieszkania.

    ***

    Spróbujmy zatem odpowiedzieć sobie na pytanie, jak Magisterium Kościoła odnosi się do kwestii wyganiania całych grup ludności?

    Zacznijmy od mniej wyraźnych poszlak, które mogą ukierunkować nas na znalezienie odpowiedzi na owe pytanie.

    Znamy wszyscy przykazanie „Nie kradnij”. Zakłada ono między innymi, że nie wolno komuś w niesprawiedliwy sposób odbierać jego własności. Owszem władze cywilne mają czasami moralne prawo do konfiskaty czyjejś prywatnej własności, ale coś takiego powinno być czynione przez nie za stosownym odszkodowaniem i z odpowiednio ważnych powodów. Jedna z tradycyjnych reguł interpretacji mówi: „Jeśli zakazane jest coś mniejszego, to tym bardziej zakazane jest coś większego„. Gdyby zastosować tę zasadę do moralnej oceny wygnania kogoś z jego dotychczasowego a dłuższego miejsca osiedlenia, to wychodziłoby na to, że jest to coś o wiele gorszego niż większość „zwyczajnych” kradzieży. Czym bowiem jest np. pozbawienie kogoś zegarka czy nawet samochodu w porównaniu z pozbawieniem go domu – co w sposób konieczny wiąże się z wygnaniem takiej osoby z kraju jego pobytu? Nawet jeśli pozwoli się deportowanym osobom zabrać ze sobą część swego życiowego dobytku, to przecież siłą rzeczy nie mogą one zabrać ze sobą swych domów. A jeśli władze cywilne mają prawo konfiskować czyjąś własność pod warunkiem wypłacenia odszkodowania, to, analogicznie rzecz biorąc, powinny one wypędzanym przez siebie ludziom dawać odpowiednie finansowe rekompensaty za postawione przez nich domy. Czy jednak coś takiego było czynione przez tych rządzących, którzy dokonywali masowych deportacji?

    Inną z poszlak w kwestii moralnej oceny deportacji może być stanowisko jakie papież Paweł III w dokumencie „Pastorale officium” zajął wobec niesprawiedliwego traktowania Indian przez hiszpańskich konkwistadorów. Biskup Rzymu nauczał tam:

    Indianie ci, chociaż żyją poza łonem Kościoła nie są – i nie mogą być – pozbawieni wolności i prawa do posiadania własności, ponieważ są istotami ludzkimi„.

    Z tak sformułowanego zdania wynika więc, iż prawo do wolności i własności prywatnej wynika z samej ludzkiej natury i również niechrześcijanie powinni się nim cieszyć. Jak zaś zostało to pokazane powyżej, wygnanie kogoś z miejsca jego stałego pobytu wiąże się zwykle z drastycznym naruszeniem jego własności. Można z tego więc wyciągnąć logiczny wniosek, że np. średniowieczne wypędzenia ludności żydowskiej z katolickich krajów nie były obiektywnie czymś dobrym i właściwym.

    ***

    Przejdźmy teraz do bardziej konkretnych wypowiedzi autorytetów kościelnych w kwestii przymusowych wysiedleń całych grup ludności.

    Jak wiemy po II wojnie światowej ludność niemiecka została wygnana z terenów Polski i ówczesnej Czechosłowacji. Ten akt został jednak potępiony tak przez papieża Piusa XII, jak i błogosławionego biskupa Clemensa von Galena. Zdajemy sobie sprawę z tego, że niemała część mniejszości niemieckiej popierała Hitlera, a niekiedy nawet dokonywała aktów dywersji w walczącej z najazdem III Rzeszy Polsce. Jeśli więc jakaś mniejszość narodowa zasługiwałaby na wygnanie, to byliby to z pewnością Niemcy z czasów II wojny światowej. A jednak wspomniani wyżej pasterze Kościoła uznali to za niesprawiedliwość. I wcale nie tak trudno jest uznać słuszność ich oceny. Nie wszyscy bowiem Niemcy popierali Hitlera, a ci którzy tak czynili, również nie robili tego w równej mierze. Byli Niemcy, którzy z wrogością odnosili się do Polaków ( i wygnanie takich było sprawiedliwe), ale istnieli też pośród nich tacy, którzy do Polaków odnosili się bez niechęci, a nawet życzliwie (i takim należałoby dać szansę pozostać w naszym kraju).

    Idźmy dalej. Papież św. Jan XXIII w punkcie 25 encykliki „Pacem in terris” nauczał:

    Każdemu człowiekowi winno też przysługiwać nienaruszalne prawo pozostawania na obszarze swego własnego kraju lub też zmiany miejsca zamieszkania„.

    Być może ktoś w tym miejscu będzie próbował argumentować, że członkowie mniejszości etnicznej nie są u siebie, czyli „we własnym kraju”, więc nie można mówić o tym, by im takie nienaruszalne prawo przysługiwało, jednak uważam takie tłumaczenie za co najmniej wysoce problematyczne. Czy bowiem można mówić o często mieszkających od setek lat w danym kraju mniejszościach narodowych, etnicznych czy religijnych, że ich dotychczasowe miejsce pobytu nie było „ich krajem”? Poza tym, w tej samej encyklice św. Jan XXIII w odniesieniu do sposobu traktowania przez władze cywilne mniejszości narodowych nauczał:

    W związku z tym trzeba stwierdzić otwarcie, że wszelka działalność skierowana przeciwko tym grupom narodowościowym, a mająca na celu ograniczanie ich siły i rozwoju, jest poważnym pogwałceniem obowiązków sprawiedliwości. (…) [n. 95].

    Kolejnym dokumentem kościelnym, w którym już jasno potępia się „deportacje” jest „Gaudium et spes” Soboru Watykańskiego II:

    Ponadto wszystko, co godzi w samo życie, jak wszelkiego rodzaju zabójstwa, ludobójstwa, spędzanie płodu, eutanazja i dobrowolne samobójstwo; wszystko, cokolwiek narusza całość osoby ludzkiej, jak okaleczenia, tortury zadawane ciału i duszy, wysiłki w kierunku przymusu psychicznego; wszystko co ubliża godności ludzkiej, jak nieludzkie warunki życia, arbitralne aresztowania, deportacje, niewolnictwo, prostytucja, handel kobietami i młodzieżą; a także nieludzkie warunki pracy, w których traktuje się pracowników jak zwykłe narzędzia zysku, a nie jak wolne, odpowiedzialne osoby: wszystkie te i tym podobne sprawy i praktyki są czymś haniebnym; zakażając cywilizację ludzką, bardziej hańbą tych, którzy się ich dopuszczają, niż tych, którzy doznają krzywdy, i są jak najbardziej sprzeczne z czcią należną Stwórcy. (n. 27).

    Co ciekawe, papież św. Jan Paweł II w punkcie nr 80 swej encykliki „Veritatis Splendor” zacytował powyższy fragment z nauczania Vaticanum II jako przykład wyliczenia czynów, które tradycyjna teologia moralna nazywa „wewnętrznie złymi”, a więc takimi, których nie ma się moralnego prawa czynić nigdy i nigdzie.

    ***

    Na powyższe wywody można jednak wysunąć trzy kontrargumenty:

    Po pierwsze: nawet osoby kanonizowane przez Kościół czasami popierały wypędzenia całych społeczności żydowskich z danego kraju, a więc nie mogło to być moralnie złe.
    Po drugie: być może Magisterium Kościoła potępiając deportacje, przyjmuje inne rozumienie tego słowa, niż jest ono przyjęte powszechnie lub przez świat naukowy.

    Po trzecie: nauczanie zawarte w encyklikach papieskich a nawet w dokumentach Soboru Watykańskiego II nie jest nieomylne, a więc mamy prawo go nie słuchać.

