Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: Brawario

  1. O różnicy pomiędzy bezpośrednim a pośrednim zabiciem niewinnego

    Możliwość komentowania O różnicy pomiędzy bezpośrednim a pośrednim zabiciem niewinnego została wyłączona

    Tradycyjne katolickie nauczanie (potwierdzone również przez Jana Pawła II) na temat absolutnego zakazu aborcji jest z pewnością bardzo trudne do zaakceptowania. Jego logiczną konkluzję stanowi bowiem stwierdzenie, iż nawet w celu ratowania życia matki nie ma się moralnego prawa w bezpośredni sposób dokonać aborcji. Tę konkluzję jasno zresztą wyraził papież Pius XII w przemówieniu do uczestników kongresu „Katolickiej Włoskiej Unii Położnych”, który odbył się 29 października 1951 roku:

    Oprócz tego każdy ludzki byt, także dziecko w macierzyńskim łonie, ma prawo do życia <<bezpośrednio>> od Boga, nie od rodziców, ani też od jakiegokolwiek społeczeństwa lub ludzkiej władzy. Tak więc nie ma żadnego człowieka, żadnej ludzkiej władzy, żadnej wiedzy, żadnego medycznego, eugenicznego, społecznego, ekonomicznego, moralnego <<wskazania>>, które mogłoby przedłożyć lub dać ważny tytuł prawny dla <<bezpośredniej>> postanowionej dyspozycji nad niewinnym życiem ludzkim, tzn. dyspozycję, która dążyłaby do jego zniszczenia zarówno jako cel, bądź jako środek do innego celu, samego z siebie być może w żaden sposób nie niewłaściwego. W ten sposób, np. uratować życie matki jest najszlachetniejszym celem; lecz bezpośrednie zabicie dziecka jako cel do tego środka nie jest dozwolone ( Patrz: AAS 43/1951/838. Cytat za: O. Henryk Ćmiel OSPPE, „Teologia moralna szczegółowa. Podręcznik dla studentów teologii”, Częstochowa 2013, s. 736 -737).

    Uroczyste i nieomylne potępienie wszelakiej bezpośredniej aborcji ogłosił zaś Jan Paweł II w encyklice „Evangelium Vitae”:

    „mocą władzy, którą Chrystus udzielił Piotrowi i jego Następcom, w komunii z Biskupami — którzy wielokrotnie potępili przerywanie ciąży, zaś w ramach wspomnianej wcześniej konsultacji wyrazili jednomyślnie — choć byli rozproszeni po świecie — aprobatę dla tej doktryny — oświadczam, że bezpośrednie przerwanie ciąży, to znaczy zamierzone jako cel czy jako środek, jest zawsze poważnym nieładem moralnym, gdyż jest dobrowolnym zabójstwem niewinnej istoty ludzkiej. Doktryna ta, oparta na prawie naturalnym i na słowie Bożym spisanym, jest przekazana przez Tradycję Kościoła i nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne. Żadna okoliczność, żaden cel, żadne prawo na świecie nigdy nie będą mogły uczynić godziwym aktu, który sam w sobie jest niegodziwy, ponieważ sprzeciwia się Prawu Bożemu, zapisanemu w sercu każdego człowieka, poznawalnemu przez sam rozum i głoszonemu przez Kościół” (tamże, n. 62).

    Wielu współczesnych katolików, najprawdopodobniej po to, aby ominąć katolicką doktrynę na ten temat powołuje się na regułę podwójnego skutku (nauczaną przez teologów moralnych). Mówiąc w skrócie: reguła ta zakłada, iż jeśli pośrednim efektem jakiegoś dobrego lub neutralnie moralnego działania będzie coś złego, to dla odpowiednio słusznych przyczyn można coś takiego uczynić. Oczywiście, zasada podwójnego skutku nie aprobuje popełniania czynów wewnętrznie złych w celu osiągania dobrych rezultatów, jedynie katolicy którzy powołują się na nią w kontekście ratowania życia ciężarnej matki przez często swój brak precyzji sprawiają wrażenie, jakoby w tej zasadzie właśnie o to chodziło. Innymi słowy, sprawiają oni wrażenie, jakoby zasada podwójnego skutku poprzez odpowiednio dobre intencje i dobre cele przemieniała coś, co normalnie zaliczylibyśmy do „bezpośredniej aborcji” w zaledwie „pośrednią aborcję”. Tak jednak nie jest, co spróbuję poniżej wytłumaczyć na dwóch praktycznych przykładach.

    Ratowanie życia ciężarnej matki poprzez wzięcie szczypców i wyrywanie zeń kawałek po kawałku znajdującego się w jej organizmie ciała nienarodzonego dziecięcia, nie jest żadnym zastosowaniem zasady „podwójnego skutku”, ale stanowi akt zamierzonego i bezpośredniego zabicia nienarodzonego dziecięcia. Jest to działanie wewnętrznie złe, do którego nie ma się nigdy moralnego prawa, chociaż można domniemywać łagodniejszą odpowiedzialność moralną za jego popełnienie, gdyż cel jest dobry (aczkolwiek środek do tego celu niegodziwy) i intencje są dobre, a okoliczności ekstremalne. Zgodne z zasadą „podwójnego skutku” jest z kolei np. usunięcie nowotworowego guza z organizmu ciężarnej kobiety, nawet jeśli jego przewidywanym skutkiem może być/lub będzie śmierć nienarodzonego dziecięcia. Takie działanie nie jest bowiem aktem zamierzonego i bezpośredniego zabicia dziecka w celu ratowania matki, gdyż jego specyfika polega na czymś zupełnie innym. Tu celem „ataku” nie jest niewinne dziecię, które ma być zamordowane po to by ktoś inny miał żyć – tu celem „ataku” jest guz nowotworowy, a ubocznym skutkiem jego likwidacji może być/będzie śmierć niewinnego.

    Można to porównać do sytuacji, w której żołnierze/policjanci strzelają do terrorystów przetrzymujących zakładników. Nawet jeśli jest duże prawdopodobieństwo czy pewność, że w wyniku takiego strzelania na 100 zakładników od zbłąkanych kul zginie 1 czy 2 zakładników to strzelanie do terrorystów będzie tu nadal zgodne z zasadą podwójnego skutku. Ale już np. bezpośrednie zastrzelenie dajmy na to niewinnego dziecka (np. przez zamierzony z góry strzał w jego głowę czy serce), po to by można było ocalić od śmierci 100 innych niewinnych dzieci, nie będzie żadnym działaniem zgodnym z zasadą „podwójnego skutku”, ale będzie działaniem wewnętrznie złym. Owszem będzie to działanie w pewnym sensie zrozumiałe, co do którego można będzie przyjąć domniemanie łagodniejszej odpowiedzialności moralnej. Niemniej jednak nie będzie to działanie, do którego ma się kiedykolwiek moralne prawo.

    Mirosław Salwowski

    Przeczytaj też:

    Na czym polega reguła podwójnego skutku?

    Czy jest dopuszczalne usunięcie ciąży pozamacicznej?

    Czy dozwolona jest aborcja w sytuacji zagrożenia życia matki?

  2. Św. Cezary z Arles: „Zło pijaństwa jest bardzo wielkie i Bogu obrzydłe”

    Leave a Comment

    Bracia najdrożsi! Chociaż z miłosierdzia Chrystusa ufam, że boicie się zła pijaństwa jak otchłani piekielnej i nie tylko sami nie chcecie się więcej upijać, ale i innych nie namawiacie, ani nie zmuszacie, by przyjmowali więcej niż wypada, to to jednak, ponieważ nie można postąpić inaczej, skoro są niektórzy zaniedbujący to, którzy nie chcą być trzeźwi, dlatego wy, którzy zawsze urządzacie trzeźwe przyjęcia, nie bierzcie tego do siebie, ponieważ na biskupach ciąży obowiązek karcenia pijaków.

    Zło pijaństwa, bracia najdrożsi, jest zbyt ciężkie a Bogu obrzydłe i tak po całym świecie się rozszerzyło i u tak wielu weszło w zwyczaj, że przez tych co nie chcą uznać Bożych przykazań już nie jest uważane za grzech i do tego stopnia, że na ucztach swoich wyśmiewają tych, co mniej mogą pić i mocą wrogiej przyjaźni nie wstydzą się zaklinać ludzi, aby pili więcej niż wypada. Ten mniejsze zło popełnia, kto drugiego mieczem rani, niż ten, kto zmusza drugiego, aby pił więcej niż uchodzi, ponieważ przez opilstwo zabija jego duszę. 

    A ponieważ nasze ciała są ziemskie, więc podobnie jak deszcz obfitszy i dłuższy, niż go potrzeba, tak ziemię nawadnia i w błoto zamienia, że na niej żadna uprawa nie jest możliwa, tak i nasze ciało przez pijaństwo  nie może przyjąć duchowej kultury, ani nie może wydać spodziewanych owoców potrzebnych dla duszy. A więc, jak  wszyscy ludzie z upragnieniem wyglądają potrzebnego i wystarczającego deszczu dla swoich pól, aby modli je pielęgnować i cieszyć się z obfitości plonów rolnych, tak i na roli naszego ciała tylko tyle powinni ludzie pić, ile wypada, aby przez zbyt obfite picie ta rola ciała nie zamieniła się jakby w bagnisko, i raczej robaki i węże wad mogła rodzić, niż wydawać owoce dobrych uczynków. Wszyscy pijacy wyglądają jak jakieś bagna. Co bowiem rodzi się na bagnach, to dobrze kochanie wiecie. Wszystko co się tam rodzi, jak wiemy, żadnego pożytecznego owocu nie przynosi. Rodzą się tam węże i pijawki, rodzą się żaby i różnego rodzaje robaków, które raczej wstręt budzić mogą niż przynosić coś nadającego się do spożycia. Nawet drzewa i zioła, które na bagnach rosną albo nad jego brzegami zwykły wyrastać, żadnego pożytku nie przynoszą prócz tego tylko, że corocznie się je spala na ogniskach. Patrzcie! Co z pijaństwa się rodzi, to na ogień jest przeznaczone. 

     Tacy są, jak już powiedziałem, wszyscy pijacy, których obiady przeciągają się aż w późną noc, których wieczerze oglądają ranne słońce, którzy stać nie potrafią nawet, gdy wydaje się że poszczą, których zmysły są otępiałe, ociężałe i w jakimś sensie już obumarłe. Wreszcie często w upojeniu nawet samych siebie nie poznają, ani innych, nie mogą ani chodzić, ani stać, ani nie są w stanie niczego rozsądnego powiedzieć ani usłyszeć. Często nawet, aż do wymiotów nie wstydzą się upijać i piją bez miary. Przynosi się im coraz większe kubki. Rywalizacja jest bez wątpienia prawem picia. Kto w piciu potrafi innych pokonać, ten otrzymuje pochwałę w grzechu. Stąd rodzą się kłótnie i spory, później kończyny wiją się skręcają w różnych i strasznych tańcach, dalej popełnia się cudzołóstwa a nieraz zabójstwa. Ilekroć piją za dużo, jakby paraliżem tknięci, nie mogą chodzić o własnych nogach, pozwalają się wnosić na rękach w upokarzający sposób do łóżek. W ich oczach ciemność, w głowie szał i okropny ból, a na twarzy wypieki, wszystkie członki drżą, a w duszy i umyśle otępienie. (…).

     

    Bracia najdrożsi! Ludzie dlatego się upijają z taką łatwością, bo uważają, że pijaństwo jest małym grzechem, albo w ogóle nim nie jest. Ale za tę niewiedzę najbardziej kapłani zdadzą sprawę w dzień sądu, jeżeli zaniedbują głoszenia kazań powierzonemu sobie ludowi o tym, jakie i jak wielkie jest zło wypływające z pijaństwa. Kto więc uważa, że pijaństwo jest małym grzechem, jeżeli się nie poprawi i nie będzie czynił pokuty za swe pijaństwo, nie minie go wieczna kara. Dręczyć go będzie kara bez ulgi razem z cudzołożnikami i zabójcami, zgodnie z tym, co dobrze wiecie, jak Apostoł głosił: << Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani lubieżnicy, ani mężczyźni współżyjący ze sobą, ani chciwcy, ani cudzołożnicy, ani  pijacy nie odziedziczą Królestwa Bożego>> ( 1 Koryntian 6: 9 – 10). Patrzcie, że pijaków zrównał Apostoł z rozpustnikami, bałwochwalcami, homoseksualistami i cudzołożnikami. Powiedział również: << Nie upijajcie się winem, bo to jest przyczyną rozwiązłości >> (Efezjan 5: 18). Dlatego też niech  każdy  sobie określi i rozważy, czy pijaństwo jest grzechem ciężkim, a wówczas pijaństwo, nigdy nie będzie mogło go pokonać albo z trudnością (…).

