Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: Mirosław Salwowski

  1. Maseczki – czy mamy moralny obowiązek je nosić?

    Możliwość komentowania Maseczki – czy mamy moralny obowiązek je nosić? została wyłączona

    Od dnia 27 lutego b. roku weszło w życie rozporządzenie Rady Ministrów nakazujące zakrywanie ust i nosa tylko za pomocą maseczek. Jest to dość irytująca decyzja naszych rządzących, gdy zważy się na fakt, iż nie dość, że takie zasłanianie twarzy w miejscach publicznych jest uciążliwe, to zlikwidowano tym samym możliwość używania w tym celu takich zamienników maseczek jak przyłbice, chusty, kominy czy szaliki. Wielu katolików zdaje się kwestionować moralną powinność stosowania się do tego prawa, podając przy tym różnego rodzaju argumenty, poczynające się od sugerowania nielegalności rządowych rozporządzeń na ów temat, a kończące się na dawaniu do zrozumienia, iż ich przestrzeganie jest nawet i niemoralne. Poniżej postaram się w pewien sposób odpowiedzieć na takie argumenty oraz wykazać, iż dobrzy chrześcijanie powinni być posłuszni nakazowi noszenia maseczek w większości z publicznych miejsc.

    ***

    Zacznijmy od tego, iż na dzień dzisiejszy prawo nakazujące zasłanianie ust i nosa jest – w przeciwieństwie do niektórych innych restrykcji antycovidowych – ustanowione w legalny, gdyż konstytucyjny sposób. Owszem, jeszcze kilka miesięcy temu taki obowiązek nie był legalnie ustanowiony, gdyż nie istniała ustawa na to pozwalająca. To się jednak zmieniło po uchwaleniu ustawy z dnia 28 października 2020 roku, której art. 46 b pozwala na wydawanie rozporządzeń nakazujących zakrywanie ust i nosa w pewnych miejscach oraz okolicznościach. W odróżnieniu zatem np. od zakazów prowadzenia pewnych form działalności gospodarczej rząd nie działa w sprawie maseczek w sposób samowolny oraz sprzeczny z konstytucją naszego kraju. Od strony więc prawno-legalnej sytuację mamy jasną i jednoznaczną: nakaz noszenia maseczek jest legalny, gdyż ustanowiony na podstawie konstytucji, która w przypadku ograniczeń swobód i wolności obywatelskich zezwala na wprowadzanie takowych tylko na podstawie ustawy.

    ***

    Nie wszystkie jednak prawa – choćby i były uchwalone w pełni legalny oraz konstytucyjny sposób – muszą być przez ten sam fakt zgodne z moralnością oraz sprawiedliwością. A jeśli takie prawa są przeciwne moralności i sprawiedliwości, to nie zawsze są one obowiązujące w sumieniu.

    Mówiąc zaś bardziej precyzyjnie: jeśli rządzący nakazują nam popełnienie czegoś, co jest materią grzechu, to mamy nawet obowiązek okazania nieposłuszeństwa. Przykładowo, król danego kraju może wydać prawo nakazujące wszystkim obywatelom oddawanie mu boskiej czci albo też popełnianie cudzołóstwa. Oczywiście, w takiej sytuacji jedyną moralnie właściwą opcją będzie odmowa podporządkowania się takim rozkazom, choćby i miało się to dla nas wiązać z krwawym męczeństwem. O takiej sytuacji nauczał chociażby papież Leon XIII w encyklice „Diuturnum illud”:

    „Jeden jest tylko powód uwalniający ludzi od posłuszeństwa, mianowicie gdyby żądano od nich czegoś przeciwnego prawu naturalnemu albo Bożemu, tam bowiem, gdzie zachodzi pogwałcenie prawa natury lub woli Bożej, zarówno sam rozkaz, jak wykonanie go byłoby zbrodnią. (…)„.

    Jeśli z kolei, dane prawo co prawda nie nakazuje nam czynienia czegoś złego, ale nakłada na nas niesprawiedliwe ograniczenia oraz obciążenia, to mamy czasami prawo (choć niekoniecznie obowiązek) niebycia tu posłusznymi, acz z drugiej strony takie rzeczy jak roztropność czy chęć uniknięcia większego zła mogą czynić mniej lub bardziej wskazanym okazywanie posłuszeństwa tego rodzaju niesprawiedliwym prawom. Przykładowo, niegdyś prawo wielu krajów pozwalało właścicielom niewolników na srogie i okrutne obchodzenie się z nimi (np. chłostanie za nieproporcjonalnie lekkie do tej kary przewinienia, obciążanie zbyt ciężką pracą). Czymś dobrym i chwalebnym było podejmowanie starań na rzecz zmiany tego porządku rzeczy, jednak to nie znaczy, iż wskazane było, aby każdy niewolnik traktowany w ten sposób na własną rękę buntował się przeciwko takiemu traktowaniu. Takie samowolne buntowanie się mogło bowiem nieraz owocować większym złem i chaosem. Prawdopodobnie dlatego więc, Pismo święte zalecało niewolnikom bycie posłusznym swym panom:


    Niewolnicy! Z całą bojaźnią bądźcie poddani panom nie tylko dobrym i łagodnym, ale również surowym. To się bowiem podoba [Bogu], jeżeli ktoś ze względu na sumienie [uległe] Bogu znosi smutki i cierpi niesprawiedliwie.  Co bowiem za chwała, jeżeli przetrzymacie chłostę jako grzesznicy? – Ale to się Bogu podoba, jeżeli dobrze czynicie, a przetrzymacie cierpienia.  Do tego bowiem jesteście powołani. Chrystus przecież również cierpiał za was i zostawił wam wzór, abyście szli za Nim Jego śladami. On grzechu nie popełnił, a w Jego ustach nie było podstępu. On, gdy Mu złorzeczono, nie złorzeczył, gdy cierpiał, nie groził, ale oddawał się Temu, który sądzi sprawiedliwie (1 Piotr 2, 18-23).

    Poza tymi dwoma wypadkami – a więc, gdy ludzkie władze zmuszają do popełnienia jakiegoś grzechu lub gdy nakładają jakieś niesprawiedliwe obciążenia – zasadniczo rzecz biorąc, należy być posłusznym wszystkim prawom wydawanym przez rządzących. Jak naucza choćby o tym Katechizm św. Piusa X:

    Tak, należy przestrzegać wszystkich praw, które są stanowione przez władze świeckie, zgodnie z nakazem i i przykładem, który dał nam nasz Pan Jezus Chrystus, o ile jednak nie są one sprzeczne z prawem Bożym”. [Patrz: „Katechizm św. Piusa X. Vademecum katolika„ Sandomierz 2006, s. 100].

    Co więcej, aby móc być nieposłusznymi prawom ustanawianym przez władze cywilne nie wystarczy mieć jakieś wątpliwości, czy aby na pewno są one sprawiedliwe. Przeciwnie, w wypadku takich wątpliwości należy słuszność przyznawać raczej władzom cywilnym, o czym pisał w swej XIX-wiecznej „Teologii moralnej dla plebanów i spowiedników” kardynał Thomas-Marie-Joseph Gousset:

    W powątpiewaniu czy prawo jest niesprawiedliwe uważać należy, czy rzecz nakazana jest uczciwa lub nie; przypuszczenie jest na korzyść rozkazującego. (…) Na tej to zasadzie ojcowie i pasterze kościoła, ustawnie skłaniali wiernych do płacenia podatków, nauczając ich, że nie można być nigdy nieposłusznym prawom krajowym, chyba gdyby wymagały rzeczy sprzecznych z moralnością i religią, lub były oczywiście niesprawiedliwymi. Na przypadek wątpliwości, należy przechylać się na korzyść prawodawcy i oświadczyć się za prawem. [Patrz: Kardynał Gousset, „Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników”, Warszawa 1858, ss. 51, 61].

    ***

    A zatem każdy katolik utrzymujący, iż aktualnie obowiązujące w naszym kraju prawo nakazujące zasłanianie maseczką ust i nosa nie obowiązuje w sumieniu, powinien pokazać, że bez wątpliwości ów przepis albo nakazuje czynienie czegoś moralnie złego, albo przynajmniej nakłada jakieś jawnie niesprawiedliwe ograniczenia. Czy można jednak udowodnić, że noszenie maseczek w miejscach publicznych jest materią jakiegoś grzechu? Cóż, trudno będzie to uczynić zważywszy na to, że nie tylko sam zdrowy rozsądek podpowiada nam, że coś takiego nieraz może być wskazane (np. troska o bezpieczeństwo swoje lub innych bliźnich), ale sam Bóg polecił przynajmniej w jednym miejscu zasłanianie pewnym osobom części twarzy. Chodzi mianowicie o chorych na trąd, którym w Starym Przymierzu nakazywano „zasłanianie brody” (patrz: Kapłańska 13, 45). Gdyby jednak zasłanianie części twarzy było czymś ze swej natury niemoralnym, to Bóg nie mógłby wydać takiego polecenia, gdyż Jego absolutna dobroć i świętość by Mu na to nie pozwalały. Jak mówi wszak Pismo święte:

    Oczy Jego patrzą na bojących się Go – on sam poznaje każdy czyn człowieka. Nikomu On nie przykazał być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć” –  Syrach 15, 19-20.

    Ponadto, wedle objawień prywatnych danych bł. Annie Katarzynie Emmerich sama Najświętsza Maryja Panna zakrywała w pewnych okolicznościach i sytuacjach twarz:

    Zasłona, odsunięta w tył głowy, ułożona była w poprzeczne fałdy, gdy Maryja rozmawiała z mężczyznami, ściągała ją na twarz. Także rąk nie odkrywała w obecności obcych, tylko gdy była sama” [patrz: Błogosławiona Anna Katarzyna Emmerich, „Żywot i bolesna męka Pana naszego Jezusa Chrystusa i Najświętszej Matki Jego Maryi wraz z tajemnicami Starego Przymierza”, Wrocław 2009, s. 887].

    Ktoś jednak może powiedzieć, iż dłuższe noszenie maseczki jest niemoralne, gdyż powoduje szkody dla zdrowia. Na ten argument można jednak odpowiedzieć na dwa sposoby. Po pierwsze: jest co najmniej dyskusyjne, czy w miarę prawidłowe noszenie maseczek powoduje jakieś szkody dla zdrowia. Tymczasem, jak to zostało już pokazane powyżej, aby móc być nieposłusznym prawu, jego niesprawiedliwy charakter powinien być oczywisty, zaś w razie wątpliwości należy być posłusznym przepisom wydawanym przez rządzących. Po drugie: nie każde powodowanie u siebie (czy innych) szkody na zdrowiu jest niemoralne. Jeśli przez taką szkodę na zdrowiu możemy osiągnąć większe dobro fizyczne lub dobro moralne, to może być to zgodne z wolą Boga. Przykładowo, wolno jest obciąć zgangrenowany palec po to, by ratować od gangreny resztą ludzkiego ciała. Podobnie, moralnie dozwolone jest skazanie złoczyńcy na karę chłosty w celu zniechęcenia go do popełniania przestępstw w przyszłości oraz ochrony społeczeństwa przed możliwymi naruszeniami prawa ze strony tego rodzaju osób.

    Czy da się więc może bez większej wątpliwości dowieść, iż co prawda przysłowiowe maseczki przynajmniej są jawnie niesprawiedliwym obciążeniem nakładanym na obywateli? I w tym wypadku, w najlepszym razie mamy do czynienia z bardzo dyskusyjnymi wywodami ich przeciwników na ów temat, którym można przeciwstawiać ogólnie słuszną zasadę o tym, że władze cywilne mają prawo wprowadzać ograniczenia niektórych swobód obywatelskich wówczas, gdy przemawia za tym ochrona ważniejszych dóbr.

    ***

    W mojej zatem opinii nie ma żadnych poważnych przesłanek, by twierdzić, iż – zasadniczo rzecz biorąc – ma się moralne prawo (czy tym bardziej obowiązek) okazywania nieposłuszeństwa przepisom prawnym nakazującym w większości miejsc publicznych zasłanianie ust i nosa za pomocą maseczek.