    Na pierwszy z kontrargumentów odpowiadam w ten sposób, iż nie każda z norm naturalnego prawa moralnego jest w sposób oczywisty i jasny dostrzegalna dla ludzi dobrej i szczerej woli, a nawet i świętych pańskich. Coś, co należy do tzw. drugorzędnych aspektów naturalnego prawa moralnego może być – bez złej woli – w mniej wyraźny sposób dostrzegalne nawet dla świętych. Na przykład rozwody, poligamia i ponowne małżeństwa są obiektywnie złe, ale jako że ich potępienie zawiera się w owych drugorzędnych zasadach naturalnego prawa moralnego, nawet Bóg tolerował je w cywilnym prawodawstwie jakie dał Żydom, a co się z tym wiąże również niektórzy święci Starego Testamentu mogli nie tylko nie dostrzegać niegodziwości tych rzeczy, ale nawet sami je praktykować. Przykładowo, Dawid był wielkim Bożym mężem i świętym Starego Zakonu, a pomimo to był poligamistą i nic nie wiemy o tym, by żałował właśnie z tego tytułu. Podobnie, niegodziwość moralna deportacji nie jest prawdą, która została wyraźnie objawiona przez Boga, ani też nie należy do tych elementów naturalnej moralności, które dostrzega się na pierwszy rzut oka. Zło przymusowych wygnań całych grup ludności jest konkluzją wynikłą z innych bardziej podstawowych zasad moralnych (wspomniane wyżej: „Nie kradnij”) i dopiero z biegiem czasu Magisterium Kościoła w bardziej wyraźny sposób rozeznało tę prawdę. Również więc niektórzy święci Nowego Przymierza mogli – szczerze i bez złych intencji – pomylić się w moralnej ocenie zasadności poszczególnych deportacji.

    Na drugi z argumentów odpowiadam: to prawda, że nie zawsze i nie w 100 procentach teologiczne definicje danych uczynków zgadzają się z potocznym ich rozumieniem, ale gdy nie ma ku temu poważniejszych podstaw należy zakładać, że Magisterium Kościoła przez dany czyn rozumie jego bardziej powszechne czy naukowe znaczenie. Tymczasem, np. w Encyklopedii PWN przez „deportację” rozumie się:

    deportacja [łac.], zesłanie, przymusowe, połączone z pozbawieniem lub ograniczeniem wolności, przesiedlenie osób do innego rejonu kraju lub usunięcie ich poza granice państwa, gł. ze względów polit., na podstawie decyzji władz administracyjnych.

    Zresztą nawet gdyby założyć, iż nauczanie katolickie przez „deportacje” nie rozumie dokładnie i w 100 procentach tego jak się to pojęcie wykłada współcześnie to i tak duża część owego rozumienia może tu być wspólna. I nie widać powodu, dlaczego akurat najbardziej jaskrawe i skrajne formy deportacji, jakimi są wygnania całych grup etnicznych i/lub religijnych miały by być przez doktrynę katolicką nie rozumiane właśnie jako potępiane przez nią „deportacje”.

    Na trzeci z argumentów odpowiadam: nawet, gdyby deklaracje Magisterium potępiające deportacje nie miało charakteru per se nieomylnego, to i tak ciągle należałyby one do tych wypowiedzi Kościoła, którym katolik powinien okazywać tzw. posłuszeństwo serca i rozumu. Poza tym, o ile w przypadku niektórych aspektów posoborowego Magisterium istotnie zachodzi poważna trudność w pogodzeniu ich treści z poprzednią, wielowiekową doktryną katolicką, to w odniesieniu do potępienia deportacji nie zachodzi taka trudność. Nie było wszak powszechnego i zwyczajnego nauczania Kościoła, w którym akty wygnania całych grup ludności zostałyby pochwalone i uznane za moralnie dobre. Nawet więc, jeśli Magisterium Kościoła przez wieki milczało odnośnie moralnej oceny takich działań, to ich potępienie w XX wieku można uznać za przykład prawidłowego rozwoju katolickiej doktryny. A więc takiego rozwoju, w którym wydobywa się na światło dzienne pewne logicznie nasuwające się konkluzje doktrynalne z nauczanych już wcześniej zasad – nie zaś rzekomego „rozwoju doktryny” sprowadzającego się do formułowania tez sprzecznych z poprzednim nauczaniem.

    Ponadto, nawet gdyby miało się ostatecznie okazać, że Magisterium Kościoła było zbyt surowe w swej ocenie deportacji (np. nazywając je „wewnętrznie złymi”) to i tak nie musiałoby to oznaczać automatycznej pochwały owej praktyki.

    ***

    Wszystko co powyżej napisałem nie oznacza, iż nie uznaję moralnego prawa władz cywilnych do poddawanie szczególnej kontroli tych spośród mniejszości narodowych, których znaczna część członków okazała się nielojalna, zdeprawowana czy wroga wobec głównego narodu zamieszkującego dane państwo. Myślę, że sprawujący władzę mają prawo to czynić poprzez bardziej uważne przyglądanie się zachowaniu danej mniejszości, wprowadzanie dla jej członków obowiązku podpisywania swego rodzaju deklaracji lojalności czy być może nawet tymczasowe, a motywowane szczególnymi wojennymi okolicznościami przesiedlenie jej do obozów internowania (jak to uczynił rząd USA w czasie II wojny światowej w stosunku do zamieszkujących ten kraj Japończyków).

    Tak więc w stosunku do mniejszości niemieckiej zamieszkującej nasz kraj po 1945 roku uważam, iż należało z polskiej ziemi wygnać tych Niemców, którzy w bardziej ochoczy sposób popierali Hitlera i prowadzoną przez niego wojnę (należeli do NSDAP, ochotniczo zaciągali się do SS, itp). Niemcom, którzy tego nie czynili trzeba było dać szansę na pozostanie w naszym kraju poprzez zaproponowanie im podpisania potępienia dla niesprawiedliwej wojny prowadzonej przez ich kraj oraz zadeklarowania lojalności wobec polskiego państwa. Gdyby podpisania takich deklaracji odmówili, wtedy moralnie sprawiedliwe byłoby ich wygnanie z Polski. Wspomnianych wyżej Niemców, którzy w bardziej ochoczy sposób popierali Hitlera i prowadzoną przez niego wojną (członków NSDAP, ochotników SS) należało nie tylko wygnać ale jeszcze dodatkowo ukarać. Myślę też, że adekwatną karą byłoby dla członków NSDAP umieszczenie ich w jakimś obozie pracy na kilka lat, zaś każdego żołnierza SS (również takiego, który „tylko wykonywał rozkazy”) któremu udowodniłoby się bezpośrednie zabijanie osób niewalczących należałoby skazać na karę śmierci. Tym niemniej jednak wypędzenie w Polski ogółu Niemców bez dokonywania tym podobnych rozróżnień należy ocenić jako niesprawiedliwość im wyrządzoną.

    Mirosław Salwowski

    Źródło obrazka wykorzystanego w artykule: https://www.yadvashem.org/yv/en/exhibitions/communities/bratislava/deportations.asp

  3. Porządek miłosierdzia a pomaganie obcym

    Możliwość komentowania Porządek miłosierdzia a pomaganie obcym została wyłączona

    W kontekście aktualnych problemów, jakie ma nasz kraj z przybyszami na wschodniej granicy, co bardziej konserwatywni katolicy nieraz przywołują zasadę tzw. porządku miłosierdzia, która – w domyśle ma czynić moralny obowiązek pomagania imigrantom i uchodźcom albo bardzo odległym, albo wręcz nieważnym. Czytając wszak niektóre z wywodów przywołujących „porządek miłosierdzia” można odnieść wrażenie, iż nie należy pomagać żadnemu „obcemu” póki jakikolwiek nasz „bliski” (członek rodziny, rodak, współwyznawca, itp.) znajduje się w trudnym materialnie położeniu. Czy jednak, aby na pewno o coś podobnego chodzi w prawidłowo rozumianym porządku miłosierdzia? Otóż widzę kilka powodów, by zakwestionować tego typu interpretację owej zasady.