    Pijaństwo, jak studnia prowadząca do piekła, wszystkich gubi, jeżeli nie następuje godna pokuta, a po niej poprawa, tak mocno ich trzyma w sobie, że nie pozwala im zupełnie wydostać się z ciemności studni piekielnej na światło czystości i trzeźwości„.

    Cytat za: Św. Cezary z Arles, “Kazania do ludu (1-80)”, Kraków 2011, ss. 269 – 270; 272 – 273; 277.

     

  3. Czy Ojcowie i Święci Kościoła mogli się mylić?

    Leave a Comment

    Częstym argumentem, jaki pojawia się przy okazji poruszania różnych kontrowersyjnych wypowiedzi Ojców i Świętych Kościoła jest stwierdzenie, iż: „Święci też się mylili, więc mam w tej kwestii inny pogląd”. Niczym bumerang wracają wówczas przykłady św. Tomasza z Akwinu, który miał błądzić w kwestii rozeznania etapu, w którym ludzki płód otrzymywał duszę czy też wywodów niektórych ze Świętych mających z pewną dozą pogardy wypowiadać się o kobietach.

    Na czym polega problem z takim podejściem? Otóż, owszem Ojcowie i Święci Kościoła mogli się mylić i czasami rzeczywiście mylili się w tej czy innej kwestii. Jednak, czy jest intelektualnie uczciwym podejściem uciekać się do takowego argumentu, ilekroć tylko jakieś nauczanie owych kościelnych autorytetów nam nie pasuje czy nie odpowiada? Czy ci, którzy mówią: „Ojcowie i Święci Kościoła mogli się mylić” sami są pewni, iż nie mylą się w podważaniu słuszności wypowiedzi tych autorytetów? Ktoś np. mówi: „Święty Jan Vianney nie był nieomylny w kwestii tańców damsko-męskich” – można na to odpowiedzieć: „Ok, istnieje pewne prawdopodobieństwo, że mógł się pomylić w tej sprawie, ale czy Ty jesteś pewien swej nieomylności na ów temat?„. Mamy więc tu zestawienie teoretycznej możliwości omyłki danego Ojca Kościoła czy Świętego z jednej strony, z możliwą omyłką kwestionującego daną wypowiedź człowieka (którego świętość i autorytet nauczania nie zostały póki co potwierdzone). Czy w takim razie rozsądne jest faktyczne przyjmowanie własnej nieomylności w tym czy innym temacie kosztem podważania słuszności nauczania Ojców i Świętych Kościoła? Mi takie podejście wydaje się bardzo nieroztropne i zuchwałe. Oczywiście, nie jest w sensie absolutnym wykluczone, iż powiedzmy, św. Jan Vianney mylił się w swej ocenie tańców, a za to nie myli się w tej sprawie pan Kowalski albo jakaś miłośniczka tanga i salsy ze Szczecina. Ale co jest tu bardziej prawdopodobne? Że mylili się ludzie, o potężnym doświadczeniu duchowym, których pisma i kazania powstawały na kolanach, po wielu godzinach modłów oraz postów, a których heroiczność cnót i prawowierność nauczania zostały uroczyście potwierdzone przez Kościół? Czy może o wiele większe prawdopodobieństwo omyłki i błędu zachodzi w przypadku osób, które póki co nie zostały uznane przez Kościół za święte, a które to, gdyby uważniej przyjrzały się historii swego życia, to pewnie przyznałyby, iż zdarzało im się już w swym relatywnie krótkim życiu błądzić i mylić setki, jeśli nie tysiące razy???  I wreszcie, czy sam fakt, że dane nauczanie Ojców i Świętych Kościoła nam nie pasuje lub nie odpowiada jest dostatecznym powodem, by pośpiesznie sięgać po argument: „Oni też mogli się mylić”? A może, to jednak Ty możesz się prędzej mylić niż Ojcowie i Święci?

    I tak na koniec, nawet jeśli autorytety kościelne co do pewnych poszczególnych sformułowań swego autorstwa mogły się mylić, popadając np. w przesadę, to nieraz  odrobina dobrej woli wystarcza by rozróżnić pomiędzy takimi niektórymi przesadnymi słowami czy zdaniami, które wyszły z ich ust albo spod pióra, a samą, nieraz co do zasady, słuszną istotą ich nauczania w danej kwestii. Nie trudno wskazać, na przykłady takich co do swej istoty słusznych nauczań, na obrzeżach jednak których pojawiały się sformułowania przesadne, a nawet w swym dosłownym brzmieniu błędne. Przykładowo, przywołany już wyżej św. Jan Vianney w swych kazaniach przeciw tańcom i balom mówił czasami, iż „przekraczają one wszystkie z Bożych przykazań„. To raczej była przesada z jego strony, ale to nie oznacza, iż mylił się on co do istoty swych przestróg przeciw owym rozrywkom, jako będących poważnym niebezpieczeństwem grzechu. Inny przykład – św. Atanazy Wielki wygłosił zdanie: „(…) Syn Boży stał się człowiekiem, abyśmy stali się bogami” [1]. W sensie dosłownym, te sformułowanie jest przynajmniej bardzo dwuznaczne, a idea stania się przez – choćby najświętszego człowieka – bogiem, została kilkukrotnie odrzucona przez Magisterium Kościoła[2]. Jednak, intuicja, która kryła się za tą niefortunną wypowiedzią św. Atanazego była słuszna. Najpewniej bowiem, ów Ojciec i Święty Kościoła miał na myśli niedosłowne stanie się przez człowieka bogiem, ale to, iż możemy się przez łaskę Bożą upodobnić do Chrystusa, stać się – jak mówi Pismo święte – „uczestnikami Boskiej natury” (2 Piotr 1: 4). Jeszcze inny przykład: św. Ludwik Grignion de Monfort w swej gorliwości dla obrony i propagowania godności Najświętszej Marii Panny używał sformułowań, spośród których niektóre trudno uznać za nieprzesadzone (np. że Maryja rozkazuje Chrystusowi). Ale czy to oznacza, że istota jego nauczania o szczególnej godności i roli błogosławionej Maryi jest błędna?

    Nie bądźmy więc zbyt prędcy do dezawuowania nauczania Ojców i Świętych Kościoła za pomocą powiedzenia: „Oni mogli się mylić”, zwłaszcza, gdy słowa te wynikają bynajmniej nie z głębokiego przemyślenia przez nas danego tematu, ale chęci obrony naszych przyzwyczajeń i rozrywek. Owszem, ostatecznie te autorytety kościelne mogły się mylić, ale jest co najmniej 1000 razy bardziej prawdopodobne, że to jednak my błądzimy kwestionując ich przykład i nauczanie, zwłaszcza wtedy, gdy powodem tego naszego oporu jest wygodnictwo i konformizm, a nie dogłębna refleksja i przemodlenie danej sprawy. Przyjęcie takiej postawy zdaje się być nakazem pokory, a jej odrzucenie dowodem zarozumiałości i zuchwalstwa.

     

    Przypisy:

    1. Św. Atanazy, „De incarnatione”, 54, 3. Cytuję za: „Katechizm Kościoła Katolickiego”, wydawnictwo Pallotinum, Poznań 2002, s. 118.

    2. Idea, jakoby człowiek kiedykolwiek mógł stać się bogiem została odrzucona np. w liście „Oriatonis formas” Kongregacji Nauki Wiary z dnia 15 października 1989 roku, gdzie czytamy: „należy przede wszystkim pamiętać o tym, że człowiek w swej istocie jest stworzeniem i stworzeniem pozostanie na wieki, nigdy więc nie będzie możliwe wchłonięcie ludzkiego „ja” przez „Ja” Boskie, nawet w najwyższych stanach łaski”. Wcześniej podobne poglądy autorstwa mistrza Eckharta zostały potępione przez papieża Jana XXII w konstytucji „In agro dominico”.

     

  4. Kiedy nagość w sztuce kościelnej jest uprawniona, a kiedy niedozwolona?

    Leave a Comment

    Błogosławiony Antoni Nowowiejski:

    Nade wszystko jednak liturgia wyklucza w utworach plastyki wszelką nagość zmysłową, cielesną. Chociaż nagość sama w sobie nie jest szkaradą i grzechem, ale że jest w skutek grzechu pierworodnego, jak na początku tego rozdziału powiedzieliśmy, przypomnieniem grzechu, oznaką hańby naszej, źródłem pożądliwości i bodźcem do grzechu, a więc i przedmiotem wstydu dla chrześcijan, stąd on ją osłania szatami i tak chce – ją widzieć w sztuce, aby mu nie była podnietą do pożądliwości zmysłowej, ale okryta przypominała ujarzmienie ciała i poczucia wstydu nauczyła. Zresztą w sztuce liturgicznej, gdzie się nadprzyrodzoność ma wyrazić, chodzi o ducha człowieka, a ten się odbija w najpiękniejszej jego części, obliczu, gdy przez resztą ciała człowiek do nierozumnej istoty należy. Wprawdzie nagości ani sobór trydencki ani postanowienia papieży nie wykluczyły bezwzględnie z obrazów, ale to dlatego tylko, że niekiedy, choć bardzo rzadko, nie jest ona moralną brzydotą, ale owszem sprawia wrażenie prawdziwego, duchowego piękna, dzieje się to w niewielu przypadkach i to z najmożliwszym ograniczeniem przy zachowaniu tych trzech warunków:

    1. Aby nic w danym utworze umyślnie nie dążyło do obrażenia wstydliwości i wywoływania uczuć zmysłowych.

    2. Aby wysoka świętość przedmiotu wszelką cielesność na dalszy plan usuwała.

    3. Aby nagości wymagała treść obrazu, jak np. w diable i potępionych, lub prawda historyczna, jak w obrazach Adama i Ewy przed upadkiem dla wyrażenia niewinności, chrztu Pana Jezusa, biczowania, ukrzyżowania; przy czym stopień nagości musi być zastosowany do stopnia potrzeby użycia tego środka.

    Historia uczy, jak wraz z poniżeniem wiary i moralności – nagość bezkarnie na obrazach zajmowała miejsce; ale przy podnoszeniu się wiary i życia religijnego, poczucie wstydu brało górę, nagością się brzydzono” [1].