    Na samym zaś marginesie dodam, że dziwi mnie gorliwość z jaką niektórzy katolicy zwalczają obowiązek prawny noszenia maseczek, zwłaszcza gdy zestawi się ową żarliwość z niemal całkowitym milczeniem, jakie panuje w środowiskach katolickich wobec o wiele poważniejszych i oczywistych problemów moralnych. Kiedy to ostatnio np. w jakimś artykule umieszczonym na łamach konserwatywnych mass mediów dane nam było czytać o tym, że kasjer czy kasjerka przepuszczający przez taśmę takie produkty jak prezerwatywy, czy pisma porno dopuszcza się w ten sposób co najmniej bliskiej materialnej współpracy ze złem? W ilu wystąpieniach internetowych można usłyszeć, iż pracownik handlu powinien wybrać raczej utratę swej posady niż spełnianie poleceń swego szefa wówczas, gdy ten nakazuje mu okłamywanie i oszukiwanie klientów?

    Mirosław Salwowski

  2. Gloria Polo, jej ojciec i „katolicka radość życia”

    Możliwość komentowania Gloria Polo, jej ojciec i „katolicka radość życia” została wyłączona

    W ostatnim czasie ponownie przeglądałem sobie książeczkę z prywatnymi objawieniami Glorii Polo. Dla tych, którzy nie wiedzą, kim jest Gloria Polo wyjaśniam, iż jest to pochodząca z Kolumbii mistyczka, która twierdzi, że po tym, jak została porażona piorunem Bóg ukazał jej powagę popełnianych przez nią grzechów i polecił jej głosić na świecie o tym, co widziała i słyszała będąc w tym stanie. Kto, by chciał zapoznać się z treścią wizji i przesłań Glorii Polo, może kliknąć w tym celu pod ten link. Wiem, że niektórzy kwestionują wiarygodność niektórych ze szczegółów zawartych w wizji Glorii Polo, ale nie o tym pragnę pisać w poniższym tekście. W tym artykule chciałem nawiązać do tych elementów jej objawień, które pokrywają się z publicznie dostępną wiedzą, a jednocześnie rzucają bardzo poważny cień na obyczajowość Ameryki Łacińskiej. Chodzi mianowicie o rozpowszechnioną w owym rejonie świata kulturę „machismo”, w ramach, której aprobowało się i chyba wciąż się aprobuje różne przejawy rozwiązłości seksualnej w wykonaniu mężczyzn (np. zdradzanie żon, korzystanie z usług prostytutek). W wizji Glorii Polo jest więc mowa, iż jej ojciec został zaprowadzony przez z kolei swego ojca (a jej dziadka) do domu publicznego, gdy ten miał 12 lat, po to „by uczynić z niego mężczyznę„. Po iluś tam latach ojciec Glorii żeni się z jej matką i choć – jak można domniemywać z kontekstu – początkowo ma wolę dotrzymania wierności swej żonie – jednak już po dwóch tygodniach zdradza ją w domu publicznym, będąc namówionym do tego przez kolegów.

    Wszystko powyższe miało miejsce jeszcze przed Soborem Watykańskim II, rewolucją seksualną lat 60-tych oraz częściową protestantyzacją Ameryki Łacińskiej, która dokonała się na przełomie 20 i 21 stulecia. Gloria Polo urodziła się bowiem w 1958 roku, a więc jej ojciec czynił te rzeczy we wcześniejszym okresie czasu. W tym przypadku trudno tu też mówić o jakimś pokątnym, wstydliwym grzeszeniu (co w pewnym sensie byłoby jeszcze pocieszające), skoro sam ojciec Glorii był zachęcany do takich czynów nie tylko przez swych kolegów, ale nawet przez własnego ojca. Czy uświadamiacie sobie drodzy Czytelnicy, o jakim poziomie degradacji moralnej tu mówimy?!? Chłopiec dopiero co oderwany od ołowianych żołnierzyków jest prowadzony przez swego ojca do lupanaru?!? Młody mąż zdradza swą żonę z prostytutką nie po 20 czy choćby 2 latach, ale już po 2 tygodniach będąc do tego namawianym przez kolegów?!? I to wszystko dzieje się w jednym „przedsoborowych” krajów z dominującą katolicką większością?!?

    ***

    Gdy słucham o takich historiach, po raz kolejny uświadamiam sobie, jak żenujące były „argumenty” którymi często we mnie próbowano uderzać o – w domyśle pięknej – „katolickiej radości życia” kwitnącej w słonecznych katolickich krajach w rodzaju Włoch, Hiszpanii czy Ameryki Łacińskiej. Pod tą „katolicką radością życia” bardzo często kryły się jednak właśnie takie rzeczy – przerażający, nawet biorąc pod uwagę dzisiejsze standardy – upadek moralny; ból i cierpienie zdradzanych żon i dzieci na to patrzących; upokorzenie dziewcząt oraz kobiet przymuszanych do seksu przez jurnych „macho”; krzywda nieślubnych dzieci nazywanych z pogardą „bękartami” i to nazywanych nieraz tak przez ludzi, którzy sami je w ten sposób płodzili.

    Wszystko to też pozwala zadawać poważne pytania odnośnie poziomu tak „przedsoborowej” katechizacji, jak i stylu życia prowadzonego przez część ówczesnego duchowieństwa.  Czy bowiem gdyby choćby znacząca część duchowieństwa energicznie tępiła takie zwyczaje, to miałyby one szanse na tak długotrwałe i szerokie zakorzenienie się w kulturze wielu krajów katolickich? Można też niestety przypuszczać, że również niegdyś duża część katolickiego kleru prawdopodobnie nie praktykowała cnoty czystości w efekcie czego wierni świeccy to widzący (albo to w inny sposób wyczuwający) tylko utwierdzali się w popełnianiu przez siebie grzechów z tej materii.

    Mirosław Salwowski

  3. W jaki sposób nie powinno się przedstawiać Maryi i innych świętych?

    Leave a Comment

    (Pytanie) Wystawianie jawne w Kościołach lub gdziekolwiek obrazów, a mianowicie świętych Panien stosownie do mody, jakiej dziś niewiasty światowe w strojeniu się trzymają, odmalowanych z gołą głową, z karkiem obnażonym, z wdziękami umielającemi się czy Kościół pochwala?

    (Odpowiedź) Broń Boże! Nie tylko nie pochwala, ale owszem surowo tego zakazuje. Oto słowa powszechnego Soboru Trydenckiego: Żadna bezwstydność niech nie znajdzie miejsca w obrazach Świętych, tak iżby ani w malowaniu ich, ani w przyozdabianiu nie wydawały się wdzięki zalotne. Niechaj więc Biskupi wszelkiej w tej mierze przykładnią pilności i starunku, żeby w Kościele nic nieporządnego, nic nieopacznego, albo ladajako skleconego, nie światowego, nic nieprzystojnego, widzieć się nie dało; gdyż domowego Bożemu przystoi świętobliwość. O tak to ważna jest ustawa. Jak wielkiego grzechu winnemi się stają ci, którzy ją przestępują, trudno w krótkości opowiedzieć.

    Patrz: X. Franciszek Pouget, Nauki katolickie w sposób katechizmowy, w których wyłożone są w krótkości  z Pisma świętego i Podania: Dzieje, zasady religii, moralność chrześcijańska, sakramenta, modły, obrzędy i zwyczaje Kościoła, Warszawa 1830, s. 579 – 580.

    ***

    (…) Cel świętych obrazów jest zbudowanie i do cnót zachęcenie wiernych. Albowiem czem są książki pobożne dla czytających one, mówi św. Grzegorz, tem bydź mają obrazy dla zapatrujących się na nie.  Książka pobożna naucza wiernego jak ma żyć, obraz zaś Świętego, jeżeli tej szpetnie będzie odmalowany, albo jeśli będzie w postawie Herkulesa, z miną hardą i srogą, lub w kształcie wszetecznej Wenery udany? Jakże się np. niewiasta zachęci do nabożeństwa, skromności, przestrzegania wstydu, zapatrując się na obraz jakiej Świętej na wzór dzisiejszych rozpustnic z gołą głową, z rozpuszczonymi włosami, z obnażonymi karkiem, ramionami, piersiami odmalowanej? Z drugiej strony jakże się, takie malowania zgodzić mogą z życiem dziwnie skromnym, wstydliwym, umartwionym, pokutnym, gardzącym światem, a usiłującym podobać się jedynie Jezusowi Chrystusowi, jakie właśnie Święte i Święci Pańscy prowadzili i prowadzić je tak niezbędnie albo przynajmniej kończyć musieli, bo inaczej nigdyby do tej chwały, której dziś w w niebie zażywają nieprzyszli. Czyliż np. Agata, Łucja, Franciszka i inne tysiączne Święte, tak wielką łaską, w jakiej dziś są u Boga znalazły, gdyby na wzór innych niewiast światowych nieskromnie i z gołą głową chodziły; ponieważ Duch Ś. wyraźnie tego niewiastom zakazuje i chce, aby tak te, które w małżeńskim lub wdowim, jako i owe które w panieńskim stanie  zostają okrywały swe głowy, a szczególniej w czasie publicznego nabożeństwa, bo inaczej czyniąc obrażałyby Aniołów. Wszelka niewiasta, mówi Apostoł, modląca się … z z nie nakrytą głową, sromoci głowę swoją. Boć jedno jest jakby ogolona była. Albowiem niewiasta jeśli się nie nakrywa, niechże się strzyże. Lecz jeśli sromota niewieście strzyc się albo golić, niechże nakrywa głową swoją (1 Cor. XI, 5. 6 et 10). Czyliżby te Święte zamiast łaski Bożej, nie ściągnęły na siebie gniewu Jego, gdyby stosując się do zwyczaju świata z obnażonymi szyjami, ramionami i piersiami, tak je dziś niektórzy ladajacy i skażonego smaku malarze na obrazach wystawiają, w oczach ludzkich były za życia się ukazywały? Ponieważ tem samem stałyby się, mówi jeden Ojciec Kościoła, drzwiami czarta, zgorszeniem i zgubą dusz, a zatem i same na podobną zaroiłyby zgubę. Tak więc obrazy nieprzystojne, są przeistoczeniem prawdy w fałsz, zniewagą Świętych, zgorszeniem ludu. A przetoż poświęcać je, jawnie wystawiać, w Kościele składać, jest władzy swej świętokradzko nadużywać, wielkie zło upoważniać, zgorszenie upowszechniać, obrzydliwość na miejscy świętym stawiać/

    Cytat za: ks. Franciszek Pouget, jw., s. 446 – 447.

  4. Św. Ludwik IX: O Bożych przestrogach

    Możliwość komentowania Św. Ludwik IX: O Bożych przestrogach została wyłączona

    Seneszalu – mówił król – kiedy takie nieszczęścia zdarzają się ludziom, jak ciężkie choroby czy inne prześladowania, święci mówią, że to są przestrogi Naszego Pana. Bo tak jak Bóg powiedział do tych, których uleczył z wielkich chorób: < Widzicie, chociaż mogłem was uśmiercić, gdybym zechciał>, tak mógł powiedzieć do nas <Widzicie, utopiłbym was wszystkich, gdybym zechciał>.

    Zatem powinniśmy – mówił dalej – przyglądać się sobie ze strachem, aby nie było w nas czegokolwiek, co Jemu by nie było miłe, z powodu czego nas by tak ostrzegał, i jeżeli znajdziemy coś, co Jemu by się nie spodobało, trzeba, abyśmy to odrzucili od siebie, bo jeśli postąpimy inaczej po tej groźbie, którą on nam uczyni, uderzy nas śmiercią lub innym wielkim nieszczęściem, na szkodę naszym ciałom i naszym duszom.

    Król mówił: Seneszalu, święty powiedział: Panie Boże, dlaczego nam grozisz? Jeżeli Ty nas wszystkich stracisz, nie będziesz, od tego uboższy, i jeżeli nas wszystkich pozyskasz, nie będziesz już od tego bogatszy. Z tego możemy widzieć – poucza święty – że te groźby zsyła na nas Bóg, nie są dla Jego zysku ani dla odwrócenia jego straty, ale tylko dla wielkiej miłości, którą do nas żywi, budzi nas swoimi groźbami, abyśmy zobaczyli wyraźnie nasze błędy i żebyśmy odrzucili od nas to, co Jemu jest niemiłe. Zatem czyńmy tak – rzekł król – i postępujmy mądrze.

    Cytat za: Jean de Joinville, „Czyny Ludwika Świętego króla Francji”, Warszawa 2002, s. 181-182.

