Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tag Archive: Brawario

  1. Czy niewolnictwo jest wewnętrznie złe?

    Możliwość komentowania Czy niewolnictwo jest wewnętrznie złe? została wyłączona

    Papież Jan Paweł II w swej encyklice „Veritatis splendor” nauczał, iż niewolnictwo należy zaliczać do czynów wewnętrznie złych (a więc zawsze zakazanych):

    Dzięki świadectwu rozumu wiemy jednak, że istnieją przedmioty ludzkich aktów, których nie można przyporządkować Bogu, ponieważ są one radykalnie sprzeczne z dobrem osoby, stworzonej na Jego obraz. Tradycyjna nauka moralna Kościoła mówi o czynach, które są „wewnętrznie złe” (intrinsece malum): są złe zawsze i same z siebie, to znaczy ze względu na swój przedmiot, a niezależnie od ewentualnych intencji osoby działającej i od okoliczności. Dlatego nie umniejszając w niczym wpływu okoliczności, a zwłaszcza intencji na moralną jakość czynu, Kościół naucza, że „istnieją akty, które jako takie, same w sobie, niezależnie od okoliczności, są zawsze wielką niegodziwością ze względu na przedmiot”. Sam Sobór Watykański II, mówiąc o szacunku należnym ludzkiej osobie, wymienia wiele przykładów takich czynów: „Wszystko, co godzi w samo życie, jak wszelkiego rodzaju zabójstwa, ludobójstwa, spędzanie płodu, eutanazja i dobrowolne samobójstwo; wszystko, cokolwiek narusza całość osoby ludzkiej, jak okaleczenia, tortury zadawane ciału i duszy, wysiłki w kierunku przymusu psychicznego; wszystko, co ubliża godności ludzkiej, jak nieludzkie warunki życia, arbitralne aresztowania, deportacje, niewolnictwo, prostytucja, handel kobietami i młodzieżą, a także nieludzkie warunki pracy, w których traktuje się pracowników jak zwykłe narzędzia zysku, a nie jak wolne, odpowiedzialne osoby; wszystkie te i tym podobne sprawy i praktyki są czymś haniebnym; zakażają cywilizację ludzką, bardziej hańbią tych, którzy się ich dopuszczają, niż tych, którzy doznają krzywdy i są jak najbardziej sprzeczne z czcią należną Stwórcy” (tamże, n. 80 – podkreślenie moje MS).

    Chociaż niewielu tzw. katolickich tradycjonalistów to podkreśla to takie, a nie inne potraktowanie niewolnictwa musi jawić się jako kontrowersyjne, gdyż ani Pismo święte, ani „przedsoborowa” doktryna Kościoła nie określała niewolnictwa jako wewnętrznie złego. Owszem, krytycznie wskazywano na liczne nadużycia owej instytucji i wzywano właścicieli niewolników do ich unikania. Owszem, papieże czasami potępiali handel niewolnikami oraz niesprawiedliwe pozbawienie wolności członków ludów na nowo odkrytych terenach, ale i to jeszcze nie było równoznaczne ze stwierdzeniem, iż np. posiadanie niewolników jest zawsze i wszędzie moralnie zakazane (a więc „wewnętrznie złe”). Jeszcze w XIX wieku Magisterium Kościoła i wybitni teolodzy katoliccy podtrzymywali twierdzenie, iż niewolnictwo nie jest wewnętrznie złe. Św. Oficjum w swym dokumencie z dnia 20 czerwca 1866 roku pisało:

    Sama niewola (…) nie jest w żadnym wypadku sprzeczna z prawem naturalnym i Bożym, i może być obecnych bardzo wiele sprawiedliwych tytułów dla poddaństwa (…) Rzeczywiście, tak jak niewolników można legalnie kupić, tak i oni mogą legalnie zostać sprzedani, ale całkowicie konieczne jest, aby sprzedający był prawowitym posiadaczem niewolnika i nie robił nic w sprzedaży, przez co życie, moralność lub wiara katolicka niewolnika, który ma zostać sprzedany, zostałyby naruszone (…)

    Odpowiedź na pytanie 16: Jak zauważono w odpowiedzi na powyższe pytania, istnieją pewne słuszne tytuły lub przyczyny, dzięki którym niewolnik może zostać legalnie pozbawiony wolności i prawowicie zatrzymany przez pana (…) Odpowiedź na pytania 18 i 19: Regularne prawo do ucieczki przysługuje niewolnikom, którzy zostali niesprawiedliwie sprowadzeni do niewoli; nie wolno uciekać niewolnikom, którzy przechodzą sprawiedliwe zniewolenie, chyba że są zachęcani przez pana do jakiegoś grzechu lub są traktowani nieludzko” (Por. Wikipedia English, Catholic Church and Slavery).

    Kardynał John H. Newman w swym liście do T. W. Alleisa z dnia 8 listopada 1863 roku stwierdzał, że pragnąłby likwidacji niewolnictwa, ale owa instytucja nie jest wewnętrznie zła, gdyż w przeciwnym razie św. Paweł Apostoł poleciłby Filemonowi natychmiastowe wyzwolenie wszystkich niewolników, których ten posiadał (co jak wiadomo – nie miało miejsca).

    W owym (19) stuleciu być może najbliżej do przyjęcia pozycji o wewnętrznie złym charakterze niewolnictwa był papież Leon XIII, ale nawet on, nie posunął się tak daleko. W swej encyklice „In Prulimis” nazywał on co prawda niewolnictwo „potworną przewrotnością” oraz „najhaniebniejszą zarazą”, ale z drugiej strony rozróżniał pomiędzy pogańskim a chrześcijańskim traktowaniem niewolników, a także (raczej aprobatywnie) przywoływał wywody katolickich teologów o tym, że: „panowie mają wprawdzie słuszne prawo do pracy niewolników, lecz wcale nie jest dozwolona owa sroga władza nad ich życiem ani okrutna surowość„. 

    ***

    Czy zatem nauczanie Jana Pawła II o domniemanym wewnętrznie złym charakterze niewolnictwa przeczy Pismu świętemu i tradycyjnej doktrynie katolickiej?

    Odpowiedź na powyższe pytanie w dużej mierze zależy od próby odnalezienia odpowiedzi na to, co Jan Paweł II rozumiał przez pojęcie niewolnictwa? Jest to bardzo ważna kwestia, gdyż nieporozumienia odnośnie właściwego rozumienia tych czy innych elementów doktryny katolickiej niejednokrotnie biorą się z tego, iż pod tym samym pojęciem (np. kłamstwo czy kradzież) poszczególni katolicy nieraz rozumieją inne treści. Czy dajmy na to, można powiedzieć, iż wedle nauczania katolickiego „Kradzież jest wewnętrznie zła”? Owszem, będzie to zgodne z prawdą. Jednocześnie jednak będzie także zgodne z prawdą, inne – pozornie sprzeczne z powyższą tezą – stwierdzenie, a mianowicie, iż: „Jest moralnie dozwolone, nawet wbrew woli właściciela, zabieranie jego prywatnej własności”. Wedle bowiem tradycyjnego nauczania Kościoła, oczywiście każda kradzież jest zła i zakazana (czyli wewnętrznie zła), ale nie każde zabranie czyjejś własności jest kradzieżą. Głodujący więzień z Auschwitz mógł np. samowolnie wziąć z pełnego jedzenia stołu niemieckiego oficera pętko kiełbasy i nie była to kradzież. Odmowa dania jedzenia takiemu człowiekowi była wszak niesprawiedliwością i brakiem miłosierdzia ze strony właściciela tej kiełbasy – a więc zgodnie z tradycyjnie katolicką definicją kradzieży – jej zabranie nie było rzeczywistą kradzieżą. Co innego jednak, gdyby taki głodujący więzień zabrał kawałek chleba innemu głodującemu – coś takiego byłoby kradzieżą i nie miałoby się moralnego prawa tego czynić nawet dla ratowania swego życia (Więcej na ten temat można przeczytać w tym artykule).

    Podobnie jest z kwestią niewolnictwa. Aby udowodnić Janowi Pawłowi II, iż potępiając ową instytucję jako wewnętrznie złą miał na myśli również to co Pismo św. Magisterium Kościoła oraz dawniejsi teolodzy tradycyjnie określali jako moralnie dozwolone i sprawiedliwe formy zniewolenia – należałoby właśnie to wykazać.

    Tradycyjna teologia katolicka rozróżniała zaś dwa aspekty niewolnictwa: jeden moralnie zakazany; drugi moralnie dozwolony. Otóż niewolnictwo traktowane jako nieograniczona lub prawie nieograniczona władza nad drugą osobą, posuwająca się do prawnego i/lub faktycznego odmawiania niewolnikom ich naturalnych praw i ludzkiej godności, było uważane za niemoralne i niesprawiedliwe. Jednak niewolnictwo rozumiane jako ograniczona władza nad pracą i miejscem przebywania drugiej osoby było traktowane jako mogące być zgodne z moralnością, sprawiedliwością oraz prawem naturalnym. W ramach takiego sprawiedliwego niewolnictwa mogło się mieścić też sprzedawanie i kupowanie niewolników, gdyż przez sprzedaż i kupno rozumiano tu (w sensie: tradycyjnie teologowie tak to wykładali) nie handlowanie godnością tych ludzi, ale kupno i sprzedaż pracy owych osób. Kardynał Gerdil (1718-1802) tak podsumowywał istotę tego nauczania:

    Niewolnictwo nie powinno być rozumiane jako przyznanie jednemu człowiekowi takiej samej władzy nad drugim, jaką ludzie mają nad bydłem. Dlatego błądzili ci, którzy w dawnych czasach odmawiali włączania niewolników do osób ; i wierzyli, że jakkolwiek barbarzyńsko pan potraktował swego niewolnika, nie naruszył żadnego prawa niewolnika. Albowiem niewolnictwo nie znosi naturalnej równości ludzi: stąd przez niewolnictwo rozumie się, że jeden człowiek podlega panowaniu drugiego w takim stopniu, w jakim pan ma wieczyste prawo do wszystkich tych usług, które jeden człowiek może słusznie wykonywać na rzecz drugiego; i pod warunkiem, że pan troszczy się o swojego niewolnika i traktuje go w sposób humanitarny (Comp. Instit. Civil., L, vii). (Cytat za: Catholic Encyklopedia. Ethical Aspect of Slavery).

    Oczywiście nie trzeba długich wywodów, iż, historycznie rzecz biorąc, to co było nazywane niewolnictwem zwykle na płaszczyźnie prawnej nie odpowiadało moralnym restrykcjom, jakie niewolnictwu stawiała tradycyjna moralistyka katolicka. Zazwyczaj pod mianem niewolnictwa rozumiano takie uregulowania prawne, które dawały właścicielom niewolników nieograniczoną lub prawie nieograniczoną władzę nad podległymi in niewolnikami. Panowie więc mogli np. nakładać na swych niewolników pracę ponad ich siły, arbitralnie wymierzać im niewspółmierne do rangi występków srogie kary, wykorzystywać seksualnie, sprzedawać do domów rozpusty, urządzać z nimi krwawe walki dla rozrywki publiczności, rozdzielać z rodzinami. Wszystkie te rzeczy były złe, niemoralne i niesprawiedliwe wobec niewolników. I prawodawstwo, które aprobowało taki sposób traktowania swych bliźnich, można śmiało nazwać „wewnętrznie złym”. To nie znaczy i tak jednak, że każdy właściciel niewolników działający w ramach tak wewnętrznie złego systemu prawnego, sam postępował wewnętrznie źle wobec podległych sobie osób. Tak jak fakt, iż prawo większości dzisiejszych państw pozwala matkom na zabijanie swych nienarodzonych dzieciątek (co jest wewnętrznie złe) nie sprawia, że dokładnie każda matka korzysta z owego „prawa”. O ile więc można powiedzieć, że historycznie istniejące regulacje prawne tyczące się niewolników prawie zawsze były wewnętrznie złe, to prawdopodobnie nie każdy właściciel niewolników z nich korzystał (a wtedy nie postępował wewnętrznie źle wobec swych niewolników).

    ***

    Czy więc przez wewnętrznie złe niewolnictwo Jana Paweł II rozumiał to, co historycznie rzecz biorąc, rzeczywiście je oznaczało? Czy może rozumiał on przez nie także to, co tradycyjni teologowie nazywali „sprawiedliwym niewolnictwem”? Trudno na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć, gdyż papież ów potępiając jako wewnętrznie złe niewolnictwo, jednocześnie nie sprecyzował, co przez nie w sposób szczegółowy rozumie. Pewne światło na to, co ów papież mógł mieć na myśli, rzuca punkt numer 2414 promulgowanego przez niego Katechizmu, gdzie czytamy:

    Siódme przykazanie zakazuje czynów lub przedsięwzięć, które dla jakiejkolwiek przyczyny – egoistycznej czy ideologicznej, handlowej czy totalitarnej – prowadzą do zniewolenia ludzi, do poniżania ich godności osobistej, do kupowania ich, sprzedawania oraz wymiany, jakby byli towarem. Grzechem przeciwko godności osób i ich podstawowym prawom jest sprowadzanie ich przemocą do wartości użytkowej lub do źródła zysku. Św. Paweł nakazywał chrześcijańskiemu panu traktować swego chrześcijańskiego niewolnika „nie jako niewolnika, lecz… jako brata umiłowanego… w Panu” (Flm 16).

    Z powyższych słów można więc wywnioskować, że przez wewnętrznie złe niewolnictwo rozumie się „sprowadzenie (ludzi) przemocą do wartości użytkowej lub źródła zysku„. Takie podejście do sprawy nie wydaje się sprzeczne z tradycyjną doktryną katolicką, gdyż postępujący sprawiedliwie właściciel niewolników powinien widzieć w nich ludzi z ich naturalną godnością, a nie narzędzia do dostarczania mu zysków. Rzecz jasna, miał on prawo oczekiwać od nich pracy, ale nie tylko do tego powinna się zacieśniać jego relacja z tymi osobami. Pewien problem budzi jednak cytowane z Katechizmu stwierdzenie potępiające „kupowanie, sprzedawanie oraz wymianę (ludzi), jakby byli towarem”. Oczywiście, jeśli rozumieć te słowa jako potępienie kupowania, sprzedawania i wymiany ludzi z intencją sprowadzania ich tylko/lub głównie do wartości użytkowej, to jest to niemoralne. Jeśli jednak rozumieć owo kupowanie, sprzedawanie i wymianę jako odnoszącą się nie do osób niewolników jako takich, ale do ich pracy (w sensie: wycenia się tu wartość usług pracowniczych danej osoby) to wedle tradycyjnych teologów i dawniejszego Magisterium nie jest to samo w sobie niemoralne i złe. Co więcej, samo Pismo święte co najmniej zezwala na kupno i sprzedaż niewolników (patrz: Wj 21, 2; Kpł 25, 44; Wj 21, 7). Rzecz jasna, można się zastanawiać, czy owe biblijne przepisy w odniesieniu do handlu niewolnikami były aktami tylko Bożej tolerancji czy już może pozytywnymi nakazami czynienia danego zachowania, ale gdybyśmy mieli dojść do tej drugiej konkluzji (a więc, że były to pozytywne nakazy, a nie tylko Boża tolerancja), to wówczas należałoby stwierdzić, że samo kupowanie czy sprzedawanie niewolników nie było jeszcze wewnętrznie złe.

    Stwórca ze swej natury jako absolutnie dobry i święty nie może w pozytywny sposób zatwierdzać czegoś, co by było złe w swej istocie (a więc zawsze i wszędzie). Jak bowiem mówi Pismo święte: „Nikomu nie przykazał On być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć” (Syr 15, 19-20). Pius XII wykładał tę prawdę w następujący sposób:

    Przede wszystkim trzeba jasno stwierdzić, żadna ludzka władza (…) nie może wydać pozytywnego upoważnienia do nauczania lub czynienia tego, co byłoby wbrew religijnej prawdzie lub dobru moralnemu (…) Nawet Bóg nie mógłby dać takiego pozytywnego przykazania lub upoważnienia, gdyż stałoby to w sprzeczności z Jego absolutną prawdą i świętością” (Przemówienie „Ci resce”, podkreślenie moje – MS).