     

    „Przegląd katolicki”:

    Błędem, który skromność chrześcijańska musi artystom nawet najsławniejszym wyrzucać jest bezwstyd. Niektórzy malarze jakby umyślnie wyszukiwali w historii biblijnej ustępów takich, których przedstawienie musi budzić zmysłowość, np. córki Lota w postawach całkowicie nieskromnych, żona Putyfara do grzechu nagląca Józefa, Batszeba zapalająca ogień namiętny w sercu Dawida, Zuzanna w kąpieli. Artyści te sceny malujący nadużyli sztuki, zrobili z niej prostytucję, które nawet u pogan prawo karało. Egipcjanie do kryminalnej odpowiedzialności pociągali malarzy, przedstawiających bezwstydne przedmioty; Arystoteles zaś obywatelom i urzędnikom miejskim zalecał, aby usuwali malowidła i posągi nieprzyzwoite. Ojcowie Kościoła tym bardziej na to uwagę zwracali. Św. Grzegorz Nisseński niewstydne malowidła nieuczciwymi widowiskami nazywa, a Tacjan podnietą zmysłów; koncylia zaś Trullańskie i Trydenckie wyraźnie zabroniły tekstu biblijnego przedstawiać w bezwstydnych obrazach. Bulla „Sacrosanti” Urbana VIII tak w kościołach jak i przedsionkach kościołów zabrania umieszczać obrazów, w których coś nieprzyzwoitego i nieskromnego było. Powinni malarze nie tylko samych bezwstydnych scen nie przedstawiać, ale strzec się nagości nieprzystojnych, których łatwo mogą uniknąć. Grecy i w ogóle wszyscy chrześcijanie wschodni, u których obrazy Świętych są w tak wielkim poszanowaniu, nigdy ich inaczej nie przedstawiają, jak przyzwoicie odzianych; nagość w obrzydzeniu mają. Dobrze by by było, gdyby ich malarze zachodni naśladować zaczęli; ale, niestety, jakże to jest wiele obrazów, od których uczciwość chrześcijańska oczy każe odwracać! Jakże często widać aniołów w postaci chłopczyków nagich, a nawet najdoskonalszy wzór czystości i skromności dziewiczej, Najświętszą Marię Pannę, ośmielili się artyści przedstawiać w postaci niewiasty z utrefionymi włosami i odsłoniętymi ramionami, tak, że raczej jakąś boginię pogańską widzisz przed sobą, a nie królową dziewic. A Pan Jezus w dwóch czy trzech latach wieku ileż to razy w całkowitym obnażeniu jest przedstawiany. I pytamy, jaki pożytek tych nagości? Co na nich zyskuje pobożność? Jakie zbudowanie lud chrześcijański odnieść może? Czyż przeciwnie nie jest każdemu wiadomo, że takie przedstawienia, zwłaszcza na umysły dzieci i młodzieży robią silne zgubne wrażenie. Nie chcemy opisywać, w jaki sposób niektórzy malarze starali się uwydatnić katusze zadawane męczennikom, zapominając, że takie obrazy nie tyle uwielbienie dla bohaterstwa Świętych, ile oburzenie w jednych, a zmysłowość wrażeń w drugich obudzają. Wysilali się na piękność kształtów ciała i rysów oblicza, co przy nieskromnej nagości zwabiało tylko tych do patrzenia, w których zmysłowość stępiła święte uczucie chrześcijańskiej wstydliwości. Wprawdzie poganie do męczarni chrześcijanom zadawanym  w szatańskim okrucieństwie dodawali jeszcze i pogwałcenie ich wstydliwości, zdzierających z nich odzież i obnażonych na męki biorąc. Toż samo czynili i arianie, jak powiadają św. Atanazy, św. Hilary i historyk Euzebiusz. Gwałt ten, który święci musieli znieść, dodawał tym większej zasługi ich wierze i cierpieniu, ale czy to będzie zasługą malarza lub patrzących na obraz, jeżeli rzeczywistość w całej pełni przedstawioną zostanie? W takich razach malarz musi odstąpić prawdy historycznej dla nierównie większych względów, a pozostawiony konieczności, wybierze inną sytuację, inną chwilę, słowem uniknie zgorszenia. Jeśli niektórzy malarze, pragnąc wielkość cierpienia męczenników przedstawiać dla dogodzenia  swej próżności artystycznej, pominęli prawidła chrześcijańskiej uczciwości i skromności, a tym samym celu nie osiągnęli i sztukę równie jak jej świętość znieważyli, to lepiej im taż próżność posłużyła w obrazach pustelników płci obojej. Często widzieć można tych świętych samotników wyobrażonych z rękami, piersiami i nogami nagimi. Malarz dał im silne muszkuły, ciało białe i pulchne, jakby ci ludzie nie żyli pod gorącymi promieniami słońca, nie sypiali na ziemi i pod gołym niebem, i nie byli mieszkańcami egipskiej pustyni, a skutkiem tego nie mieli skóry twardej, ogorzałej i przykre na patrzącym wrażenie czyniącej. Po co ta próżność! Żaden z tych Świętych nago nie chodził, ubierali się w wory, robili sobie odzież z liści palmowych, jak św. Paweł, pierwszy pustelnik. A jeżeli ta uwaga nasza jest słuszną, gdy  o świętych pustelnikach mówimy, to o ileż słuszniejsza będzie, gdy ją odniesiemy do takich świętych pokutnic, jak św. Pelagia, św. Maria Egipcjanka, św. Maria Magdalena, tak często, albo wcale nie odzianych, albo ladajako, i to z umysłu” [2].

     

    Bł. Antoni Nowowiejski:

    Wszakże możliwi są aniołowie w postaci dziecięcej. Święta Franciszka widziała stale obok siebie anioła stróża w postaci dziewięcioletniego dziecka, jaśniejącego jak słońce; św. Augustynowi rozmyślającemu o Trójcy św. nad brzegiem morza objawił się anioł także w postaci dziecka. Lecz tego rodzaju przedstawienia są rzadkie; wymagają ich szczególne okoliczności, jak np. zgodność treści obrazu z przedstawioną legendą. W zwykłych jednakże warunkach postać dziecięcia nie wyobraża dokładnie pojęcia anioła: przecież dziecię jest dopiero w drodze rozwijania się cielesnego i umysłowego, gdy anioł jest duchem dokładnym, wyższymi władzami duszy, w całej ich postaci obdarzonym. Przy tym, czyż może być aniołem, do którego się modlimy, dzieciak nagi, tłusty, choćby najśliczniejszy, figlarne, nie odpowiednie wysokiej doskonałości i godności, ruchy wykonywujący, aniołek, którego Pismo św. nie zna, ale ludzie sobie wymyślili, kiedy anioł jest poważnym duchem, ideałem niewinności i wstydu, posłem Pana Boga, wykonawcą Jego woli, przewodnikiem i opiekunem naszym? Odrodzenie tego rodzaju aniołków do sztuki wprowadziło, reminiscencje o pogańskich geniuszach w rozmaitych formach przedstawiając. Stało się to jednak nie od razu. Najprzód anioła, ducha bezpłciowego, uosobienie czystości, obrano z szat, płeć mu nadano i szmatę około bioder zarzucono. A od nagości do postaci dziecięcej jeden krok. Niechrześcijańskie to przedstawienie aniołów, a tym bardziej nieliturgiczne” [3].

     

    Przypisy:

    Cytat za: Ks. Antoni Nowowiejski, “Wykład liturgii Kościoła katolickiego”, Tom I, Warszawa 1893, s. 532 – 533.

    Przegląd katolicki, „Błędy religijnego malarstwa„, r. 1870, s. 49.

    Ks. Antoni Nowowiejski, “Wykład liturgii Kościoła katolickiego”, Tom I, Warszawa 1893,  s. 860.

  5. Czy wróżby andrzejkowe to „tylko zabawa”?

    Leave a Comment

    Wielu mówi, że „andrzejkowe wróżby”  (czyli np. lanie wosku) są OK, bo „przecież to tylko zabawa i nikt nie bierze tego na poważnie„.  Niektórzy jeszcze dodają przy tym: „Andrzejkowe wróżby to nasza polska tradycja„.  Większość nawet pobożnych katolików wydaje się bezrefleksyjnie przyjmować tę argumentację. To dziwne, gdyż w przytoczonym wyżej usprawiedliwieniu andrzejkowych zabaw we wróżenie, jest kilka co najmniej bardzo wątpliwych, jeśli nie fałszywych założeń.

    Po pierwsze: Skąd takie bezkrytyczne przyjmowanie tezy, iż bawienie się w rzeczy, które brane na poważnie są czymś, czego Bóg nienawidzi (a do tego zaliczają się np. wróżby), jest czymś normalnym i pożądanym? Czy w równie łatwy sposób usprawiedliwia się pozorowanie w rytmie zabawy innych niegodziwych rzeczy? Co byśmy powiedzieli, gdyby ktoś wpadł na pomysł produkowania lalek w kształcie małych dzieci, które byłyby specjalnie przystosowane do zadawania im uderzeń nożem, siekierą, etc. (np. tryskała by z nich czerwona ciecz, wydawałaby odgłosy agonii, itp.)? Albo, jak oceniono by koncept tworzenia lalek, za pomocą których można by pozorować sceny gwałcenia? Niemal każdy potępiłby podobne rzeczy jako pochodzące z chorych umysłów i mające oswajać dzieci z takimi obrzydliwościami. Nikt by tu nie mówił, że „przecież nikt tego nie traktuje na poważnie” albo „To tylko zabawa i to się nie dzieje naprawdę„.  Ktoś powie: „Ale nie porównujmy niewinnej zabawy we wróżenie z zabawą w zabijanie dzieci czy gwałcenie!”. A dlaczego nie? Wszystkie te rzeczy – wróżby, zabijanie niewinnych, gwałcenie – są obmierzłe Bogu i przez Niego zakazane. Może więc to, iż nie niepokoi nas zabawa w niektóre z nich, świadczy po prostu o tym, że w pewien sposób lekceważymy ich zło?

    Po drugie:  skąd założenie, że NA PEWNO NIKT nie bierze na poważnie andrzejkowych wróżb? Tego nie można z absolutną pewnością powiedzieć nawet o dorosłych, a co dopiero o dzieciach, które mają właśnie to do siebie, iż im łatwiej uwierzyć w różne nadzwyczajne, nierealne i dziwne rzeczy (począwszy od elfów i krasnoludków, a skończywszy choćby i na tym, że wylany wosk może przepowiedzieć im matrymonialną przyszłość). Teza, iż żadne dziecko nie traktuje na poważnie andrzejkowych wróżb jest bardzo ryzykowana.

    Z andrzejkowych wróżb oczywiście się wyrasta, ale i tu trzeba by zadać sobie pytanie, skąd pewność, że  oswojenie się z nimi w dzieciństwie nie sprzyja w późniejszym okresie  byciu bardziej podatnym na bardziej jawne formy okultyzmu (np. chodzenie do wróżki, uczestnictwo w seansach spirytystycznych, etc.)? Czy takie rzeczy są w naszym społeczeństwie kompletnym marginesem, by z góry odrzucać wszelką możliwą zależność pomiędzy „andrzejkowymi wróżbami”, a rozprzestrzenianiem się praktyk okultystycznych?  Ktoś powie może: „Ale to jest czyste domniemanie!”. Może i tak, tyle tylko, że negacja możliwego związku pomiędzy zabawami w rodzaju andrzejkowych wróżb a późniejszą większą podatnością na różnego rodzaju praktyki okultystyczne też jest domniemaniem. Teza zaś, iż może istnieć pewnego rodzaju zależność pomiędzy „andrzejkami” a większą inklinacją do okultyzmu w czasie późniejszym, jest zaś przynajmniej bardziej osadzona w logice i zdrowym rozsądku niż odrzucanie „a priori” takiej możliwości. Czy ktoś rozsądny wyśmieje domniemanie, iż dziecko bawiące się w zabijanie niewinnych może później prędzej stać się mordercą niż ktoś kto w swym dzieciństwie nie znał takich zabaw? Dlaczego więc z góry odrzucać, iż bawienie się w okultyzm na pewno nie ma żadnego przełożenia na skłonność do jawnych praktyk okultystycznych później?

    Po trzecie: argument sugerujący, że coś jest częścią polskiej tradycji narodowej, więc musi być tym samym w porządku, jest śmieszny, niedorzeczny i absurdalny. Nie wszystko co jest tradycyjnie polskie jest jednocześnie biblijne i tradycyjnie chrześcijańskie. Nie ma żadnego dogmatu o nieomylności, bezbłędności i bezgrzeszności polskiej tradycji. Warto w tym kontekście przypomnieć przestrogi Pana Jezusa o ludziach, którzy „ze względu na tradycję, znieśli Boże przykazania” (Mateusz 15: 6). Nasza tradycja andrzejkowych wróżb jest jednym z tych polskich zwyczajów, za pomocą których pragnie się – przynajmniej na pewien czas – uchylić Boży zakaz wróżb, czarów i wszelkich praktyk okultystycznych.

  6. Jaka jest nauka Kościoła o prawnej karalności cudzołóstwa?

    Leave a Comment

    Czy pomysł karania przez władze cywilne niewierności małżeńskiej ( to znaczy cudzołóstwa) jest aby na pewno ortodoksyjnie katolicki? Prawdopodobnie, ogromna większość katolików odpowiedziałaby na to pytanie przecząco, kojarząc ów koncept ze współczesną praktyką krajów muzułmańskich, historycznie zaś kojarząc coś takiego jak już to to państwami rządzonymi przez purytańskich, a nie katolickich władców.

