Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Neal McDonough: „Nie zamierzam całować innej kobiety”

Jak informuje portal Deon.pl aktor Neal McDonough znany m.in., z takich produkcji filmowych jak: „Gotowe na wszystko”, „Raport mniejszości” i „Captain America” odmówił swego czasu wzięcia udziału w scenie, w której musiałby całować kobietę nie będącą jego żoną (konkretnie sławną aktorkę Virginię Madsen). Ta decyzja kosztowała go stratę roli w serialu telewizyjnym, milion dolarów oraz poważne kłopoty ze znalezieniem pracy przy kręceniu innych filmowych widowisk. Jak sam powiedział w wywiadzie udzielonym „Closer Weekly”: Nie mogłem znaleźć pracy, bo wszyscy uważali mnie za religijnego fanatyka„.

 

Powyżej opisana sytuacja pokazuje dwie rzeczy. Po pierwsze wskazuje na mądrość Ojców Kościoła, która w chrześcijaństwie była z pewnymi niuansami akcentowana gdzieś aż do początków XX wieku. Mianowicie, bardzo trudno jest być jednocześnie zawodowym aktorem i dobrym chrześcijaninem. Ludzie wykonujący rzemiosło aktorskie są bowiem wręcz nieustannie kuszeni do bezpośredniej i formalnej współpracy w propagowaniu przeróżnych grzechów, od występków przeciw cnocie czystości i wstydliwości zaczynając na takich nieprawościach i fałszywych doktrynach jak czary, libertynizm, okultyzm, kłamstwo, bunt przeciwko prawowitej władzy kończąc. Między innymi z tych też względów Ojcowie Kościoła, Święci i kościelne synody w ciągu wieków gorliwie odradzały (a czasami nawet wprost zakazywały) wykonywania takiego zawodu. I paradoksalnie rzecz biorąc historia Neala McDonougha tylko potwierdza słuszność ich przestróg w tym zakresie. Skoro bowiem nawet ów mający już ugruntowaną w swym zawodzie pozycję aktor miał poważne problemy ze znalezieniem pracy w swym fachu po tym jak odmówił całowania nieswojej żony to co powiedzieć np., o młodych ludziach, którzy dopiero zaczynają uprawiać te rzemiosło? Przecież, im, jeśli tylko będą chcieli postępować jako aktorzy po chrześcijańsku, będzie o wiele, wiele trudniej opierać się propozycjom grania z filmach promujących czy usprawiedliwiających tego lub innego rodzaju zło. I podkreślam w tym miejscu, że nawet, gdyby jakiemuś aktorowi udało się zachować swój zawód odmawiając udziału w scenach mniej lub bardziej erotycznych (a casus McDonougha pokazuje, że jest to trudne nawet dla aktorów posiadających już swą silną pozycję) to jeszcze by nie oznaczało, że taki człowiek nie będzie miał już żadnych innych dylematów w wykonywaniu swego fachu. Wszak można np. samemu nie całować czy nie obściskiwać się na planie filmowym, ale grać w produkcji, gdzie i tak rozpusta będzie pokazywana w korzystnym świetle. Ba, nawet jeśli by zrezygnowało się w udziału w filmach, w których seksualne nieprawości są usprawiedliwiane, to przecież wiele innego rodzaju grzechów jest promowanych przez filmowy przemysł. 

 

Drugą obserwacją, którą należy tu poczynić jest to, iż postawa Neala McDonougha w tej konkretnej kwestii powinna być zawstydzającą lekcją dla naszych „katocelebrytów”w rodzaju Małgorzaty Kożuchowskiej czy Radosława Pazury. Oni bowiem owszem może i dużo mówią o religii, ale gdy przychodzi co do czego, to i tak obściskują się z nieswoimi małżonkami na planie filmowym (vide: Małgorzata Kożuchowska) lub też zagrzewają swych kolegów po fachu do śmielszego rozbierania się na scenie (czynił tak jeszcze do niedawna Radosław Pazura w spektaklu „Goło i wesoło”). Neal McDonough pokazał im, że w imię wierności Panu Jezusowi i swej żonie można jednak schować do kieszeni powiedzonka w stylu: „Taki mam zawód” albo „Gram, jak mi każą. Jestem przecież aktorem„.