    Podkreślam, że sam nie mam w tej kwestii jasnej opinii, jednak podaję powyżej pewne wskazówki co do tego, jak można by próbować rozjaśnić ten problem (czyli spojrzenie na moralność sprzedaży i kupowania ludzi).

    Warto też dodać, że patrząc od strony zdroworozsądkowej nie wydaje się by samo kupowanie, a nawet sprzedawanie niewolników było wewnętrznie złe. Czy bowiem za moralnie zakazane uznalibyśmy kupno niewolnika w sytuacji, gdy coś takiego mogłoby go wybawić od dostania się w ręce okrutnego i niemoralnego pana? Podobnie, czy pan sprzedający swego niewolnika dlatego, że ów niewolnik zachowywał się u niego źle, deprawował innych, etc., na pewno postępował w sposób absolutnie niedopuszczalny?

    ***

    Wszystko co zostało tu powyżej napisane, nie ma celu być apologią, pochwałą czy doradzaniem czegoś, co można by nazwać sprawiedliwymi formami niewolnictwa. Nawet bowiem hipotetyczne prawa, które „na papierze” zakazywałyby wszelkich niemoralnych czynów wobec niewolników, byłyby bardzo trudne do zrealizowania w praktyce i wielu właścicieli niewolników nawet pod ich panowaniem i tak najpewniej krzywdziłaby tych ludzi. Lepiej zatem, aby na świecie nie było nawet tego, to tradycyjni teologowie określali mianem „sprawiedliwego niewolnictwa”.

    Mirosław Salwowski

    Przeczytaj też:

    Kardynał Avery Dulles, Devolopment or Revelsal?

    Czy chrześcijaństwo popierało niewolnictwo?

    Źródło obrazka wykorzystanego w artykule:

    https://www.dw.com/en/how-are-gulf-countries-coming-to-terms-with-their-history-of-slavery/a-60686264

  2. Co należy sądzić o hazardzie?

    Możliwość komentowania Co należy sądzić o hazardzie? została wyłączona

    Gry hazardowe można zdefiniować jako „zakłady pieniężne robione w celu pomnożenia pieniędzy w sposób wysoce ryzykowny”. Opublikowany w 1992 roku za pontyfikatu Jana Pawła II Katechizm Kościoła Katolickiego odnośnie hazardu stwierdza rzecz następującą:

    Gry hazardowe (karty itd.) bądź zakłady nie są same w sobie sprzeczne ze sprawiedliwością. Stają się moralnie nie do przyjęcia, gdy pozbawiają osobę tego, czego jej koniecznie trzeba dla zaspokojenia swoich potrzeb i potrzeb innych osób. Namiętność do gry może stać się poważnym zniewoleniem. Nieuczciwe zakłady bądź oszukiwanie w grach stanowi materię poważną, chyba że wyrządzana szkoda jest tak mała, że ten, kto ją ponosi, nie mógłby w sposób uzasadniony uznać jej za znaczącą. (Tamże: n. 2413).

    W poniższym artykule poddam refleksji to, czy, a jeśli tak, to w jakim stopniu to nauczanie Jana Pawła II jest zgodne z tradycyjnie katolicką refleksją na temat gier hazardowych. Postaram się również odpowiedzieć w nim na pytanie, jakie mogą być minusy owej rozrywki.

    ***

    Samo Pismo święte w bezpośredni i wyraźny sposób nie wspomina o hazardzie. Ten fakt nie jest jednak wystarczającą przesłanką, by katolicy nie patrzyli nań w sposób krytyczny, tak jak nieobecność na kartach Biblii wyraźnych potępień antykoncepcji, masturbacji czy pojedynków, nie stała na przeszkodzie temu, by tak starożytni chrześcijanie (w odniesieniu do pierwszych dwóch rzeczy), jak i Magisterium Kościoła doszli do wyraźnego potępiania tych wszystkich zachowań. Ponadto, choć Pismo św. milczy o hazardzie, jako takim, to podaje ono zasady, których konsekwentne zastosowanie raczej nie nastawia pozytywnie wobec omawianej rozrywki. I tak np. Biblia ostrzega przed chciwością, dążeniem do bogactwa oraz miłością do pieniędzy:

    „O bogactwo się nie ubiegaj i odstąp od swojej rozwagi (…)” (Przyp 23, 4)

    Ten, kto złoto miłuje, nie ustrzeże się winy, a ten, kto goni za zyskami, przez nie zostanie oszukany.” (Syr 31, 5)

    Bardzo wielu zgrzeszyło dla zysku, a ten, kto stara się wzbogacić, odwraca oko” (Syr 27, 1)

    ci, którzy chcą się bogacić, wpadają w pokusę i w zasadzkę oraz w liczne nierozumne i szkodliwe pożądania. One to pogrążają ludzi w zgubę i zatracenie. Albowiem korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniędzy” (1 Tym 6, 9 –10)

    Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wnijść do Królestwa niebieskiego” (Mt 19, 24)

    Pismo mówi nam też, byśmy zadowalali się skromnym życiem oraz możliwością zaspokajania z umiarem swych podstawowych potrzeb życiowych:

    „nie dawaj mi bogactwa ni nędzy, żyw mnie chlebem niezbędnym” (Przyp 30, 8)

    Postępowanie wasze niech będzie wolne od zachłanności na pieniądze: zadowalajcie się tym, co macie.„(Hbr 13, 5)

    Mając natomiast żywność i odzienie, i dach nad głową, bądźmy z tego zadowoleni!” (1 Tym 6, 8 – 10)

    Ponadto, Biblia ostrzega nas także przed głupotą (por. Mk 7, 22; Przyp 19, 3) oraz chwali pracowitość między innymi jako sposób na uczciwe zarabianie pieniędzy (por. 2 Tes 3,12-15; Przyp 18, 9).

    Można by zatem zapytać, czy – przynajmniej w praktyce – hazard jest bardzo często sprzeczny z powyższymi biblijnymi zasadami? Czyż wszak osoby oddające się tej rozrywce nie chcą się zwykle w ten sposób szybko wzbogacić będąc niezadowolonymi ze skromnego i umiarkowanego trybu życia? Czy nie jest także jakąś formą głupoty liczenie na zdobycie fortuny w efekcie gier hazardowych w sytuacji, gdy np. szansa na wygranie przysłowiowej „szóstki” w Lotto jest niemal 20 razy mniejsza niż na bycie zabitym przez meteoryt i wynosi 1 do 13 983 816?

    Do tych wszystkich – pośrednio wynikających z Pisma świętego- zastrzeżeń wobec hazardu można by dodać te bardziej zdroworozsądkowe i oparte na naszym codziennym doświadczeniu. I tak np. nie jest żadną tajemnicą, że gry hazardowe są jedną z ulubionych form inwestowania pieniędzy przez świat przestępczy. W dzielnicach, w których skoncentrowane są lokale hazardowe, odnotowuje się także więcej przestępczości niż w miejscach, w których nie ma takiej koncentracji. Przemysł hazardowy ma również w nierzadki sposób powiązania ze światem prostytucji oraz pornografii. Hazard wydaje się też żerować na biedniejszych ludziach, gdyż takowi wydają nań proporcjonalnie więcej pieniędzy niż osoby zamożniejsze. Nieraz się także słyszy o tym, że nawet wielkie wygrane w hazardzie nie są „szczęśliwymi pieniędzmi” i duża część spośród nielicznych, którzy tego dostąpili, w końcu je roztrwaniała i/albo popadała przez nie w jakieś większe kłopoty. Nie od rzeczy będzie tu przypomnieć o jednym z tradycyjnych powiedzeń „Łatwo przyszło. Łatwo poszło!„. Tak to już bowiem jest, iż często nie ceni się pieniędzy zbyt łatwo i szybko uzyskanych, wskutek czego wydaje się je znacznie szybciej, beztrosko i w mniej odpowiedzialny sposób. Ta zaś świadomość, że za konkretną sumą pieniężną stał nasz mierzony w czasie wysiłek (praca), skłania nas do bardziej odpowiedzialnego i przemyślanego pożytkowania uzyskanych w ten sposób finansów.

    Można wreszcie zapytać, czy jeśli lichwa była niegdyś potępiana na zasadzie, iż „Pieniądz sam w sobie nie ma wartości i jego posiadanie nie powinno być źródłem zysku” to, czy tym bardziej owego zastrzeżenia nie należałoby odnieść do hazardu? Źródłem zysku w grach hazardowych są bowiem dwie rzeczy: pieniądze, które ktoś zainwestował w tę rozrywkę oraz tzw. ślepy traf.

    ***

    Przypatrzmy się teraz temu, jak do gier hazardowych podchodzili starożytni chrześcijanie, święci, ojcowie i doktorzy Kościoła oraz papieże.

    Żyjący w latach 295-373 św. Atanazy Aleksandryjski (zwany też „Wielkim”) w swych kanonach uczył:

    Nie może bowiem człowiek nieczysty zbliżać się do ołtarza, ni dopuszczający się zdrady, ni pijany, ni nienawidzący bliźniego, ni oddający się hazardowi, ni przeklinający innych” (Patrz: Synody i kolekcje praw tom 3 Kanony Ojców Greckich. Kraków 2009, s. 135).

    Odbywający się ok. 306 roku Synod w Elwirze w kanonie 79 stwierdzał:

    Jeśli ktoś z wiernych gra w kości o pieniądze winien być wyłączony. Gdy poprawi się i zaprzestanie tego, po roku może być dopuszczony do komunii„.

    Pochodzące najprawdopodobniej z IV wieku, a będące de facto zapisem wiary i praktyki starożytnych chrześcijan „Konstytucje Apostolskie” stanowiły w odniesieniu do hazardu między innymi:

    „Subdiakon, lektor albo kantor uprawiający podobny proceder niechaj go zaniecha albo niech będzie wyłączony ze wspólnoty. To samo dotyczy również chrześcijan świeckich” (Patrz: „Synody i Kolekcje Praw, Tom II, Konstytucje Apostolskie oraz Kanony Pamfilosa z apostolskiego synodu w Antiochii; Prawo kanoniczne świętych Apostołów; Kary świętych Apostołów dla upadłych; Euchologion Serapiona”, Wydawnictwo WAM, Kraków 2007, s.282).

    Papież Mikołaj I w datowanym na 866 rok w liście do nawróconego na wiarą chrześcijańską króla Bułgarów w odpowiedzi na pytanie czy jest dozwolone chrześcijanom uprawiać gry hazardowe w czasie Wielkiego Postu napisał:

    Nie jest to dozwolone chrześcijanom nie tylko w okresie Wielkiego Postu, ale także w jakimkolwiek innym czasie.” (…) [Rozdział 47].

    W żywocie króla Francji, św. Ludwika IX czytamy, iż zakazał on w rządzonym przez siebie kraju produkcji kości do gry:

    Chcemy i rozporządzamy aby wszyscy nasi prewoci i bajlifowie powstrzymywali się od wymawiania słów, które odnoszą z lekceważeniem do Boga, Najświętszej Maryi Panny i wszystkich świętych, aby wystrzegali się gry w kości oraz tawern. Chcemy aby produkcja kości została zabroniona w całym naszym królestwie (…) [Patrz: Jean de Joinville, „Czyny Ludwika Świętego króla Francji”, Warszawa 2002, s. 200].

    W innym miejscu biografii tego świętego króla możemy odnaleźć to, iż w liście do swego syna zachęcał, go by jako jeden z grzechów, do zgniecenia których powinien on użyć swej królewskiej władzy potraktował również gry hazardowe (Patrz: Jean de Joinville, jw., s. 212-213].

    Z kolei założyciel Towarzystwa Jezusowego, św. Ignacy Loyola w liście pisanym do mieszkańców Azpeitii chwalił jako „święte i chwalebne zarządzenie” ustanawiające zakaz gry w karty oraz handlowania takowymi (Patrz: Św. Ignacy Loyola, „Listy Wybrane”, Kraków 2017, s. 48).

    Inny z czołowych przedstawicieli katolickiej kontrreformacji, doktor Kościoła św. Franciszek Salezy w swej słynnej „Filotei” pisał:

    Gry w kości, w karty i tym podobne, w których wygrana zależy od losu, są nie tylko niebezpiecznymi rozrywkami – jak tańce – ale są po prostu z natury złe i naganne, dlatego są zakazane tak przez prawo cywilne jak i kościelne. Lecz cóż w tych grach jest tak bardzo złego – zapytasz mnie. Nie decydują w nich słuszne racje o wygranej, lecz przypadek. Ten zaś bardzo sprzyja temu, który nie zasłużył na to ani zręcznością, ani przemyślnością, a to sprzeciwia się zdrowemu rozumowi. Powiesz mi: myśmy się tak tak umówili! Z tego wynika tylko tyle, że ten kto wygrywa, nie wyrządza krzywdy drugim, jednak to nie świadczy jeszcze, żeby ta umowa, jak i sama gra, były rozsądne, bowiem wygrana, która winna być nagrodą za zręczność, jest zdana jedynie na los szczęścia, który nie zasługuje na żadną nagrodę, bo bynajmniej od nas nie zależy.” (Patrz: Św. Franciszek Salezy, „Filotea. Wprowadzenie do życia pobożnego”, Kraków 2000, s. 197).

    W żywocie św. Ludwika Marii Grignion de Monfort czytamy zaś, że w spisanym przez niego „Przymierzu z Bogiem” jako jedną z praktyk, którą mieli czynić chrześcijanie odnawiający swe chrzcielne przyrzeczenia było następujące postanowienie:

    Będę unikać tańca, komedii i innych przedstawień, gier hazardowych, zbytków, próżności, złych książek i piosenek” (Patrz: „Ludwik Maria Grignion de Monfort. Boży szaleniec, który uczy nas, jak zawierzać się Maryi”, Kraków 2017, s. 194).

    Święty ten pewnego razu zniszczył też cenny stolik do gier hazardowych, a na wyrzuty jakie z tego tytułu mu czyniono odpowiedział:

    Powiedziałem, iż z całą ochotą i z serca całego dałbym pięćdziesiąt milionów liwrów w złocie, li tylko bym je miał, a z nimi całą krew z moich żył, aby spalić wszystkie do gier hazardowych stoły, podobne temu, którym rozbił” (Patrz: „Ludwik Maria Grignion de Monfort. Boży szaleniec, który uczy nas, jak zawierzać się Maryi”, Kraków 2017, s. 80).

    ***

    Wszystkie powyższe wypowiedzi wybitnych chrześcijańskich autorytetów na temat gier hazardowych należą do tych bardziej rygorystycznie i kategorycznie oceniających ową rozrywkę. Przejdę teraz do tych katolickich teologów, którzy mieli w tej kwestii łagodniejsze, acz ciągle jeszcze mocno krytyczne zdanie.

    I tak w XIX-wiecznej „Teologii moralnej dla plebanów i spowiedników” czytamy następującą opinię jej autora, kardynała Thomasa M. Gousseta:

    Gra nie jest zła z natury swojej, lecz bardzo łatwo jest nadużyć jej. Należy więc urządzić ją wedle mądrości chrześcijańskiej, z zachowaniem względu na osoby, czas, miejsce i okoliczności jej towarzyszące (…)

    Gry hazardowe w ogóle zakazane są prawami kościelnymi, lecz surowość dawnych ustaw znacznie złagodził zwyczaj, przynajmniej co się tyczy osób świeckich” (Patrz: Kardynał Gousset, „Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników”, Warszawa 1858, s. 169).