    Prawda jest jednak zupełnie inna niż takie „pobożne życzenia” wielu katolików. Prawna karalność była wielowiekową praktyką również władców katolickich, którą popierali pasterze Kościoła za pośrednictwem tak swego zwyczajnego nauczania, jak i wydawanych przez siebie przepisów dyscyplinarnych. Przyjrzyjmy się zatem pokrótce nauczaniu i praktyce Kościoła katolickiego, które jasno wskazują na to, iż cudzołóstwo jest jedną z tych nieprawości przeciw którym władze cywilne winny wydawać swe prawa i restrykcje.

    I tak np. na odbywającym się w 816 roku synodzie kościelnym w Akwizgranie zebrani tam biskupi, opaci i uczeni wymienili szereg obowiązków dobrego władcy państwowego pośród których znalazła się też powinność: „powściągania kradzieży i karania cudzołóstw„. Będący synem Karola Wielkiego, król Franków Ludwik Pobożny uznał postanowienia tego synodu za obowiązujące prawo w swym państwie.

    W późniejszym czasie, możliwość karania przez władze cywilne cudzołóstwa została uznana nawet przez jeden z powszechnych soborów Kościoła, a mianowicie Sobór Trydencki, który w rozdziale 8 „Kanonów o reformie małżeństwa” postanawiał między innymi:

    Niewiasty zaś, czy to zamężne, czy też niezamężne, które otwarcie żyją z cudzołożnikami albo konkubentami, jeżeli nie podporządkują się trzykrotnemu upomnieniu, zostaną ukarane przez ordynariuszy miejsc, działających z urzędu, nawet jeśli nikt się tego nie będzie domagał, stosownie do rozmiarów winy, a także zostaną wygnane z miasta albo z diecezji, jeżeli ordynariuszom wyda się to stosowne, po wezwaniu, w miarę potrzeby, pomocy ramienia świeckiego, z zachowaniem w mocy innych kar nakładanych na cudzołożników i konkubentów” (podkreślenie moje – MS).

    W powyższym rozporządzeniu widzimy zatem, iż władze świeckie miały w razie potrzeby pomagać pasterzom Kościoła w karaniu cudzołóstwa oraz konkubinatu.

    Także niektórzy z papieży podejmowali energiczne kroki na rzecz zwalczania cudzołóstwa w rządzonych przez nich Państwie kościelnym. I tak np. św. Pius V obok różnych powziętych przez siebie reform – jak pisze na łamach „Polonia Christiana” brazylijski pisarz i działacz katolicki, Plinio M. Solimeo:

    Zwalczał też cudzołóstwo, doprowadzając nawet do tego, iż mający je na sumieniu  jeden z najbogatszych bankierów Rzymu został wychłostany na publicznym placu ku przestrodze innych grzeszników„.

    Inny z papieży, Sykstus V był jeszcze bardziej stanowczy i surowy w tej kwestii, wydając dnia 3 listopada 1586 roku bullę wedle której w Państwie kościelnym cudzołożnicy i cudzołożnice mieli być karani śmiercią.

    Warto zresztą wspomnieć, że świadomość katolickiego nauczania i praktyki odnośnie tego, iż cudzołóstwo nie powinno być rzeczą w świetle prawa bezkarną w swych mowach i upomnieniach kierowanych do rządzących Polską wyrażał też nasz słynny jezuicki kaznodzieja, ks. Piotr Skarga. Duchowny ów pośród różnych rozpowszechnionych swego czasu w naszym kraju nieprawości wspominał też o faktycznej opieszałości ówcześnie rządzących co do karania cudzołóstwa:

    Cudzołóstwa, kazirodztwa, krzywoprzysięstwa, na które prawa żadnego i karania nie masz„.

    Ksiądz Piotr Skarga ubolewał też nad „onym przeklętym prawem”, które odebrało władzom cywilnym możliwość egzekucji wyroków sądów kościelnych przez co m.in. „cudzołóstwa, czary, nierządności w małżeństwach górę wzięły”.

    Powie może ktoś, iż powyższe to „mroki średniowiecza”? Cóż, przejdźmy do nauczania Magisterium na temat prawnej karalności niewierności małżeńskiej wyrażonego w nie tak odległych nam czasach, bo w I połowie XX wieku. Otóż w ogłoszonej dnia 31 grudnia 1930 roku encyklice „Casti connubii” papież Pius XI stwierdzał co następuje:

    Lecz, Czcigodni Bracia, w interesie państwa leży zabezpieczenie nie tylko materialnych warunków bytu rodziny i małżeństwa, ale także i tych, które się określa mianem dóbr duchowych: ustanowić mianowicie należy słuszne prawa i wiernie ich przestrzegać, aby stale chroniły  czystą wierność  oraz wzajemne wspieranie się małżonków” (podkreślenie moje – MS).

    W tym samym dokumencie Pius XI do rzędu „hańbiących i podłych pomysłów„, które „szlachetne poczucie , jakie cechuje wstydliwe małżeństwo, a nawet sam zdrowy pęd natury (…) odrzuca z pogardą i potępia” zaliczył między innymi pogląd tych, którzy:

    chcą, aby uznać za nijakie lub znieść wszelkie ustawy karne, jakie państwo wydało dla zachowania wierności małżeńskiej„.

    Z kolei, wydane i zatwierdzone  ledwie przed 11 laty, bo w 2005 roku przez papieża Benedykta XVI „Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego” w punkcie numer 494 naucza co następuje:

    Władze cywilne, ponieważ są zobowiązane szanować godność osoby ludzkiej, powinny stwarzać środowisko przyjazne dla czystości, zakazując także stosownymi prawami, rozprzestrzeniania się wyżej wspomnianych ciężkich wykroczeń przeciwko czystości, aby chronić przede wszystkim małoletnich i bardziej słabych” (podkreślenie moje – MS).

    Ów zapis jest zaś nawiązaniem do punktu 492, gdzie do ciężkich wykroczeń przeciwko cnocie czystości zostało zaliczone między innymi cudzołóstwo, czyli niewierność małżeńska.

     

    Jak więc widać, postulat zakazywania oraz karania przez władze cywilne małżeńskiej zdrady nie jest bynajmniej czyjąś “purytańską” albo “muzułmańską” fantasmagorią ale stanowi on element przynajmniej autentycznego oraz zwyczajnego nauczania Magisterium Kościoła. Nie jest to co prawda nauczanie zawsze oraz per se nieomylne, jednak możliwość błędu i omyłki jest tu niewielka, dlatego żaden katolik nie mający ku temu naprawdę bardzo ważnych powodów nie powinien takiego nauczania poddawać w wątpliwość. Zwyczajne i autentyczne nauczanie Magisterium Kościoła obowiązuje bowiem katolików do okazywania mu posłuszeństwa serca oraz rozumu.

     

    Ps. Tekst został po raz pierwszy opublikowany na portalu Fronda.pl:

    http://www.fronda.pl/a/miroslaw-salwowski-dla-frondy-jaka-jest-nauka-kosciola-na-temat-prawnej-karalnosci-cudzolostwa,79506.html

     

     

     

     

  7. Czy Najświętsza Maria Panna popierałaby ubieranie się w bikini na plażę?

    Leave a Comment

    Niewielu, nawet konserwatywnych katolików, przyzna rację twierdzeniu, iż takie miejsca jak plaże i kąpieliska, w których można zobaczyć wiele wymieszanych ze sobą mężczyzn i niewiast w strojach bardzo mocno niekompletnych (czyli zwykle: płeć brzydka w samych majtkach, a kobiety w tzw. bikini), są miejscami na płaszczyźnie moralnej mocno podejrzanymi i niebezpiecznymi. Zwykle krytyczne uwagi na ów temat zbywa się ogólnikowymi oskarżeniami o „purytanizm”, „kryptoislamizm”, a także przypisuje się autorom takich uwag przeczulenie na punkcie seksu, a nawet sugeruje się im bycie „zboczonymi” i tym podobne rzeczy. Linią obrony mieszanych plaż, kąpielisk oraz strojów typu bikini jest zaś zwykle twierdzenie, iż nawet jeśli kiedyś coś podobnego mogło wzbudzać rzeczywiste i uzasadnione zgorszenie, to obecnie „normalnych ludzi” tego typu widoki nie pobudzają do grzechu i co najwyżej mogą do nieprawości wieść one osoby o mocno już zwichrowanej i zaburzonej seksualności. Ponadto, twierdzi się, że odsłanianie się do samych majtek (w przypadku mężczyzn) albo majtek i stanika (w przypadku kobiet) jest uzasadnione charakterem takowych miejsc i czymś sztucznym byłoby zakładanie tam bardziej „rozbudowanych” strojów. Mówi się wreszcie, że w czasie ciepłej pogody nie ma wielkiej różnicy pomiędzy sposobem odziewania się (zwłaszcza niewiast) na ulicy, a tym jak chodzą one ubrane na plaże i kąpieliska.

    Co można i należy odpowiedzieć na te argumenty (vel „argumenty”)?

    Purytanizm, islam czy katolicyzm?

    Przede wszystkim zauważmy, że miejsca i zwyczaje podobne do dzisiejszych plaż i bikini były krytykowane przez autorytety kościelne na kilkanaście wieków przed zrodzeniem się czegoś, co nazwane zostało później purytanizmem oraz na kilka stuleci przed narodzeniem Mahometa (twórcy religii muzułmańskiej).

    Żyjący wszak w III wieku po Chrystusie, jeden z Ojców Kościoła, św. Cyprian z Kartaginy tak nauczał o jednej z popularnych w jego czasach rozrywek:

    Cóż zaś te, które do wspólnej łaźni przychodzą i które oczom, ku chuci zmysłowej ciekawym, ciała skromności i wstydliwości poświęcone na widok wystawiają? Gdy nagie przez mężczyzn są widziane i nagich mężczyzn sprośnie oglądają, czyż same nie dają przynęty występkom? Czyż nie zapraszają i nie podniecają ku swemu zepsuciu i krzywdzie pożądliwości obecnych? Może odpowiesz: Niech patrzy, z jakim umysłem kto przychodzi, mnie zależy tylko na odświeżeniu ciała i obmyciu. Nie oczyszcza cię ta obrona ani nie usprawiedliwia zbrodni wyuzdania i rozpusty. Brudzi to obmycie, nie obmywa, ani nie oczyszcza członków, lecz plami. Nie patrzysz nieskromnie, lecz jesteś nieskromnie oglądana; oczu swoich nie kalasz sprośnym upodobaniem, lecz gdy zabawiasz innych, sama się kalasz. Widowisko z kąpieli czynisz, miejsca te, dokąd przychodzisz, ohydniejsze są od teatru. Tam się zdejmuje wszelką wstydliwość, razem z ubiorem składa się godność i wstyd ciała, odsłania się dziewictwo, by je oglądano i opisywano. Już teraz rozważ, czy, gdy jest ubrana, może uchodzić między mężczyznami za wstydliwą taka, która posunęła się do niewstydliwości odwagą nagości (…) Obmyć dokonujcie z niewiastami, których obmywanie wstydliwość waszą uszanuje” („O stroju dziewic”, 19; 21) [1].

    Z kolei na początku IV wieku po Chrystusie kościelny synod w Laodycei w uchwalonym przez siebie kanonie 30 stwierdzał co następuje:

    Duchowni konsekrowani, niżsi duchowni, asceci oraz  w ogóle chrześcijanie świeccy nie powinni kąpać się w łaźni razem z kobietami, gdyż jest to główny zarzut, jaki stawiamy poganom„.

    Wreszcie, w powstałych w drugiej połowie IV stulecia tzw. Konstytucjach apostolskich (będących ważnym zapisem wiary, dyscypliny i liturgii starożytnego Kościoła) czytamy następujące przestrogi:

    Gdy się przechadzasz po rynku i chcesz się wykąpać, korzystaj z łaźni przeznaczonej dla mężczyzn; nie pokazuj kobietom swego ciała w nieprzystojnej nagości, ani nie przyglądaj się widokowi nie przeznaczonemu dla mężczyzn, abyś sam nie wpadł w pułapkę żądzy albo nie uwiódł innej osoby” (tamże: I: 6, 13).