    Po pierwsze: Biblia z jednej strony mówi, że „ubogich zawsze macie u siebie” (J 12: 8), z drugiej zaś niejednokrotnie poleca pomaganie przybyszom (por. Mt 25: 31-45; Kpł 19: 33-34; Pwt 10: 18-19; Ml 3:5; 1 Krl 8: 41-43; Kpł 19: 9-10), a więc ludziom, którzy są nam „obcy”. Z historycznego doświadczenia zaś wiemy, iż w zasadzie w każdym narodzie biedni byli, są i najpewniej będą. Gdybyśmy więc nie mieli pomagać żadnym „obcym”, póki w naszym rodzinnym, narodowym i/bądź wyznaniowym kręgu będą jakiekolwiek osoby potrzebujące naszego szczególnego wsparcia, to w praktyce oznaczałoby to, iż Bóg w swym Słowie dawał nam sprzeczne polecenia. Tak jednak nie jest i najwyraźniej da się pogodzić pomaganie obcym również w sytuacji, gdy osoby nam bliższe cierpią różne mniejsze bądź większe dolegliwości.

    Po drugie: Pan nasz Jezus Chrystus w jednej ze swych przypowieści jako wzór do naśladowania podał przykład miłosiernego Samarytanina, który przyszedł z pomocą obcemu (tak wyznaniowo, jak i kulturowo) człowiekowi (patrz: Łk 10: 30-37). Gdyby trzymać się konsekwentnie interpretacji „porządku miłosierdzia” w wykonaniu co poniektórych katolików, to ów Samarytanin postąpiłby co najmniej bardzo kontrowersyjnie od strony etycznej – czy wszak pośród Samarytan nie było żadnych osób potrzebujących pomocy?

    Po trzecie: Katechizm Jana Pawła II w punkcie 2241 naucza o obowiązku przyjmowania do siebie przez „narody bogate” obcokrajowców. Ktoś może w tym miejscu powiedzieć, że przecież mowa jest tu o „narodach bogatych”, ale na to można odpowiedzieć, że wszak i wewnątrz narodów „bogatych” znajduje się zawsze jakiś krąg osób biednych. Na przykład takie Stany Zjednoczone przez długi czas uchodziły za państwo zamożne, co jednak nie oznaczało, że nie było tam żadnych ludzi biednych, bezdomnych, etc. Nie wierzę zaś, że autorzy Katechizmu nie zdawali sobie sprawy z owego faktu, iż bycie narodem „bogatym” nie jest równoznaczne z brakiem w obrębie owej społeczności żadnych osób potrzebujących materialnej pomocy.

    Nie ma więc żadnych racjonalnych podstaw, by twierdzić lub sugerować, iż „porządek miłosierdzia” czyni moralną powinność pomagania przybyszom bardzo odległą lub wręcz nieistniejącą w sytuacji, gdy w naszym bliższym kręgu wciąż są osoby potrzebująca naszego wsparcia. Tym bardziej nie powinno się tym podobnych interpretacji sugerować w sytuacji, gdy osoby nam obce potrzebują pomocy w sprawach mających charakter konieczny i bardzo pilny (np. są poważnie chore, a nie mają lekarstw, jest zimno, a nie mają dachu nad głową). Oczywiście wszystko to nie oznacza, że nie powinniśmy czynić żadnych rozróżnień w intensywności i kolejności pomagania naszym bliźnim. Gdyby np. nasz kraj padł teraz ofiarą jakiejś strasznej klęski żywiołowej, to byłoby moralnie poprawne zawieszenie przez naszych rządzących pomocy humanitarnej udzielanej innym biednym krajom. Póki jednak nie ma tym podobnych nadzwyczajnych okoliczności, nie należy sugerować, iż obecność pośród naszych rodaków osób biednych wyklucza lub w skrajny sposób osłabia nasz moralny obowiązek pomagania przybyszom. Pomoc tym różnym grupom ludzi („swoim” i „obcym”) wciąż jest wtedy komplementarna, a nie wyłączająca się nawzajem.

    Mirosław Salwowski

    Przeczytaj też:

    Co robić z przybyszami zza naszej wschodniej granicy?

    Niech Bóg błogosławi posła Franciszka Sterczewskiego!

    Uciskanie przybyszów jest grzechem wołającym o pomstę do Nieba

    Dlaczego Europa powinna przyjąć – na rozsądnych warunkach – muzułmańskich imigrantów?

    Współczesny „antyimigrantyzm” jest odbiciem nazistowskiego antysemityzmu

    „Obóz świętych” czy przeklętych?

  4. O fejkowej parafrazie słów św. Augustyna

    Możliwość komentowania O fejkowej parafrazie słów św. Augustyna została wyłączona

    W Internecie nieraz napotykałem się na PARAFRAZY wypowiedzi św. Augustyna z Hippony, wedle których ów doktor Kościoła miał twierdzić bądź sugerować, iż w przypadku sprzeczności Pisma świętego z naukami przyrodniczymi należy wybrać dosłowne traktowanie tych drugich, a opowiedzieć się za metaforycznym pojmowaniem tego pierwszego (albo i wystąpieniem tam błędu). Co więcej, niektórzy zaczęli tę rzekomą wypowiedź św. Augustyna przenosić również na wypowiedzi Biblii odnoszące się do kwestii moralnych. Przykładem takiego podejścia jest artykuł pt. „Bicie ludzi jest złe … ale dzieci to co innego?” autorstwa pana Marcina Worka umieszczony w internetowym piśmie „Adeste”. Pan Worek krytykując tam karcenie cielesne dzieci (które pochwala Pismo św.) w ten sposób przywołał właśnie ową rzekomą wypowiedź św. Augustyna:

    Słowa św. Augustyna z Hippony: „Jeśli interpretacja Pisma Świętego nie zgadza się z nauką, coś jest nie tak z interpretacją Pisma Świętego”. Co ma być ważniejsze dla chrześcijanina, Biblia czy nauki szczegółowe? Ojciec Kościoła twierdzi, że jedno drugiemu nigdy nie przeczy, to po prostu my źle rozumiemy Biblię.[1]

    Co ciekawe, wspomniana rzekoma wypowiedź św. Augustyna (w formie sugerującej właśnie taką jak wyżej tezę) była zawsze formułowana w postaci wspomnianej przeze mnie parafrazy, a nie dosłownego cytatu. Tymczasem wystarczyło dokopać się do dosłownego cytatu ze św. Augustyna (przywołanego przez Leona XIII w jego encyklice Providentissimus Deus poświęconej studiom nad Pismem świętym) by przekonać się, że ów doktor Kościoła wcale nie głosił tego, co mu dziś niektórzy przypisują. Podaję zatem DOSŁOWNY cytat ze św. Augustyna:

    Wszystko to, mówił, co by uczeni, posługując się poważnymi dowodami, zdołali wykazać o naturze rzeczy, wykażmy, że nie sprzeciwia się Pismu św.; gdyby zaś przedstawili w swych dziełach rzeczy sprzeczne z Pismem św., to jest z wiarą katolicką, wtedy, jeżeli możemy, udowodnijmy albo wierzmy bez żadnego wahania, że te poglądy są błędne” [Św. August, De Gen. ad litt. I, 21, 41.].[2].

    A więc, św. Augustyn nie mówi tutaj, że jeśli dane twierdzenie uczonych (w zakresie przyrody) okaże się niezgodne z Pismem świętym to należy stwierdzić albo błąd w tekście biblijnym albo porzucić dosłowną jego wykładnię. On owszem twierdzi, że należy podjąć wysiłek mający na celu wykazanie, iż Biblia nie zawiera rzeczy sprzecznych z twierdzeniami naukowymi (w zakresie przyrody), ale w przypadku gdy to okaże się niemożliwe należy opowiedzieć się przeciw twierdzeniom uczonych: „wierzmy bez wahania, że te poglądy są błędne„. Tym bardziej zatem nieuprawnione są sugestie o tym, jakoby św. Augustyn z Hippony zachęcał do dopatrywania się błędów w Piśmie świętym (lub niedosłownego jego rozumienia) w odniesieniu do kwestii wiary i/lub moralności.