    W wydanych na początku XX wieku „Naukach katechizmowych zebranych na podstawie różnych autorów” ks. Wojciecha Andersza o grach hazardowych czytamy zaś:

    Grzeszą gracze, co grają w karty, lub w co innego nie dla zabawy lecz jedynie z chęci łatwego zysku; powiększa się zaś ich grzech, jeśli przytem pragną oszukiwać nawet albo wyzyskać nieumiejętność lub młodość współgraczy” (Patrz: Ks. Wojciech Andersz, „Nauki katechizmowe ułożone na podstawie różnych autorów”, Tom IV, Poznań 1910, s. 275-276).

    Z kolei w wydanej w 1957 roku Teologii moralnej autorstwa Dominika M. Prummera można przeczytać, iż gry hazardowe są moralnie dozwolone między innymi pod warunkiem, iż zysk nie powinien być w nich głównym motywem gry, ani też być zbyt gorliwie poszukiwany. Ponadto teolog ten stwierdzał:

    Ponieważ gry o stawki są najbardziej niebezpieczne z powodu poważnych zaburzeń, które często następują, spowiednik powinien je roztropnie cenzurować” (Cytat za: Blog „Introibo Ad Altare Dei. The World as Seen from a Traditionalist Catholic Perspective”, Don’t Bet On It ).

    ***

    Jak więc widać, w tradycyjnie katolickiej refleksji nad hazardem jeszcze do nie tak dawnych czasów dominowało mniej lub bardziej krytyczne doń podejście. Z tym że ta bardziej rygorystyczna ocena owej rozrywki była historycznie rzecz biorąc zdecydowanie większościowa, by nie powiedzieć, że na przestrzeni kilkunastu wieków katolickiego nauczania niemalże jednolita i powszechna. Opublikowany w 1992 roku Katechizm Jana Pawła II w swym nauczaniu na temat hazardu poszedł jednak za zdecydowanie mniejszościową tradycją katolickiej moralistyki (reprezentowaną w tym artykule przez kard. Gousseta i Dominika M. Prummera) wskazując, iż owa rozrywka nie jest sama w sobie zła, jednak wspominając o pewnych niebezpieczeństwach z niej wynikających. Czy Katechizm więc w tej kwestii myli się, skoro ignoruje wręcz powszechne i jednolite nauczanie katolickie na temat hazardu? Cóż, nie znam w 100 procentach odpowiedzi na to pytanie – jednak, nawet gdyby ów dokument się tu nie mylił (w bardziej ścisłym tego słowa znaczeniu), to i tak można wskazać na pewne jego braki w sposobie, w którym wypowiada się on na temat omawianej rozrywki. Nawet, gdyby bowiem przyjąć, że niemal powszechne nauczanie starożytnych chrześcijan, soborów lokalnych, papieży i świętych na ten temat nie było nieomylne i popadało w pewną przesadę to i tak owa przesada ciągle mogłaby nam wskazywać zasadniczo słuszny kierunek patrzenia na hazard. A mianowicie, nawet jeśli nie byłby on wewnętrznie zły, to ciągle stanowiłby on duży problem moralny, który nie wynikałby tylko z jakichś marginalnych, acz krzykliwych nadużyć z nim związanych, ale tyczyłby się bardzo częstych niebezpieczeństw z niego wynikających. Trudno wszak uprawiać gry hazardowe nie popadając w niebezpieczeństwo chciwości, pragnienia łatwego wzbogacenia się, wzbudzania głupich i bezsensownych nadziei, a także wzgardzenia prostym, skromnym oraz umiarkowanym stylem życia. Ponadto, hazard jest – jak już o tym powyżej wspomniałem – bardzo często powiązany ze światem przestępczym, prostytucją oraz pornografią. Czyż nie byłoby więc ze strony autorów „posoborowego” Katechizmu rzeczą bardziej roztropną mocniejsze zaakcentowanie wskazanych wyżej częstych zagrożeń dla moralności, jakie niesie hazard – nawet przy jednoczesnej odmowie nazywania go wewnętrznie złym? Czy nie powinno się też w tymże Katechizmie dodać zastrzeżeń w rodzaju, iż gry hazardowe nie są złe pod warunkiem, że ich głównym motywem nie jest zysk oraz nie gra się w nich o duże stawki pieniężne? Do takiej oceny gier hazardowych osobiście bym się przychylał – choć gwoli ścisłości i tak, jak to zostało powyżej wykazane, taka ocena jest łagodna w porównaniu z historycznie większościowym katolickim nauczaniem. Miejmy zatem nadzieję, że w przyszłości „posoborowy” Katechizm pójdzie w stronę silniejszego niż obecnie akcentowania niebezpieczeństw hazardu oraz podkreślania, iż zysk nie powinien być jego głównym motywem. Ostatecznie jednak biorąc, warto zauważyć, że takie krytyczne podejście do gier hazardowych nie jest negowane przez aktualne nauczanie Kościoła, choć z drugiej strony nie jest ono też przezeń specjalnie promowane.

    Mirosław Salwowski

  3. Dlaczego antykoncepcja nie powinna być prawnie zakazana?

    Możliwość komentowania Dlaczego antykoncepcja nie powinna być prawnie zakazana? została wyłączona

    Moja publicystyka nieraz błędnie kojarzy się z tezą, jakoby wszelkie grzechy powinny być prawnie zakazane przez władze cywilne. Jest to oczywiście mylne, choć jednak zrozumiałe wrażenie, jakie niektórzy ludzie odnoszą z czytania mych tekstów, gdyż prawdą jest, że częściej piszę o tym, co powinno być zakazane przez prawo, aniżeli o tym, co nie powinno być w ten sposób represjonowane. Sam jednak fakt częstotliwości poruszania przeze mnie takiej tematyki nie oznacza, iż uważam, że rzeczywiście wszystkie bądź choćby zdecydowana większość grzechów powinna być kryminalizowana. Istnieją wszak grzechy, których szkodliwość społeczna jest niska, albo których zakazanie w danych okolicznościach społeczno-kulturowych spowodowałoby by więcej zła niż ich tolerowanie. Tego rodzaju nieprawości władze cywilne nie powinny penalizować. W poniższym tekście zamierzam dłużej pochylić się nad uzasadnieniem tezy, dlaczego tak używanie, jak i rozprzestrzenianie środków antykoncepcyjnych (mimo że takowe w małżeństwie są wewnętrznie i poważnie złe) nie powinno stać się przedmiotem karnych represji ze strony władz cywilnych.

    ***

    Po pierwsze zatem: nie jest wcale pewne, czy sztuczne ubezpładnianie wszelkich seksualnych aktów jest wewnętrznie złe i samo w sobie stanowi materię grzechu. Owszem takowe działanie jest wewnętrznie złe i obiektywnie grzeszne wobec aktów małżeńskich, ale już niekoniecznie wobec aktów pozamałżeńskich. We wszystkich magisterialnych wypowiedziach Kościoła, jakie na ten temat czytałem (np. „Humanae Vitae” Pawła VI, „Casti Connubii” Piusa XI, Katechizm Jana Pawła II) potępiano używanie antykoncepcji w odniesieniu do stosunków małżeńskich, a nie jakichkolwiek aktów seksualnych. To więc, że małżonkowie nigdy nie powinni sztucznie ubezpładniać swych aktów seksualnych jest w świetle tradycyjnego nauczania Kościoła jasne. To jednak, czy np. prostytutki albo osoby współżyjące poza małżeństwem popełniają dodatkowy grzech, używając przy swej i tak już złej aktywności seksualnej, dajmy na to prezerwatyw, nie jest już takie jasne i nawet przed Soborem Watykańskim II opinie teologów moralnych i hierarchów były tu podzielone. Przykładowo biskup diecezji Linz Józef Calasanz Fließer latem 1945 roku pouczał podległych sobie księży, by poszkodowane przez gwałt kobiety udawały się natychmiast po zdarzeniu do lekarzy, aby ci nie dopuścili do poczęcia w ten sposób dziecka (Patrz: Erna Putz, Boży dezerter. Franz Jägerstätter 1907-1943, Warszawa 2008, s. 265). Oczywiście, jest to przykład skrajny, ale i on pokazuje, że sztuczne ubezpładnianie pozamałżeńskiego aktu seksualnego (w tym wypadku: gwałtu) nie było i przed Vaticanum II uważane powszechnie za wewnętrznie złe. Skoro zaś, nie ma jasności, czy takowe działanie jest wewnętrznie złe, to otwiera to dyskusję odnośnie moralnej dopuszczalności stosowania środków antykoncepcyjnych w innych niż zgwałcenie formach pozamałżeńskiej aktywności seksualnej. Na przykład, czy prostytutkom – jeśli nie da się ich nawrócić – należałoby doradzać stosowanie prezerwatyw? Osobiście sądzę, że tak. Jeśli bowiem taka kobieta się nie nawróci, to poczęcie przez nią w owych okolicznościach dziecka skutkowałoby w zdecydowanej większości wypadków większym złem, czyli jego zabiciem. Ponadto, w tych przypadkach, w których prostytutki zdecydowałyby się jednak urodzić poczęte dziecko, to najczęściej takowa istota ludzka byłaby narażona na wykorzystywanie seksualne, wdrażano by ją w arkana profesji jej matki, etc.

    Po drugie: władze cywilne powinny tolerować te z grzechów, co do których można roztropnie przewidywać, iż ich prawne zakazanie spowodowałoby więcej zła, lub też utrudniałoby osiągnięcie większego dobra. O tej zasadzie nauczał chociażby papież Leon XIII w encyklice „Libertas praestantissimum”:

    Niemniej jednak okiem matki ocenia Kościół wielkie ciążenie słabości ludzkiej: i nie jest nieświadomy, dokąd ten prąd umysłów i spraw unosi wiek nasz. Z tych przyczyn, nie przyznając atoli prawa jak tylko temu, co prawdziwe i co uczciwe jest, nie wzbrania jednak, iżby publiczna władza tolerowała coś prawdzie i sprawiedliwości obcego, a to dlatego, aby albo jakieś większe zło ominąć, albo dobro osiągnąć lub zachować. Sam najopatrzniejszy Bóg, choć jest nieskończoną dobrocią i choć wszystko może, dozwala jednak złemu istnieć na świecie, już to, aby nie przeszkodzić wzrostowi dobrego, już to, aby większe zła nie wynikły. Godzi się w sterowaniu państwami naśladować sternika świata: co więcej, gdy władza ludzka nie może wszystkiego złego wzbronić, winna wiele dopuścić i bezkarnie pozostawić, dosięgnie tam już tego sprawiedliwie opatrzność Boża.

    Gdyby więc nawet uznać sztuczne ubezpładnianie wszelakich aktów seksualnych (nie tylko małżeńskich) za wewnętrznie złe to z tej konkluzji nie wynikałby jeszcze w sposób konieczny słuszność kryminalizacji używania i rozpowszechniania środków antykoncepcyjnych. Zanim poparłoby się taki postulat, należałoby zatem wpierw zastanowić się nad prawdopodobnymi skutkami jego wprowadzenia. Czy zmniejszenie dostępu do antykoncepcji skutkowałoby np. większą częstotliwością większego zła, jakim jest zabijanie nienarodzonych dzieci? Czy dzieci poczęte wskutek braku antykoncepcji byłyby częściej wychowywane w dobrych tak moralnie, jak i materialnie warunkach? Cóż, możliwa odpowiedź na oba pytania skłania mnie do tezy, iż władze cywilne powinny jednak tolerować tak używanie, jak i rozpowszechnianie środków antykoncepcyjnych. Co więcej, przypuszczam, że takowa tolerancja może być tu bardziej uniwersalnym, niż tylko czasowo ograniczonym sposobem działania. Większość (a przynajmniej znaczna część) ludzi – niezależnie od czasów i kultur – prawdopodobnie czyniła, czyni i będzie czynić – seks przedmałżeński. To oczywiście jest poważnie złe, ale taka jest najpewniej rzeczywistość, którą to należy przyjąć do wiadomości. Powstaje więc pytanie: jeśli tej większości (lub znacznej) części ludzi, odebrałoby się, lub poważnie ograniczyło dostęp do środków antykoncepcyjnych, to efektem tego byłaby większa czy mniejsza liczba prenatalnych lub postnatalnych dzieciobójstw? Obawiam się, że jednak mielibyśmy wówczas do czynienia z większą liczbą tych zbrodni. Poza tym, niechciane, a jednak poczęte poza małżeństwem dzieci (nawet jeśli się narodzą) najczęściej są bardzo zaniedbywane na różnych płaszczyznach. I odnośnie tego aspektu można się pytać, czy coś takiego jest czymś lepszym niż użycie środka antykoncepcyjnego. Powracając zaś jeszcze na chwilę do przykładu prostytutki, która nie używałaby prezerwatyw, to spróbujmy sobie wyobrazić los poczętych w ten sposób dzieci. Powiedzmy, że taka prostytutka 10 razy zaszłaby w ciążę. 8 na 10 tych ciąż skończyłoby się aborcją. Na 2 urodzonych dzieci 1 zostałoby oddane do sierocińca, a 1 trafiło w ręce „opiekuna” prostytutki, który by je molestował, a kiedy by ono już podrosło, nakazałby jej (powiedzmy, że byłaby to dziewczynka) przejąć zawodową schedę po matce. Czy naprawdę, biorąc pod uwagę, taki możliwy scenariusz wydarzeń można rozsądnie twierdzić, że tolerowanie przez władze cywilne antykoncepcji nie miałoby tu na celu zapobieganie większemu złu?

    Po trzecie: chociaż władze kościelne niektórych krajów (np. Włoch i Irlandii) w nieformalny sposób wpływały na rządy, by te zakazywały rozpowszechniania środków antykoncepcyjnych, to jednak nie znam żadnych oficjalnych magisterialnych wypowiedzi Kościoła na ów temat. Póki zaś dana teza nie jest przedmiotem oficjalnego nauczania Kościoła, powszechnej opinii teologów albo jednomyślnej doktryny Ojców Kościoła, póty nie zobowiązuje ona do posłuszeństwa serca i rozumu katolików. W nieformalny zaś sposób władze kościelne mogły wpływać na rządy państw w różnych sprawach i to nie zawsze słusznie. Na przykład można się zastanawiać, dlaczego w krajach z większością katolicką tak rzadko dopuszczający się przestępstw seksualnych księża trafiali do więzień? Czy hipoteza o tym, że taka daleko posunięta łagodność organów ścigania wobec nich nie odbywała się bez pewnych nieformalnych nacisków ze strony władz kościelnych jest aby na pewno błędna?

    ***

    Być może niektórzy z Czytelników byliby skłonni zgodzić się z mymi powyższymi wywodami pod warunkiem, że tyczyłyby się one prezerwatyw, a nie antykoncepcji hormonalnej, która ma mieć działanie również wczesnoporonne, a więc bezpośrednio niszczące niewinne, a nienarodzone ludzkie życie. Cóż odpowiem na ten argument? Otóż przyznam się w tym momencie otwarcie, że nie wiem, czy antykoncepcja hormonalna rzeczywiście działa tak, iż w razie gdy nie uda się za jej pomocą w sztuczny sposób ubezpłodnić aktu seksualnego, to następnym jej etapem jest koniecznie uśmiercenie poczętego już życia. Nawet jednak gdyby właśnie takie było konieczne działanie owego rodzaju antykoncepcji, to i tak nie zrównywałbym go z bezpośrednią aborcją (która oczywiście powinna być zawsze zakazana przez władze cywilne). Tak czy inaczej, podstawowym działaniem antykoncepcji hormonalnej jest bowiem niedopuszczenie do poczęcia się nowego życia, a nie jego przerwanie. Jak już więc przerwanie takiego życia należałoby tu traktować w kategoriach czegoś, co tradycyjna teologia moralna nazywała „skutkiem ubocznym”. Poza tym, o ile zasada, iż nigdy nie ma się moralnego prawda do bezpośredniego niszczenia nienarodzonego życia jest jasna, o tyle nie jest jednak oczywiste, kiedy dokładnie następuje wlanie ludzkiej duszy do poczętego już płodu. Może następuje ono w pierwszej chwili poczęcia, a może następuje ono później. Nie wiemy tego z całą pewnością, a Katechizm Soboru Trydenckiego nauczał na ten temat rzeczy następującej:

    (…) kiedy się człowiek poczyna w żywocie matki swojej, dusza bywa wlewana, ale za czasem, kiedy ciało zupełnie człowiecze będzie. (…) [Cytat za: „Katechizm rzymski z wyroku św. Soboru Trydenckiego ułożony, z rozkazu Piusa V. Papieża wydany, i od Klemensa XIII szczególniej zalecony. Tom I”, Warszawa 1827, s. 42).