    Unikaj też kąpieli w łaźni z mężczyznami; jest to niestosowne, a wiele jest pułapek złego. Chrześcijanka niech się nie kąpie we wspólnej łaźni; jeśli wstydliwie zasłania swą twarz przed spojrzeniami obcych mężczyzn, to jakże może pójść naga do łaźni z mężczyznami? Jeśli jest łaźnia dla kobiet, niechaj tam się kąpie ze wstydem, przyzwoitością i umiarem” (tamże: I: 9, 1).

     

    Przypomnijmy tylko, że owymi rozrywkami przed którymi przestrzegali starożytni Ojcowie Kościoła były łaźnie, gdzie mężczyźni i niewiasty przebywali albo w stanie częściowej nagości (przykrywając ręcznikiem najbardziej intymne rejony swych ciał) albo też będąc całkowicie nagimi. Ktoś może powie w tym miejscu, iż nie należy w takim razie owych miejsc porównywać ze współczesnymi plażami, gdzie mimo wszystko ludzie nie są tam jeszcze w 100 procentach nadzy. Pochylimy się jeszcze poniżej dłużej nad tym argumentem, jednak od razu możemy odpowiedzieć, że ów jest mocno chybiony po pierwsze z tego względu, że nie zawsze w starożytnych łaźniach panowała całkowita nagość, a ręczniki używane tam do okrycia mogły zakrywać więcej niż dzisiejsze kostiumy plażowe. Po drugie, całkowita nagość niewiele różni się od przykrycia się samymi majtkami (w przypadku mężczyzn) albo majtkami i stanikiem (w przypadku kobiet) – ale o tym więcej poniżej. Po trzecie: Ojcowie Kościoła popierali bardzo wysokie standardy skromności i wstydliwości w ubiorze (np. długie, sięgające do ziemi suknie dla niewiast) więc jest całkiem prawdopodobne, iż pisząc o „nagości” panującej w rzymskich i greckich łaźniach oprócz całkowitego negliżu mieli oni również na myśli  pół-nagość polegającą na przykryciu się tylko ręcznikiem.

     

    Problem pół-negliżu w miejscach wspólnego przebywania kobiet i mężczyzn powrócił po I wojnie światowej, gdy na mieszanych płciowo plażach mężczyźni zaczęli pokazywać się w samych spodenkach, a niewiasty okrywały się co prawda w jednoczęściowy, ale już dość krótki i obcisły strój kąpielowy (przypominający dzisiejsze mini-spódniczki). Wtedy to odezwały się liczne głosy katolickich biskupów i teologów oponujące przeciw temu zwyczajowi. Przykładowo, w 1925 roku, konferencja Episkopatu Niemiec i Austrii wydała deklarację o następującej treści:

    Nigdy nie powinno się zezwalać na wspólne kąpiele obojga płci. Jeżeli szkoły urządzają kąpiele obowiązkowe, to dozór ma mieć osoba tej samej płci. Popisowe pływania dziewcząt i kobiet nie powinny się odbywać. Na kąpieliskach z plażą (rzeka, jezioro) trzeba nalegać na całkowite rozdzielenie płci, oddzielne przebieralnie, do których zorganizowania należy skłonić miejscowe władze, oraz przyzwoite ubiory kąpielowe i stały nadzór. Tego samego należy domagać się odnośnie licznie pojawiających się plenerowych obiektów kąpieli słonecznej, o to zarówno dla dorosłych jak dzieci” [2].

    Co prawda, w 1946 roku, światło dzienne ujrzał strój „bikini” jednak jeszcze przez kilkanaście lat ów kostium nie był używany na plażach części z krajów chrześcijańskich, gdyż ze względu na swą szokującą nieprzyzwoitość był w niejednym z tych krajów prawnie zakazany, a ponadto dla całych rzesz społecznych mimo sukcesywnie obniżających się norm przyzwoitości w ubiorze wciąż był nie do strawienia i to nawet w takich miejscach jak plaże i baseny.

    Jednym z państw, gdzie na plażach nie można było pokazywać się w bikini była rządzona przez gen. Franco Hiszpania. Mimo to jednak, prymas tego kraju, kardynał Enrique Pla y Deniel w 1959 roku oświadczył:

    specjalne zagrożenie dla moralności jest reprezentowane przez wspólne kąpanie się na plażach … Wspólne kąpanie się kobiet i mężczyzn, jest prawie zawsze bliską sposobnością do grzechu i zgorszenia„[3].

    Takie stanowisko odnośnie tego typu miejsc było w ówczesnym czasie w teologii katolickiej raczej dominujące. Tytułem przykładu pozwolę sobie zacytować jeszcze ks. Władysława Wichera, który pisał:

    „(…) ze stanowiska etyki katolickiej i prostej przyzwoitości należy, by kąpiele były osobno dla mężczyzn a osobno dla dziewcząt i to w odpowiednim stroju kąpielowym„[4].

     

    Jak więc widać, sprzeciw wobec wspólnego przebywania oraz kąpania się niewiast i mężczyzn w negliżu oraz pół-negliżu (i to jeszcze nie w bikini) nie był muzułmańskim, kalwińskim czy purytańskim wymysłem, lecz stanowił tradycyjne dla „przedsoborowej” (czyli tej kształtowanej przed Soborem Watykańskim II) moralistyki katolickiej.

     

    Czy te przestrogi są już „nieaktualne”?

    W odpowiedzi na powyższe przypomnienia tradycyjnego nauczania na temat wspólnych plaż i kąpielisk najczęstszym argumentem mającym obalić zasadność stosowania zawartych tam zasad do współczesnych tego typu miejsc jest twierdzenie, jakoby „dziś już nikogo albo prawie nikogo widoki tam obecne nie podniecały, nie gorszyły ani nie kusiły do grzechu„.

    Cóż, trudno powiedzieć jak wielu mężczyzn i jak często odczuwa na plaży erekcję (choć i o takich przypadkach słyszałem). Jednak, byłoby dość prymitywnym zabiegiem zrównywanie bycia kuszonym do grzechów przeciw czystości i wstydliwości z każdorazowym odczuwaniem biologicznego podniecania seksualnego. W rzeczywistości bowiem można być  do takich nieprawości kuszonym bez odczuwania takowego podniecenia. W końcu, nie bez powodu, sam Duch Święty za pośrednictwem jednego ze starożytnych hebrajskich pisarzy ostrzegał nie tylko przed jawnie pożądliwymi myślami, ale także przed beztroskim przyglądaniem się pięknym niewiastom. W biblijnej księdze o nazwie „Mądrość Syracha” czytamy wszak następujące Boże pouczenia:

    Nie wpatruj się w dziewicę, abyś przypadkiem nie poniósł kar z jej powodu (…) Odwróć oko od pięknej kobiety, a nie przyglądaj się obcej piękności: przez piękność kobiety wielu zeszło na złe drogi, przez nią bowiem miłość namiętna rozpala się jak ogień” (Mądrość Syracha 9: 5, 8).

    Doktor Kościoła, patron moralistów i spowiedników, św. Alfons Maria Liguori w taki oto sposób komentował i interpretował cytowane wyżej nauczanie Pisma świętego:

    Czy jest grzechem poglądać na kobiety? Tak, przyjacielu, gdy niewiasty są młode, poglądać na nie jest przynajmniej grzechem powszednim; a gdy spojrzenia się powtarzają, wtedy jest nawet niebezpieczeństwem grzechu śmiertelnego” [5].

    Zwróćmy też uwagę na to, iż w czasach i miejscu, gdy i gdzie  z Bożego natchnienia przekazano powyższe napomnienie, niewiasty ubierały się znacznie skromniej niż współcześnie (czyli np. w długie suknie, zasłony na głowie). Co więc można powiedzieć o przyglądaniu się kobietom, które nie tyle mają długie suknie, ale są odziane w same majtki i staniki?

    Ktoś może jednak powie, iż będąc na plaży nie tylko, że nie podnieca się, nie snuje pożądliwych myśli, ale nawet nie przygląda się obecnym tam atrakcyjnym kobietom w bikini. Czy jednak można – zgodnie ze zdrowym rozsądkiem – przypuszczać, iż widok wielu, młodych, ładnych i atrakcyjnych niewiast odzianych tylko w strój bikini ( a takich na plaży jest przecież dużo) nie zachęca „przeciętnych facetów” do – potocznie mówiąc – „zawieszenia oka to tu, to tam„? Czy fakt, iż mężczyźni są „wzrokowcami” (a więc osobami, które zwracają dużą uwagę na fizyczną atrakcyjność płci przeciwnej) ulega nagłemu zawieszeniu w miejscu, w którym można zobaczyć dziesiątki niemal rozebranych do naga ładnych kobiet? Mężczyzna, który tak twierdzi – albo nie był nigdy na mieszanej plaży, albo też oszukuje siebie i innych. Oczywistym jest, iż „przeciętny facet” mając przed oczyma tabuny młodych niewiast w bikini, nie tylko, że na nie spojrzy, ale w 99 przypadkach na 100, dłużej zatrzyma swój wzrok na ich kobiecych walorach. Owszem nawet tego rodzaju „dłuższe spojrzenie” na „mniej skromne” części ciała płci przeciwnej (w ten sposób tradycyjnie nazywano np. piersi, uda, pośladki, brzuch czy plecy) samo w sobie nie jest jeszcze moralnym złem (w przeciwnym razie niejeden lekarz byłby w duchowych tarapatach). Trudno jednak zaprzeczyć temu, iż od tego typu „dłuższych spojrzeń” do grzechu pożądania niewiasty w myślach swoich (czyli np. rozbierania kobiety „oczami” lub fantazjowania o różnych seksualnych czynach) już  długa droga nie jest. I nie wynika to bynajmniej z jakichś zboczonych skłonności owych mężczyzn. Części ciała, które odsłania strój bikini, należą do budzących zdecydowanie bardziej seksualne konotacje, aniżeli np. dłoń czy twarz. Każdy przecież o tym wie, albo przynajmniej to wyczuwa. Dlatego czymś innym jest całować niewiastę w dłoń, a czym innym np. w brzuch czy w okolicach piersi. Podobnie, znacznie trudniej jest o seksualne konotacje stroju odsłaniającego twarz, ręce czy stopy, niż w wypadku bikini. I nie jest to kwestia panującej w danym kraju kultury czy warunków klimatycznych. Taka jest po prostu natura ludzkiej seksualności. Mody mogą się zmieniać, ubiory mogą być różne, ale odsłanianie i/lub eksponowanie pewnych części ciała zazwyczaj sprzyja wzbudzaniu seksualnej pożądliwości.

    Zresztą, nawet, gdyby przyjąć tezę, iż dla dużej części mężczyzn przyglądanie się kobietom w bikini nie jest silną pokusą (gdyż np. przebywają tam z żonami i dziećmi i ich uwagę absorbuje np. to, by dziecko nie utonęło w wodzie, etc.) to przecież na plażach wciąż przebywa wielu przedstawicieli płci brzydkiej, których okoliczności życiowe bynajmniej nie ograniczają siły występowania wyżej wzmiankowanego niebezpieczeństwa. Wszak plaże i baseny licznie odwiedzane są też przez nastoletnich chłopców w okresie tzw. burzy hormonów. Nierzadko też są tam może nieco starsi niż nastolatkowie, ale wciąż bardzo młodzi i nieżonaci mężczyźni, których swobody i chęci patrzenia na kobiety w bikini bynajmniej nie będzie krępować obecność żony i gromadki dzieci.

    Wreszcie, nawet przyjmując błędną tezę o tym, jakoby widok kobiet w bikini na plaży był pociągający jedynie dla jakichś seksualnych „nadwrażliwców” to i tak świadomość istnienia takowych byłaby silnym argumentem na rzecz unikania takich strojów. Jedną z zasad tradycyjnej moralności katolickiej jest bowiem to, iż należy powstrzymać się nawet od tych dobrych lub obojętnych moralnie działań, które mogłyby doprowadzić do upadku naszych słabszych braci i sióstr. Tę regułę widzimy choćby na przykładzie postępowania i nauczania św. Pawła Apostoła, który w odniesieniu do chrześcijan gorszących się jedzeniem mięsa stwierdził:

    W ten sposób grzesząc przeciwko braciom i rażąc ich słabe sumienia, grzeszycie przeciwko (samemu) Chrystusowi. Jeżeli więc pokarm gorszy brata mego, przenigdy nie będę jadł mięsa, by nie gorszyć brata” (1 Koryntian 8: 13).