Dodam, że nie ręczę tym samym za słuszność zawodowej postawy McDonougha w innych sferach, ale – jeszcze raz podkreślam – w tej konkretnej sprawie najprawdopodobniej ma on rację i powinien być traktowany jako wzór. Jeśli bowiem pocałunki, jakich wymagano od tego aktora na planie miały charakter seksualnie pobudzający to miał on ścisły obowiązek powstrzymać się od nich z osobą, która nie była jego żoną. Wynika to choćby z potępienia przez papieża Aleksandra VII i św. Oficjum tezy mówiącej, iż pocałunki, których szuka się dla występującej przy nich zmysłowej rozkoszy nie są grzechem śmiertelnym o ile tylko nie grozi przy nich niebezpieczeństwo osiągnięcia orgazmu (Patrz: Dekret Św. Oficjum z dnia 18 marca 1666 roku). Ba, nawet, gdyby dla tego aktora pocałunki, których od niego oczekiwano  nie byłyby osobiście  pobudzające seksualnie, to i tak formalnie współpracowałby on w złu wówczas, gdyby celem filmu, w którym miałby zagrać byłoby pokazywanie w korzystnym świetle tych czy innych obrażających Boga grzechów. 

 

W kontekście tego wszystkiego warto zacytować świadectwo zmiany życiowej, jaka zaszła we włoskim aktorze komediowym Carlu Campaninim, pod wpływem św. Ojca Pio z Pietrelciny:

Odrzucał także role w wielu filmach, ponieważ Ojciec Pio doradzał mu, by nigdy nie brał udziału w projektach o niemoralnej treści. Wyjaśnił, że ludzie, którzy robią takie filmy, będą musieli odpowiedzieć przed Bogiem za swoje czyny – dotyczyło to wszystkich bez wyjątku: producentów, aktorów, rzemieślników budujących scenografię, a nawet kasjerów sprzedających bilety (…) Ojciec Pio ostrzegał też Carla, by nigdy nie opowiadał nieprzyzwoitych żartów, ani nie używał wulgaryzmów. Jeśli więc w scenariuszu pojawiło się choć jedno przekleństwo, Carlo  nie brał pod uwagę udziału w projekcie. Reżyserzy i producenci nie rozumieli, dlaczego odrzuca tak lukratywne oferty. Gdy zapytali go o powód, on powiedział im po prostu, że jest duchowym synem Ojca Pio, a Ojciec ma bardzo wysokie standardy” (Cytat za: Diane Allen, „Módl się, ufaj i nie martw się. Część druga. Nowe historie o ojcu Pio”, Kraków 2016, s. 227 – 228).

I na sam koniec, jeśli ktoś w odpowiedzi na powyższe uwagi i refleksje powie, że „przecież Karol Wojtyła (Jan Paweł II) był aktorem„, to warto od razu dodać, iż nie był on aktorem zawodowym, przez co miał znacznie większą swobodę w wyborze ról, jakie chciał grać od tych, którzy wykonują owe zajęcie jako swój sposób zarabiania na życie. Amatorskie aktorstwo, jakie on praktykował wiąże się więc ze znacznie mniejszym niebezpieczeństwem współpracy z różnymi grzechami aniżeli zawodowe, profesjonalne bycie aktorem.  Poza tym, ostatecznie rzecz biorąc, kanonizacja danego człowieka nie jest stwierdzeniem jego absolutnej bezgrzeszności, wszak jak nauczał Sobór Trydencki:

w tym życiu śmiertelnym nawet święci i sprawiedliwi wpadają niekiedy w lekkie przewinienia i codzienne grzechy, zwane także powszednimi” (Tamże, „Dekret o usprawiedliwieniu”, rozdz. XI).