    Gdyby zatem dusza nie była wlewana do ludzkiego płodu z pierwszą chwilą jego poczęcia, to tym bardziej (i tak uboczne) wczesnoporonne działanie antykoncepcji hormonalnej trudno by było postawić na jednej płaszczyźnie z bezpośrednim zabiciem niewinnej osoby ludzkiej. Jeszcze raz podkreślam, nie chodzi mi w tym miejscu u rzekomą moralną dopuszczalność jakiejkolwiek bezpośredniej aborcji – rzecz w stosowaniu pewnych rozróżnień, które mają też swoje znaczenie dla oceny, czy dane działanie powinno, czy nie powinno być przedmiotem kryminalizacji ze strony władz państwowych.

    ***

    Reasumując zatem: sztuczne ubezpładnianie aktów małżeńskich jest z pewnością wewnętrznie i poważnie złe. Dlatego też stanowi materię ciężkiego grzechu. Nie jest jednak już pewne, czy wewnętrznie złe jest sztuczne ubezpładnianie wszelakich aktów seksualnych. A i tak nie każdy grzech powinien być zakazany, oraz karany przez władze cywilne. Jednym z ważnych powodów dla którego dane grzechy powinny być tolerowane przez prawo i państwo jest to, że ich kryminalizacja mogłaby przynieść gorsze efekty od zamierzonych. Można zaś zdroworozsądkowo przypuszczać, iż w większości wypadków zakazanie używania i rozpowszechniania antykoncepcji przyczyniałoby się do szerzenia jeszcze większego zła w postaci prenatalnych i postnatalnych dzieciobójstw. A zatem nie wydaje się, by prawny zakaz antykoncepcji winien być czymś doradzanym większości tak aktualnie, jak i niegdyś rządzących.

    Mirosław Salwowski

  4. Pijaństwo (nie mylić z umiarkowanym piciem) powinno być kryminalizowane

    Możliwość komentowania Pijaństwo (nie mylić z umiarkowanym piciem) powinno być kryminalizowane została wyłączona

    O ile wielu ludzi dostrzega szkody społeczne będące efektem pijaństwa, o tyle bardzo rzadko zdarza się, by ktoś popierał wprowadzenie prawnej karalności (choćby i „tylko” prywatnego) upijania się. W tym artykule zamierzam wskazać na argumenty przemawiające za rozważeniem słuszności takiego postulatu.

    A więc po pierwsze, za kryminalizacją pijaństwa przemawia fakt, iż jest to zachowanie bardzo niebezpieczne dla otoczenia. Nie muszę chyba w tym miejscu rozwodzić się nad tym, ile przestępstw, różnego rodzaju wypadków i chorób powstaje w wyniku upijania się. I wskutek tego grzechu cierpią nie tylko sami pijacy, ale również osoby postronne i niewinne, np. żony i dzieci takich ludzi, ofiary wypadków komunikacyjnych, etc. Pijaka można więc przyrównać do chodzącej i tykającej bomby zegarowej. Nawet jeśli będziemy mieli szczęście, że w danych okolicznościach taka bomba nie wybuchnie i nikogo nie zrani, to ryzyko wystąpienia jej eksplozji jest duże. Podając jeszcze inną analogię: osoba pijana jest jak pirat drogowy – nawet jeśli danego dnia taki „pirat” nikogo nie skrzywdzi, to jego działanie stwarza innym wielki dyskomfort na drodze, a poza tym jest dla nich bardzo niebezpieczne. Libertarianie oraz liberałowie mogą twierdzić, że zachowania niebezpieczne społecznie nie powinny być kryminalizowane, dopóki nie naruszają w bezpośredni sposób czyjejś wolności – ale brakiem zdrowego rozsądku jest utrzymywać taki pogląd! Równie dobrze można by wszak mówić, że jazda po pijanemu nie powinna być prawnie karalna aż do momentu, gdy dany kierowca nie spowoduje wypadku na drodze. Któż jednak w imię „poszanowania wolności” pijaków godziłby się na taki absurd?!?

    Po drugie: pijaństwo często wiąże się z naruszaniem obowiązków sprawiedliwości, jakie zaciągamy wobec swych bliźnich. Mam tu na myśli mężów i ojców, którzy wydają pieniądze na upijanie się, kosztem wydatków potrzebnych dla ich żon oraz dzieci. Można powiedzieć, że w zasadzie każda złotówka, którą pijak przeznacza na swój grzech, a którą powinien wydać na potrzeby swej rodziny, stanowi w rzeczywistości okradanie swej żony i dzieci. Dlatego też tradycyjni moraliści twierdzili, że żony mężczyzn, którzy roztrwaniają pieniądze, mają moralne prawo potajemnie zabierać im pieniądze i nie będzie to z ich strony kradzieżą. Przykładowo, kardynał Thomas M.J. Gousset pisał na ów temat rzecz następującą:

    (…) Nie należy jednak uważać za winną kradzieży żonę, która bierze z dóbr spólności ile jej potrzeba na skromne utrzymanie stosowne do jej stanu, na przyzwoite ubranie dzieci, i inne rzeczy niezbędne dla rodziny, skoro mąż marnotrawca lub skąpiec, nie opatruje ich potrzeb koniecznych.

    Kardynał Gousset, „Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników”, Tom I, Warszawa 1858, s. 238.

    Któż zaś ośmieli się przeczyć temu, że zachowania poważnie niesprawiedliwe, niebezpieczne oraz szkodliwe dla innych nie powinny być przedmiotem karnych represji ze stron władz cywilnych?

    ***

    Oczywiście, zdaje sobie sprawę z tego, iż powyższe moje wywody mogą nie wyczerpywać tematu i wobec zasadności prawnego karania pijaństwa niektórzy ludzie będą podnosić pewne argumenty. Postaram się poniżej odpowiedzieć na kilka z możliwych takich kontrargumentów.

    Nawet Prawo Mojżeszowe, które nakazywało karanie wielu grzechów, nie przewidywało karalności pijaństwa.

    Nie jest to prawdą. Prawo Mojżeszowe nakazywało karać (i to śmiercią) przynajmniej za niektóre przypadki pijaństwa. W Starym Zakonie czytamy wszak:

    Jeśli ktoś będzie miał syna nieposłusznego i krnąbrnego, nie słuchającego upomnień ojca ani matki, tak że nawet po upomnieniach jest im nieposłuszny,  ojciec i matka pochwycą go, zaprowadzą do bramy, do starszych miasta, i powiedzą starszym miasta: Oto nasz syn jest nieposłuszny i krnąbrny, nie słucha naszego upomnienia, oddaje się rozpuście i pijaństwu. Wtedy mężowie tego miasta będą kamienowali go, aż umrze. Usuniesz zło spośród siebie, a cały Izrael, słysząc o tym, ulęknie się” (Pwt 21, 18-21 – podkreślenie moje MS).

    Z powyższego Bożego przykazania widzimy zatem, iż pijaństwo miało być karane śmiercią w przypadku, gdy było ono połączone z rozpustą oraz uporczywym nieposłuszeństwem wobec napomnień rodzonego ojca i matki. Nie należy zatem szukać w Piśmie świętym jakiegoś naturalnego prawa do braku kary za pijaństwo ze strony władz cywilnych.

    Poza tym nawet gdyby Prawo Mojżeszowe nie nakazywało nigdy i w żadnym wypadku karać pijaństwa (co nie jest – jak już wyżej wskazałem – prawdą), to i tak nie byłby to jeszcze rozstrzygający argument przeciwko wprowadzeniu takich praw przez chrześcijańskich władców. Prawo Mojżeszowe, choć bowiem było dobre, mądre i sprawiedliwe, to nie we wszystkich swych aspektach reprezentowało tak wysoki poziom moralności co księgi Nowego Testamentu. A z wyższej moralności Nowego Przymierza płyną też czasami konkluzje o charakterze prawnych wskazań dla chrześcijańskich rządzących. Przykładowo, Prawo Mojżeszowe tolerowało rozwody oraz poligamię, ale władcy chrześcijańscy – na ile w danych okolicznościach będzie to roztropne – powinni dążyć do prawnego zakazania tych rzeczy.

    Tradycja krajów katolickich w ciągu wieków nie przewidywała kryminalizacji prywatnie czynionego pijaństwa.

    To też nie jest do końca prawdą, ale nawet gdyby tak było to i tak nie byłby to jeszcze decydujący argument. Czasami bowiem, kraje katolickie potrzebowały wielu wieków, by dojrzeć do uznania słuszności realizacji pewnych prawnych postulatów. Dobrym tego przykładem jest zakaz niewolnictwa, który w krajach katolickich został – miejmy nadzieję ostatecznie – zaprowadzony w XIX wieku.

    A przytoczony kontrargument nie jest do końca prawdą, gdyż da się pokazać przykłady katolickich władców, którzy – czasami aż do przesady – zwalczali za pomocą prawnych represji nawet prywatne pijaństwo. Na czele takowych wymienić należy Brzetysława I Czeskiego (1002 -1055), który to w wydanych przez siebie dekretach nakazał przyłapanych na piciu poddanych wtrącać do więzień aż do czasu zapłacenia przez nich do książęcego skarbca kwoty 300 denarów (Link do informacji na ten temat znajduje się w tym miejscu). Niestety nie dotarłem do informacji na temat tego, czy pod pojęciem „przyłapanych na piciu” należało tu uważać osoby tylko upijające się, czy też pijące z umiarem (w tym drugim wypadku byłaby to oczywiście przesada), jednak, tak czy inaczej, wychodzi na to, że pośród władców katolickich był co najmniej jeden, który karał nawet prywatne pijaństwo. Jako przykład innego z katolickich władców, który zachęcał do prawnego represjonowania pijaństwa, podać można króla Francji św. Ludwika IX, który to w liście do swego syna pisał:

    (…) troszcz się aby grzech został unicestwiony w twoich ziemiach, to znaczy bluźnierstwa i wszystkie rzeczy, które czyni się lub mówi przeciw Bogu, Najświętszej Marii Pannie i świętym, grzechy cielesne, gry w kości, tawerny, lub inne grzechy. Zgnieć wszystko to w swojej ziemi roztropnie i w dobry sposób” (podkreślenie – moje MS).

    Patrz:  Jean de Joinville, „Czyny Ludwika Świętego króla Francji”, Warszawa 2002, s. 212-213.

    Jeśli chodzi o bardziej duszpasterskie działania to mogę tu powołać się na przykład św. Franciszka Ksawerego, który na prowadzonych przez siebie misjach nakazywał wtrącanie do aresztu niewiast dopuszczających się pijaństwa:

    Św. Franciszkowi Ksaweremu doniesiono, iż kobiety z Punnaikayal oddają się pijaństwu. Ksawery posłał tam jednego człowieka, jako policjanta, obiecując mu, że za każdą kobietę, którą pochwyci na piciu araku, otrzyma nagrodę jeden „fanam”, winna zaś odsiedzi karę 3-dniowego aresztu.

    Patrz: O. Stanisław Cieślak SJ, „Św. Franciszek Ksawery (Wielcy ludzie Kościoła)”, Kraków 2005, s. 40.

    Widać zatem, iż nie jest w 100 procentach prawdziwy argument o tym, że w historii katolickich krajów i społeczności nie znalazłoby się żadnych przykładów kryminalizacji prywatnego pijaństwa. Ja sam, nie będąc historykiem i nie poddając tego zagadnienia badaniu potrafiłem wynaleźć na to 2-3 przykłady, więc kto wie, ilu tym podobnych działań ze strony władców katolickich doliczyliby się profesjonalni historycy, którzy chcieliby się zająć szczegółową analizą tego tematu.

    Karanie pijaństwa byłoby niepraktyczne, gdyż mogłoby prowadzić do skazywania niewinnych (np. chorych) ludzi.

    Jeśli w tym argumencie chodzi o to, że np. policjant mógłby wziąć za osobę pijaną człowieka tak naprawdę chorego i skierować wniosek o jego ukaranie, to jest to słaby kontrargument. Zwłaszcza dziś, gdy istnieją wszak alkomaty można łatwo wykazać, czy takie rzeczy jak bełkotliwa mowa, niespójność ruchów, itp są wynikiem przebrania miary w piciu alkoholu czy też rzeczywistych chorobowych zaburzeń.

    ***

    Kończąc, pragnę zaznaczyć, iż w żadnym razie, powyższy artykuł nie stanowi poparcia dla postulatu prohibicji. Co innego, wszak picie alkoholu z umiarem oraz ostrożnością (co może być dobre i miłe Bogu), a co innego upijanie się, które nie „tylko” jest grzechem, ale stanowi zachowanie bardzo poważnie szkodliwe społecznie. Rzecz jasna, nie wszystkie grzechy powinny być karane przez władze cywilne, ale te z nich, które w wyraźny sposób szkodzą innym ludziom, należy zwalczać również za pomocą świeckiego miecza (por. Rzymian 13, 1-4). Pijaństwo zaś z pewnością należy do tej kategorii grzechów.

    Mirosław Salwowski

    Źródło obrazka wykorzystanego w artykule:
    https://melmagazine.com/en-us/story/medieval-europe-beer-clean-water

    Przeczytaj też:

    Które grzechy powinny karane przez państwo?

    Czy karanie nieprawości mija się z celem?

    Pomiędzy pijaństwem a prohibicją

    Św. Cezary z Arles: „Zło pijaństwa jest bardzo wielkie i Bogu obrzydłe”

    O tradycyjnie chrześcijańskiej kulturze picia alkoholu

  5. Czy w obronie wolno używać broni atomowej ?

    Możliwość komentowania Czy w obronie wolno używać broni atomowej ? została wyłączona

    Wyobraźmy sobie jeden z najbardziej pesymistycznych scenariuszy aktualnej sytuacji na froncie wojennym w Ukrainie. Otóż zniecierpliwiony brakiem znaczących sukcesów swych wojsk, prezydent Putin wydaje rozkaz zrzucenia bomby atomowej na jedno z ukraińskich miast. Wskutek tego aktu masowego morderstwa ginie dziesiątki, a może i nawet setki tysięcy cywili. Czy w takiej sytuacji, by zapobiec zwycięstwu Rosji, dowództwo NATO miałoby moralne prawo przyjść z pomocą Ukrainie poprzez odwetowy atak za pomocą broni jądrowej na jedno z rosyjskich miast? Coś, co potocznie zwie się „chłopskim rozumem” wydaje się nam podpowiadać odpowiedź twierdzącą. Wszak, rezygnacja z obrony Ukrainy przy pomocy odwetowego ataku jądrowego najprawdopodobniej zachęciłaby prezydenta Putina do wzmożenia swych agresywnych działań oraz dalszego używania bomb atomowych. W tym artykule postaram się jednak udowodnić, iż ów „chłopski rozum” się myli i użycie broni jądrowej przeciw miastom pełnym nie-walczących cywilów jest wewnętrznie złe, a przez to moralnie zawsze zakazane – nawet jeśli miałoby to zostać użyte w obronie niesprawiedliwie zaatakowanego kraju.