    Skoro, św. Paweł Apostoł był gotów zrezygnować z robienia czegoś tak mało kontrowersyjnego jak jedzenie mięsa, byle by tylko nie urażać swych „słabszych braci” to co sądzić o postawie tych kobiet, które rozbierają się prawie do naga mówiąc: „Jeśli ktoś ma jakieś śliskie myśli z tego powodu, to jest to tylko i wyłącznie jego problem, ja chcę się po prostu odprężyć i wypocząć„?

     

    Bikini – stworzone po to by uwodzić

    Powyżej zasugerowałem już, iż strój bikini w samej swej naturze, jest strojem mocno uwodzicielskim, prowokującym i zachęcającym mężczyzn do delektowania się pięknem niewieściego ciała. Wiedzą o tym dobrze potentaci erotycznego biznesu, którzy swą – zazwyczaj męską klientelę – do grzechów nieczystości kuszą widokami kobiet odzianych w bikini czy inne rodzaje bielizny, nie zaś w burki, długie luźne suknie czy zakonne habity. Świadczy też o tym sposób jego reklamowania i promowania. Dlaczego wszak jedną z typowych reklam bikini jest hasło w rodzaju „W tym stroju będziesz seksowniej wyglądać na plaży„? Z jakich powodów kostiumy bikini są projektowane w taki sposób, by czyniły zakrywane jeszcze części ciała bardziej atrakcyjnymi niż są w rzeczywistości? Albo czemu kobiety odchudzają się przez cały rok, między innymi, z myślą, by latem móc pewniej i śmielej założyć na plaży ów strój kąpielowy? Przecież, gdyby rzeczywiście, celem bikini nie było pokazywanie atrakcyjności odsłoniętego niewieściego ciała, to jakie znaczenie miałby fakt przywdziania owego kostiumu na otyłą, niezbyt ładną sylwetkę?

    Czy mieszane plaże są lepsze od nudyzmu?

    Fakt, iż na „zwyczajnych” mieszanych plażach ludzie jeszcze zasłaniają niewielkie części swego ciała, wydaje się być dla wielu argumentem na rzecz tezy o ich zdecydowanej moralnej wyższości nad tzw. plażami dla nudystów (gdzie przebywa się całkowicie nago). Na czym jednak ma polegać rzekoma skromność „tradycyjnych” plaż? Na tym, iż odsłania się tam 90 procent swego ciała, a na plażach dla golasów, obnażone jest o 10 procent więcej? Czy publiczne pokazywanie się w skąpej bieliźnie (bikini to tak naprawdę rodzaj skąpej bielizny) jest przejawem skromności, czy też może marną z niej kpiną?

    Plaże jak Playboy

    Czy jednak pójście na plażę motywowane nie chęcią oglądania atrakcyjnych ciał, ale celem opalania się, zażycia kąpieli i spędzenia mile czasu z rodziną rzeczywiście nie wydaje się być uwolnione od wszelkich moralnych podejrzeń?

    Nie kwestionuję, iż część mężczyzn rzeczywiście idzie do tych miejsc w dobrych, a nie złych intencjach. Mówi się jednak, iż „dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane” i niestety nierzadko sentencja ta jest bliska prawdy. Co z tego np., iż jadąc 100 km na godzinę, nie mamy zamiaru spowodować wypadku, jeśli i tak potrącimy pieszego lub uderzymy w przydrożne drzewo? Dobre intencje często nie wystarczają, by uzasadnić godziwość jakiegoś zachowania. Trzeba bowiem brać pod uwagę charakter danej sytuacji, miejsca i tym podobne czynniki. Gdyby zaś przyjąć zarysowany powyżej sposób obrony plaż za słuszny, to na podobnej zasadzie, moglibyśmy bronić np. oglądania pisma „Playboy” lub „CKM”. W owych magazynach obok zdjęć erotycznych znajduje się wszak również sporo materiałów poświęcone innym sprawom (np. motoryzacji). Czyżby więc należało powiedzieć mężczyznom: „Możecie spokojnie sięgać po Playboya i CKM, o ile będziecie tam szukać wiadomości i porad z dziedziny motoryzacji, nie zaś erotycznego podniecenia„? W autorze takiego dictum momentalnie dostrzeżono by dowcipnisia, który kpi sobie i żartuje w tzw. żywe oczy. Zdrowy rozsądek mówi nam, że mnogość erotyki zawartej w „Playboyu” i „CKM” praktycznie czyni niemożliwym bezpieczne korzystanie z materiałów nieerotycznych zawartych w tym piśmie.

    Coś podobnego trzeba powiedzieć o chodzeniu na plażę. Owszem, można tam iść bez złych intencji. Kąpiel, słońce, lepienie babek w piasku nie są niczym złym. Obfitość niemal kompletnej nagości w tych miejscach, sprawia jednak, że niezwykle trudno jest korzystać ze wszystkich tych dobrych rzeczy bez ciągłej pokusy patrzenia na niemal całkowitą nagość tam obecną. Ideał bezpiecznego moralnie korzystania z mieszanych plaż przypomina niczym siostra pomysł dobrego używania „Playboya” i „CKM”. Nawet jeśli się coś takiego czasami zdarza, to jest to bardzo rzadkie.

     

    Przypisy:

    1 Cytat za: Św. Cyprian, „Traktaty i pisma„, Poznań 1937, s. 152 – 153.

    2 Cytat za: Ks. Stanisław Szarek, „Walka z niemoralnością„, Lwów 1929.

    3 Cytat za: Colleen Hammond, „The corruption of morals through immodest fashions„, http://www.michaeljournal.org/corruptionfashions.asp, data korzystania: 11. 07. 2016.

    4  Ks. Władysław Wicher, „Teologia moralna”, cz. I, Kraków 1958, s. 179.

    5 Cytat za: „Katechizm św. Alfonsa Liguoriego”, Miejsce Piastowe 1931, s. 93.

     

     

     

     


  8. Zniszczenie Warszawy było karą Bożą za jej liczne grzechy

    Leave a Comment

    Niedługo będziemy wspominać 73 rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Do dziś toczą się burzliwe spory o jego zasadność i celowość, ale jedno jest pewne: efektem tego wydarzenia było niemal całkowite zniszczenie Warszawy oraz tragiczna śmierć ok. 200 tysięcy jej mieszkańców. Nie mam zamiaru w tym tekście rozważać tego, czy Powstanie Warszawskie miało sens, czy może było bezsensownym przelewem polskiej krwi.  Celem mojego wpisu jest zwrócenie uwagi na to, co najczęściej pomija się w rozważaniu kwestii związanych z tym wydarzeniem. Chodzi mi mianowicie o to, że końcowy efekt Powstania Warszawskiego, jakim było zniszczenie Warszawy, najprawdopodobniej stanowił karę Bożą dla tego miasta za rozliczne grzechy i nieprawości, które pleniły się na jego terenie, zwłaszcza w okresie międzywojennym.

    Sodoma Wschodu

    Kiedy wspomina się o owym zniszczeniu Warszawy najczęściej pojawiają się przy tym nazwiska dwóch polskich mistyczek – św. Faustyny Kowalskiej oraz Służebnicy Bożej Rozalii Celakówny. W sporządzanych jeszcze przed wybuchem II wojny światowej przez obie te niewiasty zapiskach niejednokrotnie pojawiają się  jasne przestrogi, iż gniew Boży zbliża się do Polski za liczne grzechy jej mieszkańców (zwłaszcza za rozpustę, nienawiść, aborcje i inne morderstwa). W pismach Celakówny po tym, jak wspomina się o nadchodzącej wojnie jako „strasznej Bożej karze za grzechy” autorka pisze wprost: „Warszawa to miasto gorsze niż Sodoma„. Z kolei Faustyna Kowalska w swym słynnym dziś „Dzienniczku” pisze tak:

    Pewnego dnia powiedział mi Jezus, że spuści karę na jedno miasto, które jest najpiękniejsze w Ojczyźnie naszej. Kara ta miała być – jaką Bóg ukarał Sodomę i Gomorę. Widziałam wielkie zagniewanie Boże i dreszcz napełnił, przeszył mi serce„.

    Ktoś powie, że powyższe aluzje i przestrogi nie są czymś w co chrześcijanie zobowiązani są wierzyć i uznawać za prawdę. Owszem. Jednak spokojne przyjrzenie się tak ich szerszemu kontekstowi historycznemu, jak i temu co na temat Bożych kar mówi Pismo święte oraz Tradycja Kościoła przekonuje raczej, iż były one logiczne i trafne. Dlaczego?

    Zacznijmy od tego, iż biblijne oraz katolickie nauczanie w bardzo jasny sposób naucza, iż niektóre (choć nie dokładnie wszystkie z nich) z doczesnych nieszczęść – a zwłaszcza katastrofy naturalne, epidemie i wojny – są Bożą karą za grzechy. Spośród wielu fragmentów Pisma świętego, które o tym mówią można wymienić choćby ten:

    „Tak mówi Pan: Oto ja sprowadzę nieszczęście na to miejsce i na jego mieszkańców, zgodnie ze wszystkimi słowami tej księgi, którą przeczytał król judzki. Za to, że mnie opuścili i spalali kadzidła innym bogom, drażniąc mnie wszystkim, co czynią ich ręce; toteż rozgorzał mój gniew na to miejsce i nie ochłonie” (2 Królewska 22: 16 – 17).

    Z kolei, papież św. Pius V w swej bulli „Cum Primum” nauczając o grzechach sodomii i symonii wyjaśniał:

    „Za przewiny te Bóg sprawiedliwie karze ludy i narody zsyłając na nie kataklizmy, wojny, głód i zarazę (…)”.

    Czy przedwojenna Polska, ze specjalnym uwzględnieniem Warszawy, mogła być obiektem szczególnego gniewu Bożego? Przyjrzyjmy się kilku faktom historycznym. Na tle ówczesnego świata, prawodawstwo Drugiej Rzeczpospolitej w pewnych swych punktach i aspektach mogło być uznane wręcz za będące w awangardzie „postępu” i liberalizmu. Podczas, gdy w większości krajów w tamtym czasie nielegalne i karalne były homoseksualizm, cudzołóstwo i prostytucja, w przedwojennej Polsce obrzydliwości te nie stanowiły przestępstwa ani nawet wykroczenia.  Od 1932 roku, nawet niektóre z aborcyjnych morderstw zostały w II RP zalegalizowane (wówczas, gdy ciąża pochodziła z gwałtu lub innego przestępstwa, kiedy zagrażała życiu lub zdrowiu matki). Choć dziś taki stopień dopuszczalności aborcji wydaje się wielu przejawem panowania konserwatywnie-chrześcijańskiego betonu, to jednak w latach 30-tych XX wieku stawiał nasz kraj w czołówce libertyńskiego podejścia do legalizacji aborcji.

    Tym niemoralnym prawom towarzyszył też dość niski poziom obyczajowości w Drugiej Rzeczpospolitej. Wskaźniki takich przestępstw jak morderstwa, ciężkie pobicia i kradzieże były w przedwojennej Polsce znacznie wyższe niż dziś. Szeroko rozprzestrzeniona była też korupcja i łapownictwo, zaś prostytucja przybierała w niektórych miastach rozmiary wręcz istnej plagi.  Jak to zaś zwykle bywa, różne naganne moralnie zachowania ogniskują się zwłaszcza w stolicach danych krajów. Nie inaczej było też w przypadku Warszawy, zwanej „Paryżem wschodu”. Miano to, stolica naszego kraju miała nie tylko ze względu na jej estetyczne piękno, ale także na rozkwitające w niej  życie nocne z setkami kabaretów, dancingów, teatrów, domów publicznych, kasyn i całym moralnym rozluźnieniem z tym związanym. Dość wspomnieć, iż stołeczna policja liczbę prostytutek szacowała na 25 tyś., niektórzy zaś twierdzą, że mogło być ich nawet kilka razy więcej. Nie trzeba chyba też mówić, iż ów „wielki luz” Warszawy przyciągał do niej różnej maści przestępców, zaś osoby parające się dokonywaniem „skrobanek” nie mogły narzekać na brak klientów. W przedwojennej Polsce zabito od 2. 000. 000 do 2. 600. 000. nienarodzonych dzieci. Warto zresztą zwrócić tu uwagę, iż w czasie II wojny światowej, mniej więcej tyle zostało zabitych osób narodowości polskiej.