  5. Czy akcja „Góralskie Veto” jest moralnie uzasadniona?

    Możliwość komentowania Czy akcja „Góralskie Veto” jest moralnie uzasadniona? została wyłączona

    Aktualnie w Polsce rozszerza się akcja otwierania – wbrew rządowym zakazom – różnego rodzaju lokali gastronomicznych. Pierwszym impulsem dla tych działań była akcja „Góralskie Veto”, w której grupa działaczy społecznych z Podhala zapowiedziała, iż bez oglądania się na wynikające z rządowych rozporządzeń zakazy, przedsiębiorcy z tego regionu Polski będę prowadzić swe firmy w sposób normalny, czyli taki, jaki miał miejsce przed pandemią Covid-19. Co należy sądzić o tym podobnych akcjach obywatelskiego nieposłuszeństwa? To ważne i praktyczne życiowo pytanie, postaram się więc dać na nie poniżej – przynajmniej częściową – odpowiedź.

    Na płaszczyźnie czysto prawnej, jako że do tej pory nie ma żadnej ustawy, która ograniczałaby swobodę gospodarczą w ramach walki z Covid-19, to przedsiębiorcy nie przestrzegający w tej kwestii rządowych zakazów mają po prostu rację. Konstytucja naszego państwa w artykule 22 stanowi bowiem rzecz następującą:

    Ograniczenie wolności działalności gospodarczej jest dopuszczalne tylko w drodze ustawy i tylko ze względu na ważny interes publiczny.

    Najwyższy akt prawny w naszym kraju, którym jest Konstytucja, zakazuje więc ograniczania swobody gospodarczej bez ustawowego ku temu upoważnienia. Nie można więc w naszym państwie robić tego na podstawie samego tylko rozporządzenia. Tego rodzaju zakazy działalności gospodarczej, które rząd wprowadza bez ustawowej delegacji, są po prostu nielegalne, bo niekonstytucyjne. Owszem, jedną z ogólnych zasad prawnych jest domniemanie legalności poszczególnych przepisów, ale z drugiej strony jak mówi jedna z odnoszących się również do prawa rzymskich sentencji „Clara non sunt interpretanda„, czyli „Nie dokonuje się wykładni tego co jasne„. Artykuł 22 Konstytucji przynajmniej w swej części tyczącej się tylko ustawowej drogi ograniczania swobód gospodarczych jest bardzo jasny i jednoznaczny. Nie ma więc póki co w Polsce legalnego, a co za tym idzie moralnie obowiązującego w sumieniu, zakazu czy ograniczenia działalności gospodarczej ze względu na zagrożenie Covid-19.

    Oczywiście należy w sposób szczególny szanować rządzących (niezależnie od ich afiliacji politycznych i światopoglądowych) oraz być posłusznym stanowionym przez nich prawom (patrz: Rz 13, 1-5), ale z drugiej strony to „prawo jest królem” i rządzący winni poruszać się w granicach aktów prawnych również ich obowiązujących. Tradycyjna teologia moralna mówi zresztą, że jednym z warunków obowiązywania danych przepisów jest prawidłowy sposób ich uchwalenia. Ogólnie zaś rzecz biorąc, nie jest dobrą sytuacja, kiedy sami rządzący łamią prawo, wprowadzając nielegalne ograniczenia, gdyż w ten sposób demoralizują także swych poddanych.

    ***

    Fakt jednak, iż na płaszczyźnie prawnej uczestnicy wspomnianej wyżej akcji obywatelskiego nieposłuszeństwa mają rację, nie rozstrzyga jednak jeszcze w całości, czy aby na pewno mają słuszność w zakresie bardziej moralnym. Ponadto, powstaje jeszcze pytanie, czy gdyby nasi rządzący przeforsowali podobne ograniczenia i zakazy działalności gospodarczej na drodze legalnej i zgodnej z Konstytucją, to czy byłyby to prawa sprawiedliwe, których zasadniczo należałoby przestrzegać?

    Od razu powiem, iż nie dam w tym artykule jednoznacznej odpowiedzi na powyższe pytania, a ograniczę się jedynie do nakreślenia pewnych sugestii i wskazówek odnośnie tego, w jaki sposób powinnyśmy myśleć na owe tematy. Od strony bowiem czysto moralnej sprawa otwierania restauracji, kawiarni i pubów w dobie szczególnego zagrożenia epidemiologicznego jawi mi się jako jedna z trudniejszych do oceny. I nie wierzę tu w łatwe i szybkie rozeznania, a jeśli takowe się pojawiają, to uznaję je za motywowane bardziej emocjami oraz skupieniem się na wycinku rzeczywistości, aniżeli motywowane głęboką refleksją rozumową i wyważeniem różnych racji. Z jednej strony bowiem oczywiście jest tak, że prawem naturalnym jest to, by ludzie mogli pracować na swe utrzymanie i zasadniczo rzecz biorąc władze cywilne powinny strzec tego prawa, nie zaś je utrudniać czy tłamsić. W pewnym zakresie praca jest nawet moralnym obowiązkiem człowieka, co można wywnioskować z następującego fragmentu Pisma świętego:

    Albowiem gdy byliśmy u was, nakazywaliśmy wam tak: Kto nie chce pracować, niech też nie je! Słyszymy bowiem, że niektórzy wśród was postępują wbrew porządkowi: wcale nie pracują, lecz zajmują się rzeczami niepotrzebnymi. Tym przeto nakazujemy i napominamy ich w Panu Jezusie Chrystusie, aby pracując ze spokojem, własny chleb jedli (2 Tes 3, 10-12).

    Z drugiej strony to prawo naturalne nie należy do kategorii absolutnych i bezwzględnych. Prawo do pracy może być wszak ograniczane przez różne słuszne oraz rozsądne motywy, np. dobrym jest zakaz pracy dla dzieci w kopalniach albo dla ludzi mocno niedowidzących jako kierowców taksówek, autobusów czy tramwajów. Prawo do życia oraz ochrona zdrowia oczywiście zaś stoją wyżej niż prawo do pracy i zasadniczo rzecz biorąc ograniczanie tego drugiego na rzecz tego pierwszego jest słuszne. Ale i tu pojawia się ważne pytanie o proporcjonalność tych ograniczeń. Z jednej strony wszak za słuszne uznalibyśmy wspomniany przeze mnie zakaz pracy jako kierowca dla osoby mocno niedowidzącej, gdyż skutkiem tego byłoby pewne i oczywiste narażanie siebie i innych na kalectwo albo i śmierć. Z drugiej strony mianem zdecydowanie niemądrych i przesadzonych nazwalibyśmy ogólne zakazanie jazdy samochodami, nawet jeśli w wyniku tej jazdy na polskich drogach śmierć rocznie ponosi kilka tysięcy osób. Dlaczego powiedzielibyśmy, że taki zakaz jest niemądry? Ano, choćby dlatego, że nie da się we współczesnej cywilizacji normalnie funkcjonować bez przynajmniej sporadycznego korzystania z takich środków komunikacji. Poza tym, o ile w wyniku wypadków samochodowych może ginąć w Polsce parę tysięcy ludzi rocznie, to z drugiej strony używanie samochodów może też ratować wiele tysięcy osób od przedwczesnej śmierci czy kalectwa. Ot, np. za pomocą samochodów policjanci mogą szybciej zareagować na jakieś potencjalnie krwawe przestępstwo, podobnie jak ratownicy medyczni mogą szybciej przyjść na pomoc ofiarom różnych wypadków.

    ***

    Cała więc sprawa z tymi czy innymi ograniczeniami związanymi z Covid-19 sprowadza się do trudnego zadania oceny, które z tych restrykcji są odpowiednio proporcjonalne do zagrożenia, jakie stwarza ów wirus dla zdrowia publicznego. Nie jest to zadanie łatwe, gdyż zagrożenie epidemiologiczne i zdrowotne stwarzane przez Covid-19 należy do sytuacji pośrednich pomiędzy tymi chorobami, które są stosunkowo niegroźne (jak np. przeziębienie czy grypa), a tymi z nich, które są, czy były bardzo groźne oraz zaraźliwe (jak kiedyś dżuma czy trąd).

    Mirosław Salwowski

  6. Czy Joe Biden jest katolikiem?

    Możliwość komentowania Czy Joe Biden jest katolikiem? została wyłączona

    W ostatnim czasie uwadze niektórych komentatorów nie umknęła okoliczność, iż prezydent-elekt USA, czyli Joe Biden, jest drugim po Johnie F. Kennedym amerykańskim politykiem, który został wybrany na to najwyższe w owym państwie stanowisko, deklarującym się jednocześnie w sposób jawny jako wierzący oraz praktykujący katolik. Jest to swego rodzaju ewenement, gdyż w przeszło 200-letniej historii tej demokracji i republiki coś takiego wydarzyło się tylko dwa razy. Z drugiej strony nie sposób jednak przejść do porządku rzeczy nad wątpliwościami, jakie odnośnie deklarowanego przez prezydenta-elekta katolicyzmu podnoszą niektórzy co bardziej konserwatywni publicyści katoliccy. Jest bowiem wiedzą publiczną, iż Joe Biden w swej działalności politycznej od dawna wspiera małżeństwa sodomickie oraz legalność aborcji, a więc rzeczy, które w jasny sposób są potępiane przez nauczanie katolickie. Czy więc nowy prezydent Stanów Zjednoczonych może być rzeczywiście katolikiem popierając takie niegodziwości? A może w rzeczywistości jest on heretykiem, któremu zdaje się, że jest katolikiem, albo który udaje katolika?

    Odpowiedź na powyższe pytania nie jest wcale tak łatwa i prosta, jak mogłaby się z pozoru wydawać. Żadna z „zerojedynkowych” odpowiedzi nie jest tu bowiem łatwa do stwierdzenia. Ani wszak stwierdzenie: „Joe Biden jest katolikiem„, ani „Joe Biden jest heretykiem” nie okazują się być po bliższym przyjrzeniu w pełni zadowalające. Osobiście przychylałbym się do twierdzenia, iż o nowym prezydencie USA nie należy mówić w bardziej pewny sposób „Jest katolikiem” albo „Jest heretykiem„, ale powinno się raczej używać wobec niego jednego z bardziej „przedsoborowych” określeń teologiczno-kanoniczych, a mianowicie, że jest on „podejrzany o herezję„. Poniżej postaram się wyjaśnić, dlaczego postrzegam prezydenta-elekta Joe Bidena właśnie w ten sposób.

    ***

    Po pierwsze: by zarzucić komuś herezję i „niebycie katolikiem” nie wystarczy wskazać na popełnianie przez daną osobę, choćby i w sposób jawny oraz uporczywy zachowań, które są materią ciężkiego grzechu. Co więcej, nawet gdybyśmy byli pewni, iż taka osoba nie tylko czyni coś będącego materią ciężkiego grzechu, ale jeszcze dodatkowo ściąga na swe sumienie ciężką winę to i tak to samo nie uprawniałoby jeszcze nas do twierdzenia, iż taki człowiek dopuszcza się herezji, a co za tym idzie, nie jest katolikiem. Człowiek bowiem, który z jednej strony na poziomie intelektualnym zgadza się, iż dane zachowanie jest moralnie złe, ale i tak decyduje się je praktykować, ciągle jest katolikiem. Dodam, że nawet jeśli za swe złe czyny taka osoba nie żałuje, ale mimo to, na płaszczyźnie rozumowej oraz intelektualnej przyznaje, iż popełniane przez niego zachowania są moralnie złe, taki ktoś jest nadal katolikiem. Oczywiście, ów osobnik jest złym katolikiem, który znajduje się na drodze do piekła, ale jednak tak czy inaczej jest on/ona katolikiem. To co, czyniłoby takiego człowieka heretykiem to uporczywe zaprzeczanie, iż pewne praktykowane przez niego niemoralne rzeczy są moralnie złe, nie zaś same choćby i wieloletnie oraz pozbawione szczerej skruchy ich praktykowanie (o czym szerzej poniżej). Przenosząc zaś powyższe rozróżnienie na grunt działalności politycznej czy urzędowej, to można wyobrazić sobie sytuację, w której ten czy inny polityk albo urzędnik czyni coś moralnie bardzo złego, pomimo swej intelektualnej zgody na nauczanie katolickie w danej sprawie. Na przykład, niektórzy politycy mogą głosować za legalizacją aborcji, nie dlatego, iż uważają ją za moralnie dobrą w pewnych okolicznościach (co byłoby już herezją), ale dlatego, że boją się ostracyzmu ze strony swych partyjnych kolegów. Podobnie, ten czy inny urzędnik może udzielać ślubów parom sodomitów i lesbijek, nie dlatego, iż uważa czyny homoseksualne za dobre lub przynajmniej obojętne moralnie, ale może on to czynić z obawy przed utratą swej pracy. Osobiście podejrzewam, iż Joe Bidena raczej nie dotyczą tego rodzaju okoliczności i przynajmniej za jego publicznym wspieraniem sodomickich „małżeństwo” stoi jego wewnętrzne intelektualne przekonanie, to jednak nawet to podejrzenie nie rozwiązuje do końca problemu, czy w takim razie powinien być on uważany za heretyka.