    ***

    Zacznijmy więc od tego, że bezpośrednie zabijanie niewinnych osób ludzkich – wedle tradycyjnego nauczania katolickiego – należy do czynów wewnętrznie złych. W nieomylny sposób o tej doktrynie przypomniał papież Jan Paweł II:

    „Istotnie, absolutna nienaruszalność niewinnego życia ludzkiego jest prawdą moralną bezpośrednio wynikającą z nauczania Pisma Świętego, niezmiennie uznawaną przez Tradycję Kościoła i jednomyślnie głoszoną przez jego Magisterium. Ta jednomyślność jest oczywistym owocem owego „nadprzyrodzonego zmysłu wiary”, wzbudzonego i umacnianego przez Ducha Świętego, który chroni od błędu Lud Boży, gdy „ujawnia on swą powszechną zgodność w sprawach wiary i obyczajów” (…)

    Dlatego mocą Chrystusowej władzy udzielonej Piotrowi i jego Następcom, w komunii z biskupami Kościoła Katolickiego, potwierdzam, że bezpośrednie i umyślne zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze aktem głęboko niemoralnym. Doktryna ta, oparta na owym niepisanym prawie, które każdy człowiek dzięki światłu rozumu znajduje we własnym sercu (por. Rz 2, 14-15), jest potwierdzona w Piśmie Świętym, przekazana przez Tradycję Kościoła oraz nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne.

    Świadoma i dobrowolna decyzja pozbawienia życia niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze złem z moralnego punktu widzenia i nigdy nie może być dozwolona ani jako cel, ani jako środek do dobrego celu. Jest to bowiem akt poważnego nieposłuszeństwa wobec prawa moralnego, co więcej, wobec samego Boga, jego twórcy i gwaranta; jest to akt sprzeczny z fundamentalnymi cnotami sprawiedliwości i miłości. „Nic i nikt nie może dać prawa do zabicia niewinnej istoty ludzkiej, czy to jest embrion czy płód, dziecko czy dorosły, człowiek stary, nieuleczalnie chory czy umierający. Ponadto nikt nie może się domagać, aby popełniono ten akt zabójstwa wobec niego samego lub wobec innej osoby powierzonej jego pieczy, nie może też bezpośrednio ani pośrednio wyrazić na to zgody. Żadna władza nie ma prawa do tego zmuszać ani na to przyzwalać”.

    Pod względem prawa do życia każda niewinna istota ludzka jest absolutnie równa wszystkim innym. Ta równość stanowi podstawę wszelkich autentycznych relacji społecznych, które rzeczywiście zasługują na to miano tylko wówczas, gdy są oparte na prawdzie i na sprawiedliwości, uznając i broniąc każdego człowieka jako osoby, a nie jako rzeczy, którą można rozporządzać. Wobec normy moralnej, która zabrania bezpośredniego zabójstwa niewinnej istoty ludzkiej, „nie ma dla nikogo żadnych przywilejów ani wyjątków. Nie ma żadnego znaczenia, czy ktoś jest władcą świata, czy ostatnim «nędzarzem» na tej ziemi: wobec wymogów moralnych jesteśmy wszyscy absolutnie równi” („Evangelium vitae”, n. 57).

    Skoro zaś bezpośrednie zabijanie niewinnych jest wewnętrznie złe, to nie mamy moralnego prawa dopuszczać się tego nawet w najbardziej ekstremalnych okolicznościach. O tej prawdzie uczył chociażby Paweł VI:

    „W rzeczywistości (…) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny – a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka – nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw” („Humanae vitae”, n. 14).

    Tak więc, nawet gdyby za pomocą bezpośredniego zabicia „tylko” jednego niewinnego człowieka można było uratować od śmierci całą kilkumiliardową resztę ludzkiej populacji, nikt nie miałby moralnego prawa tego uczynić. Tak jest tradycyjne nauczanie Kościoła o aktach wewnętrznie złych.

    Sięgając zaś po jeszcze inny przykład, wyobraźmy sobie, iż na wioskę napada banda morderców i gwałcicieli. Dowodzący owymi rzezimieszkami stawia przed jednym z mieszkańców następujący dylemat: „Albo ty zabijesz jedno z niemowląt, a wówczas my zostawimy w spokoju całą wieś, albo w przeciwnym razie my wyrżniemy wszystkich mieszkańców, a kobiety dodatkowo przy tym zgwałcimy„. Jakkolwiek współczujemy ludziom znajdującym się w podobnych ekstremalnych i beznadziejnych sytuacjach, nie można przyznać racji tym, którzy byliby gotowi zabić to niemowlę. Nie wolno zamordować choćby jednego niewinnego, aby ocalić wszystkich pozostałych niewinnych.

    ***

    Można jednak spytać się, kto jest „niewinnym” na wojnie, a nawet jeśli pewne osoby powinny być w czasie wojennych działań traktowane jako „niewinne”, to co oznacza zwrot „bezpośrednie zabijanie”?

    Cóż, jako osoby niewinne na wojnie należy traktować tych ludzi, którzy nie biorą bezpośredniego albo przynajmniej bliskiego udziału w walce zbrojnej. Wybitny XIX-wieczny moralista katolicka, kardynał Thomas M.J. Gousset ujmował to tak:

    Prawa słuszności nie dozwalają także zabijać niewinnych. W tym razie za takich uważają się obywatele spokojni, dzieci, starcy, zakonnicy, słudzy religii, podróżni, wieśniacy nie będący pod bronią. Wtedy atoli mają prawo do względności, skoro nie biorą czynnego udziału w bitwie” ( Kardynał Gousset, „Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników”, Warszawa 1858, s. 302). 

    Bezpośrednim zaś zabijaniem niewinnych jest branie sobie za cel śmiertelnego ataku takich ludzi. Jako jednoznaczne przykłady bezpośredniego zabijania tych osób można podać takie działania jak: Celowe strzelanie w główkę niemowlęcia; Zrzucenie bomb na przedszkole w którym nie było żadnych żołnierzy; Ostrzelanie rakietami spokojnej, a pozbawionej celów militarnych wioski.

    Oczywiście jednak wojna ma to do siebie, że w jej trakcie nieraz osoby walczące (czyli takie, które wolno bezpośrednio zabijać) są mocno zmieszane z osobami niewalczącymi i powstaje wówczas pytanie, czy ma się moralne prawo strzelać do walczących nawet wówczas, gdy prawdopodobnym, albo i pewnym skutkiem ubocznym takiego ostrzału będzie śmierć osób niewalczących? Na to pytanie można odpowiedzieć twierdząco. Wówczas jest to pośrednie, a nie bezpośrednie zabijanie niewinnych i jest to moralnie dozwolone na zasadzie tzw. podwójnego skutku. Przykładem takiej sytuacji może być walka w terenie zabudowanym, gdzie obok żołnierzy znajdują się także niewalczący cywile. Jeśli w sposób zamierzony nie strzela się do tych cywilów, ale ich śmierć może być efektem „zabłąkanej kuli”, to będzie moralnie prawowite prowadzenie walki zbrojnej w tych okolicznościach. Jednak i w takich warunkach należy uwzględnić proporcje i ryzyko niezamierzonego, a pośredniego zabicia niewalczących cywilów. Trudno np. uznać za dozwolone zrzucenie bomby na budynek z 200 cywilami po to, by zabić znajdujących się tam 3 żołnierzy – jeśli już to należałoby próbować zabić tych żołnierzy za pomocą ostrzału z karabinów. Tym bardziej zaś nie powinno się atakować szpitala pełnego osób chorych i rannych, jeśli znajdujący się tam żołnierze nie prowadzą działań ofensywnych, a znajdują się tam jedynie lub głównie po to, by chronić pacjentów przed atakiem. Atakowanie w takiej sytuacji szpitala można by w zasadzie uznać za tak naprawdę bezpośrednie zabijanie niewinnych.

    ***

    Jak zatem w świetle podanych wyżej zasad i rozróżnień ocenić zrzucenie bomby atomowej dajmy na to na miasto składające się z 200 tysięcy niewalczących cywilów i 10 tysięcy gotowych do walki żołnierzy? Czy jeśli epicentrum zdetonowania takiej bomby przypadłoby na wojskowe koszary to można by to uznać za „tylko” pośrednie, a więc moralnie dozwolone w czasie wojny zabijanie niewinnych?

    Cóż, gdyby w danym mieście proporcje między osobami walczącymi a niewalczącymi były odwrotne do wyżej podanych – a więc byłoby tam 200 tysięcy żołnierzy i 10 tysięcy niewalczących cywilów – to prawdopodobnie można by uznać za moralnie dozwolone zrzucenie nań bomby atomowej. W sytuacji jednak, gdy proporcje między walczącymi a niewalczącymi są takie jak podane wyżej to próba usprawiedliwiania zrzucania tam bomby atomowej przypominałaby uznawanie za moralnie dopuszczalne uderzania kogoś młotkiem w głowę po to by zabić komara znajdującego się na tej głowie. Oczywiście, w miarę rozsądna osoba przynajmniej w szczery sposób nie uzasadniałaby popełnienia takiego czynu. Ktoś, kto mówiłby, że w celu zabicia komara na głowie drugiej osoby uderzył ją młotkiem, byłby albo osobą chorą psychicznie, albo jawnie kpiącą sobie z naszej inteligencji i rozsądku. A zatem nawet w sensie intencjonalnym jest czymś nie do uwierzenia, że osoba decydująca się na zaatakowanie miasta pełnego niewalczących cywili za pomocą broni jądrowej tak naprawdę chciałaby w ten sposób przede wszystkim zabić znajdującą się tam mniejszość żołnierzy. Po prostu żaden rozsądny przywódca nie będzie wykorzystywał niezwykle drogiej broni do zabijanie relatywnie niewielkiej ilości żołnierzy, w sytuacji gdy może to uczynić przy pomocy tańszych metod. Zakładając więc, że na czele danego państwa czy układu wojskowego nie stoi osoba chora psychicznie, trzeba przyjąć, iż rzeczywistym celem takiego ataku byłoby zabicie dużej ilości osób niewalczących, by w ten sposób wystraszyć wroga. Skoro jednak celem takiego byłoby masowe zabicie cywilów, to byłby to akt zamierzonego oraz bezpośredniego, a w dodatku masowego morderstwa niewinnych. Owszem, cel takiego aktu mógłby być dobry – powstrzymanie dalszego przelewu krwi – jednak środek doń użyty byłby wewnętrznie zły (w tym wypadku: bezpośrednie zabicie wielu niewinnych osób).

    Mniej więcej to samo, co ja stwierdzam powyżej, jest napisane w jednym z „przedsoborowych” podręczników teologii moralnej. Pozwolę sobie go zacytować w oryginale, czyli języku angielskim:

    1410. The Killing or Wounding of Non-Combatants.

    (a) The indirect killing of non-combatants (i.e., killing which is unintentional and unavoidable) is lawful, according to the rules given for double effect (see 103, 104). Hence, it is lawful to bombard the fortifications, arsenals, munition works, and barracks of a town, to sink passenger liners that are carrying arms or stores to the enemy, to cut off food supplies from a town or country in order to starve out its troops, although these measures will entail the deaths of some civilians as well as of combatants. Humanity requires, however, that an effort be made to spare the non-combatants, when possible, as by serving warning of attack, so that they may be removed to safety. When it is a question, however, of the use of modern weapons (the atom, hydrogen or cobalt bombs) on military targets in the vicinity of large cities, where it is foreseen that many thousands of civilians will be killed or severely wounded, then the principle of double effect seems to rule out the lawfulness of using such devastating weapons. The immediate evil effect, the slaughter of the innocents, could hardly be called incidental and only reluctantly permitted. Concretely, the inevitable results of the use of such weapons would have to be intended directly, if not as an end, at least as a means.

    (b) The direct killing of non-combatants (i.e., killing which is intentional) is unlawful and constitutes the sin of murder. Obliteration bombing, the dropping of H-bombs or atom bombs on a residential section of a city containing no military objectives, are of this character; for they are attacks on civilians. It can not be argued that such an attack would probably break down the morale of the citizens to such an extent that they would force their rulers to make peace and so save many thousands of lives. For this argument is based on the principle that a good end justifies evil means. Occasionally it is argued that modern “total” warfare demands that all citizens contribute to the war effort and that consequently everyone is a combatant. The argument can hardly be sustained, for Catholic doctrine insists that those whose participation is only remote and accidental are not to be classified as combatants. In a well-documented article on “The Morality of Obliteration Bombing,” by John C. Ford, S.J. (Theological Studies, V, 1944, pp. 261-309), the validity of the distinction between combatants and innocent non-combatants, even in the condition of modern war, is upheld. Fr. Ford shows that in an industrial city, as found in the United States, three-fourths of the population belong to the non-combatant category, and he lists more than a hundred trades or professions which, according to the natural law, exclude their members from the category of combatants. Direct attacks on such a population clearly would constitute unjustifiable killing or wounding of non-combatants.

    https://www.gutenberg.org/files/35354/35354-h/35354-h.html

    Warto też zauważyć, że używanie broni jądrowej przeciwko miastom zostało oficjalnie potępione tak przez Sobór Watykański II, jak i Katechizm Jana Pawła II:

    Wszelkie działania wojenne, zmierzające bez żadnej różnicy do zniszczenia całych miast lub też większych połaci kraju z ich mieszkańcami, są zbrodnią przeciw Bogu i samemu człowiekowi, zasługującą na stanowcze i natychmiastowe potępienie” 72 . Ryzykiem nowoczesnej wojny jest stwarzanie okazji posiadaczom broni masowej zagłady, zwłaszcza atomowej, biologicznej lub chemicznej, do popełniania takich zbrodni. – Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2314; Gaudium et spes, n. 80.

    Dodajmy, iż powyższe nauczanie zostało sformułowane jako oczywiste nawiązanie do historycznie zaistniałych już wypadków zrzucenia bomb atomowych na całe miasta. Chodzi rzecz jasna o decyzję prezydenta USA Henry’ego Trumana o potraktowaniu w ten sposób Hiroszimy i Nagasaki. Nie zapominajmy zaś, że to Stany Zjednoczone zostały najpierw zaatakowane przez Japonię i, co więcej, patrząc na to od strony czysto zdroworozsądkowej można by usprawiedliwiać taką, a nie inną decyzję pana Trumana. Wszak, zniszczenie tych miast za pomocą bomb atomowych skłoniło władze Japonii do szybkiej kapitulacji i najpewniej zapobiegło o wiele większej liczbie ofiar śmiertelnych po obu stronach tej wojny w sytuacji, gdy miałaby ona być kontynuowana za pomocą bardziej „konwencjonalnych” metod. Mimo to jednak, Magisterium Kościoła de facto potępiło te działanie władz Stanów Zjednoczonych.

    ***

    Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że rezygnacja z użycia broni jądrowej przeciw miastom pełnym niewalczących cywilów może być uznana za szaleństwo, gdyż dałoby się wówczas olbrzymią przewagę naszemu wrogowi. Nie mniej jednak w życiu prawdziwie chrześcijańskim istnieją sytuacje, gdy zdrowy rozsądek i racjonalne kalkulacje powinny ustąpić wierze i zaufaniu do Boga. Jeśli taka będzie Boża wola, to zwycięży się i bez używania bomb atomowych, wszak jak mówi Pismo święte:

    Nie uratuje króla liczne wojsko ani wojownika nie ocali wielka siła.  W koniu zwodniczy ratunek i mimo wielkiej swej siły nie umknie. Oto oczy Pana nad tymi, którzy się Go boją, nad tymi, co ufają Jego łasce,  aby ocalił ich życie od śmierci i żywił ich w czasie głodu.  Dusza nasza wyczekuje Pana, On jest naszą pomocą i tarczą. W Nim przeto raduje się nasze serce, ufamy Jego świętemu imieniu” (Psalm 33: 16 – 17).

    A jeśli nie da się wygrać danej wojny bez masowego zabijania niewinnych, to najwidoczniej nie było Bożą wolą, abyśmy zwyciężyli.