    Mirosław Salwowski

    Przypisy:

    [1] Patrz: Marcin Worek, Bicie ludzi jest złe …, ale dzieci to co innego?, Adeste, 13 sierpnia 2020.

    [2] Cytat za: Encyklika papieża Leona XIII, Providentissimus Deus (O studiach Pisma świętego, 18. XI. 1893), Warszawa: Wydawnictwo Te Deum 2003, s. 32.

  5. Czy Krzysztof Krawczyk jest zbawiony?

    Możliwość komentowania Czy Krzysztof Krawczyk jest zbawiony? została wyłączona

    Dnia 5 kwietnia bieżącego roku zmarł znany i lubiany artysta estradowy Krzysztof Krawczyk. W reakcji na to smutne wydarzenie część katolickich mediów zaraz zaczęła podkreślać religijność tego człowieka, czasami sugerując nawet, iż jest on już w Niebie. Pewni zakonnicy upowszechnili nawet świadectwo, kreujące pana Krawczyka wręcz na świętą osobę. Wedle tegoż świadectwa niedawno zmarły piosenkarz miał bowiem między innymi:

    1. Codziennie wraz żoną odmawiać różaniec i Koronkę do Miłosierdzia Bożego;

    2. Bardzo często czytać Pismo święte;

    3. Gorliwie i bez rozgłosu pomagać biednym.

    No i bardzo dobrze można by powiedzieć. To rzeczywiście są pewne poszlaki na rzecz nadziei, iż człowiek ten – mimo, że czasami w swej twórczości artystycznej promował pewne formy niemoralności (i niestety nie mam informacji odnośnie tego, by przed śmiercią wyraził za to swój żal) – jest teraz zbawiony. Tyle, że i tak nie powinnyśmy się o tym wypowiadać w duchu pewności czy choćby wysokiego stopnia prawdopodobieństwa. Wszystkie wymienione bowiem wyżej rzeczy mogą być dobre, ale nie muszą być nieomylnymi oznakami świętości. Ba, można wszystkie z tych rzeczy czynić, a i tak tkwić w poważnych błędach oraz grzechach. Przykłady na rzecz tej tezy? Proszę bardzo:

    Ad. 1. Różaniec odmawiali często zwolennicy seksualnego degenerata o. Pawła Malińskiego, a jednak nie uchroniło to ich od ulegania zdeprawowanych żądzom tego człowieka. Różaniec był odmawiany w rozmaitych miejscach fałszywych objawień (Palmar de Troya, Oława, Garabandal – być może też Medjugorje należy do tej kategorii zaliczyć), co jednak nie zmieniało tego, iż w tych miejscach były propagowane błędy i/lub oszustwa. Różaniec codziennie odmawia o. Adam Szustak, co nie zmienia faktu, iż różne głoszone przez niego twierdzenia są błędne, skandaliczne, heretyckie albo przynajmniej bliskie herezji.

    Ad. 2. Pismo święte też można bardzo często czytać, a jednak popadać przy tym w błędy i herezje, czego przykładem jest mnogość różnych wyznań kładących akcent na czytanie tej świętej Księgi, a jednak błądzących przy tym w swych często sprzecznych interpretacjach różnych fragmentów Biblii.

    Ad. 3. Można nawet i w skrytości pomagać biednym, a być przy tym bardzo zdeprawowanym człowiekiem. Więcej; takie pomaganie swym bliźnim może być dla nas czymś w rodzaju handlu z Panem Bogiem podczas którego mówimy Mu: Pozwól, że jeszcze w tym obszarze sobie nagrzeszę, a w zamian za to będę dawać hojne jałmużny na biednych.

    ***

    Poza modlitwą, czytaniem Biblii i pomocą ubogim różne same w sobie chwalebne i dobre rzeczy mogą także służyć jako bardziej parawan pobożności aniżeli jej prawdziwy wyraz. Na przykład surowe posty są czymś bardzo dobrym i sam Pan Jezus je praktykował oraz zachęcał do nich (por. Mt 4, 2; Mt 17, 21). Tym nie mniej jednak znane są przypadki łączenia surowych postów z czynieniem poważnych nieprawości – np. faryzeusze pościli nawet trzy razy w tygodniu, a jednak duża część z nich i tak w końcu odrzuciła Chrystusa jako Mesjasza; z kolei członkowie wspomnianej już grupy o. Pawła Malińskiego nieraz mieli pościć o chlebie i wodzie, a jednak nie obroniło to ich od praktykowania strasznych nieprawości. Co więcej, być może nawet prorokowanie, wypędzanie demonów i czynienie cudów w imieniu Jezusa należałoby zaliczyć do tej samej kategorii zachowań (vide: słowa Chrystusa przeklinające tych, którzy czynili nieprawość, ale powoływali się na pełnienie takich rzeczy – Mt 7, 21 – 23). Ponadto, różne inne same w sobie dobre postawy tj. okazywanie swym bliźnim uprzejmości (znam ludzi bardzo uprzejmych a przy tym np. praktykujących seks pozamałżeński); troszczenie się o swe dzieci (czy np. zbrodniarze nazistowscy zawsze byli źli wobec swych dzieci czy nieraz wręcz przeciwnie?), nie muszą być nieomylną oznaką prowadzenia świątobliwego stylu życia.

    ***

    Oczywiście, NIE TWIERDZĘ, że wszystkie powyższe uwagi miały zastosowanie do p. Krzysztofa Krawczyka. Chodzi mi tylko o to, że nie można na podstawie takich i tym podobnych rzeczy pośpiesznie sugerować czyjejś świętości. Nieraz już bowiem tak czyniono, a później przychodziło wielkie rozczarowanie i szok. Ot, np. taki Jean Vanier już za swego życia był kreowany na świętego, a później okazało się, że pod płaszczykiem pobożności i mistycyzmu uwodził on kobiety. Inny przykład to niesławny założyciel Legionu Chrystusa, który nawet na Janie Pawle II robił tak dobre wrażenie, że ten publicznie go wychwalał jako wzór dla innych księży. I co, wyszła później z tego jednak wielka żenada, gdy ten okazał się być narkomanem, pedofilem, kłamcą, rozpustnikiem i sodomitą.

    Mirosław Salwowski

  6. Pismo Św. i nauka Kościoła a karanie grzechu sodomskiego

    Możliwość komentowania Pismo Św. i nauka Kościoła a karanie grzechu sodomskiego została wyłączona

    X. Rafał Główczyński SDS, w internecie działający pod pseudonimem „Ksiądz z osiedla”, umieścił niedawno na swoim kanale film dotyczący przyczyn apostazji. Uważam, że kanał x. Rafała jest warty uwagi. Jestem również wdzięczny temu kapłanowi za to, że jego działalność ma bardzo pozytywny wpływ na ewangelizację i katechizację polskiej młodzieży. Niestety, w filmie dotyczącym apostazji, przedstawił on fałszywy obraz karalności grzechu sodomskiego w Piśmie Świętym i nauce Kościoła. Potępił on karalność sodomii we współczesnych państwach arabskich oraz w dawnych państwach katolickich (np. w XVI-wiecznej Hiszpanii). Stwierdził, iż kraje katolickie, które ścigały sodomię, pobłądziły i wprowadziły ustawy sprzeczne z Biblią i nauką Kościoła. Wg x. Rafała, Pismo Św. nigdzie nie nakazuje karania czynnych homoseksualistów śmiercią.