    ***

    Po drugie: zgodnie chociażby z kanonem 751 Kodeksu Prawa Kanonicznego herezją jest uporczywe po przyjęciu chrztu negowanie lub (pozytywne) powątpiewanie tym elementom nauczania katolickiego, które należy przyjmować wiarą Boską i katolicką. Jak zaś uczy Sobór Watykański I:

    wiarą boską i katolicką należy wierzyć w to wszystko, co zawiera się w słowie Bożym spisanym lub przekazanym, i jest do wierzenia przedkładane przez Kościół – albo uroczystym orzeczeniem, albo zwyczajnym i powszechnym nauczaniem – jako objawione przez Boga (Patrz: „Konstytucja dogmatyczna o wierze katolickiej”, Rozdział III, p. 34) .

    Od razu dodam, iż herezją może być negowanie bądź (pozytywne) powątpiewanie o prawdach i zasadach, o których Magisterium Kościoła w sposób nieomylny uczy w zakresie moralności. Na przykład, jeśli ktoś uważa, iż onanizm albo bezpośrednie zabijanie niewinnych nie są wewnętrznie złe, dopuszcza się w ten sposób co najmniej materialnej herezji. Na poparcie tego mego stwierdzenia mogę podać przykłady konkretnych wypowiedzi Magisterium Kościoła, w których pewne błędne wypowiedzi odnoszące się do postępowania na płaszczyźnie moralnej zostały zakwalifikowane jako właśnie „heretyckie”.

    I tak np. Sobór w Konstancji potępił następujący pogląd:

    „Każdy tyran może i powinien, w sposób dozwolony i słusznie, zostać zgładzony przez jakiegokolwiek swego wasala czy poddanego, także przy użyciu zasadzki, fałszywego pochlebstwa czy udawania miłości, bez względu na złożoną mu przysięgę albo zawarte z nim przymierze, bez czekania na wyrok czy polecenie jakiegokolwiek sądu” (Patrz: Sesja XVII, V, 2).

    Ojcowie tego soboru uzasadnili napiętnowanie owego poglądu, w taki oto sposób:

    Pragnąc przeciwstawić się temu błędowi i usunąć go z korzeniami, święty synod, po dojrzałym namyśle ogłasza, orzeka i ustala, że doktryna tego rodzaju jest błędna w wierze i z punktu widzenia obyczajów, odrzucają i potępia jako heretycką, gorszącą, wywołującą niepokój i otwierającą drogę dla fałszu, oszustwa, kłamstwa, zdrady i wiarołomstwa. Ponadto ogłasza, orzeka i określa, że ci, którzy z uporem podtrzymują tę najbardziej zgubną doktrynę, są heretykami i jako tacy powinni być karani według prawnych sankcji kanonicznych.” (Patrz: Sesja XVII, V, 3, podkreślenia moje – MS).

    Z kolei Sobór w Vienne tak wypowiedział się na temat tych, którzy broniliby uprawiania lichwy:

    (…) Jeśli ktoś popadłby w taki błąd, że śmiałby z uporem twierdzić, iż uprawianie lichwy nie jest grzechem, postanawiamy, że powinien być ukarany jako heretyk, przy czym zobowiązujemy stanowczo miejscowych ordynariuszy i inkwizytorów niegodziwości herezji, aby występowali przeciw oskarżonym lub podejrzanym o tego rodzaju błąd tak samo, jak nie wahają się występować przeciw oskarżonym lub podejrzanym o herezję.” (podkreślenie moje – MS).

    Kongregacja Nauki Wiary zaś w dokumencie o nazwie „Wyjaśnienie doktrynalne dotyczące końcowej części formuły <Wyznania wiary>” z dnia 29 czerwca 1998 roku prawdę nauczania katolickiego głoszącą, iż: „bezpośrednie i umyślne zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej jest niezwykle poważnym wykroczeniem moralnym” zaliczała do rzędu tych prawd, które:

    „(…) powinny być przez wszystkich wierzących przyjęte z wiarą teologalną. Dlatego gdyby ktoś uporczywie podawał je w wątpliwość lub odrzucał, podlegałby cenzurze herezji, zgodnie z odnośnymi kanonami Kodeksów kanonicznych”.

    Jeśli więc, Joe Biden na płaszczyźnie intelektualnej i rozumowej przyjmuje błędne tezy o braku wewnętrznego zła sodomii albo aborcji to oczywiście dopuszcza się on w ten sposób materialnej herezji. Materialna herezja nie jest jednak jeszcze w pełni tego słowa herezją. Herezją w sensie bardziej ścisłym jest dopiero „uporczywe” przyjmowanie heretyckich tez. A z taką sytuacją mamy do czynienia między innymi wtedy, gdy ktoś dobrze wie, że przyjmowany przez niego pogląd jest nie do pogodzenia z nieomylną częścią nauczania Kościoła. Sytuacja byłaby więc jasna i jednoznaczna, gdyby Joe Biden powiedział coś w stylu: „Tak wiem, iż aborcja oraz czyny homoseksualne są potępione przez nieomylne wypowiedzi Magisterium Kościoła, ale mimo to nie zgadzam się z tym nauczaniem„. Wtedy oczywiście mielibyśmy do czynienia z herezją formalną, a nie tylko materialną ze strony prezydenta-elekta USA. Jednakże, przynajmniej póki co, nie możemy całkowicie wykluczyć tego, iż prezydent Biden przyjmuje takie heretyckie tezy nie mając owej wiedzy. Oczywiście, naiwnością byłoby przypuszczać, że ów już wszak sędziwy mężczyzna w ogóle nie ma świadomości tego, iż przyjmowane przez niego opinie są w jakiś sposób sprzeczne z nauką Kościoła. Takie przypuszczenie można by może formułować względem 12-letniego chłopca, który uczęszcza do kościoła może raz na 2 miesiące, a nie wobec niemal 80-letniego mężczyzny, który co tydzień uczestniczy w niedzielnej Mszy świętej. Mimo to jednak Joe Biden może – w sposób szczery – uważać, iż kwestionowane przez niego nauczanie katolickie nie należy do tego typu doktryny, która jest nieomylna i którą należy przyjmować wiarą Boską i katolicką. W takim wypadku byłby on odpowiedzialny jedynie za przyjmowanie herezji materialnej, ale nie popadałby on jeszcze w herezję formalną. Inna sprawa, że jeśli tak miałoby być, to tym bardziej pasterze Kościoła powinni starać się wyprowadzić Joe Bidena z błędu, publicznie napominając go w tej kwestii oraz wzywając do porzucenia takich heretyckich opinii. W sytuacji, gdy nie jest to w sposób jasny czynione, a sam Biden otrzymuje Komunię świętą z rąk nawet i papieża Franciszka, polityk ten może być tym bardziej utwierdzany w swym ewentualnie błędnym przekonaniu o braku nieomylnego nauczania Kościoła w kwestiach wewnętrznego zła czynów homoseksualnych oraz aborcji.

    ***

    Joe Biden niekoniecznie jest zatem formalnym heretykiem. Jak już jednak wspomniałem, w przedsoborowej teologii i prawie kanonicznym istniała odrębna, acz zbliżona do heretyków kategoria osób „podejrzanych o herezję”. Ty mianem określano ochrzczonych katolików, którzy np. dawali na wychowanie swe dzieci w religii niekatolickiej, zawierali małżeństwo przed pastorem a nie księdzem czy też pomagali w szerzeniu herezji. Tytułem analogii prezydent-elekt Biden może być traktowany jako „podejrzany o herezję”, gdyż wytrwale przez wiele lat sprzyjał szerzeniu się herezji o braku wewnętrznego zła aktów sodomskich oraz zabijania niewinnych osób ludzkich poprzez chociażby swe głosowania czy fakt, iż będąc jeszcze wiceprezydentem udzielał on ślubu dwóm homoseksualistom. Poza tym, o ile nie można wykluczyć, że nie wie on o tym, iż nauczanie Kościoła w nieomylny sposób potępia aborcję oraz czyny homoseksualne, to podejrzenie to można równie dobrze odwrócić w drugą stronę. A mianowicie, nie można wykluczyć, że Joe Biden dobrze wie o tym, że wspierane przez niego nieprawości są napiętnowane w per se nieomylnej części doktryny katolickiej, jednak mimo to, postanawia je publicznie popierać oraz bronić.

    Na sam koniec dodam, iż mimo swej niepewności co do formalnej herezji, w jaką nowy prezydent USA miałby popaść, uważam za słuszny fakt odmówienia mu swego czasu udzielenia Komunii świętej przez jednego z katolickich duchownych. Nawet bowiem, gdyby przyjąć domniemanie, iż Joe Biden wspiera legalność aborcji i homoseksualizm z innych powodów niż przyjęcie przez siebie heretyckich opinii na ten temat to tak czy inaczej takie wsparcie jest obiektywnie rzecz biorąc materią grzechu ciężkiego. A osoby jawnie żyjące w zachowaniach będących obiektywnie materią ciężkiego zła powinny być wedle Prawa kanonicznego nie dopuszczane do Komunii świętej. Oczywiście, niestety nie mam złudzeń, że tego typu chwalebne zachowanie ze strony wspomnianego wyżej księdza będzie się częściej powtarzać.

    Mirosław Salwowski

  7. Czy kanibalizm może być (czasami) moralnie dozwolony?

    Możliwość komentowania Czy kanibalizm może być (czasami) moralnie dozwolony? została wyłączona

    Praktyka spożywania przez ludzi ciała i krwi innych osób ludzkich (czyli: kanibalizm) słusznie wzbudza w naszym kręgu cywilizacyjnym powszechną dezaprobatę oraz obrzydzenie. Nie trzeba chyba wielu wywodów, by uznawać coś takiego za moralnie niedopuszczalny sposób zaspokajania jednej z podstawowych potrzeb człowieka, jaką jest jedzenie i picie. Coś takiego – dla celów rytualnych i/albo jako część zwyczajnego sposobu odżywania się – było mniej lub bardziej szeroko akceptowane w wielu społecznościach pogańskich i słusznie między innymi z tego względu uznajemy je za dzikie oraz barbarzyńskie. Warto zresztą w tym miejscu dodać, że czynione przez pogańskie ludy Kanaanu biesiady podczas których spożywano ludzkie mięso oraz krew było jednym z powodów, dla których Stwórca uznał owe społeczności za godne kary i wytępienia je przez Żydów (patrz: Mdr 12, 3- 6).

    Uznanie obrzydliwości i zasadniczego moralnego zła praktyk kanibalistycznych nie rozwiązuje jednak jeszcze problemu etycznego, przed którym w pewnych sytuacjach ekstremalnych stawało również niestety wielu chrześcijan. A mianowicie, czy w okolicznościach, w których śmierć głodowa zdaje się być pewna lub przynajmniej bardzo prawdopodobna, a nie istnieje realna nadzieja na pozyskanie innego rodzaju pożywienia, jest moralnie dozwolone pożywić się ciałem zmarłych już wcześniej ludzi? Ktoś może powie teraz, iż roztrząsanie takich dylematów niczemu nie służy, ale wiemy przecież, że podobne sytuacje zdarzały się nieraz w historii (np. podczas wielkiego głodu na Ukrainie). Odpowiedź na to pytanie, nie tyczy się więc zupełnie abstrakcyjnych i niemogących wydarzyć się w rzeczywistości scenariuszy, dlatego w niniejszym artykule postaram się na nie odpowiedzieć.

    ***

    Zacznijmy od tego, iż pośród zasad moralnych objawionych i/lub wpisanych przez Boga w nasze serca istnieją dwa rodzaje reguł.