    Mirosław Salwowski

    Źródło obrazka:

    https://wiadomosci.onet.pl/swiat/bron-atomowa-rosja-i-usa-zwiekszaja-liczbe-rakiet-bomb-i-glowic-nuklearnych/ecf8e73

    Przeczytaj też:

    Czy zrzucenie bomby atomowej na Hiroszimę i Nagasaki było moralnie usprawiedliwione?

    O różnicy pomiędzy bezpośrednim a pośrednim zabiciem niewinnego.

    Na czym polega reguła „podwójnego skutku”?

    Tradycyjny absolutyzm moralny przeciw etyce sytuacyjnej (pytania i odpowiedzi)

    Weigel’s Terrible Arguments

    Two Unsuccessful Arguments for Bombing Hiroshima and Nagasaki

  6. Dlaczego papież Franciszek nie potępia prezydenta Putina?

    Możliwość komentowania Dlaczego papież Franciszek nie potępia prezydenta Putina? została wyłączona

    Część komentatorów dziwi się temu iż papież Franciszek do tej pory nie zdecydował się na jasne potępienie Rosji za to, iż 24 lutego b. roku wywołała ona niesprawiedliwą wojnę z Ukrainą. Niektórzy katoliccy publicyści (np. Tomasz Terlikowski) wyrażają w związku z tym wobec Franciszka swoją krytykę. Osobiście jednak nie śpieszyłbym się z krytykowaniem aktualnego Biskupa Rzymu za przyjmowanie takiej, a innej postawy. Powodów, dla których Franciszek nie potępia prezydenta Putina za to co uczynił, może być kilka, np.:


    1. Franciszek jest zdemoralizowanym cynikiem, który w zamian za jakieś doczesne korzyści (albo ich obietnicę) nie chce potępiać prezydenta Putina.
    2. Franciszek błędnie, ale w dobrej wierze myśli, że prezydent Putin wszczął sprawiedliwą wojnę.
    3. Papież Franciszek wie znacznie więcej od nas i w związku z tym ma świadomość, że prezydent Putin prowadzi sprawiedliwą wojnę.

    4. Franciszek uważa, że wszystkie wojny prowadzone w dzisiejszych czasach (tak napastnicze, jak i obronne) są niesprawiedliwe, a co za tym idzie, nie chce potępiać tylko jednej strony aktualnego konfliktu.
    5. Franciszek kieruje się zasadą tolerowania mniejszego zła i rozsądnie przypuszczając, że otwarte potępienie działań prezydenta Putina doprowadziłoby do jeszcze większego zła albo oddaliło osiągnięcie większego dobra – postanowił milczeć na ten temat.
    6. Franciszek wychodzi z założenia, że nie ma kompetencji do wypowiadania się na te tematy i dlatego milczy.

    ***

    Która z powyższych interpretacji wydaje się być więc najbardziej wiarygodna w odniesieniu do Franciszka? Cóż, punkt numer 1 uznaję za najmniej wiarygodny, a to, co choćby dlatego, że jedną z zasad moralnych, którą winniśmy się kierować wobec naszych bliźnich jest reguła pozytywnego interpretowania niejasnych i dwuznacznych czynów oraz słów drugiej osoby.

    Tak naucza o tym chociażby Katechizm Kościoła Katolickiego, idąc tu za św. Ignacym Loyolą:

    Każdy dobry chrześcijanin winien być bardziej skory do ocalenia wypowiedzi bliźniego niż do jej potępienia. A jeśli nie może jej ocalić, niech spyta go, jak on ją rozumie; a jeśli on rozumie ją źle, niech go poprawi z miłością; a jeśli to nie wystarcza, niech szuka wszelkich środków stosownych do tego, aby on, dobrze ją rozumiejąc, mógł się ocalić (patrz: św. Ignacy Loyola, Ćwiczenia duchowne, 22; zobacz również; Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2478).

    W poprzedzającym ów cytat sformułowaniu autorzy Katechizmu stwierdzają zaś:

    W celu uniknięcia wydawania pochopnego sądu każdy powinien zatroszczyć się, by – w takiej mierze, w jakiej to możliwe – interpretować w pozytywnym sensie myśli, słowa i czyny swego bliźniego (…) (Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2478).

    Choć nie ukrywam, że darzę papieża Franciszka pewną dozą niechęci (choćby za Pachamamę i potępienie kary śmierci) to jednak i wobec niego należy zachować zasadę tłumaczenia wątpliwości na korzyść „oskarżonego”. Ponadto, nie dane mi było osobiście poznać aktualnego Biskupa Rzymu, więc tym bardziej nie czuję się upoważniony do wysuwania wobec niego tym podobnych podejrzeń.

    Za najbardziej wiarygodne wytłumaczenia postawy Franciszka wobec omawianej kwestii uważam punkty 4 i 5. Istotnie bowiem, obecny papież w encyklice „Fratelli Tutti” wyraził co najmniej swój sceptycyzm wobec tego, czy współcześnie można mówić o istnieniu jakichkolwiek wojen sprawiedliwych. Odmawiając więc jednostronnego potępiania wojny prowadzonej przez Putina, Franciszek byłby więc w ten sposób przynajmniej konsekwentny wobec tego, co sam wcześniej sugerował w swej encyklice. Wszak, jeśli prawdą byłoby, że w dobie dzisiejszej nie można już prowadzić żadnych sprawiedliwych wojen, to gdyby zdecydował się on potępić prezydenta Putina za atak na Ukrainę, to powinien on wtedy powiedzieć też Ukraińcom, żeby nie stawiali zbrojnego oporu Rosjanom. Coś takiego, mogłoby jednak być bardzo niezrozumiałe, więc nie byłoby dziwne, że Franciszek nie chciałby się na ten temat wypowiadać.

    Jeśli zaś papież Franciszek nie chce otwarcie potępiać prezydenta Putina, gdyż obawia się, iż w ten sposób doprowadziłby do zaistnienia większego zła albo też ma nadzieję, iż brak takiego potępienia ocali jakieś większe dobro, to – przynajmniej co do stanu czysto teoretycznego – ma on moralne prawo tak postąpić. Jest bowiem tradycyjnym katolickim nauczaniem, iż, choć nie mamy prawa czynić mniejszego zła, to takowe mniejsze zło może być przez nas czasami tolerowane:

    W rzeczywistości (…) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny – a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka – nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw” (Paweł VI, „Humanae vitae”, n. 14).

    Tolerowanie zaś mniejszego zła może przybierać tak formę jego niekarania, jak i braku słownego napominania za jego czynienie. Upominanie złoczyńców, choć jest Bożym przykazaniem, to nie należy do tzw. absolutnych norm moralnych i w pewnych okolicznościach można zaniechać spełnienia tego obowiązku braterskiej miłości. Jak pisał o tym św. Tomasz z Akwinu:

    Dlatego, jeśli zachodzi prawdopodobieństwo, że upominany nie przyjmie upomnienia, lecz, przeciwnie, stanie się jeszcze gorszy, należy upomnienia zaniechać, bo środki do celu należy stosować w zależności od tego, czy do celu prowadzą. (…) Upomnienie bratnie jest nakazane przykazaniem jako uczynek cnoty, jeśli odpowiada celowi. Gdy więc raczej przeszkadza osiągnięciu celu, np. gdy przez nie człowiek staje się gorszym, upomnienie rozmija się z prawdą życia i nie jest nakazane przykazaniem. (…) Środki do celu są dobre ze względu na cel. Dlatego upomnienie bratnie, które jest przeszkodą w osiągnięciu celu, a więc w poprawie grzesznika, już nie jest czymś dobrym. Zaniechanie tego upomnienia nie jest więc pominięciem dobra dla uniknięcia zła.

    Jeśli więc papież Franciszek ma rozsądne przyczyny, by obawiać się, że jego publiczne oraz jawne potępienie wojennych działań prezydenta Putina nie tylko nic nie da, a jeszcze pogorszy sytuację, to w świetle tradycyjnej katolickiej doktryny ma on moralne prawo do powstrzymania się od powzięcia takiego aktu. Osobiście, nie wiem, czy na pewno istnieją tego rodzaju „rozsądne przyczyny”, ale można wskazać na pewne poszlaki na nie wskazujące. Po pierwsze bowiem, prezydent Putin nie jest katolikiem i chyba nawet nie jest on jakimś pobożnym prawosławnym. Dlaczego więc miałby się on przejmować potępieniami ze strony papieża? Po drugie: w Rosji katolików jest zaledwie 0,5 procenta, a więc pośród rosyjskich żołnierzy odsetek takowych zapewne też jest podobny. Nawet więc, gdyby znaczna część rosyjskich katolików wzięłaby sobie do serca ewentualne potępienie Putina ze strony Franciszka (co też jest praktycznie mało realne), to i tak coś takiego nie miałoby większego wpływu na sposób postępowania prezydenta Rosji.

    Przypomnijmy zresztą, że tą tradycyjną zasadą tolerowania mniejszego zła być może kierował się papież Pius XII, gdy w czasie trwania II wojny światowej nie powiedział nigdy wprost, iż wojny wszczynane przez Hitlera były niesprawiedliwe.

    ***

    Podsumowując zatem: nie byłbym zbyt pośpieszny do krytykowania papieża Franciszka za to, iż milczy on odnośnie wskazywania tego, kto jest agresorem w tej wojnie. Być może Franciszek czyni to ze złych pobudek, ale powinniśmy jako bardziej wiarygodne wytłumaczenie przyjmować, że czyni tak motywowany dobrymi intencjami. Jedyną rzeczą, za którą należałoby potępić Biskupa Rzymu, byłaby hipotetyczna sytuacja, w której to ów wiedząc, że ma do czynienia z niesprawiedliwą wojną zacząłby ją chwalić, błogosławić i zachęcać do jej kontynuowania. Jednakże to jest więcej niż abstrakcyjny scenariusz.

    Mirosław Salwowski

    Źródło obrazka wykorzystanego w artykule:
    https://www.reuters.com/world/europe/pope-tells-politicians-examine-their-consciences-before-god-over-ukraine-actions-2022-02-23/

  7. Czy deportacje całych grup etnicznych są wewnętrznie złe?

    Możliwość komentowania Czy deportacje całych grup etnicznych są wewnętrznie złe? została wyłączona

    W historii świata nieraz zdarzało się, że władze danego kraju skazywały na wygnanie całe etniczne i/lub religijne grupy ludności. Tak postępował niejeden średniowieczny władca wobec Żydów, zaś w 20 wieku obserwowaliśmy cały szereg tym podobnych aktów, np. Stalin wypędzał Czeczenów za to, że część z nich współpracowała z III Rzeszą, z kolei władze Polski Ludowej skazały na masową deportację Niemców zamieszkujących wschodnie i północne tereny naszego kraju. Tym podobne czyny danego władcy mogą niejednokrotnie wydawać się zrozumiałe, rozsądne, a nawet konieczne, gdyż nieraz tak bywało, że duża część członków danej grupy etnicznej działała przeciwko dobru kraju ich zamieszkiwania. Oczywistym tego przykładem jest postawa chociażby niemałej liczby Niemców zamieszkujących niegdyś nasz kraj, którzy poprzez swe nieraz ochocze wsparcie dla Hitlera i prowadzonych przez niego niesprawiedliwych wojen przyczynili się do rozlicznych cierpień, jakie Polska zaznała w trakcie II wojny światowej. Z drugiej jednak strony, wygnanie kogoś z jego dotychczasowego, a dłuższego miejsca pobytu jest wyrządzeniem temu komuś bardzo poważnej niedogodności i tradycyjnie w słuszny sposób przez wieki było to traktowane w kategoriach kary, jaką wymierza się przestępcom za ich niegodziwe zachowania. A jeśli tak to, wyganianie całych grup ludności z ich nieraz wszak wielopokoleniowych miejsc zamieszkania musi rodzić co najmniej duże podejrzenia odnośnie sprawiedliwości i moralności takiego ich traktowania. Jakkolwiek bowiem nie byłaby zdeprawowana dana grupa etniczna czy religijna, to nierealistyczne jest przyjmowanie założenia, że dokładnie wszyscy członkowie tej społeczności byli na tyle źli, by sprawiedliwie zasłużyli sobie na karę wygnania ich z ich dotychczasowych miejsc zamieszkania.

    ***

    Spróbujmy zatem odpowiedzieć sobie na pytanie, jak Magisterium Kościoła odnosi się do kwestii wyganiania całych grup ludności?

    Zacznijmy od mniej wyraźnych poszlak, które mogą ukierunkować nas na znalezienie odpowiedzi na owe pytanie.

    Znamy wszyscy przykazanie „Nie kradnij”. Zakłada ono między innymi, że nie wolno komuś w niesprawiedliwy sposób odbierać jego własności. Owszem władze cywilne mają czasami moralne prawo do konfiskaty czyjejś prywatnej własności, ale coś takiego powinno być czynione przez nie za stosownym odszkodowaniem i z odpowiednio ważnych powodów. Jedna z tradycyjnych reguł interpretacji mówi: „Jeśli zakazane jest coś mniejszego, to tym bardziej zakazane jest coś większego„. Gdyby zastosować tę zasadę do moralnej oceny wygnania kogoś z jego dotychczasowego a dłuższego miejsca osiedlenia, to wychodziłoby na to, że jest to coś o wiele gorszego niż większość „zwyczajnych” kradzieży. Czym bowiem jest np. pozbawienie kogoś zegarka czy nawet samochodu w porównaniu z pozbawieniem go domu – co w sposób konieczny wiąże się z wygnaniem takiej osoby z kraju jego pobytu? Nawet jeśli pozwoli się deportowanym osobom zabrać ze sobą część swego życiowego dobytku, to przecież siłą rzeczy nie mogą one zabrać ze sobą swych domów. A jeśli władze cywilne mają prawo konfiskować czyjąś własność pod warunkiem wypłacenia odszkodowania, to, analogicznie rzecz biorąc, powinny one wypędzanym przez siebie ludziom dawać odpowiednie finansowe rekompensaty za postawione przez nich domy. Czy jednak coś takiego było czynione przez tych rządzących, którzy dokonywali masowych deportacji?

    Inną z poszlak w kwestii moralnej oceny deportacji może być stanowisko jakie papież Paweł III w dokumencie „Pastorale officium” zajął wobec niesprawiedliwego traktowania Indian przez hiszpańskich konkwistadorów. Biskup Rzymu nauczał tam:

    Indianie ci, chociaż żyją poza łonem Kościoła nie są – i nie mogą być – pozbawieni wolności i prawa do posiadania własności, ponieważ są istotami ludzkimi„.

    Z tak sformułowanego zdania wynika więc, iż prawo do wolności i własności prywatnej wynika z samej ludzkiej natury i również niechrześcijanie powinni się nim cieszyć. Jak zaś zostało to pokazane powyżej, wygnanie kogoś z miejsca jego stałego pobytu wiąże się zwykle z drastycznym naruszeniem jego własności. Można z tego więc wyciągnąć logiczny wniosek, że np. średniowieczne wypędzenia ludności żydowskiej z katolickich krajów nie były obiektywnie czymś dobrym i właściwym.

    ***

    Przejdźmy teraz do bardziej konkretnych wypowiedzi autorytetów kościelnych w kwestii przymusowych wysiedleń całych grup ludności.