    Przyjrzyjmy się, jak ta sprawa naprawdę wygląda. W Piśmie Św. odnajdujemy następujący fragment:

    Kto by spał z mężczyzną obcowaniem niewieścim, obydwaj haniebny czyn popełnili: śmiercią niechaj umrą, krew ich niechaj będzie na nich.
    (Kpł 20, 13)

    Przepis ten należy do tzw. sądów Starego Testamentu, czyli praw karnych i cywilnych, obowiązujących w starożytnym Izraelu. Jezus wypełnił Prawo Mojżeszowe, a więc nie obowiązuje nas już nakaz karania sodomitów śmiercią. Prawo to było jednak dobre, słuszne i sprawiedliwe w tamtym czasie i miejscu, ponieważ Bóg nigdy nie dałby nam prawa, które nakazywałoby czynić zło:

    Nie mów: „On mnie w błąd wprowadził”, bo Mu nie potrzeba bezbożnych ludzi. Wszelkiej obrzydliwości błędu Pan nienawidzi, i nie będzie się podobała bojącym się go. Bóg od początku stworzył człowieka i zostawił go w mocy rady jego. Przydał prawa i przykazania swoje; jeśli będziesz chciał prawa zachować i na wieki wiarę miłą trzymać, zachowają cię. (…) Nikomu nie rozkazał źle czynić i nie dał nikomu pozwolenia grzeszyć; albowiem nie pragnie mnóstwa synów niewiernych i niepożytecznych.
    (Syr 15, 12-15.20)

    Ponadto, legalna władza państwowa może stosować rozwiązania prawne, które Bóg nadał Żydom, jeśli tylko uzna je za pożyteczne w danym czasie i miejscu. Św. Tomasz z Akwinu pisze:

    Przykazania sądownicze nie miały na zawsze obowiązywać; zgasły na skutek przyjścia Chrystusa: inaczej jednak niż przykazania obrzędowe. Te ostatnie do tego stopnia zgasły że stały się nie tylko martwe, lecz także śmiercionośne dla tych, którzy by je zachowywali po Chrystusie, zwłaszcza po rozprzestrzenieniu się ewangelii. Natomiast przykazania sądownicze stały się wprawdzie martwe, bo już nie mają siły obowiązywania, nie stały się jednak śmiercionośne. Bo gdyby jakiś rządca państwa nakazał je zachowywać w swoim państwie, nie popełniłby grzechu; chyba żeby ktoś je zachowywał lub nakazał zachowywać jako mające siłę obowiązywania z ustanowienia starego prawa. Taki bowiem zamiar ich zachowywania byłby śmiercionośny.
    (Summa theologiae, Iª-IIae q. 78 a. 1 co.)

    Osoby, które negują prawną karalność sodomii powołując się na wygaśnięcie Prawa Mojżeszowego, powinny zatem konsekwentnie opowiadać się za zniesieniem kar za morderstwo czy kradzież. Stąd też słusznie państwa katolickie wprowadzały surowe kary za ten obrzydliwy i sprzeczny z naturą występek. X. Rafał uważa jednak, że robiły to wbrew oficjalnemu nauczaniu Kościoła. Również jest to nieprawda. Przytoczmy kilka orzeczeń papieskich i soborowych:

    1) Sobór Laterański V:

    Aby zaś zwłaszcza duchowni żyli w czystości i wstrzemięźliwości wedle zasad kanonów, postanawiamy, aby czyniący przeciwnie byli zgodnie z nimi karani. Jeśliby komuś, świeckiemu lub duchownemu, udowodniono zbrodnię, z powodu której „nadchodzi gniew Boży na buntowników”*, zostanie ukarany karami przewidzianymi przez święte kanony lub prawo cywilne. (Źródło: ks. Arkadiusz Baron, Henryk Pietras SJ, „Dokumenty Soborów Powszechnych”, t. 4, Kraków: Wydawnictwo WAM 2004, s. 101)

    *Tą zbrodnią jest grzech sodomski, o czym informuje nas 11. kanon Soboru Laterańskiego III, potępiający homoseksualnych duchownych.

    2) Pius V, bulla Cum Primum:

    Jeśli ktoś dopuści się tej ohydnej zbrodni przeciwko naturze, która spowodowała rozpętanie gniewu Bożego przeciwko dzieciom nieprawości, zostanie oddany w ręce sądu świeckiego, aby zostać ukarany, a jeśli jest duchownym, zostanie poddany tej samej karze po pozbawieniu godności kościelnej.
    (Źródło: Magnum Bullarium Romanum, t. 2, s. 180)

    3) Pius V, bulla Horrendum illud scelus:

    Po tym jak [księża-sodomici] zostaną zdegradowani przez sąd kościelny, mogą być przekazani władzy świeckiej, a ona ma prawo wykonać na nich tę samą karę, jaką otrzymują świeccy, którzy wpadli w tę otchłań – która jest ustanowiona w prawomocnych rozporządzeniach.
    (Źródło: Magnum Bullarium Romanum, t. 2, s. 267)

    Jak widać, prawo państwowe karało czyny homoseksualne za wyraźną aprobatą Kościoła. Ponadto, większość ustaw karnych w państwach katolickich przewidywało wówczas karę śmierci za ten obrzydliwy występek. Zobaczmy sobie chociażby Constitutio Criminalis Carolina, a więc kodeks karny wprowadzony w Rzeszy przez cesarza Karola V, obowiązujący w całej Europie w miastach na prawie niemieckim (także w Polsce):

    Gdzieby kto takowy nalezion był, żeby albo z bydlęciem, albo chłop z chłopem przeciw przyrodzeniu sprawę miał, takowi mają na gardle być skarani, a według obyczaju ogniem mają bydź spaleni, bez wszelakiego zmiłowania y łaski.
    (Źródło: Ten Postępek wybran iest z Praw Cesarskich…, str. 39)

    Podsumowanie

    Nie jest prawdą, że Biblia nie mówi o karaniu śmiercią za czyny homoseksualne. Nie jest również prawdą, że nauka Kościoła zabrania władzy państwowej karania tego występku. Wręcz przeciwnie, Kościół w minionych wiekach akceptował to, że prawa karne państw katolickich wymierzały sodomitom surowe kary, łącznie z karą śmierci. Nie oznacza to jednak, że państwo musi karać czynnych homoseksualistów śmiercią. Nie należy jednak potępiać państw, które zabraniają swoim obywatelom grzechu sodomskiego.

    Michał Brydziński

    Nota od redakcji salwowski.net: przedruk za zgodą autora. Po raz pierwszy powyższy artykuł został opublikowany na blogu prowadzonym przez pana Michała Brydzińskiego.

  7. Maseczki – czy mamy moralny obowiązek je nosić?

    Możliwość komentowania Maseczki – czy mamy moralny obowiązek je nosić? została wyłączona

    Od dnia 27 lutego b. roku weszło w życie rozporządzenie Rady Ministrów nakazujące zakrywanie ust i nosa tylko za pomocą maseczek. Jest to dość irytująca decyzja naszych rządzących, gdy zważy się na fakt, iż nie dość, że takie zasłanianie twarzy w miejscach publicznych jest uciążliwe, to zlikwidowano tym samym możliwość używania w tym celu takich zamienników maseczek jak przyłbice, chusty, kominy czy szaliki. Wielu katolików zdaje się kwestionować moralną powinność stosowania się do tego prawa, podając przy tym różnego rodzaju argumenty, poczynające się od sugerowania nielegalności rządowych rozporządzeń na ów temat, a kończące się na dawaniu do zrozumienia, iż ich przestrzeganie jest nawet i niemoralne. Poniżej postaram się w pewien sposób odpowiedzieć na takie argumenty oraz wykazać, iż dobrzy chrześcijanie powinni być posłuszni nakazowi noszenia maseczek w większości z publicznych miejsc.