    Pierwsze, to takie, od których nie ma wyjątku nawet w ekstremalnych sytuacjach. Jedną z takich absolutnych reguł postępowania jest zakaz bezpośredniego oraz zamierzonego zabijania niewinnych ludzi. Nie mamy więc moralnego prawa zabijać niewinnych nawet dla osiągnięcia większego dobra (np. ocalenia znacznie większej ilości niewinnych ludzi od liczby tych osób, które miały być w tym celi zamordowane). Ta zasada, ma swe częściowe odniesienie do praktyk kanibalistycznych. Nie można bowiem zabijać niewinnych ludzi celowo, po to by spożyć ich ciała, nawet gdyby groziła nam śmierć głodowa. Tego rodzaju odpowiedź, nie wyczerpuje jednak całości możliwych ekstremalnych sytuacji związanych z kanibalizmem. Nie zawsze bowiem zjadanie ludzkiego mięsa przez innych ludzi było związane z celowych zabijaniem osób ludzkich. Czasami bowiem kanibalizm polegał na tym, iż jedni ludzi samoistnie umierali z głodu przed pozostającymi przy życiu, ale również głodującymi innymi osobami, które, ratując się w ten sposób przed śmiercią głodową, postanawiały posilić się ciałem tak zmarłych wcześniej ludzi.

    Wydającą się być poprawną odpowiedzią na zadane w artykule pytanie nasuwa więc nam wyjaśnienie charakteru drugiego rodzaju norm moralnych. A mianowicie tych zasad moralnych, które choć w zwyczajnym porządku rzeczy powinny być wiernie zachowywane, to nie mają one charakteru absolutnego, a więc nie znającego żadnych wyjątków. Przykładem norm moralnych, od których są pewne wyjątki, są chociażby posłuszeństwo rodzicom oraz praca w niedzielę. Z zasady jest Bożym przykazaniem, iż dziecko powinno być posłuszne poleceniom swego ojca oraz swej matki, jednak gdyby tata lub mama nakazali swemu dziecku np. kraść, kłamać albo prostytuować się, to powinno ono nie słuchać takiego rozkazu. Takie dziecko postąpiłoby wtedy zgodnie z przykładem i nauczaniem apostołów, którzy mówili: „Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi” (patrz: Dz 5, 29). Podobnie, pod rządami Nowego Przymierza niedziela spełnia podobną funkcję co w Starym Zakonie dla żydów był Szabat (czyli sobota) i zasadniczo nie należy w tym dniu wykonywać ciężkich prac. Gdyby jednak taka ciężka praca była w niedzielę konieczna lub bardzo potrzebna dla zachowania dobra innych ludzi, to byłoby moralnie dozwolone jej spełnienie. Taka postawa jest zgodna z duchem nauczania i postępowania naszego Pana Jezusa Chrystusa, który uzdrawiał w szabat oraz retorycznie pytał gorszących się na ten widok faryzeuszy: „(…) Czy wolno w szabat dobrze czynić, czy wolno źle czynić; życie ocalić czy zniszczyć?” (Łk 6, 9).

    Myślę, że sytuację jedzenia ludzkiego ciała po to by uchronić się od śmierci głodowej – wówczas, gdy nie wiąże się to z celowym zabijaniem innych ludzi – należy postrzegać właśnie przez pryzmat tego rodzaju zasad moralnych. A więc, o ile w zwyczajnym porządku rzeczy, wszelkie praktyki kanibalistyczne należy zdecydowanie potępiać, o tyle w sytuacjach naprawdę ekstremalnych, można je moralnie usprawiedliwiać (poza sytuacją polegającą na zabijaniu niewinnych ludzi w tymże celu).

    ***

    Choć nie wiem czy ten mój pogląd na ów problem ma poparcie tradycyjnej moralistyki katolickiej, gdyż nawet nie wiem, czy kwestia ta była omawiana przez teologów moralnych to mój zdrowy rozsądek, intuicja i wyczucie moralne od dawna podpowiadają mi właśnie tego rodzaju konkluzję. Dodam jeszcze tylko, że wydaje mi się, iż gdybym sam znalazł się w podobnie tragicznej sytuacji i przewidywał swą głodową śmierć, to nie miałbym nic przeciwko temu, by inni ludzie ratowali się przez zjedzenie mego ciała od tym podobnej śmierci, po tym, gdy ja już bym samoistnie dokończył swego ziemskiego żywota.

    Mirosław Salwowski

  8. Grzech w pracy aktora

    Możliwość komentowania Grzech w pracy aktora została wyłączona

    W jakim stopniu aktorzy w filmach są odpowiedzialni za grzechy, które są ukazywane w odgrywanych przez nich scenach? Zapewne wszyscy lub prawie wszyscy pobożni katolicy zgodziliby się z twierdzeniem, iż materią grzechu jest występowanie w filmach o charakterze jawnie pornograficznym, w których to na planie dochodzi do rzeczywistych aktów seksualnych polegających np. na penetracji genitalnej, oralnej czy analnej. Jednak prawdopodobnie niewielu pobożnych katolików byłoby skłonnych wysuwać podobną konstatację wobec aktorów grających przykładowo:
    a) w filmach w przychylny sposób przedstawiających pewne fałszywe doktryny i/lub niemoralne zachowania, nawet, gdy owe życzliwe prezentowanie tych rzeczy nie musi w sposób konieczny wiązać się z realistycznymi obrazami tych czy innych grzechów. Można np. wyobrazić sobie film pokazujący w sympatycznym świetle grzechy homoseksualne, jednak jednocześnie bez ukazywania scen stosunków seksualnych bądź innego typu czynności seksualnych dokonywanych pomiędzy osobami tej samej płci.
    b) w filmach, które niekoniecznie przedstawiają w życzliwy sposób różne niemoralne zachowania, ale które wymagają od zaangażowanych w nie aktorów rzeczywistego, a nie tylko symulowanego czy pozorowanego, wykonywania pewnych czynności o charakterze erotycznym, nieposuwających się jednak w swym natężeniu do aktów mających charakter stosunku seksualnego. Mam tu ma myśli np. pocałunki polegające na dotykaniu się wzajemnie językami (czyli tzw. francuskie pocałunki), głaskanie przez mężczyznę okolic kobiecych piersi, leżenie osób płci przeciwnej obok siebie w samej bieliźnie przy jednoczesnym dotykaniu się. Jak zaznaczyłem wcześniej, takie sceny mogą pojawiać się również w filmach, które niekoniecznie przedstawiają te czy inne grzechy w sympatyczny dla nich sposób. Mogą one znajdować się również w tych widowiskach, których ostateczna konkluzja zmierza do krytyki albo i nawet potępienia pokazywanych w ten sposób grzechów.

    W niniejszym artykule chciałem spróbować odpowiedzieć na powyższe pytania, mając na względzie to, iż wielu pobożnych oraz konserwatywnych katolików jest skłonnych bronić tego rodzaju zachowań aktorów w filmach, kierując się tym, iż w przemyśle filmowym funkcjonuje relatywnie niemało aktorów nieraz gorliwie przyznających się do wiary katolickiej, którzy jednak na swym koncie mają występy w tego typu filmach i scenach (np. Małgorzata Kożuchowska, Radosław Pazura, Michał „Misiek” Koterski, Maciej Musiał, Mel Gibson, Jim Cavialez). Wspomniani aktorzy są przez wiele środowisk katolickich postrzegani jako osoby mogące uczynić wiele dobra przez to, iż z racji swego zawodu i popularności docierają do milionów ludzi, co prawdopodobnie jest przyczyną tego, że głosy krytyczne w rodzaju poniższego mego artykułu nie chcą być ani wysłuchiwane, ani nawet brane pod uwagę. Rzeczywiste lub hipotetyczne dobro, jakie może stać się udziałem tego typu ludzi, nie może zwalniać nas od powinności krytycznego myślenia i trzeźwej oceny tego, czy aby na pewno wszystkie z podejmowanych przez nich zachowań zawodowych są moralnie dobre czy chociażby „moralnie obojętne”. Stąd też jest mój poniższy artykuł. Wyjaśniam jednocześnie, iż przy jego pisaniu w dużej mierze inspirowałem się tekstem pt. „Sin in the Movies”, który pochodzi z anglojęzycznego tradycjonalistycznie katolickiego bloga o nazwie „Unam Sanctam Catholicam”. Część ze sformułowań ujętych w tym mym artykule może być więc w związku z tym dosłownym lub prawie dosłownym powtórzeniem formuł zawartych w owym tekście, do którego link też podaję.

    ***

    Pierwszym argumentem, który należy usunąć z drogi, jest standardowa wymówka wysuwana w obronie aktorów, twierdząca, że ​​„oni tylko grają” i dlatego aktorzy w filmie nie ponoszą odpowiedzialności za wszystko, co odegrają. Coś takiego nie może być uznane za satysfakcjonującą odpowiedź, wszak doprowadzając jej logikę do ostatecznej konsekwencji, to taką samą wymówkę można by znaleźć dla aktorów w filmach pornograficznych. Oczywiście większość powiedziałby, że istnieje różnica między filmem porno a typami grzesznych zachowań przedstawionych w „zwyczajnych” filmach. To rodzi dobre pytanie – jaka jest różnica między faktycznymi stosunkami seksualnymi pokazanymi w filmie pornograficznym a czynnościami erotycznymi ukazywanymi w filmach, gdzie grają „szanowani”, przyznający się do wiary katolickiej aktorzy? Czy moralnie dozwolone jest, aby robili oni w tej sferze wszystko, co tylko nie będzie faktyczną penetracją seksualną?
    Ale zanim dojdziemy do odpowiedzi, warto wyodrębnić różne sposoby przedstawiania grzechu w filmie.

    ***

    Przede wszystkim mamy grzechy, które można niewinnie symulować, to znaczy grzechy, które można pozorować, ale bez ich faktycznego popełniania. Dzieje się tak, gdy aktor wydaje się robić w filmie coś grzesznego, co w rzeczywistości byłoby grzechem w prawdziwym życiu, ale co ze względu na sytuację, okoliczności, etc., nie jest faktycznie zachowaniem będącym materią grzechu. Przykładem może być napad na bank przedstawiany w filmach. Gdyby ktoś robił to, co jest symulowane w takich filmach w prawdziwym życiu, byłby to poważny grzech; jednak samo odegranie sceny napadu na bank nie jest grzechem. Powody tego są oczywiste: aktor tu bowiem nie okrada nikogo, ale odgrywa scenariusz, ponieważ ludzie, których „okrada„, nie są prawdziwymi pracownikami banku, ale innymi aktorami, którzy „w nim uczestniczą”, ponieważ pieniądze, które kradnie, nie są prawdziwymi pieniędzmi, ale fałszywkami, gdyż „bank” nie jest nawet często faktycznie bankiem, ale innego rodzaju budynkiem. Ponadto, w rzeczywistości naprawdę nic nie zostało skradzione, ponieważ wszystko wraca na swoje miejsce po zakończeniu sesji zdjęciowej. Reasumując tę część naszych rozważań: nie można powiedzieć, że aktor jest winny rzeczywistego napadu na bank. To samo można powiedzieć o scenach, w których ktoś zostaje „zabity” na ekranie – nikt tak naprawdę nie jest zabijany, ani nie ma w tym związku z jego złością lub nienawiścią. Tego rodzaju grzechy zatem jak kradzież, rabunek czy morderstwo można symulować bez faktycznego ich popełniania. Trudno zatem byłoby mówić, iż sam fakt odgrywania przez aktorów scen pokazujących takie nieprawości, czyniłaby ich winnymi rzeczywistego ich popełniania.

    ***

    Sam jednak fakt, iż można z powodzeniem przedstawiać na ekranie niektóre grzechy bez ich realnego popełniania, nie oznacza jeszcze, że moralnie dozwolone jest aktorowi granie w jakichkolwiek filmach to w taki sposób pokazujących. Jeśli bowiem dane widowisko co prawda nie wymaga od aktora rzeczywistego popełnienia aktu kradzieży, ale jednocześnie np. kontekst całego filmu wskazuje na uniewinnianie czy pochwalanie takiego występku, to nie należy brać udziału w takiej produkcji jako aktor. Wchodzi tu bowiem w grę zasada absolutnego unikania tzw. formalnej współpracy ze złem. Po prostu nigdy i nigdzie, choćby i dla zapobieżenia większemu złu czy osiągnięcia większego dobra nie mamy moralnego prawa bezpośrednio uczestniczyć np. w pochwalaniu czy zachęcaniu do tej, czy innej nieprawości. Przykładowo zatem, jeśli dany aktor ma propozycję zagrania roli abortera w filmie, którego treść i fabuła wskazywałyby na usprawiedliwianie procederu zabijania nienarodzonych dzieci choćby i tylko w wyjątkowych okolicznościach, to powinien on bezwzględnie odmówić przyjęcia takiej roli. I głupio taki aktor tłumaczyłby się – gdyby zaakceptował ową propozycję – że przecież na ekranie nie dokona żadnej aborcji, a poza tym trzeba odróżnić prawdziwe życie, w którym jest on przeciwnikiem tej zbrodni od filmów, w których bierze udział w ramach swej zawodowej pracy.