    Jak wiemy po II wojnie światowej ludność niemiecka została wygnana z terenów Polski i ówczesnej Czechosłowacji. Ten akt został jednak potępiony tak przez papieża Piusa XII, jak i błogosławionego biskupa Clemensa von Galena. Zdajemy sobie sprawę z tego, że niemała część mniejszości niemieckiej popierała Hitlera, a niekiedy nawet dokonywała aktów dywersji w walczącej z najazdem III Rzeszy Polsce. Jeśli więc jakaś mniejszość narodowa zasługiwałaby na wygnanie, to byliby to z pewnością Niemcy z czasów II wojny światowej. A jednak wspomniani wyżej pasterze Kościoła uznali to za niesprawiedliwość. I wcale nie tak trudno jest uznać słuszność ich oceny. Nie wszyscy bowiem Niemcy popierali Hitlera, a ci którzy tak czynili, również nie robili tego w równej mierze. Byli Niemcy, którzy z wrogością odnosili się do Polaków ( i wygnanie takich było sprawiedliwe), ale istnieli też pośród nich tacy, którzy do Polaków odnosili się bez niechęci, a nawet życzliwie (i takim należałoby dać szansę pozostać w naszym kraju).

    Idźmy dalej. Papież św. Jan XXIII w punkcie 25 encykliki „Pacem in terris” nauczał:

    Każdemu człowiekowi winno też przysługiwać nienaruszalne prawo pozostawania na obszarze swego własnego kraju lub też zmiany miejsca zamieszkania„.

    Być może ktoś w tym miejscu będzie próbował argumentować, że członkowie mniejszości etnicznej nie są u siebie, czyli „we własnym kraju”, więc nie można mówić o tym, by im takie nienaruszalne prawo przysługiwało, jednak uważam takie tłumaczenie za co najmniej wysoce problematyczne. Czy bowiem można mówić o często mieszkających od setek lat w danym kraju mniejszościach narodowych, etnicznych czy religijnych, że ich dotychczasowe miejsce pobytu nie było „ich krajem”? Poza tym, w tej samej encyklice św. Jan XXIII w odniesieniu do sposobu traktowania przez władze cywilne mniejszości narodowych nauczał:

    W związku z tym trzeba stwierdzić otwarcie, że wszelka działalność skierowana przeciwko tym grupom narodowościowym, a mająca na celu ograniczanie ich siły i rozwoju, jest poważnym pogwałceniem obowiązków sprawiedliwości. (…) [n. 95].

    Kolejnym dokumentem kościelnym, w którym już jasno potępia się „deportacje” jest „Gaudium et spes” Soboru Watykańskiego II:

    Ponadto wszystko, co godzi w samo życie, jak wszelkiego rodzaju zabójstwa, ludobójstwa, spędzanie płodu, eutanazja i dobrowolne samobójstwo; wszystko, cokolwiek narusza całość osoby ludzkiej, jak okaleczenia, tortury zadawane ciału i duszy, wysiłki w kierunku przymusu psychicznego; wszystko co ubliża godności ludzkiej, jak nieludzkie warunki życia, arbitralne aresztowania, deportacje, niewolnictwo, prostytucja, handel kobietami i młodzieżą; a także nieludzkie warunki pracy, w których traktuje się pracowników jak zwykłe narzędzia zysku, a nie jak wolne, odpowiedzialne osoby: wszystkie te i tym podobne sprawy i praktyki są czymś haniebnym; zakażając cywilizację ludzką, bardziej hańbą tych, którzy się ich dopuszczają, niż tych, którzy doznają krzywdy, i są jak najbardziej sprzeczne z czcią należną Stwórcy. (n. 27).

    Co ciekawe, papież św. Jan Paweł II w punkcie nr 80 swej encykliki „Veritatis Splendor” zacytował powyższy fragment z nauczania Vaticanum II jako przykład wyliczenia czynów, które tradycyjna teologia moralna nazywa „wewnętrznie złymi”, a więc takimi, których nie ma się moralnego prawa czynić nigdy i nigdzie.

    ***

    Na powyższe wywody można jednak wysunąć trzy kontrargumenty:

    Po pierwsze: nawet osoby kanonizowane przez Kościół czasami popierały wypędzenia całych społeczności żydowskich z danego kraju, a więc nie mogło to być moralnie złe.
    Po drugie: być może Magisterium Kościoła potępiając deportacje, przyjmuje inne rozumienie tego słowa, niż jest ono przyjęte powszechnie lub przez świat naukowy.

    Po trzecie: nauczanie zawarte w encyklikach papieskich a nawet w dokumentach Soboru Watykańskiego II nie jest nieomylne, a więc mamy prawo go nie słuchać.

    Na pierwszy z kontrargumentów odpowiadam w ten sposób, iż nie każda z norm naturalnego prawa moralnego jest w sposób oczywisty i jasny dostrzegalna dla ludzi dobrej i szczerej woli, a nawet i świętych pańskich. Coś, co należy do tzw. drugorzędnych aspektów naturalnego prawa moralnego może być – bez złej woli – w mniej wyraźny sposób dostrzegalne nawet dla świętych. Na przykład rozwody, poligamia i ponowne małżeństwa są obiektywnie złe, ale jako że ich potępienie zawiera się w owych drugorzędnych zasadach naturalnego prawa moralnego, nawet Bóg tolerował je w cywilnym prawodawstwie jakie dał Żydom, a co się z tym wiąże również niektórzy święci Starego Testamentu mogli nie tylko nie dostrzegać niegodziwości tych rzeczy, ale nawet sami je praktykować. Przykładowo, Dawid był wielkim Bożym mężem i świętym Starego Zakonu, a pomimo to był poligamistą i nic nie wiemy o tym, by żałował właśnie z tego tytułu. Podobnie, niegodziwość moralna deportacji nie jest prawdą, która została wyraźnie objawiona przez Boga, ani też nie należy do tych elementów naturalnej moralności, które dostrzega się na pierwszy rzut oka. Zło przymusowych wygnań całych grup ludności jest konkluzją wynikłą z innych bardziej podstawowych zasad moralnych (wspomniane wyżej: „Nie kradnij”) i dopiero z biegiem czasu Magisterium Kościoła w bardziej wyraźny sposób rozeznało tę prawdę. Również więc niektórzy święci Nowego Przymierza mogli – szczerze i bez złych intencji – pomylić się w moralnej ocenie zasadności poszczególnych deportacji.

    Na drugi z argumentów odpowiadam: to prawda, że nie zawsze i nie w 100 procentach teologiczne definicje danych uczynków zgadzają się z potocznym ich rozumieniem, ale gdy nie ma ku temu poważniejszych podstaw należy zakładać, że Magisterium Kościoła przez dany czyn rozumie jego bardziej powszechne czy naukowe znaczenie. Tymczasem, np. w Encyklopedii PWN przez „deportację” rozumie się:

    deportacja [łac.], zesłanie, przymusowe, połączone z pozbawieniem lub ograniczeniem wolności, przesiedlenie osób do innego rejonu kraju lub usunięcie ich poza granice państwa, gł. ze względów polit., na podstawie decyzji władz administracyjnych.

    Zresztą nawet gdyby założyć, iż nauczanie katolickie przez „deportacje” nie rozumie dokładnie i w 100 procentach tego jak się to pojęcie wykłada współcześnie to i tak duża część owego rozumienia może tu być wspólna. I nie widać powodu, dlaczego akurat najbardziej jaskrawe i skrajne formy deportacji, jakimi są wygnania całych grup etnicznych i/lub religijnych miały by być przez doktrynę katolicką nie rozumiane właśnie jako potępiane przez nią „deportacje”.

    Na trzeci z argumentów odpowiadam: nawet, gdyby deklaracje Magisterium potępiające deportacje nie miało charakteru per se nieomylnego, to i tak ciągle należałyby one do tych wypowiedzi Kościoła, którym katolik powinien okazywać tzw. posłuszeństwo serca i rozumu. Poza tym, o ile w przypadku niektórych aspektów posoborowego Magisterium istotnie zachodzi poważna trudność w pogodzeniu ich treści z poprzednią, wielowiekową doktryną katolicką, to w odniesieniu do potępienia deportacji nie zachodzi taka trudność. Nie było wszak powszechnego i zwyczajnego nauczania Kościoła, w którym akty wygnania całych grup ludności zostałyby pochwalone i uznane za moralnie dobre. Nawet więc, jeśli Magisterium Kościoła przez wieki milczało odnośnie moralnej oceny takich działań, to ich potępienie w XX wieku można uznać za przykład prawidłowego rozwoju katolickiej doktryny. A więc takiego rozwoju, w którym wydobywa się na światło dzienne pewne logicznie nasuwające się konkluzje doktrynalne z nauczanych już wcześniej zasad – nie zaś rzekomego „rozwoju doktryny” sprowadzającego się do formułowania tez sprzecznych z poprzednim nauczaniem.

    Ponadto, nawet gdyby miało się ostatecznie okazać, że Magisterium Kościoła było zbyt surowe w swej ocenie deportacji (np. nazywając je „wewnętrznie złymi”) to i tak nie musiałoby to oznaczać automatycznej pochwały owej praktyki.

    ***

    Wszystko co powyżej napisałem nie oznacza, iż nie uznaję moralnego prawa władz cywilnych do poddawanie szczególnej kontroli tych spośród mniejszości narodowych, których znaczna część członków okazała się nielojalna, zdeprawowana czy wroga wobec głównego narodu zamieszkującego dane państwo. Myślę, że sprawujący władzę mają prawo to czynić poprzez bardziej uważne przyglądanie się zachowaniu danej mniejszości, wprowadzanie dla jej członków obowiązku podpisywania swego rodzaju deklaracji lojalności czy być może nawet tymczasowe, a motywowane szczególnymi wojennymi okolicznościami przesiedlenie jej do obozów internowania (jak to uczynił rząd USA w czasie II wojny światowej w stosunku do zamieszkujących ten kraj Japończyków).

    Tak więc w stosunku do mniejszości niemieckiej zamieszkującej nasz kraj po 1945 roku uważam, iż należało z polskiej ziemi wygnać tych Niemców, którzy w bardziej ochoczy sposób popierali Hitlera i prowadzoną przez niego wojnę (należeli do NSDAP, ochotniczo zaciągali się do SS, itp). Niemcom, którzy tego nie czynili trzeba było dać szansę na pozostanie w naszym kraju poprzez zaproponowanie im podpisania potępienia dla niesprawiedliwej wojny prowadzonej przez ich kraj oraz zadeklarowania lojalności wobec polskiego państwa. Gdyby podpisania takich deklaracji odmówili, wtedy moralnie sprawiedliwe byłoby ich wygnanie z Polski. Wspomnianych wyżej Niemców, którzy w bardziej ochoczy sposób popierali Hitlera i prowadzoną przez niego wojną (członków NSDAP, ochotników SS) należało nie tylko wygnać ale jeszcze dodatkowo ukarać. Myślę też, że adekwatną karą byłoby dla członków NSDAP umieszczenie ich w jakimś obozie pracy na kilka lat, zaś każdego żołnierza SS (również takiego, który „tylko wykonywał rozkazy”) któremu udowodniłoby się bezpośrednie zabijanie osób niewalczących należałoby skazać na karę śmierci. Tym niemniej jednak wypędzenie w Polski ogółu Niemców bez dokonywania tym podobnych rozróżnień należy ocenić jako niesprawiedliwość im wyrządzoną.

    Mirosław Salwowski

    Źródło obrazka wykorzystanego w artykule: https://www.yadvashem.org/yv/en/exhibitions/communities/bratislava/deportations.asp

  8. Wszystko albo nic

    Możliwość komentowania Wszystko albo nic została wyłączona

    Nie lubię zasady „Wszystko albo nic”. Często prowadzi ona bowiem do wybiórczej niesprawiedliwości w ocenieniu naszych bliźnich, dzieł kultury, idei czy programów politycznych. To, że np. nasz bliźni błądzi w kilku sprawach, nie musi od razu oznaczać, że ten człowiek jest po prostu zły albo też, iż nie ma on racji w żadnej sprawie.

    Istnieją jednak sprawy, w których zasada „Wszystko albo nic” się sprawdza. Taką kwestią jest chociażby podejście do Pisma świętego. Albo traktujemy bowiem Biblię jako absolutnie nieomylną, albo też krok po kroku będziemy odmawiać jej Bożego autorytetu i natchnienia. Widzę to jak na dłoni w podejściu do Pisma świętego nie tylko liberalnych, ale i konserwatywnych katolików.

    ***

    Zaczyna się więc od twierdzenia, iż Biblia jest nieomylna tylko w kwestiach wiary i moralności, nie zaś geografii, biologii czy historii. W obliczu rzeczywistych trudności oraz odmienności stylu w jakim autorzy biblijni wyrażali się na te tematy konserwatywni katolicy chętnie przyznają więc rację tezie, iż Pismo święte nie jest nieomylne w tych kwestiach. Myślą nawet przy tym, iż ocalą w ten sposób autorytet Biblii przed śmiesznością, a poza tym nie chcą uchodzić w oczach ludzi za jakichś szurów czy płaskoziemców.

    Kiedy jednak już raz przyznało się prymat dociekań naukowców nad tym co mówią biblijni autorzy kusi konserwatywnego katolika, by w kwestionowaniu autorytetu Pisma świętego iść jeszcze dalej. Może taki katolik był w dzieciństwie w sposób emocjonalny i niesprawiedliwy bity przez rodziców (uderzany w twarz, wulgarnie wyzywany, etc.). Takie złe, trudne i wręcz traumatyczne doświadczenie utrudnia mu obiektywne spojrzenie na problematykę kar cielesnych jako takich. W sukurs przychodzą mu współcześni psycholodzy i pedagodzy, którzy twierdzą, że cielesne karcenie dzieci jest zawsze i wszędzie szkodliwe. Połączenie więc wcześniej przyjętego założenia o tym, że Biblia nie jest absolutnie nieomylna, z własnym osobistym i negatywnym doświadczeniem oraz wielkim zaufaniem do naukowców prowadzi takiego konserwatywnego katolika do kwestionowania nieomylności Pisma świętego również w kwestiach moralnych. Bo, czym jak nie kwestią moralną są biblijne pochwały cielesnego karcenia dzieci? Mimo to jednak konserwatywny katolik macha na nie ręką i stwierdza: „To tylko prymitywne wyobrażenia prymitywnych ludów na temat wychowania. My dziś wiemy na ten temat znacznie więcej niż ludzie przed tysiącami lat„.

    Skoro zaś już w jednej kwestii moralnej zaprzeczyło się nieomylności Pisma świętego, konserwatywnego katolika zaczyna korcić, by nie dowierzać tej świętej Księdze w innych trudniejszych aspektach moralności. A jako coraz ciężej być „homofobem” we współczesnych czasach (w niektórych krajach można nawet trafić do więzienia!) to może i świadectwo Pisma świętego i na ten temat trzeba by zrelatywizować?!? Zaczyna się więc od powątpiewania, czy aby na pewno Bóg nakazał karać śmiercią za męskie czyny homoseksualne. W post-chrześcijańskich narodach nie karze się wszak już nie tylko śmiercią za te czyny, ale – z pewnymi chwalebnymi wyjątkami – nie karze się ich już w ogóle. Żadne konserwatywne ugrupowanie polityczne nie opowiada się ponadto za taką karalnością. A zatem dostosujmy swe spojrzenie na Biblię do panującej powszechnie mentalności i również w tej kwestii powiedzmy sobie: „To nie Bóg – tylko prymitywne wyobrażenia barbarzyńskich ludów o Bożej woli!„. Na tym się jednak nie kończy. Wokół widzimy coraz więcej ujawniających się „gejów” i lesbijek. Być może niektórych z nich nawet osobiście znamy i wydają się nam być całkiem fajnymi i porządnymi ludźmi. W większości post-chrześcijańskich krajów zalegalizowano już nawet homo-małżeństwa, a co za tym idzie, głupio jest odmawiać swym krewnym, przyjaciołom i znajomym uczestnictwa w takich uroczystościach. Słyszymy też coraz częściej o teologach, a nawet katolickich biskupach wspierających LGBT. Ba, słyszeliśmy nawet o bardzo dwuznacznych i mogących być łatwo w tym duchu interpretowanych wypowiedziach aktualnego papieża Franciszka! Coraz więc bardziej nieswojo czujemy się ze swym przekonaniem o wewnętrznym złu aktów homoseksualnych. Panująca kultura i być może też osobiste emocje nam to bardzo utrudniają. Gdzieś w naszych umysłach czai się więc już sugestia: „Skoro w jednej kwestii moralnej (karcenie cielesne dzieci) autorzy biblijni się mylili, to może i w sprawie homoseksualizmu również się mylili i nie przekazywali w ten sposób Bożej prawdy i woli?„. I tą też drogą może jeszcze nie większość, ale coraz bardziej rosnąca w szeregi mniejszość konserwatywnych katolików zaczyna relatywizować biblijne nauczanie na temat czynów homoseksualnych.