    Trudno zatem nie podejrzewać, iż zniszczenie Warszawy oraz II wojna światowa, która tak tragicznie doświadczyła nasz kraj, były karą Boga za ogrom grzechów i nieprawości, który rozlewał się niczym wielka fala po przedwojennej Polsce.

    Czy Hitler był Bożym sługą?

    Już słyszę jednak pełne oburzenia głosy: „A więc co, to może Hitler był dobrym sługą Boga, skoro karał Polskę za jej grzechy?„; „Z tego wynika, że gwałcący w czasie Powstania Warszawskiego kobiety i zabijający małe dzieci SS-mani czynili dobro, wszak byli narzędziem Bożej pomsty!” albo „Co były winne polskie dzieci, którym niemieccy żołnierze strzelali dla zabawy prosto w głowę, chwaląc się później przed sobą: Ale to był celny strzał!„.

    Powyższe kontrowersje wynikają z pomieszania pewnych pojęć, a także są objawem nierozsądnej próby ogarnięcia ograniczonym ludzkim rozumem i logiką nieograniczonej mądrości Pana Boga. Fakt bowiem, iż wojna może być Bożą karą za grzechy, nie musi oznaczać, iż strona, która takową wojnę wszczyna jest popierana i błogosławiona przez Boga.  Jeśli dana wojna jest niesprawiedliwa (a taką oczywiście była agresja Hitlera), a metody na niej stosowane są zbrodnicze, to oczywiście jej inspiratorem nie jest Bóg, ale ludzka złośliwość i szatan wraz ze swymi demonami. Bóg w swej mądrości i wszechwiedzy potrafi jednak wykorzystać ku swym celom niepopierane przez siebie działania złych ludzi i demonów. Tę prawdę można zilustrować na przykładzie następującej analogii: żaden rozsądny rząd nie popiera piractwa drogowego, ale skoro już ono się zdarza, to nagłaśniając jego tragiczne efekty próbuje przekonać obywateli do większego poszanowania kodeksu drogowego.

    Z pewnością Bóg nie chciał zatem, by w czasie Powstania Warszawskiego kobiety były gwałcone przez SS-manów, a małe dzieci zabijane z zimną krwią przez strzał w głowę. Wszechmogący pozwolił jednak na te złe działania, by pokazać nam, że zło rodzi zło. I w tym sensie była to Jego kara, gdyż, jak to czasami bywa, mógł nawet w fizycznym sensie przeszkodzić złoczyńcom w czynieniu nieprawości, np. uderzając piorunem z nieba gwałciciela bądź mordercę. Można powiedzieć, że pozwalając na te okropności, Bóg mówił: „Słusznie płaczecie i oburzacie się na los zabijanych dzieci, dlaczego jednak wcześniej pozwalaliście, by poczęte dzieci były rozszarpywane w łonach swych matek? Ci, którzy teraz gwałcą wasze żony i córki, nie ujdą Mej kary, jednak podobna sromota zalegała wasze miasto przez wiele lat„.

    Nie jest też argumentem przeciwko widzeniu w zniszczeniu Warszawy kary za grzechy przywoływanie przykładu Abrahama, któremu Bóg obiecał, iż nie zniszczyłby Sodomy, jeśli znalazłby tam choćby i tylko 10 sprawiedliwych (Rodzaju 18, 20). Ów biblijny przykład nie jest bowiem jedynym przykładem Bożego sposobu karcenia. W Piśmie świętym przywołane są też zdarzenia, z których wynika, iż zsyłane przez Boga kary dotykały obok występnych i niesprawiedliwych także osoby niewinne. Jednym z takich wydarzeń było wytracenie przez Pańskiego Anioła wszystkich pierworodnych z Egiptu za to, iż Faraon nie chciał zgodzić się wypuścić Żydów ze swej niewoli (inną sprawą jest to, iż dla tych dzieci było to raczej błogosławieństwo niż kara, gdyż oszczędziło im życia w tym pogańskim i zdeprawowanym kraju).

    Dlaczego Warszawa, a nie Paryż czy Moskwa?

    Kiedy mówi się o tym, iż zniszczenie Warszawy mogło być karą za jej grzechy, często pojawiają się głosy w rodzaju: „Dlaczego zatem nie został ukarany np. Paryż, który zdawał się być jeszcze bardziej zdeprawowany aniżeli Warszawa? Albo, czemu podobny los nie dotknął Moskwy, skoro była ona wtedy światową stolicą komunizmu i ateizmu?„.

    Tego typu uwagi nie biorą jednak pod uwagę Bożej suwerenności wyrażającej się m.in. w tym, iż to Wszechmogący wie najlepiej kiedy i jak skarcić daną społeczność czy jednostkę. To On zna najlepiej nasze serca, naszą sytuację, okoliczności, a w związku z tym wie, ile czasu potrzebujemy na pokutę i jakie środki karne mogą być dla nas najlepsze. Tak więc, choć owszem nieprawości popełniane przed II wojną światową przez mieszkańców Paryża mogły się wydawać większe od tych czynionych przez ludzi z Warszawy, jednak być może Bóg odłożył ich ukaranie np. z tego powodu, iż ci pierwsi mieli mniej okazji usłyszeć wezwania do pokuty, przestrogi przed Bożą karą, etc., skoro już wtedy Francja była bardziej zeświecczonym i zlaicyzowanym krajem niż Polska. Przypomnijmy wszak, iż już od 1875 roku we Francji mocno ograniczano wpływy religii chrześcijańskiej na życie publiczne, co wyrażało się m.in. w usunięciu zakonników i zakonnic ze szkół państwowych, kapelanów z wojska, symboli religijnych z sądów i szpitali, w zniesieniu publicznych modlitw inaugurujących obrady parlamentu czy w transformacji opieki społecznej w instytucję zupełnie świecką. Tego rodzaju antykatolickich obostrzeń nie było w Polsce, w związku z czym Polacy mogli mieć więcej możliwości do słyszenia Bożej nauki niż Francuzi. W o wiele większym zaś stopniu odnosiło się to do mieszkańców Moskwy i Związku Sowieckiego, gdzie od czasów bolszewickiej rewolucji chrześcijaństwo było bardzo mocno prześladowane. Polacy grzeszyli jednak strasznie mimo, iż w międzywojennej Polsce życie kościelne rozkwitało, a Kościół katolicki był w pewien sposób uprzywilejowany. Przeciętny Polak czynił zło mimo, iż prawdopodobnie mógł częściej niż przeciętny Francuz słyszeć upomnienia przed grzeszeniem i obrażaniem w ten sposób Boga, nie mówiąc już o sytuacji mieszkańców Moskwy w tym względzie, gdzie większość kościołów i cerkwi została zniszczona, zamknięta albo przeznaczona na inne świeckie cele. Poziom świadomości w czynieniu nieprawości Polaków mógł być więc większy od tego, którym mogli się wykazać mieszkańcy Paryża albo Moskwy.

    Pokutujmy albowiem inaczej „wszyscy tak samo zginiemy”

    Wiele więc wskazuje na to, iż to rzeczywiście Warszawa była tym „najpiękniejszym miastem w naszej ojczyźnie”, które wedle św. Faustyny Kowalskiej miało zostać z Bożego wyroku „zniszczone niczym Sodoma i Gomora„.  Czy my Polacy wyciągniemy jednak z tej lekcji historii właściwe wnioski, czy może spróbujemy je zagłuszyć za pomocą szyderstw i kpin? Cóż, to już zależy od nas, ale pamiętajmy, że jeśli nie będziemy pokutować, „wszyscy tak samo  zginiemy” (Łukasz 13, 5). Obyśmy poszli śladem mieszkańców Niniwy, a nie Sodomy.

  9. Męczennicy z Ugandy wołają o pomstę nad „gejami”

    Leave a Comment

    Co pewien czas mass media informują opinię publiczną o nasilających się w Ugandzie represjach wobec osób praktykujących (bądź promujących) homoseksualizm. Głośno jest zwłaszcza o ciągle rozpatrywanym w tym kraju projekcie nowej ustawy zwanej „Anti-Homosexuality Bill”, która w swej pierwotnej wersji przewidywała jedne z najsurowszych na świecie sankcji za praktykowanie tej dewiacji, a mianowicie dożywotnie więzienie za „przestępstwo homoseksualizmu” oraz karę śmierci za „kwalifikowany homoseksualizm” (wówczas, gdy sprawcą takiego czynu jest osoba zarażona HIV, pełniąca funkcje publiczne, rodzic lub też występek taki został popełniony wobec osoby nieletniej bądź niepełnosprawnej). Ustawa ta przewidywała też karę grzywny bądź więzienia do trzech lat dla tych wszystkich, którzy wiedząc o czynach homoseksualnych nie powiadomiliby o tym stosownych władz. Jednak od 2009 roku, kiedy to po raz pierwszy zaczęto procedować nad „”Anti-Homosexuality Bill” jej przepisy uległy złagodzeniu (usunięto z niej zapis o karze śmierci), a to najpewniej z powodu powszechnego oburzenia, jakie względem nich wyrazili przywódcy i autorytety świata zachodniego. Przykładowo, prezydent Obama nazwał projektowane prawo „odrażającym”, a parlament UE zagroził obcięciem finansowej pomocy dla Ugandy w razie przyjęcia takich przepisów.

                                     Ciężki los LGBT

    Tak czy inaczej, sytuacja praktykujących homoseksualistów i „pro-gejowskich” działaczy w tej części Afryki jest diametralnie odmienna od tej, z którą mamy do czynienia w Europie, obu Amerykach czy też Australii (a więc krajach, gdzie przynajmniej wedle oficjalnych deklaracji większość mieszkańców to chrześcijanie). Homoseksualne czyny są na chwilę obecną zagrożone karą do 14 lat pozbawienia wolności, zakaz „homo-małżeństw” został otwarcie wpisany do konstytucji, zaś społeczni działacze występujący „w obronie praw gejów i lesbijek” (używając politycznie poprawnego języka) są poddawani represjom ze strony władz. „Amnesty International” od co najmniej kilkunastu już lat z oburzeniem donosi o różnych przypadkach takich prześladowań. I tak np. 20 lipca 2005 roku, policja przeszukała dom Victorii Juliet Mukasy, przewodniczącej organizacji „Mniejszości Seksualnych Ugandy” (SMUG), zaś inna z działaczek tego ugrupowania została wówczas zatrzymana i przewieziona na policyjny posterunek. Wcześniej zaś, bo w lutym 2005 r., Rada Mediów w Ugandzie zakazała emisji sztuki „Monologi waginy” amerykańskiej dramaturg, Eve Ensler, uznając owe widowisko za „w pierwszej kolejności promujące i chwalące nienaturalny seks… lub homoseksualność.” Z kolei, w czerwcu 2012 roku, oddziały policji otoczyły hotel w Kampali (stolicy Ugandy) w czasie, gdy tam odbywały się warsztaty pro-homoseksualnych aktywistów z różnych krajów Afryki, po czym ludzie ci zostali wyłapani i odprowadzeni do policyjnych radiowozów. 14 lutego tego samego roku, na czele podobnego nalotu na działaczy LGBT stał sam Minister ds. Etyki i i uczciwości Ugandy, p. Simon Lokodo. Ta postawa władz Ugandy wyśmienicie zresztą współgra z nastawieniem ogromnej większości mieszkańców tego kraju, którzy uważają homoseksualizm za obrzydliwość i nienaturalne zboczenie.