    ***

    Zacznijmy od tego, iż na dzień dzisiejszy prawo nakazujące zasłanianie ust i nosa jest – w przeciwieństwie do niektórych innych restrykcji antycovidowych – ustanowione w legalny, gdyż konstytucyjny sposób. Owszem, jeszcze kilka miesięcy temu taki obowiązek nie był legalnie ustanowiony, gdyż nie istniała ustawa na to pozwalająca. To się jednak zmieniło po uchwaleniu ustawy z dnia 28 października 2020 roku, której art. 46 b pozwala na wydawanie rozporządzeń nakazujących zakrywanie ust i nosa w pewnych miejscach oraz okolicznościach. W odróżnieniu zatem np. od zakazów prowadzenia pewnych form działalności gospodarczej rząd nie działa w sprawie maseczek w sposób samowolny oraz sprzeczny z konstytucją naszego kraju. Od strony więc prawno-legalnej sytuację mamy jasną i jednoznaczną: nakaz noszenia maseczek jest legalny, gdyż ustanowiony na podstawie konstytucji, która w przypadku ograniczeń swobód i wolności obywatelskich zezwala na wprowadzanie takowych tylko na podstawie ustawy.

    ***

    Nie wszystkie jednak prawa – choćby i były uchwalone w pełni legalny oraz konstytucyjny sposób – muszą być przez ten sam fakt zgodne z moralnością oraz sprawiedliwością. A jeśli takie prawa są przeciwne moralności i sprawiedliwości, to nie zawsze są one obowiązujące w sumieniu.

    Mówiąc zaś bardziej precyzyjnie: jeśli rządzący nakazują nam popełnienie czegoś, co jest materią grzechu, to mamy nawet obowiązek okazania nieposłuszeństwa. Przykładowo, król danego kraju może wydać prawo nakazujące wszystkim obywatelom oddawanie mu boskiej czci albo też popełnianie cudzołóstwa. Oczywiście, w takiej sytuacji jedyną moralnie właściwą opcją będzie odmowa podporządkowania się takim rozkazom, choćby i miało się to dla nas wiązać z krwawym męczeństwem. O takiej sytuacji nauczał chociażby papież Leon XIII w encyklice „Diuturnum illud”:

    „Jeden jest tylko powód uwalniający ludzi od posłuszeństwa, mianowicie gdyby żądano od nich czegoś przeciwnego prawu naturalnemu albo Bożemu, tam bowiem, gdzie zachodzi pogwałcenie prawa natury lub woli Bożej, zarówno sam rozkaz, jak wykonanie go byłoby zbrodnią. (…)„.

    Jeśli z kolei, dane prawo co prawda nie nakazuje nam czynienia czegoś złego, ale nakłada na nas niesprawiedliwe ograniczenia oraz obciążenia, to mamy czasami prawo (choć niekoniecznie obowiązek) niebycia tu posłusznymi, acz z drugiej strony takie rzeczy jak roztropność czy chęć uniknięcia większego zła mogą czynić mniej lub bardziej wskazanym okazywanie posłuszeństwa tego rodzaju niesprawiedliwym prawom. Przykładowo, niegdyś prawo wielu krajów pozwalało właścicielom niewolników na srogie i okrutne obchodzenie się z nimi (np. chłostanie za nieproporcjonalnie lekkie do tej kary przewinienia, obciążanie zbyt ciężką pracą). Czymś dobrym i chwalebnym było podejmowanie starań na rzecz zmiany tego porządku rzeczy, jednak to nie znaczy, iż wskazane było, aby każdy niewolnik traktowany w ten sposób na własną rękę buntował się przeciwko takiemu traktowaniu. Takie samowolne buntowanie się mogło bowiem nieraz owocować większym złem i chaosem. Prawdopodobnie dlatego więc, Pismo święte zalecało niewolnikom bycie posłusznym swym panom:


    Niewolnicy! Z całą bojaźnią bądźcie poddani panom nie tylko dobrym i łagodnym, ale również surowym. To się bowiem podoba [Bogu], jeżeli ktoś ze względu na sumienie [uległe] Bogu znosi smutki i cierpi niesprawiedliwie.  Co bowiem za chwała, jeżeli przetrzymacie chłostę jako grzesznicy? – Ale to się Bogu podoba, jeżeli dobrze czynicie, a przetrzymacie cierpienia.  Do tego bowiem jesteście powołani. Chrystus przecież również cierpiał za was i zostawił wam wzór, abyście szli za Nim Jego śladami. On grzechu nie popełnił, a w Jego ustach nie było podstępu. On, gdy Mu złorzeczono, nie złorzeczył, gdy cierpiał, nie groził, ale oddawał się Temu, który sądzi sprawiedliwie (1 Piotr 2, 18-23).

    Poza tymi dwoma wypadkami – a więc, gdy ludzkie władze zmuszają do popełnienia jakiegoś grzechu lub gdy nakładają jakieś niesprawiedliwe obciążenia – zasadniczo rzecz biorąc, należy być posłusznym wszystkim prawom wydawanym przez rządzących. Jak naucza choćby o tym Katechizm św. Piusa X:

    Tak, należy przestrzegać wszystkich praw, które są stanowione przez władze świeckie, zgodnie z nakazem i i przykładem, który dał nam nasz Pan Jezus Chrystus, o ile jednak nie są one sprzeczne z prawem Bożym”. [Patrz: „Katechizm św. Piusa X. Vademecum katolika„ Sandomierz 2006, s. 100].

    Co więcej, aby móc być nieposłusznymi prawom ustanawianym przez władze cywilne nie wystarczy mieć jakieś wątpliwości, czy aby na pewno są one sprawiedliwe. Przeciwnie, w wypadku takich wątpliwości należy słuszność przyznawać raczej władzom cywilnym, o czym pisał w swej XIX-wiecznej „Teologii moralnej dla plebanów i spowiedników” kardynał Thomas-Marie-Joseph Gousset:

    W powątpiewaniu czy prawo jest niesprawiedliwe uważać należy, czy rzecz nakazana jest uczciwa lub nie; przypuszczenie jest na korzyść rozkazującego. (…) Na tej to zasadzie ojcowie i pasterze kościoła, ustawnie skłaniali wiernych do płacenia podatków, nauczając ich, że nie można być nigdy nieposłusznym prawom krajowym, chyba gdyby wymagały rzeczy sprzecznych z moralnością i religią, lub były oczywiście niesprawiedliwymi. Na przypadek wątpliwości, należy przechylać się na korzyść prawodawcy i oświadczyć się za prawem. [Patrz: Kardynał Gousset, „Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników”, Warszawa 1858, ss. 51, 61].

    ***

    A zatem każdy katolik utrzymujący, iż aktualnie obowiązujące w naszym kraju prawo nakazujące zasłanianie maseczką ust i nosa nie obowiązuje w sumieniu, powinien pokazać, że bez wątpliwości ów przepis albo nakazuje czynienie czegoś moralnie złego, albo przynajmniej nakłada jakieś jawnie niesprawiedliwe ograniczenia. Czy można jednak udowodnić, że noszenie maseczek w miejscach publicznych jest materią jakiegoś grzechu? Cóż, trudno będzie to uczynić zważywszy na to, że nie tylko sam zdrowy rozsądek podpowiada nam, że coś takiego nieraz może być wskazane (np. troska o bezpieczeństwo swoje lub innych bliźnich), ale sam Bóg polecił przynajmniej w jednym miejscu zasłanianie pewnym osobom części twarzy. Chodzi mianowicie o chorych na trąd, którym w Starym Przymierzu nakazywano „zasłanianie brody” (patrz: Kapłańska 13, 45). Gdyby jednak zasłanianie części twarzy było czymś ze swej natury niemoralnym, to Bóg nie mógłby wydać takiego polecenia, gdyż Jego absolutna dobroć i świętość by Mu na to nie pozwalały. Jak mówi wszak Pismo święte:

    Oczy Jego patrzą na bojących się Go – on sam poznaje każdy czyn człowieka. Nikomu On nie przykazał być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć” –  Syrach 15, 19-20.