    A gdy nie wierzymy już w nieomylność Biblii odnośnie spraw moralnych, to w końcu przestaniemy jej też ufać w sprawach wiary. Stąd prawdopodobnie wzięły się wywody różnych posoborowych teologów podważające np. wieczyste dziewictwo Maryi, cuda Chrystusa czy nawet Jego Zmartwychwstanie. No bo, czy nie jest niepoważnym wierzyć, że Maryja jako dziewica poczęła i porodziła Jezusa, skoro naukowcy mówią, iż dziewice nie poczynają, ani nie rodzą dzieci?! Przecież można zreinterpretować to nauczanie i powiedzieć, że wiernych sobie małżonków także powinno się określać mianem „dziewiczych”, a wówczas w tym sensie Maryja była i jest dziewicą. Cuda Chrystusa? Toć to też takie nienaukowe jest! Sprowadźmy więc je do jakichś baśni, metafor i symboli. Zmartwychwstanie Jezusa? Po co upierać się przy jego dosłownym i fizycznym sensie? Powiedzmy, że Chrystus zmartwychwstał duchowo w sercach swych zwolenników.

    ***

    Wszystko co napisałem powyżej, nie ma celu podważania szacunku dla dociekań naukowców jako takich. Oczywiście, trzeba szanować ich pracę, ale wiedzieć też, iż nie są oni nieomylni i że mają oni swe ograniczenia jeśli chodzi o badanie pewnych spraw. Niektóre wnioski, jakie formułuje świat nauki, tak naprawdę zawsze zostaną raczej w kręgu domysłów, hipotez czy interpretacji aniżeli pewników lub swego rodzaju „dogmatów”. Nie spisywałem też powyższych wywodów po to, by sugerować, że wszyscy konserwatywni katolicy, którzy podważają absolutną nieomylność Pisma świętego czynią to z lęku przed otaczającą nas kulturą i/lub ulegają w ten sposób swym emocjom. Nie można jednak realistycznie patrząc, wykluczyć, iż w przypadku części z nich z takimi motywami mamy też do czynienia. Zdaję sobie też sprawę tego, że rzeczywiście istnieją w Piśmie świętym pewne trudności, które na pierwszy rzut oka wyglądają na zawarcie w nim błędów. Ale odpowiedzią na to, powinno być uznanie ograniczeń tak naukowych dociekań, jak i własnych rozumowych wywodów, a uznanie nad nimi prymatu Bożego Objawienia. Mogę wreszcie zgodzić się, iż czasami emocje wydają się nam przeszkadzać w akceptacji tej czy innej prawdy biblijnej. Rozumiem, że kochającemu rodzicowi trudno jest wymierzyć klapsa swemu dziecku – ale tym bardziej trudno mu będzie wydalić swego nadużywającego i znoszącego do domu narkotyki nastoletniego syna (mimo że rozum będzie mu podpowiadał, że jest to najlepsze rozwiązanie). W każdym razie Biblia jest tego typu Księgą, że gdy wyjmie się spod jej nieomylności choćby jeden fragment, to sukcesywnie zaczyna zawalać się cała jej konstrukcja. Dlatego też zgodnie tak z tym co samo Pismo święte o sobie mówi, jak i tradycyjną doktryną katolicką, brońmy wiary w absolutną nieomylność i bezbłędność tej Księgi.

    Mirosław Salwowski

    Przeczytaj też:

    Pismo święte jest całkowicie nieomylne i bezbłędne

    Dlaczego nie warto absolutyzować twierdzeń naukowców?

    Czy Biblia jest podręcznikiem do historii, geografii i biologii?

    Całe Pismo jest natchnione. Nie tylko Ewangelie

    Czy ewolucja i ewolucjonizm dadzą się pogodzić z chrześcijaństwem? (15 pytań i odpowiedzi)

  9. Jeszcze 3 uwagi o cielesnym karceniu chłopców

    Możliwość komentowania Jeszcze 3 uwagi o cielesnym karceniu chłopców została wyłączona

    W swym poprzednim tekście skupiłem się na obronie biblijnego i tradycyjnie chrześcijańskiego podejścia do karcenia cielesnego dzieci (a zwłaszcza chłopców). Choć zawarłem w nim wiele spostrzeżeń i uwag tyczących się tego problemu, w międzyczasie uświadomiłem sobie, że pewne jego aspekty nie zostały tam albo wcale poruszone, albo też nie uczyniłem tego w dostateczny sposób. Tytułem zatem dopowiedzenia, w niniejszym artykule chciałbym dodać jeszcze trzy uwagi do mego poprzedniego tekstu.

    Po pierwsze zatem: zaznaczam, iż nie jest moją intencją pochwalanie czy namawianie do łamania obowiązującego w naszym kraju prawa tyczącego się zakazu cielesnego karcenia dzieci. Korzystam jednak ze swego konstytucyjnego prawa do wolności słowa i wolności wyrażania przekonań religijnych, w efekcie czego poddaję krytyce owo prawo, jako przesadne oraz niesprawiedliwe, które dobrze byłoby znieść. Nie mówię zatem ani nie sugeruję rodzicom: „Dawajcie klapsy swym chłopcom, nawet jeśli jest to nielegalne” ale sugeruję im raczej: „Dążcie do zmiany niesprawiedliwego prawa, które w sposób wręcz absolutny zakazuje cielesnego karcenia dzieci„.

    Po drugie: często jako argument przeciw cielesnemu karceniu dzieci wysuwane jest twierdzenie, iż takowe uczy, że silniejszy może bić słabszego. Tymczasem karcenie cielesne ma przede wszystkim uświadamiać karconemu powagę pewnych złych zachowań. A to, że ktoś karany może być słabszy od wykonującego karę, nie jest decydującym argumentem przeciw. Pojedynczy złoczyńcy też są słabsi od aparatu państwowego, który ich poddaje represji. Kiedy zaś jakiś słabowity gwałciciel dostanie lanie od umięśnionego sportowca o 2 metrach wysokości, to też nie znaczy, że mu się to lanie nie należało, mimo że przecież w tej konfrontacji fizycznej to on był słabszą stroną.

    Po trzecie: choć argument z badań i dociekań naukowców i tak jest drugorzędny w stosunku do Pisma świętego (naukowcy nie są nieomylni, za to Biblia jest nieomylna), to warto by podrążyć temat w kierunku przyjrzenia się temu, jaką metodologię w swych badaniach na temat kar cielesnych przyjęli naukowcy? Można bowiem domniemywać, że zdecydowana większość z tych rodziców, którzy stosowali lub stosują takie formy karcenia, czyni to w nieprawidłowy sposób. A więc np. policzkuje swe dzieci, krzyczy na nie, wulgarnie je wyzywa. Tego rodzaju cielesne karcenie jest nadużyciem i nie ma co się dziwić, że dziecko mu poddawane będzie w przyszłości bardziej agresywne, emocjonalne, nadpobudliwe czy niesprawiedliwe w swych relacjach z bliźnimi. Mimo to jednak, jak mówi jedna z tradycyjnych sentencji: „Nadużycie nie znosi prawidłowego użycia„. Tytułem analogii: jeśli większość ludzi pijących alkohol upija się nim, to nie znaczy, że nie istnieją prawidłowe sposoby korzystania z alkoholu – a więc te, które naznaczone są umiarem i ostrożnością. Jeśli by zatem nawet 99 procent z rodziców stosujących cielesne karcenie czyniło to w sposób nieprawidłowy, to nie znaczy, że kary cielesne są wewnętrznie złe. Być może zatem psycholodzy i pedagodzy koncentrowali się na tych (domniemanych) 99 procentach rodziców, ignorując ów 1 procent z nich, którzy stosowali przysłowiowe klapsy w dobry sposób. Gdyby tak miało miejsce, to nie należałoby wtedy się dziwić, że owym naukowcom wychodziłoby wyniki sugerujące, iż wszelkie kary cielesne są zawsze i wszędzie szkodliwe. Tego rodzaju wnioski czy sugestie wynikałby jednak wtedy z przyjęcia błędnej metodologii owych badań i dociekań. Jednak nawet gdyby naukowe badania w dostateczny sposób uwzględniały ów domniemany 1 procent rodziców to i tak nie byłyby one nieomylne, a nad ich powagą stałby autorytet samego Boga, który przez swych proroków pochwalił cielesne karcenie chłopców.

    Mirosław Salwowski

  10. Krwawe sporty a kryminalna przestępczość

    Możliwość komentowania Krwawe sporty a kryminalna przestępczość została wyłączona

    Większość spośród argumentów wysuwanych w obronie krwawych sportów jest łatwa do obalenia już na „pierwszy rzut oka”. Bo co np. za znaczenie ma argument, iż ludzie czynią to „w pełni dobrowolnie” (grać w filmach porno też można na tej zasadzie)? Czy też jaką wartość mają wybiegi typu: „Ranienie się w tych sportach jest tylko efektem ubocznym” (Czy śmierć, dajmy na to, zarżniętego przeze mnie kurczaka jest tylko efektem ubocznym tego, iż chciałem w ten sposób ugotować sobie rosół?).

    Obalałem wyżej wymienione i inne argumenty w obronie krwawych sportów wielokrotnie. Przyznam jednak, że do jednego z argumentów wysuwanych w ich obronie nie odnosiłem się zbyt często. Być może dlatego, że wydawał się mi on relatywnie dość mocny. To oczywiście nie znaczy, że wydawał on się mi na tyle silny, by móc zaburzyć generalną ocenę krwawych sportów. Co to, to nie. Jako jednak, że z jednej strony wydawał mi się on mocny, a z drugiej i tak nie wpływał na generalną ocenę wspomnianego zjawiska, nie chciałem się zbytnio nim zajmować. Tym razem jednak zamierzam to uczynić.

    Chodzi mianowicie o tezę mówiącą, że „wielu młodych ludzi” wskutek zaangażowania się w uprawianie krwawych sportów odciąganych jest od podejrzanych klimatów ulicznych (przestępczość, handel narkotykami, używki), ucząc się w ten sposób samodyscypliny, kanalizując nadmiar energii na bardziej konstruktywne cele, etc.

    Cóż, można na to odpowiedzieć?

    Po pierwsze: przejście od np. ślepej ulicznej przemocy do uprawiania krwawych komercyjnych i publicznych walk na ringu, w klatce czy oktagonie, jest może dla wielu ludzi jakimś krokiem w dobrym kierunku, ale i tak nie stanowi przejścia od pełnienia zła do pełnienia cnót. W takim wypadku mamy przejście od większego zła do mniejszego zła. Na jakimś poziomie można się nawet z tego cieszyć, ale nie należy tego pochwalać ani do tego aktywnie zachęcać. Coś takiego można porównać do sytuacji polegającej na tym, że jakiś dotychczas bardzo rozwiąźle żyjący mężczyzna (czyli praktykujący mniej lub bardziej przypadkowy seks) postanawia zaangażować się w stałą, acz niemałżeńską relację seksualną z kobietą, w ramach to której będzie on okazywał jej wierność, szacunek i troskę. Czy taką przemianę można będzie nazwać „dużym krokiem w dobrym kierunku”? Myślę, że tak. Jednakże i tak nie będzie to jeszcze w tej sferze przejście od pełnienia zła do praktykowania cnót. Inną sprawą jest to, że na płaszczyźnie indywidualnego poradnictwa i prowadzenia takich ludzi (np. w ramach spowiedzi) można nawet zastanawiać się, czy nie będzie roztropne tymczasowe zaniechanie upominania takowych za to, że jeszcze nie porzuciły takiego zła na 100 procent. Jak wszak w swej 19-wiecznej „Teologii moralnej dla plebanów i spowiedników” pisał kardynał Thomas Marie Joseph Gousset:

    Lecz, nie bacząc na przypadki, o którycheśmy wspomnieli, czy godzi się penitenta wywodzić z dobrej wiary, gdy błąd jego jest niepokonalny, jeżeli zwłaszcza nie ma nadziei, aby usłuchał rady mu danej; jeżeli się przewiduje, jeżeli wnosi się rozsądnie, że te rady będą dlań więcej szkodliwe niż pożyteczne? Nie można, według zdania, jakiego się trzymali po większej części teologowie, a w szczególności św. Alfons de Liguori. „Zdanie pospolite i prawdziwe naucza, mówi ten sławny nauczyciel, że jeżeli penitent jest w nieświadomości niepokonalnej, czy to świecki czy duchowny, a nie ma nadziei dobrego skutku, owszem roztropnie wnosić można, że upomnienie więcej zaszkodzi niż pomoże, wtenczas spowiednik może i powinien je opuścić, zostawiając penitenta w jego dobrej wierze”(Cytat za: Kardynał Gousset, „Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników”, Warszawa 1858, s. 31.)

    Po drugie: czy na pewno wiemy, ilu ludzi porzuca kryminalny czy patologiczny tryb życia na rzecz uprawiania krwawych sportów, a ilu równolegle praktykuje obie ścieżki życia? A gdyby miało się okazać, że tak naprawdę większa część z takich osób i tak popełnia przestępstwa albo popada w jakieś nałogi? Wszak o nazwiska znanych pięściarzy czy zawodników MMA i Gromda, którzy również w czasie trwania swych sportowych karier mieli problemy z prawem (albo też są o to mocno podejrzewani) nie trudno, np. Dawid Kostecki, Krystian Kuźma, Michał Materla, Mamed Khalidow, Avantdil Khurtsidze, Mike Tyson. Do tego punktu można jeszcze dodać to, iż ci mężczyźni, którym nie udaje się osiągać wielkich sukcesów w owych sportach (a takich jest przecież większość), często są angażowani przez gangsterów do roli ich współpracowników (jako ochroniarze, osoby wymuszające haracze, etc.).

    Po trzecie: wpływ krwawych walk na ogół społeczeństwa jest jeszcze w dużej mierze nieznany i niezbadany. Nie wiemy więc, czy np. na jednego – w pewnym sensie pozytywnie – zmienionego pięściarza nie przypada, dajmy na to, dwóch czy trzech mężczyzn, którzy wskutek oglądania takich widowisk stali się bardziej agresywni, impulsywni, brutalni. A gdyby ta moja nieśmiale zarysowana hipoteza miała się okazać prawdą, to wówczas nawet patrząc na ten problem czysto utylitarystycznie to gra okazałaby się niewarta świeczki. Kilka tysięcy młodych ludzi może by wyszło wszak na „prostą”, ale więcej byłoby przez nich zdeprawowanych.

    Po czwarte: warto zastanowić się, dlaczego świat przestępczy tak bardzo lgnie do krwawych sportów? Wszak gangsterzy, mafiosi i alfonsi często obstawiają walki, siadają w pierwszych rzędach przy ringach i klatkach, a także kumplują się ze znanymi pięściarzami i zawodnikami MMA. Czy równie często jednak tego typu persony można zobaczyć na festiwalach pieczenia ciast, koncertach muzyki klasycznej albo pokazach latania motolotni?

    Mirosław Salwowski

    Przeczytaj też:

    Dlaczego zawodowy boks i MMA są niemoralne?

    Prosty powód dla którego komercyjne i publiczne walko bokserskie są grzeszne

    Św. Almachiusz: człowiek, który zmienił starożytną kulturę

    O boksie zawodowym (i innych krwawych sportach)