                                      Chrześcijańskie odrodzenie

    Ciężki los praktykujących homoseksualistów w Ugandzie jest jednak elementem szerszego zjawiska, które dotknęło ów kraj. Otóż państwo to od przeszło 20 lat przeżywa prawdziwe odrodzenie moralne i religijne. Na początku lat 90-tych XX wieku Uganda przedstawiała obraz przysłowiowej „nędzy i rozpaczy”. W pamięci mieszkańców tego kraju wciąż żywe były wspomnienia krwawej dyktatury szalonego Amina Dady (w trakcie której wymordowano 300 tyś. osób) oraz wojny domowej, która nastąpiła po upadku jego rządów. Uganda była wtedy wyniszczona ekonomicznie (inflacja osiągała rozmiary ok. 250 procent), moralnie (czego przejawem była m.in. powszechna korupcja), a wiele wskazywało na to, iż w niezbyt długim czasie może nawet ona stanąć na progu fizycznego wyludnienia (liczba ludności zarażone wirusem HIV sięgała wówczas 15 procent, a wedle przewidywać WHO do 1997 roku odsetek ten miał sięgnąć 60 procent). I w tej właśnie tragicznej sytuacji, ugandyjscy chrześcijanie rozpoczęli wielką akcję wstawienniczej modlitwy za swój naród. Miliony Ugandyjczyków zaczęło dzień w dzień wołać do Boga o ratunek, miłosierdzie i litość dla swego kraju. Modlić  zaczęły się całe rodziny, wioski oraz ludzie wszystkich warstw społecznych, od najprostszych chłopów zaczynając, na politykach i ministrach kończąc. No i oblicze owej ziemi zaczęło się wyraźnie zmieniać.  Liczba osób zarażonych HIV zmalała z 15 proc na początku 1990 r. do 5 procent w 2001 roku. Stało się tak w dużej mierze dzięki rządowemu programowi „ABC” kładącemu nacisk na abstynencję seksualną przed ślubem i zachowanie wierności małżeńskiej, jako główne metody w profilaktyce AIDS. Program „ABC” wpłynął też na wyraźne zmniejszenie popularności wśród mieszkańców Ugandy dość tradycyjnych dla Afryki obrzydliwości takich jak przypadkowy seks czy poligamia. W kraju tym wydatnie zmalał też poziom praktykowania okultyzmu i różnych magicznych obrzędów (z czego też znana jest Afryka). Doszło do tego, że szamani opuszczają niektóre wioski, gdyż nikt tam nie chce już korzystać z ich usług. Kraj podnosi się także ekonomicznie i gospodarczo; choć w tym zakresie ciągle trapią go niemałe problemy (np. powszechna korupcja), to nie ma już tam plag głodu, odradza się rolnictwo, handel, prywatne inicjatywy gospodarcze. Inflacja spadła tam z poziomu 240 procent w 1987 r. co 7, 3 procent w 2003 roku. Z kolei inwestycje wzrosły z niespełna 14 procent w 1999 roku do prawie 21 proc. w 2003 r.

    W ogóle chrześcijaństwo wydaje się przenikać całe życie Ugandy. Prezydent, ministrowie i parlamentarzyści tego kraju mówią otwarcie o swej wierze w Pana Jezusa, modlitwie, itp. Jadąc zaś autobusem często można słuchać puszczanej w tle chrześcijańskiej muzyki, a sklepy nieraz noszą biblijne nazwy.

                                Krew męczenników woła do Nieba

    Nie ma się zatem co dziwić, iż w miarę rosnących wpływów żywego i konsekwentnie pojmowanego chrześcijaństwa sytuacja tych, którzy chcą praktykować i/lub promować homoseksualizm staje się coraz bardziej trudna i niekomfortowa. Znajomość pewnych wydarzeń w historii tego kraju pozwala jednak wysnuć jeszcze dalej idący wniosek. Pod koniec XIX wieku, na terenie dzisiejszej Ugandy sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Wtedy bowiem władzę tam nie sprawowali chrześcijańscy „homofobi”, a ofiarą prześladowań nie padali praktykujący sodomici. Wówczas mieliśmy tam do czynienia z sytuacją wręcz odwrotną. Królestwem Bugandy (teren dzisiejszej Ugandy) rządził prześladujący chrześcijan król Mwanga II Mukasa, który dodatkowo zmuszał swych paziów do odbywania z nim homoseksualnych stosunków. Jednak w latach 1885 – 1886 zboczone pragnienia tego człowieka natrafiły na opór ze strony kilkudziesięciu chrześcijan (katolików i protestantów), którzy woleli umrzeć niż spełniać jego ohydne zachcianki uzasadniając to swą wiernością Chrystusowi. Mwanga II był wściekły na chrześcijan i polecił zamordować tych, którzy nie chcieli uczestniczyć w jego erotycznych ekscesach. Szacuje się, iż w ten sposób zostało zabitych co najmniej 45 chrześcijan – część z nich została spalona żywcem, zakuta dzidami lub rozsiekana na kawałki pod drodze.

    Jaki wniosek można wyciągnąć z powyższej historii w kontekście dzisiejszej sytuacji Ugandy, a zwłaszcza klimatu, jaki panuje w tym kraju wobec czynnych homoseksualistów i aktywistów LGBT? Otóż na tym przykładzie widzimy praktyczną realizację dwóch prawd chrześcijańskich. Pierwszą z tych prawd jest wyrażona przez Tertuliana sentencja: „Krew męczenników jest nasieniem chrześcijan„. Nie bez znaczenia jest zaś fakt, że męczeństwo ugandyjskich chrześcijan było jednym z pierwszych i najkrwawszych tego typu aktów w bardziej nowożytnej historii Afryki. W tym też należy upatrywać jednej z przyczyn faktu, iż Uganda stała się dziś najbardziej chrześcijańskim krajem i państwem Afryki, którego oddanie Chrystusowi i Bożym przykazaniom znajduje swój wyraz także w jego polityce i porządku prawnym. Drugą prawdą, której realizację widzimy dziś w Ugandzie jest to, iż m.in. morderstwo niewinnych oraz seksualne obcowanie przeciwne naturze (czyli m.in. homoseksualizm) stanowią „grzechy wołające o pomstę do Nieba„. Jak naucza Katechizm św. Piusa X: „O grzechach tych mówi się, że wołają o pomstę do nieba, ponieważ tak uczy Duch Święty i ponieważ ich niegodziwość jest tak wielka i tak oczywista, że skłaniają Boga, by wymierzał za nie najsurowsze kary”. Trafność tego nauczania widzimy na przykładzie różnych biblijnych fragmentów, gdzie czytamy, iż np. krew niewinne zabitego Abla wołała do niebios (Rodz. 4, 10); a skarga na mieszkańców Sodomy i Gomory rozległa się głośno i doszła do samego Pana Boga (Rodz. 18, 20). Szczególnego wydźwięku w kontekście omawianego w tym tekście problemu nabiera też scena z Apokalipsy św. Jana, gdzie widzimy „dusze zabitych dla Słowa Bożego i dla świadectwa, jakie mieli” wołających do Boga o karę za ich niewinnie przelaną krew:Jak długo jeszcze Władco święty i prawdziwy nie będziesz sądził i wymierzał za krew naszą kary tym, co mieszkają na ziemi?(tamże: 6, 10).

    Trudno nie powiązać zatem męczeństwa ugandyjskich chrześcijan zabitych przecież właśnie za to, że nie chcieli ulegać homoseksualnym pragnieniom swego zboczonego króla z dzisiejszą szczególną surowością, z jaką traktowani są czynni homoseksualiści i aktywiści „gejowscy” w Ugandzie. Wszak ich niewinnie przelana w imię wierności Panu Jezusowi i obrzydzenia dla sodomii krew woła do Boga o to, by okazał swą pomstę, gniew i sprawiedliwość. I tak się jakoś składa, że to właśnie homoseksualiści i ich poplecznicy mają ciężkie życie w Ugandzie. Ale nie ma się co dziwić, wszak „Pan Bóg jest nierychliwy, ale sprawiedliwy„.

  10. Czy kobiety są równe mężczyznom?

    Leave a Comment

    W reakcji na mój ostatni artykuł pt. „Co oznacza posłuszeństwo żony wobec męża?”  odezwały się głosy twierdzące, iż zasada uległości żony wobec męża deprecjonuje tę ostatnią i czynią ją istotą nierówną mężczyźnie. Co można odpowiedzieć na ten argument?

    Otóż, zacznijmy od tego, że już sam przykład Świętej Rodziny (to znaczy ziemskiego bytowania św. Józefa, błogosławionej Marii Panny i Pana Jezusa) przeczy założeniu, jakoby okazywanie komuś posłuszeństwa czyniło z osoby posłusznej i uznającej czyjeś zwierzchnictwo osobą gorszą. W ramach Świętej Rodziny to bowiem Pan Jezus odznaczał się największą, bo wszak boską godnością i naturą, a jednak był On posłuszny oraz poddany swym ziemskim rodzicom (Łk 2, 51). Po Jezusie zaś najwyższą godnością obdarzona została Jego Matka, a jednak to nie Ona, ale św. Józef został ustanowiony głową i kierownikiem Świętej Rodziny. To do niego, a nie Najświętszej Marii Panny Bóg za pośrednictwem Anioła zwracał się z konkretnymi wskazówkami, co ów miał czynić z Maryją i Dzieciątkiem (Mt  2, 13 – 20). To też św. Józef, a nie Najświętsza Panna nadaje – zgodnie z żydowskim zwyczajem – imię Dziecięciu. W modlitwach zaś Kościoła św. Józefa nazywa się „Głową Najświętszej Rodziny” oraz tym, którego „Bóg ustanowił Panem nad swoim domem”.

    Czy można jednak powiedzieć, iż kobiety nie są równe mężczyznom? Otóż tak, ale to samo można rzecz w odwrotnym kierunku, to znaczy: mężczyźni także nie są równi niewiastom. Ba, można takie rozważania ciągnąć dalej i wskazywać na różne nierówności występujące w zależności od innych czynników: wieku, środowiska, w którym się urodziliśmy oraz wychowaliśmy, itd. Po prostu, ogólnie rzecz biorąc ludzie są przez Boga obdarowani w nierównym stopniu różnymi zdolnościami i tendencjami. Jedne osoby są lepsze w tym, a gorsze w tamtym i tak też jest pomiędzy mężczyznami a niewiastami. Na przykład, mężczyźni zwykle są bardziej predysponowani do wykonywania bardzo ciężkiej pracy fizycznej, sprawowania funkcji kierowniczych, uprawiania sportu, kobiety zaś lepiej nadają się do – zwłaszcza bardziej bezpośredniej – opieki nad dziećmi, pielęgnowania chorych oraz innych prac i zajęć wymagających większej delikatności, okazywania emocjonalnej czułości, etc. I z tych też naturalnych różnic i nierówności pomiędzy płciami wynika to, że mężczyźni w większym stopniu niż kobiety nadają się na budowlańców, żołnierzy, kierowników firm oraz na głowy rodzin, a już w mniejszym na pielęgniarzy, „przedszkolanki”, itp.

    Powyższe jednak nie przeczy równości kobiet i mężczyzn w znaczeniu fundamentalnym. Wskazane wyżej nierówności nie tyczą się bowiem samej istoty ludzkiej godności oraz fundamentalnych praw i obowiązków z niej wynikających. Te nierówności obejmują kwestie poboczne, można by powiedzieć drugorzędne. Oczywiście zaś, kobiety są równe mężczyznom w tym sensie, iż zostały stworzone przez Boga, tak jak mężczyźni zostały one odkupione przez Chrystusową mękę, oraz są wezwane do prowadzenia świętego życia i osiągnięcia zbawienia wiecznego. A to, że nie mają one takich samych zdolności co mężczyźni do podnoszenia ciężarów czy kierowania losami swej rodziny, nie czyni z nich istot gorszych, gdyż nie na takich zdolnościach zasadza się ludzka godność. Na czym polega autentyczna równość pomiędzy ludźmi pięknie nauczał papież Leon XIII w encyklice „Quod apostolici muneris”:

    według dokumentów Ewangelii równość ludzi polega na tym, że posiadają wszyscy tę samą naturę, są powołani do najwznioślejszej godności synów Bożych i mając wszyscy wyznaczony ten sam cel, będą pojedynczo sądzeni według tego samego prawa, otrzymując według zasług karę lub nagrodę. Nierówność zaś prawa i władzy pochodzi od samego Twórcy natury” .

     

    Przeczytaj też: https://salwowski.net/2017/03/08/co-oznacza-posluszenstwo-zony-wobec-meza/