    Ponadto, wedle objawień prywatnych danych bł. Annie Katarzynie Emmerich sama Najświętsza Maryja Panna zakrywała w pewnych okolicznościach i sytuacjach twarz:

    Zasłona, odsunięta w tył głowy, ułożona była w poprzeczne fałdy, gdy Maryja rozmawiała z mężczyznami, ściągała ją na twarz. Także rąk nie odkrywała w obecności obcych, tylko gdy była sama” [patrz: Błogosławiona Anna Katarzyna Emmerich, „Żywot i bolesna męka Pana naszego Jezusa Chrystusa i Najświętszej Matki Jego Maryi wraz z tajemnicami Starego Przymierza”, Wrocław 2009, s. 887].

    Ktoś jednak może powiedzieć, iż dłuższe noszenie maseczki jest niemoralne, gdyż powoduje szkody dla zdrowia. Na ten argument można jednak odpowiedzieć na dwa sposoby. Po pierwsze: jest co najmniej dyskusyjne, czy w miarę prawidłowe noszenie maseczek powoduje jakieś szkody dla zdrowia. Tymczasem, jak to zostało już pokazane powyżej, aby móc być nieposłusznym prawu, jego niesprawiedliwy charakter powinien być oczywisty, zaś w razie wątpliwości należy być posłusznym przepisom wydawanym przez rządzących. Po drugie: nie każde powodowanie u siebie (czy innych) szkody na zdrowiu jest niemoralne. Jeśli przez taką szkodę na zdrowiu możemy osiągnąć większe dobro fizyczne lub dobro moralne, to może być to zgodne z wolą Boga. Przykładowo, wolno jest obciąć zgangrenowany palec po to, by ratować od gangreny resztą ludzkiego ciała. Podobnie, moralnie dozwolone jest skazanie złoczyńcy na karę chłosty w celu zniechęcenia go do popełniania przestępstw w przyszłości oraz ochrony społeczeństwa przed możliwymi naruszeniami prawa ze strony tego rodzaju osób.

    Czy da się więc może bez większej wątpliwości dowieść, iż co prawda przysłowiowe maseczki przynajmniej są jawnie niesprawiedliwym obciążeniem nakładanym na obywateli? I w tym wypadku, w najlepszym razie mamy do czynienia z bardzo dyskusyjnymi wywodami ich przeciwników na ów temat, którym można przeciwstawiać ogólnie słuszną zasadę o tym, że władze cywilne mają prawo wprowadzać ograniczenia niektórych swobód obywatelskich wówczas, gdy przemawia za tym ochrona ważniejszych dóbr.

    ***

    W mojej zatem opinii nie ma żadnych poważnych przesłanek, by twierdzić, iż – zasadniczo rzecz biorąc – ma się moralne prawo (czy tym bardziej obowiązek) okazywania nieposłuszeństwa przepisom prawnym nakazującym w większości miejsc publicznych zasłanianie ust i nosa za pomocą maseczek.

    Na samym zaś marginesie dodam, że dziwi mnie gorliwość z jaką niektórzy katolicy zwalczają obowiązek prawny noszenia maseczek, zwłaszcza gdy zestawi się ową żarliwość z niemal całkowitym milczeniem, jakie panuje w środowiskach katolickich wobec o wiele poważniejszych i oczywistych problemów moralnych. Kiedy to ostatnio np. w jakimś artykule umieszczonym na łamach konserwatywnych mass mediów dane nam było czytać o tym, że kasjer czy kasjerka przepuszczający przez taśmę takie produkty jak prezerwatywy, czy pisma porno dopuszcza się w ten sposób co najmniej bliskiej materialnej współpracy ze złem? W ilu wystąpieniach internetowych można usłyszeć, iż pracownik handlu powinien wybrać raczej utratę swej posady niż spełnianie poleceń swego szefa wówczas, gdy ten nakazuje mu okłamywanie i oszukiwanie klientów?

    Mirosław Salwowski

  8. Gloria Polo, jej ojciec i „katolicka radość życia”

    Możliwość komentowania Gloria Polo, jej ojciec i „katolicka radość życia” została wyłączona

    W ostatnim czasie ponownie przeglądałem sobie książeczkę z prywatnymi objawieniami Glorii Polo. Dla tych, którzy nie wiedzą, kim jest Gloria Polo wyjaśniam, iż jest to pochodząca z Kolumbii mistyczka, która twierdzi, że po tym, jak została porażona piorunem Bóg ukazał jej powagę popełnianych przez nią grzechów i polecił jej głosić na świecie o tym, co widziała i słyszała będąc w tym stanie. Kto, by chciał zapoznać się z treścią wizji i przesłań Glorii Polo, może kliknąć w tym celu pod ten link. Wiem, że niektórzy kwestionują wiarygodność niektórych ze szczegółów zawartych w wizji Glorii Polo, ale nie o tym pragnę pisać w poniższym tekście. W tym artykule chciałem nawiązać do tych elementów jej objawień, które pokrywają się z publicznie dostępną wiedzą, a jednocześnie rzucają bardzo poważny cień na obyczajowość Ameryki Łacińskiej. Chodzi mianowicie o rozpowszechnioną w owym rejonie świata kulturę „machismo”, w ramach, której aprobowało się i chyba wciąż się aprobuje różne przejawy rozwiązłości seksualnej w wykonaniu mężczyzn (np. zdradzanie żon, korzystanie z usług prostytutek). W wizji Glorii Polo jest więc mowa, iż jej ojciec został zaprowadzony przez z kolei swego ojca (a jej dziadka) do domu publicznego, gdy ten miał 12 lat, po to „by uczynić z niego mężczyznę„. Po iluś tam latach ojciec Glorii żeni się z jej matką i choć – jak można domniemywać z kontekstu – początkowo ma wolę dotrzymania wierności swej żonie – jednak już po dwóch tygodniach zdradza ją w domu publicznym, będąc namówionym do tego przez kolegów.

    Wszystko powyższe miało miejsce jeszcze przed Soborem Watykańskim II, rewolucją seksualną lat 60-tych oraz częściową protestantyzacją Ameryki Łacińskiej, która dokonała się na przełomie 20 i 21 stulecia. Gloria Polo urodziła się bowiem w 1958 roku, a więc jej ojciec czynił te rzeczy we wcześniejszym okresie czasu. W tym przypadku trudno tu też mówić o jakimś pokątnym, wstydliwym grzeszeniu (co w pewnym sensie byłoby jeszcze pocieszające), skoro sam ojciec Glorii był zachęcany do takich czynów nie tylko przez swych kolegów, ale nawet przez własnego ojca. Czy uświadamiacie sobie drodzy Czytelnicy, o jakim poziomie degradacji moralnej tu mówimy?!? Chłopiec dopiero co oderwany od ołowianych żołnierzyków jest prowadzony przez swego ojca do lupanaru?!? Młody mąż zdradza swą żonę z prostytutką nie po 20 czy choćby 2 latach, ale już po 2 tygodniach będąc do tego namawianym przez kolegów?!? I to wszystko dzieje się w jednym „przedsoborowych” krajów z dominującą katolicką większością?!?

    ***

    Gdy słucham o takich historiach, po raz kolejny uświadamiam sobie, jak żenujące były „argumenty” którymi często we mnie próbowano uderzać o – w domyśle pięknej – „katolickiej radości życia” kwitnącej w słonecznych katolickich krajach w rodzaju Włoch, Hiszpanii czy Ameryki Łacińskiej. Pod tą „katolicką radością życia” bardzo często kryły się jednak właśnie takie rzeczy – przerażający, nawet biorąc pod uwagę dzisiejsze standardy – upadek moralny; ból i cierpienie zdradzanych żon i dzieci na to patrzących; upokorzenie dziewcząt oraz kobiet przymuszanych do seksu przez jurnych „macho”; krzywda nieślubnych dzieci nazywanych z pogardą „bękartami” i to nazywanych nieraz tak przez ludzi, którzy sami je w ten sposób płodzili.