    ***

    Oprócz grzechów, które można niewinnie symulować, mamy inny rodzaj zachowań aktorskich: grzechy, których zasadniczo rzecz biorąc nie można symulować bez ich rzeczywistego popełnienia. Są to grzechy, które albo popełniasz, albo nie, i jeśli próbujesz je zagrać, w rzeczywistości popełniasz je. Jedynym sposobem, aby ich nie popełnić, jest nieodgrywanie ich.
    Najbardziej oczywistym tego przykładem są niektóre z przedstawień seksualnych. Nie piszę tutaj o aktach pornograficznych, o których wszyscy wiemy, że są złe, ale o innych erotycznych działaniach – na przykład leżenie razem i dotykanie się będąc odzianymi tylko w bieliznę, symulowanie aktów seksualnych, całowanie się polegające na wzajemnym dotykaniu językami, obmacywanie przez mężczyznę kobiecych piersi, itp. Aktor nie może dajmy na to „udawać”, że dokonał z aktorką tzw. francuskiego pocałunku, nie robiąc tego. Gdyby pocałował on ją w policzek lub symulował „francuski pocałunek” przybliżając jedynie swą twarz do jej twarzy, a resztę zasugerowałaby odpowiednia praca kamery, to byłoby to moralnie dozwolone. Ale jeśli rzeczywiście namiętnie się całują, to faktycznie robią to, co jednocześnie jest ich aktorską grą.

    ***

    Ktoś może jednak do powyższej uwagi wnieść obiekcję polegającą na tym, iż nie wszyscy aktorzy i nie wszystkie aktorki muszą odczuwać podniecenie seksualne nawet wówczas, gdy rzeczywiście dotykają się językami, obmacują swe rejony erogenne czy też leżą obok siebie w samej bieliźnie. Innymi słowy, niektórzy z aktorów i aktorek mogą być tak przyzwyczajeni do praktykowania podobnych form bliskości cielesnej, które dla większości ludzi prawdopodobnie oznaczałyby podniecenie genitalne.
    Co można odpowiedzieć na ten argument? Cóż, niektóre osoby wykonujące zawód prostytutki także mogą być na tyle przyzwyczajone lub w pewien sposób „zobojętniałe”, iż wykonywanie przez nie tych czy innych czynności seksualnych nie będzie dla nich osobiście wiązało się z odczuwaniem genitalnego podniecenia. Czy w takim wypadku powiemy zatem, iż męskie lub żeńskie prostytutki nie czynią czegoś obiektywnie występnego, gdyż nie odczuwają wówczas seksualnego podniecenia? Oczywiście, że nie, a to choćby dlatego, że jakby nie patrzeć specyfika dokonywanych przez te osoby czynności jest ukierunkowana na wzbudzanie w drugiej stronie seksualnego napięcia. Podobnie, nawet jeśli dajmy na to aktor nie odczuwa przy danych czynnościach erotycznych seksualnego napięcia to skąd ma on mieć pewność, że aktorka z którą to czyni, takiego podniecenia też nie przeżywa podczas odgrywania takiej sceny? Przeciwnie, jeśli już, to w najlepszym wypadku powinien on być co do tego bardzo niepewny.
    A nawet, gdyby przyjąć – wedle mnie – bardzo nierealistyczny scenariusz, wedle którego para aktorów nie odczuwałaby żadnego, ale to żadnego napięcia seksualnego w czasie kręcenia sceny przedstawiającej np. francuski pocałunek, to pozostałyby do rozważenia jeszcze dwa pytania: a) jak tego typu sceny wpływają na moralność zwłaszcza młodych widzów?; b) czy można założyć, że do niczego złego nie dojdzie po kręceniu takich scen?
    Jeśli na pytanie zawarte w punkcie „a” odpowiemy sobie, iż jest bardzo prawdopodobne, iż sceny realistycznie pokazujące francuskie pocałunki bądź obmacywanie przyczyniają do obniżania moralności zwłaszcza młodych widzów to mamy wtedy do czynienia z ich deprawowaniem, a to wszak na pewno nie jest dobrze.
    Jeśli zaś na pytanie zawarte w punkcie „b” odpowiemy, że jest prawdopodobne, iż nawet jeśli w momencie kręcenia danej sceny nie było się podnieconym seksualnie, to jednak np. wspomnienie jej nakręcania często doprowadzało do popełniania rzeczy nieczystych w późniejszym czasie, to mamy wówczas do czynienia z czymś, co w tradycyjnej teologii moralnej nazywa się bliską okazją do grzechu. A to też nie jest właściwa sytuacja.

    ***

    Warto wreszcie zastanowić się, co np. normalny mąż powiedziałby do swej żony, gdyby nakrył ją z innym mężczyzną w sytuacji typowej dla aktorów i aktorek wykonujących na planie filmowym różne czynności seksualne, oprócz samej tylko penetracji? Czy więc gniew tego męża ustąpiłby po tłumaczeniach żony o tym, że przecież zarabia ona w ten sposób pieniądze? Gdyby dał się w ten sposób przekonać do jej moralności, to słusznie uznalibyśmy go za degenerata gotowego kupczyć ciałem swej małżonki. Jest zatem strasznym zaślepieniem sytuacja, w której mężowie akceptują występowanie swych żon w tzw. scenach łóżkowych pod pretekstem, że przecież „taki mają zawód„.

    ***

    Wszystko powyższe jest ważnym argumentem na rzecz tezy, iż nieroztropna była z jednej strony rezygnacja z tradycyjnie chrześcijańskiego sceptycyzmu względem aktorskiego rzemiosła, z drugiej zaś strony niejednokrotnie ochocze i bezkrytyczne otwarcie się środowisk katolickich na „świadectwa wiary” ze strony znanych aktorów i aktorek. Nie popadając bowiem w przesadę, którą byłoby absolutne potępianie zawodu aktora, trzeba realistycznie zdawać sobie sprawę z poważnych i często występujących niebezpieczeństw związanych z tym zajęciem. Ochocze zaś wynajdywanie w środowisku aktorskim osób deklarujących swe przywiązanie do wiary katolickiej, by później je promować oraz nagłaśniać, poskutkowało tym, iż tym bardziej nie chciano brać pod uwagę tradycyjnie chrześcijańskiej ostrożności i przestróg w tym względzie. Jeszcze bowiem okazałoby się, iż wszystkie albo przynajmniej prawie wszystkie z przypadków aktorów i aktorek w ten sposób nagłaśnianych trzeba by poddać jednak bardziej krytycznej ocenie i refleksji. Stąd więc najprawdopodobniej nieliczne krytyczne głosy na ten temat ignoruje się lub próbuje przykryć powiedzonkami w rodzaju: „To jest ich zawód„; „Trzeba odróżnić aktorską grę od prawdziwego życia„, które jednak przy bliższej ich konfrontacji z zasadami moralności chrześcijańskiej okazują się być niezwykle słabymi i powierzchownymi.


    Mirosław Salwowski

  9. Czy moralnie dozwolone jest przyjmowanie szczepionek pochodzących z abortowanych płodów ludzkich?

    Możliwość komentowania Czy moralnie dozwolone jest przyjmowanie szczepionek pochodzących z abortowanych płodów ludzkich? została wyłączona

    W związku z pojawieniem się szczepionki firmy Pfizer mającej chronić przed zakażeniem się wirusem Covid-19 w niektórych kręgach katolickich pojawiło się pytanie o to, czy gdyby tego typu szczepionki była wyprodukowana między innymi z komórek pochodzących z niegdyś abortowanych płodów ludzkich, to byłoby moralnie dozwolone skorzystanie z takiego środka zapobiegawczego. Chociaż, z tego co czytałem, akurat szczepionki Pfizera ten problem dotyczy tylko w bardzo niewielkim stopniu, warto się mu przyjrzeć bliżej, gdyż niektóre z innych przygotowywanych przeciwko Covid-19 szczepionek mają być sporządzane w jeszcze silniejszym stopniu w oparciu o komórki pobrane z zabitych podczas aborcji dzieci. Ponadto, o ile się orientuje, również część ze szczepionek przeciwko innym chorobom, została w ten sposób sporządzona. Problem jest zatem ważny i aktualny.

    ***

    Zanim przejdę do bardziej szczegółowego omówienia zasygnalizowanego wyżej dylematu etycznego, nadmienię tylko, iż w bardziej konserwatywnych środowiskach katolickich pojawiły się dwie opinie na ów temat.

    Pierwsza z nich została zaprezentowana przez pięciu kardynałów i biskupów w podpisanym przez nich oświadczeniu z 12 grudnia 2020 roku, w którym to owi hierarchowie w sposób zdecydowany twierdzą, że byłoby moralnie niedopuszczalne przyjęcie takiej szczepionki. Owych pięciu kardynałów i biskupów to: kardynał Janis Pujats (metropolita senior archidiecezji ryskiej); arcybiskup Tomasz Peta (metropolita archidiecezji Najświętszej Maryi Panny w Astanie); arcybiskup Jan Paweł Lenga (biskup senior diecezji karagandyjskiej); biskup Joseph E. Strickland (ordynariusz diecezji Tyler z USA); biskup Athanasius Schneider (biskup pomocniczy archidiecezji Najświętszej Maryi Panny w Astanie). Ich stanowisko na ten temat zostało przetłumaczone na język polski i można je przeczytać na portalu PCh24.

    Druga z tych opinii została wyrażona przez dystrykt Bractwa św. Piusa X w USA i w sposób bardziej szczegółowy opisana przez ks. Arnauda Sélégny w artykule pod anglojęzycznym tytułem Is it Morally Permissible to Use the Covid-19 Vaccine?. Jako, że osobiście zgadzam się raczej z tym drugim stanowiskiem, moje poniższe rozważania będą w dużej swej części powtórzeniem (nierzadko w formie dosłownych lub prawie dosłownych przytoczeń) wywodów ks. Arnauda Sélégny. Gwoli precyzji dodam jednak, że niektóre ze szczegółowych rozważań tego duchownego w pewien sposób skorygowałem. Przykładowo, zrezygnowałem z rozróżnienia jakiego dokonał on na współpracę formalną oraz bezpośrednią, gdyż wedle mej znajomości katolickiej doktryny i teologii na ów temat, współpraca bezpośrednia zawiera się we współpracy formalnej.

    ***

    Zacznijmy od tego, iż obrońcy tezy o absolutnej niemoralności przyjmowania wskazanego wyżej rodzaju szczepionek mają rację twierdząc, że wedle nauki katolickiej dobry cel (np. ratowanie życia lub zdrowia) nie powinien być osiągany przez same w sobie złe środki. A jednym ze złych wewnętrznie środków jest z pewnością bezpośredni i zamierzony akt zabicia niewinnej osoby ludzkiej. Tradycyjne nauczanie katolickie na ów temat podsumował w encyklice „Evangelium vitae” papież Jan Paweł II:

    Dlatego mocą Chrystusowej władzy udzielonej Piotrowi i jego Następcom, w komunii z biskupami Kościoła Katolickiego, potwierdzam, że bezpośrednie i umyślne zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze aktem głęboko niemoralnym. Doktryna ta, oparta na owym niepisanym prawie, które każdy człowiek dzięki światłu rozumu znajduje we własnym sercu (por. Rz 2, 14-15), jest potwierdzona w Piśmie Świętym, przekazana przez Tradycję Kościoła oraz nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne.

    Świadoma i dobrowolna decyzja pozbawienia życia niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze złem z moralnego punktu widzenia i nigdy nie może być dozwolona ani jako cel, ani jako środek do dobrego celu. Jest to bowiem akt poważnego nieposłuszeństwa wobec prawa moralnego, co więcej, wobec samego Boga, jego twórcy i gwaranta; jest to akt sprzeczny z fundamentalnymi cnotami sprawiedliwości i miłości. Nic i nikt nie może dać prawa do zabicia niewinnej istoty ludzkiej, czy to jest embrion czy płód, dziecko czy dorosły, człowiek stary, nieuleczalnie chory czy umierający. Ponadto nikt nie może się domagać, aby popełniono ten akt zabójstwa wobec niego samego lub wobec innej osoby powierzonej jego pieczy, nie może też bezpośrednio ani pośrednio wyrazić na to zgody. Żadna władza nie ma prawa do tego zmuszać ani na to przyzwalać”.