    Wszystko to też pozwala zadawać poważne pytania odnośnie poziomu tak „przedsoborowej” katechizacji, jak i stylu życia prowadzonego przez część ówczesnego duchowieństwa.  Czy bowiem gdyby choćby znacząca część duchowieństwa energicznie tępiła takie zwyczaje, to miałyby one szanse na tak długotrwałe i szerokie zakorzenienie się w kulturze wielu krajów katolickich? Można też niestety przypuszczać, że również niegdyś duża część katolickiego kleru prawdopodobnie nie praktykowała cnoty czystości w efekcie czego wierni świeccy to widzący (albo to w inny sposób wyczuwający) tylko utwierdzali się w popełnianiu przez siebie grzechów z tej materii.

    Mirosław Salwowski

  9. W jaki sposób nie powinno się przedstawiać Maryi i innych świętych?

    Leave a Comment

    (Pytanie) Wystawianie jawne w Kościołach lub gdziekolwiek obrazów, a mianowicie świętych Panien stosownie do mody, jakiej dziś niewiasty światowe w strojeniu się trzymają, odmalowanych z gołą głową, z karkiem obnażonym, z wdziękami umielającemi się czy Kościół pochwala?

    (Odpowiedź) Broń Boże! Nie tylko nie pochwala, ale owszem surowo tego zakazuje. Oto słowa powszechnego Soboru Trydenckiego: Żadna bezwstydność niech nie znajdzie miejsca w obrazach Świętych, tak iżby ani w malowaniu ich, ani w przyozdabianiu nie wydawały się wdzięki zalotne. Niechaj więc Biskupi wszelkiej w tej mierze przykładnią pilności i starunku, żeby w Kościele nic nieporządnego, nic nieopacznego, albo ladajako skleconego, nie światowego, nic nieprzystojnego, widzieć się nie dało; gdyż domowego Bożemu przystoi świętobliwość. O tak to ważna jest ustawa. Jak wielkiego grzechu winnemi się stają ci, którzy ją przestępują, trudno w krótkości opowiedzieć.

    Patrz: X. Franciszek Pouget, Nauki katolickie w sposób katechizmowy, w których wyłożone są w krótkości  z Pisma świętego i Podania: Dzieje, zasady religii, moralność chrześcijańska, sakramenta, modły, obrzędy i zwyczaje Kościoła, Warszawa 1830, s. 579 – 580.

    ***

    (…) Cel świętych obrazów jest zbudowanie i do cnót zachęcenie wiernych. Albowiem czem są książki pobożne dla czytających one, mówi św. Grzegorz, tem bydź mają obrazy dla zapatrujących się na nie.  Książka pobożna naucza wiernego jak ma żyć, obraz zaś Świętego, jeżeli tej szpetnie będzie odmalowany, albo jeśli będzie w postawie Herkulesa, z miną hardą i srogą, lub w kształcie wszetecznej Wenery udany? Jakże się np. niewiasta zachęci do nabożeństwa, skromności, przestrzegania wstydu, zapatrując się na obraz jakiej Świętej na wzór dzisiejszych rozpustnic z gołą głową, z rozpuszczonymi włosami, z obnażonymi karkiem, ramionami, piersiami odmalowanej? Z drugiej strony jakże się, takie malowania zgodzić mogą z życiem dziwnie skromnym, wstydliwym, umartwionym, pokutnym, gardzącym światem, a usiłującym podobać się jedynie Jezusowi Chrystusowi, jakie właśnie Święte i Święci Pańscy prowadzili i prowadzić je tak niezbędnie albo przynajmniej kończyć musieli, bo inaczej nigdyby do tej chwały, której dziś w w niebie zażywają nieprzyszli. Czyliż np. Agata, Łucja, Franciszka i inne tysiączne Święte, tak wielką łaską, w jakiej dziś są u Boga znalazły, gdyby na wzór innych niewiast światowych nieskromnie i z gołą głową chodziły; ponieważ Duch Ś. wyraźnie tego niewiastom zakazuje i chce, aby tak te, które w małżeńskim lub wdowim, jako i owe które w panieńskim stanie  zostają okrywały swe głowy, a szczególniej w czasie publicznego nabożeństwa, bo inaczej czyniąc obrażałyby Aniołów. Wszelka niewiasta, mówi Apostoł, modląca się … z z nie nakrytą głową, sromoci głowę swoją. Boć jedno jest jakby ogolona była. Albowiem niewiasta jeśli się nie nakrywa, niechże się strzyże. Lecz jeśli sromota niewieście strzyc się albo golić, niechże nakrywa głową swoją (1 Cor. XI, 5. 6 et 10). Czyliżby te Święte zamiast łaski Bożej, nie ściągnęły na siebie gniewu Jego, gdyby stosując się do zwyczaju świata z obnażonymi szyjami, ramionami i piersiami, tak je dziś niektórzy ladajacy i skażonego smaku malarze na obrazach wystawiają, w oczach ludzkich były za życia się ukazywały? Ponieważ tem samem stałyby się, mówi jeden Ojciec Kościoła, drzwiami czarta, zgorszeniem i zgubą dusz, a zatem i same na podobną zaroiłyby zgubę. Tak więc obrazy nieprzystojne, są przeistoczeniem prawdy w fałsz, zniewagą Świętych, zgorszeniem ludu. A przetoż poświęcać je, jawnie wystawiać, w Kościele składać, jest władzy swej świętokradzko nadużywać, wielkie zło upoważniać, zgorszenie upowszechniać, obrzydliwość na miejscy świętym stawiać/

    Cytat za: ks. Franciszek Pouget, jw., s. 446 – 447.

  10. Św. Ludwik IX: O Bożych przestrogach

    Możliwość komentowania Św. Ludwik IX: O Bożych przestrogach została wyłączona

    Seneszalu – mówił król – kiedy takie nieszczęścia zdarzają się ludziom, jak ciężkie choroby czy inne prześladowania, święci mówią, że to są przestrogi Naszego Pana. Bo tak jak Bóg powiedział do tych, których uleczył z wielkich chorób: < Widzicie, chociaż mogłem was uśmiercić, gdybym zechciał>, tak mógł powiedzieć do nas <Widzicie, utopiłbym was wszystkich, gdybym zechciał>.

    Zatem powinniśmy – mówił dalej – przyglądać się sobie ze strachem, aby nie było w nas czegokolwiek, co Jemu by nie było miłe, z powodu czego nas by tak ostrzegał, i jeżeli znajdziemy coś, co Jemu by się nie spodobało, trzeba, abyśmy to odrzucili od siebie, bo jeśli postąpimy inaczej po tej groźbie, którą on nam uczyni, uderzy nas śmiercią lub innym wielkim nieszczęściem, na szkodę naszym ciałom i naszym duszom.

    Król mówił: Seneszalu, święty powiedział: Panie Boże, dlaczego nam grozisz? Jeżeli Ty nas wszystkich stracisz, nie będziesz, od tego uboższy, i jeżeli nas wszystkich pozyskasz, nie będziesz już od tego bogatszy. Z tego możemy widzieć – poucza święty – że te groźby zsyła na nas Bóg, nie są dla Jego zysku ani dla odwrócenia jego straty, ale tylko dla wielkiej miłości, którą do nas żywi, budzi nas swoimi groźbami, abyśmy zobaczyli wyraźnie nasze błędy i żebyśmy odrzucili od nas to, co Jemu jest niemiłe. Zatem czyńmy tak – rzekł król – i postępujmy mądrze.

    Cytat za: Jean de Joinville, „Czyny Ludwika Świętego króla Francji”, Warszawa 2002, s. 181-182.