    Pod względem prawa do życia każda niewinna istota ludzka jest absolutnie równa wszystkim innym. Ta równość stanowi podstawę wszelkich autentycznych relacji społecznych, które rzeczywiście zasługują na to miano tylko wówczas, gdy są oparte na prawdzie i na sprawiedliwości, uznając i broniąc każdego człowieka jako osoby, a nie jako rzeczy, którą można rozporządzać. Wobec normy moralnej, która zabrania bezpośredniego zabójstwa niewinnej istoty ludzkiej, nie ma dla nikogo żadnych przywilejów ani wyjątków. Nie ma żadnego znaczenia, czy ktoś jest władcą świata, czy ostatnim «nędzarzem» na tej ziemi: wobec wymogów moralnych jesteśmy wszyscy absolutnie równi” (tamże: n. 57, podkreślenia moje – MS).

    Nie mamy zatem moralnego prawa nigdy i nigdzie w bezpośredni sposób zabić choćby jedną niewinną osobę ludzką, nawet gdyby w ten sposób udało się uratować od śmierci wielu innych niewinnych ludzi. Przykładowo, na tzw. Dzikim Zachodzie zdarzały się sytuacje polegające na tym, że farmerzy wraz ze swymi rodzinami ukrywali się przed chcącymi ich zabić Indianami. W takich okolicznościach mogło się zdarzyć, iż niemowlę będące członkiem takiej ukrywającej się rodziny, swym głośnym płaczem narażałoby innych członków tej rodziny na bycie wykrytym przez żądnych krwi Indian. Czy więc ojciec rodziny, który widziałby owych Indian w pobliżu, słysząc, iż jego niemowlę zaczyna płakać, mógłby wziąć nóż i poderżnąć swemu najmłodszemu dziecięciu gardło, po to by te swym głośnym krzykiem nie zdradziło miejsca ich pobytu zagrażającym im nieprzyjaciołom? Mimo że na płaszczyźnie racjonalnej takie zachowanie wydawałoby się uzasadnione, gdyż ojciec rodziny w ten sposób próbowałby osiągnąć większe dobro poprzez ochronę życia pozostałych członków swej rodziny, obiektywnie rzecz biorąc, takie jego zachowanie nie byłoby moralnie dozwolone. Dobry cel, jakim byłoby uratowanie przed śmiercią kilku niewinnych osób, nie usprawiedliwiałby posłużenia się w tym celu aktem wewnętrznie złym, jakim byłoby bezpośrednie zadanie śmierci choćby jednemu niewinnemu człowiekowi.

    O ile jednak oczywiste jest, że bezpośrednie zabicie niewinnego nigdy nie jest moralnie dozwolone, o tyle równie jasną konkluzję stanowi stwierdzenie, iż przyjęcie szczepionki wyprodukowanej na bazie komórek pobranych z aborcji, nie jest bezpośrednim morderstwem niewinnego. Owszem, jest to w pewien sposób skorzystanie z faktu, iż ktoś kiedyś dokonał tego niecnego czynu, ale, tak czy inaczej, nie stanowi to ze strony przyjmującego szczepionkę czynu polegającego na bezpośrednim i zamierzonym zabiciu niewinnej istoty ludzkiej. W tym więc znaczeniu osoba przyjmująca taką szczepionkę nie łamie zasady „Dobry cel nie uświęca złych ze swej natury środków„.

    ***

    To, co trzeba więc rozważyć przy ocenie takiego zachowania, to kwestia, czy i w jakim stopniu przyjmujący szczepionkę współpracuje ze złem dokonanym niegdyś przez innego człowieka? Tradycyjna moralistyka katolicka podaje pewne niezbędne rozróżnienia próbujące odpowiedzieć na powyższe pytanie.

    Pomaganie grzesznikowi w popełnieniu grzechu nazywane jest „współpracą ze złem”, bez względu na rodzaj udzielonej pomocy. Aby taka współpraca zaistniała, działanie współpracownika musi mieć rzeczywisty wpływ na zły czyn poprzez pomoc udzieloną w jego wykonaniu.

    I tak mianem „współpracy formalnej”, nazywamy sytuację w której współpracownik dobrowolnie godzi się na grzech, w który jest zaangażowany. Tak więc, kto pomaga włamywaczowi, na przykład czuwając, aprobując ten grzech, formalnie współpracuje w kradzieży. Prawo cywilne będzie go również nazywać „wspólnikiem”. Innym rodzajem formalnej współpracy ze złem jest pochwalanie, nakazywanie, doradzanie tej czy innej nieprawości lub zachęcanie swego bliźniego do jej popełnienia. Przykładowo, osoby zachęcające przechodniów do odwiedzenia klubu ze striptizem dopuszczają się tego rodzaju współpracy. Podobnie, można by o czymś takim mówić w przypadku ludzi wywieszających na swych domach czy miejscach pracy symbole i emblematy walczącego o legalność zabijania nienarodzonych dzieci Strajku Kobiet. Jedną z form współpracy formalnej jest też pomoc bezpośrednia i „natychmiastowa”, gdy współpracownik dokonuje grzesznego czynu razem z grzesznikiem, na przykład kiedy pomaga złodziejowi zabrać łup i ukryć go. Dzieje się tak również w przypadku asystenta chirurga, który w bardziej bezpośredni sposób pomaga chirurgowi dokonać aborcji (np. wykonując częściowo tenże „zabieg”).

    Inny z rodzajów współpracy określa się mianem „pośredniego”. Polega on na tym, że współpracownik zapewnia to, co pomoże grzesznikowi – materialnie, konieczne działanie, środki – w popełnieniu grzechu lub co pozwoli mu łatwiej osiągnąć zły i występny cel. Ostatecznie, ta pośrednia współpraca może być mniej lub bardziej materialnie „bliska” lub „daleka”, w zależności od tego, czy udzielona pomoc ma większy lub mniejszy wpływ na popełniony grzech, czy też ma z nim mniej lub bardziej ścisły związek. Zatem sprzedanie bożka poganinowi, aby ten mógł oddawać mu cześć, to bliska materialna współpraca. Ale sprzedaż drewna, z którego zostanie zrobiony bożek, to daleka materialna współpraca ze złem bałwochwalstwa. Innymi przykładami pośredniej, jednakże przy tym bliskiej materialnej współpracy ze złem może być osoba trzymająca złodziejowi drabinę, taksówkarz podwożący męskich klientów do domu publicznego (zakładając wiedzę takiego kierowcy co do charakteru owego miejsca), kasjer sprzedający już podpitemu klientowi alkohol czy też pielęgniarka przygotowująca kobietę do przeprowadzenia aborcji (np. przez podawanie jej przed owym „zabiegiem” odpowiednich środków).

    ***

    Jakie są więc zasady moralnej odpowiedzialności w przypadku różnych form współpracy ze złem?
    Formalna współpraca jest zawsze niemoralna i zawsze zabroniona. Nie mamy moralnego prawa formalnie współpracować ze złem nie tylko wówczas, gdy w razie odmowy moglibyśmy stracić pracę, ale nawet wtedy, gdy wiązałoby się to z realnym niebezpieczeństwem poniesienia przez nas lub inne niewinne osoby śmierci. W odniesieniu do formalnej współpracy należy w sposób ścisły odnieść tradycyjnie katolickie zasady: „Lepiej umrzeć niż zgrzeszyć” oraz „Dobry cel nie uświęca złych środków„.
    O bezwzględnym moralnym obowiązku odmowy formalnej współpracy ze złem nauczał papież Jan Paweł II w punkcie numer 74 swej encykliki „Evangelium vitae”:

    Z moralnego punktu widzenia nigdy nie wolno formalnie współdziałać w czynieniu zła. Takie współdziałanie ma miejsce wówczas, gdy dokonany czyn — już to z samej swej natury, już to ze względu na określony kontekst kształtujących go okoliczności — ma charakter bezpośredniego uczestnictwa w działaniu przeciwko niewinnemu życiu ludzkiemu albo też wyraża poparcie dla niemoralnej intencji głównego sprawcy. Takiego współdziałania nie można nigdy usprawiedliwić ani powołując się na zasadę poszanowania wolności drugiego człowieka, ani też wykorzystując fakt, że prawo cywilne je przewiduje i nakazuje: za czyny dokonywane osobiście przez każdego istnieje bowiem odpowiedzialność moralna, od której nikt nie może się uchylić i z której będzie sądzony przez samego Boga (por. Rz 2, 6; 14, 12).

    Współpraca pośrednia może być moralnie dozwolona lub moralnie zakazana. W przypadku dużej części aktów bliskiej materialnej współpracy jest ona niedozwolona, ponieważ zasadniczo rzecz biorąc, należy unikać współpracy ze złem dokonywanym przez innych ludzi. Jednak ze względu na realną użyteczność lub poważną konieczność czasami można wymagać wykonania czynu, który, choć sam w sobie dobry, będzie pośrednią współpracą ze złym działaniem.

    Owa użyteczność lub konieczność może być tak nieodparta, że ​​wówczas osoba jest zwolniona z obowiązku unikania współpracy ze złem. W tym przypadku mówi się, że istnieje „proporcjonalnie poważny powód” uzasadniający dozwoloną współpracę.

    Weźmy ogólny przykład, rozważając różne możliwe czynniki związane z aborcją:


    a) Bliski współpracownik pośredniczący: asystent, który pomaga lekarzowi przekazując mu instrumenty.
    b) Mniej bliski współpracownik pośredniczący: pielęgniarka, która przygotowuje kobietę do operacji.
    c) Jeszcze mniej bliski współpracownik pośredniczący: ten, który czuwa nad prawidłowym funkcjonowaniem sali operacyjnej.
    d) Dalsza współpraca: ten, kto sterylizuje niezbędne instrumenty.
    e) Współpracownik daleki materialnie: laboratorium, które dostarcza środki znieczulające i rozszerzacze lub producent narzędzi chirurgicznych w tych przypadkach, gdy dostarczony materiał mógłby zostać wykorzystany do innych operacji niż aborcja.
    f) Bardzo daleki współpracownik: firma dostarczająca te produkty.

    Na każdym etapie materialnej współpracy „bliskość” w stosunku do popełnionego grzechu jest bardzo zmienna. Czy mamy powiedzieć, że każdy z tych współpracowników materialnych jest absolutnie zobowiązany do powstrzymania się od współpracy? Bez względu na koszty?

    Teologia moralna odpowiada: Nie. Wpływ współpracy na zły czyn jest tak słaby – na przykład dla sanitariusza, który sprząta salę operacyjną – że wystarczy taki powód, jak utrzymanie pracy, aby ją kontynuować.

    Z drugiej strony, im silniejszy na dokonanie danego zła jest wywierany wpływ, tym poważniejszy musi być powód do podjęcia współpracy. A kiedy stopień bliskości takiej kooperacji jest zbyt duży, żaden powód nie może jej usprawiedliwić. Trzeba odmówić podjęcia (lub kontynuacji) współpracy, nawet jeśli oznacza to konieczność znalezienia innej pracy.
    ***
    Przejdźmy teraz do próby zastosowania powyżej zarysowanych rozróżnień i zasad do sytuacji z jednej strony osób zaangażowanych w przygotowanie szczepionek na bazie komórek pochodzących z aborcji, z drugiej zaś osób przyjmujących do swego organizmu takie szczepionki.

    Ktokolwiek produkuje lub sprzedaje takie szczepionki, współpracuje z grzechem aborcji w sposób, który, chociaż nie można go nazwać bliskim, może być postrzegany jako niemoralny. Wina jest jednak różna w zależności od konkretnej roli osoby zaangażowanej w ten proceder.

    Ktokolwiek prowadzi firmę farmaceutyczną, która czerpie zyski z aborcji w przeszłości, ponosi większą odpowiedzialność. Po pierwsze dlatego, że mógł zdecydować, że nie zrobi tej szczepionki; po drugie, ponieważ powinien zaprzestać używania danych linii komórkowych i wybrać inne, które nie stanowią problemu moralnego, nawet jeśli rozwiązanie to miałoby swe inne wady.

    Badacz naukowy, który wybiera linie komórkowe pochodzące z zabijania nienarodzonych dzieci, znajduje się w podobnej sytuacji. Jednakże już kierowca ciężarówki dostarczający szczepionkę, współpracuje tylko w materialnie daleki sposób, więc takie działanie jest dla niego moralnie dozwolone.
    Lekarz, który szczepi pacjenta, albo pacjent, który jest szczepiony, dopuszczają się dalekiej materialnej współpracy, gdyż przez takie akty zachęca się i promuje grzech aborcji co najwyżej w bardzo odległy i bardzo nieznaczny sposób. Z ważnych powodów zdrowotnych taki rodzaj współpracy może być zatem moralnie dozwolony. Przykładowo, młoda kobieta, która ma wyjść za mąż, może więc otrzymać szczepionkę przeciw różyczce, chociaż taka szczepionka prawie zawsze jest przygotowywana na komórkach płodowych uzyskanych w wyniku aborcji. Powodem uzasadniającym przyjęcie owej szczepionki jest zagrożenie dla dziecka: jeśli kobieta zachoruje na różyczkę w czasie ciąży, zwłaszcza w pierwszym trymestrze ciąży, ryzyko wad wrodzonych – oczu, słuchu czy serca – jest znaczne. Istnieje zatem wtedy ważny, proporcjonalny powód do podjęcia dalekiej materialnej współpracy z dokonanym niegdyś grzechem aborcji.

    Jeśli jednak istnieje szczepionka pochodząca z komórek niepoddanych aborcji i jest dostępna, należy ją zastosować. Ponieważ niektóre z proponowanych szczepionek nie zostały przygotowane w niemoralny sposób, z tego punktu widzenia ich stosowanie nie stanowi moralnego problemu. Dlatego powinny być preferowane nad innymi.
    ***
    Należy też zauważyć, że oprócz przypadku omawianego rodzaju szczepionek, współdziałanie ze złem występuje w wielu analogicznych sytuacjach, które należy oceniać i rozeznawać w świetle podanych wyżej zasad moralnych. A zatem:

    a) Czy powinniśmy przestać płacić podatki, ponieważ część pieniędzy jest wykorzystywana na zwrot kosztów aborcji lub in vitro?

    b) Czy powinniśmy kupować u aptekarzy, którzy sprzedają takie bezpośrednio służące wykonywaniu pewnych niemoralnych czynów produkty jak: środki poronne, prezerwatywy, środki antykoncepcyjne?

    c) Czy powinniśmy zgodzić się na pójście do domu towarowego lub księgarni, która sprzedaje złe książki i czasopisma?

    d) Czy kasjer powinien odmówić odbioru płatności od klienta, który kupuje płytę DVD z filmem promującym te czy inne niegodziwości?

    Oczywiście lista tym podobnych dylematów moralnych związanych z różnymi rodzajami i poziomami współpracy ze złem mogłaby być jeszcze bardzo długa.

    Ostatni przykład zostanie wzięty z Nowego Testamentu: czy dozwolone jest spożywanie bałwanów, to znaczy mięsa składanego w ofierze bożkom (patrz: 1 Kor 8: 1)?

    Aby właściwie umiejscowić to pytanie, należy wiedzieć, że całe mięso spożywane w starożytnym Rzymie bądź Grecji w sposób konieczny przechodziło przez pogańskie świątynie. Innymi słowy, ludzie mieszkający w tychże krajach aby jeść mięso, często musieli spożywać je po uprzednim poświęceniu takowego pogańskim bóstwom. Dodajmy, że grzech bałwochwalstwa jest jednym z najpoważniejszych i na płaszczyźnie obiektywnej większym niż nieprawość polegająca choćby i na bezpośrednim zabijaniu niewinnych ludzi. Czczenie fałszywych bogów sprzeciwia się bowiem wprost wierze i czci należnej jedynemu prawdziwemu Bogu.

    Św. Paweł Apostoł odpowiada na ten dylemat w taki sposób, że ​​spożywanie owego mięsa jest moralnie dozwolone, o ile nie gorszy innych bliźnich. Oznacza to, że ktokolwiek spożywa to mięso ofiarowane pogańskim bóstwom, nie uczestniczy w grzechu bałwochwalstwa. W przeciwnym razie Apostoł ten nie mógłby odpowiedzieć w taki sposób.

    Podobnie, w popełnionym grzechu aborcji nie uczestniczy każdy, kto znajduje się w sytuacji dalekiej współpracy materialnej przy stosowaniu szczepionki, której produkcja odbyła by się przy wykorzystaniu linii komórkowych pochodzących z aborcji. Jednak, jak już zostało powiedziane, należy w miarę możliwości unikać współpracy ze złem, nawet materialnej, a jeśli jest wybór, przyjmować szczepionkę, z którą nie wiążą się tym podobne dylematy etyczne.

    ***

    Na sam koniec dodam, iż stanowisko dystryktu Bractwa św. Piusa X w USA jest zgodne z aktualnym Magisterium Kościoła w tej kwestii wyrażonym przez Kongregację Nauki Wiary w instrukcji „Dignitas personae” z dnia 12 grudnia 2008 roku, w której co prawda – słusznie – poddaje się ostrej naganie sam pomysł tworzenia szczepionek na podstawie linii komórkowych uzyskanych z aborcji, jednak w odniesieniu do pacjentów przyjmujących owe szczepionki formuję się następującą ocenę:

    „Naturalnie w ramach tych ogólnych założeń istnieje zróżnicowana odpowiedzialność, i ważne racje mogłyby po części usprawiedliwić moralnie wykorzystanie rzeczonego „materiału biologicznego”. Tak więc na przykład zagrożenie życia dziecka może upoważnić rodziców do zastosowania szczepionki wyprodukowanej przy użyciu linii komórkowych niegodziwego pochodzenia, nie mniej jednak pozostaje obowiązek wszystkich by wyrazić swój sprzeciw i zażądać od osób odpowiedzialnych za systemy opieki zdrowotnej, by dostępne były inne rodzaje szczepionek. Z drugiej strony należy pamiętać, że w firmach wykorzystujących linie komórkowe niegodziwego pochodzenia nie jest taka sama odpowiedzialność tych, którzy decydują o kierunkach produkcji, i tych którzy nie mają żadnej władzy decyzyjnej” (tamże: n. 35).

    Tak też, paradoksalnie rzecz biorąc, chociaż Bractwo św. Piusa X znajduje się jako całość w jeszcze mocno nieuregulowanej sytuacji kanonicznej, a z drugiej strony 4 na 5 sygnatariuszy oświadczenia sugerującego absolutną niemoralność stosowania wyżej wspominanych szczepionek nie znajduje się pod żadnymi karami kościelnymi (wyjątek stanowi wśród nich abp Lenga), to w tej konkretnej sprawie to akurat Bractwo św. Piusa X wyraża stanowisko zgodne z Magisterium Kościoła.

    Mirosław Salwowski

  10. Czy „marsze równości” mogą komuś „ukraść” męża?

    Możliwość komentowania Czy „marsze równości” mogą komuś „ukraść” męża? została wyłączona

    Nie tak dawno, na jednej z platform streamingowych oglądałem debatę pomiędzy posłem Krzysztofem Śmiszkiem a Kają Godek na temat projektu ustawy zakazującego marszów LGBT. Pośród różnych wypowiedzi padających w tymże programie moją uwagę przykuło jedno raczej retoryczne pytanie ze strony posła Śmiszka do pani Godek. Otóż polityk ten w pewnym momencie zapytał panią Kaję: „Czy naprawdę wierzy Pani, że marsz równości może ukraść Pani męża?” (cytat z mej strony co prawda niedosłowny, ale oddający istotę tego pytania – przyp. moje MS). Nie trzeba być zbyt inteligentnym i dociekliwym, by domyślać się sposobu myślenia ukrytego w tym retorycznym zapytaniu. Pan poseł Śmiszek prawdopodobnie chciał w nim wyrazić przekonanie, że jeśli ktoś znajduje się już w heteroseksualnym małżeństwie to żadne demonstracje pro-LGBT nie zachęcą go do porzucenia swej rodziny i praktykowania czynów homoseksualnych. W niniejszym artykule chciałbym wskazać na to, iż taki – domyślnie negowany przez pana Śmiszka – scenariusz, wcale nie wydaje się abstrakcyjnym.

    ***

    Otóż, wyobraźmy sobie mężczyznę, który miał silniejsze bądź słabsze tendencje homoseksualne, ale pomimo żywienia takowych postanowił w pewnym momencie swego życia zawrzeć normalny, tradycyjny związek małżeński z kobietą. Sam fakt, iż miałby on takie skłonności, nie musiałby czynić jego małżeństwa nieszczęśliwym. Owszem, konieczność walki z pojawiającymi się od czasu do czasu myślami i pokusami o charakterze homoseksualnym, byłaby dla takiego człowieka pewnym problemem, ale przecież samo istnienie w naszym życiu problemów i kłopotów nie czyni go od razu nieszczęśliwym. Posiadanie dzieci, realizacja swego ojcowskiego powołania, bliskość drugiej osoby choćby i w postaci otaczającej go ciepłem oraz opieką kobiety mogłaby czynić życie tego mężczyzny całkiem szczęśliwym. Taki mężczyzna, mimo swych tendencji homoseksualnych mógłby prowadzić całkiem normalne, spokojne oraz ustabilizowane życie rodzinne i małżeńskie, pozostawiając na poboczu swe nieuporządkowane ciągoty. Taki człowiek być może nigdy nie angażowałby się w homoseksualne pożycie, nie stykał się z gejowską pornografią oraz nie chodził do miejsc sodomskich schadzek. W ramach kultury i porządku prawnego, które zwalczałyby aktywność homoseksualną taki scenariusz wcale nie wydaje się nierealistyczny.

    Oczywiście, zawsze zdarzali by się homoseksualni mężczyźni, którzy zdradzaliby swe żony z innymi mężczyznami, jednak można mieć nadzieję, iż niechętna aktom sodomii kultura oraz prawo w znacznym stopniu ograniczałaby występowanie takich godnych pożałowania występków.

    Rzecz jasna zdaję sobie sprawę z tego, iż nakreślony przeze mnie wyżej scenariusz dla zwolenników ruchu LGBT jest wizją uciśnionych przez „homofobiczną” kulturę oraz prawo mężczyzn i kobiet, którzy dali się „psychologicznie sterroryzować” nie podążając za swymi prawdziwymi pragnieniami. Cóż, nie chcę w poniższym artykule rozwlekać tego wątku, ale w tym miejscu wskażę tylko, że nie każde pragnienie jest godne realizacji i nieraz po prostu trzeba takowe pragnienia w sobie tłamsić, czego przykładem są choćby ludzie z tendencjami do pijaństwa, sadyzmu, okrucieństwa, zoofilii, pedofilii czy nekrofilii.

    ***

    Wyobraźmy sobie teraz sytuację takiego homoseksualnego mężczyzny w ramach społeczeństwa, którego kultura i prawo są przychylne aktom sodomii z jednej strony, a niechętne „homofobii” z drugiej. O ile, „homofobiczna” kultura i prawo zachęcały takiego mężczyznę do ujarzmiania swych nieuporządkowanych tendencji oraz trwania w normalnym i tradycyjnym małżeństwie, o tyle sytuacja odwrotna, niemal na co dzień będzie zachęcała go do ulegania tym skłonnościom. Człowiek taki będzie bowiem często słyszał o tym, że aktywność homoseksualna jest całkowicie normalna oraz pożądana (za to krytyka takowej nie jest normalna), w łatwy sposób może on wtedy też umówić się na sodomski seks oraz mieć dostęp do gejowskiej pornografii. W ostatecznym więc rozrachunku, takiemu homoseksualnemu mężczyźnie o wiele trudniej będzie być wiernym swej żonie i ryzyko, że w pewnym momencie porzuci on swą rodzinę na rzecz gejowskiego stylu życia, znacznie wzrośnie.

    ***

    Odpowiadając za tym na retoryczne pytanie pana Krzysztofa Śmiszka: tak, przysłowiowy „marsz równości” może ukraść niejednej kobiecie męża i niejednemu mężczyźnie żonę. Między innymi z tego względu, potrzebne są różne prawa, które – w zależności od okoliczności danego miejsca i czasu – będą albo ograniczały aktywność homoseksualną oraz jej propagowanie, albo też będą jej zakazywały.

    Mirosław Salwowski